niedziela, 1 lutego 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 37 ~~

 Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




"Wynajdujesz problemy, by potem je rozwiązać. I nabrać doświadczenia. Dzięki temu szybciej przyjdzie ci sprostać kolejnym."
- Leos Niedźwiedziogrzywa


- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 1d'2m'26r2t]




  Stosunkowo krótki to rozdział, który złośliwi mogliby określić jako zbędny lub nazwać "zapychaczem". I byliby w błędzie, klaruje on bowiem kilka wciąż niejasnych kwestii:
    1. Wyjaśnia charakter obsesyjnego zainteresowania Aarima Estem. 
    2. Ukazuje, jak przykre wspomnienia u Cola przywołuje świadomość współpracy z paladynem.
   3. Romantyczna i żądna książkowych przygód Leos otrzymuje szansę wyrwania się ze stagnacji w            Twierdzy.
Rodzą się nadzieje, kwitną marzenia i budzą wątpliwości. W tym rozdziale podoba mi się właśnie ta różnorodność emocji prezentowanych przez bohaterów - tajemniczość zleceniodawcy, ocieniona lękiem ciekawość półsmoka próbującego go rozgryźć, ekscytacja i zapał młodej dziewczyny, aż wreszcie niechęć, ostrożność i poniekąd nieujawniony żal doświadczonego życiem młodzieńca, na koniec zaś beztroska wspólna noc przed opuszczeniem Twierdzy Niedźwiedzi, być może już na zawsze...



Kącik autorki.
    Haaa, z pewnością zwróciliście uwagę na sztampowy skład drużyny: paladyn (wojownik), przodownik (łotrzyk), piromantka (czarodziejka) oraz uzupełniający smaczek w postaci Zaklinacza Żywiołów (hybryda wojownika i czarownika?). Nie, to nie było zamierzone działanie. Zwróciłam na nie uwagę dopiero w trzecim tomie, podczas jednego z trudniejszych starć (no bystrością nie błysnęłam), gdzie okazali się niemal samowystarczalni. Zresztą, historia powstawania bohaterów pierwszoplanowych była tak przypadkowa, że trudno o celowość.
    Może pamiętacie z poprzednich postów, że Col [Colonell] powstał jako inkwizytor w grze Dragon Age - cyniczny, smagły awanturnik z tatuażem na połowie facjaty, amator niebrzydkich mężczyzn, biegły zarówno w walce na dystans, jak i bezpośredniej przy użyciu dwóch sztyletów.
    Est jest owocem mojej wieloletniej zabawy w pisanie i tworzenie nowej rasy, który przypadkiem ruszył w zupełnie innym kierunku niż mu pisałam, a któremu ostatecznie pozwoliłam na mnóstwo swobody. I nie żałuję.
    Leos była odpowiedzią na wszystkie te Mary Sue, jakie zapełniają stronice literatury "kobiecej" i młodzieżówek. Nie jest piękna, zachowuje się nieco zadziornie, lecz nie apodyktycznie, dysponuje nieprzeciętnymi zdolnościami magicznymi, ale nie kładzie wszystkich wrogów niedbałymi zaklęciami czy naturalnie celnymi uderzeniami kostura. To dziewczyna silna, o kształtującym się charakterze, dojrzewająca na oczach Czytelnika. Zawsze pragnęłam stworzyć prawdziwie silną żeńską postać, nie psychopatkę czy boginię w ludzkiej skórze - i ona jest właśnie jedną z nich.
    Aarim ma... wyjątkową historię, sięgającą jeszcze czasów mojej pracy w ASP. Nie mogę powiedzieć, że to w 100% moja postać, gdyż stworzyła ją niejaka Agata (imię prawdziwe), równie jak ja kochająca zabawę słowem pisanym. Wymieniałyśmy się doświadczeniami, wzajemnie oceniałyśmy swoje dzieła, czasem urządzałyśmy burze mózgów tworząc nowych bohaterów. I tak oto wykreowała dla mnie paladyna imieniem Aarim, jasnowłosego przystojniaka o surowej urodzie oraz praworządnie dobrym charakterze. Przyjęłam go z radością, mimo że z początku był częścią zupełnie innej historii, ale w uniwersum Elegii o Nieśmiertelnym. Z czasem otrzymał złote tęczówki, nadnaturalne zdolności mentalne oraz królewską proweniencję. A także przyszłość, jakiej nie mogę wyjawić.

