Przycupnął na najniższym stopniu schodów
prowadzących do Głównego Budynku. Ogarnięty apatią patrzył przed siebie nie
dostrzegając nikogo ani niczego, choć na dziedzińcu o tej porze panował tłok.
Bezmyślnie skubał zapięcie czarnej rękawiczki, niewielką książeczkę trzymając
na podciągniętych pod brodę kolanach.
Nie
zwrócił uwagi na przyłączającego się doń Colonella. Zupełnie bezwładny,
obojętnie przyjmował przyjacielskie kuksańce zatroskanego człowieka. Siedział
odrętwiały, zdjęty niemocą, jak gdyby tłumiony żal oraz niegasnąca wściekłość
wyczerpały go do cna. Kiedy podeszła do nich Leos i zwiadowca dowiedział się o
planie zabrania jej ze sobą, bierne uczestnictwo w sprzeczce również na niego
nie wpłynęło. Nie widział nawet paladyna siodłającego pięknego białego rumaka
bojowego. Myślami Estalavanes przebywał w innym miejscu - sam nie wiedział
gdzie konkretnie. Po prostu nie istniał. Wkrótce został sam, ale na krótką
chwilę. Dopiero gdy cała trójka stanęła naprzeciwko niego, podniósł opieszale
głowę i z początku nie rozpoznając ich, popatrzył kolejno w twarze przybyszów. Zmartwiona
Leos, zasępiony Colonell i… Aarim kłamca!
To
był instynkt, pierwotny i niepohamowany, jakiemu pogrążony w rozpaczy chłopak
oddał się bez wahania. Niepomny na tomik zalegający na kolanach Est niby wąż
spiął się do ataku. Z grymasem furii obnażającym kły runął na księcia, który z
ledwością odskoczył na bezpieczną odległość, prosto w tłum ludzi.
Zdezorientowani
najemnicy błyskawicznie odzyskali rezon i rozproszyli się; otaczając walczących
ciasnym kręgiem czujnie obserwowali gwałtowne zajście.
Est
uniósł zaciśnięte pięści, nie spuszczając dzikiego wzroku z rycerza
przyjmującego postawę defensywną i upewniającego się pospiesznie, czy nikt ze
zgromadzonych nie ucierpiał. Zaklinacz Żywiołów stanowił zagrożenie dla
wszystkich bez wyjątku.
-
Oszukałeś mnie! - wywrzeszczał Est, okrążając księcia. - Każde twoje słowo było
wierutną bujdą, zasłoną skrywającą prawdziwe intencje!
-
Nie oszukałem cię, Estalavanesie. - Aarim nieco opuścił gardę, zaraz jednak
zręcznie uniknął napaści rozwścieczonego półsmoka. Chłopak był szybki, amok dodatkowo
napędzał jego celnie wymierzone uderzenia. - Nie szukaj zatem winnych tam,
gdzie ich nie ma.
-
Przestań łżeć! Wiesz więcej niż zdradzasz!
-
Owszem. Nie ma powodu, by wtajemniczać najemnych w dalekosiężne plany króla
Estarionu.
Pomimo
solidnej postury Aarim uskoczył zwinnie w bok. Nie zamierzał walczyć z
rozsierdzonym Zaklinaczem Żywiołów, lecz napastnik wyraźnie dawał mu do
zrozumienia, że nie odstąpi. Bójka nie została wszczęta z myślą o śmierci
jednego z nich, Estalavanes zwyczajnie potrzebował wyładować na kimś ciążącą mu
frustrację. Niebianin spróbował złagodzić wpływ szkodliwych uczuć, niestety bezskutecznie.
-
Ani się waż używać na mnie tej swojej przeklętej aury!
Est
zamarkował cios z prawej w szczękę księcia i z zadowoleniem przyjął, że
przeciwnik dał się zapędzić w pułapkę. Szeroka zasłona z obleczonych błękitem przedramion
przesunęła się ku głowie, odsłaniając niczym nie chroniony brzuch. Chłopak natarł
z całą siłą oraz prędkością zrodzoną z gniewu. Szybki skręt tułowia i urękawiczniona
pięść wyprowadzona od dołu trafiła prosto w żołądek, którego nie osłoniły nawet
twarde mięśnie.
Rozległy
się okrzyki zagrzewające braci do walki. Znajdujący się najbliżej najemnicy
gotowi byli wesprzeć swego bohatera, podczas gdy chwilowo obezwładniony rycerz,
odkasłując, zgiął się wpół. Opętany szaleństwem Est byłby dokończył dzieła
kopnięciem z kolana mającym złamać mu nos, gdyby nie silne ramiona skutecznie
odciągające go od ofiary.
-
Puszczaj mnie! Jeszcze z nim nie skończyłem! – Szarpał się, ale chwyt Cola był
jak imadło. - Słyszysz mnie?! Puść wreszcie!
-
Uspokój się, dzieciaku! Pojebało cię, żeby wdawać się w bójki na dziedzińcu?!
