wtorek, 10 marca 2026

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 39

 

Przycupnął na najniższym stopniu schodów prowadzących do Głównego Budynku. Ogarnięty apatią patrzył przed siebie nie dostrzegając nikogo ani niczego, choć na dziedzińcu o tej porze panował tłok. Bezmyślnie skubał zapięcie czarnej rękawiczki, niewielką książeczkę trzymając na podciągniętych pod brodę kolanach.

Nie zwrócił uwagi na przyłączającego się doń Colonella. Zupełnie bezwładny, obojętnie przyjmował przyjacielskie kuksańce zatroskanego człowieka. Siedział odrętwiały, zdjęty niemocą, jak gdyby tłumiony żal oraz niegasnąca wściekłość wyczerpały go do cna. Kiedy podeszła do nich Leos i zwiadowca dowiedział się o planie zabrania jej ze sobą, bierne uczestnictwo w sprzeczce również na niego nie wpłynęło. Nie widział nawet paladyna siodłającego pięknego białego rumaka bojowego. Myślami Estalavanes przebywał w innym miejscu - sam nie wiedział gdzie konkretnie. Po prostu nie istniał. Wkrótce został sam, ale na krótką chwilę. Dopiero gdy cała trójka stanęła naprzeciwko niego, podniósł opieszale głowę i z początku nie rozpoznając ich, popatrzył kolejno w twarze przybyszów. Zmartwiona Leos, zasępiony Colonell i… Aarim kłamca!

To był instynkt, pierwotny i niepohamowany, jakiemu pogrążony w rozpaczy chłopak oddał się bez wahania. Niepomny na tomik zalegający na kolanach Est niby wąż spiął się do ataku. Z grymasem furii obnażającym kły runął na księcia, który z ledwością odskoczył na bezpieczną odległość, prosto w tłum ludzi.

Zdezorientowani najemnicy błyskawicznie odzyskali rezon i rozproszyli się; otaczając walczących ciasnym kręgiem czujnie obserwowali gwałtowne zajście.

Est uniósł zaciśnięte pięści, nie spuszczając dzikiego wzroku z rycerza przyjmującego postawę defensywną i upewniającego się pospiesznie, czy nikt ze zgromadzonych nie ucierpiał. Zaklinacz Żywiołów stanowił zagrożenie dla wszystkich bez wyjątku.

- Oszukałeś mnie! - wywrzeszczał Est, okrążając księcia. - Każde twoje słowo było wierutną bujdą, zasłoną skrywającą prawdziwe intencje!

- Nie oszukałem cię, Estalavanesie. - Aarim nieco opuścił gardę, zaraz jednak zręcznie uniknął napaści rozwścieczonego półsmoka. Chłopak był szybki, amok dodatkowo napędzał jego celnie wymierzone uderzenia. - Nie szukaj zatem winnych tam, gdzie ich nie ma.

- Przestań łżeć! Wiesz więcej niż zdradzasz!

- Owszem. Nie ma powodu, by wtajemniczać najemnych w dalekosiężne plany króla Estarionu.

Pomimo solidnej postury Aarim uskoczył zwinnie w bok. Nie zamierzał walczyć z rozsierdzonym Zaklinaczem Żywiołów, lecz napastnik wyraźnie dawał mu do zrozumienia, że nie odstąpi. Bójka nie została wszczęta z myślą o śmierci jednego z nich, Estalavanes zwyczajnie potrzebował wyładować na kimś ciążącą mu frustrację. Niebianin spróbował złagodzić wpływ szkodliwych uczuć, niestety bezskutecznie.

- Ani się waż używać na mnie tej swojej przeklętej aury!

Est zamarkował cios z prawej w szczękę księcia i z zadowoleniem przyjął, że przeciwnik dał się zapędzić w pułapkę. Szeroka zasłona z obleczonych błękitem przedramion przesunęła się ku głowie, odsłaniając niczym nie chroniony brzuch. Chłopak natarł z całą siłą oraz prędkością zrodzoną z gniewu. Szybki skręt tułowia i urękawiczniona pięść wyprowadzona od dołu trafiła prosto w żołądek, którego nie osłoniły nawet twarde mięśnie.

Rozległy się okrzyki zagrzewające braci do walki. Znajdujący się najbliżej najemnicy gotowi byli wesprzeć swego bohatera, podczas gdy chwilowo obezwładniony rycerz, odkasłując, zgiął się wpół. Opętany szaleństwem Est byłby dokończył dzieła kopnięciem z kolana mającym złamać mu nos, gdyby nie silne ramiona skutecznie odciągające go od ofiary.

- Puszczaj mnie! Jeszcze z nim nie skończyłem! – Szarpał się, ale chwyt Cola był jak imadło. - Słyszysz mnie?! Puść wreszcie!

- Uspokój się, dzieciaku! Pojebało cię, żeby wdawać się w bójki na dziedzińcu?!