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 37

 

Obecność następcy tronu wywołała wśród uprzedzonych najemników niemałe zamieszanie, zwłaszcza że większość widziała w nim nie księcia Estarionu, a wrogiego rycerza-dowódcę. Kiedy wraz z Colonellem i Estalavanesem zjawił się w przestronnej sali jadalnej, zdradzające antypatię szepty oraz pomruki przerodziły się w coraz donośniejsze spostrzeżenia, aż w końcu utonęły w gwarze gorączkowych dyskusji wspartych odgłosami wieczerzania. Spojrzenia posyłane w stronę przybysza nie należały do przychylnych, lecz żaden z mężczyzn przebywających w pomieszczeniu nie pozwolił sobie na jawną wrogość względem złotowłosego młodzieńca w monarszych barwach. Natomiast czarodziejki… Cóż, one nie mogły oderwać wzroku od niezwykłych oczu urodziwego arystokraty rozglądającego się z uprzejmą ciekawością.

Est dyskretnie przyglądał się spożywającym kolację najemnikom. Nie umknęło mu ich udawane lekceważenie, nieufność, a nawet szczera wrogość. Byli też tacy, którzy intensywnie wpatrywali się w niego, bohatera będącego Zaklinaczem Żywiołów. Bez wątpienia nurtowało ich dlaczego towarzyszy paladynowi, z którym pojedynkował się na błoniach. I chyba nie umiałby im na to pytanie odpowiedzieć, sam bowiem nie miał pojęcia co najlepszego wyczynia. Jeszcze siedmiodzień temu nie myślałby, że znajdzie się w podobnej sytuacji, a teraz… Teraz chciał dotknąć blizny na szyi, ale w porę się zreflektował i zamarkował gest drapaniem po obojczyku.

Przy jednym ze stołów w głębi pomieszczenia wypatrzył grupę piromantów i adeptów, lecz nie dojrzał wśród nich Leos. Ostatnimi czasy czarodziejka uczęszczała na indywidualne lekcje ze sztukmistrzami, więc z pewnością spóźni się na posiłek. Nieprzeciętne umiejętności Małej Niedźwiedzicy przydałyby im się podczas wykonywania ryzykownej misji. Przydałyby się jemu, ponieważ sam nie był w stanie przywołać żywiołu ognia, nie chciał jednak narażać przyjaciółki na nieokreślone zagrożenie. W Twierdzy była bezpieczna i tutaj powinna zostać. Ale czy istniała na tym świecie forteca, którą można nazwać bezpieczną? Pakt o Nieagresji sugerował coś zgoła przeciwnego...

Raptem Colonell pociągnął go za nadgarstek i wyrwany z rozważań półsmok ciężko usiadł na wysuniętym krześle. Chciał zbesztać człowieka za tak obcesowe traktowanie, lecz przydymione szmaragdy go nie dostrzegały - mierzyły groźnie młodego księcia zajmującego miejsce na wprost białego elfa.

- Wasza Książęca Mość wybaczy niedogodności - zaczął Col wyjątkowo oschle. - Jako prości ludzie nie opływamy w luksusy.

- W moich żyłach płynie królewska krew, lecz zapominasz, przodowniku, iż nade wszystko jestem żołnierzem w służbie Jego Ekscelencji Arcypaladyna.

Est dałby sobie rękę uciąć, że nieprzyjemny dźwięk dobiegający jego uszu wydały kurczowo zaciśnięte szczęki młodego zwiadowcy. Nie wiedział gdzie patrzeć, dlatego spuścił wzrok i nerwowo bawił się sprzączką czarnej rękawiczki.

Wyprowadzony z równowagi zwiadowca nie powiedział już nic więcej. Ściskając rękojeści zabezpieczonych sztyletów poszedł po kolację, pozostawiając Esta sam na sam z niebianinem. Sam na sam, nie licząc ukradkowych spojrzeń niespełna połowy ludzi w jadalni. Czy oni w ogóle mieli świadomość, przedstawicielem jakiej rasy jest ów młodzieniec o złotych oczach?!

Książę Aarim lekko przechylił głowę, spoglądając na Esta.

- Twój przyjaciel nie darzy mnie sympatią, Estalavanesie. Lub też zalicza się do osób szczególnie nieprzystępnych, trudno orzec.

- Nie, Colonell to bardzo kontaktowy człowiek - wytłumaczył pospiesznie chłopak. – Ale... przeczytał twoje listy, więc...

Nie dokończył. Uparcie gapił się na swoje dłonie, za wszelką cenę unikając kontaktu wzrokowego z paladynem. Zrobiło się niezręcznie, a gdyby jeszcze popatrzył w te złote tęczówki… Żołądek zwinął mu się w ciasny supeł, momentalnie odbierając apetyt.

Przecięta blizną brew powędrowała ku górze.

- Doprawdy? Czy twój mistrz nie pouczył cię, aby potencjalnie obciążające dowody obracać w popiół?

Rozgniewany przyganą chłopak zebrał się w sobie. Łypnął na rozmówcę, chowając pięści pod blatem stołu.