Przodownik
nie wyglądał jakby utrzymanie agresora w ryzach sprawiało mu trudność. Wręcz
przeciwnie, dźwignął go nad ziemię i z łatwością poniósł z dala od księcia, do
którego natychmiast podbiegła zaniepokojona Leos.
Wartownicy
na blankach ściskali w dłoniach łuki o napiętych do strzału cięciwach. Kilku najemników
przerwało przygotowania do zwiadu i dobyło mieczy, a pozostali zrobili im
miejsce, poszerzając prowizoryczną arenę. Wystarczył impuls, by sytuacja
wymknęła się spod kontroli, dlatego Colonell puścił rozjuszonego chłopaka i
pchnął go w kierunku koni. Donośnym, nieznoszącym sprzeciwu tonem zawołał do
zgromadzonych, by schowali broń i wrócili do swoich obowiązków. Nie wiedział
czy to jego głos, czy też siła przekazu zadziałała na nich w ten sposób, ale
wojownicy jak jeden mąż posłuchali, a nawet pomogli rozpędzić ciekawski tłum.
Przodownik
rzucił szybkim spojrzeniem na czarodziejkę i paladyna. Stwierdziwszy, że zleceniodawca
nie doznał obrażeń w wyniku potyczki, podszedł do skulonego na ubitej ziemi
partnera. Est siedział z nogami pod brodą i policzkami wciśniętymi między
kolana. I chociaż Col widział wyłącznie jego opuszczone nisko uszy, to było mu
żal tego rozgoryczonego szczeniaka.
-
Co w ciebie wstąpiło żeby ruszać z pięściami na zleceniodawcę i królewskiego
syna? - Wydobył zza pasa książkę w wytartej oprawie i położył ją na ziemi obok chłopaka.
Siadając tuż przy nim objął go ramieniem. - Nie żebym sam nie miał na to
ochoty, ale ty? Nie poznaję cię, dzieciaku. Co się stało? Dlaczego wykrzyczałeś
mu w twarz, że cię oszukał? Chciałbym wiedzieć czy rzeczywiście zasłużył na
wpierdol.
Nie
doczekał się odpowiedzi.
-
Esti?
-
Pozwól mi ochłonąć...
Colonell
bardziej domyślił się jego słów niż je usłyszał, lecz przystał na prośbę i
więcej się nie odezwał. Widok zagorzałego pacyfisty uciekającego się do
przemocy poniekąd nim wstrząsnął. Cokolwiek się wydarzyło, odbiło się traumą na
wrażliwym chłopaku, aż zatracił się we własnych emocjach.
Obejmując
jego gwałtownie unoszące się plecy, przodownik rozejrzał się uważnie. Ludzie
mijali ich szerokim łukiem, zaciekawieni i nie mniej ostrożni. Strażnicy na
murach opuścili broń, wciąż bacznie obserwując złotowłosego przybysza
rozmawiającego z córką przywódcy. Wyczuwające napięcie konie parskały, drąc
ziemię kopytami. A on zapragnął być jak najdalej stąd, poza granicami obłędu pochłaniającego
znany mu świat.
Wisząca
między nimi cisza dręczyła go, toteż chętnie ją przerwał.
-
Dlaczego mnie nie dziwi, że postanowiłeś zabrać z nami Leos? - mruknął z
udawanym zdumieniem. - Wiesz, Esti, że może to i lepiej? Jako jedyna dogaduje
się z paladyńcem, a to znaczy, że będziemy mieli więcej czasu dla siebie. Co ty
na to, by po tym wszystkim osiąść w jakimś bezludnym miejscu tylko we dwóch?
Żyć z dala od królów, rycerzy, smoków i co to tam jeszcze nas spotka… Esti?
Est
odtrącił głaszczącą go dłoń i chwytając dziennik poderwał się z ziemi. Wyminął ogarniętego
bezsilnością partnera, który, niezdolny do jakiejkolwiek reakcji, odprowadził
go wzrokiem aż do Wieży Czarodziejów.
Col
po cichu liczył, że w zaciszu sypialni dzieciak dojdzie do siebie i wróci
spakowany, by z nową energią rozpocząć podróż życia. Pierwszą i być może
ostatnią. Nie tracił jednak nadziei że pożyją na tyle długo, by ziściło się
jego ciche marzenie o skromnym domku w górach.
***
Matowy czarny pancerz wyglądał jak z
warsztatu. Uszkodzone płaty wzmocnionej skóry wymieniono, a paski i sprzączki
naoliwiono, tak że całość nie ustępowała zbroi sprzed bitwy. Kuśnierz Jan z
Adeili był artystą w swym fachu, aczkolwiek rzemieślnikom z Twierdzy również
wiele nie brakowało. I chociaż Est nie był w nastroju do podziwiania
czegokolwiek, to kunszt wykonania cieszył jego oko.
Bez
zbędnego pośpiechu zaczął nakładać na siebie kolejne elementy stroju: krótki kirys
zasłaniający klatkę piersiową i plecy, karwasze, naramienniki, osłony na uda
oraz szeroki pas z rzemiennymi pętelkami podtrzymującymi mieszki i troczkami oplatającymi
flaszeczki. Całości dopełniły ciężkie, sznurowane pod kolana buty z klamrami.
