Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Kiedy sen nie nadchodzi, zjawia się On...
Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Obecność następcy tronu wywołała
wśród uprzedzonych najemników niemałe zamieszanie, zwłaszcza że większość
widziała w nim nie księcia Estarionu, a wrogiego rycerza-dowódcę. Kiedy wraz z
Colonellem i Estalavanesem zjawił się w przestronnej sali jadalnej, zdradzające
antypatię szepty oraz pomruki przerodziły się w coraz donośniejsze
spostrzeżenia, aż w końcu utonęły w gwarze gorączkowych dyskusji wspartych
odgłosami wieczerzania. Spojrzenia posyłane w stronę przybysza nie należały do
przychylnych, lecz żaden z mężczyzn przebywających w pomieszczeniu nie pozwolił
sobie na jawną wrogość względem złotowłosego młodzieńca w monarszych barwach.
Natomiast czarodziejki… Cóż, one nie mogły oderwać wzroku od niezwykłych oczu
urodziwego arystokraty rozglądającego się z uprzejmą ciekawością.
Est
dyskretnie przyglądał się spożywającym kolację najemnikom. Nie umknęło mu ich udawane
lekceważenie, nieufność, a nawet szczera wrogość. Byli też tacy, którzy
intensywnie wpatrywali się w niego, bohatera będącego Zaklinaczem Żywiołów. Bez
wątpienia nurtowało ich dlaczego towarzyszy paladynowi, z którym pojedynkował
się na błoniach. I chyba nie umiałby im na to pytanie odpowiedzieć, sam bowiem
nie miał pojęcia co najlepszego wyczynia. Jeszcze siedmiodzień temu nie
myślałby, że znajdzie się w podobnej sytuacji, a teraz… Teraz chciał dotknąć
blizny na szyi, ale w porę się zreflektował i zamarkował gest drapaniem po
obojczyku.
Przy
jednym ze stołów w głębi pomieszczenia wypatrzył grupę piromantów i adeptów, lecz
nie dojrzał wśród nich Leos. Ostatnimi czasy czarodziejka uczęszczała na
indywidualne lekcje ze sztukmistrzami, więc z pewnością spóźni się na posiłek. Nieprzeciętne
umiejętności Małej Niedźwiedzicy przydałyby im się podczas wykonywania
ryzykownej misji. Przydałyby się jemu, ponieważ sam nie był w stanie przywołać
żywiołu ognia, nie chciał jednak narażać przyjaciółki na nieokreślone
zagrożenie. W Twierdzy była bezpieczna i tutaj powinna zostać. Ale czy istniała
na tym świecie forteca, którą można nazwać bezpieczną? Pakt o Nieagresji sugerował
coś zgoła przeciwnego...
Raptem
Colonell pociągnął go za nadgarstek i wyrwany z rozważań półsmok ciężko usiadł
na wysuniętym krześle. Chciał zbesztać człowieka za tak obcesowe traktowanie, lecz
przydymione szmaragdy go nie dostrzegały - mierzyły groźnie młodego księcia
zajmującego miejsce na wprost białego elfa.
-
Wasza Książęca Mość wybaczy niedogodności - zaczął Col wyjątkowo oschle. - Jako
prości ludzie nie opływamy w luksusy.
-
W moich żyłach płynie królewska krew, lecz zapominasz, przodowniku, iż nade
wszystko jestem żołnierzem w służbie Jego Ekscelencji Arcypaladyna.
Est
dałby sobie rękę uciąć, że nieprzyjemny dźwięk dobiegający jego uszu wydały
kurczowo zaciśnięte szczęki młodego zwiadowcy. Nie wiedział gdzie patrzeć,
dlatego spuścił wzrok i nerwowo bawił się sprzączką czarnej rękawiczki.
Wyprowadzony
z równowagi zwiadowca nie powiedział już nic więcej. Ściskając rękojeści
zabezpieczonych sztyletów poszedł po kolację, pozostawiając Esta sam na sam z
niebianinem. Sam na sam, nie licząc ukradkowych spojrzeń niespełna połowy ludzi
w jadalni. Czy oni w ogóle mieli świadomość, przedstawicielem jakiej rasy jest
ów młodzieniec o złotych oczach?!
Książę
Aarim lekko przechylił głowę, spoglądając na Esta.
-
Twój przyjaciel nie darzy mnie sympatią, Estalavanesie. Lub też zalicza
się do osób szczególnie nieprzystępnych, trudno orzec.
-
Nie, Colonell to bardzo kontaktowy człowiek - wytłumaczył pospiesznie chłopak. –
Ale... przeczytał twoje listy, więc...
Nie
dokończył. Uparcie gapił się na swoje dłonie, za wszelką cenę unikając kontaktu
wzrokowego z paladynem. Zrobiło się niezręcznie, a gdyby jeszcze popatrzył w te
złote tęczówki… Żołądek zwinął mu się w ciasny supeł, momentalnie odbierając
apetyt.
Przecięta
blizną brew powędrowała ku górze.
-
Doprawdy? Czy twój mistrz nie pouczył cię, aby potencjalnie obciążające dowody
obracać w popiół?
Rozgniewany
przyganą chłopak zebrał się w sobie. Łypnął na rozmówcę, chowając pięści pod
blatem stołu.
-
Tak, wspominał o tym, lecz to był mój wybór co z nimi zrobię. A może zechcesz
wyjaśnić, co miały znaczyć te dwuznaczne treści?
-
To, co w istocie znaczyły. Zwykłem wypowiadać się szczerze i bezpośrednio,
gardzę półsłówkami. – Sir Aarim nieznacznie odwrócił twarz i musnął palcem
bliznę na lewym policzku. - Jesteś pierwszym, który zranił mnie w trakcie
pojedynku. Ponadto pozostawiłeś trwały ślad niemożliwy do zaleczenia niebiańską
mocą. Takich przeżyć nie sposób wymazać
z pamięci, Estalavanesie. I takich osób również.
Tym
razem Est nie zdołał uciec przed świdrującym spojrzeniem posłanym z ukosa. Było
mu niedobrze i prawie złapał za końcówkę nisko zwieszonego ucha. Obiecał
Colowi, że popracuje nad odruchami i póki co wychodziło mu to niezgorzej. Aż do
teraz.
-
Wyjaśnijmy sobie jedno, sir Aarimie: nawiązałem już poważną relację.
-
Zdążyłem zauważyć. I cóż w związku z tym? - Niewzruszona postawa działała
onieśmielająco na półsmoka, co nie uszło spostrzegawczości niebianina. Był
bystrym obserwatorem i mimo że nie wyrażał żadnych emocji, to potrafił je
wychwycić. A już szczególnie na tak ekspresyjnym białym obliczu. - Upraszam
także, byś zaprzestał oficjalnego tytułowania mnie.
-
Em, jak rany… To znaczy, że nie jestem tobą zainteresowany. A przynajmniej nie
w tym sensie... - Est usłyszał własny głos, brzmiący teraz odrobinę skrzecząco.
Zapragnął jak najszybszego powrotu partnera, byle kłopotliwa rozmowa wreszcie
się skończyła. - Poza tym… Nie interesują mnie mężczyźni. Tylko Colonell.
Wyłącznie.
-
Mnie również nie interesują mężczyźni, jeżeli cię to uspokoi. Będąc szczerym,
nie przybyłem tu w celu poszukiwania godnej mariażu partii, lecz osobistej
ochrony. Tylko ochrony. Wyłącznie.
Sprowadzony
na ziemię Est przełknął cisnącą mu się na usta ripostę. A on, durny, ubzdurał
sobie że Aarim… Przecież to nie jest normalne, by mężczyzn pociągali mężczyźni.
Colonell jest wyjątkiem. I on sam pod pewnym względem nim jest, wszak związał
się z wytatuowanym zwiadowcą.
