Księga Pierwsza
BIAŁY ELF
Księga Pierwsza
BIAŁY ELF
Świętujemy Dzień Książki, ech? Z tej okazji Wydawnictwo Novae Res postanowiło zrobić mi fenomenalną niespodziankę i ukazać światu mój debiut. Tak. Biały Elf niebawem będzie dostępny w sprzedaży. A kij ze sprzedażą! Pierwszą część wreszcie będzie mogło przeczytać szersze grono czytelników!!! Wspaniałości! Już się nie mogę doczekać, żeby podyskutować z innymi o wydarzeniach toczących Estarion - o Estalavanesie i Colonellu, o Magu, a nawet o Panu i Obserwatorze! Wreszcie mogę używać imion i nazw własnych! Czuję się wolna, wolna!
Jak rany, nawet sobie nie wyobrażacie, jakie to emocje ze znudzeniem scrollować stronę główną fejsbyka i... o fistaszki, co to?! Zbierałam szczękę z blatu biurka, naprawdę! Minę miałam co najmniej jak Iga Świątek po ujrzeniu Roberta Lewandowskiego 😆 Nie mogłam uwierzyć, że patrzę w te oto oczy. Albo że to one patrzą na mnie z monitora. Nieoczekiwanie. Niespodziewanie. Niesamowicie. Dobrze, że nie miałam smartwatcha na przegubie, bo mój ówczesny puls mógłby go cokolwiek uszkodzić. Chyba jeszcze nigdy dłonie nie trzęsły mi się tak bardzo, jak po odkryciu tego posta 😅 O bogowie... właśnie dochodzę do siebie. Na taniec radości jeszcze przyjdzie pora. Póki co to podrygi paralityka. I obawa, że fejsbyk usunie mi posta, jak już czynił to wielokrotnie w przeszłości. Teraz pozostaje mi dopieścić profil autorski, z którym kłopotu będzie co nie miara i... wrócić do pisania końcówki III tomu, jak gdyby nigdy nic.
I tak na koniec... Jako autorka jestem TU.
Ostatni maraton twórczy po prostu mnie zniszczył... Ale Wena dał czadu, bez dwóch zdań. Zmęczyłam wreszcie 32 rozdział. Ma 37 stron. A tom III na chwilę obecną... 958. Jak rany. Cóż. Grunt, że idę z fabułą dalej. A tak na poważnie, to zaczynam żywić obawy co do mojego wybitnego dzieła. Przepraszam, ambitnego. Pffff, nie rozumiem dlaczego, ale jak czytam tak zestawione słowa w myślach, to ni cholery nie potrafię ich dopasować do swojej osoby. No nie ma bata! A nie będę przecież tworzyć kolejnej osobowości, mam już ich wystarczająco dużo! Dwie...
Tymczasem na wypaleniu pozostało mi czytanie mang i książek z kupki wstydu. A raczej już gnojowiska. Byłam taka dumna, że nadgoniłam zalegające na biurku pozycje, a tu... kolejne dwie książki, kilka mang (w tym Berserk #35, który z tomu na tom jest coraz gorszy pod względem treści...) i jakby tego było mało, kolejne dwie premiery zamówiłam w Świecie Książki (Golden i Erikson). Przyjdą tuż przed urlopem. Cóż, lepiej mieć i nie potrzebować, niż potrzebować i nie mieć. Szkoda gadać. Lepiej czytać!
🎵 Golden Era - PostHaste Music 🎶
P.S. Jak rany, znów przewaliłam pieniądze w księgarniach internetowych... Do dupy z takim oszczędzaniem!
A czemu by nie? Niebawem trochę odświeżę bloga, ale nie za bardzo, co by nie utracić pierwotnej koncepcji. Przede wszystkim chciałam Wam zaprezentować ciekawostkę dotyczącą Świata Wymyślonego (nadal mam jakiś wewnętrzny opór, by używać nazw własnych...). Wiecie, jak się nazywam. Piszę pod prawdziwym nazwiskiem. Z początku wyjątkowo kusząca była myśl nazwania się "Paulina Morn", którą wielu ludzi mogłoby kojarzyć. Niestety, nie jest to dla mnie chlubne miano. Już nie. Przyjęłam nazwisko męża, podoba mi się, więc dlaczego powinnam pisać pod przykrywką? Znam swoje miejsce, mam swoją... rolę do odegrania. Ale koniec dygresji.
Na potrzeby powieści przyjmuję miano Estariońskiej Kronikarki. Pod takim też pseudonimem będziecie mogli mnie szukać w sieci. W związku z tym zostałam "naznaczona"... zgodnie z poniższą ilustracją. Symbol, podobnie jak rysunek elfa ze strony głównej, jest mojego autorstwa. Powstał z dniem... narodzin głównego bohatera, czyli w 2004 roku! Tak, to moja dłoń. I nie, to nie jest tatuaż. Specyfika pracy skutecznie zniechęca mnie do tatuowania dłoni, choć, nie ukrywam, chciałabym taki na wewnętrznej stronie. Co nie zmienia faktu, że będzie to mój znak rozpoznawczy. Ma on ogromne znaczenie dla cyklu Elegii o Nieśmiertelnym. Po raz pierwszy pojawi się w III tomie, choć dokładnie wyjaśniony zostanie dopiero w VII. Od razu piszę: nie jest to symbol żadnego bractwa, zakonu czy innej organizacji. Po prostu... jest.
