czwartek, 29 lutego 2024
Gdy czegoś bardzo brak...
środa, 28 lutego 2024
~~ Biały Elf - rozdział 25 ~~
Księga Pierwsza
BIAŁY ELF
Biały elf - rozdział 25
Gwiazdy były
piękne tej nocy – odległe, zimne i połyskujące. Wraz z połowicznym księżycem
wiodły prym na bezchmurnym niebie dając dostatecznie dużo światła, by nie
trzeba wspomagać wzroku oliwnymi lampkami. A przynajmniej on ich nie
potrzebował, by ze swojego stanowiska obserwacyjnego śledzić wydarzenia daleko
w dole.
Pochodnie Twierdzy pogasły, topiąc głębokie wnętrze w
cieniu niebosiężnych murów. Estalavanes pierwszy raz widział warownię spowitą
całunem ciemności i zawiedziony stwierdził, że w nocnym widzeniu wygląda ona
nie lepiej niż za dnia. Liczył na coś niezwykłego. Coś na miarę
najdziwniejszych fantazji oraz wymysłów, choćby duchów wychodzących z ukrycia,
demonów przeszłości czyniących to, do czego nawykły w minionym żywocie. Nic
bardziej mylnego. Twierdza okazała się po prostu zwyczajna. Zupełnie jak ludzie
gromadzący się w jedynym przybranym blaskiem latarni miejscu, jedynym świecącym
jasno punkcie na świecie.
Est trwał niespokojnie na swej pozycji w prześwicie
między merlonami. Z wieży rozciągał się doskonały widok na to, co działo się na
dziedzińcu. Nie czuł potrzeby uczestniczenia w ceremonii, na którą i tak go nie
zaproszono. A jeśli zaproszenie było zbędne, skoro należał do najemnej braci? W
każdym razie on sam nie czuł się zobligowany więzami krwi do zejścia na dół i
wyczekiwania jak reszta w nabożnym milczeniu. Oparty plecami o wysoki ząb
krenelażu, z prawą nogą przewieszoną przez szeroki mur, przypatrywał się im z
ostrością nocnego widzenia. Na licznych twarzach zaobserwował znajome
cierpienie i rozpacz, a nawet gniew. Emocje dogasały, lecz Est podejrzewał, że
gdy tylko zagrzmi ogień stosu, tak i płomień w sercach rozgoryczonych
najemników wybuchnie na nowo.
Przeniósłszy spojrzenie z żywych na martwych, zaczął
zastanawiać się nad nieuchronnością przyszłych wydarzeń. Ich śmierć była
kopnięciem kamienia, który mknąc zboczem góry stworzy lawinę i pogrzebie pod
kopcem skał wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Kolejne życia. Wsie i
miasta. Estarion. Cały Khaldun…?
Cokolwiek się wydarzy, nie będzie to już jego problem.
Co też prajaszczur osiągnął mordując kilku ludzi?
Powodowała nim żądza zemsty? Wykorzystał nadarzającą się okazję? A może go
zmuszono? Est od razu zorientował się, że mistrz intencjonalnie przemilczał
pewne fakty dotyczące wczorajszych znalezisk. Nie zamierzał okłamywać swojego
ucznia - zwyczajnie nie chciał zaprzątać mu głowy niepotwierdzonymi teoriami i
wysnutymi domysłami. A chłopak nie drążył tematu. Wystarczył rzut oka na
nauczyciela, by skutecznie utrzymać język za zębami.
Wzdychając przeciągle, przymknął powieki i wystawił
policzki na nocny wiatr, czując jak rozczarowanie własną osobą pomału wypiera
gorycz zawodu. Brakowało mu już wytrwałości koniecznej do dalszego
egzystowania. Cień z koszmaru zagnieździł się w jego sercu i miał tam całkiem
dobre warunki do wzrastania. Karmiony lękami oraz wątpliwościami rósł w siłę,
sącząc jad w żyły. Prawda koszmaru stawała się jego prawdą. Myśli koszmaru
przedzierały się do podatnego umysłu wypaczając wzniosłe idee oraz refleksje.
Od środka zabijał ciało, w którym uwięziono zagubioną duszę. Tylko energia się
ostała. Gromadziła się, z wolna osiągając wyznaczoną przez skórę granicę.
Odetchnął. Ponownie wziął głębszy wdech starając się
opanować na tyle, by powrócić do ponurej rzeczywistości. Podciągnąwszy kolana
pod brodę, rozparł się na kamiennej ścianie i znów spoglądając w dół dostrzegł
zbliżającą się ku zgromadzeniu trójkę mężczyzn.
Potężna sylwetka Złowieszczego Niedźwiedzia górowała
nad nimi. Dzierżący straszliwy miecz dwuręczny, obleczony w napierśnik z
ciemnej stali oraz niedźwiedzie skóry człowiek prezentował się tak dostojnie,
jak mogło prezentować się rozwścieczone zwierzę o nastroszonym futrze. Est nie
widział jego oblicza, ale domyślił się, że było ono surowe i ponure jak
deszczowy poranek na cmentarzu. Olbrzym poprowadził przybocznych tuż pod stos,
na którym ułożono zabitych w pełnym rynsztunku, niemal tak, jak ich znaleziono.
Z tą różnicą, że zabrano miecze.
Zatrzymujący się po lewicy przywódcy Colonell również był
w pełni uzbrojony. Jak na komendę uformował się za nim oddział złożony ze
zwiadowców oraz tropicieli, zdyscyplinowany i karny, choć z ust smagłego
młodzieńca nie padł żaden rozkaz. Est ubolewał, że ogląda wyłącznie jego
wyprostowane szerokie plecy i tył głowy o przyciętych krótko włosach. Pragnął
ujrzeć jego wytatuowaną twarz, dojrzeć pasemka opadające na ciemnozielone oczy,
wiedzieć co czuł stojąc tak blisko ciał swoich kompanów. Przyjaciół. Braci. W
końcu od wczoraj nie zamienili ani słowa. Ba!, nie widzieli się od momentu, w
którym Est niemal wykrzyczał mu w twarz to, czego tak bardzo obawiał się
powiedzieć na głos. Zryw odwagi nie przyniósł jednak pożądanych efektów.
Colonell go zbył. Jak utrapienie. Jak uciążliwego dzieciaka. A odrzucenie
bolało bardziej niż celnie wymierzona klinga.
Po prawej przystanął Mag, zaufany doradca potężnego
przywódcy. Elegancki czarny strój miękko opinał szczupłą postać, marszcząc się
nieco na pochylonych barkach, przyciąganych ku ziemi coraz większym ciężarem
spoczywających na nim obowiązków. Jak w przypadku Colonella, za administratorem
grupowały się szeregi wojowników. To było zaskakujące, zważywszy iż mentor
odpowiadał za czarodziejów z Twierdzy, których poza dwoma starszymi magami w
szkarłatnych tunikach nigdzie nie było. Ach tak, przecież magiczni i
niemagiczni nie darzyli się sympatią. Nie dziwiło zatem, że nie interesuje ich
ostatnie pożegnanie kilku zwykłych ludzi. Piromanci byli tu nie z sentymentu,
lecz z powinności, choć oczywiście mógł się mylić. Wiele razy był świadkiem,
jak młodzi z jednej i drugiej frakcji dogadywali się przy stole w jadalni,
nierzadko przy kuflu czegoś mocniejszego przeszmuglowanego przez najemników.
Zapanował kontrolowany chaos, gdy ludzie ustawiali się
na pozycjach. Jeden ze stojących na uboczu mężczyzn podszedł do Colonella z
naręczem poplamionych mieczy, prawdopodobnie naznaczonych krwią. Est z
łatwością poznał, że był to oręż poległych, było ich bowiem pięć i wyglądały na
mocno sfatygowane. Wytatuowany zwiadowca obrócił się w stronę Niedźwiedzia.
Przywódca kompanii jakby namyślał się chwilę, po czym, nie odwracając się od
stosu, wykonał dwa kroki w tył, robiąc miejsce podkomendnemu.
Dwuręczny miecz zgrzytnął, kiedy imponujący wojownik
zdjął go z przykrytego stalą ramienia i gwałtownym ruchem jednej ręki wymierzył
sztychem w gwieździste niebo, podążając za nim wzrokiem. Wymawiane przez niego
słowa grzmiały i odbijały się dudniącym echem od grubych ścian wygaszonej
Twierdzy. Est nadstawił uszu, ale na darmo. Ginęły na wietrze, docierając doń
jako niezrozumiałe strzępy. Mógł tylko zgadywać, co z pasją wykrzykiwał
przywódca.
Złowieszczy Niedźwiedź zamilkł, ani na sekundę nie
opuszczając wielkiego miecza wycelowanego w bezkres, honorując w ten sposób
poległych.
Colonell wykorzystał ciszę i ujął rękojeść jednego z
podsuniętych mu mieczy, naśladując gest przywódcy. Skrwawioną klingą gwałtownie
dźgnął nocne powietrze, wykrzykując co tchu dwa wyrazy. Chór męskich głosów
zawtórował mu żarliwie. Dobywane jak na rozkaz miecze zgrzytem rozdarły noc,
metalicznym lamentem atakując wrażliwy słuch elfa. Ludzie salutowali bronią,
żegnając w ten sposób braci.