-
Drugi najlepszy szermierz Estarionu szuka ochrony, a to ci dopiero! - Ani się
obejrzeli, kiedy zjawił się Col z obszerną tacą wypełnioną naczyniami. Postawił
ją z trzaskiem na krzywym blacie i podpierając się rękami o kraniec stołu zajrzał
w zimne złote oczy. - Ostro pogrywasz, książę. Zastanawia mnie tylko w co.
Aarim
nieco zmarszczył brwi przenosząc wzrok z przodownika na Esta.
-
Czyżbyś nie wtajemniczył swego przyjaciela w szczegóły naszej umowy?
Est
spiął się cały, a nagłe uderzenie gorąca niedostrzegalnym ogniem naznaczyło
jego białe policzki. Wyglądał jak na skraju paniki.
-
N-nie… Nie mieliśmy okazji…
-
Chyba ty, Esti. - Col prychnął niczym rozjuszony niedźwiedź. Usiadł przy
psychicznie sponiewieranym dzieciaku i zaczął rozstawiać kubki, talerze oraz
półmiski pełne parującej pieczeni, warzyw i kaszy. Gestem zachęcił
zleceniodawcę, by się częstował. - Nie krępuj się, Wasza Książęca Mość. Poczuj
się jak w garnizonie.
-
Z wdzięcznością zastosuję się do twojej propozycji, przodowniku.
Colonell
sam już nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Nie dość, że kochanek
spiskował z wysoko sytuowanym paladynem, to jeszcze uczynił go ich pracodawcą!
Jeżeli tak Zrzęda wyobrażał sobie uwolnienie wychowanków spod jarzma
Niedźwiedzia, to powinien otrzymać zaszczytny przydomek “złośliwy”. Złośliwy i
pokrętny jak sam los.
Może
i nie cieszył się z tak niekorzystnego biegu wypadków, ale wkrótce wyruszą w podróż,
odżyją i… No masz. Col nigdy nie brał na poważnie myśli o zakładaniu rodziny, lecz
przy tym dzieciaku czuł, że nie byłoby to wcale takie złe. Esti preferował
osiadły tryb życia, a on… Odkąd poznał białego elfa, zapragnął trwać u jego
boku. Taki plan, nieważne jak fantastyczny się zdawał, możliwy był do
zrealizowania. Wystarczyło dać mu szansę. Dać szansę im obu.
Przysunął
sobie kubek z wodą i zerknął spod oka na partnera, który niemrawo grzebał
widelcem w talerzu. Zwróciwszy się w kierunku złotookiego rycerza, przyjrzał mu
się bacznie. Niebianin z manierą godną szlachcica kroił mięso, zupełnie
obojętny na wszystkich oraz wszystko, co działo się wokół niego.
Col
ostatni raz rzucił okiem na mężczyzn oraz nieliczne kobiety w jadalni i byłby
napoczął posiłek, gdyby nie bursztynowy błysk loków przy wejściu do kuchni. Gwałtownie
wyprostował się na oparciu i z nieciekawą miną sapnął do Esta:
-
Towarzystwo z lewej…
Ledwie
jego ostrzeżenie dotarło do uszu pozostałej dwójki siedzącej przy stole, kiedy
nagle Mała Niedźwiedzica zmaterializowała się koło nich.
-
Est! Col! Dobrze was widzieć! - zaszczebiotała radośnie. Umieściła swoją tacę
przy wolnym miejscu i nie poświęcając dostojnemu sąsiadowi choćby krzty uwagi,
siadła obok niego. - Nareszcie możemy zjeść razem. Na pewno słyszeliście, że w
Twierdzy jest… - Wtem spojrzała na mężczyznę po lewej i jej szeroki uśmiech
natychmiast zgasł, przeistaczając się w wyraz niedowierzania bądź przerażenia,
trudno było to jednoznacznie określić. - Książę Estarionu. Jest w Twierdzy. Ale
to już wiecie.
Kąciki
ust Aarima drgnęły. Wstał od stołu i dwornie skłonił się piromantce, wpatrzony w
jej spąsowiałe lica.
-
Sir Aarim Asmodeusz - przedstawił się. - Książę Estarionu oraz rycerz-dowódca
miasta garnizonowego Adeila.
-
L-Leos Niedźwiedziogrzywa.
Dziewczyna
zapłonęła szkarłatem po same koniuszki uszu skrytych pod bujną grzywą. Jej ciemnoniebieskie
oczy lśniły, a delikatna dłoń wiedziona skromnym odruchem powędrowała do ust,
zasłaniając je jakby z lęku przed powiedzeniem czegoś niestosownego. Poruszyło
ją spotkanie z tak wpływową osobistością, oczarowały elokwencja oraz szarmancja,
których na próżno szukać pośród najemników i czarodziejów z Twierdzy.
-
Niedźwiedziogrzywa? - Subtelny uśmiech wykwitł na wargach księcia siadającego
na krześle. Spod opadających powiek obserwował wiercące się piegowate dziewczę.
- Czyżby krewna Złowieszczego Niedźwiedzia?
Est
utkwił wzrok w pierwszym przejawie uczuć, jakie dane było mu ujrzeć na
marmurowej twarzy Aarima. Musiał przyznać, że posiada niewiarygodną charyzmę. I
czynił z niej użytek. Dodając do tego niezwykłą urodę oraz młody wiek, zapewne
niejedna niewiasta uległa jego czarowi.
-
Córka - wymamrotała speszona Leos, wbijając spojrzenie w zawartość swojej tacy.
Obawiała się że oślepnie od spoglądania w roztaczającego blask księcia. -
Jestem jego córką.
-
Niebywałe.
-
Niebywałym jest, by książę podróżował bez świty i eskorty - wypaliła, byle
zmienić temat. Pokrewieństwo z Niedźwiedziem nie napawało jej dumą. Szybko
rozejrzała się po jadalni, spodziewając się dojrzeć zbrojnych monarchy. - Bo przyjechałeś
bez świty, prawda, Wasza Książęca Mość?
-
Owszem, Leos - przytaknął, skupiając się na kolacji. - Przybyłem jako oferent,
a nie członek rodu królewskiego czy reprezentant Zakonu Paladynów. Eskorta
tylko by mnie spowalniała. Wiele także słyszałem o gościnie Niedźwiedzi, toteż
postanowiłem z niej skorzystać.
-
Macie coś wspólnego, Esti - burknął Col do białego ucha, a sprawiał przy tym wrażenie
urażonego i poniekąd zmęczonego wynikłą sytuacją. - Obaj macie taką gadkę, że
żadna panna wam nie odpuści. A jak jeszcze popatrzycie w ten uwodzicielski
sposób, to…
-
Idź wyłysiej z tą swoją uwodzicielskością! - ofuknął go Est. - Na nikogo tak
nie patrzę.
-
Weź się w lustrze zobacz, wtedy zrozumiesz w czym rzecz.
Przodownik
sądził że poczuje się lepiej, gdy podroczy się z przyjacielem, lecz frustracja
niestety nie minęła - wręcz się pogłębiła. Skubał więc własną porcję
przepychając spieczone warzywa z jednego końca talerza na drugi i usilnie starając
się ignorować scenę rozgrywaną przy stole. Za to wszyscy wokoło śledzili
wydarzenia z coraz bardziej zauważalnym zainteresowaniem.
Mruknął
zniechęcony i potarł śniade skronie. Szybkim ruchem przeczesał włosy, dławiąc
spływające na język przekleństwo. Wreszcie położył rękę na oparciu krzesła
Estiego, by niby od niechcenia wyciągać niewidzialne nitki z jego bezrękawnika.
Miał ochotę zostać tylko we dwóch z oblubieńcem, by w najprzyjemniejszy z
możliwych sposobów rozładować napięcie nagromadzone od ich wczorajszej kłótni.
Odcinając się od otoczenia fantazjował co by mu zrobił, gdyby zyskali chwilę
dla siebie...
Naburmuszony
Est podchwycił to spojrzenie, przyczajone w ciemnozielonych oczach przesłanie i
sugestywny uśmieszek wygiął jego usta.