🎵 Sacred Inverness - Demented Sound Mafia 🎶
Muszę wziąć głęboki wdech. A po nim długi, powolny wydech. Jak rany, dawno już nie przeżywałam takich emocji. Otóż, odezwał się dziś Pan E z Wydawnictwa podsyłając okładkę przed zleceniem druku. Porozumieliśmy się odnośnie drobnej zmiany na grzbiecie książki i... znów cierpliwie czekam. Już niedługo. Niedługo...
O bogowie... Nie dociera to do mnie. Na przestrzeni roku zbudowałam wokół siebie solidne fortyfikacje zabraniające wstępu wszelkiemu złu, jakie zszargać może moje udręczone wątpliwościami i lękiem wnętrze. I kiedy pomyślę, że zaledwie tygodnie dzielą mnie od publicznego potępienia, zaczynam zastanawiać się, w którym momencie popełniłam błąd. Prawdopodobnie w chwili, kiedy idąc za głosem rozsądku (czyli Netha) postanowiłam spróbować szczęścia i rozesłałam swoją propozycję do dziesięciu wydawców. Dwa miesiące później weszłam na ścieżkę, która przywiodła mnie prosto ku przepaści. To na jej skraju teraz stoję. Nieuchronna konsekwencja wyboru targa moimi myślami, a bezkresna ciemność spoziera na mnie, szczerząc ostre krańce gotowe rozerwać ciało podczas upadku. Gdzie TERAZ jest mój rozsądek, pytam się? Gdzie podziała się powściągliwość, dzięki której zdołałam przetrwać tyle lat pośród ludzi? Bariera pęka. Pozostaje mi albo żyć na tym zimnym skraju, w poczuciu beznadziei i daremności własnej porażki, oddając pole ogryzającej mnie ze szczęścia fobii, albo... nabrać powietrza w płuca, zamknąć oczy i przechylić się w przód, z dzikim uśmiechem na twarzy i obłędem rozrywającym pierś. Poczuć, że żyję. Niech licho porwie wszystkich mistrzów pióra, warsztatowych wirtuozów oraz fabularnych egotyków, którzy rozpoczną bezlitosny żer. Niech szydercy rozerwą mnie na strzępy wraz z upuszczającą krwi z żył krytyką ogółu. Gotowa czy nie, zmuszona będę ponownie przez to przechodzić. Ale nie będzie już powtórki z przeszłości. Nie jestem sama. Już nigdy nie będę sama.
Ostatni krok... i jestem w Domu. A czym jest Dom, jeśli nie przestrzenią, w której czujemy się sobą, czujemy się wolni, czujemy się najlepiej? Gdzie zatem znajduje się mój Dom? Niebawem przekonacie się sami...
P.S. Tak, mam atak paniki..
Neth dopadł jakąś stronkę do generowania memów i od kilku minut świetnie się bawi chichrając z głupot, jakie tworzy do mojej powieści... Widziałam do tej pory dwa. Zastrzegłam mu już stanowisko Nadwornego Memiarza.
Tymczasem czacha mi dymi po napisaniu kolejnych siedmiu stron. Liczyłam, że dziś zamknę 31 rozdział, ale nie ma szans. Zbyt dużo na raz. Wyobrażenie sobie pewnego miejsca, współodczuwanie emocji bohaterów, wcielanie się w nich - to wszystko potrafi nieźle dać w kość. Zapewne zmienię w tym rozdziale jeszcze wiele rzeczy i dodam znacznie więcej na przestrzeni czasu, ale póki co wystarczy zarys. Mogę sobie na to pozwolić. Tom III w swoim tempie doczeka się zakończenia. Tak jak II doczeka się streszczenia i konspektu...
🎵 Dizi - Revolt Production Music 🎶
Żadna tam wieszczka, rzecz przewidywań. Wena w końcu wróci. A w oczekiwaniu na jego wielki powrót postanowiłam ogarnąć notatki. Mam taki jeden plik, gdzie zapisuję wszystko, co wpadnie mi do głowy, byle nie stracić pomysłu. Trochę zarósł tekstem, toteż przysiadłam i przeczesałam go jak należy, kopiując do docelowych, podzielonych na tomy. Jak rany, prawdopodobnie tom IV będzie najgrubszy ze wszystkich! Aktualnie ma 47 stron samych notatek (rozmiar czcionki 11), a to i tak skrótowe opisy wydarzeń, zakreślenia sytuacji, szkice dialogów... Cóż, zarzekałam się, że w tym tomie akurat będzie grubo... życie znów wzięło mnie zbyt dosłownie.
Wspominałam już, że każdy tom Elegii będzie się od siebie różnił tematyką, mniej więcej w ten sposób: 1) poznanie, 2) podróż, 3) przemiana, 4) poświęcenie. To tak skrótowo o pierwszych czterech, co byście się za wiele nie dowiedzieli, a smaczka sobie narobili. A uwierzcie mi, kusi niemożebnie żeby się wygadać, czego dotyczyć one będą. Podobnie trzy następne, ale je tymczasowo zostawię w cieniu. Nie wybiegnę aż tak w przyszłość (tom VII ma 22 strony notatek! No nie powstrzymałam się).
Z ciekawostek. Wymyśliłam nazwę dla Trylogii. I jestem z niej cholernie zadowolona! A poniżej jeden z motywów jakie lubię, choć trend poszedł w zupełnie przeciwnym kierunku.
