Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O kryzysie!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O kryzysie!. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 grudnia 2024

"Samobójstwo jednej z Nas"

- Myślisz o samobójstwie? – zapytałam z troską.

            Spojrzała na mnie, głęboko zaglądając mi w oczy. Wyglądała jakby namyślała się nad odpowiedzią, której ostatecznie nie udzieliła.

            - Późno już – powiedziała bezbarwnym głosem. Jej wzrok momentalnie zmętniał, przyciągany linią horyzontu. – I robi się zimno.

            Po tych pustych, pozornie pozbawionych znaczenia słowach wstała i wepchnąwszy dłonie w kieszenie skórzanej kurtki odeszła w swoją stronę. Bezsilna odprowadzałam ją wzrokiem zastanawiając się, czy widzę ją po raz ostatni.


Mijały miesiące, a ja coraz dotkliwiej odczuwałam jej nieobecność. Wreszcie, po ponad połowie roku, zamknęłam się w sobie, wycofałam i zniechęcona popadłam w stan, który doskonale znałam, a do którego wracać nie chciałam. Z każdym kolejnym dniem oddalałam się od siebie i ludzi, uciekając w uzależniającą samotność.

                    Ale tak naprawdę ja nigdy nie jestem sama.

            - Herbatki? – zaproponowała Motywacja, z entuzjazmem prezentując szklany zaparzacz ciśnieniowy. – Zielona, twoja ulubiona!

            Westchnęłam, z obojętnością spoglądając na przedmiot w jej dłoniach. Chcąc mnie rozweselić, Motywacja potrząsnęła nim mocno, aż zaszeleściły suszone liście oraz kawałki liofilizowanych owoców. Niestety, nie wywołało to uśmiechu na mojej twarzy. Starała się mnie rozweselić, doceniałam jej wysiłki, ale w tej chwili nie herbatki były mi w głowie. Staczałam się. Z każdym dniem coraz niżej i głębiej w odmęty melancholii.

            Niezrażona niepowodzeniem Motywacja odstawiła zaparzacz na blat i pstryknęła przełącznik elektrycznego czajnika. Narastający syk gotującej się wody na moment zajął moje ospałe myśli. Nie zaliczam się do osób noszących ciszę pod czaszką – w mojej głowie nieustannie roją się niezliczone refleksje, rodzą się koncepcje, umierają pomysły… Ale i tych zaczynało brakować. Pustka ogarniała mój umysł, tak jak odrętwienie ciało. Stopniowo, niedostrzegalnymi etapami popadałam w apatię, którą wyzbyte zrozumienia otoczenie błędnie nazywało prokrastynacją. Dlatego też nauczyłam się polegać wyłącznie na sobie. I dlatego na przestrzeni lat zrodziłam tak wiele wersji siebie.

            A teraz jedna z nich odeszła. Prawdopodobnie na zawsze.

            Bez udziału świadomości wychwyciłam aromat świeżo zaparzonej herbaty „Green Orange”. Ściągnęłam łokieć z blatu, podczas gdy Motywacja ostrożnie postawiła zaparzacz na stole, tak bym miała go na linii wzroku. Wiedziała jak bardzo lubię obserwować nasiąknięte wodą owoce i liście z powolną elegancją opadające na dno.

Rozległy się stuki ceramiki i po chwili Motywacja wróciła z dużym białym kubkiem ozdobionym wizerunkiem rekina wynurzającego się z wody. Z jego rozwartej paszczy strzelała tęcza, a nad całością widniał napis „I’M TOTALLY JAWSOME!”. Jednak i to nie podniosło mnie na duchu.

Motywacja przysunęła sobie taborecik i usiadła po mojej prawej, nie odrywając ode mnie jaśniejącego pragnieniem niesienia pomocy spojrzenia. Dla własnego bezpieczeństwa starałam się na nią  nie patrzeć.

            - Co mogę dla ciebie zrobić? – spytała energicznie.

            Przytknęłam skroń do zimnej ściany i przymknęłam powieki, chcąc w ten sposób choć na moment zapomnieć o otaczającym mnie świecie. Wcale nie potrzebowałam jej pomocy. Nie potrzebowałam żadnej głupiej herbaty ani bezsensownej rozmowy. Sama już zapomniałam, co było mi teraz potrzebne. Zgubiłam się. Straciłam marzenia i pragnienia, nie miałam celu, do którego mogłabym dążyć, a poczucie, jakobym miała wszystko i że nic więcej w życiu mnie nie czeka, uderzało prawdziwością w swej niedorzeczności. Przecież tak wiele jeszcze przede mną…

            - Czy ciebie do reszty pogibło, Motywacja?! – zagrzmiał despotyczny głos za moimi plecami. Gwałtownie wyprostowałam zgarbione plecy, nie ważąc się obrócić. – Co wy tu za scenki odstawiacie?! Herbatki popołudniowe? Serio?

            - Och, Dyscyplino, jeszcze chwilka i będzie nadawała się do picia – zaszczebiotała Motywacja. – Przyłączysz się do nas? Ty również jesteś mile widziana, Autokrytyko, choć wolałabym, byś powstrzymała się od komentarzy. Wiecie gdzie znaleźć kubki?

            - W dupę wsadź sobie te kubki! Przyszłam tu po nią!

            Nie widziałam tego, ale wycelowany w moją potylicę palec Dyscypliny był aż nader wyczuwalny w napiętej atmosferze.

            - Nie tylko pozwoliła Inspiracji odejść, ale na domiar złego puściła samopas Determinację! Moje maleństwo biega gdzieś samotne i przestraszone, pewnie i oczy sobie wypłakuje z tęsknoty, a wy tu brytyjskie wieczorki odwalacie!

            Zaschło mi w gardle. Sprawa z Inspiracją to rzeczywiście moja wina, ale wypuszczenie Determinacji? Podejrzewam, że nie byłam świadoma, co robię. Nie zmienia to faktu, że silnie z nią związana Dyscyplina postanowiła w odwecie wziąć mnie w karby czy tego chcę, czy nie. I to dosłownie!

             - Koniec z użalaniem się nad sobą, frajerko! – Szarpnęła mnie za karczek koszulki i bez trudu pociągnęła ku sobie, za nic mając moje boleśnie przyduszone gardło. – Aż rzygać się chce od patrzenia na ciebie! Dupa w troki i idziemy szukać Determinacji! Teraz!

