środa, 24 kwietnia 2024

~~ Biały Elf - rozdział 28 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Pierwsza

BIAŁY ELF



Zabij lub zgiń - odwieczne prawo silniejszego. Lecz co warta jest siła, gdy zabity za nic ma jej prawo...?

    Powrót do życia opisany wrażeniem owadów żyjących w ciele? Dlaczego nie! A tak po prawdzie, miałam wtedy nieźle rozkręconą wyobraźnię. Zresztą bardzo lubię owady. Aczkolwiek kleszcze i komary natura mogłaby sobie darować, w końcu mamy już pijawki i gzy, wystarczy tego krwiopijczego dobrodziejstwa! Est ma szczęście, że jego to dziadostwo się nie tyka... Ale ma on więcej szczęścia niż rozumu, prawda?
   Mag już wcześniej miał niemały orzech do zgryzienia, starając się rozwikłać zagadkę natury podopiecznego, ale teraz otrzymał poważny powód do obaw. Jak bardzo ta nowa wiedza zmieni stosunek mistrza do ucznia?
    Nie tylko Velren wykazuje się przebiegłością. Plany Maga są równie przewrotne jak jego natura i perfekcyjnie wykalkulowane na korzyść ogółu. A to, co zgotował mordercy, zaskoczy wszystkich. Biedny Travis... A że Col nie osiwiał, to już w ogóle mnie zdumiewa.


- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 24d'4m'24r2t]





Cztery strony poooszłyyy. W pierwotnej wersji, gdy jeszcze nie myślałam o wydawaniu, proces Velrena miał zupełnie inny przebieg. To za sugestią Netha nabrał tajemniczości, a gra między mordercą i świadkiem pięknie się rozwinęła, absorbując nawet niewzruszonego Tyrda. Jak to się wszystko skończy? Aż mnie nosi z ciekawości, czego się spodziewacie. I czy traficie!

Biały elf - rozdział 28

 

Buczało jak w gnieździe os. Estalavanes nigdy nie słyszał rozwścieczonego roju zamkniętego w ciasnym gnieździe, lecz był przekonany, że byłby to właśnie ów dźwięk: nieporównywalny do niczego hałas, jaki czynić mógł tysiąc rozjuszonych owadów. Harmider wibrujący pod czaszką i rezonujący w ciele wprawiał je od wewnątrz w jednostajne drgania. A może to nie brzęczenie tak na niego działało? Może to za sprawą armii mrówek maszerującej płytko pod skórą wzdłuż ścieżek żył, tupiącej i wybijającej pulsacyjny, miarowy rytm?

Co by to nie było, odnosił wrażenie, że coś w nim żyje. Albo budzi się do życia po niewyobrażalnie długim śnie. Dlaczego więc było tu tak zimno? Czy nikt nie rozpalił kominka tej nocy? I gdzie jest Colonell? Nie wyczuwał jego obecności ani nie potrafił dosięgnąć go ręką…

Nie mógł się poruszyć. I wcale nie był w swojej sypialni. Nie potrzebował potwierdzenia zmysłu wzroku, gdyż percepcja funkcjonowała naprawdę dobrze. Musiała mu wystarczyć w zupełnych ciemnościach zagłuszonych koszmarną kakofonią. Osy drążyły tunele jego żył, mrówki oddzielały skórę od mięśni, lecz było coś jeszcze, coś niezidentyfikowanego i ulotnego jak myśl, jednak bardziej klarownego i intensywnego, niczym wyostrzone wspomnienie.

Hałaśliwa świadomość wróciła wcześniej, niż ciało gotowe było ją przyjąć. To bolało. Bolały go życie i echo śmierci, które napłynęły zewsząd jak padlinożercy gotowi rozerwać na strzępy resztki tego, co mu pozostało, co pozostało z jego osoby, z jego tożsamości. Wraz ze świadomością powróciła też pamięć. Nie mniej okrutna niż jej towarzyszka, nie szczędziła drastycznych szczegółów opisujących jego agonię. Nie, przecież nie umarł. Żył, czuł to. Był tylko nieprzytomny.

Oddychał głęboko, przetrzymując w ciasnych płucach wielkie chrabąszcze. Ich pancerzyki trzeszczały przeszywająco. Kłucie w pompującym krew sercu było sprawką wiecznie wściekłych os, a niestrudzone mrówki nie pozwalały mu zapomnieć, gdzie znajdują się granice jego fizycznej powłoki. Doznanie bycia po brzegi wypełnionym przez pełne dźwięków życie było niesamowite i długo rozwodziłby się nad nim, gdyby nie głosy wypływające z czeluści ogłuszającego oceanu. Jakby myśli dyskutowały ze sobą w języku, który znał, a którego nie rozumiał. Nie, głosy różniły się od jego własnego. I były znajome. A na pewno jeden z nich znał na tyle, by w lot go rozpoznać.

Mag. Doradca Złowieszczego Niedźwiedzia. Mistrz.

Wysilając naprędce połatany umysł, wyczulił swój słuch i skoncentrował się na wychwytywaniu dźwięków przypominających mowę ludzką - charakterystycznym języku estariońskim z dialektem śródlądu. Bolały go uszy. Zmaltretowane ciągłym brzęczeniem z początku odmawiały posłuszeństwa, ale wnet się poddały, dostrajając do świata zewnętrznego serią ostrych gwizdów.

- …nie koniec… - Pisk przenikający obcy głos był nie do zniesienia, lecz Est zacisnął zęby, wytrzymując kolejną porcję bólu. - ...generacyjne, inaczej sk… słab…

Dopiero kiedy usłyszał swojego mentora, zapragnął jak najszybciej wygrzebać się z letargu, świadomego snu, w którym dryfował pośród cieni własnej jaźni. Nie było to jednak łatwe. Utknął w niedoskonałym świecie równie niedoskonałego ciała.

***

- Oswynie, czy właśnie próbujesz mi powiedzieć, że Estalavanes posiada zdolności regeneracyjne rozwinięte w stopniu pozwalającym na zasklepianie śmiertelnych ran?

W głosie Maga nie było znać niedowierzania, jedynie konsternację i wątpliwość z rodzaju tych pojawiających się wraz z niestworzonymi historiami, gdy nie do końca wiadomo gdzie kończy się prawda, a zaczyna blaga. Stary człowiek wiele widział w swoim bogatym życiu, nie przygotował się jednak na zagwozdki wręcz legendarnej natury.

- Mości Magu, to wyłącznie moje przypuszczenie oparte na obserwacji. - Drapiący krótkie kasztanowe włosy kapłan mógł być roztrzęsiony równie ze zdenerwowania, co ekscytacji, ciężko było orzec. - Magia twojego ucznia odrzuca moją, toteż nie mogłem starannie go zbadać, ale wszystko wskazuje na to, że nacięcia same się zrosły. Odwiedziłem miejsce, w którym go znaleziono. Ilość krwi wyklucza drobne skaleczenia.