- Tak, wspominał o tym, lecz to był mój wybór co z nimi zrobię. A może zechcesz wyjaśnić, co miały znaczyć te dwuznaczne treści?

- To, co w istocie znaczyły. Zwykłem wypowiadać się szczerze i bezpośrednio, gardzę półsłówkami. – Sir Aarim nieznacznie odwrócił twarz i musnął palcem bliznę na lewym policzku. - Jesteś pierwszym, który zranił mnie w trakcie pojedynku. Ponadto pozostawiłeś trwały ślad niemożliwy do zaleczenia niebiańską mocą. Takich przeżyć nie sposób wymazać  z pamięci, Estalavanesie. I takich osób również.

Tym razem Est nie zdołał uciec przed świdrującym spojrzeniem posłanym z ukosa. Było mu niedobrze i prawie złapał za końcówkę nisko zwieszonego ucha. Obiecał Colowi, że popracuje nad odruchami i póki co wychodziło mu to niezgorzej. Aż do teraz.

- Wyjaśnijmy sobie jedno, sir Aarimie: nawiązałem już poważną relację.

- Zdążyłem zauważyć. I cóż w związku z tym? - Niewzruszona postawa działała onieśmielająco na półsmoka, co nie uszło spostrzegawczości niebianina. Był bystrym obserwatorem i mimo że nie wyrażał żadnych emocji, to potrafił je wychwycić. A już szczególnie na tak ekspresyjnym białym obliczu. - Upraszam także, byś zaprzestał oficjalnego tytułowania mnie.

- Em, jak rany… To znaczy, że nie jestem tobą zainteresowany. A przynajmniej nie w tym sensie... - Est usłyszał własny głos, brzmiący teraz odrobinę skrzecząco. Zapragnął jak najszybszego powrotu partnera, byle kłopotliwa rozmowa wreszcie się skończyła. - Poza tym… Nie interesują mnie mężczyźni. Tylko Colonell. Wyłącznie.

- Mnie również nie interesują mężczyźni, jeżeli cię to uspokoi. Będąc szczerym, nie przybyłem tu w celu poszukiwania godnej mariażu partii, lecz osobistej ochrony. Tylko ochrony. Wyłącznie.

Sprowadzony na ziemię Est przełknął cisnącą mu się na usta ripostę. A on, durny, ubzdurał sobie że Aarim… Przecież to nie jest normalne, by mężczyzn pociągali mężczyźni. Colonell jest wyjątkiem. I on sam pod pewnym względem nim jest, wszak związał się z wytatuowanym zwiadowcą.

- Drugi najlepszy szermierz Estarionu szuka ochrony, a to ci dopiero! - Ani się obejrzeli, kiedy zjawił się Col z obszerną tacą wypełnioną naczyniami. Postawił ją z trzaskiem na krzywym blacie i podpierając się rękami o kraniec stołu zajrzał w zimne złote oczy. - Ostro pogrywasz, książę. Zastanawia mnie tylko w co.

Aarim nieco zmarszczył brwi przenosząc wzrok z przodownika na Esta.

- Czyżbyś nie wtajemniczył swego przyjaciela w szczegóły naszej umowy?

Est spiął się cały, a nagłe uderzenie gorąca niedostrzegalnym ogniem naznaczyło jego białe policzki. Wyglądał jak na skraju paniki.

- N-nie… Nie mieliśmy okazji…

- Chyba ty, Esti. - Col prychnął niczym rozjuszony niedźwiedź. Usiadł przy psychicznie sponiewieranym dzieciaku i zaczął rozstawiać kubki, talerze oraz półmiski pełne parującej pieczeni, warzyw i kaszy. Gestem zachęcił zleceniodawcę, by się częstował. - Nie krępuj się, Wasza Książęca Mość. Poczuj się jak w garnizonie.

- Z wdzięcznością zastosuję się do twojej propozycji, przodowniku.

Colonell sam już nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Nie dość, że kochanek spiskował z wysoko sytuowanym paladynem, to jeszcze uczynił go ich pracodawcą! Jeżeli tak Zrzęda wyobrażał sobie uwolnienie wychowanków spod jarzma Niedźwiedzia, to powinien otrzymać zaszczytny przydomek “złośliwy”. Złośliwy i pokrętny jak sam los.

Może i nie cieszył się z tak niekorzystnego biegu wypadków, ale wkrótce wyruszą w podróż, odżyją i… No masz. Col nigdy nie brał na poważnie myśli o zakładaniu rodziny, lecz przy tym dzieciaku czuł, że nie byłoby to wcale takie złe. Esti preferował osiadły tryb życia, a on… Odkąd poznał białego elfa, zapragnął trwać u jego boku. Taki plan, nieważne jak fantastyczny się zdawał, możliwy był do zrealizowania. Wystarczyło dać mu szansę. Dać szansę im obu.