            Sądzę, że tego właśnie w tym momencie potrzebowałam. By podjęto konkretne działania za mnie. I po cichu liczyłam, że przy okazji odnajdę też Inspirację…


    Taki krótki tekścik "pisany na kolanie" na rozkręcenie weny. Ostatnio cholernie mi jej brakuje, a teraz jeszcze weszłam w nastrój utrzymujący mnie w przekonaniu o własnej nieudolności... Cóż, to chyba jeden z tych dni. Zbyt częstych dni, na mój gust.

    Dawno mnie tu nie było, czas nadrobić zaległości. Autokrytyka wciąż mnie nagabuje, ale jak tylko ramię w ramię z Dyscypliną odnajdę Inspirację, to we trzy skutecznie zamkniemy jej gębę! Tymczasem... troszkę poczytam. Albo może pogram?

🎵 Treasured Memories - Tyler Pierce 🎶

wtorek, 15 października 2024

Żyję!

Ale co to za życie? W sumie jak każde inne. Właśnie finiszuję dwudniowy urlop, kończę redagowanie 2.8, w międzyczasie ukatrupiłam Echo Lilith w Diablo IV oraz ponownie ukończyłam Czarną Cytadelę i jakoś tak czuję, że przez ten dwudzień nic nie zrobiłam...
    Prawdopodobnie dlatego, że nie napisałam nic nowego, nie pociągnęłam dalej 4.21. Jakoś nie potrafię wczuć się w Esta w tej scenie. Rozpisałam ją na poszczególne postacie, zastanowiłam się nad konsekwencjami wyborów, decyzji, spontanicznych akcji i... wycofałam się. Teraz każde podejście do pisania kończy się zabieraniem jak pies do jeża: siadam, pełna werwy oraz chęci, i uruchamiam plik, by po chwili odejść zniechęcona od klawiatury i zrobić co innego z myślą "nie mam dziś weny/nastroju".
    Frustrujące. Zwłaszcza że muzyka dopisuje, podobnie wyobrażenie dalszych przygód i atrakcji czekających na bohaterów. Taka oto bariera. Podejrzewam, że wynikająca z mojej wzmożonej niskiej samooceny i zaostrzonego wewnętrznego krytycyzmu. Miałam długą przerwę w pisaniu i teraz przekonałam samą siebie, że już nawet tego nie potrafię. Wmówiłam sobie regres. Jestem tego świadoma, a mimo to nie umiem tej blokady przełamać!
    Frustrujące i fascynujące zarazem. Przypuszczam, że w pewnym momencie (tymczasowo) porzucę redagowanie Zaklinacza Żywiołów na rzecz przymusowego kontynuowania WSB albo zupełnie nowego, okazjonalnie powstającego ŚZ. Trylogia wieńcząca też mnie męczy, ale tam to co najwyżej notatki dodaję.

    No, popsioczyłam trochę na siebie, więc liczę na srogiego, dyscyplinarnego kopa od własnej motywacji!


🎵 Epic Grandeur - Florews 🎶

wtorek, 3 września 2024

A czemu by nie...? Trochę o zabawie w wyklejanie.

Jako że aktywnie przechodzę jeden z większych kryzysów twórczych, postanowiłam zanudzić Was postem o jednym z moich hobby. Mam na myśli haft diamentowy lub też mozaikowy, rodzaj wyklejanki polegającej na umieszczaniu niewielkich różnokolorowych diamencików/dżecików na specjalnie przygotowanym płótnie z warstwą klejącą. Nigdy się tym nie chwaliłam, uważając tego typu rozrywkę za coś dziecinnego i bezwartościowego. Ot, doskonała czynność by nieco się odprężyć, zrelaksować i odzyskać cierpliwość. Nic wielkiego, a jednak...

(Przed rozpoczęciem)

   ...tak mnie pochłonęła, że nie zliczę, ile już mam wyklejonych obrazów, a ile jeszcze czeka w kolejce. Na ścianach zaczyna brakować miejsca, a co ważniejsze, żadna z osób mnie odwiedzających nie uznała tego za tandetę czy dziecinadę. Wręcz przeciwnie, obrazy 50x70 robią wrażenie. A jak się mienią w sztucznym oświetleniu... 🤩 Co prawda ostatnia wyklejanka nie należała do największych, ale i tak zajęła mi dwa miesiące. I dała mnóstwo przyjemności. Widoczne efekty dają mi jej najwięcej, jednocześnie mocno mnie motywując do dalszej pracy. Zwłaszcza w chwilach, gdy Wena wybywa gdzieś daleko. Zakładam wtedy słuchawki, włączam muzykę i biorę się za wyklejanie, popuszczając wodze fantazji... 

(Połowicznie wyklejony obraz - dla porównania)

    Wiele scen opisałam w trakcie wyklejania, nie mówiąc już o ogromie notatek, jakie sporządziłam. Jak widać nie jest to wymagająca aktywność, niemniej konieczna jest odrobina skupienia, ale mając choć szczątkową podzielność uwagi można oddawać się dwóm rozrywkom na raz. Win-win!

(Finalne dzieło w rozmiarze 35x45 - ok. 25 000 diamencików)

    Powyższe zdjęcie celowo wykonałam przy sztucznym oświetleniu, by uchwycić ten migotliwy połysk. Niestety i tak nie oddaje rzeczywistości, ale nie narzekam, w słońcu nie prezentuje się tak... odpustowo 😅 Z tej serii mam jeszcze paladyna (ukończonego) oraz druida i kleryka. Myślę, że skoro już się przełamałam, to będę wrzucać następne "dzieła". Może już nie z podziałem na etapy, ale ich finalne wersje.

    Tymczasem pora nynać. Upały mordują mnie jak nigdy przedtem i boję się, że nie wstanę. A jutro pobudka bardzo wcześnie... 

🎵 Not on My Watch - Utho Riley 🎶

sobota, 31 sierpnia 2024

 - Dlaczego wciąż tu jesteś? – Usłyszałam zza pleców. – Bezproduktywność ci nie służy.

Ten głos… Skrzywiłam się mimowolnie, ściągając brwi i odsłaniając zęby. Nie spodziewałam się go tu, nie teraz, nie w tym miejscu, MOIM miejscu.

- Idź stąd – syknęłam, nie otwierając oczu. – Nie powinno cię tu być. Zagłuszasz utwór.

Ale on nie odszedł. A ja nie musiałam patrzeć, by ujrzeć, jak z zaciekawieniem rozgląda się po kompletnie pustej przestrzeni, czarnej jak tylko można sobie wyobrazić i wybrzmiewającej tonami muzyki, której działaniu z przyjemnością się oddawałam.