Odwrócili
się od siebie, a ich niegasnące uśmiechy mówiły więcej niż słowa. Słyszeli jak
Leos zabawia Aarima rozmową, jednak nie trafiał już do nich sens wypowiadanych zdań.
I chociaż ciałem obecni byli w jadalni, to duchem przebywali daleko stąd, oddając
się czynnościom bezwstydnie wybiegającym poza ramy przyzwoitości.
***
Po kolacji książę samodzielnie wrócił
do gabinetu Złowieszczego Niedźwiedzia, by dopełnić koniecznych formalności
związanych ze spisaniem kontraktu. Nie przypuszczał, by ktoś odważył się
zakłócić jego spokój lub wyrządzić mu krzywdę, ponieważ był przekonany o
żelaznej dyscyplinie panującej wśród Niedźwiedzi.
Colonell
nie ukrywał ulgi, jaką odczuł po odejściu zleceniodawcy. Świadomość, że
zmuszony będzie towarzyszyć paladynowi, przeszła mu ciarkami po grzbiecie,
przywołując przykre wspomnienia. Już sam jego niebiański urok oddziaływał
deprymująco... Powściągając emocje poinformował Estiego, że jak tylko spakuje
najpotrzebniejsze rzeczy i zawiadomi o długotrwałej nieobecności swego
zastępcę, Jeroda, to w przeciągu dwóch, trzech godzin stawi się w jego
sypialni. Następnie, pożegnawszy się z Leos, odszedł do koszar.
Zaklinacz
Żywiołów i piromantka przez chwilę stali przed budynkiem stołówki, gdzie gwar
był cichszy, stłumiony grubymi kamiennymi murami oraz oszklonymi oknami.
Zamyśleni patrzyli w bezchmurne niebo, z którego mrugały do nich tysiące
drobnych gwiazd.
Mała
Niedźwiedzica westchnęła, przykuwając uwagę Esta.
-
Wyjeżdżacie - stwierdziła smutno. - Zobaczymy się jeszcze?
-
Chyba nie, Leos - odparł Est zgodnie z prawdą ginącą w pomroce jego duszy. -
Prawdopodobnie nie dożyjemy kolejnego spotkania.
Prawdopodobnie wy go nie dożyjecie - uściślił w myślach. Nagły skurcz
żołądka wykrzywił jego twarz.
Leos
spojrzała na niego. Żal w jej oczach zacierał się na granicy strachu.
-
Nie dożyjecie? – powtórzyła za nim wstrząśnięta.
-
Wojny zapoczątkowanej na południu nie wywołali ludzie - wyszeptał, ponownie kierując
oczy ku matowemu firmamentowi. - Podejrzewam, że Aarim niewiele nam wyjawił. I
ufam, że ma ku temu powody.
Dziewczyna
powoli pokręciła głową.
-
W coś ty się wpakował, Est… Masz niesamowity dar do wpadania w największe
tarapaty.
Gorzki
uśmiech skrzywił wargi chłopaka, gdy zajrzał w poszarzałą w połowicznym nocnym
widzeniu, upstrzoną nieregularnymi kropeczkami twarz przyjaciółki.
-
Wiesz, kiedyś usłyszałem że to nie ja przyciągam kłopoty. Ja po prostu sam ich
szukam, jakby w bezwiednym pragnieniu rozwiązywania ich. A kiedy na horyzoncie
nie pojawia się żaden, to niczym uparty głupiec go sobie wymyślam. Żeby
przypadkiem się nie nudzić - dodał z przekąsem.
-
Żeby nie wyjść z wprawy - poprawiła go Leos. - Wynajdujesz problemy, by potem
je rozwiązać. I nabrać doświadczenia. Dzięki temu szybciej przyjdzie ci
sprostać kolejnym.
Zielone
kocie oczy rozchyliły się szeroko, gdy pojął mądrość płynącą ze słów
czarodziejki. To była całkiem nowa, świeża perspektywa, jakiej dotychczas nie
dostrzegał. Zdrowa. Optymistyczna. Tak jak mistrz mawiał, Est we wszystkim
powinien dopatrywać się pozytywnych cech. Jak teraz uczyniła to Leos.
-
Leos, gdybym mógł zabrać cię ze so… - przerwał w pół słowa, zbyt późno zdając
sobie sprawę z własnej impulsywności. Sklął się w duchu. - Nie, wybacz, to nie
jest dobry pomysł.
-
Jest! Jest dobry! Est, magia we mnie jest potężna! Mogłabym was wesprzeć swoją
mocą! - Dziewczyna zapaliła się do tego pomysłu, aż niezdrowy ogień entuzjazmu zapłonął
w jej wejrzeniu. - Wierzę, że byłbyś w stanie coś wykombinować, żeby zabrać
mnie ze sobą! Proooszę!
Est
nie chciał mówić tego na głos, ale zuchwały plan uformował się w jego głowie
zanim Leos w ogóle o tym pomyślała. Zerknął na kilku wychodzących z jadalni najemników
i w odpowiedzi na przyjacielskie pozdrowienia skinął im głową spekulując, jak
wysokie są szanse na jego realizację.
To
on odpowiadałby za bezpieczeństwo przyjaciółki. To na jego barkach spoczęłaby
odpowiedzialność za jej życie. Czy nie o tym mówił mistrz? Objęcie kontroli nad
losem innych, kierowanie ich poczynaniami… Tak miał to rozumieć? W teorii
brzmiało to wyjątkowo łatwo, lecz przekładając na praktykę, nie wiedział od czego
zacząć. Może po prostu nie był na to gotów. A może powinien podążać utartą
ścieżką? Byłoby to cokolwiek wygodne, ale gdzie w takim razie podziało się jego
dążenie do niezależności i samostanowienia? Jeżeli wciąż będzie uciekał przed
odpowiedzialnością, nigdy do niczego nie dojdzie. Jeśli będzie realizował cudze
plany, nie osiągnie swojego celu, będzie tylko pionkiem w obcych rękach - jak
nie przywódcy najemników, to rycerza-dowódcy. Jeśli nie zacznie decydować o
sobie, jeśli nie podejmie ryzyka, to nie przejmie pieczy nad ludźmi, którzy mu
zaufali. Pogrąży ich. Odstręczy nieporadnością i niepewnością.
I
nawet teraz, kiedy spoglądał na rozemocjonowaną młodą dziewczynę, przyjaciółkę
i czarodziejkę, nie umiał pozbyć się wrażenia że wszystko co robi, robi z myślą
nie o niej, lecz o samym sobie. Ucisza własne sumienie tłumacząc się
pragnieniem wyrwania jej z miejsca, na które niebawem spadnie katastrofa. A
przecież nie mógł tego wiedzieć. Nie mógł być tego pewnym. Tak jak nie mógł
zapewnić jej bezpieczeństwa.
Co
właściwie mu zostało?
-
Leos, tak czysto hipotetycznie: jeżeli zostaniesz moją uczennicą, będę miał
obowiązek wziąć cię ze sobą bez względu na zapis w kontrakcie. Nie ciesz się
jeszcze. - Podniósł dłonie, gasząc zapędy dziewczyny. - Ostateczna decyzja
należy do Maga. Ja mogę wyłącznie zawnioskować o przejęcie nad tobą opieki. Jestem
przekonany, że nikogo nie mógłbym nauczyć zaklinania żywiołów, ale wystarczy że
dysponuję esencją, by zgodnie z prawem zadbać o twoje szkolenie. Tam gdzie
trafimy nie będzie dających poczucie bezpieczeństwa murów. Nie będzie armii
najemników uzbrojonych w miecze i łuki. Będziemy wystawieni na atak o każdej
porze dnia i nocy. Nie zraża cię to, prawda? - jęknął widząc płomień
podniecenia rozpalający młodziutką buźkę siedemnastolatki.
Jej
porywczość przytłoczyła go. Ta ludzka dziewczyna, w pełni świadoma swych
czynów, pchała się prosto ku samobójczemu zadaniu bez jakiegokolwiek
przygotowania! Ha!, on sam nie był lepszy.