Przysunął sobie kubek z wodą i zerknął spod oka na partnera, który niemrawo grzebał widelcem w talerzu. Zwróciwszy się w kierunku złotookiego rycerza, przyjrzał mu się bacznie. Niebianin z manierą godną szlachcica kroił mięso, zupełnie obojętny na wszystkich oraz wszystko, co działo się wokół niego.

Col ostatni raz rzucił okiem na mężczyzn oraz nieliczne kobiety w jadalni i byłby napoczął posiłek, gdyby nie bursztynowy błysk loków przy wejściu do kuchni. Gwałtownie wyprostował się na oparciu i z nieciekawą miną sapnął do Esta:

- Towarzystwo z lewej…

Ledwie jego ostrzeżenie dotarło do uszu pozostałej dwójki siedzącej przy stole, kiedy nagle Mała Niedźwiedzica zmaterializowała się koło nich.

- Est! Col! Dobrze was widzieć! - zaszczebiotała radośnie. Umieściła swoją tacę przy wolnym miejscu i nie poświęcając dostojnemu sąsiadowi choćby krzty uwagi, siadła obok niego. - Nareszcie możemy zjeść razem. Na pewno słyszeliście, że w Twierdzy jest… - Wtem spojrzała na mężczyznę po lewej i jej szeroki uśmiech natychmiast zgasł, przeistaczając się w wyraz niedowierzania bądź przerażenia, trudno było to jednoznacznie określić. - Książę Estarionu. Jest w Twierdzy. Ale to już wiecie.

Kąciki ust Aarima drgnęły. Wstał od stołu i dwornie skłonił się piromantce, wpatrzony w jej spąsowiałe lica.

- Sir Aarim Asmodeusz - przedstawił się. - Książę Estarionu oraz rycerz-dowódca miasta garnizonowego Adeila.

- L-Leos Niedźwiedziogrzywa.

Dziewczyna zapłonęła szkarłatem po same koniuszki uszu skrytych pod bujną grzywą. Jej ciemnoniebieskie oczy lśniły, a delikatna dłoń wiedziona skromnym odruchem powędrowała do ust, zasłaniając je jakby z lęku przed powiedzeniem czegoś niestosownego. Poruszyło ją spotkanie z tak wpływową osobistością, oczarowały elokwencja oraz szarmancja, których na próżno szukać pośród najemników i czarodziejów z Twierdzy.

- Niedźwiedziogrzywa? - Subtelny uśmiech wykwitł na wargach księcia siadającego na krześle. Spod opadających powiek obserwował wiercące się piegowate dziewczę. - Czyżby krewna Złowieszczego Niedźwiedzia?

Est utkwił wzrok w pierwszym przejawie uczuć, jakie dane było mu ujrzeć na marmurowej twarzy Aarima. Musiał przyznać, że posiada niewiarygodną charyzmę. I czynił z niej użytek. Dodając do tego niezwykłą urodę oraz młody wiek, zapewne niejedna niewiasta uległa jego czarowi.

- Córka - wymamrotała speszona Leos, wbijając spojrzenie w zawartość swojej tacy. Obawiała się że oślepnie od spoglądania w roztaczającego blask księcia. - Jestem jego córką.

- Niebywałe.

- Niebywałym jest, by książę podróżował bez świty i eskorty - wypaliła, byle zmienić temat. Pokrewieństwo z Niedźwiedziem nie napawało jej dumą. Szybko rozejrzała się po jadalni, spodziewając się dojrzeć zbrojnych monarchy. - Bo przyjechałeś bez świty, prawda, Wasza Książęca Mość?

- Owszem, Leos - przytaknął, skupiając się na kolacji. - Przybyłem jako oferent, a nie członek rodu królewskiego czy reprezentant Zakonu Paladynów. Eskorta tylko by mnie spowalniała. Wiele także słyszałem o gościnie Niedźwiedzi, toteż postanowiłem z niej skorzystać.

- Macie coś wspólnego, Esti - burknął Col do białego ucha, a sprawiał przy tym wrażenie urażonego i poniekąd zmęczonego wynikłą sytuacją. - Obaj macie taką gadkę, że żadna panna wam nie odpuści. A jak jeszcze popatrzycie w ten uwodzicielski sposób, to…

- Idź wyłysiej z tą swoją uwodzicielskością! - ofuknął go Est. - Na nikogo tak nie patrzę.

- Weź się w lustrze zobacz, wtedy zrozumiesz w czym rzecz.