🎵 Skyborn - Phoenix Music 🎶
P.S. W pracy otrzymałam tak ogromny zastrzyk pozytywnej energii odnośnie debiutu, że moja fobia społeczna sięga apogeum, dosłownie się roztrzaskując. Ostatnio pokazałam nawet, jak ręce mi się trzęsą - a to dlatego, że mówiłam o sobie, o tym co piszę! Z przymrużeniem oka traktuję memy o korposzczurach wiedząc, że miły i zgrany zespół to kwestia ludzi i szczęścia. Ja trafiłam na najlepszych. I jestem z tego tytułu szczęśliwa! Dziękuję Wam wszystkim! Chociaż tego po mnie nie widać, naprawdę jestem wdzięczna za tak miłe słowa 💗
O kryzysie wzgardzony: wydupiaj na konkurencyjne strony! A tak na poważnie (jak gdybym kiedykolwiek była poważna), to standardowo przyszłam ponarzekać na zastój. Jak sami wiecie, poprawia mi to samopoczucie. Stan obecny niczym nie odbiega od poprzednich - panika przed utratą zapału przeradzająca się w histerię, złość na Wenę za jego nieobecność, wewnętrzna pustka, gdy próbuję jako kronikarka przebić się do Świata Wymyślonego... Klasyka gatunku, comiesięczny rytuał czerwonej rzeki, ot co. I mój największy wróg: DEKONCENTRACJA!!!
Zaczynam testować na sobie wszelkie sposoby walki zarówno z tym dziadostwem, jak i nierozgarnięciem. Pierwszym krokiem było przeniesienie się z pisaniem ze stacjonarki na laptopa - mam tu mocno ograniczone pole możliwości. Żadnych zainstalowanych gier, żadnych zakładek z pierdołami, tylko Spoti i inne ofisy. Póki co pierwszy krok się sprawdza. Szczególnie, że lapek ma podświetlaną klawiaturę. Mogę pisać po ciemku, przy oknie, bez zapalania męczącego światła (Ha! Jak gdyby światło monitora nie było męczące!).
Druga sprawa. Kiedy czuję, że zaczynam bujać w obłokach, robię sobie przerwę i wykonuję serię podstawowych ćwiczeń z nadzieją na dotlenienie mózgu. Prawdopodobnie pomaga. Ciężko rzec, kiedy Nelsonowi wydaje się, że skoro leżę na dywanie, to jestem skora do zabawy. Albo umieram i trzeba mnie reanimować śmierdzącym psim oddechem. W każdym razie dobrze to na mnie działa. Ćwiczenia, znaczy się.
I na zakończenie trzecia ważna zmiana - siedzę teraz naprzeciwko akwarium! Bujna zieleń żywych roślin, wielobarwni Żniwiarze z gracją lądujący na listkach i w trawie, pływające stadami neony i razbory... Tak, oczy odpoczywają.
A z informacji o Świecie Wymyślonym... Znajdzie się coś. Zmieniłam tytuł roboczy III tomu. Poprzedni nosiło chyba 5 książek różnych autorów. Aktualny pozostaje wyjątkowy. Cieszy mnie, że Wydawnictwo nie ingeruje w moją inwencję twórczą. Tego najbardziej się obawiałam - że będą kopać w fabule, naciskać na zmiany i mało subtelnie sugerować tytuły. Zmianę nazwy cyklu przełknęłam i jest mi poniekąd głupio, że upierałam się przy poprzedniej. Też była dobra, ale ta jest lepsza. Przywykłam do niej. Obrosła już fabułą. I pozostanie enigmą aż do końca septalogii.
Mnie raczej ciekawi, czy ktoś tego NIE WIDZI...
🎵 The Last King - Phil Rey 🎶
Jak ja nie lubię imprez domowych. W ogóle imprez nie lubię. Siedzieć sztywno, uśmiechać się głupio, potakiwać bez sensu, podtrzymywać rozmowę, kiedy chciałoby się ją jak najszybciej zakończyć... Niestety, pogoda na ogródkowanie nie sprzyja, więc od rana biegam ze szmatą i sprzątam chałupę, w przerwach... męcząc 31 rozdział.
Kończy mi się urlop, a ja nadal stoję z tekstem. No dobra, jest to raczej ślimacze tempo pisania, w końcu jakieś maleńkie kroczki to są, jednakże obwieszczam bezwenie totalne. Nawet napisanie wczorajszej zajawki, którą wrzuciłam na fejsbyka, zajęło mi ponad godzinę i wywołało niemal migrenowy ból głowy. A przecież taki fragment to nic... Ale podoba mi się. Na tyle, na ile może mi się podobać cokolwiek stworzonego przeze mnie. Co jakiś czas sprawdzam, czy jeszcze nie usunęli mojego posta, bo wszystkie trzy dotyczące mojej twórczości okrzyknęli SPAMem i skasowali. Jestem skłonna stwierdzić, że ich algorytm to tylko nazwa dla systemu losowego pozbywania się postów. No ale...
🎵 Everlasting (Instrumental) - Two Steps from Hell 🎶
P.S. Gdyby ktoś chciał przeczytać zajawkę, a nie ma fejsbyka, zamieszczam poniżej obrazek, jaki wrzuciłam pod postem. Tak. Obrazek. Bo tandetny edytor postów fejsa nie posiada tak podstawowej opcji jak formatowanie tekstu...
