Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Obecność następcy tronu wywołała
wśród uprzedzonych najemników niemałe zamieszanie, zwłaszcza że większość
widziała w nim nie księcia Estarionu, a wrogiego rycerza-dowódcę. Kiedy wraz z
Colonellem i Estalavanesem zjawił się w przestronnej sali jadalnej, zdradzające
antypatię szepty oraz pomruki przerodziły się w coraz donośniejsze
spostrzeżenia, aż w końcu utonęły w gwarze gorączkowych dyskusji wspartych
odgłosami wieczerzania. Spojrzenia posyłane w stronę przybysza nie należały do
przychylnych, lecz żaden z mężczyzn przebywających w pomieszczeniu nie pozwolił
sobie na jawną wrogość względem złotowłosego młodzieńca w monarszych barwach.
Natomiast czarodziejki… Cóż, one nie mogły oderwać wzroku od niezwykłych oczu
urodziwego arystokraty rozglądającego się z uprzejmą ciekawością.
Est
dyskretnie przyglądał się spożywającym kolację najemnikom. Nie umknęło mu ich udawane
lekceważenie, nieufność, a nawet szczera wrogość. Byli też tacy, którzy
intensywnie wpatrywali się w niego, bohatera będącego Zaklinaczem Żywiołów. Bez
wątpienia nurtowało ich dlaczego towarzyszy paladynowi, z którym pojedynkował
się na błoniach. I chyba nie umiałby im na to pytanie odpowiedzieć, sam bowiem
nie miał pojęcia co najlepszego wyczynia. Jeszcze siedmiodzień temu nie
myślałby, że znajdzie się w podobnej sytuacji, a teraz… Teraz chciał dotknąć
blizny na szyi, ale w porę się zreflektował i zamarkował gest drapaniem po
obojczyku.
Przy
jednym ze stołów w głębi pomieszczenia wypatrzył grupę piromantów i adeptów, lecz
nie dojrzał wśród nich Leos. Ostatnimi czasy czarodziejka uczęszczała na
indywidualne lekcje ze sztukmistrzami, więc z pewnością spóźni się na posiłek. Nieprzeciętne
umiejętności Małej Niedźwiedzicy przydałyby im się podczas wykonywania
ryzykownej misji. Przydałyby się jemu, ponieważ sam nie był w stanie przywołać
żywiołu ognia, nie chciał jednak narażać przyjaciółki na nieokreślone
zagrożenie. W Twierdzy była bezpieczna i tutaj powinna zostać. Ale czy istniała
na tym świecie forteca, którą można nazwać bezpieczną? Pakt o Nieagresji sugerował
coś zgoła przeciwnego...
Raptem
Colonell pociągnął go za nadgarstek i wyrwany z rozważań półsmok ciężko usiadł
na wysuniętym krześle. Chciał zbesztać człowieka za tak obcesowe traktowanie, lecz
przydymione szmaragdy go nie dostrzegały - mierzyły groźnie młodego księcia
zajmującego miejsce na wprost białego elfa.
-
Wasza Książęca Mość wybaczy niedogodności - zaczął Col wyjątkowo oschle. - Jako
prości ludzie nie opływamy w luksusy.
-
W moich żyłach płynie królewska krew, lecz zapominasz, przodowniku, iż nade
wszystko jestem żołnierzem w służbie Jego Ekscelencji Arcypaladyna.
Est
dałby sobie rękę uciąć, że nieprzyjemny dźwięk dobiegający jego uszu wydały
kurczowo zaciśnięte szczęki młodego zwiadowcy. Nie wiedział gdzie patrzeć,
dlatego spuścił wzrok i nerwowo bawił się sprzączką czarnej rękawiczki.
Wyprowadzony
z równowagi zwiadowca nie powiedział już nic więcej. Ściskając rękojeści
zabezpieczonych sztyletów poszedł po kolację, pozostawiając Esta sam na sam z
niebianinem. Sam na sam, nie licząc ukradkowych spojrzeń niespełna połowy ludzi
w jadalni. Czy oni w ogóle mieli świadomość, przedstawicielem jakiej rasy jest
ów młodzieniec o złotych oczach?!
Książę
Aarim lekko przechylił głowę, spoglądając na Esta.
-
Twój przyjaciel nie darzy mnie sympatią, Estalavanesie. Lub też zalicza
się do osób szczególnie nieprzystępnych, trudno orzec.