Przodownik sądził że poczuje się lepiej, gdy podroczy się z przyjacielem, lecz frustracja niestety nie minęła - wręcz się pogłębiła. Skubał więc własną porcję przepychając spieczone warzywa z jednego końca talerza na drugi i usilnie starając się ignorować scenę rozgrywaną przy stole. Za to wszyscy wokoło śledzili wydarzenia z coraz bardziej zauważalnym zainteresowaniem.

Mruknął zniechęcony i potarł śniade skronie. Szybkim ruchem przeczesał włosy, dławiąc spływające na język przekleństwo. Wreszcie położył rękę na oparciu krzesła Estiego, by niby od niechcenia wyciągać niewidzialne nitki z jego bezrękawnika. Miał ochotę zostać tylko we dwóch z oblubieńcem, by w najprzyjemniejszy z możliwych sposobów rozładować napięcie nagromadzone od ich wczorajszej kłótni. Odcinając się od otoczenia fantazjował co by mu zrobił, gdyby zyskali chwilę dla siebie...

Naburmuszony Est podchwycił to spojrzenie, przyczajone w ciemnozielonych oczach przesłanie i sugestywny uśmieszek wygiął jego usta.

Odwrócili się od siebie, a ich niegasnące uśmiechy mówiły więcej niż słowa. Słyszeli jak Leos zabawia Aarima rozmową, jednak nie trafiał już do nich sens wypowiadanych zdań. I chociaż ciałem obecni byli w jadalni, to duchem przebywali daleko stąd, oddając się czynnościom bezwstydnie wybiegającym poza ramy przyzwoitości.

***

Po kolacji książę samodzielnie wrócił do gabinetu Złowieszczego Niedźwiedzia, by dopełnić koniecznych formalności związanych ze spisaniem kontraktu. Nie przypuszczał, by ktoś odważył się zakłócić jego spokój lub wyrządzić mu krzywdę, ponieważ był przekonany o żelaznej dyscyplinie panującej wśród Niedźwiedzi.

Colonell nie ukrywał ulgi, jaką odczuł po odejściu zleceniodawcy. Świadomość, że zmuszony będzie towarzyszyć paladynowi, przeszła mu ciarkami po grzbiecie, przywołując przykre wspomnienia. Już sam jego niebiański urok oddziaływał deprymująco... Powściągając emocje poinformował Estiego, że jak tylko spakuje najpotrzebniejsze rzeczy i zawiadomi o długotrwałej nieobecności swego zastępcę, Jeroda, to w przeciągu dwóch, trzech godzin stawi się w jego sypialni. Następnie, pożegnawszy się z Leos, odszedł do koszar.

Zaklinacz Żywiołów i piromantka przez chwilę stali przed budynkiem stołówki, gdzie gwar był cichszy, stłumiony grubymi kamiennymi murami oraz oszklonymi oknami. Zamyśleni patrzyli w bezchmurne niebo, z którego mrugały do nich tysiące drobnych gwiazd.

Mała Niedźwiedzica westchnęła, przykuwając uwagę Esta.

- Wyjeżdżacie - stwierdziła smutno. - Zobaczymy się jeszcze?

- Chyba nie, Leos - odparł Est zgodnie z prawdą ginącą w pomroce jego duszy. - Prawdopodobnie nie dożyjemy kolejnego spotkania.

Prawdopodobnie wy go nie dożyjecie - uściślił w myślach. Nagły skurcz żołądka wykrzywił jego twarz.

Leos spojrzała na niego. Żal w jej oczach zacierał się na granicy strachu.

- Nie dożyjecie? – powtórzyła za nim wstrząśnięta.

- Wojny zapoczątkowanej na południu nie wywołali ludzie - wyszeptał, ponownie kierując oczy ku matowemu firmamentowi. - Podejrzewam, że Aarim niewiele nam wyjawił. I ufam, że ma ku temu powody.

Dziewczyna powoli pokręciła głową.

- W coś ty się wpakował, Est… Masz niesamowity dar do wpadania w największe tarapaty.

Gorzki uśmiech skrzywił wargi chłopaka, gdy zajrzał w poszarzałą w połowicznym nocnym widzeniu, upstrzoną nieregularnymi kropeczkami twarz przyjaciółki.

- Wiesz, kiedyś usłyszałem że to nie ja przyciągam kłopoty. Ja po prostu sam ich szukam, jakby w bezwiednym pragnieniu rozwiązywania ich. A kiedy na horyzoncie nie pojawia się żaden, to niczym uparty głupiec go sobie wymyślam. Żeby przypadkiem się nie nudzić - dodał z przekąsem.

- Żeby nie wyjść z wprawy - poprawiła go Leos. - Wynajdujesz problemy, by potem je rozwiązać. I nabrać doświadczenia. Dzięki temu szybciej przyjdzie ci sprostać kolejnym.

