niedziela, 1 lutego 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 37 ~~

 Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




"Wynajdujesz problemy, by potem je rozwiązać. I nabrać doświadczenia. Dzięki temu szybciej przyjdzie ci sprostać kolejnym."
- Leos Niedźwiedziogrzywa


- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 1d'2m'26r2t]




  Stosunkowo krótki to rozdział, który złośliwi mogliby określić jako zbędny lub nazwać "zapychaczem". I byliby w błędzie, klaruje on bowiem kilka wciąż niejasnych kwestii:
    1. Wyjaśnia charakter obsesyjnego zainteresowania Aarima Estem. 
    2. Ukazuje, jak przykre wspomnienia u Cola przywołuje świadomość współpracy z paladynem.
   3. Romantyczna i żądna książkowych przygód Leos otrzymuje szansę wyrwania się ze stagnacji w            Twierdzy.
Rodzą się nadzieje, kwitną marzenia i budzą wątpliwości. W tym rozdziale podoba mi się właśnie ta różnorodność emocji prezentowanych przez bohaterów - tajemniczość zleceniodawcy, ocieniona lękiem ciekawość półsmoka próbującego go rozgryźć, ekscytacja i zapał młodej dziewczyny, aż wreszcie niechęć, ostrożność i poniekąd nieujawniony żal doświadczonego życiem młodzieńca, na koniec zaś beztroska wspólna noc przed opuszczeniem Twierdzy Niedźwiedzi, być może już na zawsze...



Kącik autorki.
    Haaa, z pewnością zwróciliście uwagę na sztampowy skład drużyny: paladyn (wojownik), przodownik (łotrzyk), piromantka (czarodziejka) oraz uzupełniający smaczek w postaci Zaklinacza Żywiołów (hybryda wojownika i czarownika?). Nie, to nie było zamierzone działanie. Zwróciłam na nie uwagę dopiero w trzecim tomie, podczas jednego z trudniejszych starć (no bystrością nie błysnęłam), gdzie okazali się niemal samowystarczalni. Zresztą, historia powstawania bohaterów pierwszoplanowych była tak przypadkowa, że trudno o celowość.
    Może pamiętacie z poprzednich postów, że Col [Colonell] powstał jako inkwizytor w grze Dragon Age - cyniczny, smagły awanturnik z tatuażem na połowie facjaty, amator niebrzydkich mężczyzn, biegły zarówno w walce na dystans, jak i bezpośredniej przy użyciu dwóch sztyletów.
    Est jest owocem mojej wieloletniej zabawy w pisanie i tworzenie nowej rasy, który przypadkiem ruszył w zupełnie innym kierunku niż mu pisałam, a któremu ostatecznie pozwoliłam na mnóstwo swobody. I nie żałuję.
    Leos była odpowiedzią na wszystkie te Mary Sue, jakie zapełniają stronice literatury "kobiecej" i młodzieżówek. Nie jest piękna, zachowuje się nieco zadziornie, lecz nie apodyktycznie, dysponuje nieprzeciętnymi zdolnościami magicznymi, ale nie kładzie wszystkich wrogów niedbałymi zaklęciami czy naturalnie celnymi uderzeniami kostura. To dziewczyna silna, o kształtującym się charakterze, dojrzewająca na oczach Czytelnika. Zawsze pragnęłam stworzyć prawdziwie silną żeńską postać, nie psychopatkę czy boginię w ludzkiej skórze - i ona jest właśnie jedną z nich.
    Aarim ma... wyjątkową historię, sięgającą jeszcze czasów mojej pracy w ASP. Nie mogę powiedzieć, że to w 100% moja postać, gdyż stworzyła ją niejaka Agata (imię prawdziwe), równie jak ja kochająca zabawę słowem pisanym. Wymieniałyśmy się doświadczeniami, wzajemnie oceniałyśmy swoje dzieła, czasem urządzałyśmy burze mózgów tworząc nowych bohaterów. I tak oto wykreowała dla mnie paladyna imieniem Aarim, jasnowłosego przystojniaka o surowej urodzie oraz praworządnie dobrym charakterze. Przyjęłam go z radością, mimo że z początku był częścią zupełnie innej historii, ale w uniwersum Elegii o Nieśmiertelnym. Z czasem otrzymał złote tęczówki, nadnaturalne zdolności mentalne oraz królewską proweniencję. A także przyszłość, jakiej nie mogę wyjawić.

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 37

 

Obecność następcy tronu wywołała wśród uprzedzonych najemników niemałe zamieszanie, zwłaszcza że większość widziała w nim nie księcia Estarionu, a wrogiego rycerza-dowódcę. Kiedy wraz z Colonellem i Estalavanesem zjawił się w przestronnej sali jadalnej, zdradzające antypatię szepty oraz pomruki przerodziły się w coraz donośniejsze spostrzeżenia, aż w końcu utonęły w gwarze gorączkowych dyskusji wspartych odgłosami wieczerzania. Spojrzenia posyłane w stronę przybysza nie należały do przychylnych, lecz żaden z mężczyzn przebywających w pomieszczeniu nie pozwolił sobie na jawną wrogość względem złotowłosego młodzieńca w monarszych barwach. Natomiast czarodziejki… Cóż, one nie mogły oderwać wzroku od niezwykłych oczu urodziwego arystokraty rozglądającego się z uprzejmą ciekawością.

Est dyskretnie przyglądał się spożywającym kolację najemnikom. Nie umknęło mu ich udawane lekceważenie, nieufność, a nawet szczera wrogość. Byli też tacy, którzy intensywnie wpatrywali się w niego, bohatera będącego Zaklinaczem Żywiołów. Bez wątpienia nurtowało ich dlaczego towarzyszy paladynowi, z którym pojedynkował się na błoniach. I chyba nie umiałby im na to pytanie odpowiedzieć, sam bowiem nie miał pojęcia co najlepszego wyczynia. Jeszcze siedmiodzień temu nie myślałby, że znajdzie się w podobnej sytuacji, a teraz… Teraz chciał dotknąć blizny na szyi, ale w porę się zreflektował i zamarkował gest drapaniem po obojczyku.

Przy jednym ze stołów w głębi pomieszczenia wypatrzył grupę piromantów i adeptów, lecz nie dojrzał wśród nich Leos. Ostatnimi czasy czarodziejka uczęszczała na indywidualne lekcje ze sztukmistrzami, więc z pewnością spóźni się na posiłek. Nieprzeciętne umiejętności Małej Niedźwiedzicy przydałyby im się podczas wykonywania ryzykownej misji. Przydałyby się jemu, ponieważ sam nie był w stanie przywołać żywiołu ognia, nie chciał jednak narażać przyjaciółki na nieokreślone zagrożenie. W Twierdzy była bezpieczna i tutaj powinna zostać. Ale czy istniała na tym świecie forteca, którą można nazwać bezpieczną? Pakt o Nieagresji sugerował coś zgoła przeciwnego...

Raptem Colonell pociągnął go za nadgarstek i wyrwany z rozważań półsmok ciężko usiadł na wysuniętym krześle. Chciał zbesztać człowieka za tak obcesowe traktowanie, lecz przydymione szmaragdy go nie dostrzegały - mierzyły groźnie młodego księcia zajmującego miejsce na wprost białego elfa.

- Wasza Książęca Mość wybaczy niedogodności - zaczął Col wyjątkowo oschle. - Jako prości ludzie nie opływamy w luksusy.

- W moich żyłach płynie królewska krew, lecz zapominasz, przodowniku, iż nade wszystko jestem żołnierzem w służbie Jego Ekscelencji Arcypaladyna.

Est dałby sobie rękę uciąć, że nieprzyjemny dźwięk dobiegający jego uszu wydały kurczowo zaciśnięte szczęki młodego zwiadowcy. Nie wiedział gdzie patrzeć, dlatego spuścił wzrok i nerwowo bawił się sprzączką czarnej rękawiczki.

Wyprowadzony z równowagi zwiadowca nie powiedział już nic więcej. Ściskając rękojeści zabezpieczonych sztyletów poszedł po kolację, pozostawiając Esta sam na sam z niebianinem. Sam na sam, nie licząc ukradkowych spojrzeń niespełna połowy ludzi w jadalni. Czy oni w ogóle mieli świadomość, przedstawicielem jakiej rasy jest ów młodzieniec o złotych oczach?!

Książę Aarim lekko przechylił głowę, spoglądając na Esta.

- Twój przyjaciel nie darzy mnie sympatią, Estalavanesie. Lub też zalicza się do osób szczególnie nieprzystępnych, trudno orzec.

- Nie, Colonell to bardzo kontaktowy człowiek - wytłumaczył pospiesznie chłopak. – Ale... przeczytał twoje listy, więc...

Nie dokończył. Uparcie gapił się na swoje dłonie, za wszelką cenę unikając kontaktu wzrokowego z paladynem. Zrobiło się niezręcznie, a gdyby jeszcze popatrzył w te złote tęczówki… Żołądek zwinął mu się w ciasny supeł, momentalnie odbierając apetyt.

Przecięta blizną brew powędrowała ku górze.

- Doprawdy? Czy twój mistrz nie pouczył cię, aby potencjalnie obciążające dowody obracać w popiół?

Rozgniewany przyganą chłopak zebrał się w sobie. Łypnął na rozmówcę, chowając pięści pod blatem stołu.

- Tak, wspominał o tym, lecz to był mój wybór co z nimi zrobię. A może zechcesz wyjaśnić, co miały znaczyć te dwuznaczne treści?

- To, co w istocie znaczyły. Zwykłem wypowiadać się szczerze i bezpośrednio, gardzę półsłówkami. – Sir Aarim nieznacznie odwrócił twarz i musnął palcem bliznę na lewym policzku. - Jesteś pierwszym, który zranił mnie w trakcie pojedynku. Ponadto pozostawiłeś trwały ślad niemożliwy do zaleczenia niebiańską mocą. Takich przeżyć nie sposób wymazać  z pamięci, Estalavanesie. I takich osób również.