Mag skubał posiwiałą brodę, zerkając z ukosa na białe oblicze. Uczeń spał spokojnie. Nic nie zagrażało jego życiu. A jednak zeszłej nocy doszło do zdarzenia, które jako opiekun powinien był przewidzieć, a które mogło odcisnąć się nieszczęściem na całym Estarionie. I tylko jedna osoba nasuwała się na myśl starego mnicha, tylko jeden najemnik otwarcie odgrażał się białemu elfowi. Nie należało jednak pochopnie ferować wyroków. Zarzut usiłowania zabójstwa nie był lekkim oskarżeniem, wymagał zebrania świadczących przeciwko oskarżonemu niepodważalnych dowodów.

- Zatem, gdy sztukmistrz Travis Arnelt przyniósł do was bezwładne ciało, nadgarstki były już, jakby to rzeczowo ująć, zrośnięte?

- No nie do końca, mości Magu, nie do końca. - Kapłan Sarvatesa podążył za spojrzeniem rozmówcy i skupił na młodzieńcu od brody w dół przykrytym czystym płótnem. - Niewielkie ślady nacięć dowodziły, że miejsce miało przerwanie tkanki, gładkie, spowodowane wyjątkowo ostrym narzędziem. Sztukmistrz Arnelt wyszedł po ciebie, a ja niezwłocznie zabrałem się do badania. Wówczas z płytkich draśnięć zostały jedynie blizny. Godzinę później skóra była bez skazy. No i te ślady krwi zakrzepłej pod kątem sugerującym, że ofiara leżała na boku…

- Ofiara? - Mag natychmiast podchwycił słowo od pewnego czasu kołatające mu się w głowie.

- Hm, cóż, jeśli chcesz znać moje zdanie, to naprawdę trzeba talentu, by podciąć sobie żyły obu rąk na głębokość sięgającą kości. Gwoli ścisłości, przecięto nie tylko żyły, ale też ścięgna oraz nerwy. - Oswyn wyciągnął rękę. Odsłaniając chudy nadgarstek, obrócił go wnętrzem ku górze i przytknął do niego palec. - Jeśli przeciął jedną, to nie ma możliwości, by utrzymał w niej ostry odłamek, a co dopiero wykonał pewne cięcie na drugiej.

- Upozorowanie samobójstwa?

- Tak sądzę - potaknął mężczyzna, pocierając kanciastą twarz. - Nieprzemyślane, biorąc pod uwagę, że kapłani Sarvatesa znają tajniki anatomii oraz zdolności ludzkiego organizmu. Potrafimy odróżnić morderstwo od samobójstwa. - Marszcząc brwi, Oswyn wycofał rękę w głąb rękawa białej, upstrzonej rdzawymi ciapkami szaty. - Ale ten młodzieniec nie jest człowiekiem, na dodatek zupełnie niepodatnym na takie praktyki. Energia magiczna chroni go przed mocą z zewnątrz, zaś zdolności ciała są w stanie zachować go przy życiu mimo urazów i skaleczeń. Fenomen na miarę studium naukowego. Nigdy nie spotkałem się z czymś podobnym.

I mam nadzieję, że się nie spotkasz, przyjacielu, albowiem nie wróży to dla nas niczego dobrego, pomyślał Mag, biorąc wdech.

Sneser również nie mógł zbadać Estalavanesa, określając jego moc jako bezużyteczną i całkowicie mylnie mianując go kompletnym beztalenciem. Czy wobec tego energia tocząca elfa chroniła go przed wpływami z zewnątrz? Czy objawiała się właśnie w ten milczący, opiekuńczy sposób? Lecząc rany i dbając o niego subtelnie, jak gorliwy stróż lub kochająca matka? Wiele dni minęło, od kiedy Mag ostatni raz pobierał nadmiar mocy podopiecznego i za każdym razem smakowała ona tak samo, choć jej natężenie zmieniało się ledwie wyczuwalnie. Jakby magia dojrzewała wraz z chłopcem, wzmacniając potencjał rosnącego ciała oraz ducha poszerzającego perspektywę. Idąc drogą dedukcji, jeśli Estalavanes otworzy swój umysł, być może otworzy także swoje ciało na przepływ energetyczny…

- Vel… - charczenie dobiegające z lewej wyrwało starego mnicha z namysłu. - Velren.

- Witaj wśród żywych, Estalavanesie.

Starzec zignorował imię niby klątwa nękające go od chwili przybycia do świątyni. Uśmiechnął się dobrotliwie i podszedł do kozetki. Kocie oczy mrużyły się, a źrenice tańczyły, łapiąc ostrość w słabo oświetlonej alkowie szpitalnej. Spierzchnięte wargi znów się rozchyliły, lecz żaden dźwięk nie przeniknął bariery długich kłów. Magowi zdawało się, że usta ucznia lekko poszarzały, choć mogła to być zwodnicza gra cieni zalegających w komnacie.

- Straciłeś dużo krwi, mój chłopcze, nie próbuj wstawać. Poleciłem cię opiece Oswyna od Sarvatesa, toteż jego zalecenia traktuj jak moje własne.

- W istocie, mości Estalavanesie – poparł go kapłan. - Zawroty głowy i nudności powinny być teraz największymi z twoich zmartwień.

Blady z niewyspania Oswyn popatrzył z góry na ucznia Maga. Wyciągnął dłoń, chcąc chwycić górny kraniec prześcieradła, ale zawahał się i pospiesznie wycofał rękę, zmieszany własną zuchwałością. Mag przykucnął przy niskim łóżku, równając wzrok z osłabionym chłopakiem.

- Mniemam, iż wypowiedziane imię nie było jedynie majakami odzyskującego przytomność umysłu? – spytał powoli mistrz. - Zapewne nie ucieszy go wieść, iż ofiara przechytrzyła drapieżnika. A może raczej powinienem rzec: drapieżnik trafił na coś znacznie bardziej niebezpiecznego.

- Ja… Nie, mistrzu… Obiecałem Colowi… że nigdy… nie będę próbował… odebrać… sobie życia… - Mówienie sprawiało Estowi trudność. W gardle miał trociny, zaś język zesztywniał i spuchł, wypełniając mu usta. - Jak dobrze… że mi ufasz. Naprawdę… Co za szczęście.

- Nie mam podstaw, by ci nie ufać, chłopcze. - Starzec brzmiał jak ojciec, który niemal z własnej winy stracił jedynego syna. Troska i ulga przemawiały jego balsamicznym, lekko zachrypniętym głosem, kojąc duszę sponiewieranego ucznia. – Zbyt kochasz życie, by je sobie odebrać.

- Nie chciałbym przerywać, mości Magu, lecz jest jeszcze jedna kwestia - wtrącił cicho Oswyn, wreszcie unosząc rąbek prześcieradła. Tkanina na tle białej skóry wydawała się pożółkła i brudna. - To, co znajduje się na lewej dłoni twojego ucznia jest, jakby to ująć… Ten tatuaż parzył, gdy brzegi ran wciąż były otwarte. Potem ostygł. Porównałem ją z prawą dłonią, ale skóra nie zareagowała w ten sam sposób. Prawa od początku do końca była zimna jak u nieboszczyka.