Przodownik nie wyglądał jakby utrzymanie agresora w ryzach sprawiało mu trudność. Wręcz przeciwnie, dźwignął go nad ziemię i z łatwością poniósł z dala od księcia, do którego natychmiast podbiegła zaniepokojona Leos.

Wartownicy na blankach ściskali w dłoniach łuki o napiętych do strzału cięciwach. Kilku najemników przerwało przygotowania do zwiadu i dobyło mieczy, a pozostali zrobili im miejsce, poszerzając prowizoryczną arenę. Wystarczył impuls, by sytuacja wymknęła się spod kontroli, dlatego Colonell puścił rozjuszonego chłopaka i pchnął go w kierunku koni. Donośnym, nieznoszącym sprzeciwu tonem zawołał do zgromadzonych, by schowali broń i wrócili do swoich obowiązków. Nie wiedział czy to jego głos, czy też siła przekazu zadziałała na nich w ten sposób, ale wojownicy jak jeden mąż posłuchali, a nawet pomogli rozpędzić ciekawski tłum.

Przodownik rzucił szybkim spojrzeniem na czarodziejkę i paladyna. Stwierdziwszy, że zleceniodawca nie doznał obrażeń w wyniku potyczki, podszedł do skulonego na ubitej ziemi partnera. Est siedział z nogami pod brodą i policzkami wciśniętymi między kolana. I chociaż Col widział wyłącznie jego opuszczone nisko uszy, to było mu żal tego rozgoryczonego szczeniaka.

- Co w ciebie wstąpiło żeby ruszać z pięściami na zleceniodawcę i królewskiego syna? - Wydobył zza pasa książkę w wytartej oprawie i położył ją na ziemi obok chłopaka. Siadając tuż przy nim objął go ramieniem. - Nie żebym sam nie miał na to ochoty, ale ty? Nie poznaję cię, dzieciaku. Co się stało? Dlaczego wykrzyczałeś mu w twarz, że cię oszukał? Chciałbym wiedzieć czy rzeczywiście zasłużył na wpierdol.

Nie doczekał się odpowiedzi.

- Esti?

- Pozwól mi ochłonąć...

Colonell bardziej domyślił się jego słów niż je usłyszał, lecz przystał na prośbę i więcej się nie odezwał. Widok zagorzałego pacyfisty uciekającego się do przemocy poniekąd nim wstrząsnął. Cokolwiek się wydarzyło, odbiło się traumą na wrażliwym chłopaku, aż zatracił się we własnych emocjach.

Obejmując jego gwałtownie unoszące się plecy, przodownik rozejrzał się uważnie. Ludzie mijali ich szerokim łukiem, zaciekawieni i nie mniej ostrożni. Strażnicy na murach opuścili broń, wciąż bacznie obserwując złotowłosego przybysza rozmawiającego z córką przywódcy. Wyczuwające napięcie konie parskały, drąc ziemię kopytami. A on zapragnął być jak najdalej stąd, poza granicami obłędu pochłaniającego znany mu świat.

Wisząca między nimi cisza dręczyła go, toteż chętnie ją przerwał.

- Dlaczego mnie nie dziwi, że postanowiłeś zabrać z nami Leos? - mruknął z udawanym zdumieniem. - Wiesz, Esti, że może to i lepiej? Jako jedyna dogaduje się z paladyńcem, a to znaczy, że będziemy mieli więcej czasu dla siebie. Co ty na to, by po tym wszystkim osiąść w jakimś bezludnym miejscu tylko we dwóch? Żyć z dala od królów, rycerzy, smoków i co to tam jeszcze nas spotka… Esti?

Est odtrącił głaszczącą go dłoń i chwytając dziennik poderwał się z ziemi. Wyminął ogarniętego bezsilnością partnera, który, niezdolny do jakiejkolwiek reakcji, odprowadził go wzrokiem aż do Wieży Czarodziejów.

Col po cichu liczył, że w zaciszu sypialni dzieciak dojdzie do siebie i wróci spakowany, by z nową energią rozpocząć podróż życia. Pierwszą i być może ostatnią. Nie tracił jednak nadziei że pożyją na tyle długo, by ziściło się jego ciche marzenie o skromnym domku w górach.

***

Matowy czarny pancerz wyglądał jak z warsztatu. Uszkodzone płaty wzmocnionej skóry wymieniono, a paski i sprzączki naoliwiono, tak że całość nie ustępowała zbroi sprzed bitwy. Kuśnierz Jan z Adeili był artystą w swym fachu, aczkolwiek rzemieślnikom z Twierdzy również wiele nie brakowało. I chociaż Est nie był w nastroju do podziwiania czegokolwiek, to kunszt wykonania cieszył jego oko.

Bez zbędnego pośpiechu zaczął nakładać na siebie kolejne elementy stroju: krótki kirys zasłaniający klatkę piersiową i plecy, karwasze, naramienniki, osłony na uda oraz szeroki pas z rzemiennymi pętelkami podtrzymującymi mieszki i troczkami oplatającymi flaszeczki. Całości dopełniły ciężkie, sznurowane pod kolana buty z klamrami.

