czwartek, 29 lutego 2024

Gdy czegoś bardzo brak...

...tak jak mnie motywacji ostatnimi czasy. Coraz częściej czuję, że tworzę sztukę dla sztuki, ale czego się właściwie spodziewałam? Nie mam siły przebicia ani parcia na szkło, a w związku z kompletnym odcięciem się od wszelakich społeczności brak mi niezbędnych znajomości w branży. I szczęścia. Myślę, że szczęście również gra tu decydującą rolę. Wiele w życiu osiągnęłam właśnie dzięki niemu. Sprzyjające zbiegi okoliczności, nadarzająca się szansa strzelająca mnie w pysk, okazja leżąca wprost na drodze - to wystarczy, by zastąpić czy też podciągnąć znikome umiejętności. Choć, nie umniejszając sobie, niektóre z nich wysoko rozwinęłam.
    Ale ja nie o tym.
  Motywacja. Generalnie z pisaniem zostałam sama. Całkiem dosłownie. I jak cholernie kocham samotność, tak momentami nieco mi doskwiera. Kiedy nie ma do kogo gęby otworzyć i przegadać wyjątkowo kłopotliwej sceny. Kiedy nie ma się kogo poradzić odnośnie wydźwięku i treści. Spytać o radę w związku ze zmianami w charakterze bohatera (w 4 kilkoro się "łamie" i zależy mi na utrzymaniu szczególnej naturalności). Fabuły. Logiki i fizyki (magia w znacznej mierze jest na niej oparta). Mnie wszystko może się wydawać w porządku, ale wiadomo, druga para oczu wychwyci to, co ja ominęłam. Ponadto tworzę z wiedzą o tym, co się wydarzy i jak do tego dojdzie, natomiast Czytelnik jest tej wiedzy pozbawiony. Tu też rodzi się sporo wątpliwości - czy historia ma sens, czy jest spójna.
   Nie znaczy to jednak, że przestałam pisać. Po prostu piszę mniej. Nic mnie nie napędza, żeby tworzyć. Więcej wolnego czasu poświęcam na granie, czytanie czy haft diamentowy. Ale dotkliwie odczuwam ten nadmiar wolnego, a jakoś nie potrafię zachęcić samej siebie, by siąść przy klawiaturze. Dodałam nawet kolejne notatki do 6 i 7, całkiem rozwinięte, ale wciąż tylko notatki. Napoczęłam kilka nowych opowiadań z uniwersum. Też jakoś tak zastygły. Wszystko zastyga, nie wiem czemu.
   Może to wina przedwiośnia. A może jestem malkontentką. Podejrzewałam nawet wypalenie, ale gdyby tak było, zupełnie nic nie potrafiłabym napisać. Najwyraźniej brak mi paliwa, sam proces twórczy już mnie nie satysfakcjonuje, bo to zwykła jazda na oparach. "A, walnę se jakiegoś teksta" - takich mam wiele. 

   Nic to, pomarudziłam sobie, coś tam naskrobałam w poście, może teraz chętniej ruszę. W co raczej wątpię. Ale nie poddałam się. Zresztą, uprzedzałam już wszystkich "miłych i uprzejmych", że specjalnie dla nich nie zrobię sobie przerwy. Nie jestem złośliwa. Ani przekorna. Po prostu niektórzy ludzie zwyczajnie mnie wkurwiają, a bardzo nie lubię, kiedy ktoś mnie wkurwia...

Gadać może każdy. Ale nie każdy przejdzie do czynów.


🎵 Prey for the Gods - Omniscore, Ian Fontova, Antti Martikainen 🎶

środa, 28 lutego 2024

~~ Biały Elf - rozdział 25 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Pierwsza

BIAŁY ELF



"Do gwiazd, bracia! Stańcie się kolejnymi spośród nich i oświetlajcie nam drogę wśród mroków nocy!"
- interpretacja Estalavanesa.

  Uwielbiam scenę ceremonii pogrzebowej Niedźwiedzi. Jest to staroestarioński rytuał, przez wielu porzucony na rzecz "nowocześniejszego" pochówku w ziemi bez niszczenia/palenia/bezczeszczenia zwłok. Jako ciekawostkę dodam, że Zakon Paladynów nadal podtrzymuje tradycję palenia ciał poległych rycerzy. Z czegoś to wynika...
  Pisząc ten rozdział kilka lat temu, mocno wniknęłam w Esta. Pamiętam to bardzo żywo i nadal potrafię wywołać w sobie stan emocjonalny zbliżony do jego z tamtej nocy. Szczególnie, gdy skupił się na służącej... Przypuszczam, że od tej pory większą uwagę zaczął przykładać do zwykłych, pospolitych ludzi aniżeli tych pełniących wysokie funkcje czy sprawujących władzę. Nie wiem tylko czy to dlatego, że pierwsi wydają mu się bardziej interesujący i prawdziwi, czy drudzy zbyt onieśmielający i obłudni.
   Col postanowił w końcu naprawić swój błąd, ale w przypadku białego elfa nic nie dzieje się tak, jak z początku zakładają. Obaj chcą tego samego, a jakoś nadal im nie po drodze... Dosłownie. Ech, ta biała świszczypała...


- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 28d'2m'24r2t]




Może się to wydawać śmieszne, ale obcowanie z tą historią zmieniło mój sposób myślenia i poszerzyło horyzonty. Inaczej patrzę na irytujące osoby, próbuję zrozumieć ich motywy i intencje, staram się we wszystkim szukać pozytywnych stron oraz myśleć wielotorowo. Est otwiera mi oczy na to, jacy mogą być ludzie naprawdę, że ocenianie ich po pozorach jest krzywdzące dla obu stron. Col udowadnia, że żyjąc chwilą, można także dbać o przyszłość. Natomiast Mag jest dla mnie oparciem, którego nigdy nie miałam, a chyba podświadomie potrzebowałam. Jego obecność uspokaja mojego ducha.

   Naprawdę chciałabym, aby Czytelnicy wynieśli z Elegii o Nieśmiertelnym coś więcej, a nie "przelecieli" ją w pośpiechu...

Biały elf - rozdział 25

 

Gwiazdy były piękne tej nocy – odległe, zimne i połyskujące. Wraz z połowicznym księżycem wiodły prym na bezchmurnym niebie dając dostatecznie dużo światła, by nie trzeba wspomagać wzroku oliwnymi lampkami. A przynajmniej on ich nie potrzebował, by ze swojego stanowiska obserwacyjnego śledzić wydarzenia daleko w dole.

Pochodnie Twierdzy pogasły, topiąc głębokie wnętrze w cieniu niebosiężnych murów. Estalavanes pierwszy raz widział warownię spowitą całunem ciemności i zawiedziony stwierdził, że w nocnym widzeniu wygląda ona nie lepiej niż za dnia. Liczył na coś niezwykłego. Coś na miarę najdziwniejszych fantazji oraz wymysłów, choćby duchów wychodzących z ukrycia, demonów przeszłości czyniących to, do czego nawykły w minionym żywocie. Nic bardziej mylnego. Twierdza okazała się po prostu zwyczajna. Zupełnie jak ludzie gromadzący się w jedynym przybranym blaskiem latarni miejscu, jedynym świecącym jasno punkcie na świecie.

Est trwał niespokojnie na swej pozycji w prześwicie między merlonami. Z wieży rozciągał się doskonały widok na to, co działo się na dziedzińcu. Nie czuł potrzeby uczestniczenia w ceremonii, na którą i tak go nie zaproszono. A jeśli zaproszenie było zbędne, skoro należał do najemnej braci? W każdym razie on sam nie czuł się zobligowany więzami krwi do zejścia na dół i wyczekiwania jak reszta w nabożnym milczeniu. Oparty plecami o wysoki ząb krenelażu, z prawą nogą przewieszoną przez szeroki mur, przypatrywał się im z ostrością nocnego widzenia. Na licznych twarzach zaobserwował znajome cierpienie i rozpacz, a nawet gniew. Emocje dogasały, lecz Est podejrzewał, że gdy tylko zagrzmi ogień stosu, tak i płomień w sercach rozgoryczonych najemników wybuchnie na nowo.

Przeniósłszy spojrzenie z żywych na martwych, zaczął zastanawiać się nad nieuchronnością przyszłych wydarzeń. Ich śmierć była kopnięciem kamienia, który mknąc zboczem góry stworzy lawinę i pogrzebie pod kopcem skał wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Kolejne życia. Wsie i miasta. Estarion. Cały Khaldun…?

Cokolwiek się wydarzy, nie będzie to już jego problem.

Co też prajaszczur osiągnął mordując kilku ludzi? Powodowała nim żądza zemsty? Wykorzystał nadarzającą się okazję? A może go zmuszono? Est od razu zorientował się, że mistrz intencjonalnie przemilczał pewne fakty dotyczące wczorajszych znalezisk. Nie zamierzał okłamywać swojego ucznia - zwyczajnie nie chciał zaprzątać mu głowy niepotwierdzonymi teoriami i wysnutymi domysłami. A chłopak nie drążył tematu. Wystarczył rzut oka na nauczyciela, by skutecznie utrzymać język za zębami.

Wzdychając przeciągle, przymknął powieki i wystawił policzki na nocny wiatr, czując jak rozczarowanie własną osobą pomału wypiera gorycz zawodu. Brakowało mu już wytrwałości koniecznej do dalszego egzystowania. Cień z koszmaru zagnieździł się w jego sercu i miał tam całkiem dobre warunki do wzrastania. Karmiony lękami oraz wątpliwościami rósł w siłę, sącząc jad w żyły. Prawda koszmaru stawała się jego prawdą. Myśli koszmaru przedzierały się do podatnego umysłu wypaczając wzniosłe idee oraz refleksje. Od środka zabijał ciało, w którym uwięziono zagubioną duszę. Tylko energia się ostała. Gromadziła się, z wolna osiągając wyznaczoną przez skórę granicę.