-
Nie, Colonell to bardzo kontaktowy człowiek - wytłumaczył pospiesznie chłopak. –
Ale... przeczytał twoje listy, więc...
Nie
dokończył. Uparcie gapił się na swoje dłonie, za wszelką cenę unikając kontaktu
wzrokowego z paladynem. Zrobiło się niezręcznie, a gdyby jeszcze popatrzył w te
złote tęczówki… Żołądek zwinął mu się w ciasny supeł, momentalnie odbierając
apetyt.
Przecięta
blizną brew powędrowała ku górze.
-
Doprawdy? Czy twój mistrz nie pouczył cię, aby potencjalnie obciążające dowody
obracać w popiół?
Rozgniewany
przyganą chłopak zebrał się w sobie. Łypnął na rozmówcę, chowając pięści pod
blatem stołu.
-
Tak, wspominał o tym, lecz to był mój wybór co z nimi zrobię. A może zechcesz
wyjaśnić, co miały znaczyć te dwuznaczne treści?
-
To, co w istocie znaczyły. Zwykłem wypowiadać się szczerze i bezpośrednio,
gardzę półsłówkami. – Sir Aarim nieznacznie odwrócił twarz i musnął palcem
bliznę na lewym policzku. - Jesteś pierwszym, który zranił mnie w trakcie
pojedynku. Ponadto pozostawiłeś trwały ślad niemożliwy do zaleczenia niebiańską
mocą. Takich przeżyć nie sposób wymazać
z pamięci, Estalavanesie. I takich osób również.
Tym
razem Est nie zdołał uciec przed świdrującym spojrzeniem posłanym z ukosa. Było
mu niedobrze i prawie złapał za końcówkę nisko zwieszonego ucha. Obiecał
Colowi, że popracuje nad odruchami i póki co wychodziło mu to niezgorzej. Aż do
teraz.
-
Wyjaśnijmy sobie jedno, sir Aarimie: nawiązałem już poważną relację.
-
Zdążyłem zauważyć. I cóż w związku z tym? - Niewzruszona postawa działała
onieśmielająco na półsmoka, co nie uszło spostrzegawczości niebianina. Był
bystrym obserwatorem i mimo że nie wyrażał żadnych emocji, to potrafił je
wychwycić. A już szczególnie na tak ekspresyjnym białym obliczu. - Upraszam
także, byś zaprzestał oficjalnego tytułowania mnie.
-
Em, jak rany… To znaczy, że nie jestem tobą zainteresowany. A przynajmniej nie
w tym sensie... - Est usłyszał własny głos, brzmiący teraz odrobinę skrzecząco.
Zapragnął jak najszybszego powrotu partnera, byle kłopotliwa rozmowa wreszcie
się skończyła. - Poza tym… Nie interesują mnie mężczyźni. Tylko Colonell.
Wyłącznie.
-
Mnie również nie interesują mężczyźni, jeżeli cię to uspokoi. Będąc szczerym,
nie przybyłem tu w celu poszukiwania godnej mariażu partii, lecz osobistej
ochrony. Tylko ochrony. Wyłącznie.
Sprowadzony
na ziemię Est przełknął cisnącą mu się na usta ripostę. A on, durny, ubzdurał
sobie że Aarim… Przecież to nie jest normalne, by mężczyzn pociągali mężczyźni.
Colonell jest wyjątkiem. I on sam pod pewnym względem nim jest, wszak związał
się z wytatuowanym zwiadowcą.
-
Drugi najlepszy szermierz Estarionu szuka ochrony, a to ci dopiero! - Ani się
obejrzeli, kiedy zjawił się Col z obszerną tacą wypełnioną naczyniami. Postawił
ją z trzaskiem na krzywym blacie i podpierając się rękami o kraniec stołu zajrzał
w zimne złote oczy. - Ostro pogrywasz, książę. Zastanawia mnie tylko w co.
Aarim
nieco zmarszczył brwi przenosząc wzrok z przodownika na Esta.
-
Czyżbyś nie wtajemniczył swego przyjaciela w szczegóły naszej umowy?
Est
spiął się cały, a nagłe uderzenie gorąca niedostrzegalnym ogniem naznaczyło
jego białe policzki. Wyglądał jak na skraju paniki.