-
W takim razie spakuję rzeczy! – pisnęła Leos. - Flora zzielenieje z zazdrości!
Wyruszę ku przygodzie u boku samego księcia!
-
Leos, opanuj się! - Est złapał ją za ramiona i lekkim potrząśnięciem przywołał
do porządku. - Nie realizujemy romantycznego scenariusza, udajemy się prosto w
sam środek walk! Rozumiesz, co to oznacza? Że każdy kolejny dzień rozpoczynać
się będzie lękiem o niedaleką przyszłość, a kończyć strachem co przyniesie noc.
Jeśli
miał się nią opiekować, musiał najpierw nauczyć dziewczynę panowania nad sobą.
A siebie cierpliwości. Przeczuwał, że będzie to długa droga, ale czy z nim nie
było podobnie? Nie, on był zbyt zamknięty w sobie, by uzewnętrzniać uczucia.
Nie znaczyło to jednak, że swoim zachowaniem nie przysparzał nauczycielowi
problemów.
Puścił
czarodziejkę i odchodząc kilka kroków w tył szarpnął się za uszy.
-
Jak rany, Colonell urwie mi za to łeb…
-
Niech tylko spróbuje!
Nerwowo
się zaśmiał słysząc żelazną stanowczość w głosie przyjaciółki. W przeciągu
kilku godzin dał się spętać samobójczym zleceniem, przyjął na siebie
odpowiedzialność za życie osoby, którą ocalił przed śmiercią, i podjął decyzję
nie należącą do niego. Niby co gorszego może mu się przydarzyć?
-
Pakuj się, Leos. Przyjdę po ciebie w porze śniadania.
Czarodziejka
pohamowała radość na tyle, by energicznie potaknąć. Okręciwszy się na pięcie,
szybkie kroki skierowała ku Wieży Czarodziejów, a niecierpliwość wyzierała z
całej jej napiętej sylwetki na podobieństwo dymu unoszącego się znad ogniska.
Est
już na nią nie patrzył. Ciepły wiatr rozwichrzył mu włosy, a on znów badał
nocne, pogodne niebo niewzruszone dylematami śmiertelników. Wypatrywał esencji zmarłych
migoczących pośród cieni Pozaświata. Czy i dla niego było tam specjalne
miejsce? Czy Pozaświat w ogóle istnieje? Czy Wszechmocni istnieją? Jeśli tak,
to lepiej niech dadzą mu spokój. Szesnaście lat radził sobie bez nich i wolał,
aby ten stan rzeczy nie ulegał zmianie. Na dodatek nie opuszczało go
podejrzenie, że to nie on nakłonił Aarima do podjęcia decyzji o najęciu ich,
lecz sam został skrzętnie przez niego wmanewrowany. Niebianin jest szlachetną,
honorową istotą, ale jest w nim również coś przerażającego, czego Est nie
potrafił określić z racji jego nienaturalnej obojętności. I chociaż nie użył
ani razu aury, to i tak bezustannie wzbudzał w nim nieopisaną nerwowość. Gdyby
tak dłużej się nad tym zastanowić, to tworzyli osobliwe trio pierworodnych: syn
arcypaladyna, syn przywódcy najemników oraz syn smoka.
Est
odetchnął przeciągle.
-
Tą jedną decyzją pozabijam nas wszystkich - mruknął do siebie, zmierzając w tę
samą co czarodziejka stronę.
Jeśli tego właśnie pragniesz, nic
nie stanie ci na przeszkodzie.
Nie
spodziewał się że odpowie sam sobie - i to w najgorszy z możliwych sposobów. Choć,
co najdziwniejsze, wcale się tym nie przejął.
***
- A pamiętasz jak jeździliśmy na
wycieczki poza Twierdzę? Któregoś razu Velren pogonił mojego konia i musiałeś
mnie ratować. W rezultacie i tak spadłem. - Est leżał na balkonie i z ramieniem
Cola pod głową wpatrywał się w bezkresne niebo obsiane roziskrzonymi diamentami.
- Byłeś wtedy tak blisko, że mogłeś mnie pocałować. Jak rany, chyba nawet
chciałeś.
-
Teraz miło powspominać, ale śmiertelnie się przeląkłem, kiedy ten koń się zerwał. A do
tego ledwo trzymałeś się w siodle.
Col
przekrzywił głowę na tyle, by zerknąć na posrebrzony księżycem profil Estiego.
Przyciągnął do siebie ukochanego i głaszcząc jego nagie ramię myślami błądził
wokół wspomnień.
Leżeli
obaj na balkonie wychodzącym z kwatery Esta i obserwowali niebo, jak mieli to w
zwyczaju nim ich życie diametralnie się zmieniło. Jedyną różnicą był fakt, że byli
razem, wtuleni w siebie i czerpiący ze swojego towarzystwa więcej niż zwykli
przyjaciele. Nie byli młodsi niż teraz, a jednak odnosili wrażenie, że upłynęły
lata od ich ostatniej nocy spędzonej na podziwianiu letniego nieboskłonu, od
beztroskiego, spokojnego życia. Tak jakby wszystko to, co minęło, nie wydarzyło
się naprawdę, a było zaledwie wspólnie wyśnionym snem.
-
Jak sądzisz, ile czasu nam zostało? - Est spoważniał, a jego głos nabrał
melancholijnej nuty zdradzającej niepewność i ukryte lęki.
-
Na moje oko kilka godzin. Księciunio planuje wyjechać do południa, więc
wypadałoby pospać przed podróżą.
-
Jak rany, wiesz o co mi chodzi!
Est
chciał pstryknąć człowieka w nos za zgrywanie głupiego, lecz Colonell zręcznie
złapał jego dłoń i przycisnął sobie do ust, z których nie schodził błogi
uśmiech.
Zamilkli,
wsłuchani w popisowe cykanie świerszczy
u podstawy wieży. Nie miało już znaczenia czy ktoś ich w tym momencie widział, wreszcie
nie musieli przejmować się gadaniem ludzi. Est nie musiał, gdyż przodownik i
tak miał zdanie innych w serdecznym poważaniu, co niejednokrotnie z lubością
udowadniał.
-
Esti, staram się nie troskać upływem czasu – mruknął Col, pocierając opuszkami smukłe
palce chłopaka. - Brałem udział w kilku mniejszych potyczkach, wielokrotnie
wdawałem się w bójki i walki na noże. Skoro i tak mam umrzeć, to nie chcę
niczego żałować.
-
Zawsze korzystałeś z życia, hm? - Półsmok obrócił się, by swobodnie zajrzeć w monochromatyczne
oczy człowieka. Dojrzawszy w nich zaskoczenie poczuł się zobowiązany, by
wyjawić źródło informacji. - Mistrz co nieco mi poopowiadał. Powiedział też, że
moje pojawienie się w Twierdzy trochę cię utemperowało.
-
Zrzęda tak powiedział? Zatem nie przeczę, tak było.
-
Ilu miałeś?
-
Wiedziałem że prędzej czy później zadasz to pytanie. - Przodownik mocniej
przygarnął chłopaka do siebie, niemal kładąc go na sobie. Zapatrzył się w okrągłe,
błyszczące odbitym światłem księżyca źrenice, dotknął białego policzka i…
uśmiechnął się krzywo. - Twoja skóra w gwiezdnej poświacie wygląda obłędnie.
Est
oparł brodę o klatkę piersiową ukochanego i wbił w niego dociekliwy wzrok.
-
Nie zmieniaj tematu, Col. Nie zamierzam czynić ci wymówek, jestem po prostu
ciekaw. No, śmiało.
Colonell
westchnął i uciekł spojrzeniem w bok, byle jak najdalej od tych szczenięcych ślepii.
Wolną ręką przygładził włosy, nie wiedząc jak odpowiedzieć na to podstępne
pytanie.
-
Nie jestem pewien…
-
Oho, czyli dużo, bo nie umiesz policzyć. Albo po prostu nie umiesz liczyć. -
Est zmrużył powieki, prowokując partnera do szczerych zwierzeń.