Odetchnął. Ponownie wziął głębszy wdech starając się opanować na tyle, by powrócić do ponurej rzeczywistości. Podciągnąwszy kolana pod brodę, rozparł się na kamiennej ścianie i znów spoglądając w dół dostrzegł zbliżającą się ku zgromadzeniu trójkę mężczyzn.

Potężna sylwetka Złowieszczego Niedźwiedzia górowała nad nimi. Dzierżący straszliwy miecz dwuręczny, obleczony w napierśnik z ciemnej stali oraz niedźwiedzie skóry człowiek prezentował się tak dostojnie, jak mogło prezentować się rozwścieczone zwierzę o nastroszonym futrze. Est nie widział jego oblicza, ale domyślił się, że było ono surowe i ponure jak deszczowy poranek na cmentarzu. Olbrzym poprowadził przybocznych tuż pod stos, na którym ułożono zabitych w pełnym rynsztunku, niemal tak, jak ich znaleziono. Z tą różnicą, że zabrano miecze.

Zatrzymujący się po lewicy przywódcy Colonell również był w pełni uzbrojony. Jak na komendę uformował się za nim oddział złożony ze zwiadowców oraz tropicieli, zdyscyplinowany i karny, choć z ust smagłego młodzieńca nie padł żaden rozkaz. Est ubolewał, że ogląda wyłącznie jego wyprostowane szerokie plecy i tył głowy o przyciętych krótko włosach. Pragnął ujrzeć jego wytatuowaną twarz, dojrzeć pasemka opadające na ciemnozielone oczy, wiedzieć co czuł stojąc tak blisko ciał swoich kompanów. Przyjaciół. Braci. W końcu od wczoraj nie zamienili ani słowa. Ba!, nie widzieli się od momentu, w którym Est niemal wykrzyczał mu w twarz to, czego tak bardzo obawiał się powiedzieć na głos. Zryw odwagi nie przyniósł jednak pożądanych efektów. Colonell go zbył. Jak utrapienie. Jak uciążliwego dzieciaka. A odrzucenie bolało bardziej niż celnie wymierzona klinga.

Po prawej przystanął Mag, zaufany doradca potężnego przywódcy. Elegancki czarny strój miękko opinał szczupłą postać, marszcząc się nieco na pochylonych barkach, przyciąganych ku ziemi coraz większym ciężarem spoczywających na nim obowiązków. Jak w przypadku Colonella, za administratorem grupowały się szeregi wojowników. To było zaskakujące, zważywszy iż mentor odpowiadał za czarodziejów z Twierdzy, których poza dwoma starszymi magami w szkarłatnych tunikach nigdzie nie było. Ach tak, przecież magiczni i niemagiczni nie darzyli się sympatią. Nie dziwiło zatem, że nie interesuje ich ostatnie pożegnanie kilku zwykłych ludzi. Piromanci byli tu nie z sentymentu, lecz z powinności, choć oczywiście mógł się mylić. Wiele razy był świadkiem, jak młodzi z jednej i drugiej frakcji dogadywali się przy stole w jadalni, nierzadko przy kuflu czegoś mocniejszego przeszmuglowanego przez najemników.

Zapanował kontrolowany chaos, gdy ludzie ustawiali się na pozycjach. Jeden ze stojących na uboczu mężczyzn podszedł do Colonella z naręczem poplamionych mieczy, prawdopodobnie naznaczonych krwią. Est z łatwością poznał, że był to oręż poległych, było ich bowiem pięć i wyglądały na mocno sfatygowane. Wytatuowany zwiadowca obrócił się w stronę Niedźwiedzia. Przywódca kompanii jakby namyślał się chwilę, po czym, nie odwracając się od stosu, wykonał dwa kroki w tył, robiąc miejsce podkomendnemu.

Dwuręczny miecz zgrzytnął, kiedy imponujący wojownik zdjął go z przykrytego stalą ramienia i gwałtownym ruchem jednej ręki wymierzył sztychem w gwieździste niebo, podążając za nim wzrokiem. Wymawiane przez niego słowa grzmiały i odbijały się dudniącym echem od grubych ścian wygaszonej Twierdzy. Est nadstawił uszu, ale na darmo. Ginęły na wietrze, docierając doń jako niezrozumiałe strzępy. Mógł tylko zgadywać, co z pasją wykrzykiwał przywódca.

Złowieszczy Niedźwiedź zamilkł, ani na sekundę nie opuszczając wielkiego miecza wycelowanego w bezkres, honorując w ten sposób poległych.

Colonell wykorzystał ciszę i ujął rękojeść jednego z podsuniętych mu mieczy, naśladując gest przywódcy. Skrwawioną klingą gwałtownie dźgnął nocne powietrze, wykrzykując co tchu dwa wyrazy. Chór męskich głosów zawtórował mu żarliwie. Dobywane jak na rozkaz miecze zgrzytem rozdarły noc, metalicznym lamentem atakując wrażliwy słuch elfa. Ludzie salutowali bronią, żegnając w ten sposób braci.

Zawrzało jak w gnieździe os po wetknięciu patyka.

Gdy hałas umilkł, dowódca zwiadowców wbił ostrze w klepisko tuż przed sobą, zachowując odstęp od drewnianej konstrukcji. Przejął drugi miecz z rąk towarzysza, tym razem wykrzykując jeden wyraz. I znów podniosła się ogłuszająca wrzawa. Obyło się jednak bez wyciągania ostrzy, bowiem te, jak i potężna broń przywódcy, wciąż wskazywały gwiazdy. W rozszerzonych podnieceniem oczach Esta wskazywały one kierunek i niemal sam dopowiedział własną część, która ostatecznie nie wydobyła się z jego rozchylonych warg.

Do gwiazd, bracia! Stańcie się kolejnymi spośród nich i oświetlajcie nam drogę wśród mroków nocy!

Przy trzecim razie Est zyskał pewność, że jego przyjaciel wywołuje pełne lub pojedyncze imiona uśmierconych kompanów. Oddaje im honory na sposób Niedźwiedzi, pełen niespodziewanego ładunku emocjonalnego, wobec którego chłopak nie był obojętny. W trakcie upamiętniania zmarłych żołnierze wyrażali swój żal wykrzykując wszystko, czego proste słowa nie były w stanie oddać, a on bezwiednie ściągnął czarne brwi, przejęty sceną oraz uczuciami wręcz kipiącymi w gigantycznym kotle. Gęsia skórka przejmowała go na wskroś, jak przenikało go każde zniekształcone, przesycone emocjami zawołanie, równie mocne, jak ciosane antracytowe kamienie tworzące Twierdzę. Słowa wykrzykiwane znajomym barytonem, samym brzmieniem wywołującym niekontrolowane drżenie serca.

Czwarty miecz.

Colonell jest niesamowitym człowiekiem, zaskakującym i pełnym tajemnic. Est współczuł mu tej trudnej chwili, choć więcej w tym było zazdrości w stosunku do jego siły oraz niezłomności, aniżeli rzeczywistej empatii. Wstydził się własnych myśli, lecz musiał się z nimi pogodzić, ponieważ były nieodzowną częścią niego samego. Powinien posiąść pełną kontrolę nad nimi, bo tylko wtedy nie uczyni nikomu krzywdy. Ale było to nieosiągalne. Odkąd sięgał pamięcią, kierowały nim uczucia i emocje, choć dotychczas przez palce spoglądał na tę prawdę, nie dopuszczając jej do siebie.

Ostatnia, piąta już klinga wgryzła się w klepisko. Colonell, z całkowicie zdartym gardłem, wrócił na swoje stanowisko, ustępując miejsca przywódcy. Dwuręczny miecz opadł i z głuchym trzaskiem wbił się w ziemię tuż przed rzędem ostrzy. Mocno wepchnięty wszedł w nią aż do połowy szerokiej głowni. Kilka setek mieczy poszło jego śladem, niby żądła wcinając się w ubite podłoże pod nogami dzierżących je ludzi. Głowa Złowieszczego Niedźwiedzia opadła, a targane chłodnym podmuchem włosy przysłoniły srogie oblicze, gdy mężczyzna wypowiadał ostatnie zdanie wieńczące ceremonię.

Est drgnął, wyrwany z zamyślenia. Przywódca wyprostował się i gestem dał znak czarodziejom, by dopełnili ostatniej posługi.

Stojący przy obu krańcach drewnianej konstrukcji piromanci skinęli z szacunkiem głowami i zwracając się ku leżącym pokotem zwłokom, rozpoczęli mruczącą inkantację. Ich leniwie poruszające się palce tkały migoczące płomyki, które do wtóru śpiewnych, niskich tonów urastały do właściwych rozmiarów.

Ogień pulsował coraz mocniej z każdą następną sylabą zaśpiewu, ostatecznie przyjmując kształt nieregularnych kul. Czarodzieje nadali im prędkości pchając je w kierunku nasączonego oliwą drewna, gdzie płomienie rozbiły się niczym bańki cienkiego pomarańczowego szkła i z rykiem poczęły pochłaniać podatny materiał. Były zachłanne na miarę głodnego żywiołu. Jęzory namnażały się, wzmacniane energią tajemną obu magicznych. Strzelały wściekle w górę i na boki, liżąc drewniane kondygnacje oraz smakując zimnych ciał na sekundy przed ostatecznym posiłkiem.

Ostry swąd zmarszczył biały nos. Est zasłonił dolną część twarzy kołnierzem swetra, co niewiele zmieniło. Zapach spalenizny nie był mu obcy, lecz to, co trafiło do jego nozdrzy niesione nocnym wiatrem, omal nie zwaliło go z nóg. A galopująca wyobraźnia domalowała resztę odrażającego całokształtu - czerniejąca, pękająca ludzka skóra, skwierczące pod nią mięso i topiący się tłuszcz powodowały w nim trudne do powstrzymania torsje, zmuszając go do chwiejnego zsunięcia się na stabilną posadzkę wieży. Treść pustego żołądka podeszła mu do gardła. Biegiem przeciął szczyt i w ostatnim momencie niebezpiecznie wychylił się na zewnątrz, byle nie zapaskudzić terenu warowni.