-
N-nie… Nie mieliśmy okazji…
-
Chyba ty, Esti. - Col prychnął niczym rozjuszony niedźwiedź. Usiadł przy
psychicznie sponiewieranym dzieciaku i zaczął rozstawiać kubki, talerze oraz
półmiski pełne parującej pieczeni, warzyw i kaszy. Gestem zachęcił
zleceniodawcę, by się częstował. - Nie krępuj się, Wasza Książęca Mość. Poczuj
się jak w garnizonie.
-
Z wdzięcznością zastosuję się do twojej propozycji, przodowniku.
Colonell
sam już nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Nie dość, że kochanek
spiskował z wysoko sytuowanym paladynem, to jeszcze uczynił go ich pracodawcą!
Jeżeli tak Zrzęda wyobrażał sobie uwolnienie wychowanków spod jarzma
Niedźwiedzia, to powinien otrzymać zaszczytny przydomek “złośliwy”. Złośliwy i
pokrętny jak sam los.
Może
i nie cieszył się z tak niekorzystnego biegu wypadków, ale wkrótce wyruszą w podróż,
odżyją i… No masz. Col nigdy nie brał na poważnie myśli o zakładaniu rodziny, lecz
przy tym dzieciaku czuł, że nie byłoby to wcale takie złe. Esti preferował
osiadły tryb życia, a on… Odkąd poznał białego elfa, zapragnął trwać u jego
boku. Taki plan, nieważne jak fantastyczny się zdawał, możliwy był do
zrealizowania. Wystarczyło dać mu szansę. Dać szansę im obu.
Przysunął
sobie kubek z wodą i zerknął spod oka na partnera, który niemrawo grzebał
widelcem w talerzu. Zwróciwszy się w kierunku złotookiego rycerza, przyjrzał mu
się bacznie. Niebianin z manierą godną szlachcica kroił mięso, zupełnie
obojętny na wszystkich oraz wszystko, co działo się wokół niego.
Col
ostatni raz rzucił okiem na mężczyzn oraz nieliczne kobiety w jadalni i byłby
napoczął posiłek, gdyby nie bursztynowy błysk loków przy wejściu do kuchni. Gwałtownie
wyprostował się na oparciu i z nieciekawą miną sapnął do Esta:
-
Towarzystwo z lewej…
Ledwie
jego ostrzeżenie dotarło do uszu pozostałej dwójki siedzącej przy stole, kiedy
nagle Mała Niedźwiedzica zmaterializowała się koło nich.
-
Est! Col! Dobrze was widzieć! - zaszczebiotała radośnie. Umieściła swoją tacę
przy wolnym miejscu i nie poświęcając dostojnemu sąsiadowi choćby krzty uwagi,
siadła obok niego. - Nareszcie możemy zjeść razem. Na pewno słyszeliście, że w
Twierdzy jest… - Wtem spojrzała na mężczyznę po lewej i jej szeroki uśmiech
natychmiast zgasł, przeistaczając się w wyraz niedowierzania bądź przerażenia,
trudno było to jednoznacznie określić. - Książę Estarionu. Jest w Twierdzy. Ale
to już wiecie.
Kąciki
ust Aarima drgnęły. Wstał od stołu i dwornie skłonił się piromantce, wpatrzony w
jej spąsowiałe lica.
-
Sir Aarim Asmodeusz - przedstawił się. - Książę Estarionu oraz rycerz-dowódca
miasta garnizonowego Adeila.
-
L-Leos Niedźwiedziogrzywa.
Dziewczyna
zapłonęła szkarłatem po same koniuszki uszu skrytych pod bujną grzywą. Jej ciemnoniebieskie
oczy lśniły, a delikatna dłoń wiedziona skromnym odruchem powędrowała do ust,
zasłaniając je jakby z lęku przed powiedzeniem czegoś niestosownego. Poruszyło
ją spotkanie z tak wpływową osobistością, oczarowały elokwencja oraz szarmancja,
których na próżno szukać pośród najemników i czarodziejów z Twierdzy.
-
Niedźwiedziogrzywa? - Subtelny uśmiech wykwitł na wargach księcia siadającego
na krześle. Spod opadających powiek obserwował wiercące się piegowate dziewczę.
- Czyżby krewna Złowieszczego Niedźwiedzia?
