niedziela, 31 grudnia 2023

Sylwestrowe starcie tytanów

W tym roku pozwoliliśmy Paladynce nie spać do północy, co teraz wydaje mi się błędem, bo ze zmęczenia staje się nie do wytrzymania, ale mniejsza. To będzie prawdziwe starcie tytanów i nie mam pojęcia, kto wygra - rodzice po porannej kawie i wieczornym energetyku, czy pięcioletni dzieć, który wstał przed siódmą? Wiem tylko, że ja już jestem zmęczona 😅

   Za mną weekendowy maraton WoW'a i DIV, a od stycznia wjeżdża jeszcze Dziedzictwo Hogwartu i Baldur's Gate 3... Gdzie tu czas na pisanie i czytanie?! Swoją drogą, nie pisałam ani nie redagowałam od dwóch dni. Zapieprz w pracy robi swoje.

   Dobra, koniec mendzenia. W Estarionie również świętują koniec roku (święto to ma swoja nazwę, ale jeszcze jej nie zdradzę) i prawdę powiedziawszy, wolałabym tam spędzać ten czas...

   Zatem... oby Nowy Rok był lepszy od poprzedniego! 🎆🎇

czwartek, 28 grudnia 2023

Dynastia Thrawna: Chaos - Timothy Zahn

Tytułowego Thrawna pamiętałam z oryginalnej serii Gwiezdnych Wojen. Zrobił wówczas na mnie wrażenie i stał się jedną z ulubionych postaci, toteż sięgnęłam po trylogię i jeśli o niego chodzi - nie zawiodłam się. To wciąż ten sam lekko autystyczny, nieprzeciętnie inteligentny strateg.
   Sama historia nie jest porywająca. Bywały momenty nudne, przez które z ledwością brnęłam, ale też ciekawe i właściwie to one napędzały fabułę, zniechęcając do odstawienia książki na dłużej.
   Brakowało mi jednak opisów. Nawet nie szczegółowych, po prostu: opisów. Nie wiem kto, co i jak wygląda, a ras Chaosu jest całkiem sporo. Posiłkowałam się Internetem, ale i tam nie znalazłam wszystkiego, czego potrzebowałam podczas lektury. Przez cały czas nie opuszczało mnie wrażenie, że czytam książkę na podstawie serialu zakładającą, że każdy go już widział i wie, w czym rzecz. Niemniej ogromny plus za wyobraźnię przy tworzeniu imion Chissów. Rewelacyjna systematyka odpowiadająca niebanalnej hierarchii Rodzin.
   Miałam nie pisać o literówkach, ale niestety za bardzo rzucały się w oczy, by je zignorować...

poniedziałek, 25 grudnia 2023

No i znów święta

Miałam napisać wczoraj, w Wigilię, ale wyszło jak zwykle... Niemniej, mimo własnego nieogarstwa, chciałabym życzyć Wam spokojnych, zdrowych i rozsądnych świąt Bożego Narodzenia, bo co Was będę "wesołymi" okłamywać!🎄
   
   Następne dwa dni wolnego aż się proszą o spożytkowanie na przyjemności. Dla mnie będą to dni kompletnej bezproduktywności... 😵



🎵 Fire Mage - Phil Rey 🎶

czwartek, 21 grudnia 2023

Dobrzyk czy złodupiec?

Ani się obejrzałam, a już mam stadko bohaterów pierwszo- i drugoplanowych tak liczne, że reprezentuje pełen alfabet - bez polskich znaków! Mało tego, mają przeszłość oraz indywidualne motywy, cele, a nawet charakterystyczne cechy czy tiki nerwowe. Wątki niektórych się przeplatają, innych tylko ocierają się o siebie, a jeszcze niektórzy pojawiają się wyłącznie po to, żeby zginąć na tej samej stronie.

   Żartuję z tym ostatnim.

   Jak dotąd nie stworzyłam postaci, która zginęłaby w przedziale co najmniej trzech ksiąg. Nie lubię tego, a czego nie lubię, tego nie wprowadzam do mojego hobby, proste. Ponadto wydaje mi się to idiotyczne i bezsensowne. Fakt, taki zabieg może nadać smaku dramatycznemu wydarzeniu, wprowadzeniu super nikczemnego złodupca czy full cnotliwego dobrzyka, ale tworzenie bogatej postaci mija się w tym momencie z celem. W takich sytuacjach wolę bezimiennych bohaterów w formie "żywego celu", z konkretną aparycją i ewentualnie komentującego werbalnie/w myślach postać, z którą się mierzy, ale nic więcej. A jeszcze durniejszym pomysłem jest ich wskrzeszanie, bo... bo co właściwie? Bezsens. No chyba że jako truposz mający nękać bohaterów swoją obecnością pozagrobową, to jeszcze jako tako zrozumiem. 

   Mam natomiast kłopot z tworzeniem złodupców. Może nie tyle kłopot, co... Hm, jak to poprawnie ująć? Sympatyzuję z nimi. Sympatyzuję ze wszystkimi moimi bohaterami, ale z tego tytułu obawiam się, że nie są oni wystarczająco "źli" pomimo tego co robią i jak się zachowują. Rozumiem ich, nawet jeśli nie akceptuję ich postepowania. Wzbudzają we mnie różnorakie pozytywne uczucia, mimo że osobiście nie przyzwalam na pewne zachowania. Nie są upierdliwymi pierdołami, zakompleksionymi wrzodami czy innymi nastoletnimi rywalami. To dojrzałe osoby, doświadczone przez życie i środowisko, inteligentne, z zasadami oraz indywidualnymi perspektywami. Czasem zrobią coś dobrego, czasem niewybaczalnie podłego, a jeszcze kiedy indziej nie robią zupełnie nic. I wtedy się zastanawiam: czy są wystarczająco złymi złodupcami?

   Co właściwie definiuje postać jako "tę złą"...?


A, to też nie u mnie. Monologi złodupców i peany na własną część cholernie mnie denerwują... 

poniedziałek, 18 grudnia 2023

Redagowanie, czyli sposób na...

Znów miałam ochotę pomarudzić. Walczę z nawracającą depresją, ale nie daję się (choć może gdybym się poddała, udałoby mi się znów odbić od dna?). Zmuszam się do robienia czegokolwiek, bo ostatnimi tygodniami naprawdę wiele spraw zaniedbałam, odkładając je na kiedy indziej albo zwyczajnie ignorując. Cóż, tym razem nie był to zwyczajny kryzys, a długotrwałe załamanie. Czas na poprawę.
    W związku z powyższym, postanowiłam podzielić się moim sposobem na redagowanie tekstu. Może komuś ułatwię pracę, podsunę pomysł, albo zwyczajnie zainteresuję tematem. Mnie samej trochę zajęło odkrycie najwygodniejszej metody redagowania napisanego tekstu, ale tak już mam - do wszystkiego muszę dojść samodzielnie, nie szukam pomocy w Internecie (wiele mi napsuły takie wskazówki, aleale!, teraz sama jedną piszę!😖). No i proszę, sposób wypracowany. Całkiem skuteczny zresztą:
    Kolorki!
    Zacznijmy jednak od początku...

    Pierwszą księgę, Białego Elfa, napisałam w 2019 roku, czyli kawałek czasu temu. Potem powstawały kolejne, czyli ZŻ, BJK i obecnie pisany WSB. Rozstrzał wydarzeń niesamowity, cały czas muszę być czujna, żeby nie sprzedać babola z przyszłego tomu, co już dwa razy się zdarzyło, w porę wychwycone na szczęście. Dlatego pierwsze czytanie rozdziału ma na celu wyłapanie takich to tłustych kąsków, a także "festiwali". Festiwalami nazywam nagminne powtórzenia konkretnych słów, np. "festiwal aczkolwiek". Wówczas notuję je skrzętnie w brudnopisie, podobnie każde powtórzenie, na jakie natrafię oraz zmianę, jaką wprowadzam. Trochę się ich zbiera. Po przeczytaniu szykuję szkic posta na bloga i wracam do redagowania.
   Zaczyna się jazda. W brudnopisie mam też gotowy schemat słów powtarzających się w każdym rozdziale, jak ciało/ciele, chwila/moment, twarz/oblicze/policzki itd.. Taka ściąga znacznie ułatwia mi pracę. Dalej. W wyszukiwarce nawigacji wpisuję interesujące mnie słowo - od razu widzę ilość powtórzeń, między którymi łatwo się przełączam. A potem, w zgodzie z kontekstem, albo akceptuję (zielone podkreślenie), albo używam synonimu (żółte podkreślenie), nierzadko też zmieniam całą frazę lub usuwam, jeśli uznam ją za zbędną. Gorzej, jeśli słowo ma wiele synonimów lub powtarza się nazbyt często, wówczas oznaczam je seledynem i zostawiam na później, ewentualnie tylko ignoruję, jeśli nie czuję się na siłach. Zabawa zaczyna się w chwili, gdy możliwości zastąpienia wyrazu jest zbyt wiele, jak w przypadku określenia odczuć. Wtedy wygląda to mniej więcej tak: doświadczenie/doznanie/poczucie/wrażenie. Tak, zdarzyło mi się, by brakło kolorów, a tekst wyglądał jak kolorowanka pięciolatka 😅 Kiedy dojdę z nimi do porozumienia, zmieniam je na zielone lub żółte, analogicznie do powyższego. Bywa i tak, że rzucam krótkim "pierdolę, niech sobie tak jest!" myśląc o ostatnich powtórzeniach, jakie wyłapałam w książkach poczytnych autorów.
    Na koniec procesu redagowania daje to pełen obraz naniesionych na stary tekst zmian. Ostatni rozdział był istną sieczką. I tak krótki, a mimo to poszły cztery strony, na dodatek więcej żółci niż zieleni świadczyło albo o mojej kapryśności krytyka, albo o słabości ówczesnego tekstu. Na jedno wychodzi, w moim odczuciu był kiepski.
    Pozostaje wyczyścić podkreślenia i jeszcze raz przeczytać całość, by wywalić literówki czy poprawić końcówki. Zadowolona z efektu (że jaka?!) zostawiam tekst do "leżakowania", tzn. na następny dzień. Wtedy kopiuję gotową treść na Wattpad, gdzie przed publikacją czytam jeszcze raz. Zazwyczaj nanoszę kosmetyczne zmiany, równolegle wprowadzając je w wordowskiej wersji książki.
    I publikuję.
    Szlifuję post na blogu, dodaję linki i również publikuję.
   A na koniec wciskam na fejsa, na którym poza tymi rzadkimi momentami nie przebywam, wobec czego przepraszam za ignorowanie Waszych wiadomości. Ono nie wynika z mojej arogancji. Po prostu nie czuję się tam dobrze. Tutaj mam swoją przestrzeń.

   Dla ciekawych efektu wizualnego, poniżej podsyłam zrzut z ostatniej pracy. Ta strona wygląda jeszcze przejrzyście...


P.S. Ostatnimi dniami zdarzyło mi się nic nie pisać ani nie redagować, ba!, szerokim łukiem omijałam pliki z tekstem. Stwierdziłam nawet, że chyba dam sobie spokój z pisaniem, ale wiecie co? Nie potrafię. Tułałam się po mieszkaniu, nie mogłam usiedzieć w miejscu, jednym słowem nudziłam się. Depresja depresją, ale brak moich wyimaginowanych przyjaciół odczułam ze zdwojoną mocą. Także ten... jesteście na mnie skazani. Przynajmniej do końca pierwszego tomu!

piątek, 15 grudnia 2023

~~ Biały Elf - rozdział 21 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Pierwsza

BIAŁY ELF

 

"Niech nie szuka sprawiedliwości we Wszechrzeczy ten, kto nie potrafi jej zrozumieć, albowiem wyciągając ręce z czystego kaprysu, drugiemu przewrotnie ofiaruje to, czego najbardziej potrzebuje" - S.

    Po rozmowie z Niedźwiedziem Col jest wściekły. I zmęczony. Złowróżbne słowa Maga podnoszą go jednak na duchu, dając nadzieję, którą dawno już utracił. Aczkolwiek dla jego dobra staruszek nie mówi mu wszystkiego. 
    Ciekawe ilu Czytelników domyśliło się prawdziwej - rzekłabym ulubionej - profesji Cola. Tropiciel z niego wyśmienity, strzelec wyborowy, ale z mieczem mu nie po drodze. Jego styl walki lubię określać "na partyzanta", czym w przyszłości jeszcze się popisze (Taaa, wychodzi moje zamiłowanie do growych taktyk hit'n'run czy innego kite'owania). Tymczasem z typową sobie przekorą łamie rozkaz i udaje się do kwatery Esta z niecodzienną prośbą...
    Wyraz twarzy Eściny, gdy zauważa Cola, jest po prostu bezcenny! A jego reakcja pozamiatała xD Kiedy wizualizuję sobie tę scenę z drzwiami, nie potrafię utrzymać w ryzach chichotu... Col ma rację, jego nieporadność jest urocza.
   A w międzyczasie kolejny nudny patrol, ech? Zdecydowanie Handlarz Fortuny darzy Cola szczególnymi względami...
    

 - Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 15d'12m'23r2t]




    Ale poszatkowałam ten nieszczęsny rozdział...! Już dawno nie robiłam takiej masakry z tekstem, zwłaszcza tak krótkim! W pierwotnej wersji 20 i 21 były połączone. Kiedyś pisałam długie rozdziały, bo lata temu w jakimś poradniku pisania przeczytałam, że złą praktyką jest dzielenie wydarzeń z jednego dnia na kilka części. A potem przeczytałam parę książek bestsellerowych autorów, gdzie, dla przykładu, trzy dni rozwleczone były na 500 stron. I ŻADEN z recenzujących czytelników na to nie narzekał. Ot, odwołuję się do mojego posta o poradnikach dla początkujących pisarzy. Osobiście ich unikam. Uczę się na błędach (czasem bardzo bolesnych...).
    Wracając do rozdziału, polubiłam te krótsze - szybciej się je czyta i łatwiej redaguje. Mogę przerwać historię w dowolnym momencie, budując napięcie albo wzbudzając ciekawość. Jestem autorką, to jest moja powieść i tylko ode mnie zależy, co i kiedy zrobię - z takiego założenia wychodzę. 