Zawrzało jak w gnieździe os po wetknięciu patyka.
Gdy hałas umilkł, dowódca zwiadowców wbił ostrze w
klepisko tuż przed sobą, zachowując odstęp od drewnianej konstrukcji. Przejął
drugi miecz z rąk towarzysza, tym razem wykrzykując jeden wyraz. I znów
podniosła się ogłuszająca wrzawa. Obyło się jednak bez wyciągania ostrzy,
bowiem te, jak i potężna broń przywódcy, wciąż wskazywały gwiazdy. W
rozszerzonych podnieceniem oczach Esta wskazywały one kierunek i niemal sam
dopowiedział własną część, która ostatecznie nie wydobyła się z jego
rozchylonych warg.
Do gwiazd, bracia! Stańcie się kolejnymi spośród nich
i oświetlajcie nam drogę wśród mroków nocy!
Przy trzecim razie Est zyskał pewność, że jego
przyjaciel wywołuje pełne lub pojedyncze imiona uśmierconych kompanów. Oddaje
im honory na sposób Niedźwiedzi, pełen niespodziewanego ładunku emocjonalnego,
wobec którego chłopak nie był obojętny. W trakcie upamiętniania zmarłych
żołnierze wyrażali swój żal wykrzykując wszystko, czego proste słowa nie były w
stanie oddać, a on bezwiednie ściągnął czarne brwi, przejęty sceną oraz
uczuciami wręcz kipiącymi w gigantycznym kotle. Gęsia skórka przejmowała go na wskroś,
jak przenikało go każde zniekształcone, przesycone emocjami zawołanie, równie
mocne, jak ciosane antracytowe kamienie tworzące Twierdzę. Słowa wykrzykiwane
znajomym barytonem, samym brzmieniem wywołującym niekontrolowane drżenie serca.
Czwarty miecz.
Colonell jest niesamowitym człowiekiem, zaskakującym i
pełnym tajemnic. Est współczuł mu tej trudnej chwili, choć więcej w tym było
zazdrości w stosunku do jego siły oraz niezłomności, aniżeli rzeczywistej
empatii. Wstydził się własnych myśli, lecz musiał się z nimi pogodzić, ponieważ
były nieodzowną częścią niego samego. Powinien posiąść pełną kontrolę nad nimi,
bo tylko wtedy nie uczyni nikomu krzywdy. Ale było to nieosiągalne. Odkąd
sięgał pamięcią, kierowały nim uczucia i emocje, choć dotychczas przez palce
spoglądał na tę prawdę, nie dopuszczając jej do siebie.
Ostatnia, piąta już klinga wgryzła się w klepisko.
Colonell, z całkowicie zdartym gardłem, wrócił na swoje stanowisko, ustępując
miejsca przywódcy. Dwuręczny miecz opadł i z głuchym trzaskiem wbił się w
ziemię tuż przed rzędem ostrzy. Mocno wepchnięty wszedł w nią aż do połowy
szerokiej głowni. Kilka setek mieczy poszło jego śladem, niby żądła wcinając
się w ubite podłoże pod nogami dzierżących je ludzi. Głowa Złowieszczego
Niedźwiedzia opadła, a targane chłodnym podmuchem włosy przysłoniły srogie
oblicze, gdy mężczyzna wypowiadał ostatnie zdanie wieńczące ceremonię.
Est drgnął, wyrwany z zamyślenia. Przywódca
wyprostował się i gestem dał znak czarodziejom, by dopełnili ostatniej posługi.
Stojący przy obu krańcach drewnianej konstrukcji
piromanci skinęli z szacunkiem głowami i zwracając się ku leżącym pokotem
zwłokom, rozpoczęli mruczącą inkantację. Ich leniwie poruszające się palce
tkały migoczące płomyki, które do wtóru śpiewnych, niskich tonów urastały do
właściwych rozmiarów.
Ogień pulsował coraz mocniej z każdą następną sylabą
zaśpiewu, ostatecznie przyjmując kształt nieregularnych kul. Czarodzieje nadali
im prędkości pchając je w kierunku nasączonego oliwą drewna, gdzie płomienie
rozbiły się niczym bańki cienkiego pomarańczowego szkła i z rykiem poczęły
pochłaniać podatny materiał. Były zachłanne na miarę głodnego żywiołu. Jęzory
namnażały się, wzmacniane energią tajemną obu magicznych. Strzelały wściekle w
górę i na boki, liżąc drewniane kondygnacje oraz smakując zimnych ciał na
sekundy przed ostatecznym posiłkiem.
Ostry swąd zmarszczył biały nos. Est zasłonił dolną
część twarzy kołnierzem swetra, co niewiele zmieniło. Zapach spalenizny nie był
mu obcy, lecz to, co trafiło do jego nozdrzy niesione nocnym wiatrem, omal nie
zwaliło go z nóg. A galopująca wyobraźnia domalowała resztę odrażającego
całokształtu - czerniejąca, pękająca ludzka skóra, skwierczące pod nią mięso i
topiący się tłuszcz powodowały w nim trudne do powstrzymania torsje, zmuszając
go do chwiejnego zsunięcia się na stabilną posadzkę wieży. Treść pustego
żołądka podeszła mu do gardła. Biegiem przeciął szczyt i w ostatnim momencie
niebezpiecznie wychylił się na zewnątrz, byle nie zapaskudzić terenu warowni.
Kolacja już dawno opuściła żołądek w dalszej drodze
przyswajania składników odżywczych, więc to, co właśnie wykaszlał, było jedynie
kwaśną żółcią, której smaku i tak łatwo się nie pozbędzie. Wstrząsany ostatnimi
drgawkami gromadził ślinę i wypluwał wstrętny posmak pilnując się, by nie
otrzeć ust rękawem powyciąganego czarnego swetra. Szkoda go ubrudzić. Innego
nie miał.
Obrzydliwy smród dymu napastował go nieprzerwanie.
Lepką mgiełką przylgnął do jego włosów, skóry oraz ubrań, katując go i
rozrywając szarpane nudnościami trzewia. Bez wątpienia ci w dole nie czuli
odoru tak bardzo jak on, nawet nie z racji ograniczonych receptorów węchu. Po
prostu rozgrzane powietrze niosło się ku górze. Ulatywało, rozmywając się,
prosto do gwiazd.
Czyszcząc wąskim językiem długie kły wrócił na
poprzednie stanowisko, nie ryzykując ponownego wejścia na blanki. Zbyt mocno
wirowało mu w głowie, by pozwalać sobie na taką nieostrożność.
Ryczący płomień pochłaniający ciała strzelał wysoko,
tańcząc pod nieboskłonem i roznosząc tłuste popioły na cztery strony świata.
Wiatr porywał je dalej i dalej. Nie przerywając ich wędrówki, rozdmuchiwał
pozostałości po tym, co kiedyś było ludźmi. Rozchwiany pomarańcz rozświetlał
stojących poniżej wojowników i zwiadowców, wprawiając ich cienie w szalony
ruch. Dwóch czaromiotów kontrolowało coraz jaśniejszy żywioł, pilnując by nie
rozbestwił się zanadto.
Najemnicy milczeli. Z powagą patrzyli przed siebie,
opierając prawe dłonie na rękojeściach wbitych w ziemię mieczy, podobnie jak
Złowieszczy Niedźwiedź, najroślejszy z nich wszystkich. Mag wyglądał przy nim
na karła, zaś trzymający ręce na sztyletach Colonell, mimo słusznego wzrostu,
wciąż był od niego niższy prawie o głowę.
Zmęczony spazmami Est położył splecione ręce na
prześwicie muru i złożył na nich drżący podbródek. Że też los musiał pokarać go
tak słabym żołądkiem… tudzież czułym węchem. Odrywając spojrzenie od ostrych
barw stosu zerknął w lewo, w ciemności dające mu wytchnienie od gorzkiego
całokształtu ceremonii pogrzebowej. Odrobinę szerzej uchylił powieki i unosząc
głowę, skupił się na dwóch kobietach stojących w stosownej odległości od
najemników. Jakby nie chciały zostać zauważone. Ich bure suknie prostego kroju
wskazywały na status służących. Jedna z nich zanosiła się urywanym płaczem, a
jej wstrząsane szlochem ramiona podtrzymywała druga, nieustająca w próbach
uspokojenia zrozpaczonej towarzyszki.
Est nie pojmował, dlaczego widok załamanej kobiety
wstrząsnął nim mocniej niż honorowa odprawa w wykonaniu kilku setek najemników.
Było w tym coś prawdziwego, porażającego zwyczajnością oraz szczerością
naturalnego przekazu. Tak wyglądał jeden z aspektów życia: ból nieodżałowanej
straty. Ta kobieta straciła kogoś wyjątkowego i nie lękała się otwarcie tego
wyrażać. Być może przed jej zapłakanymi oczami płonęło doczesne życie i
nadzieje związane z tym szczególnym mężczyzną. Albo nowe życie rozwijało się w
niej samej, toteż odreagowywała podwójną krzywdę. Płodzenie potomstwa ze służbą
nie było wzbronione, o ile najemnicy brali za nie odpowiedzialność. Jeżeli tak
jest w istocie, to zaprawdę ciężki los spadł na jej spracowane barki.