-
Nie przesadzaj, aż tak dużo ich nie było. Piętnastu? Mniej więcej?
-
Przez dwadzieścia sześć lat? Czyli jestem piętnasty plus? Jak rany... - Chłopak
udawał urażonego, ale z promiennym uśmiechem nie wyszło mu to prawdziwie.
Col
pogłaskał czarne jak sama noc włosy chłopaka. Były wilgotne po kąpieli i
opadały ciężkimi pasmami na oczy oraz długie płatki uszu.
-
Jesteś jedyny, a nie piętnasty plus, dzieciaku. Piętnaście plus to twój wiek.
-
Boję się zapytać, co w takim razie robiłeś w moim wieku.
Est
nie dawał za wygraną. Nie było dla niego istotne co robił Colonell zanim się
poznali, zanim ich drogi zeszły się w jedną krętą ścieżkę. Najważniejsze było
tu i teraz. Tak uczył go mistrz, tak i on sam hołdował tej idei. Nie ma sensu zadręczać
się czymś, na co nie ma wpływu, skoro tuż obok czeka coś, co w dużej mierze
zależy od niego samego.
-
Robiłem dokładnie to co ty, więc skończ z pyskówkami. - Mężczyzna uniósł się na
łokciu i bezceremonialnie zrzucił z siebie chłopaka. Mimo że tematy uwierały,
czuli się dobrze, a humor dopisywał im przez cały czas. W niepamięć poszły
kłótnie i różnice poglądów. - Ty masz tę przewagę, że masz mnie na wyłączność.
- Pochylił się wyczekująco nad białą twarzą. - Tamci nie mieli tego szczęścia.
-
Tyle szczęścia naraz, że chyba zwariuję.
-
Tylko nie gryź. Przynajmniej nie teraz.
-
Jak rany, odbierasz mi całą zabawę! – poskarżył się chichoczący Est.
-
Chcesz jutro wysiedzieć w siodle?
-
A dlaczego miałbym nie wysiedzieć?
-
Wbij mi coś w skórę, a ja wbiję ci coś w tyłek.
Rozbawiony
półsmok już się nie odezwał. I w sumie nie żałował.
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Zdruzgotany Estalavanes zaszył się w
swojej komnacie. Zaraz po tym, jak jego przyjaciel w gniewie opuścił sypialnię,
chłopak zatrzasnął okna, zaciągnął zasłony, zdjął buty i gasząc płomienie
lampek skrył się w zimnej pościeli. Z nieprzejednanym poczuciem kompletnej
porażki pragnął uciec w senne fantazje, lecz czaszka pękała mu od nadmiaru
emocji, a wstyd wypalał go do cna. I chociaż bardzo chciał, upragniony sen nie
nadchodził.
Ostatni
raz tak się czuł, gdy przyspieszył awans Velrena, swojego niedoszłego mordercy.
Znalazł się wówczas w naprawdę kiepskim stanie - załamał się nie tylko na
płaszczyźnie emocjonalnej, ale i fizycznej. Lecz tamtego dnia u jego boku był
Colonell. Teraz zabijała go samotność na równi z niepewnością dotyczącą relacji
z przodownikiem. Est wiedział, że Col nie jest zdolny do porzucenia go w tak
krytycznym momencie. Nie miał pojęcia ile czasu minęło od ich rozstania, ale
ten wciąż się nie pojawił. Zresztą nie mógł winić partnera, skoro na własne
życzenie zniszczył to, o co zabiegał, tracąc zaufanie ukochanej osoby. Musiał
przecierpieć ten czas pozostały do przybycia sir Aarima, a potem… Potem jakoś
się ułoży.
Jak
rany, nie tak wyobrażał sobie ostatni dzień spędzony w Twierdzy Niedźwiedzi, ostatnie
chwile w przytulnej sypialni! Wszystko działo się zupełnie nie tak, jak powinno!
Jego życie było pasmem niefortunnych zdarzeń, daremnych zabaw złośliwego losu,
który jedną ręką niewiele dawał, a drugą więcej zabierał.
Zawinięty
w kołdrę półsmok trząsł się z głodu, lecz nie chciał jeść. Pragnienie suszyło
go niemiłosiernie, ale nie chciał pić. Organizm domagał się odpoczynku, a nie potrafił
zasnąć, bo myśli pędziły w głowie i rozbijały się boleśnie w ociężałym z
wycieńczenia umyśle. Zwariował. Oszalał. Zdziczał. Odbiło mu. Nie radził sobie.
Nie umiał sobie poradzić z głupimi emocjami, nad którymi tyle pracował. Na
marne! Mógłby teraz umrzeć i niczego by to nie zmieniło! Miał ochotę coś ze
sobą zrobić, lecz nie chciało mu się choćby ruszyć palcem. Zaczynał żałować, że
podczas pojedynku z rycerzem-dowódcą Col zdążył z odsieczą. Nie byłoby teraz
tego wszystkiego. Niczego by nie było.
I
kogo on znów okłamywał? Sam jest winien tego, co go spotkało. Dyscyplina?
Samokontrola? Dobre sobie! To tylko słowa, nazwy na dłuższą metę nie mające znaczenia,
bo i tak niczego nie wnoszą. Jest, był i będzie tchórzem uciekającym przed
odpowiedzialnością, przed samym sobą! Szczeniakiem szukającym winy w wymyślonym
alter ego, byle wybielić się w oczach innych. Sam siebie uczynił potworem i z
chęcią zasłaniał się jego maską, byleby nie ponosić konsekwencji własnej
niedojrzałości. Mistrz miał rację. Colonell miał rację. A on i tak nadal upierał
się, że słuszność leży po jego stronie. Szedł w zaparte z samym sobą, tkwiąc przez
to w miejscu. Bał się postąpić krok naprzód, by nie uwolnić bestii drzemiącej w
jego wnętrzu, a przecież on i bestia to jedno i to samo nieposkromione
stworzenie! Po prostu nazwał tak wszystko czego nie rozumie oraz czego się
obawia. Wydaje się to banalne. Wszystko wydaje się banalne, kiedy obserwuje się
ludzi, ich naturalny sposób bycia, swobodę i łatwość, z jaką wszystko im
przychodzi. Są prozaiczni i nieskomplikowani, z przejrzystymi zasadami oraz
wyraźnymi celami. To on sam wszystko niepotrzebnie komplikuje...
I
Est dalej pogrążałby się w odmętach beznadziejności, gdyby nie nagłe pukanie do
drzwi sypialni, stanowcze i śmiałe. Wyrwany z letargu, w pierwszym naiwnym
odruchu ucieszył się że to Colonell, lecz przypomniawszy sobie ich - jego! -
wczorajsze zachowanie, szybko stracił nadzieję. Szybko też przekonał się, kto postanowił
złożyć mu niecodzienną wizytę. Bo przecież Col nigdy nie pukał.
Nie
przejąwszy się brakiem pozwolenia, gość bezceremonialnie otworzył na oścież drzwi
komnaty Zaklinacza Żywiołów i niczym cień skąpany w magicznym świetle sfer stanął
u progu, wołając na cały korytarz obcym, zaskakująco donośnym głosem:
-
Mości zaklinaczu, twa obecność wymagana jest w gabinecie Złowieszczego
Niedźwiedzia. Mam zaszczyt osobiście i bezzwłocznie cię tam zaprowadzić, w
tejże chwili.
Ukrytego
w głębi legowiska Esta zmierziła ta chłodna maniera. Z irytacją zgrzytnął
zębami, mężczyzna bowiem nie zamierzał ani wejść, ani wyjść, ani tym bardziej
zamknąć drzwi. Niby zły szeląg sterczał na granicy jego terytorium i - jak
chłopak trafnie ocenił - nawet smok by go stamtąd nie ruszył.