P.S. Pierwszy raz dodałam cytat z innej księgi (4), powyższy, wypowiedziany przez tajemniczego S., doskonale oddaje klimat tego i następnego rozdziału. 

Biały elf - rozdział 21

 

Ciężkie kroki dudniące na okrytych chodnikiem kamieniach zdradzały gniew, podobnie dłonie gwałtownymi szarpnięciami rozpinające kolejne elementy brudnego pancerza. Colonell miał już serdecznie dość tego miejsca i rządzącego nim starego Niedźwiedzia. Planował uciec jak najdalej stąd i żyć tak, jak kiedyś - wedle własnej woli, robiąc co chciał i z kim chciał.

Wierzchem rękawicy otarł nos. Płatki zasuszonej brunatnej farby odpadły z jego rozpalonych policzków. Powinien ochłonąć. I odpocząć. Udać się do koszar i wśród rozgadanej hałastry spróbować szczęścia z drzemką. Tu przetrącić parę łbów dla zasady, tam odesłać kilku na trzydniową przepustkę, byle stawili się na posterunkach w miarę zdolni do podjęcia obowiązków. Za to go lubili. Bywał surowy i niewzruszony, gdy wymagała tego sytuacja, niemniej posiadał także ludzką stronę, często okazywaną poprzez wyrozumiałość oraz chęć współpracy. Nie wywyższał się, choć mógł. Nie wychodził przed szereg i nie wtrącał się w nie swoje sprawy, a był przecież samcem alfa w koszarach. Było mu wolno. Wszystko było mu wolno, miał pełną swobodę działania. Posiadał przywileje. A jedyne, czego tak naprawdę pragnął, to nieosiągalnego - wolności wyboru oraz możliwości odejścia z kompanii. Razem z Estim.

Colonell zatrzymał się tuż za progiem budynku. Chłodny, przesycony wilgocią wiatr pierwszego brzasku ostudził nieco jego wzburzenie, choć krew w żyłach nadal płonęła, a szyja wciąż czerwieniła się tam, gdzie Tyrd zamknął swoje ogromne paluchy, niemal miażdżąc mu krtań. Ten stary skurwysyn miał moc w grabach, nie ma co. Bez kija nie podchodź, jak mówiono o najtrudniejszych przypadkach.

Rozjątrzony podjął decyzję. Tej nocy zrobi sobie wychodne w ramach buntu. Wybierze w zastępstwie któregoś z chłopaków i całą winę za wynikłe zamieszanie ostentacyjnie zwali na starego. Col należał do ludzi sumiennych i obowiązkowych, powierzone mu zadania zawsze traktował priorytetowo, ale ileż można? Wszelkie jego starania nigdy nie były dostrzegane. Niedźwiedź wymagał więcej i więcej, a gdy już to więcej otrzymał, i tak sapał z niezadowolenia. Nie miało to sensu. Chyba obaj musieli od siebie odpocząć.

Jeżeli tak właśnie wygląda rodzina, to wcale nie żałował, że nigdy nie założy własnej.

- Jeszcze nie śpisz? - pytanie Maga poniosło się echem w głębi korytarza, a tuż po nim dłoń opadła na jego osłonięty naramiennikiem bark. - Miałem wizję. Trzecią w przeciągu kilku godzin.

Młodego człowieka przeszły ciarki, gdy obracał twarz w stronę wieszcza. Zrzęda wyglądał na osłabionego. Pobladł niezdrowo, a jego bujna broda rozjaśniła się siwizną. Schudł. Żaden z tych symptomów nie wróżył im dobrze.

- Co tym razem? – zaciekawił się Col. - Jak mniemam, jeszcze gorsze wieści.

Znów spojrzał przed siebie i choć zdawało się, że patrzy w punkt na horyzoncie, tak stary nauczyciel wiedział, że ze wzmożoną czujnością obserwuje dziedziniec w poszukiwaniu niepowołanych uszu.

- Dla ludzkości fatalne - potwierdził Mag pozornie beztroskim tonem. - Dla ciebie wyjątkowo pomyślne.

Col prychnął, zerkając z politowaniem na niepoczytalnego doradcę.

- Jestem człowiekiem, staruszku. Jak mam to rozumieć?

- Daj mi pół roku, a wyślę was daleko poza Twierdzę. Ciebie i Estalavanesa.

- To jest ta dobra wiadomość - skonstatował młodzieniec. Wnętrzności ścisnęły mu się w bolesny supeł, gdy pomyślał o tej gorszej. - Teraz zła.

- Ryzyko waszej śmierci w trakcie podróży jest wysokie.

- Na jedno wychodzi. Zarówno w pierwszym, jak i drugim wypadku opuścimy Twierdzę. - Colonell poklepał chłodną, pomarszczoną dłoń dawnego wychowawcy i zajrzał w zatroskane oczy. Czułość wkradła się w jego głos, gdy zsuwał z ramienia jego rękę. - Mnie to odpowiada, staruszku. Tymczasem powinieneś odpocząć. Ja też idę.

I odszedł, prawie zeskakując z płaskich stopni prowadzących na dziedziniec.

Stary doradca odprowadził go wzrokiem. Gdy zwiadowca zniknął w ciemnym przedsionku ogromnych koszar, łysa głowa obróciła się w kierunku sali ćwiczeń oraz oczekującego w niej ucznia.

Mag chciał być pewien swojej racji, urzeczywistnić przeczucia, lecz wątpliwości zakradły się do serca, podle kryjąc w jego wnętrzu i kładąc cieniem na wszystkim, co robił. Nadciągająca ciemność także sięgała podatnych serc oraz umysłów ludzi, tak jak sięgnęła jądra tego świata. Koszmar stawał się jawą, a jawa mieniła się koszmarem. W jaki sposób jeden zagubiony chłopiec udźwignie taki ciężar odpowiedzialności, skoro nawet nie zna swojego miejsca w świecie? Nieważne czym był, jasnym się stało, że reprezentował odrębną frakcję w tym rozpoczętym na nowo konflikcie.

Smoki jedynie zwiastowały powrót bogów, istot o realnej władzy działających z woli Wszechmocnych - dawców swej krwi.

Królowie bezsprzecznie byli bogami.

A Estalavanes zaszachował ich obu.

Kwestią czasu było, który z nich zorientuje się pierwszy.

***

Na północy jesień zawsze przychodziła wcześniej niż na południu, podczas gdy śródląd, położony względnie pośrodku, cieszył się tak samo długim upalnym latem, co śnieżną zimą. Dni z wolna stawały się krótsze, nadal jednak były ciepłe mimo pory nieprzerwanych deszczy przemierzających kontynent z południa na północ.

W przerwie między mżawkami Colonell przemknął w cieniu koszar, zbliżając się do Wieży Czarodziejów. Odprawił marudną, utyskującą na patrol piątkę dając im dobrą radę, aby pilnowali tyłów. Przyjęli to oczywiście jako złośliwy żart niepisanego dowódcy, toteż odwdzięczyli się kilkoma kąśliwymi komentarzami, po czym wyszli na spotkanie niebezpiecznym liściom oraz nie mniej groźnym ulewom i wichrom. Zapowiadało się na nudną noc, aż zatęsknili za dreszczykiem emocji oraz atrakcjami, jakich zazdrościli braciom na przepustkach. Col musiał im obiecać, że gdy tylko wrócą, przyjdzie ich kolej.

Młody mężczyzna zadarł mocno głowę, aż musiał przytrzymać kaptur bluzy zsuwający mu się z włosów. O ile dobrze pamiętał, w tym momencie Esti powinien znajdować się w pracowni alchemika na parterze. Z drugiej strony dzieciak był tak zmordowany po nieprzespanej nocy i całym dniu ćwiczeń, że mógł zrezygnować z dodatkowej pracy i pójść do łóżka tuż po kolacji. Nie, Col domyślał się, że biedak nie zaśnie i prędzej straci przytomność, niż świadomie podda się zmęczeniu. A on przyszedł tu, by mu pomóc. Ułatwić pewne sprawy.

Wspinaczka na czwartą kondygnację, choćby o zmierzchu, nie stanowiła dla niego wyzwania; mury były stare i pokruszone, gdzieniegdzie brakowało kawałków ciosanego kamienia, a bluszcz porastający najbardziej nasłonecznioną ścianę zdawał się gęsty i mocny. Mógłby oczywiście wejść drzwiami frontowymi, lecz ryzykował wtedy nie tyle wykrycie w miejscu, do którego nie miał wstępu, co jawne najście pod nieobecność lokatora. Tak czy inaczej łamał prawo Twierdzy: jako niemagiczny nie mógł przebywać w wieży, a już szczególnie w pustej sypialni magicznego, nawet jeśli był to niemagiczny uczeń Maga. Prawo to prawo, a jemu często zdarzało się być z nim na bakier. Dosadnie przedstawił staremu swoje stanowisko, wobec czego nagiął nieco zasady, pozwalając sobie na więcej niż powinien.

Strząsnął kaptur i sięgnął do najwyższej luki w kamieniach. Była śliska od deszczówki i lśniła odbitym światłem, ale nie z takimi przeszkodami przychodziło mu się mierzyć. Uważnym okiem przeczesał ścianę. Odnalazłszy dogodne punkty zaczepienia, odepchnął się od miękkiej ziemi i ze zwinnością niskowyżańskiego gekona ostrożnie ruszył przed siebie, w półmroku dopatrując się połyskujących wyrw i szczelin, które mógł wykorzystać. Na próbę szarpnął za bluszcz. Utrzyma częściowy ciężar, w razie gdyby stracił oparcie.

Zadowolony z postępów mijał drugi balkon. Nie uśmiechnął się, by nie zapeszyć szczęścia, które zwykł nazywać umiejętnościami. Najmłodsze lata spędził na rozwijaniu talentów pozwalających mu przetrwać w ekstremalnych sytuacjach, czymże więc była pionowa ściana ociekającej deszczem wieży? Przeszkodą? Przeszkody są po to, by je pokonywać!

Jego oddech stał się ciężki i urywany, kiedy mijał trzecie piętro. Dostrzegał już swój cel, okolony jaskrawymi wirującymi plamami. Musiał opanować drgania palców coraz częściej ślizgających się na wygładzonych szczelinach. Dwa razy omsknęła mu się stopa, toteż wspomógł się porastającymi ścianę pnączami, którym i tak nie zawierzył na tyle, by oddać cały ciężar ciała do podtrzymania. Przynajmniej ustabilizował swoją pozycję na pionowej trasie.

Jeszcze trochę…

Resztkę energii skupił w silnych mięśniach ramion, gdy chwytał się krawędzi balkonu i podciągał na gładką, kamienną balustradę. Łapiąc dech, przycupnął na mokrej poręczy niby katedralny maszkaron. Nagle zakręciło mu się w głowie i jakby zwiotczał z wysiłku, więc pomału zsunął się na posadzkę. Dawno już nie wspinał się tak wysoko i w tak niesprzyjających warunkach, ale nabierze wprawy. Przynajmniej przekonał się, że da radę dotrzeć tu na swój sposób, bez konieczności mieszania w to ewentualnych świadków. Wartownikami na blankach nie musiał się przejmować, wzrok bowiem kierowali na zewnątrz.

Głęboko oddychając, bez pośpiechu otaksował balkon. Szarówka utrudniała mu pracę, ale za szybami wysokich dwuskrzydłowych drzwi świeciło się słabo; wąskie pasma przenikały pomiędzy zaciągniętymi zasłonami. Tego się po wstydliwym przyjacielu spodziewał: grubych kotar. Aż dziw, że nie kazał zabić okien deskami.

Podszedł do drzwi i przyłożył do nich ucho. Żaden dźwięk nie dobiegał ze środka. Zdecydował się zapukać, ograniczając hałas do trzech cichutkich uderzeń, które wrażliwy słuch Estiego w mig wychwyci.

Odpowiedziała cisza.

Ponowił sygnał, lecz uzyskawszy efekt jak poprzednio, postanowił działać, zanim dopadnie go kolejna fala deszczu.

Przyklęknął i w ciemnościach młodej nocy odnalazł zamek. Zbadał go na tyle, na ile pozwalały okoliczności i nie odrywając oczu od żelaznego otworu, sięgnął do pochwy sztyletu przy prawym biodrze. Prosty zamek, zakonserwowany, wystarczą dwa, przemknęło mu przez myśl. Paznokciem podważył górną część jednego z podłużnych zdobień i z ukrytej kieszonki wysunął dwa długie pręciki. Na wyczucie ocenił ich przydatność i zaczął wyginać grubszy z nich, tak aby pasował do otworu.

Musi podważyć zapadkę... A teraz wygiąć nadgarstek nieco w górę, by drugim wytrychem powoli przepchnąć mechanizm w środek drzwi, żeby zamek zaskoczył… Właśnie tak. Doskonale!

Ciche szczęknięcie obwieściło sukces włamywacza.

Szeroki uśmiech przeciął wytatuowaną twarz, kiedy nacisnął na klamkę i skrzydło uchyliło się zapraszająco. Zawiasy naoliwiono, zatem Esti korzystał z tego wyjścia częściej, niż Col przypuszczał.

Nucąc pod nosem wkroczył do środka, zamknął za sobą drzwi i obrócił pokrętło, blokując zamek na poprzedniej pozycji. Poprawił też ciężkie kotary i rozprostowując pogięty wytrych, rozejrzał się po obszernym pomieszczeniu. Nie ma co, splendor jak się patrzy, choć komnatami królewskimi nazwać tego nie można. Wsunął użyteczne pręciki na swoje miejsce i wszedł w głąb pokoju.

Panował tu nienaganny porządek, ale to akurat przypisywał niedawnej wizycie służby. Szkiełka dwóch lamp oliwnych wiszących przy drzwiach były czyste, czyli przed zapaleniem przetarto je szmatką. Pół godziny temu, nie później. Nie zdążyły na nowo pokryć się tłustą sadzą.