Tym razem Est nie zdołał uciec przed świdrującym spojrzeniem posłanym z ukosa. Było mu niedobrze i prawie złapał za końcówkę nisko zwieszonego ucha. Obiecał Colowi, że popracuje nad odruchami i póki co wychodziło mu to niezgorzej. Aż do teraz.

- Wyjaśnijmy sobie jedno, sir Aarimie: nawiązałem już poważną relację.

- Zdążyłem zauważyć. I cóż w związku z tym? - Niewzruszona postawa działała onieśmielająco na półsmoka, co nie uszło spostrzegawczości niebianina. Był bystrym obserwatorem i mimo że nie wyrażał żadnych emocji, to potrafił je wychwycić. A już szczególnie na tak ekspresyjnym białym obliczu. - Upraszam także, byś zaprzestał oficjalnego tytułowania mnie.

- Em, jak rany… To znaczy, że nie jestem tobą zainteresowany. A przynajmniej nie w tym sensie... - Est usłyszał własny głos, brzmiący teraz odrobinę skrzecząco. Zapragnął jak najszybszego powrotu partnera, byle kłopotliwa rozmowa wreszcie się skończyła. - Poza tym… Nie interesują mnie mężczyźni. Tylko Colonell. Wyłącznie.

- Mnie również nie interesują mężczyźni, jeżeli cię to uspokoi. Będąc szczerym, nie przybyłem tu w celu poszukiwania godnej mariażu partii, lecz osobistej ochrony. Tylko ochrony. Wyłącznie.

Sprowadzony na ziemię Est przełknął cisnącą mu się na usta ripostę. A on, durny, ubzdurał sobie że Aarim… Przecież to nie jest normalne, by mężczyzn pociągali mężczyźni. Colonell jest wyjątkiem. I on sam pod pewnym względem nim jest, wszak związał się z wytatuowanym zwiadowcą.

- Drugi najlepszy szermierz Estarionu szuka ochrony, a to ci dopiero! - Ani się obejrzeli, kiedy zjawił się Col z obszerną tacą wypełnioną naczyniami. Postawił ją z trzaskiem na krzywym blacie i podpierając się rękami o kraniec stołu zajrzał w zimne złote oczy. - Ostro pogrywasz, książę. Zastanawia mnie tylko w co.

Aarim nieco zmarszczył brwi przenosząc wzrok z przodownika na Esta.

- Czyżbyś nie wtajemniczył swego przyjaciela w szczegóły naszej umowy?

Est spiął się cały, a nagłe uderzenie gorąca niedostrzegalnym ogniem naznaczyło jego białe policzki. Wyglądał jak na skraju paniki.

- N-nie… Nie mieliśmy okazji…

- Chyba ty, Esti. - Col prychnął niczym rozjuszony niedźwiedź. Usiadł przy psychicznie sponiewieranym dzieciaku i zaczął rozstawiać kubki, talerze oraz półmiski pełne parującej pieczeni, warzyw i kaszy. Gestem zachęcił zleceniodawcę, by się częstował. - Nie krępuj się, Wasza Książęca Mość. Poczuj się jak w garnizonie.

- Z wdzięcznością zastosuję się do twojej propozycji, przodowniku.

Colonell sam już nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Nie dość, że kochanek spiskował z wysoko sytuowanym paladynem, to jeszcze uczynił go ich pracodawcą! Jeżeli tak Zrzęda wyobrażał sobie uwolnienie wychowanków spod jarzma Niedźwiedzia, to powinien otrzymać zaszczytny przydomek “złośliwy”. Złośliwy i pokrętny jak sam los.

Może i nie cieszył się z tak niekorzystnego biegu wypadków, ale wkrótce wyruszą w podróż, odżyją i… No masz. Col nigdy nie brał na poważnie myśli o zakładaniu rodziny, lecz przy tym dzieciaku czuł, że nie byłoby to wcale takie złe. Esti preferował osiadły tryb życia, a on… Odkąd poznał białego elfa, zapragnął trwać u jego boku. Taki plan, nieważne jak fantastyczny się zdawał, możliwy był do zrealizowania. Wystarczyło dać mu szansę. Dać szansę im obu.

Przysunął sobie kubek z wodą i zerknął spod oka na partnera, który niemrawo grzebał widelcem w talerzu. Zwróciwszy się w kierunku złotookiego rycerza, przyjrzał mu się bacznie. Niebianin z manierą godną szlachcica kroił mięso, zupełnie obojętny na wszystkich oraz wszystko, co działo się wokół niego.

Col ostatni raz rzucił okiem na mężczyzn oraz nieliczne kobiety w jadalni i byłby napoczął posiłek, gdyby nie bursztynowy błysk loków przy wejściu do kuchni. Gwałtownie wyprostował się na oparciu i z nieciekawą miną sapnął do Esta:

- Towarzystwo z lewej…

Ledwie jego ostrzeżenie dotarło do uszu pozostałej dwójki siedzącej przy stole, kiedy nagle Mała Niedźwiedzica zmaterializowała się koło nich.

- Est! Col! Dobrze was widzieć! - zaszczebiotała radośnie. Umieściła swoją tacę przy wolnym miejscu i nie poświęcając dostojnemu sąsiadowi choćby krzty uwagi, siadła obok niego. - Nareszcie możemy zjeść razem. Na pewno słyszeliście, że w Twierdzy jest… - Wtem spojrzała na mężczyznę po lewej i jej szeroki uśmiech natychmiast zgasł, przeistaczając się w wyraz niedowierzania bądź przerażenia, trudno było to jednoznacznie określić. - Książę Estarionu. Jest w Twierdzy. Ale to już wiecie.

Kąciki ust Aarima drgnęły. Wstał od stołu i dwornie skłonił się piromantce, wpatrzony w jej spąsowiałe lica.

- Sir Aarim Asmodeusz - przedstawił się. - Książę Estarionu oraz rycerz-dowódca miasta garnizonowego Adeila.

- L-Leos Niedźwiedziogrzywa.

Dziewczyna zapłonęła szkarłatem po same koniuszki uszu skrytych pod bujną grzywą. Jej ciemnoniebieskie oczy lśniły, a delikatna dłoń wiedziona skromnym odruchem powędrowała do ust, zasłaniając je jakby z lęku przed powiedzeniem czegoś niestosownego. Poruszyło ją spotkanie z tak wpływową osobistością, oczarowały elokwencja oraz szarmancja, których na próżno szukać pośród najemników i czarodziejów z Twierdzy.

- Niedźwiedziogrzywa? - Subtelny uśmiech wykwitł na wargach księcia siadającego na krześle. Spod opadających powiek obserwował wiercące się piegowate dziewczę. - Czyżby krewna Złowieszczego Niedźwiedzia?

Est utkwił wzrok w pierwszym przejawie uczuć, jakie dane było mu ujrzeć na marmurowej twarzy Aarima. Musiał przyznać, że posiada niewiarygodną charyzmę. I czynił z niej użytek. Dodając do tego niezwykłą urodę oraz młody wiek, zapewne niejedna niewiasta uległa jego czarowi.

- Córka - wymamrotała speszona Leos, wbijając spojrzenie w zawartość swojej tacy. Obawiała się że oślepnie od spoglądania w roztaczającego blask księcia. - Jestem jego córką.

- Niebywałe.

- Niebywałym jest, by książę podróżował bez świty i eskorty - wypaliła, byle zmienić temat. Pokrewieństwo z Niedźwiedziem nie napawało jej dumą. Szybko rozejrzała się po jadalni, spodziewając się dojrzeć zbrojnych monarchy. - Bo przyjechałeś bez świty, prawda, Wasza Książęca Mość?

- Owszem, Leos - przytaknął, skupiając się na kolacji. - Przybyłem jako oferent, a nie członek rodu królewskiego czy reprezentant Zakonu Paladynów. Eskorta tylko by mnie spowalniała. Wiele także słyszałem o gościnie Niedźwiedzi, toteż postanowiłem z niej skorzystać.

- Macie coś wspólnego, Esti - burknął Col do białego ucha, a sprawiał przy tym wrażenie urażonego i poniekąd zmęczonego wynikłą sytuacją. - Obaj macie taką gadkę, że żadna panna wam nie odpuści. A jak jeszcze popatrzycie w ten uwodzicielski sposób, to…

- Idź wyłysiej z tą swoją uwodzicielskością! - ofuknął go Est. - Na nikogo tak nie patrzę.

- Weź się w lustrze zobacz, wtedy zrozumiesz w czym rzecz.

Przodownik sądził że poczuje się lepiej, gdy podroczy się z przyjacielem, lecz frustracja niestety nie minęła - wręcz się pogłębiła. Skubał więc własną porcję przepychając spieczone warzywa z jednego końca talerza na drugi i usilnie starając się ignorować scenę rozgrywaną przy stole. Za to wszyscy wokoło śledzili wydarzenia z coraz bardziej zauważalnym zainteresowaniem.

Mruknął zniechęcony i potarł śniade skronie. Szybkim ruchem przeczesał włosy, dławiąc spływające na język przekleństwo. Wreszcie położył rękę na oparciu krzesła Estiego, by niby od niechcenia wyciągać niewidzialne nitki z jego bezrękawnika. Miał ochotę zostać tylko we dwóch z oblubieńcem, by w najprzyjemniejszy z możliwych sposobów rozładować napięcie nagromadzone od ich wczorajszej kłótni. Odcinając się od otoczenia fantazjował co by mu zrobił, gdyby zyskali chwilę dla siebie...

Naburmuszony Est podchwycił to spojrzenie, przyczajone w ciemnozielonych oczach przesłanie i sugestywny uśmieszek wygiął jego usta.

Odwrócili się od siebie, a ich niegasnące uśmiechy mówiły więcej niż słowa. Słyszeli jak Leos zabawia Aarima rozmową, jednak nie trafiał już do nich sens wypowiadanych zdań. I chociaż ciałem obecni byli w jadalni, to duchem przebywali daleko stąd, oddając się czynnościom bezwstydnie wybiegającym poza ramy przyzwoitości.