Lekka
zbroja leżała nań jak druga skóra.
Obejrzał
się w lustrze i beznamiętnie skonstatował, że prezentuje się zgodnie z
samopoczuciem. Biało-czarny. Wyprany z kolorów. Wyprany z uczuć. Wszystko w co
wierzył okazało się kłamstwem wciągającym jak grząskie bagno. A on w swej
próżności brnął w nie z głupim przeświadczeniem, że jest panem swego losu.
Nagły
wybuch gniewu na widok Aarima przestraszył go. Spanikował nie rozumiejąc, co
się z nim dzieje, bo nigdy dotąd nie odczuwał tak intensywnie negatywnych
emocji. Nie wiedział czy wywołała je nieposkromiona moc, czy tak jak mówił
mistrz, zmiany zachodzące w nim samym. Nie chciał tego. Jedyne czego pragnął to
zostać tu, z nauczycielem, trenować sztuki walki, medytować, obcować z
żywiołami i spędzać czas wolny z przyjacielem. Wegetować w poczuciu
stabilizacji i rutyny.
Ale
to wszystko bezpowrotnie minęło; pozostanie już tylko bolesnym, melancholijnym
wspomnieniem, do którego będzie wracał i na myśl o którym w jego sercu zapanuje
pustka. Tak ma być. Takie jest dorosłe życie: pełne rozczarowań, niepewności
oraz brutalnych zderzeń z rzeczywistością. Nie będzie mistrza z łatwością wyciągającego
go z wszelkich tarapatów. Nie będzie ludzi przejmujących odpowiedzialność za
jego czyny. Sam będzie musiał zadbać o siebie i własne potrzeby, zadbać o
przyjaciół... A wówczas oni zadbają o niego. Będą współzależni bez względu na
okoliczności.
Ta
przenikliwa refleksja w przytłaczającym świetle przemian była jedynym
pocieszeniem, jakiego uczepił się tonący w depresji chłopak. Z ociąganiem
sięgnął po rękawiczkę leżącą na komodzie tuż obok zwiniętej peleryny – pierwszego
podarku od mistrza - wewnątrz której spoczywał dziennik o pożółkłych kartach będący
najświeższą, a zarazem ostatnią pamiątką po nim.
Szarpnięciem
zdjął z lewej dłoni podniszczoną rękawiczkę i włożył nową, zasłaniając przed
niepowołanymi spojrzeniami ślad złocącego się pod skórą artefaktu. Poruszył
palcami dla lepszego dopasowania, pokręcił nadgarstkiem, by zamaskowała obręcz
i wziął pelerynę, którą dołożył do ustawionych pod komodą pakunków. Ze
stęknięciem zarzucił cały swój dobytek na grzbiet. Nie było tego wiele. Nie
przywiązywał się do przedmiotów, gdyż łatwo można je stracić. I, jak na jego
gust, za często zmieniały właścicieli.
Idąc
obładowany do drzwi, złapał gładki hebanowy kostur zwieńczony na obu końcach
stalowymi okuciami i ostatni raz przyjrzał się komnacie. Była prawie tak opustoszała
jak w dniu, w którym pierwszy raz ją ujrzał. Przymknął na moment powieki
chłonąc znajome zapachy oraz zapamiętując każdy detal sypialni. I chociaż
spędził w Twierdzy tylko rok, to odnosił wrażenie, jakby wraz ze starymi
drzwiami zamykał całą swoją młodość.
***
Promienie słońca przelewały się już
nad murami, kiedy Zaklinacz Żywiołów wyłonił się z wieży i podążył ku
czekającym towarzyszom. Ruch na dziedzińcu wyraźnie zmalał, lecz dla Esta nadal
było zbyt tłoczno. Nie chciał patrzeć w oczy mijanym ludziom. Nie chciał ich
witać, ale nie potrafił powstrzymać tego grzecznościowego odruchu. Szedł z
wysoko uniesionym czołem i czuł się z tym nieswojo, musiał jednak nad sobą
panować. Tak jak uczył go mistrz.
Wielofasetowy
szafir posyłał wokoło błękitne błyski, gdy Leos mocowała zdobiony srebrnymi
pnączami kostur przy siodle srokatego ogiera. Est rozpoznał w nim konia, na
którym ćwiczył jeździectwo i na grzbiecie którego pierwszy raz udał się do
Adeili. Uśmiechnął się do starych dziejów. Zaraz spoważniał, spoglądając na
młodego rycerza. Musieli się dogadać, zwłaszcza że od teraz będą dzielić ze
sobą trudy podróży oraz wyzwania codzienności.
Biorąc
się w garść, podszedł do niebianina. Zatrzymując się na wprost niego, czysto
ludzkim gestem wyciągnął ku niemu rękę, za nic mając zdumienie przyjaciół oraz
przypadkowych gapiów. Estalavanes nigdy nie podawał dłoni.
-
Przepraszam Aarimie - zaczął oficjalnie - moje zachowanie względem ciebie było
niedopuszczalne. Niesłusznie wyładowałem na tobie złość, nie uczyniłeś mi bowiem
żadnej krzywdy. Upraszam o wybaczenie.