Prostujący plecy Mag podniósł się i skrzywił mimowolnie na widok obnażonej bransolety. Musiał liczyć się z tym, że kapłani zdejmą z walczącego o życie Estalavanesa wszelkie odzienie, włącznie z rękawiczką skrywającą jego tajemnicę. Oswyn przyjął artefakt jako wymyślny tatuaż, co nie było dziwne, zważywszy na ograniczoną ludzką wyobraźnię. Bo któż przy zdrowych zmysłach wziąłby podskórną plątaninę złotych ogniw za artefakt o nieznanej mocy?

- Malunek ma coś wspólnego z regeneracją? – udał zaskoczenie odkrytą rewelacją. - Twoja energia niczego nie wykryła?

- Nie… - Zakłopotany Oswyn podrapał się po nosie, spojrzeniem uciekając w stronę przyglądającego im się elfa. - To barwnik, który uwydatnił skórę i lśni niczym prawdziwe złoto.

Mag zasępił się. To już druga osoba nie wyczuwająca mocy artefaktu. Starcze onyksy na kilka uderzeń serca skrzyżowały się z młodzieńczą zielenią.

- Czyżby przypadek? – zwrócił się do Oswyna.

- Nauka nie bazuje na przypadkach - zaprzeczył wyznawca Sarvatesa. - Śmiem twierdzić, że to energia twojego ucznia reaguje na ten barwnik. To tylko teoria - dodał szybko, przyłapując się na rozpowiadaniu bzdur. - Estalavanes musiałby poddać się moim wnikliwym badaniom…

- Co nie będzie miało miejsca, prawda, chłopcze?

Est zamrugał, kiedy dwie pary oczu spoczęły na nim wyczekująco. Niezdolny wydobyć z siebie głosu, przymknął powieki i odwrócił głowę na znak protestu. Nie widział zawodu marszczącego twarz kapłana, ale wcale o niego nie dbał. Choć jego spostrzeżenia dotyczące bransolety były interesujące. I jakby bliskie prawdy.

Mag splótł ręce za plecami i popatrzył wymownie na zachmurzonego mężczyznę.

- Oswynie, zostaw nas samych, proszę.

- Jak sobie życzysz, mości Magu.

Kapłan skłonił się z szelestem szat, a jego krótkie kasztanowe włosy zafalowały, porwane gwałtownym ruchem, gdy opuszczał pomieszczenie. Cicho zatrzaśnięte drzwi oznajmiły, że w szpitalnej alkowie pozostał wyłącznie mistrz i jego niedysponowany uczeń.

Mag długo obserwował drzwi, za którymi zniknął Oswyn, jak gdyby upewniał się, czy zostali sami, po czym przeniósł wzrok na elfa. Czerń lśniła przenikliwie nad orlim nosem, bezwzględność intelektu wyzierała z oblicza, upodabniając starca do bystrego ptaka łownego.

- Jak się czujesz, Estalavanesie?

Pytanie nie było przejawem kurtuazji. Stanowcze i wyzute z niepotrzebnej łagodności zabrzmiało jak rozkaz.

- Zamroczony, mistrzu - westchnął Est i zakasłał, by pozbyć się drapania w gardle. - Nie mam pojęcia, dlaczego mnie to wszystko spotkało.

- Nudności? Zmęczenie?

- Nie. Znaczy, może zmęczenie, tak.

- Czy wiedziałeś, że twój organizm posiada tak wysoce rozwiniętą zdolność regeneracji?

Est poczuł się nieswojo. Opiekun był wyraźnie wzburzony, a pytania prowadziły prosto do konkretnego celu, którego on sam póki co nie dostrzegał.

- Nie, mistrzu. Przepraszam.

- To nie ty powinieneś przepraszać, mój uczniu, lecz osoba, która z premedytacją usiłowała pozbawić cię życia. Napijesz się wody?

Ta niewielka dygresja zupełnie zbiła go z tropu, jaki udało mu się podłapać na ścieżce myślowej mistrza. Kiwnął jednak głową, bo rzeczywiście gardło miał suche jak pieprz.

- Wspominałeś – mówił dalej Mag - że twoja skóra nie utrzymuje śladów sińców ani skaleczeń. Nigdy bym jednak nie podejrzewał, że potrafisz zamykać śmiertelne rany.

- Ja… Nie wiedziałem, mistrzu, przysięgam! – Est obrócił się do Maga nalewającego wody do kubka. Strach zajrzał mu w oczy, gdy sędziwy człowiek wrócił do niego z nietęgą miną. - Nigdy przedtem nie zraniłem się na tyle mocno, by to sprawdzać!

- Estalavanesie, nie czyń sobie wyrzutów. Jesteś w stanie samodzielnie wypić?

- Chyba tak… - Est pomału podniósł się na łokciach. Prześcieradło zsunęło się gładko z jego nagiej piersi. - Jak rany, czy oni mnie rozebrali?!

Mag zaczekał, aż uczeń nieco się opamięta.

- Chłopcze, to zwykła praktyka w tego typu przybytkach. Jeśli to cię uspokoi, tutejsi mężczyźni i kobiety widzieli w swoim życiu więcej niż twoją nagość.

Esta to nie uspokoiło.

- Jeśli miałbym ocenić twój stan na podstawie zachowań, Estalavanesie, to nie powiedziałbym, że jeszcze parę godzin temu wykrwawiałeś się na śmierć. – Mag dłonią trzymającą kubek wskazał na palce tarmoszące końcówkę białego ucha. - Proszę, dasz radę sam zająć się sobą.

- Ech, dziękuję - wymamrotał Est i resztką sił dźwignął się na tyle, by opaść plecami na poduszkę. Przyjął oferowany mu kubek i z wolna sączył chłodny, rozkosznie słodki płyn. Ktoś osłodził wodę miodem.

I dopiero gdy wypił wszystko, Mag podjął urwany temat.

- Velren, pod nieobecność Colonella, wykonał kolejny ruch. Wedle jego mniemania ostateczny. Jak do tego doszło?

Białe palce kurczowo zacisnęły się na osuszonym naczyniu, jak gdyby Est walczył sam ze sobą, by wydobyć z pamięci najgorsze wspomnienia.

- Byłem sam, zajęty pracą… - Nagle szkliste zielone oczy wbił błagalnie w Maga. - Mistrzu, co z moim eksperymentem? Czy nic się z nim nie stało?

- Przykro mi, chłopcze, nie potrafię odpowiedzieć na twoje pytanie.

Zrozpaczony Est spuścił wzrok. Wiele wieczorów spędził nad aparaturą, dostosowując ją do wymagających składników, pilnując odpowiedniej temperatury, śledząc złożone procesy i wprowadzając poprawki do receptury. Tyle składników na marne. Wszystko tylko dlatego, że Velren postanowił go wykończyć.

- Kontynuuj, proszę.

- Velren przyszedł do pracowni, kiedy byłem sam… Wygłosił całą listę moich „przewin” i przyznał się, że od samego początku pragnął się mnie pozbyć. Potem się siłowaliśmy, a ja… ja nie chciałem go skrzywdzić, mistrzu. Nie umiałem, choć mi zagroził. I ostatecznie wygrał. - Grymas bólu zmiął białą, zmęczoną twarz. - Zniszczyliśmy tyle komponentów i naczyń… Velren naciął moje ręce szkłem, twierdząc, że każdy uwierzy w moje samobójstwo. A potem… potem było zimno i ciemno. I obudziłem się tutaj. Obudził mnie twój głos.