***

Po kolacji książę samodzielnie wrócił do gabinetu Złowieszczego Niedźwiedzia, by dopełnić koniecznych formalności związanych ze spisaniem kontraktu. Nie przypuszczał, by ktoś odważył się zakłócić jego spokój lub wyrządzić mu krzywdę, ponieważ był przekonany o żelaznej dyscyplinie panującej wśród Niedźwiedzi.

Colonell nie ukrywał ulgi, jaką odczuł po odejściu zleceniodawcy. Świadomość, że zmuszony będzie towarzyszyć paladynowi, przeszła mu ciarkami po grzbiecie, przywołując przykre wspomnienia. Już sam jego niebiański urok oddziaływał deprymująco... Powściągając emocje poinformował Estiego, że jak tylko spakuje najpotrzebniejsze rzeczy i zawiadomi o długotrwałej nieobecności swego zastępcę, Jeroda, to w przeciągu dwóch, trzech godzin stawi się w jego sypialni. Następnie, pożegnawszy się z Leos, odszedł do koszar.

Zaklinacz Żywiołów i piromantka przez chwilę stali przed budynkiem stołówki, gdzie gwar był cichszy, stłumiony grubymi kamiennymi murami oraz oszklonymi oknami. Zamyśleni patrzyli w bezchmurne niebo, z którego mrugały do nich tysiące drobnych gwiazd.

Mała Niedźwiedzica westchnęła, przykuwając uwagę Esta.

- Wyjeżdżacie - stwierdziła smutno. - Zobaczymy się jeszcze?

- Chyba nie, Leos - odparł Est zgodnie z prawdą ginącą w pomroce jego duszy. - Prawdopodobnie nie dożyjemy kolejnego spotkania.

Prawdopodobnie wy go nie dożyjecie - uściślił w myślach. Nagły skurcz żołądka wykrzywił jego twarz.

Leos spojrzała na niego. Żal w jej oczach zacierał się na granicy strachu.

- Nie dożyjecie? – powtórzyła za nim wstrząśnięta.

- Wojny zapoczątkowanej na południu nie wywołali ludzie - wyszeptał, ponownie kierując oczy ku matowemu firmamentowi. - Podejrzewam, że Aarim niewiele nam wyjawił. I ufam, że ma ku temu powody.

Dziewczyna powoli pokręciła głową.

- W coś ty się wpakował, Est… Masz niesamowity dar do wpadania w największe tarapaty.

Gorzki uśmiech skrzywił wargi chłopaka, gdy zajrzał w poszarzałą w połowicznym nocnym widzeniu, upstrzoną nieregularnymi kropeczkami twarz przyjaciółki.

- Wiesz, kiedyś usłyszałem że to nie ja przyciągam kłopoty. Ja po prostu sam ich szukam, jakby w bezwiednym pragnieniu rozwiązywania ich. A kiedy na horyzoncie nie pojawia się żaden, to niczym uparty głupiec go sobie wymyślam. Żeby przypadkiem się nie nudzić - dodał z przekąsem.

- Żeby nie wyjść z wprawy - poprawiła go Leos. - Wynajdujesz problemy, by potem je rozwiązać. I nabrać doświadczenia. Dzięki temu szybciej przyjdzie ci sprostać kolejnym.

Zielone kocie oczy rozchyliły się szeroko, gdy pojął mądrość płynącą ze słów czarodziejki. To była całkiem nowa, świeża perspektywa, jakiej dotychczas nie dostrzegał. Zdrowa. Optymistyczna. Tak jak mistrz mawiał, Est we wszystkim powinien dopatrywać się pozytywnych cech. Jak teraz uczyniła to Leos.

- Leos, gdybym mógł zabrać cię ze so… - przerwał w pół słowa, zbyt późno zdając sobie sprawę z własnej impulsywności. Sklął się w duchu. - Nie, wybacz, to nie jest dobry pomysł.

- Jest! Jest dobry! Est, magia we mnie jest potężna! Mogłabym was wesprzeć swoją mocą! - Dziewczyna zapaliła się do tego pomysłu, aż niezdrowy ogień entuzjazmu zapłonął w jej wejrzeniu. - Wierzę, że byłbyś w stanie coś wykombinować, żeby zabrać mnie ze sobą! Proooszę!

Est nie chciał mówić tego na głos, ale zuchwały plan uformował się w jego głowie zanim Leos w ogóle o tym pomyślała. Zerknął na kilku wychodzących z jadalni najemników i w odpowiedzi na przyjacielskie pozdrowienia skinął im głową spekulując, jak wysokie są szanse na jego realizację.

To on odpowiadałby za bezpieczeństwo przyjaciółki. To na jego barkach spoczęłaby odpowiedzialność za jej życie. Czy nie o tym mówił mistrz? Objęcie kontroli nad losem innych, kierowanie ich poczynaniami… Tak miał to rozumieć? W teorii brzmiało to wyjątkowo łatwo, lecz przekładając na praktykę, nie wiedział od czego zacząć. Może po prostu nie był na to gotów. A może powinien podążać utartą ścieżką? Byłoby to cokolwiek wygodne, ale gdzie w takim razie podziało się jego dążenie do niezależności i samostanowienia? Jeżeli wciąż będzie uciekał przed odpowiedzialnością, nigdy do niczego nie dojdzie. Jeśli będzie realizował cudze plany, nie osiągnie swojego celu, będzie tylko pionkiem w obcych rękach - jak nie przywódcy najemników, to rycerza-dowódcy. Jeśli nie zacznie decydować o sobie, jeśli nie podejmie ryzyka, to nie przejmie pieczy nad ludźmi, którzy mu zaufali. Pogrąży ich. Odstręczy nieporadnością i niepewnością.

I nawet teraz, kiedy spoglądał na rozemocjonowaną młodą dziewczynę, przyjaciółkę i czarodziejkę, nie umiał pozbyć się wrażenia że wszystko co robi, robi z myślą nie o niej, lecz o samym sobie. Ucisza własne sumienie tłumacząc się pragnieniem wyrwania jej z miejsca, na które niebawem spadnie katastrofa. A przecież nie mógł tego wiedzieć. Nie mógł być tego pewnym. Tak jak nie mógł zapewnić jej bezpieczeństwa.

Co właściwie mu zostało?

- Leos, tak czysto hipotetycznie: jeżeli zostaniesz moją uczennicą, będę miał obowiązek wziąć cię ze sobą bez względu na zapis w kontrakcie. Nie ciesz się jeszcze. - Podniósł dłonie, gasząc zapędy dziewczyny. - Ostateczna decyzja należy do Maga. Ja mogę wyłącznie zawnioskować o przejęcie nad tobą opieki. Jestem przekonany, że nikogo nie mógłbym nauczyć zaklinania żywiołów, ale wystarczy że dysponuję esencją, by zgodnie z prawem zadbać o twoje szkolenie. Tam gdzie trafimy nie będzie dających poczucie bezpieczeństwa murów. Nie będzie armii najemników uzbrojonych w miecze i łuki. Będziemy wystawieni na atak o każdej porze dnia i nocy. Nie zraża cię to, prawda? - jęknął widząc płomień podniecenia rozpalający młodziutką buźkę siedemnastolatki.

Jej porywczość przytłoczyła go. Ta ludzka dziewczyna, w pełni świadoma swych czynów, pchała się prosto ku samobójczemu zadaniu bez jakiegokolwiek przygotowania! Ha!, on sam nie był lepszy.

- W takim razie spakuję rzeczy! – pisnęła Leos. - Flora zzielenieje z zazdrości! Wyruszę ku przygodzie u boku samego księcia!

- Leos, opanuj się! - Est złapał ją za ramiona i lekkim potrząśnięciem przywołał do porządku. - Nie realizujemy romantycznego scenariusza, udajemy się prosto w sam środek walk! Rozumiesz, co to oznacza? Że każdy kolejny dzień rozpoczynać się będzie lękiem o niedaleką przyszłość, a kończyć strachem co przyniesie noc.

Jeśli miał się nią opiekować, musiał najpierw nauczyć dziewczynę panowania nad sobą. A siebie cierpliwości. Przeczuwał, że będzie to długa droga, ale czy z nim nie było podobnie? Nie, on był zbyt zamknięty w sobie, by uzewnętrzniać uczucia. Nie znaczyło to jednak, że swoim zachowaniem nie przysparzał nauczycielowi problemów.

Puścił czarodziejkę i odchodząc kilka kroków w tył szarpnął się za uszy.

- Jak rany, Colonell urwie mi za to łeb…

- Niech tylko spróbuje!

Nerwowo się zaśmiał słysząc żelazną stanowczość w głosie przyjaciółki. W przeciągu kilku godzin dał się spętać samobójczym zleceniem, przyjął na siebie odpowiedzialność za życie osoby, którą ocalił przed śmiercią, i podjął decyzję nie należącą do niego. Niby co gorszego może mu się przydarzyć?

- Pakuj się, Leos. Przyjdę po ciebie w porze śniadania.

Czarodziejka pohamowała radość na tyle, by energicznie potaknąć. Okręciwszy się na pięcie, szybkie kroki skierowała ku Wieży Czarodziejów, a niecierpliwość wyzierała z całej jej napiętej sylwetki na podobieństwo dymu unoszącego się znad ogniska.

Est już na nią nie patrzył. Ciepły wiatr rozwichrzył mu włosy, a on znów badał nocne, pogodne niebo niewzruszone dylematami śmiertelników. Wypatrywał esencji zmarłych migoczących pośród cieni Pozaświata. Czy i dla niego było tam specjalne miejsce? Czy Pozaświat w ogóle istnieje? Czy Wszechmocni istnieją? Jeśli tak, to lepiej niech dadzą mu spokój. Szesnaście lat radził sobie bez nich i wolał, aby ten stan rzeczy nie ulegał zmianie. Na dodatek nie opuszczało go podejrzenie, że to nie on nakłonił Aarima do podjęcia decyzji o najęciu ich, lecz sam został skrzętnie przez niego wmanewrowany. Niebianin jest szlachetną, honorową istotą, ale jest w nim również coś przerażającego, czego Est nie potrafił określić z racji jego nienaturalnej obojętności. I chociaż nie użył ani razu aury, to i tak bezustannie wzbudzał w nim nieopisaną nerwowość. Gdyby tak dłużej się nad tym zastanowić, to tworzyli osobliwe trio pierworodnych: syn arcypaladyna, syn przywódcy najemników oraz syn smoka.