- Tu nic nie ma.

- Ale ty nadal jesteś! – sarknęłam, tracąc cierpliwość. Ostatnio zbyt prędko ją traciłam, była jak piasek, który próbowałam schwycić rozcapierzonymi palcami. Jak czas, który nieubłaganie płynął, za nic mając świat, który przed sobą toczył i ludzi, których życie bezwzględnie wywracał.

Nie odezwał się, więc i ja milczałam, wczuwając się w wysokie dźwięki, zestrajając z żywym, aczkolwiek melancholijnym taktem, dając się porwać uskrzydlonej harmonii instrumentów i zmysłów…

Ciemność wokoło migotała opalizującymi rozbłyskami, gdy pchnięta inspiracją wyobraźnia w rytm muzyki przebijała się przez zbitą, lodową powierzchnię samotności, z delikatną gwałtownością wnikając w pustą głębię i subtelnie wypełniając ją porządkiem, ruchem, życiem i barwami. Jak kwiat słonecznika z przymkniętymi powiekami wpatrywałam się w płonące jaskrawym błękitem niebo, poskromione bladymi promieniami zalewającymi moją siedzącą sylwetkę. Wokół unosił się zapach dogasającego lata, słodki aromat spowijał rżyska po żniwach, rześka bryza napływała z oddalonego o pięć kroków stawu, w którego pełnym ruchliwego życia zwierciadle przeglądała się zgarbiona wierzba. Pożółkła trawa szeleściła wokoło i szemrała, głaskana parnym tchnieniem swawolnego zefiru, któremu nie dość było rozkoszy, by pieścić także pochylone ramiona smukłych brzóz i wdzięcznych olszy.

- Tu jest moje miejsce – powiedziałam, gdy umykające z ciasnego upięcia pasemka włosów połaskotały moje policzki. – Tu jestem sobą.

- Wszędzie jesteś sobą, bo kimże innym miałabyś być? – odpowiedział Wena stojący teraz po mojej lewej.

- Często o tym zapominam.

- Zatem będę stał na straży twej pamięci, by działała nieprzerwanie.

Zdobyłam się na słaby, zbędny uśmiech. Wena instynktownie wiedział, co we mnie siedzi. Był częścią mnie. Nierozerwalną. A ja byłam częścią świata, w którym z ochotą przebywałam. Zupełnie jak teraz.

- Dziękuję – wyszeptałam, otwierając oczy. I nagle spostrzegłam kogoś, kogo nie spodziewałam się tu ujrzeć. – Wena… - jęknęłam, wstając raptownie.

- Nie widzą nas – uspokoił mnie, choć jego głos nie wyrażał żadnych emocji. Typowo ludzkim gestem wskazał scenę rozgrywającą się pod starą, pełną uroku wierzbą. – Ale ty widzisz ich. Obserwuj. Zapamiętuj. Czuj. Bądź sobą. Bądź nimi. Stań się częścią wydarzeń. Tu jest twoje miejsce. To miejsce jest w tobie.

            Instrukcje Weny okazały się zbędne, bo oczarowana nie potrafiłam oderwać od nich oczu…

***

Długo zbierałam się, żeby cokolwiek napisać. Można powiedzieć, że zgorzkniałam, wycofałam się do swojego świata, zakopałam głęboko i nie wyściubiałam nosa, chyba że wymagało tego przetrwanie. Ale już jest lepiej. Upadłam, leżałam, a że nie było nikogo, kto pomógłby mi wstać, zebrałam siły i podniosłam się sama, jeszcze twardsza niż przedtem. To wcale nie jest dobre. Nie dajcie się nabrać na wszystkie te pochwały i peany dla społecznej samodzielności. Ludzie są istotami społecznymi, które - niestety - na przestrzeni stuleci straciły do siebie zaufanie, zgubiły się w rzeczywistości i zatraciły sens istnienia.

    Przez długi czas nie siadałam do Elegii z obawy, że fabuła pójdzie nie w tę stronę, w którą chciałabym. Esta i mnie łączy dość silna więź, bardzo często dzielimy emocje, a nie chcę, aby moje problemy przeniknęły do jego świata. Ale, jak już wspomniałam, jest lepiej. Powyższy tekst napisałam "od ręki" dla sprawdzenia, czy przypadkiem się nie wypaliłam. Naprawdę, obudziłam się dziś rano i nie potrafiłam sklecić żadnego sensownego opisu (mam w zwyczaju w myślach opisywać sobie różne wykonywane czynności czy rozwijać wątki, taka gimnastyka dla mózgu). Wpadłam w panikę. Najwyraźniej niepotrzebnie. A jednak cały czas trzyma się mnie lęk, że kiedyś stracę tę wyjątkowo cenną umiejętność. Że przestanę pisać, moja wyobraźnia wygaśnie i nic mi już nie zostanie...

    Na dniach powinnam wrzucić zredagowany piąty rozdział. Solidnie podniósł mnie na duchu!

    I dziękuję. Że jesteście. Że czytacie.

🎵 Timeless Journey - ComposerSquad 🎶

czwartek, 29 lutego 2024

Gdy czegoś bardzo brak...