Wygładzona pościel na dużym łóżku tylko czekała, aby rozgrzebać ją ciepłem ciała. A najlepiej dwóch ciał. Musiał jednak powściągnąć frywolną wyobraźnię, przecież nie przyszedł tu, by wystraszyć dzieciaka. Co nie zmieniało faktu, że miło było pofantazjować o tym, co mogłoby się przydarzyć w miejscu tak wyciszonym i odosobnionym jak sypialnia Estiego…

Stół oddzielał dwa fotele od okratowanego, wygaszonego kominka. Poza tym standardowe umeblowanie: komoda i szafa umiejscowione w przeciwległych rogach, w kącie toaletka z lustrem i misą, w następnym gablotka z kilkoma buteleczkami, bynajmniej nie alkoholem, raczej miksturami. Niewątpliwie wyrób własny. I biurko przy oknie. A na nim stos książek.

Zbliżył się do solidnego mebla noszącego ślady częstego użytkowania i obejrzał pierwszy z góry, upstrzony zakładkami tom. No jasne. Alchemia spisana ręką Travisa Arnelta.

Ten blondas był mu solą w oku. Póki co nie wykazywał się jednoznacznym zainteresowaniem w stosunku do młodziutkiego asystenta, a ich relacja była niezaprzeczalnie zawodowa, poniekąd przyjacielska, ale dla niego Travis był zagrożeniem, konkurentem, choć nie zrobił na razie nic, by można go o tym dobitnie poinformować.

Rozkoszny pomruk wydobył się z piersi najemnika, gdy przeglądając kolejne księgi wyobraził sobie nieprzyzwoite metody odciągania tego dzieciaka od lektury. Zapewne wiele z nich wypróbują w praktyce, parokrotnie powtórzą, a może nawet wprowadzą do użytku codziennego. Esti bywał podniecająco nieśmiały i powalająco nieporadny, co w połączeniu z wyglądem rasowego drapieżnika mieszało zmysły do Cola tego stopnia, by nie mógł przestać myśleć o nim w bezwstydnych kategoriach. Czy będzie uległy od początku do końca? A może zawalczy o dominację? Będą zgodnymi kochankami czy rywalami w drodze do spełnienia? Tak wiele niewiadomych, a…

Słysząc lekki zgrzyt opadającej klamki drzwi wejściowych, Colonell odłożył książkę. Chciał przybrać czarującą pozę, powitać chłopaka na jego włościach i zachwycać się jego zaskoczoną miną, ale porzucił zamiar, stawiając na naturalność. Prędko przysiadł na blacie biurka i podciągnął prawą nogę, opierając obutą stopę swobodnie na kolanie. No cóż, potrzeba zaimponowania okazała się silniejsza niż rozsądek. Poza była niewyszukana, aczkolwiek wyszła bardzo naturalnie.

- Witaj w domu, Esti. - Col uśmiechnął się krzywo na widok chłopaka. Mina nagle mu zrzedła. - Esti?

Osłupiały elf sztywno wycofał się na korytarz i zamykając za sobą drzwi, zostawił intruza samego ze sobą.

Zwiadowca zsunął się z prowizorycznego siedziska i ostrożnym krokiem podszedł do drzwi, które znów się uchyliły. Zza powstałej szczeliny wychynęła znajoma twarz o okrągłych ze zdziwienia kocich oczach. Col zatrzymał się, by nie oberwać otwieranym skrzydłem.

Est wślizgnął się do środka, spojrzenia nie odrywając od równie skonsternowanego człowieka.

- Jak rany, przepraszam – wyszeptał speszony. - Pomyślałem, że pomyliłem pokój.

Col nie zdołał powstrzymać śmiechu.

- Esti, jak często ludzie witają cię w taki sposób?!

- Nigdy nie pomyliłem pokoju, ale... Sam rozumiesz. W moim przypadku wszystko jest możliwe. - Chłopak niepewnie podszedł do łóżka, jakby to on gościł u Cola, a nie odwrotnie. Niezmiennie ciągnął przy tym za końcówkę ucha, przechylając lekko głowę. - Zapytałbym cię, jak się tu dostałeś, ale znów tylko bym się wygłupił, skoro drzwi są otwarte.

- O dziwo byłoby to jedno z tych trafnych pytań, dzieciaku, bo rzeczywiście wszedłem drzwiami, ale balkonowymi.

- Nie przypominam sobie, żebym zostawił otwarty balkon… - wymamrotał Est, siadając u wezgłowia łóżka. Dłuższą chwilę nieprzytomnie wpatrywał się w zasłony koloru wina, po czym przeniósł wzrok na stojącego przy wejściu mężczyznę. - Więc co tu robisz? Na dodatek pod moją nieobecność.

Wyczuwając nieufność elfa, Colonell spoważniał. Bez pozwolenia usadowił się na materacu łóżka, lecz po przeciwnej do niego stronie.

- Mam pewną… prośbę – powiedział wreszcie. - Przenocuj mnie. Tutaj nikt nie będzie mnie szukał.

Est wyprostował się jak uderzony deską w plecy. Już widząc Colonella w swojej kwaterze poczuł się dziwnie - jakby nie istniało miejsce, w którym byłby bezpieczny. Col był drugą osobą, drugim człowiekiem, który odwiedził jego sypialnię i kiedy mistrzowi było to wręcz przykazane, tak on nie miał żadnego prawa tu przychodzić. Nie uszanował jego prywatności, wprowadzając niepotrzebny zamęt i wzmagając nieufność. Na domiar złego wystosował jeszcze prośbę, na którą trudno było przystać. Co właściwie znaczyło „przenocować”? I przed kim ukrywał się w Twierdzy będącej mu domem?

Czegoś chyba nie rozumiał. Czegoś bardzo istotnego, przemilczanego. W tej mętnej, zdawkowej prośbie brakowało kluczowego składnika, który wyjawiłby mu wszystko co konieczne do rozwikłania zagadki. Col nie był głupcem, celowo omijał niewygodne szczegóły, by nie wmieszać chłopaka w swoje problemy. Ale właśnie to zrobił. Chcąc tego czy nie, uczynił Esta współwinnym. Jego niezapowiedziane pojawienie się tutaj do tego doprowadziło.

- Nie rozumiem, Col. Kto miałby cię szukać? – dziwił się Est, podejrzliwie popatrując na zasłony. - I nie miałeś być dziś w terenie?

- Miałem, ale oddałem zmianę. Sam wiesz, że nie dogaduję się z przywódcą i przyjmuję rozkazy wyłącznie od Maga, toteż… - Colonell zawahał się rozpamiętując wydarzenia, które rozegrały się o świcie. Przeczesał palcami ciemnobrązowe włosy. - Musiałem odreagować. Odetchnąć. I chciałem być przy tobie, bo nad ranem wyglądałeś naprawdę strasznie, kiedy przybiegłeś na złamanie karku tylko po to, by upewnić się, czy nic mi nie jest. To było bardzo sugestywne zachowanie, Esti. - Wiercił się, starając przyciągnąć jego uwagę. Udało mu się. Zachwycająca zieleń zerknęła nań z ukosa. – Zadowolę się choćby fotelem. Nie zamierzam wykorzystywać sytuacji w żaden niegodny sposób mogący nadwyrężyć twoje zaufanie.

Zakłopotany zwierzeniami człowieka Est niespiesznie podniósł się z pościeli. Krzyżując ręce na piersi, zaczął przechadzać się w tę i z powrotem, skubiąc długie ucho. Dopiero gdy stanął plecami do wyczekującego Cola, pozwolił sobie przymknąć ciążące powieki. Natychmiast wymalował się pod nimi portret z zawiłym tatuażem; udręczony, wyrażający bezsilność i skierowaną do wewnątrz gorycz rozczarowania. Cokolwiek zaszło w przeciągu ostatnich kilkunastu godzin, był tak zrozpaczony, by szukać pocieszenia u jedynego przyjaciela w Twierdzy.

Colonell może i twardo stąpał po ziemi, sprawiając pozory silnego, obojętnego i irytująco nonszalanckiego, lecz nikt nie miał pojęcia, że tuż pod dumną, przystojną powierzchownością czai się spragniony ciepła oraz troski chłopak, któremu wiecznie odmawiano prawa do elementarnych uczuć. A Est posiadał przeklęty dar, dzięki któremu instynktownie go rozszyfrował. Będąc wyjątkowo wrażliwym stworzeniem skoncentrowanym na otoczeniu czuł i myślał emocjami. Widział je całkiem wyraźnie, podobnie jak uczucia, których nie potrafił określić. Przypominały słowa, werbalnie formowane w pełne i sensowne zdania, a niemożliwe do zapisania. Pierwszy raz zgodnie z prawdą przyznał, iż rozumie siedzącego tuż za nim człowieka. I choć z wyglądu byli jak świt i zmierzch, tak wewnątrz niczym się nie różnili. Obaj łączyli dzień z nocą.

Est nie chciał znać powodów, dla których Col pojawił się w jego kwaterze. Sam odczuwał wszystko z siłą, jak gdyby to jego serce rozdzierała nieznana, męcząca emocja. Jakby byli jednym, podzielonym na dwa ciała jestestwem. Odnajdywali siłę w swoim towarzystwie, razem mogli więcej. Może tak właśnie miało być? Może napotkał tę nadarzającą się raz na sto lat możliwość obcowania z samym sobą, diametralnie różnym, a jednak niemal identycznym? Że też uważniej nie słuchał Starego Przechrzty…

Dojmujące uczucie skrępowania wykrzywiło twarz Esta, gdy obracał się w stronę Cola. Spróbował się do niego uśmiechnąć, pocieszyć, lecz coś go powstrzymywało, jakaś nieuchwytna myśl, która niby brzęcząca mucha irytowała swoją niedostrzegalną obecnością. Ostatecznie puścił bolące ucho i zaczerpnął tchu, opuszczając ramiona w poczuciu beznadziei.

- Jak rany, Col, na łóżku jest wystarczająco dużo miejsca dla nas dwóch -  powiedział, zaciskając w pięść urękawicznioną dłoń. - Nie ma potrzeby żebyś spał na fotelu. Albo, co gorsze, na podłodze. Choć futra wydają się w porządku.

- Łóżko należy do ciebie, chyba nie powinienem…

- Ono nigdy nie należało do mnie. I nie będzie! - ostry ton przeciął dzielący ich dystans niczym celnie rzucony nóż. Czy zabrzmiał zbyt obcesowo? Nie chciał, aby Col zmienił o nim zdanie. Nie przeżyłby tego. - Przepraszam, ja… Chyba jestem już na granicy… wyczerpania. Tak. Jak rany, na pewno. Wybacz, przepraszam. Z natury nie jestem wybuchowy. Nie panuję nad tym.

Colonell uniósł pojednawczo ręce, uśmiechając się smutno.

- Nie przepraszaj, obaj jesteśmy wyczerpani dzisiejszym dniem. I zeszłą nocą. Ale wiesz co? Przynajmniej teraz wiem, że jestem w dobrym miejscu i o dobrym czasie. Zupełnie jak ty. Jakby wszystko na tym świecie uparło się, by połączyć nasze ścieżki w poznaczoną przeszkodami drogę. W pojedynkę może i nie przeżyjemy podróży... - przerwał, gdy nagłe wspomnienie przestrogi Maga zrosiło jego skórę dreszczem. Strach przed nieznanym wgryzł się pod ciemną skórę, a mimo to następne zdania Colonell wypowiadał z porywającą mocą, czerpiąc ją z własnej słabości. - Esti, razem mamy szansę przetrwać to wszystko. Na naszych warunkach. Decydując za siebie. Razem, choć niezależnie – podkreślił.

Przydymione szmaragdy błyszczały w rozproszonym świetle dwóch lamp wiszących na końcu pomieszczenia, lecz żywy blask pochodził nie z ciepłego płomienia osłoniętego szarzejącymi szkiełkami, a z przekonania zwiadowcy. Est stał jak zaklęty, skupiony na każdym słowie będącym odbiciem jego pragnień. To brzmiało jak bajka, wydumane marzenie dzikiego zwierzęcia przetrzymywanego w zamknięciu. Marzenie, które podzielał. Marzenie pojawiające się w cichych, samotnie spędzanych godzinach. Bo gdy nie mógł zasnąć, śnił na jawie, rozmyślając nad smakiem wolności.

Nagle poczuł się lżejszy.

I wtedy kamień depresji uwiązany u nogi znów szarpnął w dół, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Wszystko to było piękne i wręcz poetyckie, a przez to nieprawdopodobne jak złapanie mgły. Słowa przepływały między palcami niby mleczne wstęgi, a gdy poluzowało się pięść, dłoń okazywała się pusta. Rozczarowanie ogarniało serce, zwątpienie sączyło do umysłu, a niechęć gasiła pragnienia. Jak i teraz, gdy zbyt mocno wychylony w kierunku marzeń chłopak znów wycofał się w głąb pesymistycznego siebie.

Czy Colonell naprawdę nie zamierzał się angażować? Jak zatem miał się odnieść do jego wizji wspólnej przyszłości? Nie powinien dotykać tak drażliwego tematu. Byli przyjaciółmi. Nieważne, że żywili do siebie silniejsze uczucia, kiedy sprawa postawiona była jasno. Bez zaangażowania.

- Możesz wziąć kołdrę – zwrócił się do gościa - ja prześpię się pod kocem. Wystarczy mi. Nie używałem go z lenistwa, bo kołdra zawsze była pod ręką, ale nie szkodzi, dobrze mi zrobi znalezienie koca.

Przygnębiony pochopnie wyciągniętymi wnioskami zmienił temat, tak jak zmienił pozycję względem siedzącego człowieka. Musiał się ruszyć, inaczej chyba z nerwów wrósłby w gładkie kamienie posadzki. Potrzebował rozchodzić narastający w nim konflikt, oderwać od niego myśli, skoncentrować na czym innym.

