Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Przebudzili się wraz ze wschodem
słońca, którego wczesne promienie skąpały płytę balkonu ciepłym blaskiem.
Ciasno owinięci kocem i wtuleni w siebie za nic mieli budzący się dzień. Ich
ostatnia noc w Twierdzy dobiegła końca. Kolejny rozdział wspólnego życia został
zakończony tylko po to, by następne strony przyjęły na siebie brzemię nadciągających
wydarzeń.
Rozespany
Colonell zasłonił oczy ramieniem, chroniąc je przed naprzykrzającym się
światłem. Sypał przy tym mało eleganckimi wyrazami określającymi siedzące w
koronach drzew ptactwo, które krzykiem i wrzaskiem bezpardonowo obwieszczało
całej okolicy nastanie poranka. W międzyczasie Estalavanes przeciągnął się z
manierą sennego kocura. Przelotnie pocałował partnera w czoło i ociężale
podniósł się z prowizorycznego posłania. Nie przyznał tego głośno, ale skostniał
od leżenia na posadzce, której twardości nie zdołały złagodzić grube futra
przyniesione z sypialni.
Wchodząc
do zacienionej komnaty rozciągnął się i rozgrzał obolałe mięśnie serią krótkich
żwawych ćwiczeń. Podparty o toaletkę ziewnął potężnie. Spojrzał w lustro,
prosto w ślepia cudacznego, do niedawna pogardzanego przez siebie stworzenia.
Rozchylił
usta, by przyjrzeć się czterem zwierzęcym kłom. Wystającymi z rękawiczki
palcami pociągnął długi płatek ucha biegnący w poprzek głowy, wyraźnie
zaostrzony na końcu i zupełnie niepodobny do niczego. Lecz to oczy były jego
rozpoznawczym znakiem; duże, okrągłe i skośne niczym u skaleona, o jasnozielonej
tęczówce. Jakby dziwactw było mało, smukłą sylwetkę powlekała nieskazitelna, bielsza
niż papier skóra, pod którą nie widać było błękitu gęstej sieci żył. Odkąd
sięgał pamięcią, żył wśród ludzi jako ciekawostka, dziwadło i potwór; nierzadko
wyszydzany, traktowany gorzej niż słabujący na umyśle przedstawiciele ich
własnego gatunku. Nijak nie przypominał sporadycznie widywanych w Estarionie
imperialnych elfów - mieli oni krótsze, podobne ludziom uszy oraz mniejsze
migdałowe oczy. No i barwą skóry także nie odstępowali od ogólnie przyjętej
normy...
Pokonany
przez kompleksy, odarty z wartości chłopak spuścił wzrok na misę z wodą. Demony
przeszłości wyciągnęły szpony, gotowe pochwycić go i porwać w głąb melancholii,
z której ledwo co się wydostał.
Wtem
pojawiła się iskra rodząca o wiele potężniejsze płomienie niż te usiłujące go posiąść.
Ciemnoskóre ramiona otoczyły jego nagi biały tors. Smagła, odmieniona czarnym
tatuażem twarz przytuliła się do gładkiego policzka. Przydymione szmaragdy o
ciężkich z niewyspania powiekach wpatrywały się w odbicie niezwykłej istoty. Col
i Est różnili się pod wieloma względami, a mimo to odkryli w sobie mnóstwo
wspólnych cech ściśle wiążących ich ze sobą. Obaj byli mężczyznami, lecz dla
żadnego nie było to przeszkodą do zbudowania trwałej relacji opartej na
wzajemnej miłości, szacunku oraz zaufaniu.
-
Estalavanesie, jesteś wspaniały - czuły szept owionął odsłoniętą szyję chłopaka.
Szorstki zarost przyjemnie podrażnił napiętą skórę. - Nie jesteś człowiekiem i
nawet nie próbuj udawać, że nim jesteś. Bądź sobą, nie zmieniaj się dla nikogo,
bo jesteś właśnie tym, kim być powinieneś. I za to cię kocham.
Mocne
objęcia mówiły wszystko, co wzruszony nieszczęśnik pragnął usłyszeć. Est położył
dłonie na przedramionach partnera i wtulił się plecami w jego pierś, czując krótkie
kędziorki łaskoczące na wysokości łopatek. Jeszcze przez parę oddechów
przyglądał się ich odbiciu zapamiętując ten widok już na zawsze, by móc przywoływać
go w czasach największego zwątpienia.
Sekundy
mijały, a żaden z nich nie wykazywał potrzeby poruszenia się. Milczeli, gdy dwa
ciała i dwie dusze łączyły się w jedno, zespalały we wzajemnym nurcie myśli
oraz marzeń.
-
Dziękuję, Col…
Est
ręką pogładził kark pochylającego się nad nim mężczyzny. Uważnie śledził ruch swojej
dłoni w tafli zwierciadła; biały tors, szare blizny, odsłonięte kawałki śniadej
skóry stojącego za nim kochanka... I naszła go chęć tak bezwstydna, że jak
oparzony oderwał się od partnera, wymykając pod pretekstem przejrzenia bagażu
na podróż.
Niezrażony
Colonell popatrzył za nim z rosnącym rozbawieniem.
-
Czyżbyśmy pomyśleli o tym samym?
-
Nie mam bladego pojęcia o czym do mnie mówisz - mruknął Est znad pakowanych
toreb. - Poza tym to ja nie umiałbym wysiedzieć w siodle, nie ty.
-
Czyli o tym samym. - Zadowolony z siebie przodownik obejrzał się w lustrze. Potarł
gęstniejącą brodę i robiąc miny podjął wreszcie decyzję. - Przydałoby się
ogolić.
-
Szkoda, krótka broda bardzo ci pasuje.
Zakłopotany
Est wytargał z komody czystą koszulkę bez rękawów i założył ją pospiesznie,
przez co głowa utknęła mu w kołnierzu.
–
Jak rany...
-
Nie martw się, Esti. Włosy nie zęby, odrosną.
-
Wcale się nie martwię. Jak dla mnie możesz nawet wyłysieć. Co nie zmienia faktu,
że wolę cię takim, jakim jesteś teraz…
Wygładzając
materiał na brzuchu, Est łypnął na chichoczącego kompana. W nieco lepszym
nastroju wrócił do zasłanego łóżka, na którym zeszłego wieczora rozłożył
buteleczki ze specyfikami. Gromadzona przez pół roku kolekcja robiła wrażenie.
A skoro opuszczali Twierdzę, musiał dopilnować, by zabrać ze sobą wszystko co
skrywała zasobna gablota z oszklonymi drzwiami. Kilka maści i naparów wytworzy nawet
w prymitywnych warunkach, ale to destylowane mikstury o najsilniejszym
działaniu były najcenniejsze. Nie wiedział kiedy znów otrzyma szansę
przygotowania skomplikowanych tynktur, lecz był pewien, że nie zapomni żadnej z
poznanych receptur. Tak jak nie zapomni szalonego Travisa Arnelta, genialnego
alchemika oraz niezastąpionego przyjaciela.
-
Chyba powinienem pożegnać się z Travisem - wymamrotał, z ociąganiem odkładając
flaszeczkę. Nagle poczuł się wyjątkowo źle. - O ile jest w Twierdzy.
-
Dobry pomysł - przytaknął Col. - Tylko pamiętaj, nie mamy wiele czasu.
-
Spokojnie, nie potrwa to długo...
Prawdę
powiedziawszy, wychodzący z komnaty Est nie miał ochoty schodzić do pracowni.
Nigdy z nikim nie rozstawał się na dłużej i bał się, że zechce tam pozostać, dręczony
rozterkami pozwoli przejąć kontrolę smutkowi oraz zgubnym sentymentom. Obawiał
się, że gdy ujrzy szeroki uśmiech płowowłosego człowieka, coś w nim pęknie, a
on sam złamie się pod naporem wygody stabilnego jutra oraz poczucia
bezpieczeństwa, jakie dawały mury czarnej warowni.
Nigdzie nie jestem bezpieczny - skarcił się, schodząc stromymi krętymi
schodami. Ani nikt nie jest bezpieczny przy
mnie. Aarim ma mnie strzec przed
zagrożeniem, choć nie wie jeszcze, że tak naprawdę ma strzec świat przede mną.
Rozważania
te były zbyt zawiłe, by zniechęcony wizją podróży rozum biernie je przyjął. Est
sam już nie wiedział po co wyrusza ku nieznanym miastom ani dlaczego przystał
na plan, który rzekomo sam obmyślił. Na co mu to? Co mu z tego przyjdzie? Pchał
się na front, chociaż pragnął uciec przed walką. Przed zabijaniem.
Wojna ma to do siebie, iż nie
szczędzi nikogo
– pomyślał wbrew sobie. Możesz uciekać,
lecz ona niby fala śmierci i chaosu wkrótce cię dosięgnie. I wyłącznie od
ciebie zależy czy ulegniesz niszczycielskiej sile rwącego nurtu, czy znajdziesz
sposób, by wyjść z niego cało. Traktując ją jak żywioł, jesteś w stanie ją
opanować.
Est
uśmiechnął się z przekąsem.
-
Przeceniam własne możliwości. Opanować wojnę? Wolne żarty!
Nawet
się nie spostrzegł, że odpowiada na myśl, bądź też myśli na głos. Naciskając
klamkę drzwi do pracowni wyobrażał sobie już tylko przebieg spotkania z ludzkim
przyjacielem. Nie powinien tego przedłużać. I nie musiał, ponieważ laboratorium
alchemiczne okazało się puste, a jedynym, co powitało go w wejściu, była nieustannie
bulgocząca i sycząca aparatura oraz dwa brązowe szczury zamknięte w klatce pod
blatem roboczym, wybudzone jego nagłym wtargnięciem.
Est
wbił niewidzące spojrzenie w żelazną klatkę i nerwowo węszące w niej gryzonie. Co
go właściwie naszło, by o tak drakońskiej porze szukać sztukmistrza magii
użytkowej w pracowni? W każdym razie nie schodził tu nadaremno, ponieważ
funkcjonująca aparatura wskazywała na obecność Travisa. Należało więc go
znaleźć. Tylko gdzie? Jego sypialnia mieściła się na czwartej kondygnacji, to
nie ulegało wątpliwości, lecz do których drzwi zapukać? Przecież nie zaryzykuje
budzeniem połowy kadry sztukmistrzy… Aż struchlał na wspomnienie tęgiego Snesera,
do którego jakoś nie zapałał sympatią.
Nie
mający tu nic więcej do roboty chłopak wycofał się z pracowni, domykając za
sobą drzwi. Zastanawiał się gorączkowo co w tej sytuacji począć, kiedy wrażliwy
słuch wyłapał przyciszone głosy napływające ze spiralnej klatki schodowej.