...tak jak mnie motywacji ostatnimi czasy. Coraz częściej czuję, że tworzę sztukę dla sztuki, ale czego się właściwie spodziewałam? Nie mam siły przebicia ani parcia na szkło, a w związku z kompletnym odcięciem się od wszelakich społeczności brak mi niezbędnych znajomości w branży. I szczęścia. Myślę, że szczęście również gra tu decydującą rolę. Wiele w życiu osiągnęłam właśnie dzięki niemu. Sprzyjające zbiegi okoliczności, nadarzająca się szansa strzelająca mnie w pysk, okazja leżąca wprost na drodze - to wystarczy, by zastąpić czy też podciągnąć znikome umiejętności. Choć, nie umniejszając sobie, niektóre z nich wysoko rozwinęłam.
    Ale ja nie o tym.
  Motywacja. Generalnie z pisaniem zostałam sama. Całkiem dosłownie. I jak cholernie kocham samotność, tak momentami nieco mi doskwiera. Kiedy nie ma do kogo gęby otworzyć i przegadać wyjątkowo kłopotliwej sceny. Kiedy nie ma się kogo poradzić odnośnie wydźwięku i treści. Spytać o radę w związku ze zmianami w charakterze bohatera (w 4 kilkoro się "łamie" i zależy mi na utrzymaniu szczególnej naturalności). Fabuły. Logiki i fizyki (magia w znacznej mierze jest na niej oparta). Mnie wszystko może się wydawać w porządku, ale wiadomo, druga para oczu wychwyci to, co ja ominęłam. Ponadto tworzę z wiedzą o tym, co się wydarzy i jak do tego dojdzie, natomiast Czytelnik jest tej wiedzy pozbawiony. Tu też rodzi się sporo wątpliwości - czy historia ma sens, czy jest spójna.
   Nie znaczy to jednak, że przestałam pisać. Po prostu piszę mniej. Nic mnie nie napędza, żeby tworzyć. Więcej wolnego czasu poświęcam na granie, czytanie czy haft diamentowy. Ale dotkliwie odczuwam ten nadmiar wolnego, a jakoś nie potrafię zachęcić samej siebie, by siąść przy klawiaturze. Dodałam nawet kolejne notatki do 6 i 7, całkiem rozwinięte, ale wciąż tylko notatki. Napoczęłam kilka nowych opowiadań z uniwersum. Też jakoś tak zastygły. Wszystko zastyga, nie wiem czemu.
   Może to wina przedwiośnia. A może jestem malkontentką. Podejrzewałam nawet wypalenie, ale gdyby tak było, zupełnie nic nie potrafiłabym napisać. Najwyraźniej brak mi paliwa, sam proces twórczy już mnie nie satysfakcjonuje, bo to zwykła jazda na oparach. "A, walnę se jakiegoś teksta" - takich mam wiele. 

   Nic to, pomarudziłam sobie, coś tam naskrobałam w poście, może teraz chętniej ruszę. W co raczej wątpię. Ale nie poddałam się. Zresztą, uprzedzałam już wszystkich "miłych i uprzejmych", że specjalnie dla nich nie zrobię sobie przerwy. Nie jestem złośliwa. Ani przekorna. Po prostu niektórzy ludzie zwyczajnie mnie wkurwiają, a bardzo nie lubię, kiedy ktoś mnie wkurwia...

Gadać może każdy. Ale nie każdy przejdzie do czynów.


🎵 Prey for the Gods - Omniscore, Ian Fontova, Antti Martikainen 🎶

piątek, 26 stycznia 2024

...

Łooo, dawno mnie tu nie było, ale co się dziwić - wiele się działo przez ten czas. Maniaczyłam w Stardew Valley, pisałam coś zupełnie nowego, zaniedbałam czytanie książek, przemęczyłam chorobę Paladynki, a teraz morduje mnie katar i wkurzają ludzie. Ech, cóż za marnotrawstwo życia...😩

   4.16 nie ruszyło się ani o słówko.
   1.23 doprowadza mnie do bólu głowy, tyle tam zmian i poprawek.
   Trylogia wieńcząca za mną chodzi...
   Zbiera się ekipa do ogrywania 3 sezonu w Diablo IV...
   Dziedzictwo Hogwartu upomina się na Steamie...
   W Stardew Valley czekają krówki i kurki...

   ...A gdzie czas na to wszystko?😭 Wypadłam z rytmu przez te choróbska. Od nowa muszę przeczytać 4, bo nie pamiętam już szczegółów poprzednich rozdziałów (te zanotowane na przyszłość wydają mi się niedokładne). Czuję się przytłoczona. Ale jeszcze bardziej przytłaczający są "Łowcy kości" Stevena Eriksona. Przeczytałam zaledwie kilkadziesiąt stron i leży tak tomiszcze od miesiąca na biurku i straszy grubością (1051 stron tekstu powieści, drobna czcionka, niestandardowo niewielki odstęp wierszy), przesadną ilością opisów dosłownie wszystkiego oraz bohaterów, których i tak nie polubię. Dlaczego więc to czytam? Ha, podoba mi się styl pisania autora oraz bogactwo słów i terminów, jakich jeszcze nie znałam. Czasem to wystarczy, by zamknąć moje malkontenctwo na czas lektury.

   No nic, dałam znak życia, okazuję wdzięczność za zainteresowanie💟 i wracam do redagowania 1.23. Pochrzaniło się w poprzednim rozdziale i teraz chłopaki muszą jakoś ogarnąć ten bajzel. Imt nieźle Magowi nabruździł, ale staruszek łysy łeb ma nie od parady...


🎵 The Warrior of Darkness - Fox Sailor 🎶

poniedziałek, 11 grudnia 2023

Czy i Wasze życia rysują się sinusoidą?

Od naprawdę długiego czasu noszę się z zamiarem napisania czegoś treściwego na blogu, ale ilekroć siadam do klawiatury, mam pustkę w głowie. Identycznie rzecz ma się z czwartą księgą Elegii - jakbym straciła zacięcie. W sumie częściowo je straciłam. Nie pisałam przez jakieś pięć dni, bawiąc się tylko w redagowanie 1.21. A i to jakoś mi nie idzie. Wszystko bym tam wyzmieniała, a najlepiej wyciepała na hasiok i tyle widziała, o!
    Generalnie to ostatnio nic mi nie idzie. Tu nawet nie chodzi o absurdalnie wysoki poziom samokrytyki. Masa problemów się nawarstwia i mój ostatni hype-humor właśnie runął, pogrążając mnie w ruinach rzeczywistości. Nie mam ochoty pisać, czytanie też mnie jakoś nie nęci, wykupiłam miesiąc abonamentu w WoWie choć niespecjalnie mnie rwie do grania, na dodatek łapnęłam jakiegoś szpetnego zarazka, a z przedszkola Paladynki co rusz maile o tajemniczej, potwornej chorobie atakującej węzły chłonne i wymagającej hospitalizacji 😵 Nie wspominając, że w pracy pewna mamuśka kopie pode mną dołki i sama w nie wpada, ale smród z tym związany nieco zatruwa mi życie...
   I gdzie tu miejsce na koncentrację? Wreszcie cieszę się, że pora roku w rzeczywistości zbiegła się z estariońską i co? U nas nastanie wiosna, a Kampania Zimowa w powijakach, końcówka jedenastego miesiąca, kiedy my połowę grudnia mamy. Absurd!
    Ale z drugiej strony... przecież czas mnie nie goni. Nie mam dedlajnów. Nikt mi nie sapie, że spóźniam się z terminem. Nawet jeśli oleję pisanie na dłużej, to nikomu krzywdy nie wyrządzę. Tylko co ja z tym czasem wolnym zrobię...? 😅



🎵 Sun - Louis Viallet 🎶

poniedziałek, 18 września 2023

Zaznaczam obecność

Dawno mnie tu nie było. Chociaż nie, bywam tu codziennie, ale jakoś tak nic nie składało się na chęci do pisania. Pisania na blogu oczywiście, bo 4.10 ma już trzynaście stron, a 1.15 za kilka dni gotów będzie do publikacji na Wattpadzie.