![]() |
| Droga poszukiwaczy - Paulina Rola |
O tak, to było do przewidzenia że jak tylko wezmę urlop, to Wena pójdzie w moje ślady. Paladynka siedzi dziś u babci, pogoda za oknem sprzyja pisaniu, a tu skupienie z nierozgarnięciem walczą o swoje... Nie potrafię ostatnio utrzymać koncentracji. Nawet już nie piszę w słuchawkach, bo zamiast opisywać scenę, to wybiegam w przyszłość adekwatną do linii melodycznej, co jest niedopuszczalne. Inspirować też się nie chcę, ponieważ w niedzielę naczytałam się podczas ogródkowego leniuchowania na tydzień wprzód. Jeszcze mi Kłamczuszek nakłamczuszkował w związku z Felisin, w efekcie czego nadałam mu wybitnie pasujące imię. Ech, pozostaje mi już tylko rozkręcić Wenę, więc piszę bo piszę, później będę dwadzieścia razy poprawiała i dodawała to, co przeoczyłam.
Neth stwierdził, że poniższa ilustracja idealnie oddaje charakter mojej osoby. Rzeczywiście, jak nie wychodzi mi pisanie, to kitram się po kątach i marudzę jak chore zwierzę.
🎵 An Instant Moment - Mark Petrie 🎶
I tak oto minęła pierwsza połowa roku 2022. Nie mogę napisać, że dumna jestem ze swoich osiągnięć i postępu w pracy nad Elegią, ale ja zawsze tak napiszę, nawet jeśli sytuacja rysuje się wybitnie. Przejrzałam statystykę. Jestem krytyczna. Mogło być lepiej. Zawsze może być lepiej. No dobrze, opinie pozostawię sobie, nie jestem obiektywna. Nie będę zasypywać Was szczegółami, zrobię tylko krótkie podsumowanie.
Wygląda na to, że najpłodniejszym dla mnie miesiącem był luty. Najwięcej wtedy przerabiałam, korygowałam i poprawiałam. Ale nie pisałam żadnych rozdziałów od zera i tu mam powód dobrej passy. I tak oto:
1. Tom I (część 1) - pierwsza i druga korekta całości pod Wydawnictwo, czyli prologu + 12 rozdziałów.
2. Tom II - przygotowanie rozdziałów dla Netha: 29 - 31; naniesienie poprawek do rozdziałów 2 - 32; sporządzenie konspektu i streszczenia dla rozdziału 4.
3. Tom III - poprawione/napisane rozdziały 10 - 31. Przygotowanie rozdziałów dla Netha: 2 - 5.
Ha, widzę tę rozbieżność w rozdziałach II Tomu. Wygląda, jakby Neth nie czytał 32, a po prostu podczas nanoszenia poprawek postanowiłam je podzielić i wyszedł o jeden więcej. Wspominałam o tym zresztą. Sumarycznie wygląda to ładnie, a podczas analizy za głowę się chwytałam. Każdy miesiąc z osobna, ze szczegółami... ach, statystyki. Naprawdę wiele mówią. Ciekawi mnie, jak wyglądać będzie kolejne półrocze. W końcu urlopy itepe... Nie wróżę cudów. Terminy nie gonią, szału nie ma, mogę pisać w spokoju.
W związku z pisaniem. Jakoś nie mam ostatnio cierpliwości do kreślenia spokojnych scen, a przecież nie będę wyjaśniać konkretnych zawiłości fabularnych na froncie, pod groźbą wrażej broni. Nie na siłę, kiedy faktycznie bohaterowie mają chwilę dla siebie. Co innego podczas kampanii wojennej, ale do tego jeszcze trochę czasu. Jak rany, znów urządzam sobie wycieczki myślowe... W każdym razie, ciche sceny jakoś mnie męczą. Zasmakowaliśmy w krwi i przemocy, ogarnął nas obłęd podsycany sprzecznymi emocjami i wrażeniami płynącymi z bitewnej zawieruchy. A tu naraz trzeba się opanować, uspokoić, złapać oddech i przystopować. Przez to wydaje mi się, że te dialogi i sceny to takie lanie wody, co oczywiście mija się z prawdą dosyć szerokim łukiem. Nie widzi mi się jednak akcja na miarę katowickich sygnalizacji świetlnych - jedziecie ze stałą prędkością, a tu nagle czerwone. Ledwo zahamujecie, a już zielone świeci. Oszaleć można z tego poczucia braku równowagi. Ha, główny bohater coś o tym wie...
Wracając do tematu akcji powieściowej, w czytanych książkach denerwowało mnie, kiedy skakała ona jak temperatura na wiosnę. Lubię płynne przejścia, to fakt, nie znaczy to jednak, że nie doceniam autorów, którzy umiejętnie prowadzą akcję w znielubianym przeze mnie stylu. Sama do końca nie wiem, czy podświadomie też tak nie robię, opisując stany pewnych osób. Wynika to co prawda z treści, oddaje naturę konkretnych postaci, ale... nie, po prostu nie wiem. Piszę, co widzę. I jeśli panowie postanowią zachowywać się tak, a nie inaczej, to nie mnie na nich wpływać. Nie spodziewajcie się jednak, że potulny baranek w przeciągu sekundy stanie się nieposkromioną bestią tak bez powodu. Przesady oraz braku logiki w mojej twórczości nie szukajcie. Mam na tym punkcie niemałe zboczenie.