Książę
skierował wzrok na białą dłoń i uścisnął ją, puszczając bójkę w niepamięć. Est
był przekonany, że w obojętnych oczach zleceniodawcy pojawił się cień
zaskoczenia, zupełnie jak wtedy, gdy został zaatakowany.
-
Estalavanesie, gdybym spodziewał się takiego obrotu spraw, poradziłbym sobie z
twoimi pięściami. Uznajmy zatem ten incydent za namiastkę twych możliwości. I
nie zwlekajmy dłużej, słońce niebawem stanie w zenicie. Mamy kilka godzin
opóźnienia.
Aarim
spojrzał na każdego członka drużyny z osobna i z gracją wspiął się na siodło.
Est dopiero na tle tutejszych wierzchowców zauważył, jak ogromny i umięśniony
jest rumak bojowy rycerza. Nieskazitelnie biała sierść błyszczała. Gęsta grzywa
oraz ogon lśniły w słońcu, gdy koń potrząsał wielkim łbem, przydając księciu dostojeństwa.
Sprawiał wrażenie nawykłego do wojaczki i chociaż nie rwał się do drogi, to zdawał
się być żywiołowym stworzeniem. Kojarzył mu się z łagodnym Olbrzymem ze stajni
w Twierdzy.
Col
szturchnął zapatrzonego Esta w bark i podał mu wodze ogiera o czarnej jak noc
maści. Koń prychnął nagląco, trącając ciepłymi chrapami wierzch dłoni, w której
chłopak trzymał wodze.
Rozbawiony
tą czułością Est pogładził pysk niecierpliwego zwierzęcia, poklepał muskularną szyję
i zajął się przytraczaniem pakunków do siodła. Wetknął kostur do tulei, a pelerynę
za przedni łęk siodła. Ostatni raz sprawdził zapięcia, wsunął stopę w żelazne
strzemię i dosiadł karego rumaka, który zatańczył pod nim żywo.
Przodownik
podprowadził gniadą klacz bliżej karosza przyjaciela.
-
Zapamiętaj ten widok Esti, tylko nie patrz w tył - ostrzegł go, na co chłopak
zareagował zmarszczeniem brwi. Ludzie z Twierdzy mieli bzika na punkcie
nieoglądania się za siebie. - Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że widzę to miejsce
ostatni raz w życiu.
-
Prawdopodobnie tak jest, Col. Prawdopodobnie widzimy je ostatni raz w życiu.
Est
powiódł wzrokiem po starych murach, rzucających wyzwanie niebu wieżach
ogniowych oraz przysadzistych budynkach i straganach handlarzy. Każda z tych konstrukcji,
najmniejszy ze składających się na nie kamieni zawierał w sobie pamięć wielu
pokoleń mieszkających w ogromnej fortecy, wielu bitew rozegranych pod murami i między
nimi. Nie wyobrażał sobie istoty mogącej rozbić solidne obwarowania i zburzyć zwaliste
budowle.
“Lepiej
żeby was tu nie było, kiedy nastąpi nieuniknione.” Co mistrz miał na myśli?
Czego nie wyjawił uczniowi? I dlaczego? Czy gdyby zerknął do dziennika,
znalazłby odpowiedź? Wolał tego nie robić. Rany były świeże, nie chciał rozdrapywać
ich zapiskami sędziwego wieszcza.
Klepnięcie
w udo wyrwało go z zamyślenia. Obejrzał się na partnera, który ruchem głowy
wskazał oddalających się wierzchem Leos oraz Aarima, lecz pewien szczegół
pociągłej wytatuowanej twarzy kazał dokładniej mu się przypatrzeć...
Gęstniejącą
brodę porastającą całą szczękę zastąpił elegancko przystrzyżony zarost
okalający wyłącznie usta. Jeden mały akcent, który w tak wielkim stopniu
odmienił śniadego mężczyznę, o dziwo naturalnie do niego pasował. Akcent, który
w połączeniu z krzywym uśmiechem zmiótł wszelkie myśli z głowy chłopaka pozostawiając
tylko jedną, skandaliczną i mocno niemoralną.
Zadowolony
z efektu Colonell mrugnął znacząco. W jego ciemnozielonych oczach rozbłysła frywolna
iskierka.
-
Po braku komentarza i twoim spojrzeniu wnioskuję, że ci się podoba. Nie
zostawaj w tyle, dzieciaku.
-
Będziesz teraz dla mnie bardziej... charakterystyczny. - Est nie pozwolił się
podejść, lecz zachwycony uśmieszek błąkający się po jego wargach mówił to,
czego nie wypowiedziały usta. - Wszyscy wyglądacie dla mnie jednakowo.
-
Dotąd nie zdarzyło ci się pomylić mnie z kimkolwiek innym. Powinienem być z
ciebie dumny czy raczej zganić cię za kłamstwo?
Col
pozdrowił wartowników i wyjechał przez zacienioną bramę w towarzystwie Esta. Nagle,
jakby przypomniał sobie o czymś, obrócił się przejęty.