Jakże łatwo zburzyć świat zbudowany na fundamentach
doświadczeń i wzajemnej zależności. Wystarczy, że zabraknie jednej osoby, że
zgaśnie jedno życie, by sieć wzajemnych relacji łączących je z innymi naderwała
się. Niesamowite. Wystarczy że pęknie jeden filar, a cała konstrukcja upadnie z
ogłuszającym hukiem załamującego się stosu pogrzebowego. Nie ma nic
łatwiejszego niż zniszczenie życia komuś, kto budował je z największym trudem.
Istoty żywe z założenia były słabe. A swoistą ich
słabością był fakt, że żyły. I mogły to życie stracić.
Est pragnął umrzeć, lecz oto wątpliwość zajrzała mu w
twarz. Ta kobieta cierpiała, jak gdyby to ona otrzymała śmiertelną ranę.
Targana udręką upadła na kolana, nie odrywając załzawionych oczu od
strzelającego w niebo ognia, podczas gdy on użalał się nad sobą, a przecież nie
było nad czym.
Był wstrętnym egoistą.
Z odmętów świadomości wyłaniało się zrozumienie dla
spostrzeżenia, jakiego do tej pory nie brał pod uwagę: jego śmierć nie
przyniesie oczekiwanego rezultatu, nie będzie pożytkiem dla nikogo. Tego, co
minęło, nie da się odwrócić. Ale można to naprawić, sprawić, by więcej się nie
powtórzyło. Powinien spojrzeć na wydarzenia z odmiennej perspektywy,
szczególnie że sam sobie ograniczał pole widzenia. Ograniczał samego siebie.
Jeżeli na świecie istnieje choć jedna osoba, która rozpaczałaby po nim w ten
sam sposób, to warta była jego życia.
A ktoś taki istniał naprawdę. Na wyciągnięcie ręki.
Śmierć nie jest rozwiązaniem, lecz Est miał już dość
powracającego doń poczucia winy obciążającego naruszone sumienie. Miał
serdecznie dość potwora drzemiącego w jego mrocznym sercu, który - pomimo
uśpienia - samą obecnością nie pozwalał zapomnieć o tym, jak samotny i
odsunięty znów się stawał. Za jakie przewiny to wszystko? Cóż takiego uczynił
światu, że ten uparł się na niego w najgorszy możliwy sposób?
Ogień zajął całą drewnianą konstrukcję, zakrywając
chwiejnymi jęzorami scenę ostatniego spoczynku. Niby zwiewną kurtyną odgrodził
aktorów ułożonych na trzeszczących, pękających marach. Najemnicy czekali w
cieniu swego przywódcy i jego przybocznych. Czarodzieje ucichli i chyląc czoła
wycofali się w mrok. Kobieta łkała, skulona na wydeptanej ziemi. Nieobecni byli
tylko kapłani, ale oni zrobili już co do nich należało, przygotowując poległych
do obrządku.
Est nie miał ochoty schodzić na dół. Mieszkańcy
Twierdzy wkrótce zaczną się rozchodzić, zapanuje chaos i tłok. Z drugiej strony
przyglądanie się, jak wytypowani najemnicy porządkują resztki stosu
pogrzebowego, wcale go nie ciekawiło. Zrezygnowany wrócił więc na środek wieży
i usiadł ze skrzyżowanymi nogami, oddychając pełną piersią dla odzyskania
spokoju. Popełnił błąd. Z pierwszym głębszym tchem nawdychał się ohydnego
smrodu palonego mięsa, który jak przyklejony ani na moment go nie opuszczał. Rozkaszlał
się na dobre. Zasłaniając usta naciągniętym na dłoń rękawem, zapatrzył się w
niebo. Łzy spłynęły po policzkach i znów zbierało mu się na wymioty. Doprawdy,
całopalenie to okropna metoda pozbywania się trupów.
Dopiero po chwili wyciszył się na tyle, by znów
odetchnąć - płycej i przez osłonięte wargi. Przefiltrowany smak nie był aż tak paskudny
jak fetor.
Przekonany, że tej nocy nie zaśnie, wolał wykorzystać
dobrą pogodę i oddać się kontemplacji w miejscu, gdzie nikt nie będzie go
szukał. Col miał swoje życie, swoje sprawy, którymi musiał się zająć. Mistrz
również, choć zapewne przedkładając potrzeby ucznia nad własne, nie będzie się
go spodziewał w swoim gabinecie o tak późnej porze. Natomiast ostatnia osoba,
do której mógłby się zwrócić, Travis Arnelt, odsypiał czas spędzony w głębokim
lesie. Koniec końców Est znów był sam ze sobą i nic nie wskazywało, by ten stan
miał się zmienić w najbliższej przyszłości. Cóż innego mógł więc robić? Mógł
dowiedzieć się o sobie czegoś nowego poprzez zgłębianie własnej psychiki. Mógł
spróbować wyplenić z siebie najgorsze myśli.
Miniony okres wręcz obfitował w kontemplacje
przerywane ćwiczeniami fizycznymi oraz treningami samoobrony. Nie powinien
narzekać, nabrał bowiem wprawy i skrócił fazę transu, co zwiększało jego szanse
na przetrwanie w terenie. Skuteczność wniknięcia w głąb własnego jestestwa
również wzrosła, z czego należało być dumnym. Jednak nie potrafił cieszyć się z
postępów, gdyż całą słodycz zwycięstwa przyćmiewały porażki medytacji. Jak
chmury przesłaniające słońce odbierały mu wszelką radość z dobrze wykonanej pracy.
Bez trudu przywołał ostatnie wspomnienie. Dziwnym
trafem dwa oblicza jednego mężczyzny nakładały się na siebie, przenikając
wzajemnie jak cienki całun. Głęboką miłość poranka zastępowała gorycz
odrętwienia zeszłej nocy i wracała tylko po to, by znów o sobie przypomnieć, po
czym znikała przepędzona przez otępienie. Obrazy wirowały jak w kalejdoskopie
przedstawiając dwa uczucia, których skrajność wyryła mu się w pamięci jaskrawym
kontrastem. Nieprzypadkowo tak na niego działały, musiały mieć wspólny
mianownik czekający na odkrycie. Musiał je zatrzymać i przyjrzeć im się z
precyzją krasnoludzkiego jubilera. Wystarczył ułamek sekundy…
…by znów dotykał szorstkiej twarzy przyjaciela. Była
przyjemnie ciepła, choć tego nie pamiętał. Krótki, ciemny zarost delikatnie
drapał wnętrze obu jego dłoni, jak gdyby jednej z nich nie otulała skórzana
rękawiczka. Pochłonięty wyzwalanymi emocjami zupełnie nie zdawał sobie sprawy,
jak wiele szczegółów zapamiętało ciało za pomocą zmysłów, a jak wiele pominęła
świadomość. Nie rozumiał zasady działania podświadomości, ale zaczynał
pojmować, do czego była zdolna. Milczała, aczkolwiek dopuszczona do głosu potrafiła
powiedzieć więcej niż jaźń. Skrywała się w ciemnościach, a jednocześnie lśniła
najpiękniejszą formą wspomnień.
Zachwycony Est pragnął złapać uciekające spojrzenie
szmaragdowych oczu, lecz nawet we własnym świecie tego nie potrafił. Okolone
głębokimi cieniami nie chciały na niego patrzeć.
To do ciebie niepodobne, Col. Winisz
mnie za to, co stało się z twoimi ludźmi? Dostrzegasz we mnie powód ich zguby
czy też pretekst do pozbycia się wyrzutów sumienia? Kim więc dla ciebie jestem?
Chciałbym przekonać się, że istnieje sens tam, gdzie nadzieja już dawno się
poddała. Uzależniłeś mnie od swojej obecności a teraz urywasz kontakt, jakby
każda spędzona razem chwila była tylko nagłym kaprysem. Nie chcesz na mnie
spojrzeć, ty, który zawsze dążyłeś do kontaktu. Czyżbyś bał się dojrzeć
potwierdzenie w moich oczach?
Przeszedł go elektryzujący dreszcz, jak od pobliskiego
uderzenia pioruna. Jego zmysły scaliły się w jeden, toteż nie zdołał odgadnąć,
który z bodźców wywołał to dotkliwe wrażenie. Zdumiony odsunął się od
zanikającego wspomnienia. Wpatrzony w zacierającą się sylwetkę zdrętwiał,
pojmując swój błąd. Colonell nie gardził nim. Nie odrzucił go, ani nawet nie
posądzał o winę. Col bał się tego samego, przed czym i on uciekał.
Byli tacy sami.
Est ponownie wyciągnął rękę, ale przed nim była już
tylko nicość. On był nicością.
Col, jak rany, ja nigdy… nigdy bym cię nie odtrącił!