Colonell poczuł się niezręcznie, a dłoń na ciemnoskórym karku była tego milczącym świadectwem. Nie chciał być dla dzieciaka dodatkowym utrapieniem. Liczył, że wpłynie na samopoczucie elfa, lecz nie przewidział, że może być gorzej. Esti to fatalista. Wciąż utwierdza się w melancholijnym przekonaniu, że życie nie pisze dla niego nic dobrego, wskutek czego nie dostrzega otaczającego go ciepła oraz piękna. Jakby był martwy za życia. Sam kładł się do grobu i oczekiwał końca, kiedy przed nim jeszcze tyle drogi do przebycia. Przed nimi, bo przecież im się uda, wierzył w to.

Westchnął ze znużeniem, nie spuszczając rozstrojonego emocjonalnie dzieciaka z oka. Ufał, że jego cichy baryton przywoła go do rozsądku.

- Połóż się już, dobrze, Esti? Będę spał na samym skraju, tylko odpocznij wreszcie, bo znów się zapędzasz.

Klęczący przy komodzie Est zignorował jego prośby. Wytargał koc z najniższej szuflady i wrócił do łóżka, bezceremonialnie rzucając nań miękki pled. Zerknął przelotnie na człowieka, opadł powoli na materac i odsunął od siebie chłodną kołdrę. Zajęty rozsznurowywaniem wysokich butów roztrząsał bliskość smagłego człowieka. I to, co starało się przekazać zbyt mocno uderzające serce.

Czy aby na pewno słusznie czynił, przystając na to? Czy tak postępują przyjaciele? A może po udzieleniu ostrej nagany należało odesłać go z przykazem, by wziął się w garść i stawił czoła swoim problemom? Nie, Col nie uciekał przed problemami. Przyszedł tu po wsparcie i otuchę. W rzeczywistości wykazał się ogromną siłą i odwagą, by obnażyć swoje słabości. I jak tu odmówić? Col wyrażał na głos swoje potrzeby, nieważne jak niedorzeczne czy trywialne by one nie były. Nie krył prawdy.

Wcale nie byli do siebie podobni. Byli jak dwa przeciwne bieguny, wystarczyło na nich popatrzeć. I gdy człowiek był letnim dniem, tak elf pozostawał zimową nocą. Nie mogli współistnieć równocześnie. Wykluczali się. A mimo to nadal tu byli. Obaj. I to uczucie gorejące w środku... Jakby ktoś zamknął w niespokojnym ciele zapaloną świecę, której płomień pod wpływem podmuchów lodowatego wiatru chwiał się na wszystkie strony. Płomień na tyle silny, by nie zgasnąć, a jeszcze wzrosnąć, podsycany oddziałującą na niego mocą.

Aż syknął, uszczypnięty klamrą odstawianego buta. W zamyśleniu obejrzał bolący palec, ale nie mógł się skupić. Ile czasu minęło? Czy Colonell już śpi?

- Wszystko w porządku, Esti? - Col nie spał. Ani drgnął, gdy Est upewniał się co do jego położenia. - Denerwujesz się? Przepraszam, że przysparzam ci zmartwień.

Est odwrócił się tchórzliwie, byle nie patrzeć w te ciemnozielone oczy, na widok których robiło mu się nienaturalnie gorąco.

- Jak rany, nie… - wybąkał. - Czym zresztą miałbym się martwić? Obaj jesteśmy mężczyznami.

- Zgadzam się, obaj jesteśmy mężczyznami. - Szelest poruszył uszami elfa, gdy najemnik poprawiał się w miejscu. – Więc dlaczego się denerwujesz?

- Nie na co dzień miewam gości… - tłumaczył się Est. - Jesteś pierwszą osobą poza mistrzem, która weszła do mojego pokoju. Wtargnąłeś tu bez pozwolenia i poprosiłeś, bym cię przenocował. To… to za wiele jak dla mnie. - Wypuścił powietrze z płuc, oburącz chwytając za płatki uszu. - Nie wiem, jak się zachować. Co robić. To dla mnie nowa, trudna do kontrolowania sytuacja. Gubię się, Col… Życiowe sytuacje, tak zwyczajne jak odwiedziny, wprawiają mnie w zakłopotanie, bo nie znam reguł, wedle których powinienem postępować.

Col pokręcił głową.

- Esti… Nie zdajesz sobie sprawy jak słodki jesteś, gdy w tak prosty sposób mówisz o wszystkim, co cię dręczy. Nie ucz się reguł, twórz własne. Jesteś u siebie i na swoich zasadach, to goście mają dostosować się do twoich praw, nie odwrotnie. Można być dobrym gospodarzem szanując siebie samego, przy jednoczesnym dbaniu o komfort reszty. Widzisz? Czuję się u ciebie świetnie. Mógłbym tu zamieszkać.

- Nie nazywaj mnie słodkim – obruszył się Est. - Tak się nie mówi o mężczyznach, tylko... Czekaj, czekaj! – Obrócił się gwałtownie i musiał podtrzymać rękami, by nie upaść na stertę rozkopanej pościeli. - Z tym mieszkaniem żartowałeś, prawda?

Colonell roześmiał się.

- Ograniczę się do odwiedzin – zapewnił wesoło. – A teraz gotów do spania? Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć.

- Idź wyłysiej z tym swoim poczuciem humoru! I wcale tak nie wyglądam!

Zawstydzony Est przesunął kołdrę w stronę Cola, traktując to jako idealną wymówkę do uniknięcia jego wzroku. Czuł go na sobie, lecz usilnie starał się nie reagować. To będzie ciężka noc. Ale lepsze to, niż ponowne spotkanie z cienistą zmorą. I przynajmniej był pewien, że Colowi nic tu nie grozi.

- A teraz wybacz, Col, ale chciałbym się przebrać. Z łaski swojej możesz, nie wiem, patrzeć gdzie indziej?

- A czym to się różni od łaźni? – droczył się najemnik.

- Jak rany, co to za pytanie? Wszystkim się różni.

- Niczym się nie różni. Widziałem cię już wiele razy w samym ręczniku i nie powiem, by było to wystarczająco wiele, aby mi się znudziło. A jeśli dalej cię to krępuje, usłucham.

Wiele razy oglądał tę gładką skórę zmysłowo ociekającą wodą. Wiele razy przyglądał się kropelkom sunącym prowokacyjnie w dół gibkiej fizjonomii. Wiele razy zwracał uwagę na wzgórki i wgłębienia pracujących bezustannie mięśni. Wiele razy obserwował różnorodne reakcje zrelaksowanego młodego ciała. Zbyt wiele razy miał związane ręce…

- Dziękuję, to naprawdę wiele dla mnie znaczy – wymamrotał Est.

Znów podszedł do komody, co rusz posyłając ukradkowe spojrzenia ścigającemu buty człowiekowi. Wyglądało na to, że dotrzyma obietnicy. Skoro tak, powinien czuć ulgę, dlaczego więc odczuwał niepokój? Czy raczej… rozczarowanie. Przecież sam niejednokrotnie widział Cola w, jak to ujął, samym ręczniku. Człowiek o tak pokazowej sylwetce, że… że wstyd mu było za własną.

Starając się opanować niestosowne myśli, zrzucił z siebie ubranie. Prędko wślizgnął się w luźne spodnie i naciągnął czystą koszulkę z krótkim rękawem, siłując się przy wydostaniu podłużnych uszu przez wąski otwór na głowę. Pojedynczym machnięciem zbył ofertę pomocy i nerwowo wygładził czarny materiał. Przydługie włosy elektryzowały się, gdy palcami wystającymi z rękawiczki zgarniał je z czoła, zaczesując na tył głowy. Krucze pasemka wróciły, zasłaniając widok i łaskocząc uszy.

W świeżym odzieniu padł na swoją połowę łóżka, gotów zakopać się pod dziwnie pachnącym kocem. Zreflektował się szybko, że to nie koc pachniał dziwnie. Dziwnie pachniało powietrze, bo po raz pierwszy mieszał się z nim nowy zapach. Zapach człowieka. Przyjemny, znajomy, przywołujący miłe skojarzenia. Tak, to dobry zapach, nie przeszkadzał mu. Miła odmiana w zwykłej codzienności.

- Nie gasisz światła? - Dźwięk na granicy szeptu podrażnił jego słuch. - Śpisz przy zapalonych lampach?

- Hę? Ach, nie, dotychczas funkcjonowałem w kompletnych ciemnościach. Gasiłem lampy zaraz po wejściu, ale… - Est naciągnął koc na głowę, odsłaniając twarz. Zwinięty w ciasną kulkę uwielbiał opatulać się cały, z nosem wystawionym na wierzch, inaczej budziło go wrażenie braku powietrza. - Nocne widzenie ma swoje wady – przyznał z ociąganiem. - Czasem nie wiem, gdzie jestem, a otoczenie wygląda przerażająco. To znaczy wiem, że jestem w swojej sypialni, ale nie wiem, co to za świat. Wszystko jest wtedy monochromatyczne. Jakby otaczająca mnie rzeczywistość była płaską, matową szarością o niezliczonych odcieniach.

Colonell wyciągnął się wygodnie na miękkim posłaniu, ręce zakładając pod głowę i zwracając się wprost do schowanego elfa.

            - Niesamowite – wymruczał z podziwem. - Nigdy sobie nie wyobrażałem jak to jest widzieć w ciemności. Tylko co to znaczy „monochromatyczne”?

- Mistrz tak to nazwał. Jakbyś widział tylko jedną barwę, dostrzegając wyraźne zarysy i kształty odznaczające się różnymi odcieniami. Płaskorzeźba. Przepraszam, nie umiem tego lepiej wyjaśnić.

- Dobrze mi to zobrazowałeś. Widzenie w ciemnościach jak za dnia? Rewelacja!

- Nie do końca. Światło dzienne potrafi zmęczyć wzrok, tak samo nocne widzenie… - Est ziewnął szeroko, odsłaniając wszystkie cztery kły lśniące na tle czerwonego podniebienia. - Przepraszam.

Ziewanie było zaraźliwe, lecz zafascynowany widokiem Col zachował dyskrecję w swoich odruchach.

- Nie przepraszaj, jest już późno. Dobrej nocy, Esti. I dziękuję za pomoc. Jesteś jedyną osobą, której mogę zaufać.

            - Dobrej nocy… - powtórzył za nim Est, czując jak słowa przechodzą przez niego miłą falą wzbudzającą dreszcze i tęskne, niezrozumiałe pragnienie. Chciał mu podziękować, lecz chęci nie zdążyły opuścić przestawiającej się na odpoczynek głowy.

Nie był sam. I po raz pierwszy nie był to mistrz, z którym dzielił namiot przez dwie pierwsze noce znajomości. Nienawidził ludzi, a mimo to jego towarzyszem był przedstawiciel tej właśnie rasy…

Est wątpił, czy w ogóle zaśnie w obecności nieprzewidywalnego tropiciela i nawet się nie połapał, że odpływając w sen myśli o tym, jak miękkie były uda Cola pod jego głową. I jak bardzo chciałby to powtórzyć…

Kiedy oddech elfa nabrał miarowego rytmu, mężczyzna odczekał chwilę, by upewnić się czy chłopak rzeczywiście zasnął. Obróciwszy się na bok, z uwagą obejrzał urodziwą twarz o wielkich oczach przysłoniętych bialutkimi powiekami. Poruszały się delikatnie, jak gdyby przyśniło mu się coś niepokojącego, a czarne krótkie rzęsy trzepotały do wtóru wyciszających się emocji. Kosmyki grzywki nachodziły na gładkie policzki, ukrywając je pod swym niesfornym natłokiem. Wręcz prosiły się o zaczesanie ich na skroń.

Przysunął się do śpiącego i odliczał oddechy, po których dzieciak powinien głęboko spać. Musiał wziąć pod uwagę, że czułe, wciśnięte pod koc uszy zareagują na najlżejszy szelest pościeli. Nie chciał go obudzić. Chciał tylko napatrzeć się, utrwalić sobie w pamięci obraz ukochanego w momencie, gdy był on najbardziej bezbronny. Zapamiętać go właśnie takim, jakim był naprawdę. Chciał być strażnikiem i obrońcą, przy którym chłopak czułby się bezpiecznie. Sam fakt, że Esti usnął niemal natychmiast, świadczył o tym, że udało mu się osiągnąć cel. Zdawało mu się to dziwne, że w chwilach jak ta, narastające pożądanie wygasało, zastępowane troską oraz chęcią zaopiekowania się nieborakiem.

Esti twierdził, że mężczyzna nie może być słodki albo uroczy. Czemu nie? Bo rzekomy autorytet uznał, że mężczyzna ma być nieczułym szorstkim samcem? Absurd, którego najlepszym przykładem był biały elf - mała kolorowa żabka, jaką w dzieciństwie widywał w wilgotnych lasach Niskowyżu. Śliczna, niepozorna i śmiertelnie jadowita.

Wyciągnięta śniada dłoń zawisła nad białym policzkiem. Cień przykrył spokojny profil, by zaraz wycofać się i pozwolić jasności otoczyć go swym ciepłym blaskiem. Jeśli teraz go dotknie, nie zdoła się opamiętać. Byłaby to niepowetowana strata. Tymczasem on także powinien odpocząć. Na zapas się nie wyśpi, ale i tak nie zostało mu nic innego.

Esti zwinął się w kłębek na brzegu łóżka. Zastanawiające, czy to nieproszone towarzystwo tak na niego podziałało, czy też tak miał w zwyczaju zasypiać? Zajmując niemałą pryczę w koszarach, Col budził się najczęściej na brzuchu, ledwo mieszcząc w granicach zbitego z desek wyrka. Co innego, gdy nie był sam. Wówczas bez udziału świadomości dostosowywał się do partnera. Cóż, przekona się dopiero rano, w jakiej kombinacji przyjdzie im się obudzić. I kto ujrzy to jako pierwszy.

Colonell obrócił się na plecy i przeciągając na iście królewskim posłaniu, rozmyślał nad nocnym patrolem. Współczuł chłopakom ciągnących się w nieskończoność godzin spędzonych w ciemnym, deszczowym lesie…

Wynagrodzi im to.

Z samego rana…

Gdy tylko… wrócą…

poniedziałek, 11 grudnia 2023

Czy i Wasze życia rysują się sinusoidą?