Dwóch
młodych adeptów hydromancji pojawiło się właśnie w polu widzenia Zaklinacza
Żywiołów zdającego się ich oczekiwać przy wyjściu z wieży. Niesamowite, nasycone
zielenią oczy zmierzyły wyczekująco to jednego młodzika, to drugiego, aż obaj
zamilkli czując się nieswojo. Dopiero gdy biały elf wyłuszczył im sprawę,
odetchnęli niemal równocześnie. Z widoczną serdecznością objaśnili które drzwi
prowadzą do sypialni sztukmistrza Travisa Arnelta dodając, że rzadko się
zdarza, by wczesnym rankiem wychodził on ze swojej kwatery.
Est
podziękował za wskazówki i wymieniając grzeczności ruszył schodami w drogę
powrotną. Jego serce łomotało, dziko pompując krew i rozsyłając adrenalinę do
wszystkich kończyn. Nie poznawał sam siebie, by ot tak zaczepiać ludzi, jakby
to było normalne zachowanie! W rzeczy samej, ta normalna praktyka w ludzkim
społeczeństwie dla półsmoka zakrawała o masochizm. Zemdliło go, bynajmniej nie
od wspinaczki czy pustego żołądka. Zmieniał się, a było to doświadczenie nie
mniej wstrząsające niż swobodna pogawędka z dwójką hydromantów.
Docierając
na czwarte piętro zdążył się zasapać. Nie w wyniku zmęczenia, po prostu serce dotkliwie
obiło mu płuca, wyciskając dech z piersi. A przynajmniej on tak to odbierał. Podparłszy
się o kamienną ścianę, łapiąc dech rozejrzał się po korytarzu. Pierwsze drzwi
po lewej, mówili. Przed izbą łaziebną. Zdumiewające, że przez cały ten rok
Travis mieszkał trzy pokoje dalej i ani razu nie mieli okazji spotkać się poza
laboratorium. Chociaż, idąc tym torem myślowym, nigdy nie napotkał żadnego
sztukmistrza. Zapewne nie zaliczali się do rannych ptaszków. Za to on większość
czasu przebywał w sali ćwiczeń, jadalni, gabinecie mistrza, pracowni czy na
świeżym powietrzu, jeśli pogoda dopisywała. Nie powinien się zatem dziwić, że
przypadkowo mijał na piętrze mieszkalnym wyłącznie czarodziejów lub adeptów.
Ale
nie po to tu przyszedł, żeby roztrząsać miniony czas. Biorąc się w garść, stanął
pod drzwiami. Unosząc pięść cichutko zapukał licząc, że nikogo nie zastanie.
Cisza.
Czyżby źle trafił?
Ponowił
pukanie. Od wewnątrz dobiegło stłumione utyskiwanie, irytacja mieszająca się z
niedowierzaniem. Opryskliwy głos był nie do pomylenia z jakimkolwiek innym, aż
Est mimowolnie się uśmiechnął.
Drgnął,
kiedy drzwi gwałtownie otworzyły się do wewnątrz.
-
Czego tam?! - warknął wysoki człowiek w powłóczystym burym szlafroku. - Do
cholery, ludzie próbują spać o… Est?
Pod
wpływem zrozumienia kwaśną minę alchemika złagodziło osłupienie. Przez krótką
chwilę Travis przypominał mu nieprzejednanego sztukmistrza wydającego rozkazy w
zniszczonej bibliotece. Ich pierwsze spotkanie, nie należące do przyjemnych,
stanęło jak żywy obraz w umyśle równie zaskoczonego chłopaka. Ten czarodziej
posiadał dwa oblicza przybierane w zależności od osoby, z którą przyszło mu
rozmawiać, a że podział, jakim się kierował, nie był skomplikowany, tak nie miał
problemów z płynnością przejścia pomiędzy jednym a drugim.
-
Każdego bym się spodziewał u drzwi mojej sypialni, ale ciebie, Est? -
sztukmistrz poprawił wiązanie szlafroka i cofnął się w głąb pomieszczenia. -
Wejdziesz? Bo skoro już tu przyszedłeś, to chyba masz do mnie interes.
Słowem
się nie odzywając, Est złapał za końcówkę ucha. Z wahaniem przestąpił próg
komnaty zachęcającego go gestami alchemika. Nie czuł się najlepiej z myślą, że
nachodzi przyjaciela w jego prywatnej kwaterze, ewidentnie zaspanego, o czym
świadczył nieład panujący na głowie oraz zaczerwienienie wokół niebieskich oczu
skupionych na speszonym gościu.
Travis
odgarnął z twarzy długie włosy wysuwające się z rzemienia.
-
No więc? - powtórzył pytanie, widząc że asystent niespecjalnie garnie się do wyjaśnień.
- Co tu robisz?
-
W sumie mieszkam… - odparł niezdarnie Est. Naraz się zmitygował, przyłapując na
pleceniu głupot. - Przepraszam, mieszkam trzy pokoje stąd i… Jak rany, wybacz
Travisie, czuję się tu niezręcznie. Nie chciałem nachodzić cię w... w sypialni,
ale… sam rozumiesz. Nie, nie rozumiesz, bo nic jeszcze nie powiedziałem.
Podpierający
dłonie na biodrach alchemik uśmiechnął się z politowaniem. Est wił się niczym onieśmielony
młodzian wyznający oblubienicy głęboko skrywane uczucie. Choć w jego przypadku
raczej oblubieńcowi, Travis słyszał bowiem pogłoski panoszące się po Twierdzy. W
życiu by nie pomyślał, że jego społecznie wycofany asystent zwiąże się ze
specyficznym człowiekiem pokroju dowódcy zwiadowców. Z mężczyzną. Postanowił
pomóc mu w tej trudnej czynności, jaką było wyduszenie z siebie kolejnych słów.
-
Est, nie robisz nic niewłaściwego. Szukałeś mnie, a to oznacza, że sprawa nie
może czekać. Usiądziesz? - Wskazał na jedyne krzesło. Przysunięte do
niewielkiego stolika znajdowało się tak blisko rozgrzebanego łóżka, jak Est nie
chciał sobie życzyć.
-
Wolałbym nie… - Chłopak zerknął spod czarnych brwi na czarodzieja. - Przyszedłem
się pożegnać. I podziękować. Niebawem wyjeżdżam, niestety nie wiem na jak
długo. Może na zawsze.
Travis
spoważniał, przybierając pozę rozpatrującego ważki problem myśliciela. Wzroku
nie odrywał od zasępionego białego elfa, od fantastycznych tęczówek koloru
zabójczej toksyny.
-
Czy ma to związek paladynem? Co ja gadam, księciem.
-
Tak – potwierdził Est.
Z
piersi człowieka wydobył się głuchy, wyrażający zadumę pomruk.
-
Wiele się wydarzyło od naszego ostatniego spotkania: bitwa, świętowanie,
przybycie przedstawiciela Zakonu i Korony…
-
Tak - potaknął odruchowo Est. Zaraz puścił ucho, poderwał głowę i popatrzył w
wymiętą snem twarz alchemika. - Przepraszam że wcześniej nie znalazłem czasu,
by zjawić się w pracowni.
-
Nie przepraszaj, Est, miałeś ważniejsze rzeczy na głowie. - Travis zbył jego
słowa machnięciem ręki. Wyminął go w drodze do stolika, na którym stała
szklanka i dzbanek z wodą. - Siadaj wreszcie, nie wyglądasz za dobrze.
Przyganiał kocioł garnkowi, sam jestem w nie lepszym stanie!
Zaśmiał
się zauważając swe odbicie w niewielkim lustrze zawieszonym na ścianie. Prezentował
się dokładnie jak wtedy, gdy po raz pierwszy ujrzał białego elfa nie wiedząc
jeszcze, że przyjdzie im razem pracować.
Est
ostrożnie podszedł do stołu i zacisnął palce na zagłówku krzesła. Miał Travisa na
wyciągnięcie ręki, lecz nie odczuwał jego obecności jako niepokojącej czy krępującej.
Alchemik nie był taki jak on, chociaż spojrzenie, jakim niejednokrotnie
częstował go w laboratorium, bywało sugestywne.
-
Miałem sporo na głowie, to prawda - przyznał wreszcie. - I teraz żałuję, bo
jesteś dobrym przyjacielem. Dobrym człowiekiem. I z żalem przyjdzie mi rozstać
się tak z tobą, jak i z czasem spędzonym w pracowni.
-
Zabrzmiało poważnie - mruknął czarodziej, nalewając wody do szklanki. - Trzymaj,
zajmij czymś dłonie.
Chłopak
z wdzięcznością przyjął zimną wodę. Upijając drobny łyk przyglądał się roztargnionemu
przyjacielowi. Travis usiłował nieco uprzątnąć bałagan, jednakże prędko
porzucił zamiar widząc, że jego starania idą na marne. Wymięta jak on sam
pościel zaginała się i wykrzywiała we wszystkich kierunkach.
Komnatę
sztukmistrza magii użytkowej urządzono skromniej niż Esta. Wąskie jednoosobowe
łóżko, szafka nocna, niska komoda na ubrania oraz stolik z krzesłem ustawiony
przy wygaszonym kominku były wszystkim, co obejmowały ściany z ciosanego
kamienia. Żadnych gablot, regałów, półek czy szafeczek. Na posadzce nie rozpościerały
się futra ani skóry, a w okiennicach nie wisiały zasłony. Ascetyczny styl współgrał
z pochłoniętym pracą geniuszem, dla którego pracownia alchemiczna była całym
światem. Tylko tam mógł być sobą. To była sypialnia. Tu odpoczywał po dniach
ciężkiej pracy, dlatego też obywał się bez specjalnych wygód.
-
Travisie?
-
Daj mi chwilkę. Ledwo co wczoraj wróciłem z Asvill, gdzie powołano konsorcjum
cechów alchemicznych i jeszcze nie ochłonąłem po tak zatrważającej ilości
durniów zebranych w jednym miejscu. Doprawdy, gdyby głupota liczona była
objętościowo, to pałac królewski w stolicy nie pomieściłby takiego poziomu
debilizmu. Co tam pałac, stołeczny garnizon pękałby w szwach! Wyobrażasz to
sobie? Chcą połączyć cechy w jedną wielką instytucję! - Obrócił się do przyjaciela.
Oburzenie odmieniło jego pociągłą, bladą twarz. - Oni! Ci, którzy nie potrafią
dojść do porozumienia, zamierzają rozwiązać niezależne cechy i zmonopolizować
dziedzinę alchemii! Rzecz jasna byłem jedynym, który pokazał im, gdzie ma te
wyssane z palca dyrdymały.
Est
nie mógł się nie uśmiechnąć. Sponad szklanki spoglądał na siadającego ciężko na
pierzynie Travisa, skrajnie poruszonego i niepospolicie rozzłoszczonego. Będzie
mu brakowało tego szczerego, bezpośredniego osobnika... Bez namysłu zawrócił, by
dołączyć do sztukmistrza.