Mag słuchał w skupieniu. Wpatrując się w przestrzeń ponad kozetką, skubał krótką brodę do wtóru niewesołych myśli. Wina imperialnego elfa była bezsprzeczna, co poświadczyć mógł choćby autorytet w osobie Oswyna. Zapewne wizyta w pracowni naświetli sprawę, toteż będzie musiał czym prędzej się tam udać. Najpierw jednak powinien się upewnić, czy niedoszły morderca pod osłoną nocy nie wymknął się z Twierdzy. Jeśli tak, zmuszony będzie w imieniu Tyrda ogłosić go dezerterem, co pokrzyżuje mu plany. Szczególnie, że te w najlepsze kwitły w jego przewrotnym umyśle. Co wstąpiło w Velrena, że zachował się w ten sposób? Czy to szaleństwo nieznanej mocy sięgnęło już śródlądu, czy też samotna jednostka straciła poczytalność?

Spojrzenie nabrało ostrości, gdy padło na ucznia jakby od niechcenia obracającego lewą dłonią. Złote ogniwa, mimo że tkwiły pod skórą, posyłały na ściany refleksy magicznej sfery, lekko opromieniając alkowę.

Czując na sobie wzrok mistrza, Est opuścił rękę i wcisnął ją pod prześcieradło.

- To było nie do uniknięcia, mistrzu - wymamrotał z żalem. - Oni już wiedzą...

- Niczego nie wiedzą - uciął Mag. - Aczkolwiek bystry Oswyn dostrzegł coś, co umknęło sztukmistrzowi Sneserowi, choć jest to raczej efekt twojego rozwoju, aniżeli braku kompetencji jednego z naszych czarodziejów. Teoria Oswyna zakładająca połączenie artefaktu z energią przepływającą przez twoje ciało jest wyjątkowo trafna. Zapewne mają one ze sobą więcej wspólnego niż wszyscy przypuszczamy. Twoja lewa dłoń w trakcie gojenia ran była jedynym ciepłym punktem. Tatuaż był gorący.

- To nie jest… Och, „tatuaż”.

- Osobliwa cecha artefaktu. Zobaczymy, jak istotna i prawdziwa.

- Mistrzu, znalazłem ją stosunkowo niedawno, więc jeśli łączyłbym jej posiadanie z regeneracją, to wyciągałbym błędne wnioski. - Est ożywił się, na powrót wyciągając dłoń i oglądając ją uważnie. - Odkąd pamiętam, radzę sobie ze stłuczeniami i ranami lepiej niż ludzcy rówieśnicy.

- Cenna wskazówka, chłopcze - Mag potaknął, rozciągając obolałe ramiona. - Tymczasem powinieneś odpoczywać. Zostaniesz tutaj, na obserwacji. Chcę, abyś był w pełni zdrowia, by uczestniczyć w rozprawie, która ani chybi odbędzie się zaraz po powrocie Złowieszczego Niedźwiedzia. Będziesz miał mnóstwo czasu na kontemplację. Wykorzystaj go dobrze, gdy zajęty będę swoimi sprawami. A dokładnie jedną sprawą wymagającą mojego bezpośredniego zaangażowania.

- Mistrzu? Czy to znaczy, że nie wolno mi stąd wychodzić?

- Dokładnie to oznacza - potwierdził Mag. - Rozumiem, jaką dla ciebie wartość mają treningi oraz swoboda poruszania się po terenie Twierdzy, lecz chciałbym wcielić w życie pewien zamysł, a w tym celu konieczne jest, byś zniknął najemnikom z widoku...

***

- Pragnę zauważyć, mości Niedźwiedziu, iż jesteśmy najemnikami, a nie gladiatorami zabijającymi się nawzajem ku uciesze gawiedzi. - Mag bez trudu dotrzymywał kroku wyższemu towarzyszowi. Z rękoma założonymi za plecami dreptał u jego boku niczym nestor wpływowego rodu. Co rusz zerkał kątem oka na zarośnięte oblicze, wciąż jednak dostrzegał w nim wyłącznie gniew. - Zatem roztrząsanie czy mój uczeń powinien być gotów zabić w obronie własnej, czy nie, nie ma racji bytu.

- Zabij lub zgiń, dziadku, prosta zasada. A on zginął.

Rozsrożony Tyrd nawet nie zaszczycił rozmówcy spojrzeniem. Zaczerwienionych ze zmęczenia oczu nie odrywał od ciągnącego się przed nimi korytarza rozjaśnionego pochodniami. Ledwo wrócił z Adeili, a już od progu siłą perswazji zaciągnięty został do sądzenia rzekomego zbrodniarza, którego najzwyczajniej w świecie należało ściąć.

Doradca nie uległ jego złości i chociaż wypowiadał się tonem swobodnie uprzejmym, tak lekko pochylona sylwetka zdradzała poirytowanie.

- Podobnie prosta, jak reguła Prawa Niedźwiedzi mówiąca, iż porwanie się na życie brata lub siostry równoznaczne jest z najsurowszym wymiarem kary bez względu na odniesiony skutek. W myśl przytoczonej reguły proces jest zbędny, jednakowoż osobiście  uważam, iż warto poznać motywy sprawcy, bowiem dzięki temu będziemy mieć lepszy ogląd na sytuację. Czy nie tak?

- Tylko ty mogłeś wymyślić taką bzdurę – prychnął Tyrd.

- Tak się składa, Tyrdzie, iż był to twój pomysł - wytknął mu Mag. - Chciałeś w ten sposób ograniczyć „incydentalne” zgony w szeregach Niedźwiedzi. Ja od początku opiniowałem za kameralnym sądem w każdym, nawet z pozoru błahym przypadku.

Niedźwiedź zaklął szpetnie i poprawił szerokie ostrze spoczywające na masywnym, okrytym futrem ramieniu. Nagle droga do sali sądowej zaczęła mu się niemiłosiernie dłużyć, bez wątpienia z powodu dokuczliwego towarzystwa oraz braku chęci do rozmowy. Stary dziad od zawsze dążył do kompromisów, więc proszę bardzo, niech ma jeden: kompromis w postaci absolutnego ustępstwa!

- Z elfami zawsze są kłopoty, ale ty, Zrzędo, przechodzisz ludzkie pojęcie.

- To dla mnie zaszczyt, Złowieszczy Niedźwiedziu.

Skłoniwszy się w podzięce za dobre słowo, Mag zatrzymał się przy podwójnych drzwiach wiodących do jednej z sal na piętrze Głównego Budynku. Dwaj wartownicy skinęli im z szacunkiem na powitanie i równocześnie uchylili masywne drzwi, wpuszczając na ponury korytarz nieco światła z wnętrza przestronnego pomieszczenia.

- Bądź przeklęty, starcze! Ty i twoje zaszczyty - warknął Tyrd i sprężystym krokiem wszedł do środka, ignorując milknące zgromadzenie.

Mag był tuż za nim, pilnując dyskretnie, by nikt im teraz nie przeszkadzał.