I tak zupełnie już z innej beczki. Przez kilka dni miałam idiotyczny zamiar wymiany aktualnego smartfona, bo zbrzydł mi straszliwie jego wygląd. Chciałam to zrobić, mimo że kocham ten model do szaleństwa, a zwłaszcza tylny czytnik linii papilarnych znajdujący się na perfekcyjnej wysokości. Oczywiście żal mi go było, bo jest to moja mała skarbnica, od której jestem uzależniona, toteż skończyło się na tym, że zmieniłam supcase'a na zwyczajne plecki i naklejaną folię. Wygląda jakbym miała nowy telefon ze starymi udogodnieniami! Sentymentalizmowi oddałam sprawiedliwość, jednocześnie zaspokajając potrzebę zmiany.
P.S. W rzeczywistości chłopaki prezentują się dużo lepiej.
🎵 Love & Loss - Thomas Bergersen, Two Steps from Hell 🎶
Wiecie, co jest wyjątkowo zajebistego w pisaniu? Kiedy jako twórcy macie zarys fabularny ostatniego tomu, jako narratorzy wiecie, jak potoczy się historia oraz jakie wydarzenia zdeterminują zakończenie, kiedy nagle bohaterowie dokonują takich wyborów, że na waszych oczach ustalony porządek rzeczy ZMIENIA się diametralnie.
Jak rany... to taka moja mała euforia dzięki której wiem, że Świat Wymyślony istnieje naprawdę, a postacie go tworzące żyją pełnią życia.
W związku z poniższą ilustracją... chwała bogom, główny bohater nie jest księżniczką Disney'a! 😆
🎵 Venturing to the New World - Peter Crowley 🎶
Ostatnio strasznie Wam truję i marudzę, dlatego też stwierdziłam, że powinnam napisać coś pozytywnego.
No chyba nie.
Nie jestem ostatnio ani pozytywna, ani optymistyczna. Straszliwie mierzi mnie, jak ludzie szastają pojęciami, których prawdziwych definicji nawet nie znają. Choćby wyświechtane bezstresowe wychowanie (mylone z całkowitym brakiem wychowania), poprawność polityczna (utożsamiana z absolutnym zakazem krytyki wobec mniejszości kulturowych, wyznaniowych itp.) czy feminizm (który w obecnych czasach jest przejawem zwyczajnego szowinizmu). Z każdym z trzech powyższych zagadnień spotykam się na co dzień w różnych środowiskach jako matka, w pewnym stopniu tolerancyjna obywatelka skrajnie konserwatywnego państwa oraz w istocie natury kobieta. Często słyszę, żeby dzieci trzymać krótko i za każdą przewinę lać po dupach, bo inaczej w przyszłości rozpuszczone będą jak dziadowskie bicze. Równie często moich uszu dociera nawoływanie, by prać po mordach i na wszelkie sposoby tępić robactwo propagujące związki partnerskie osób homoseksualnych, nawołujące do aborcji czy jeszcze w inny sposób rażące i niszczące wspaniałe tradycje wyznaniowe oraz zachowania społeczne. Na koniec, gdzie nie spojrzę, dostrzegam wywyższanie płci żeńskiej ponad męską, okryte aksamitną kołderką pięknie brzmiących słów: jestem kobietą we wszystkim tak dobrą, jak mężczyzna. A nawet lepszą - cyniczny dopisek autorki.
No kurwa.
Nie wiem czy to naród jest chory, czy świat na głowie stanął, czy też to ja mam coś nie tak z głową, ale coraz silniej odczuwam chęć trzymania się od ludzi z daleka, z pominięciem wyjątków, które znam i szanuję. Kółeczka wzajemnej adoracji, spijanie sobie z dziobków i słodkie uśmieszki, podczas gdy niemal wszyscy członkowie wspaniałej maskarady kryją za plecami noże tylko czekające na wbicie w chwili słabości. Znam to z autopsji. I ponownie doświadczam tego w społecznościówkach. Popycha mnie to do bycia autorką bezosobową, skupioną na historiach opisywanych. Ja pozostanę sobą, ale pewna część mnie stanie się niezależną, obiektywną kronikarką. Bo jakoś tak od początku było mnie dwie. Dwoje.
Jeśli chodzi o Świat Wymyślony, to w dniu urlopu, czyli dzisiaj, zamknęłam w końcu 29 rozdział. Ciężki był. Bardzo głęboki, emocjonalny. A przez comiesięczną przypadłość miałam nielichy kłopot z wejściem w skórę chłopaków. Ale udało się - chyba! - tak, jak założyłam. Startuję więc z rozdziałem numer 30, rozprostuję kości i pociągnę kilka wątków. Przygotowałam już sobie materiały i mniej więcej ogarnęłam całość pod kątem przyszłych rozdziałów. Jeśli niebożęta niczego nie schrzanią - a mają do tego dryg - trzeci tom powinien zamknąć się na 36 rozdziałach. Znów wyjdzie tysiąc stron. Spoko. Jesteśmy bliżej niż dalej...
...czego nie mogę napisać o debiucie. Wciąż czekam na informację z Wydawnictwa, ale mimo mojego nieśmiałego przypominania o swoim istnieniu, otrzymuję w odpowiedzi wyłącznie ciszę. Zaczynam się stresować. Mam całkiem spory zapas do wydania na przyszłość, żeby dedlajny mnie nie goniły, ale na to wygląda, że ukończę nawet czwarty tom, a pierwsza część pierwszego ledwo ujrzy rynek wydawniczy. Chyba za bardzo chcę, a za mało we mnie cierpliwości. Nie ja jedna debiutuję/wydaję. A widzę, że wydają dużo. Różnych. Eeee... Tytułów. Jak rany.