    Przez ostatnie tygodnie wiele się wydarzyło. Byliśmy nad morzem z Yagódziami. Przechodziłam głęboki kryzys twórczy (jak zwykle, kiedy wzbiera czerwona woda), tożsamość też zeszła na dno i uwierzyłam w swoją beznadziejność, przez co odechciało mi się kompletnie wszystkiego i nawet granie nie bardzo mi szło. No i w piątek był wyjazd integracyjny, na który w ostatnich dniach zaczynałam marudzić - nawet myślałam, żeby się wymigać! Ostatecznie pojechałam. I poznałam masę nowych intrygujących ludzi, nadziwiłam się ich zainteresowaniom oraz historiom i wyładowałam energię na dzikich tańcach. Wyjazd integracyjny to magiczny czas, szansa poznania drugiej natury osób, z którymi się pracuje. Niesamowita sprawa. Usłyszałam wiele dobrego, a że kilku rozmówców i rozmówczyń było już nieco wstawionych, uznałam to za dodatkowy, czarujący atut. Tak, jestem krytyczna dla siebie samej, a programiści i devopsi nie powinni umniejszać swoich umiejętności uważając je za... wybaczcie, nie pamiętam dokładnie jakich słów używaliście, ale nie zgadzam się z nimi. I nigdy nie porównujcie się do innych, bo jesteście sobą, a to jest najważniejsze! Jesteście super, naprawdę!

    No dobrze, jak widać nie mam za bardzo pomysłu co tu dalej pisać, więc wracam do redagowania, bo zaraz trzeba nakopać Skąpstwu. Moje wewnętrzne dziecko wreszcie posłało do spania wewnętrzną starą babę...


🎵 Goliath - Trevor Demaere 🎶

środa, 5 lipca 2023

Na bezweniu wszystko wena

Czasem, gdy dopada mnie bezwenie, próbuję czytać ulubionych autorów, by zaczerpnąć nieco inspiracji. Innym razem, gdy literatura nie pomaga, sięgam po własną twórczość, losowe rozdziały napisanych już tomów. Zdarza się, że martwi mnie mój obecny stan, bo czuję się, jakbym nigdy więcej miała nie napisać nic podobnego. Wydaje mi się wtedy, że tęskno mi do Estarionu, do chłopaków i ich przyjaciół. Oraz wrogów.

    Po tylu latach pisania wiem, że to normalne mieć chwile kryzysu twórczego. Wielu światowej sławy autorów i autorek twierdzi podobnie. A mimo to gdzieś z tyłu głowy zaczepia mnie myśl, że to wypalenie. Wówczas na przekór sobie piszę cokolwiek, by nie zapomnieć, jak to jest pisać. Nieważne, że nigdy nie wykorzystam poniektórych tekstów. Ważne, że robię cokolwiek, by walczyć ze słabością. Piszę zalążki scen, dodaję coś do notatek, rozwijam wątki, podkręcam sceny. 

Ten świat żyje naprawdę, a ja nie zamierzam zostać w tyle!

    Druga sprawa - w czwartej księdze zrobiło się mrocznie i ponuro. 4.8 mnie dobił, a 4.9 wcale nie pociesza. Z niecierpliwością oczekuję pojawienia się Ramneiczyków, być może rozładują rosnące napięcie. No i kampania zimowa daje wszystkim nieźle popalić, nawet mnie. Swoją drogą zauważyłam, że gdy u nas jest lato, Estarion skuwa lód. A kiedy za naszymi oknami sroży się zima, estariończycy szukają ochłody w cieniu kwitnących drzew. Coś w tym musi być.

🎵 Nemesis - Fox Sailor 🎶


    I na zakończenie. Dawno nie bawiłam się z graficzną AI. Weszłam ostatnio z nudów/bezwenia i wrzuciłam opis Esta. Jakieś kilkanaście kliknięć i dwadzieścia minut później otrzymałam względnie zbliżony do oryginału portret białego elfa. Niestety nie udało nam się dojść do porozumienia w kwestii tygrysich oczu, ponieważ Mid jak na złość dodawał od siebie kocie uszka w gratisie 😆

Wiem, że nie każdy ma ochotę oglądać cudzą wizję książkowych postaci, dlatego zainteresowanych zapraszam...

niżej👇

środa, 24 maja 2023

Bitwa myśli

Nienawidzę, gdy moje myśli to robią. Dzielą się na frakcje i kosztem mojej psychiki prowadzą srogie batalie, których największą ofiarą staje się moja stabilność emocjonalna. Pierwsza, wszczynająca krwawą rewoltę, nawołuje pozostałe pod sztandarem beznadziei i daremności. Ich hasłami są: "po co to robisz, skoro nikogo to nie obchodzi?" albo "jesteś beznadziejna w tym co robisz, odpuść wreszcie, nigdy nie napiszesz niczego wartościowego!" czy też zapożyczone "odpocznij od pisania, najlepiej na zawsze."
    I kiedy wreszcie zaczynam się z nimi zgadzać, kiedy kapituluję, uznając ich rację, druga frakcja zaczyna czuć nacisk i presję, pragnąc wybić ponad oszczerców. Próbują wzmocnić wiarę we własne możliwości, bo w siebie już nigdy nie uwierzę. Wskazują, że to, co robię ma sens, nawet jeśli przeczytają to od początku do końca raptem trzy osoby.
   Zwykle brałam ich stronę.
   Potem uznawałam, że choćby na przekór złośliwcom pociągnę to dalej.
   Teraz mam ochotę powiedzieć, że wisi mi to już.

   Kropka.

poniedziałek, 15 maja 2023

Opinie, recenzje, komentarze

Dożyłam koszmarnych czasów, kiedy nie mogę ufać prawie nikomu, a już na pewno nie opiniom, recenzjom i komentarzom w Internetach. Wszystko jest na sprzedaż i po znajomości...