Est odetchnął przeciągle.

- Tą jedną decyzją pozabijam nas wszystkich - mruknął do siebie, zmierzając w tę samą co czarodziejka stronę.

Jeśli tego właśnie pragniesz, nic nie stanie ci na przeszkodzie.

Nie spodziewał się że odpowie sam sobie - i to w najgorszy z możliwych sposobów. Choć, co najdziwniejsze, wcale się tym nie przejął.

***

- A pamiętasz jak jeździliśmy na wycieczki poza Twierdzę? Któregoś razu Velren pogonił mojego konia i musiałeś mnie ratować. W rezultacie i tak spadłem. - Est leżał na balkonie i z ramieniem Cola pod głową wpatrywał się w bezkresne niebo obsiane roziskrzonymi diamentami. - Byłeś wtedy tak blisko, że mogłeś mnie pocałować. Jak rany, chyba nawet chciałeś.

- Teraz miło powspominać, ale śmiertelnie się  przeląkłem, kiedy ten koń się zerwał. A do tego ledwo trzymałeś się w siodle.

Col przekrzywił głowę na tyle, by zerknąć na posrebrzony księżycem profil Estiego. Przyciągnął do siebie ukochanego i głaszcząc jego nagie ramię myślami błądził wokół wspomnień.

Leżeli obaj na balkonie wychodzącym z kwatery Esta i obserwowali niebo, jak mieli to w zwyczaju nim ich życie diametralnie się zmieniło. Jedyną różnicą był fakt, że byli razem, wtuleni w siebie i czerpiący ze swojego towarzystwa więcej niż zwykli przyjaciele. Nie byli młodsi niż teraz, a jednak odnosili wrażenie, że upłynęły lata od ich ostatniej nocy spędzonej na podziwianiu letniego nieboskłonu, od beztroskiego, spokojnego życia. Tak jakby wszystko to, co minęło, nie wydarzyło się naprawdę, a było zaledwie wspólnie wyśnionym snem.

- Jak sądzisz, ile czasu nam zostało? - Est spoważniał, a jego głos nabrał melancholijnej nuty zdradzającej niepewność i ukryte lęki.

- Na moje oko kilka godzin. Księciunio planuje wyjechać do południa, więc wypadałoby pospać przed podróżą.

- Jak rany, wiesz o co mi chodzi!

Est chciał pstryknąć człowieka w nos za zgrywanie głupiego, lecz Colonell zręcznie złapał jego dłoń i przycisnął sobie do ust, z których nie schodził błogi uśmiech.

Zamilkli, wsłuchani w  popisowe cykanie świerszczy u podstawy wieży. Nie miało już znaczenia czy ktoś ich w tym momencie widział, wreszcie nie musieli przejmować się gadaniem ludzi. Est nie musiał, gdyż przodownik i tak miał zdanie innych w serdecznym poważaniu, co niejednokrotnie z lubością udowadniał.

- Esti, staram się nie troskać upływem czasu – mruknął Col, pocierając opuszkami smukłe palce chłopaka. - Brałem udział w kilku mniejszych potyczkach, wielokrotnie wdawałem się w bójki i walki na noże. Skoro i tak mam umrzeć, to nie chcę niczego żałować.

- Zawsze korzystałeś z życia, hm? - Półsmok obrócił się, by swobodnie zajrzeć w monochromatyczne oczy człowieka. Dojrzawszy w nich zaskoczenie poczuł się zobowiązany, by wyjawić źródło informacji. - Mistrz co nieco mi poopowiadał. Powiedział też, że moje pojawienie się w Twierdzy trochę cię utemperowało.

- Zrzęda tak powiedział? Zatem nie przeczę, tak było.

- Ilu miałeś?

- Wiedziałem że prędzej czy później zadasz to pytanie. - Przodownik mocniej przygarnął chłopaka do siebie, niemal kładąc go na sobie. Zapatrzył się w okrągłe, błyszczące odbitym światłem księżyca źrenice, dotknął białego policzka i… uśmiechnął się krzywo. - Twoja skóra w gwiezdnej poświacie wygląda obłędnie.

Est oparł brodę o klatkę piersiową ukochanego i wbił w niego dociekliwy wzrok.

- Nie zmieniaj tematu, Col. Nie zamierzam czynić ci wymówek, jestem po prostu ciekaw. No, śmiało.

Colonell westchnął i uciekł spojrzeniem w bok, byle jak najdalej od tych szczenięcych ślepii. Wolną ręką przygładził włosy, nie wiedząc jak odpowiedzieć na to podstępne pytanie.

- Nie jestem pewien…

- Oho, czyli dużo, bo nie umiesz policzyć. Albo po prostu nie umiesz liczyć. - Est zmrużył powieki, prowokując partnera do szczerych zwierzeń.

- Nie przesadzaj, aż tak dużo ich nie było. Piętnastu? Mniej więcej?

- Przez dwadzieścia sześć lat? Czyli jestem piętnasty plus? Jak rany... - Chłopak udawał urażonego, ale z promiennym uśmiechem nie wyszło mu to prawdziwie.

Col pogłaskał czarne jak sama noc włosy chłopaka. Były wilgotne po kąpieli i opadały ciężkimi pasmami na oczy oraz długie płatki uszu.

- Jesteś jedyny, a nie piętnasty plus, dzieciaku. Piętnaście plus to twój wiek.

- Boję się zapytać, co w takim razie robiłeś w moim wieku.

Est nie dawał za wygraną. Nie było dla niego istotne co robił Colonell zanim się poznali, zanim ich drogi zeszły się w jedną krętą ścieżkę. Najważniejsze było tu i teraz. Tak uczył go mistrz, tak i on sam hołdował tej idei. Nie ma sensu zadręczać się czymś, na co nie ma wpływu, skoro tuż obok czeka coś, co w dużej mierze zależy od niego samego.

- Robiłem dokładnie to co ty, więc skończ z pyskówkami. - Mężczyzna uniósł się na łokciu i bezceremonialnie zrzucił z siebie chłopaka. Mimo że tematy uwierały, czuli się dobrze, a humor dopisywał im przez cały czas. W niepamięć poszły kłótnie i różnice poglądów. - Ty masz tę przewagę, że masz mnie na wyłączność. - Pochylił się wyczekująco nad białą twarzą. - Tamci nie mieli tego szczęścia.

- Tyle szczęścia naraz, że chyba zwariuję.

- Tylko nie gryź. Przynajmniej nie teraz.

- Jak rany, odbierasz mi całą zabawę! – poskarżył się chichoczący Est.

- Chcesz jutro wysiedzieć w siodle?

- A dlaczego miałbym nie wysiedzieć?

- Wbij mi coś w skórę, a ja wbiję ci coś w tyłek.

Rozbawiony półsmok już się nie odezwał. I w sumie nie żałował.

niedziela, 18 stycznia 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 36 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




Zrozpaczony po utracie zaufania partnera Estalavanes godzi się z nieuniknioną samotnością, aczkolwiek stan posępnej bierności nie trwa długo. Podczas negocjowania warunków kontraktu Zaklinacz Żywiołów domyśla się prawdy o zaporowej cenie wynajęcia dwóch najemników...


- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 18d'1m'26r2t]




   I oto nadszedł czas, by powitać nową, jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci Elegii o Nieśmiertelnym - sir Aarima Asmodeusza. Rycerz-dowódca garnizonu w Adeili, syn arcypaladyna Zakonu Paladynów, książę Estarionu oraz przedstawiciel uznawanej za mitologiczną rasy Niebian, a jednocześnie charakter tak nieprzenikniony, że nie wiadomo czego się po nim spodziewać. Jak to w sztampowych historyjkach bywa, pojawia się "ten trzeci" mający za zadanie wejść murem między głównych bohaterów. Otóż nie w tej opowieści, mili Państwo. Aarim prowadzi skomplikowaną grę o najwyższe stawki, zaś emocje i uczucia są dla niego niczym więcej niż przeszkodą na drodze do spełnienia życiowej misji. Podpowiem tylko, że nie jest on personą małostkową i chociaż na pierwszy rzut oka może się wydawać, iż w jego przypadku cel uświęca środki, to jego zamysł sięga dalej, szerzej i głębiej w przyszłość. A także przeszłość.


Kącik autorki.
    To jeden z rozdziałów, które darzę szczególnym sentymentem. Rozwija nowe wątki, jednocześnie zamykając inne. Ale, mając na uwadze krytyczny, wręcz wrogi stosunek przodownika do Zakonu Paladynów, najlepszym z tych nowych jest oparta na nie-tak-całkiem-rywalizacji relacja Colonell-Aarim. Jeśli tych dwóch się nie pozabija, to z pewnością doprowadzą Esta do szaleństwa...
    Przy okazji, skoro już padają te słowa w tekście, chciałabym przedstawić skrótową definicję "Reguły Zakonu Paladynów" - są to prawa i obowiązki panujące wewnątrz organizacji, jaką jest Zakon Paladynów. Czym innym zaś jest Kodeks [Zakonu Paladynów] - to ogół praw, obowiązków i przywilejów ustrojowych. Prawdopodobnie nie ma to większego znaczenia na początku fabuły, ale będzie kluczowe w ostatniej fazie Elegii o Nieśmiertelnym.

P.S. Dla zainteresowanych umieszczam poniżej portret, który znalazłam w sieci kilka lat po "narodzinach" Aarima. Jak tylko go ujrzałam, z miejsca uznałam go jedynym słusznym i prawdziwym Aarimem (jasne brwi! I tęczówki też jasne!). No na zamówienie lepszego bym nie otrzymała! 💛








Zaklinacz Żywiołów - rozdział 36

 

Zdruzgotany Estalavanes zaszył się w swojej komnacie. Zaraz po tym, jak jego przyjaciel w gniewie opuścił sypialnię, chłopak zatrzasnął okna, zaciągnął zasłony, zdjął buty i gasząc płomienie lampek skrył się w zimnej pościeli. Z nieprzejednanym poczuciem kompletnej porażki pragnął uciec w senne fantazje, lecz czaszka pękała mu od nadmiaru emocji, a wstyd wypalał go do cna. I chociaż bardzo chciał, upragniony sen nie nadchodził.