Lekka zbroja leżała nań jak druga skóra.

Obejrzał się w lustrze i beznamiętnie skonstatował, że prezentuje się zgodnie z samopoczuciem. Biało-czarny. Wyprany z kolorów. Wyprany z uczuć. Wszystko w co wierzył okazało się kłamstwem wciągającym jak grząskie bagno. A on w swej próżności brnął w nie z głupim przeświadczeniem, że jest panem swego losu.

Nagły wybuch gniewu na widok Aarima przestraszył go. Spanikował nie rozumiejąc, co się z nim dzieje, bo nigdy dotąd nie odczuwał tak intensywnie negatywnych emocji. Nie wiedział czy wywołała je nieposkromiona moc, czy tak jak mówił mistrz, zmiany zachodzące w nim samym. Nie chciał tego. Jedyne czego pragnął to zostać tu, z nauczycielem, trenować sztuki walki, medytować, obcować z żywiołami i spędzać czas wolny z przyjacielem. Wegetować w poczuciu stabilizacji i rutyny.

Ale to wszystko bezpowrotnie minęło; pozostanie już tylko bolesnym, melancholijnym wspomnieniem, do którego będzie wracał i na myśl o którym w jego sercu zapanuje pustka. Tak ma być. Takie jest dorosłe życie: pełne rozczarowań, niepewności oraz brutalnych zderzeń z rzeczywistością. Nie będzie mistrza z łatwością wyciągającego go z wszelkich tarapatów. Nie będzie ludzi przejmujących odpowiedzialność za jego czyny. Sam będzie musiał zadbać o siebie i własne potrzeby, zadbać o przyjaciół... A wówczas oni zadbają o niego. Będą współzależni bez względu na okoliczności.

Ta przenikliwa refleksja w przytłaczającym świetle przemian była jedynym pocieszeniem, jakiego uczepił się tonący w depresji chłopak. Z ociąganiem sięgnął po rękawiczkę leżącą na komodzie tuż obok zwiniętej peleryny – pierwszego podarku od mistrza - wewnątrz której spoczywał dziennik o pożółkłych kartach będący najświeższą, a zarazem ostatnią pamiątką po nim.

Szarpnięciem zdjął z lewej dłoni podniszczoną rękawiczkę i włożył nową, zasłaniając przed niepowołanymi spojrzeniami ślad złocącego się pod skórą artefaktu. Poruszył palcami dla lepszego dopasowania, pokręcił nadgarstkiem, by zamaskowała obręcz i wziął pelerynę, którą dołożył do ustawionych pod komodą pakunków. Ze stęknięciem zarzucił cały swój dobytek na grzbiet. Nie było tego wiele. Nie przywiązywał się do przedmiotów, gdyż łatwo można je stracić. I, jak na jego gust, za często zmieniały właścicieli.

Idąc obładowany do drzwi, złapał gładki hebanowy kostur zwieńczony na obu końcach stalowymi okuciami i ostatni raz przyjrzał się komnacie. Była prawie tak opustoszała jak w dniu, w którym pierwszy raz ją ujrzał. Przymknął na moment powieki chłonąc znajome zapachy oraz zapamiętując każdy detal sypialni. I chociaż spędził w Twierdzy tylko rok, to odnosił wrażenie, jakby wraz ze starymi drzwiami zamykał całą swoją młodość.

***

Promienie słońca przelewały się już nad murami, kiedy Zaklinacz Żywiołów wyłonił się z wieży i podążył ku czekającym towarzyszom. Ruch na dziedzińcu wyraźnie zmalał, lecz dla Esta nadal było zbyt tłoczno. Nie chciał patrzeć w oczy mijanym ludziom. Nie chciał ich witać, ale nie potrafił powstrzymać tego grzecznościowego odruchu. Szedł z wysoko uniesionym czołem i czuł się z tym nieswojo, musiał jednak nad sobą panować. Tak jak uczył go mistrz.

Wielofasetowy szafir posyłał wokoło błękitne błyski, gdy Leos mocowała zdobiony srebrnymi pnączami kostur przy siodle srokatego ogiera. Est rozpoznał w nim konia, na którym ćwiczył jeździectwo i na grzbiecie którego pierwszy raz udał się do Adeili. Uśmiechnął się do starych dziejów. Zaraz spoważniał, spoglądając na młodego rycerza. Musieli się dogadać, zwłaszcza że od teraz będą dzielić ze sobą trudy podróży oraz wyzwania codzienności.

Biorąc się w garść, podszedł do niebianina. Zatrzymując się na wprost niego, czysto ludzkim gestem wyciągnął ku niemu rękę, za nic mając zdumienie przyjaciół oraz przypadkowych gapiów. Estalavanes nigdy nie podawał dłoni.

- Przepraszam Aarimie - zaczął oficjalnie - moje zachowanie względem ciebie było niedopuszczalne. Niesłusznie wyładowałem na tobie złość, nie uczyniłeś mi bowiem żadnej krzywdy. Upraszam o wybaczenie.