-
Nie jadłeś śniadania. No i ten wybuch sprzed chwili. Wszystko w porządku? Do
Adeili długa droga, a i tam nie wiadomo co nas czeka.
-
Jedziemy do Adeili?
Dłoń
w rękawicy strzeleckiej powędrowała do pobrużdżonego niedowierzaniem czoła.
-
Nie wytrzymam z tobą, dzieciaku… Myślisz że skąd przyjechał paladyniec?
Jedziemy do stolicy, a miasto garnizonowe będzie pierwszym przystankiem na
naszej drodze. Wstydu nie masz? Wplątałeś mnie w swoje zawiłe plany, a sam nie
masz pojęcia dokąd w ogóle jedziesz?
-
Jak rany, nie było okazji… A zresztą, nie ma znaczenia dokąd nas zaprowadzi. I
tak nie mamy wyboru, prawda?
-
Zawsze jest wybór. - Col wzruszył ramionami grzebiąc w torbie przymocowanej do
przedniego łęku siodła. - Chcesz bułeczkę? - zaproponował z rozbrajającym
uśmiechem.
-
Dziękuję za troskę, nie jestem głodny. Poza tym czuję się, jakby coś mnie
przeżuło i wypluło tylko po to, by znów miało mnie przeżuć. - Chłopak westchnął
ciężarem ostatnich godzin i prędko odrzucił niechciane myśli. - Po prostu… za
dużo tego.
-
Nasze przyzwoitki wysforowały się na sam przód, więc możemy pogadać jeśli coś
cię trapi.
Est
utkwił wzrok w grzywie wierzchowca, który lekkim krokiem przemierzał gościniec,
niespiesznie doganiając czworonożnych kompanów.
-
Dziękuję, Col, wolałbym trochę pomyśleć i uporządkować je. Znaczy myśli. Od
rana wydarzyło się tyle, że przestałem czuć grunt pod stopami.
Col
wychylił się do niego na ile pozwoliły im konie.
-
Rozstania potrafią kurewsko dopiec. Obiecujesz opowiedzieć mi wszystko w swoim
czasie?
-
Obiecuję. W swoim czasie.
-
Grzeczny chłopiec. - Nie zważając na przyglądających im się wartowników,
zwiadowca przechylił się w siodle i pocałował chłopaka w skroń. - I nie
zadręczaj się tak. Damy radę. Ty i ja przeciwko całemu światu.
Tak
jak poprosił, Est został sam na sam z wewnętrznymi demonami. A przynajmniej z
jednym, którego był w stanie wyszczególnić na podstawie niejasnych myśli oraz
nie do końca zrozumiałych wrażeń.
Ty i ja przeciwko całemu światu - powtórzył bezsłownie. Jak para zakochanych do szaleństwa durniów wierzymy,
że miłością przezwyciężymy każdą przeszkodę. Że nasza nieśmiertelność będzie
trwała w nieskończoność. Cóż jednak pozostało nam poza marzeniami? Pozostało
nam o nie walczyć, walczyć o ich spełnienie. Mamy wybór. Zawsze mamy wybór.
Est
był dozgonnie wdzięczny przyjaciołom za to, że uszanowali jego potrzebę
samotności, nie miał bowiem siły rozmawiać z nikim, nawet z kochankiem i
powiernikiem najskrytszych myśli. Col rozumiał go. Leos również. A on ufał im,
ponieważ z własnej woli wyruszyli z nim w drogę za nic mając niewygody i
niebezpieczeństwa. Bo i oni ufali jemu.
Nie
podnosząc głowy zerknął spod brwi w kierunku przyjaciół i poczuł jak mrok w
sercu odrobinę się rozwiewa. Colonell, Leos i on. Oraz tajemniczy Aarim. Nie
ulegało wątpliwości że w końcu się z nim dogada, nawet Col potrafił nawiązać
nikłą nić porozumienia z osobami, których nie lubił, i to wyłącznie w celu
powodzenia misji. W przypadku przodownika okupione to będzie niejedną
złośliwością i awanturą, może rękoczynami, ale w momencie zagrożenia jego łuk i
sztylety nie zawahają się bronić zleceniodawcy.
Tymczasem
przodownik zagadywał nieświadomą pokrewieństwa siostrę, ostentacyjnie ignorując
pozbawionego emocji księcia. Ci dwaj mężczyźni reprezentowali dwa skrajnie odmienne
typy osobowości, lecz w opinii Esta tak naprawdę wcale się nie różnili - obaj
zasłaniali się pozorami. Tych dwóch bez wątpienia dostarczy im tyle rozrywki,
że wszystkim wyjdzie bokami. Będzie musiał dopilnować, aby partner nie
zagalopował się w swej pomysłowości. I jednocześnie zadbać o Leos.
Jak
zareaguje na wieść, że Col pochodzi od tego samego miecza co ona? Choć trzeba
jej oddać, zasługiwała na zaszczytne miano Małej Niedźwiedzicy. Była albo na
tyle odważna, by wyjechać z trzema mężczyznami Wszechmocni wiedzą dokąd, albo
ufała im w pełni i nie obawiała się z ich strony krzywdy. A może i jedno i
drugie po trosze.