Nie
ma rady na tak zły omen. Z ociąganiem wygramolił się z pościelowego kokonu i z
wściekłym grymasem zmierzył intruza od stóp po głowę. Tyczkowaty człowiek w
liberii ani drgnął, nieporuszony widokiem kłów czy ostentacyjną nieprzystępnością
Zaklinacza Żywiołów. Patrzył tylko w półmrok przed sobą z umiarkowanym znudzeniem
na twarzy i czekał, aż ten raczy się przygotować.
Est
nie miał sił na wymianę uprzejmości z człowiekiem i dobrze się składało, że ten
nie próbował go zagadywać. Zsunął się z łóżka, zmrużonych oczu nie spuszczając
z mężczyzny częściowo podświetlonego magią sfer.
-
Złowieszczy Niedźwiedź wyczekuje cię, mości zaklinaczu - ponaglił go szambelan bez
pretensji. - Oraz jego szlachetny gość, książę Aarim Asmodeusz. Wraz z doradcą
oczekują cię w tejże chwili.
I
pomyśleć że Est uważał Maga za oazę spokoju. Cóż, dotąd nie poznał większości
ludzi należących do świty Tyrda. I bynajmniej nie chciał ich poznawać. Musieli
mieć coś nie tak z rozumem, by służyć temu zdziczałemu barbarzyńcy. Albo nie
mieć go wcale, co było równie prawdopodobne.
Więc
Aarim występował jako książę, a nie rycerz-dowódca, wykonawca woli zwierzchnika
paladynów? Przebiegle. Takim oto sposobem odbierze Niedźwiedziowi szansę na
znieważenie Zakonu oraz osoby arcypaladyna, nikt bowiem nie był na tyle
bezmyślny, by poniżać następcę tronu. A przynajmniej nie twarzą w twarz. Co
spowodowało, że paladyn zjawił się tak wcześnie? Nie podejrzewałby go o brak
cierpliwości. Ale może to i lepiej? Im prędzej dojdą z Tyrdem do porozumienia,
tym sprawniej wyniesie się z czarnej warowni. Z Colonellem czy bez, sprawa była
już przesądzona i stanowiła wyłącznie formalność, teatrzyk do odegrania przed nieprzewidującym
oszustwa przywódcą najemników.
Podszedłszy
do okna balkonowego, Est szarpnięciem rozsunął szkarłatne kotary, szykując się
na bolesne uderzenie ostrego światła poranka. Zdziwił się, dostrzegając
ostatnie promienie słońca znikające za niebosiężnymi murami. Zmierzchało.
Przeleżał całą noc oraz kolejny dzień. I nikt go nie szukał. Absolutnie nikt.
Naglące
chrząknięcie oderwało go od zdumiewającego widoku oraz porażających wniosków.
Chłopak rzucił krótkie spojrzenie ku sterczącemu jak kołek posłańcowi i
wypuszczając gruby materiał zasłon ruszył do komody. Obecne ubrania pod żadnym
względem nie nadawały się na wizytę towarzyską. Znad ramienia popatrzył na szambelana
dając mu do zrozumienia, aby zrobił coś ze sobą, a najlepiej wyszedł. Ten
jednak uparcie go ignorował.
-
Czy zechciałbyś z łaski swojej zdecydować się wejść lub wyjść? – warknął Est. -
Chciałbym się przebrać.
-
Proszę na mnie nie zważać, mości zaklinaczu. Nie takie rzeczy widywałem i nie
takie jeszcze ujrzę.
-
Jak rany, za to ja nie lubię, jak się mnie w ogóle widuje!
Przez
moment Est gapił się zjadliwie na człowieka, lecz wkrótce odpuścił. Podobne
boje mógł toczyć ze skałą, a i ona byłaby bardziej domyślna niż ten osobnik
rasy ludzkiej. Przebrał się więc bez pośpiechu i założył nową rękawiczkę. W
spowitym cieniami pokoju poprawił troczki oraz wiązania, zamarudził przy sprzączkach
ciężkich butów, by na koniec rozcapierzonymi palcami przeczesać włosy. Sterczały
na boki. Ostatecznie mocniej je rozwichrzył, niech wyglądają adekwatnie do jego
samopoczucia. Było mu już wszystko jedno.
Zbliżył
się do człowieka o niezmąconym obliczu i zdawkowym gestem oznajmił gotowość do
drogi. Nie spodziewał się jednak, że będzie musiał biec, aby dotrzymać mu kroku.
Szczupły, wysoki jak tyka herold w czarno-czerwonym mundurze sadził tak wielkie
susy, że długonogi półsmok miał kłopot by za nim nadążyć, a spiralne strome
schody pokonywał z niezrównaną prędkością, której pozazdrościć mógł niejeden z
adeptów sztuki czarodziejskiej. Zaskoczony narzuconym tempem Est uznał, że na
dalekie delegatury nie potrzebował on konia - po prostu biegłby tak przed
siebie nie zważając na przeszkody do sforsowania.
Stawiając
obutą stopę na posadzce parteru, zmęczony dotychczasową bezwolnością chłopak
zaprzestał dalszych wysiłków. Resztę trasy podjął swoim zwyczajnym, w miarę żwawym
krokiem, czym zmuszał energicznego człowieka do przystawania z nieodłącznym
wyrazem twarzy mówiącym: byle w tejże chwili. Est odnajdywał w tej małej
złośliwości pewnego rodzaju przyjemność i zamiast zganić się za tak niecny
postępek, korzystał z okazji do spowolnienia dwuosobowej procesji zmierzającej
do Głównego Budynku. Niewzruszony szambelan w dalszym ciągu się tym nie
przejmował, toteż Est zaniechał tego małego łajdactwa, nie widząc już w nim
zabawy. Nie mógł też dokładniej się przyjrzeć szybkonogiemu osobnikowi, gdyż
jedynym, co najczęściej oglądał, były wąskie plecy, które jego zdaniem miały
bogatsze życie emocjonalne aniżeli pociągła, wyblakła facjata.
Droga
przez mękę zakończyła się, gdy przebyli okopcony pochodniami korytarz i szambelan
zapukał do drzwi, by - jak w przypadku jego kwatery - wtargnąć bez uprzedniego
zaproszenia. Natychmiast po przekroczeniu progu rozpoczął przedstawianie
gościa, ale podążający za nim Est już go nie słuchał, skupiony na młodym mężczyźnie
zasiadającym w ogromnym skórzanym fotelu naprzeciw wejścia.
Beznamiętne
złote oczy z bliżej nieokreślonym magnetyzmem przyciągnęły jego spojrzenie. Oblicze
ostrouchego niebianina było takie, jak zapamiętał Est: wyzbyte choćby śladu uczuć,
wykute w czystym alabastrze na podobieństwo boga o szerokiej szczęce, pięknie
wykrojonych ustach oraz prostym nosie rasowego arystokraty. Krótkie złote
włosy, lekko uniesione i elegancko zaczesane na lewą stronę, odbijały refleksy gasnącego
blasku dnia wpadającego strzelistymi oknami gabinetu przywódcy, jak gdyby samo
słońce pieszczotliwie układało się na każdym pasemku.
Odziany
w błękitną tunikę sięgającą połowy ud oraz ciemnoniebieskie spodnie do jazdy
konnej z nogawkami wpuszczonymi w wysokie buty, znacząco odbiegał od portretu
rycerza-dowódcy, z którym Est skonfrontował się w Adeili oraz na polu bitwy. A
to dlatego, iż sir Aarim odgrywał rolę sukcesora estariońskiej Korony poszukującego
osobistej ochrony pośród najwybitniejszych najemników tejże krainy.
Niebianin
siedział z założonymi po męsku nogami i podparty ręką o podłokietnik, trzymał w
niej białą skórzaną tubę owiązaną błękitno-złotą wstęgą, której końce łączyła
okrągła, charakterystyczna monarsza pieczęć. Przepustka ku wolności. Odroczenie
kary śmierci. Spisany dłonią króla łatwopalny świstek, od którego zależał jego
los.