Książę skierował wzrok na białą dłoń i uścisnął ją, puszczając bójkę w niepamięć. Est był przekonany, że w obojętnych oczach zleceniodawcy pojawił się cień zaskoczenia, zupełnie jak wtedy, gdy został zaatakowany.

- Estalavanesie, gdybym spodziewał się takiego obrotu spraw, poradziłbym sobie z twoimi pięściami. Uznajmy zatem ten incydent za namiastkę twych możliwości. I nie zwlekajmy dłużej, słońce niebawem stanie w zenicie. Mamy kilka godzin opóźnienia.

Aarim spojrzał na każdego członka drużyny z osobna i z gracją wspiął się na siodło. Est dopiero na tle tutejszych wierzchowców zauważył, jak ogromny i umięśniony jest rumak bojowy rycerza. Nieskazitelnie biała sierść błyszczała. Gęsta grzywa oraz ogon lśniły w słońcu, gdy koń potrząsał wielkim łbem, przydając księciu dostojeństwa. Sprawiał wrażenie nawykłego do wojaczki i chociaż nie rwał się do drogi, to zdawał się być żywiołowym stworzeniem. Kojarzył mu się z łagodnym Olbrzymem ze stajni w Twierdzy.

Col szturchnął zapatrzonego Esta w bark i podał mu wodze ogiera o czarnej jak noc maści. Koń prychnął nagląco, trącając ciepłymi chrapami wierzch dłoni, w której chłopak trzymał wodze.

Rozbawiony tą czułością Est pogładził pysk niecierpliwego zwierzęcia, poklepał muskularną szyję i zajął się przytraczaniem pakunków do siodła. Wetknął kostur do tulei, a pelerynę za przedni łęk siodła. Ostatni raz sprawdził zapięcia, wsunął stopę w żelazne strzemię i dosiadł karego rumaka, który zatańczył pod nim żywo.

Przodownik podprowadził gniadą klacz bliżej karosza przyjaciela.

- Zapamiętaj ten widok Esti, tylko nie patrz w tył - ostrzegł go, na co chłopak zareagował zmarszczeniem brwi. Ludzie z Twierdzy mieli bzika na punkcie nieoglądania się za siebie. - Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że widzę to miejsce ostatni raz w życiu.

- Prawdopodobnie tak jest, Col. Prawdopodobnie widzimy je ostatni raz w życiu.

Est powiódł wzrokiem po starych murach, rzucających wyzwanie niebu wieżach ogniowych oraz przysadzistych budynkach i straganach handlarzy. Każda z tych konstrukcji, najmniejszy ze składających się na nie kamieni zawierał w sobie pamięć wielu pokoleń mieszkających w ogromnej fortecy, wielu bitew rozegranych pod murami i między nimi. Nie wyobrażał sobie istoty mogącej rozbić solidne obwarowania i zburzyć zwaliste budowle.

“Lepiej żeby was tu nie było, kiedy nastąpi nieuniknione.” Co mistrz miał na myśli? Czego nie wyjawił uczniowi? I dlaczego? Czy gdyby zerknął do dziennika, znalazłby odpowiedź? Wolał tego nie robić. Rany były świeże, nie chciał rozdrapywać ich zapiskami sędziwego wieszcza.

Klepnięcie w udo wyrwało go z zamyślenia. Obejrzał się na partnera, który ruchem głowy wskazał oddalających się wierzchem Leos oraz Aarima, lecz pewien szczegół pociągłej wytatuowanej twarzy kazał dokładniej mu się przypatrzeć...

Gęstniejącą brodę porastającą całą szczękę zastąpił elegancko przystrzyżony zarost okalający wyłącznie usta. Jeden mały akcent, który w tak wielkim stopniu odmienił śniadego mężczyznę, o dziwo naturalnie do niego pasował. Akcent, który w połączeniu z krzywym uśmiechem zmiótł wszelkie myśli z głowy chłopaka pozostawiając tylko jedną, skandaliczną i mocno niemoralną.

Zadowolony z efektu Colonell mrugnął znacząco. W jego ciemnozielonych oczach rozbłysła frywolna iskierka.

- Po braku komentarza i twoim spojrzeniu wnioskuję, że ci się podoba. Nie zostawaj w tyle, dzieciaku.

- Będziesz teraz dla mnie bardziej... charakterystyczny. - Est nie pozwolił się podejść, lecz zachwycony uśmieszek błąkający się po jego wargach mówił to, czego nie wypowiedziały usta. - Wszyscy wyglądacie dla mnie jednakowo.

- Dotąd nie zdarzyło ci się pomylić mnie z kimkolwiek innym. Powinienem być z ciebie dumny czy raczej zganić cię za kłamstwo?

Col pozdrowił wartowników i wyjechał przez zacienioną bramę w towarzystwie Esta. Nagle, jakby przypomniał sobie o czymś, obrócił się przejęty.