Kolacja już dawno opuściła żołądek w dalszej drodze przyswajania składników odżywczych, więc to, co właśnie wykaszlał, było jedynie kwaśną żółcią, której smaku i tak łatwo się nie pozbędzie. Wstrząsany ostatnimi drgawkami gromadził ślinę i wypluwał wstrętny posmak pilnując się, by nie otrzeć ust rękawem powyciąganego czarnego swetra. Szkoda go ubrudzić. Innego nie miał.

Obrzydliwy smród dymu napastował go nieprzerwanie. Lepką mgiełką przylgnął do jego włosów, skóry oraz ubrań, katując go i rozrywając szarpane nudnościami trzewia. Bez wątpienia ci w dole nie czuli odoru tak bardzo jak on, nawet nie z racji ograniczonych receptorów węchu. Po prostu rozgrzane powietrze niosło się ku górze. Ulatywało, rozmywając się, prosto do gwiazd.

Czyszcząc wąskim językiem długie kły wrócił na poprzednie stanowisko, nie ryzykując ponownego wejścia na blanki. Zbyt mocno wirowało mu w głowie, by pozwalać sobie na taką nieostrożność.

Ryczący płomień pochłaniający ciała strzelał wysoko, tańcząc pod nieboskłonem i roznosząc tłuste popioły na cztery strony świata. Wiatr porywał je dalej i dalej. Nie przerywając ich wędrówki, rozdmuchiwał pozostałości po tym, co kiedyś było ludźmi. Rozchwiany pomarańcz rozświetlał stojących poniżej wojowników i zwiadowców, wprawiając ich cienie w szalony ruch. Dwóch czaromiotów kontrolowało coraz jaśniejszy żywioł, pilnując by nie rozbestwił się zanadto.

Najemnicy milczeli. Z powagą patrzyli przed siebie, opierając prawe dłonie na rękojeściach wbitych w ziemię mieczy, podobnie jak Złowieszczy Niedźwiedź, najroślejszy z nich wszystkich. Mag wyglądał przy nim na karła, zaś trzymający ręce na sztyletach Colonell, mimo słusznego wzrostu, wciąż był od niego niższy prawie o głowę.

Zmęczony spazmami Est położył splecione ręce na prześwicie muru i złożył na nich drżący podbródek. Że też los musiał pokarać go tak słabym żołądkiem… tudzież czułym węchem. Odrywając spojrzenie od ostrych barw stosu zerknął w lewo, w ciemności dające mu wytchnienie od gorzkiego całokształtu ceremonii pogrzebowej. Odrobinę szerzej uchylił powieki i unosząc głowę, skupił się na dwóch kobietach stojących w stosownej odległości od najemników. Jakby nie chciały zostać zauważone. Ich bure suknie prostego kroju wskazywały na status służących. Jedna z nich zanosiła się urywanym płaczem, a jej wstrząsane szlochem ramiona podtrzymywała druga, nieustająca w próbach uspokojenia zrozpaczonej towarzyszki.

Est nie pojmował, dlaczego widok załamanej kobiety wstrząsnął nim mocniej niż honorowa odprawa w wykonaniu kilku setek najemników. Było w tym coś prawdziwego, porażającego zwyczajnością oraz szczerością naturalnego przekazu. Tak wyglądał jeden z aspektów życia: ból nieodżałowanej straty. Ta kobieta straciła kogoś wyjątkowego i nie lękała się otwarcie tego wyrażać. Być może przed jej zapłakanymi oczami płonęło doczesne życie i nadzieje związane z tym szczególnym mężczyzną. Albo nowe życie rozwijało się w niej samej, toteż odreagowywała podwójną krzywdę. Płodzenie potomstwa ze służbą nie było wzbronione, o ile najemnicy brali za nie odpowiedzialność. Jeżeli tak jest w istocie, to zaprawdę ciężki los spadł na jej spracowane barki.

Jakże łatwo zburzyć świat zbudowany na fundamentach doświadczeń i wzajemnej zależności. Wystarczy, że zabraknie jednej osoby, że zgaśnie jedno życie, by sieć wzajemnych relacji łączących je z innymi naderwała się. Niesamowite. Wystarczy że pęknie jeden filar, a cała konstrukcja upadnie z ogłuszającym hukiem załamującego się stosu pogrzebowego. Nie ma nic łatwiejszego niż zniszczenie życia komuś, kto budował je z największym trudem.

Istoty żywe z założenia były słabe. A swoistą ich słabością był fakt, że żyły. I mogły to życie stracić.

Est pragnął umrzeć, lecz oto wątpliwość zajrzała mu w twarz. Ta kobieta cierpiała, jak gdyby to ona otrzymała śmiertelną ranę. Targana udręką upadła na kolana, nie odrywając załzawionych oczu od strzelającego w niebo ognia, podczas gdy on użalał się nad sobą, a przecież nie było nad czym.

Był wstrętnym egoistą.

Z odmętów świadomości wyłaniało się zrozumienie dla spostrzeżenia, jakiego do tej pory nie brał pod uwagę: jego śmierć nie przyniesie oczekiwanego rezultatu, nie będzie pożytkiem dla nikogo. Tego, co minęło, nie da się odwrócić. Ale można to naprawić, sprawić, by więcej się nie powtórzyło. Powinien spojrzeć na wydarzenia z odmiennej perspektywy, szczególnie że sam sobie ograniczał pole widzenia. Ograniczał samego siebie. Jeżeli na świecie istnieje choć jedna osoba, która rozpaczałaby po nim w ten sam sposób, to warta była jego życia.

A ktoś taki istniał naprawdę. Na wyciągnięcie ręki.

Śmierć nie jest rozwiązaniem, lecz Est miał już dość powracającego doń poczucia winy obciążającego naruszone sumienie. Miał serdecznie dość potwora drzemiącego w jego mrocznym sercu, który - pomimo uśpienia - samą obecnością nie pozwalał zapomnieć o tym, jak samotny i odsunięty znów się stawał. Za jakie przewiny to wszystko? Cóż takiego uczynił światu, że ten uparł się na niego w najgorszy możliwy sposób?

Ogień zajął całą drewnianą konstrukcję, zakrywając chwiejnymi jęzorami scenę ostatniego spoczynku. Niby zwiewną kurtyną odgrodził aktorów ułożonych na trzeszczących, pękających marach. Najemnicy czekali w cieniu swego przywódcy i jego przybocznych. Czarodzieje ucichli i chyląc czoła wycofali się w mrok. Kobieta łkała, skulona na wydeptanej ziemi. Nieobecni byli tylko kapłani, ale oni zrobili już co do nich należało, przygotowując poległych do obrządku.

Est nie miał ochoty schodzić na dół. Mieszkańcy Twierdzy wkrótce zaczną się rozchodzić, zapanuje chaos i tłok. Z drugiej strony przyglądanie się, jak wytypowani najemnicy porządkują resztki stosu pogrzebowego, wcale go nie ciekawiło. Zrezygnowany wrócił więc na środek wieży i usiadł ze skrzyżowanymi nogami, oddychając pełną piersią dla odzyskania spokoju. Popełnił błąd. Z pierwszym głębszym tchem nawdychał się ohydnego smrodu palonego mięsa, który jak przyklejony ani na moment go nie opuszczał. Rozkaszlał się na dobre. Zasłaniając usta naciągniętym na dłoń rękawem, zapatrzył się w niebo. Łzy spłynęły po policzkach i znów zbierało mu się na wymioty. Doprawdy, całopalenie to okropna metoda pozbywania się trupów.

Dopiero po chwili wyciszył się na tyle, by znów odetchnąć - płycej i przez osłonięte wargi. Przefiltrowany smak nie był aż tak paskudny jak fetor.

Przekonany, że tej nocy nie zaśnie, wolał wykorzystać dobrą pogodę i oddać się kontemplacji w miejscu, gdzie nikt nie będzie go szukał. Col miał swoje życie, swoje sprawy, którymi musiał się zająć. Mistrz również, choć zapewne przedkładając potrzeby ucznia nad własne, nie będzie się go spodziewał w swoim gabinecie o tak późnej porze. Natomiast ostatnia osoba, do której mógłby się zwrócić, Travis Arnelt, odsypiał czas spędzony w głębokim lesie. Koniec końców Est znów był sam ze sobą i nic nie wskazywało, by ten stan miał się zmienić w najbliższej przyszłości. Cóż innego mógł więc robić? Mógł dowiedzieć się o sobie czegoś nowego poprzez zgłębianie własnej psychiki. Mógł spróbować wyplenić z siebie najgorsze myśli.

Miniony okres wręcz obfitował w kontemplacje przerywane ćwiczeniami fizycznymi oraz treningami samoobrony. Nie powinien narzekać, nabrał bowiem wprawy i skrócił fazę transu, co zwiększało jego szanse na przetrwanie w terenie. Skuteczność wniknięcia w głąb własnego jestestwa również wzrosła, z czego należało być dumnym. Jednak nie potrafił cieszyć się z postępów, gdyż całą słodycz zwycięstwa przyćmiewały porażki medytacji. Jak chmury przesłaniające słońce odbierały mu wszelką radość z dobrze wykonanej pracy.