Nie odtrąciłem cię ani razu. Kiedy dotknąłeś mojego policzka. Kiedy ująłeś moją
twarz w swoje dłonie, dotknąłeś uszu… Nienawidzę dotyku i nie mam pojęcia, do
czego jeszcze jesteś zdolny. Boję się tej niepewności, a jednak wyczekuję
każdego spotkania, pragnąc mieć cię całego dla siebie. Na wyłączność. Słyszeć
twój głos. Czuć twoje ciepło na skórze. Poznawać twoje ciało. Wdychać kojący
zapach. Nie znam twojego smaku… Czy będę mógł go poznać? Czy będzie mi dane
zapamiętać go na zawsze, jak wszystkie te dni, w których odcisnąłeś się na mnie
piętnem wspomnień?
Chłodny powiew pieszczotliwie potargał czarne włosy
trwającego w bezruchu chłopaka, łaskocząc skronie i płatki podłużnych uszu.
Fetor rozproszył się niemal całkowicie, utrwalając ślad w pamięci poznawczej
Esta kojarzącej dźwięki obrazów, posmak emocji oraz zapachy wydarzeń. Tym
sposobem wypalały się wspomnienia w umyśle elfa, który pomału otworzył sklejone
jak po drzemce powieki. Ile czasu minęło odkąd wszedł w trans? I dlaczego bolał
go krzyż? A zapach… Był znajomy. I ten miękki opór na grzbiecie…
Głośno wciągnął powietrze przypominając sobie, gdzie
się znajduje. Obejrzał się przez ramię na szerokie plecy okryte grubą bluzą z
kapturem. Nawet w monochromatycznej szarości rozpoznał ją bezbłędnie, kolorem
podobną dębowym liściom. Tak jak rozpoznał jej posiadacza, przeciągającego się
i ziewającego, przygniatającego go swoim nielichym ciężarem. Napotkał jego
błyszczące oczy i oniemiały błyskawicznie odwrócił wzrok. Pod tym
nieprzewidzianym uderzeniem bliskości kompletnie stracił opanowanie zyskane
podczas kontemplacji. Co tu robił Colonell?! Na dodatek przebrany w codzienne
ubrania.
- Długo potrafisz wysiedzieć w ten sposób - zaczął
cicho zwiadowca. - Już myślałem, że zasnąłeś w tej dziwnej pozycji i sam
postanowiłem wykorzystać okazję dla odnowienia energii. Przy tobie zawsze jakoś
łatwiej mi to wychodzi.
Est milczał. Nie miał nic do powiedzenia, choć tak
naprawdę usta by mu się nie zamykały od ilości słów, jakie pragnął z siebie
wyrzucić. Ale nie umiał. Był odważny wewnątrz siebie, lecz na zewnątrz truchlał
i wycofywał się, uparcie utrzymując dystans. A przecież wreszcie mogli
porozmawiać. Gdyby tylko przestał zachowywać się jak obrażone dziecko, spuścił
z tonu…
Młody mężczyzna zaparł się, przyciągając kolana do
klatki piersiowej. Nie zamierzał naciskać, ale milczeniem wszystko zaprzepaści.
Już wczoraj postąpił niewłaściwie. Dziś tego nie powtórzy.
- Rozumiem, że jesteś na mnie zły, Esti. Bez skargi
przyjąłbym, gdybyś nagle wstał i odszedł. Dałem ciała, po całości. I wstyd mi
za to jak cholera
Głos Cola drżał od wyrywających się na wolność uczuć.
Chciał się wytłumaczyć, lecz nie mając nic na swoją obronę, mógł tylko mówić
prawdę, nawet jeśli sam siebie w ten sposób pogrąży. Esti zasługiwał na
szczerość.
- Dałem się ponieść emocjom, poddałem się rozpaczy, co
nie jest do mnie podobne. To było raczej dziwne, tak przejmować się sytuacją,
jakich mnóstwo w moim życiu. Nie powinienem był tak reagować, ale nic z tym już
nie zrobię. Mogę jedynie przeprosić, że cię zaniedbałem. Przepraszam, Esti, że
cię zaniedbałem. Masz dla mnie ogromną wartość, a mimo to unikałem cię,
zrywając powstającą między nami więź z własnej głupoty, ze strachu, sam nie
wiem przed czym. Naprawdę przepraszam.
Est zamknął oczy, otwierając się na współodczuwanie.
Oparłszy się o szerokie barki przyjaciela, wsparł głowę na jego kapturze.
Poczuł ulgę a zarazem przygnębienie tak dojmujące, że niemal miażdżyło mu
pierś, przyduszając gardło. Konieczny był moment zwątpienia i odtrącenia, by
uzmysłowił sobie, czego tak naprawdę mu brakowało.
To, za czym oglądał się na każdym kroku, miało twarz
jego ulubionego człowieka.
Już nie był sam, miał kogoś u swego boku. I chociaż
bardzo chciał, nie potrafił przyjąć przeprosin inaczej, niż na swój bezgłośny
sposób. Niemniej poruszone melancholijnym nastrojem myśli układały się w
wyznanie, które nigdy się nie urzeczywistni.
Bałeś się odtrącenia. Jak i ja. Obaj czujemy to samo,
a wciąż mijamy się z prawdą. Pomimo bogatego zasobu słów nie potrafimy
dokładnie określić siebie samych, naszych pragnień i oczekiwań. Nie
rozumiemy się, ponieważ nie wiemy, jak do siebie podejść. A przecież
znamy się nie od dziś. Znamy się od zawsze, prawda? Colonell, przecież
ty panicznie boisz się życia w samotności. Zupełnie jak ja. A skoro tak, to
jeszcze mocniej lękasz się utraty tego, na czym najbardziej ci zależy.
Łatwo było przemilczeć to, co niewygodne lub
krępujące. Cisza nie wymagała wysiłku. Unosiła się pomiędzy dwojgiem młodych
duchów i wiązała mocniej niż niejedno wypowiedziane w afekcie słowo,
pozostawiając niestałym uczuciom zbyt wielkie pole do manewru. Zbyt wiele mogło
wymsknąć się w chwili nieuwagi, by zepsuć atmosferę pozornego spokoju i
zrozumienia.
Mistrz wspominał, że dobry uczeń wie, kiedy powinien
zachować milczenie. A jeszcze lepszy dostrzega, kiedy odpowiedź jest wymagana.
Est dźwignął się na nogi gotów uczynić to, co
roztrząsał przez ostatnie dni spędzone w samotności. Ze spuszczoną jak u
skazańca głową, wolnym krokiem podszedł do wysokiego muru blanek i oparł dłoń w
rękawiczce o gładkie kamienie, powoli dobierając słowa.
- Podziwiam cię, Col – oświadczył wreszcie. - Od
początku podziwiałem twoją siłę i niezależność. Zuchwałość, z jaką stawiałeś
czoła wszelkim przeciwnościom. To śmieszne, ale trochę zazdrościłem ci tych
cech, tej swobody. Jesteś dla mnie autorytetem, wzorem do naśladowania, jak
mistrz. Chcę stać się taki jak on. Taki jak ty.
Obracając się uniósł twarz na tyle, by zerknąć na
słuchacza spomiędzy prostych kosmyków czarnej grzywy. Szeroko otwarte oczy
zwiadowcy czujnie śledziły każdy jego ruch, przeczuwając, co się wydarzy. Est
brzmiał podejrzanie. I był to celowy zabieg.
- Ale sam widzisz – wyrzucał z siebie dalej - ja nigdy
nie będę wybitną jednostką. Nie będę taki jak wy.
Zwinnie wspiął się między merlony, wzbudzając tym
strach u podnoszącego się mężczyzny. Napięcie rosło wyczuwalnie, wytrząsając z
elfa resztki opamiętania, jakiego kurczowo się trzymał. Choć raz pragnął być
silny i ostatecznie nie dał rady. Uczucia zalały go gwałtowną falą i porwały na
samo dno, prosto w zębatą paszczę budzącego się potwora. Głos mu się załamał, gdy
opętańcze myśli formowały kolejne zdania.
- Spójrz, mogę wejść na szczyt, na najwyższy punkt, a
i tak niczego nie osiągnę. Wiesz czemu? Bo jestem najzwyklejszym tchórzem!
Nawet teraz! Stoję tutaj, a przecież wiem, że nie skoczę. Bo się boję. Boję się
żyć. Boję się umrzeć. Boję się jutra. Wszystkiego się boję!
- Esti, błagam cię, zejdź stamtąd. - Przerażony
Colonell zamarł z obawy przed spłoszeniem chłopaka. Nie ryzykował zbliżaniem
się do niego, lecz zachował ostrożność na granicy kontrolowanego obłędu. - To
nie jest dobry pomysł żebyś tam stał. Porozmawiajmy. Tylko proszę cię, zejdź.
Do mnie.
Est zignorował go. Siła emocji zaklętych w dygoczącym
ciele była niewyobrażalna, a wynik dyskusji zdawał się z góry przesądzony, gdyż
wszystko wskazywało na to, że nie posłucha on głosu rozsądku. Głosu
przyjaciela, który nie wiedział, jak reagować.