- Nie jadłeś śniadania. No i ten wybuch sprzed chwili. Wszystko w porządku? Do Adeili długa droga, a i tam nie wiadomo co nas czeka.

- Jedziemy do Adeili?

Dłoń w rękawicy strzeleckiej powędrowała do pobrużdżonego niedowierzaniem czoła.

- Nie wytrzymam z tobą, dzieciaku… Myślisz że skąd przyjechał paladyniec? Jedziemy do stolicy, a miasto garnizonowe będzie pierwszym przystankiem na naszej drodze. Wstydu nie masz? Wplątałeś mnie w swoje zawiłe plany, a sam nie masz pojęcia dokąd w ogóle jedziesz?

- Jak rany, nie było okazji… A zresztą, nie ma znaczenia dokąd nas zaprowadzi. I tak nie mamy wyboru, prawda?

- Zawsze jest wybór. - Col wzruszył ramionami grzebiąc w torbie przymocowanej do przedniego łęku siodła. - Chcesz bułeczkę? - zaproponował z rozbrajającym uśmiechem.

- Dziękuję za troskę, nie jestem głodny. Poza tym czuję się, jakby coś mnie przeżuło i wypluło tylko po to, by znów miało mnie przeżuć. - Chłopak westchnął ciężarem ostatnich godzin i prędko odrzucił niechciane myśli. - Po prostu… za dużo tego.

- Nasze przyzwoitki wysforowały się na sam przód, więc możemy pogadać jeśli coś cię trapi.

Est utkwił wzrok w grzywie wierzchowca, który lekkim krokiem przemierzał gościniec, niespiesznie doganiając czworonożnych kompanów.

- Dziękuję, Col, wolałbym trochę pomyśleć i uporządkować je. Znaczy myśli. Od rana wydarzyło się tyle, że przestałem czuć grunt pod stopami.

Col wychylił się do niego na ile pozwoliły im konie.

- Rozstania potrafią kurewsko dopiec. Obiecujesz opowiedzieć mi wszystko w swoim czasie?

- Obiecuję. W swoim czasie.

- Grzeczny chłopiec. - Nie zważając na przyglądających im się wartowników, zwiadowca przechylił się w siodle i pocałował chłopaka w skroń. - I nie zadręczaj się tak. Damy radę. Ty i ja przeciwko całemu światu.

Tak jak poprosił, Est został sam na sam z wewnętrznymi demonami. A przynajmniej z jednym, którego był w stanie wyszczególnić na podstawie niejasnych myśli oraz nie do końca zrozumiałych wrażeń.

Ty i ja przeciwko całemu światu - powtórzył bezsłownie. Jak para zakochanych do szaleństwa durniów wierzymy, że miłością przezwyciężymy każdą przeszkodę. Że nasza nieśmiertelność będzie trwała w nieskończoność. Cóż jednak pozostało nam poza marzeniami? Pozostało nam o nie walczyć, walczyć o ich spełnienie. Mamy wybór. Zawsze mamy wybór.

Est był dozgonnie wdzięczny przyjaciołom za to, że uszanowali jego potrzebę samotności, nie miał bowiem siły rozmawiać z nikim, nawet z kochankiem i powiernikiem najskrytszych myśli. Col rozumiał go. Leos również. A on ufał im, ponieważ z własnej woli wyruszyli z nim w drogę za nic mając niewygody i niebezpieczeństwa. Bo i oni ufali jemu.

Nie podnosząc głowy zerknął spod brwi w kierunku przyjaciół i poczuł jak mrok w sercu odrobinę się rozwiewa. Colonell, Leos i on. Oraz tajemniczy Aarim. Nie ulegało wątpliwości że w końcu się z nim dogada, nawet Col potrafił nawiązać nikłą nić porozumienia z osobami, których nie lubił, i to wyłącznie w celu powodzenia misji. W przypadku przodownika okupione to będzie niejedną złośliwością i awanturą, może rękoczynami, ale w momencie zagrożenia jego łuk i sztylety nie zawahają się bronić zleceniodawcy.

Tymczasem przodownik zagadywał nieświadomą pokrewieństwa siostrę, ostentacyjnie ignorując pozbawionego emocji księcia. Ci dwaj mężczyźni reprezentowali dwa skrajnie odmienne typy osobowości, lecz w opinii Esta tak naprawdę wcale się nie różnili - obaj zasłaniali się pozorami. Tych dwóch bez wątpienia dostarczy im tyle rozrywki, że wszystkim wyjdzie bokami. Będzie musiał dopilnować, aby partner nie zagalopował się w swej pomysłowości. I jednocześnie zadbać o Leos.

Jak zareaguje na wieść, że Col pochodzi od tego samego miecza co ona? Choć trzeba jej oddać, zasługiwała na zaszczytne miano Małej Niedźwiedzicy. Była albo na tyle odważna, by wyjechać z trzema mężczyznami Wszechmocni wiedzą dokąd, albo ufała im w pełni i nie obawiała się z ich strony krzywdy. A może i jedno i drugie po trosze.