Od naprawdę długiego czasu noszę się z zamiarem napisania czegoś treściwego na blogu, ale ilekroć siadam do klawiatury, mam pustkę w głowie. Identycznie rzecz ma się z czwartą księgą Elegii - jakbym straciła zacięcie. W sumie częściowo je straciłam. Nie pisałam przez jakieś pięć dni, bawiąc się tylko w redagowanie 1.21. A i to jakoś mi nie idzie. Wszystko bym tam wyzmieniała, a najlepiej wyciepała na hasiok i tyle widziała, o!
    Generalnie to ostatnio nic mi nie idzie. Tu nawet nie chodzi o absurdalnie wysoki poziom samokrytyki. Masa problemów się nawarstwia i mój ostatni hype-humor właśnie runął, pogrążając mnie w ruinach rzeczywistości. Nie mam ochoty pisać, czytanie też mnie jakoś nie nęci, wykupiłam miesiąc abonamentu w WoWie choć niespecjalnie mnie rwie do grania, na dodatek łapnęłam jakiegoś szpetnego zarazka, a z przedszkola Paladynki co rusz maile o tajemniczej, potwornej chorobie atakującej węzły chłonne i wymagającej hospitalizacji 😵 Nie wspominając, że w pracy pewna mamuśka kopie pode mną dołki i sama w nie wpada, ale smród z tym związany nieco zatruwa mi życie...
   I gdzie tu miejsce na koncentrację? Wreszcie cieszę się, że pora roku w rzeczywistości zbiegła się z estariońską i co? U nas nastanie wiosna, a Kampania Zimowa w powijakach, końcówka jedenastego miesiąca, kiedy my połowę grudnia mamy. Absurd!
    Ale z drugiej strony... przecież czas mnie nie goni. Nie mam dedlajnów. Nikt mi nie sapie, że spóźniam się z terminem. Nawet jeśli oleję pisanie na dłużej, to nikomu krzywdy nie wyrządzę. Tylko co ja z tym czasem wolnym zrobię...? 😅



🎵 Sun - Louis Viallet 🎶

piątek, 1 grudnia 2023

Biały elf - rozdział 20

 

Płomień świecy zatańczył, gdy kartkowane stronice grubego tomu mknęły jedna za drugą. Wzbudzony ich gwałtownością wietrzyk porywał ze sobą kurz zalegający na krańcach solidnego hebanowego blatu, posyłając go w głąb przyciemnionego pomieszczenia. Wysmukły ognik ponownie zamigotał na poczerniałym knocie i niemal zgasł, w porę uchroniony przez pomarszczoną dłoń. Był potrzebny. Mimo że mężczyzna wzrok wciąż miał ostry jak za młodych lat, bez płomienia na topniejącym ogarku nie dojrzałby zupełnie nic w półmroku gabinetu rozjaśnionego dwiema zapalonymi lampkami. Pełniły one rolę warty honorowej po obu stronach drzwi wejściowych, lecz tak naprawdę ćmiły cienko tylko po to, by stary doradca nie potknął się o meble, których rozkład znał praktycznie na pamięć. A może po prostu chodziło o to, że w kompletnych ciemnościach nie czułby się teraz najlepiej?

Kto wie, co też myślał z wolna gasnący człowiek w chwili podobnej do tej. W każdym razie nie powinno go tu być o tej porze. Światło nie powinno rozświetlać okien mieszczącego się na wysokim parterze gabinetu administratora. Ale rozświetlało. Dzisiejszej nocy światło paliło się wyjątkowo długo, męcząc łojową świecę malejącą z każdą godziną, jaką stary mnich spędzał nad księgami, kronikami oraz dokumentami traktującymi o przedmiocie jego studiów.

Wielu mówiło mu, by wreszcie porzucił archaiczne świece o krótkiej żywotności na rzecz postępowych udogodnień, lecz Mag uparcie odmawiał, najlepiej odnajdując się w skromnym otoczeniu, znanym i cenionym ponad zbędne luksusy. Mógł przystać na propozycję czaromiotów i używać zaklętego światła jak w należącej do niego sali ćwiczeń, ale nie chciał, cierpliwie tłumacząc, iż nie jest mu to do niczego potrzebne. Świeca wystarczała w zupełności. I nikt nie wiedział, że była to wyłącznie półprawda, bo chociaż świece niezmiennie nasuwały mu miłe wspomnienia z dziecięcych lat spędzonych w klasztorze, tak miały jeszcze dwie cechy degradujące nowocześniejszą konkurencję. Jedną z nich była możliwość natychmiastowego zgaszenia światła bez potrzeby wydawania dźwięku. Wystarczyło ucisnąć knot palcami bądź zdmuchnąć płomień, by zniknąć w całkowitej ciemności. Nic więcej, by niepowołane oczy nie dosięgły najmroczniejszych sekretów Niedźwiedzi.

Druga również strzegła tajemnic, lecz wykorzystywała w tym celu niszczycielską moc żywiołu. Nie istniała bowiem magia, która z popiołu na powrót uformowałaby starannie zapisany dokument, nieważne czy byłby to skrawek papieru, czy płachta pergaminu. Ogień pochłonie wszystko. Przy konkretnej temperaturze w proch obróci nawet kości.

Prawdziwe zamiłowanie sędziwego człowieka do świec wynikało zatem nie z przywiązania do nich, a z czystego pragmatyzmu. Były tanie, łatwo dostępne, topiły lak i w razie potrzeby można przygotować je samemu. Nie potrzebował niczego więcej w chwili takiej jak ta, gdy przeglądał kolejne księgi zdjęte z regałów, kartkował następne opasłe kroniki i dzienniki, rozwijał rulony opieczętowanych rejestrów. Wszystko po to, by z pomrukiem rozczarowania odkładać je na swoje miejsca. Żadne z przeczytanych dzieł nie czyniło go mądrzejszym. Wręcz przeciwnie. Wyzbyty pychy mnich nigdy nie uważał, że posiadł wszelką wiedzę, lecz teraz jawił się sobie głupcem i ignorantem. Tak jak wszyscy ludzie, którzy już niebawem na własne życzenie odpowiedzą za bagatelizowanie historii.

Mag westchnął, powstrzymując kichnięcie. Drobinki kurzu wirowały w powietrzu, dostawały się do nozdrzy i osiadały na jego luźnej szacie oraz czarnej gęstej brodzie poprzetykanej coraz liczniejszymi siwymi pasemkami. Ospałym ruchem starł z twarzy pyłek i wrócił do metodycznej, mozolnej pracy której podjął się, powróciwszy z rozmowy ze swoim uczniem.

Kim w istocie był ten chłopak? Jaki sekret skrywało niepozorne ciało młodego elfa? I czy w ogóle był on elfem, jak wszyscy zakładali? To się jeszcze okaże.

Mag wznowił swoje studia. Czas naglił. Niebawem zastanie go świt, a żaden wolumen nie wspominał choćby słowem o smokach. Prajaszczury całkowicie wykreślono z historii świata, grały za to pierwsze skrzypce w baśniach oraz legendach o dzielnych książętach czy szalonych czarodziejach. Jednakże one żyły, ukrywały się w nieprzychylnym im świecie, który pozbawił je domu. Pozbawił je mocy. Dlaczego więc jeden z nich poszukuje piętnastoletniego chłopca? Cóż to za moc, jaką dysponuje, by wpływać na otokę magiczną Khaldunu? Czy to akt desperacji popchnął przedstawiciela starej rasy do współpracy ze znacznie potężniejszym, mającym nad nim przewagę sojusznikiem? Pozostaje zatem pytanie nie o smoki, ale niespotykaną siłę, jako że ponad wszelkie prawdopodobieństwo to ona ma w tej sytuacji największe znaczenie. Smok może być heroldem, posłańcem lub, tak jak dotychczas, biernym obserwatorem. Oczami i uszami pośród ciemności.

W pierwotnym założeniu Maga smok-obserwator poszukiwał celu, a gdy go odnalazł, to nie spuszczał z oka z sobie tylko znanym zamiarem. Lecz kilka nocy temu odszedł bezpowrotnie. Być może sędziwy człowiek mylił się. Być może smok był jedynie stróżem, który upewniwszy się, iż młodemu Estalavanesowi nie dzieje się krzywda, opuścił posterunek. Być może tymczasowa nieobecność jest wynikiem konieczności wypełnienia obowiązku w innym miejscu. Nadal istnieje szansa, że dopóki Estalavanes przebywa w Twierdzy, dopóty smok będzie nawiedzał puszczę.

Zbyt wiele tych „być może”.

Wyprostowawszy obolałe plecy, Mag opadł na miękkie oparcie krzesła. Zapatrzony w punkt gdzieś na drzwiach wejściowych dumał nad ostatnią wizją ukazującą jeszcze jeden kolor. Czerń, szarość, biel i czerwień przeplatały się ze sobą w makabrycznych wydarzeniach. Kolejno symbolizowały śmierć, rozpacz, nadzieję oraz krew, ale to niezrozumiałe przebłyski złota były znakiem nad wyraz niepokojącym. Jak miał je interpretować? Nie widział korelacji tego nowego szczegółu z pozostałymi, jakby oderwany był on od całości, a nie powiązany z nią tak jak poprzednie. Dodatkowy, nie łączny. Złoto mogło odzwierciedlać artefakt na dłoni jego ucznia, lecz zupełnie nie pasowało do całokształtu uzyskanego obrazu z przebłysków. Artefakt nie miał większego znaczenia niż sam elf. Na tę chwilę był o tym przekonany.

Mnich ucisnął piekące powieki i potarł dłońmi zarośniętą twarz, tłumiąc szerokie ziewnięcie. To druga z rzędu noc, której nie spożytkował na sen. Zajęty powinnościami oraz prywatnymi sprawami zupełnie nie zwracał uwagi na upływ czasu i byłby wczoraj pominął poranne ćwiczenia, gdyby nie świeca, która wypaliła się do cna w odpowiednim momencie.

Wiedząc z doświadczenia, że prędzej zaśnie aniżeli się rozbudzi, odsunął ciężkie krzesło i wstał od biurka, zatrzaskując wielki tom oprawny w woskowaną skórę. Płomień świecy przechylił się niebezpiecznie i zaraz wyprostował, jakby dla potwierdzenia swojej przydatności. Mag splótł ręce za plecami. Przeciągając spojrzenie utkwione w literach tłoczonych na okładce, prychnął z niesmakiem, kierując się w stronę wychodzącego na dziedziniec okna. Bestiariusz Starego Świata, raczą autorzy żartować. Doprawdy, muszą mieć wyśmienite poczucie humoru, skoro nie zawarli w nim nawet połowy istnień, których gatunki wymarły lata temu. Tak, to również był przejaw ich fantazji, by nazywać wytępione przez ludzkość gatunki wymarłymi.

Sękate dłonie pokryte ciemnymi plamami i jaśniejszymi bliznami wsparły się na szerokim parapecie. Palce zniknęły pod szeleszczącymi pergaminami. Doradca Niedźwiedzia pochylił się nad nimi i mrużąc oczy w nikłej poświacie wpadającej zza szyby, pospiesznie przejrzał kilka nabazgranych notatek. Szczególne zainteresowanie budziły podkreślone słowa oraz te zakończone pionową kreską z kropką u dołu, jak odwrócone i. Nazywano to, jakże trafnie, wykrzyknikiem.

Ten znak przypominał Magowi o wojnie domowej na południu, poruszeniu na północy związanym z aktywnością bezczynnego dotąd Zakonu Paladynów, a także majaczącym na horyzoncie rozłamie wśród Niedźwiedzi. Dokładniej rzecz ujmując, konflikt narastał między Złowieszczym Niedźwiedziem a jego cichym wspólnikiem - najlepszym przyjacielem i zaufanym doradcą - który nie zamierzał akceptować agresywnych planów wcielenia wiejskich terenów do Twierdzy. Doskonale radzili sobie na obecnych warunkach, więc koniec końców podporządkowywanie sąsiednich wiosek kompanii najemnej nie było dobrym pomysłem. A jak się miało wkrótce okazać, było najgorszym planem, jaki rozochocony działaniami na południu przywódca mógł obmyślić. Człowiek ten był przy tym na tyle bezczelny, by obnosić się koncepcją stworzenia własnego królestwa. Zakrawało to o szaleństwo, biorąc pod uwagę dwa pobliskie garnizony Zakonu. Nic dobrego z tego nie wyniknie. A już na pewno przekreśli ukradkowe starania doradcy o sojusz z reprezentantem organizacji wiodącej prym w Estarionie - jedynej mogącej przeciwstawić się nadchodzącej potędze.

Mag uniósł posępne spojrzenie. Krzaczaste brwi zbiegły się nad podkrążonymi onyksowymi oczami, gdy na oświetlonym blaskiem księżyca dziedzińcu dojrzał swojego młodego ucznia. Wbrew pozorom wcale nie zdziwił go ten widok. Stary nauczyciel spodziewał się, iż Estalavanes będzie się wzbraniał przed ponownym zaśnięciem, lecz takiego obrotu spraw nie mógł przewidzieć. Chociaż… Tak, mógł, zważywszy, że tej konkretnej nocy patrolem dowodził Colonell.

Mnich wyprężył się i odruchowo złączył dłonie na wysokości krzyża. Lekki uśmiech błądzący na wąskich ustach odmłodził więdnące oblicze, gdy z ukrycia śledził poczynania ucznia. Chłopak wbiegł na ubitą ziemię jakby gonił go najśmielszy koszmar, a kiedy się zatrzymał, przybrał pozę przygotowującą go na nieuniknioną konfrontację. Estalavanes przejął inicjatywę, co było zjawiskiem rzadko spotykanym. A to znaczyło, że zaczęło mu zależeć. Znaczyło, że zaczął dostrzegać własne uczucia względem innych. Względem ludzi.