Bez trudu przywołał ostatnie wspomnienie. Dziwnym trafem dwa oblicza jednego mężczyzny nakładały się na siebie, przenikając wzajemnie jak cienki całun. Głęboką miłość poranka zastępowała gorycz odrętwienia zeszłej nocy i wracała tylko po to, by znów o sobie przypomnieć, po czym znikała przepędzona przez otępienie. Obrazy wirowały jak w kalejdoskopie przedstawiając dwa uczucia, których skrajność wyryła mu się w pamięci jaskrawym kontrastem. Nieprzypadkowo tak na niego działały, musiały mieć wspólny mianownik czekający na odkrycie. Musiał je zatrzymać i przyjrzeć im się z precyzją krasnoludzkiego jubilera. Wystarczył ułamek sekundy…

…by znów dotykał szorstkiej twarzy przyjaciela. Była przyjemnie ciepła, choć tego nie pamiętał. Krótki, ciemny zarost delikatnie drapał wnętrze obu jego dłoni, jak gdyby jednej z nich nie otulała skórzana rękawiczka. Pochłonięty wyzwalanymi emocjami zupełnie nie zdawał sobie sprawy, jak wiele szczegółów zapamiętało ciało za pomocą zmysłów, a jak wiele pominęła świadomość. Nie rozumiał zasady działania podświadomości, ale zaczynał pojmować, do czego była zdolna. Milczała, aczkolwiek dopuszczona do głosu potrafiła powiedzieć więcej niż jaźń. Skrywała się w ciemnościach, a jednocześnie lśniła najpiękniejszą formą wspomnień.

Zachwycony Est pragnął złapać uciekające spojrzenie szmaragdowych oczu, lecz nawet we własnym świecie tego nie potrafił. Okolone głębokimi cieniami nie chciały na niego patrzeć.

To do ciebie niepodobne, Col. Winisz mnie za to, co stało się z twoimi ludźmi? Dostrzegasz we mnie powód ich zguby czy też pretekst do pozbycia się wyrzutów sumienia? Kim więc dla ciebie jestem? Chciałbym przekonać się, że istnieje sens tam, gdzie nadzieja już dawno się poddała. Uzależniłeś mnie od swojej obecności a teraz urywasz kontakt, jakby każda spędzona razem chwila była tylko nagłym kaprysem. Nie chcesz na mnie spojrzeć, ty, który zawsze dążyłeś do kontaktu. Czyżbyś bał się dojrzeć potwierdzenie w moich oczach?

Przeszedł go elektryzujący dreszcz, jak od pobliskiego uderzenia pioruna. Jego zmysły scaliły się w jeden, toteż nie zdołał odgadnąć, który z bodźców wywołał to dotkliwe wrażenie. Zdumiony odsunął się od zanikającego wspomnienia. Wpatrzony w zacierającą się sylwetkę zdrętwiał, pojmując swój błąd. Colonell nie gardził nim. Nie odrzucił go, ani nawet nie posądzał o winę. Col bał się tego samego, przed czym i on uciekał.

Byli tacy sami.

Est ponownie wyciągnął rękę, ale przed nim była już tylko nicość. On był nicością.

Col, jak rany, ja nigdy… nigdy bym cię nie odtrącił! Nie odtrąciłem cię ani razu. Kiedy dotknąłeś mojego policzka. Kiedy ująłeś moją twarz w swoje dłonie, dotknąłeś uszu… Nienawidzę dotyku i nie mam pojęcia, do czego jeszcze jesteś zdolny. Boję się tej niepewności, a jednak wyczekuję każdego spotkania, pragnąc mieć cię całego dla siebie. Na wyłączność. Słyszeć twój głos. Czuć twoje ciepło na skórze. Poznawać twoje ciało. Wdychać kojący zapach. Nie znam twojego smaku… Czy będę mógł go poznać? Czy będzie mi dane zapamiętać go na zawsze, jak wszystkie te dni, w których odcisnąłeś się na mnie piętnem wspomnień?

Chłodny powiew pieszczotliwie potargał czarne włosy trwającego w bezruchu chłopaka, łaskocząc skronie i płatki podłużnych uszu. Fetor rozproszył się niemal całkowicie, utrwalając ślad w pamięci poznawczej Esta kojarzącej dźwięki obrazów, posmak emocji oraz zapachy wydarzeń. Tym sposobem wypalały się wspomnienia w umyśle elfa, który pomału otworzył sklejone jak po drzemce powieki. Ile czasu minęło odkąd wszedł w trans? I dlaczego bolał go krzyż? A zapach… Był znajomy. I ten miękki opór na grzbiecie…

Głośno wciągnął powietrze przypominając sobie, gdzie się znajduje. Obejrzał się przez ramię na szerokie plecy okryte grubą bluzą z kapturem. Nawet w monochromatycznej szarości rozpoznał ją bezbłędnie, kolorem podobną dębowym liściom. Tak jak rozpoznał jej posiadacza, przeciągającego się i ziewającego, przygniatającego go swoim nielichym ciężarem. Napotkał jego błyszczące oczy i oniemiały błyskawicznie odwrócił wzrok. Pod tym nieprzewidzianym uderzeniem bliskości kompletnie stracił opanowanie zyskane podczas kontemplacji. Co tu robił Colonell?! Na dodatek przebrany w codzienne ubrania.

- Długo potrafisz wysiedzieć w ten sposób - zaczął cicho zwiadowca. - Już myślałem, że zasnąłeś w tej dziwnej pozycji i sam postanowiłem wykorzystać okazję dla odnowienia energii. Przy tobie zawsze jakoś łatwiej mi to wychodzi.

Est milczał. Nie miał nic do powiedzenia, choć tak naprawdę usta by mu się nie zamykały od ilości słów, jakie pragnął z siebie wyrzucić. Ale nie umiał. Był odważny wewnątrz siebie, lecz na zewnątrz truchlał i wycofywał się, uparcie utrzymując dystans. A przecież wreszcie mogli porozmawiać. Gdyby tylko przestał zachowywać się jak obrażone dziecko, spuścił z tonu…

Młody mężczyzna zaparł się, przyciągając kolana do klatki piersiowej. Nie zamierzał naciskać, ale milczeniem wszystko zaprzepaści. Już wczoraj postąpił niewłaściwie. Dziś tego nie powtórzy.

- Rozumiem, że jesteś na mnie zły, Esti. Bez skargi przyjąłbym, gdybyś nagle wstał i odszedł. Dałem ciała, po całości. I wstyd mi za to jak cholera

Głos Cola drżał od wyrywających się na wolność uczuć. Chciał się wytłumaczyć, lecz nie mając nic na swoją obronę, mógł tylko mówić prawdę, nawet jeśli sam siebie w ten sposób pogrąży. Esti zasługiwał na szczerość.

- Dałem się ponieść emocjom, poddałem się rozpaczy, co nie jest do mnie podobne. To było raczej dziwne, tak przejmować się sytuacją, jakich mnóstwo w moim życiu. Nie powinienem był tak reagować, ale nic z tym już nie zrobię. Mogę jedynie przeprosić, że cię zaniedbałem. Przepraszam, Esti, że cię zaniedbałem. Masz dla mnie ogromną wartość, a mimo to unikałem cię, zrywając powstającą między nami więź z własnej głupoty, ze strachu, sam nie wiem przed czym. Naprawdę przepraszam.

Est zamknął oczy, otwierając się na współodczuwanie. Oparłszy się o szerokie barki przyjaciela, wsparł głowę na jego kapturze. Poczuł ulgę a zarazem przygnębienie tak dojmujące, że niemal miażdżyło mu pierś, przyduszając gardło. Konieczny był moment zwątpienia i odtrącenia, by uzmysłowił sobie, czego tak naprawdę mu brakowało.

To, za czym oglądał się na każdym kroku, miało twarz jego ulubionego człowieka.

Już nie był sam, miał kogoś u swego boku. I chociaż bardzo chciał, nie potrafił przyjąć przeprosin inaczej, niż na swój bezgłośny sposób. Niemniej poruszone melancholijnym nastrojem myśli układały się w wyznanie, które nigdy się nie urzeczywistni.

Bałeś się odtrącenia. Jak i ja. Obaj czujemy to samo, a wciąż mijamy się z prawdą. Pomimo bogatego zasobu słów nie potrafimy dokładnie określić siebie samych, naszych pragnień i oczekiwań. Nie rozumiemy się, ponieważ nie wiemy, jak do siebie podejść. A przecież znamy się nie od dziś. Znamy się od zawsze, prawda? Colonell, przecież ty panicznie boisz się życia w samotności. Zupełnie jak ja. A skoro tak, to jeszcze mocniej lękasz się utraty tego, na czym najbardziej ci zależy.

Łatwo było przemilczeć to, co niewygodne lub krępujące. Cisza nie wymagała wysiłku. Unosiła się pomiędzy dwojgiem młodych duchów i wiązała mocniej niż niejedno wypowiedziane w afekcie słowo, pozostawiając niestałym uczuciom zbyt wielkie pole do manewru. Zbyt wiele mogło wymsknąć się w chwili nieuwagi, by zepsuć atmosferę pozornego spokoju i zrozumienia.

Mistrz wspominał, że dobry uczeń wie, kiedy powinien zachować milczenie. A jeszcze lepszy dostrzega, kiedy odpowiedź jest wymagana.

Est dźwignął się na nogi gotów uczynić to, co roztrząsał przez ostatnie dni spędzone w samotności. Ze spuszczoną jak u skazańca głową, wolnym krokiem podszedł do wysokiego muru blanek i oparł dłoń w rękawiczce o gładkie kamienie, powoli dobierając słowa.

- Podziwiam cię, Col – oświadczył wreszcie. - Od początku podziwiałem twoją siłę i niezależność. Zuchwałość, z jaką stawiałeś czoła wszelkim przeciwnościom. To śmieszne, ale trochę zazdrościłem ci tych cech, tej swobody. Jesteś dla mnie autorytetem, wzorem do naśladowania, jak mistrz. Chcę stać się taki jak on. Taki jak ty.

Obracając się uniósł twarz na tyle, by zerknąć na słuchacza spomiędzy prostych kosmyków czarnej grzywy. Szeroko otwarte oczy zwiadowcy czujnie śledziły każdy jego ruch, przeczuwając, co się wydarzy. Est brzmiał podejrzanie. I był to celowy zabieg.

- Ale sam widzisz – wyrzucał z siebie dalej - ja nigdy nie będę wybitną jednostką. Nie będę taki jak wy.