Była
jeszcze trzecia opcja, którą Est niechętnie do siebie dopuszczał: piromantka
była w nim tak beznadziejnie zakochana, że wykorzystała pierwszą lepszą szansę,
by cieszyć się jego towarzystwem. Nawet teraz, jadąc w kilkumetrowym odstępie,
spoglądała ku niemu, gdy wydawało jej się że nie widzi. On jednak to dostrzegał.
Liczył że obecność księcia nieco odsunie jej myśli od niego, ale chyba wiele
czasu minie, zanim jej uczucie osłabnie na tyle, by przyjęła do swego serca
kogoś innego. Czyżby Aarim był dla niej zbyt pospolity z tak ludzką aparycją?
Sir
Aarim Asmodeusz, książę Estarionu i prawa ręka arcypaladyna.
Pomijając
artefakt, niebianin był największą zagadką, jaką dotychczas napotkał Est - wiedzący
znacznie więcej niż mówi, bardziej powściągliwy niż zdradza starannie
utrzymywana fasada, wzbudzający aurą najróżniejsze emocje, nawet te pogrzebane
głęboko i zapomniane. Skąd znał prawdziwe imię mistrza? Mag wyznał mu je na
drodze konspiracji? Znają się z czasów, kiedy Est był jeszcze posługaczem w
noclegowni? Ile mistrz mógł mieć lat? To niemożliwe by Aarim, jego równolatek, wyglądał
tak młodo. Czy niebianie długo zachowywali młodość?
Niewiedza
przerażała. Est kompletnie nie znał swojego zleceniodawcy, nie wiedział czego
się po nim spodziewać. Czy kiedykolwiek mu zaufa mając świadomość, że sięga po
nieczyste zagrywki? Wprawdzie zaatakowany tylko się bronił, lecz mógł przecież
przejść do kontrofensywy, co nie skończyłoby się dobrze w otoczeniu uzbrojonych
i nieprzychylnych mu najemników. Jak potoczyłaby się bójka, gdyby nie
interwencja Cola?
Ależ
był głupi, by dać ponieść się złości! Aarim go nie okłamał. Ani słowem nie
wspomniał że robi to dla niego, dla jego dobra. Nawet te bezsensowne, wycięte z
kontekstu zdania miały odniesienie do rzeczywistości, a Est opacznie je zrozumiał,
wyolbrzymił i przeinaczył. Wystarczyło by ktoś był dla niego miły, a on już
traktował to jako przejaw sympatii. A tu wszystko rozchodziło się o jego
legendarne zdolności… Nie było w tym nic ponad pragnienie posiadania
niszczycielskiej broni w postaci Zaklinacza Żywiołów. Dlaczego mu się wydawało
że jest wyjątkowy? Bo jest inny? Niepodobny do nikogo? Bo kontroluje żywioły? I
co z tego, skoro jest nieopierzonym adeptem.
Znów
nachodziły go lęki. Wady i braki w umiejętnościach wypełzły na zewnątrz niczym
paskudne wrzody pokrywające skórę, płonące bólem i broczące toksyną zatruwającą
umysł oraz ciało. Powoli tracił chęć do wszystkiego. Coś w nim mruczało,
głęboko w gęstniejącym cieniu podświadomości. Przewracało się z boku na bok,
wybudzając z odżywczego snu. Nie mogło do tego dojść. Nie tu i nie teraz. Aarim
może i nie ujawni prawdy, ale Est nie zamierzał iść za jego przykładem. Książę
musi się dowiedzieć. Może będzie w stanie okiełznać stworzenie w nim żyjące, by
nie zagroziło jego przyjaciołom. I chociaż ohydne macki przygnębienia owijały mu
szyję, grożąc uduszeniem, to wcale nie chciał umierać. Mimo rosnącej apatii
chciał przeżyć jeszcze wiele lat u boku Cola.
Mimowolnie
obejrzał się za siebie; na antracytowe mury Twierdzy Niedźwiedzi, na wieże
ogniowe trwające od stuleci, na otwartą bramę szczerzącą zęby uniesionej brony…
Gdzieś tam, w gabinecie, za biurkiem z dębowego drewna zasiadał stary człowiek.
O czym w tej chwili myślał? Czy dawał upust emocjom, jakich oszczędził
uczniowi?
Zapamiętaj ten widok, Esti, tylko
nie patrz w tył
- usłyszał w głowie brzmiący niby przygana głos przyjaciela. Fakt, spojrzał w
tył, ale to tylko głupi przesąd, jeden z wielu odzwierciedlających ludzką
fantazję.
Popatrzył
przed siebie, na ciemniejący wzdłuż horyzontu las. Przeszedł go dreszcz, pod
wpływem którego ponaglił konia do przyspieszenia. Jak jeszcze przed momentem pragnął
być sam, tak teraz potrzebował bliskości przyjaciół. Szybko do nich dołączył,
lecz wrażenie wzroku wbitego w jego wyprostowane plecy nie odpuszczało...