Ostatni raz tak się czuł, gdy przyspieszył awans Velrena, swojego niedoszłego mordercy. Znalazł się wówczas w naprawdę kiepskim stanie - załamał się nie tylko na płaszczyźnie emocjonalnej, ale i fizycznej. Lecz tamtego dnia u jego boku był Colonell. Teraz zabijała go samotność na równi z niepewnością dotyczącą relacji z przodownikiem. Est wiedział, że Col nie jest zdolny do porzucenia go w tak krytycznym momencie. Nie miał pojęcia ile czasu minęło od ich rozstania, ale ten wciąż się nie pojawił. Zresztą nie mógł winić partnera, skoro na własne życzenie zniszczył to, o co zabiegał, tracąc zaufanie ukochanej osoby. Musiał przecierpieć ten czas pozostały do przybycia sir Aarima, a potem… Potem jakoś się ułoży.

Jak rany, nie tak wyobrażał sobie ostatni dzień spędzony w Twierdzy Niedźwiedzi, ostatnie chwile w przytulnej sypialni! Wszystko działo się zupełnie nie tak, jak powinno! Jego życie było pasmem niefortunnych zdarzeń, daremnych zabaw złośliwego losu, który jedną ręką niewiele dawał, a drugą więcej zabierał.

Zawinięty w kołdrę półsmok trząsł się z głodu, lecz nie chciał jeść. Pragnienie suszyło go niemiłosiernie, ale nie chciał pić. Organizm domagał się odpoczynku, a nie potrafił zasnąć, bo myśli pędziły w głowie i rozbijały się boleśnie w ociężałym z wycieńczenia umyśle. Zwariował. Oszalał. Zdziczał. Odbiło mu. Nie radził sobie. Nie umiał sobie poradzić z głupimi emocjami, nad którymi tyle pracował. Na marne! Mógłby teraz umrzeć i niczego by to nie zmieniło! Miał ochotę coś ze sobą zrobić, lecz nie chciało mu się choćby ruszyć palcem. Zaczynał żałować, że podczas pojedynku z rycerzem-dowódcą Col zdążył z odsieczą. Nie byłoby teraz tego wszystkiego. Niczego by nie było.

I kogo on znów okłamywał? Sam jest winien tego, co go spotkało. Dyscyplina? Samokontrola? Dobre sobie! To tylko słowa, nazwy na dłuższą metę nie mające znaczenia, bo i tak niczego nie wnoszą. Jest, był i będzie tchórzem uciekającym przed odpowiedzialnością, przed samym sobą! Szczeniakiem szukającym winy w wymyślonym alter ego, byle wybielić się w oczach innych. Sam siebie uczynił potworem i z chęcią zasłaniał się jego maską, byleby nie ponosić konsekwencji własnej niedojrzałości. Mistrz miał rację. Colonell miał rację. A on i tak nadal upierał się, że słuszność leży po jego stronie. Szedł w zaparte z samym sobą, tkwiąc przez to w miejscu. Bał się postąpić krok naprzód, by nie uwolnić bestii drzemiącej w jego wnętrzu, a przecież on i bestia to jedno i to samo nieposkromione stworzenie! Po prostu nazwał tak wszystko czego nie rozumie oraz czego się obawia. Wydaje się to banalne. Wszystko wydaje się banalne, kiedy obserwuje się ludzi, ich naturalny sposób bycia, swobodę i łatwość, z jaką wszystko im przychodzi. Są prozaiczni i nieskomplikowani, z przejrzystymi zasadami oraz wyraźnymi celami. To on sam wszystko niepotrzebnie komplikuje...

I Est dalej pogrążałby się w odmętach beznadziejności, gdyby nie nagłe pukanie do drzwi sypialni, stanowcze i śmiałe. Wyrwany z letargu, w pierwszym naiwnym odruchu ucieszył się że to Colonell, lecz przypomniawszy sobie ich - jego! - wczorajsze zachowanie, szybko stracił nadzieję. Szybko też przekonał się, kto postanowił złożyć mu niecodzienną wizytę. Bo przecież Col nigdy nie pukał.

Nie przejąwszy się brakiem pozwolenia, gość bezceremonialnie otworzył na oścież drzwi komnaty Zaklinacza Żywiołów i niczym cień skąpany w magicznym świetle sfer stanął u progu, wołając na cały korytarz obcym, zaskakująco donośnym głosem:

- Mości zaklinaczu, twa obecność wymagana jest w gabinecie Złowieszczego Niedźwiedzia. Mam zaszczyt osobiście i bezzwłocznie cię tam zaprowadzić, w tejże chwili.

Ukrytego w głębi legowiska Esta zmierziła ta chłodna maniera. Z irytacją zgrzytnął zębami, mężczyzna bowiem nie zamierzał ani wejść, ani wyjść, ani tym bardziej zamknąć drzwi. Niby zły szeląg sterczał na granicy jego terytorium i - jak chłopak trafnie ocenił - nawet smok by go stamtąd nie ruszył.

Nie ma rady na tak zły omen. Z ociąganiem wygramolił się z pościelowego kokonu i z wściekłym grymasem zmierzył intruza od stóp po głowę. Tyczkowaty człowiek w liberii ani drgnął, nieporuszony widokiem kłów czy ostentacyjną nieprzystępnością Zaklinacza Żywiołów. Patrzył tylko w półmrok przed sobą z umiarkowanym znudzeniem na twarzy i czekał, aż ten raczy się przygotować.

Est nie miał sił na wymianę uprzejmości z człowiekiem i dobrze się składało, że ten nie próbował go zagadywać. Zsunął się z łóżka, zmrużonych oczu nie spuszczając z mężczyzny częściowo podświetlonego magią sfer.

- Złowieszczy Niedźwiedź wyczekuje cię, mości zaklinaczu - ponaglił go szambelan bez pretensji. - Oraz jego szlachetny gość, książę Aarim Asmodeusz. Wraz z doradcą oczekują cię w tejże chwili.

I pomyśleć że Est uważał Maga za oazę spokoju. Cóż, dotąd nie poznał większości ludzi należących do świty Tyrda. I bynajmniej nie chciał ich poznawać. Musieli mieć coś nie tak z rozumem, by służyć temu zdziczałemu barbarzyńcy. Albo nie mieć go wcale, co było równie prawdopodobne.

Więc Aarim występował jako książę, a nie rycerz-dowódca, wykonawca woli zwierzchnika paladynów? Przebiegle. Takim oto sposobem odbierze Niedźwiedziowi szansę na znieważenie Zakonu oraz osoby arcypaladyna, nikt bowiem nie był na tyle bezmyślny, by poniżać następcę tronu. A przynajmniej nie twarzą w twarz. Co spowodowało, że paladyn zjawił się tak wcześnie? Nie podejrzewałby go o brak cierpliwości. Ale może to i lepiej? Im prędzej dojdą z Tyrdem do porozumienia, tym sprawniej wyniesie się z czarnej warowni. Z Colonellem czy bez, sprawa była już przesądzona i stanowiła wyłącznie formalność, teatrzyk do odegrania przed nieprzewidującym oszustwa przywódcą najemników.

Podszedłszy do okna balkonowego, Est szarpnięciem rozsunął szkarłatne kotary, szykując się na bolesne uderzenie ostrego światła poranka. Zdziwił się, dostrzegając ostatnie promienie słońca znikające za niebosiężnymi murami. Zmierzchało. Przeleżał całą noc oraz kolejny dzień. I nikt go nie szukał. Absolutnie nikt.

Naglące chrząknięcie oderwało go od zdumiewającego widoku oraz porażających wniosków. Chłopak rzucił krótkie spojrzenie ku sterczącemu jak kołek posłańcowi i wypuszczając gruby materiał zasłon ruszył do komody. Obecne ubrania pod żadnym względem nie nadawały się na wizytę towarzyską. Znad ramienia popatrzył na szambelana dając mu do zrozumienia, aby zrobił coś ze sobą, a najlepiej wyszedł. Ten jednak uparcie go ignorował.

- Czy zechciałbyś z łaski swojej zdecydować się wejść lub wyjść? – warknął Est. - Chciałbym się przebrać.

- Proszę na mnie nie zważać, mości zaklinaczu. Nie takie rzeczy widywałem i nie takie jeszcze ujrzę.

- Jak rany, za to ja nie lubię, jak się mnie w ogóle widuje!

Przez moment Est gapił się zjadliwie na człowieka, lecz wkrótce odpuścił. Podobne boje mógł toczyć ze skałą, a i ona byłaby bardziej domyślna niż ten osobnik rasy ludzkiej. Przebrał się więc bez pośpiechu i założył nową rękawiczkę. W spowitym cieniami pokoju poprawił troczki oraz wiązania, zamarudził przy sprzączkach ciężkich butów, by na koniec rozcapierzonymi palcami przeczesać włosy. Sterczały na boki. Ostatecznie mocniej je rozwichrzył, niech wyglądają adekwatnie do jego samopoczucia. Było mu już wszystko jedno.

Zbliżył się do człowieka o niezmąconym obliczu i zdawkowym gestem oznajmił gotowość do drogi. Nie spodziewał się jednak, że będzie musiał biec, aby dotrzymać mu kroku. Szczupły, wysoki jak tyka herold w czarno-czerwonym mundurze sadził tak wielkie susy, że długonogi półsmok miał kłopot by za nim nadążyć, a spiralne strome schody pokonywał z niezrównaną prędkością, której pozazdrościć mógł niejeden z adeptów sztuki czarodziejskiej. Zaskoczony narzuconym tempem Est uznał, że na dalekie delegatury nie potrzebował on konia - po prostu biegłby tak przed siebie nie zważając na przeszkody do sforsowania.