Nadzieja rozgrzała serce starego mentora, gdy uzmysłowił sobie, że uprzedzenia podopiecznego z wolna traciły swoją szkodliwą moc. Nieprzejednana aura rozmazywała się i ulatniała na wietrze emocji zawsze wtedy, gdy w pobliżu znajdował się jego przyjaciel. Bądź gdy o nim myślał. Wystarczyło obserwować zmiany zachodzące na gładkim obliczu by odgadnąć, co temu chłopcu chodzi po głowie. I chociaż nie mógł ujrzeć jego twarzy, to wciąż mocno wierzył w targanego sztormem dojrzewania młodego ducha z uporem poszukującego kotwicy, która utrzymałaby go na wzburzonych falach uczuć. Estalavanes był żywiołem; zmiennym i zaskakującym, choć łatwym do przewidzenia. Mag z początku lękał się tego braku równowagi. Teraz był dumny niczym ojciec, mogąc wprowadzać tak wyjątkowego ucznia w dorosłość.

Cokolwiek się zdarzy, będzie to dobra lekcja nie tylko dla dwójki młodzieńców, ale także ich nauczyciela. Estalavanes w końcu odnajdzie w sobie siłę konieczną do wyjścia z matni, w jakiej sam siebie zamknął, tak jak odnalazł bratnią duszę, która pomoże mu zrozumieć siebie samego, wyciągnie do niego pomocną dłoń zawsze, gdy będzie tego potrzebował, zaopiekuje się nim bez względu na okoliczności i zadba, by nie spotkało go nieszczęście. A w zamian lękliwy elf uczyni dla niego to samo. Otworzy się na otoczenie, aż wreszcie pojmie, że chowanie się po kątach niczemu nie służy, tylko sztucznie osłabia wytrenowane ciało oraz lotny umysł.

Mądry, bogaty w życiowe doświadczenia Mag mógł być wybitnym nauczycielem, jednakże i on nie był w stanie przekazać całej wiedzy młodemu, pełnemu pasji i energii chłopcu, który przede wszystkim potrzebował rówieśnika. Kogoś, komu zaufałby w ten naiwny, intymny sposób. Powiernika myśli, towarzysza na wyboistej, trudnej drodze dorastania. Estalavanes potrzebował osoby, która pomogłaby mu odkryć świat widziany oczami innych.

Kimś takim stał się młody niskowyżanin, wyrzutek pośród ludów północy i śródlądu z racji jasnobrązowej skóry oraz tatuażu pokrywającego najbardziej widoczny element jego ciała. Samotnik z wyboru, choć nie stroniący od ludzi. Uzdolniony łowca i tropiciel znający swoje możliwości, pewny swych przekonań. Do przesady szczery, czym niejednokrotnie w przeszłości napytał sobie biedy. Odważny i nieustraszony, co w połączeniu z charyzmą czyniło z niego kompana idealnego. Zupełne przeciwieństwo Estalavanesa, a tak go przypominający, że czasem, podczas ćwiczeń i sparingów, stary mistrz przyłapywał się na wspominaniu podobnych sytuacji sprzed wielu laty.

Ach, o młodym wilku mowa. Jest i on, otoczony swoją wierną świtą.

Mag na moment przymknął powieki ciesząc się, że jego wychowankowi nic się nie stało, a zwiadowcy wrócili w równie dobrym zdrowiu co humorze. Tej nocy nikomu nie było pisane stracić życie. Troska Estalavanesa była słuszna, lecz bezpodstawna.

Mające już swoje najlepsze lata za sobą oczy dyskretnie wpatrywały się w scenę za oknem. Mag nie dbał o to czy zostanie zauważony, choć z jego punktu widzenia dwójka młodych mężczyzn była zbyt skupiona na sobie nawzajem, by dostrzec przypadkowego podglądacza. Nie, należało zwrócić honor wytatuowanemu łowcy. Colonell rozejrzał się uważnie, gdy opuszczał dziedziniec, kierując się za węgieł Głównego Budynku. Nie dojrzał jednak ciemnej sylwetki w półcieniu gabinetu, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie spodziewał się wychowawcy tak wczesną porą, zaledwie na godzinę przed świtem. Tak jak nie spodziewał się Estalavanesa, który niby strzała pomknął mu na spotkanie w pomrokach księżycowej nocy.

Mag wycofał się ze swojego stanowiska przy wysokim oknie, ostatecznie wycofując się z zamiaru rozdzielenia tej dwójki. Jak Colonell z wyrzutem wyznał, byłoby to bezlitosne posunięcie. Co prawda starzec z początku obawiał się, że nieposkromiony duch zwiadowcy przejmie rozchwianego emocjonalnie chłopca i sprowadzi go na złą drogę, lecz ku swojej uldze przekonał się, iż rzecz miała się zgoła odwrotnie. Wyciszony, nieśmiały i skryty Estalavanes samą obecnością łagodził niepokorny obyczaj buntowniczego Colonella. Wpłynął na beztroskiego hulakę w nieoczekiwany sposób, zmieniając go w skierowanego na cel mężczyznę wykazującego się opiekuńczością i spolegliwością. Tak, to dobre określenie: Estalavanes uczynił z niego mężczyznę. Natomiast Colonell wydobył z aspołecznego chłopaka to, co miał on w sobie najlepszego. Pokazywał mu jego własne dobre strony utwierdzając tym samym w przekonaniu, że wszystko co złe, jest wyłącznie punktem widzenia możliwym do rozjaśnienia nutą optymizmu. Colonell sprawił, że uśmiech zagościł na zaciskanych nerwowo białych ustach. Był powodem, dla którego chłopak zaczął przykładać się do zajęć. Mimo deprymujących przeciwności losu okazał się czynnikiem pchającym go do otwartego działania.

Mnich westchnął, w zamyśleniu pocierając szorstki podbródek. Zerkając na tłoczoną okładkę księgi spoczywającej na schludnym blacie, sięgnął po nią i ze starannością starego archiwisty odłożył na swoje miejsce w biblioteczce. Przez chwilę przyglądał się swojemu bogatemu zbiorowi rzadkich utworów, po czym skierował kroki w stronę drzwi, po drodze gasząc ledwie żywy płomień dotykający już mosiężnego świecznika. Powinien rozmówić się z Tyrdem na osobności, zanim Colonell postanowi złożyć raport.

Echo zatrzaskiwanych drzwi poniosło się wzdłuż kamiennych ścian, gdy doradca wyszedł ze swojego gabinetu. Zastanowił się, gdzie tuż przed jutrzenką znajdzie należącego do nocnych stworzeń przywódcę, i żwawo przemierzył słabo oświetlony korytarz w drodze do salonu kilkanaście metrów dalej. Umysł miał czysty i świeży jak po drzemce, choć przecież nie spał od dwóch nocy. Kształtujące się, kolejkowane myśli oczekiwały poświęcenia im chwili, choć swoim zwyczajem rozsądny administrator nie planował niczego wprzód. A zwłaszcza, gdy chodziło o nieprzewidywalnego Niedźwiedzia.

Po niedługim spacerze dotarł pod niczym niewyróżniające się drzwi. Nadstawił ucha, ale nic nie usłyszał. Wewnątrz pomieszczenia panowała cisza typowa dla ostatnich godzin nocy. Ogorzała twarz Maga nabrała neutralnego wyrazu, a dłoń o przypominających suche drewno palcach lekko nacisnęła klamkę, uchylając dębowe drzwi do środka salonu. Nie musiał pukać. Był jednym spośród nielicznego grona uprzywilejowanych mieszkańców Twierdzy. Zjawiał się bez zapowiedzi, bez ostrzeżenia i bez względu na towarzystwo, w jakim przywódca aktualnie przebywał. Bo czego by nie mówić o Tyrdzie Niedźwiedziogrzywym i jego niezaspokojonej chuci, tak kobiet nigdy nie stawiał ponad obowiązek.

Ogień kominka rozpłomieniał wnętrze pomieszczenia, w którym zaszył się Niedźwiedź. Był sam. I nie wyglądał na skorego do rozmowy.

Zasiadający w fotelu Tyrd poderwał chmurny wzrok znad mapy rozciągniętej na blacie stolika, łypiąc groźnie na przybysza z miejsca pod jedynym oknem saloniku. Rozpoznając starego przyjaciela, wrócił do wodzenia grubym palcem po liniach wymalowanych na cielęcej skórze i ustawiania pionów wszędzie tam, gdzie się zatrzymał.

Zbliżający się doradca z uznaniem skinął głową, zliczywszy na mapie Estarionu trzydzieści dwie figury. Mając na uwadze niewielkie liczebnie rozmiary ich najemnej kompanii, było to nie lada osiągnięcie. Obaj zaczynali jako przypadkowi wędrowcy, a czas zmienił ich do tego stopnia, że w końcu zainwestowali ogromne pokłady funduszy i sił w rozwinięcie siatki szpiegowskiej, która w znacznej mierze przyćmiła żołnierską część ich bractwa. Jak gdyby miecze do wynajęcia były wyłącznie zasłoną maskującą prawdziwą funkcję kompanii Niedźwiedzi. A raczej prężnie rozwijającą się gałąź ich organizacji.

Głęboki pomruk wyrwał się z szerokiej piersi przywódcy najemników.

- Do cholery, starcze, odpuść wreszcie. Jeśli znów przyszedłeś mi truć dupę, to na mój miecz przysięgam, że nie będę strzępił języka po próżnicy.

- Miło cię widzieć w dobrym humorze, przyjacielu. - Mag uśmiechnął się blado i utonął w miękkim fotelu naprzeciwko swego rozmówcy. Pasiaste futro przewieszone przez oparcie przyjemnie łaskotało tył bezwłosej głowy, a płomień dogasający w kominku miło trzaskał, kładąc się odrobiną ciepła na skórze ramienia i policzku. Jak nic mnich się starzał, zaczynał bowiem doceniać miejsca, w jakich gustowali ogarnięci demencją staruszkowie. - Nie troskaj się jednak, nie z tym do ciebie przychodzę, Tyrdzie. Nie tym razem.

Ogromna dłoń trzymająca pionek zawisła nad mapą, kiedy nieufne ciemnozielone oczy otaksowały pobrużdżoną twarz doradcy. Niedźwiedź wyprostował się w fotelu, umięśnione przedramiona opierając na obszernych podłokietnikach. Nawet bez futrzanego płaszcza prezentował się groźnie i majestatycznie, zupełnie jak dumni królowie minionych wieków.

Barczysty niby zwierz, od którego przyjął imię, podobnie też owłosiony, zawstydzał swą muskulaturą najlepszych spośród swoich ludzi. Zdobiona srebrnymi guzikami czarna koszula z podwiniętymi rękawami gładko opinała jego sylwetkę, doskonale komponując się z ciemniejszym odcieniem skóry, która w ciepłym świetle zdawała się nie tyle złociście brązowa, co mocno opalona. Gęstwina brunatnych, prawie czarnych włosów układała się na głowie oraz szerokim karku na podobieństwo niedźwiedziej grzywy, potarganej wiatrem i nasrożonej jak przed rychłym atakiem. Przycięta broda zdobiąca przystojnie surowe oblicze była uczesana i przez umysł Maga przemknęła pojedyncza refleksja, że przecież nie zauważył obecności nieznanych mu kobiet w Twierdzy. Winę za to niedopatrzenie zrzucił na natłok obowiązków oraz zmęczenie, przez które zaczął popełniać błędy. Powinien zatroszczyć się o swoje zdrowie. Więcej pożywienia i wypoczynku, a nade wszystko nocnego snu. Oraz ruch. Intensyfikacja ćwiczeń pozytywnie wpłynie na kondycję zarówno ucznia, jak i jego własną.

- Miła odmiana, staruszku. Już zaczynałem żałować, że nie wziąłem ze sobą dwuręczaka - rzucił z zadowoleniem Tyrd, spoglądając na drobny drewniany pionek, którym obracał w palcach. Krzywy uśmiech nie schodził z jego pełnych ust. - Chyba nie przyszedłeś ze mną poszczebiotać, co? Coś w tym twoim lisim łbie siedzi, inaczej nie kwapiłbyś się odwiedzać mnie o tak drakońskiej porze. Tuż przed świtem - prychnął - jasna cholera, wtedy dzieją się najgorsze rzeczy. Tuż przed świtem następuje atak. Tuż przed świtem człowiek budzi się z pragnieniem po ciężkim chlaniu. Albo w towarzystwie kobiety, której nie zna.

Doradca westchnął.

- Na próżno mi szukać kogokolwiek, kto zna mnie lepiej niż ty sam, Tyrdzie. - Udawane rozczarowanie w głosie Maga było wyłącznie grą, którą obaj lubili urozmaicić sobie czas. - Miło powspominać dni, kiedy byliśmy dwójką nieokrzesanych młodzieńców szukających miejsca w brutalnym świecie.

Ryk śmiechu przetoczył się po salonie, poruszając meblami i wiszącymi na ścianach trofeami. Niedźwiedź był w dobrym humorze, z czym wcale się nie krył, gdyż nawet jego ciemne oczy iskrzyły nadmiarem energii. Bez wątpienia uzdolniona w swej profesji kobieta niedawno opuściła jego gawrę.

- Cóż za bajeczny wstęp przed przejściem do interesów! - Rozbawiony olbrzym odetchnął przeciągle, rozsiadając się wygodniej na fotelu nie ustępującemu królewskiemu tronowi. - Po pierwsze, to ty nigdy nie byłeś młody, Magu. Byłeś już sfatygowanym przez życie dziadygą, kiedy się spotkaliśmy. Miałeś tylko mniej zmarszczek i więcej włosów na brodzie. A po drugie, swoją ogładą i charyzmą obdzieliłbyś pół Estarionu, czym zawsze psułeś mi zabawę. - Gruby palec mierzył oskarżycielsko w stronę drobnego staruszka, lecz uśmiech wciąż odsłaniał białe, zdrowe zęby. W tym krzepkim człowieku wszystko było niebywale mocne, nawet emocje, jakimi wprost emanował. - Bliżej nam do kłótliwych braci niż przyjaciół, staruszku. A to wielka różnica.

Mag przechylił głowę słysząc pochlebstwo z ust przywódcy. Rzadka okoliczność, warta odnotowania w kronice.

- Wystarczy na nas spojrzeć, by stwierdzić, jak wielka jest ona w istocie – potaknął. – Czy znajdziesz czas na partyjkę królestwa? A może wolisz marzyć o własnym?

