sobota, 21 lutego 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 38 ~~

 Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




"Estalavanesie, zmień ten świat, zanim on zmieni ciebie..."
- Mag z Niedźwiedzi


- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 21'2m'26r2t]




    Rozdział słodko-gorzkich pożegnań. Est ma z tym niejaki problem, wnioskuję, że nawet większy niż z nawiązywaniem relacji. Można to zaobserwować w trakcie i po rozmowie z Travisem Arneltem, gdy niezdarnie wyjawia powód wizyty, czując się niezręcznie w prywatnej komnacie alchemika. Sprytny sztukmistrz magii użytkowej wyciąga z nieszczęsnego chłopaka więcej ciekawostek, ale nie będę ich tu streszczała. 
    Przygnębiony Est odwleka w czasie wizytę u mistrza, przewidując kompletne rozstrojenie nerwowe. Cieszy mnie, że zaczyna coraz lepiej rozumieć siebie, swoje potrzeby i uczucia, choć to, co w nim siedzi, nadal pozostaje dlań zagadką. Wreszcie, po odwiedzeniu każdego zakątka warowni, udaje się do Maga i niespodziewanie uczestniczy w scenie, która całkowicie wyprowadza go z równowagi...



Kącik autorki.
    Niewiele pamiętam sprzed lat, kiedy pisałam "Zaklinacza Żywiołów", ale jak dziś wracają do mnie emocje towarzyszące Estowi podczas pożegnania z mistrzem. Płakałam rzewnymi łzami, zupełnie jak on. W pewnym momencie przerwałam pisanie, bo nic nie widziałam na klawiaturze. Musiałam się wypłakać. To było tak niesamowite uczucie, niepowtarzalne wrażenie połączenia ze światem, który tworzę, który tworzą bohaterowie tej historii... 
     Na szczęście niezrównany Travis i jego specyficzny humor nieco równoważą rozdział pełen smutku, żalu i goryczy. Naprawdę cudownie mi się z nim pracowało, poznawało jego nawyki i wysłuchiwało niesamowitych problemów, które traktował z lekkością, ironią oraz odrobiną irytacji geniusza. Bardzo też przypadł mi do gustu zabieg, by przy pożegnaniu przypomnieć im ich pierwsze spotkanie, podobne, choć zupełnie się różniące.
   Och, jak przyjemnie mi było pisać sceny z udziałem Maga i Travisa. Nadszedł jednak czas, by iść dalej, bo chociaż Estowi wydaje się, że podąża za Aarimem, prawda może okazać się zgoła inna... Czy w dzienniku Artemona nieszczęśliwy chłopak znajdzie odpowiedzi na niezadane pytania? Może odkryje kolejne zagadki, których rozwiązanie przyniesie czas i eskalujący w Estarionie konflikt? A przede wszystkim: jakie przesłanie niosły ostatnie słowa sędziwego mnicha?


Zaklinacz Żywiołów - rozdział 38

 

Przebudzili się wraz ze wschodem słońca, którego wczesne promienie skąpały płytę balkonu ciepłym blaskiem. Ciasno owinięci kocem i wtuleni w siebie za nic mieli budzący się dzień. Ich ostatnia noc w Twierdzy dobiegła końca. Kolejny rozdział wspólnego życia został zakończony tylko po to, by następne strony przyjęły na siebie brzemię nadciągających wydarzeń.

Rozespany Colonell zasłonił oczy ramieniem, chroniąc je przed naprzykrzającym się światłem. Sypał przy tym mało eleganckimi wyrazami określającymi siedzące w koronach drzew ptactwo, które krzykiem i wrzaskiem bezpardonowo obwieszczało całej okolicy nastanie poranka. W międzyczasie Estalavanes przeciągnął się z manierą sennego kocura. Przelotnie pocałował partnera w czoło i ociężale podniósł się z prowizorycznego posłania. Nie przyznał tego głośno, ale skostniał od leżenia na posadzce, której twardości nie zdołały złagodzić grube futra przyniesione z sypialni.

Wchodząc do zacienionej komnaty rozciągnął się i rozgrzał obolałe mięśnie serią krótkich żwawych ćwiczeń. Podparty o toaletkę ziewnął potężnie. Spojrzał w lustro, prosto w ślepia cudacznego, do niedawna pogardzanego przez siebie stworzenia.

Rozchylił usta, by przyjrzeć się czterem zwierzęcym kłom. Wystającymi z rękawiczki palcami pociągnął długi płatek ucha biegnący w poprzek głowy, wyraźnie zaostrzony na końcu i zupełnie niepodobny do niczego. Lecz to oczy były jego rozpoznawczym znakiem; duże, okrągłe i skośne niczym u skaleona, o jasnozielonej tęczówce. Jakby dziwactw było mało, smukłą sylwetkę powlekała nieskazitelna, bielsza niż papier skóra, pod którą nie widać było błękitu gęstej sieci żył. Odkąd sięgał pamięcią, żył wśród ludzi jako ciekawostka, dziwadło i potwór; nierzadko wyszydzany, traktowany gorzej niż słabujący na umyśle przedstawiciele ich własnego gatunku. Nijak nie przypominał sporadycznie widywanych w Estarionie imperialnych elfów - mieli oni krótsze, podobne ludziom uszy oraz mniejsze migdałowe oczy. No i barwą skóry także nie odstępowali od ogólnie przyjętej normy...

Pokonany przez kompleksy, odarty z wartości chłopak spuścił wzrok na misę z wodą. Demony przeszłości wyciągnęły szpony, gotowe pochwycić go i porwać w głąb melancholii, z której ledwo co się wydostał.

Wtem pojawiła się iskra rodząca o wiele potężniejsze płomienie niż te usiłujące go posiąść. Ciemnoskóre ramiona otoczyły jego nagi biały tors. Smagła, odmieniona czarnym tatuażem twarz przytuliła się do gładkiego policzka. Przydymione szmaragdy o ciężkich z niewyspania powiekach wpatrywały się w odbicie niezwykłej istoty. Col i Est różnili się pod wieloma względami, a mimo to odkryli w sobie mnóstwo wspólnych cech ściśle wiążących ich ze sobą. Obaj byli mężczyznami, lecz dla żadnego nie było to przeszkodą do zbudowania trwałej relacji opartej na wzajemnej miłości, szacunku oraz zaufaniu.

- Estalavanesie, jesteś wspaniały - czuły szept owionął odsłoniętą szyję chłopaka. Szorstki zarost przyjemnie podrażnił napiętą skórę. - Nie jesteś człowiekiem i nawet nie próbuj udawać, że nim jesteś. Bądź sobą, nie zmieniaj się dla nikogo, bo jesteś właśnie tym, kim być powinieneś. I za to cię kocham.

Mocne objęcia mówiły wszystko, co wzruszony nieszczęśnik pragnął usłyszeć. Est położył dłonie na przedramionach partnera i wtulił się plecami w jego pierś, czując krótkie kędziorki łaskoczące na wysokości łopatek. Jeszcze przez parę oddechów przyglądał się ich odbiciu zapamiętując ten widok już na zawsze, by móc przywoływać go w czasach największego zwątpienia.

Sekundy mijały, a żaden z nich nie wykazywał potrzeby poruszenia się. Milczeli, gdy dwa ciała i dwie dusze łączyły się w jedno, zespalały we wzajemnym nurcie myśli oraz marzeń.

- Dziękuję, Col…

Est ręką pogładził kark pochylającego się nad nim mężczyzny. Uważnie śledził ruch swojej dłoni w tafli zwierciadła; biały tors, szare blizny, odsłonięte kawałki śniadej skóry stojącego za nim kochanka... I naszła go chęć tak bezwstydna, że jak oparzony oderwał się od partnera, wymykając pod pretekstem przejrzenia bagażu na podróż.

Niezrażony Colonell popatrzył za nim z rosnącym rozbawieniem.

- Czyżbyśmy pomyśleli o tym samym?

- Nie mam bladego pojęcia o czym do mnie mówisz - mruknął Est znad pakowanych toreb. - Poza tym to ja nie umiałbym wysiedzieć w siodle, nie ty.

- Czyli o tym samym. - Zadowolony z siebie przodownik obejrzał się w lustrze. Potarł gęstniejącą brodę i robiąc miny podjął wreszcie decyzję. - Przydałoby się ogolić.

- Szkoda, krótka broda bardzo ci pasuje.

Zakłopotany Est wytargał z komody czystą koszulkę bez rękawów i założył ją pospiesznie, przez co głowa utknęła mu w kołnierzu.

– Jak rany...

- Nie martw się, Esti. Włosy nie zęby, odrosną.

- Wcale się nie martwię. Jak dla mnie możesz nawet wyłysieć. Co nie zmienia faktu, że wolę cię takim, jakim jesteś teraz…

Wygładzając materiał na brzuchu, Est łypnął na chichoczącego kompana. W nieco lepszym nastroju wrócił do zasłanego łóżka, na którym zeszłego wieczora rozłożył buteleczki ze specyfikami. Gromadzona przez pół roku kolekcja robiła wrażenie. A skoro opuszczali Twierdzę, musiał dopilnować, by zabrać ze sobą wszystko co skrywała zasobna gablota z oszklonymi drzwiami. Kilka maści i naparów wytworzy nawet w prymitywnych warunkach, ale to destylowane mikstury o najsilniejszym działaniu były najcenniejsze. Nie wiedział kiedy znów otrzyma szansę przygotowania skomplikowanych tynktur, lecz był pewien, że nie zapomni żadnej z poznanych receptur. Tak jak nie zapomni szalonego Travisa Arnelta, genialnego alchemika oraz niezastąpionego przyjaciela.

- Chyba powinienem pożegnać się z Travisem - wymamrotał, z ociąganiem odkładając flaszeczkę. Nagle poczuł się wyjątkowo źle. - O ile jest w Twierdzy.

- Dobry pomysł - przytaknął Col. - Tylko pamiętaj, nie mamy wiele czasu.

- Spokojnie, nie potrwa to długo...

Prawdę powiedziawszy, wychodzący z komnaty Est nie miał ochoty schodzić do pracowni. Nigdy z nikim nie rozstawał się na dłużej i bał się, że zechce tam pozostać, dręczony rozterkami pozwoli przejąć kontrolę smutkowi oraz zgubnym sentymentom. Obawiał się, że gdy ujrzy szeroki uśmiech płowowłosego człowieka, coś w nim pęknie, a on sam złamie się pod naporem wygody stabilnego jutra oraz poczucia bezpieczeństwa, jakie dawały mury czarnej warowni.

Nigdzie nie jestem bezpieczny - skarcił się, schodząc stromymi krętymi schodami. Ani nikt nie jest bezpieczny przy mnie. Aarim ma mnie strzec przed zagrożeniem, choć nie wie jeszcze, że tak naprawdę ma strzec świat przede mną.

Rozważania te były zbyt zawiłe, by zniechęcony wizją podróży rozum biernie je przyjął. Est sam już nie wiedział po co wyrusza ku nieznanym miastom ani dlaczego przystał na plan, który rzekomo sam obmyślił. Na co mu to? Co mu z tego przyjdzie? Pchał się na front, chociaż pragnął uciec przed walką. Przed zabijaniem.

Wojna ma to do siebie, iż nie szczędzi nikogo – pomyślał wbrew sobie. Możesz uciekać, lecz ona niby fala śmierci i chaosu wkrótce cię dosięgnie. I wyłącznie od ciebie zależy czy ulegniesz niszczycielskiej sile rwącego nurtu, czy znajdziesz sposób, by wyjść z niego cało. Traktując ją jak żywioł, jesteś w stanie ją opanować.