- Jak rany, żaden z moich pomysłów nigdy nie był
dobry, Col. A najgorszym z nich było przystanie na propozycję Maga! Odpowiedz
choć na jedno moje pytanie: po co właściwie mam żyć? Żyję w ciągłym strachu,
bezustannym napięciu, niechęci do siebie i otoczenia… Jestem tym zmęczony, Col.
Wydawało mi się, że w końcu znalazłem swoje miejsce, ale nie, to nie to! Bo dla
mnie nie ma miejsca w świecie ludzi.
Drobiny skruszonej zaprawy sypnęły się spod podeszwy
jego buta. Lekceważąc zagrożenie, inaczej ustawił stopę.
- Nigdy nie poczuję stabilizacji, której tak bardzo mi
brak! – żalił się. - Nigdy nie poczuję się potrzebny! Nigdy… ŁooooOOO!!!
Właśnie w tej chwili całkowicie utracił stabilizację.
Nadwyrężony stuleciami deszczy i wiatrów kamień nie wytrzymał ruchliwego
ciężaru i odpadł wraz z resztką zwietrzałej zaprawy. W ślad za nim poleciały
większe odłamki, gdy wymachujący ramionami Est desperacko próbował utrzymać się
w pionie.
Nie dał rady.
środa, 14 lutego 2024
Poważna decyzja
piątek, 9 lutego 2024
~~ Biały Elf - rozdział 24 ~~
Księga Pierwsza
BIAŁY ELF
Biały elf - rozdział 24
Jadł, bo
musiał. Spał, bo nie potrafił wytrzymać bez odpoczynku. Egzystował na
płaszczyźnie utartej rutyny, bo tak działał jego organizm niezależnie od woli
czy chęci.
Trudno było nazwać życiem jałowe dni spędzone za
czarnymi, wysokimi murami niegdysiejszej złotej klatki. Przemijające w
samotności godziny dłużyły się niemiłosiernie, a bezlitosny czas wielokrotnie
stawał w miejscu, naśmiewając się z pogrążonego w apatii i bezsilności
chłopaka.
Nie, Estalavanes wcale nie był sam. Wątpliwości oraz
pogłębiające się lęki towarzyszyły mu bez ustanku, podgryzając i kąsając nie
gorzej niż moskity, choć te wolały trzymać się z dala od niego. Nawet teraz,
gdy poruszenie na dziedzińcu słyszane z zewnątrz w końcu ucichło, wciąż
odczuwał bezgraniczną rozpacz i żałobę, które ogarnęły najemników po stracie
przyjaciół.
To była norma w krainie rządzonej przez przemoc i
stal, a jednak tym razem wszystko wyglądało inaczej. Zdarzało się przecież, i
to bardzo często, że ludzie nie wracali. Ginęli w bitwach za cudzą sprawę, a
krwawe korony opłacały ich marny żywot. Dezerterowali mając już dość
przynależenia do organizacji najemnej i szukali nowej drogi na własną rękę. I
znów ginęli, w tym przypadku od mieczy swych braci, wszak Niedźwiedziem jest
się już do końca. Inni wpadali w kłopoty, tracili życie w zatargach z
miejscowymi czy też w trakcie patrolowania okolicy opanowanej przez
rozbójników. Krew była walutą świata, w którym się narodzili. I za tę walutę
także konali, choć życie było wartością bezcenną.
Paradoks życia, za które płaci się śmiercią.
Pozostawiony sam sobie, w chwilach wolnych od
napiętego rozkładu zajęć Est niejednokrotnie zakradał się pod koszary, by
podsłuchiwać rozmowy najemników. Było to jego jedyne źródło informacji, więc
kiedy już udało mu się oddzielić plotki i przypuszczenia od suchych faktów,
otrzymywał całkiem prawdopodobny obraz tego, co zaszło w ciemnej głuszy kilka
nocy temu. I pomyśleć, że na dzień przed masakrą dotknął go tak realistyczny
koszmar. Smok powstały z cienia.
Mamy podobny kolor tęczówek…
Potrząsnął głową, jakby w ten sposób mógł wyklarować
mętlik zalegający w strapionym umyśle. Nie umiał się na niczym skupić. Myśli
bez udziału woli powracały do nieszczęsnego poranka, którego urok pokrył się w
jego wspomnieniu krwawą czerwienią.
Ponury świt stał się punktem zwrotnym w jego życiu,
gdy uzmysłowił sobie, jak niebezpieczna dla otoczenia jest jego obecność. Jak z
tego powodu niebezpieczny jest on sam. Ludzie Colonella nie zginęliby, gdyby
białoskóry cudak nie zamieszkał w Twierdzy. Podobnie paladyni mogący okazać się
największym problemem kompanii najemnej. Osiem żywotów zgasło jednej nocy
wyłącznie dlatego, że przebywał w tym, a nie innym miejscu. A wśród nich mógł
być Col, gdyby w ostatniej chwili nie zmienił rozkazów.
Est nie podejrzewał przyjaciela o współpracę z
Rzeźnikiem z Głuszy, o którego tożsamości najemnicy nie przestawali dyskutować.
Nie uważał także, by Col podjął tę decyzję z pełną świadomością płynących z
niej konsekwencji. Est nie szukał winnych ani podejrzanych, starał się jedynie
zrozumieć, dlaczego ci ludzie musieli umrzeć. Bo o tym, że zginęli przez niego,
był przekonany.
Załamany oparł się tyłem głowy o ramę łóżka. Przymykając
oczy ponownie spróbował odnaleźć się w nowej, wyjątkowo skomplikowanej
sytuacji. Musiał odetchnąć i wyciszyć się na tyle, na ile pozwalało jego
rozchwianie emocjonalne.
Potrzebował go. W takich momentach jak ten,
potrzebował go najbardziej. Dotychczas uważał, że przy Colu nie jest sobą,
traci panowanie nad biegiem wydarzeń, nie kontroluje się i przez to wychodzi na
skończonego durnia. Prawdą jednak było, że dopiero przy wytatuowanym człowieku
był sobą, naturalnym i szczerym w stosunku do siebie oraz niego. To nie Col go
onieśmielał, lecz myśl, że wreszcie może wyjść z własnego cienia. Wypowiadane
słowa nie były bełkotem głupca. To on na nowo uczył się mówić w języku, jakim
posługiwał się Colonell, prostym i swobodnym. Ciało instynktownie reagowało na
towarzystwo drugiego, szalenie mu odpowiadającego, bo przy nonszalanckim Colu
oddychał pełną piersią, czując, że naprawdę żyje, a nie trwa w stagnacji
popychany do przodu z dnia na dzień.
W końcu przestał być samotny, co uświadomił sobie
zdecydowanie zbyt późno, zważywszy na czas spędzony z tym lekkoduchem. A czasu
mieli coraz mniej. Gubił się i plątał w refleksjach, chcąc zgłębić ludzką
naturę, a przecież wcale nie musiał tego robić, by móc ją po prostu
zaakceptować. Nie było potrzeby, by dostosowywał się do szybkiego i gwałtownego
trybu życia otaczających go istnień, skoro do pełni szczęścia wystarczył mu
jeden szczególny ludzki osobnik, z którym zaczynał rozumieć się bez słów. Wystarczył
jeden krzywy uśmiech, by poczuł się poruszony jak nigdy przedtem. Jeden gest,
by zapragnął znacznie więcej, niż gotów był prosić w swojej skromności. Jedno
spojrzenie, by utracił siebie, zyskując przy tym o wiele więcej.
Mistrz się nie mylił, uczucia są tym, co mnoży się
poprzez podział. Nie traci się ich bezpowrotnie. Można obdzielić nimi każdego,
a tych nie ubędzie. Zawsze wracają, czasem odwzajemnione, a czasem wręcz
przeciwnie, wzgardzone lub zlekceważone. Mogą wygasnąć, ale nie umrą, bo nigdy
nie były żywe. Stracą na znaczeniu, lecz nie da się ich zapomnieć, gdyż niby
znamiona utrwalają się w pamięci i wspomnieniach. Z czasem tracą też ostrość,
zacierają się jak blizny, pozostawiając po sobie wątpliwą pamiątkę. A czasem…
Czasem, zupełnie tak jak teraz, rozpalają się, wyostrzają i nabierają kształtu tego,
co bliskie sercu. Nie są ranami, skazami czy znamionami. Są ozdobami.
Rozpromieniają wzrok, zachęcają do czynów, o jakie nikt nigdy by siebie nie
podejrzewał. Sprawiają, że świat staje się przyjaznym miejscem dobrym dla
każdego, kto jest dostatecznie dobry dla niego.
Est wyprostował plecy i skrzyżował nogi, przygotowując
się do wejścia w głąb siebie samego. Puszyste futra wyścielające posadzkę
pofałdowały się pod nim, ale zignorował je tak, jak ignorował pozostałe
napływające bodźce. Musiał poukładać siebie od nowa. Dojrzeć umysłem to, co
przeoczyły oczy. Usłyszeć wszystko, co pominęły uszy. Poczuć na wewnętrznej
skórze doznania, jakich mu brakowało.