Est
utkwił wzrok w pierwszym przejawie uczuć, jakie dane było mu ujrzeć na
marmurowej twarzy Aarima. Musiał przyznać, że posiada niewiarygodną charyzmę. I
czynił z niej użytek. Dodając do tego niezwykłą urodę oraz młody wiek, zapewne
niejedna niewiasta uległa jego czarowi.
-
Córka - wymamrotała speszona Leos, wbijając spojrzenie w zawartość swojej tacy.
Obawiała się że oślepnie od spoglądania w roztaczającego blask księcia. -
Jestem jego córką.
-
Niebywałe.
-
Niebywałym jest, by książę podróżował bez świty i eskorty - wypaliła, byle
zmienić temat. Pokrewieństwo z Niedźwiedziem nie napawało jej dumą. Szybko
rozejrzała się po jadalni, spodziewając się dojrzeć zbrojnych monarchy. - Bo przyjechałeś
bez świty, prawda, Wasza Książęca Mość?
-
Owszem, Leos - przytaknął, skupiając się na kolacji. - Przybyłem jako oferent,
a nie członek rodu królewskiego czy reprezentant Zakonu Paladynów. Eskorta
tylko by mnie spowalniała. Wiele także słyszałem o gościnie Niedźwiedzi, toteż
postanowiłem z niej skorzystać.
-
Macie coś wspólnego, Esti - burknął Col do białego ucha, a sprawiał przy tym wrażenie
urażonego i poniekąd zmęczonego wynikłą sytuacją. - Obaj macie taką gadkę, że
żadna panna wam nie odpuści. A jak jeszcze popatrzycie w ten uwodzicielski
sposób, to…
-
Idź wyłysiej z tą swoją uwodzicielskością! - ofuknął go Est. - Na nikogo tak
nie patrzę.
-
Weź się w lustrze zobacz, wtedy zrozumiesz w czym rzecz.
Przodownik
sądził że poczuje się lepiej, gdy podroczy się z przyjacielem, lecz frustracja
niestety nie minęła - wręcz się pogłębiła. Skubał więc własną porcję
przepychając spieczone warzywa z jednego końca talerza na drugi i usilnie starając
się ignorować scenę rozgrywaną przy stole. Za to wszyscy wokoło śledzili
wydarzenia z coraz bardziej zauważalnym zainteresowaniem.
Mruknął
zniechęcony i potarł śniade skronie. Szybkim ruchem przeczesał włosy, dławiąc
spływające na język przekleństwo. Wreszcie położył rękę na oparciu krzesła
Estiego, by niby od niechcenia wyciągać niewidzialne nitki z jego bezrękawnika.
Miał ochotę zostać tylko we dwóch z oblubieńcem, by w najprzyjemniejszy z
możliwych sposobów rozładować napięcie nagromadzone od ich wczorajszej kłótni.
Odcinając się od otoczenia fantazjował co by mu zrobił, gdyby zyskali chwilę
dla siebie...
Naburmuszony
Est podchwycił to spojrzenie, przyczajone w ciemnozielonych oczach przesłanie i
sugestywny uśmieszek wygiął jego usta.
Odwrócili
się od siebie, a ich niegasnące uśmiechy mówiły więcej niż słowa. Słyszeli jak
Leos zabawia Aarima rozmową, jednak nie trafiał już do nich sens wypowiadanych zdań.
I chociaż ciałem obecni byli w jadalni, to duchem przebywali daleko stąd, oddając
się czynnościom bezwstydnie wybiegającym poza ramy przyzwoitości.
***
Po kolacji książę samodzielnie wrócił
do gabinetu Złowieszczego Niedźwiedzia, by dopełnić koniecznych formalności
związanych ze spisaniem kontraktu. Nie przypuszczał, by ktoś odważył się
zakłócić jego spokój lub wyrządzić mu krzywdę, ponieważ był przekonany o
żelaznej dyscyplinie panującej wśród Niedźwiedzi.
Colonell
nie ukrywał ulgi, jaką odczuł po odejściu zleceniodawcy. Świadomość, że
zmuszony będzie towarzyszyć paladynowi, przeszła mu ciarkami po grzbiecie,
przywołując przykre wspomnienia. Już sam jego niebiański urok oddziaływał
deprymująco... Powściągając emocje poinformował Estiego, że jak tylko spakuje
najpotrzebniejsze rzeczy i zawiadomi o długotrwałej nieobecności swego
zastępcę, Jeroda, to w przeciągu dwóch, trzech godzin stawi się w jego
sypialni. Następnie, pożegnawszy się z Leos, odszedł do koszar.
Zaklinacz
Żywiołów i piromantka przez chwilę stali przed budynkiem stołówki, gdzie gwar
był cichszy, stłumiony grubymi kamiennymi murami oraz oszklonymi oknami.
Zamyśleni patrzyli w bezchmurne niebo, z którego mrugały do nich tysiące
drobnych gwiazd.
Mała
Niedźwiedzica westchnęła, przykuwając uwagę Esta.
-
Wyjeżdżacie - stwierdziła smutno. - Zobaczymy się jeszcze?
-
Chyba nie, Leos - odparł Est zgodnie z prawdą ginącą w pomroce jego duszy. -
Prawdopodobnie nie dożyjemy kolejnego spotkania.
Prawdopodobnie wy go nie dożyjecie - uściślił w myślach. Nagły skurcz
żołądka wykrzywił jego twarz.
Leos
spojrzała na niego. Żal w jej oczach zacierał się na granicy strachu.
-
Nie dożyjecie? – powtórzyła za nim wstrząśnięta.
-
Wojny zapoczątkowanej na południu nie wywołali ludzie - wyszeptał, ponownie kierując
oczy ku matowemu firmamentowi. - Podejrzewam, że Aarim niewiele nam wyjawił. I
ufam, że ma ku temu powody.
Dziewczyna
powoli pokręciła głową.
-
W coś ty się wpakował, Est… Masz niesamowity dar do wpadania w największe
tarapaty.
Gorzki
uśmiech skrzywił wargi chłopaka, gdy zajrzał w poszarzałą w połowicznym nocnym
widzeniu, upstrzoną nieregularnymi kropeczkami twarz przyjaciółki.
-
Wiesz, kiedyś usłyszałem że to nie ja przyciągam kłopoty. Ja po prostu sam ich
szukam, jakby w bezwiednym pragnieniu rozwiązywania ich. A kiedy na horyzoncie
nie pojawia się żaden, to niczym uparty głupiec go sobie wymyślam. Żeby
przypadkiem się nie nudzić - dodał z przekąsem.
-
Żeby nie wyjść z wprawy - poprawiła go Leos. - Wynajdujesz problemy, by potem
je rozwiązać. I nabrać doświadczenia. Dzięki temu szybciej przyjdzie ci
sprostać kolejnym.
Zielone
kocie oczy rozchyliły się szeroko, gdy pojął mądrość płynącą ze słów
czarodziejki. To była całkiem nowa, świeża perspektywa, jakiej dotychczas nie
dostrzegał. Zdrowa. Optymistyczna. Tak jak mistrz mawiał, Est we wszystkim
powinien dopatrywać się pozytywnych cech. Jak teraz uczyniła to Leos.
-
Leos, gdybym mógł zabrać cię ze so… - przerwał w pół słowa, zbyt późno zdając
sobie sprawę z własnej impulsywności. Sklął się w duchu. - Nie, wybacz, to nie
jest dobry pomysł.
-
Jest! Jest dobry! Est, magia we mnie jest potężna! Mogłabym was wesprzeć swoją
mocą! - Dziewczyna zapaliła się do tego pomysłu, aż niezdrowy ogień entuzjazmu zapłonął
w jej wejrzeniu. - Wierzę, że byłbyś w stanie coś wykombinować, żeby zabrać
mnie ze sobą! Proooszę!
Est
nie chciał mówić tego na głos, ale zuchwały plan uformował się w jego głowie
zanim Leos w ogóle o tym pomyślała. Zerknął na kilku wychodzących z jadalni najemników
i w odpowiedzi na przyjacielskie pozdrowienia skinął im głową spekulując, jak
wysokie są szanse na jego realizację.
To
on odpowiadałby za bezpieczeństwo przyjaciółki. To na jego barkach spoczęłaby
odpowiedzialność za jej życie. Czy nie o tym mówił mistrz? Objęcie kontroli nad
losem innych, kierowanie ich poczynaniami… Tak miał to rozumieć? W teorii
brzmiało to wyjątkowo łatwo, lecz przekładając na praktykę, nie wiedział od czego
zacząć. Może po prostu nie był na to gotów. A może powinien podążać utartą
ścieżką? Byłoby to cokolwiek wygodne, ale gdzie w takim razie podziało się jego
dążenie do niezależności i samostanowienia? Jeżeli wciąż będzie uciekał przed
odpowiedzialnością, nigdy do niczego nie dojdzie. Jeśli będzie realizował cudze
plany, nie osiągnie swojego celu, będzie tylko pionkiem w obcych rękach - jak
nie przywódcy najemników, to rycerza-dowódcy. Jeśli nie zacznie decydować o
sobie, jeśli nie podejmie ryzyka, to nie przejmie pieczy nad ludźmi, którzy mu
zaufali. Pogrąży ich. Odstręczy nieporadnością i niepewnością.
I
nawet teraz, kiedy spoglądał na rozemocjonowaną młodą dziewczynę, przyjaciółkę
i czarodziejkę, nie umiał pozbyć się wrażenia że wszystko co robi, robi z myślą
nie o niej, lecz o samym sobie. Ucisza własne sumienie tłumacząc się
pragnieniem wyrwania jej z miejsca, na które niebawem spadnie katastrofa. A
przecież nie mógł tego wiedzieć. Nie mógł być tego pewnym. Tak jak nie mógł
zapewnić jej bezpieczeństwa.
Co
właściwie mu zostało?
-
Leos, tak czysto hipotetycznie: jeżeli zostaniesz moją uczennicą, będę miał
obowiązek wziąć cię ze sobą bez względu na zapis w kontrakcie. Nie ciesz się
jeszcze. - Podniósł dłonie, gasząc zapędy dziewczyny. - Ostateczna decyzja
należy do Maga. Ja mogę wyłącznie zawnioskować o przejęcie nad tobą opieki. Jestem
przekonany, że nikogo nie mógłbym nauczyć zaklinania żywiołów, ale wystarczy że
dysponuję esencją, by zgodnie z prawem zadbać o twoje szkolenie. Tam gdzie
trafimy nie będzie dających poczucie bezpieczeństwa murów. Nie będzie armii
najemników uzbrojonych w miecze i łuki. Będziemy wystawieni na atak o każdej
porze dnia i nocy. Nie zraża cię to, prawda? - jęknął widząc płomień
podniecenia rozpalający młodziutką buźkę siedemnastolatki.
Jej
porywczość przytłoczyła go. Ta ludzka dziewczyna, w pełni świadoma swych
czynów, pchała się prosto ku samobójczemu zadaniu bez jakiegokolwiek
przygotowania! Ha!, on sam nie był lepszy.
-
W takim razie spakuję rzeczy! – pisnęła Leos. - Flora zzielenieje z zazdrości!
Wyruszę ku przygodzie u boku samego księcia!
-
Leos, opanuj się! - Est złapał ją za ramiona i lekkim potrząśnięciem przywołał
do porządku. - Nie realizujemy romantycznego scenariusza, udajemy się prosto w
sam środek walk! Rozumiesz, co to oznacza? Że każdy kolejny dzień rozpoczynać
się będzie lękiem o niedaleką przyszłość, a kończyć strachem co przyniesie noc.
Jeśli
miał się nią opiekować, musiał najpierw nauczyć dziewczynę panowania nad sobą.
A siebie cierpliwości. Przeczuwał, że będzie to długa droga, ale czy z nim nie
było podobnie? Nie, on był zbyt zamknięty w sobie, by uzewnętrzniać uczucia.
Nie znaczyło to jednak, że swoim zachowaniem nie przysparzał nauczycielowi
problemów.
Puścił
czarodziejkę i odchodząc kilka kroków w tył szarpnął się za uszy.
-
Jak rany, Colonell urwie mi za to łeb…
-
Niech tylko spróbuje!
Nerwowo
się zaśmiał słysząc żelazną stanowczość w głosie przyjaciółki. W przeciągu
kilku godzin dał się spętać samobójczym zleceniem, przyjął na siebie
odpowiedzialność za życie osoby, którą ocalił przed śmiercią, i podjął decyzję
nie należącą do niego. Niby co gorszego może mu się przydarzyć?
-
Pakuj się, Leos. Przyjdę po ciebie w porze śniadania.
Czarodziejka
pohamowała radość na tyle, by energicznie potaknąć. Okręciwszy się na pięcie,
szybkie kroki skierowała ku Wieży Czarodziejów, a niecierpliwość wyzierała z
całej jej napiętej sylwetki na podobieństwo dymu unoszącego się znad ogniska.
Est
już na nią nie patrzył. Ciepły wiatr rozwichrzył mu włosy, a on znów badał
nocne, pogodne niebo niewzruszone dylematami śmiertelników. Wypatrywał esencji zmarłych
migoczących pośród cieni Pozaświata. Czy i dla niego było tam specjalne
miejsce? Czy Pozaświat w ogóle istnieje? Czy Wszechmocni istnieją? Jeśli tak,
to lepiej niech dadzą mu spokój. Szesnaście lat radził sobie bez nich i wolał,
aby ten stan rzeczy nie ulegał zmianie. Na dodatek nie opuszczało go
podejrzenie, że to nie on nakłonił Aarima do podjęcia decyzji o najęciu ich,
lecz sam został skrzętnie przez niego wmanewrowany. Niebianin jest szlachetną,
honorową istotą, ale jest w nim również coś przerażającego, czego Est nie
potrafił określić z racji jego nienaturalnej obojętności. I chociaż nie użył
ani razu aury, to i tak bezustannie wzbudzał w nim nieopisaną nerwowość. Gdyby
tak dłużej się nad tym zastanowić, to tworzyli osobliwe trio pierworodnych: syn
arcypaladyna, syn przywódcy najemników oraz syn smoka.
Est
odetchnął przeciągle.
-
Tą jedną decyzją pozabijam nas wszystkich - mruknął do siebie, zmierzając w tę
samą co czarodziejka stronę.
Jeśli tego właśnie pragniesz, nic
nie stanie ci na przeszkodzie.
Nie
spodziewał się że odpowie sam sobie - i to w najgorszy z możliwych sposobów. Choć,
co najdziwniejsze, wcale się tym nie przejął.
***
- A pamiętasz jak jeździliśmy na
wycieczki poza Twierdzę? Któregoś razu Velren pogonił mojego konia i musiałeś
mnie ratować. W rezultacie i tak spadłem. - Est leżał na balkonie i z ramieniem
Cola pod głową wpatrywał się w bezkresne niebo obsiane roziskrzonymi diamentami.
- Byłeś wtedy tak blisko, że mogłeś mnie pocałować. Jak rany, chyba nawet
chciałeś.
-
Teraz miło powspominać, ale śmiertelnie się przeląkłem, kiedy ten koń się zerwał. A do
tego ledwo trzymałeś się w siodle.
Col
przekrzywił głowę na tyle, by zerknąć na posrebrzony księżycem profil Estiego.
Przyciągnął do siebie ukochanego i głaszcząc jego nagie ramię myślami błądził
wokół wspomnień.
Leżeli
obaj na balkonie wychodzącym z kwatery Esta i obserwowali niebo, jak mieli to w
zwyczaju nim ich życie diametralnie się zmieniło. Jedyną różnicą był fakt, że byli
razem, wtuleni w siebie i czerpiący ze swojego towarzystwa więcej niż zwykli
przyjaciele. Nie byli młodsi niż teraz, a jednak odnosili wrażenie, że upłynęły
lata od ich ostatniej nocy spędzonej na podziwianiu letniego nieboskłonu, od
beztroskiego, spokojnego życia. Tak jakby wszystko to, co minęło, nie wydarzyło
się naprawdę, a było zaledwie wspólnie wyśnionym snem.
-
Jak sądzisz, ile czasu nam zostało? - Est spoważniał, a jego głos nabrał
melancholijnej nuty zdradzającej niepewność i ukryte lęki.
-
Na moje oko kilka godzin. Księciunio planuje wyjechać do południa, więc
wypadałoby pospać przed podróżą.
-
Jak rany, wiesz o co mi chodzi!
Est
chciał pstryknąć człowieka w nos za zgrywanie głupiego, lecz Colonell zręcznie
złapał jego dłoń i przycisnął sobie do ust, z których nie schodził błogi
uśmiech.
Zamilkli,
wsłuchani w popisowe cykanie świerszczy
u podstawy wieży. Nie miało już znaczenia czy ktoś ich w tym momencie widział, wreszcie
nie musieli przejmować się gadaniem ludzi. Est nie musiał, gdyż przodownik i
tak miał zdanie innych w serdecznym poważaniu, co niejednokrotnie z lubością
udowadniał.
-
Esti, staram się nie troskać upływem czasu – mruknął Col, pocierając opuszkami smukłe
palce chłopaka. - Brałem udział w kilku mniejszych potyczkach, wielokrotnie
wdawałem się w bójki i walki na noże. Skoro i tak mam umrzeć, to nie chcę
niczego żałować.
-
Zawsze korzystałeś z życia, hm? - Półsmok obrócił się, by swobodnie zajrzeć w monochromatyczne
oczy człowieka. Dojrzawszy w nich zaskoczenie poczuł się zobowiązany, by
wyjawić źródło informacji. - Mistrz co nieco mi poopowiadał. Powiedział też, że
moje pojawienie się w Twierdzy trochę cię utemperowało.
-
Zrzęda tak powiedział? Zatem nie przeczę, tak było.
-
Ilu miałeś?
-
Wiedziałem że prędzej czy później zadasz to pytanie. - Przodownik mocniej
przygarnął chłopaka do siebie, niemal kładąc go na sobie. Zapatrzył się w okrągłe,
błyszczące odbitym światłem księżyca źrenice, dotknął białego policzka i…
uśmiechnął się krzywo. - Twoja skóra w gwiezdnej poświacie wygląda obłędnie.
Est
oparł brodę o klatkę piersiową ukochanego i wbił w niego dociekliwy wzrok.
-
Nie zmieniaj tematu, Col. Nie zamierzam czynić ci wymówek, jestem po prostu
ciekaw. No, śmiało.
Colonell
westchnął i uciekł spojrzeniem w bok, byle jak najdalej od tych szczenięcych ślepii.
Wolną ręką przygładził włosy, nie wiedząc jak odpowiedzieć na to podstępne
pytanie.
-
Nie jestem pewien…
-
Oho, czyli dużo, bo nie umiesz policzyć. Albo po prostu nie umiesz liczyć. -
Est zmrużył powieki, prowokując partnera do szczerych zwierzeń.
-
Nie przesadzaj, aż tak dużo ich nie było. Piętnastu? Mniej więcej?
-
Przez dwadzieścia sześć lat? Czyli jestem piętnasty plus? Jak rany... - Chłopak
udawał urażonego, ale z promiennym uśmiechem nie wyszło mu to prawdziwie.
Col
pogłaskał czarne jak sama noc włosy chłopaka. Były wilgotne po kąpieli i
opadały ciężkimi pasmami na oczy oraz długie płatki uszu.
-
Jesteś jedyny, a nie piętnasty plus, dzieciaku. Piętnaście plus to twój wiek.
-
Boję się zapytać, co w takim razie robiłeś w moim wieku.
Est
nie dawał za wygraną. Nie było dla niego istotne co robił Colonell zanim się
poznali, zanim ich drogi zeszły się w jedną krętą ścieżkę. Najważniejsze było
tu i teraz. Tak uczył go mistrz, tak i on sam hołdował tej idei. Nie ma sensu zadręczać
się czymś, na co nie ma wpływu, skoro tuż obok czeka coś, co w dużej mierze
zależy od niego samego.
-
Robiłem dokładnie to co ty, więc skończ z pyskówkami. - Mężczyzna uniósł się na
łokciu i bezceremonialnie zrzucił z siebie chłopaka. Mimo że tematy uwierały,
czuli się dobrze, a humor dopisywał im przez cały czas. W niepamięć poszły
kłótnie i różnice poglądów. - Ty masz tę przewagę, że masz mnie na wyłączność.
- Pochylił się wyczekująco nad białą twarzą. - Tamci nie mieli tego szczęścia.
-
Tyle szczęścia naraz, że chyba zwariuję.
-
Tylko nie gryź. Przynajmniej nie teraz.
-
Jak rany, odbierasz mi całą zabawę! – poskarżył się chichoczący Est.
-
Chcesz jutro wysiedzieć w siodle?
-
A dlaczego miałbym nie wysiedzieć?
-
Wbij mi coś w skórę, a ja wbiję ci coś w tyłek.
Rozbawiony
półsmok już się nie odezwał. I w sumie nie żałował.