Na widok swego przywódcy wojownicy stanęli na baczność, a długie miecze uderzyły z cichym brzdękiem w opancerzone uda. Sześciu najemnych wezwanych przez doradcę strzegło bezpieczeństwa przebywających w sali osób, po jednym na każdego uczestnika. A przynajmniej takie było założenie.

Mnich zmarszczył się groźnie, błyskawicznie spostrzegając, że z góry określone proporcje zostały zaburzone. Na stojących pod przeciwnymi ścianami Velrena i Travisa przypadało rzeczywiście po jednym ochroniarzu, podczas gdy tkwiący przy drzwiach Oswyn od Sarvatesa był sam jak palec. Za to czterech ludzi powstrzymywało doprowadzonego do pasji ciemnoskórego zwiadowcę, który nie ustawał w wysiłkach wyrwania się swoim strażnikom. Zupełnie to Maga nie zdziwiło. Znał przecie swojego wychowanka, którego charakter w połączeniu z uczuciami żywionymi do młodego elfa wystarczył, by mocno obił jednego z braci w bezowocnej próbie dostania się do Velrena. Musieli go trzymać, żeby nie zrobił niczego nierozsądnego. Szczególnie, że sztylety u jego pasa były odbezpieczone, gotowe pomścić przyjaciela. Doskonale. Ich mały fortel staje się dzięki temu trudniejszy do przejrzenia.

Mag odchrząknął donośnie, zwracając uwagę wytatuowanego młodzieńca na obecność przywódcy kompanii. Ciskające gromy załzawione oczy przeszyły go na wylot. Przed momentem widział dokładnie taką samą emocję goszczącą na twarzy Tyrda. Nieważne, jak bardzo pragnęli się od siebie odciąć, krew w synu była równie burzliwa, jak w ojcu.

Przywódca przeszedł między ludźmi, nikogo nie dostrzegając. Kierował się wprost do masywnego fotela na podwyższeniu, prostego mebla mieszczącego jego pokaźne rozmiary. Majestatycznie niby zwierz, od którego wziął swe miano, Złowieszczy Niedźwiedź wspiął się na stopnie i zawinął futrzaną peleryną okręcając się na pięcie, by popatrzeć złowrogo na zebranych u jego stóp awanturników. Zdjął potężny miecz z barków i podpierając go sztychem o kamienny podest, opadł na siedzisko. Z ostentacyjnym znudzeniem podparł pięścią skroń, by gestem ręki dzierżącej oręż nakazać rozpoczęcie farsy. Może i nie było po nim znać trudów podróży, ale z chęcią przyjąłby odpoczynek w zaciszu własnej komnaty. Od tego teatrzyku jak nic rozboli go czerep.

Mag w odpowiedzi skinął przywódcy. Jego zagadkowe spojrzenie spoczęło na Velrenie.

Imperialny elf ani drgnął, zachowując impertynencką postawę. Zadzierając brodę, z obojętnością łypał spod oka na rozsierdzonego, zrozpaczonego Colonella, z rzadka prześlizgując się wzrokiem na zaniepokojonego Travisa Arnelta. Okolone miedzianymi włosami oblicze o ostrych rysach nie wyrażało absolutnie niczego, choć niewątpliwie Velren zachodził w głowę, dlaczego wezwano akurat sztukmistrza magii użytkowej oraz kapłana ze świątyni.

Doradca przyglądał się złocistej twarzy podejrzanego. Jak na człowieka podążającego ścieżką mnichów z północy przystało, Mag szanował wszelkie żywe stworzenie. Nie uznawał kary śmierci jako rozwiązania problemu, ponieważ każdy, niezależnie od motywu postępowania, powinien otrzymać drugą szansę. Lecz w tym wypadku nie miał do czynienia z pojedynczym incydentem. Już zbyt długo puszczał płazem wybryki zadufanego w sobie elfiego strzelca mogące zaważyć na ich przyszłości. A Velren już raz został ostrzeżony. I ostrzeżenie to świadomie zlekceważył.

Stanąwszy między Velrenem a Travisem, Mag z ukosa patrzył to na jednego, to na drugiego, żadnego nie pomijając i tym samym żadnego nie wyróżniając. Gdy jego głos przerwał niecierpliwą ciszę, był tak cichy, jak tylko cichy może być głos starego, pogrążonego w smutku człowieka.

- Dwie noce temu w pracowni alchemicznej sztukmistrza Travisa Arnelta znaleziono ciało mojego ucznia, a zarazem jednego z naszych najemnych braci, Estalavanesa. - Mag zwiesił głos, powstrzymując falę napływających doń emocji. Miał być bezstronnym prowadzącym, lecz gra na uczuciach była obecnie wielce pożądana. Jego uszu dobiegły szepty wojowników oraz gardłowy, stłumiony pomruk dawnego wychowanka. Zaczęło się. - Jego przeguby zostały przecięte. Wyglądało na to, iż popełnił samobójstwo…

- Esti nigdy by tego nie zrobił! - desperacki krzyk smagłego zwiadowcy uciął wypowiedź doradcy. - Nie on! Obiecał mi! Przecież obiecał…

Oszalały z żalu młody człowiek przestał się szarpać i przez chwilę kręcił głową, nie wierząc w to, co właśnie usłyszał. Zaraz jednak uniósł twarz. Łzy spływały po jego policzkach, gdy oskarżycielskim spojrzeniem obrzucił imperialnego elfa.

- To ty… ty występny skurwysynu! Od początku chciałeś się go pozbyć z Twierdzy! Miałeś być jedynym elfem, to twoje słowa! Obyś sczezł pod bramą Pozaświata!

Oskarżony o morderstwo Velren zupełnie nie przejął się inwektywami dawnego przyjaciela. Spojrzał na Maga, ale nie wytrzymał wnikliwego wejrzenia, które zdawało się zaglądać w głąb jego duszy w poszukiwaniu winy. Velren odwrócił wzrok jakby w obawie, że człowiek w końcu ją znajdzie, jak i dowody jednoznacznie obciążające jego sumienie.

Pomarszczone oblicze skierowało się w stronę wytatuowanego człowieka.

- Owszem, zwiadowca Colonell poniekąd ma słuszność. Również daleki jestem od twierdzenia, iż Estalavanes odebrał sobie życie, bowiem diagnoza postawiona przez świątynię przeczy pierwszemu wrażeniu. – Porozumiewawcze spojrzenie głęboko osadzonych oczu spoczęło na stojącym przy drzwiach kapłanie, który skinął na znak, iż słucha uważnie. - Mości Oswynie od Sarvatesa, czy zechciałbyś wyjawić, w jakim stanie był Estalavanes, gdy sztukmistrz Travis przyniósł go do świątyni?

Mężczyzna w białych szatach raz jeszcze skłonił głowę, a następnie odezwał się donośnym tembrem, czym zaskoczył nawet Złowieszczego Niedźwiedzia moszczącego się w fotelu.