Była jeszcze trzecia opcja, którą Est niechętnie do siebie dopuszczał: piromantka była w nim tak beznadziejnie zakochana, że wykorzystała pierwszą lepszą szansę, by cieszyć się jego towarzystwem. Nawet teraz, jadąc w kilkumetrowym odstępie, spoglądała ku niemu, gdy wydawało jej się że nie widzi. On jednak to dostrzegał. Liczył że obecność księcia nieco odsunie jej myśli od niego, ale chyba wiele czasu minie, zanim jej uczucie osłabnie na tyle, by przyjęła do swego serca kogoś innego. Czyżby Aarim był dla niej zbyt pospolity z tak ludzką aparycją?

Sir Aarim Asmodeusz, książę Estarionu i prawa ręka arcypaladyna.

Pomijając artefakt, niebianin był największą zagadką, jaką dotychczas napotkał Est - wiedzący znacznie więcej niż mówi, bardziej powściągliwy niż zdradza starannie utrzymywana fasada, wzbudzający aurą najróżniejsze emocje, nawet te pogrzebane głęboko i zapomniane. Skąd znał prawdziwe imię mistrza? Mag wyznał mu je na drodze konspiracji? Znają się z czasów, kiedy Est był jeszcze posługaczem w noclegowni? Ile mistrz mógł mieć lat? To niemożliwe by Aarim, jego równolatek, wyglądał tak młodo. Czy niebianie długo zachowywali młodość?

Niewiedza przerażała. Est kompletnie nie znał swojego zleceniodawcy, nie wiedział czego się po nim spodziewać. Czy kiedykolwiek mu zaufa mając świadomość, że sięga po nieczyste zagrywki? Wprawdzie zaatakowany tylko się bronił, lecz mógł przecież przejść do kontrofensywy, co nie skończyłoby się dobrze w otoczeniu uzbrojonych i nieprzychylnych mu najemników. Jak potoczyłaby się bójka, gdyby nie interwencja Cola?

Ależ był głupi, by dać ponieść się złości! Aarim go nie okłamał. Ani słowem nie wspomniał że robi to dla niego, dla jego dobra. Nawet te bezsensowne, wycięte z kontekstu zdania miały odniesienie do rzeczywistości, a Est opacznie je zrozumiał, wyolbrzymił i przeinaczył. Wystarczyło by ktoś był dla niego miły, a on już traktował to jako przejaw sympatii. A tu wszystko rozchodziło się o jego legendarne zdolności… Nie było w tym nic ponad pragnienie posiadania niszczycielskiej broni w postaci Zaklinacza Żywiołów. Dlaczego mu się wydawało że jest wyjątkowy? Bo jest inny? Niepodobny do nikogo? Bo kontroluje żywioły? I co z tego, skoro jest nieopierzonym adeptem.

Znów nachodziły go lęki. Wady i braki w umiejętnościach wypełzły na zewnątrz niczym paskudne wrzody pokrywające skórę, płonące bólem i broczące toksyną zatruwającą umysł oraz ciało. Powoli tracił chęć do wszystkiego. Coś w nim mruczało, głęboko w gęstniejącym cieniu podświadomości. Przewracało się z boku na bok, wybudzając z odżywczego snu. Nie mogło do tego dojść. Nie tu i nie teraz. Aarim może i nie ujawni prawdy, ale Est nie zamierzał iść za jego przykładem. Książę musi się dowiedzieć. Może będzie w stanie okiełznać stworzenie w nim żyjące, by nie zagroziło jego przyjaciołom. I chociaż ohydne macki przygnębienia owijały mu szyję, grożąc uduszeniem, to wcale nie chciał umierać. Mimo rosnącej apatii chciał przeżyć jeszcze wiele lat u boku Cola.

Mimowolnie obejrzał się za siebie; na antracytowe mury Twierdzy Niedźwiedzi, na wieże ogniowe trwające od stuleci, na otwartą bramę szczerzącą zęby uniesionej brony… Gdzieś tam, w gabinecie, za biurkiem z dębowego drewna zasiadał stary człowiek. O czym w tej chwili myślał? Czy dawał upust emocjom, jakich oszczędził uczniowi?

Zapamiętaj ten widok, Esti, tylko nie patrz w tył - usłyszał w głowie brzmiący niby przygana głos przyjaciela. Fakt, spojrzał w tył, ale to tylko głupi przesąd, jeden z wielu odzwierciedlających ludzką fantazję.

Popatrzył przed siebie, na ciemniejący wzdłuż horyzontu las. Przeszedł go dreszcz, pod wpływem którego ponaglił konia do przyspieszenia. Jak jeszcze przed momentem pragnął być sam, tak teraz potrzebował bliskości przyjaciół. Szybko do nich dołączył, lecz wrażenie wzroku wbitego w jego wyprostowane plecy nie odpuszczało...