Zwinnie wspiął się między merlony, wzbudzając tym strach u podnoszącego się mężczyzny. Napięcie rosło wyczuwalnie, wytrząsając z elfa resztki opamiętania, jakiego kurczowo się trzymał. Choć raz pragnął być silny i ostatecznie nie dał rady. Uczucia zalały go gwałtowną falą i porwały na samo dno, prosto w zębatą paszczę budzącego się potwora. Głos mu się załamał, gdy opętańcze myśli formowały kolejne zdania.

- Spójrz, mogę wejść na szczyt, na najwyższy punkt, a i tak niczego nie osiągnę. Wiesz czemu? Bo jestem najzwyklejszym tchórzem! Nawet teraz! Stoję tutaj, a przecież wiem, że nie skoczę. Bo się boję. Boję się żyć. Boję się umrzeć. Boję się jutra. Wszystkiego się boję!

- Esti, błagam cię, zejdź stamtąd. - Przerażony Colonell zamarł z obawy przed spłoszeniem chłopaka. Nie ryzykował zbliżaniem się do niego, lecz zachował ostrożność na granicy kontrolowanego obłędu. - To nie jest dobry pomysł żebyś tam stał. Porozmawiajmy. Tylko proszę cię, zejdź. Do mnie.

Est zignorował go. Siła emocji zaklętych w dygoczącym ciele była niewyobrażalna, a wynik dyskusji zdawał się z góry przesądzony, gdyż wszystko wskazywało na to, że nie posłucha on głosu rozsądku. Głosu przyjaciela, który nie wiedział, jak reagować.

- Jak rany, żaden z moich pomysłów nigdy nie był dobry, Col. A najgorszym z nich było przystanie na propozycję Maga! Odpowiedz choć na jedno moje pytanie: po co właściwie mam żyć? Żyję w ciągłym strachu, bezustannym napięciu, niechęci do siebie i otoczenia… Jestem tym zmęczony, Col. Wydawało mi się, że w końcu znalazłem swoje miejsce, ale nie, to nie to! Bo dla mnie nie ma miejsca w świecie ludzi.

Drobiny skruszonej zaprawy sypnęły się spod podeszwy jego buta. Lekceważąc zagrożenie, inaczej ustawił stopę.

- Nigdy nie poczuję stabilizacji, której tak bardzo mi brak! – żalił się. - Nigdy nie poczuję się potrzebny! Nigdy… ŁooooOOO!!!

Właśnie w tej chwili całkowicie utracił stabilizację. Nadwyrężony stuleciami deszczy i wiatrów kamień nie wytrzymał ruchliwego ciężaru i odpadł wraz z resztką zwietrzałej zaprawy. W ślad za nim poleciały większe odłamki, gdy wymachujący ramionami Est desperacko próbował utrzymać się w pionie.

Nie dał rady.

środa, 14 lutego 2024

Poważna decyzja

Coraz poważniej zaczynam zastanawiać się nad umieszczeniem powieści także tutaj, na blogu. Docierają do mnie sygnały, jakoby na Wattpadzie nie było możliwości czytania bez potrzeby rejestrowania konta/logowania się, co jest dla mnie cokolwiek niepokojące.
  Żeby była jasność, nie interesują mnie lajki, plusiki, subiki czy inne gwiazdki i jak zdążyliście zauważyć, nawet o nie nie zabiegam. Nie martwi mnie także plagiat - prawa autorskie obejmują zarówno bloga, Wattpada, jak i wszelkie inne nośniki. Poza tym mam świadomość, jak postąpić w przypadku kradzieży dóbr intelektualnych. Mniejsza o. Najzwyczajniej chciałabym, aby ta historia trafiła do większej liczby odbiorców bez jednoczesnego opuszczania bezpiecznych granic z mojej strony. Fejsbyk jest daremny. Neth kiedyś pracował nad stroną, ale temat chyba umarł. Nie wiem. Od pewnego czasu nie rozmawiamy na ten temat 😅 Natomiast WordPressy i inne takie działają na mnie jak środki silnie przeczyszczające. Prawdopodobnie zostanę tu. W końcu siedzę tu już czwarty rok...

    Jeśli macie jakieś sugestie, to zachęcam do podzielenia się nimi - w komentarzach lub prywatnie. Podejrzewam, że osoby, które tu zaglądają, mają na mnie namiar. Jeśli nie, znajdziecie go bardzo łatwo 👍

Ach, Walentynki! Nie obchodzę 💟

piątek, 9 lutego 2024

~~ Biały Elf - rozdział 24 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Pierwsza

BIAŁY ELF



W tym świecie nic nie dzieje się bez przyczyny, zaś przypadki nie mają prawa istnieć...

   Estowi zebrało się na filozofowanie. Ten typ o sentymentalnej, wręcz melancholijnej naturze już tak ma, że nadmiernie wszystko roztrząsa. Ale na swój sposób robi to dobrze, bo nadal walczy, choć może się wydawać, że się poddał. Prawdopodobnie to właśnie noc spędzona z Colem, a raczej moment przebudzenia u jego boku, dały mu do myślenia. Nareszcie!
  Coraz lepiej rozumie Cola i jednocześnie coraz lepiej poznaje samego siebie. Obecna sytuacja męczy go, wymusza stanowczość, na jaką w innym wypadku by się nie zdobył. Niestety może się okazać, że na pewne rzeczy jest już za późno.

   Po pięciodniu dochodzi wreszcie do konfrontacji Esta i Cola. Co z tego wyniknie?



- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 9d'2m'24r2t]





Pierwotnie rozdziały 23 i 24 były połączone. Dopiero podczas redagowania zauważyłam, że podzielone o wiele łatwiej się sprawdza i czyta. Ach, i ja miewam przebłyski intelektu odznaczające się niezwykłą błyskotliwością... W każdym razie pierwotnie Biały elf miał 25 rozdziałów, wersja wattpadowa będzie ich zawierała około 32. W którymś poście wspominałam, że po przeczytaniu pewnego poradnika dla początkujących pisarzy bałam się kroić rozdziały, żeby nie rozwlekać dni lub wydarzeń. Doświadczenie nauczyło mnie nie kierować się wiedzą podręcznikową...

Biały elf - rozdział 24

 

Jadł, bo musiał. Spał, bo nie potrafił wytrzymać bez odpoczynku. Egzystował na płaszczyźnie utartej rutyny, bo tak działał jego organizm niezależnie od woli czy chęci.

Trudno było nazwać życiem jałowe dni spędzone za czarnymi, wysokimi murami niegdysiejszej złotej klatki. Przemijające w samotności godziny dłużyły się niemiłosiernie, a bezlitosny czas wielokrotnie stawał w miejscu, naśmiewając się z pogrążonego w apatii i bezsilności chłopaka.

Nie, Estalavanes wcale nie był sam. Wątpliwości oraz pogłębiające się lęki towarzyszyły mu bez ustanku, podgryzając i kąsając nie gorzej niż moskity, choć te wolały trzymać się z dala od niego. Nawet teraz, gdy poruszenie na dziedzińcu słyszane z zewnątrz w końcu ucichło, wciąż odczuwał bezgraniczną rozpacz i żałobę, które ogarnęły najemników po stracie przyjaciół.

To była norma w krainie rządzonej przez przemoc i stal, a jednak tym razem wszystko wyglądało inaczej. Zdarzało się przecież, i to bardzo często, że ludzie nie wracali. Ginęli w bitwach za cudzą sprawę, a krwawe korony opłacały ich marny żywot. Dezerterowali mając już dość przynależenia do organizacji najemnej i szukali nowej drogi na własną rękę. I znów ginęli, w tym przypadku od mieczy swych braci, wszak Niedźwiedziem jest się już do końca. Inni wpadali w kłopoty, tracili życie w zatargach z miejscowymi czy też w trakcie patrolowania okolicy opanowanej przez rozbójników. Krew była walutą świata, w którym się narodzili. I za tę walutę także konali, choć życie było wartością bezcenną.

Paradoks życia, za które płaci się śmiercią.

Pozostawiony sam sobie, w chwilach wolnych od napiętego rozkładu zajęć Est niejednokrotnie zakradał się pod koszary, by podsłuchiwać rozmowy najemników. Było to jego jedyne źródło informacji, więc kiedy już udało mu się oddzielić plotki i przypuszczenia od suchych faktów, otrzymywał całkiem prawdopodobny obraz tego, co zaszło w ciemnej głuszy kilka nocy temu. I pomyśleć, że na dzień przed masakrą dotknął go tak realistyczny koszmar. Smok powstały z cienia.

Mamy podobny kolor tęczówek…

Potrząsnął głową, jakby w ten sposób mógł wyklarować mętlik zalegający w strapionym umyśle. Nie umiał się na niczym skupić. Myśli bez udziału woli powracały do nieszczęsnego poranka, którego urok pokrył się w jego wspomnieniu krwawą czerwienią.

Ponury świt stał się punktem zwrotnym w jego życiu, gdy uzmysłowił sobie, jak niebezpieczna dla otoczenia jest jego obecność. Jak z tego powodu niebezpieczny jest on sam. Ludzie Colonella nie zginęliby, gdyby białoskóry cudak nie zamieszkał w Twierdzy. Podobnie paladyni mogący okazać się największym problemem kompanii najemnej. Osiem żywotów zgasło jednej nocy wyłącznie dlatego, że przebywał w tym, a nie innym miejscu. A wśród nich mógł być Col, gdyby w ostatniej chwili nie zmienił rozkazów.

Est nie podejrzewał przyjaciela o współpracę z Rzeźnikiem z Głuszy, o którego tożsamości najemnicy nie przestawali dyskutować. Nie uważał także, by Col podjął tę decyzję z pełną świadomością płynących z niej konsekwencji. Est nie szukał winnych ani podejrzanych, starał się jedynie zrozumieć, dlaczego ci ludzie musieli umrzeć. Bo o tym, że zginęli przez niego, był przekonany.

Załamany oparł się tyłem głowy o ramę łóżka. Przymykając oczy ponownie spróbował odnaleźć się w nowej, wyjątkowo skomplikowanej sytuacji. Musiał odetchnąć i wyciszyć się na tyle, na ile pozwalało jego rozchwianie emocjonalne.