Stawiając obutą stopę na posadzce parteru, zmęczony dotychczasową bezwolnością chłopak zaprzestał dalszych wysiłków. Resztę trasy podjął swoim zwyczajnym, w miarę żwawym krokiem, czym zmuszał energicznego człowieka do przystawania z nieodłącznym wyrazem twarzy mówiącym: byle w tejże chwili. Est odnajdywał w tej małej złośliwości pewnego rodzaju przyjemność i zamiast zganić się za tak niecny postępek, korzystał z okazji do spowolnienia dwuosobowej procesji zmierzającej do Głównego Budynku. Niewzruszony szambelan w dalszym ciągu się tym nie przejmował, toteż Est zaniechał tego małego łajdactwa, nie widząc już w nim zabawy. Nie mógł też dokładniej się przyjrzeć szybkonogiemu osobnikowi, gdyż jedynym, co najczęściej oglądał, były wąskie plecy, które jego zdaniem miały bogatsze życie emocjonalne aniżeli pociągła, wyblakła facjata.

            Droga przez mękę zakończyła się, gdy przebyli okopcony pochodniami korytarz i szambelan zapukał do drzwi, by - jak w przypadku jego kwatery - wtargnąć bez uprzedniego zaproszenia. Natychmiast po przekroczeniu progu rozpoczął przedstawianie gościa, ale podążający za nim Est już go nie słuchał, skupiony na młodym mężczyźnie zasiadającym w ogromnym skórzanym fotelu naprzeciw wejścia.

Beznamiętne złote oczy z bliżej nieokreślonym magnetyzmem przyciągnęły jego spojrzenie. Oblicze ostrouchego niebianina było takie, jak zapamiętał Est: wyzbyte choćby śladu uczuć, wykute w czystym alabastrze na podobieństwo boga o szerokiej szczęce, pięknie wykrojonych ustach oraz prostym nosie rasowego arystokraty. Krótkie złote włosy, lekko uniesione i elegancko zaczesane na lewą stronę, odbijały refleksy gasnącego blasku dnia wpadającego strzelistymi oknami gabinetu przywódcy, jak gdyby samo słońce pieszczotliwie układało się na każdym pasemku.

Odziany w błękitną tunikę sięgającą połowy ud oraz ciemnoniebieskie spodnie do jazdy konnej z nogawkami wpuszczonymi w wysokie buty, znacząco odbiegał od portretu rycerza-dowódcy, z którym Est skonfrontował się w Adeili oraz na polu bitwy. A to dlatego, iż sir Aarim odgrywał rolę sukcesora estariońskiej Korony poszukującego osobistej ochrony pośród najwybitniejszych najemników tejże krainy.

Niebianin siedział z założonymi po męsku nogami i podparty ręką o podłokietnik, trzymał w niej białą skórzaną tubę owiązaną błękitno-złotą wstęgą, której końce łączyła okrągła, charakterystyczna monarsza pieczęć. Przepustka ku wolności. Odroczenie kary śmierci. Spisany dłonią króla łatwopalny świstek, od którego zależał jego los.

Kiedy Est znów podniósł wzrok na przystojną twarz, złote tęczówki nie przestawały przewiercać go na wylot. Zwrócił uwagę na długą poziomą bliznę po oparzeniu ciągnącą się wzdłuż lewego policzka. Kolejna przecinała prawą złocistą brew, nachodząc na gładkie czoło. Mając na skinienie potężną moc leczniczą, niebianin nie zdołał zaleczyć oparzeń… czy może nie chciał?

Sir Aarim, w odpowiedzi na badawcze spojrzenie Esta, zerknął na jego odsłoniętą szyję, na pamiątkę po czubku paladyńskiego miecza. Nawet teraz nie pozostawali sobie dłużni.

Wytrącony z równowagi półsmok nie wiedział, gdzie ma się podziać. Zupełnie nie dbając o prowadzoną rozmowę, wiedziony przyzwyczajeniem stanął za mistrzem zajmującym miejsce po prawicy potężnego Niedźwiedzia. I chociaż widział porośnięty gęstą brodą profil przywódcy, połowicznie rozświetlony płonącą nad drzwiami lampą, to nie miał odwagi przypatrzeć się mężczyźnie będącemu ojcem jego kochanka. Za to kątem oka dojrzał ruch w zacienionym rogu pomieszczenia, w dwumetrowym odstępie za plecami szlachetnego gościa.

Zrobiło mu się cieplej na sercu, lecz zaraz chłód owionął jego ciało na wspomnienie zeszłej nocy. Tylko jeden człowiek lubił opierać się plecami o ścianę z podciągniętą nogą i skrzyżowanymi na piersi ramionami. Colonell Niedźwiedziogrzywy. Oczywiście, pierworodny Tyrda także tu był - chroniący życie przywódcy przodownik obowiązkowo uczestniczył w najważniejszych wydarzeniach Twierdzy.

Est nie zdawał sobie sprawy jak długo wpatruje się w bliską mu sylwetkę. Dopiero upomnienie mistrza zmusiło go do przysłuchania się konwersacji.

- Jak już wspominałem na początku naszej rozmowy, mości Niedźwiedziu, nie występuję w imieniu żadnej ze stron mogących zagrozić tobie oraz twoim ludziom. - Książę posiadał silny, a zarazem dźwięcznie młodzieńczy głos perfekcyjnie uzupełniający świetlistą aparycję. Gdy przemawiał, zaglądał rozmówcy głęboko w oczy i tym razem Est nie wyczuwał tajemniczej aury ani subtelnych prób wpłynięcia na oponenta. Sir Aarim zamierzał wygrać to starcie bez użycia zapewniających mu przewagę sztuczek. Rzeczywiście, przybył jako niewyróżniający się spośród elit następca tronu, a nie roszczeniowy paladyn ściśle przestrzegający surowych reguł oraz sztywnych praw. - Nie reprezentuję Zakonu Paladynów, ani nie odnoszę się do bitwy z Unią Możnych. Przynoszę ze sobą pokój, poszukując najlepszych najemnych, by mieczem i magią chronili królewskiego dziedzica w czasach zamętu, jakie niefortunnie nastały. Jak zdążyłem się przekonać, członkowie Kompanii Najemnej Niedźwiedzi przewyższają zaciężnych poziomem umiejętności bojowych, zatem nie powinno dziwić, iż Jego Wysokość postanowił zwrócić się ze szczodrą propozycją właśnie do ciebie, mości przywódco. Zechciej docenić wspaniałomyślność króla i zdecyduj, czy złożona propozycja warta jest twego poświęcenia.

Pochyliwszy się, książę jednym ruchem odłożył cylinder na blat stołu, przy srebrnym kielichu, i pchnął w kierunku przywódcy najemników.

Olbrzymie łapsko smagłego mężczyzny zamknęło się na tulei z miękkiej skóry. Nie obdarzając przedmiotu spojrzeniem, Tyrd przekazał go zaufanemu doradcy, który skłonił bezwłosą głowę i przejmując pismo odpieczętował pokrywę. Przełamał pieczęć, rozsupłał jedwabną wstążkę, rozwinął zdobiony frotażem papier, po czym przebiegł bystrym wzrokiem po królewskiej kaligrafii.

Est szczęśliwie ustawił się w tak strategicznym punkcie, by mieć dobry widok na dokument, który Mag celowo podniósł na wysokość twarzy. Choć łudząco podobny, nie był to charakter pisma sir Aarima - pakt został spisany przez króla Estarionu i arcypaladyna we własnej osobie. Nie lada honor, jakiego nie powinien dostąpić grubianin pokroju Tyrda Niedźwiedziogrzywego.

Chłopak wiedział co zawiera spisany szczegółowo pakt, ale nie zmieniało to faktu, iż powodowany ciekawością dyskretnie czytał ponad ramieniem mentora. Usiłował zapomnieć o przysłoniętym ciemnością partnerze, lecz myśl, że znajdował się tak blisko i obserwował go, podgrzewała mu krew w żyłach. Natomiast obecność paladyna napawała niewytłumaczalnym lękiem.

Milczący książę przyglądał się przywódcy z nieprzeniknionym wyrazem goszczącym na gładkim obliczu. W opinii Esta był osobą o tyle przerażającą, o ile przerażająca może być wydrążona skorupa poruszająca się za sprawą cudzej woli. Niebianin nie przejawiał uczuć ani emocji, dzięki którym wrażliwy, empatyczny półsmok mógłby odnaleźć się w nowym, uwierającym go towarzystwie. Sir Aarim pozostawał obcą istotą, chłodną, nieodgadnioną osobowością o niejasnych intencjach, których jego przenikliwy intelekt nie potrafił rozszyfrować. Stwarzał zagrożenie o wiele większe niż to uosabiane przez Tyrda. Był znaczącą personą zarówno na dworze królewskim, jak i w hierarchii Zakonu Paladynów, aczkolwiek jego pewność siebie nie była efektem piastowanych stanowisk. Jako niezrównany dyplomata i strategiczny geniusz wykazywał się nieprzeciętną inteligencją oraz wyjątkowymi predyspozycjami bitewnymi.

Skończywszy czytać, leciwy doradca na powrót pozwolił papierowi zwinąć się w ciasny rulon. Wsunął pakt do bielonego pojemnika i wychylił się ku rozpartemu w fotelu przywódcy, by wyszeptać mu kilka zdań do ucha.

Est nie dostrzegał pełnej twarzy Tyrda, lecz nagła zmiana w nastawieniu impertynenckiego mężczyzny potwierdziła jego przypuszczenia. Potężny wojownik był zorientowany w polityce krainy i nie wymagał wsparcia starego Maga by zrozumieć, jak cenny jest Pakt o Nieagresji. Chodziły słuchy, iż ów historyczny dokument wydano tylko raz, tuż po zawiązaniu się Zakonu Paladynów przed dwoma tysiącleciami. Teraz miał miejsce precedens na miarę kart ludzkich kronik. I dotknął on Tyrda Niedźwiedziogrzywego, przywódcę znamienitej kompanii najemnej. Est wyobrażał sobie jak ciemnozielone, głęboko osadzone oczy człowieka zalśniły dzikim podnieceniem.