Est uśmiechnął się z przekąsem.

- Przeceniam własne możliwości. Opanować wojnę? Wolne żarty!

Nawet się nie spostrzegł, że odpowiada na myśl, bądź też myśli na głos. Naciskając klamkę drzwi do pracowni wyobrażał sobie już tylko przebieg spotkania z ludzkim przyjacielem. Nie powinien tego przedłużać. I nie musiał, ponieważ laboratorium alchemiczne okazało się puste, a jedynym, co powitało go w wejściu, była nieustannie bulgocząca i sycząca aparatura oraz dwa brązowe szczury zamknięte w klatce pod blatem roboczym, wybudzone jego nagłym wtargnięciem.

Est wbił niewidzące spojrzenie w żelazną klatkę i nerwowo węszące w niej gryzonie. Co go właściwie naszło, by o tak drakońskiej porze szukać sztukmistrza magii użytkowej w pracowni? W każdym razie nie schodził tu nadaremno, ponieważ funkcjonująca aparatura wskazywała na obecność Travisa. Należało więc go znaleźć. Tylko gdzie? Jego sypialnia mieściła się na czwartej kondygnacji, to nie ulegało wątpliwości, lecz do których drzwi zapukać? Przecież nie zaryzykuje budzeniem połowy kadry sztukmistrzy… Aż struchlał na wspomnienie tęgiego Snesera, do którego jakoś nie zapałał sympatią.

Nie mający tu nic więcej do roboty chłopak wycofał się z pracowni, domykając za sobą drzwi. Zastanawiał się gorączkowo co w tej sytuacji począć, kiedy wrażliwy słuch wyłapał przyciszone głosy napływające ze spiralnej klatki schodowej.

Dwóch młodych adeptów hydromancji pojawiło się właśnie w polu widzenia Zaklinacza Żywiołów zdającego się ich oczekiwać przy wyjściu z wieży. Niesamowite, nasycone zielenią oczy zmierzyły wyczekująco to jednego młodzika, to drugiego, aż obaj zamilkli czując się nieswojo. Dopiero gdy biały elf wyłuszczył im sprawę, odetchnęli niemal równocześnie. Z widoczną serdecznością objaśnili które drzwi prowadzą do sypialni sztukmistrza Travisa Arnelta dodając, że rzadko się zdarza, by wczesnym rankiem wychodził on ze swojej kwatery.

Est podziękował za wskazówki i wymieniając grzeczności ruszył schodami w drogę powrotną. Jego serce łomotało, dziko pompując krew i rozsyłając adrenalinę do wszystkich kończyn. Nie poznawał sam siebie, by ot tak zaczepiać ludzi, jakby to było normalne zachowanie! W rzeczy samej, ta normalna praktyka w ludzkim społeczeństwie dla półsmoka zakrawała o masochizm. Zemdliło go, bynajmniej nie od wspinaczki czy pustego żołądka. Zmieniał się, a było to doświadczenie nie mniej wstrząsające niż swobodna pogawędka z dwójką hydromantów.

Docierając na czwarte piętro zdążył się zasapać. Nie w wyniku zmęczenia, po prostu serce dotkliwie obiło mu płuca, wyciskając dech z piersi. A przynajmniej on tak to odbierał. Podparłszy się o kamienną ścianę, łapiąc dech rozejrzał się po korytarzu. Pierwsze drzwi po lewej, mówili. Przed izbą łaziebną. Zdumiewające, że przez cały ten rok Travis mieszkał trzy pokoje dalej i ani razu nie mieli okazji spotkać się poza laboratorium. Chociaż, idąc tym torem myślowym, nigdy nie napotkał żadnego sztukmistrza. Zapewne nie zaliczali się do rannych ptaszków. Za to on większość czasu przebywał w sali ćwiczeń, jadalni, gabinecie mistrza, pracowni czy na świeżym powietrzu, jeśli pogoda dopisywała. Nie powinien się zatem dziwić, że przypadkowo mijał na piętrze mieszkalnym wyłącznie czarodziejów lub adeptów.

Ale nie po to tu przyszedł, żeby roztrząsać miniony czas. Biorąc się w garść, stanął pod drzwiami. Unosząc pięść cichutko zapukał licząc, że nikogo nie zastanie.

Cisza. Czyżby źle trafił?

Ponowił pukanie. Od wewnątrz dobiegło stłumione utyskiwanie, irytacja mieszająca się z niedowierzaniem. Opryskliwy głos był nie do pomylenia z jakimkolwiek innym, aż Est mimowolnie się uśmiechnął.

Drgnął, kiedy drzwi gwałtownie otworzyły się do wewnątrz.

- Czego tam?! - warknął wysoki człowiek w powłóczystym burym szlafroku. - Do cholery, ludzie próbują spać o… Est?

Pod wpływem zrozumienia kwaśną minę alchemika złagodziło osłupienie. Przez krótką chwilę Travis przypominał mu nieprzejednanego sztukmistrza wydającego rozkazy w zniszczonej bibliotece. Ich pierwsze spotkanie, nie należące do przyjemnych, stanęło jak żywy obraz w umyśle równie zaskoczonego chłopaka. Ten czarodziej posiadał dwa oblicza przybierane w zależności od osoby, z którą przyszło mu rozmawiać, a że podział, jakim się kierował, nie był skomplikowany, tak nie miał problemów z płynnością przejścia pomiędzy jednym a drugim.

- Każdego bym się spodziewał u drzwi mojej sypialni, ale ciebie, Est? - sztukmistrz poprawił wiązanie szlafroka i cofnął się w głąb pomieszczenia. - Wejdziesz? Bo skoro już tu przyszedłeś, to chyba masz do mnie interes.

Słowem się nie odzywając, Est złapał za końcówkę ucha. Z wahaniem przestąpił próg komnaty zachęcającego go gestami alchemika. Nie czuł się najlepiej z myślą, że nachodzi przyjaciela w jego prywatnej kwaterze, ewidentnie zaspanego, o czym świadczył nieład panujący na głowie oraz zaczerwienienie wokół niebieskich oczu skupionych na speszonym gościu.

Travis odgarnął z twarzy długie włosy wysuwające się z rzemienia.

- No więc? - powtórzył pytanie, widząc że asystent niespecjalnie garnie się do wyjaśnień. - Co tu robisz?

- W sumie mieszkam… - odparł niezdarnie Est. Naraz się zmitygował, przyłapując na pleceniu głupot. - Przepraszam, mieszkam trzy pokoje stąd i… Jak rany, wybacz Travisie, czuję się tu niezręcznie. Nie chciałem nachodzić cię w... w sypialni, ale… sam rozumiesz. Nie, nie rozumiesz, bo nic jeszcze nie powiedziałem.

Podpierający dłonie na biodrach alchemik uśmiechnął się z politowaniem. Est wił się niczym onieśmielony młodzian wyznający oblubienicy głęboko skrywane uczucie. Choć w jego przypadku raczej oblubieńcowi, Travis słyszał bowiem pogłoski panoszące się po Twierdzy. W życiu by nie pomyślał, że jego społecznie wycofany asystent zwiąże się ze specyficznym człowiekiem pokroju dowódcy zwiadowców. Z mężczyzną. Postanowił pomóc mu w tej trudnej czynności, jaką było wyduszenie z siebie kolejnych słów.

- Est, nie robisz nic niewłaściwego. Szukałeś mnie, a to oznacza, że sprawa nie może czekać. Usiądziesz? - Wskazał na jedyne krzesło. Przysunięte do niewielkiego stolika znajdowało się tak blisko rozgrzebanego łóżka, jak Est nie chciał sobie życzyć.

- Wolałbym nie… - Chłopak zerknął spod czarnych brwi na czarodzieja. - Przyszedłem się pożegnać. I podziękować. Niebawem wyjeżdżam, niestety nie wiem na jak długo. Może na zawsze.

Travis spoważniał, przybierając pozę rozpatrującego ważki problem myśliciela. Wzroku nie odrywał od zasępionego białego elfa, od fantastycznych tęczówek koloru zabójczej toksyny.

- Czy ma to związek paladynem? Co ja gadam, księciem.

- Tak – potwierdził Est.

Z piersi człowieka wydobył się głuchy, wyrażający zadumę pomruk.

- Wiele się wydarzyło od naszego ostatniego spotkania: bitwa, świętowanie, przybycie przedstawiciela Zakonu i Korony…

- Tak - potaknął odruchowo Est. Zaraz puścił ucho, poderwał głowę i popatrzył w wymiętą snem twarz alchemika. - Przepraszam że wcześniej nie znalazłem czasu, by zjawić się w pracowni.

- Nie przepraszaj, Est, miałeś ważniejsze rzeczy na głowie. - Travis zbył jego słowa machnięciem ręki. Wyminął go w drodze do stolika, na którym stała szklanka i dzbanek z wodą. - Siadaj wreszcie, nie wyglądasz za dobrze. Przyganiał kocioł garnkowi, sam jestem w nie lepszym stanie!

Zaśmiał się zauważając swe odbicie w niewielkim lustrze zawieszonym na ścianie. Prezentował się dokładnie jak wtedy, gdy po raz pierwszy ujrzał białego elfa nie wiedząc jeszcze, że przyjdzie im razem pracować.

Est ostrożnie podszedł do stołu i zacisnął palce na zagłówku krzesła. Miał Travisa na wyciągnięcie ręki, lecz nie odczuwał jego obecności jako niepokojącej czy krępującej. Alchemik nie był taki jak on, chociaż spojrzenie, jakim niejednokrotnie częstował go w laboratorium, bywało sugestywne.

- Miałem sporo na głowie, to prawda - przyznał wreszcie. - I teraz żałuję, bo jesteś dobrym przyjacielem. Dobrym człowiekiem. I z żalem przyjdzie mi rozstać się tak z tobą, jak i z czasem spędzonym w pracowni.

- Zabrzmiało poważnie - mruknął czarodziej, nalewając wody do szklanki. - Trzymaj, zajmij czymś dłonie.

Chłopak z wdzięcznością przyjął zimną wodę. Upijając drobny łyk przyglądał się roztargnionemu przyjacielowi. Travis usiłował nieco uprzątnąć bałagan, jednakże prędko porzucił zamiar widząc, że jego starania idą na marne. Wymięta jak on sam pościel zaginała się i wykrzywiała we wszystkich kierunkach.

Komnatę sztukmistrza magii użytkowej urządzono skromniej niż Esta. Wąskie jednoosobowe łóżko, szafka nocna, niska komoda na ubrania oraz stolik z krzesłem ustawiony przy wygaszonym kominku były wszystkim, co obejmowały ściany z ciosanego kamienia. Żadnych gablot, regałów, półek czy szafeczek. Na posadzce nie rozpościerały się futra ani skóry, a w okiennicach nie wisiały zasłony. Ascetyczny styl współgrał z pochłoniętym pracą geniuszem, dla którego pracownia alchemiczna była całym światem. Tylko tam mógł być sobą. To była sypialnia. Tu odpoczywał po dniach ciężkiej pracy, dlatego też obywał się bez specjalnych wygód.

- Travisie?

- Daj mi chwilkę. Ledwo co wczoraj wróciłem z Asvill, gdzie powołano konsorcjum cechów alchemicznych i jeszcze nie ochłonąłem po tak zatrważającej ilości durniów zebranych w jednym miejscu. Doprawdy, gdyby głupota liczona była objętościowo, to pałac królewski w stolicy nie pomieściłby takiego poziomu debilizmu. Co tam pałac, stołeczny garnizon pękałby w szwach! Wyobrażasz to sobie? Chcą połączyć cechy w jedną wielką instytucję! - Obrócił się do przyjaciela. Oburzenie odmieniło jego pociągłą, bladą twarz. - Oni! Ci, którzy nie potrafią dojść do porozumienia, zamierzają rozwiązać niezależne cechy i zmonopolizować dziedzinę alchemii! Rzecz jasna byłem jedynym, który pokazał im, gdzie ma te wyssane z palca dyrdymały.

Est nie mógł się nie uśmiechnąć. Sponad szklanki spoglądał na siadającego ciężko na pierzynie Travisa, skrajnie poruszonego i niepospolicie rozzłoszczonego. Będzie mu brakowało tego szczerego, bezpośredniego osobnika... Bez namysłu zawrócił, by dołączyć do sztukmistrza.

- Poniekąd mi przykro, Travisie, że nie będzie to już mój problem. - Przysiadł na brzegu obok człowieka. - Będzie mi brakowało twojego osobliwego punktu widzenia.

- Ano, problem już nie będzie twój, Zaklinaczu Żywiołów. Uważaj trochę, rozlejesz wodę! – Alchemik upomniał asystenta, który niemal zakrztusił się na dźwięk użytego tytułu. - I nie patrz tak na mnie. To ja powinienem zmierzyć cię wzrokiem, takim besztającym! Żeby dowiadywać się prawdy o swoim asystencie z plotek i historyjek? No naprawdę!

- Przepraszam, nie było kiedy…

- Jasne że nie było, Est. A teraz przestań się kajać - ton Travisa złagodniał i był to pierwszy raz, gdy chłopak usłyszał tę dotąd nieznaną kojącą nutę w głosie alchemika. Nutę wymalowaną także w lekko uśmiechniętych oczach barwy bezchmurnego nieba. - Pamiętam, gdy po raz pierwszy zobaczyłem cię w bibliotece. Prawie rozniosłeś ją w drzazgi! Ależ byłem wściekły. I niewyspany. A kiedy sprawdziłem rejestr i zauważyłem, że wybrane przez ciebie pozycje wyszły spod mojej ręki, zastanowiłem się, o co w tym chodzi. No i ta świadomość, że awansowano cię na mojego asystenta. Pomyślałem wówczas, że jesteś dziwnym stworzeniem z pozoru przypominającym elfa. Rozumiesz, te kły i oczy odbiegają od całości, uszy jeszcze ujdą. Sam nie wiem dlaczego, ale moją pierwszą myślą było, że masz w sobie coś gadziego.

- Zatem jesteś bardziej spostrzegawczy niż reszta - odparł enigmatycznie Est, przekładając szklankę z ręki do ręki. – Bo w moich żyłach faktycznie płynie smocza krew.

Płowe brwi powędrowały w górę, marszcząc wysokie czoło alchemika. Niesforne pasemka opadły na nie, zaraz zgarnięte pobliźnionymi palcami. Travis gwizdnął. Pochylił się do przodu, poprawił poły szlafroka, oparł łokcie na kolanach i splótł dłonie, podtrzymując nimi brodę.

- A to ci nowina - jęknął w przestrzeń. - Kto by przypuszczał... Strata ambitnego i sumiennego asystenta będzie niepowetowana, lecz cóż czynić, skoro zew krwi wzywa? Bo nie powiesz mi, że opuszczasz mistrza wyłącznie dla kaprysu?

- Nie, Travisie, to nie kaprys. Znasz mnie przecież. Poza tym sir Aarim nie przybyłby do Twierdzy, gdyby nie chodziło o sprawy najwyższej wagi.

Przygnębienie zagościło na ogolonym obliczu czarodzieja, gdy ponownie zwrócił się do asystenta.

- Podejrzewam, że tak właśnie jest – westchnął. - I kto teraz będzie opiekował się szczurami? Fenomenalnie je uspokajasz! Przy tobie są potulne jak baranki.

- Dasz radę - pocieszył go chłopak, choć sam pilnie potrzebował pociechy. - Świetnie sobie radziłeś zanim się pojawiłem.

- Trafnie to ująłeś: zanim się pojawiłeś. Teraz będzie trudniej. Znacznie trudniej.

Nastała ciężka, bolesna cisza sprzyjająca najczarniejszym myślom, najgłębszym żalom i najcichszym smutkom. Est dotychczas nikogo nie pożegnał, ale uzmysłowił sobie, że nigdy tego nie polubi. Rozstania były o wiele trudniejsze niż nawiązywanie przyjaźni. Chyba zaczynał pojmować awersję Cola do angażowania się w relacje - samo przywiązanie nie jest złe, lecz ludzie przychodzą i odchodzą, zostawiając po sobie różnorakie wspomnienia oraz pustkę nie do wypełnienia. Wyrwa powstała na skutek rozerwania więzi nierzadko doskwierała mocniej niż fizyczny cios. Zupełnie tak jak teraz.

- Mam nadzieję, że znów się spotkamy, Travisie - wyszeptał jakby w obawie, że intensywność emocji zaklętych w jego głosie zburzy wiekowe mury. - W sprzyjających okolicznościach.

- Również liczę, że jeszcze ujrzę drapieżną zieleń twych oczu, Estalavanesie. – Czarodziej wyjął do połowy opróżnioną szklankę z białych palców, zatrzymując wzrok na czarnej rękawiczce. Był głodną wiedzy istotą, aczkolwiek niespecjalnie interesował się życiem osobistym innych. I nawet w tym jednym przypadku nie zmienił przyzwyczajeń. - A teraz idź już, bo się popłaczesz. Albo, co gorsza, ja się rozpłaczę.

- Przykro mi, że nie mamy więcej czasu na rozmowę.

- Zaufaj mi, to lepiej że nie mamy czasu.

Est dźwignął się z posłania i ruszył w stronę drzwi. Położył dłoń na klamce i zanim ją nacisnął, obrócił się w kierunku wciąż siedzącego człowieka.

- Do zobaczenia, sztukmistrzu Travisie Arnelcie.

Travis uśmiechnął się w reakcji na tak oficjalne pożegnanie.

- Bywaj zdrów, Zaklinaczu Żywiołów Estalavanesie.

Opuściwszy kwaterę przyjaciela, Est zmrużył powieki w podświetlonym magicznymi sferami korytarzu. Zastygł zagubiony. Nieukojony żal ściskał mu pierś. Dlaczego odnosił przykre wrażenie, że rozmawiał z alchemikiem po raz ostatni? Ludzie wiodą tak krótki żywot… Po co im wojny? Są lepsze metody uprawiania polityki aniżeli przemoc i zniszczenie.

- Jestem w stanie to opanować, tak? – żachnął się pod nosem, bezwiednie oddalając w stronę schodów. - Raczej nie chcę wiedzieć w jaki sposób…

Z niejasnym poczuciem kierunku wkroczył na rozległy dziedziniec, połowicznie skryty w cieniu wysokich murów i niebosiężnych czworokątnych wież. Przed wyjazdem koniecznie powinien odwiedzić mistrza. I jak słusznie zakładał, ta rozmowa będzie dlań najdotkliwszym przeżyciem. Dlatego odwlekał ją w czasie.

Umyślnie szedł powoli by zapamiętać miejsce, w którym spędził niezliczone chwile, zarówno te dobre, jak i złe. W jego pamięci zdecydowanie przeważały te miłe, choć dwukrotnie omal nie postradał życia. I rozumu. Pragnął utrwalić korytarz na czwartym piętrze, klatkę schodową wijącą się wąską serpentyną, cztery szerokie stopnie wiodące na ogromny podwórzec, dziedziniec Twierdzy z ryneczkiem wędrownych kupców oraz bramą otwierającą się na północny szlak.

Przystanął i z narastającą tęsknotą przyglądał się migoczącym od rosy dachom budynków: jadalni i kuchni, koszarom oraz stajniom. Główny Budynek wyrastał między nimi przesłaniając widok na sale ćwiczeń, łaźnie oraz świątynię Sarvatesa z przylegającym do niej ogrodem. Wiedziony wewnętrznym głosem podążył ku nim, rozpamiętując potajemne schadzki z Colem, jednakże nie ośmielił się zbliżyć do drzew mieniących się odcieniami zieleni w bladych promieniach świtu. W tej części warowni panował niezmiennie mu się udzielający, niczym niezmącony spokój. Ominął łaźnie, z którymi łączył swoją pierwszą spontaniczną wizytę w ogromnych basenach wypełnionych parującą wodą. I pierwszy raz, kiedy to Colonell dotykał go w ten szczególny, erotyczny sposób, doprowadzając jego ciało nad krawędź nieznanej dotąd rozkoszy. To tutaj Est odkrył, że intymna bliskość drugiej osoby potrafi oszołomić nie gorzej niż alkohol czy uderzenie fali mocy.

Speszony wstydliwymi wspomnieniami zajrzał do sali ćwiczeń, lecz nie zastał tam mistrza. Wrócił więc przez stopniowo ożywający dziedziniec i ze słabym uśmiechem pozdrowił obwoźnych handlarzy rozstawiających prowizoryczne stragany. Przeszedł przez osmoloną powierzchnię, gdzie wiele miesięcy temu płonął stos pogrzebowy ofiar Rzeźnika z Puszczy, a całkiem niedawno ogromne ognisko rozpalone na cześć zwycięzców Bitwy na Błoniach. Esta nie przestawało zdumiewać, z jaką lubością ludzie nadawali wszystkiemu nazwy, tak przedmiotom i zwierzętom, jak i wydarzeniom. Wszedł po schodach do Głównego Budynku i przyspieszając kroku skręcił w przejście prowadzące do gabinetu administratora. Jego cień tańczył niemrawo w świetle pochodni. Dławił go smutek ostatniego pożegnania. Zganił się za głupie myśli, bo przecież nikt nie umierał. A przynajmniej jeszcze nie teraz.

Dotarłszy na miejsce, bez wahania kilkakrotnie rąbnął pięścią w drzwi. Dochodzące z wnętrza stłumione głosy zamilkły nagle. Pogrążony w melancholii Est nie zdawał sobie sprawy, że mistrz podejmował gości. Nacisnął klamkę i pchnął, lekceważąc prywatność nauczyciela oraz, jak się okazało, swojego nowego zleceniodawcy.

Zasiadający za biurkiem mistrz roztrzęsionymi dłońmi masował skronie, jak gdyby cierpiał na ostrą migrenę, jednakże zapadnięte czarne onyksy błyskawicznie podchwyciły młodzieńczą zieleń, dopatrując się w nich powodu, dla którego uczeń wtargnięciem zakłócił naradę z księciem Estarionu. Starzec wyglądał na wycieńczonego. Chorobliwie blady ledwie trzymał się w pozycji siedzącej, lecz wzrok miał błyszczący, świadczący o sile, jaką emanował zahartowany ciężkim życiem mnich.

Zdezorientowany Est przeniósł spojrzenie na stojącego tyłem do wejścia niebianina, który zerkał na niego znad osłoniętego błękitem ramienia. Świadomy zbyt wyraźnych emocji malujących się na twarzy uczeń wydukał przeprosiny. Zaciskając pięści zrównał się z paladynem i odważnie zajrzał w jego nienaturalnie złote oczy. Aarim odwzajemnił spojrzenie; obojętne, nie wyrażające absolutnie niczego. Skrajne przeciwieństwo półsmoka, z którego można było czytać niczym z księgi.

Książę pierwszy przerwał kontakt, by podjąć się nieuprzejmie urwanego wątku.

- Dokonało się, Artemonie. Niech twa droga ku światłości będzie prosta i wyzbyta niebezpieczeństw.

Złotowłosy młodzieniec, mimo że ubrany w elegancką tunikę, a nie płytowy pancerz, oddał zgarbionemu mężczyźnie honory godne prawdziwego rycerza.

Est nic z tego nie rozumiał, ale poczuł tak nieustępliwe drapanie w gardle i nosie, że nie mógł już dłużej powstrzymywać naporu łez. Czuł jak spływają kącikami oczu, łaskocząc policzki. Powtarzał sobie raz po raz, że to nie jest żaden przeklęty pogrzeb, lecz jaźń uparcie odrzucała te zapewnienia, brnąc w najgorsze scenariusze pisane przez zwichrowane samopoczucie.

Nie poczuł jak książę go wymija. Nie dostrzegł jego współczującego wzroku ani nie zarejestrował trzasku domykanych drzwi. Potrojone wysiłki wkładał w walkę z dojmującym uczuciem straty. Kiedy podnosił spojrzenie na zmęczonego mentora, słone krople kapały na kamienną posadzkę. Trząsł się niekontrolowanie. Czarne oczy mistrza lśniły. Starzec albo skutecznie tłumił rosnącą w sercu udrękę, albo pogodził się z losem.

- Nie umrzesz, prawda, mistrzu? Ty nie umrzesz... - Est postąpił kilka chwiejnych kroków w stronę biurka. - Nie możesz umrzeć… I dlaczego on nazwał cię Artemonem, mistrzu? To nie twoje imię… Nie rozumiem...

Starzec odwrócił twarz i zwilżył językiem spękane wargi. Gdy znów popatrzył na młodzieńca, w jego oczach nie było śladu nieprzelanych łez.

- Takie imię nadano mi w dniu narodzin, Estalavanesie, natomiast odebrano w momencie przekroczenia bram klasztoru Stu Ukrytych Mędrców. Mając niespełna trzy lata przyjąłem imię Mag, ponieważ potrafiłem wyczuwać oraz rozpoznawać naturę magii, samemu nie umiejąc z niej korzystać. Jestem poszukiwaczem magii, mój chłopcze, a to niebagatelna umiejętność. Książę Aarim wie o tym.

- Artemon… - wymamrotał chłopak. Słowo to wywołało w nim taką odrazę, że aż skrzywił się czując ohydny posmak na języku. Dla niego nie było żadnego Artemona. To Mag jest jego mistrzem i opiekunem. - Dlaczego Aarim… Co chciał powiedzieć przez… Co to za droga ku światłości? - Kolejne dwa kroki zbliżyły go do mężczyzny będącego mu ojcem. Z każdym wypowiedzianym zdaniem przełykał gorzkie łzy, a towarzyszący temu ból w klatce piersiowej nieporównywalny był do niczego co znał. - Błagam, nie umieraj… Twoje życie gasło, a ja nic nie zrobiłem… Bezsilnie czekałem aż coś powiesz, wyjaśnisz… A ty… ty nie chciałeś niepotrzebnie mnie troskać.

Nie mógł tego znieść. Emocje popłynęły falą tak potężną, że nieomal się zachwiał. Kapiące dotychczas łzy płynęły teraz nieprzerwanymi strumieniami. Est nawet nie próbował ich zetrzeć.

- Jestem beznadziejny! - załkał, przecinając panującą w gabinecie ciszę. Pięści zaciskały się spazmatycznie, aż paznokcie nacięły wnętrze dłoni oraz czarną skórę rękawiczki. - Beznadziejny ze mnie uczeń... Beznadziejny ze mnie syn… Nie jestem nikim wielkim, mistrzu! Gdybym był tym, za kogo mnie uważasz, nie dopuściłbym do tego! Konasz na moich oczach, z mojej winy! A ja… ja wciąż jestem nieporadnym dzieciakiem sprzed roku… Jestem zbyt słaby, by cokolwiek zdziałać, mistrzu…

Podpierając się o blat, Mag wstał zza biurka i obszedł je, pokonując dzielące ich metry. Objął targanego szlochem ucznia, przytulił jego głowę do swego ramienia i przez długie minuty tulił jak małego chłopca, aż ten uspokoił się na tyle, by odzyskać panowanie nad sobą.

- Estalavanesie, jesteś najwspanialszym synem, jakiego mógłbym mieć – wyznał niemal bezgłośnie. - Nie ma w tym twojej winy, chłopcze. Każdy kiedyś umrze i jest to naturalna kolej rzeczy. Mój czas wkrótce nadejdzie, choć nie znam dnia ani godziny. Z miłości żyjemy, mój synu.

- I z miłości umieramy - dokończył chłopak łamiącym się głosem. Odsunął się od Maga i otarł powieki nadgarstkiem, nie parząc w dobrotliwe oblicze pokryte gęstą siecią zmarszczek. - Zostanę z tobą, mistrzu – zadecydował impulsywnie. - Chcę być przy tobie. Kiedy to nastąpi. Zadbać o ciebie.

- Nie, Estalavanesie. Czekają na ciebie pilniejsze sprawy niż przejmowanie się starcem u kresu sił.

- Zabraniam ci tak mówić, mistrzu. Wychowywałeś mnie, wspierałeś, byłeś po mojej stronie nawet wtedy, gdy swoimi czynami zasłużyłem na najwyższy wymiar kary! - Ogromne, zapuchnięte od łez oczy utkwił w pociemniałych oczach starego mnicha. Zduszony szloch wstrząsał jego barkami. - Nigdy mnie nie odtrąciłeś! A teraz twierdzisz… że są… ważniejsze sprawy…

- Czy miniony rok znaczył dla ciebie tak wiele, chłopcze?

- Dla mnie to całe życie! - wykrzyczał Est, obnażając przy tym kły. - Całe życie u twojego boku, u boku człowieka, który kocha mnie jak ojciec… Którego kocham jak ojca... To oczywiste że będę się wzbraniał przed odejściem! Szczególnie teraz, gdy… kiedy wiem...

- Estalavanesie, żyję wystarczająco długo, by w ostatnich dniach mieć nad czym rozmyślać i co wspominać. Nie jestem ci już potrzebny, chłopcze. - Dłonie starca podtrzymujące białe ramiona były szorstkie i suche, lecz wciąż mocne i ciepłe, krzepiące. - Nie jestem już nikomu potrzebny. Moja rola skończyła się w momencie, w którym przekazałem ci wszelką wiedzę niezbędną do przetrwania w świecie ludzi. Pozwól mi dokończyć, młodzieńcze - uciszył protestującego podopiecznego grymasem ściągniętych siwych brwi. - Z tą chwilą przestajesz być moim uczniem, Zaklinaczu Żywiołów. Pora, byś przejął moje idee oraz kontynuował naukę często nazywaną podróżą przez życie. Na twojej drodze stoją drzwi wymagające odpowiednich kluczy bądź technik do ich otwarcia. Tu, w Twierdzy Niedźwiedzi, ich nie znajdziesz. Nie znajdziesz ich również u mego boku. Za to odnajdziesz je pośród zagrożeń oraz wrogów, jakich zgotował ci los. Pośród przyjaciół i sojuszników, którzy przyłączą się do ciebie zwabieni twoją charyzmą oraz siłą płynącą z przekonań. Tylko ty miałeś opuścić Twierdzę. Teraz jest was troje.

- Troje? - powtórzył Est, tępo wpatrując się w pomarszczoną twarz trzymającego go nauczyciela. - Skąd ty…

- Miałbym uwierzyć, że zostawisz przyjaciółkę? Nie po to ją tu sprowadziłeś, by teraz wyruszać bez niej. - Lekki uśmiech zadrżał pod przerzedzonym wąsem, rozświetlając zmęczone oczy Maga. Puścił ucznia i z czułością poklepał okryty czernią bezrękawnika bark, jakby się nad czymś namyślając. - Lepiej żeby was tu nie było, kiedy nastąpi nieuniknione.

Pociągający nosem Est ożywił się, odbierając słowa mistrza jako nowe niebezpieczeństwo.

- Nastąpi nieuniknione? Nie, zostanę tu! Nie po to obaj usilnie staraliśmy się o nawiązanie porozumienia z Zakonem, by teraz zaprzepaścić to wszystko, by… Mistrzu? O co chodzi?

Niepodobnym do Maga było, aby zwieszał on głowę i intencjonalnie ignorował rozmówcę, a zwłaszcza ucznia. Starzec okręcił się na pięcie i podszedł do biurka, spozierając na blat przykryty stosem dokumentów. Leżało tam coś jeszcze: niewielka książeczka, którą Est zdążył poznać. Dziennik mistrza. Spis wizji oraz przebłysków, jakich doświadczał poszukiwacz magii.

Zaniepokojony chłopak bacznie obserwował pochyloną sylwetkę łysego człowieka pieszczotliwym gestem pocierającego wytartą skórzaną oprawę. Drżące, sękate palce zamknęły się na niewielkim tomiku i uniosły go nad blat.

- Estalavanesie, zabierz to ze sobą – poprosił mistrz. - Miej blisko, przeczytaj i zachowaj dla siebie. Jestem pewien, iż nadejdzie czas, w którym zapisane w nim objawienia znajdą odzwierciedlenie w rzeczywistości. Liczę, że dzięki temu twoja oraz Aarima sytuacja się wyklaruje.

- Moja i Aarima?

Est doszedł do wniosku, że im więcej mistrz mu tłumaczył, tym mniej on sam z tego rozumiał. Nie wiedział dokąd zaprowadzi ich Aarim, lecz Mag mógł mieć o tym jakiekolwiek pojęcie.

Chłopak niewiele się pomylił. Mag dogłębnie analizował dzisiejszą niezapowiedzianą wizytę niemłodego paladyna. Zdumiało go, że byli równolatkami i podczas gdy w obliczu konfliktu człowiek stał u progu życia, tak książę dopiero rozkwitał. Starzec musiał się zgodzić, iż było to nadspodziewanie doskonałe zgranie w czasie z cyklem historii: cierpki owoc przeznaczenia gotowy do zerwania z drzewa chaosu.

Uczeń prawdopodobnie nigdy się nie dowie, że jego mistrz zezwolił Aarimowi na odczytanie swych myśli oraz wspomnień, nawet tych, o których pragnął zapomnieć. Podobna rzecz miała już miejsce i zdarzyła się dekady temu, tuż po pierwszej wizji przeszywającej jego prosty ludzki intelekt. Mag udał się wówczas do Aneil’Aranth, prosząc o audiencję u arcypaladyna... i uświadomił sobie, że nie na darmo nazywano ród królewski Potomkami Wszechmocnych. Zdolności mentalne niebian wykraczały daleko poza ludzkie pojmowanie oraz postrzeganie metamagicznych zjawisk. Wzbudzały podziw, ale też uzasadniony lęk. I były fundamentem zapewniającym ciągłość panowania aktualnej dynastii.

Czytanie umysłu, chociaż dokuczliwe i przykre, było najbezpieczniejszym i najszybszym sposobem, by książę Estarionu przejął całą wiedzę zgromadzoną przez leciwego mnicha. Poprzez mentalne połączenie utwierdził się także w przeświadczeniu, jakoby pierwotna żywa esencja Estalavanesa w dużej mierze wpływała na osoby w jego otoczeniu. Mistrz nie miał jednak pewności czy oddziaływał wyłącznie na użytkowników magii, czy na każdego bez wyjątku. Wiedział natomiast, że młody półsmok bez udziału woli korzystał z tego talentu. Aarim bez słowa skargi podjął się wyzwania, biorąc na siebie obowiązek zwieńczenia dzieła Artemona. Teraz na nim spoczywała odpowiedzialność za ocalenie Estarionu oraz okiełznanie wzrastającej mocy Estalavanesa. Niewątpliwie jedno z drugim było powiązane. W jakim stopniu? On sam musiał to odkryć.

Dokonało się i nic już nie zmieni przeszłości. Mag lękał się, że gdyby przedłużyli całe zajście, niespodziewana ingerencja ucznia zniweczyłaby sprawę. Proces czytania w umyśle nie szczędził obu stron, był wymagający i ryzykowny, a rozemocjonowany chłopak mógłby opacznie zrozumieć zaistniałe okoliczności. Mag nie mógł przewidzieć, jak Estalavanes zareagowałby na widok cierpiącego opiekuna oraz skoncentrowanego na nim paladyna.

- Mistrzu? - nieśmiałe ponaglenie rozbrzmiało w jego starych uszach. - O czym mówisz?

- Sytuacja twoja i Aarima, drogi chłopcze – powtórzył na wydechu Mag, obracając się do ucznia. - Powinienem nakreślić ci pewną istotną kwestię. Sir Aarim od długiego czasu zabiegał o pieczę nad tobą. Rozegrał wasze korespondencyjne pertraktacje w sposób wyjątkowo zmyślny, rzekłbym przewrotny. Byłeś przekonany o swoim zwycięstwie, tymczasem uwikłał cię on we własne plany. Nie przegrałeś, trudno tu bowiem określić zwycięzcę i zwyciężonego, lecz twoja partia dobiegła końca, a jego trwa nadal. I jest to rozgrywka o najwyższą stawkę, Estalavanesie. Gra, w której wszelkie chwyty są dozwolone, a jedyną zasadą jest ich łamanie, gdzie przeciwnik jest nie tyle starym repem, co weteranem Wojny Bogów.

Gdyby mógł, Est zbladłby pojmując, na co się porywał. Na co oni wszyscy się porywali.

- Weteranem Wojny Bogów? – wyszeptał zmartwiałymi ustami. - To by znaczyło, że ma… Jak rany, kilka tysięcy lat… Jakim cudem przetrwał tak długo i nikt się nie domyślił?

- Zdaje się że przespał, Estalavanesie. Niebianie odetchnęli z ulgą wierząc iż skonał, lecz on śnił o powrocie. Działał subtelnie. Z ukrycia. W cieniu arcypaladyna, aż do momentu, w którym zwierzchnik Zakonu odczuł działanie sił nie do końca dlań zrozumiałych. A gdy spostrzegł on swój błąd, było już za późno, by skutecznie temu przeciwdziałać.

Zdruzgotany półsmok aż syknął, a smutek i żałoba wyparowały pod naporem gorejącego w nim gniewu.

- Dlaczego Aarim nie powiedział mi tego wprost?! Dlaczego zasłaniał się odroczeniem egzekucji? Zdobył moje zaufanie tylko po to, by przy pierwszej nadarzającej się okazji je stracić? To nie ma sensu!

- Chłopcze, nie oceniaj pochopnie motywów postępowania naszego księcia - pouczył go starzec, wciąż kurczowo ściskając dziennik. Zatrzymał się przed podopiecznym, chcąc podać mu niewielki tomik. - Nie pochwalam takiego postępku, acz w toku obecnych wydarzeń jest on zupełnie wytłumaczalny.

- Przecież od samego początku mógł mi wyjawić, dlaczego zależy mu na mnie! Mógł powiedzieć prawdę!

Est zagotował się na samą myśl o tym przez co przeszedł, aby zrealizować plan, by żyć razem z Colem na własnych warunkach. To wszystko okazało się jednym wielkim oszustwem. Nie posiadał władzy nad swym przeznaczeniem, nie kontrolował swojego życia, nie wyprzedzał losu choćby o krok…

Huśtawka nastrojów mocno rozchwiała jego wewnętrzną równowagę. Znów omal się nie rozpłakał, z bezradności i ogarniającej go niemocy, ale z gardła wydobył się tylko niski pomruk wieszczący rychłe przerwanie nadwątlonej poczytalności.

Kłamca. Aarim był łgarzem, niegodnym zaufania osobnikiem za nic mającym uczucia oraz bezpieczeństwo podlegających mu osób. Te złote, lodowato obojętne oczy zdradzały prawdę, której on nie chciał dostrzegać. Aż do teraz!

- Estalavanesie, spójrz na to z mojej perspektywy. - Mag wepchnął mu dziennik w dłonie, zaciskając stwardniałe palce na białej chłodnej skórze. - Spełniło się dokładnie to, co miało. Sam przyznałeś, iż stworzono cię do wyższych celów, dowiodłeś tego poruszając niebo i ziemię. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, byś osiągał kolejne, jakie przed sobą postawisz, chłopcze. Nie poddawaj się. Nie ustawaj w wysiłkach. Porażki nie świadczą o twojej słabości, lecz wytrwałości. Udowodniłeś już, iż upór, cierpliwość oraz konsekwentność działania są w stanie przekuć niepowodzenia w zwycięstwo. To dzięki ciężkiej pracy jesteś tym, kim się stałeś. Znalazłeś się w punkcie zwrotnym. Zastanów się więc, dlaczego sir Aarim niestrudzenie i w sekrecie dążył do zwerbowania cię w szeregi Zakonu Paladynów.

Est milczał. Zacisnął wargi w wąską kreskę i zazgrzytał zębami w bezowocnych próbach opanowania nawarstwiających się emocji, wręcz kipiących na podobieństwo wzburzonej w ciele esencji. Przyglądał się kościstym palcom mistrza zamykającym się na jego własnych, delikatnych i trzymających niewielką książkę - pamiątkę po człowieku, który jako pierwszy wyciągnął ku niemu pomocną dłoń. Który dojrzał w półsmoku osobę, a nie odstręczającego potwora.

Głos żyjący w mrocznych głębinach podświadomości słuchał z wyczekiwaniem. Estowi wydawało się, że cały świat wstrzymuje oddech… i tylko on jeden ślepy był i głuchy na to, co ma nadejść.

- Pójdę z nim, ale nie zapomnę mu tego, mistrzu… - obiecał gorzko, wysuwając dłonie spod drżących palców starca. - Za każdym razem, gdy spojrzę w te złote oczy, pamiętał będę, że jego intencje nie są szczere.

Mag cofnął się, by objąć wzrokiem ucznia. Usatysfakcjonowany tym, co zobaczył, uśmiechnął się z lekkością charakteryzującą dumnego ojca.

- Zmieniłeś się, Estalavanesie. Kiedy zabierałem cię z Cichobrzegu, byłeś nieprzystępnym i skrytym chłopcem, drobnym i mizernym. Mija rok i stoi przede mną mężczyzna świadomy swych umiejętności, choć niepewny ambicji, gotów iść naprzód by walczyć za sprawę, która nie powinna go dotyczyć. Jestem szczęśliwy, mój chłopcze. Dla mistrza rozwój ucznia znaczy więcej niż przypuszczasz. A dla ojca… - Kręcąc głową przyciągnął do siebie byłego ucznia. - Już czas, Estalavanesie. Nie patrz w tył, mój synu. Nigdy nie patrz w tył, albowiem zgubić możesz ścieżkę wiodącą do celu.

Chłopak mocniej ścisnął książkę. Po raz ostatni uścisnął mistrza, swego przyjaciela, opiekuna i ojca. Nie było już słów mogących opisać rozdzierającą serce rozpacz. Wszystko zostało powiedziane, a on musiał odejść. Wiedział o tym od dawna i sądził, że był na to przygotowany. Nie wiedział jednak, jak głęboko sentymenty potrafią zapuścić korzenie w podatnym gruncie chłopięcej psychiki. Nie sposób było je wyrwać. I, jak wkrótce zrozumie, wcale nie musiał tego robić.

Odsuwając się od ciepłego, pachnącego bezpieczeństwem oraz rodzicielską miłością człowieka, nie czuł kompletnie nic. Był martwy. Pusty w środku. Nie pamiętał chwili, w której skinął Magowi na pożegnanie. Za nic później nie umiał przypomnieć sobie momentu wyjścia z gabinetu, w którym przesiadywał w prawie każdy wieczór. Ani nie dosłyszał prośby ojca i zarazem mistrza, a która mimo to wyryła się w jego niezawodnej pamięci czekając, podobnie jak dziennik, aż wreszcie po nie sięgnie: Estalavanesie, zmień ten świat, zanim on zmieni ciebie...

niedziela, 1 lutego 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 37 ~~

 Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




"Wynajdujesz problemy, by potem je rozwiązać. I nabrać doświadczenia. Dzięki temu szybciej przyjdzie ci sprostać kolejnym."
- Leos Niedźwiedziogrzywa


- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 1d'2m'26r2t]




  Stosunkowo krótki to rozdział, który złośliwi mogliby określić jako zbędny lub nazwać "zapychaczem". I byliby w błędzie, klaruje on bowiem kilka wciąż niejasnych kwestii:
    1. Wyjaśnia charakter obsesyjnego zainteresowania Aarima Estem. 
    2. Ukazuje, jak przykre wspomnienia u Cola przywołuje świadomość współpracy z paladynem.
   3. Romantyczna i żądna książkowych przygód Leos otrzymuje szansę wyrwania się ze stagnacji w            Twierdzy.
Rodzą się nadzieje, kwitną marzenia i budzą wątpliwości. W tym rozdziale podoba mi się właśnie ta różnorodność emocji prezentowanych przez bohaterów - tajemniczość zleceniodawcy, ocieniona lękiem ciekawość półsmoka próbującego go rozgryźć, ekscytacja i zapał młodej dziewczyny, aż wreszcie niechęć, ostrożność i poniekąd nieujawniony żal doświadczonego życiem młodzieńca, na koniec zaś beztroska wspólna noc przed opuszczeniem Twierdzy Niedźwiedzi, być może już na zawsze...



Kącik autorki.
    Haaa, z pewnością zwróciliście uwagę na sztampowy skład drużyny: paladyn (wojownik), przodownik (łotrzyk), piromantka (czarodziejka) oraz uzupełniający smaczek w postaci Zaklinacza Żywiołów (hybryda wojownika i czarownika?). Nie, to nie było zamierzone działanie. Zwróciłam na nie uwagę dopiero w trzecim tomie, podczas jednego z trudniejszych starć (no bystrością nie błysnęłam), gdzie okazali się niemal samowystarczalni. Zresztą, historia powstawania bohaterów pierwszoplanowych była tak przypadkowa, że trudno o celowość.
    Może pamiętacie z poprzednich postów, że Col [Colonell] powstał jako inkwizytor w grze Dragon Age - cyniczny, smagły awanturnik z tatuażem na połowie facjaty, amator niebrzydkich mężczyzn, biegły zarówno w walce na dystans, jak i bezpośredniej przy użyciu dwóch sztyletów.
    Est jest owocem mojej wieloletniej zabawy w pisanie i tworzenie nowej rasy, który przypadkiem ruszył w zupełnie innym kierunku niż mu pisałam, a któremu ostatecznie pozwoliłam na mnóstwo swobody. I nie żałuję.
    Leos była odpowiedzią na wszystkie te Mary Sue, jakie zapełniają stronice literatury "kobiecej" i młodzieżówek. Nie jest piękna, zachowuje się nieco zadziornie, lecz nie apodyktycznie, dysponuje nieprzeciętnymi zdolnościami magicznymi, ale nie kładzie wszystkich wrogów niedbałymi zaklęciami czy naturalnie celnymi uderzeniami kostura. To dziewczyna silna, o kształtującym się charakterze, dojrzewająca na oczach Czytelnika. Zawsze pragnęłam stworzyć prawdziwie silną żeńską postać, nie psychopatkę czy boginię w ludzkiej skórze - i ona jest właśnie jedną z nich.
    Aarim ma... wyjątkową historię, sięgającą jeszcze czasów mojej pracy w ASP. Nie mogę powiedzieć, że to w 100% moja postać, gdyż stworzyła ją niejaka Agata (imię prawdziwe), równie jak ja kochająca zabawę słowem pisanym. Wymieniałyśmy się doświadczeniami, wzajemnie oceniałyśmy swoje dzieła, czasem urządzałyśmy burze mózgów tworząc nowych bohaterów. I tak oto wykreowała dla mnie paladyna imieniem Aarim, jasnowłosego przystojniaka o surowej urodzie oraz praworządnie dobrym charakterze. Przyjęłam go z radością, mimo że z początku był częścią zupełnie innej historii, ale w uniwersum Elegii o Nieśmiertelnym. Z czasem otrzymał złote tęczówki, nadnaturalne zdolności mentalne oraz królewską proweniencję. A także przyszłość, jakiej nie mogę wyjawić.

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 37

 

Obecność następcy tronu wywołała wśród uprzedzonych najemników niemałe zamieszanie, zwłaszcza że większość widziała w nim nie księcia Estarionu, a wrogiego rycerza-dowódcę. Kiedy wraz z Colonellem i Estalavanesem zjawił się w przestronnej sali jadalnej, zdradzające antypatię szepty oraz pomruki przerodziły się w coraz donośniejsze spostrzeżenia, aż w końcu utonęły w gwarze gorączkowych dyskusji wspartych odgłosami wieczerzania. Spojrzenia posyłane w stronę przybysza nie należały do przychylnych, lecz żaden z mężczyzn przebywających w pomieszczeniu nie pozwolił sobie na jawną wrogość względem złotowłosego młodzieńca w monarszych barwach. Natomiast czarodziejki… Cóż, one nie mogły oderwać wzroku od niezwykłych oczu urodziwego arystokraty rozglądającego się z uprzejmą ciekawością.

Est dyskretnie przyglądał się spożywającym kolację najemnikom. Nie umknęło mu ich udawane lekceważenie, nieufność, a nawet szczera wrogość. Byli też tacy, którzy intensywnie wpatrywali się w niego, bohatera będącego Zaklinaczem Żywiołów. Bez wątpienia nurtowało ich dlaczego towarzyszy paladynowi, z którym pojedynkował się na błoniach. I chyba nie umiałby im na to pytanie odpowiedzieć, sam bowiem nie miał pojęcia co najlepszego wyczynia. Jeszcze siedmiodzień temu nie myślałby, że znajdzie się w podobnej sytuacji, a teraz… Teraz chciał dotknąć blizny na szyi, ale w porę się zreflektował i zamarkował gest drapaniem po obojczyku.

Przy jednym ze stołów w głębi pomieszczenia wypatrzył grupę piromantów i adeptów, lecz nie dojrzał wśród nich Leos. Ostatnimi czasy czarodziejka uczęszczała na indywidualne lekcje ze sztukmistrzami, więc z pewnością spóźni się na posiłek. Nieprzeciętne umiejętności Małej Niedźwiedzicy przydałyby im się podczas wykonywania ryzykownej misji. Przydałyby się jemu, ponieważ sam nie był w stanie przywołać żywiołu ognia, nie chciał jednak narażać przyjaciółki na nieokreślone zagrożenie. W Twierdzy była bezpieczna i tutaj powinna zostać. Ale czy istniała na tym świecie forteca, którą można nazwać bezpieczną? Pakt o Nieagresji sugerował coś zgoła przeciwnego...

Raptem Colonell pociągnął go za nadgarstek i wyrwany z rozważań półsmok ciężko usiadł na wysuniętym krześle. Chciał zbesztać człowieka za tak obcesowe traktowanie, lecz przydymione szmaragdy go nie dostrzegały - mierzyły groźnie młodego księcia zajmującego miejsce na wprost białego elfa.

- Wasza Książęca Mość wybaczy niedogodności - zaczął Col wyjątkowo oschle. - Jako prości ludzie nie opływamy w luksusy.

- W moich żyłach płynie królewska krew, lecz zapominasz, przodowniku, iż nade wszystko jestem żołnierzem w służbie Jego Ekscelencji Arcypaladyna.

Est dałby sobie rękę uciąć, że nieprzyjemny dźwięk dobiegający jego uszu wydały kurczowo zaciśnięte szczęki młodego zwiadowcy. Nie wiedział gdzie patrzeć, dlatego spuścił wzrok i nerwowo bawił się sprzączką czarnej rękawiczki.

Wyprowadzony z równowagi zwiadowca nie powiedział już nic więcej. Ściskając rękojeści zabezpieczonych sztyletów poszedł po kolację, pozostawiając Esta sam na sam z niebianinem. Sam na sam, nie licząc ukradkowych spojrzeń niespełna połowy ludzi w jadalni. Czy oni w ogóle mieli świadomość, przedstawicielem jakiej rasy jest ów młodzieniec o złotych oczach?!

Książę Aarim lekko przechylił głowę, spoglądając na Esta.

- Twój przyjaciel nie darzy mnie sympatią, Estalavanesie. Lub też zalicza się do osób szczególnie nieprzystępnych, trudno orzec.

- Nie, Colonell to bardzo kontaktowy człowiek - wytłumaczył pospiesznie chłopak. – Ale... przeczytał twoje listy, więc...

Nie dokończył. Uparcie gapił się na swoje dłonie, za wszelką cenę unikając kontaktu wzrokowego z paladynem. Zrobiło się niezręcznie, a gdyby jeszcze popatrzył w te złote tęczówki… Żołądek zwinął mu się w ciasny supeł, momentalnie odbierając apetyt.

Przecięta blizną brew powędrowała ku górze.

- Doprawdy? Czy twój mistrz nie pouczył cię, aby potencjalnie obciążające dowody obracać w popiół?

Rozgniewany przyganą chłopak zebrał się w sobie. Łypnął na rozmówcę, chowając pięści pod blatem stołu.

- Tak, wspominał o tym, lecz to był mój wybór co z nimi zrobię. A może zechcesz wyjaśnić, co miały znaczyć te dwuznaczne treści?

- To, co w istocie znaczyły. Zwykłem wypowiadać się szczerze i bezpośrednio, gardzę półsłówkami. – Sir Aarim nieznacznie odwrócił twarz i musnął palcem bliznę na lewym policzku. - Jesteś pierwszym, który zranił mnie w trakcie pojedynku. Ponadto pozostawiłeś trwały ślad niemożliwy do zaleczenia niebiańską mocą. Takich przeżyć nie sposób wymazać  z pamięci, Estalavanesie. I takich osób również.

Tym razem Est nie zdołał uciec przed świdrującym spojrzeniem posłanym z ukosa. Było mu niedobrze i prawie złapał za końcówkę nisko zwieszonego ucha. Obiecał Colowi, że popracuje nad odruchami i póki co wychodziło mu to niezgorzej. Aż do teraz.

- Wyjaśnijmy sobie jedno, sir Aarimie: nawiązałem już poważną relację.

- Zdążyłem zauważyć. I cóż w związku z tym? - Niewzruszona postawa działała onieśmielająco na półsmoka, co nie uszło spostrzegawczości niebianina. Był bystrym obserwatorem i mimo że nie wyrażał żadnych emocji, to potrafił je wychwycić. A już szczególnie na tak ekspresyjnym białym obliczu. - Upraszam także, byś zaprzestał oficjalnego tytułowania mnie.

- Em, jak rany… To znaczy, że nie jestem tobą zainteresowany. A przynajmniej nie w tym sensie... - Est usłyszał własny głos, brzmiący teraz odrobinę skrzecząco. Zapragnął jak najszybszego powrotu partnera, byle kłopotliwa rozmowa wreszcie się skończyła. - Poza tym… Nie interesują mnie mężczyźni. Tylko Colonell. Wyłącznie.

- Mnie również nie interesują mężczyźni, jeżeli cię to uspokoi. Będąc szczerym, nie przybyłem tu w celu poszukiwania godnej mariażu partii, lecz osobistej ochrony. Tylko ochrony. Wyłącznie.

Sprowadzony na ziemię Est przełknął cisnącą mu się na usta ripostę. A on, durny, ubzdurał sobie że Aarim… Przecież to nie jest normalne, by mężczyzn pociągali mężczyźni. Colonell jest wyjątkiem. I on sam pod pewnym względem nim jest, wszak związał się z wytatuowanym zwiadowcą.

- Drugi najlepszy szermierz Estarionu szuka ochrony, a to ci dopiero! - Ani się obejrzeli, kiedy zjawił się Col z obszerną tacą wypełnioną naczyniami. Postawił ją z trzaskiem na krzywym blacie i podpierając się rękami o kraniec stołu zajrzał w zimne złote oczy. - Ostro pogrywasz, książę. Zastanawia mnie tylko w co.

Aarim nieco zmarszczył brwi przenosząc wzrok z przodownika na Esta.

- Czyżbyś nie wtajemniczył swego przyjaciela w szczegóły naszej umowy?

Est spiął się cały, a nagłe uderzenie gorąca niedostrzegalnym ogniem naznaczyło jego białe policzki. Wyglądał jak na skraju paniki.

- N-nie… Nie mieliśmy okazji…

- Chyba ty, Esti. - Col prychnął niczym rozjuszony niedźwiedź. Usiadł przy psychicznie sponiewieranym dzieciaku i zaczął rozstawiać kubki, talerze oraz półmiski pełne parującej pieczeni, warzyw i kaszy. Gestem zachęcił zleceniodawcę, by się częstował. - Nie krępuj się, Wasza Książęca Mość. Poczuj się jak w garnizonie.

- Z wdzięcznością zastosuję się do twojej propozycji, przodowniku.

Colonell sam już nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Nie dość, że kochanek spiskował z wysoko sytuowanym paladynem, to jeszcze uczynił go ich pracodawcą! Jeżeli tak Zrzęda wyobrażał sobie uwolnienie wychowanków spod jarzma Niedźwiedzia, to powinien otrzymać zaszczytny przydomek “złośliwy”. Złośliwy i pokrętny jak sam los.

Może i nie cieszył się z tak niekorzystnego biegu wypadków, ale wkrótce wyruszą w podróż, odżyją i… No masz. Col nigdy nie brał na poważnie myśli o zakładaniu rodziny, lecz przy tym dzieciaku czuł, że nie byłoby to wcale takie złe. Esti preferował osiadły tryb życia, a on… Odkąd poznał białego elfa, zapragnął trwać u jego boku. Taki plan, nieważne jak fantastyczny się zdawał, możliwy był do zrealizowania. Wystarczyło dać mu szansę. Dać szansę im obu.

Przysunął sobie kubek z wodą i zerknął spod oka na partnera, który niemrawo grzebał widelcem w talerzu. Zwróciwszy się w kierunku złotookiego rycerza, przyjrzał mu się bacznie. Niebianin z manierą godną szlachcica kroił mięso, zupełnie obojętny na wszystkich oraz wszystko, co działo się wokół niego.

Col ostatni raz rzucił okiem na mężczyzn oraz nieliczne kobiety w jadalni i byłby napoczął posiłek, gdyby nie bursztynowy błysk loków przy wejściu do kuchni. Gwałtownie wyprostował się na oparciu i z nieciekawą miną sapnął do Esta:

- Towarzystwo z lewej…

Ledwie jego ostrzeżenie dotarło do uszu pozostałej dwójki siedzącej przy stole, kiedy nagle Mała Niedźwiedzica zmaterializowała się koło nich.

- Est! Col! Dobrze was widzieć! - zaszczebiotała radośnie. Umieściła swoją tacę przy wolnym miejscu i nie poświęcając dostojnemu sąsiadowi choćby krzty uwagi, siadła obok niego. - Nareszcie możemy zjeść razem. Na pewno słyszeliście, że w Twierdzy jest… - Wtem spojrzała na mężczyznę po lewej i jej szeroki uśmiech natychmiast zgasł, przeistaczając się w wyraz niedowierzania bądź przerażenia, trudno było to jednoznacznie określić. - Książę Estarionu. Jest w Twierdzy. Ale to już wiecie.

Kąciki ust Aarima drgnęły. Wstał od stołu i dwornie skłonił się piromantce, wpatrzony w jej spąsowiałe lica.

- Sir Aarim Asmodeusz - przedstawił się. - Książę Estarionu oraz rycerz-dowódca miasta garnizonowego Adeila.

- L-Leos Niedźwiedziogrzywa.

Dziewczyna zapłonęła szkarłatem po same koniuszki uszu skrytych pod bujną grzywą. Jej ciemnoniebieskie oczy lśniły, a delikatna dłoń wiedziona skromnym odruchem powędrowała do ust, zasłaniając je jakby z lęku przed powiedzeniem czegoś niestosownego. Poruszyło ją spotkanie z tak wpływową osobistością, oczarowały elokwencja oraz szarmancja, których na próżno szukać pośród najemników i czarodziejów z Twierdzy.

- Niedźwiedziogrzywa? - Subtelny uśmiech wykwitł na wargach księcia siadającego na krześle. Spod opadających powiek obserwował wiercące się piegowate dziewczę. - Czyżby krewna Złowieszczego Niedźwiedzia?

Est utkwił wzrok w pierwszym przejawie uczuć, jakie dane było mu ujrzeć na marmurowej twarzy Aarima. Musiał przyznać, że posiada niewiarygodną charyzmę. I czynił z niej użytek. Dodając do tego niezwykłą urodę oraz młody wiek, zapewne niejedna niewiasta uległa jego czarowi.

- Córka - wymamrotała speszona Leos, wbijając spojrzenie w zawartość swojej tacy. Obawiała się że oślepnie od spoglądania w roztaczającego blask księcia. - Jestem jego córką.

- Niebywałe.

- Niebywałym jest, by książę podróżował bez świty i eskorty - wypaliła, byle zmienić temat. Pokrewieństwo z Niedźwiedziem nie napawało jej dumą. Szybko rozejrzała się po jadalni, spodziewając się dojrzeć zbrojnych monarchy. - Bo przyjechałeś bez świty, prawda, Wasza Książęca Mość?

- Owszem, Leos - przytaknął, skupiając się na kolacji. - Przybyłem jako oferent, a nie członek rodu królewskiego czy reprezentant Zakonu Paladynów. Eskorta tylko by mnie spowalniała. Wiele także słyszałem o gościnie Niedźwiedzi, toteż postanowiłem z niej skorzystać.

- Macie coś wspólnego, Esti - burknął Col do białego ucha, a sprawiał przy tym wrażenie urażonego i poniekąd zmęczonego wynikłą sytuacją. - Obaj macie taką gadkę, że żadna panna wam nie odpuści. A jak jeszcze popatrzycie w ten uwodzicielski sposób, to…

- Idź wyłysiej z tą swoją uwodzicielskością! - ofuknął go Est. - Na nikogo tak nie patrzę.

- Weź się w lustrze zobacz, wtedy zrozumiesz w czym rzecz.

Przodownik sądził że poczuje się lepiej, gdy podroczy się z przyjacielem, lecz frustracja niestety nie minęła - wręcz się pogłębiła. Skubał więc własną porcję przepychając spieczone warzywa z jednego końca talerza na drugi i usilnie starając się ignorować scenę rozgrywaną przy stole. Za to wszyscy wokoło śledzili wydarzenia z coraz bardziej zauważalnym zainteresowaniem.

Mruknął zniechęcony i potarł śniade skronie. Szybkim ruchem przeczesał włosy, dławiąc spływające na język przekleństwo. Wreszcie położył rękę na oparciu krzesła Estiego, by niby od niechcenia wyciągać niewidzialne nitki z jego bezrękawnika. Miał ochotę zostać tylko we dwóch z oblubieńcem, by w najprzyjemniejszy z możliwych sposobów rozładować napięcie nagromadzone od ich wczorajszej kłótni. Odcinając się od otoczenia fantazjował co by mu zrobił, gdyby zyskali chwilę dla siebie...

Naburmuszony Est podchwycił to spojrzenie, przyczajone w ciemnozielonych oczach przesłanie i sugestywny uśmieszek wygiął jego usta.

Odwrócili się od siebie, a ich niegasnące uśmiechy mówiły więcej niż słowa. Słyszeli jak Leos zabawia Aarima rozmową, jednak nie trafiał już do nich sens wypowiadanych zdań. I chociaż ciałem obecni byli w jadalni, to duchem przebywali daleko stąd, oddając się czynnościom bezwstydnie wybiegającym poza ramy przyzwoitości.

***

Po kolacji książę samodzielnie wrócił do gabinetu Złowieszczego Niedźwiedzia, by dopełnić koniecznych formalności związanych ze spisaniem kontraktu. Nie przypuszczał, by ktoś odważył się zakłócić jego spokój lub wyrządzić mu krzywdę, ponieważ był przekonany o żelaznej dyscyplinie panującej wśród Niedźwiedzi.

Colonell nie ukrywał ulgi, jaką odczuł po odejściu zleceniodawcy. Świadomość, że zmuszony będzie towarzyszyć paladynowi, przeszła mu ciarkami po grzbiecie, przywołując przykre wspomnienia. Już sam jego niebiański urok oddziaływał deprymująco... Powściągając emocje poinformował Estiego, że jak tylko spakuje najpotrzebniejsze rzeczy i zawiadomi o długotrwałej nieobecności swego zastępcę, Jeroda, to w przeciągu dwóch, trzech godzin stawi się w jego sypialni. Następnie, pożegnawszy się z Leos, odszedł do koszar.

Zaklinacz Żywiołów i piromantka przez chwilę stali przed budynkiem stołówki, gdzie gwar był cichszy, stłumiony grubymi kamiennymi murami oraz oszklonymi oknami. Zamyśleni patrzyli w bezchmurne niebo, z którego mrugały do nich tysiące drobnych gwiazd.

Mała Niedźwiedzica westchnęła, przykuwając uwagę Esta.

- Wyjeżdżacie - stwierdziła smutno. - Zobaczymy się jeszcze?

- Chyba nie, Leos - odparł Est zgodnie z prawdą ginącą w pomroce jego duszy. - Prawdopodobnie nie dożyjemy kolejnego spotkania.

Prawdopodobnie wy go nie dożyjecie - uściślił w myślach. Nagły skurcz żołądka wykrzywił jego twarz.

Leos spojrzała na niego. Żal w jej oczach zacierał się na granicy strachu.

- Nie dożyjecie? – powtórzyła za nim wstrząśnięta.

- Wojny zapoczątkowanej na południu nie wywołali ludzie - wyszeptał, ponownie kierując oczy ku matowemu firmamentowi. - Podejrzewam, że Aarim niewiele nam wyjawił. I ufam, że ma ku temu powody.

Dziewczyna powoli pokręciła głową.

- W coś ty się wpakował, Est… Masz niesamowity dar do wpadania w największe tarapaty.

Gorzki uśmiech skrzywił wargi chłopaka, gdy zajrzał w poszarzałą w połowicznym nocnym widzeniu, upstrzoną nieregularnymi kropeczkami twarz przyjaciółki.

- Wiesz, kiedyś usłyszałem że to nie ja przyciągam kłopoty. Ja po prostu sam ich szukam, jakby w bezwiednym pragnieniu rozwiązywania ich. A kiedy na horyzoncie nie pojawia się żaden, to niczym uparty głupiec go sobie wymyślam. Żeby przypadkiem się nie nudzić - dodał z przekąsem.

- Żeby nie wyjść z wprawy - poprawiła go Leos. - Wynajdujesz problemy, by potem je rozwiązać. I nabrać doświadczenia. Dzięki temu szybciej przyjdzie ci sprostać kolejnym.

Zielone kocie oczy rozchyliły się szeroko, gdy pojął mądrość płynącą ze słów czarodziejki. To była całkiem nowa, świeża perspektywa, jakiej dotychczas nie dostrzegał. Zdrowa. Optymistyczna. Tak jak mistrz mawiał, Est we wszystkim powinien dopatrywać się pozytywnych cech. Jak teraz uczyniła to Leos.

- Leos, gdybym mógł zabrać cię ze so… - przerwał w pół słowa, zbyt późno zdając sobie sprawę z własnej impulsywności. Sklął się w duchu. - Nie, wybacz, to nie jest dobry pomysł.

- Jest! Jest dobry! Est, magia we mnie jest potężna! Mogłabym was wesprzeć swoją mocą! - Dziewczyna zapaliła się do tego pomysłu, aż niezdrowy ogień entuzjazmu zapłonął w jej wejrzeniu. - Wierzę, że byłbyś w stanie coś wykombinować, żeby zabrać mnie ze sobą! Proooszę!

Est nie chciał mówić tego na głos, ale zuchwały plan uformował się w jego głowie zanim Leos w ogóle o tym pomyślała. Zerknął na kilku wychodzących z jadalni najemników i w odpowiedzi na przyjacielskie pozdrowienia skinął im głową spekulując, jak wysokie są szanse na jego realizację.

To on odpowiadałby za bezpieczeństwo przyjaciółki. To na jego barkach spoczęłaby odpowiedzialność za jej życie. Czy nie o tym mówił mistrz? Objęcie kontroli nad losem innych, kierowanie ich poczynaniami… Tak miał to rozumieć? W teorii brzmiało to wyjątkowo łatwo, lecz przekładając na praktykę, nie wiedział od czego zacząć. Może po prostu nie był na to gotów. A może powinien podążać utartą ścieżką? Byłoby to cokolwiek wygodne, ale gdzie w takim razie podziało się jego dążenie do niezależności i samostanowienia? Jeżeli wciąż będzie uciekał przed odpowiedzialnością, nigdy do niczego nie dojdzie. Jeśli będzie realizował cudze plany, nie osiągnie swojego celu, będzie tylko pionkiem w obcych rękach - jak nie przywódcy najemników, to rycerza-dowódcy. Jeśli nie zacznie decydować o sobie, jeśli nie podejmie ryzyka, to nie przejmie pieczy nad ludźmi, którzy mu zaufali. Pogrąży ich. Odstręczy nieporadnością i niepewnością.