Nienawidził dotyku, lecz okazał się wybiórczy. Nie
życzył sobie, by ktokolwiek się do niego zbliżał prócz wybrańca, który podszedł
go metodą i oswoił niczym dzikie zwierzę. Pragnął obecności ulubionego
człowieka, który wartością przerósł mistrza, przez co chłopak czuł się jak
niewdzięcznik. Obaj byli dla niego ważni, jak ojciec i brat. Nie, nie brat… Czy
brata można kochać w ten sposób? Czy jest to równie bolesne doświadczenie
przyjemnego rozdzierania na sam jego widok? Czy jest to tęsknota rodząca się po
ujrzeniu tego, o kim z obojętnością myślało się przez wieki samotności? Co
właściwie znaczyło, że kogoś się kocha? Co określał ten jeden wyraz
przez ludzi zwany magicznym, choć nie miał w sobie żadnej mocy tajemnej? Ach, miał
moc, bo nie gorzej niż ona wiązał trzewia w chłodny supeł, wstrzymywał pracę
serca i zapierał dech.
Zapadając się w otchłań przemyśleń, Est tracił resztki
świadomości. Wirował w ciemnym korytarzu prowadzącym do własnego, niedawno
odkrytego uniwersum. Jego powłoka tkwiła w sferze materialnej, podczas gdy duch
wędrował po wielowarstwowej psychice, usuwając zbędne obrazy i wspomnienia,
jakie nasuwała mu nadgorliwa w swej służalczości pamięć. Odpychał to, co złe i
wzbudzające niepokój, koncentrując się na chwilach, w których czuł się dobrze.
Były to sceny wycięte z jego życiorysu i wypełnione po brzegi osobą Colonella,
co nie było żadnym zaskoczeniem. Tego właściwie się spodziewał. Dla takich
wynurzeń robił miejsce w podświadomości, bacznie się im przyglądając.
Wszystko to było absurdalne. Choćby on sam, który nie
posiadał ciała, a jednak odczuwał docierające bodźce mocniej niż w
rzeczywistości. Tutaj nic go nie ograniczało, nawet wyobraźnia kreująca
subiektywny obraz jego samego na potrzeby poznawcze. Nie rozróżniał czy był to
konkretny wytwór fantazji, czy też konieczność nadania mu kształtu i koloru,
nazwania go dla zachowania zdrowia psychicznego. Zresztą nie dbał o to, póki
całość funkcjonowała jak należy i mógł do woli analizować skondensowany świat
zewnętrzny zamknięty w forsownie pracującym umyśle.
Decydując się na jedno ze wspomnień, sięgnął ku niemu.
Ciepła powierzchnia zafalowała pod jego dotykiem, łagodną zmarszczką burząc
porządek żyjących w niej zdarzeń. Znalazł się nagle w innym miejscu i czasie,
kilka dni wstecz. I chociaż moment przejścia był subtelnie delikatny, to i tak
wywołał w nim poczucie niepewności. Czy to naprawdę się zdarzyło, czy jest
wyłącznie marzeniem, które nigdy się nie ziści? Czy prawdą było to, co widzi
jego dusza, czy była to wyłącznie projekcja rozstrojonego umysłu? Jak miał to odróżnić,
nie mogąc być w dwóch miejscach na raz? A jednak był - był kiedyś i jest teraz.
Fenomenalne, niemożliwe do opisania zjawisko. Niezmiennie zadziwiające.
Skutecznie ogłupiające.
Dziwnie było oglądać siebie samego z perspektywy
postronnego obserwatora. Powinien już do tego przywyknąć, lecz mimo
niezliczonych sesji kontemplacyjnych wciąż nie potrafił. Doznanie było
nierealne, przejmowało go dreszczem niepokoju towarzyszącym wrażeniu
rozszczepienia jaźni. Który Estalavanes był autentyczny? Obaj? Jeden był
przeszłością, drugi teraźniejszością? Ale czy wolno tu było mówić o
teraźniejszości?
Obawiał się, że jeśli nie zaprzestanie prób
zrozumienia swojego położenia, to zagrozi mu skrajne rozchwianie tożsamości,
jeśli nie szaleństwo.
Nie musiał podchodzić, by stanąć bliżej wyciągniętego
na łóżku Cola. Nie musiał myśleć, by leżąc na boku, wpatrywać się w twarz o
ciemnej karnacji, pełną czułości i nieznanej emocji, którą bezskutecznie
usiłował rozszyfrować. Nie był w stanie pojąć ani opisać tego, czego nie znał,
dlatego chciał wyłuskać to uczucie ze wspomnienia, na którym jest ono
najbardziej wyraźne, i przeanalizować wydarzenia mające z nim związek.
Ciche pragnienie rozrastało się do niebotycznych
rozmiarów zakrawających o obsesję i nie było na nie rady innej niż spełnienie
nękającej go zachcianki. Spodziewał się, że będzie to trudne zadanie - w końcu
oddzielanie ziaren od plew jest pracą żmudną, niemniej przynoszącą
satysfakcjonujące efekty. Chciał przeżyć ten poranek na nowo; poczuć zapach
ludzkiej skóry rozjaśnionej ćmiącymi lampkami, ujrzeć kolory sielanki tuż przed
wtargnięciem mistrza, na sekundy przed ogłuszającym hukiem, gdy jego z mozołem
budowany świat zawalił się po raz kolejny, pozostawiając go zdruzgotanego,
samego pośród opadającego kurzu i otaczających go ruin.
Dosyć. To on był tu panem i to on wybierał chwile,
które pragnął ujrzeć. Ludzie mogli odebrać mu wszelkie przedmioty, jakie
posiadał, ale nikt nie odbierze mu tej najcenniejszej umiejętności. Nikt nie
odbierze mu troskliwie pielęgnowanych wspomnień ani zdolności ich przeglądania.
Możliwości kryły się w nim samym, czego nauczył się, poświęcając odrobinę własnej
poczytalności, budząc bezużyteczną moc i tracąc dawnego siebie. Rozwinął się,
lecz za niewyobrażalną cenę.
Gdy ponownie popatrzył na przystojną, kochającą twarz,
ogarnęło go przekonanie, że bez względu na koszt, zapłaciłby ją jeszcze raz.
Czy to właśnie była miłość? Jej… przejaw?
Gdyby mógł, zasłoniłby sobie usta dłońmi, a zaraz
potem pociągnął za długie uszy. Nie był zażenowany tym spostrzeżeniem,
wiedział, co przyjaciel do niego czuje. Zawstydzała go natomiast reakcja
widoczna na białym obliczu tuż po przebudzeniu. Nie znał takiego siebie. Nie
rozpoznawał tego roziskrzonego wzroku posyłanego spod przymrużonych rozespaniem
powiek. Nie rozpoznał głosu, którym przerwał delikatną ciszę tuż przed
narodzinami nowego dnia, ale dobitnie czuł zadowolenie płynące ze świadomości,
że ktoś przy nim był. Że ktoś bliski jego sercu czuwał nad jego snem. Troskliwy
i godny zaufania. Kochający. Jego.
To bolało. Ucisk w piersi nasilał się, dławiąc gardło
i szczypiąc pod nieistniejącymi powiekami. Z własnej głupoty może stracić coś
tak cennego, co przecież odwzajemnia. Dlaczego zatem nie powie tego wprost?
Dlaczego te emocje są tak trudne do przełknięcia, jak myśli trudne do
wypowiedzenia? Patrząc na człowieka niejednokrotnie miał ochotę wykrzyczeć mu
to w twarz, lecz gdy przychodził ten najważniejszy moment, usuwał się w cień,
nie chcąc wchodzić udręczonemu w drogę. Czyżby mu się tylko zdawało, że czuje
to samo co Colonell? Może dlatego nie potrafił wydusić z siebie słowa. Może
dlatego przez ostatnie dni unikali siebie nawzajem. Bo kim był biały elf, aby
dopominać się o czyjeś uczucia? Nie zasługiwał na nie. Był ofiarą losu, z
której mistrz usilnie próbował uczynić wojownika na miarę Niedźwiedzi. Nonsens!
Żaden z niego wojownik czy czaromiot. Już zawsze będzie sam. Taki los był mu
pisany od narodzin. A przeznaczenia zapisanego krwią nie da się zmienić!
Ciemność zapanowała wokoło, kiedy odepchnął od siebie
wygaszone wspomnienie. Stał sam wśród pustkowi doskonale odwzorowujących jego
aktualny nastrój, zimnych i ponurych, pozbawionych znaczenia oraz celu.
Najwyższa forma melancholii przybierająca obcą, a zarazem znajomą formę.
Obrócił się, a może to mentalna kraina obróciła się za
niego, podczas gdy on trwał w bezruchu. Nie był pewien. Zadzierając głowę
spojrzał w dwukolorowe ślepia wyzierające z oczodołów smoczej czaszki
obciągniętej cienistą skórą. Były koszmarnie piękne. Takim też zapamiętał
swojego prześladowcę: majestatycznie pięknym. Jeżeli smoki w istocie tak
wyglądały, to były wspaniałe. Potężne i drapieżne. Niezrównane. I zostały
pokonane przez pozornie słabych ludzi. Tak jak on został pokonany przez łowcę,
który ani razu nie wycelował w niego broni. Wręcz go ochraniał, trzymając
zagrożenie na dystans.