🎵 A Meeting With Myself - Phil Rey 🎶
P.S. Yacoszek, jo wim, że ty chciałeś googly eyes, ale więcej z Disney'a nie potrafię znaleźć 😔 Za to specjalnie dla Ciebie ostrzeżenie: nigdy, ale to przenigdy nie pauzuj produkcji Disney'a 👇
Zbliża się najgorszy tydzień w miesiącu. Posucha i wyjałowienie twórcze. Chimerki emocjonalne. Słodyczożarłoczność. Nawet Wena ze mną nie wytrzymuje, dlatego mnie opuszcza na ten potwornie długi czas. Jak rany, ale zazdroszczę mężczyznom... hormony nie mieszają im w głowie i życiu. Przynajmniej nie te, o których myślę. W każdym razie, cały czas próbuję coś tam pisać, lecz trafiłam na trudną do opisania scenę, zaporę nie do sforsowania. A niestety nie mam podręcznego tarana, by się przez nią przebić. Nawet inspirowanie się literaturą w niczym nie pomaga, bo nie dość, że nie wchodzi mi ona lekko, to jeszcze nigdzie takich sytuacji nie ma, co by je sobie porównać (w większości klasyczne sceny seksu polegają na tym, że coś się "zaczyna", by w kolejnym zdaniu się "skończyło". Ja ujmuję to, co pomiędzy, czyli "w trakcie". Nie uznaję wulgarnych opisów - są po prostu niesmaczne). Na szczęście z urlopem wstrzelę się w okres wysokiej aktywności twórczej, więc pozostaje tylko przeczekać najgorsze i pisać, pisać, pisać... (oho? Czy to właśnie było planowanie?!)
Wieści ze Świata Wymyślonego: Nieprzewidywalniaki znów swawolą, burząc mi ogólną koncepcję. Mają swoje zdanie, rozumiem to doskonale, ale żeby robić gwałtowne zwroty o sto osiemdziesiąt stopni? To jak jawne proszenie się o dostanie w pysk, ewentualnie mordę, parafrazując klasyka. Zaczynam się przez nich gubić w notatkach. Jednakże porównując trzy tomy coraz wyraźniej zauważam, jak ogromne zmiany zaszły w bohaterach, a przynajmniej w jednym, tytułowym, który ma przed sobą jeszcze długą drogę. Bylebym nie straciła go z oczu. Tego zawsze będę się obawiała - że przestanę czuć się w jego skórze.
Z okazji Pride Month 🌈 przygotowałam taki oto mem tematyczny z moją ulubioną rudą małpką 💟
🎵 One Love - Peter Roe 🎶
Tak mówili: stawiaj sobie cele, a potem po prostu je osiągaj. Po prostu. Po. Prostu. W porządku, jasny przekaz. Już wiele celów w życiu sobie postawiłam i żadnego nie udało mi się zrealizować. Zawsze natrafiałam na spowalniające mnie przeszkody lub bariery nie do przebicia w tamtym okresie - brak wystarczających funduszy lub czasu, zerowe chęci, cokolwiek. Tak jest i teraz. Powiedziałam sobie w lutym, że do czerwca trzeci tom będzie ukończony, no bo jak inaczej, skoro zostało mi zaledwie kilka rozdziałów? Przy ówczesnym tempie pisania to była pestka... No chyba nie. Znów życie mnie zweryfikowało utwierdzając w przekonaniu, że tak szeroko zakrojone plany powinnam zostawić co najwyżej dla siebie. Ba!, nawet o tym nie myśleć! Mija trzeci rok odkąd zaczęłam pisać "na poważnie", a tu trzeci tom sobie dogorywa, bo znów jakieś choróbsko mnie i Paladynkę męczy, nie pozwalając się wyspać. W wyniku czego ona jest zmierzła, a ja zmierzła i niewyspana. Doprawdy, Neth mi świadkiem, że po raz ostatni w życiu na głos określiłam sobie jakikolwiek cel, choćby wyjście do supermarketu!
Spontan.
Spontan był mi pisany od początku. Spontanicznie podjęliśmy decyzję o zakupie mieszkania i wyprowadzce od rodziców. Spontanicznie zdecydowaliśmy się wziąć ślub. Spontanicznie zadecydowaliśmy o powołaniu na ten świat nowego życia. Spontanicznie zmieniłam niezadowalającą mnie posadę, nie mając zbyt wielkich perspektyw na przyszłość. Spontanicznie wciągnęłam się w pisanie obecnego cyklu. Spontanicznie podjęłam się wysyłki pierwszego tomu do dziesięciu wydawnictw. I wiecie co? Wszystko to było najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Idąc na żywioł dopinałam swego pod każdym względem, choć skały śpiewały i piach mi w oczy sypał. Było ciężko, czasami przytłaczająco, ale teraz jest świetnie.