I nawet teraz, kiedy spoglądał na rozemocjonowaną młodą dziewczynę, przyjaciółkę i czarodziejkę, nie umiał pozbyć się wrażenia że wszystko co robi, robi z myślą nie o niej, lecz o samym sobie. Ucisza własne sumienie tłumacząc się pragnieniem wyrwania jej z miejsca, na które niebawem spadnie katastrofa. A przecież nie mógł tego wiedzieć. Nie mógł być tego pewnym. Tak jak nie mógł zapewnić jej bezpieczeństwa.

Co właściwie mu zostało?

- Leos, tak czysto hipotetycznie: jeżeli zostaniesz moją uczennicą, będę miał obowiązek wziąć cię ze sobą bez względu na zapis w kontrakcie. Nie ciesz się jeszcze. - Podniósł dłonie, gasząc zapędy dziewczyny. - Ostateczna decyzja należy do Maga. Ja mogę wyłącznie zawnioskować o przejęcie nad tobą opieki. Jestem przekonany, że nikogo nie mógłbym nauczyć zaklinania żywiołów, ale wystarczy że dysponuję esencją, by zgodnie z prawem zadbać o twoje szkolenie. Tam gdzie trafimy nie będzie dających poczucie bezpieczeństwa murów. Nie będzie armii najemników uzbrojonych w miecze i łuki. Będziemy wystawieni na atak o każdej porze dnia i nocy. Nie zraża cię to, prawda? - jęknął widząc płomień podniecenia rozpalający młodziutką buźkę siedemnastolatki.

Jej porywczość przytłoczyła go. Ta ludzka dziewczyna, w pełni świadoma swych czynów, pchała się prosto ku samobójczemu zadaniu bez jakiegokolwiek przygotowania! Ha!, on sam nie był lepszy.

- W takim razie spakuję rzeczy! – pisnęła Leos. - Flora zzielenieje z zazdrości! Wyruszę ku przygodzie u boku samego księcia!

- Leos, opanuj się! - Est złapał ją za ramiona i lekkim potrząśnięciem przywołał do porządku. - Nie realizujemy romantycznego scenariusza, udajemy się prosto w sam środek walk! Rozumiesz, co to oznacza? Że każdy kolejny dzień rozpoczynać się będzie lękiem o niedaleką przyszłość, a kończyć strachem co przyniesie noc.

Jeśli miał się nią opiekować, musiał najpierw nauczyć dziewczynę panowania nad sobą. A siebie cierpliwości. Przeczuwał, że będzie to długa droga, ale czy z nim nie było podobnie? Nie, on był zbyt zamknięty w sobie, by uzewnętrzniać uczucia. Nie znaczyło to jednak, że swoim zachowaniem nie przysparzał nauczycielowi problemów.

Puścił czarodziejkę i odchodząc kilka kroków w tył szarpnął się za uszy.

- Jak rany, Colonell urwie mi za to łeb…

- Niech tylko spróbuje!

Nerwowo się zaśmiał słysząc żelazną stanowczość w głosie przyjaciółki. W przeciągu kilku godzin dał się spętać samobójczym zleceniem, przyjął na siebie odpowiedzialność za życie osoby, którą ocalił przed śmiercią, i podjął decyzję nie należącą do niego. Niby co gorszego może mu się przydarzyć?

- Pakuj się, Leos. Przyjdę po ciebie w porze śniadania.

Czarodziejka pohamowała radość na tyle, by energicznie potaknąć. Okręciwszy się na pięcie, szybkie kroki skierowała ku Wieży Czarodziejów, a niecierpliwość wyzierała z całej jej napiętej sylwetki na podobieństwo dymu unoszącego się znad ogniska.

Est już na nią nie patrzył. Ciepły wiatr rozwichrzył mu włosy, a on znów badał nocne, pogodne niebo niewzruszone dylematami śmiertelników. Wypatrywał esencji zmarłych migoczących pośród cieni Pozaświata. Czy i dla niego było tam specjalne miejsce? Czy Pozaświat w ogóle istnieje? Czy Wszechmocni istnieją? Jeśli tak, to lepiej niech dadzą mu spokój. Szesnaście lat radził sobie bez nich i wolał, aby ten stan rzeczy nie ulegał zmianie. Na dodatek nie opuszczało go podejrzenie, że to nie on nakłonił Aarima do podjęcia decyzji o najęciu ich, lecz sam został skrzętnie przez niego wmanewrowany. Niebianin jest szlachetną, honorową istotą, ale jest w nim również coś przerażającego, czego Est nie potrafił określić z racji jego nienaturalnej obojętności. I chociaż nie użył ani razu aury, to i tak bezustannie wzbudzał w nim nieopisaną nerwowość. Gdyby tak dłużej się nad tym zastanowić, to tworzyli osobliwe trio pierworodnych: syn arcypaladyna, syn przywódcy najemników oraz syn smoka.

Est odetchnął przeciągle.

- Tą jedną decyzją pozabijam nas wszystkich - mruknął do siebie, zmierzając w tę samą co czarodziejka stronę.

Jeśli tego właśnie pragniesz, nic nie stanie ci na przeszkodzie.

Nie spodziewał się że odpowie sam sobie - i to w najgorszy z możliwych sposobów. Choć, co najdziwniejsze, wcale się tym nie przejął.

***

- A pamiętasz jak jeździliśmy na wycieczki poza Twierdzę? Któregoś razu Velren pogonił mojego konia i musiałeś mnie ratować. W rezultacie i tak spadłem. - Est leżał na balkonie i z ramieniem Cola pod głową wpatrywał się w bezkresne niebo obsiane roziskrzonymi diamentami. - Byłeś wtedy tak blisko, że mogłeś mnie pocałować. Jak rany, chyba nawet chciałeś.

- Teraz miło powspominać, ale śmiertelnie się  przeląkłem, kiedy ten koń się zerwał. A do tego ledwo trzymałeś się w siodle.

Col przekrzywił głowę na tyle, by zerknąć na posrebrzony księżycem profil Estiego. Przyciągnął do siebie ukochanego i głaszcząc jego nagie ramię myślami błądził wokół wspomnień.

Leżeli obaj na balkonie wychodzącym z kwatery Esta i obserwowali niebo, jak mieli to w zwyczaju nim ich życie diametralnie się zmieniło. Jedyną różnicą był fakt, że byli razem, wtuleni w siebie i czerpiący ze swojego towarzystwa więcej niż zwykli przyjaciele. Nie byli młodsi niż teraz, a jednak odnosili wrażenie, że upłynęły lata od ich ostatniej nocy spędzonej na podziwianiu letniego nieboskłonu, od beztroskiego, spokojnego życia. Tak jakby wszystko to, co minęło, nie wydarzyło się naprawdę, a było zaledwie wspólnie wyśnionym snem.

- Jak sądzisz, ile czasu nam zostało? - Est spoważniał, a jego głos nabrał melancholijnej nuty zdradzającej niepewność i ukryte lęki.

- Na moje oko kilka godzin. Księciunio planuje wyjechać do południa, więc wypadałoby pospać przed podróżą.

- Jak rany, wiesz o co mi chodzi!

Est chciał pstryknąć człowieka w nos za zgrywanie głupiego, lecz Colonell zręcznie złapał jego dłoń i przycisnął sobie do ust, z których nie schodził błogi uśmiech.

Zamilkli, wsłuchani w  popisowe cykanie świerszczy u podstawy wieży. Nie miało już znaczenia czy ktoś ich w tym momencie widział, wreszcie nie musieli przejmować się gadaniem ludzi. Est nie musiał, gdyż przodownik i tak miał zdanie innych w serdecznym poważaniu, co niejednokrotnie z lubością udowadniał.

- Esti, staram się nie troskać upływem czasu – mruknął Col, pocierając opuszkami smukłe palce chłopaka. - Brałem udział w kilku mniejszych potyczkach, wielokrotnie wdawałem się w bójki i walki na noże. Skoro i tak mam umrzeć, to nie chcę niczego żałować.

- Zawsze korzystałeś z życia, hm? - Półsmok obrócił się, by swobodnie zajrzeć w monochromatyczne oczy człowieka. Dojrzawszy w nich zaskoczenie poczuł się zobowiązany, by wyjawić źródło informacji. - Mistrz co nieco mi poopowiadał. Powiedział też, że moje pojawienie się w Twierdzy trochę cię utemperowało.

- Zrzęda tak powiedział? Zatem nie przeczę, tak było.

- Ilu miałeś?

- Wiedziałem że prędzej czy później zadasz to pytanie. - Przodownik mocniej przygarnął chłopaka do siebie, niemal kładąc go na sobie. Zapatrzył się w okrągłe, błyszczące odbitym światłem księżyca źrenice, dotknął białego policzka i… uśmiechnął się krzywo. - Twoja skóra w gwiezdnej poświacie wygląda obłędnie.

Est oparł brodę o klatkę piersiową ukochanego i wbił w niego dociekliwy wzrok.

- Nie zmieniaj tematu, Col. Nie zamierzam czynić ci wymówek, jestem po prostu ciekaw. No, śmiało.

Colonell westchnął i uciekł spojrzeniem w bok, byle jak najdalej od tych szczenięcych ślepii. Wolną ręką przygładził włosy, nie wiedząc jak odpowiedzieć na to podstępne pytanie.

- Nie jestem pewien…

- Oho, czyli dużo, bo nie umiesz policzyć. Albo po prostu nie umiesz liczyć. - Est zmrużył powieki, prowokując partnera do szczerych zwierzeń.

- Nie przesadzaj, aż tak dużo ich nie było. Piętnastu? Mniej więcej?

- Przez dwadzieścia sześć lat? Czyli jestem piętnasty plus? Jak rany... - Chłopak udawał urażonego, ale z promiennym uśmiechem nie wyszło mu to prawdziwie.

Col pogłaskał czarne jak sama noc włosy chłopaka. Były wilgotne po kąpieli i opadały ciężkimi pasmami na oczy oraz długie płatki uszu.

- Jesteś jedyny, a nie piętnasty plus, dzieciaku. Piętnaście plus to twój wiek.

- Boję się zapytać, co w takim razie robiłeś w moim wieku.

Est nie dawał za wygraną. Nie było dla niego istotne co robił Colonell zanim się poznali, zanim ich drogi zeszły się w jedną krętą ścieżkę. Najważniejsze było tu i teraz. Tak uczył go mistrz, tak i on sam hołdował tej idei. Nie ma sensu zadręczać się czymś, na co nie ma wpływu, skoro tuż obok czeka coś, co w dużej mierze zależy od niego samego.

- Robiłem dokładnie to co ty, więc skończ z pyskówkami. - Mężczyzna uniósł się na łokciu i bezceremonialnie zrzucił z siebie chłopaka. Mimo że tematy uwierały, czuli się dobrze, a humor dopisywał im przez cały czas. W niepamięć poszły kłótnie i różnice poglądów. - Ty masz tę przewagę, że masz mnie na wyłączność. - Pochylił się wyczekująco nad białą twarzą. - Tamci nie mieli tego szczęścia.

- Tyle szczęścia naraz, że chyba zwariuję.

- Tylko nie gryź. Przynajmniej nie teraz.

- Jak rany, odbierasz mi całą zabawę! – poskarżył się chichoczący Est.

- Chcesz jutro wysiedzieć w siodle?

- A dlaczego miałbym nie wysiedzieć?

- Wbij mi coś w skórę, a ja wbiję ci coś w tyłek.

Rozbawiony półsmok już się nie odezwał. I w sumie nie żałował.