Est był ciężarem, który nie powinien był się narodzić.
Przez niego mistrz tracił zdrowie. Przez niego jedynego przyjaciela obarczono
obowiązkiem opiekowania się niezdarną sierotą. Jeśli ktoś był odpowiedzialny za
całe zło tego świata, to tylko Estalavanes: słaby, bezużyteczny, przynoszący
więcej strat aniżeli pożytku. Niepotrzebny nikomu.
Nie chcąc tracić połączenia, przeskoczył w czasie do
wspomnienia pierwszego bezowocnego powrotu ekipy poszukiwawczej z mistrzem,
Colonellem oraz Travisem na czele. Wciąż przerażała go myśl, że gdyby smok
zaatakował powtórnie, zgładziłby trzech ludzi, na których najbardziej mu
zależało.
Pomimo przebywania we wspomnieniu, Est obserwował ich
z ukrycia, jak zwykle niezdolny do ujawnienia swej obarczonej winą obecności. Paskudne
czerwie wyrzutów sumienia wyżerały go od środka, utrzymując w poczuciu ciągłej
obserwacji, jak gdyby najemnicy dostrzegali go, posyłając pełne nienawiści i
pogardy wejrzenia. Nie mogąc już dłużej znieść presji, powiódł wzrokiem po
wyraźnych obliczach, stężałych i zasępionych. Nikt nie zwracał na niego uwagi.
Nikt go nawet nie zauważył. To tylko jego postępująca paranoja w chwilach
słabości dawała o sobie znać ze szczególną zajadłością.
Nie umiał określić czy Col jest wściekły, czy raczej
zrozpaczony. Nawet tu nie miał odwagi podejść do niego. A potem nie miał już
chęci, by go odnaleźć, więc patrzył z daleka i wyciągał wnioski. Czekał na znak
i zapadał się coraz głębiej w depresję, która niby mantrę powtarzała mu, że
lepiej będzie, jeśli odejdzie. Mówiła, że jest tylko jeden sposób i niech się
nie martwi, gdyż wszystko będzie dobrze. Bo jeżeli on nie odda życia, to inni
będą tracili je po kolei, jeden po drugim, dzień po dniu, godzina po godzinie,
sekunda po sekundzie.
Nie chciał tego. Bał się, że będzie bolało. Że się nie
powiedzie. Że niczego to nie zmieni. Bał się życia, ale o wiele bardziej bał
się śmierci, ponieważ to pierwsze choć trochę zdążył poznać, natomiast drugie
było kompletną abstrakcją. A jeśli zdecyduje się odejść, to ze wspomnieniem
tego rozgrzewającego serce uśmiechu smagłego człowieka. Chciał umrzeć wiedząc,
że był na tym świecie ktoś, kto pokochał go naprawdę.
Zabawne jak łatwo przyszło mu pogodzić się z wizją
własnej śmierci. Była najlepszym wyjściem, kończyła bowiem męczarnie zarówno
jego, jak i otoczenia. Nigdy nie będzie silny. Nigdy nie dorówna powściągliwemu
Magowi, niezależnemu Colonellowi, ani Travisowi w jego dążeniach do perfekcji.
Był nikim. Urodził się nikim i umrze jako nikt…
Wybudził się dokładnie w chwili, gdy służąca weszła do
sypialni. Nie usłyszał pukania, w końcu trwał w stanie kontemplacyjnym niemal
całkowicie odcinającym go od rzeczywistości. Speszona dziewczyna zaczęła
przepraszać, kłaniając się nisko, lecz podnoszący się z podłogi Est uciszył ją
gestem, twierdząc, że i tak zamierzał wyjść. Nie podnosząc wzroku na spąsowiałe
policzki zawstydzonej kobiety, wyminął ją w stosownej odległości, czyniąc tak,
jak powiedział.
Prawie skłamał. Wcale nie chciał wychodzić ze swojej
kwatery, ale skoro ona już się tam pojawiła, to nie mógł dłużej zostać. Nie
chciał przeszkadzać.
Nikomu nie chciał przeszkadzać, lecz wciąż tylko
zawadzał. Pora coś z tym zrobić. Zakończyć to raz na zawsze.
***
Koła
załadowanego trupami wozu skrzypiały niemożebnie na wyboistym trakcie,
wprawiając powyginane stalowe pancerze w potworny chrzęst. Brzmiało to
upiornie, jak gdyby zwłoki rycerzy poszukiwały wygodnej pozycji do ostatniego
spoczynku. Zaprzęgnięty doń masywny wałach nawet nie parsknął, jakby udzieliła
mu się powaga otaczających go żałobników, zaś nocne ptactwo ze swych gniazd
obserwowało pochód ludzi zastanawiając się, co też te dziwne stworzenia
wymyśliły tym razem. Wyłącznie owady niczym się nie przejmowały. Brzęcząc,
bzycząc i cykając irytowały najemników, jakby mało im było powodów do
zmartwień.
Colonell wysforował się naprzód, chcąc uciec od
odpowiedzialności postępującej tuż za nim w postaci konduktu żałobnego, lecz
wszystko wokół przywodziło najgorsze skojarzenia desperackich poszukiwań.
Gorycz porażki. Ból straty. Następstwa z pozoru nic nie znaczącej decyzji. Był
przekonany, że jeszcze przez długi czas nie będzie radził sobie z emocjami
wypalającymi go od środka.
Nie miał już dokąd uciekać. Ostatnią osobę, u której
mógłby znaleźć pocieszenie, posłał na ogarnięte wojną południe. Możliwe, że
także na śmierć, jak piątkę dobrych zwiadowców. Nie było po co jechać do
Adeili, bo nie było już nikogo, kto czekałby tam na niego z otwartymi
ramionami. Kiria także już na niego nie czekała. Od dawna. Zrezygnowała z
niego, gdy sama zaczęła o siebie dbać. Gdy przestała go potrzebować i gdy
konflikt interesów poróżnił najlepszych przyjaciół. To były jego wybory, więc
nie powinien szukać winnych pośród ludzi, z którymi kiedyś wiązał swój los.
Wycieńczony ponad swoje możliwości słaniał się na
nogach brudny i obolały, zdołał jednak przyspieszyć kroku, zostawiając resztę
za sobą, jak gdyby z lekkością mógł odsunąć od siebie wszystkie problemy,
wyzbyć się rozdzierającego serce żalu. To on miał być wśród nich. Zadręczał się
tą myślą, podobnie jak męczyło go wrażenie niespełnionego obowiązku i utraty
zaufania względem siebie. I po co to? Dla ulotnej chwili spędzonej z Estim? To
nie był pierwszy niewykonany rozkaz w jego karierze, lecz pierwszy, który
przyniósł tak brutalne skutki. Jedyne, co mu z tego przyszło, to rozczarowanie
własnym postępowaniem.
Bezwładne, niedojedzone i rozwleczone sylwetki raz po
raz przewijały się pod spuchniętymi powiekami, gdy zbyt długo trzymał je
zamknięte. Nie chciał mrugać, choć nie potrafił przestać. Ciało samo reagowało
na potrzeby, nie wymagało rozbitej na kawałeczki woli, by działać na najniższym
możliwym poziomie. Póki starczy mu sił, póty będzie walczył. Aż w końcu padnie.
Gdzie bądź.
Nie pozdrowił wartowników wychylających się ponad
bramą, wyczekujących powrotu braci, honorujących milczeniem ludzi, których Col
nieświadomie zabił jednym głupim rozkazem. Ani się obejrzał, już stał przy
studni, przywiedziony impulsem poszukiwania jedynego spokojnego, nisko
położonego punktu w Twierdzy, ciemnego jak sama noc, cichego jak nadejście
śmierci. Mimowolnie nabrał czerpakiem wody ze stojącego obok wiadra i pociągnął
kilka solidnych łyków, zupełnie ignorując ból warg i gardła wyschniętych z
pragnienia. Gapiąc się bezmyślnie w swoje rozmyte odbicie, zanurzył dłonie w
wodzie i przemył twarz, ochlapując ją kilka razy. Nie zdołał jednak zmyć z niej
cierpienia i poczucia straty, suchych łez i niewykrzyczanej udręki, ani nawet
zmęczenia, które nie minęło. Odległe dźwięki turkoczącego wozu i tupotu stóp kilkudziesięciu
ludzi docierały do niego również tutaj, w miejscu uchodzącym za jego kryjówkę.
Pochylony nad cembrowiną oparł się o nią rękami,
przymykając oczy i oddając honory poległym towarzyszom. Wielu już pożegnał,
przechodząc nad ich stratą do porządku dziennego, na czym więc polegała
różnica? Dlaczego mieli być traktowani inaczej niż reszta?
Bo zginęli przez niego.
Pociągnął nosem i szeroko otworzył oczy, czując jak
coś opada na jego obleczone pancerzem plecy. Przeszedł go dreszcz, zaraz
zatuszowany otarciem brody z kropel brudnej wody.