Zielone kocie oczy rozchyliły się szeroko, gdy pojął mądrość płynącą ze słów czarodziejki. To była całkiem nowa, świeża perspektywa, jakiej dotychczas nie dostrzegał. Zdrowa. Optymistyczna. Tak jak mistrz mawiał, Est we wszystkim powinien dopatrywać się pozytywnych cech. Jak teraz uczyniła to Leos.

- Leos, gdybym mógł zabrać cię ze so… - przerwał w pół słowa, zbyt późno zdając sobie sprawę z własnej impulsywności. Sklął się w duchu. - Nie, wybacz, to nie jest dobry pomysł.

- Jest! Jest dobry! Est, magia we mnie jest potężna! Mogłabym was wesprzeć swoją mocą! - Dziewczyna zapaliła się do tego pomysłu, aż niezdrowy ogień entuzjazmu zapłonął w jej wejrzeniu. - Wierzę, że byłbyś w stanie coś wykombinować, żeby zabrać mnie ze sobą! Proooszę!

Est nie chciał mówić tego na głos, ale zuchwały plan uformował się w jego głowie zanim Leos w ogóle o tym pomyślała. Zerknął na kilku wychodzących z jadalni najemników i w odpowiedzi na przyjacielskie pozdrowienia skinął im głową spekulując, jak wysokie są szanse na jego realizację.

To on odpowiadałby za bezpieczeństwo przyjaciółki. To na jego barkach spoczęłaby odpowiedzialność za jej życie. Czy nie o tym mówił mistrz? Objęcie kontroli nad losem innych, kierowanie ich poczynaniami… Tak miał to rozumieć? W teorii brzmiało to wyjątkowo łatwo, lecz przekładając na praktykę, nie wiedział od czego zacząć. Może po prostu nie był na to gotów. A może powinien podążać utartą ścieżką? Byłoby to cokolwiek wygodne, ale gdzie w takim razie podziało się jego dążenie do niezależności i samostanowienia? Jeżeli wciąż będzie uciekał przed odpowiedzialnością, nigdy do niczego nie dojdzie. Jeśli będzie realizował cudze plany, nie osiągnie swojego celu, będzie tylko pionkiem w obcych rękach - jak nie przywódcy najemników, to rycerza-dowódcy. Jeśli nie zacznie decydować o sobie, jeśli nie podejmie ryzyka, to nie przejmie pieczy nad ludźmi, którzy mu zaufali. Pogrąży ich. Odstręczy nieporadnością i niepewnością.

I nawet teraz, kiedy spoglądał na rozemocjonowaną młodą dziewczynę, przyjaciółkę i czarodziejkę, nie umiał pozbyć się wrażenia że wszystko co robi, robi z myślą nie o niej, lecz o samym sobie. Ucisza własne sumienie tłumacząc się pragnieniem wyrwania jej z miejsca, na które niebawem spadnie katastrofa. A przecież nie mógł tego wiedzieć. Nie mógł być tego pewnym. Tak jak nie mógł zapewnić jej bezpieczeństwa.

Co właściwie mu zostało?

- Leos, tak czysto hipotetycznie: jeżeli zostaniesz moją uczennicą, będę miał obowiązek wziąć cię ze sobą bez względu na zapis w kontrakcie. Nie ciesz się jeszcze. - Podniósł dłonie, gasząc zapędy dziewczyny. - Ostateczna decyzja należy do Maga. Ja mogę wyłącznie zawnioskować o przejęcie nad tobą opieki. Jestem przekonany, że nikogo nie mógłbym nauczyć zaklinania żywiołów, ale wystarczy że dysponuję esencją, by zgodnie z prawem zadbać o twoje szkolenie. Tam gdzie trafimy nie będzie dających poczucie bezpieczeństwa murów. Nie będzie armii najemników uzbrojonych w miecze i łuki. Będziemy wystawieni na atak o każdej porze dnia i nocy. Nie zraża cię to, prawda? - jęknął widząc płomień podniecenia rozpalający młodziutką buźkę siedemnastolatki.

Jej porywczość przytłoczyła go. Ta ludzka dziewczyna, w pełni świadoma swych czynów, pchała się prosto ku samobójczemu zadaniu bez jakiegokolwiek przygotowania! Ha!, on sam nie był lepszy.

- W takim razie spakuję rzeczy! – pisnęła Leos. - Flora zzielenieje z zazdrości! Wyruszę ku przygodzie u boku samego księcia!

- Leos, opanuj się! - Est złapał ją za ramiona i lekkim potrząśnięciem przywołał do porządku. - Nie realizujemy romantycznego scenariusza, udajemy się prosto w sam środek walk! Rozumiesz, co to oznacza? Że każdy kolejny dzień rozpoczynać się będzie lękiem o niedaleką przyszłość, a kończyć strachem co przyniesie noc.