A właśnie, martwiłam się, że Diablo Immortal odciągnie mnie od pisania na długie godziny. Miło się rozczarowałam. Nie ma na to szans, nie wygra ze Światem Wymyślonym, choć dla Kattka byłabym w stanie się poświęcić 💗 Gra sama w sobie - Beta Testy! - jest nawet znośna. Podoba mi się dynamika starć, mobilność postaci, efektywność walki. Wręcz czuję na skórze każdy ruch mojego krzyżowca, każdy zgrzyt spoiny płytowego pancerza, świst miecza, trzask uderzeń spadających na tarczę... Mrrrrr. Personalizacja postaci też poszła w znacznym stopniu do przodu, porównując z Diablo III. Niestety, to wciąż gra na urządzenia mobilne, na dodatek mocno podchodząca pod gatunek MMO, za czym nie przepadam. Wszędzie mnóstwo graczy. I biegają. I robią questy. I panoszą się, ogólnie rzecz ujmując. A ja lubię spokój. I żeby nikt mi się nie pałętał pod nogami, kiedy solując wybijam kolejne potworaki. A już najgorsi są polacy - prezentujący tak żenująco niski poziom inteligencji, że na próżno szukać skali porównawczej. Moim skromnym zdaniem to właśnie gracze są największą wadą - i jedyną - tej produkcji. W Diablo III spędziłam ponad trzy tysiące godzin świetnie się bawiąc w kameralnym gronie. Jeżeli Diablo IV będzie udoskonaloną wersją poprzedniczki bez wciskania elementów typowych dla MMO, to mają moje kolekcjonerskie zamówienie przedpremierowe.
🎵 As Leaves Fall - Peter Crowley 🎶
Dawno już nie miałam o czym pisać, ani też specjalnie nie chciało mi się tu wchodzić, ale... Cóż. Jestem. Nie żebym teraz miała o czym pisać. Chociaż nie, mam o czym. Choćby o nowej klawiaturze właśnie.
Przez bardzo długi czas zarzekałam się, że zmienię klawiaturę - i wreszcie to zrobiłam. Poniekąd gryzę się z tą decyzją, a to dlatego, że nienawidzę zmian. Ciężko mi się przestawić. Dotychczas używałam klawiatury typowo gamingowej - wysoki skok (nigdy, kur*a, więcej!!!), podświetlenie konkretnych klawiszy pod wybrany profil gry, dedykowane przyciski, aplikacja itp. Nie narzekałam, jeśli chodzi o granie, pomijając potworny hałas przy naciskaniu oraz przytłaczającą ilość zajmowanego miejsca na biurku. Istna kobyła. Ale w przypadku pisania, kiedy bez przerwy uderzałam w klawiaturę, można było dostać szału. Szczególnie po nocach. Albo kiedy nie potrzebowałam/nie chciałam pisać pod muzykę. Koniec z tym. Zakupiłam małego bezprzewodowego kompakcika z oddzieloną częścią numeryczną i jestem zadowolona. Na razie. Oczywiście muszę się przyzwyczaić, przestawić na bliskość przycisków, co chwila zerkać pod palce, ale niewielka to cena za znacznie podwyższony komfort pracy. Najgorzej, że nad backiem mam teraz blokadę komputera. Jeden zły ruch i... hasło.
Następna w kolejce jest mysz. Chyba bardzo szybko poleci. Też stricte do grania, z zestawu zresztą. Przewodowa. Brrrr. Niech w diabły idzie.
A przy okazji. Sięgnęłam w weekend do egzemplarza sygnalnego przeczytać sobie jeden z moich ulubionych momentów, a tam... babol jak stąd do fajsbyka! Pojęcia nie mam jak go przeoczyłam, ale z miejsca szurnęłam do komputera i napisałam do Pana E, czy jest jeszcze nadzieja na małą korektę. Jak rany... gdyby to tak poszło, czytelnicy suchej nitki by na mnie nie zostawili >.< Na szczęście damy radę. Całość nie poszła jeszcze do druku. O bogowie, wydałoby się już na wstępie. A wszystko dlatego, że kończę trzeci tom, a wracam do pierwszego... Dla świętego spokoju sprawdziłam przeredagowaną całość. Odetchnęłam z ulgą. Błąd już się nie powiela.
🎵 Frozen Fortress - Epic North 🎶
Kryzys minął, a po deszczu zawsze wychodzi słoneczko. Gorzej, jeśli był to deszcz meteorów. Wtedy już nic nikomu nie wychodzi. Zaczynam myśleć, że moje chłopaki to taki nieoczekiwany letni deszczyk... jest pięknie i słonecznie, a tu nagle jebs! Ulewa. Jak rany, oni są niereformowalni! Dotychczas rozdział szedł gładko, a teraz podąża torem zupełnie nieplanowanym. I przez to się przeciąga, a przynajmniej ja to tak widzę, chociaż jak sama czytam, co napisałam, to wydaje się bardzo na miejscu. A wszystko przez to, że ktoś musiał wszcząć awanturę. Że komuś zabrakło wiary w siebie. Że ktoś wraca do punktu wyjścia w związku z dwoma poprzednimi. I weź tu, kronikarzu mądry, za nimi nadążaj. Wytęż umysł, zbierz siły wszelakie i zagoń trzódkę tam, gdzie być powinna. A i tak się rozbiega, paskudztwo szemrane. Wciórności!
Przy okazji robię porządki na Spotim. Lista Opowiedz mi historię przechodzi swojego rodzaju "lifting". Z ponad sześciuset utworów zeszłam do czterystu. Pozostałe konsekwentnie posegregowałam na listy tematyczne, których używam podczas pisania konkretnych scen. Przyznaję, w znacznym stopniu ułatwia mi to pracę. I jakoś tak najtrudniej jest mi się pożegnać z Anttim Martikainenem i Peterem Crowley'em. Ciężko ich jednoznacznie skategoryzować. Może dlatego, że dwie krainy mają podobną kulturę i niektóre utwory idealnie oddają klimat... W każdym razie działam. Boję się sprawdzać, ile utworów jest w ulubionych. Tam lądują wszystkie ściepki, których słucham w drodze i w pracy. Nawet te z Listy Utworów Zakazanych. Ach, no i te nieszczęśliwe pozycje wyszarzone przez Spotiego... Tak dobra muzyka, a ja od ponad miesiąca nie mam do niej dostępu, nie wiedząc czemu. Będę musiała poszukać tych utworów, bo kilka scen z czwartego tomu pod nie będzie. Jakby tego było mało, są naprawdę warte poświęcenia im chwili, wyjątkowo klimatyczne. Trevor Demaere oraz David Eman... Proszę, wróćcie!