To był najgorszy moment na spotkanie.
- Przepraszam... – bolesny szept był wyłącznie szmerem
wiatru układającym się w pojedyncze słowo, lecz ciężar na plecach zadawał kłam
temu wrażeniu. - Najmocniej cię przepraszam, Col.
Est oparł czoło o zgarbione plecy przyjaciela. Tak
bardzo pragnął go dotknąć, poczuć szorstką ludzką skórę pod opuszkami, że
bezwiednie położył dłonie tuż przy swoich uszach. Colonell był realny. Tak
bardzo prawdziwy, że zrobiło mu się słabo od atakujących go parszywych myśli.
Musiał zacisnąć usta, by pohamować napływające z serca uczucia, które tak długo
tłumił w sobie, że groziły atakiem histerii. Smukłe palce zwinął w pięści i
docisnął do podniszczonego pancerza.
Col nie odpowiedział. Nie szkodzi. To on wypełni ciszę
swoim głosem, którego nie znosił. Którym znów zaczynał gardzić.
- Przepraszam, Col. To z mojej winy zginęli twoi
ludzie. Gdyby nie ja, smoka by tutaj nie było… Chciałbym móc cofnąć czas.
Chciałbym być na tyle silny, by nie dopuścić do tego ponownie. Ale jestem
beznadziejny. Słaby. Bez perspektyw i nadziei. Przepraszam.
Colonell nie wiedział, co ze sobą począć. Co począć z
trzęsącym się jak osika na wietrze dzieciakiem. Sam fakt, że tu przyszedł,
świadczył na jego korzyść. Jego słowa mówiły same za siebie, a dotyk… Dotyk
zburzył wszelkie postanowienia, jakie człowiek stawiał na swojej drodze.
Odepchnąwszy się od kamiennego murka otaczającego
studnię odwrócił się i nim Est opuścił ręce, ujął jego dłonie we własne,
większe i brudne. Nieskazitelne białe palce były zimne. I drżały.
Nie był gotów spojrzeć w zielone oczy o rozszerzonych
źrenicach. Nie był gotów ani na spotkanie z nim, ani na rozmowę o tym, co
należało przemilczeć. A mimo to odezwał się wreszcie, choć głos miał wyprany z
emocji i obojętny jak on sam.
- Dziękuję, Esti. Naprawdę potrzebuję spokoju, żeby
wszystko przemyśleć. Żeby wszystko wróciło do normy. Nie zadręczaj się, to nie
twoja wina.
Po raz ostatni ścisnął jego dłonie i puścił je,
zamierzając wyminąć chłopaka wcale na niego nie patrząc, bo jeśli choć raz
zerknie w to przygaszone oblicze, to próżny jego trud utrzymania się w ryzach.
Nie chciał, by Esti widział go w takim stanie, by uczestniczył w chwili jego
największej słabości.
- Col! Proszę, rozmawiaj ze mną!
To nie był okrzyk, choć w przerywanej odgłosami
pracujących najemników ciszy nocy mógł za takowy uchodzić. Stanowczość elfa
pobrzmiewała głęboką determinacją i przeświadczeniem. To nie był niepewny
dzieciak chcący się wyżalić. Tak zachowywali się ludzie potrzebujący rozmowy
jak ostatniej deski ratunku przed zatonięciem.
Colonell zatrzymał się, co było pierwszym błędem na
drodze do utrzymania względnego opanowania.
- Nie, a przynajmniej nie teraz – mruknął. - Mogę być
wyjątkowo nieprzyjemny. A nie chcę. Nie wobec ciebie, dzieciaku.
- Droga wolna, bądź nieprzyjemny! - Est nie poddawał
się. Musiał z nim porozmawiać, bo mogła to być ich ostatnia rozmowa, ostatni
moment, by powiedzieć sobie wszystko, przedstawić wzajemnie stanowiska i
zrozumieć je. - Chcę cię poznać z każdej strony, nawet tej nieprzyjemnej. Jeśli
sprawi to, że poczujesz się lepiej, to nie mam obiekcji, bądź nieprzyjemny.
Przygnębiony ruszył w stronę zwiadowcy podpartego o
ścianę Głównego Budynku. Wyminął go, by móc stanąć na wprost i zajrzeć w
nieprzychylną twarz.
- Tylko, jak rany, spójrz na mnie - błagał. -
Choć raz. Nie zostawiaj mnie… samego… z tym poczuciem winy. Proszę, ostatni
raz.
Est ujął w roztrzęsione dłonie jego zarośniętą brodę i
powoli skierował śniadą twarz w swoją stronę, wciąż nie napotykając jego
wzroku. Wiecznie żywy, roznoszony przez energię mężczyzna wyglądał żałośnie i
marnie, jak cień samego siebie. Schudł. Jego podkrążone oczy utraciły blask.
Col zdawał się nieporuszony jego zabiegami.
Oszołomienie nie znajdowało ujścia, zdumienie będące wynikiem kontaktu
fizycznego gubiło się wśród kipiących w nim emocji. Nie mógł pozwolić sobie na
wyładowanie frustracji na Estim. Nie w sposób, który bezwarunkowo wymagał
udziału drugiego mężczyzny. Nie chciał uczynić dzieciakowi krzywdy, poza tym
nie tak wyobrażał sobie ich pierwszy wspólny raz.
- To nie twoja wina, Esti - powtórzył stanowczo.
Delikatnie chwycił go za nadgarstki i odsunął jego ręce od swoich policzków,
ani razu nie podnosząc oczu. Wycofał się, a ponieważ chłopak zastępował mu
drogę, zmuszony był wybrać inną ścieżkę. - Nikt nie wie co ich zabiło, przestań
się zadręczać.
- To ty się zadręczasz! Nie wytykaj mi czegoś, nad
czym sam nie panujesz! I owszem, wiadomo co ich zabiło! Na pewno nie ty! Jeżeli
potrzebujesz pobyć sam, zrozumiem to. Uszanuję twoją wolę, ale wiesz co? Miałeś
rację. Jeśli będziemy razem, będziemy bezpieczni. Teraz to wiem. Teraz to
widzę. Bo tylko łącząc siły mamy szansę na przetrwanie tego, co nas czeka. W
pojedynkę możemy równie dobrze zabić się już teraz, oszczędzając bólu innym! I
sobie samym.
Colonell znów się zatrzymał, popełniając po raz drugi
ten sam błąd. Zawziętość Estiego irytowała go, zupełnie jak moskit uparcie
atakujący odsłonięte kawałki jego spoconej, brudnej skóry.
- Wykorzystujesz moje słowa w najbardziej dogodnych
dla siebie momentach, oczekując, że będę chciał z tobą rozmawiać, dzieciaku?!
Proszę o chwilę spokoju! Daj mi czas.
- Przyjąłem do wiadomości. - Gniew chłopaka ostygł,
jednak nie wygasł całkowicie. Zmienił ton na chłodniejszy, nieco skruszony i
pozbawiony odznaczającej się ostrością werwy sprzed chwili. - Tylko nie myśl
sobie, że za każdym razem, gdy będzie ci źle, będziesz mógł ot tak sobie
odsuwać mnie na bok. Jeśli chcesz, byśmy…
Moment wahania skołował Esta, jakby nagle dotarł do
niego sens wypowiadanych w afekcie słów. Lękał się tego momentu, a on przyszedł
tak nagle i naturalnie, jakby właśnie wybiła jego godzina.
- Col, jeśli chcemy być razem, musimy poświęcić swoją
niezależność. A przede wszystkim musimy się zaangażować w cel, do którego
będziemy dążyć. Ja tego chcę. Razem z tobą. Wspólnie. Bo na tym to polega.
Trzeci i finalny błąd kosztował Cola pełną, dotychczas
konsekwentnie podtrzymywaną kontrolę. Z mocno bijącym sercem obrócił się, gotów
podejść do Estiego, lecz jego już nigdzie nie było. Stojąc w miejscu rozejrzał
się uważnie, niestety bezskutecznie, bo zmęczenie kładło się mgłą na jego oczach.
Pędem dotarł do punktu, w którym ostatni raz widział chłopaka, ale ten zniknął.
Skurczybyk pojawiał się i znikał jak mu się żywnie podobało. Był w tym świetny.
Colonell nerwowym ruchem przeczesał włosy,
przytrzymując dłoń w rękawicy na swędzącym karku. Nie rozmawiali tyle czasu…
Czyżby coś się zmieniło, czego na pierwszy rzut oka nie dojrzał? W myślach
prześledził bieg rozmowy, lecz otępiały rozum nie chciał współpracować.
Powinien wreszcie odpocząć. Sprawdzić jak postępują
prace, przyjąć od Maga instrukcje dotyczące pochówku i po prostu paść na
pryczę, zapominając o całym świecie. Jutro też będzie dzień. Jutro dopełni
ceremonii pogrzebowej z wszelkim poszanowaniem godności chłopaków, znajdzie
tego cholernego dzieciaka i postawi sprawę jasno. Znajdzie tego, który właśnie
wyznał mu miłość na swój nieporadny sposób.