Wbrew rosnącej ekscytacji, Złowieszczy Niedźwiedź okazywał podejrzliwość i krótko trzymając swój wybuchowy temperament zachował pozory opanowania.

- Mówisz, książę, że nie reprezentujesz żadnej strony, a oferujesz w zamian za dwójkę moich najbardziej uzdolnionych najemników Pakt o Nieagresji spisany przez koronowaną głowę Zakonu Paladynów? – wymruczał ze złośliwym uśmieszkiem. Sięgając po kielich z winem nachylił się nad blatem okrągłego stołu, aż futrzana peleryna zsunęła się na jego szeroki kark. - Jeszcze niedawno wspieraliście tych atłasowych prostaków w kampanii przeciwko moim ludziom.

- Moim obowiązkiem, jako rycerza-dowódcy stacjonującego w mieście garnizonowym, było przychylić się prośbie zagrożonego lennika - wyjaśnił młodzieniec bez cienia wstydu czy pokory. - Powinność została spełniona, natomiast Unia Możnych zwyciężona. W uczciwej bitwie.

- Ziemie Westerminów, Halavarów i Lyfisów nie podlegają jurysdykcji Adeili – wytknął mu Tyrd i wyszczerzył się drapieżnie, z zadowoleniem rozpierając się na obszernym siedzisku. Popatrzył znad brzegu kielicha ku niewzruszonemu przyganą rozmówcy przeczuwając, że ten gołowąs nie da się łatwo sprowokować.

Tak też się stało, jako że sir Aarim z godną dyplomaty powagą potwierdził obciążające go słowa.

- Zaiste, rody wchodzące w skład Unii Możnych z racji położenia geograficznego oraz administracyjnego podlegają pod ochronę miasta garnizonowego Asvill. Lecz, jak stanowi prawo Estarionu, w obliczu realnego niebezpieczeństwa lennik ma możliwość powołania się na zwierzchnictwo wyższego szczebla. Będąc zastępcą Jego Ekscelencji Arcypaladyna przyjąłem na siebie brzemię sprawowanej funkcji. Gwoli ścisłości, w przypadku incydentu szlachciców z zachodu nie uczyniono nic, co w rażący sposób naruszyłoby odwieczne prawo rządzące Estarionem - zakończył z niezmiennym spokojem, by po chwili dodać: - Miej to, mości Niedźwiedziu, na uwadze. Zakon Paladynów nie pochwala twoich agresywnych działań, dlatego też skłonni byliśmy wesprzeć podlegających naszej pieczy wasali.

Złowieszczy Niedźwiedź prychnął z irytacją. Szczyl miał gadane nie gorsze niż Zrzęda w najlepszym okresie swego życia.

- Wtedy byliście skłonni, a teraz oferujecie Pakt o Nieagresji? Wobec tego mogę hulać na waszych ziemiach i w niczym mi nie przeszkodzicie?

Tyrd trafił sedno.

Est musiał ściągnąć wodze emocji, z którymi nie chciał zdradzać się przed niewielką, raptem pięcioosobową publicznością. Ucho swędziało niemiłosiernie, a palce same ciągnęły ku płatkom gdy zaczynał pojmować, iż w negocjacjach z aroganckim człowiekiem sir Aarim nie potrzebował posiłkować się mocą. Oferta była nie do odrzucenia - oszałamiała unikatowością oraz wachlarzem możliwości rozpościerających się przed gruboskórnym barbarzyńcą. I zdawała się po wielokroć przekraczać cenę dwójki najemników, nieważne jak niezastąpionych.

W rzeczy samej, jeśli Zakon Paladynów ustosunkuje się do paktu, a z całą pewnością surowo przestrzegać będzie rozkazu arcypaladyna, to niedźwiedź w ludzkiej skórze w błyskawicznym tempie podporządkuje sobie północne oraz zachodnie ziemie. Pozbawiona czynnej ochrony arystokracja zostanie bez szans i odwróci się od obecnej władzy spostrzegając, jak tanio ich sprzedano. Pod groźbą zrównania z ziemią lub przejęcia majątków ulegną samozwańczemu lordowi-najemnikowi. Przecież to jasne, że zaślepiony żądzą władzy Tyrd pójdzie na tak intratny układ, lekceważąc widmo krwawego konfliktu sięgające niemalże Śródlądu.

Zdezorientowany półsmok zachodził w głowę, o co tak naprawdę toczyła się gra. Nie może być, aby król polubownie oddał… Ach, wiadomo że nie. Aktualny monarcha co prawda zalicza się do osób nadzwyczajnie ustępliwych, ale na pewno nie do głupców. Oddać lenno za dwie osoby wątpliwego pochodzenia? Gdzie indziej leży pies pogrzebany. Dlaczego więc porzucają szlachtę na północy? Czy ma to związek z buntem możnych na południu? Czyżby książę Aarim, rycerz-dowódca, oraz król Aaron, arcypaladyn, postawili krzyżyk na północy Estarionu? W tym wypadku Pakt o Nieagresji nie miał najmniejszej wartości, był pustą walutą przeznaczoną do opłacenia pustych ambicji równie pustego człowieczka. Wojenna pożoga spali na popiół wszystko na swej drodze, nie szczędząc nikogo ani niczego, toteż osoby decyzyjne nie muszą dłużej przejmować się pojedynczą organizacją pod przywództwem degenerata.

Zrozumienie obuchem uderzyło w Esta, który zasłonił sobie usta dłonią w rękawiczce jakby w obawie, że jęk przerażenia przyciągnie niechciane zainteresowanie. Mistrz chciał, by uczeń jak najszybciej opuścił Twierdzę. Sir Aarim dołożył wszelkich starań, by przyspieszyć ten proces. I nie czynił tego, by zagwarantować białemu elfowi bezpieczeństwo. Chciał go wykorzystać: broń zahartowaną przez starego mnicha z Północy, Zaklinacza Żywiołów obdarzonego mocą kontrolowania pierwotnych elementów tworzących ten świat. Miał być jego środkiem do celu, ostrzem skierowanym przeciwko wrogom. Tarczą, na którą spadną pierwsze, najcięższe uderzenia.

Znaj swą pozycję w świecie - rozległo się niespodzianie, aż mimowolnie zajrzał w złote oczy. Patrzyły na niego. Czy do niebianina należał ów głos? Nie. To wychodziło z niego, z jego wnętrza. – Został ci on powierzony i nikt nigdy nie powinien ci go odebrać.

Estem wstrząsnęło. Na szczęście nikt nie zauważył jego dziwacznego zachowania. Poza zagadkowym, bezwzględnym paladynem.

- Wierzę, iż zachowasz umiar, mości Niedźwiedziu. - Znieruchomiałe spojrzenie księcia spoczęło na chciwie zmrużonych oczach przywódcy. - I oszczędzisz swych ludzi na walkę ze śmiercionośną falą, która niebawem zaleje północ, wnikając w głąb kontynentu - ostrzegł enigmatycznie, po czym, w geście szacunku dla gospodarza, sięgnął po kielich. Poruszając nadgarstkiem zamieszał zawartością na tyle, by uwolnić słodki aromat. - Najęcie dwóch najznakomitszych ludzi krytycznie osłabi siły twej kompanii, skutkiem tego wystosowałem do mego ojca prośbę o dokument mający zrekompensować straty powstałe w wyniku tak śmiałego przedsięwzięcia. Naturalnie zapłacę także złotymi koronami za sumienne wypełnienie zlecenia oraz pokryję koszty utrzymania strażników. Zgodnie z ustaleniami połowę uiszczę z góry, natomiast resztę po powrocie twoich ludzi.

Nie będzie żadnego powrotu - przemknęło Estowi przez myśl, aczkolwiek nie znalazł w sobie wystarczającej odwagi, by wypowiedzieć swoje przypuszczenia na głos. Przeklęty, wiesz o wiele więcej niż mówisz!

- Bardzo sprytnie to obmyśliłeś, książę - mruknął Tyrd bez przekonania. - Ja tracę dwójkę zacnych najemników, a w zamian zyskuję papier poświadczający waszą bierność w stosunku do moich działań oraz górę złota. I przestrogę. Jakże lukratywna propozycja! - Raczący się winem przywódca pozostawał nieufny, choć wizja przyszłości związanej z paktem przemawiała przezeń zadowoleniem. Mimo to, dla zasady, starał się udawać niepocieszonego. - Gdzie w takim razie szukać mam haczyka? Chyba mi nie powiesz, że twa oferta czysta jest jak sławetny honor paladynów?

- Rzeczony honor bezdyskusyjnie podlega Regule Zakonu Paladynów, więc, będąc rozsądnym, nie mieszałbym go do… naszej transakcji. - Młodzieniec nie dał się zbić z pantałyku. Odstawił kielich z ledwie napoczętym trunkiem i układając przedramiona na poręczach fotela popatrzył wymownie na Esta. – Podstęp nie leży w mej naturze, jednakże istnieje nieuniknione ryzyko, jakoby twoi podkomendni mieli już nie wrócić żywi w mury Twierdzy Niedźwiedzi. Będąc sukcesorem korony, rycerzem-dowódcą oraz generałem mianowanym z woli arcypaladyna, przyjdzie mi stanąć w pierwszym szeregu żołnierzy chroniących krainę przed agresją najeźdźcy. Bądź świadom, mości Niedźwiedziu, czego podejmują się twoi ludzie. Wszak jesteś wojownikiem z krwi i kości.

- Żołnierze chroniący krainę, powiadasz… Cóż za wyróżnienie! - skwitował Złowieszczy Niedźwiedź z cynizmem.