Kiedy
Est znów podniósł wzrok na przystojną twarz, złote tęczówki nie przestawały
przewiercać go na wylot. Zwrócił uwagę na długą poziomą bliznę po oparzeniu
ciągnącą się wzdłuż lewego policzka. Kolejna przecinała prawą złocistą brew, nachodząc
na gładkie czoło. Mając na skinienie potężną moc leczniczą, niebianin nie
zdołał zaleczyć oparzeń… czy może nie chciał?
Sir
Aarim, w odpowiedzi na badawcze spojrzenie Esta, zerknął na jego odsłoniętą
szyję, na pamiątkę po czubku paladyńskiego miecza. Nawet teraz nie pozostawali
sobie dłużni.
Wytrącony
z równowagi półsmok nie wiedział, gdzie ma się podziać. Zupełnie nie dbając o
prowadzoną rozmowę, wiedziony przyzwyczajeniem stanął za mistrzem zajmującym
miejsce po prawicy potężnego Niedźwiedzia. I chociaż widział porośnięty gęstą
brodą profil przywódcy, połowicznie rozświetlony płonącą nad drzwiami lampą, to
nie miał odwagi przypatrzeć się mężczyźnie będącemu ojcem jego kochanka. Za to
kątem oka dojrzał ruch w zacienionym rogu pomieszczenia, w dwumetrowym odstępie
za plecami szlachetnego gościa.
Zrobiło
mu się cieplej na sercu, lecz zaraz chłód owionął jego ciało na wspomnienie
zeszłej nocy. Tylko jeden człowiek lubił opierać się plecami o ścianę z
podciągniętą nogą i skrzyżowanymi na piersi ramionami. Colonell
Niedźwiedziogrzywy. Oczywiście, pierworodny Tyrda także tu był - chroniący
życie przywódcy przodownik obowiązkowo uczestniczył w najważniejszych
wydarzeniach Twierdzy.
Est
nie zdawał sobie sprawy jak długo wpatruje się w bliską mu sylwetkę. Dopiero upomnienie
mistrza zmusiło go do przysłuchania się konwersacji.
-
Jak już wspominałem na początku naszej rozmowy, mości Niedźwiedziu, nie występuję
w imieniu żadnej ze stron mogących zagrozić tobie oraz twoim ludziom. - Książę
posiadał silny, a zarazem dźwięcznie młodzieńczy głos perfekcyjnie
uzupełniający świetlistą aparycję. Gdy przemawiał, zaglądał rozmówcy głęboko w
oczy i tym razem Est nie wyczuwał tajemniczej aury ani subtelnych prób
wpłynięcia na oponenta. Sir Aarim zamierzał wygrać to starcie bez użycia zapewniających
mu przewagę sztuczek. Rzeczywiście, przybył jako niewyróżniający się spośród
elit następca tronu, a nie roszczeniowy paladyn ściśle przestrzegający surowych
reguł oraz sztywnych praw. - Nie reprezentuję Zakonu Paladynów, ani nie odnoszę
się do bitwy z Unią Możnych. Przynoszę ze sobą pokój, poszukując najlepszych
najemnych, by mieczem i magią chronili królewskiego dziedzica w czasach zamętu,
jakie niefortunnie nastały. Jak zdążyłem się przekonać, członkowie Kompanii
Najemnej Niedźwiedzi przewyższają zaciężnych poziomem umiejętności bojowych,
zatem nie powinno dziwić, iż Jego Wysokość postanowił zwrócić się ze szczodrą propozycją
właśnie do ciebie, mości przywódco. Zechciej docenić wspaniałomyślność króla i
zdecyduj, czy złożona propozycja warta jest twego poświęcenia.
Pochyliwszy
się, książę jednym ruchem odłożył cylinder na blat stołu, przy srebrnym
kielichu, i pchnął w kierunku przywódcy najemników.
Olbrzymie
łapsko smagłego mężczyzny zamknęło się na tulei z miękkiej skóry. Nie obdarzając
przedmiotu spojrzeniem, Tyrd przekazał go zaufanemu doradcy, który skłonił
bezwłosą głowę i przejmując pismo odpieczętował pokrywę. Przełamał pieczęć,
rozsupłał jedwabną wstążkę, rozwinął zdobiony frotażem papier, po czym
przebiegł bystrym wzrokiem po królewskiej kaligrafii.
Est
szczęśliwie ustawił się w tak strategicznym punkcie, by mieć dobry widok na
dokument, który Mag celowo podniósł na wysokość twarzy. Choć łudząco podobny, nie
był to charakter pisma sir Aarima - pakt został spisany przez króla Estarionu i
arcypaladyna we własnej osobie. Nie lada honor, jakiego nie powinien dostąpić
grubianin pokroju Tyrda Niedźwiedziogrzywego.
Chłopak
wiedział co zawiera spisany szczegółowo pakt, ale nie zmieniało to faktu, iż powodowany
ciekawością dyskretnie czytał ponad ramieniem mentora. Usiłował zapomnieć o przysłoniętym
ciemnością partnerze, lecz myśl, że znajdował się tak blisko i obserwował go,
podgrzewała mu krew w żyłach. Natomiast obecność paladyna napawała
niewytłumaczalnym lękiem.
Milczący
książę przyglądał się przywódcy z nieprzeniknionym wyrazem goszczącym na gładkim
obliczu. W opinii Esta był osobą o tyle przerażającą, o ile przerażająca może
być wydrążona skorupa poruszająca się za sprawą cudzej woli. Niebianin nie
przejawiał uczuć ani emocji, dzięki którym wrażliwy, empatyczny półsmok mógłby
odnaleźć się w nowym, uwierającym go towarzystwie. Sir Aarim pozostawał obcą
istotą, chłodną, nieodgadnioną osobowością o niejasnych intencjach, których jego
przenikliwy intelekt nie potrafił rozszyfrować. Stwarzał zagrożenie o wiele
większe niż to uosabiane przez Tyrda. Był znaczącą personą zarówno na dworze
królewskim, jak i w hierarchii Zakonu Paladynów, aczkolwiek jego pewność siebie
nie była efektem piastowanych stanowisk. Jako niezrównany dyplomata i
strategiczny geniusz wykazywał się nieprzeciętną inteligencją oraz wyjątkowymi predyspozycjami
bitewnymi.
Skończywszy
czytać, leciwy doradca na powrót pozwolił papierowi zwinąć się w ciasny rulon.
Wsunął pakt do bielonego pojemnika i wychylił się ku rozpartemu w fotelu
przywódcy, by wyszeptać mu kilka zdań do ucha.
Est
nie dostrzegał pełnej twarzy Tyrda, lecz nagła zmiana w nastawieniu
impertynenckiego mężczyzny potwierdziła jego przypuszczenia. Potężny wojownik
był zorientowany w polityce krainy i nie wymagał wsparcia starego Maga by
zrozumieć, jak cenny jest Pakt o Nieagresji. Chodziły słuchy, iż ów historyczny
dokument wydano tylko raz, tuż po zawiązaniu się Zakonu Paladynów przed dwoma
tysiącleciami. Teraz miał miejsce precedens na miarę kart ludzkich kronik. I
dotknął on Tyrda Niedźwiedziogrzywego, przywódcę znamienitej kompanii najemnej.
Est wyobrażał sobie jak ciemnozielone, głęboko osadzone oczy człowieka zalśniły
dzikim podnieceniem.
Wbrew
rosnącej ekscytacji, Złowieszczy Niedźwiedź okazywał podejrzliwość i krótko
trzymając swój wybuchowy temperament zachował pozory opanowania.
-
Mówisz, książę, że nie reprezentujesz żadnej strony, a oferujesz w zamian za
dwójkę moich najbardziej uzdolnionych najemników Pakt o Nieagresji spisany
przez koronowaną głowę Zakonu Paladynów? – wymruczał ze złośliwym uśmieszkiem.
Sięgając po kielich z winem nachylił się nad blatem okrągłego stołu, aż futrzana
peleryna zsunęła się na jego szeroki kark. - Jeszcze niedawno wspieraliście
tych atłasowych prostaków w kampanii przeciwko moim ludziom.