- Gdy tylko sztukmistrz Travis Arnelt sprowadził do mnie ucznia Maga, natychmiast przystąpiłem do oględzin. Estalavanes już nie żył. – Dramatyczna pauza ciszą odbiła się od uszu wsłuchanych osób. Oswyn był profesjonalistą w każdym calu i jako przełożony sług Sarvatesa cieszył się estymą pośród najemników, nawet jeśli ograniczała się ona do głosu autorytetu w dziedzinie medycyny. - Badając denata stwierdziłem, iż przyczyną zgonu były wykonane ostrym narzędziem poprzeczne nacięcia obu przegubów sięgające kości promieniowej przedramienia. Przecięto skórę oraz żyły, a także ścięgna i nerwy. Niemożliwym jest zatem, aby po otwarciu jednego przegubu, móc otworzyć również drugi. Bezwładna dłoń nie podtrzyma narzędzia, ani tym bardziej nie poprowadzi poprawnego cięcia.

- A czy możliwym jest, by samobójca z podciętymi żyłami miotał się w agonii? – dociekał Mag.

            - Nie, gdyż znaczna utrata krwi prędko osłabia organizm oraz wywołuje omdlenie. Konający leżał na prawym boku, o czym jawnie świadczyły ślady obeschniętej krwi na przedramionach.

- Czy w takim razie wykluczasz prawdopodobieństwo popełnienia przez Estalavanesa samobójstwa?

- Będąc znawcą anatomii inspirowanym dziełem Sarvatesa, wykluczam prawdopodobieństwo popełnienia samobójstwa - zaświadczył Oswyn, ostatni raz się kłaniając.

Velren przypatrywał się służalczemu mężczyźnie w kapłańskich szatach. Ten człowiek swoim gadaniem przekreślił właśnie jego całkiem racjonalną szansę wymigania się od odpowiedzialności. Zaczynał podejrzewać, że obecność osób trzecich w postaci kapłana oraz sztukmistrza była celowym zabiegiem. Tylko czemu miałoby to służyć?

- Dziękuję, mości Oswynie, za wyczerpującą odpowiedź. Od siebie pragnę dodać, iż obejrzałem miejsce zbrodni. W pracowni alchemicznej doszło do rękoczynów, wskutek których Estalavanes postradał życie. Zniszczenia są znaczne, podobnie jak straty w materiałach.

- Wiadomo już, że to zabójstwo! Po co więc ta cała pierdolona szopka? - Colonell wyrwał opancerzone ramię z uścisku żołnierza, którego poszczuł wściekłym spojrzeniem. Kiedy dość mu było zastraszania ludzi wypełniających rozkazy, przeszedł kilka kroków w kierunku Travisa. Morderczego wzroku nie spuszczał z imperialnego elfa. - Na tego zdradzieckiego skurwiela starczy jedno cięcie miecza. Po co się rozdrabniać?!

- Colonellu, radzę ci zachować milczenie - w łagodnym tonie Maga wybrzmiała utajona groźba. - W przeciwnym razie będziesz uczestniczyć w rozprawie stojąc po drugiej stronie drzwi.

Wytatuowany zwiadowca odetchnął, zmełł w ustach przekleństwo i skrzyżował ręce na opancerzonej piersi w geście sprzeciwu wobec wszystkiego, co Zrzęda miał do powiedzenia. Było mu już wszystko jedno. Stracił ukochanego i nie ręczył za siebie. Nie zamierzał także blokować odbezpieczonych sztyletów – wystarczy jeden celny rzut, a po oczkach imperialnego jebańca pozostanie wyłącznie bezkształtna masa. Czekał tylko na okazję, by przypadkowo nie zranić wychowawcy. A potem niech się z nim dzieje, co chce. Życie bez Estiego nie miało dlań żadnej wartości.

- Dziękuję, młodzieńcze, że poszedłeś po rozum do głowy. - Mag kaszlnął w pięść i ponownie skupił się na Velrenie. - Upozorowanie samobójstwa nie doszło do skutku. Morderca popełnił błąd, który…

- Powinien za to pójść pod miecz! - Col bynajmniej nie zamierzał siedzieć cicho. - Ostrouch od samego początku zarzekał się, że zostanie jedynym elfem w Twierdzy! Dokuczał Estiemu i nawet posunął się do spłoszenia jego konia, gdy ten uczył się jeździć. Czy ty jesteś ślepy, Magu?! Czy naprawdę tego nie dostrzegasz?!

Doradca już otwierał usta, by ponownie przywołać najemnika do porządku, gdy oskarżony imperialny elf wyszedł na środek sali, a tuż za nim podążył pilnujący go mężczyzna z dłonią na głowicy miecza.

- To prawda, Col – przyznał Velren bez cienia skruchy - od początku nie lubiłem tego przybłędy i uprzykrzałem mu życie jak umiałem, ale nawet ja nie posunąłbym się do zamordowania jednego z braci najemnych. Co by mi to dało, skoro i tak mam wynieść się z Twierdzy? Co pobawiłem się jego kosztem, to moje.

Robiło się interesująco, jak zauważył z dobrze skrywaną satysfakcją Mag.

- Velrenie. - Obrócił się frontalnie do imperialnego elfa stojącego teraz zaledwie na wyciągnięcie ręki. - Zarzut zwiadowcy Colonella jest poważny. Gdzie przebywałeś w momencie, gdy dokonano zbrodni?

Imperialny elf parsknął pogardliwie. Pomarańczowe oczy zwęziły się wyzywająco, gdy taksował brodatą twarz łysego człowieka.

- Nie pamiętam wszystkiego, co robię, z dokładnością co do dnia - zaperzył się. - Tamtą noc kojarzę z racji twojej wizyty w koszarach, Magu. Brałem kąpiel w łaźniach, a gdy wróciłem do wspólnej sypialni, pojawiłeś się ty z wiadomością o morderstwie oraz zakazem opuszczania Twierdzy. Nieszczególnie mnie to obeszło, ale posłuchałem rozkazu, tak jak reszta najemników. Jestem niewinny, toteż spałem spokojnie.

- Czy jest ktoś, kto mógłby zaświadczyć o twojej niewinności? - spytał Mag. - Ktoś, kto widział cię w łaźniach?

- A czy jest ktoś, kto mógłby zaświadczyć o mojej winie? Otóż to - żachnął się Velren. Złośliwy uśmieszek podciągnął kąciki jego ust. - Mówiłem już, moim celem było używanie sobie na tej białej pokrace. Nie porwałbym się na zabójstwo. Wiem czym to grozi, a głupi nie jestem.

Pomruki rozlegające się pośród najemników przemawiały na korzyść imperialnego elfa, który z naturalną lekkością uniósł podbródek i triumfując, założył ręce na piersi osłoniętej czerwonym kaftanem. Col wysyczał ku niemu groźbę, lecz Velren czuł się nad wyraz pewnie, nikt bowiem nie mógł mu niczego udowodnić.

W myślach Mag pogratulował elfowi gry aktorskiej. Byłby gotów mu uwierzyć, gdyby sam poszkodowany nie zrelacjonował biegu wydarzeń tuż po wybudzeniu. Zwracając się do Złowieszczego Niedźwiedzia, podsumował dotychczas zebrane informacje.