-
Poniekąd mi przykro, Travisie, że nie będzie to już mój problem. - Przysiadł na
brzegu obok człowieka. - Będzie mi brakowało twojego osobliwego punktu widzenia.
-
Ano, problem już nie będzie twój, Zaklinaczu Żywiołów. Uważaj trochę, rozlejesz
wodę! – Alchemik upomniał asystenta, który niemal zakrztusił się na dźwięk
użytego tytułu. - I nie patrz tak na mnie. To ja powinienem zmierzyć cię wzrokiem,
takim besztającym! Żeby dowiadywać się prawdy o swoim asystencie z plotek i
historyjek? No naprawdę!
-
Przepraszam, nie było kiedy…
-
Jasne że nie było, Est. A teraz przestań się kajać - ton Travisa złagodniał i
był to pierwszy raz, gdy chłopak usłyszał tę dotąd nieznaną kojącą nutę w
głosie alchemika. Nutę wymalowaną także w lekko uśmiechniętych oczach barwy
bezchmurnego nieba. - Pamiętam, gdy po raz pierwszy zobaczyłem cię w bibliotece.
Prawie rozniosłeś ją w drzazgi! Ależ byłem wściekły. I niewyspany. A kiedy sprawdziłem
rejestr i zauważyłem, że wybrane przez ciebie pozycje wyszły spod mojej ręki, zastanowiłem
się, o co w tym chodzi. No i ta świadomość, że awansowano cię na mojego
asystenta. Pomyślałem wówczas, że jesteś dziwnym stworzeniem z pozoru
przypominającym elfa. Rozumiesz, te kły i oczy odbiegają od całości, uszy
jeszcze ujdą. Sam nie wiem dlaczego, ale moją pierwszą myślą było, że masz w sobie
coś gadziego.
-
Zatem jesteś bardziej spostrzegawczy niż reszta - odparł enigmatycznie Est,
przekładając szklankę z ręki do ręki. – Bo w moich żyłach faktycznie płynie
smocza krew.
Płowe
brwi powędrowały w górę, marszcząc wysokie czoło alchemika. Niesforne pasemka
opadły na nie, zaraz zgarnięte pobliźnionymi palcami. Travis gwizdnął. Pochylił
się do przodu, poprawił poły szlafroka, oparł łokcie na kolanach i splótł
dłonie, podtrzymując nimi brodę.
-
A to ci nowina - jęknął w przestrzeń. - Kto by przypuszczał... Strata ambitnego
i sumiennego asystenta będzie niepowetowana, lecz cóż czynić, skoro zew krwi
wzywa? Bo nie powiesz mi, że opuszczasz mistrza wyłącznie dla kaprysu?
-
Nie, Travisie, to nie kaprys. Znasz mnie przecież. Poza tym sir Aarim nie
przybyłby do Twierdzy, gdyby nie chodziło o sprawy najwyższej wagi.
Przygnębienie
zagościło na ogolonym obliczu czarodzieja, gdy ponownie zwrócił się do
asystenta.
-
Podejrzewam, że tak właśnie jest – westchnął. - I kto teraz będzie opiekował
się szczurami? Fenomenalnie je uspokajasz! Przy tobie są potulne jak baranki.
-
Dasz radę - pocieszył go chłopak, choć sam pilnie potrzebował pociechy. -
Świetnie sobie radziłeś zanim się pojawiłem.
-
Trafnie to ująłeś: zanim się pojawiłeś. Teraz będzie trudniej. Znacznie
trudniej.
Nastała
ciężka, bolesna cisza sprzyjająca najczarniejszym myślom, najgłębszym żalom i
najcichszym smutkom. Est dotychczas nikogo nie pożegnał, ale uzmysłowił sobie,
że nigdy tego nie polubi. Rozstania były o wiele trudniejsze niż nawiązywanie
przyjaźni. Chyba zaczynał pojmować awersję Cola do angażowania się w relacje -
samo przywiązanie nie jest złe, lecz ludzie przychodzą i odchodzą, zostawiając
po sobie różnorakie wspomnienia oraz pustkę nie do wypełnienia. Wyrwa powstała
na skutek rozerwania więzi nierzadko doskwierała mocniej niż fizyczny cios.
Zupełnie tak jak teraz.
-
Mam nadzieję, że znów się spotkamy, Travisie - wyszeptał jakby w obawie, że intensywność
emocji zaklętych w jego głosie zburzy wiekowe mury. - W sprzyjających
okolicznościach.
-
Również liczę, że jeszcze ujrzę drapieżną zieleń twych oczu, Estalavanesie. – Czarodziej
wyjął do połowy opróżnioną szklankę z białych palców, zatrzymując wzrok na
czarnej rękawiczce. Był głodną wiedzy istotą, aczkolwiek niespecjalnie
interesował się życiem osobistym innych. I nawet w tym jednym przypadku nie
zmienił przyzwyczajeń. - A teraz idź już, bo się popłaczesz. Albo, co gorsza,
ja się rozpłaczę.
-
Przykro mi, że nie mamy więcej czasu na rozmowę.
-
Zaufaj mi, to lepiej że nie mamy czasu.
Est
dźwignął się z posłania i ruszył w stronę drzwi. Położył dłoń na klamce i zanim
ją nacisnął, obrócił się w kierunku wciąż siedzącego człowieka.
-
Do zobaczenia, sztukmistrzu Travisie Arnelcie.
Travis
uśmiechnął się w reakcji na tak oficjalne pożegnanie.
-
Bywaj zdrów, Zaklinaczu Żywiołów Estalavanesie.
Opuściwszy
kwaterę przyjaciela, Est zmrużył powieki w podświetlonym magicznymi sferami korytarzu.
Zastygł zagubiony. Nieukojony żal ściskał mu pierś. Dlaczego odnosił przykre
wrażenie, że rozmawiał z alchemikiem po raz ostatni? Ludzie wiodą tak krótki
żywot… Po co im wojny? Są lepsze metody uprawiania polityki aniżeli przemoc i
zniszczenie.
-
Jestem w stanie to opanować, tak? – żachnął się pod nosem, bezwiednie oddalając
w stronę schodów. - Raczej nie chcę wiedzieć w jaki sposób…
Z
niejasnym poczuciem kierunku wkroczył na rozległy dziedziniec, połowicznie
skryty w cieniu wysokich murów i niebosiężnych czworokątnych wież. Przed
wyjazdem koniecznie powinien odwiedzić mistrza. I jak słusznie zakładał, ta
rozmowa będzie dlań najdotkliwszym przeżyciem. Dlatego odwlekał ją w czasie.
Umyślnie
szedł powoli by zapamiętać miejsce, w którym spędził niezliczone chwile,
zarówno te dobre, jak i złe. W jego pamięci zdecydowanie przeważały te miłe,
choć dwukrotnie omal nie postradał życia. I rozumu. Pragnął utrwalić korytarz
na czwartym piętrze, klatkę schodową wijącą się wąską serpentyną, cztery
szerokie stopnie wiodące na ogromny podwórzec, dziedziniec Twierdzy z
ryneczkiem wędrownych kupców oraz bramą otwierającą się na północny szlak.
Przystanął
i z narastającą tęsknotą przyglądał się migoczącym od rosy dachom budynków:
jadalni i kuchni, koszarom oraz stajniom. Główny Budynek wyrastał między nimi przesłaniając
widok na sale ćwiczeń, łaźnie oraz świątynię Sarvatesa z przylegającym do niej
ogrodem. Wiedziony wewnętrznym głosem podążył ku nim, rozpamiętując potajemne
schadzki z Colem, jednakże nie ośmielił się zbliżyć do drzew mieniących się
odcieniami zieleni w bladych promieniach świtu. W tej części warowni panował niezmiennie
mu się udzielający, niczym niezmącony spokój. Ominął łaźnie, z którymi łączył
swoją pierwszą spontaniczną wizytę w ogromnych basenach wypełnionych parującą
wodą. I pierwszy raz, kiedy to Colonell dotykał go w ten szczególny, erotyczny
sposób, doprowadzając jego ciało nad krawędź nieznanej dotąd rozkoszy. To tutaj
Est odkrył, że intymna bliskość drugiej osoby potrafi oszołomić nie gorzej niż
alkohol czy uderzenie fali mocy.
Speszony
wstydliwymi wspomnieniami zajrzał do sali ćwiczeń, lecz nie zastał tam mistrza.
Wrócił więc przez stopniowo ożywający dziedziniec i ze słabym uśmiechem
pozdrowił obwoźnych handlarzy rozstawiających prowizoryczne stragany. Przeszedł
przez osmoloną powierzchnię, gdzie wiele miesięcy temu płonął stos pogrzebowy
ofiar Rzeźnika z Puszczy, a całkiem niedawno ogromne ognisko rozpalone na cześć
zwycięzców Bitwy na Błoniach. Esta nie przestawało zdumiewać, z jaką lubością
ludzie nadawali wszystkiemu nazwy, tak przedmiotom i zwierzętom, jak i wydarzeniom.
Wszedł po schodach do Głównego Budynku i przyspieszając kroku skręcił w przejście
prowadzące do gabinetu administratora. Jego cień tańczył niemrawo w świetle
pochodni. Dławił go smutek ostatniego pożegnania. Zganił się za głupie myśli,
bo przecież nikt nie umierał. A przynajmniej jeszcze nie teraz.
Dotarłszy
na miejsce, bez wahania kilkakrotnie rąbnął pięścią w drzwi. Dochodzące z
wnętrza stłumione głosy zamilkły nagle. Pogrążony w melancholii Est nie zdawał
sobie sprawy, że mistrz podejmował gości. Nacisnął klamkę i pchnął, lekceważąc
prywatność nauczyciela oraz, jak się okazało, swojego nowego zleceniodawcy.
Zasiadający
za biurkiem mistrz roztrzęsionymi dłońmi masował skronie, jak gdyby cierpiał na
ostrą migrenę, jednakże zapadnięte czarne onyksy błyskawicznie podchwyciły
młodzieńczą zieleń, dopatrując się w nich powodu, dla którego uczeń
wtargnięciem zakłócił naradę z księciem Estarionu. Starzec wyglądał na
wycieńczonego. Chorobliwie blady ledwie trzymał się w pozycji siedzącej, lecz
wzrok miał błyszczący, świadczący o sile, jaką emanował zahartowany ciężkim
życiem mnich.
Zdezorientowany
Est przeniósł spojrzenie na stojącego tyłem do wejścia niebianina, który zerkał
na niego znad osłoniętego błękitem ramienia. Świadomy zbyt wyraźnych emocji
malujących się na twarzy uczeń wydukał przeprosiny. Zaciskając pięści zrównał
się z paladynem i odważnie zajrzał w jego nienaturalnie złote oczy. Aarim odwzajemnił
spojrzenie; obojętne, nie wyrażające absolutnie niczego. Skrajne przeciwieństwo
półsmoka, z którego można było czytać niczym z księgi.
Książę
pierwszy przerwał kontakt, by podjąć się nieuprzejmie urwanego wątku.