Nie będę też ukrywała, że z niecierpliwością oczekuję daty premiery. Czas osładzam sobie Bramami Domu Umarłych Stevena Eriksona, które czyta się dużo lepiej niż Ogrody Księżyca - może dlatego, że więcej się dzieje ciekawego. A może dlatego, że jest to zupełnie inny styl pisania niż mój, w którym bez przerwy siedzę. Gdzie mi tam do mistrzów rzemiosła, kiedy amatorszczyzną powiewa... Jak by nie było, przynajmniej odkrywam nowy świat i wzbogacam słownictwo. Niestety, moja pamięć jest wybrakowana. Bardzo szybko zapominam pewnych słów i wyrażeń, a czasami (bardzo rzadko!) w rozdziałach urządzam niezłe festiwale nagminnie powtarzając jeden wyraz (Neth doskonale pamięta moje "ale"...). Od tamtej pory chyba już wszystko hula. Neth nie miał ostatnio czasu na czytankę z trzeciego tomu, więc czerwoności mi nie grożą.
No nic, wracam do AA i jego wesołej gromadki... O bogowie, strzeżcie mnie od niego... znaczy się od złego, no.
Pisanie trudnych dialogów jest trudne. Albo to ja mam trudności przez krwawe szaleństwo. Najpierw miał jeden, teraz mam ja. Zdecydowanie wolałabym zamienić się z nim miejscami - jego krwawe szaleństwo było nie tyle widowiskowe, co po prostu... a zresztą. Kiedyś sami ocenicie.
Jak rany, bardzo chciałabym móc już operować imionami, zagłębić się we własną nomenklaturę, podesłać nazwę cyklu, jakiś cytat, fragment tekstu, zajawkę. A tu jeszcze muszę czekać. Jeszcze trochę, a moje brzydkie kaczątko pójdzie w świat. Brzydkie kaczątko... trafne określenie. Tylko co z niego wyrośnie? Piękny łabędź? Majestatyczny orzeł? Czy może... flaming?! 😂 O bogowie, pikny paw, czyli klasyczny "pikok". Neth suchej nitki na mnie nie zostawi za to określenie, już widzę te memy 😆 Wybaczcie mi to niezrozumiałe poczucie humoru, trzy dni spędziłam ze swoim zespołem i najwyraźniej jeszcze mi nie przeszło...
Wykorzystam więc ten kryzys na redakcję napisanego już tekstu. Rozdział czwarty III tomu wędruje do mojego domowego Redaktora-Korektora. O, dawno tej nazwy nie używałam.
P.S. Nikt nie zgadł tytułu 😎
Kolejny krok do przodu - tytuł pierwszego tomu co prawda został zaakceptowany już na starcie, ale gorzej było z nazwą cyklu, którą zmuszona byłam zmienić, co spędzało mi sen z powiek... Obecna, po drobnej poprawce, została zatwierdzona przez Wydawnictwo. Pozostaje mi już czekać na datę premiery i... skitram się w kąt. Oj tak. Odnajduję się w towarzystwie, lecz nie wówczas, kiedy przychodzi mi grać (w tym przypadku rzępolić) pierwsze skrzypce. Nie, nie jestem stworzona do brylowania w szerokim gronie i już teraz odczuwam przemożną niechęć w stosunku do aktywnego uczestnictwa na portalach społecznościowych. Trema? Nie, zdecydowanie fobia społeczna. W szczególności głęboko zakorzeniony lęk przed oceną, który jest jej najbardziej charakterystycznym objawem. Nagle jakby utraciłam wiarę w siebie i własne możliwości. Ot, intensywne rozstrojenie nerwowe wzmocnione rozszalałą gospodarką hormonalną. Patrząc na te skomasowane tegoroczne debiuty czuję, jak nogi się pode mną uginają (a przecież siedzę...). Dziewczyny, naprawdę uważacie że mam się czym chwalić, skoro napisałam powieść i debiutuję? Otóż nie ja jedna, moje drogie panie i panny, nie ja jedna...
Wróćmy jednak do tytułu posta. Zagwozdka, oj tak. A raczej niewinny rebusik. Swojego czasu, czyli jakieś pół roku temu, Neth przesłał mi zdjęcie pociągu wyraźnie coś sugerując. Oczywiście załapałam od razu, a jakże. Postanowiliśmy więc powtórzyć tamtą sytuację, ale rozszerzając ją poza naszą hermetyczną społeczność. Kieruję zatem rebus do Was. Czy jesteście ciekawi, jak brzmi tytuł mojej debiutanckiej powieści? Śmiało, strzelajcie. Jestem ciekawa Waszej kreatywności. Swoją drogą, Neth twierdzi, że nikt "nie zajarzy o co kaman". Ja jednak pokładam w Was więcej wiary i uważam, że bardzo szybko ustrzelicie dziesiątkę.
🎵Spirit of Defiance - Dos Brains🎶
P.S. "Jeden czuje pociung do drugiego..." 😆