- Jako doradca Złowieszczego Niedźwiedzia, przywódcy Kompanii Najemnej Niedźwiedzi, oraz nauczyciel i opiekun białego elfa Estalavanesa, przyjąłem na siebie obowiązek rozwikłania tajemnicy śmierci mojego podopiecznego. - Spojrzał na Tyrda, którego zupełnie nie obchodziło świadectwo imperialnego elfa. Niedźwiedź liczył, że dzisiejszego dnia czyjaś głowa potoczy się po zimnych kamieniach sali, barwiąc je szkarłatem. Starzec snuł jednak inne plany, do których realizacji dążył. - Rozważałem samobójstwo, jednakże Oswyn od Sarvatesa zanegował je. Zatem morderstwo. Lecz kto się go dopuścił? Obciążony zarzutami Velren zaprzecza, jakoby skłonny był do popełnienia tak potwornego czynu. Nic jednak nie świadczy o jego niewinności za wyjątkiem jego własnych słów. Mamy więc sytuację patową, a rozjaśnić nam ją może jedyny świadek przebywający pośród nas - mówiąc to, Mag wskazał za siebie, dokładnie tam, gdzie stał Colonell oraz zapomniany przez wszystkich czarodziej. - Sztukmistrz Travis Arnelt, znany na cały Estarion, szanowany i poważany mistrz alchemii.

Skonsternowany sztukmistrz rozejrzał się z wahaniem. Przyszedł czas i na jego rolę, co było nieodwołalne, zważywszy że przyjął ją z własnej woli. Publiczne wystąpienia nie sprawiały mu trudności, ale obecna sytuacja diametralnie różniła się od wykładów.

Zajrzał w oczy zwiadowcy, pełne bólu i udręki, tylko czekające aż to wszystko się skończy, aż on skończy ze sobą. Travis wiedział, jak silna przyjaźń łączy go z Estem i pragnąc ukoić jego cierpienie byłby wygadał całą prawdę, gdyby nie świdrujące spojrzenie i idący z nim w parze surowy głos Maga.

- Co powie świadek, który przyniósł ciało Estalavanesa, swojego asystenta, w progi świątyni Sarvatesa?

Świadek odetchnął, rozpinając kołnierz szarej koszuli. Zrobiło mu się gorąco, a wzrastającego napięcia nie łagodził fakt, że przysłuchuje mu się Złowieszczy Niedźwiedź we własnej osobie, który nie od parady zyskał swój przydomek. Zdenerwowany Travis poniewczasie zdał sobie sprawę, jak wiele od niego zależy. Twardy wzrok pozornie obojętnego Maga dobitnie mu o tym przypominał.

- Szacowny Niedźwiedziu, mości Magu - zaczął uroczyście - potwierdzam słowa mojego zwierzchnika opisujące miejsce, w którym znalazłem mojego asystenta. Przez dwa dni własnoręcznie sprzątałem pracownię, bez użycia magii, gdyż choćby najlżejsze zaklęcie może nieść ze sobą katastrofalne skutki. A plam po krwi na posadzce do tej pory nie potrafię doczyścić. Dość jednak dygresji - zreflektował się szybko i ponownie wskoczył na tor rozprawy, roztrzęsione palce ukrywając za plecami, by nikt nie dojrzał jego podenerwowania. - Tej nieszczęśliwej nocy zastałem mojego asystenta martwego, z pociętymi nadgarstkami. Bez zwłoki poniosłem go do świątyni z nadzieją, że uczeni Sarvatesa ocalą go przed najgorszym. Spóźniłem się. - Przełknął głośno. Tak mocno wczuł się w swoją rolę, że był niemal pewien, iż nigdy więcej nie ujrzy urzekającej zieleni tęczówek młodego asystenta. Musiał złapać oddech, by się nie zapędzić. - Gdybym tylko zjawił się wcześniej… Może wtedy…

Drżący głos świadka urwał się. Poruszony Colonell położył dłoń na jego wątłym barku, jednocząc się z nim w cierpieniu. Nie przepadał za tym dziwacznym czaromiotem, ale jednej nocy obaj stracili przyjaciela, a była to strata głęboka i niepowetowana.

Chwila upamiętniającego milczenia, którego żaden ze zgromadzonych ludzi nie poważył się przerwać, zakłócona została przez jedynego przebywającego w sali elfa. Jadowity ton Velrena zmącił ciszę, celnie trafiając do poruszonych słuchaczy, zatruwając ich umysły nowymi wątpliwościami.

- Piękna, porywająca historia, sztukmistrzu, mnie jednak nie przekonała. W środku nocy zszedłeś do pracowni? Po co? - Zmrużone powieki elfa nagle rozchyliły się szeroko, gdy przebiegły pomysł zaświtał mu w głowie. - A może to ty go zabiłeś, a bajeczka o heroicznym odnalezieniu ciała i biegu w te pędy do świątyni ma odsunąć od twojej osoby ewentualne podejrzenia? Zabawa w niewinnego świadka? Jakież to wygodne!

Ucisk na ramieniu Travisa zelżał, gdy nic nie rozumiejący zwiadowca odsunął się od niego. Col patrzył to na opanowanego Velrena, to na oszołomionego sztukmistrza, aż ostatecznie zawiesił mętny wzrok na Magu, który w skupieniu śledził wymianę zdań między podejrzanym a świadkiem. Przez myśl mu nie przeszło, że to alchemik, magiczny, mógł być odpowiedzialny za śmierć Estiego. Rzeczywiście, Velren z natury był kłamliwym, bezlitosnym skurwysynem, ale koniec końców był najemnikiem, członkiem wielkiej braci. Niebawem stanie się pełnoprawnym agentem i nie zaprzepaściłby takiej szansy. A Travis… Travis nie podobał mu się od samego początku z tą swoją zbyt poufałą naturą.

Mag w lot przejrzał sprytne zagranie Velrena desperacko poszukującego drogi ucieczki. Zachowując bezstronność, słowem się nie wtrącił, co nie znaczyło, że utracił kontrolę nad przebiegiem scenariusza. Ukradkiem zerknął na zaabsorbowanego przedstawieniem Tyrda wychylającego się ze swojego fotela. Nieoczekiwany zwrot akcji zaciekawił go. Doskonale. Natomiast Velren okazał się nie lada przeciwnikiem w starciu, które rozpoczął z pozycji jedynego podejrzanego. Mag musiał wzmóc czujność i być gotowym do działania na najmniejszą oznakę zagrożenia dla powodzenia ich planu. Nijak jednak nie mógł wesprzeć Travisa, który, kompletnie zagubiony, powoli wypadał z roli.

- Zabawa w niewinnego świadka? - słyszalne w głosie czarodzieja oburzenie podszyte było obawą. - Insynuujesz, że to ja go zabiłem? Swojego asystenta i przyjaciela?

- Tym lepiej dla ciebie, prawda? - wysyczał elf z okrutną przyjemnością. - Bo kto posądzałby przyjaciela o tak ohydne przestępstwo?

- O czym ty mówisz? - Travis powiódł spojrzeniem po otaczających go twarzach, powątpiewających, zdezorientowanych zupełnie jak on sam. Znikąd pomocy, nawet od najemnika, z którym Est trzyma sztamę. - Zabić własnego asystenta? Przecież to nie ma sensu!

Mag postanowił podjąć kroki mające utrzymać plan w ryzach, a mógł tego dokonać tylko w jeden sposób: podejmując się gry Velrena. Wszedł między strzelca i czaromiota, skutecznie ich rozdzielając.