Jeśli miał się nią opiekować, musiał najpierw nauczyć dziewczynę panowania nad sobą. A siebie cierpliwości. Przeczuwał, że będzie to długa droga, ale czy z nim nie było podobnie? Nie, on był zbyt zamknięty w sobie, by uzewnętrzniać uczucia. Nie znaczyło to jednak, że swoim zachowaniem nie przysparzał nauczycielowi problemów.

Puścił czarodziejkę i odchodząc kilka kroków w tył szarpnął się za uszy.

- Jak rany, Colonell urwie mi za to łeb…

- Niech tylko spróbuje!

Nerwowo się zaśmiał słysząc żelazną stanowczość w głosie przyjaciółki. W przeciągu kilku godzin dał się spętać samobójczym zleceniem, przyjął na siebie odpowiedzialność za życie osoby, którą ocalił przed śmiercią, i podjął decyzję nie należącą do niego. Niby co gorszego może mu się przydarzyć?

- Pakuj się, Leos. Przyjdę po ciebie w porze śniadania.

Czarodziejka pohamowała radość na tyle, by energicznie potaknąć. Okręciwszy się na pięcie, szybkie kroki skierowała ku Wieży Czarodziejów, a niecierpliwość wyzierała z całej jej napiętej sylwetki na podobieństwo dymu unoszącego się znad ogniska.

Est już na nią nie patrzył. Ciepły wiatr rozwichrzył mu włosy, a on znów badał nocne, pogodne niebo niewzruszone dylematami śmiertelników. Wypatrywał esencji zmarłych migoczących pośród cieni Pozaświata. Czy i dla niego było tam specjalne miejsce? Czy Pozaświat w ogóle istnieje? Czy Wszechmocni istnieją? Jeśli tak, to lepiej niech dadzą mu spokój. Szesnaście lat radził sobie bez nich i wolał, aby ten stan rzeczy nie ulegał zmianie. Na dodatek nie opuszczało go podejrzenie, że to nie on nakłonił Aarima do podjęcia decyzji o najęciu ich, lecz sam został skrzętnie przez niego wmanewrowany. Niebianin jest szlachetną, honorową istotą, ale jest w nim również coś przerażającego, czego Est nie potrafił określić z racji jego nienaturalnej obojętności. I chociaż nie użył ani razu aury, to i tak bezustannie wzbudzał w nim nieopisaną nerwowość. Gdyby tak dłużej się nad tym zastanowić, to tworzyli osobliwe trio pierworodnych: syn arcypaladyna, syn przywódcy najemników oraz syn smoka.

Est odetchnął przeciągle.

- Tą jedną decyzją pozabijam nas wszystkich - mruknął do siebie, zmierzając w tę samą co czarodziejka stronę.

Jeśli tego właśnie pragniesz, nic nie stanie ci na przeszkodzie.

Nie spodziewał się że odpowie sam sobie - i to w najgorszy z możliwych sposobów. Choć, co najdziwniejsze, wcale się tym nie przejął.

***

- A pamiętasz jak jeździliśmy na wycieczki poza Twierdzę? Któregoś razu Velren pogonił mojego konia i musiałeś mnie ratować. W rezultacie i tak spadłem. - Est leżał na balkonie i z ramieniem Cola pod głową wpatrywał się w bezkresne niebo obsiane roziskrzonymi diamentami. - Byłeś wtedy tak blisko, że mogłeś mnie pocałować. Jak rany, chyba nawet chciałeś.

- Teraz miło powspominać, ale śmiertelnie się  przeląkłem, kiedy ten koń się zerwał. A do tego ledwo trzymałeś się w siodle.

Col przekrzywił głowę na tyle, by zerknąć na posrebrzony księżycem profil Estiego. Przyciągnął do siebie ukochanego i głaszcząc jego nagie ramię myślami błądził wokół wspomnień.

Leżeli obaj na balkonie wychodzącym z kwatery Esta i obserwowali niebo, jak mieli to w zwyczaju nim ich życie diametralnie się zmieniło. Jedyną różnicą był fakt, że byli razem, wtuleni w siebie i czerpiący ze swojego towarzystwa więcej niż zwykli przyjaciele. Nie byli młodsi niż teraz, a jednak odnosili wrażenie, że upłynęły lata od ich ostatniej nocy spędzonej na podziwianiu letniego nieboskłonu, od beztroskiego, spokojnego życia. Tak jakby wszystko to, co minęło, nie wydarzyło się naprawdę, a było zaledwie wspólnie wyśnionym snem.

- Jak sądzisz, ile czasu nam zostało? - Est spoważniał, a jego głos nabrał melancholijnej nuty zdradzającej niepewność i ukryte lęki.

- Na moje oko kilka godzin. Księciunio planuje wyjechać do południa, więc wypadałoby pospać przed podróżą.

- Jak rany, wiesz o co mi chodzi!

Est chciał pstryknąć człowieka w nos za zgrywanie głupiego, lecz Colonell zręcznie złapał jego dłoń i przycisnął sobie do ust, z których nie schodził błogi uśmiech.

Zamilkli, wsłuchani w  popisowe cykanie świerszczy u podstawy wieży. Nie miało już znaczenia czy ktoś ich w tym momencie widział, wreszcie nie musieli przejmować się gadaniem ludzi. Est nie musiał, gdyż przodownik i tak miał zdanie innych w serdecznym poważaniu, co niejednokrotnie z lubością udowadniał.

- Esti, staram się nie troskać upływem czasu – mruknął Col, pocierając opuszkami smukłe palce chłopaka. - Brałem udział w kilku mniejszych potyczkach, wielokrotnie wdawałem się w bójki i walki na noże. Skoro i tak mam umrzeć, to nie chcę niczego żałować.

- Zawsze korzystałeś z życia, hm? - Półsmok obrócił się, by swobodnie zajrzeć w monochromatyczne oczy człowieka. Dojrzawszy w nich zaskoczenie poczuł się zobowiązany, by wyjawić źródło informacji. - Mistrz co nieco mi poopowiadał. Powiedział też, że moje pojawienie się w Twierdzy trochę cię utemperowało.

- Zrzęda tak powiedział? Zatem nie przeczę, tak było.

- Ilu miałeś?

- Wiedziałem że prędzej czy później zadasz to pytanie. - Przodownik mocniej przygarnął chłopaka do siebie, niemal kładąc go na sobie. Zapatrzył się w okrągłe, błyszczące odbitym światłem księżyca źrenice, dotknął białego policzka i… uśmiechnął się krzywo. - Twoja skóra w gwiezdnej poświacie wygląda obłędnie.

Est oparł brodę o klatkę piersiową ukochanego i wbił w niego dociekliwy wzrok.

- Nie zmieniaj tematu, Col. Nie zamierzam czynić ci wymówek, jestem po prostu ciekaw. No, śmiało.

Colonell westchnął i uciekł spojrzeniem w bok, byle jak najdalej od tych szczenięcych ślepii. Wolną ręką przygładził włosy, nie wiedząc jak odpowiedzieć na to podstępne pytanie.

- Nie jestem pewien…

- Oho, czyli dużo, bo nie umiesz policzyć. Albo po prostu nie umiesz liczyć. - Est zmrużył powieki, prowokując partnera do szczerych zwierzeń.

- Nie przesadzaj, aż tak dużo ich nie było. Piętnastu? Mniej więcej?

- Przez dwadzieścia sześć lat? Czyli jestem piętnasty plus? Jak rany... - Chłopak udawał urażonego, ale z promiennym uśmiechem nie wyszło mu to prawdziwie.

Col pogłaskał czarne jak sama noc włosy chłopaka. Były wilgotne po kąpieli i opadały ciężkimi pasmami na oczy oraz długie płatki uszu.

- Jesteś jedyny, a nie piętnasty plus, dzieciaku. Piętnaście plus to twój wiek.

- Boję się zapytać, co w takim razie robiłeś w moim wieku.

Est nie dawał za wygraną. Nie było dla niego istotne co robił Colonell zanim się poznali, zanim ich drogi zeszły się w jedną krętą ścieżkę. Najważniejsze było tu i teraz. Tak uczył go mistrz, tak i on sam hołdował tej idei. Nie ma sensu zadręczać się czymś, na co nie ma wpływu, skoro tuż obok czeka coś, co w dużej mierze zależy od niego samego.

- Robiłem dokładnie to co ty, więc skończ z pyskówkami. - Mężczyzna uniósł się na łokciu i bezceremonialnie zrzucił z siebie chłopaka. Mimo że tematy uwierały, czuli się dobrze, a humor dopisywał im przez cały czas. W niepamięć poszły kłótnie i różnice poglądów. - Ty masz tę przewagę, że masz mnie na wyłączność. - Pochylił się wyczekująco nad białą twarzą. - Tamci nie mieli tego szczęścia.

- Tyle szczęścia naraz, że chyba zwariuję.

- Tylko nie gryź. Przynajmniej nie teraz.

- Jak rany, odbierasz mi całą zabawę! – poskarżył się chichoczący Est.

- Chcesz jutro wysiedzieć w siodle?

- A dlaczego miałbym nie wysiedzieć?

- Wbij mi coś w skórę, a ja wbiję ci coś w tyłek.

Rozbawiony półsmok już się nie odezwał. I w sumie nie żałował.