Potrzebował go. W takich momentach jak ten, potrzebował go najbardziej. Dotychczas uważał, że przy Colu nie jest sobą, traci panowanie nad biegiem wydarzeń, nie kontroluje się i przez to wychodzi na skończonego durnia. Prawdą jednak było, że dopiero przy wytatuowanym człowieku był sobą, naturalnym i szczerym w stosunku do siebie oraz niego. To nie Col go onieśmielał, lecz myśl, że wreszcie może wyjść z własnego cienia. Wypowiadane słowa nie były bełkotem głupca. To on na nowo uczył się mówić w języku, jakim posługiwał się Colonell, prostym i swobodnym. Ciało instynktownie reagowało na towarzystwo drugiego, szalenie mu odpowiadającego, bo przy nonszalanckim Colu oddychał pełną piersią, czując, że naprawdę żyje, a nie trwa w stagnacji popychany do przodu z dnia na dzień.

W końcu przestał być samotny, co uświadomił sobie zdecydowanie zbyt późno, zważywszy na czas spędzony z tym lekkoduchem. A czasu mieli coraz mniej. Gubił się i plątał w refleksjach, chcąc zgłębić ludzką naturę, a przecież wcale nie musiał tego robić, by móc ją po prostu zaakceptować. Nie było potrzeby, by dostosowywał się do szybkiego i gwałtownego trybu życia otaczających go istnień, skoro do pełni szczęścia wystarczył mu jeden szczególny ludzki osobnik, z którym zaczynał rozumieć się bez słów. Wystarczył jeden krzywy uśmiech, by poczuł się poruszony jak nigdy przedtem. Jeden gest, by zapragnął znacznie więcej, niż gotów był prosić w swojej skromności. Jedno spojrzenie, by utracił siebie, zyskując przy tym o wiele więcej.

Mistrz się nie mylił, uczucia są tym, co mnoży się poprzez podział. Nie traci się ich bezpowrotnie. Można obdzielić nimi każdego, a tych nie ubędzie. Zawsze wracają, czasem odwzajemnione, a czasem wręcz przeciwnie, wzgardzone lub zlekceważone. Mogą wygasnąć, ale nie umrą, bo nigdy nie były żywe. Stracą na znaczeniu, lecz nie da się ich zapomnieć, gdyż niby znamiona utrwalają się w pamięci i wspomnieniach. Z czasem tracą też ostrość, zacierają się jak blizny, pozostawiając po sobie wątpliwą pamiątkę. A czasem… Czasem, zupełnie tak jak teraz, rozpalają się, wyostrzają i nabierają kształtu tego, co bliskie sercu. Nie są ranami, skazami czy znamionami. Są ozdobami. Rozpromieniają wzrok, zachęcają do czynów, o jakie nikt nigdy by siebie nie podejrzewał. Sprawiają, że świat staje się przyjaznym miejscem dobrym dla każdego, kto jest dostatecznie dobry dla niego.

Est wyprostował plecy i skrzyżował nogi, przygotowując się do wejścia w głąb siebie samego. Puszyste futra wyścielające posadzkę pofałdowały się pod nim, ale zignorował je tak, jak ignorował pozostałe napływające bodźce. Musiał poukładać siebie od nowa. Dojrzeć umysłem to, co przeoczyły oczy. Usłyszeć wszystko, co pominęły uszy. Poczuć na wewnętrznej skórze doznania, jakich mu brakowało.

Nienawidził dotyku, lecz okazał się wybiórczy. Nie życzył sobie, by ktokolwiek się do niego zbliżał prócz wybrańca, który podszedł go metodą i oswoił niczym dzikie zwierzę. Pragnął obecności ulubionego człowieka, który wartością przerósł mistrza, przez co chłopak czuł się jak niewdzięcznik. Obaj byli dla niego ważni, jak ojciec i brat. Nie, nie brat… Czy brata można kochać w ten sposób? Czy jest to równie bolesne doświadczenie przyjemnego rozdzierania na sam jego widok? Czy jest to tęsknota rodząca się po ujrzeniu tego, o kim z obojętnością myślało się przez wieki samotności? Co właściwie znaczyło, że kogoś się kocha? Co określał ten jeden wyraz przez ludzi zwany magicznym, choć nie miał w sobie żadnej mocy tajemnej? Ach, miał moc, bo nie gorzej niż ona wiązał trzewia w chłodny supeł, wstrzymywał pracę serca i zapierał dech.

Zapadając się w otchłań przemyśleń, Est tracił resztki świadomości. Wirował w ciemnym korytarzu prowadzącym do własnego, niedawno odkrytego uniwersum. Jego powłoka tkwiła w sferze materialnej, podczas gdy duch wędrował po wielowarstwowej psychice, usuwając zbędne obrazy i wspomnienia, jakie nasuwała mu nadgorliwa w swej służalczości pamięć. Odpychał to, co złe i wzbudzające niepokój, koncentrując się na chwilach, w których czuł się dobrze. Były to sceny wycięte z jego życiorysu i wypełnione po brzegi osobą Colonella, co nie było żadnym zaskoczeniem. Tego właściwie się spodziewał. Dla takich wynurzeń robił miejsce w podświadomości, bacznie się im przyglądając.

Wszystko to było absurdalne. Choćby on sam, który nie posiadał ciała, a jednak odczuwał docierające bodźce mocniej niż w rzeczywistości. Tutaj nic go nie ograniczało, nawet wyobraźnia kreująca subiektywny obraz jego samego na potrzeby poznawcze. Nie rozróżniał czy był to konkretny wytwór fantazji, czy też konieczność nadania mu kształtu i koloru, nazwania go dla zachowania zdrowia psychicznego. Zresztą nie dbał o to, póki całość funkcjonowała jak należy i mógł do woli analizować skondensowany świat zewnętrzny zamknięty w forsownie pracującym umyśle.

Decydując się na jedno ze wspomnień, sięgnął ku niemu. Ciepła powierzchnia zafalowała pod jego dotykiem, łagodną zmarszczką burząc porządek żyjących w niej zdarzeń. Znalazł się nagle w innym miejscu i czasie, kilka dni wstecz. I chociaż moment przejścia był subtelnie delikatny, to i tak wywołał w nim poczucie niepewności. Czy to naprawdę się zdarzyło, czy jest wyłącznie marzeniem, które nigdy się nie ziści? Czy prawdą było to, co widzi jego dusza, czy była to wyłącznie projekcja rozstrojonego umysłu? Jak miał to odróżnić, nie mogąc być w dwóch miejscach na raz? A jednak był - był kiedyś i jest teraz. Fenomenalne, niemożliwe do opisania zjawisko. Niezmiennie zadziwiające. Skutecznie ogłupiające.

Dziwnie było oglądać siebie samego z perspektywy postronnego obserwatora. Powinien już do tego przywyknąć, lecz mimo niezliczonych sesji kontemplacyjnych wciąż nie potrafił. Doznanie było nierealne, przejmowało go dreszczem niepokoju towarzyszącym wrażeniu rozszczepienia jaźni. Który Estalavanes był autentyczny? Obaj? Jeden był przeszłością, drugi teraźniejszością? Ale czy wolno tu było mówić o teraźniejszości?

Obawiał się, że jeśli nie zaprzestanie prób zrozumienia swojego położenia, to zagrozi mu skrajne rozchwianie tożsamości, jeśli nie szaleństwo.

Nie musiał podchodzić, by stanąć bliżej wyciągniętego na łóżku Cola. Nie musiał myśleć, by leżąc na boku, wpatrywać się w twarz o ciemnej karnacji, pełną czułości i nieznanej emocji, którą bezskutecznie usiłował rozszyfrować. Nie był w stanie pojąć ani opisać tego, czego nie znał, dlatego chciał wyłuskać to uczucie ze wspomnienia, na którym jest ono najbardziej wyraźne, i przeanalizować wydarzenia mające z nim związek.

Ciche pragnienie rozrastało się do niebotycznych rozmiarów zakrawających o obsesję i nie było na nie rady innej niż spełnienie nękającej go zachcianki. Spodziewał się, że będzie to trudne zadanie - w końcu oddzielanie ziaren od plew jest pracą żmudną, niemniej przynoszącą satysfakcjonujące efekty. Chciał przeżyć ten poranek na nowo; poczuć zapach ludzkiej skóry rozjaśnionej ćmiącymi lampkami, ujrzeć kolory sielanki tuż przed wtargnięciem mistrza, na sekundy przed ogłuszającym hukiem, gdy jego z mozołem budowany świat zawalił się po raz kolejny, pozostawiając go zdruzgotanego, samego pośród opadającego kurzu i otaczających go ruin.

Dosyć. To on był tu panem i to on wybierał chwile, które pragnął ujrzeć. Ludzie mogli odebrać mu wszelkie przedmioty, jakie posiadał, ale nikt nie odbierze mu tej najcenniejszej umiejętności. Nikt nie odbierze mu troskliwie pielęgnowanych wspomnień ani zdolności ich przeglądania. Możliwości kryły się w nim samym, czego nauczył się, poświęcając odrobinę własnej poczytalności, budząc bezużyteczną moc i tracąc dawnego siebie. Rozwinął się, lecz za niewyobrażalną cenę.

Gdy ponownie popatrzył na przystojną, kochającą twarz, ogarnęło go przekonanie, że bez względu na koszt, zapłaciłby ją jeszcze raz. Czy to właśnie była miłość? Jej… przejaw?

Gdyby mógł, zasłoniłby sobie usta dłońmi, a zaraz potem pociągnął za długie uszy. Nie był zażenowany tym spostrzeżeniem, wiedział, co przyjaciel do niego czuje. Zawstydzała go natomiast reakcja widoczna na białym obliczu tuż po przebudzeniu. Nie znał takiego siebie. Nie rozpoznawał tego roziskrzonego wzroku posyłanego spod przymrużonych rozespaniem powiek. Nie rozpoznał głosu, którym przerwał delikatną ciszę tuż przed narodzinami nowego dnia, ale dobitnie czuł zadowolenie płynące ze świadomości, że ktoś przy nim był. Że ktoś bliski jego sercu czuwał nad jego snem. Troskliwy i godny zaufania. Kochający. Jego.