Do
czasu, aż przykre doznanie ustąpiło pod naporem drażniącej aury niebianina.
***
- Rozpoczęli tułaczkę.
Imt
drgnął. Szept Pana niósł się pośród wieczornego bezgłosu słodką, rozkoszną
melodią wyśpiewywaną przez nawołujące się ptactwo. Nie chciał tego, lecz
przyciągany magnetyzmem zwierzchnika spojrzał w leniwie rozchylające się
powieki uwalniające mglistą, bezkresną czerń oraz dwa świetliście złote kręgi
jarzące się w półmroku. Mocniej zacisnął pazurzaste palce na malutkiej czarce z
naparem i uniósł ją do ust, byle zachować ciszę.
-
Najwyższy czas objawić śmiertelnikom jedyną prawdę, jaką winni byli poznać
wieki temu – ciągnął niezrażony milczeniem kompana Pan. - Niechaj historia
pisze się naszymi czynami. Niechaj litery spłyną wraz z krwią wydarzeń po
magicznej otoce tego zastanego, gnijącego świata. Dość już czasu zmitrężyliśmy
na bezczynnym siedzeniu w mych ogrodach!
Na
muśniętych szkarłatem wargach Pana igrał czuły uśmiech, zwodniczo łagodzący
wybrzmiewające w głosie okrucieństwo. Jedwabne szaty zaszeleściły, gdy wstawał
z drewnianej posadzki tarasu.
-
Czy jesteś gotów, mój przyjacielu?
Smok
patrzył na wysuniętą ku niemu smagłą rękę, drobną i delikatną jak sam Pan.
Niebezpieczną. I równie nieprzewidywalną. Zajrzał w lśniące, pozornie
pobłażliwe oczy cudownej istoty i niewiele myśląc sięgnął ku niemu, pozwalając
pomóc sobie wstać. Rana na plecach już dawno się zagoiła, jednakże nic nie
potrafiło zaleczyć zadry w sercu masywnego humanoida, nawet uśmierzający dotyk
Pana.
Byli
równi wzrostem, choć bez wątpienia to szczupły jegomość sprawował rządy na tych
pięknych włościach. Smokokrwisty olbrzym o sinobiałej skórze nie pasował do
bajecznie malowniczej scenerii, pośród której został umieszczony. Paradoksalnie
czuł się tu dobrze, a na tle konfliktu - nieprzyzwoicie wręcz bezpiecznie.
Dojrzawszy
rozterkę zniekształcającą surowe oblicze, Pan dotknął bladego podbródka i
uniósł twarz smoka ku własnej, by bez przeszkód przyjrzeć się jego tęczówkom. Toksyczna
zieleń i jadowita żółć przetaczały się subtelnie wokół czarnej źrenicy.
-
Czyżbyś żałował swego postępku na Smokosferium, Imcie? Żałujesz podjętej
decyzji mającej na celu ocalenie twojej umiłowanej Barwy?
Smok
warknął gardłowo.
-
Żałuję iż dopuściłem, by gniew i żal zawładnęły mną, panie. A co zdarzyło się
potem, pozostaje wynikiem mojego niedopatrzenia.
Imt
gwałtownie odwrócił głowę, nie chcąc widzieć tych złudnie życzliwych oczu obsesjonisty.
Oblał się przy tym ciepłą herbatą z czarki, co w porównaniu z niemiłą
pieszczotą było zaledwie drobną niedogodnością. Nie podobał mu się dotyk Pana,
lecz nie odnalazł w sobie odwagi, by stanowczo mu się przeciwstawić.
-
Mam imię, Imcie, podobnie jak ty sam - młodzieniec upomniał go, na powrót chowając
splecione dłonie w obszernych rękawach. - Racz go używać, tego właściwego, a
nie nadanego przez istnienia obrócone w proch. Nawyknij do niego, albowiem
wkrótce przebywać będziemy w szerokim gronie naszych stronników, gdzie tylko
tobie wolno będzie je wymawiać.
-
Oczywiście, Luciusie - wymamrotał służalczo Imt w okryte krwistą czerwienią
plecy odchodzącego Pana. - Wedle życzenia.
Ścierając
napój z pektorału i piersi, spojrzał na czarkę w drugiej dłoni. Poczuł
przemożną chęć zmiażdżenia jej, lecz zdołał się opanować. Zbyt wiele razy jego
pochopne czyny były opłakane w skutkach. Jak wspomniane Smokosferium -
niefortunne wydarzenie, w trakcie którego wystąpienie jednego patriarchy
wywołało konflikt na skalę świata. Konflikt Barw.
Czarny
smok z dojmującym żalem przyjmował wieści, jakoby wściekłe czerwonołuskie
zawzięcie poszukiwały gniazd i lęgowisk Barw, skutecznie eksterminując
prajaszczury nieszczęśliwie wpadające im w szpony. Jakby przez cały ten czas
wyczekiwały sposobności, by pozbywając się konkurencji całkowicie
podporządkować sobie dwunogów. I podczas gdy on tkwił w ogrodach Pana, Czarna
Barwa, którą poprzysiągł chronić za cenę życia, walczyła o przetrwanie.