-
Dokonało się, Artemonie. Niech twa droga ku światłości będzie prosta i wyzbyta
niebezpieczeństw.
Złotowłosy
młodzieniec, mimo że ubrany w elegancką tunikę, a nie płytowy pancerz, oddał zgarbionemu
mężczyźnie honory godne prawdziwego rycerza.
Est
nic z tego nie rozumiał, ale poczuł tak nieustępliwe drapanie w gardle i nosie,
że nie mógł już dłużej powstrzymywać naporu łez. Czuł jak spływają kącikami
oczu, łaskocząc policzki. Powtarzał sobie raz po raz, że to nie jest żaden
przeklęty pogrzeb, lecz jaźń uparcie odrzucała te zapewnienia, brnąc w
najgorsze scenariusze pisane przez zwichrowane samopoczucie.
Nie
poczuł jak książę go wymija. Nie dostrzegł jego współczującego wzroku ani nie zarejestrował
trzasku domykanych drzwi. Potrojone wysiłki wkładał w walkę z dojmującym uczuciem
straty. Kiedy podnosił spojrzenie na zmęczonego mentora, słone krople kapały na
kamienną posadzkę. Trząsł się niekontrolowanie. Czarne oczy mistrza lśniły. Starzec
albo skutecznie tłumił rosnącą w sercu udrękę, albo pogodził się z losem.
-
Nie umrzesz, prawda, mistrzu? Ty nie umrzesz... - Est postąpił kilka chwiejnych
kroków w stronę biurka. - Nie możesz umrzeć… I dlaczego on nazwał cię
Artemonem, mistrzu? To nie twoje imię… Nie rozumiem...
Starzec
odwrócił twarz i zwilżył językiem spękane wargi. Gdy znów popatrzył na młodzieńca,
w jego oczach nie było śladu nieprzelanych łez.
-
Takie imię nadano mi w dniu narodzin, Estalavanesie, natomiast odebrano w
momencie przekroczenia bram klasztoru Stu Ukrytych Mędrców. Mając niespełna trzy
lata przyjąłem imię Mag, ponieważ
potrafiłem wyczuwać oraz rozpoznawać naturę magii, samemu nie umiejąc z niej
korzystać. Jestem poszukiwaczem magii, mój chłopcze, a to niebagatelna
umiejętność. Książę Aarim wie o tym.
-
Artemon… - wymamrotał chłopak. Słowo to wywołało w nim taką odrazę, że aż
skrzywił się czując ohydny posmak na języku. Dla niego nie było żadnego
Artemona. To Mag jest jego mistrzem i opiekunem. - Dlaczego Aarim… Co chciał
powiedzieć przez… Co to za droga ku światłości? - Kolejne dwa kroki zbliżyły go
do mężczyzny będącego mu ojcem. Z każdym wypowiedzianym zdaniem przełykał
gorzkie łzy, a towarzyszący temu ból w klatce piersiowej nieporównywalny był do
niczego co znał. - Błagam, nie umieraj… Twoje życie gasło, a ja nic nie
zrobiłem… Bezsilnie czekałem aż coś powiesz, wyjaśnisz… A ty… ty nie chciałeś
niepotrzebnie mnie troskać.
Nie
mógł tego znieść. Emocje popłynęły falą tak potężną, że nieomal się zachwiał.
Kapiące dotychczas łzy płynęły teraz nieprzerwanymi strumieniami. Est nawet nie
próbował ich zetrzeć.
-
Jestem beznadziejny! - załkał, przecinając panującą w gabinecie ciszę. Pięści
zaciskały się spazmatycznie, aż paznokcie nacięły wnętrze dłoni oraz czarną
skórę rękawiczki. - Beznadziejny ze mnie uczeń... Beznadziejny ze mnie syn… Nie
jestem nikim wielkim, mistrzu! Gdybym był tym, za kogo mnie uważasz, nie
dopuściłbym do tego! Konasz na moich oczach, z mojej winy! A ja… ja wciąż
jestem nieporadnym dzieciakiem sprzed roku… Jestem zbyt słaby, by cokolwiek
zdziałać, mistrzu…
Podpierając
się o blat, Mag wstał zza biurka i obszedł je, pokonując dzielące ich metry.
Objął targanego szlochem ucznia, przytulił jego głowę do swego ramienia i przez
długie minuty tulił jak małego chłopca, aż ten uspokoił się na tyle, by
odzyskać panowanie nad sobą.
-
Estalavanesie, jesteś najwspanialszym synem, jakiego mógłbym mieć – wyznał niemal
bezgłośnie. - Nie ma w tym twojej winy, chłopcze. Każdy kiedyś umrze i jest to
naturalna kolej rzeczy. Mój czas wkrótce nadejdzie, choć nie znam dnia ani
godziny. Z miłości żyjemy, mój synu.
-
I z miłości umieramy - dokończył chłopak łamiącym się głosem. Odsunął się od Maga
i otarł powieki nadgarstkiem, nie parząc w dobrotliwe oblicze pokryte gęstą
siecią zmarszczek. - Zostanę z tobą, mistrzu – zadecydował impulsywnie. - Chcę
być przy tobie. Kiedy to nastąpi. Zadbać o ciebie.
-
Nie, Estalavanesie. Czekają na ciebie pilniejsze sprawy niż przejmowanie się
starcem u kresu sił.
-
Zabraniam ci tak mówić, mistrzu. Wychowywałeś mnie, wspierałeś, byłeś po mojej
stronie nawet wtedy, gdy swoimi czynami zasłużyłem na najwyższy wymiar kary! - Ogromne,
zapuchnięte od łez oczy utkwił w pociemniałych oczach starego mnicha. Zduszony
szloch wstrząsał jego barkami. - Nigdy mnie nie odtrąciłeś! A teraz twierdzisz…
że są… ważniejsze sprawy…
-
Czy miniony rok znaczył dla ciebie tak wiele, chłopcze?
-
Dla mnie to całe życie! - wykrzyczał Est, obnażając przy tym kły. - Całe życie
u twojego boku, u boku człowieka, który kocha mnie jak ojciec… Którego kocham
jak ojca... To oczywiste że będę się wzbraniał przed odejściem! Szczególnie
teraz, gdy… kiedy wiem...
-
Estalavanesie, żyję wystarczająco długo, by w ostatnich dniach mieć nad czym
rozmyślać i co wspominać. Nie jestem ci już potrzebny, chłopcze. - Dłonie starca
podtrzymujące białe ramiona były szorstkie i suche, lecz wciąż mocne i ciepłe, krzepiące.
- Nie jestem już nikomu potrzebny. Moja rola skończyła się w momencie, w którym
przekazałem ci wszelką wiedzę niezbędną do przetrwania w świecie ludzi. Pozwól
mi dokończyć, młodzieńcze - uciszył protestującego podopiecznego grymasem
ściągniętych siwych brwi. - Z tą chwilą przestajesz być moim uczniem,
Zaklinaczu Żywiołów. Pora, byś przejął moje idee oraz kontynuował naukę często
nazywaną podróżą przez życie. Na twojej drodze stoją drzwi wymagające
odpowiednich kluczy bądź technik do ich otwarcia. Tu, w Twierdzy Niedźwiedzi,
ich nie znajdziesz. Nie znajdziesz ich również u mego boku. Za to odnajdziesz
je pośród zagrożeń oraz wrogów, jakich zgotował ci los. Pośród przyjaciół i
sojuszników, którzy przyłączą się do ciebie zwabieni twoją charyzmą oraz siłą
płynącą z przekonań. Tylko ty miałeś opuścić Twierdzę. Teraz jest was troje.
-
Troje? - powtórzył Est, tępo wpatrując się w pomarszczoną twarz trzymającego go
nauczyciela. - Skąd ty…
-
Miałbym uwierzyć, że zostawisz przyjaciółkę? Nie po to ją tu sprowadziłeś, by
teraz wyruszać bez niej. - Lekki uśmiech zadrżał pod przerzedzonym wąsem,
rozświetlając zmęczone oczy Maga. Puścił ucznia i z czułością poklepał okryty
czernią bezrękawnika bark, jakby się nad czymś namyślając. - Lepiej żeby was tu
nie było, kiedy nastąpi nieuniknione.
Pociągający
nosem Est ożywił się, odbierając słowa mistrza jako nowe niebezpieczeństwo.
-
Nastąpi nieuniknione? Nie, zostanę tu! Nie po to obaj usilnie staraliśmy się o
nawiązanie porozumienia z Zakonem, by teraz zaprzepaścić to wszystko, by… Mistrzu?
O co chodzi?
Niepodobnym
do Maga było, aby zwieszał on głowę i intencjonalnie ignorował rozmówcę, a
zwłaszcza ucznia. Starzec okręcił się na pięcie i podszedł do biurka, spozierając
na blat przykryty stosem dokumentów. Leżało tam coś jeszcze: niewielka
książeczka, którą Est zdążył poznać. Dziennik mistrza. Spis wizji oraz
przebłysków, jakich doświadczał poszukiwacz magii.
Zaniepokojony
chłopak bacznie obserwował pochyloną sylwetkę łysego człowieka pieszczotliwym
gestem pocierającego wytartą skórzaną oprawę. Drżące, sękate palce zamknęły się
na niewielkim tomiku i uniosły go nad blat.
-
Estalavanesie, zabierz to ze sobą – poprosił mistrz. - Miej blisko, przeczytaj
i zachowaj dla siebie. Jestem pewien, iż nadejdzie czas, w którym zapisane w
nim objawienia znajdą odzwierciedlenie w rzeczywistości. Liczę, że dzięki temu
twoja oraz Aarima sytuacja się wyklaruje.
-
Moja i Aarima?
Est
doszedł do wniosku, że im więcej mistrz mu tłumaczył, tym mniej on sam z tego
rozumiał. Nie wiedział dokąd zaprowadzi ich Aarim, lecz Mag mógł mieć o tym
jakiekolwiek pojęcie.
Chłopak
niewiele się pomylił. Mag dogłębnie analizował dzisiejszą niezapowiedzianą
wizytę niemłodego paladyna. Zdumiało go, że byli równolatkami i podczas gdy w
obliczu konfliktu człowiek stał u progu życia, tak książę dopiero rozkwitał.
Starzec musiał się zgodzić, iż było to nadspodziewanie doskonałe zgranie w
czasie z cyklem historii: cierpki owoc przeznaczenia gotowy do zerwania z
drzewa chaosu.
Uczeń
prawdopodobnie nigdy się nie dowie, że jego mistrz zezwolił Aarimowi na
odczytanie swych myśli oraz wspomnień, nawet tych, o których pragnął zapomnieć.
Podobna rzecz miała już miejsce i zdarzyła się dekady temu, tuż po pierwszej
wizji przeszywającej jego prosty ludzki intelekt. Mag udał się wówczas do Aneil’Aranth,
prosząc o audiencję u arcypaladyna... i uświadomił sobie, że nie na darmo
nazywano ród królewski Potomkami Wszechmocnych. Zdolności mentalne niebian
wykraczały daleko poza ludzkie pojmowanie oraz postrzeganie metamagicznych
zjawisk. Wzbudzały podziw, ale też uzasadniony lęk. I były fundamentem
zapewniającym ciągłość panowania aktualnej dynastii.
Czytanie
umysłu, chociaż dokuczliwe i przykre, było najbezpieczniejszym i najszybszym
sposobem, by książę Estarionu przejął całą wiedzę zgromadzoną przez leciwego
mnicha. Poprzez mentalne połączenie utwierdził się także w przeświadczeniu,
jakoby pierwotna żywa esencja Estalavanesa w dużej mierze wpływała na osoby w
jego otoczeniu. Mistrz nie miał jednak pewności czy oddziaływał wyłącznie na
użytkowników magii, czy na każdego bez wyjątku. Wiedział natomiast, że młody
półsmok bez udziału woli korzystał z tego talentu. Aarim bez słowa skargi
podjął się wyzwania, biorąc na siebie obowiązek zwieńczenia dzieła Artemona.
Teraz na nim spoczywała odpowiedzialność za ocalenie Estarionu oraz okiełznanie
wzrastającej mocy Estalavanesa. Niewątpliwie jedno z drugim było powiązane. W
jakim stopniu? On sam musiał to odkryć.
Dokonało
się i nic już nie zmieni przeszłości. Mag lękał się, że gdyby przedłużyli całe
zajście, niespodziewana ingerencja ucznia zniweczyłaby sprawę. Proces czytania
w umyśle nie szczędził obu stron, był wymagający i ryzykowny, a rozemocjonowany
chłopak mógłby opacznie zrozumieć zaistniałe okoliczności. Mag nie mógł
przewidzieć, jak Estalavanes zareagowałby na widok cierpiącego opiekuna oraz skoncentrowanego
na nim paladyna.
-
Mistrzu? - nieśmiałe ponaglenie rozbrzmiało w jego starych uszach. - O czym
mówisz?
-
Sytuacja twoja i Aarima, drogi chłopcze – powtórzył na wydechu Mag, obracając
się do ucznia. - Powinienem nakreślić ci pewną istotną kwestię. Sir Aarim od
długiego czasu zabiegał o pieczę nad tobą. Rozegrał wasze korespondencyjne
pertraktacje w sposób wyjątkowo zmyślny, rzekłbym przewrotny. Byłeś przekonany
o swoim zwycięstwie, tymczasem uwikłał cię on we własne plany. Nie przegrałeś,
trudno tu bowiem określić zwycięzcę i zwyciężonego, lecz twoja partia dobiegła
końca, a jego trwa nadal. I jest to rozgrywka o najwyższą stawkę,
Estalavanesie. Gra, w której wszelkie chwyty są dozwolone, a jedyną zasadą jest
ich łamanie, gdzie przeciwnik jest nie tyle starym repem, co weteranem Wojny
Bogów.
Gdyby
mógł, Est zbladłby pojmując, na co się porywał. Na co oni wszyscy się porywali.
-
Weteranem Wojny Bogów? – wyszeptał zmartwiałymi ustami. - To by znaczyło, że
ma… Jak rany, kilka tysięcy lat… Jakim cudem przetrwał tak długo i nikt się nie
domyślił?
-
Zdaje się że przespał, Estalavanesie. Niebianie odetchnęli z ulgą wierząc iż skonał,
lecz on śnił o powrocie. Działał subtelnie. Z ukrycia. W cieniu arcypaladyna, aż
do momentu, w którym zwierzchnik Zakonu odczuł działanie sił nie do końca dlań
zrozumiałych. A gdy spostrzegł on swój błąd, było już za późno, by skutecznie
temu przeciwdziałać.
Zdruzgotany
półsmok aż syknął, a smutek i żałoba wyparowały pod naporem gorejącego w nim
gniewu.
-
Dlaczego Aarim nie powiedział mi tego wprost?! Dlaczego zasłaniał się
odroczeniem egzekucji? Zdobył moje zaufanie tylko po to, by przy pierwszej
nadarzającej się okazji je stracić? To nie ma sensu!
-
Chłopcze, nie oceniaj pochopnie motywów postępowania naszego księcia - pouczył
go starzec, wciąż kurczowo ściskając dziennik. Zatrzymał się przed podopiecznym,
chcąc podać mu niewielki tomik. - Nie pochwalam takiego postępku, acz w toku
obecnych wydarzeń jest on zupełnie wytłumaczalny.
-
Przecież od samego początku mógł mi wyjawić, dlaczego zależy mu na mnie! Mógł
powiedzieć prawdę!
Est
zagotował się na samą myśl o tym przez co przeszedł, aby zrealizować plan, by
żyć razem z Colem na własnych warunkach. To wszystko okazało się jednym wielkim
oszustwem. Nie posiadał władzy nad swym przeznaczeniem, nie kontrolował swojego
życia, nie wyprzedzał losu choćby o krok…
Huśtawka
nastrojów mocno rozchwiała jego wewnętrzną równowagę. Znów omal się nie rozpłakał,
z bezradności i ogarniającej go niemocy, ale z gardła wydobył się tylko niski
pomruk wieszczący rychłe przerwanie nadwątlonej poczytalności.
Kłamca.
Aarim był łgarzem, niegodnym zaufania osobnikiem za nic mającym uczucia oraz bezpieczeństwo
podlegających mu osób. Te złote, lodowato obojętne oczy zdradzały prawdę, której
on nie chciał dostrzegać. Aż do teraz!
-
Estalavanesie, spójrz na to z mojej perspektywy. - Mag wepchnął mu dziennik w
dłonie, zaciskając stwardniałe palce na białej chłodnej skórze. - Spełniło się
dokładnie to, co miało. Sam przyznałeś, iż stworzono cię do wyższych celów, dowiodłeś
tego poruszając niebo i ziemię. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, byś osiągał
kolejne, jakie przed sobą postawisz, chłopcze. Nie poddawaj się. Nie ustawaj w
wysiłkach. Porażki nie świadczą o twojej słabości, lecz wytrwałości.
Udowodniłeś już, iż upór, cierpliwość oraz konsekwentność działania są w stanie
przekuć niepowodzenia w zwycięstwo. To dzięki ciężkiej pracy jesteś tym, kim
się stałeś. Znalazłeś się w punkcie zwrotnym. Zastanów się więc, dlaczego sir
Aarim niestrudzenie i w sekrecie dążył do zwerbowania cię w szeregi Zakonu
Paladynów.
Est
milczał. Zacisnął wargi w wąską kreskę i zazgrzytał zębami w bezowocnych
próbach opanowania nawarstwiających się emocji, wręcz kipiących na podobieństwo
wzburzonej w ciele esencji. Przyglądał się kościstym palcom mistrza zamykającym
się na jego własnych, delikatnych i trzymających niewielką książkę - pamiątkę
po człowieku, który jako pierwszy wyciągnął ku niemu pomocną dłoń. Który
dojrzał w półsmoku osobę, a nie odstręczającego potwora.
Głos
żyjący w mrocznych głębinach podświadomości słuchał z wyczekiwaniem. Estowi wydawało
się, że cały świat wstrzymuje oddech… i tylko on jeden ślepy był i głuchy na
to, co ma nadejść.
-
Pójdę z nim, ale nie zapomnę mu tego, mistrzu… - obiecał gorzko, wysuwając
dłonie spod drżących palców starca. - Za każdym razem, gdy spojrzę w te złote
oczy, pamiętał będę, że jego intencje nie są szczere.
Mag
cofnął się, by objąć wzrokiem ucznia. Usatysfakcjonowany tym, co zobaczył,
uśmiechnął się z lekkością charakteryzującą dumnego ojca.
-
Zmieniłeś się, Estalavanesie. Kiedy zabierałem cię z Cichobrzegu, byłeś
nieprzystępnym i skrytym chłopcem, drobnym i mizernym. Mija rok i stoi przede
mną mężczyzna świadomy swych umiejętności, choć niepewny ambicji, gotów iść
naprzód by walczyć za sprawę, która nie powinna go dotyczyć. Jestem szczęśliwy,
mój chłopcze. Dla mistrza rozwój ucznia znaczy więcej niż przypuszczasz. A dla
ojca… - Kręcąc głową przyciągnął do siebie byłego ucznia. - Już czas,
Estalavanesie. Nie patrz w tył, mój synu. Nigdy nie patrz w tył, albowiem
zgubić możesz ścieżkę wiodącą do celu.
Chłopak
mocniej ścisnął książkę. Po raz ostatni uścisnął mistrza, swego przyjaciela,
opiekuna i ojca. Nie było już słów mogących opisać rozdzierającą serce rozpacz.
Wszystko zostało powiedziane, a on musiał odejść. Wiedział o tym od dawna i
sądził, że był na to przygotowany. Nie wiedział jednak, jak głęboko sentymenty
potrafią zapuścić korzenie w podatnym gruncie chłopięcej psychiki. Nie sposób
było je wyrwać. I, jak wkrótce zrozumie, wcale nie musiał tego robić.
Odsuwając
się od ciepłego, pachnącego bezpieczeństwem oraz rodzicielską miłością
człowieka, nie czuł kompletnie nic. Był martwy. Pusty w środku. Nie pamiętał
chwili, w której skinął Magowi na pożegnanie. Za nic później nie umiał przypomnieć
sobie momentu wyjścia z gabinetu, w którym przesiadywał w prawie każdy wieczór.
Ani nie dosłyszał prośby ojca i zarazem mistrza, a która mimo to wyryła się w
jego niezawodnej pamięci czekając, podobnie jak dziennik, aż wreszcie po nie
sięgnie: Estalavanesie, zmień ten świat, zanim on zmieni ciebie...
Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Obecność następcy tronu wywołała
wśród uprzedzonych najemników niemałe zamieszanie, zwłaszcza że większość
widziała w nim nie księcia Estarionu, a wrogiego rycerza-dowódcę. Kiedy wraz z
Colonellem i Estalavanesem zjawił się w przestronnej sali jadalnej, zdradzające
antypatię szepty oraz pomruki przerodziły się w coraz donośniejsze
spostrzeżenia, aż w końcu utonęły w gwarze gorączkowych dyskusji wspartych
odgłosami wieczerzania. Spojrzenia posyłane w stronę przybysza nie należały do
przychylnych, lecz żaden z mężczyzn przebywających w pomieszczeniu nie pozwolił
sobie na jawną wrogość względem złotowłosego młodzieńca w monarszych barwach.
Natomiast czarodziejki… Cóż, one nie mogły oderwać wzroku od niezwykłych oczu
urodziwego arystokraty rozglądającego się z uprzejmą ciekawością.
Est
dyskretnie przyglądał się spożywającym kolację najemnikom. Nie umknęło mu ich udawane
lekceważenie, nieufność, a nawet szczera wrogość. Byli też tacy, którzy
intensywnie wpatrywali się w niego, bohatera będącego Zaklinaczem Żywiołów. Bez
wątpienia nurtowało ich dlaczego towarzyszy paladynowi, z którym pojedynkował
się na błoniach. I chyba nie umiałby im na to pytanie odpowiedzieć, sam bowiem
nie miał pojęcia co najlepszego wyczynia. Jeszcze siedmiodzień temu nie
myślałby, że znajdzie się w podobnej sytuacji, a teraz… Teraz chciał dotknąć
blizny na szyi, ale w porę się zreflektował i zamarkował gest drapaniem po
obojczyku.
Przy
jednym ze stołów w głębi pomieszczenia wypatrzył grupę piromantów i adeptów, lecz
nie dojrzał wśród nich Leos. Ostatnimi czasy czarodziejka uczęszczała na
indywidualne lekcje ze sztukmistrzami, więc z pewnością spóźni się na posiłek. Nieprzeciętne
umiejętności Małej Niedźwiedzicy przydałyby im się podczas wykonywania
ryzykownej misji. Przydałyby się jemu, ponieważ sam nie był w stanie przywołać
żywiołu ognia, nie chciał jednak narażać przyjaciółki na nieokreślone
zagrożenie. W Twierdzy była bezpieczna i tutaj powinna zostać. Ale czy istniała
na tym świecie forteca, którą można nazwać bezpieczną? Pakt o Nieagresji sugerował
coś zgoła przeciwnego...
Raptem
Colonell pociągnął go za nadgarstek i wyrwany z rozważań półsmok ciężko usiadł
na wysuniętym krześle. Chciał zbesztać człowieka za tak obcesowe traktowanie, lecz
przydymione szmaragdy go nie dostrzegały - mierzyły groźnie młodego księcia
zajmującego miejsce na wprost białego elfa.
-
Wasza Książęca Mość wybaczy niedogodności - zaczął Col wyjątkowo oschle. - Jako
prości ludzie nie opływamy w luksusy.
-
W moich żyłach płynie królewska krew, lecz zapominasz, przodowniku, iż nade
wszystko jestem żołnierzem w służbie Jego Ekscelencji Arcypaladyna.
Est
dałby sobie rękę uciąć, że nieprzyjemny dźwięk dobiegający jego uszu wydały
kurczowo zaciśnięte szczęki młodego zwiadowcy. Nie wiedział gdzie patrzeć,
dlatego spuścił wzrok i nerwowo bawił się sprzączką czarnej rękawiczki.
Wyprowadzony
z równowagi zwiadowca nie powiedział już nic więcej. Ściskając rękojeści
zabezpieczonych sztyletów poszedł po kolację, pozostawiając Esta sam na sam z
niebianinem. Sam na sam, nie licząc ukradkowych spojrzeń niespełna połowy ludzi
w jadalni. Czy oni w ogóle mieli świadomość, przedstawicielem jakiej rasy jest
ów młodzieniec o złotych oczach?!
Książę
Aarim lekko przechylił głowę, spoglądając na Esta.
-
Twój przyjaciel nie darzy mnie sympatią, Estalavanesie. Lub też zalicza
się do osób szczególnie nieprzystępnych, trudno orzec.
-
Nie, Colonell to bardzo kontaktowy człowiek - wytłumaczył pospiesznie chłopak. –
Ale... przeczytał twoje listy, więc...
Nie
dokończył. Uparcie gapił się na swoje dłonie, za wszelką cenę unikając kontaktu
wzrokowego z paladynem. Zrobiło się niezręcznie, a gdyby jeszcze popatrzył w te
złote tęczówki… Żołądek zwinął mu się w ciasny supeł, momentalnie odbierając
apetyt.
Przecięta
blizną brew powędrowała ku górze.
-
Doprawdy? Czy twój mistrz nie pouczył cię, aby potencjalnie obciążające dowody
obracać w popiół?
Rozgniewany
przyganą chłopak zebrał się w sobie. Łypnął na rozmówcę, chowając pięści pod
blatem stołu.
-
Tak, wspominał o tym, lecz to był mój wybór co z nimi zrobię. A może zechcesz
wyjaśnić, co miały znaczyć te dwuznaczne treści?
-
To, co w istocie znaczyły. Zwykłem wypowiadać się szczerze i bezpośrednio,
gardzę półsłówkami. – Sir Aarim nieznacznie odwrócił twarz i musnął palcem
bliznę na lewym policzku. - Jesteś pierwszym, który zranił mnie w trakcie
pojedynku. Ponadto pozostawiłeś trwały ślad niemożliwy do zaleczenia niebiańską
mocą. Takich przeżyć nie sposób wymazać
z pamięci, Estalavanesie. I takich osób również.
Tym
razem Est nie zdołał uciec przed świdrującym spojrzeniem posłanym z ukosa. Było
mu niedobrze i prawie złapał za końcówkę nisko zwieszonego ucha. Obiecał
Colowi, że popracuje nad odruchami i póki co wychodziło mu to niezgorzej. Aż do
teraz.
-
Wyjaśnijmy sobie jedno, sir Aarimie: nawiązałem już poważną relację.
-
Zdążyłem zauważyć. I cóż w związku z tym? - Niewzruszona postawa działała
onieśmielająco na półsmoka, co nie uszło spostrzegawczości niebianina. Był
bystrym obserwatorem i mimo że nie wyrażał żadnych emocji, to potrafił je
wychwycić. A już szczególnie na tak ekspresyjnym białym obliczu. - Upraszam
także, byś zaprzestał oficjalnego tytułowania mnie.
-
Em, jak rany… To znaczy, że nie jestem tobą zainteresowany. A przynajmniej nie
w tym sensie... - Est usłyszał własny głos, brzmiący teraz odrobinę skrzecząco.
Zapragnął jak najszybszego powrotu partnera, byle kłopotliwa rozmowa wreszcie
się skończyła. - Poza tym… Nie interesują mnie mężczyźni. Tylko Colonell.
Wyłącznie.
-
Mnie również nie interesują mężczyźni, jeżeli cię to uspokoi. Będąc szczerym,
nie przybyłem tu w celu poszukiwania godnej mariażu partii, lecz osobistej
ochrony. Tylko ochrony. Wyłącznie.
Sprowadzony
na ziemię Est przełknął cisnącą mu się na usta ripostę. A on, durny, ubzdurał
sobie że Aarim… Przecież to nie jest normalne, by mężczyzn pociągali mężczyźni.
Colonell jest wyjątkiem. I on sam pod pewnym względem nim jest, wszak związał
się z wytatuowanym zwiadowcą.
-
Drugi najlepszy szermierz Estarionu szuka ochrony, a to ci dopiero! - Ani się
obejrzeli, kiedy zjawił się Col z obszerną tacą wypełnioną naczyniami. Postawił
ją z trzaskiem na krzywym blacie i podpierając się rękami o kraniec stołu zajrzał
w zimne złote oczy. - Ostro pogrywasz, książę. Zastanawia mnie tylko w co.
Aarim
nieco zmarszczył brwi przenosząc wzrok z przodownika na Esta.
-
Czyżbyś nie wtajemniczył swego przyjaciela w szczegóły naszej umowy?
Est
spiął się cały, a nagłe uderzenie gorąca niedostrzegalnym ogniem naznaczyło
jego białe policzki. Wyglądał jak na skraju paniki.
-
N-nie… Nie mieliśmy okazji…
-
Chyba ty, Esti. - Col prychnął niczym rozjuszony niedźwiedź. Usiadł przy
psychicznie sponiewieranym dzieciaku i zaczął rozstawiać kubki, talerze oraz
półmiski pełne parującej pieczeni, warzyw i kaszy. Gestem zachęcił
zleceniodawcę, by się częstował. - Nie krępuj się, Wasza Książęca Mość. Poczuj
się jak w garnizonie.
-
Z wdzięcznością zastosuję się do twojej propozycji, przodowniku.
Colonell
sam już nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Nie dość, że kochanek
spiskował z wysoko sytuowanym paladynem, to jeszcze uczynił go ich pracodawcą!
Jeżeli tak Zrzęda wyobrażał sobie uwolnienie wychowanków spod jarzma
Niedźwiedzia, to powinien otrzymać zaszczytny przydomek “złośliwy”. Złośliwy i
pokrętny jak sam los.
Może
i nie cieszył się z tak niekorzystnego biegu wypadków, ale wkrótce wyruszą w podróż,
odżyją i… No masz. Col nigdy nie brał na poważnie myśli o zakładaniu rodziny, lecz
przy tym dzieciaku czuł, że nie byłoby to wcale takie złe. Esti preferował
osiadły tryb życia, a on… Odkąd poznał białego elfa, zapragnął trwać u jego
boku. Taki plan, nieważne jak fantastyczny się zdawał, możliwy był do
zrealizowania. Wystarczyło dać mu szansę. Dać szansę im obu.
Przysunął
sobie kubek z wodą i zerknął spod oka na partnera, który niemrawo grzebał
widelcem w talerzu. Zwróciwszy się w kierunku złotookiego rycerza, przyjrzał mu
się bacznie. Niebianin z manierą godną szlachcica kroił mięso, zupełnie
obojętny na wszystkich oraz wszystko, co działo się wokół niego.
Col
ostatni raz rzucił okiem na mężczyzn oraz nieliczne kobiety w jadalni i byłby
napoczął posiłek, gdyby nie bursztynowy błysk loków przy wejściu do kuchni. Gwałtownie
wyprostował się na oparciu i z nieciekawą miną sapnął do Esta:
-
Towarzystwo z lewej…
Ledwie
jego ostrzeżenie dotarło do uszu pozostałej dwójki siedzącej przy stole, kiedy
nagle Mała Niedźwiedzica zmaterializowała się koło nich.
-
Est! Col! Dobrze was widzieć! - zaszczebiotała radośnie. Umieściła swoją tacę
przy wolnym miejscu i nie poświęcając dostojnemu sąsiadowi choćby krzty uwagi,
siadła obok niego. - Nareszcie możemy zjeść razem. Na pewno słyszeliście, że w
Twierdzy jest… - Wtem spojrzała na mężczyznę po lewej i jej szeroki uśmiech
natychmiast zgasł, przeistaczając się w wyraz niedowierzania bądź przerażenia,
trudno było to jednoznacznie określić. - Książę Estarionu. Jest w Twierdzy. Ale
to już wiecie.
Kąciki
ust Aarima drgnęły. Wstał od stołu i dwornie skłonił się piromantce, wpatrzony w
jej spąsowiałe lica.
-
Sir Aarim Asmodeusz - przedstawił się. - Książę Estarionu oraz rycerz-dowódca
miasta garnizonowego Adeila.
-
L-Leos Niedźwiedziogrzywa.
Dziewczyna
zapłonęła szkarłatem po same koniuszki uszu skrytych pod bujną grzywą. Jej ciemnoniebieskie
oczy lśniły, a delikatna dłoń wiedziona skromnym odruchem powędrowała do ust,
zasłaniając je jakby z lęku przed powiedzeniem czegoś niestosownego. Poruszyło
ją spotkanie z tak wpływową osobistością, oczarowały elokwencja oraz szarmancja,
których na próżno szukać pośród najemników i czarodziejów z Twierdzy.
-
Niedźwiedziogrzywa? - Subtelny uśmiech wykwitł na wargach księcia siadającego
na krześle. Spod opadających powiek obserwował wiercące się piegowate dziewczę.
- Czyżby krewna Złowieszczego Niedźwiedzia?
Est
utkwił wzrok w pierwszym przejawie uczuć, jakie dane było mu ujrzeć na
marmurowej twarzy Aarima. Musiał przyznać, że posiada niewiarygodną charyzmę. I
czynił z niej użytek. Dodając do tego niezwykłą urodę oraz młody wiek, zapewne
niejedna niewiasta uległa jego czarowi.
-
Córka - wymamrotała speszona Leos, wbijając spojrzenie w zawartość swojej tacy.
Obawiała się że oślepnie od spoglądania w roztaczającego blask księcia. -
Jestem jego córką.
-
Niebywałe.
-
Niebywałym jest, by książę podróżował bez świty i eskorty - wypaliła, byle
zmienić temat. Pokrewieństwo z Niedźwiedziem nie napawało jej dumą. Szybko
rozejrzała się po jadalni, spodziewając się dojrzeć zbrojnych monarchy. - Bo przyjechałeś
bez świty, prawda, Wasza Książęca Mość?
-
Owszem, Leos - przytaknął, skupiając się na kolacji. - Przybyłem jako oferent,
a nie członek rodu królewskiego czy reprezentant Zakonu Paladynów. Eskorta
tylko by mnie spowalniała. Wiele także słyszałem o gościnie Niedźwiedzi, toteż
postanowiłem z niej skorzystać.
-
Macie coś wspólnego, Esti - burknął Col do białego ucha, a sprawiał przy tym wrażenie
urażonego i poniekąd zmęczonego wynikłą sytuacją. - Obaj macie taką gadkę, że
żadna panna wam nie odpuści. A jak jeszcze popatrzycie w ten uwodzicielski
sposób, to…
-
Idź wyłysiej z tą swoją uwodzicielskością! - ofuknął go Est. - Na nikogo tak
nie patrzę.
-
Weź się w lustrze zobacz, wtedy zrozumiesz w czym rzecz.
Przodownik
sądził że poczuje się lepiej, gdy podroczy się z przyjacielem, lecz frustracja
niestety nie minęła - wręcz się pogłębiła. Skubał więc własną porcję
przepychając spieczone warzywa z jednego końca talerza na drugi i usilnie starając
się ignorować scenę rozgrywaną przy stole. Za to wszyscy wokoło śledzili
wydarzenia z coraz bardziej zauważalnym zainteresowaniem.
Mruknął
zniechęcony i potarł śniade skronie. Szybkim ruchem przeczesał włosy, dławiąc
spływające na język przekleństwo. Wreszcie położył rękę na oparciu krzesła
Estiego, by niby od niechcenia wyciągać niewidzialne nitki z jego bezrękawnika.
Miał ochotę zostać tylko we dwóch z oblubieńcem, by w najprzyjemniejszy z
możliwych sposobów rozładować napięcie nagromadzone od ich wczorajszej kłótni.
Odcinając się od otoczenia fantazjował co by mu zrobił, gdyby zyskali chwilę
dla siebie...
Naburmuszony
Est podchwycił to spojrzenie, przyczajone w ciemnozielonych oczach przesłanie i
sugestywny uśmieszek wygiął jego usta.
Odwrócili
się od siebie, a ich niegasnące uśmiechy mówiły więcej niż słowa. Słyszeli jak
Leos zabawia Aarima rozmową, jednak nie trafiał już do nich sens wypowiadanych zdań.
I chociaż ciałem obecni byli w jadalni, to duchem przebywali daleko stąd, oddając
się czynnościom bezwstydnie wybiegającym poza ramy przyzwoitości.
***
Po kolacji książę samodzielnie wrócił
do gabinetu Złowieszczego Niedźwiedzia, by dopełnić koniecznych formalności
związanych ze spisaniem kontraktu. Nie przypuszczał, by ktoś odważył się
zakłócić jego spokój lub wyrządzić mu krzywdę, ponieważ był przekonany o
żelaznej dyscyplinie panującej wśród Niedźwiedzi.
Colonell
nie ukrywał ulgi, jaką odczuł po odejściu zleceniodawcy. Świadomość, że
zmuszony będzie towarzyszyć paladynowi, przeszła mu ciarkami po grzbiecie,
przywołując przykre wspomnienia. Już sam jego niebiański urok oddziaływał
deprymująco... Powściągając emocje poinformował Estiego, że jak tylko spakuje
najpotrzebniejsze rzeczy i zawiadomi o długotrwałej nieobecności swego
zastępcę, Jeroda, to w przeciągu dwóch, trzech godzin stawi się w jego
sypialni. Następnie, pożegnawszy się z Leos, odszedł do koszar.
Zaklinacz
Żywiołów i piromantka przez chwilę stali przed budynkiem stołówki, gdzie gwar
był cichszy, stłumiony grubymi kamiennymi murami oraz oszklonymi oknami.
Zamyśleni patrzyli w bezchmurne niebo, z którego mrugały do nich tysiące
drobnych gwiazd.
Mała
Niedźwiedzica westchnęła, przykuwając uwagę Esta.
-
Wyjeżdżacie - stwierdziła smutno. - Zobaczymy się jeszcze?
-
Chyba nie, Leos - odparł Est zgodnie z prawdą ginącą w pomroce jego duszy. -
Prawdopodobnie nie dożyjemy kolejnego spotkania.
Prawdopodobnie wy go nie dożyjecie - uściślił w myślach. Nagły skurcz
żołądka wykrzywił jego twarz.
Leos
spojrzała na niego. Żal w jej oczach zacierał się na granicy strachu.
-
Nie dożyjecie? – powtórzyła za nim wstrząśnięta.
-
Wojny zapoczątkowanej na południu nie wywołali ludzie - wyszeptał, ponownie kierując
oczy ku matowemu firmamentowi. - Podejrzewam, że Aarim niewiele nam wyjawił. I
ufam, że ma ku temu powody.
Dziewczyna
powoli pokręciła głową.
-
W coś ty się wpakował, Est… Masz niesamowity dar do wpadania w największe
tarapaty.
Gorzki
uśmiech skrzywił wargi chłopaka, gdy zajrzał w poszarzałą w połowicznym nocnym
widzeniu, upstrzoną nieregularnymi kropeczkami twarz przyjaciółki.
-
Wiesz, kiedyś usłyszałem że to nie ja przyciągam kłopoty. Ja po prostu sam ich
szukam, jakby w bezwiednym pragnieniu rozwiązywania ich. A kiedy na horyzoncie
nie pojawia się żaden, to niczym uparty głupiec go sobie wymyślam. Żeby
przypadkiem się nie nudzić - dodał z przekąsem.
-
Żeby nie wyjść z wprawy - poprawiła go Leos. - Wynajdujesz problemy, by potem
je rozwiązać. I nabrać doświadczenia. Dzięki temu szybciej przyjdzie ci
sprostać kolejnym.
Zielone
kocie oczy rozchyliły się szeroko, gdy pojął mądrość płynącą ze słów
czarodziejki. To była całkiem nowa, świeża perspektywa, jakiej dotychczas nie
dostrzegał. Zdrowa. Optymistyczna. Tak jak mistrz mawiał, Est we wszystkim
powinien dopatrywać się pozytywnych cech. Jak teraz uczyniła to Leos.
-
Leos, gdybym mógł zabrać cię ze so… - przerwał w pół słowa, zbyt późno zdając
sobie sprawę z własnej impulsywności. Sklął się w duchu. - Nie, wybacz, to nie
jest dobry pomysł.
-
Jest! Jest dobry! Est, magia we mnie jest potężna! Mogłabym was wesprzeć swoją
mocą! - Dziewczyna zapaliła się do tego pomysłu, aż niezdrowy ogień entuzjazmu zapłonął
w jej wejrzeniu. - Wierzę, że byłbyś w stanie coś wykombinować, żeby zabrać
mnie ze sobą! Proooszę!
Est
nie chciał mówić tego na głos, ale zuchwały plan uformował się w jego głowie
zanim Leos w ogóle o tym pomyślała. Zerknął na kilku wychodzących z jadalni najemników
i w odpowiedzi na przyjacielskie pozdrowienia skinął im głową spekulując, jak
wysokie są szanse na jego realizację.
To
on odpowiadałby za bezpieczeństwo przyjaciółki. To na jego barkach spoczęłaby
odpowiedzialność za jej życie. Czy nie o tym mówił mistrz? Objęcie kontroli nad
losem innych, kierowanie ich poczynaniami… Tak miał to rozumieć? W teorii
brzmiało to wyjątkowo łatwo, lecz przekładając na praktykę, nie wiedział od czego
zacząć. Może po prostu nie był na to gotów. A może powinien podążać utartą
ścieżką? Byłoby to cokolwiek wygodne, ale gdzie w takim razie podziało się jego
dążenie do niezależności i samostanowienia? Jeżeli wciąż będzie uciekał przed
odpowiedzialnością, nigdy do niczego nie dojdzie. Jeśli będzie realizował cudze
plany, nie osiągnie swojego celu, będzie tylko pionkiem w obcych rękach - jak
nie przywódcy najemników, to rycerza-dowódcy. Jeśli nie zacznie decydować o
sobie, jeśli nie podejmie ryzyka, to nie przejmie pieczy nad ludźmi, którzy mu
zaufali. Pogrąży ich. Odstręczy nieporadnością i niepewnością.
I
nawet teraz, kiedy spoglądał na rozemocjonowaną młodą dziewczynę, przyjaciółkę
i czarodziejkę, nie umiał pozbyć się wrażenia że wszystko co robi, robi z myślą
nie o niej, lecz o samym sobie. Ucisza własne sumienie tłumacząc się
pragnieniem wyrwania jej z miejsca, na które niebawem spadnie katastrofa. A
przecież nie mógł tego wiedzieć. Nie mógł być tego pewnym. Tak jak nie mógł
zapewnić jej bezpieczeństwa.
Co
właściwie mu zostało?
-
Leos, tak czysto hipotetycznie: jeżeli zostaniesz moją uczennicą, będę miał
obowiązek wziąć cię ze sobą bez względu na zapis w kontrakcie. Nie ciesz się
jeszcze. - Podniósł dłonie, gasząc zapędy dziewczyny. - Ostateczna decyzja
należy do Maga. Ja mogę wyłącznie zawnioskować o przejęcie nad tobą opieki. Jestem
przekonany, że nikogo nie mógłbym nauczyć zaklinania żywiołów, ale wystarczy że
dysponuję esencją, by zgodnie z prawem zadbać o twoje szkolenie. Tam gdzie
trafimy nie będzie dających poczucie bezpieczeństwa murów. Nie będzie armii
najemników uzbrojonych w miecze i łuki. Będziemy wystawieni na atak o każdej
porze dnia i nocy. Nie zraża cię to, prawda? - jęknął widząc płomień
podniecenia rozpalający młodziutką buźkę siedemnastolatki.
Jej
porywczość przytłoczyła go. Ta ludzka dziewczyna, w pełni świadoma swych
czynów, pchała się prosto ku samobójczemu zadaniu bez jakiegokolwiek
przygotowania! Ha!, on sam nie był lepszy.
-
W takim razie spakuję rzeczy! – pisnęła Leos. - Flora zzielenieje z zazdrości!
Wyruszę ku przygodzie u boku samego księcia!
-
Leos, opanuj się! - Est złapał ją za ramiona i lekkim potrząśnięciem przywołał
do porządku. - Nie realizujemy romantycznego scenariusza, udajemy się prosto w
sam środek walk! Rozumiesz, co to oznacza? Że każdy kolejny dzień rozpoczynać
się będzie lękiem o niedaleką przyszłość, a kończyć strachem co przyniesie noc.
Jeśli
miał się nią opiekować, musiał najpierw nauczyć dziewczynę panowania nad sobą.
A siebie cierpliwości. Przeczuwał, że będzie to długa droga, ale czy z nim nie
było podobnie? Nie, on był zbyt zamknięty w sobie, by uzewnętrzniać uczucia.
Nie znaczyło to jednak, że swoim zachowaniem nie przysparzał nauczycielowi
problemów.
Puścił
czarodziejkę i odchodząc kilka kroków w tył szarpnął się za uszy.
-
Jak rany, Colonell urwie mi za to łeb…
-
Niech tylko spróbuje!
Nerwowo
się zaśmiał słysząc żelazną stanowczość w głosie przyjaciółki. W przeciągu
kilku godzin dał się spętać samobójczym zleceniem, przyjął na siebie
odpowiedzialność za życie osoby, którą ocalił przed śmiercią, i podjął decyzję
nie należącą do niego. Niby co gorszego może mu się przydarzyć?
-
Pakuj się, Leos. Przyjdę po ciebie w porze śniadania.
Czarodziejka
pohamowała radość na tyle, by energicznie potaknąć. Okręciwszy się na pięcie,
szybkie kroki skierowała ku Wieży Czarodziejów, a niecierpliwość wyzierała z
całej jej napiętej sylwetki na podobieństwo dymu unoszącego się znad ogniska.
Est
już na nią nie patrzył. Ciepły wiatr rozwichrzył mu włosy, a on znów badał
nocne, pogodne niebo niewzruszone dylematami śmiertelników. Wypatrywał esencji zmarłych
migoczących pośród cieni Pozaświata. Czy i dla niego było tam specjalne
miejsce? Czy Pozaświat w ogóle istnieje? Czy Wszechmocni istnieją? Jeśli tak,
to lepiej niech dadzą mu spokój. Szesnaście lat radził sobie bez nich i wolał,
aby ten stan rzeczy nie ulegał zmianie. Na dodatek nie opuszczało go
podejrzenie, że to nie on nakłonił Aarima do podjęcia decyzji o najęciu ich,
lecz sam został skrzętnie przez niego wmanewrowany. Niebianin jest szlachetną,
honorową istotą, ale jest w nim również coś przerażającego, czego Est nie
potrafił określić z racji jego nienaturalnej obojętności. I chociaż nie użył
ani razu aury, to i tak bezustannie wzbudzał w nim nieopisaną nerwowość. Gdyby
tak dłużej się nad tym zastanowić, to tworzyli osobliwe trio pierworodnych: syn
arcypaladyna, syn przywódcy najemników oraz syn smoka.
Est
odetchnął przeciągle.
-
Tą jedną decyzją pozabijam nas wszystkich - mruknął do siebie, zmierzając w tę
samą co czarodziejka stronę.
Jeśli tego właśnie pragniesz, nic
nie stanie ci na przeszkodzie.
Nie
spodziewał się że odpowie sam sobie - i to w najgorszy z możliwych sposobów. Choć,
co najdziwniejsze, wcale się tym nie przejął.
***
- A pamiętasz jak jeździliśmy na
wycieczki poza Twierdzę? Któregoś razu Velren pogonił mojego konia i musiałeś
mnie ratować. W rezultacie i tak spadłem. - Est leżał na balkonie i z ramieniem
Cola pod głową wpatrywał się w bezkresne niebo obsiane roziskrzonymi diamentami.
- Byłeś wtedy tak blisko, że mogłeś mnie pocałować. Jak rany, chyba nawet
chciałeś.
-
Teraz miło powspominać, ale śmiertelnie się przeląkłem, kiedy ten koń się zerwał. A do
tego ledwo trzymałeś się w siodle.
Col
przekrzywił głowę na tyle, by zerknąć na posrebrzony księżycem profil Estiego.
Przyciągnął do siebie ukochanego i głaszcząc jego nagie ramię myślami błądził
wokół wspomnień.
Leżeli
obaj na balkonie wychodzącym z kwatery Esta i obserwowali niebo, jak mieli to w
zwyczaju nim ich życie diametralnie się zmieniło. Jedyną różnicą był fakt, że byli
razem, wtuleni w siebie i czerpiący ze swojego towarzystwa więcej niż zwykli
przyjaciele. Nie byli młodsi niż teraz, a jednak odnosili wrażenie, że upłynęły
lata od ich ostatniej nocy spędzonej na podziwianiu letniego nieboskłonu, od
beztroskiego, spokojnego życia. Tak jakby wszystko to, co minęło, nie wydarzyło
się naprawdę, a było zaledwie wspólnie wyśnionym snem.
-
Jak sądzisz, ile czasu nam zostało? - Est spoważniał, a jego głos nabrał
melancholijnej nuty zdradzającej niepewność i ukryte lęki.
-
Na moje oko kilka godzin. Księciunio planuje wyjechać do południa, więc
wypadałoby pospać przed podróżą.
-
Jak rany, wiesz o co mi chodzi!
Est
chciał pstryknąć człowieka w nos za zgrywanie głupiego, lecz Colonell zręcznie
złapał jego dłoń i przycisnął sobie do ust, z których nie schodził błogi
uśmiech.
Zamilkli,
wsłuchani w popisowe cykanie świerszczy
u podstawy wieży. Nie miało już znaczenia czy ktoś ich w tym momencie widział, wreszcie
nie musieli przejmować się gadaniem ludzi. Est nie musiał, gdyż przodownik i
tak miał zdanie innych w serdecznym poważaniu, co niejednokrotnie z lubością
udowadniał.
-
Esti, staram się nie troskać upływem czasu – mruknął Col, pocierając opuszkami smukłe
palce chłopaka. - Brałem udział w kilku mniejszych potyczkach, wielokrotnie
wdawałem się w bójki i walki na noże. Skoro i tak mam umrzeć, to nie chcę
niczego żałować.
-
Zawsze korzystałeś z życia, hm? - Półsmok obrócił się, by swobodnie zajrzeć w monochromatyczne
oczy człowieka. Dojrzawszy w nich zaskoczenie poczuł się zobowiązany, by
wyjawić źródło informacji. - Mistrz co nieco mi poopowiadał. Powiedział też, że
moje pojawienie się w Twierdzy trochę cię utemperowało.
-
Zrzęda tak powiedział? Zatem nie przeczę, tak było.
-
Ilu miałeś?
-
Wiedziałem że prędzej czy później zadasz to pytanie. - Przodownik mocniej
przygarnął chłopaka do siebie, niemal kładąc go na sobie. Zapatrzył się w okrągłe,
błyszczące odbitym światłem księżyca źrenice, dotknął białego policzka i…
uśmiechnął się krzywo. - Twoja skóra w gwiezdnej poświacie wygląda obłędnie.
Est
oparł brodę o klatkę piersiową ukochanego i wbił w niego dociekliwy wzrok.
-
Nie zmieniaj tematu, Col. Nie zamierzam czynić ci wymówek, jestem po prostu
ciekaw. No, śmiało.
Colonell
westchnął i uciekł spojrzeniem w bok, byle jak najdalej od tych szczenięcych ślepii.
Wolną ręką przygładził włosy, nie wiedząc jak odpowiedzieć na to podstępne
pytanie.
-
Nie jestem pewien…
-
Oho, czyli dużo, bo nie umiesz policzyć. Albo po prostu nie umiesz liczyć. -
Est zmrużył powieki, prowokując partnera do szczerych zwierzeń.
-
Nie przesadzaj, aż tak dużo ich nie było. Piętnastu? Mniej więcej?
-
Przez dwadzieścia sześć lat? Czyli jestem piętnasty plus? Jak rany... - Chłopak
udawał urażonego, ale z promiennym uśmiechem nie wyszło mu to prawdziwie.
Col
pogłaskał czarne jak sama noc włosy chłopaka. Były wilgotne po kąpieli i
opadały ciężkimi pasmami na oczy oraz długie płatki uszu.
-
Jesteś jedyny, a nie piętnasty plus, dzieciaku. Piętnaście plus to twój wiek.
-
Boję się zapytać, co w takim razie robiłeś w moim wieku.
Est
nie dawał za wygraną. Nie było dla niego istotne co robił Colonell zanim się
poznali, zanim ich drogi zeszły się w jedną krętą ścieżkę. Najważniejsze było
tu i teraz. Tak uczył go mistrz, tak i on sam hołdował tej idei. Nie ma sensu zadręczać
się czymś, na co nie ma wpływu, skoro tuż obok czeka coś, co w dużej mierze
zależy od niego samego.
-
Robiłem dokładnie to co ty, więc skończ z pyskówkami. - Mężczyzna uniósł się na
łokciu i bezceremonialnie zrzucił z siebie chłopaka. Mimo że tematy uwierały,
czuli się dobrze, a humor dopisywał im przez cały czas. W niepamięć poszły
kłótnie i różnice poglądów. - Ty masz tę przewagę, że masz mnie na wyłączność.
- Pochylił się wyczekująco nad białą twarzą. - Tamci nie mieli tego szczęścia.
-
Tyle szczęścia naraz, że chyba zwariuję.
-
Tylko nie gryź. Przynajmniej nie teraz.
-
Jak rany, odbierasz mi całą zabawę! – poskarżył się chichoczący Est.
-
Chcesz jutro wysiedzieć w siodle?
-
A dlaczego miałbym nie wysiedzieć?
-
Wbij mi coś w skórę, a ja wbiję ci coś w tyłek.
Rozbawiony
półsmok już się nie odezwał. I w sumie nie żałował.