To bolało. Ucisk w piersi nasilał się, dławiąc gardło i szczypiąc pod nieistniejącymi powiekami. Z własnej głupoty może stracić coś tak cennego, co przecież odwzajemnia. Dlaczego zatem nie powie tego wprost? Dlaczego te emocje są tak trudne do przełknięcia, jak myśli trudne do wypowiedzenia? Patrząc na człowieka niejednokrotnie miał ochotę wykrzyczeć mu to w twarz, lecz gdy przychodził ten najważniejszy moment, usuwał się w cień, nie chcąc wchodzić udręczonemu w drogę. Czyżby mu się tylko zdawało, że czuje to samo co Colonell? Może dlatego nie potrafił wydusić z siebie słowa. Może dlatego przez ostatnie dni unikali siebie nawzajem. Bo kim był biały elf, aby dopominać się o czyjeś uczucia? Nie zasługiwał na nie. Był ofiarą losu, z której mistrz usilnie próbował uczynić wojownika na miarę Niedźwiedzi. Nonsens! Żaden z niego wojownik czy czaromiot. Już zawsze będzie sam. Taki los był mu pisany od narodzin. A przeznaczenia zapisanego krwią nie da się zmienić!

Ciemność zapanowała wokoło, kiedy odepchnął od siebie wygaszone wspomnienie. Stał sam wśród pustkowi doskonale odwzorowujących jego aktualny nastrój, zimnych i ponurych, pozbawionych znaczenia oraz celu. Najwyższa forma melancholii przybierająca obcą, a zarazem znajomą formę.

Obrócił się, a może to mentalna kraina obróciła się za niego, podczas gdy on trwał w bezruchu. Nie był pewien. Zadzierając głowę spojrzał w dwukolorowe ślepia wyzierające z oczodołów smoczej czaszki obciągniętej cienistą skórą. Były koszmarnie piękne. Takim też zapamiętał swojego prześladowcę: majestatycznie pięknym. Jeżeli smoki w istocie tak wyglądały, to były wspaniałe. Potężne i drapieżne. Niezrównane. I zostały pokonane przez pozornie słabych ludzi. Tak jak on został pokonany przez łowcę, który ani razu nie wycelował w niego broni. Wręcz go ochraniał, trzymając zagrożenie na dystans.

Est był ciężarem, który nie powinien był się narodzić. Przez niego mistrz tracił zdrowie. Przez niego jedynego przyjaciela obarczono obowiązkiem opiekowania się niezdarną sierotą. Jeśli ktoś był odpowiedzialny za całe zło tego świata, to tylko Estalavanes: słaby, bezużyteczny, przynoszący więcej strat aniżeli pożytku. Niepotrzebny nikomu.

Nie chcąc tracić połączenia, przeskoczył w czasie do wspomnienia pierwszego bezowocnego powrotu ekipy poszukiwawczej z mistrzem, Colonellem oraz Travisem na czele. Wciąż przerażała go myśl, że gdyby smok zaatakował powtórnie, zgładziłby trzech ludzi, na których najbardziej mu zależało.

Pomimo przebywania we wspomnieniu, Est obserwował ich z ukrycia, jak zwykle niezdolny do ujawnienia swej obarczonej winą obecności. Paskudne czerwie wyrzutów sumienia wyżerały go od środka, utrzymując w poczuciu ciągłej obserwacji, jak gdyby najemnicy dostrzegali go, posyłając pełne nienawiści i pogardy wejrzenia. Nie mogąc już dłużej znieść presji, powiódł wzrokiem po wyraźnych obliczach, stężałych i zasępionych. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Nikt go nawet nie zauważył. To tylko jego postępująca paranoja w chwilach słabości dawała o sobie znać ze szczególną zajadłością.

Nie umiał określić czy Col jest wściekły, czy raczej zrozpaczony. Nawet tu nie miał odwagi podejść do niego. A potem nie miał już chęci, by go odnaleźć, więc patrzył z daleka i wyciągał wnioski. Czekał na znak i zapadał się coraz głębiej w depresję, która niby mantrę powtarzała mu, że lepiej będzie, jeśli odejdzie. Mówiła, że jest tylko jeden sposób i niech się nie martwi, gdyż wszystko będzie dobrze. Bo jeżeli on nie odda życia, to inni będą tracili je po kolei, jeden po drugim, dzień po dniu, godzina po godzinie, sekunda po sekundzie.

Nie chciał tego. Bał się, że będzie bolało. Że się nie powiedzie. Że niczego to nie zmieni. Bał się życia, ale o wiele bardziej bał się śmierci, ponieważ to pierwsze choć trochę zdążył poznać, natomiast drugie było kompletną abstrakcją. A jeśli zdecyduje się odejść, to ze wspomnieniem tego rozgrzewającego serce uśmiechu smagłego człowieka. Chciał umrzeć wiedząc, że był na tym świecie ktoś, kto pokochał go naprawdę.

Zabawne jak łatwo przyszło mu pogodzić się z wizją własnej śmierci. Była najlepszym wyjściem, kończyła bowiem męczarnie zarówno jego, jak i otoczenia. Nigdy nie będzie silny. Nigdy nie dorówna powściągliwemu Magowi, niezależnemu Colonellowi, ani Travisowi w jego dążeniach do perfekcji. Był nikim. Urodził się nikim i umrze jako nikt…

Wybudził się dokładnie w chwili, gdy służąca weszła do sypialni. Nie usłyszał pukania, w końcu trwał w stanie kontemplacyjnym niemal całkowicie odcinającym go od rzeczywistości. Speszona dziewczyna zaczęła przepraszać, kłaniając się nisko, lecz podnoszący się z podłogi Est uciszył ją gestem, twierdząc, że i tak zamierzał wyjść. Nie podnosząc wzroku na spąsowiałe policzki zawstydzonej kobiety, wyminął ją w stosownej odległości, czyniąc tak, jak powiedział.

Prawie skłamał. Wcale nie chciał wychodzić ze swojej kwatery, ale skoro ona już się tam pojawiła, to nie mógł dłużej zostać. Nie chciał przeszkadzać.

Nikomu nie chciał przeszkadzać, lecz wciąż tylko zawadzał. Pora coś z tym zrobić. Zakończyć to raz na zawsze.

***

Koła załadowanego trupami wozu skrzypiały niemożebnie na wyboistym trakcie, wprawiając powyginane stalowe pancerze w potworny chrzęst. Brzmiało to upiornie, jak gdyby zwłoki rycerzy poszukiwały wygodnej pozycji do ostatniego spoczynku. Zaprzęgnięty doń masywny wałach nawet nie parsknął, jakby udzieliła mu się powaga otaczających go żałobników, zaś nocne ptactwo ze swych gniazd obserwowało pochód ludzi zastanawiając się, co też te dziwne stworzenia wymyśliły tym razem. Wyłącznie owady niczym się nie przejmowały. Brzęcząc, bzycząc i cykając irytowały najemników, jakby mało im było powodów do zmartwień.

Colonell wysforował się naprzód, chcąc uciec od odpowiedzialności postępującej tuż za nim w postaci konduktu żałobnego, lecz wszystko wokół przywodziło najgorsze skojarzenia desperackich poszukiwań. Gorycz porażki. Ból straty. Następstwa z pozoru nic nie znaczącej decyzji. Był przekonany, że jeszcze przez długi czas nie będzie radził sobie z emocjami wypalającymi go od środka.

Nie miał już dokąd uciekać. Ostatnią osobę, u której mógłby znaleźć pocieszenie, posłał na ogarnięte wojną południe. Możliwe, że także na śmierć, jak piątkę dobrych zwiadowców. Nie było po co jechać do Adeili, bo nie było już nikogo, kto czekałby tam na niego z otwartymi ramionami. Kiria także już na niego nie czekała. Od dawna. Zrezygnowała z niego, gdy sama zaczęła o siebie dbać. Gdy przestała go potrzebować i gdy konflikt interesów poróżnił najlepszych przyjaciół. To były jego wybory, więc nie powinien szukać winnych pośród ludzi, z którymi kiedyś wiązał swój los.

Wycieńczony ponad swoje możliwości słaniał się na nogach brudny i obolały, zdołał jednak przyspieszyć kroku, zostawiając resztę za sobą, jak gdyby z lekkością mógł odsunąć od siebie wszystkie problemy, wyzbyć się rozdzierającego serce żalu. To on miał być wśród nich. Zadręczał się tą myślą, podobnie jak męczyło go wrażenie niespełnionego obowiązku i utraty zaufania względem siebie. I po co to? Dla ulotnej chwili spędzonej z Estim? To nie był pierwszy niewykonany rozkaz w jego karierze, lecz pierwszy, który przyniósł tak brutalne skutki. Jedyne, co mu z tego przyszło, to rozczarowanie własnym postępowaniem.

Bezwładne, niedojedzone i rozwleczone sylwetki raz po raz przewijały się pod spuchniętymi powiekami, gdy zbyt długo trzymał je zamknięte. Nie chciał mrugać, choć nie potrafił przestać. Ciało samo reagowało na potrzeby, nie wymagało rozbitej na kawałeczki woli, by działać na najniższym możliwym poziomie. Póki starczy mu sił, póty będzie walczył. Aż w końcu padnie. Gdzie bądź.