  Chcę kupić sprzęt do domu - pod każdym konkursowe opinie, sponsorowane recenzje, kupione komentarze. A sprzęt barachło.
   Potrzebny mi kosmetyk do szczególnie paskudnego typu cery - wybrany top 1 i w ogóle cud-miód-malina. W efekcie ryje mi skórę.
   To samo tyczy się książek. Muszę zdawać się na znanych mi autorów albo wybitnie wąskie grono osób, absolutnie nie z przypadku. Na Lubimy Czytać pierdyliard ocen przedpremierowych, oczywiście 10/10 (zwłaszcza od osób mających na koncie TYLKO jedną przeczytaną i jedną skomentowaną...). Ile już się na tym przejechałam, to tylko biblioteka zliczy na podstawie podrzucanych im "podarunków".
 
   Kończy się na tym, że spędzam jałowe godziny w Internecie na dochodzeniu, co jest warte wydania pieniędzy, a czego lepiej nie ruszać... Żyję w czasach, kiedy na wyciągnięcie ręki mam dosłownie wszystko, ale dezinformacja rozwija się w najlepsze. I nie chodzi o "gusta" ani "upodobania".

   Ok, pomarudziłam sobie. A teraz wracam do szukania elektrycznego grilla, peelingu enzymatycznego i książek. Głęboko gdzieś mam rekomendowane strony...


🎵 Fire Angel - Phil Rey 🎶

piątek, 28 kwietnia 2023

Niewinne zabawy z AI...

Kto by pomyślał, że webinary w pracy mogą być tak ciekawe i inspirujące! Szczególnie, kiedy dotyczą sztucznej inteligencji, cholernie kontrowersyjnego i potężnego narzędzia coraz szerzej wykorzystywanego we wszelakich dziedzinach. Zabawne, że myśli osób, z którymi o tym rozmawiałam, podążają w kierunku Terminatora, Mass Effect'a czy jeszcze innych katastroficznych scenariuszy zakładających bunt inteligencji przerastającej tę ludzką. Dla mnie, aspołecznego piwniczaka umyślnie ograniczającego kontakty z ludźmi, jest to fenomenalna szansa na zachowanie swojej "introwertycznej" postawy oraz podtrzymanie strefy komfortu, w której funkcjonuję z maksymalną wydajnością. Już wyjaśniam...

    Tworzenie okładki do papierowego wydania Białego Elfa było czasochłonną mordęgą - kontakt przez pośrednika w postaci Wydawnictwa, dogrywanie szczegółów, brak zrozumienia ze strony projektantki, liczne poprawki... Trwało to ze dwa lub trzy tygodnie, po czym przyjęłam, co dostałam, nie chcąc przedłużać i żeby przypadkiem nie wyjść na upierdliwą, wiecznie niezadowoloną marudę. A i tak efekt końcowy nie wprawił mnie w osłupienie. Był zwyczajnie OK. A teraz proszę, postanowiłam "pogadać" z Midjourney AI i sprawdzić, jak on/ona/ono (zaimki? Ech...) poradzi sobie z tym zadaniem. Po godzinie osiągnęłam obraz, który postanowiłam wrzucić na okładkę Wattpadowego Białego Elfa. Nie jest to szczyt perfekcji, bo oczy Esta powinny być bardziej kocie a uszy ciut dłuższe, ale hej!, przecież to tylko godzina działań, a ja jestem kompletnym żółtodziobem. Mimo to efekt wyjątkowo mnie zadowolił. Do tego stopnia, że poświęcam na ćwiczenia godzinkę lub dwie każdego wieczoru, sprawdzając, eksperymentując, wczuwając się i szlifując angielski. I tak zatoki mam boleśnie zatkane, a całości złego samopoczucia dopełniają rozwścieczone do czerwoności hormony odmawiające współpracy z Weną, więc nie trwonię czasu przeznaczonego na pisanie.

    Poniżej wspomniana grafika, którą wykorzystam też na blogu - możecie spodziewać się, że w miarę jak przyrastać będą Wattpadowe tomy, w panelu po prawej pojawią się okładkowe odsyłacze do adekwatnych ksiąg.

         Wrzucam też wygenerowane alternatywne grafiki, których nastrój bardziej pasuje do Pierwszej Księgi. Lewy górny był moim faworytem do czasu pojawienia się powyższego.

    Teraz próbuję ogarnąć portret Cola, ale coś nie potrafimy się dogadać w kwestii tatuażu (osadza go na całej twarzy mimo moich usilnych zabiegów)... Jak zwykle zbyt komplikuję i uszczegóławiam swoich bohaterów, robiąc tym kłopot nawet AI. W każdym razie nie wróżę artystom oraz grafikom nagłej utraty pracy. Operowanie sztuczną inteligencją nie jest wcale takie łatwe, jak widać to po "dziełach" zawodowców. Wymaga sporo wprawy i doświadczenia w stosowaniu poleceń oraz obycia z samym narzędziem, które nadal jest w fazie rozwoju.

🎵 The Rise - Sjls 🎶

 

P.S. AI ma niebywały kłopot z dłońmi i dynamicznymi sylwetkami. Poniekąd to zabawne. Poniekąd przerażające. Zwłaszcza w trybie chaosu...

czwartek, 2 marca 2023

No title

Obecny kryzys wszedł mocno. Ile już trwa? Miesiąc? Najdłuższy dotychczas. Poniekąd przerażający. Zmusza mnie do myślenia, że naprawdę powinnam odpuścić sobie pisanie (jak skomentował ktoś po złośliwości: odpocząć od tego). Może faktycznie się nie nadaję? Coraz częściej łapię się na czarnomyśleniu redagując własny tekst, który został już wydany w formie przedczteroletniej.

     To nie jest kwestia braku pomysłów, bo tego mam zatrzęsienie, a dochodzą kolejne. Spokojnie wypełnią pozostałe tomy septalogii i trylogię wieńczącą. Kilka opowiadań też już mam. Tu chodzi raczej o inspirację, motywację i koncentrację. Siadam do tekstu, a po pięciu minutach studiuję sufit lub ścianę. Wracam do pisania, ale nagle zachciewa mi się herbaty. Czuję się, jakbym przed tym uciekała. Nie rozumiem tego, bo nigdy przedtem nie doświadczałam tak nieprzyjemnego wrażenia związanego z moim hobby. To nie jest wypalenie, nie traktuje tego ani jak obowiązek, ani jako pracę zarobkową. Więc co jest ze mną nie tak?

      Po cichu liczę, że jak wrócę do blogowania, to wróci Wena. Dawno go nie było. Nie wiem, czy nie znalazł sobie kogoś odpowiedniejszego na moje miejsce. Chcem, ale nie mogem. Ach, a za pasem premiera Diablo IV... i wjedzie growe nołlajferstwo.