Osiągnął
rezultat diametralnie odwrotny do zamierzonego.
Dla
Pana sytuacja ta była wyjątkowo sprzyjająca. Smoki stwarzały realne zagrożenie
dla sił militarnych jakimi dysponował, w związku z czym nie musiał robić już
nic, by zapewnić im względny spokój. Prajaszczury skupione były na sobie, toteż
pozostało mu tylko czekać, aż wytępią się same. Niedobitki nie będą stanowiły
problemu dla mocy, jaką posiadał na jedno skinienie delikatnego palca.
Zdruzgotany
Imt na powrót opadł na skrzypiące deski tarasu i odłożywszy czarkę, ukrył twarz
w szerokich dłoniach. Bezwiednie wsparł swojego wątpliwego sojusznika w jego
dążeniach do realizacji celu, wyśnienia snu o następujących gwałtownie
przemianach. Ale czy aby na pewno uczynił to nieumyślnie? Nadludzka potęga nie
była mu obca, funkcjonował w blasku łaski Urory Wszechmocnego na co dzień, w
mniej lub bardziej bezpośredni sposób. Wraz z Panem dotykał Macierzy Mocy, faktycznego
oblicza świata, i wraz z nim powodował nieodwracalne uszkodzenia na jej
powierzchni. Tak oto drobne odpryski uderzały w żywe istoty na tyle wrażliwe
magicznie, by odczuć je na własnej skórze, przekazując niejasne informacje,
sygnały, jakich ograniczone rozumy śmiertelników nie były w stanie przetworzyć
na zrozumiałe komunikaty.
Ostatnim
razem, kiedy Pan dotknął Macierzy, użyty jako katalizator Imt został
potraktowany jednym z takich odłamków. Od tamtej pory zaczęły nawiedzać go
rozmyte obrazy z odległej przeszłości mające związek z osobą najdziwniejszą ze
wszystkich, która odeszła dziesiątki lat temu.
Saveraightenart,
“Pomoc w Potrzebie”. Sav. Eremita. Odszczepieniec. Samotnik z wyboru, który dzięki
własnemu geniuszowi, dalekowzroczności oraz ponadprzeciętnej inteligencji
zdołał złamać odwieczne prawa natury, przedłużając żywot i wysyłając część
siebie w przyszłość.
Imt
zaczynał rozumieć kontrolowany obłęd, jakiemu poddał się Alchemik w ostatnich
dniach życia. Sav nie tylko stworzył nowy materiał. Tuż przed zaklęciem zdołał
wsączyć weń część esencji, wzmacniając nałożone przez Zaklinacza czary, w wyniku
czego Ornament stał się jawną drwiną z Pana oraz jego mocy. A być może okaże
się także jego ostateczną zgubą. Lucius podejrzewał, że artefakt poszukiwanego skrywa
niewyobrażalną moc, nie wiedział jednak w jaki sposób powstał, ani jakich tajemnic
strzeże.
A
smok ani myślał dzielić się z nim tą wiedzą.
Słusznie
dedukując, Imt miał już pewność że zaklął przedmiot prawidłowo. To inteligencja
magiczna Sava wpłynęła na nakładane jedno po drugim zaklęcie i spotęgowała
efekt końcowy, kumulując jego energię. A reagent emocjonalny zablokował
wszystko, co weszło w podatny materiał. Zablokował i przechował do czasu pełnej
aktywacji w kontakcie z Macierzą. Zatem Sav był z nią ściśle połączony, gdyż to
jej odprysk pobudził cząsteczkę bytującą w martwym, a jednocześnie żywym
przedmiocie zespolonym z celem. Niebywałe, by dokonał tego jeden
Saramarystyjczyk w asyście młodego, niedoświadczonego czarnego smoka. Alchemik
połączył siły z Zaklinaczem, tworząc epokowe dzieło.
Pozostawała
już tylko jedna niewyjaśniona kwestia: czy Pan zdawał sobie sprawę, że to
Saramarystyjscy Pierworodni, a nie niebianie, są jego największym zmartwieniem?
Jeśli tak, zabiłby poszukiwanego jeszcze w ludzkiej warowni. A skoro do tego
nie doszło, oznaczać to mogło, iż nie wiedział o nich wiele. I przechwytując
poszukiwanego chciał dowiedzieć się więcej.
Oszołomiony
spostrzeżeniami Imt opuścił ręce i spojrzał ponad pazurami na ginący w
ciemnościach ogród. Czarna grzywa powiewała, łaskocząc skronie. Ciepły wiatr
przemknął po jego nagim torsie, poruszając delikatnie ozdobami na szerokim
złotym pektorale. Szmaragd rozmiarów pięści pyszniący się na samym środku
mrugał niczym gwiazdy na nieboskłonie, a on nie mógł się nadziwić temu, o czym
przecież wiedział od samego początku. Właśnie odkrył największą słabość Luciusa.
Niewiedza bywała zgubą najpotężniejszych, a jego przebiegły smoczy umysł
planował już, jak obrócić te informacje na własną wymierną korzyść.