Nie pozdrowił wartowników wychylających się ponad bramą, wyczekujących powrotu braci, honorujących milczeniem ludzi, których Col nieświadomie zabił jednym głupim rozkazem. Ani się obejrzał, już stał przy studni, przywiedziony impulsem poszukiwania jedynego spokojnego, nisko położonego punktu w Twierdzy, ciemnego jak sama noc, cichego jak nadejście śmierci. Mimowolnie nabrał czerpakiem wody ze stojącego obok wiadra i pociągnął kilka solidnych łyków, zupełnie ignorując ból warg i gardła wyschniętych z pragnienia. Gapiąc się bezmyślnie w swoje rozmyte odbicie, zanurzył dłonie w wodzie i przemył twarz, ochlapując ją kilka razy. Nie zdołał jednak zmyć z niej cierpienia i poczucia straty, suchych łez i niewykrzyczanej udręki, ani nawet zmęczenia, które nie minęło. Odległe dźwięki turkoczącego wozu i tupotu stóp kilkudziesięciu ludzi docierały do niego również tutaj, w miejscu uchodzącym za jego kryjówkę.

Pochylony nad cembrowiną oparł się o nią rękami, przymykając oczy i oddając honory poległym towarzyszom. Wielu już pożegnał, przechodząc nad ich stratą do porządku dziennego, na czym więc polegała różnica? Dlaczego mieli być traktowani inaczej niż reszta?

Bo zginęli przez niego.

Pociągnął nosem i szeroko otworzył oczy, czując jak coś opada na jego obleczone pancerzem plecy. Przeszedł go dreszcz, zaraz zatuszowany otarciem brody z kropel brudnej wody.

To był najgorszy moment na spotkanie.

- Przepraszam... – bolesny szept był wyłącznie szmerem wiatru układającym się w pojedyncze słowo, lecz ciężar na plecach zadawał kłam temu wrażeniu. - Najmocniej cię przepraszam, Col.

Est oparł czoło o zgarbione plecy przyjaciela. Tak bardzo pragnął go dotknąć, poczuć szorstką ludzką skórę pod opuszkami, że bezwiednie położył dłonie tuż przy swoich uszach. Colonell był realny. Tak bardzo prawdziwy, że zrobiło mu się słabo od atakujących go parszywych myśli. Musiał zacisnąć usta, by pohamować napływające z serca uczucia, które tak długo tłumił w sobie, że groziły atakiem histerii. Smukłe palce zwinął w pięści i docisnął do podniszczonego pancerza.

Col nie odpowiedział. Nie szkodzi. To on wypełni ciszę swoim głosem, którego nie znosił. Którym znów zaczynał gardzić.

- Przepraszam, Col. To z mojej winy zginęli twoi ludzie. Gdyby nie ja, smoka by tutaj nie było… Chciałbym móc cofnąć czas. Chciałbym być na tyle silny, by nie dopuścić do tego ponownie. Ale jestem beznadziejny. Słaby. Bez perspektyw i nadziei. Przepraszam.

Colonell nie wiedział, co ze sobą począć. Co począć z trzęsącym się jak osika na wietrze dzieciakiem. Sam fakt, że tu przyszedł, świadczył na jego korzyść. Jego słowa mówiły same za siebie, a dotyk… Dotyk zburzył wszelkie postanowienia, jakie człowiek stawiał na swojej drodze.

Odepchnąwszy się od kamiennego murka otaczającego studnię odwrócił się i nim Est opuścił ręce, ujął jego dłonie we własne, większe i brudne. Nieskazitelne białe palce były zimne. I drżały.

Nie był gotów spojrzeć w zielone oczy o rozszerzonych źrenicach. Nie był gotów ani na spotkanie z nim, ani na rozmowę o tym, co należało przemilczeć. A mimo to odezwał się wreszcie, choć głos miał wyprany z emocji i obojętny jak on sam.

- Dziękuję, Esti. Naprawdę potrzebuję spokoju, żeby wszystko przemyśleć. Żeby wszystko wróciło do normy. Nie zadręczaj się, to nie twoja wina.

Po raz ostatni ścisnął jego dłonie i puścił je, zamierzając wyminąć chłopaka wcale na niego nie patrząc, bo jeśli choć raz zerknie w to przygaszone oblicze, to próżny jego trud utrzymania się w ryzach. Nie chciał, by Esti widział go w takim stanie, by uczestniczył w chwili jego największej słabości.

- Col! Proszę, rozmawiaj ze mną!

To nie był okrzyk, choć w przerywanej odgłosami pracujących najemników ciszy nocy mógł za takowy uchodzić. Stanowczość elfa pobrzmiewała głęboką determinacją i przeświadczeniem. To nie był niepewny dzieciak chcący się wyżalić. Tak zachowywali się ludzie potrzebujący rozmowy jak ostatniej deski ratunku przed zatonięciem.

Colonell zatrzymał się, co było pierwszym błędem na drodze do utrzymania względnego opanowania.

- Nie, a przynajmniej nie teraz – mruknął. - Mogę być wyjątkowo nieprzyjemny. A nie chcę. Nie wobec ciebie, dzieciaku.

- Droga wolna, bądź nieprzyjemny! - Est nie poddawał się. Musiał z nim porozmawiać, bo mogła to być ich ostatnia rozmowa, ostatni moment, by powiedzieć sobie wszystko, przedstawić wzajemnie stanowiska i zrozumieć je. - Chcę cię poznać z każdej strony, nawet tej nieprzyjemnej. Jeśli sprawi to, że poczujesz się lepiej, to nie mam obiekcji, bądź nieprzyjemny.

Przygnębiony ruszył w stronę zwiadowcy podpartego o ścianę Głównego Budynku. Wyminął go, by móc stanąć na wprost i zajrzeć w nieprzychylną twarz.

-  Tylko, jak rany, spójrz na mnie - błagał. - Choć raz. Nie zostawiaj mnie… samego… z tym poczuciem winy. Proszę, ostatni raz.

Est ujął w roztrzęsione dłonie jego zarośniętą brodę i powoli skierował śniadą twarz w swoją stronę, wciąż nie napotykając jego wzroku. Wiecznie żywy, roznoszony przez energię mężczyzna wyglądał żałośnie i marnie, jak cień samego siebie. Schudł. Jego podkrążone oczy utraciły blask.

Col zdawał się nieporuszony jego zabiegami. Oszołomienie nie znajdowało ujścia, zdumienie będące wynikiem kontaktu fizycznego gubiło się wśród kipiących w nim emocji. Nie mógł pozwolić sobie na wyładowanie frustracji na Estim. Nie w sposób, który bezwarunkowo wymagał udziału drugiego mężczyzny. Nie chciał uczynić dzieciakowi krzywdy, poza tym nie tak wyobrażał sobie ich pierwszy wspólny raz.

- To nie twoja wina, Esti - powtórzył stanowczo. Delikatnie chwycił go za nadgarstki i odsunął jego ręce od swoich policzków, ani razu nie podnosząc oczu. Wycofał się, a ponieważ chłopak zastępował mu drogę, zmuszony był wybrać inną ścieżkę. - Nikt nie wie co ich zabiło, przestań się zadręczać.

- To ty się zadręczasz! Nie wytykaj mi czegoś, nad czym sam nie panujesz! I owszem, wiadomo co ich zabiło! Na pewno nie ty! Jeżeli potrzebujesz pobyć sam, zrozumiem to. Uszanuję twoją wolę, ale wiesz co? Miałeś rację. Jeśli będziemy razem, będziemy bezpieczni. Teraz to wiem. Teraz to widzę. Bo tylko łącząc siły mamy szansę na przetrwanie tego, co nas czeka. W pojedynkę możemy równie dobrze zabić się już teraz, oszczędzając bólu innym! I sobie samym.

Colonell znów się zatrzymał, popełniając po raz drugi ten sam błąd. Zawziętość Estiego irytowała go, zupełnie jak moskit uparcie atakujący odsłonięte kawałki jego spoconej, brudnej skóry.

- Wykorzystujesz moje słowa w najbardziej dogodnych dla siebie momentach, oczekując, że będę chciał z tobą rozmawiać, dzieciaku?! Proszę o chwilę spokoju! Daj mi czas.

- Przyjąłem do wiadomości. - Gniew chłopaka ostygł, jednak nie wygasł całkowicie. Zmienił ton na chłodniejszy, nieco skruszony i pozbawiony odznaczającej się ostrością werwy sprzed chwili. - Tylko nie myśl sobie, że za każdym razem, gdy będzie ci źle, będziesz mógł ot tak sobie odsuwać mnie na bok. Jeśli chcesz, byśmy…

Moment wahania skołował Esta, jakby nagle dotarł do niego sens wypowiadanych w afekcie słów. Lękał się tego momentu, a on przyszedł tak nagle i naturalnie, jakby właśnie wybiła jego godzina.

- Col, jeśli chcemy być razem, musimy poświęcić swoją niezależność. A przede wszystkim musimy się zaangażować w cel, do którego będziemy dążyć. Ja tego chcę. Razem z tobą. Wspólnie. Bo na tym to polega.

Trzeci i finalny błąd kosztował Cola pełną, dotychczas konsekwentnie podtrzymywaną kontrolę. Z mocno bijącym sercem obrócił się, gotów podejść do Estiego, lecz jego już nigdzie nie było. Stojąc w miejscu rozejrzał się uważnie, niestety bezskutecznie, bo zmęczenie kładło się mgłą na jego oczach. Pędem dotarł do punktu, w którym ostatni raz widział chłopaka, ale ten zniknął. Skurczybyk pojawiał się i znikał jak mu się żywnie podobało. Był w tym świetny.

Colonell nerwowym ruchem przeczesał włosy, przytrzymując dłoń w rękawicy na swędzącym karku. Nie rozmawiali tyle czasu… Czyżby coś się zmieniło, czego na pierwszy rzut oka nie dojrzał? W myślach prześledził bieg rozmowy, lecz otępiały rozum nie chciał współpracować.

Powinien wreszcie odpocząć. Sprawdzić jak postępują prace, przyjąć od Maga instrukcje dotyczące pochówku i po prostu paść na pryczę, zapominając o całym świecie. Jutro też będzie dzień. Jutro dopełni ceremonii pogrzebowej z wszelkim poszanowaniem godności chłopaków, znajdzie tego cholernego dzieciaka i postawi sprawę jasno. Znajdzie tego, który właśnie wyznał mu miłość na swój nieporadny sposób.