Zerknąwszy wymownie na mapę, Mag przeniósł wzrok na przystojną twarz młodszego mężczyzny. Przywódca niedawno przekroczył czterdzieści lat, nadal cieszył się młodością i wigorem, a smagła cera nosząca ślady licznych walk oraz pojedynków nie zdradzała najmniejszych oznak postępującego wieku. I jak z satysfakcją zauważył, Tyrd nadal skłonny był poświęcić chwilę ich ulubionej grze.

- A ty swoje! Jak ten stary belfer ciągle odbierasz mi radość życia. Dobrze wiedzieć, że chociaż ty jeden się nie zmieniasz!

Uśmiech Niedźwiedzia przeszedł w grymas nieprzypominający niczego, co można by zrozumieć. Zdjął sztywną mapę z planszy, przewracając drewniane pionki, i bez wstawania odłożył ją na pobliską komodę. Otworzył pierwszą szufladę, z której wyjął dwa komplety figurek rzeźbionych w kamieniach szlachetnych.

- Zawsze ubierasz swoje myśli w fikuśne słowa, jakby to były jakieś chimeryczne szlachcianki – burknął.

- Najwyraźniej masz głęboką awersję do szlachcianek, Tyrdzie.

Rozstawiający figury Tyrd ograniczył się do przelotnego spojrzenia, od którego więdły kwiaty na rabatach, a drzewa natychmiast gubiły liście. Kobieta z Zielonych Bram powinna zostać tam, gdzie była, czyli głęboko pod ziemią. Wywlekanie tego na światło dzienne po tylu latach nie miało sensu.

- To było kilkanaście zim temu, staruszku. I widziałeś ją tylko raz.

- Ach, jak mógłbym jej nie pamiętać, skoro była wyjątkowo piękną kobietą? Rzadko się zdarza, by osoby jej proweniencji parały się sztuką tak przyziemną, jak kartografia. Miała delikatny nosek upstrzony urokliwymi piegami, nic dziwnego, że nie potrafisz o niej zapomnieć...

Pozwoliwszy sobie na małą dygresję, Mag uśmiechnął się do swych wspomnień. Nie tracąc humoru, chwycił oburącz za blat okrągłego stolika i obrócił go tak, by czarne figury były po jego stronie, wprawiając w konsternację przeciwnika. Tyrd zawsze wybierał czarne.

Mag przytknął pożółkły paznokieć do ust i mruknął:

- A teraz zastanówmy się…

Z udawanym namysłem obejrzał układ rzeźbionych w gagacie pionków, z których każdy posiadał swój niepowtarzalny kształt i rozmiar. Sięgnął po największy z nich, smoka, co było ruchem niedozwolonym na początkowym etapie rozgrywki. Postawił go na środku szachownicy, naprzeciwko dwóch żołnierzy oraz dwóch czarodziejów koloru krzepnącej krwi. Szlifowane granaty lśniły bajecznie w poblasku dogasających płomieni.

Popatrzył spod uniesionych brwi na przywódcę i zabrał jego dwóch czerwonych strzelców. Ustawił ich po bokach smoka, rzeźbionymi twarzami bez wyrazu obracając ostentacyjnie w stronę czarnej reszty, ledwie cieni zalegających na planszy. Opierając brodę na palcach zaciśniętej pięści, ponownie uniósł wzrok, a zimny uśmiech drapieżnika przeciął okolone siwiejącym zarostem usta.

Domyślny Niedźwiedź skinął ze zrozumieniem, wytrzeszczając oczy. Mag szybkim ruchem zdjął z planszy figurkę smoka i schował ją w dłoni, zanim zdążył to zrobić jego towarzysz.

Smok zniknął tak samo nagle, jak się pojawił.

- Poznaliście tożsamość leśnego widma! - Tyrd pochylił się nad planszą, całkowicie zapominając o grze, a jego ton wskazywał na więcej niezdrowego podniecenia niż stosownej do sytuacji powagi. Grzmiący bas przeszedł w nabożny szept, kiedy szmaragdowe oczy rozjarzyły się ekscytacją. - Czyli smoki nie wyginęły…

- Najwyraźniej. A to oznacza, że ludzie powinni zacząć martwić się o swoją przyszłość. - Mag osunął się na oparcie i wyciągnąwszy dłoń w stronę przyjaciela, rozprostował palce, ukazując przycupniętego na zadzie prajaszczura. - Przez cały ten czas igrał z naszymi zwiadowcami. I przepadł bez śladu, czym niepokoi mnie jeszcze bardziej.

- Pierdoleni Wszechmocni, prawdziwy smok pod moją warownią!

Kręcący niedowierzająco głową Tyrd nie słuchał trzeźwo myślącego doradcy, co nie było niczym nowym w ich wieloletniej znajomości. Ot, utarta norma. Oczyma wyobraźni już widział zakonserwowany łeb bestii wiszący w centralnym miejscu sali audiencyjnej, nad podestem tronu. Marzył mu się wspaniały ekwipunek wykonany ze smoczej skóry i łusek, a zęby oraz pazury warte góry złotych koron sprzedałby kolekcjonerom i alchemikom. Być może ten cały Arnelt przyrządzi z nich coś specjalnego.

Tknięty przeczuciem łypnął na Maga.

- Nasuwa mi się tylko jedno pytanie: co robi tutaj smok?

- Tylko jedno pytanie, Tyrdzie? Pozwól mi mówić, a przedstawię ci kilka teorii, które zdają się najbardziej prawdopodobne. Szczególnie, że mój uczeń ma z nimi wiele wspólnego.

Niedźwiedź stracił całą przyjemność płynącą z informacji, jaką podzielił się z nim doradca. Bez namysłu zgarnął czarnego smoka z podsuniętej mu dłoni i z wstrętem obrócił nim w palcach, jak wcześniej drewnianym pionkiem. Obserwował światło tańczące na załamaniach wypolerowanego do połysku posążku.

- Ten twój biały szczur! – warknął. - Dziw, że jeszcze nie zdechł ze strachu. Mów, skoro musisz, choć jestem przekonany, że nie spodoba mi się to, co powiesz.

Mag cofnął rękę. Głębokich i zimnych niczym nocne niebo oczu nie odrywał od figurki co rusz znikającej w wielkich dłoniach wojownika.

- Estalavanes czyni znaczące postępy i tylko to powinno cię interesować w związku z jego osobą, Tyrdzie. - Rozparł się wygodnie w głębokim fotelu. Ogień już dogasał, zaledwie żarzył się między sczerniałymi polanami za okratowaniem kominka. - Smok bez wątpienia go śledzi. Nie mam pewności czy ma niecne zamiary, czy też strzeże go z niewyjaśnionych przyczyn. W każdym razie dzisiejszej nocy miałem wizję, która zmieniła cały mój dotychczasowy pogląd na wydarzenia. Estalavanes również odczuł ją na swój sposób, we śnie spotykając się z tym, co czaiło się w leśnych ostępach. - Błysk w oczach Maga był prawie niezauważalny, jak ognik o poranku. Jego głos brzmiał wyjątkowo złowieszczo, gdy znów wychylił się w stronę rozmówcy, zbliżając twarz do zwierzęcego oblicza. - Spotkał się ze smokiem, Tyrdzie. Spotkał się z siłą, która naruszyła Macierz Mocy. I nie odszedł od zmysłów.

Pochylony nad stolikiem Złowieszczy Niedźwiedź w zamyśleniu skubał paznokciami wargi wyrażające niechęć i coś jeszcze, jakby wątpliwość wobec własnych sprzecznych myśli. Ostre spojrzenie ogniskował na chłodnym, rzeczowym obliczu doradcy, a każde słowo rozkładał na najdrobniejsze elementy w analitycznym intelekcie biegłego dowódcy. Był pierwszorzędnym taktykiem, co w połączeniu z impulsywnym, cholerycznym charakterem nie przynosiło oczekiwanych rezultatów, aczkolwiek dawało mu przytłaczająco wiele zwycięstw. Bieżące osiągnięcia to oczywiście w dużej mierze jego zasługa, ale to, co mógłby ewentualnie zyskać, tracił za sprawą niepohamowanej, gniewnej natury.

- To białe pstro miało sen, a ty zakładasz, że była to wizja, jakich sam doświadczasz? - Tyrd machnął lekceważąco ręką, zbywając teorię Maga i rzucając figurkę na stolik. - Nie wydaje ci się aby, że przeceniasz tego cudaka?

- Jego koszmar pokrywa się z moją wizją oraz wydarzeniami w Estarionie, Tyrdzie. Błędem nie jest przecenianie możliwości mojego podopiecznego, lecz bagatelizowanie jego znaczenia. - Mnich był spokojny i opanowany, choć pod powłoką wystudiowanej kurtuazji zaczynał się niecierpliwić. Przecież ten człowiek nie mógł być aż tak ślepy na to, co działo się tuż pod jego progiem. Nie mógł ignorować jasnych sygnałów świadczących, że Twierdza i stacjonujący w niej ludzie żyją w stanie ciągłego zagrożenia. - Skoro poszukuje go siła wyższa, to białe pstro bez wątpienia musi mieć dla niej znaczenie.

Przywódca kompanii już otwierał usta, by odpowiedzieć, kiedy jego uwagę przykuł nieoczekiwany ruch w polu widzenia. Spojrzał ponad głową rozmówcy w porę dostrzegając, jak drzwi saloniku otwierają się na oścież. Zlekceważył wchodzącego jak do siebie zwiadowcę i na powrót skupił się na problemie wyłuszczonym przez doradcę. Wyprostował nogi na drewnianej posadzce, prawie przewracając stolik do gry i opadł szerokimi plecami na miękkie oparcie, wykazując się jawną pogardą dla drażliwego tematu białego elfa. Za wszelką cenę chciał pozbyć się tego przeklętego cudaka ze swojej Twierdzy, ale dotąd nie miał powodu, by to zrobić. Dotąd.

- Jakieś sugestie, Magu? – mruknął niezadowolony. - Póki co, stwarza dla nas zagrożenie, czy nie tak?

- W istocie, jest w pewnym stopniu zagrożeniem… - Mag niechętnie potwierdził jego słowa. Była to widoczna jak na dłoni prawda, zaś zaprzeczenie, nawet w najlepszej wierze, nie zmieniłoby obecnego stanu rzeczy. Spoglądając na wymieszane kopnięciem figury głowił się, jak poprowadzić rozmowę, by jeszcze bardziej nie pogrążyć ucznia. - Jednakowoż smok nie zaatakował. Ograniczył się do obserwacji, a następnie zniknął, kto wie na jak długo.

- Potwierdzam, to szósta noc z rzędu, kiedy się nie pojawił. - Colonell podszedł do fotela doradcy i ze skrzypnięciem skórzanego pancerza przysiadł na wyściełanym podłokietniku, ręce splatając na piersi. Zerknął z ukosa na wychowawcę, by zaraz potem skupić zmęczony wzrok na przywódcy. - A tak zupełnie przy okazji, wnioskuję o przepustkę dla czwórki moich ludzi. Zaczynają świrować zamknięci w Twierdzy. Szalona noc poza murami dobrze im zrobi. Ewentualnie dwie. W ostateczności trzy, jeśli łaska.

- Rób co chcesz, o ile ty do nich nie dołączysz - odwarknął Tyrd, zbywając zwiadowcę zamaszystym gestem. Posłał mu przeciągłe spojrzenie, nieco dłużej utrzymując je na niedokończonym tatuażu częściowo zasłoniętym przez farbę kamuflującą. - Jesteś mi potrzebny na miejscu. Następna noc także pod twoimi rozkazami.

- Gdzieżbym śmiał się bawić, o wielki Niedźwiedziu, gdy ciemne chmury zbierają się na horyzoncie? - Col uniósł lekceważąco brew, całą swoją postawą niemal obrażając rosłego wojownika, czym skutecznie wyprowadził go z równowagi. - Mówię poważnie, idzie na deszcz.

Mag poczuł się odpowiedzialny za przywołanie do porządku dawnego wychowanka. Szczególnie, że dzikie ślepia Tyrda gromiły młodzieńca po całości.

- Colonellu, bądź tak dobry i zachowuj się adekwatnie do stanowiska. Prowokacja bynajmniej nie leży w twoich kompetencjach. Omówmy najpierw istotne kwestie. Tyrdzie?

- Czego ode mnie oczekujesz, starcze? Jeżeli jest dla nas zagrożeniem, to wygnaj go, odeślij cholera wie dokąd. Wepchnij go nawet w łapska tych stalowych rycerzyków. Wszystko mi jedno, co się z nim stanie, o ile nie będzie go tu, na moich włościach!

Olbrzymie dłonie gwałtownie zamknęły się na krańcach podłokietników, aż te zatrzeszczały. Chciał zabić smoka, pragnął tej chwały i zaszczytów, wyraźnego potwierdzenia swojej potęgi na ziemiach Estarionu, lecz teraz jedynym, co go zajmowało, było wykorzystanie szansy na pozbycie się białego szczura.

Zaniepokojony Mag odruchowo wykluczył sugestię o wygnaniu ucznia. To oczywiste, że nie przyjmie takiego rozwiązania, ale przywódca musiał to z siebie wyrzucić. Taki już był, że w gniewie nie przebierał ani w słowach, ani w środkach.

- Tyrdzie – zaczął łagodząco - weź pod uwagę możliwość, iż smok nie atakował z racji swego niepewnego położenia. Mamy elementalistów, ponadto paladyni znajdują się w stosunkowo niewielkiej odległości od Twierdzy. Nawet jeżeli smok zaatakowałby Twierdzę w swojej prawdziwej postaci, to odniósłby dotkliwe rany i ściągnął na siebie uwagę ludzi, którzy zapoczątkowali Zimną Rzeź. Jest na z góry straconej pozycji.

Przysłuchujący im się Colonell nagle nabrał czujności.

- Czekaj, że jak? – zawołał. - Czy ty chcesz wygnać…

Musiał się uchylić, aby nie oberwać nakazującą mu milczenie ręką. Odepchnął dłoń Zrzędy i przechylając w stronę Tyrda, poderwał się z siedziska.