Do czasu, aż przykre doznanie ustąpiło pod naporem drażniącej aury niebianina.

***

- Rozpoczęli tułaczkę.

Imt drgnął. Szept Pana niósł się pośród wieczornego bezgłosu słodką, rozkoszną melodią wyśpiewywaną przez nawołujące się ptactwo. Nie chciał tego, lecz przyciągany magnetyzmem zwierzchnika spojrzał w leniwie rozchylające się powieki uwalniające mglistą, bezkresną czerń oraz dwa świetliście złote kręgi jarzące się w półmroku. Mocniej zacisnął pazurzaste palce na malutkiej czarce z naparem i uniósł ją do ust, byle zachować ciszę.

- Najwyższy czas objawić śmiertelnikom jedyną prawdę, jaką winni byli poznać wieki temu – ciągnął niezrażony milczeniem kompana Pan. - Niechaj historia pisze się naszymi czynami. Niechaj litery spłyną wraz z krwią wydarzeń po magicznej otoce tego zastanego, gnijącego świata. Dość już czasu zmitrężyliśmy na bezczynnym siedzeniu w mych ogrodach!

Na muśniętych szkarłatem wargach Pana igrał czuły uśmiech, zwodniczo łagodzący wybrzmiewające w głosie okrucieństwo. Jedwabne szaty zaszeleściły, gdy wstawał z drewnianej posadzki tarasu.

- Czy jesteś gotów, mój przyjacielu?

Smok patrzył na wysuniętą ku niemu smagłą rękę, drobną i delikatną jak sam Pan. Niebezpieczną. I równie nieprzewidywalną. Zajrzał w lśniące, pozornie pobłażliwe oczy cudownej istoty i niewiele myśląc sięgnął ku niemu, pozwalając pomóc sobie wstać. Rana na plecach już dawno się zagoiła, jednakże nic nie potrafiło zaleczyć zadry w sercu masywnego humanoida, nawet uśmierzający dotyk Pana.

Byli równi wzrostem, choć bez wątpienia to szczupły jegomość sprawował rządy na tych pięknych włościach. Smokokrwisty olbrzym o sinobiałej skórze nie pasował do bajecznie malowniczej scenerii, pośród której został umieszczony. Paradoksalnie czuł się tu dobrze, a na tle konfliktu - nieprzyzwoicie wręcz bezpiecznie.

Dojrzawszy rozterkę zniekształcającą surowe oblicze, Pan dotknął bladego podbródka i uniósł twarz smoka ku własnej, by bez przeszkód przyjrzeć się jego tęczówkom. Toksyczna zieleń i jadowita żółć przetaczały się subtelnie wokół czarnej źrenicy.

- Czyżbyś żałował swego postępku na Smokosferium, Imcie? Żałujesz podjętej decyzji mającej na celu ocalenie twojej umiłowanej Barwy?

Smok warknął gardłowo.

- Żałuję iż dopuściłem, by gniew i żal zawładnęły mną, panie. A co zdarzyło się potem, pozostaje wynikiem mojego niedopatrzenia.

Imt gwałtownie odwrócił głowę, nie chcąc widzieć tych złudnie życzliwych oczu obsesjonisty. Oblał się przy tym ciepłą herbatą z czarki, co w porównaniu z niemiłą pieszczotą było zaledwie drobną niedogodnością. Nie podobał mu się dotyk Pana, lecz nie odnalazł w sobie odwagi, by stanowczo mu się przeciwstawić.

- Mam imię, Imcie, podobnie jak ty sam - młodzieniec upomniał go, na powrót chowając splecione dłonie w obszernych rękawach. - Racz go używać, tego właściwego, a nie nadanego przez istnienia obrócone w proch. Nawyknij do niego, albowiem wkrótce przebywać będziemy w szerokim gronie naszych stronników, gdzie tylko tobie wolno będzie je wymawiać.

- Oczywiście, Luciusie - wymamrotał służalczo Imt w okryte krwistą czerwienią plecy odchodzącego Pana. - Wedle życzenia.

Ścierając napój z pektorału i piersi, spojrzał na czarkę w drugiej dłoni. Poczuł przemożną chęć zmiażdżenia jej, lecz zdołał się opanować. Zbyt wiele razy jego pochopne czyny były opłakane w skutkach. Jak wspomniane Smokosferium - niefortunne wydarzenie, w trakcie którego wystąpienie jednego patriarchy wywołało konflikt na skalę świata. Konflikt Barw.

Czarny smok z dojmującym żalem przyjmował wieści, jakoby wściekłe czerwonołuskie zawzięcie poszukiwały gniazd i lęgowisk Barw, skutecznie eksterminując prajaszczury nieszczęśliwie wpadające im w szpony. Jakby przez cały ten czas wyczekiwały sposobności, by pozbywając się konkurencji całkowicie podporządkować sobie dwunogów. I podczas gdy on tkwił w ogrodach Pana, Czarna Barwa, którą poprzysiągł chronić za cenę życia, walczyła o przetrwanie.