 

 Tym maluszkiem stopili moje skamieniałe serce...

wtorek, 27 grudnia 2022

Są odmienne typy, które nazywają "sortem"...

         Ach, święta. Okazja do obserwowania rodziny w naturalnym środowisku. Hałas. Awantury. Czepialstwo. Upierdliwości i inne wciórności. Z przyjemnością wróciłam do roboczej codzienności i spokojnej rutyny. Za to, jak już wspomniałam, miałam trochę czasu na obserwację. Nie tylko rodziny. Po prostu ludzi. I jeszcze mocniej utwierdziłam się w przekonaniu, że pustelnictwo jest mi pisane. Siedzenie "w szafie", co może być zrozumiałe bardzo dwuznacznie. Najbardziej jednak przerażają mnie ludzie, którzy za cokolwiek się biorą, natychmiast przeobrażają to w konkurencję...

        Znacie to uczucie, kiedy usłyszeliście utwór, który głęboko zapadł Wam w pamięć, puszczacie go na forum publicznym i nagle pada setka zdań typu "o, to ja znam coś genialniejszego!", "meh, znajoma komponuje lepiej", "ty, a posłuchaj tego! To dopiero coś!"? I tak się zastanawiacie, o co właściwie chodzi, skoro chcieliście tylko pochwalić się ulubionym utworem, pogadać o nim? Albo oglądacie serial, zagadujecie szukając wspólnych tematów i to samo: "trzy odcinki w weekend?! Ja obejrzałam trzy sezony!" albo "nie oglądaj tego szitu, XYZ sobie zobacz". To samo z książkami, grami i czymkolwiek jeszcze. Rywalizacja. Pęd. Nie mam pojęcia za czym. Po co. Przez to strasznie mi brzydną tytuły i wykonawcy. I nie wiem, czy tylko ja tak mam, czy inni też się z tym spotykają, ale nie podoba mi się to. Wracam do szafy, gdzie w spokoju mogę się oddać słuchaniu muzyki, oglądaniu seriali, czytaniu książek czy graniu w gry. Albo pisaniu. Z tym ostatnio gorzej, bo spędy rodzinne doprowadzają mnie do obłędu i nijak nie potrafię wieczorami skupić się na powieści. A jak mam pisać na odwal, to wolę zrobić sobie przerwę.

🎵 Maruder - Epic North 🎶

sobota, 17 grudnia 2022

W grudniu po południu

         Dni takie jak ten są miłą odmianą od codzienności. Szczególnie, że ostatnie dwa tygodnie spędziłam w domu z chorą Paladynką, jednocześnie pracując zdalnie w najbardziej morderczym okresie, czyli na przełomie roku. Myślałam, że coś wieczorami popiszę, ale jazda na trzy etaty wysysała ze mnie siły w stopniu pozwalającym wyłącznie na czytanie lub granie. A że wreszcie na Steam wyszedł Assassin's Creed Valhalla, to już w ogóle wsiąkłam. Rewelacyjna gra.

        Wracając do dnia dzisiejszego - Paladynka czasem wymyśla własne słowa, które skrzętnie zapisuję, jeśli są wybitnie oryginalne. No i masz ci los, dała życie nowemu bohaterowi, nadając mu niesamowite imię. Wpisuję je w przeglądarkę, a tam miła dla oka informacja, że nie znaleziono wyrażenia. W piątej księdze Elegii znajdzie! Nazwisko stworzyłam z pomocą koralików z literkami do nawlekania na nitkę (i brzmi pięknie salaldahadzko!). Losowałam i układałam, a kiedy wydawały się sensowne, skrupulatnie nanosiłam na papier. Dziś napisałam scenę wprowadzającą go do historii i już go polubiłam. Jak rany, ja tam wszystkich bez wyjątku lubię... Napisałam też moment łączący wattpadową historię Nimb Tarlatahru z Elegią o Nieśmiertelnym (dla chętnych podrzucam motyw przewodni, do którego wprost bajecznie płynęłam przez wydarzenia: Neon Drifter - Antti Martikainen 💖)

        Najwyraźniej brakowało mi pisania przez ten czas. Bałam się, że po tak długiej przerwie poleje się woda ze ścieku, a nie krew. Nie, leje się krew. Najczystsza. Szlachetna. I chociaż najwięcej jej będzie w WSB, tak w ZŻ nie zabraknie emocji i przygody.

Neth wysłał mi powyższy obrazek. No wypisz-wymaluj chłopaki 😍
 
 
🎵 Neon Drifter - Antti Martikainen 🎶

poniedziałek, 31 października 2022

Jeden z "tych" dni

         Tak, dzisiejszy dzień niewątpliwie należy do rodzaju tych, w których rozkojarzenie sięga apogeum, nic mi nie odpowiada i na nic nie mam ochoty. Apatia oraz postępująca za nią gnuśność rządzą się w najlepsze, korzystając z mojego chwilowego roztargnienia. Siadam do pisania, a w głowie kompletna pustka. W porządku, robię przerwę. Zasiadam do książki (a obecnie wciągnęłam się w wyjątkowo dobrą pozycję), czytam klika zdań i jakoś tak wyobraźnia mi szwankuje. Odkładam. Nawet muzyka nie maluje w moim umyśle barwnych obrazów nadciągających wydarzeń. To znak, że pora zająć się czym innym. Jak choćby katowaniem bety D4. Zapowiada się na fenomenalną produkcję, o ile czegoś nie spieprzą. Yacoszek, to jest gra, o której Ci wspominałam, ale nie mówiłam nic więcej, bo i tak jeszcze nie wyszła 😉

        Druga sprawa. Odkąd Neth zaczął szykować nowy regał, nerw mnie nie opuszcza. Wyobrażacie sobie, że aby postawić regał w mieszkaniu, trzeba kuć ścianę działową? 😆 Wyglądało to mniej więcej tak:

 
Nie, regał nie będzie na przestrzał. Na zdjęciu nie widać, ale ten w salonie wrócił już na swoje miejsce. Po prostu drugi (czwarty) znajduje się od strony przedpokoju. Stykają się pleckami.
 

A oto i on. Neth sam robił pomiar, ciął i składał go do kupy. Wreszcie wysokie półki na wysokie książki, które nie muszą już wystawać poza ani leżeć na wąskich półkach w salonie! Jak rany, doczekałam się.