- Jeśli on odejdzie, to licz się z utratą najlepszego człowieka, jakiego kiedykolwiek miałeś. Bez urazy staruszku - rzucił w stronę wychowawcy.

- Nie szkodzi, młodzieńcze. - Mag skinieniem głowy przyjął jego przeprosiny, lecz nie zaniechał prób przywołania go do porządku. - Tymczasem proszę jeszcze raz, abyś się opanował. Nie czas to i miejsce na takie zachowania.

Przywódca powoli dźwignął się z fotela, w ten sposób zastraszając wytatuowanego najemnika. Niby szykujący się do ataku niedźwiedź wypiął pierś górując nad prowokatorem. Przymrużone powieki drżały, gdy rozdymał nozdrza.

- Magu, twoim umiejętnościom powierzyłem wychowanie tego szczeniaka. Wiedz zatem, iż winien jesteś jego błędów. A co się tyczy ciebie – zwrócił się do zwiadowcy - to zważaj na język, kiedy mówisz do swojego przywódcy! Nie ma ludzi niezastąpionych!

Col tracił rezon w obliczu przeważającej masy mięśniowej oraz rozmiarów Niedźwiedzia, choć tak naprawdę to jego nieobliczalny umysł był największym niebezpieczeństwem. Trwał jednak pewnie na rozstawionych lekko nogach.

- Coś o tym wiem – odszczeknął – wystarczy mi spojrzeć na ciebie!

- Utrapienie z tobą, szczeniaku, a imię twoje rozczarowanie! - ryknął Tyrd. - Odkąd pamięcią sięgam, sprawiałeś nam wyłącznie zawód!

Jeden krok wprzód Niedźwiedzia równy był dwóm krokom w tył jego młodszego, niemal lustrzanego odbicia. Colonell już raz widział podobną scenę, nie tak dawno temu i z Estim w roli głównej. Ależ on musiał być wtedy przerażony.

Na samo wspomnienie ognista furia wykrzywiła brudną, pociągłą twarz cofającego się zwiadowcy. Palce świerzbiły, by spocząć na rękojeściach sztyletów, ale rozsądek nakazywał mu odpuścić i mieć się na baczności. Nie posłuchał. Zabezpieczenia puściły jedno po drugim, nie czyniąc wiele hałasu.

- Nie pamiętasz już, jaki byłeś dumny z moich ponadprzeciętnych zdolności?!

- Tylko twoje cholerne zdolności przyczyniły się do tego, że jeszcze tu jesteś!

- Gdybym w ogóle sobie tego życzył! - Niedobrze, ściana za plecami odebrała mu pole manewru. - I dla twojej lepszej pamięci narobię ci jeszcze tylu problemów, co byś mnie lepiej wspominał na przyszłość!

- To się jeszcze okaże, niewdzięczniku! - Tyrd uśmiechnął się z wyższością, zatrzymując tuż przy zaszczutym buntowniku. - Południe jest dla ciebie najlepszym rozwiązaniem. Przynajmniej nie będę musiał patrzeć na twoją zhańbioną mordę.

- No chyba nie.

- Co powiedziałeś?

Col ściśniętym gardłem przełknął ślinę.

- Agent z Adeili otrzymał moje rozkazy, nie twoje – oznajmił. - Zmieniłem je. Przekazałem mu swoje obowiązki, przeszkoliłem z wszystkiego, czego powinien był się nauczyć i oddałem pod opiekę Velrena. Ja nie mam już nic wspólnego z Adeilą, południem i samymi agentami. - Chciał brzmieć stanowczo, lecz jego głos zadrżał przy ostatnim słowie, kompletnie go pogrążając. Colonell był silny, ale bywały momenty, w których i on nie dawał rady w obliczu nadmiernej presji. - Wysłałem go na południe z twoim błogosławieństwem.

- Kto ci wydał taki rozkaz? - Zwodniczo łagodne pytanie Tyrda zawisło niebezpiecznie w przestrzeni rozjaśnionej pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Pobladła twarz przywódcy najemników pokryła się szczelnie krwistą czerwienią, a ryk czystej furii wstrząsnął kamiennymi ścianami. - Kto, do kurwy, o tym zadecydował?!

Zaprzęgając całą wolę, Colonell bez mrugnięcia okiem przypieczętował swój los. Było mu już obojętne co się z nim stanie, byle ten potwór zostawił Estiego.

- Ja. Ja o tym zadecydowałem, bo chcę pozostać w Twierdzy.

- Ty skurwiały…

Mocarna dłoń zamknęła się tuż pod szczęką Cola, uciskając żuchwę i dociskając go plecami do kamiennej ściany. W oczach Niedźwiedzia widać było nadciągającą śmierć.

- W ten sposób odpłacasz mi się za wszystko, co dla ciebie zrobiłem, szczeniaku?! I opuść tę cholerną zabaweczkę! Przysięgam, że szybciej złamię ci kark, aniżeli się wykrwawię!

Nienawykły do słuchania rozkazów przywódcy Colonell nie opuścił sztyletu, którego czubek przytknął do aorty olbrzymiego mężczyzny. Może i położyłby starego trupem, ale sam nie wyszedłby z tego starcia żywy. Wypuścił broń z ręki. Stal brzęknęła o kamień posadzki. Rozbrojony krztusił się i kaszlał, gdy przeciwnik mocniej zacisnął palce na jego gardle. Uczepił się duszącej go dłoni i starając wyswobodzić z miażdżącego chwytu, nie przestawał wyrzucać z siebie kolejnych obelg i pretensji.

- Masz... urojenia! Nigdy nic… dla mnie… nie zrobiłeś! Przypisujesz sobie... wyłącznie... cudze zasługi. Zasługi Maga. I moje własne!

Zapierając się plecami o ścianę, wbił palce pomiędzy uciskającą go dłoń a swoją piekącą skórę, z desperacją rozwierając kleszcze ludzkiego imadła. Udało mu się odepchnąć duszącą go rękę, a odżywcze powietrze boleśnie wypełniło płuca. Rozkaszlał się. Ledwo dyszał, szarpany torsjami, lecz póki starczy mu sił, póty głośno będzie okazywał swoje nieposłuszeństwo.

- Nie licz… że… spokornieję... – charczał. - Nie ma… szans... Nie tobie! Nienawidzę cię! Z całego serca! - Otarł usta dłonią i zerknął na grzbiet rękawicy. Nie dostrzegł krwi. Przeniósł zaszczuty wzrok na przeciwnika, a ich jednakowe oczy skrzyżowały się w tym samym wyrazie nieposkromionej wściekłości. - Jesteś dla mnie wyłącznie przywódcą. Tylko człowiekiem na mojej drodze, kolejnym, z którym muszę współpracować dla osiągnięcia własnego celu.

- I mówi mi to zagubiony chłopiec z dumą obnoszący się tym. - Tyrd dotknął palcem wytatuowanego policzka Colonella, a był to gest niemal pieszczotliwy, wywołujący odrazę. Młody odtrącił jego dłoń. - Każdy cię rozpozna. A już na pewno Zakon.

- Do tamtej pory radziłem sobie bez ciebie, poradzę sobie i teraz. Dokądkolwiek się udam…

- Będziesz dezerterem - dokończył za niego Tyrd. Obrzucił zdominowanego awanturnika pełnym rzeczywistej władzy wejrzeniem, po czym w wyrazie najwyższego lekceważenia obrócił się do niego plecami. - Wynoś się stąd, nim stracę cierpliwość. Nie chcę cię widzieć.

- Zarżnę każdego psa, jakiego za mną poślesz! Nieważne czy będzie to mój przyjaciel, czy nie. Możesz być nawet ty sam.

- Nie zmuszaj mnie, bym pokazał ci drzwi - pozornie opanowany Niedźwiedź opadł na obszerny fotel - bo wylecisz razem z nimi.

Colonell nie powiedział już nic więcej. Wiedział, kiedy odpuścić, a przecież nic nie zyska dalszym rozdrapywaniem jątrzącej się rany. Mimo to zadziornie uniósł brodę i przykucnąwszy, na wyczucie odnalazł upuszczoną broń, którą zamknął w pewnym chwycie drżących palców. Ruszył w stronę drzwi,  posyłając Niedźwiedziowi ostatnie, pełne nienawiści spojrzenie. Skinął Magowi głową, na swój sposób przepraszając go za wynikłą scenę. Na ich sposób. Jedno mrugnięcie. I ten szczególny, zbolały wyraz goszczący na wytatuowanej twarzy.

Młodzieniec nie miał lekkiego życia. Od dziecka musiał borykać się z przeciwnościami, a gdy przyszło mu dorosnąć, koszmar wrócił. Lecz tym razem posiadał nie tyle prawo głosu, co możliwość działania. I nawet jeśli los pętał mu ręce, to robił, co mógł, by życie choć odrobinę przypominało takie, jakie sam by wybrał.

Mag nie wtrącił się do dyskusji, była bowiem jedną z wielu, w jakich uczestniczył na przestrzeni lat, kiedy to zajmował się wychowaniem oraz przygotowaniem młodego Colonella do jego przyszłej roli. Był nieopodal, gotów ich rozdzielić, gdyby wypadki potoczyły się w sposób nieprzewidziany. Dwójka konfliktowych mężczyzn nigdy nie wychodziła z takich starć bez urazów i skaleczeń, gdyż była to jedyna akceptowalna forma rozstrzygania między nimi sporów, niemniej doradcy ciężko było na to patrzeć. Tym bardziej, że młodzieniec pod każdym względem przypominał swojego ojca. Z tą znaczącą różnicą, że jego horyzonty nie były tak wąskie, jak w przypadku wojowniczego Tyrda.

Drzwi trzasnęły donośnie. Wisząca nad nimi ozdoba w postaci łba szarobrązowego odyńca runęła na ziemię, rozbijając się na twardej posadzce.

Niedźwiedź warknął gniewnie, pocierając twarz, jakby w ten sposób mógł pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia przejmującego nad nim władzę po kolejnej kłótni z podwładnym. Nie chciał myśleć o nim w sentymentalnej kategorii pierworodnego.

- To twoja wina, starcze - stłumione warczenie dochodziło gdzieś ze zmierzwionej brody zasłoniętej szeroką dłonią. - To wszystko twoja wina, ty stary, cholerny głupcze.

Mag nie oponował. Nawet nie próbował odpowiadać na zarzuty zwierzchnika. Wziął z planszy figurę czerwonego króla dzierżącego w dłoniach miecz sztychem skierowany do dołu.

- Zgodnie z twoimi instrukcjami, Tyrdzie, wychowałem młodego Colonella na godnego następcę waszej wojowniczej mości. I z najszczerszą skromnością potwierdzam, iż podołałem zadaniu, spełniając twe oczekiwania.

- Wychowałeś mi żmiję na piersi, a nie pierdolonego następcę! - warknięcie przeszło w syk, jakby wymienione stworzenie rzeczywiście wiło się na kudłatym torsie mężczyzny, tuż pod czarną jak noc koszulą. - Jebane węże będą już za mną pełzać do końca mych dni…

- Przeszłość nigdy tak naprawdę nie mija. Pozostaje z nami już do końca, powracając w najmniej oczekiwanych momentach naszego życia.

Mag odetchnął ciężarem swych ponad siedemdziesięciu lat. Wiedział, o czym mówił, toteż pozwalał sobie na więcej niż inni. Odstawił posążek króla, lokując go na miejscu naprzeciwko czarnego monarchy, tak by patrzyli na siebie pustymi obliczami. W klasycznych szachach bierki były prostsze, w kolorze gładkiej bieli oraz matowej czerni - wyraźny kontrast symbolizujący dobro i zło. Królestwa są ich skomplikowaną, kosztowną odmianą.

Lodowaty dreszcz ruszający od odsłoniętych ramion przeszedł w głąb ciała starca, gdy mdłe promienie słońca padły na planszę, odbijając się refleksami krwi i popiołów na krzywiznach figurek. Pchnięty impulsem odnalazł rzuconego przez Tyrda czarnego smoka i chwytając go, zważył lekko w dłoni. Był ciepły. I żywy.

Usta starca rozchyliły się, gdy umysł zaczynał otwierać się na przebłysk, na kolejną wizję przejmującą władzę nad jego rękami oraz węzłami mięśni kontrolującymi trzymane przedmioty. Wprawnymi ruchami rozstawił dwóch królów, a między nimi ulokował czarnego smoka. Zamknięty pysk skierowany był ku czerwonemu władcy. Pośród chmary posążków znalazł czerwonego prajaszczura i postawił go tuż obok czarnego, frontalnie do czarnego króla. Zamarł, uważnie przyglądając się układowi figur które ożyły, odgrywając przyszłe wydarzenia oraz zwiastując nieuchronny kataklizm mający nadejść lada dzień.

Dwie siły. A pomiędzy nimi trzecia. Szachy. Pierwsza gra pierwszych władców tego świata. Biały Król i Czarny Król. Przeciwieństwa stawiające sobie czoła od tysięcy lat. Wojna Bogów. Dwa tysiąclecia. Prawie dwie dekady przygotowań. Bogowie. A między nimi smoki. Nie, nie smoki. Smoki, lecz nie tylko smoki. Są trzy siły, nie dwie. Smoki nie są stroną, są heroldami. Bogowie wrócili. Wszechmocni także. A smoki wieszczą ich powrót. Powrót siły mogącej wpłynąć na Macierz.

Tak, teraz było to przejrzyste w starym, bystrym umyśle. Nadchodzi kolejny Dzień Zero.

- Gadam po próżnicy, kiedy ty mnie nie słuchasz, starcze!

Ostry ton Niedźwiedzia docierał doń jak echo rzucone między wierzchołkami gór. Przejęty wizją Mag utkwił błyszczące gorączką oczy w twarzy rozzłoszczonego przywódcy. Nie zdawał sobie sprawy, że jego rozchylone usta milcząco wypowiadały słowa, których nie usłyszą żadne śmiertelne uszy. Których nie słyszy nikt poza nim samym.

Znów popatrzył na planszę, ale formowane mocą wypadki były już tylko czterema zimnymi, martwymi figurkami rozmieszczonymi w przemyślany sposób.

Podwójny szach mat.