- Sztukmistrzu Travisie Arnelcie, czy możesz nam powiedzieć, czym zajmowałeś się w noc morderstwa?

Czarodziej błagalnie zwrócił się w stronę zwierzchnika. Twarz Maga pozostawała jednak bez wyrazu, obojętna i beznamiętna na tę nieoczekiwaną zamianę ról. Travis był zdany wyłącznie na siebie.

- Pisałem... Pisałem dzieło o przywrywczakach. Te owady… A zresztą. - Potrząsnął głową, starając się zahamować napływ niechcianych dygresji. - Byłem w swojej sypialni i pisałem nowe dzieło.

- Czy jest ktoś, kto zaświadczy twoim słowom?

- N-nie, mości Magu.

- Dlaczego zszedłeś do pracowni mieszczącej się na parterze Wieży Czarodziejów?

Trzecie pytanie było mu gwoździem do trumny. Travis zaczynał uzmysławiać sobie, że obciążające go oskarżenie elfa nie tyle postępowało, co rozpędziło się szaleńczo. I było nie do powstrzymania. Gra wymykała się spod kontroli i jeśli dalej tak pójdzie, to on postrada życie, a nie rzeczywisty oprawca! Jak to się stało, że z niewinnego, pomocnego świadka przeistoczył się nagle w głównego podejrzanego?! To jakiś absurd!

- Zszedłem… ponieważ chciałem wypytać asystenta o przebieg eksperymentu - wychrypiał zbolały. – Tak było…

Velren niemal pękał z uciechy. Ten nierozgarnięty człowiek właśnie wydał na siebie wyrok śmierci! Wielki sztukmistrz, a taki głupi! Mocniej go przycisnąć i w pojęciu reszty stanie się zbrodniarzem.

- Travisie, toż to idealny moment, by pozbawić kogoś życia! - zawołał elf, nie kryjąc zadowolenia z własnego bystrego spostrzeżenia. - Ciemną nocą, w miejscu, do którego przychodziliście tylko wy dwaj.

- Słucham?! - zawołał zdruzgotany Travis. Pomówieniom nie było końca, a on nawet nie wiedział, jak ma je odpierać. - Estalavanes je… był moim asystentem i przyjacielem! Po co miałbym to robić?!

- Velrenie, czy to aby nie są zbyt daleko idące przypuszczenia? - Mag nie tracił opanowania. - Travisie, zechciej…

- Poczekaj no, Magu - zagrzmiał przywódca z podwyższenia. Wyprostowany pocierał gęstą brodę, a uśmiech przecinający szeroką twarz nadawał mu wyglądu dzikiego zwierza łaknącego krwi. - Pozwól elfowi mówić. Jego tok rozumowania zaiste jest intrygujący. I jakże trafny. Nasza alchemiczna cicha woda aż brzegi rwie.

Travis był przekonany, że jego koniec jest bliski. A miał jeszcze tyle pracy… Tak wiele dzieł nie zostanie ukończonych, jeśli ten paskudny dwuręczak spełni swoją powinność.

Trwożliwie rozejrzał się po sali. Colonell patrzył na niego wilkiem, przyjmując za prawdę wersję wydarzeń mordercy. Mag był niewzruszony, choć bez wątpienia szukał wyjścia z krytycznej sytuacji. Velren był z siebie obrzydliwie dumny, zaś krwiożerczy przywódca czekał na możliwość wykonania egzekucji. Pozostali, znani mu jedynie z widzenia najemnicy, po prostu byli ciekawi dalszego rozwoju wypadków.

Sztukmistrz magii użytkowej był sam i jedyne, co mógł zrobić, to bezwolnie przysłuchiwać się, jak zachęcony aprobatą przywódcy Velren ochoczo snuje swoją paskudną intrygę, przybierając przy tym pełną wyższości i przeświadczenia o własnej słuszności pozę.

- Ilu z was zna tego czarodzieja na tyle, by cokolwiek o nim powiedzieć? Stroni od ludzi, jest szalonym geniuszem i zachowuje się dziwnie w kontaktach z innymi. Nikt nie wie, jakie eksperymenty przeprowadza w zaciszu swojej pracowni. Może pokusił się na krew asystenta, równie dziwnego jak on sam białego elfa? Nie wiadomo, jakie moce skrywa w sobie istota jego pokroju. - Velren wzruszył ramionami, robiąc zakłopotaną minę. - Tchórzliwy, niezdolny do poświęceń Estalavanes nie chciał na to przystać, więc sztukmistrz zdecydował się przemocą zyskać nowy składnik. Wywiązała się szarpanina, alchemik upuścił biedakowi krwi, a że przesadził i przeraził się następstwami swojego czynu, pociął też drugą, porzucając go do wykrwawienia się. Uciekł z miejsca zbrodni i wrócił dopiero, gdy ofiara była martwa. I wtedy rozpoczyna się bajeczka o przyjacielu, który to zabiera go do świątyni.

- W-wymyśliłeś to wszystko! - krzyknął Travis. Velren pogrążył go całkowicie, przedstawiając wyjątkowo realistyczny obraz zdarzeń, jakie mogły rozegrać się w pracowni. Jego rola została właśnie podważona, a nawet obalona. Panika zaglądała w jasne oczy czaromiota, a uchylone w niedowierzaniu wargi drżały zauważalnie. - Przecież to w-wyssana z palca bajka mająca na celu… mająca...

- Spójrzcie tylko na oskarżonego – wciął się elf. - Jest zdenerwowany, jąka się i poci nie potrafiąc zebrać myśli. Jak morderca, któremu właśnie udowodniono winę! Jest przerażony, bo wie, że nijak nie uniknie konsekwencji własnych bestialskich czynów.

Drewniany fotel na podwyższeniu skrzypnął, gdy Niedźwiedź dźwignął się, gotów dopełnić swego obowiązku. Jasnym dla niego było, że to czarodziej jest sprawcą całego ambarasu.

- Magu, sprawa jest przesądzona – warknął, spoglądając na wstrząśniętego sztukmistrza. Travis ujrzał w jego oczach wizję własnej śmierci, paskudnej, aczkolwiek szybkiej. - Wydaj wyrok i miejmy to już za sobą.

Leciwy człowiek przymknął oczy i znad ramienia rzekł do przywódcy:

- Wedle mojej opinii nie do końca jasnym jest, któż w istocie stoi za śmiercią Estalavanesa. Czy winnym tego jest będący mu wrogiem imperialny elf, czy też będący mu przyjacielem człowiek. Słowo stanowi przeciw słowu, zatem nie ma rady, niech prawda sama zabierze głos w tym bezprecedensowym wydarzeniu.

Zaaferowani tajemniczym wydźwiękiem jego słów ludzie oraz elf zamarli w oczekiwaniu na wyjaśnienia.

- Co to ma znaczyć, starcze?! - ryknął Niedźwiedź. - W co ty pogrywasz?!

Mag westchnął przeciągle i rozchylając ciężkie ze zmęczenia powieki, zwrócił się bezpośrednio do kapłana.

- Oswynie, wprowadź, proszę, ofiarę morderstwa.