Osiągnął rezultat diametralnie odwrotny do zamierzonego.

Dla Pana sytuacja ta była wyjątkowo sprzyjająca. Smoki stwarzały realne zagrożenie dla sił militarnych jakimi dysponował, w związku z czym nie musiał robić już nic, by zapewnić im względny spokój. Prajaszczury skupione były na sobie, toteż pozostało mu tylko czekać, aż wytępią się same. Niedobitki nie będą stanowiły problemu dla mocy, jaką posiadał na jedno skinienie delikatnego palca.

Zdruzgotany Imt na powrót opadł na skrzypiące deski tarasu i odłożywszy czarkę, ukrył twarz w szerokich dłoniach. Bezwiednie wsparł swojego wątpliwego sojusznika w jego dążeniach do realizacji celu, wyśnienia snu o następujących gwałtownie przemianach. Ale czy aby na pewno uczynił to nieumyślnie? Nadludzka potęga nie była mu obca, funkcjonował w blasku łaski Urory Wszechmocnego na co dzień, w mniej lub bardziej bezpośredni sposób. Wraz z Panem dotykał Macierzy Mocy, faktycznego oblicza świata, i wraz z nim powodował nieodwracalne uszkodzenia na jej powierzchni. Tak oto drobne odpryski uderzały w żywe istoty na tyle wrażliwe magicznie, by odczuć je na własnej skórze, przekazując niejasne informacje, sygnały, jakich ograniczone rozumy śmiertelników nie były w stanie przetworzyć na zrozumiałe komunikaty.

Ostatnim razem, kiedy Pan dotknął Macierzy, użyty jako katalizator Imt został potraktowany jednym z takich odłamków. Od tamtej pory zaczęły nawiedzać go rozmyte obrazy z odległej przeszłości mające związek z osobą najdziwniejszą ze wszystkich, która odeszła dziesiątki lat temu.

Saveraightenart, “Pomoc w Potrzebie”. Sav. Eremita. Odszczepieniec. Samotnik z wyboru, który dzięki własnemu geniuszowi, dalekowzroczności oraz ponadprzeciętnej inteligencji zdołał złamać odwieczne prawa natury, przedłużając żywot i wysyłając część siebie w przyszłość.

Imt zaczynał rozumieć kontrolowany obłęd, jakiemu poddał się Alchemik w ostatnich dniach życia. Sav nie tylko stworzył nowy materiał. Tuż przed zaklęciem zdołał wsączyć weń część esencji, wzmacniając nałożone przez Zaklinacza czary, w wyniku czego Ornament stał się jawną drwiną z Pana oraz jego mocy. A być może okaże się także jego ostateczną zgubą. Lucius podejrzewał, że artefakt poszukiwanego skrywa niewyobrażalną moc, nie wiedział jednak w jaki sposób powstał, ani jakich tajemnic strzeże.

A smok ani myślał dzielić się z nim tą wiedzą.

Słusznie dedukując, Imt miał już pewność że zaklął przedmiot prawidłowo. To inteligencja magiczna Sava wpłynęła na nakładane jedno po drugim zaklęcie i spotęgowała efekt końcowy, kumulując jego energię. A reagent emocjonalny zablokował wszystko, co weszło w podatny materiał. Zablokował i przechował do czasu pełnej aktywacji w kontakcie z Macierzą. Zatem Sav był z nią ściśle połączony, gdyż to jej odprysk pobudził cząsteczkę bytującą w martwym, a jednocześnie żywym przedmiocie zespolonym z celem. Niebywałe, by dokonał tego jeden Saramarystyjczyk w asyście młodego, niedoświadczonego czarnego smoka. Alchemik połączył siły z Zaklinaczem, tworząc epokowe dzieło.

Pozostawała już tylko jedna niewyjaśniona kwestia: czy Pan zdawał sobie sprawę, że to Saramarystyjscy Pierworodni, a nie niebianie, są jego największym zmartwieniem? Jeśli tak, zabiłby poszukiwanego jeszcze w ludzkiej warowni. A skoro do tego nie doszło, oznaczać to mogło, iż nie wiedział o nich wiele. I przechwytując poszukiwanego chciał dowiedzieć się więcej.

Oszołomiony spostrzeżeniami Imt opuścił ręce i spojrzał ponad pazurami na ginący w ciemnościach ogród. Czarna grzywa powiewała, łaskocząc skronie. Ciepły wiatr przemknął po jego nagim torsie, poruszając delikatnie ozdobami na szerokim złotym pektorale. Szmaragd rozmiarów pięści pyszniący się na samym środku mrugał niczym gwiazdy na nieboskłonie, a on nie mógł się nadziwić temu, o czym przecież wiedział od samego początku. Właśnie odkrył największą słabość Luciusa. Niewiedza bywała zgubą najpotężniejszych, a jego przebiegły smoczy umysł planował już, jak obrócić te informacje na własną wymierną korzyść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz