piątek, 20 marca 2026

Nazwij to, a przestanie być straszne...

No dobra, to moje piąte zdanie rozpoczynające posta - poprzednie cztery po przeczytaniu wykasowałam. Ostatnio robię tak dosłownie ze wszystkim. Zamiast utrzymać dyscyplinę i skoncentrować się na celu, to nadmiernie skupiam się na środkach tracąc z oczu to, co najważniejsze. A potem porzucam uznając, że przecież to nieistotne, tak zwane: no i ch*j.

    Takie właśnie imię nadałam mojej depresji. No i ch*j. Po tym bowiem poznaję jej przybycie - kiedy wszystko przestaje mieć dla mnie znaczenie, kiedy konsekwencje wygasają jak zszarzałe bierwiona, a niedokończone sprawy osuwają mi grunt spod stóp, wiem, że nadchodzi ona z tym swoim panaceum na wszelkie zło: wielkim, soczystym no i ch*j. Mieszkanie nie posprzątane? No i ch*j. Obiad nie ugotowany? No i ch*j. Cały dzień bezproduktywnie przespany? No i ch*j! Sama nie mieszkasz!

    Wszystko ch jak śpiewały Elektryczne Gitary.

   Ostatni rok był potworny pod tym względem. Było ze mną naprawdę kiepsko. Pozostawiona sama sobie zbliżyłam się do granicy, której nie oglądałam od czasów technikum. I której miałam nadzieję nie oglądać nigdy więcej w tym życiu. I znów poradziłam sobie z tym sama. Sama. W końcu wola to potężne narzędzie, w jakie wyposażony jest każdy człowiek. A kiedy człowiek dotyka dna, ma tylko dwa wyjścia - utopić się lub odbić od niego. Niewiele brakowało, a tym razem bym nie wypłynęła.

    To tyle jeśli chodzi o moją niską aktywność i w ogóle brak chęci do czegokolwiek. Obecnie mam sztamę z moją No i Ch*j; kiedy się zjawia, witam ją zieloną herbatą i ulubionym ciastkiem, pozwalam pobuszować i ciut porozpierniczać moje życie, a potem pożegnać z uśmiechem przylepionym do ust, by po zamknięciu drzwi wziąć się za sprzątanie. Przekonałam się, że jeśli nie można z czymś wygrać, należy się do tego przyłączyć. Albo chociaż zrozumieć i zaakceptować. Trochę jak z miesiączkowaniem - poboli, napsuje (utoczy?) krwi i minie. Do następnego razu. Z tą różnicą, że miesiączki są regularne i przewidywalne. No i Ch*j taka nie jest.


     Miała być krótka nota na rozkręcenie, a tu cały post się wylał. Wracam do gry, nie wiem jak długo i czy z podobną kondycją jak na początku, ale mam nadzieję, że za wiele smutów, smętów i mędzenia tu nie wlepię. Chciałabym częściej przebywać w skórze DB (poznacie typa w trzecim tomie, choć wzmianka o nim była już w drugim), wówczas byłoby wesoło, cynicznie i bez trzymanki. A tak to z wiadomości parafialnych tyle, że kończę właśnie redagować 2.40 i myślę, że w przyszły weekend - zgodnie z nieoficjalnym i nieistniejącym rozkładem - wrzucę go na bloga. Wattpad doprowadza mnie do szału, ale to akurat nic nowego. Jest dla mnie jak frajersbuk, czyli obeszłabym się bez niego, ale skoro już go mam, to niech się do czegoś przyda.



🎵 Wszystko ch. - Elektryczne Gitary 🎶

wtorek, 10 marca 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 39 ~~

  Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




"Omnis amans amens"
                                                                               - Każdy zakochany szaleńcem.


- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 10'3m'26r2t]




    Oto rozpoczyna się właściwa część Zaklinacza Żywiołów, a kończy przeplatana drobnymi dramatami sielanka. Jak być może wiecie, każdą z części septalogii otwiera adekwatna do fabuły tomu łacińska sentencja - w przypadku obecnego jest to "omnis amans amens", dość mocno obrazujący postępującą obsesję Esta na punkcie Cola. Do czego może doprowadzić bezgraniczna miłość? Jak wiele znieść może zakochany bez pamięci mężczyzna? A przede wszystkim czym naprawdę jest miłość i jakie postacie przyjmuje?
    Pisząc Elegię o Nieśmiertelnym często myślałam jak czują i okazują miłość poszczególni, jakże różni bohaterowie: Mag reprezentujący ojcowską, Est i Col romantyczną, Leos niespełnioną, Imt zapomnianą, Pan wyczekującą, zaś Aarim nieokreśloną. Co nimi powoduje, do czego są zdolni, jak radzą sobie z niepowodzeniami i w jaki sposób celebrują spełnione aspiracje. Uwielbiam dawać im przestrzeń i obserwować ich dążenia do realizacji tych mniejszych oraz większych marzeń, celów...
    Co było powodem ataku Esta na Aarima? Czy rzeczywiście to jego emocje wzięły nad nim górę? I czy spojrzawszy w tył przypieczętował los ich wszystkich? Jak bardzo Imt i Est są podobni? Co wiedza pierwszego oraz tajemnica drugiego oznacza dla Pana? Aż wreszcie kim był/jest/będzie Saveraightenart?
    Nie pytam. Zachęcam do dalszej lektury.



Kącik autorki.
    O bogowie, jakże brakowało mi Imta i Pana, ich grubymi nićmi szytego sojuszu, niezrozumiałej natury relacji i tego, co stopniowo się w nich rodzi. Nie, to nie jest powieść z gatunku tych, w których wszyscy mężczyźni są homoseksualni - nadmieniam, aby nie rozczarować żądnych powyższego Czytelników. To historia, w której Col i Est muszą walczyć o akceptację oraz zrozumienie społeczności, nie zdradzę z jakim skutkiem. Mogę tylko napisać, że protekcja księcia odgrywa tu niebagatelną rolę.
   Ja tu o miłości, tymczasem licznik obsuwy wskazuje trzy dni! Tak się składa, że jest ona spowodowana... no nie uwierzycie... brakiem czasu! Naiwnie wierzyłam, że skoro Paladynka jest coraz starsza, to będę mieć więcej wolnego dla swojego umiłowanego czasozjadacza (jakim jest pisanie), a tu kicha! Odnoszę wrażenie, że kiedyś miałam go znacznie więcej... Ale dziś zebrałam tyłek w troki, powiedziałam domownikom że mnie nie ma i ogarnęłam to, czego nie udało mi się w weekend. Toteż cieszcie się dopieszczonym kawałkiem wprowadzającym nieco zamieszania do coraz mniej uporządkowanego życia Esta i Cola 🤍💚


Efisio Cross zdominował playlistę Imta i A.. Kompozytor doskonale buduje romantyczny klimat, niezmiennie wprowadzając mnie i Imta w tęskny, sentymentalny nastrój...

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 39

 

Przycupnął na najniższym stopniu schodów prowadzących do Głównego Budynku. Ogarnięty apatią patrzył przed siebie nie dostrzegając nikogo ani niczego, choć na dziedzińcu o tej porze panował tłok. Bezmyślnie skubał zapięcie czarnej rękawiczki, niewielką książeczkę trzymając na podciągniętych pod brodę kolanach.

Nie zwrócił uwagi na przyłączającego się doń Colonella. Zupełnie bezwładny, obojętnie przyjmował przyjacielskie kuksańce zatroskanego człowieka. Siedział odrętwiały, zdjęty niemocą, jak gdyby tłumiony żal oraz niegasnąca wściekłość wyczerpały go do cna. Kiedy podeszła do nich Leos i zwiadowca dowiedział się o planie zabrania jej ze sobą, bierne uczestnictwo w sprzeczce również na niego nie wpłynęło. Nie widział nawet paladyna siodłającego pięknego białego rumaka bojowego. Myślami Estalavanes przebywał w innym miejscu - sam nie wiedział gdzie konkretnie. Po prostu nie istniał. Wkrótce został sam, ale na krótką chwilę. Dopiero gdy cała trójka stanęła naprzeciwko niego, podniósł opieszale głowę i z początku nie rozpoznając ich, popatrzył kolejno w twarze przybyszów. Zmartwiona Leos, zasępiony Colonell i… Aarim kłamca!

To był instynkt, pierwotny i niepohamowany, jakiemu pogrążony w rozpaczy chłopak oddał się bez wahania. Niepomny na tomik zalegający na kolanach Est niby wąż spiął się do ataku. Z grymasem furii obnażającym kły runął na księcia, który z ledwością odskoczył na bezpieczną odległość, prosto w tłum ludzi.

Zdezorientowani najemnicy błyskawicznie odzyskali rezon i rozproszyli się; otaczając walczących ciasnym kręgiem czujnie obserwowali gwałtowne zajście.

Est uniósł zaciśnięte pięści, nie spuszczając dzikiego wzroku z rycerza przyjmującego postawę defensywną i upewniającego się pospiesznie, czy nikt ze zgromadzonych nie ucierpiał. Zaklinacz Żywiołów stanowił zagrożenie dla wszystkich bez wyjątku.

- Oszukałeś mnie! - wywrzeszczał Est, okrążając księcia. - Każde twoje słowo było wierutną bujdą, zasłoną skrywającą prawdziwe intencje!

- Nie oszukałem cię, Estalavanesie. - Aarim nieco opuścił gardę, zaraz jednak zręcznie uniknął napaści rozwścieczonego półsmoka. Chłopak był szybki, amok dodatkowo napędzał jego celnie wymierzone uderzenia. - Nie szukaj zatem winnych tam, gdzie ich nie ma.

- Przestań łżeć! Wiesz więcej niż zdradzasz!

- Owszem. Nie ma powodu, by wtajemniczać najemnych w dalekosiężne plany króla Estarionu.

Pomimo solidnej postury Aarim uskoczył zwinnie w bok. Nie zamierzał walczyć z rozsierdzonym Zaklinaczem Żywiołów, lecz napastnik wyraźnie dawał mu do zrozumienia, że nie odstąpi. Bójka nie została wszczęta z myślą o śmierci jednego z nich, Estalavanes zwyczajnie potrzebował wyładować na kimś ciążącą mu frustrację. Niebianin spróbował złagodzić wpływ szkodliwych uczuć, niestety bezskutecznie.

- Ani się waż używać na mnie tej swojej przeklętej aury!

Est zamarkował cios z prawej w szczękę księcia i z zadowoleniem przyjął, że przeciwnik dał się zapędzić w pułapkę. Szeroka zasłona z obleczonych błękitem przedramion przesunęła się ku głowie, odsłaniając niczym nie chroniony brzuch. Chłopak natarł z całą siłą oraz prędkością zrodzoną z gniewu. Szybki skręt tułowia i urękawiczniona pięść wyprowadzona od dołu trafiła prosto w żołądek, którego nie osłoniły nawet twarde mięśnie.

Rozległy się okrzyki zagrzewające braci do walki. Znajdujący się najbliżej najemnicy gotowi byli wesprzeć swego bohatera, podczas gdy chwilowo obezwładniony rycerz, odkasłując, zgiął się wpół. Opętany szaleństwem Est byłby dokończył dzieła kopnięciem z kolana mającym złamać mu nos, gdyby nie silne ramiona skutecznie odciągające go od ofiary.

- Puszczaj mnie! Jeszcze z nim nie skończyłem! – Szarpał się, ale chwyt Cola był jak imadło. - Słyszysz mnie?! Puść wreszcie!

- Uspokój się, dzieciaku! Pojebało cię, żeby wdawać się w bójki na dziedzińcu?!

Przodownik nie wyglądał jakby utrzymanie agresora w ryzach sprawiało mu trudność. Wręcz przeciwnie, dźwignął go nad ziemię i z łatwością poniósł z dala od księcia, do którego natychmiast podbiegła zaniepokojona Leos.

Wartownicy na blankach ściskali w dłoniach łuki o napiętych do strzału cięciwach. Kilku najemników przerwało przygotowania do zwiadu i dobyło mieczy, a pozostali zrobili im miejsce, poszerzając prowizoryczną arenę. Wystarczył impuls, by sytuacja wymknęła się spod kontroli, dlatego Colonell puścił rozjuszonego chłopaka i pchnął go w kierunku koni. Donośnym, nieznoszącym sprzeciwu tonem zawołał do zgromadzonych, by schowali broń i wrócili do swoich obowiązków. Nie wiedział czy to jego głos, czy też siła przekazu zadziałała na nich w ten sposób, ale wojownicy jak jeden mąż posłuchali, a nawet pomogli rozpędzić ciekawski tłum.

Przodownik rzucił szybkim spojrzeniem na czarodziejkę i paladyna. Stwierdziwszy, że zleceniodawca nie doznał obrażeń w wyniku potyczki, podszedł do skulonego na ubitej ziemi partnera. Est siedział z nogami pod brodą i policzkami wciśniętymi między kolana. I chociaż Col widział wyłącznie jego opuszczone nisko uszy, to było mu żal tego rozgoryczonego szczeniaka.

- Co w ciebie wstąpiło żeby ruszać z pięściami na zleceniodawcę i królewskiego syna? - Wydobył zza pasa książkę w wytartej oprawie i położył ją na ziemi obok chłopaka. Siadając tuż przy nim objął go ramieniem. - Nie żebym sam nie miał na to ochoty, ale ty? Nie poznaję cię, dzieciaku. Co się stało? Dlaczego wykrzyczałeś mu w twarz, że cię oszukał? Chciałbym wiedzieć czy rzeczywiście zasłużył na wpierdol.

Nie doczekał się odpowiedzi.

- Esti?

- Pozwól mi ochłonąć...

Colonell bardziej domyślił się jego słów niż je usłyszał, lecz przystał na prośbę i więcej się nie odezwał. Widok zagorzałego pacyfisty uciekającego się do przemocy poniekąd nim wstrząsnął. Cokolwiek się wydarzyło, odbiło się traumą na wrażliwym chłopaku, aż zatracił się we własnych emocjach.

Obejmując jego gwałtownie unoszące się plecy, przodownik rozejrzał się uważnie. Ludzie mijali ich szerokim łukiem, zaciekawieni i nie mniej ostrożni. Strażnicy na murach opuścili broń, wciąż bacznie obserwując złotowłosego przybysza rozmawiającego z córką przywódcy. Wyczuwające napięcie konie parskały, drąc ziemię kopytami. A on zapragnął być jak najdalej stąd, poza granicami obłędu pochłaniającego znany mu świat.

Wisząca między nimi cisza dręczyła go, toteż chętnie ją przerwał.

- Dlaczego mnie nie dziwi, że postanowiłeś zabrać z nami Leos? - mruknął z udawanym zdumieniem. - Wiesz, Esti, że może to i lepiej? Jako jedyna dogaduje się z paladyńcem, a to znaczy, że będziemy mieli więcej czasu dla siebie. Co ty na to, by po tym wszystkim osiąść w jakimś bezludnym miejscu tylko we dwóch? Żyć z dala od królów, rycerzy, smoków i co to tam jeszcze nas spotka… Esti?

Est odtrącił głaszczącą go dłoń i chwytając dziennik poderwał się z ziemi. Wyminął ogarniętego bezsilnością partnera, który, niezdolny do jakiejkolwiek reakcji, odprowadził go wzrokiem aż do Wieży Czarodziejów.

Col po cichu liczył, że w zaciszu sypialni dzieciak dojdzie do siebie i wróci spakowany, by z nową energią rozpocząć podróż życia. Pierwszą i być może ostatnią. Nie tracił jednak nadziei że pożyją na tyle długo, by ziściło się jego ciche marzenie o skromnym domku w górach.

***

Matowy czarny pancerz wyglądał jak z warsztatu. Uszkodzone płaty wzmocnionej skóry wymieniono, a paski i sprzączki naoliwiono, tak że całość nie ustępowała zbroi sprzed bitwy. Kuśnierz Jan z Adeili był artystą w swym fachu, aczkolwiek rzemieślnikom z Twierdzy również wiele nie brakowało. I chociaż Est nie był w nastroju do podziwiania czegokolwiek, to kunszt wykonania cieszył jego oko.

Bez zbędnego pośpiechu zaczął nakładać na siebie kolejne elementy stroju: krótki kirys zasłaniający klatkę piersiową i plecy, karwasze, naramienniki, osłony na uda oraz szeroki pas z rzemiennymi pętelkami podtrzymującymi mieszki i troczkami oplatającymi flaszeczki. Całości dopełniły ciężkie, sznurowane pod kolana buty z klamrami.

Lekka zbroja leżała nań jak druga skóra.

Obejrzał się w lustrze i beznamiętnie skonstatował, że prezentuje się zgodnie z samopoczuciem. Biało-czarny. Wyprany z kolorów. Wyprany z uczuć. Wszystko w co wierzył okazało się kłamstwem wciągającym jak grząskie bagno. A on w swej próżności brnął w nie z głupim przeświadczeniem, że jest panem swego losu.

Nagły wybuch gniewu na widok Aarima przestraszył go. Spanikował nie rozumiejąc, co się z nim dzieje, bo nigdy dotąd nie odczuwał tak intensywnie negatywnych emocji. Nie wiedział czy wywołała je nieposkromiona moc, czy tak jak mówił mistrz, zmiany zachodzące w nim samym. Nie chciał tego. Jedyne czego pragnął to zostać tu, z nauczycielem, trenować sztuki walki, medytować, obcować z żywiołami i spędzać czas wolny z przyjacielem. Wegetować w poczuciu stabilizacji i rutyny.

Ale to wszystko bezpowrotnie minęło; pozostanie już tylko bolesnym, melancholijnym wspomnieniem, do którego będzie wracał i na myśl o którym w jego sercu zapanuje pustka. Tak ma być. Takie jest dorosłe życie: pełne rozczarowań, niepewności oraz brutalnych zderzeń z rzeczywistością. Nie będzie mistrza z łatwością wyciągającego go z wszelkich tarapatów. Nie będzie ludzi przejmujących odpowiedzialność za jego czyny. Sam będzie musiał zadbać o siebie i własne potrzeby, zadbać o przyjaciół... A wówczas oni zadbają o niego. Będą współzależni bez względu na okoliczności.

Ta przenikliwa refleksja w przytłaczającym świetle przemian była jedynym pocieszeniem, jakiego uczepił się tonący w depresji chłopak. Z ociąganiem sięgnął po rękawiczkę leżącą na komodzie tuż obok zwiniętej peleryny – pierwszego podarku od mistrza - wewnątrz której spoczywał dziennik o pożółkłych kartach będący najświeższą, a zarazem ostatnią pamiątką po nim.

Szarpnięciem zdjął z lewej dłoni podniszczoną rękawiczkę i włożył nową, zasłaniając przed niepowołanymi spojrzeniami ślad złocącego się pod skórą artefaktu. Poruszył palcami dla lepszego dopasowania, pokręcił nadgarstkiem, by zamaskowała obręcz i wziął pelerynę, którą dołożył do ustawionych pod komodą pakunków. Ze stęknięciem zarzucił cały swój dobytek na grzbiet. Nie było tego wiele. Nie przywiązywał się do przedmiotów, gdyż łatwo można je stracić. I, jak na jego gust, za często zmieniały właścicieli.

Idąc obładowany do drzwi, złapał gładki hebanowy kostur zwieńczony na obu końcach stalowymi okuciami i ostatni raz przyjrzał się komnacie. Była prawie tak opustoszała jak w dniu, w którym pierwszy raz ją ujrzał. Przymknął na moment powieki chłonąc znajome zapachy oraz zapamiętując każdy detal sypialni. I chociaż spędził w Twierdzy tylko rok, to odnosił wrażenie, jakby wraz ze starymi drzwiami zamykał całą swoją młodość.

***

Promienie słońca przelewały się już nad murami, kiedy Zaklinacz Żywiołów wyłonił się z wieży i podążył ku czekającym towarzyszom. Ruch na dziedzińcu wyraźnie zmalał, lecz dla Esta nadal było zbyt tłoczno. Nie chciał patrzeć w oczy mijanym ludziom. Nie chciał ich witać, ale nie potrafił powstrzymać tego grzecznościowego odruchu. Szedł z wysoko uniesionym czołem i czuł się z tym nieswojo, musiał jednak nad sobą panować. Tak jak uczył go mistrz.

Wielofasetowy szafir posyłał wokoło błękitne błyski, gdy Leos mocowała zdobiony srebrnymi pnączami kostur przy siodle srokatego ogiera. Est rozpoznał w nim konia, na którym ćwiczył jeździectwo i na grzbiecie którego pierwszy raz udał się do Adeili. Uśmiechnął się do starych dziejów. Zaraz spoważniał, spoglądając na młodego rycerza. Musieli się dogadać, zwłaszcza że od teraz będą dzielić ze sobą trudy podróży oraz wyzwania codzienności.

Biorąc się w garść, podszedł do niebianina. Zatrzymując się na wprost niego, czysto ludzkim gestem wyciągnął ku niemu rękę, za nic mając zdumienie przyjaciół oraz przypadkowych gapiów. Estalavanes nigdy nie podawał dłoni.

- Przepraszam Aarimie - zaczął oficjalnie - moje zachowanie względem ciebie było niedopuszczalne. Niesłusznie wyładowałem na tobie złość, nie uczyniłeś mi bowiem żadnej krzywdy. Upraszam o wybaczenie.

Książę skierował wzrok na białą dłoń i uścisnął ją, puszczając bójkę w niepamięć. Est był przekonany, że w obojętnych oczach zleceniodawcy pojawił się cień zaskoczenia, zupełnie jak wtedy, gdy został zaatakowany.

- Estalavanesie, gdybym spodziewał się takiego obrotu spraw, poradziłbym sobie z twoimi pięściami. Uznajmy zatem ten incydent za namiastkę twych możliwości. I nie zwlekajmy dłużej, słońce niebawem stanie w zenicie. Mamy kilka godzin opóźnienia.

Aarim spojrzał na każdego członka drużyny z osobna i z gracją wspiął się na siodło. Est dopiero na tle tutejszych wierzchowców zauważył, jak ogromny i umięśniony jest rumak bojowy rycerza. Nieskazitelnie biała sierść błyszczała. Gęsta grzywa oraz ogon lśniły w słońcu, gdy koń potrząsał wielkim łbem, przydając księciu dostojeństwa. Sprawiał wrażenie nawykłego do wojaczki i chociaż nie rwał się do drogi, to zdawał się być żywiołowym stworzeniem. Kojarzył mu się z łagodnym Olbrzymem ze stajni w Twierdzy.

Col szturchnął zapatrzonego Esta w bark i podał mu wodze ogiera o czarnej jak noc maści. Koń prychnął nagląco, trącając ciepłymi chrapami wierzch dłoni, w której chłopak trzymał wodze.

Rozbawiony tą czułością Est pogładził pysk niecierpliwego zwierzęcia, poklepał muskularną szyję i zajął się przytraczaniem pakunków do siodła. Wetknął kostur do tulei, a pelerynę za przedni łęk siodła. Ostatni raz sprawdził zapięcia, wsunął stopę w żelazne strzemię i dosiadł karego rumaka, który zatańczył pod nim żywo.

Przodownik podprowadził gniadą klacz bliżej karosza przyjaciela.

- Zapamiętaj ten widok Esti, tylko nie patrz w tył - ostrzegł go, na co chłopak zareagował zmarszczeniem brwi. Ludzie z Twierdzy mieli bzika na punkcie nieoglądania się za siebie. - Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że widzę to miejsce ostatni raz w życiu.

- Prawdopodobnie tak jest, Col. Prawdopodobnie widzimy je ostatni raz w życiu.

Est powiódł wzrokiem po starych murach, rzucających wyzwanie niebu wieżach ogniowych oraz przysadzistych budynkach i straganach handlarzy. Każda z tych konstrukcji, najmniejszy ze składających się na nie kamieni zawierał w sobie pamięć wielu pokoleń mieszkających w ogromnej fortecy, wielu bitew rozegranych pod murami i między nimi. Nie wyobrażał sobie istoty mogącej rozbić solidne obwarowania i zburzyć zwaliste budowle.

“Lepiej żeby was tu nie było, kiedy nastąpi nieuniknione.” Co mistrz miał na myśli? Czego nie wyjawił uczniowi? I dlaczego? Czy gdyby zerknął do dziennika, znalazłby odpowiedź? Wolał tego nie robić. Rany były świeże, nie chciał rozdrapywać ich zapiskami sędziwego wieszcza.

Klepnięcie w udo wyrwało go z zamyślenia. Obejrzał się na partnera, który ruchem głowy wskazał oddalających się wierzchem Leos oraz Aarima, lecz pewien szczegół pociągłej wytatuowanej twarzy kazał dokładniej mu się przypatrzeć...

Gęstniejącą brodę porastającą całą szczękę zastąpił elegancko przystrzyżony zarost okalający wyłącznie usta. Jeden mały akcent, który w tak wielkim stopniu odmienił śniadego mężczyznę, o dziwo naturalnie do niego pasował. Akcent, który w połączeniu z krzywym uśmiechem zmiótł wszelkie myśli z głowy chłopaka pozostawiając tylko jedną, skandaliczną i mocno niemoralną.

Zadowolony z efektu Colonell mrugnął znacząco. W jego ciemnozielonych oczach rozbłysła frywolna iskierka.

- Po braku komentarza i twoim spojrzeniu wnioskuję, że ci się podoba. Nie zostawaj w tyle, dzieciaku.

- Będziesz teraz dla mnie bardziej... charakterystyczny. - Est nie pozwolił się podejść, lecz zachwycony uśmieszek błąkający się po jego wargach mówił to, czego nie wypowiedziały usta. - Wszyscy wyglądacie dla mnie jednakowo.

- Dotąd nie zdarzyło ci się pomylić mnie z kimkolwiek innym. Powinienem być z ciebie dumny czy raczej zganić cię za kłamstwo?

Col pozdrowił wartowników i wyjechał przez zacienioną bramę w towarzystwie Esta. Nagle, jakby przypomniał sobie o czymś, obrócił się przejęty.

- Nie jadłeś śniadania. No i ten wybuch sprzed chwili. Wszystko w porządku? Do Adeili długa droga, a i tam nie wiadomo co nas czeka.

- Jedziemy do Adeili?

Dłoń w rękawicy strzeleckiej powędrowała do pobrużdżonego niedowierzaniem czoła.

- Nie wytrzymam z tobą, dzieciaku… Myślisz że skąd przyjechał paladyniec? Jedziemy do stolicy, a miasto garnizonowe będzie pierwszym przystankiem na naszej drodze. Wstydu nie masz? Wplątałeś mnie w swoje zawiłe plany, a sam nie masz pojęcia dokąd w ogóle jedziesz?

- Jak rany, nie było okazji… A zresztą, nie ma znaczenia dokąd nas zaprowadzi. I tak nie mamy wyboru, prawda?

- Zawsze jest wybór. - Col wzruszył ramionami grzebiąc w torbie przymocowanej do przedniego łęku siodła. - Chcesz bułeczkę? - zaproponował z rozbrajającym uśmiechem.

- Dziękuję za troskę, nie jestem głodny. Poza tym czuję się, jakby coś mnie przeżuło i wypluło tylko po to, by znów miało mnie przeżuć. - Chłopak westchnął ciężarem ostatnich godzin i prędko odrzucił niechciane myśli. - Po prostu… za dużo tego.

- Nasze przyzwoitki wysforowały się na sam przód, więc możemy pogadać jeśli coś cię trapi.

Est utkwił wzrok w grzywie wierzchowca, który lekkim krokiem przemierzał gościniec, niespiesznie doganiając czworonożnych kompanów.

- Dziękuję, Col, wolałbym trochę pomyśleć i uporządkować je. Znaczy myśli. Od rana wydarzyło się tyle, że przestałem czuć grunt pod stopami.

Col wychylił się do niego na ile pozwoliły im konie.

- Rozstania potrafią kurewsko dopiec. Obiecujesz opowiedzieć mi wszystko w swoim czasie?

- Obiecuję. W swoim czasie.

- Grzeczny chłopiec. - Nie zważając na przyglądających im się wartowników, zwiadowca przechylił się w siodle i pocałował chłopaka w skroń. - I nie zadręczaj się tak. Damy radę. Ty i ja przeciwko całemu światu.

Tak jak poprosił, Est został sam na sam z wewnętrznymi demonami. A przynajmniej z jednym, którego był w stanie wyszczególnić na podstawie niejasnych myśli oraz nie do końca zrozumiałych wrażeń.

Ty i ja przeciwko całemu światu - powtórzył bezsłownie. Jak para zakochanych do szaleństwa durniów wierzymy, że miłością przezwyciężymy każdą przeszkodę. Że nasza nieśmiertelność będzie trwała w nieskończoność. Cóż jednak pozostało nam poza marzeniami? Pozostało nam o nie walczyć, walczyć o ich spełnienie. Mamy wybór. Zawsze mamy wybór.

Est był dozgonnie wdzięczny przyjaciołom za to, że uszanowali jego potrzebę samotności, nie miał bowiem siły rozmawiać z nikim, nawet z kochankiem i powiernikiem najskrytszych myśli. Col rozumiał go. Leos również. A on ufał im, ponieważ z własnej woli wyruszyli z nim w drogę za nic mając niewygody i niebezpieczeństwa. Bo i oni ufali jemu.

Nie podnosząc głowy zerknął spod brwi w kierunku przyjaciół i poczuł jak mrok w sercu odrobinę się rozwiewa. Colonell, Leos i on. Oraz tajemniczy Aarim. Nie ulegało wątpliwości że w końcu się z nim dogada, nawet Col potrafił nawiązać nikłą nić porozumienia z osobami, których nie lubił, i to wyłącznie w celu powodzenia misji. W przypadku przodownika okupione to będzie niejedną złośliwością i awanturą, może rękoczynami, ale w momencie zagrożenia jego łuk i sztylety nie zawahają się bronić zleceniodawcy.

Tymczasem przodownik zagadywał nieświadomą pokrewieństwa siostrę, ostentacyjnie ignorując pozbawionego emocji księcia. Ci dwaj mężczyźni reprezentowali dwa skrajnie odmienne typy osobowości, lecz w opinii Esta tak naprawdę wcale się nie różnili - obaj zasłaniali się pozorami. Tych dwóch bez wątpienia dostarczy im tyle rozrywki, że wszystkim wyjdzie bokami. Będzie musiał dopilnować, aby partner nie zagalopował się w swej pomysłowości. I jednocześnie zadbać o Leos.

Jak zareaguje na wieść, że Col pochodzi od tego samego miecza co ona? Choć trzeba jej oddać, zasługiwała na zaszczytne miano Małej Niedźwiedzicy. Była albo na tyle odważna, by wyjechać z trzema mężczyznami Wszechmocni wiedzą dokąd, albo ufała im w pełni i nie obawiała się z ich strony krzywdy. A może i jedno i drugie po trosze.

Była jeszcze trzecia opcja, którą Est niechętnie do siebie dopuszczał: piromantka była w nim tak beznadziejnie zakochana, że wykorzystała pierwszą lepszą szansę, by cieszyć się jego towarzystwem. Nawet teraz, jadąc w kilkumetrowym odstępie, spoglądała ku niemu, gdy wydawało jej się że nie widzi. On jednak to dostrzegał. Liczył że obecność księcia nieco odsunie jej myśli od niego, ale chyba wiele czasu minie, zanim jej uczucie osłabnie na tyle, by przyjęła do swego serca kogoś innego. Czyżby Aarim był dla niej zbyt pospolity z tak ludzką aparycją?

Sir Aarim Asmodeusz, książę Estarionu i prawa ręka arcypaladyna.

Pomijając artefakt, niebianin był największą zagadką, jaką dotychczas napotkał Est - wiedzący znacznie więcej niż mówi, bardziej powściągliwy niż zdradza starannie utrzymywana fasada, wzbudzający aurą najróżniejsze emocje, nawet te pogrzebane głęboko i zapomniane. Skąd znał prawdziwe imię mistrza? Mag wyznał mu je na drodze konspiracji? Znają się z czasów, kiedy Est był jeszcze posługaczem w noclegowni? Ile mistrz mógł mieć lat? To niemożliwe by Aarim, jego równolatek, wyglądał tak młodo. Czy niebianie długo zachowywali młodość?

Niewiedza przerażała. Est kompletnie nie znał swojego zleceniodawcy, nie wiedział czego się po nim spodziewać. Czy kiedykolwiek mu zaufa mając świadomość, że sięga po nieczyste zagrywki? Wprawdzie zaatakowany tylko się bronił, lecz mógł przecież przejść do kontrofensywy, co nie skończyłoby się dobrze w otoczeniu uzbrojonych i nieprzychylnych mu najemników. Jak potoczyłaby się bójka, gdyby nie interwencja Cola?

Ależ był głupi, by dać ponieść się złości! Aarim go nie okłamał. Ani słowem nie wspomniał że robi to dla niego, dla jego dobra. Nawet te bezsensowne, wycięte z kontekstu zdania miały odniesienie do rzeczywistości, a Est opacznie je zrozumiał, wyolbrzymił i przeinaczył. Wystarczyło by ktoś był dla niego miły, a on już traktował to jako przejaw sympatii. A tu wszystko rozchodziło się o jego legendarne zdolności… Nie było w tym nic ponad pragnienie posiadania niszczycielskiej broni w postaci Zaklinacza Żywiołów. Dlaczego mu się wydawało że jest wyjątkowy? Bo jest inny? Niepodobny do nikogo? Bo kontroluje żywioły? I co z tego, skoro jest nieopierzonym adeptem.

Znów nachodziły go lęki. Wady i braki w umiejętnościach wypełzły na zewnątrz niczym paskudne wrzody pokrywające skórę, płonące bólem i broczące toksyną zatruwającą umysł oraz ciało. Powoli tracił chęć do wszystkiego. Coś w nim mruczało, głęboko w gęstniejącym cieniu podświadomości. Przewracało się z boku na bok, wybudzając z odżywczego snu. Nie mogło do tego dojść. Nie tu i nie teraz. Aarim może i nie ujawni prawdy, ale Est nie zamierzał iść za jego przykładem. Książę musi się dowiedzieć. Może będzie w stanie okiełznać stworzenie w nim żyjące, by nie zagroziło jego przyjaciołom. I chociaż ohydne macki przygnębienia owijały mu szyję, grożąc uduszeniem, to wcale nie chciał umierać. Mimo rosnącej apatii chciał przeżyć jeszcze wiele lat u boku Cola.

Mimowolnie obejrzał się za siebie; na antracytowe mury Twierdzy Niedźwiedzi, na wieże ogniowe trwające od stuleci, na otwartą bramę szczerzącą zęby uniesionej brony… Gdzieś tam, w gabinecie, za biurkiem z dębowego drewna zasiadał stary człowiek. O czym w tej chwili myślał? Czy dawał upust emocjom, jakich oszczędził uczniowi?

Zapamiętaj ten widok, Esti, tylko nie patrz w tył - usłyszał w głowie brzmiący niby przygana głos przyjaciela. Fakt, spojrzał w tył, ale to tylko głupi przesąd, jeden z wielu odzwierciedlających ludzką fantazję.

Popatrzył przed siebie, na ciemniejący wzdłuż horyzontu las. Przeszedł go dreszcz, pod wpływem którego ponaglił konia do przyspieszenia. Jak jeszcze przed momentem pragnął być sam, tak teraz potrzebował bliskości przyjaciół. Szybko do nich dołączył, lecz wrażenie wzroku wbitego w jego wyprostowane plecy nie odpuszczało...

Do czasu, aż przykre doznanie ustąpiło pod naporem drażniącej aury niebianina.

***

- Rozpoczęli tułaczkę.

Imt drgnął. Szept Pana niósł się pośród wieczornego bezgłosu słodką, rozkoszną melodią wyśpiewywaną przez nawołujące się ptactwo. Nie chciał tego, lecz przyciągany magnetyzmem zwierzchnika spojrzał w leniwie rozchylające się powieki uwalniające mglistą, bezkresną czerń oraz dwa świetliście złote kręgi jarzące się w półmroku. Mocniej zacisnął pazurzaste palce na malutkiej czarce z naparem i uniósł ją do ust, byle zachować ciszę.

- Najwyższy czas objawić śmiertelnikom jedyną prawdę, jaką winni byli poznać wieki temu – ciągnął niezrażony milczeniem kompana Pan. - Niechaj historia pisze się naszymi czynami. Niechaj litery spłyną wraz z krwią wydarzeń po magicznej otoce tego zastanego, gnijącego świata. Dość już czasu zmitrężyliśmy na bezczynnym siedzeniu w mych ogrodach!

Na muśniętych szkarłatem wargach Pana igrał czuły uśmiech, zwodniczo łagodzący wybrzmiewające w głosie okrucieństwo. Jedwabne szaty zaszeleściły, gdy wstawał z drewnianej posadzki tarasu.

- Czy jesteś gotów, mój przyjacielu?

Smok patrzył na wysuniętą ku niemu smagłą rękę, drobną i delikatną jak sam Pan. Niebezpieczną. I równie nieprzewidywalną. Zajrzał w lśniące, pozornie pobłażliwe oczy cudownej istoty i niewiele myśląc sięgnął ku niemu, pozwalając pomóc sobie wstać. Rana na plecach już dawno się zagoiła, jednakże nic nie potrafiło zaleczyć zadry w sercu masywnego humanoida, nawet uśmierzający dotyk Pana.

Byli równi wzrostem, choć bez wątpienia to szczupły jegomość sprawował rządy na tych pięknych włościach. Smokokrwisty olbrzym o sinobiałej skórze nie pasował do bajecznie malowniczej scenerii, pośród której został umieszczony. Paradoksalnie czuł się tu dobrze, a na tle konfliktu - nieprzyzwoicie wręcz bezpiecznie.

Dojrzawszy rozterkę zniekształcającą surowe oblicze, Pan dotknął bladego podbródka i uniósł twarz smoka ku własnej, by bez przeszkód przyjrzeć się jego tęczówkom. Toksyczna zieleń i jadowita żółć przetaczały się subtelnie wokół czarnej źrenicy.

- Czyżbyś żałował swego postępku na Smokosferium, Imcie? Żałujesz podjętej decyzji mającej na celu ocalenie twojej umiłowanej Barwy?

Smok warknął gardłowo.

- Żałuję iż dopuściłem, by gniew i żal zawładnęły mną, panie. A co zdarzyło się potem, pozostaje wynikiem mojego niedopatrzenia.

Imt gwałtownie odwrócił głowę, nie chcąc widzieć tych złudnie życzliwych oczu obsesjonisty. Oblał się przy tym ciepłą herbatą z czarki, co w porównaniu z niemiłą pieszczotą było zaledwie drobną niedogodnością. Nie podobał mu się dotyk Pana, lecz nie odnalazł w sobie odwagi, by stanowczo mu się przeciwstawić.

- Mam imię, Imcie, podobnie jak ty sam - młodzieniec upomniał go, na powrót chowając splecione dłonie w obszernych rękawach. - Racz go używać, tego właściwego, a nie nadanego przez istnienia obrócone w proch. Nawyknij do niego, albowiem wkrótce przebywać będziemy w szerokim gronie naszych stronników, gdzie tylko tobie wolno będzie je wymawiać.

- Oczywiście, Luciusie - wymamrotał służalczo Imt w okryte krwistą czerwienią plecy odchodzącego Pana. - Wedle życzenia.

Ścierając napój z pektorału i piersi, spojrzał na czarkę w drugiej dłoni. Poczuł przemożną chęć zmiażdżenia jej, lecz zdołał się opanować. Zbyt wiele razy jego pochopne czyny były opłakane w skutkach. Jak wspomniane Smokosferium - niefortunne wydarzenie, w trakcie którego wystąpienie jednego patriarchy wywołało konflikt na skalę świata. Konflikt Barw.

Czarny smok z dojmującym żalem przyjmował wieści, jakoby wściekłe czerwonołuskie zawzięcie poszukiwały gniazd i lęgowisk Barw, skutecznie eksterminując prajaszczury nieszczęśliwie wpadające im w szpony. Jakby przez cały ten czas wyczekiwały sposobności, by pozbywając się konkurencji całkowicie podporządkować sobie dwunogów. I podczas gdy on tkwił w ogrodach Pana, Czarna Barwa, którą poprzysiągł chronić za cenę życia, walczyła o przetrwanie.

Osiągnął rezultat diametralnie odwrotny do zamierzonego.

Dla Pana sytuacja ta była wyjątkowo sprzyjająca. Smoki stwarzały realne zagrożenie dla sił militarnych jakimi dysponował, w związku z czym nie musiał robić już nic, by zapewnić im względny spokój. Prajaszczury skupione były na sobie, toteż pozostało mu tylko czekać, aż wytępią się same. Niedobitki nie będą stanowiły problemu dla mocy, jaką posiadał na jedno skinienie delikatnego palca.

Zdruzgotany Imt na powrót opadł na skrzypiące deski tarasu i odłożywszy czarkę, ukrył twarz w szerokich dłoniach. Bezwiednie wsparł swojego wątpliwego sojusznika w jego dążeniach do realizacji celu, wyśnienia snu o następujących gwałtownie przemianach. Ale czy aby na pewno uczynił to nieumyślnie? Nadludzka potęga nie była mu obca, funkcjonował w blasku łaski Urory Wszechmocnego na co dzień, w mniej lub bardziej bezpośredni sposób. Wraz z Panem dotykał Macierzy Mocy, faktycznego oblicza świata, i wraz z nim powodował nieodwracalne uszkodzenia na jej powierzchni. Tak oto drobne odpryski uderzały w żywe istoty na tyle wrażliwe magicznie, by odczuć je na własnej skórze, przekazując niejasne informacje, sygnały, jakich ograniczone rozumy śmiertelników nie były w stanie przetworzyć na zrozumiałe komunikaty.

Ostatnim razem, kiedy Pan dotknął Macierzy, użyty jako katalizator Imt został potraktowany jednym z takich odłamków. Od tamtej pory zaczęły nawiedzać go rozmyte obrazy z odległej przeszłości mające związek z osobą najdziwniejszą ze wszystkich, która odeszła dziesiątki lat temu.

Saveraightenart, “Pomoc w Potrzebie”. Sav. Eremita. Odszczepieniec. Samotnik z wyboru, który dzięki własnemu geniuszowi, dalekowzroczności oraz ponadprzeciętnej inteligencji zdołał złamać odwieczne prawa natury, przedłużając żywot i wysyłając część siebie w przyszłość.

Imt zaczynał rozumieć kontrolowany obłęd, jakiemu poddał się Alchemik w ostatnich dniach życia. Sav nie tylko stworzył nowy materiał. Tuż przed zaklęciem zdołał wsączyć weń część esencji, wzmacniając nałożone przez Zaklinacza czary, w wyniku czego Ornament stał się jawną drwiną z Pana oraz jego mocy. A być może okaże się także jego ostateczną zgubą. Lucius podejrzewał, że artefakt poszukiwanego skrywa niewyobrażalną moc, nie wiedział jednak w jaki sposób powstał, ani jakich tajemnic strzeże.

A smok ani myślał dzielić się z nim tą wiedzą.

Słusznie dedukując, Imt miał już pewność że zaklął przedmiot prawidłowo. To inteligencja magiczna Sava wpłynęła na nakładane jedno po drugim zaklęcie i spotęgowała efekt końcowy, kumulując jego energię. A reagent emocjonalny zablokował wszystko, co weszło w podatny materiał. Zablokował i przechował do czasu pełnej aktywacji w kontakcie z Macierzą. Zatem Sav był z nią ściśle połączony, gdyż to jej odprysk pobudził cząsteczkę bytującą w martwym, a jednocześnie żywym przedmiocie zespolonym z celem. Niebywałe, by dokonał tego jeden Saramarystyjczyk w asyście młodego, niedoświadczonego czarnego smoka. Alchemik połączył siły z Zaklinaczem, tworząc epokowe dzieło.

Pozostawała już tylko jedna niewyjaśniona kwestia: czy Pan zdawał sobie sprawę, że to Saramarystyjscy Pierworodni, a nie niebianie, są jego największym zmartwieniem? Jeśli tak, zabiłby poszukiwanego jeszcze w ludzkiej warowni. A skoro do tego nie doszło, oznaczać to mogło, iż nie wiedział o nich wiele. I przechwytując poszukiwanego chciał dowiedzieć się więcej.

Oszołomiony spostrzeżeniami Imt opuścił ręce i spojrzał ponad pazurami na ginący w ciemnościach ogród. Czarna grzywa powiewała, łaskocząc skronie. Ciepły wiatr przemknął po jego nagim torsie, poruszając delikatnie ozdobami na szerokim złotym pektorale. Szmaragd rozmiarów pięści pyszniący się na samym środku mrugał niczym gwiazdy na nieboskłonie, a on nie mógł się nadziwić temu, o czym przecież wiedział od samego początku. Właśnie odkrył największą słabość Luciusa. Niewiedza bywała zgubą najpotężniejszych, a jego przebiegły smoczy umysł planował już, jak obrócić te informacje na własną wymierną korzyść.

sobota, 21 lutego 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 38 ~~

 Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




"Estalavanesie, zmień ten świat, zanim on zmieni ciebie..."
- Mag z Niedźwiedzi


- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 21'2m'26r2t]




    Rozdział słodko-gorzkich pożegnań. Est ma z tym niejaki problem, wnioskuję, że nawet większy niż z nawiązywaniem relacji. Można to zaobserwować w trakcie i po rozmowie z Travisem Arneltem, gdy niezdarnie wyjawia powód wizyty, czując się niezręcznie w prywatnej komnacie alchemika. Sprytny sztukmistrz magii użytkowej wyciąga z nieszczęsnego chłopaka więcej ciekawostek, ale nie będę ich tu streszczała. 
    Przygnębiony Est odwleka w czasie wizytę u mistrza, przewidując kompletne rozstrojenie nerwowe. Cieszy mnie, że zaczyna coraz lepiej rozumieć siebie, swoje potrzeby i uczucia, choć to, co w nim siedzi, nadal pozostaje dlań zagadką. Wreszcie, po odwiedzeniu każdego zakątka warowni, udaje się do Maga i niespodziewanie uczestniczy w scenie, która całkowicie wyprowadza go z równowagi...



Kącik autorki.
    Niewiele pamiętam sprzed lat, kiedy pisałam "Zaklinacza Żywiołów", ale jak dziś wracają do mnie emocje towarzyszące Estowi podczas pożegnania z mistrzem. Płakałam rzewnymi łzami, zupełnie jak on. W pewnym momencie przerwałam pisanie, bo nic nie widziałam na klawiaturze. Musiałam się wypłakać. To było tak niesamowite uczucie, niepowtarzalne wrażenie połączenia ze światem, który tworzę, który tworzą bohaterowie tej historii... 
     Na szczęście niezrównany Travis i jego specyficzny humor nieco równoważą rozdział pełen smutku, żalu i goryczy. Naprawdę cudownie mi się z nim pracowało, poznawało jego nawyki i wysłuchiwało niesamowitych problemów, które traktował z lekkością, ironią oraz odrobiną irytacji geniusza. Bardzo też przypadł mi do gustu zabieg, by przy pożegnaniu przypomnieć im ich pierwsze spotkanie, podobne, choć zupełnie się różniące.
   Och, jak przyjemnie mi było pisać sceny z udziałem Maga i Travisa. Nadszedł jednak czas, by iść dalej, bo chociaż Estowi wydaje się, że podąża za Aarimem, prawda może okazać się zgoła inna... Czy w dzienniku Artemona nieszczęśliwy chłopak znajdzie odpowiedzi na niezadane pytania? Może odkryje kolejne zagadki, których rozwiązanie przyniesie czas i eskalujący w Estarionie konflikt? A przede wszystkim: jakie przesłanie niosły ostatnie słowa sędziwego mnicha?


Zaklinacz Żywiołów - rozdział 38

 

Przebudzili się wraz ze wschodem słońca, którego wczesne promienie skąpały płytę balkonu ciepłym blaskiem. Ciasno owinięci kocem i wtuleni w siebie za nic mieli budzący się dzień. Ich ostatnia noc w Twierdzy dobiegła końca. Kolejny rozdział wspólnego życia został zakończony tylko po to, by następne strony przyjęły na siebie brzemię nadciągających wydarzeń.

Rozespany Colonell zasłonił oczy ramieniem, chroniąc je przed naprzykrzającym się światłem. Sypał przy tym mało eleganckimi wyrazami określającymi siedzące w koronach drzew ptactwo, które krzykiem i wrzaskiem bezpardonowo obwieszczało całej okolicy nastanie poranka. W międzyczasie Estalavanes przeciągnął się z manierą sennego kocura. Przelotnie pocałował partnera w czoło i ociężale podniósł się z prowizorycznego posłania. Nie przyznał tego głośno, ale skostniał od leżenia na posadzce, której twardości nie zdołały złagodzić grube futra przyniesione z sypialni.

Wchodząc do zacienionej komnaty rozciągnął się i rozgrzał obolałe mięśnie serią krótkich żwawych ćwiczeń. Podparty o toaletkę ziewnął potężnie. Spojrzał w lustro, prosto w ślepia cudacznego, do niedawna pogardzanego przez siebie stworzenia.

Rozchylił usta, by przyjrzeć się czterem zwierzęcym kłom. Wystającymi z rękawiczki palcami pociągnął długi płatek ucha biegnący w poprzek głowy, wyraźnie zaostrzony na końcu i zupełnie niepodobny do niczego. Lecz to oczy były jego rozpoznawczym znakiem; duże, okrągłe i skośne niczym u skaleona, o jasnozielonej tęczówce. Jakby dziwactw było mało, smukłą sylwetkę powlekała nieskazitelna, bielsza niż papier skóra, pod którą nie widać było błękitu gęstej sieci żył. Odkąd sięgał pamięcią, żył wśród ludzi jako ciekawostka, dziwadło i potwór; nierzadko wyszydzany, traktowany gorzej niż słabujący na umyśle przedstawiciele ich własnego gatunku. Nijak nie przypominał sporadycznie widywanych w Estarionie imperialnych elfów - mieli oni krótsze, podobne ludziom uszy oraz mniejsze migdałowe oczy. No i barwą skóry także nie odstępowali od ogólnie przyjętej normy...

Pokonany przez kompleksy, odarty z wartości chłopak spuścił wzrok na misę z wodą. Demony przeszłości wyciągnęły szpony, gotowe pochwycić go i porwać w głąb melancholii, z której ledwo co się wydostał.

Wtem pojawiła się iskra rodząca o wiele potężniejsze płomienie niż te usiłujące go posiąść. Ciemnoskóre ramiona otoczyły jego nagi biały tors. Smagła, odmieniona czarnym tatuażem twarz przytuliła się do gładkiego policzka. Przydymione szmaragdy o ciężkich z niewyspania powiekach wpatrywały się w odbicie niezwykłej istoty. Col i Est różnili się pod wieloma względami, a mimo to odkryli w sobie mnóstwo wspólnych cech ściśle wiążących ich ze sobą. Obaj byli mężczyznami, lecz dla żadnego nie było to przeszkodą do zbudowania trwałej relacji opartej na wzajemnej miłości, szacunku oraz zaufaniu.

- Estalavanesie, jesteś wspaniały - czuły szept owionął odsłoniętą szyję chłopaka. Szorstki zarost przyjemnie podrażnił napiętą skórę. - Nie jesteś człowiekiem i nawet nie próbuj udawać, że nim jesteś. Bądź sobą, nie zmieniaj się dla nikogo, bo jesteś właśnie tym, kim być powinieneś. I za to cię kocham.

Mocne objęcia mówiły wszystko, co wzruszony nieszczęśnik pragnął usłyszeć. Est położył dłonie na przedramionach partnera i wtulił się plecami w jego pierś, czując krótkie kędziorki łaskoczące na wysokości łopatek. Jeszcze przez parę oddechów przyglądał się ich odbiciu zapamiętując ten widok już na zawsze, by móc przywoływać go w czasach największego zwątpienia.

Sekundy mijały, a żaden z nich nie wykazywał potrzeby poruszenia się. Milczeli, gdy dwa ciała i dwie dusze łączyły się w jedno, zespalały we wzajemnym nurcie myśli oraz marzeń.

- Dziękuję, Col…

Est ręką pogładził kark pochylającego się nad nim mężczyzny. Uważnie śledził ruch swojej dłoni w tafli zwierciadła; biały tors, szare blizny, odsłonięte kawałki śniadej skóry stojącego za nim kochanka... I naszła go chęć tak bezwstydna, że jak oparzony oderwał się od partnera, wymykając pod pretekstem przejrzenia bagażu na podróż.

Niezrażony Colonell popatrzył za nim z rosnącym rozbawieniem.

- Czyżbyśmy pomyśleli o tym samym?

- Nie mam bladego pojęcia o czym do mnie mówisz - mruknął Est znad pakowanych toreb. - Poza tym to ja nie umiałbym wysiedzieć w siodle, nie ty.

- Czyli o tym samym. - Zadowolony z siebie przodownik obejrzał się w lustrze. Potarł gęstniejącą brodę i robiąc miny podjął wreszcie decyzję. - Przydałoby się ogolić.

- Szkoda, krótka broda bardzo ci pasuje.

Zakłopotany Est wytargał z komody czystą koszulkę bez rękawów i założył ją pospiesznie, przez co głowa utknęła mu w kołnierzu.

– Jak rany...

- Nie martw się, Esti. Włosy nie zęby, odrosną.

- Wcale się nie martwię. Jak dla mnie możesz nawet wyłysieć. Co nie zmienia faktu, że wolę cię takim, jakim jesteś teraz…

Wygładzając materiał na brzuchu, Est łypnął na chichoczącego kompana. W nieco lepszym nastroju wrócił do zasłanego łóżka, na którym zeszłego wieczora rozłożył buteleczki ze specyfikami. Gromadzona przez pół roku kolekcja robiła wrażenie. A skoro opuszczali Twierdzę, musiał dopilnować, by zabrać ze sobą wszystko co skrywała zasobna gablota z oszklonymi drzwiami. Kilka maści i naparów wytworzy nawet w prymitywnych warunkach, ale to destylowane mikstury o najsilniejszym działaniu były najcenniejsze. Nie wiedział kiedy znów otrzyma szansę przygotowania skomplikowanych tynktur, lecz był pewien, że nie zapomni żadnej z poznanych receptur. Tak jak nie zapomni szalonego Travisa Arnelta, genialnego alchemika oraz niezastąpionego przyjaciela.

- Chyba powinienem pożegnać się z Travisem - wymamrotał, z ociąganiem odkładając flaszeczkę. Nagle poczuł się wyjątkowo źle. - O ile jest w Twierdzy.

- Dobry pomysł - przytaknął Col. - Tylko pamiętaj, nie mamy wiele czasu.

- Spokojnie, nie potrwa to długo...

Prawdę powiedziawszy, wychodzący z komnaty Est nie miał ochoty schodzić do pracowni. Nigdy z nikim nie rozstawał się na dłużej i bał się, że zechce tam pozostać, dręczony rozterkami pozwoli przejąć kontrolę smutkowi oraz zgubnym sentymentom. Obawiał się, że gdy ujrzy szeroki uśmiech płowowłosego człowieka, coś w nim pęknie, a on sam złamie się pod naporem wygody stabilnego jutra oraz poczucia bezpieczeństwa, jakie dawały mury czarnej warowni.

Nigdzie nie jestem bezpieczny - skarcił się, schodząc stromymi krętymi schodami. Ani nikt nie jest bezpieczny przy mnie. Aarim ma mnie strzec przed zagrożeniem, choć nie wie jeszcze, że tak naprawdę ma strzec świat przede mną.

Rozważania te były zbyt zawiłe, by zniechęcony wizją podróży rozum biernie je przyjął. Est sam już nie wiedział po co wyrusza ku nieznanym miastom ani dlaczego przystał na plan, który rzekomo sam obmyślił. Na co mu to? Co mu z tego przyjdzie? Pchał się na front, chociaż pragnął uciec przed walką. Przed zabijaniem.

Wojna ma to do siebie, iż nie szczędzi nikogo – pomyślał wbrew sobie. Możesz uciekać, lecz ona niby fala śmierci i chaosu wkrótce cię dosięgnie. I wyłącznie od ciebie zależy czy ulegniesz niszczycielskiej sile rwącego nurtu, czy znajdziesz sposób, by wyjść z niego cało. Traktując ją jak żywioł, jesteś w stanie ją opanować.

Est uśmiechnął się z przekąsem.

- Przeceniam własne możliwości. Opanować wojnę? Wolne żarty!

Nawet się nie spostrzegł, że odpowiada na myśl, bądź też myśli na głos. Naciskając klamkę drzwi do pracowni wyobrażał sobie już tylko przebieg spotkania z ludzkim przyjacielem. Nie powinien tego przedłużać. I nie musiał, ponieważ laboratorium alchemiczne okazało się puste, a jedynym, co powitało go w wejściu, była nieustannie bulgocząca i sycząca aparatura oraz dwa brązowe szczury zamknięte w klatce pod blatem roboczym, wybudzone jego nagłym wtargnięciem.

Est wbił niewidzące spojrzenie w żelazną klatkę i nerwowo węszące w niej gryzonie. Co go właściwie naszło, by o tak drakońskiej porze szukać sztukmistrza magii użytkowej w pracowni? W każdym razie nie schodził tu nadaremno, ponieważ funkcjonująca aparatura wskazywała na obecność Travisa. Należało więc go znaleźć. Tylko gdzie? Jego sypialnia mieściła się na czwartej kondygnacji, to nie ulegało wątpliwości, lecz do których drzwi zapukać? Przecież nie zaryzykuje budzeniem połowy kadry sztukmistrzy… Aż struchlał na wspomnienie tęgiego Snesera, do którego jakoś nie zapałał sympatią.

Nie mający tu nic więcej do roboty chłopak wycofał się z pracowni, domykając za sobą drzwi. Zastanawiał się gorączkowo co w tej sytuacji począć, kiedy wrażliwy słuch wyłapał przyciszone głosy napływające ze spiralnej klatki schodowej.

Dwóch młodych adeptów hydromancji pojawiło się właśnie w polu widzenia Zaklinacza Żywiołów zdającego się ich oczekiwać przy wyjściu z wieży. Niesamowite, nasycone zielenią oczy zmierzyły wyczekująco to jednego młodzika, to drugiego, aż obaj zamilkli czując się nieswojo. Dopiero gdy biały elf wyłuszczył im sprawę, odetchnęli niemal równocześnie. Z widoczną serdecznością objaśnili które drzwi prowadzą do sypialni sztukmistrza Travisa Arnelta dodając, że rzadko się zdarza, by wczesnym rankiem wychodził on ze swojej kwatery.

Est podziękował za wskazówki i wymieniając grzeczności ruszył schodami w drogę powrotną. Jego serce łomotało, dziko pompując krew i rozsyłając adrenalinę do wszystkich kończyn. Nie poznawał sam siebie, by ot tak zaczepiać ludzi, jakby to było normalne zachowanie! W rzeczy samej, ta normalna praktyka w ludzkim społeczeństwie dla półsmoka zakrawała o masochizm. Zemdliło go, bynajmniej nie od wspinaczki czy pustego żołądka. Zmieniał się, a było to doświadczenie nie mniej wstrząsające niż swobodna pogawędka z dwójką hydromantów.

Docierając na czwarte piętro zdążył się zasapać. Nie w wyniku zmęczenia, po prostu serce dotkliwie obiło mu płuca, wyciskając dech z piersi. A przynajmniej on tak to odbierał. Podparłszy się o kamienną ścianę, łapiąc dech rozejrzał się po korytarzu. Pierwsze drzwi po lewej, mówili. Przed izbą łaziebną. Zdumiewające, że przez cały ten rok Travis mieszkał trzy pokoje dalej i ani razu nie mieli okazji spotkać się poza laboratorium. Chociaż, idąc tym torem myślowym, nigdy nie napotkał żadnego sztukmistrza. Zapewne nie zaliczali się do rannych ptaszków. Za to on większość czasu przebywał w sali ćwiczeń, jadalni, gabinecie mistrza, pracowni czy na świeżym powietrzu, jeśli pogoda dopisywała. Nie powinien się zatem dziwić, że przypadkowo mijał na piętrze mieszkalnym wyłącznie czarodziejów lub adeptów.

Ale nie po to tu przyszedł, żeby roztrząsać miniony czas. Biorąc się w garść, stanął pod drzwiami. Unosząc pięść cichutko zapukał licząc, że nikogo nie zastanie.

Cisza. Czyżby źle trafił?

Ponowił pukanie. Od wewnątrz dobiegło stłumione utyskiwanie, irytacja mieszająca się z niedowierzaniem. Opryskliwy głos był nie do pomylenia z jakimkolwiek innym, aż Est mimowolnie się uśmiechnął.

Drgnął, kiedy drzwi gwałtownie otworzyły się do wewnątrz.

- Czego tam?! - warknął wysoki człowiek w powłóczystym burym szlafroku. - Do cholery, ludzie próbują spać o… Est?

Pod wpływem zrozumienia kwaśną minę alchemika złagodziło osłupienie. Przez krótką chwilę Travis przypominał mu nieprzejednanego sztukmistrza wydającego rozkazy w zniszczonej bibliotece. Ich pierwsze spotkanie, nie należące do przyjemnych, stanęło jak żywy obraz w umyśle równie zaskoczonego chłopaka. Ten czarodziej posiadał dwa oblicza przybierane w zależności od osoby, z którą przyszło mu rozmawiać, a że podział, jakim się kierował, nie był skomplikowany, tak nie miał problemów z płynnością przejścia pomiędzy jednym a drugim.

- Każdego bym się spodziewał u drzwi mojej sypialni, ale ciebie, Est? - sztukmistrz poprawił wiązanie szlafroka i cofnął się w głąb pomieszczenia. - Wejdziesz? Bo skoro już tu przyszedłeś, to chyba masz do mnie interes.

Słowem się nie odzywając, Est złapał za końcówkę ucha. Z wahaniem przestąpił próg komnaty zachęcającego go gestami alchemika. Nie czuł się najlepiej z myślą, że nachodzi przyjaciela w jego prywatnej kwaterze, ewidentnie zaspanego, o czym świadczył nieład panujący na głowie oraz zaczerwienienie wokół niebieskich oczu skupionych na speszonym gościu.

Travis odgarnął z twarzy długie włosy wysuwające się z rzemienia.

- No więc? - powtórzył pytanie, widząc że asystent niespecjalnie garnie się do wyjaśnień. - Co tu robisz?

- W sumie mieszkam… - odparł niezdarnie Est. Naraz się zmitygował, przyłapując na pleceniu głupot. - Przepraszam, mieszkam trzy pokoje stąd i… Jak rany, wybacz Travisie, czuję się tu niezręcznie. Nie chciałem nachodzić cię w... w sypialni, ale… sam rozumiesz. Nie, nie rozumiesz, bo nic jeszcze nie powiedziałem.

Podpierający dłonie na biodrach alchemik uśmiechnął się z politowaniem. Est wił się niczym onieśmielony młodzian wyznający oblubienicy głęboko skrywane uczucie. Choć w jego przypadku raczej oblubieńcowi, Travis słyszał bowiem pogłoski panoszące się po Twierdzy. W życiu by nie pomyślał, że jego społecznie wycofany asystent zwiąże się ze specyficznym człowiekiem pokroju dowódcy zwiadowców. Z mężczyzną. Postanowił pomóc mu w tej trudnej czynności, jaką było wyduszenie z siebie kolejnych słów.

- Est, nie robisz nic niewłaściwego. Szukałeś mnie, a to oznacza, że sprawa nie może czekać. Usiądziesz? - Wskazał na jedyne krzesło. Przysunięte do niewielkiego stolika znajdowało się tak blisko rozgrzebanego łóżka, jak Est nie chciał sobie życzyć.

- Wolałbym nie… - Chłopak zerknął spod czarnych brwi na czarodzieja. - Przyszedłem się pożegnać. I podziękować. Niebawem wyjeżdżam, niestety nie wiem na jak długo. Może na zawsze.

Travis spoważniał, przybierając pozę rozpatrującego ważki problem myśliciela. Wzroku nie odrywał od zasępionego białego elfa, od fantastycznych tęczówek koloru zabójczej toksyny.

- Czy ma to związek paladynem? Co ja gadam, księciem.

- Tak – potwierdził Est.

Z piersi człowieka wydobył się głuchy, wyrażający zadumę pomruk.

- Wiele się wydarzyło od naszego ostatniego spotkania: bitwa, świętowanie, przybycie przedstawiciela Zakonu i Korony…

- Tak - potaknął odruchowo Est. Zaraz puścił ucho, poderwał głowę i popatrzył w wymiętą snem twarz alchemika. - Przepraszam że wcześniej nie znalazłem czasu, by zjawić się w pracowni.

- Nie przepraszaj, Est, miałeś ważniejsze rzeczy na głowie. - Travis zbył jego słowa machnięciem ręki. Wyminął go w drodze do stolika, na którym stała szklanka i dzbanek z wodą. - Siadaj wreszcie, nie wyglądasz za dobrze. Przyganiał kocioł garnkowi, sam jestem w nie lepszym stanie!

Zaśmiał się zauważając swe odbicie w niewielkim lustrze zawieszonym na ścianie. Prezentował się dokładnie jak wtedy, gdy po raz pierwszy ujrzał białego elfa nie wiedząc jeszcze, że przyjdzie im razem pracować.

Est ostrożnie podszedł do stołu i zacisnął palce na zagłówku krzesła. Miał Travisa na wyciągnięcie ręki, lecz nie odczuwał jego obecności jako niepokojącej czy krępującej. Alchemik nie był taki jak on, chociaż spojrzenie, jakim niejednokrotnie częstował go w laboratorium, bywało sugestywne.

- Miałem sporo na głowie, to prawda - przyznał wreszcie. - I teraz żałuję, bo jesteś dobrym przyjacielem. Dobrym człowiekiem. I z żalem przyjdzie mi rozstać się tak z tobą, jak i z czasem spędzonym w pracowni.

- Zabrzmiało poważnie - mruknął czarodziej, nalewając wody do szklanki. - Trzymaj, zajmij czymś dłonie.

Chłopak z wdzięcznością przyjął zimną wodę. Upijając drobny łyk przyglądał się roztargnionemu przyjacielowi. Travis usiłował nieco uprzątnąć bałagan, jednakże prędko porzucił zamiar widząc, że jego starania idą na marne. Wymięta jak on sam pościel zaginała się i wykrzywiała we wszystkich kierunkach.

Komnatę sztukmistrza magii użytkowej urządzono skromniej niż Esta. Wąskie jednoosobowe łóżko, szafka nocna, niska komoda na ubrania oraz stolik z krzesłem ustawiony przy wygaszonym kominku były wszystkim, co obejmowały ściany z ciosanego kamienia. Żadnych gablot, regałów, półek czy szafeczek. Na posadzce nie rozpościerały się futra ani skóry, a w okiennicach nie wisiały zasłony. Ascetyczny styl współgrał z pochłoniętym pracą geniuszem, dla którego pracownia alchemiczna była całym światem. Tylko tam mógł być sobą. To była sypialnia. Tu odpoczywał po dniach ciężkiej pracy, dlatego też obywał się bez specjalnych wygód.

- Travisie?

- Daj mi chwilkę. Ledwo co wczoraj wróciłem z Asvill, gdzie powołano konsorcjum cechów alchemicznych i jeszcze nie ochłonąłem po tak zatrważającej ilości durniów zebranych w jednym miejscu. Doprawdy, gdyby głupota liczona była objętościowo, to pałac królewski w stolicy nie pomieściłby takiego poziomu debilizmu. Co tam pałac, stołeczny garnizon pękałby w szwach! Wyobrażasz to sobie? Chcą połączyć cechy w jedną wielką instytucję! - Obrócił się do przyjaciela. Oburzenie odmieniło jego pociągłą, bladą twarz. - Oni! Ci, którzy nie potrafią dojść do porozumienia, zamierzają rozwiązać niezależne cechy i zmonopolizować dziedzinę alchemii! Rzecz jasna byłem jedynym, który pokazał im, gdzie ma te wyssane z palca dyrdymały.

Est nie mógł się nie uśmiechnąć. Sponad szklanki spoglądał na siadającego ciężko na pierzynie Travisa, skrajnie poruszonego i niepospolicie rozzłoszczonego. Będzie mu brakowało tego szczerego, bezpośredniego osobnika... Bez namysłu zawrócił, by dołączyć do sztukmistrza.

- Poniekąd mi przykro, Travisie, że nie będzie to już mój problem. - Przysiadł na brzegu obok człowieka. - Będzie mi brakowało twojego osobliwego punktu widzenia.

- Ano, problem już nie będzie twój, Zaklinaczu Żywiołów. Uważaj trochę, rozlejesz wodę! – Alchemik upomniał asystenta, który niemal zakrztusił się na dźwięk użytego tytułu. - I nie patrz tak na mnie. To ja powinienem zmierzyć cię wzrokiem, takim besztającym! Żeby dowiadywać się prawdy o swoim asystencie z plotek i historyjek? No naprawdę!

- Przepraszam, nie było kiedy…

- Jasne że nie było, Est. A teraz przestań się kajać - ton Travisa złagodniał i był to pierwszy raz, gdy chłopak usłyszał tę dotąd nieznaną kojącą nutę w głosie alchemika. Nutę wymalowaną także w lekko uśmiechniętych oczach barwy bezchmurnego nieba. - Pamiętam, gdy po raz pierwszy zobaczyłem cię w bibliotece. Prawie rozniosłeś ją w drzazgi! Ależ byłem wściekły. I niewyspany. A kiedy sprawdziłem rejestr i zauważyłem, że wybrane przez ciebie pozycje wyszły spod mojej ręki, zastanowiłem się, o co w tym chodzi. No i ta świadomość, że awansowano cię na mojego asystenta. Pomyślałem wówczas, że jesteś dziwnym stworzeniem z pozoru przypominającym elfa. Rozumiesz, te kły i oczy odbiegają od całości, uszy jeszcze ujdą. Sam nie wiem dlaczego, ale moją pierwszą myślą było, że masz w sobie coś gadziego.

- Zatem jesteś bardziej spostrzegawczy niż reszta - odparł enigmatycznie Est, przekładając szklankę z ręki do ręki. – Bo w moich żyłach faktycznie płynie smocza krew.

Płowe brwi powędrowały w górę, marszcząc wysokie czoło alchemika. Niesforne pasemka opadły na nie, zaraz zgarnięte pobliźnionymi palcami. Travis gwizdnął. Pochylił się do przodu, poprawił poły szlafroka, oparł łokcie na kolanach i splótł dłonie, podtrzymując nimi brodę.

- A to ci nowina - jęknął w przestrzeń. - Kto by przypuszczał... Strata ambitnego i sumiennego asystenta będzie niepowetowana, lecz cóż czynić, skoro zew krwi wzywa? Bo nie powiesz mi, że opuszczasz mistrza wyłącznie dla kaprysu?

- Nie, Travisie, to nie kaprys. Znasz mnie przecież. Poza tym sir Aarim nie przybyłby do Twierdzy, gdyby nie chodziło o sprawy najwyższej wagi.

Przygnębienie zagościło na ogolonym obliczu czarodzieja, gdy ponownie zwrócił się do asystenta.

- Podejrzewam, że tak właśnie jest – westchnął. - I kto teraz będzie opiekował się szczurami? Fenomenalnie je uspokajasz! Przy tobie są potulne jak baranki.

- Dasz radę - pocieszył go chłopak, choć sam pilnie potrzebował pociechy. - Świetnie sobie radziłeś zanim się pojawiłem.

- Trafnie to ująłeś: zanim się pojawiłeś. Teraz będzie trudniej. Znacznie trudniej.

Nastała ciężka, bolesna cisza sprzyjająca najczarniejszym myślom, najgłębszym żalom i najcichszym smutkom. Est dotychczas nikogo nie pożegnał, ale uzmysłowił sobie, że nigdy tego nie polubi. Rozstania były o wiele trudniejsze niż nawiązywanie przyjaźni. Chyba zaczynał pojmować awersję Cola do angażowania się w relacje - samo przywiązanie nie jest złe, lecz ludzie przychodzą i odchodzą, zostawiając po sobie różnorakie wspomnienia oraz pustkę nie do wypełnienia. Wyrwa powstała na skutek rozerwania więzi nierzadko doskwierała mocniej niż fizyczny cios. Zupełnie tak jak teraz.

- Mam nadzieję, że znów się spotkamy, Travisie - wyszeptał jakby w obawie, że intensywność emocji zaklętych w jego głosie zburzy wiekowe mury. - W sprzyjających okolicznościach.

- Również liczę, że jeszcze ujrzę drapieżną zieleń twych oczu, Estalavanesie. – Czarodziej wyjął do połowy opróżnioną szklankę z białych palców, zatrzymując wzrok na czarnej rękawiczce. Był głodną wiedzy istotą, aczkolwiek niespecjalnie interesował się życiem osobistym innych. I nawet w tym jednym przypadku nie zmienił przyzwyczajeń. - A teraz idź już, bo się popłaczesz. Albo, co gorsza, ja się rozpłaczę.

- Przykro mi, że nie mamy więcej czasu na rozmowę.

- Zaufaj mi, to lepiej że nie mamy czasu.

Est dźwignął się z posłania i ruszył w stronę drzwi. Położył dłoń na klamce i zanim ją nacisnął, obrócił się w kierunku wciąż siedzącego człowieka.

- Do zobaczenia, sztukmistrzu Travisie Arnelcie.

Travis uśmiechnął się w reakcji na tak oficjalne pożegnanie.

- Bywaj zdrów, Zaklinaczu Żywiołów Estalavanesie.

Opuściwszy kwaterę przyjaciela, Est zmrużył powieki w podświetlonym magicznymi sferami korytarzu. Zastygł zagubiony. Nieukojony żal ściskał mu pierś. Dlaczego odnosił przykre wrażenie, że rozmawiał z alchemikiem po raz ostatni? Ludzie wiodą tak krótki żywot… Po co im wojny? Są lepsze metody uprawiania polityki aniżeli przemoc i zniszczenie.

- Jestem w stanie to opanować, tak? – żachnął się pod nosem, bezwiednie oddalając w stronę schodów. - Raczej nie chcę wiedzieć w jaki sposób…

Z niejasnym poczuciem kierunku wkroczył na rozległy dziedziniec, połowicznie skryty w cieniu wysokich murów i niebosiężnych czworokątnych wież. Przed wyjazdem koniecznie powinien odwiedzić mistrza. I jak słusznie zakładał, ta rozmowa będzie dlań najdotkliwszym przeżyciem. Dlatego odwlekał ją w czasie.

Umyślnie szedł powoli by zapamiętać miejsce, w którym spędził niezliczone chwile, zarówno te dobre, jak i złe. W jego pamięci zdecydowanie przeważały te miłe, choć dwukrotnie omal nie postradał życia. I rozumu. Pragnął utrwalić korytarz na czwartym piętrze, klatkę schodową wijącą się wąską serpentyną, cztery szerokie stopnie wiodące na ogromny podwórzec, dziedziniec Twierdzy z ryneczkiem wędrownych kupców oraz bramą otwierającą się na północny szlak.

Przystanął i z narastającą tęsknotą przyglądał się migoczącym od rosy dachom budynków: jadalni i kuchni, koszarom oraz stajniom. Główny Budynek wyrastał między nimi przesłaniając widok na sale ćwiczeń, łaźnie oraz świątynię Sarvatesa z przylegającym do niej ogrodem. Wiedziony wewnętrznym głosem podążył ku nim, rozpamiętując potajemne schadzki z Colem, jednakże nie ośmielił się zbliżyć do drzew mieniących się odcieniami zieleni w bladych promieniach świtu. W tej części warowni panował niezmiennie mu się udzielający, niczym niezmącony spokój. Ominął łaźnie, z którymi łączył swoją pierwszą spontaniczną wizytę w ogromnych basenach wypełnionych parującą wodą. I pierwszy raz, kiedy to Colonell dotykał go w ten szczególny, erotyczny sposób, doprowadzając jego ciało nad krawędź nieznanej dotąd rozkoszy. To tutaj Est odkrył, że intymna bliskość drugiej osoby potrafi oszołomić nie gorzej niż alkohol czy uderzenie fali mocy.

Speszony wstydliwymi wspomnieniami zajrzał do sali ćwiczeń, lecz nie zastał tam mistrza. Wrócił więc przez stopniowo ożywający dziedziniec i ze słabym uśmiechem pozdrowił obwoźnych handlarzy rozstawiających prowizoryczne stragany. Przeszedł przez osmoloną powierzchnię, gdzie wiele miesięcy temu płonął stos pogrzebowy ofiar Rzeźnika z Puszczy, a całkiem niedawno ogromne ognisko rozpalone na cześć zwycięzców Bitwy na Błoniach. Esta nie przestawało zdumiewać, z jaką lubością ludzie nadawali wszystkiemu nazwy, tak przedmiotom i zwierzętom, jak i wydarzeniom. Wszedł po schodach do Głównego Budynku i przyspieszając kroku skręcił w przejście prowadzące do gabinetu administratora. Jego cień tańczył niemrawo w świetle pochodni. Dławił go smutek ostatniego pożegnania. Zganił się za głupie myśli, bo przecież nikt nie umierał. A przynajmniej jeszcze nie teraz.

Dotarłszy na miejsce, bez wahania kilkakrotnie rąbnął pięścią w drzwi. Dochodzące z wnętrza stłumione głosy zamilkły nagle. Pogrążony w melancholii Est nie zdawał sobie sprawy, że mistrz podejmował gości. Nacisnął klamkę i pchnął, lekceważąc prywatność nauczyciela oraz, jak się okazało, swojego nowego zleceniodawcy.

Zasiadający za biurkiem mistrz roztrzęsionymi dłońmi masował skronie, jak gdyby cierpiał na ostrą migrenę, jednakże zapadnięte czarne onyksy błyskawicznie podchwyciły młodzieńczą zieleń, dopatrując się w nich powodu, dla którego uczeń wtargnięciem zakłócił naradę z księciem Estarionu. Starzec wyglądał na wycieńczonego. Chorobliwie blady ledwie trzymał się w pozycji siedzącej, lecz wzrok miał błyszczący, świadczący o sile, jaką emanował zahartowany ciężkim życiem mnich.

Zdezorientowany Est przeniósł spojrzenie na stojącego tyłem do wejścia niebianina, który zerkał na niego znad osłoniętego błękitem ramienia. Świadomy zbyt wyraźnych emocji malujących się na twarzy uczeń wydukał przeprosiny. Zaciskając pięści zrównał się z paladynem i odważnie zajrzał w jego nienaturalnie złote oczy. Aarim odwzajemnił spojrzenie; obojętne, nie wyrażające absolutnie niczego. Skrajne przeciwieństwo półsmoka, z którego można było czytać niczym z księgi.

Książę pierwszy przerwał kontakt, by podjąć się nieuprzejmie urwanego wątku.

- Dokonało się, Artemonie. Niech twa droga ku światłości będzie prosta i wyzbyta niebezpieczeństw.

Złotowłosy młodzieniec, mimo że ubrany w elegancką tunikę, a nie płytowy pancerz, oddał zgarbionemu mężczyźnie honory godne prawdziwego rycerza.

Est nic z tego nie rozumiał, ale poczuł tak nieustępliwe drapanie w gardle i nosie, że nie mógł już dłużej powstrzymywać naporu łez. Czuł jak spływają kącikami oczu, łaskocząc policzki. Powtarzał sobie raz po raz, że to nie jest żaden przeklęty pogrzeb, lecz jaźń uparcie odrzucała te zapewnienia, brnąc w najgorsze scenariusze pisane przez zwichrowane samopoczucie.

Nie poczuł jak książę go wymija. Nie dostrzegł jego współczującego wzroku ani nie zarejestrował trzasku domykanych drzwi. Potrojone wysiłki wkładał w walkę z dojmującym uczuciem straty. Kiedy podnosił spojrzenie na zmęczonego mentora, słone krople kapały na kamienną posadzkę. Trząsł się niekontrolowanie. Czarne oczy mistrza lśniły. Starzec albo skutecznie tłumił rosnącą w sercu udrękę, albo pogodził się z losem.

- Nie umrzesz, prawda, mistrzu? Ty nie umrzesz... - Est postąpił kilka chwiejnych kroków w stronę biurka. - Nie możesz umrzeć… I dlaczego on nazwał cię Artemonem, mistrzu? To nie twoje imię… Nie rozumiem...

Starzec odwrócił twarz i zwilżył językiem spękane wargi. Gdy znów popatrzył na młodzieńca, w jego oczach nie było śladu nieprzelanych łez.

- Takie imię nadano mi w dniu narodzin, Estalavanesie, natomiast odebrano w momencie przekroczenia bram klasztoru Stu Ukrytych Mędrców. Mając niespełna trzy lata przyjąłem imię Mag, ponieważ potrafiłem wyczuwać oraz rozpoznawać naturę magii, samemu nie umiejąc z niej korzystać. Jestem poszukiwaczem magii, mój chłopcze, a to niebagatelna umiejętność. Książę Aarim wie o tym.

- Artemon… - wymamrotał chłopak. Słowo to wywołało w nim taką odrazę, że aż skrzywił się czując ohydny posmak na języku. Dla niego nie było żadnego Artemona. To Mag jest jego mistrzem i opiekunem. - Dlaczego Aarim… Co chciał powiedzieć przez… Co to za droga ku światłości? - Kolejne dwa kroki zbliżyły go do mężczyzny będącego mu ojcem. Z każdym wypowiedzianym zdaniem przełykał gorzkie łzy, a towarzyszący temu ból w klatce piersiowej nieporównywalny był do niczego co znał. - Błagam, nie umieraj… Twoje życie gasło, a ja nic nie zrobiłem… Bezsilnie czekałem aż coś powiesz, wyjaśnisz… A ty… ty nie chciałeś niepotrzebnie mnie troskać.

Nie mógł tego znieść. Emocje popłynęły falą tak potężną, że nieomal się zachwiał. Kapiące dotychczas łzy płynęły teraz nieprzerwanymi strumieniami. Est nawet nie próbował ich zetrzeć.

- Jestem beznadziejny! - załkał, przecinając panującą w gabinecie ciszę. Pięści zaciskały się spazmatycznie, aż paznokcie nacięły wnętrze dłoni oraz czarną skórę rękawiczki. - Beznadziejny ze mnie uczeń... Beznadziejny ze mnie syn… Nie jestem nikim wielkim, mistrzu! Gdybym był tym, za kogo mnie uważasz, nie dopuściłbym do tego! Konasz na moich oczach, z mojej winy! A ja… ja wciąż jestem nieporadnym dzieciakiem sprzed roku… Jestem zbyt słaby, by cokolwiek zdziałać, mistrzu…

Podpierając się o blat, Mag wstał zza biurka i obszedł je, pokonując dzielące ich metry. Objął targanego szlochem ucznia, przytulił jego głowę do swego ramienia i przez długie minuty tulił jak małego chłopca, aż ten uspokoił się na tyle, by odzyskać panowanie nad sobą.

- Estalavanesie, jesteś najwspanialszym synem, jakiego mógłbym mieć – wyznał niemal bezgłośnie. - Nie ma w tym twojej winy, chłopcze. Każdy kiedyś umrze i jest to naturalna kolej rzeczy. Mój czas wkrótce nadejdzie, choć nie znam dnia ani godziny. Z miłości żyjemy, mój synu.

- I z miłości umieramy - dokończył chłopak łamiącym się głosem. Odsunął się od Maga i otarł powieki nadgarstkiem, nie parząc w dobrotliwe oblicze pokryte gęstą siecią zmarszczek. - Zostanę z tobą, mistrzu – zadecydował impulsywnie. - Chcę być przy tobie. Kiedy to nastąpi. Zadbać o ciebie.

- Nie, Estalavanesie. Czekają na ciebie pilniejsze sprawy niż przejmowanie się starcem u kresu sił.

- Zabraniam ci tak mówić, mistrzu. Wychowywałeś mnie, wspierałeś, byłeś po mojej stronie nawet wtedy, gdy swoimi czynami zasłużyłem na najwyższy wymiar kary! - Ogromne, zapuchnięte od łez oczy utkwił w pociemniałych oczach starego mnicha. Zduszony szloch wstrząsał jego barkami. - Nigdy mnie nie odtrąciłeś! A teraz twierdzisz… że są… ważniejsze sprawy…

- Czy miniony rok znaczył dla ciebie tak wiele, chłopcze?

- Dla mnie to całe życie! - wykrzyczał Est, obnażając przy tym kły. - Całe życie u twojego boku, u boku człowieka, który kocha mnie jak ojciec… Którego kocham jak ojca... To oczywiste że będę się wzbraniał przed odejściem! Szczególnie teraz, gdy… kiedy wiem...

- Estalavanesie, żyję wystarczająco długo, by w ostatnich dniach mieć nad czym rozmyślać i co wspominać. Nie jestem ci już potrzebny, chłopcze. - Dłonie starca podtrzymujące białe ramiona były szorstkie i suche, lecz wciąż mocne i ciepłe, krzepiące. - Nie jestem już nikomu potrzebny. Moja rola skończyła się w momencie, w którym przekazałem ci wszelką wiedzę niezbędną do przetrwania w świecie ludzi. Pozwól mi dokończyć, młodzieńcze - uciszył protestującego podopiecznego grymasem ściągniętych siwych brwi. - Z tą chwilą przestajesz być moim uczniem, Zaklinaczu Żywiołów. Pora, byś przejął moje idee oraz kontynuował naukę często nazywaną podróżą przez życie. Na twojej drodze stoją drzwi wymagające odpowiednich kluczy bądź technik do ich otwarcia. Tu, w Twierdzy Niedźwiedzi, ich nie znajdziesz. Nie znajdziesz ich również u mego boku. Za to odnajdziesz je pośród zagrożeń oraz wrogów, jakich zgotował ci los. Pośród przyjaciół i sojuszników, którzy przyłączą się do ciebie zwabieni twoją charyzmą oraz siłą płynącą z przekonań. Tylko ty miałeś opuścić Twierdzę. Teraz jest was troje.

- Troje? - powtórzył Est, tępo wpatrując się w pomarszczoną twarz trzymającego go nauczyciela. - Skąd ty…

- Miałbym uwierzyć, że zostawisz przyjaciółkę? Nie po to ją tu sprowadziłeś, by teraz wyruszać bez niej. - Lekki uśmiech zadrżał pod przerzedzonym wąsem, rozświetlając zmęczone oczy Maga. Puścił ucznia i z czułością poklepał okryty czernią bezrękawnika bark, jakby się nad czymś namyślając. - Lepiej żeby was tu nie było, kiedy nastąpi nieuniknione.

Pociągający nosem Est ożywił się, odbierając słowa mistrza jako nowe niebezpieczeństwo.

- Nastąpi nieuniknione? Nie, zostanę tu! Nie po to obaj usilnie staraliśmy się o nawiązanie porozumienia z Zakonem, by teraz zaprzepaścić to wszystko, by… Mistrzu? O co chodzi?

Niepodobnym do Maga było, aby zwieszał on głowę i intencjonalnie ignorował rozmówcę, a zwłaszcza ucznia. Starzec okręcił się na pięcie i podszedł do biurka, spozierając na blat przykryty stosem dokumentów. Leżało tam coś jeszcze: niewielka książeczka, którą Est zdążył poznać. Dziennik mistrza. Spis wizji oraz przebłysków, jakich doświadczał poszukiwacz magii.

Zaniepokojony chłopak bacznie obserwował pochyloną sylwetkę łysego człowieka pieszczotliwym gestem pocierającego wytartą skórzaną oprawę. Drżące, sękate palce zamknęły się na niewielkim tomiku i uniosły go nad blat.

- Estalavanesie, zabierz to ze sobą – poprosił mistrz. - Miej blisko, przeczytaj i zachowaj dla siebie. Jestem pewien, iż nadejdzie czas, w którym zapisane w nim objawienia znajdą odzwierciedlenie w rzeczywistości. Liczę, że dzięki temu twoja oraz Aarima sytuacja się wyklaruje.

- Moja i Aarima?

Est doszedł do wniosku, że im więcej mistrz mu tłumaczył, tym mniej on sam z tego rozumiał. Nie wiedział dokąd zaprowadzi ich Aarim, lecz Mag mógł mieć o tym jakiekolwiek pojęcie.

Chłopak niewiele się pomylił. Mag dogłębnie analizował dzisiejszą niezapowiedzianą wizytę niemłodego paladyna. Zdumiało go, że byli równolatkami i podczas gdy w obliczu konfliktu człowiek stał u progu życia, tak książę dopiero rozkwitał. Starzec musiał się zgodzić, iż było to nadspodziewanie doskonałe zgranie w czasie z cyklem historii: cierpki owoc przeznaczenia gotowy do zerwania z drzewa chaosu.

Uczeń prawdopodobnie nigdy się nie dowie, że jego mistrz zezwolił Aarimowi na odczytanie swych myśli oraz wspomnień, nawet tych, o których pragnął zapomnieć. Podobna rzecz miała już miejsce i zdarzyła się dekady temu, tuż po pierwszej wizji przeszywającej jego prosty ludzki intelekt. Mag udał się wówczas do Aneil’Aranth, prosząc o audiencję u arcypaladyna... i uświadomił sobie, że nie na darmo nazywano ród królewski Potomkami Wszechmocnych. Zdolności mentalne niebian wykraczały daleko poza ludzkie pojmowanie oraz postrzeganie metamagicznych zjawisk. Wzbudzały podziw, ale też uzasadniony lęk. I były fundamentem zapewniającym ciągłość panowania aktualnej dynastii.

Czytanie umysłu, chociaż dokuczliwe i przykre, było najbezpieczniejszym i najszybszym sposobem, by książę Estarionu przejął całą wiedzę zgromadzoną przez leciwego mnicha. Poprzez mentalne połączenie utwierdził się także w przeświadczeniu, jakoby pierwotna żywa esencja Estalavanesa w dużej mierze wpływała na osoby w jego otoczeniu. Mistrz nie miał jednak pewności czy oddziaływał wyłącznie na użytkowników magii, czy na każdego bez wyjątku. Wiedział natomiast, że młody półsmok bez udziału woli korzystał z tego talentu. Aarim bez słowa skargi podjął się wyzwania, biorąc na siebie obowiązek zwieńczenia dzieła Artemona. Teraz na nim spoczywała odpowiedzialność za ocalenie Estarionu oraz okiełznanie wzrastającej mocy Estalavanesa. Niewątpliwie jedno z drugim było powiązane. W jakim stopniu? On sam musiał to odkryć.

Dokonało się i nic już nie zmieni przeszłości. Mag lękał się, że gdyby przedłużyli całe zajście, niespodziewana ingerencja ucznia zniweczyłaby sprawę. Proces czytania w umyśle nie szczędził obu stron, był wymagający i ryzykowny, a rozemocjonowany chłopak mógłby opacznie zrozumieć zaistniałe okoliczności. Mag nie mógł przewidzieć, jak Estalavanes zareagowałby na widok cierpiącego opiekuna oraz skoncentrowanego na nim paladyna.

- Mistrzu? - nieśmiałe ponaglenie rozbrzmiało w jego starych uszach. - O czym mówisz?

- Sytuacja twoja i Aarima, drogi chłopcze – powtórzył na wydechu Mag, obracając się do ucznia. - Powinienem nakreślić ci pewną istotną kwestię. Sir Aarim od długiego czasu zabiegał o pieczę nad tobą. Rozegrał wasze korespondencyjne pertraktacje w sposób wyjątkowo zmyślny, rzekłbym przewrotny. Byłeś przekonany o swoim zwycięstwie, tymczasem uwikłał cię on we własne plany. Nie przegrałeś, trudno tu bowiem określić zwycięzcę i zwyciężonego, lecz twoja partia dobiegła końca, a jego trwa nadal. I jest to rozgrywka o najwyższą stawkę, Estalavanesie. Gra, w której wszelkie chwyty są dozwolone, a jedyną zasadą jest ich łamanie, gdzie przeciwnik jest nie tyle starym repem, co weteranem Wojny Bogów.

Gdyby mógł, Est zbladłby pojmując, na co się porywał. Na co oni wszyscy się porywali.

- Weteranem Wojny Bogów? – wyszeptał zmartwiałymi ustami. - To by znaczyło, że ma… Jak rany, kilka tysięcy lat… Jakim cudem przetrwał tak długo i nikt się nie domyślił?

- Zdaje się że przespał, Estalavanesie. Niebianie odetchnęli z ulgą wierząc iż skonał, lecz on śnił o powrocie. Działał subtelnie. Z ukrycia. W cieniu arcypaladyna, aż do momentu, w którym zwierzchnik Zakonu odczuł działanie sił nie do końca dlań zrozumiałych. A gdy spostrzegł on swój błąd, było już za późno, by skutecznie temu przeciwdziałać.

Zdruzgotany półsmok aż syknął, a smutek i żałoba wyparowały pod naporem gorejącego w nim gniewu.

- Dlaczego Aarim nie powiedział mi tego wprost?! Dlaczego zasłaniał się odroczeniem egzekucji? Zdobył moje zaufanie tylko po to, by przy pierwszej nadarzającej się okazji je stracić? To nie ma sensu!

- Chłopcze, nie oceniaj pochopnie motywów postępowania naszego księcia - pouczył go starzec, wciąż kurczowo ściskając dziennik. Zatrzymał się przed podopiecznym, chcąc podać mu niewielki tomik. - Nie pochwalam takiego postępku, acz w toku obecnych wydarzeń jest on zupełnie wytłumaczalny.

- Przecież od samego początku mógł mi wyjawić, dlaczego zależy mu na mnie! Mógł powiedzieć prawdę!

Est zagotował się na samą myśl o tym przez co przeszedł, aby zrealizować plan, by żyć razem z Colem na własnych warunkach. To wszystko okazało się jednym wielkim oszustwem. Nie posiadał władzy nad swym przeznaczeniem, nie kontrolował swojego życia, nie wyprzedzał losu choćby o krok…

Huśtawka nastrojów mocno rozchwiała jego wewnętrzną równowagę. Znów omal się nie rozpłakał, z bezradności i ogarniającej go niemocy, ale z gardła wydobył się tylko niski pomruk wieszczący rychłe przerwanie nadwątlonej poczytalności.

Kłamca. Aarim był łgarzem, niegodnym zaufania osobnikiem za nic mającym uczucia oraz bezpieczeństwo podlegających mu osób. Te złote, lodowato obojętne oczy zdradzały prawdę, której on nie chciał dostrzegać. Aż do teraz!

- Estalavanesie, spójrz na to z mojej perspektywy. - Mag wepchnął mu dziennik w dłonie, zaciskając stwardniałe palce na białej chłodnej skórze. - Spełniło się dokładnie to, co miało. Sam przyznałeś, iż stworzono cię do wyższych celów, dowiodłeś tego poruszając niebo i ziemię. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, byś osiągał kolejne, jakie przed sobą postawisz, chłopcze. Nie poddawaj się. Nie ustawaj w wysiłkach. Porażki nie świadczą o twojej słabości, lecz wytrwałości. Udowodniłeś już, iż upór, cierpliwość oraz konsekwentność działania są w stanie przekuć niepowodzenia w zwycięstwo. To dzięki ciężkiej pracy jesteś tym, kim się stałeś. Znalazłeś się w punkcie zwrotnym. Zastanów się więc, dlaczego sir Aarim niestrudzenie i w sekrecie dążył do zwerbowania cię w szeregi Zakonu Paladynów.

Est milczał. Zacisnął wargi w wąską kreskę i zazgrzytał zębami w bezowocnych próbach opanowania nawarstwiających się emocji, wręcz kipiących na podobieństwo wzburzonej w ciele esencji. Przyglądał się kościstym palcom mistrza zamykającym się na jego własnych, delikatnych i trzymających niewielką książkę - pamiątkę po człowieku, który jako pierwszy wyciągnął ku niemu pomocną dłoń. Który dojrzał w półsmoku osobę, a nie odstręczającego potwora.

Głos żyjący w mrocznych głębinach podświadomości słuchał z wyczekiwaniem. Estowi wydawało się, że cały świat wstrzymuje oddech… i tylko on jeden ślepy był i głuchy na to, co ma nadejść.

- Pójdę z nim, ale nie zapomnę mu tego, mistrzu… - obiecał gorzko, wysuwając dłonie spod drżących palców starca. - Za każdym razem, gdy spojrzę w te złote oczy, pamiętał będę, że jego intencje nie są szczere.

Mag cofnął się, by objąć wzrokiem ucznia. Usatysfakcjonowany tym, co zobaczył, uśmiechnął się z lekkością charakteryzującą dumnego ojca.

- Zmieniłeś się, Estalavanesie. Kiedy zabierałem cię z Cichobrzegu, byłeś nieprzystępnym i skrytym chłopcem, drobnym i mizernym. Mija rok i stoi przede mną mężczyzna świadomy swych umiejętności, choć niepewny ambicji, gotów iść naprzód by walczyć za sprawę, która nie powinna go dotyczyć. Jestem szczęśliwy, mój chłopcze. Dla mistrza rozwój ucznia znaczy więcej niż przypuszczasz. A dla ojca… - Kręcąc głową przyciągnął do siebie byłego ucznia. - Już czas, Estalavanesie. Nie patrz w tył, mój synu. Nigdy nie patrz w tył, albowiem zgubić możesz ścieżkę wiodącą do celu.

Chłopak mocniej ścisnął książkę. Po raz ostatni uścisnął mistrza, swego przyjaciela, opiekuna i ojca. Nie było już słów mogących opisać rozdzierającą serce rozpacz. Wszystko zostało powiedziane, a on musiał odejść. Wiedział o tym od dawna i sądził, że był na to przygotowany. Nie wiedział jednak, jak głęboko sentymenty potrafią zapuścić korzenie w podatnym gruncie chłopięcej psychiki. Nie sposób było je wyrwać. I, jak wkrótce zrozumie, wcale nie musiał tego robić.

Odsuwając się od ciepłego, pachnącego bezpieczeństwem oraz rodzicielską miłością człowieka, nie czuł kompletnie nic. Był martwy. Pusty w środku. Nie pamiętał chwili, w której skinął Magowi na pożegnanie. Za nic później nie umiał przypomnieć sobie momentu wyjścia z gabinetu, w którym przesiadywał w prawie każdy wieczór. Ani nie dosłyszał prośby ojca i zarazem mistrza, a która mimo to wyryła się w jego niezawodnej pamięci czekając, podobnie jak dziennik, aż wreszcie po nie sięgnie: Estalavanesie, zmień ten świat, zanim on zmieni ciebie...