Tyrd Niedźwiedziogrzywy z namysłem zapatrzył się w ciemną dal za oknem. Już kreślił w myślach kolejne posunięcia w drodze do podbicia i zagarnięcia okolicznych ziem, co dysponowanie paktem dalece mu ułatwi. Straci tę dwójkę, w tym prawowitego potomka, ale za to bez rozlewu krwi oraz dalszych strat w ludziach pozbędzie się potężnego nieprzyjaciela mogącego bezsprzecznie mu zaszkodzić. Czy zbuntowany, zepsuty do szpiku kości pierworodny był aż tak kluczowy, by troskać się jego losem? Tyrd sam mógł pojąć za żonę jakąkolwiek młodą szlachciankę i spłodzić z nią dziedzica, był w końcu mężczyzną w kwiecie wieku, jurnym i zdrowym. Wtedy nikt nie podważyłby jego roszczeń do tytułu oraz honorów z niego wynikających. A cholernego białego szczura już dawno chciał odprawić! Teraz miał ku temu idealną sposobność. I jeszcze się na tym wzbogaci!

- Dobrze więc, niech się stanie! - Olbrzymi mężczyzna uderzył opróżnionym kielichem o blat stołu i uśmiechnął się dziko. - Nie zamierzam ubierać swego wyboru w piękne słówka, tak jak nie będę kłamać, iż robię to dla wyższego dobra. Przyjmuję warunki, Wasza Książęca Mość, gdyż wielce mi one odpowiadają.

- Nic nie uradowałoby mnie bardziej, Tyrdzie Niedźwiedziogrzywy - wymawiając pełne imię przywódcy niebianin zniżył głos, a upiorny uśmiech odkształcający urodziwe rysy zmroził krew w żyłach bacznie go obserwującego Esta.

W trakcie pertraktacji twarz, ton głosu oraz postawa sir Aarima Asmodeusza nie zmieniły się ani odrobinę. Aż do momentu osiągnięcia dalekosiężnego zamierzenia. Na czas trwania rozmów nie dawał po sobie znać panujących w jego wnętrzu uczuć, jednakowo niewyczuwalna była zwykle towarzysząca mu osobliwa aura. Opanowany do granic pojmowania mógł iść w konkury z Magiem, mnichem z Północy. I bezapelacyjnie wygrać.

Przywódca najemników nakazał szambelanowi dostarczenie przyborów koniecznych do spisania kontraktu. Nie bawiąc się w zbędne kurtuazje wyrzucił z gabinetu przodownika oraz Zaklinacza Żywiołów, nakazując im oczekiwać na dalsze rozkazy - tym razem od ich nowego zleceniodawcy.

Skryty w półcieniu Colonell bezsłownie przyjął polecenie i odepchnąwszy się od ściany, rozmyślnie powolnym krokiem wyminął fotel księcia. Przechodząc obok Esta nawet nie zaszczycił go spojrzeniem. Opuścił gabinet, zostawiając za sobą otwarte na oścież drzwi.

Zawiedzionemu chłopakowi nie pozostało nic innego, jak podążyć za nim. Odwrócił się i... delikatna nić esencji niespodziewanie dotknęła jego napiętych barków. W pierwszym instynktownym odruchu Est chciał się obrócić, lecz stchórzył i czmychnął z gabinetu, nieco zbyt głośno zatrzaskując za sobą drzwi. Rozstrojony przeszedł kilka chwiejnych kroków wzdłuż rozjaśnionego pochodniami korytarza, aż zatrzymał się i oparł rozgorączkowane czoło o chłodny kamień ściany. Musiał odetchnąć, ochłonąć. Robiło mu się niedobrze od wirujących w ciele emocji, a pewnie i z niedożywienia. Suszyło go jak po wypiciu kubka aldaszyrskiego, podobnie też kręciło mu się w wycieńczonej wydarzeniami głowie.

Dokonało się. Nie było już odwrotu. Cokolwiek miał w zamyśle złotooki młodzieniec, nie należało to już do jego zmartwień. Dostosuje się. Zawsze dostosowywał się do silniejszych.

Podparłszy się ramieniem, ucisnął palcami szczypiące powieki. Opadał z sił. Musiał czym prędzej zjeść kolację, nie wiedział tylko czy razem z mistrzem, czy w zaciszu własnej komnaty. Druga opcja była najodpowiedniejsza. Chciał być sam. Poukładać sobie wszystko w głowie, a rzeczy w torbach. Z dniem jutrzejszym pożegna się z przyjaciółmi i mistrzem. A potem odjedzie. Odjedzie tak daleko, jak nakaże mu “zleceniodawca”.

Pocierając twarz odepchnął się od podpory i poczłapał w stronę wyjścia z budynku. Przymknął oczy tłumiąc szerokie ziewnięcie, kiedy nagle wszechświat wierzgnął, posyłając go prosto na zimną ścianę. Oszołomiony mrugnął i zamarł pod intensywnością spojrzenia przydymionych szmaragdów. Gorąca skóra otarła się o jego chłodne czoło. Usta pocałunkiem rozchyliły białe wargi, gdy szorstkie dłonie pieszczotliwie objęły gładkie policzki.

Colonell przeciągnął pieszczotę, rozkoszując się bliskością oblubieńca. Lekki uśmiech zadrżał na wargach okolonych ciemnym zarostem, które ani na sekundę nie przerywały kontaktu z miękkimi ustami Esta.

Subtelne muśnięcia przeistoczyły się w prawdziwy żywioł namiętności, gdy stęskniony Est rozpaczliwie przywarł do niego całym sobą. Pod palcami czuł krótkie włosy człowieka; wplótł je w dłuższe pasma, bez opamiętania pieścił obnażony kark i gładził ramiona, wślizgując się pod materiał bluzy. Drżał spotęgowanym przez żal pożądaniem, podczas gdy jego język dał się porwać do szalonego tańca głębokiego pocałunku.

Wciąż objęci odsunęli się od siebie tylko po to, by uspokoić i wyrównać oddech. Col głaskał białe policzki i przesuwał opuszkami po delikatnej brodzie ukochanego, nie odrywając pałającego wzroku od roziskrzonych skaleonich ślepi. Uśmiech ulubionego człowieka był dla Esta balsamem na wszelkie zło. Uniesiony kącik ust zniekształcający zawijasy niedokończonego tatuażu pomagał zapomnieć o troskach i problemach.

Byli wystawieni na widok publiczny, ale w porze posiłku niewielkie groziło im ryzyko nakrycia, szczególnie w Głównym Budynku. Poza tym nie mieli już nic do stracenia, od jutra bowiem rozpoczną nowe życie, więc nie musieli przejmować się przypadkowym spotkaniem z mieszkańcami Twierdzy. Mieli siebie nawzajem i było to wszystko, czego potrzebowali.

- Najpierw obijanie mordy, a potem łóżko? – Nieposiadający się ze szczęścia Est zaśmiał się w usta Cola. Naraz przeminęły zmęczenie, głód i pragnienie. Przed oczami widział twarz mężczyzny będącego ambrozją dla jego ciała i duszy.

- Najpierw to ty dorośnij do obijania mordy, dzieciaku.

- Czyli łóżko. - Śmiech nie zdążył wybrzmieć, zduszony zachłannością rozpalonego człowieka. - Col, jesteśmy… Nie tutaj…

- Istotnie, nienajlepsze to miejsce do wzajemnego okazywania uczuć w sposób bezpośredni i nieprzyzwoity. - Chłodny, rzeczowy głos zadziałał na kochanków niczym kubeł lodowatej wody. Przywróceni do rzeczywistości raptownie odsunęli się od siebie na podyktowaną konwenansami odległość, spojrzenie wbijając w postać nadchodzącą od strony gabinetów. - Upraszam o przebaczenie, nie było moim zamiarem przeszkodzenie wam, lecz…

- Mogłeś przejść bez słowa, wtedy byśmy sobie nie przeszkadzali – przerwał mu łapiący dech Colonell. Wychodząc nieco przed Esta, przeszył wrogim wejrzeniem irytująco znudzonego księcia. Z satysfakcją spostrzegł, że przerasta rycerza o połowę głowy. Za to tamten był szerszy w barach i krzepki, jak przystało na mężczyznę zwykłego nosić płytową zbroję.

Sir Aarim z rozmysłem obszedł ich niespiesznie, całkowicie koncentrując się na przodowniku, który zrewanżował mu się tym samym.

- Niewątpliwie mógłby tędy przedefilować oddział pancernej konnicy, a wy pozostalibyście błogo nieświadomi – stwierdził oschle książę. - Skłonny jestem przyznać, iż była to wyjątkowo intrygująca scena. Na próżno gdziekolwiek w Estarionie szukać tak wyrazistego przejawu namiętności. Oraz skandalicznego pogwałcenia prawa.

Col ze złośliwym uśmieszkiem wyprostował się i skrzyżował ramiona na szerokim torsie.

- Gdyby było to legalne, zapewne wolałbyś zająć moje miejsce – rzucił chytrze.

Est nie potrafił pozbyć się wrażenia, że patrzy właśnie na dwa napuszone koguty szykujące się do bójki. Jeżeli on i Colonell byli dla rycerza intrygującą sceną, to jak powinien skomentować tę słowną utarczkę?

- Wolałbym zająć miejsce przy kolacji w towarzystwie moich ochroniarzy, aczkolwiek dziękuję ci za tę niemoralną propozycję. Następnym razem ją rozważę. Pozytywnie. - Zimne jak lód złote tęczówki prześlizgnęły się po mijanym właśnie półsmoku. - Tymczasem proszę, byście zaprowadzili mnie na wieczorny posiłek, gdyż spisanie wiążącego kontraktu jest procesem długotrwałym i złożonym. A, kolokwialnie rzecz ujmując, negocjacje zaostrzyły mój apetyt do tego stopnia, iż postanowiłem nieco wcześniej skorzystać z gościnności Niedźwiedzi.

To powiedziawszy, sir Aarim odszedł w głąb korytarza, odprowadzany skrajnie odmiennymi spojrzeniami dwóch najemników.

- Dopiekł ci do żywego, Col - mruknął z podziwem Est.

- Nienawidzę skurwiela… - wycedził przodownik przez zaciśnięte zęby, a nienawiść w jego oczach silniejsza była niż przekaz werbalny. - Usiłuje cię kontrolować. Mógł tam siedzieć ze staruchami, a nie szlajać się po budynku.

- W tej kwestii jestem z tobą w zgodzie. Ale spójrz na to z innej perspektywy: przynajmniej wreszcie coś zjemy.