Na koniec obecny widok z korytarza. Nim książki staną na półkach, konieczne jest ogarnięcie bałaganu i naprawienie ściany po stronie pokoju dziennego... Pomijam już, ile czasu spędziłam na sprzątaniu pyłu czy tam ogólnego syfu powstałego podczas "remontu". Nie wspomnę, jak na nerwy działają mi sprzęty i elementy wciąż zalegające nie na swoim miejscu... Ale efekt końcowy jest piorunujący. I nie mogę się doczekać, kiedy staną na nim pierwsze książki!

🎵 Talisman - Mark Petrie, PostHaste Music 🎶

sobota, 1 października 2022

Czarny Flaming - Dean Atta

      Zamówiona "na próbę", okazała się sztosem. Przeżywam teraz kryzys twórczy (uważam, że cokolwiek napiszę, gówno jest warte) i potrzebowałam (potrzebuję nadal?) odskoczni od znanych mi autorów-mistrzów. Sięgnęłam po pozycję w moich queerowych klimatach. Zaskoczyłam się niepomiernie. Po raz pierwszy zgadzam się z blurbem: "Czarny Flaming" to perełka, wręcz - czarna perła!

     Nie będę zdradzała fabuły, napiszę tylko, że absolutnie nie mam się do czego przyczepić. Autor stworzył dzieło efektowne, poniekąd widowiskowe jak sam tytułowy Czarny Flaming. Wiersz pisany prozą, otwierający oczy na sprawy związane z własną tożsamością, poszukiwaniem jej i próbami zrozumienia siebie samego. Trochę o zdrowym egoizmie, który w społeczeństwie wykorzenia się, uznając go za zły. O tym, że wcale nie widzimy prawdy, a nasze spojrzenia nie przenikają filtrów uprzedzeń oraz ignorancji, jakie wpaja nam się od małego.

     Nad lekturą spędziłam dwa wieczory. Tylko dlatego, że wczoraj zbyt późno do niej przysiadłam. I mam silne postanowienie, że książki powyższego autora kupować będę w ciemno.

poniedziałek, 26 września 2022

Kiedy nadal nie ma o czym pisać...

      Paladynka dopiero co wyzdrowiała, ale teraz przeziębienie mnie męczy. Nie ma to jak szczypiący od wilgoci nos i zapuchnięte oczy. Absolutny brak koncentracji, zmęczenie i totalne bezwenie...

     Księga III miała zostać ukończona w czerwcu bieżącego roku. Mamy koniec września, a ja utknęłam na ostatnim rozdziale. I licho mi to idzie, bo czego bym nie napisała, uważam to za kompletną katastrofę. Winą obarczam siedzenie w społecznościówkach i autopromocję. To mnie skutecznie deprymuje, nierzadko ogłupia. Odrywa od Świata Wymyślonego. A tu równe dwa tygodnie do premiery zostały. I odczuwam coraz większą niechęć. Do wszystkiego.

     W sumie to nie wiem, co jeszcze mogłabym napisać.

🎵 Enemy At The Gates - Phil Rey 🎶

niedziela, 11 września 2022

Kiedy nie ma o czym pisać...

    Miałam naprawdę długą przerwę w pisaniu Elegii. Kryzys tożsamości już dawno nie wszedł mi tak mocno, żebym stwierdziła: a ch*j tam, przecież nikomu się to nie spodoba, więc po co mi to? Przeczytałam swój pierwszy tom na włączonej najwyższej samokrytyce, wyszperałam kilka błędów (jakieś 5 na 650 stron, w dodatku efekt redaktorski, jako że w egzemplarzu pod korektę ich nie było - porównałam) i wywściekałam się na siebie za gniota puszczonego w świat. Nawet na Netcie nie zostawiłam suchej nitki, jak zaczął mi racjonalnie tłumaczyć moje nieracjonalne zachowanie względem siebie. Jestem beznadziejna, to moja wina, nie powinnam była się za to łapać, itp. Chyba jesienna chandra się o mnie upomniała. Nie wiem. Byle nie deprecha. Więzienie umysłu. Letarg.

    Jestem przerażona. Tak apatyczna i krytycznie nastawiona do życia już wieki nie byłam. Wszystko na nie. Wszystko mnie wk*rwiało. Cokolwiek bym nie zrobiła, choćbym zatańczyła jive'a na rzęsach, to i tak znalazłabym cokolwiek, byleby skrytykować własne umiejętności.

    Było źle, bo było jak kiedyś... i nagle wróciła ta lepsza część przeszłości. Ta, która z ruin stworzyła mnie na nowo. Muzyka, która uratowała mój świat. Najważniejszym z tych utworów jest "Rozkołysanka" zespołu Farben Lehre. Dlatego też spotkacie się z nią w pierwszym tomie Elegii o Nieśmiertelnym. Bo nie tylko moje życie poniższy utwór odmienił.

poniedziałek, 5 września 2022

Przegapiłam

     Wczoraj stuknął mi dwunastotysięczny dzień życia. Tak. 12 000, ale fajna liczba. Okrąglutka. I przegapiłam, a chciałam się pochwalić. No nic, chwalę się dziś, choć chyba nie ma czym.

    Kryzys twórczy zagląda mi przez ramię i ani nie dasz w pysk, bo i jak, ani nie przepędzisz - bo i jak? Nawet czytanie mi nie smakuje, bo krytyka i czepialstwo na najwyższych obrotach. Dopiero kiedy świat spłynie krwią, coś mi z tego przyjdzie. Może. I niestety popełniam błąd, czytając sobie w międzyczasie to, co niebawem trafi do szerszego (mam nadzieję) grona odbiorców. Tylko się pogrążam. Zaczęło się: to mogłam napisać tak, a tamto siak, tego mogłam przedstawić inaczej, a ten dialog to w ogóle z dupy poprowadzony. Ja to napisałam?! Nie, nie przyznaję się! Ech...

    Poważnie, informacyjnie przeglądam fejsbyka, na którym wręcz roi się od wybitnych, spektakularnych i [inne słowa pełne zachwytu] debiutów, pośród których czuję się... raczej miernie. Kojarzycie te sceny w serialach/filmach/życiu codziennym, kiedy taki niepozorny człowieczek z wyrazem kompletnej rezygnacji na twarzy zadziera głowę i szuka swojego nazwiska na liście przyjętych/zakwalifikowanych/uznanych itp.? Właśnie ja się teraz tak czuję. Kryzys wszedł mocno. Potrzebuję odbić się od dna. Pocieszam sama siebie, bo Wena gdzieś wsiąkł.