Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Palące pragnienie ujrzenia Colonella
męczyło Estalavanesa przez całą drogę powrotną do Dzielnicy Katedralnej. Drogę nieznośnie
rozwleczoną w czasie, biorąc pod uwagę ciasnotę na mokrych, zatłoczonych
ulicach oraz niespieszny krok wierzchowców lawirujących pośród mieszczan i
przyjezdnych. Mimo zagłuszającego myśli rejwachu, zabłoconym jeźdźcom znów
towarzyszyło obopólne milczenie, niemal niezręczna cisza, gdyż zgodnie podjęli
decyzję o zachowaniu w tajemnicy ponurego zdarzenia sprzed południa. Poza tym
wszystko zostało już powiedziane, a Est wolał przełknąć tematy, które w tej
chwili zdawały mu się szczególnie ryzykowne.
Czy
Aarim rzeczywiście wiedział czym jest bransoleta, czy tylko umiejętnie blefował?
Był świadom mocy zaklętej w artefakcie? Jeśli tak, to dlaczego milczał? Dla
czyjego dobra? O ile w ogóle dla czyjegokolwiek dobra. W końcu był sukcesorem
Estariońskiego tronu, niekwestionowanym następcą dowódcy niezwyciężonej
organizacji mogącej zagrozić krainom ościennym. Ponoć nawet zmilitaryzowana na
ogromną skalę Ramneia wstrzymywała swe agresywne zapędy w obawie, iż nie podoła
nieustraszonym obrońcom Estarionu. To oczywiste, że dla pozycji księcia każdy jest
potencjalnym rywalem, a już na pewno Śniący. Nie powinna więc dziwić jego
powściągliwość granicząca z dyplomatyczną ostrożnością. Est to rozumiał, a
przynajmniej przekonywał o tym samego siebie. Nie ufał mu, a zarazem pokładał w
nim nadzieję na swoje ocalenie. Na ocalenie Estarionu.
Jak rany! - jęknął w duchu, przyciskając dłoń do
czoła. I jak ja mam rozumieć tak skrajne
uczucia? Nie potrafię go rozgryźć! Postępuje, jakby naprawdę nie miał uczuć, choć
to, co w nim wyczuwam, zupełnie temu przeczy. W jego sercu tli się strzęp
stłamszonych emocji utrzymywanych w ryzach przez lodowate opanowanie.
Niewiarygodne, ale jego potrzeba kontrolowania wszystkich i wszystkiego – nawet
siebie - jest tak silna, że zakrawa o obsesję!
Est
westchnął przeciągle, łypiąc wrogo na szerokie plecy Aarima. Zdenerwowany
rozluźnił barki, aż zaschnięty brud odpadł płatkami z bezrękawnika, łaskocząc
gładką skórę ramion. Dotarli wreszcie pod mury garnizonu, gdzie tłum wyraźnie
się przerzedził, ułatwiając dalszą przeprawę. Jednakże dla wycieńczonego
półsmoka nadal pozostawała ona trwającą wieczność mordęgą. Dopiero kiedy
zsiedli z koni, chłopak poczuł nową energię przepływającą przez ciało, czysto
fizyczny impuls napędzający spięte mięśnie.
Szybkim
krokiem przebyli labirynt korytarzy, kilka razy wymijając i bezsłownie
pozdrawiając paladynów stacjonujących w garnizonie. Nie zdoławszy pohamować
ciekawości Est zapytał, dlaczego dotąd nie spotkał paladynów pojedynczo, zawsze
parami. Nie spodziewał się tak gorzkiego humoru ze strony nieczułego
przewodnika, który zauważył, jakoby zaklinacz miał już okazję przekonać się, z
jakiegoż to powodu minimum dwóch rycerzy było koniecznością. Est przypuszczał,
że dzień szalonej ucieczki z Adeili oraz bezzasadne morderstwo jednego z braci
zakonnych będzie się za nim wlec niby odór spalenizny z pola bitwy. Aż do
śmierci. A może i długo po niej.
Smagnięty
poczuciem winy chłopak więcej się nie odezwał zdążając ku celom gościnnym, gdy
w jednym z okienek kątem oka dostrzegł postać, na widok której przystanął raptownie.
Cofnął się, by spojrzeć jeszcze raz. Wszędzie rozpoznałby tę jasnobrązową skórę
opinającą kształtne mięśnie ramion. A już na pewno bliski sercu czarny tatuaż
znikający pod krótkim zarostem.
Gorączkowo
obejrzał się wzdłuż korytarza w poszukiwaniu wyjścia na podwórzec treningowy, ignorując
przyglądającego mu się gospodarza. Wreszcie popatrzył na niego, lecz tylko
dlatego, że ten uczynnie wskazywał właściwe drzwi. Zawstydzony Est ze
zwieszonymi ramionami przeszedł parę metrów dzielących go od Aarima. Unikając
chłodnego wejrzenia złotych tęczówek oparł dłoń na drzwiach i pchnął je,
wpuszczając do zatęchłego korytarza podmuch pachnącego wilgotnymi liśćmi powietrza.
I koszmarny jazgot, jaki może czynić kilkanaście mieczy ćwiczebnych
uderzających o siebie bez ustanku. Nieprzerwane zgrzyty i trzaski raz po raz przenikały
szorstkie komendy wykrzykiwane przez wymagającego instruktora, który z godnym
pochwały zaangażowaniem dyscyplinował rekrutów.
Walcząc
z ostrym bólem przeszywającym wrażliwe uszy, oszołomiony Est przekroczył próg i
stając w cieniu krużganka rozglądał się wokół, poruszony niespodziewaną
scenerią. Wyobrażał sobie, że dziedziniec treningowy będzie niewielkim,
konstrukcyjnie surowym obszarem wyłożonym białym kamieniem, tymczasem wirydarz otulała
zaskakująco bujna zieleń. Posadzone przy wysokim murku dęby w upalne dni dawały
przyjemną osłonę przed płomienną kulą słońca, a samotna, skryta pomiędzy ich
najniższymi konarami fontanna sprawiała wrażenie zaprojektowanej z myślą o
gaszeniu pragnienia po wyczerpujących seriach ćwiczeń. Część, z której
dochodził drażniący szczęk ścierającej się stali, faktycznie była brukowana, zaś
drugą połowę podwórca porastała wydeptana trawa. I właśnie ten kawałek
zainteresował Esta, bo zebrała się tam grupa lżej opancerzonych rekrutów
wyposażonych w długie łuki oraz kołczany przewieszone przez plecy. A wśród nich
stał on, o centymetry przewyższający najwyższego z młodzieńców, bez charakterystycznej
ciemnozielonej bluzy, ze lśniącą od potu skórą i srogim grymasem na pociągłej,
zwykle wesołej twarzy.
Porwany
milczącą obserwacją ukochanego Est kompletnie zapomniał, gdzie się znajduje. I
w czyim towarzystwie.
-
Wydajesz się zaskoczony, Estalavanesie. - Est drgnął, zwracając spojrzenie na
stojącego tuż obok niebianina. Aarim wodził dookoła wzrokiem, oceniając postępy
swoich ludzi. - W istocie, preferujemy skromne, ascetyczne wnętrza, lecz nie
znaczy to, iż dziedzińce oraz wirydarze garnizonów również takie są – ciągnął
rycerz-dowódca, spoglądając na rozmówcę. - Niewiele czasu spędzamy w celach.
Bez względu na pogodę czy też porę roku ćwiczymy na zewnątrz, w warunkach
zbliżonych do pól bitewnych.
-
Co to za pole bitwy, skoro można napić się wody i odpocząć w cieniu? - wytknął
Est, dłonią w rękawiczce wskazując pluszczącą fontannę. – Sądziłem, że paladyni
są wytrwali i nieugięci.
-
Zapewniam cię, Zaklinaczu Żywiołów, iż opacznie zrozumiałeś ideę fontanny.
Est
odniósł wrażenie, że Aarim uśmiecha się pobłażliwie, zupełnie jak Mag... Nic bardziej
mylnego. Niezwykłe oczy niebianina były zimne niczym złote korony w królewskim
skarbcu.
-
Przezwyciężanie słabości jest wyjątkowo trudną sztuką, zmusza bowiem do
nagięcia woli, przeciwstawienia się podstawowym potrzebom oraz instynktom gwarantującym
przetrwanie. Poziom trudności wzrasta, gdy środek ku spełnieniu jest zaledwie
na wyciągnięcie ręki, nieprawdaż? Zastanów się zatem, jak sromotną porażką dla
dumnego rycerza Zakonu Paladynów byłoby skorzystanie z tak kuszącej sposobności
podczas forsownego treningu.
Zdumiony
Est nie wygłosił opinii, jakoby paladyni byli szurnięci. Już nawet nie
bezlitośni czy fanatyczni w stosunku do swej misji, ale najzwyczajniej w
świecie pomyleni, by poddawać się tak wymyślnym torturom.
I czyni ich to skrajnie
niebezpiecznym orężem w rękach wybitnych strategów, jakimi są niebianie. - Wzdrygnął się słysząc własny, a
jednocześnie wciąż obcy głos. - Nieliczni,
acz nie mniej przez to groźni synowie rodu Asmodeuszy władają niepozorną mocą, której
nie należy bagatelizować.
Chłopaka
zmroziło. Skąd… skąd on to wiedział? I czemu dzielił się z nim skrawkami
informacji w losowych sytuacjach? Kiedy to się zaczęło? W dniu, w którym
bransoleta się przebudziła? Gdy po raz pierwszy zajrzał w głąb siebie?
I
akurat teraz, kiedy Est rozpaczliwie domagał się wyjaśnień, Głos postanowił
złośliwie ucichnąć.
-
Estalavanesie, dlaczego ciągniesz się za uszy?
-
E? - Wyrwany z otchłani beznadziei półsmok mało inteligentnie spojrzał na
rycerza-dowódcę. Wkrótce połapał się o czym tamten mówi i natychmiast puścił
piekące płatki uszu. - Wybacz, taki odruch na tle nerwowym. Mistrz twierdził,
że ma to związek z moim dzieciństwem.
-
Rozumiem - mruknął Aarim, przenosząc zobojętniały wzrok w stronę napinającego
cięciwę półnagiego Niskowyżanina. - Zechciej, proszę, ukrócić samowolę
przodownika Colonella. Niebawem podadzą popołudniowy posiłek, a nie chciałbym
odraczać narady z przyczyn… - Zamilkł, jak gdyby nie potrafił dobrać właściwych
słów. Est przyjrzał mu się spod uniesionych w oczekiwaniu brwi. - Nie chciałbym
odraczać narady.
Rozczarowany
tak banalną odpowiedzią Est wzruszył z rezygnacją ramionami i przespacerował
się krużgankiem do miejsca, w którym odbywał się trening łucznictwa.
Zafascynowany zatrzymał się przy jednej z kolumn podtrzymujących galerię. Z zapartym
tchem przypatrywał się najemnemu zwiadowcy objaśniającemu jednemu z przyszłych
rycerzy, jak prawidłowo trzymać łuk, a potem wycelować. Est nigdy przedtem nie
widział na jego wymalowanym obliczu tak poważnego, skoncentrowanego i pełnego
pasji wyrazu. Chciał zapamiętać tę chwilę, wyprzeć najgorsze wizje i momenty ze
wspomnień, by zastąpić je dokładnie takimi jak ta.
-
…pamiętaj, że chwyt na majdanie ma być pewny, ale luźny, o tak - tłumacząc,
Colonell ustawił się bokiem do drewnianej tarczy zawieszonej na ściance
oddzielającej podwórka treningowe. Lewą ręką ujął środkową część łuku i zademonstrował
jak broń swobodnie spoczywa w jego uchwycie. - Posługujesz się długim łukiem,
więc drugą dłonią zawsze trzymaj cięciwę, nie strzałę. - Dwoma palcami prawej
dłoni złapał wbitą w ziemię strzałę i osadził ją na cięciwie w taki sposób, by
promieniem dotykała prawej strony łęczyska. - Kiedy naciągasz, skup się na
barku, nie ramieniu. To bark odpowiada za naciąg cięciwy. - Zatoczył obszerny
perfekcyjny łuk, aż mięśnie ramion i pleców zatańczyły pod skórą, naprężając
się do granic możliwości. - Maksymalnie naciągnięta cięciwa powinna delikatnie
dotykać końcówki twojego nosa i podbródka. Wtedy celujesz... – Lekko przechylił
górne ramię łuku w lewo i wyprostowany jak struna, niewidocznym dla oka ruchem
wypuścił pocisk. Grot ze świstem przeciął powietrze, trafiając w sam środek
czarnego okręgu. - Zwalniasz strzałę nieznacznym odgięciem palców, samymi
opuszkami. Strzelasz. Powtarzasz. - Zakończył z pełnym samozadowolenia
skrzywieniem ust, którym oczarowywał widownię, nieważne czy były to urzeczone
popisami kobiety, czy pełni podziwu dla jego umiejętności mężczyźni.
Szmer
uznania przebiegł przez audytorium. Rekruci wymieniali między sobą uwagi oraz
spostrzeżenia dotyczące techniki stosowanej przez człowieka Niedźwiedzi nie mając
pojęcia, że z tego konkretnego łuku zginął jeden z zakonnych braci. Morderca
bynajmniej nie zamierzał ich uświadamiać, chcąc pozostać ich nieskromnym
autorytetem. Colonell, jak każdy człowiek, chętnie karmił swą próżność, równocześnie
czerpiąc niemałą satysfakcję z przekazywania wiedzy początkującym strzelcom, choćby
należeli oni do znienawidzonego Zakonu.
Wolną
ręką Col otarł pot z czoła, zaczesał opadające włosy na tył głowy i zerknął
mimochodem na wejście do gmachu. Zaniepokoił go widok paladyńca stojącego w półmroku
krużganka. Wykute w alabastrze arystokratyczne rysy nie zdradzały niczego, lecz
skrzyżowane na muskularnym torsie ramiona mówiły, że coś jest na rzeczy. Nie
przyszedłby tu na darmo. I gdzie jest Esti? Przecież obaj wybrali się poza mury
rozstrzygnąć dręczącą chłopaka kwestię tajemniczego prześladowcy. Czyżby coś
się stało?
Już
miał podejść do niebianina, kiedy młodzieńcy rozstąpili się, a on sam zarobił mocne
uderzenie w klatkę piersiową, które nieomal zwaliło go z nóg. Upuścił łuk, gdy
szczupłe ręce owinęły się wokół jego szyi, a smukła sylwetka przywarła do niego
z siłą, jaką niosła ze sobą niewysłowiona tęsknota. Dając się porwać romantycznemu
uniesieniu, Colonell objął chłopaka w talii, pochylił się ku białym wargom i… w
porę się opamiętał, zauważając wpatrzone w nich kilkanaście par oczu.
Paru
zażenowanych młodych ludzi odwróciło głowy, niemniej znakomita większość stała rażona
gromem przestępstwa, jakim była niepojęta bliskość dwóch mężczyzn. I tylko jeden
rekrut miał w sobie na tyle odwagi, by gapić się na białego elfa wypatrując w
nim cech przedstawicielek płci przeciwnej. Jednakże dopasowany czarny
bezrękawnik oraz spodnie o wąskich nogawkach wpuszczonych w cholewy wysokich wojskowych
butów nie pozostawiały złudzeń. Zaklinacz Żywiołów, tak jak przodownik
Niedźwiedzi, niezaprzeczalnie był mężczyzną.
-
Nie róbcie zbiegowiska, nie jesteście naganiaczami na targu - donośny głos
rycerza-dowódcy przywołał ludzi do porządku.
Jak
na komendę zgrzytający niepełnymi pancerzami rekruci zwrócili się frontalnie do
zmierzającego ku nim dostojnego młodzieńca w błękitnym stroju. Wszyscy poza
jednym, którego najbliższy kompan boleśnie upomniał, gdyż nie odrywał on wzroku
od niecodziennej sceny z najemnikami w rolach głównych.
-
Wracajcie do zajęć. A jeśli macie wolnego czasu w nadmiarze, zgłoście się do
swoich przełożonych, niezwłocznie przydzielą wam nowe obowiązki. – Sir Aarim wkroczył
między podzieloną grupkę, zatrzymując się na wprost zastygłych w uścisku
prowodyrów zamieszania. – Odnosi się to i do was. Siejecie zgorszenie wśród
młodych ludzi o czystych, nieskalanych sercach.
-
Podejrzewam, że niejeden z nich ma już skalane serce - burknął Colonell, popatrując
na czerwieniących się rekrutów. - Gdyby tylko serce - dodał z cynicznym
uśmieszkiem, którego nie ukryła przystrzyżona broda.
Aarim
zlekceważył jego zaczepkę. Przeciągając potępiające spojrzenie zawrócił bez
słowa.
Skołowani
chłopcy nie wiedzieli co ze sobą począć. Prędko znalazł się jeden rezolutny,
który zarządził koniec ćwiczeń i jako pierwszy zebrał się do opuszczenia
podwórza. Reszta, nie mając lepszego planu, poszła w jego ślady, zaciskając
dłonie na treningowych łukach.
Colonell
bez oporów ucałował czubek głowy chłopaka i zmierzwił czarną grzywę, po czym
odsunął go od siebie na długość ramion.
-
Też się cieszę, że cię widzę, Esti! – Złośliwy grymas złagodniał, kiedy rozgrzewające
serce ciepło rozjaśniło oczy mężczyzny. - Czym sobie zasłużyłem na takie
powitanie? I to na oczach tylu świętoszków. Chyba mi tu nie zemdlejesz, co?
-
Cieszę się że żyjesz, Col – wymruczał Est. Ulga i radość, jakich doznał na dźwięk
barytonu ukochanego, wymazały z jego pamięci ostatnie makabryczne obrazy. Nie
chciał psuć momentu przytaczaniem tego, przez co przeszedł. Chciał tylko na
niego patrzeć i zapamiętać go takim, jakim jest. - Po prostu żal mi czasu
marnowanego na przejmowanie się zdaniem innych.
Col
był cokolwiek zmieszany deklaracją kochanka, zupełnie nie pasującą do jego
wycofanej, płochliwej osoby. Drapiąc się po nagim karku próbował ogarnąć rozumem
tę drastyczną zmianę. Nie zdołał.
-
Albo się wreszcie obudziłeś, dzieciaku, albo jest coś, o czym nie powinienem… -
Dojrzał zaschnięte płaty błota na czarnym ubraniu i zmarszczył brwi, gubiąc się
w myślach. - Zaraz, tarzałeś się w błocie? - Popatrzył za oddalającym się
paladynem, a raczej za jego ubłoconymi spodniami. - Obaj się tarzaliście. A
mnie tam nie było.
Uszy
speszonego Esta opadły, gdy pojął aluzję.
-
Jak rany, Col, to nie tak jak ci się wydaje! – zawołał, widząc śniade palce rozcierające
warstewkę suchego błota. - Ja leżałem, a on siedział! Ech, to chyba nie
brzmiało zbyt dobrze…
-
Wyjątkowo niefortunny dobór słów, Esti. - Przodownik roześmiał się,
pieszczotliwie ciągnąc za długie ucho, ubiegając tym gestem nieszczęśliwego chłopaka.
- Ufam ci, dzieciaku, co nie znaczy, że nie będę ci tego wypominał.
-
Idź wyłysiej - fuknął Est, przed sekundą zawstydzony, teraz urażony
niestosownym humorem partnera. Odtrącił jego dłoń i rzucił nieprzychylnym okiem
na nagi tors porośnięty ciemnymi kędziorkami. Zrobiło mu się nieobyczajnie
gorąco. - I ubierz się z łaski swojej. Gorszysz chłopaków.
-
Ciebie już nic nie gorszy, więc padło na nich.
Mrugnąwszy
porozumiewawczo, Col potulnie wykonał rozkaz. Wymijając Estiego podszedł do
przewieszonej przez balustradę krużganka bluzy i przeciągnął się ostentacyjnie,
prezentując w pełnej krasie wynik systematycznych treningów łuczniczych. Est
udawał, że nie interesuje go ta prymitywna demonstracja męskości, lecz nie
potrafił zapanować nad krwią buzującą w żyłach.
Dopiero
chrząknięcie rycerza-dowódcy ostudziło ich ciągoty. Niezrażony naganą chłopak
obejrzał się na Aarima tylko po to, by wrócić do przekomarzanki z partnerem.
-
Lubisz gorszyć młodych chłopców, prawda?
-
Powiedział ten, co to rzucił mi się na szyję jak stęskniona panienka.
-
Czy możecie darować sobie tę nic nie wnoszącą konwersację? - Czekający przy
drzwiach Aarim wyglądał na zniecierpliwionego. – Naglą mnie powinności, których
zmuszony jestem dopilnować osobiście, a nie popełnię błędu, posyłając z wami któregokolwiek
z moich podkomendnych.
-
Nie wiem o kogo bardziej się boi, o nas czy o nich - warknął półgębkiem
Colonell, z trudem wciągając na spocone ramiona bluzę. Poprawił wywinięty
kaptur i podniósł z trawy ulubiony sfatygowany łuk, dołączając do Esta. Razem podążyli
w kierunku rozdrażnionego paladyna zostawiającego ich w tyle.
Colonell
Niedźwiedziogrzywy wbrew swym uprzedzeniom przyznał, że zaczynało mu się
podobać życie nie tyle w samym garnizonie, co w miejscu, do którego nie sięgały
pokrętne machinacje jego bezwzględnego, chorobliwie ambitnego ojca. Z dala od
narzucanych mu obowiązków, odpowiedzialności za podwładnych i duszących
czarnych murów Twierdzy. Nareszcie był panem swojego losu. Księciunio mógł
wykładać monety w zamian za usługi, ale nie kupował tym jego posłuszeństwa
wobec własnych kaprysów.
A
jednak wolność wciąż pozostawała wyłącznie złudzeniem, w jakie usilnie wierzył.
Jest najemnikiem, w jego fachu śmierć to brutalny i jakże trafny jej synonim.
Tylko ona uwolni go od kontraktów i zleceń. Nie zależało mu na niczym, ani na
nikim. Nie szanował nikogo, nie szanował niczego, nie szanował swojego, ani tym
bardziej cudzego życia. Kiedyś, w szczenięcych latach bójek i pojedynków, kusił
los łapiąc śmierć za bary, zaglądając jej w oczy i śmiejąc się w twarz. Była to
forma rozrywki, równie dobra co picie i swawolenie z sobie podobnymi. Aż poznał
chłopaka, który diametralnie odmienił jego spojrzenie na przyszłość. Odmienił
spojrzenie na siebie samego i to, co robi ze swoim życiem.
Colonell
Niedźwiedziogrzywy nie chciał umierać. Już nie. W tym zepsutym, zimnym świecie
żył dzieciak będący dla niego wszystkim: najczystszym przejawem wolności, któremu
gotów był zawierzyć, nadzieją, jaką pragnął żywić oraz miłością, której
dotychczas nie dostrzegał.
Przodownik
odetchnął cicho, ukradkiem zerkając na idącego obok kochanka. Zaklinacza
Żywiołów. Pół krwi smoka. I cholera jedna wie, co tam jeszcze z niego
wyjdzie...
***
Niewielka, skromnie urządzona sala
sąsiadująca z celami gościnnymi po raz trzeci służyła im za jadalnię, ale nie
było to jej jedyne zastosowanie. Kiedy oddelegowani do tego zadania rekruci
uprzątnęli zastawę i przetarli blat, Aarim rozwinął na nim ogromną mapę
przedstawiającą Estarion w całej okazałości, od wiecznych lodowców i
Srebrzystych Szczytów północy, po wysunięty w głąb oceanu Popielny Hak
skwarnego południa. Na zachodzie niemalże pionowa linia znaczyła rubieże Ramneii,
natomiast na wschodzie – granicę z Ziemią Niczyją zwaną w języku imperialnych
elfów Atur Oyal. Docisnął brzegi wyprawionej skóry prostokątnymi żelaznymi ciężarkami
i ze splecionymi ramionami obejrzał krytycznie swoje dzieło.
Wtem
u jego boku zmaterializowała się Leos. Jej granatowe oczy błyszczały w
gorączce, pochłaniając kartograficzne arcydzieło.
-
Jest piękna - wyszeptała z zachwytem, siłą woli powstrzymując się przed
dotknięciem powierzchni mapy. - Spójrzcie tylko na detale! Góry, rzeki, jeziora
i lasy wyglądają jak prawdziwe… I te żywe barwy… A ile odcieni! Czyje to
dzieło? - Roziskrzony wzrok przeniosła na niebianina, który zdawał się lekko zakłopotany
jej entuzjazmem. - Ile razy była już odnawiana? Och, uwielbiam mapy. Dzięki nim
możemy zobaczyć Estarion w całości! Moja matka opracowała ich całkiem sporo.
Była nadworną czarodziejką, a zarazem kartografem w Zielonych Bramach.
Est
parsknął mimowolnie, dojrzawszy jak skonsternowany Aarim umyka spojrzeniem.
Dopiero obserwując tę dwójkę zauważył, że podejście paladyna do piromantki było
inne, niż gdy rozmawiał z zaklinaczem lub przodownikiem. Czy to dlatego, że
Leos była nader żywiołową i prostolinijną dziewczyną? Będzie musiał zwrócić na
nich większą uwagę, bo może wyniknąć z tego intrygujący eksperyment
potwierdzający czy niebianin naprawdę jest tak oziębłą, niezdolną do
współodczuwania kreaturą, jak twierdzi.
I
tak się złożyło, że teraz była po temu idealna okazja, jako że książę zmierzył
wyczekującą dziewczynę spojrzeniem pozbawionym zwykłej mu obojętności.
-
To owoc mojej wieloletniej wędrówki – oświadczył. Oparłszy dłonie o blat, skoncentrował
się na szczegółowej topografii. Nie potrafił przyjąć zwyczajowego chłodnego
tonu kiedy była tak blisko. Zaprzestał także sondowania jej uczuć pojmując, iż
w ten sposób pogwałca prywatność młodej kobiety. Bynajmniej nie chodziło o
skomplikowaną sentymentalność oraz czułostki wiodące prym w jej niewinnym
sercu. Wcale nie deprymowały go wkradające się poprzez aurę emocje czarodziejki.
Uznał swe działania za niewłaściwe i postanowił przychylić się do prośby
Estalavanesa, zacząć rozmawiać, przynajmniej na początek. Z nim. I z nią. To
nie może być nic trudnego. Pogawędka z ludzką kobietą nie może być trudniejsza
od bezpośredniej konfrontacji ze Śniącymi.
-
Aarimie, przecież to arcydzieło! - Zaaferowana Mała Niedźwiedzica nie
przestawała przyglądać się drobiazgowym kształtom wymalowanym na cienkiej
skórze. Wypieki na upstrzonych piegami policzkach zaróżowiły nosek i czubki
zaokrąglonych uszu. - Tu mieszkałam z matką! - Wskazała palcem gęsto zadrzewiony
obszar leżący mniej więcej w połowie drogi między Adeilą, a umiejscowionym w zakolu
jeziora Świetlistej Otchłani Aneil’Aranth. – Przez okrągły rok jest tam
cudownie zielono pośród olbrzymich, rozłożystych sekanów. Kochałam pałacowe
ogrody, bo rosło tam tyle pięknych kwiatów i ziół, że nigdy się nie nudziłam. A
mama… Mama często mi o nich opowiadała.
Colonell
obszedł stół i zajrzał przez ramię dziewczyny, pocieszająco kładąc dłoń na jej drobnym,
okrytym czerwoną tuniką barku. Ciekaw był gdzie urodziła się i żyła jego
siostra zanim osiadła w domku pustelnika. Oraz jak wiele kilometrów dzieliło
ich miejsca narodzin. Nie musiał nawet liczyć, na pierwszy rzut oka widać było że
zbyt wiele, by kiedykolwiek przypadkiem spotkać się poza Twierdzą. Puszcze
Niskowyżu rozpościerały się na południowym zachodzie, nieopodal pogranicza Ramneii,
podczas gdy Zielone Bramy były, całkiem rozsądnie, określane mianem Serca
Estarionu. Znajdowały się bowiem w centrum ludzkiej krainy, tuż przy brzegu majestatycznej
Żywej Rzeki.
W
trakcie swojej chłopięcej tułaczki w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia dla
Kirii i dziecka rosnącego w jej łonie, Col umyślnie omijał największe ludzkie
siedziby z obawy, że przyciągnie zbędne zainteresowanie. Lecz im dalej brnął na
północ, tym szanse na rozpoznanie go malały. Dla mieszkańców Adeili był tylko dziwnym
małolatem o jeszcze dziwniejszym kolorze skóry oraz najdziwniejszym malunku na połowie
twarzy. I kiedy już się tam zadomowił, nikt nie wpadł na pomysł, by wypytywać
go o pochodzenie. Był jednym z nich. Jednym z licznie napływających zewsząd
szczurów zakładających gniazda w kanałach głęboko pod ulicami miasta i
próbujących szczęścia w śmiercionośnych rozgrywkach o władzę oraz wpływy. Za
sprawą złośliwego zrządzenia losu znów utknął w Adeili - tym razem wewnątrz
przeklętych murów paladyńskiego garnizonu. I to z czyjej winy? Zagubionego jak
on sam stworzenia.
Wiedziony
ciekawością Est przeoczył zamglony wzrok Colonella wlepiony w mapę, wciskając
się pomiędzy księcia i dziewczynę. Ku swojemu rozczarowaniu, jako jedyny nic
nie rozumiał z rysunków, które w rzeczy samej były dziełem sztuki. W sam raz do
oprawienia i powieszenia na ścianie, ponieważ tym właśnie dla półsmoka były
wszelkiego rodzaju mapy: niespotykanie starannymi obrazkami. Mistrz co prawda usiłował
wdrożyć ucznia w arkana interpretowania skalowanej mapy krainy, lecz Est nie
wykazywał talentu - ani chęci - by skutecznie przyswoić sobie tę lekcję.
Uważał, że do niczego mu się ona nie przyda. Był w błędzie. Precyzyjnie
odwzorowana rzeźba Estarionu była teraz dla niego niczym innym, jak konturami
cieszącymi oko, a przez to odciągającym uwagę od najistotniejszych elementów.
Wstydząc
się głośno przyznać do swoich braków, chyłkiem się wycofał, pozwalając
paladynowi przejąć inicjatywę.
-
Naszym celem jest Aneil’Aranth, stolica Estarionu. - Książę stuknął paznokciem
półkoliste jezioro srebrzące się w dolnej części impregnowanej skóry. - Jeżeli
wyjedziemy z Adeili z nastaniem jutrzejszego świtu, nie zmęczymy zwierząt
nadmiernym wysiłkiem i będziemy zatrzymywać się wyłącznie na nocny spoczynek,
podróż zajmie nam nie dłużej niż tydzień. - Przesunął opuszkiem od miasta
garnizonowego po stolicę, kreśląc niewidzialne zawijasy ich z góry zaplanowanej
trasy. - Mamy do przebycia Żywą Rzekę. Za Zielonymi Bramami rozciąga się
solidny most. Tam też przenocujemy w garnizonie. To będzie jedyne warowne
miasto na naszym szlaku. Kolejne noce spędzimy w przydrożnych gospodach lub w
leśnych ostępach i zagajnikach, w zależności od pogody. Wolałbym jednak nie
przeciążać naszych sił koniecznością trzymania warty, ponieważ gdy zbliżymy się
do południowych granic, znajdziemy się w strefie ciągłego zagrożenia.
-
To dlaczego jedziemy tylko we czwórkę? - Colonell wrócił na poprzednie stanowisko,
naprzeciwko Aarima. - Nie lepiej byłoby zabrać eskortę? Młokosom przydałyby się
manewry w terenie.
Rycerz-dowódca
odrzucił jego koncept stanowczym ruchem głowy.
-
Wykluczone. Paladyni, nawet młodzi i niedoświadczeni rekruci, potrzebni są
tutaj. Zabranie choćby jednego z nich stwarza realne niebezpieczeństwo dla północnego
wschodu. - Pochylony nad mapą niebianin przyjrzał się najemnikowi. - Rozumiem
twój tok myślenia, Colonellu, aczkolwiek jest to niemożliwe. Nasza czwórka musi
sobie poradzić. I chociaż mamy zaprawdę wiele garnizonów rozrzuconych w
Śródlądzie oraz na Południu, to w obliczu tego, co nadchodzi, jest ich tragicznie
mało.
-
Paru Śniących stanowi aż taki problem dla zjednoczonej armii Zakonu Paladynów?
Przecież wasza ciężka kawaleria nie ma sobie równych na całym Khaldunie.
-
Colonellu, Śniący mogą w zatrważająco krótkim czasie uformować armię z
opętanych lub zindoktrynowanych ludzi. Wiedzcie, iż rycerze Zakonu są jedynymi wolnymi
od ich niszczycielskiego wpływu wojownikami. Mistrzowie w posługiwaniu się magią
tworzenia potrafią zakłócić zarówno proces zawładnięcia umysłem, jak i zapobiec
jego finalnemu efektowi. Nie możemy więc ryzykować, jako że każdy z nich jest w
tej chwili na wagę złota. - Przymknąwszy oczy, książę ucisnął nasadę nosa
kciukiem i palcem wskazującym, jakby obecna sytuacja rzeczywiście była tak
beznadziejna, jak ją przedstawiał. - Wielu z nich ma rodziny w podległych swoim
rejonom miastach, wsiach i osadach. Nie mógłbym ich oddzielić od bliskich
żądając, by walczyli na obcych ziemiach. Niemniej nie ulega wątpliwości, iż
arcypaladyn wkrótce zmobilizuje ludność oraz skomasuje wojska w punkcie
zapalnym. Kwestią sporną pozostaje region, w którym objawi się najpotężniejszy
Śniący. Może to być południe, gdzie zbuntowana arystokracja odchodzi od zmysłów
popadając w krwawe szaleństwo. O ile nie jest to fortel mający na celu
odwrócenie naszej uwagi od prawdziwego miejsca pobytu Śniącego.
-
Czyli i tak wyślesz ich na front. - Colonell nie dawał za wygraną. Logika
niebianina była zbyt zagmatwana jak na jego najemne standardy. - Co to za
różnica: teraz czy zaraz?
-
Zasadnicza, Colonellu. Rozpoczną walkę w obronie rodziców, żon oraz dzieci. Wówczas
spostrzegą, iż dysponują umiejętnościami zdolnymi odeprzeć wrogą nawałę.
Ostatecznie skończą na froncie, w pełni przekonani o słuszności wojny, jaką
stoczą za Estarion. - W głosie Aarima dźwięczało echo inspiracji, bojowego
ducha zagrzewającego do walki. - Czy wiesz jaką motywację i determinację odnajdują
w sobie ludzie, kiedy widmo zagłady pada na ich domy oraz potomstwo? Gdy
śmiertelne zagrożenie zawiśnie nad wszystkim co kochają i co tworzyli przez
lata? Czy wróciłbyś teraz do Kompanii Najemnej Niedźwiedzi wiedząc, iż są na krawędzi
upadku? Porzuciłbyś Estalavanesa?
-
Już zrozumiałem, nie musisz być taki dosłowny.
Skarcony
najemnik spuścił wzrok na mapę i skrzyżował ręce na piersi, sygnalizując koniec
dyskusji.
Estowi,
który w napięciu śledził przebieg narady, zrobiło się cieplej na sercu słysząc
wypowiedź Aarima. Oraz wychwytując reakcję człowieka, którego darzył najgwałtowniejszym
z uczuć. Chłopak rozumiał przesłanie rycerza-dowódcy. Do identycznych konkluzji
dochodził z mistrzem w rozprawach o wartości życia oraz sile płynącej z
pragnienia chronienia tego, co tworzy się i buduje z mozołem. Owszem, można
zbudować wszystko od nowa, lecz straconego czasu nic już nie przywróci. Ani
utraconych bliskich. Są na świecie wartości, których należy bronić za wszelką
cenę, gdyż wraz z nimi traci się część siebie samego.
Leos
z zapałem analizowała każdy punkt nakreślonej trasy zastanawiając się, czy wystarczy
tydzień w siodle, by dotrzeć do stolicy. W tej skali dystans do pokonania zdawał
się przytłaczający, ale nie raz już się przekonała na własnym doświadczeniu, że
odległość na mapie mogła zmylić niewprawne oko.
-
Kim właściwie są Śniący i Przebudzeni? To nie to samo? - Gładko zmieniła temat,
rozpraszając ponure nastroje panujące w sali. – Wydawało mi się, że Przebudzeni
to, hmmm, obudzeni Śniący.
-
Przebudzeni powstają ze szczątków niegdyś żywych istot, to animowane truchła
kierowane mocą Śniących - wyjaśnił Aarim, przybierając maskę niewzruszonego paladyna.
- Kolokwialnie Przebudzonych nazywa się “żywymi trupami”. Podczas Wojny Bogów
nie była to nagminna praktyka, dlatego podejrzewamy, iż wiąże się ona ze zbyt
dużym obciążeniem energetycznym. Prawdopodobnie wymaga także absolutnego skupienia
Śniących, na co w chaosie otwartej bitwy nie mogą sobie zanadto pozwolić. Skutkiem
dopuszczanej się przez nich profanacji zwłok, stulecia po wojnie nadal palono
zmarłych. Obrządek ten stosunkowo niedawno zastąpiono ceremonią grzebania w
ziemi, gdyż palenie ciał okrzyknięto barbarzyństwem dalekim poszanowaniu cielesnych
powłok zmarłych. - Książę z niesmakiem skrzywił usta. - Zakon Paladynów do tej
pory nie uznaje innego sposobu żegnania swych braci niż całopalenie.
-
Podobnie rzecz ma się u Niedźwiedzi - wtrącił Col.
-
I za to należy się wam szacunek. - Ton niebianina nie brzmiał już tak oschle
jak przed momentem. - Nie musicie się zatem obawiać, iż zmarli bracia powstaną
przeciwko wam.
-
Kim są Śniący, że potrafią wskrzeszać umarłych? - Czarodziejka spoglądała na
paladyna spod czupryny niesfornych miodowych loków. Zachwyt ustąpił niepewności
przeradzającej się w lęk przed nieznanym.
-
Nie potrafią wskrzeszać zmarłych, lecz tymczasowo sprawować kontrolę nad
zwłokami - sprostował książę. Odepchnąwszy się od blatu ruszył w stronę
wysokiego okna, z którego roztaczał się widok na opustoszały dziedziniec.
Zatrzymał się, dłonie łącząc za plecami. Nabrzmiałe deszczem chmury kłębiły się
na nieboskłonie, podkreślając posępne rozważania rycerza-dowódcy. - Ciężko
rzec, kim są Śniący. Przed Wojną Bogów dali się poznać jako byty podporządkowujące
sobie gatunek ludzki. Z zimną krwią mordowali wszystkich stawiających opór,
hojnie obdarzając swymi względami bezwarunkowo im posłusznych, nadgorliwych
fanatyków. Mawiano, iż byli bogami, uśpionymi pierworodnymi Wszechmocnych budzącymi
się po to, by odzyskać świat stworzony specjalnie dla nich. Wciąż jest to
jedynie przesłanka na miarę wierzeń, iż ludzkość służyć im ma jako niewolnicza
rasa spełniająca ich wszelkie zachcianki.
Est
zadrżał niezauważalnie. Obecność w jego głowie skurczyła się i wzmogła czujność,
nasłuchując co też niebianin ma do powiedzenia. Zrobiło mu się zimno, choć
płomień ekscytacji podsycał mocny rytm pulsu. Nie rozpoznawał stanu w jakim się
pogrążał, ale przypominał on chorobliwą gorączkę. Trząsł się, aż pełen żołądek podszedł
mu do gardła.
Czuowiecy, niewolnicza rasa - podchwycił bezgłośnie. Bydło hodowane na sakralny ubój.
Krótkowieczne, chaotycznie inteligentne istoty stworzone ku wygodzie znacznie potężniejszych,
przewyższających ich bytów. Dopuść ich do władzy, a doprowadzą Estarion do
ruiny. Spalą go w ogniu wojen i pogrzebią w prochach przerostu ambicji. Wyrżną
w pień pozostałe rasy i zagarną ich ziemie. Ludzka hegemonia jest zarzewiem
zagłady. Znane. Tak bardzo znane...
Jęknął,
w ostatniej chwili zasłaniając sobie usta urękawicznioną dłonią. Była ciepła.
Jego dłonie nigdy nie były ciepłe. Przerażały go własne niekontrolowane odruchy.
Aarim
zerknął ku niemu znad ramienia, ale to Col był tym, który stanął tuż obok i objął
go troskliwie. Wytatuowana twarz bezsłownie pytała czy wszystko w porządku. Est
potaknął, lecz nieposłuszne ciało dreszczem zadało kłam jego zapewnieniom.
Stroszący
brwi przodownik zamierzał się odezwać, lecz Leos ubiegła go, kontynuując
nurtujący ją wątek Śniących i przekierowując uwagę pozostałych na siebie.
-
Wychodzi na to, że niewiele wiadomo o Śniących. A jeśli przesłanki mówią
prawdę, to mamy walczyć z… - urwała, uzmysławiając sobie naturę wroga. - Jeżeli
to są bogowie, to jak mamy z nimi walczyć? Jesteśmy zwykłymi ludźmi...
-
Leos, udało się to naszym przodkom, uda się i nam.
-
Ale wtedy żyli bogowie – upierał się Col. Pokrzepiająco uścisnął partnera i zajrzał
w złote, lekko przysłonięte powiekami tęczówki stojącego przy oknie niebianina.
- A przynajmniej do momentu wybuchu wojny. Nie widziano ich od dwóch tysiącleci,
więc albo się pozabijali, albo… - Zrozumienie rozszerzyło ciemnozielone oczy.
-
Albo doskonale się ukrywają, tak jak czynią to smoki - dokończył za niego
Aarim. - Tego nie wiemy. Najlepsi spośród ludzi królewskiego szpiegmistrza
aktualnie zajmują się poszukiwaniami bogów.
-
A ty i twój ojciec nie możecie ich wyczuć? - pytał zwiadowca nie kryjąc
podejrzliwości. - Wyczuwasz Śniących, którzy rzekomo są jednymi z nich. Jak to
się stało, że nie wybito ich do nogi?
-
Colonellu, “wyczuwaniem” bym tej zdolności nie nazwał, bowiem jest ona jak podświadomość
sygnalizująca uaktywnienie się dominującej prezencji na skraju mojego pola
energetycznego. - Książę znów wyjrzał przez okno, za którym siąpił deszcz,
zmieniając świat w poszarzały, malowany wodą pejzaż. - Teoria głosi, że nie
wszyscy Śniący budzą się w jednakowym czasie. Nawet jeśli urządzono im czystkę,
to jeszcze setki mogą spać kilometry pod ziemią.
Intuicja
podpowiadała Estowi, że Aarim po raz kolejny poskąpił im prawdy. W innych
okolicznościach zapewne zabrałby głos, mając kilka wątpliwości odnośnie ich
punktu destynacji czy przeciwników, lecz teraz zabrakło mu sił, by aktywnie
uczestniczyć w naradzie. Wprawdzie ujarzmił rozchwiane emocje, ale kosztowało
go to mnóstwo nerwów i energii, a w połączeniu z ciepłym posiłkiem zalegającym
w ściśniętym żołądku ogarnęło go znużenie. Potarł piekące powieki i odsuwając
opiekuńcze ramię przodownika usiadł na jednym z krzeseł, tłumiąc ziewnięcie.
Chyba opadł z niego stres związany z makabrycznymi wizjami.
Stojący
tyłem paladyn oraz zwrócona do okna czarodziejka nie mogli tego zobaczyć, za to
Col miał na niego baczenie i mimo że chłopak pokręcił głową na jego pytająco wygięte
brwi, to mężczyzna nie odpuszczał.
-
Powinieneś się położyć. - Tymi słowy zaalarmował Leos i Aarima, skłaniając Esta
do konkretnej reakcji. - Wyglądasz jakbyś jedną nogą był w Pozaświecie.
-
Zawsze tak wyglądam! – wybuchnął Est poniewczasie orientując się, jak
buntowniczo zabrzmiała jego odpowiedź. Naprawdę był zmęczony, energia fizyczna wyciekała
z niego niby woda z dziurawego wiadra, przez co zrobił się opryskliwy. - To
tylko zmęczenie, nic wielkiego. Pewnie przez tę pogodę. Zaraz mi przejdzie.
Aarim
zbliżył się do stołu i ostrożnie zbadał wzrokiem zaklinacza, szukając późnych
symptomów obcowania z upiorem.
-
Colonell ma słuszność, Estalavanesie. Dowiedzieliście się dość, by do kolacji sporządzić
pytania, jakie nie nasunęły się wam do tej pory. Tymczasem przerwa może okazać
się zbawienna dla wyciszenia niepożądanych emocji.
-
Zaprowadzę cię do celi, Esti, a potem skorzystam z łaźni - zaproponował
Colonell stając tuż za oparciem krzesła chłopaka. – Przyda mi się kąpiel. I
lepiej żebyś się nie sprzeciwiał, bo inaczej cię tam zaniosę.
-
Jak rany, dobrze, pójdę się położyć.
Est
wstał i przeczesując palcami niesfornie opadające na czoło włosy, starał się stwarzać
pozory opanowanego oraz pełnego werwy. Skończyło się na tym, że rąbnął
wzmocnionym metalem noskiem buta o nogę stołu i ledwie utrzymując równowagę,
wyszedł z sali odprowadzany sceptycznymi spojrzeniami.
-
Sprawdzę co mu dolega.
Col
podążył za nim, nie siląc się na grzeczności.
Leos
popatrzyła z niepokojem na Aarima, ten jednak wpatrywał się w uchylone drzwi, za
którymi zniknął Zaklinacz Żywiołów. Zamyślony nie dosłyszał słów czarodziejki i
zmuszona była powtórzyć je głośniej.
-
Czy zechciałbyś udać się ze mną do biblioteki? O ile w adeilskim garnizonie gościom
wolno do niej wstąpić... - Uśmiechnęła się skromnie, odrobinę niepewnie. Towarzystwo
księcia wzbudzało w niej pewnego rodzaju dziewczęcą nieśmiałość, o jaką siebie
nie posądzała. Nawet wobec Esta nie odczuwała niczego podobnego, a przecież
znała uczucia, jakie żywi do białego elfa.
-
Jeżeli takie jest twoje życzenie, Leos. Zapraszam.
Aarim
wskazał na korytarz i przepuścił Małą Niedźwiedzicę przodem, byle nie patrzeć jej
w oczy. Wizyta w bibliotece nie była złym pomysłem, zważywszy iż jego zastępca,
sir Cyryl, wiedział jakie należy poczynić przygotowania.
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Zawierucha za oknem rozpętała się na
dobre, kiedy dzika ulewa do wtóru potężnych grzmotów zdominowała noc. Burza
nadeszła długo przed świtem i ostrymi włóczniami piorunów rozświetlała okolicę,
na uderzenie serca podkreślając wnętrze maleńkiej celi upiornie bladą poświatą.
Estalavanes
pomału uchylił powieki. Mrok zalegający w pomieszczeniu stał się półpłaską
szarością, do której jego wzrok prędko się przyzwyczaił. Leżąc w całkowitym
bezruchu wsłuchał się w bębnienie deszczu o szyby i rozejrzał ostrożnie z
uczuciem zaspanego otumanienia spotęgowanego dziwnym, niezidentyfikowanym
lękiem.
Kolejny
błysk przeorał atramentową czerń nieba, aż mury garnizonu zawibrowały od huku
kaleczącego wyczulone zmysły ledwie przebudzonego chłopaka. Colonell spał
głęboko, a przynajmniej z pozoru tak to wyglądało. Zwiadowca miał czujny i
lekki sen, o czym Est niejednokrotnie już się przekonał. Ale tak jak ze
wszystkim, i od tego zdarzały się wyjątki.
Zaniepokojony
półsmok zwinnie wyplątał się z objęć kochanka i usiadł na brzegu jednoosobowej
pryczy. Obejrzał się na spokojną twarz człowieka, wczuwając w jego miarowy
oddech oraz obserwując wznoszącą się łagodnie i opadającą klatkę piersiową
porośniętą linią krótkich włosków. Spłynęło nań niewysłowione szczęście, aż z
trudem powstrzymał się przed pocałowaniem kusząco rozchylonych warg. Nie chciał
budzić partnera. Nie po dniu pełnym niechcianych atrakcji, ani tym bardziej po
upojnie męczącej nocy spędzonej na wzajemnym zapewnianiu, dawaniu oraz
otrzymywaniu.
Pioruny
biły coraz częściej. Nawałnica przybrała na intensywności, dudniąc o parapety i
obficie zraszając szyby wielkimi kroplami. Est wstał najdelikatniej jak
potrafił, sięgnął po spodnie i wsunął je na nogi podchodząc do okna, przez
które niewiele było widać. Zamknięte podwórko ogrodzone z czterech stron
grubymi murami zalewały strugi wody i jedynie zmyślna żelazna kratka w ziemi
odprowadzała nadmiar deszczówki do kanałów, chroniąc przed podtopieniem piwnice
oraz korytarze garnizonu. Nie dostrzegał przez ścianę wody nic, co wzbudziłoby
w nim popłoch. Cokolwiek było na zewnątrz w porze kolacji, w tej chwili
znajdowało się już gdzie indziej. Czy to miejsce trzymało to coś na dystans?
Czy też obecność tak wielu wojowników posługujących się uświęconą magią okazała
się nieprzekraczalną barierą? I po co za nimi podążało?
Tyle
pytań cisnęło mu się na myśl, lecz znikąd odpowiedzi. W wolnym od obowiązków
czasie zagadnie o to Aarima. Ze skrajną świadomością śledzącego ich nieznanego
koszmaru chłopak o rozchwianej, rozszczepionej osobowości raczej długo nie
pociągnie.
W
przerwie między ogłuszającymi hukami posłyszał podnoszącego się z posłania
człowieka, postanowił więc udawać, że go nie zauważa, ale i tak jego uszy
drżały, wyraźnie go zdradzając. W tym momencie ciemność nie była mu
sprzymierzeńcem, bo na tle oślepiających rozbłysków widoczny był jak na dłoni.
-
Nie możesz spać? – spytał zaspany mężczyzna. – Co ja gadam, na takim łóżku to i
umarły by nie pospał.
-
Jesteś tak duży i tak się wiercisz, że już dwa razy gramoliłem się na nie z
podłogi – poskarżył się Est. Spojrzenia nie odrywał od podwórza i panoszącej
się na nim wichury. Jaskrawe błyskawice raz po raz odbijały się na jego
delikatnych rysach, tak jak bezlitosne gromy na długich płatkach uszu. –
Żartuję, Col. Obudziłem się i chciałem trochę popatrzeć w noc. Istne oberwanie
chmury. Jak rany, nie wyobrażam sobie jazdy na południe przy takiej pogodzie, a
nie chciałbym afiszować się swoimi umiejętnościami.
-
Jak dla mnie, to afiszuj się czym zechcesz i kiedy zechcesz, dzieciaku. - Col
opadł na posłanie i jęknął, wsuwając ręce pod głowę. - Wszystko mnie boli.
Ostatni raz śpimy we dwóch na tak wąskim wyrku.
-
Zgoda. Ale wiesz, jak to się skończy: obaj przenocujemy na podłodze.
Est
obrócił się, by spojrzeć na partnera. Był szczęśliwy widząc go w tak dobrym
humorze pomimo nie najlepszego zwieńczenia dnia. Przejmujące uczucie, jakim
pałał do niepokornego mężczyzny, trąciło w nim popioły nie do końca ugaszonych
emocji.
-
Esti, powiedz – odezwał się Col poważniejszym tonem - co cię tak wystraszyło na
kolacji?
Chłopak
momentalnie zmarkotniał.
-
Ech, oczywiście że zauważyłeś – westchnął.
-
Stwierdzenie, że byłeś blady jak ściana, byłoby dużym niedopowiedzeniem.
Zbielałeś ze strachu.
-
Jak rany, Col…
-
Wybacz, to jest silniejsze ode mnie. Wyglądałeś co najmniej jakbyś ujrzał ducha
w tych starych murach.
-
Można tak rzec... - głos chłopaka przycichł, gdy skupił wzrok w punkcie na
posadzce, wracając myślami do niezbadanych lęków. Nie chciał troskać Leos i
Cola, a przecież i tak dowiedzieliby się o bezcielesnym ogonie kroczącym za
nimi odkąd opuścili Twierdzę. Lepiej, żeby byli przygotowani na każdą
ewentualność. - Wyczuwam dziwny, jakby widmowy byt podążający za nami od
początku podróży...
Urwał
w pół zdania. Właśnie się zorientował, dlaczego Aarim tak uparcie obstawał przy
zapaleniu ogniska. Faktycznie chodziło o “drapieżnika”. Czy wyrywający się spod
kontroli Leos ogień rzeczywiście był efektem jej rozkojarzenia, czy też Aarim
niezauważalnie dopomógł dziewczynie? Chociaż teraz Est nie czuł obserwatora, to
już sama wzmianka o nim powodowała ciarki na gładkiej skórze.
-
I co w związku z tym? – zainteresował się Col. Odprężony, wyciągnięty na pryczy
przypatrywał się chłopakowi z rosnącą ciekawością. - Jeśli sobie życzysz,
wytropię go i dopadnę. Nie chwaląc się, to mój oddział zlikwidował grasantów.
Zwiadowca
wygrzebał się z pościeli i prostując plecy, z leniwym pomrukiem przeciągnął
nagie ramiona.
-
Paladyniec wie? – dopytał.
Est
powoli skinął głową, przenosząc niewidzące spojrzenie za okno.
-
Jestem przekonany, że wie, ale chciałbym z nim o tym pomówić. To nie człowiek,
żadna żywa istota – dodał złowieszczo. - Czuję to… “coś”, lecz nie umiem tego
dojrzeć, jakby tam było i nie było równocześnie.
Colonell
oparł łokcie o kolana i popatrzył na swoje splecione dłonie. Bezgranicznie wierzył
dzieciakowi i jego nadnaturalnym zdolnościom, niemniej wizja szpiega
niewiadomego pochodzenia nie chciała do niego dotrzeć. Nie mógł namierzyć
czegoś, co prawdopodobnie nie istnieje w wymiarze fizycznym, a tym samym stawał
się bezużyteczny dla drużyny.
-
A teraz to czujesz? Jest w pobliżu?
-
Nie. Ale było w obozie. I daleko za oknem jadalni. Zawsze w nocy.
I zawsze, kiedy Aarim był obok - wypomniały jego ponure myśli,
lecz usta odmówiły przekazania tej wątpliwej konkluzji. Książę zdecydowanie nie
mówił im całej prawdy.
-
Ogień to odstrasza? To by tłumaczyło zbędne ognisko... Intrygujące, nie ma co.
-
Tylko czego od nas chce? Na co czeka? - Est wpatrywał się w coraz
gwałtowniejszą burzę, wciąż niczego nie dostrzegając. Cieszyło go, że tę noc
spędzają pod dachem, gdyż nic nie wskazywało na to, by do rana miało się
rozpogodzić. - To chyba nie jest smok spod Twierdzy. Rzeźnik z Głuszy.
-
Też o tym pomyślałem, ale pytania i odpowiedzi lepiej zostawić paladyńcowi –
skwitował Colonell. Przyglądał się przez chwilę ukrytej w mroku, zastygłej w
niezdecydowaniu twarzy młodego przyjaciela, poruszającym się wargom
odsłaniającym lśniące kły, dużym jasnozielonym oczom wpatrzonym w szaleństwa za
szybą i uszom drgającym przy każdym głośniejszym grzmocie. Naga, biała jak
śnieg skóra powlekająca zgrabne mięśnie torsu w zimnym świetle nabierała
błękitnego, nierealnego odcienia upodabniając półsmoka do astralnych,
baśniowych istot. - Nie ma sensu zadręczać się czymś, na co nie mamy wpływu.
Chodź spać, dzieciaku. Możliwe że to nasza ostatnia szansa na spokojny sen.
Est
zwiesił głowę rozważając słowa partnera. Racja, sam nic nie zrobi, nie miał
nawet pewności czy to nie wybujała, paranoiczna fantazja płata mu tak
bezlitosne figle.
W
celi panował rozkoszny chłód, lecz zapraszająco rozłożone ramiona mężczyzny
obiecywały znacznie więcej przyjemności. Kącik białych ust zadrżał delikatnie,
kiedy zbliżył się do zwiadowcy i pozwolił objąć w pasie. Podziwiając z góry
ukochanego całującego jego brzuch zapragnął przeczesać palcami pasemka
ciemnobrązowych włosów, przesunąć je na krócej obcięte boki i poczuć jak
łaskoczą wnętrze obu dłoni...
Wciągnął
ze świstem powietrze, gdy czubek ciepłego języka pozostawił stygnący ślad
wędrując od linii spodni ku pępkowi. Z niedowierzaniem zajrzał w rozpłomienione
oczy Cola.
-
Jeszcze ci mało?
-
Ciebie nigdy dość, Esti - niski pomruk ostro zaprawiony pożądaniem zmieszał się
z gromem zza okna. - W tym świetle wyglądasz jeszcze bardziej podniecająco niż
w blasku gwiazd.
-
Jak rany, Col, z jaką łatwością przychodzi ci prawienie tak zawstydzających
komplementów! – Est ujął w dłonie szorstkie policzki, pogładził je kciukami i
pochylił się ku śniadym, chętnym wargom.
-
Za to ty z łatwością przechodzisz od słów do zawstydzających czynów,
dzieciaku...
***
(10.07.2020)Ulewa wreszcie dała za wygraną,
chociaż burzowe chmury nadal wisiały nad miastem grożąc falą zacinającego
deszczu. Chłodne powietrze ciężkie było od wilgoci, tylko wiatr ucichł,
gromadząc siły przed kolejnym natarciem na oddychającą napięciem Adeilę.
Siedzący
na grzbiecie temperamentnego karego ogiera Est w zadumie zadzierał brodę
spoglądając w niebo i zapominając, że towarzyszy rycerzowi-dowódcy w
przejażdżce poza mury obronne. Skonsternował go widok tak wielu kobiet,
mężczyzn oraz dzieci na upstrzonych kałużami brukowanych ulicach. Mimo rychłego
załamania pogody ludzie biegali ze sprawunkami, pracowali, gapili się na
przejezdnych lub spieszyli to tu, to tam, nie wiadomo za czym. Nie bez ulgi
przyjął brak zainteresowania ze strony mieszkańców – bez względu na swoją
niecodzienną aparycję krył się w cieniu sir Aarima, rycerza dumnie i obojętnie
patrzącego wprost przed siebie znad karku muskularnego wierzchowca.
Est
zerknął na poziomą oparzelinę na policzku paladyna i speszony powracającym
wspomnieniem natychmiast wrócił do obserwowania nieboskłonu oraz drogi przed
sobą. Zdusił przemożną chęć dotknięcia blizny w zagłębieniu szyi, uznając ten
gest za wielce nietaktowny wobec jadącego w milczeniu kompana. Myślami wędrował
wtedy do Cola, bo gdyby nie on, niebianin niechybnie wykonałby rozstrzygające
pchnięcie. Byłaby to czwarta i prawdopodobnie definitywna śmierć białego elfa.
Prawdopodobnie, ponieważ trzy poprzednie cudem przeżył.
Książę
jakby przejrzał myśli półsmoka i zagłuszył je głosem ledwie przebijającym gwar
tłocznej ulicy.
-
Twój… przyjaciel wykazał się wyjątkowym zaufaniem puszczając cię samego
z osobnikiem tak nieprzewidywalnym i bezwzględnym, jak dążący do twej zguby
rycerz-dowódca. Niemal obyło się bez awantury. Winszuję ci daru przekonywania,
Estalavanesie.
-
Nazywaj naszą relację zgodnie z prawdą, Aarimie. W końcu nie jest dla ciebie
tajemnicą, że jesteśmy kochankami. Celowo unikasz tego określenia. - Est starał
się brzmieć równie oschle co niebianin, nie zdołał jednak zamaskować rozdrażnienia.
Od pierwszego „treningu” przebywanie sam na sam z tym rycerzem rodziło w nim
nieprzyjemną nerwowość. Nie potrafił się rozluźnić, a jakby tego było mało,
stale sondująca go aura podminowała jego nastrój. - I nie wiem po co wtrącasz
tę sugestywną pauzę.
Aarim
nawet nie zaszczycił rozmówcy spojrzeniem.
-
Słowo “przyjaciel” łatwiej mi wymówić. Być może dlatego, iż w moim przypadku
częstotliwość jego stosowania przewyższa określenie “kochanek”.
Paladyn
skierował olśniewająco białego konia ku bramie wyjazdowej na południu miasta.
Karosz poszedł za nim bez konieczności sterowania jego krokiem. Kopyta ostatni
raz zastukały na mokrym kamieniu głównej ulicy stającej się ubitym traktem, w
całości przemienionym w błotnistą gruntową ścieżkę.
-
Jak rany, skoro tak twierdzisz...
Est
nie miał ochoty na podtrzymywanie jałowej dyskusji. W jego ocenie była
bezcelowa, a jako wypełniacz nudy także się nie sprawdziła. Wolał już oddać się
przemyśleniom, których od porannej pobudki zebrał niemało.
Tuż
po prostym, energetycznym śniadaniu osobiście przedstawił Aarimowi swoje obawy
dotyczące nocnego prześladowcy. Książę nie odpowiedział na postawione pytania i
insynuacje, ba!, wydawał się wcale ich nie słyszeć. Wystosował tylko
zaproszenie na przejażdżkę, wyłącznie we dwóch, do czego Colonell
nieprzychylnie się odniósł. Przez nieprzychylność rozumiejąc otwartą wrogość i
podejrzliwość. Oraz niewybredne słowa. Est po raz kolejny musiał uczestniczyć w
starciu dwóch napuszonych indorów i ponownie nie wiedział, jak się zachować.
Nie
miał pojęcia kiedy dokładnie rozpoczął mozolne nakłanianie przodownika do
przystania na propozycję księcia, ale ostatecznie człowiek dał się udobruchać
obietnicą zabicia czasu na ćwiczeniach z ludźmi Aarima. Oczywiście Col nie miał
w planach walczyć z nimi na miecze, raczej skorzysta z okazji do odzyskania
długiego łuku oraz swobody doskonalenia celności. Esta zdziwiło, jak niewiele
potrzebował jego partner do szczęścia. A może była to dla niego alternatywa dla
legalnego wyżycia się na znienawidzonych braciach zakonnych? Jeśli o Cola
chodzi, to wszystko było możliwe i niczego nie można być pewnym.
-
Tutaj się zatrzymamy – rozległo się donośne polecenie księcia. - Sądzę, że
będzie to wystarczający dystans.
Aarim
ściągnął wodze rumaka bojowego i z manierą wytrawnego jeźdźca zsunął się z
siodła.
-
Wypatrywanie go zza murów byłoby zbyt ryzykowne – wyjaśnił.
-
Ryzykowne? - Est rozglądał się po okolicy, w szczególności koncentrując się na
trakcie wchodzącym w gęsty las. Nie pojmował sensu zatrzymywania się tuż za
granicami miasta. Prędzej spodziewał się tak zwanego treningu z samokontroli
niż tego, co syn arcypaladyna zamierzał mu pokazać. - Może skrzywdzić
mieszkańców?
-
Nie, ale ty możesz.
Chłopak
strzelił oczami w kierunku oszczędnego w słowach niebianina.
-
Co przez to rozumiesz? - spytał lekko rozedrganym głosem, ześlizgując się z
grzbietu karosza.
-
Nie mogę oszacować twojej reakcji na niego, Estalavanesie. Zdumiewającym okazał
się sam fakt, iż jesteś w stanie go wyczuć. - Złote tęczówki przewiercały
zaklinacza spod półprzymkniętych powiek. - Sądziłem, że tylko ja to potrafię.
Co najistotniejsze, nie chcę niepokoić naszych ludzkich towarzyszy. Nie
wyczuwają go, toteż świadomość jego istnienia mogłaby negatywnie odbić się na
ich psychice. Mogłaby ich osłabić, a jest to niepożądany efekt.
Do
Esta wypowiedź paladyna dotarła dopiero po dłuższej chwili.
-
Rozumiem... – wymamrotał. - Zdajesz sobie sprawę, że przed Colonellem nie mam
sekretów?
-
Owszem – potaknął niebianin, pusty wzrok zwracając ku gęstwinie ciemniejącej na
horyzoncie. - Nie odwiodę cię od tej praktyki, wiedz jednak, iż jej nie
pochwalam.
Półsmok
zmarszczył brwi. Czego by nie powiedział przy tym wyzbytym ludzkich odruchów
osobniku, zawsze kończyło się krytykującym komentarzem. A mimo to Est odczuwał
w stosunku do niego pewnego rodzaju pokrewieństwo. Aarim miał swój punkt
widzenia, dostrzegał problem z zupełnie odmiennej perspektywy niż on, co nie
znaczyło, że na jego sercu nie leżało dobro osób, za które przejął
odpowiedzialność.
Czy
utrata człowieczeństwa to metoda księcia na udźwignięcie brzemienia, jakim
niewątpliwie jest dbanie o poddanych? Aarim nie podjął wątku przy pozostałych,
lecz nie znaczyło to jeszcze, że nie zamierzał przedyskutować go z nim na
osobności. Leos i Colonella traktował jako dodatek do całości, jaką był
Zaklinacz Żywiołów; Est był jedynym, którego postrzegał nie tyle za równego
sobie, co podobnego, i wszelkie ważne kwestie najpierw omawiał właśnie z nim.
Wspólnie decydowali, czy powiadomić resztę. Est nie czuł się z tym dobrze, ale
podobało mu się to wyróżnienie. Karmiło jego próżność, którą niedawno odważył
się nazwać, nadając jej kształt i przyznając przed samym sobą, że jego
charakter składa się również z tych mniej szlachetnych przymiotów.
Zamyślony
otrząsnął się słysząc niski, bezbarwny dźwięk dobiegający tuż z prawej.
-
Jesteś gotów ujrzeć to, co czujesz, Estalavanesie? Ostrzegam, iż będzie to dla
ciebie przeżycie nie tyle przerażające, co dogłębnie wstrząsające.
Niewykluczone, że będziesz mieć trudności z dojściem do siebie oraz opanowaniem
gwałtownych emocji. W skrajnym wypadku możesz postradać zmysły, dlatego proszę
cię, byś rozważył swój następny krok. Oraz jego potencjalne konsekwencje.
Paladyn
wpatrywał się w przestrzeń, jak gdyby zauważył coś lub kogoś niewidzialnego dla
zwyczajnych śmiertelników. Est podążył za jego spojrzeniem, nikogo jednak nie
dojrzał.
-
Jak rany – sapnął, dygocąc od chłodnego powiewu lub ze zdenerwowania. - Chyba
poróżniłem się z rozumem, skoro dobrowolnie pcham się w coś takiego. Jakie są
szanse, że wyjdę z tego bez szwanku?
Wiedział,
że Aarim nie próbuje go nastraszyć, chociaż jego ostrzeżenia były jednakowo
szczere, co niepokojące. Jedyne co mógł zrobić, to poradzić się kogoś
doświadczonego w tej sferze. Jakby w jego krótkim życiu nic się nie zmieniło, a
miejsce mistrza zajął następca tronu o szorstkim obyciu. Czy Mag rzeczywiście
to przewidział, czy jak zwykł wytykać Col, przewrotny staruszek sam to
ukartował?
-
Szanse są duże. - Taksujące wejrzenie posłane z ukosa prawie odwróciło uwagę
Esta od aury drążącej mu dziurę we wnętrznościach. - Nie przeczę, iż możesz
doznać szoku tak silnego, że nie odzyskasz poczytalności. Aczkolwiek mogę temu
przeciwdziałać. Nie gwarantuję skuteczności, gdyż nigdy tego nie czyniłem, lecz
jestem w pełni świadom swych zdolności leczniczych.
-
Paladyni szkolą się w zakresie magii tworzenia, czy nie tak? - Est zaczynał się
stresować, a w takich sytuacjach notorycznie odwlekał nieuniknione, ratując się
jak największą ilością słów.
-
Paladynom przychodzi ona z wrodzoną łatwością, Estalavanesie. Nie każdy może
zostać rycerzem Zakonu.
Est
kiwnięciem głowy przyjął tę informację do wiadomości. Przełknął ślinę,
popatrując to na irytująco spokojnego księcia, to na skrawek lasu przed nimi.
-
Jakim sposobem ty go widzisz, a inni nie? – zmienił nagle temat. - W tym
momencie nawet go nie wyczuwam, a przez ostatnie dwie noce umierałem ze
strachu.
-
Ponieważ patrzy na mnie, a nie na ciebie, Estalavanesie. Nocą oddziaływanie
jego prezencji jest zintensyfikowane, wówczas twoje zmysły się wyostrzają i
wychwytują owe dyskretne zabiegi. - Aarim przerwał, zastanawiając się nad pewną
możliwością. Wiedział kim jest „biały elf”, lecz postanowił utrzymywać go w
nieświadomości. A przynajmniej do czasu, aż nabierze doń przekonania i pozna
motywy, jakimi kieruje się ten nietypowy półsmok. – Skłaniam się ku wnioskowi,
iż jesteśmy sobie podobni. O ironio, empatyczny biały elf oraz pozbawiony uczuć
niebianin.
Słysząc
to Est niemalże uwierzył, że Aarim uśmiechnął się sardonicznie. I miał rację - stojący
nieruchomo młody rycerz uśmiechał się tym dziwnym grymasem ledwie
przypominającym wygięcie kącików ust, ale jego oczy były zimne. Martwe. Aż
przeszył go dreszcz.
-
Tak Aarimie, dziwna byłaby z nas para... - rzucił bezmyślnie. Dopiero przedłużająca
się cisza pchnęła go do refleksji. - Przepraszam, to bardzo niestosowny dobór
słów. Powinienem lepiej wyrażać swoje myśli.
-
Nie przepraszaj, masz słuszność. Mógłbym się wiele od ciebie nauczyć. Przez
myśl mi przeszło, że… - Młodzieniec przekonująco udał chwilę wahania. Ze
wzrokiem wbitym w murawę pod skórzanymi butami obrócił się przodem do półsmoka
i począł zdejmować lewą rękawicę jeździecką. - Nie, to nieistotne o czym myślę,
skupmy się na celu.
Est
usiłował wyprzeć z siebie ulotne wrażenie, jakoby Aarim wcale nie pozorował
tego, co zrobił, jak się zachował. Przez sekundę pomyślał, że niebianin odczuwa
emocje, lecz na własny, indywidualny sposób. Może tak naprawdę nie było między
nimi aż tak ogromnej przepaści, jak początkowo sądził? Odrzucił jednak tę ideę
równie szybko, jak się pojawiła.
-
Estalavanesie, przygotuj umysł, albowiem od tego, czego doświadczysz, nie
będzie już odwrotu. To, co zobaczysz, wypali w nim trwały obraz. Będzie cię
prześladować i nękać nawet jeśli nie zwraca się ku tobie - deklarował rycerz z bezkompromisową
powagą, jakby wygłaszał ostatnie instrukcje tuż przed walną bitwą. Patrzył przy
tym hardo w kocie ślepia truchlejącego chłopaka i wyciągnął ku niemu lewą dłoń
wnętrzem do góry. - Możesz się jeszcze wycofać, jednakże nie otrzymasz
odpowiedzi na swoje pytania.
-
Jak rany, nie możesz mi po prostu na nie odpowiedzieć?
-
Nie ma słów, które opisałyby tę grozę. Mowa nie jest w stanie zobrazować tego,
czego zakosztujesz całym sobą. Dopiero kiedy poznasz prawdę, będę mógł
wytłumaczyć resztę. Przepraszam.
Zapędzony
w pułapkę ciekawości Est odetchnął przeciągle. Rozejrzał się bezradnie dookoła,
a wzrastające w trzewiach napięcie nie dawało mu wytchnienia, uciskając płuca i
spłycając oddech. Ponownie zerwał się wiatr szarpiący włosami i ubraniami.
Wysoka trawa zafalowała, a odległy szum liści mroził krew w żyłach, śpiewał
bowiem o sprawach, jakie trwały w niezmienionym porządku: o narodzinach i
kroczącej za nimi śmierci, o lekkomyślnej odwadze oraz pierwotnej trwodze.
Est
nie był odważny. Nie chciał zaglądać w wyczekujące złote oczy, ale jeśli teraz
się rozmyśli, to równie dobrze może porzucić tę całą podróż na południe i
poddać się z wolna pożerającemu go szaleństwu. A przecież mądry mistrz
powtarzał, że uczeń powinien wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. A od siebie
dorzucił, że należy kończyć to, co się zaczyna.
Zacisnął
wargi w wąską kreskę, by ukryć ich drżenie. W jego szeroko rozwartych oczach
nie było już lęku – tliła się w nich narastająca determinacja. Zbyt wiele razy
uciekał przed wszystkim, co mogło go skrzywdzić. Wychowany wśród ludzi w
atmosferze pogardy, szkolony pod opiekuńczymi skrzydłami mnicha z Północy nie
dysponował dostatecznie rozwiniętym instynktem samozachowawczym, bo go nie
potrzebował. Wszystko robił pod wpływem impulsu, nie tracąc czasu na
zastanowienie. Tymczasem rzucony na głęboką wodę, niezależnie od wspierających
go przyjaciół, musiał zadbać o siebie samego. Bo jeśli nie zadba o siebie, nie
zadba też o nich.
-
Co mam zrobić, Aarimie?
-
Chwyć mnie za rękę i trzymaj. - Rycerz-dowódca nieco podniósł dłoń. - Nie
wypuszczaj jej ani na moment. Nie bój się, iż uczynisz mi krzywdę. Ściśnij z
całych sił i zaufaj mi. W miarę możliwości odpychaj od siebie negatywne bodźce.
Moim zadaniem będzie strzec twego umysłu przed ingerencją wrogiej mocy.
Czy
w spojrzeniu paladyna Est wyłapał starannie skrywaną obawę, czy też to jego
własne lęki odbijały się w tym śmiałym, pewnym wyrazie? Nie wiedział. Tak jak
nie wiedział, czego właściwie spodziewać się zarówno po niebianinie, jak i po
tym, co niebianina śledziło.
-
Jak rany, brzmi cholernie niebezpiecznie…
-
Twojemu ciału nic nie grozi, lecz niezbędnym jest, abym powierzył ci część mej
energii, stąd wymóg dotyku. W tych okolicznościach dłoń jest najodpowiedniejszą
częścią ciała, gdyż palce mają solidny chwyt. Jeśli mnie puścisz, przytrzymam
cię. – Zachęcająco poruszył palcami jakby dla potwierdzenia obietnicy. – Wiem,
że potrafisz pobierać oraz przekazywać esencję, więc nie będę objaśniać tego
nieskomplikowanego procesu. Przyjmij zatem to, co ci ofiaruję i postaraj się
utrzymać na nogach. A gdy zajdzie konieczność, walcz.
Est
nie wyprowadził kompana z błędu jakim było założenie, iż potrafi on pobierać
moc od użytkowników magii. Nie umiał spożytkować własnej, toteż nie widział
powodu, by czerpać dodatkowy ładunek z innych źródeł, tym samym nie miał
sposobności zweryfikować, czy w ogóle jest do tego zdolny. Jak zaklęty gapił
się na dłoń o jasnej skórze typowej dla ludzi Śródlądu, bezwiednie przełykając wzbierającą
w gardle żółć. Panika wspinała mu się wzdłuż kręgosłupa i miał ochotę pleść co
ślina na język przyniesie, ale świadomość, że tylko by wszystko niepotrzebnie
utrudnił, zamknęła mu usta sprawniej niż hardy wzrok rycerza.
Kilka
razy potrząsnął długouchą głową dla odpędzenia resztek wątpliwości, zwilżył
wargi językiem i wyciągnął roztrzęsioną prawą rękę grzbietem ku górze,
niechętnie przykładając ją do ciepłej dłoni Aarima. Paladyn, nie spuszczając
czujnych oczu z białego elfa, uniósł ich połączone ręce na wysokość twarzy i
splótł bielsze niż papier smukłe palce ze swoimi - twardymi i grubymi palcami
wojownika nawykłego do dzierżenia ciężkiej broni. W normalnych warunkach Esta
porwałaby fala wstydu i niczym płochliwa panienka wyrwałby rękę, lecz w tej
sytuacji zaufał złotookiemu młodzieńcowi. Jasnym było, że to niezbędny środek zaradczy,
bo skoro wspomniał, że mógłby stwarzać zagrożenie dla mieszkańców Adeili, to
bliskie spotkanie z nienaturalnym szpiegiem zapowiadało się naprawdę niedobrze.
-
Estalavanesie, spójrz w stronę, w którą i ja patrzę. Dostrzeż to, co dla mnie
dostrzegalne i przyjmij takim, jakim jest... - Tembr niebianina był mocny i
rozkazujący, jak gdyby jego posiadacz był jedynym prawowitym władcą
Wszechrzeczy.
Aarim
zacieśnił chwyt. Opuścił złączone dłonie i stanął na wprost lasu, przy
rozlewającej się błotem ścieżce prowadzącej na południe, opustoszałej, nie
licząc majaczącego w oddali chwiejnego, jakby rozmywanego podmuchami wiatru
konturu.
Przez
chwilę Est poił się esencją płynącą doń szerokim strumieniem. Jej nurt był tak
żywy i energiczny, jak woda wartko płynąca w górach podczas wiosennych
roztopów. Delektował się jej smakiem, odkrywał aromat, a pod przymkniętymi
powiekami zachwycał pryzmatem rozszczepiającym barwy. Splótł palce mocniej,
chłonąc czułym zmysłem fizyczną siłę ciepłej skóry. Było w tym coś intymnego -
wymiana mocy tajemnej, przekazywanie wzajemnie po kawałeczku siebie. Est nie
postrzegał tego w kategoriach perwersyjnej cielesności, nie wiązał z tym
wrażeń, jakie dzielił w trakcie zbliżeń z Colonellem. To było zupełnie co
innego i czerpałby z tego niemałą przyjemność...
Gdyby
nie TO.
Stało
tam. Z początku pomylił majaczącą na granicy widzenia postać z człowiekiem
pieszo podróżującym gościńcem, jednak dość szybko skonstatował, że stoi on w
miejscu, absolutnie statycznie, jak przedmiot martwy. Wydawał się zawieszonymi
na skrzyżowanych kijach powiewającymi łachmanami... Nie, wiatr nie porywał
obszarpanego materiału, lotnego żywiołu wcale tam nie było! To nie było nawet
odzienie tylko naga, obrzydliwie poszarpana szara skóra opinająca wychudzoną
sylwetkę, przeciwna wszelkim prawom Wszechrzeczy. Zniekształcała się i
powracała do jednolitej formy tylko po to, by zwodzić i dręczyć umysł
bezskutecznie starający się ogarnąć niebywałe zjawisko. Nieokreślonej natury
maszkara znajdowała się naprzeciwko paladyna, daleko na obrzeżu lasu. Martwa.
Bez ruchu. Jak słup wbity w ziemię. Zapomniana, niemniej wciąż pamiętająca
słodycz życia.
Dreszcz
wstrząsnął wychłodzonym ciałem, gdy Est przyjrzał się dokładniej. Skoncentrował
się, wykorzystując napływającą poprzez dłoń esencję odsłaniającą przed nim
straszliwą tajemnicę. Jego psychika oberwała potężną mocą, kiedy spojrzenie
wytrzeszczonych skaleonich oczu spoczęło na niewielkiej łepetynce szkaradnej
istoty. Strwożony cofnął się, lecz umysł z zatrważającą potulnością uległ
koszmarowi na jawie.
Puste,
bezdennie głębokie oczodoły zajmujące prawie całą wystrzępioną głowę skierowane
były na niebianina, a to, co z nich wyzierało, wzbudziło w półsmoku strach tak
druzgocący, że bezwiednie wykonał następny krok w tył. Stalowy uścisk zatrzymał
go jednak w potrzasku. Panika nasilała się. Urywany dech przyspieszył
niebezpiecznie, a serce tłukło o klatkę piersiową pragnąc się wyzwolić i umknąć
przed pochłaniającą je istotą. Stwór zdawał się kąsać obserwowany obiekt,
błagać, odgrażać, pożerać, pochłaniać, krzywdzić, a wszystko to na niesamowicie
dużą odległość wzmagającą w chłopaku najniższe instynkty. Był przerażony jak
nigdy przedtem! Kulił się, nie mogąc oderwać rozszerzonych źrenic od
zdeformowanego, cherlawego kształtu uosabiającego każdą śmierć, tysiącletnie
cierpienie ciemiężonych i niezliczone rany zadane niewinnym. Oraz niemoc w
obliczu nieukojonej udręki całego świata, która pociągnęła go w dół, wessała do
studni melancholii, niszczycielskiego połączenia strachu i wątpliwości...
…Chciał
krzyczeć, lecz wysuszona krtań wydawała skrzypiące, ledwie słyszalne dźwięki.
Musiał uciekać, ale nieznana siła trzymała go w miejscu, obdzierała ze skóry,
wgryzała się w mięśnie, wypalała szpik z kości, byle dostać się do miękkiego,
podatnego wnętrza osłaniającego słabującą duszę...
...i
stał się katem w brutalnej kaźni Colonella dokonanej niewinnie białą dłonią
ściskającą ząbkowany sztylet. Zaszlachtował ukochanego po raz pierwszy... po
raz setny i po raz tysięczny, aż serce nie wytrzymało i pękło...
...czyniąc
go świadkiem bestialskiego gwałtu na Leos, w którym odgrywał rolę oszalałego
oprawcy wiedzionego prymitywnymi żądzami. Zmuszony do oglądania niegodziwości,
której widok doszczętnie złamał jego wolę...
...zapatrzył
się na eksterminację ludzkości, wszak to jego intencje oraz umyślne czyny do
niej doprowadziły. A gorzka satysfakcja ogarnęła rozdartą na dwoje duszę, gdy
własnymi rękoma uśmiercił starego człowieka będącego mu ojcem,
przypieczętowując ostateczny upadek swojego człowieczeństwa...
Bezsilny
przeciwko makabrycznym urojeniom pragnął wyłupić sobie oczy, byle tylko nie
widzieć przemijających i nawracających urywków przyszłości. Zamknął w dłoniach
twarz i z desperacką zajadłością drapał powieki, aż błonka pękła z obrzydliwym
odgłosem i jej zawartość popłynęła gęsto wzdłuż policzków niby palące łzy żalu.
Ciągle jednak doświadczał wizji nader wyraźnie. Mógł utracić wzrok, lecz
koszmarne sceny płonęły wyryte w jego umyśle.
Złapał
więc za skronie i uciskał je z mocą zrodzoną z czystej grozy. Siła w jego
rękach wzmocniona przeżywanym terrorem wpijała się w mózg, spopielała i
strzępiła nerwy w ciele. Niestabilna jaźń złamała się i upadając przewróciła
filar poczytalności, roztrzaskując go na drobne kawałki, miażdżąc wolę życia i
prowadząc go prosto ku nieuchronnemu samounicestwieniu.
Est
znów pragnął umrzeć, zabić się, ażeby najpotworniejsze obrazy niszczonej woli
nie weszły w życie, aby sam ich nie urzeczywistnił swymi działaniami. Naparł,
aż czaszka pękła z ohydnym chrupnięciem. Rozerwany ciśnieniem mózg oraz odłamki
kości ze wstrętnym plaskaniem pospadały w odrażającym deszczu krwi na czarną
jak konająca dusza ziemię. Ale i to nie uwolniło go od niekończącej się
tortury.
Sięgnął
ku nagiej klatce piersiowej. Zakrwawione, usmarowane szarą mazią paznokcie
zawzięcie orały białą powłokę, wyłamywały żebra i targały mięśnie oraz ścięgna,
by dostać się do łomoczącego nieustępliwie serca, źródła wszelkiego bólu i
cierpienia, którego zniszczenie przyniesie kres katuszom, ukoi, uleczy rany...
Lodowata,
lepka od parującej krwi dłoń rozjarzyła się złotem i zacisnęła na ostatnim
organie mającym nad nim władzę... Wtem czas zatrzymał się. Jednostajny rytm
rozbrzmiewał wokoło. Spokojny, pogodzony z losem niezmienny rytm pompujący
krew, płyn życia wyciekający pootwieranymi żyłami, plamiący więdnący,
zdychający świat.
Śmierć.
Idealna
droga ucieczki. Wierny przyjaciel i jedyna sprawiedliwość przybywająca do
każdego, bez względu na rasę czy pozycję społeczną. Do kochającego i
niekochanego. Do młodego i starego. Do bogatego i biednego. Do mistrza i
ucznia. Do tych, którzy kochają żyć, jak i do tych z życzeniem śmierci. Do silnych
i słabych. Śmierć jest nieunikniona, prędzej czy później go znajdzie. Prędzej.
Czy później?
Prędzej…
…czy
później?
Później, jako że śmierć
nie ma do mnie przystępu. Odwieczne prawo natury wciąż pozostaje prawem, które
można obejść, o ile osiągnie się najwyższe arkana znajomości Wszechrzeczy.
Świat to wypadkowa przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości. Suma
efemerycznych zdarzeń. Nakładające się warstwy. Przenikając je, zyskuje się
panowanie nad aspektami determinującymi istnienie we Wszechrzeczy. Śmierć
nadejdzie później, gdyż taka moja wola. Znacznie później...
Est
wedle woli Głosu postanowił umrzeć później, by jeszcze raz poczuć bliskość
ukochanego, objąć przyjaciółkę i zaznać piękna otaczającego go życia. Zapragnął
ocalić ich wszystkich, choćby miał poświęcić siebie samego.
Podążając
za echem bełkoczącej agonalnie świadomości budził się z pełnego okropieństw
oraz tragedii stanu zbliżonego jawie. Zmysły powróciły, dojmująco zaznaczając
swoją obecność. Chorował od ogromu informacji docierających do rozumu,
oszałamiając go tuż u progu strzaskanej jaźni. Moc wracała do jego
zmaltretowanego ciała, a skołatany umysł stopniowo odzyskiwał panowanie nad
nim. Mocniej ścisnął śliską od potu rękę i kiedy otworzył oczy, ujrzał
wydeptaną trawę pod ubłoconymi kolanami oraz czubki równie umazanych
jeździeckich butów. Krztusił się i kaszlał niczym noworodek pierwszy raz
zachłystujący się powietrzem pachnącym wilgocią i smakującym życiem. Kończyny
zdrętwiały mu od nadludzkiego wysiłku, jaki wkładał w zachowanie równowagi.
Atakujące zewsząd sygnały oszołomiły go nie gorzej niż powrót do rzeczywistości
posępnego, pochmurnego przedpołudnia. Trząsł się jak osika i klęczał skulony,
trzymany w ryzach wyłącznie z pomocą krzepkiego ramienia opanowanego
niebianina. Esencja nie krążyła już między nimi. Dotyk stał się czysto
fizyczny, jak i świat, w którym nieszczęśnik się znalazł.
Aarim
ukucnął przy półsmoku. Bez zbędnych ceremonii pochwycił jego twarz w dłonie,
zmuszając cierpiącego do zajrzenia w złote oczy. Uważnie badał nieregularnie
rozszerzające się i zwężające źrenice okolone cienkimi jaskrawozielonymi
tęczówkami. Szukał oznak obłędu, obrażeń wewnętrznych czy symptomów
świadczących o okaleczeniu ducha. Ten jednak nie wykazywał zauważalnych skutków
ubocznych kontaktu z upiorem oraz jego destruktywnymi wpływami.
-
Estalavanesie, czy mnie słyszysz? - Palce niebianina przesunęły się ze szczęki
Esta na zroszone potem, oblepione czarnymi włosami skronie. - Nie odpowiadaj,
wystarczy skinienie głową.
Nie
otrzymawszy żadnego znaku, paladyn przymknął powieki i w skupieniu przesłał
łagodny, kojący impuls do dygoczącego ciała. Jego dłonie, zazwyczaj pewne i
mocne, drżały ledwie wyczuwalnie w reakcji na sygnał przesączający się wraz ze
zwróconą mu energią. Stan Estalavanesa nie był krytyczny, a przynajmniej na to
wskazywała sonda wprowadzona do organizmu bezbronnego półsmoka. Mógł przestać
się martwić, choć zmartwienie nie wpisywało się w jego charakter. Aczkolwiek
musiał oddać Zaklinaczowi Żywiołów należny mu honor, podołał on bowiem
wyjątkowo ciężkiemu wyzwaniu mogącemu spustoszyć najsilniejszą psychikę.
Nadzieja
Estarionu okazała się kimś więcej niż zalęknionym, pełnym sprzeczności chłopcem
wychowanym pośród uprzedzonego gminu. Artemon prawidłowo poprowadził i
ukształtował młodego Pierworodnego, choć czas dedykowany jego szkoleniu to
zaledwie ułamek tego, co czeka nieświadomego swej roli Saramarystyjczyka.
Książę ufał, iż nie zostanie przymuszony do zabicia tak niespotykanego
stworzenia, lecz nie mógł być pewien, jak potoczą się ich dalsze losy. Nadal
będzie ze szczególnym baczeniem kontrolować białego elfa licząc się z tym, że i
on poddawany będzie równie wnikliwej obserwacji.
Nagle
Est poderwał głowę i olbrzymimi oczami popatrzył na niewzruszone oblicze
paladyna. Nie zdając sobie sprawy z biegu nieprzyjaznych myśli kompana,
rozchylił spierzchnięte usta i szepnął:
-
Widziałem najgorsze, Aarimie…
Niebianin
musiał pochylić się nad klęczącym, by cokolwiek usłyszeć pośród zawodzącego
wichru. Nie odnotował momentu, w którym wiatr raptownie zmienił kierunek i
nabrał agresywnej prędkości.
-
Aarimie, widziałem jak oni umierają, wszyscy… Jak cierpią… Zabiłem ich! -
Urękawiczniona dłoń schwyciła kołnierz błękitnej koszuli, kiedy chłopak zawył
rozdzierająco. - Mordowałem ich... jedno po drugim! A potem zabiłem sam siebie…
-
Estalavanesie, oto potęga Śniących: próbują przejąć nad tobą kontrolę, zwrócić
cię przeciwko tobie. Im zacieklej stawiasz opór, tym większy ból sprawiają twej
jaźni, przełamując ją i podporządkowując ich woli. Czynią to metodycznie i
subtelnie, aż staniesz się ich niewolnikiem, marionetką na sznurkach mocy. Lub
zginiesz, broniąc tożsamości. I wolności.
Żywioł
przycichł. Książę podważył kurczowo zaciśnięte palce chłopaka i odsunął od
siebie jego dłoń. Odrzucił pozę arystokratycznego młodzieńca i nie tracąc nic
ze swej zwyczajowej bezosobowości usiadł obok niego na mokrej trawie, zupełnie
nie przejmując się zabrudzeniem eleganckiego stroju jeździeckiego. Wyciągnął
nogi przed siebie, rękawicę jeździecką położył na kolanie i podparłszy się
rękami, wystawił policzki na rześki powiew, który pieszczotliwie potargał
złociste włosy, muskając ostro zakończone uszy.
Niebawem
się rozpada. Powinni wracać.
-
Z tym nie da się walczyć - lamentował klęczący w błocie półsmok.
Kompletnie
rozbity Est powoli kręcił głową, usiłując się uspokoić. Na darmo. Obraz
konającego Cola nie opuszczał go, nieważne czy zaciskał powieki, czy wpatrywał
się w ziemię. Zbierało mu się na wymioty, lecz ciało jakby rządziło się
własnymi prawami, zbyt zmrożone drastycznymi wizjami, by reagować adekwatnie do
sytuacji. Est wmawiał sobie, że były to chore projekcje, a nie objawienia
mające się spełnić lada chwila. Niestety, wątpliwość zasiała nowe ziarno w jego
sercu. To, co ujrzał, już na zawsze dołączy do wspomnień, które na ich tle
wydawały się błahymi problemami wieku dziecięcego. Ziarno potrzebowało żyznego
gruntu oraz pokarmu w formie lęku. I jak doskonale chłopak pamiętał, już jedno
takie ziarno w nim wykiełkowało.
-
To, co za mną podąża, to cień samych Śniących, istota ich metamagicznych
machinacji - wyjawił Aarim nie patrząc na Esta kryjącego twarz między kolanami.
Zaklinacz Żywiołów mentalnie był tak słaby i nieporadny, że wręcz godny
politowania. Mimo to Śniący upatrzył go sobie. I uznał za godnego. -
Niematerialny tropiciel rejestrujący każdy mój ruch. Za dnia unikający światła,
przemykający w nurcie mocy. Nocą utrzymywany na pograniczu mojej aury. Nie
sprawuje nade mną władzy, a ja sam przywykłem już do jego bezustannej, ponad
rocznej asysty.
Est
spuchniętymi od nieprzelanych łez oczami zerknął znad ramienia na oparzony
profil niebianina. Poziomem opanowania dorównywał on staremu mistrzowi, lecz
nie emanował tym kojącym spokojem odkładającym się na młodym, spragnionym
bezpieczeństwa duchu. Coś w osobie królewskiego potomka nie pasowało do całej
reszty, wrażenie, którego nie sposób opisać. Tajemnica tak głęboko skrywana, że
wręcz uderzająca; podsycająca nieufność i rodząca frustrację. Jakim potworem
trzeba być, by żyć spokojnie z tak okropnym piętnem…?
-
Jak można żyć z takim cieniem? - wyjęczał Est bojąc się, iż niesforny język
zdradzi go w rozgrywce, której spontanicznie podjął się z namiestnikiem
Estarionu. – Odniosłem wrażenie, jakby pragnął cię dotknąć, a nie mógł…
Współodczuwałem jego bezsilność, udrękę, rozpacz… Sam jego widok wywołał we
mnie trwogę, jakiej nie potrafię wyrazić słowami. – Wzdrygnął się patrząc w
punkt, gdzie do niedawna stał wygłodniały koszmar. Teraz rozciągał się tam
wyłącznie prastary las. - Czy to w ogóle może cokolwiek czuć? Jeśli tak, to… to
cierpiało. Bardziej niż ja.
Złote,
zimne jak stal oczy lustrowały gnębionego współczuciem białego elfa. Bynajmniej
nie był to okazowy przedstawiciel Saramarystyjskiej rasy; brak mu bojowego
ducha, impulsywnej agresji, woli walki. Przekazywane z pokolenia na pokolenie
historie opiewające Zaklinacza Żywiołów kreśliły portret całkowicie niepodobny
do tego, którego miał u boku, struchlałego niczym zając w wysokiej trawie.
Aarim nigdy by nie podejrzewał, że Pierworodny okaże się stworzeniem
miłosierdzia wobec wrogów oraz istot Pozaświata. Jakże nie pasowało to do
wizerunku kreowanego przez szlachetnych niebiańskich przodków.
Aarim
przelotnie spojrzał na szczupłą białą dłoń obleczoną czarną rękawiczką bez
palców, po czym uniósł wzrok, by zmierzyć odzyskującego jasność umysłu
półsmoka.
-
Estalavanesie, nie posiadam emocji i uczuć na jakich mógłby żerować upiór,
toteż na mnie on nie oddziałuje - tłumaczył, a jego surowy głos zelżał
odrobinę, gdy chłopak odwrócił mętniejące spojrzenie. - Zakon Paladynów jest
dla Śniących jedynym śmiertelnym zagrożeniem, w związku z czym śledzą nas,
albowiem nie mogą uczynić nic więcej, śniąc wiele kilometrów pod ziemią. Lecz
wkrótce nastąpi moment przebudzenia i rozpocznie się apokalipsa. - Wpatrzony w
kotłowaninę ołowianych chmur książę zadumał się nad czymś intensywnie. - Na
nasze nieszczęście jest już za późno, by to powstrzymać. Jedyne co możemy
zrobić to to, czego dokonali nasi ascendenci: znaleźć i zgładzić Śniących.
Est
podniósł głowę, do tej pory opartą na podciągniętych pod brodę kolanach.
-
Czy to w ogóle da się zniszczyć? - Rozłożył bezradnie ręce i padł łopatkami na
grząską glebę, za nic mając wszechobecne błocko. Wydarzenia nabrały pędu i nie
było na świecie siły mogącej im zapobiec. - Czy dwóch niebian wystarczy, by
zwyciężyć w tym niewykonalnym przedsięwzięciu? Przecież… A co z konfliktem
wyniszczającym południe? Co ze smokami? Co z… z Niedźwiedziami?
-
Nasi przodkowie tego dokonali, Estalavanesie. Nie widzę więc przeszkód, których
nie moglibyśmy usunąć. - Aarim palcem potarł bliznę przecinającą prawą brew,
łypiąc spod oka na leżącego chłopaka. - Jeżeli płynie w tobie krew czarnego
smoka, a pod samotną rękawiczką skrywasz Ornament Zaklinacza, to zdziałamy
więcej, niż ze wsparciem oddziału niebian.
Est
usiadł z gwałtownością huraganu i podeszwami butów rozgrzebując darń przypadł
do Aarima. Nie dotknął go jednak, zastygając z twarzą na wysokości jego
poważnego oblicza.
-
Skąd o tym wiesz? - syknął wrogo, tracąc nad sobą kontrolę. Ledwie przed paroma
minutami truchlał na myśl o Śniących, a teraz gniew kwasem palił mu trzewia,
kiedy na jaw wyszły jego najpilniej strzeżone sekrety. - Skąd wiesz, że jestem
półsmokiem? A przede wszystkim: co to za Ornament Zaklinacza, w którego
posiadaniu rzekomo się znajduję?
Księcia
nie wzruszyła ta agresywna postawa. Nawet się nie cofnął. Wskazał lewą dłoń
elfa, spojrzenia nie spuszczając z lśniących gorączkowo zielonych tęczówek.
-
Powściągnij swój gniew, Estalavanesie, i zachowaj go dla naszego adwersarza.
Wiele z tych jakże cennych informacji dostarczył mi Artemon. To nie powód, by
reagować tak emocjonalnie.
-
Przyznaję, byłem zaskoczony że nie wypytujesz, ani nie zwracasz uwagi na to! - Nie wstając z ziemi, Est odsunął
się i uniósł urękawicznioną dłoń. - Od początku zdawałeś się mnie znać. Już od
chwili, gdy zobaczyłem cię w Twierdzy. Podszywałeś się wtedy pod jednego ze
zwykłych braci i nie sprawiałeś wrażenia zaintrygowanego moją odmiennością. A
przecież nie ma w Estarionie istoty, która nie roztrząsałaby mojego
pochodzenia. Jak wiele wiesz, Aarimie? I jak wiele postanowiłeś zataić?
-
Estalavanesie, wyjaśnijmy sobie tę kwestię. Nie dbam o wygląd istot
zamieszkujących Khaldun, zważywszy, iż z pochodzeniem nikt nie…
-
Daruj sobie te miałkie argumenty - wszedł mu w słowo rozsierdzony Est, groźnie
błyskając kłami. - Nie jesteśmy głupcami. Nie pojmuję, dlaczego to robisz.
Takim podejściem nie zyskasz ani lojalności, ani przychylności. Ukrywając
prawdę, wzbudzasz tylko nieufność, moją i pozostałych.
Aarim
zlekceważył jego ostry ton, choć Est dałby sobie rękę uciąć, iż dojrzał
iskierkę gniewu w beznamiętnych złotych oczach.
-
Wiem tyle, ile wiedział twój opiekun i nauczyciel – odparł sucho niebianin. - I
racz zważać na emocje, zaklinaczu. Jesteś słabym ogniwem, a to dlatego, iż zbyt
łatwo dajesz się im ponosić. Folgujesz uczuciom, które przesądzają o twoich
czynach, co może okazać się zgubne dla nas wszystkich. Najlepiej dla całego
Estarionu byłoby, gdybyś wyzbył się wszelkich słabości. - Aarim wstał i
otrzepał spodnie z resztek błota oraz trawy. - Wówczas Śniący nie mieliby
pożywki w postaci twych lęków oraz rozterek. Zapamiętaj, Estalavanesie, iż
długowieczność jest największym przekleństwem, jakie podarowali nam
Wszechmocni.
-
Zaiste, sir Aarimie, doskonałe rozwiązanie! - Est poszedł za przykładem księcia
i skoczył na równe nogi, nie zaprzestając cynicznego ostrzału mierzącego w
szerokie plecy okryte błękitem. - Mam stać się bezosobowym bytem twojego
pokroju, porzucić w cholerę tożsamość, którą z takim trudem wypracowałem i
popełnić samobójstwo, rzucając się na szeregi tych popieprzonych horrorów! I w
czym ta cała długowieczność mogłaby mi pomóc, skoro zginę tak samo, jak giną
ludzie?! Błogosławieństwo czy przekleństwo, nieistotne skoro...
W
porę pohamował emocje, które, zgodnie z opinią młodego rycerza, opętały go nie
gorzej niż upiór. Co go napadło, by postępować w ten sposób? Nie powinien
wyżywać się na kompanie, zwłaszcza że przyczyną jego rozgoryczenia była makabra
utrwalona w wyobraźni.
-
Przepraszam Aarimie, nie jestem sobą. To moja… - druga osobowość, chciał dodać, czym jedynie pogorszyłby swoją
sytuację. Uchodził już za dość zwichrowanego, by wbijać jeszcze jeden gwóźdź do
trumny ujawnieniem rozszczepienia jaźni. - Przecież nie muszę całkowicie się
ich wyzbywać. Ty także się ich nie wyzbyłeś - zauważył znacznie ciszej, a
usłużny wiatr porwał jego przypuszczenia daleko od uszu niebianina
zmierzającego ku pasącym się nieopodal koniom.
-
Pora wracać, Estalavanesie – polecił Aarim przez ramię, nie oglądając się na
zażenowanego swym wybuchem chłopaka. - W drodze powrotnej zdecydujemy czy
poinformować twych przyjaciół o tym co zaszło, o czyhającej w mroku obecności.
Natomiast po obiedzie odbędziemy wspólnie naradę odnośnie dalszej trasy.
Est
opieszale poczłapał za zleceniodawcą. Może i najgorsze minęło, pierwsze
wrażenie wygasło niby żar z paleniska, ale podobnie jak ogień pozostawiło w
duszy trwałe aż po kres życia piętno. Aarim miał rację, powinni jak najszybciej
stąd odejść. Odjechać poza zasięg widma, które namieszało mu w głowie.
Nieszczęsnego stworzenia, które otworzyło mu oczy na kolejną prawdę dotyczącą
świata: nic nie jest tym, na co w wygląda.