-
Moim obowiązkiem, jako rycerza-dowódcy stacjonującego w mieście garnizonowym,
było przychylić się prośbie zagrożonego lennika - wyjaśnił młodzieniec bez
cienia wstydu czy pokory. - Powinność została spełniona, natomiast Unia Możnych
zwyciężona. W uczciwej bitwie.
-
Ziemie Westerminów, Halavarów i Lyfisów nie podlegają jurysdykcji Adeili – wytknął
mu Tyrd i wyszczerzył się drapieżnie, z zadowoleniem rozpierając się na
obszernym siedzisku. Popatrzył znad brzegu kielicha ku niewzruszonemu przyganą
rozmówcy przeczuwając, że ten gołowąs nie da się łatwo sprowokować.
Tak
też się stało, jako że sir Aarim z godną dyplomaty powagą potwierdził
obciążające go słowa.
-
Zaiste, rody wchodzące w skład Unii Możnych z racji położenia geograficznego
oraz administracyjnego podlegają pod ochronę miasta garnizonowego Asvill. Lecz,
jak stanowi prawo Estarionu, w obliczu realnego niebezpieczeństwa lennik ma
możliwość powołania się na zwierzchnictwo wyższego szczebla. Będąc zastępcą
Jego Ekscelencji Arcypaladyna przyjąłem na siebie brzemię sprawowanej funkcji. Gwoli
ścisłości, w przypadku incydentu szlachciców z zachodu nie uczyniono nic, co w
rażący sposób naruszyłoby odwieczne prawo rządzące Estarionem - zakończył z niezmiennym
spokojem, by po chwili dodać: - Miej to, mości Niedźwiedziu, na uwadze. Zakon
Paladynów nie pochwala twoich agresywnych działań, dlatego też skłonni byliśmy
wesprzeć podlegających naszej pieczy wasali.
Złowieszczy
Niedźwiedź prychnął z irytacją. Szczyl miał gadane nie gorsze niż Zrzęda w
najlepszym okresie swego życia.
-
Wtedy byliście skłonni, a teraz oferujecie Pakt o Nieagresji? Wobec tego mogę
hulać na waszych ziemiach i w niczym mi nie przeszkodzicie?
Tyrd
trafił sedno.
Est
musiał ściągnąć wodze emocji, z którymi nie chciał zdradzać się przed
niewielką, raptem pięcioosobową publicznością. Ucho swędziało niemiłosiernie, a
palce same ciągnęły ku płatkom gdy zaczynał pojmować, iż w negocjacjach z
aroganckim człowiekiem sir Aarim nie potrzebował posiłkować się mocą. Oferta
była nie do odrzucenia - oszałamiała unikatowością oraz wachlarzem możliwości rozpościerających
się przed gruboskórnym barbarzyńcą. I zdawała się po wielokroć przekraczać cenę
dwójki najemników, nieważne jak niezastąpionych.
W
rzeczy samej, jeśli Zakon Paladynów ustosunkuje się do paktu, a z całą
pewnością surowo przestrzegać będzie rozkazu arcypaladyna, to niedźwiedź w
ludzkiej skórze w błyskawicznym tempie podporządkuje sobie północne oraz
zachodnie ziemie. Pozbawiona czynnej ochrony arystokracja zostanie bez szans i
odwróci się od obecnej władzy spostrzegając, jak tanio ich sprzedano. Pod
groźbą zrównania z ziemią lub przejęcia majątków ulegną samozwańczemu lordowi-najemnikowi.
Przecież to jasne, że zaślepiony żądzą władzy Tyrd pójdzie na tak intratny
układ, lekceważąc widmo krwawego konfliktu sięgające niemalże Śródlądu.
Zdezorientowany
półsmok zachodził w głowę, o co tak naprawdę toczyła się gra. Nie może być, aby
król polubownie oddał… Ach, wiadomo że nie. Aktualny monarcha co prawda zalicza
się do osób nadzwyczajnie ustępliwych, ale na pewno nie do głupców. Oddać lenno
za dwie osoby wątpliwego pochodzenia? Gdzie indziej leży pies pogrzebany.
Dlaczego więc porzucają szlachtę na północy? Czy ma to związek z buntem możnych
na południu? Czyżby książę Aarim, rycerz-dowódca, oraz król Aaron, arcypaladyn,
postawili krzyżyk na północy Estarionu? W tym wypadku Pakt o Nieagresji nie
miał najmniejszej wartości, był pustą walutą przeznaczoną do opłacenia pustych
ambicji równie pustego człowieczka. Wojenna pożoga spali na popiół wszystko na
swej drodze, nie szczędząc nikogo ani niczego, toteż osoby decyzyjne nie muszą
dłużej przejmować się pojedynczą organizacją pod przywództwem degenerata.
Zrozumienie
obuchem uderzyło w Esta, który zasłonił sobie usta dłonią w rękawiczce jakby w
obawie, że jęk przerażenia przyciągnie niechciane zainteresowanie. Mistrz
chciał, by uczeń jak najszybciej opuścił Twierdzę. Sir Aarim dołożył wszelkich
starań, by przyspieszyć ten proces. I nie czynił tego, by zagwarantować białemu
elfowi bezpieczeństwo. Chciał go wykorzystać: broń zahartowaną przez starego
mnicha z Północy, Zaklinacza Żywiołów obdarzonego mocą kontrolowania
pierwotnych elementów tworzących ten świat. Miał być jego środkiem do celu, ostrzem
skierowanym przeciwko wrogom. Tarczą, na którą spadną pierwsze, najcięższe
uderzenia.
Znaj swą pozycję w świecie - rozległo się niespodzianie, aż mimowolnie
zajrzał w złote oczy. Patrzyły na niego. Czy do niebianina należał ów głos?
Nie. To wychodziło z niego, z jego wnętrza. – Został ci on powierzony i nikt nigdy nie powinien ci go odebrać.
Estem wstrząsnęło. Na szczęście nikt nie zauważył
jego dziwacznego zachowania. Poza zagadkowym, bezwzględnym paladynem.
-
Wierzę, iż zachowasz umiar, mości Niedźwiedziu. - Znieruchomiałe spojrzenie księcia
spoczęło na chciwie zmrużonych oczach przywódcy. - I oszczędzisz swych ludzi na
walkę ze śmiercionośną falą, która niebawem zaleje północ, wnikając w głąb
kontynentu - ostrzegł enigmatycznie, po czym, w geście szacunku dla gospodarza,
sięgnął po kielich. Poruszając nadgarstkiem zamieszał zawartością na tyle, by
uwolnić słodki aromat. - Najęcie dwóch najznakomitszych ludzi krytycznie osłabi
siły twej kompanii, skutkiem tego wystosowałem do mego ojca prośbę o dokument
mający zrekompensować straty powstałe w wyniku tak śmiałego przedsięwzięcia. Naturalnie
zapłacę także złotymi koronami za sumienne wypełnienie zlecenia oraz pokryję
koszty utrzymania strażników. Zgodnie z ustaleniami połowę uiszczę z góry,
natomiast resztę po powrocie twoich ludzi.
Nie będzie żadnego powrotu - przemknęło Estowi przez myśl,
aczkolwiek nie znalazł w sobie wystarczającej odwagi, by wypowiedzieć swoje
przypuszczenia na głos. Przeklęty, wiesz
o wiele więcej niż mówisz!
-
Bardzo sprytnie to obmyśliłeś, książę - mruknął Tyrd bez przekonania. - Ja
tracę dwójkę zacnych najemników, a w zamian zyskuję papier poświadczający waszą
bierność w stosunku do moich działań oraz górę złota. I przestrogę. Jakże
lukratywna propozycja! - Raczący się winem przywódca pozostawał nieufny, choć
wizja przyszłości związanej z paktem przemawiała przezeń zadowoleniem. Mimo to,
dla zasady, starał się udawać niepocieszonego. - Gdzie w takim razie szukać mam
haczyka? Chyba mi nie powiesz, że twa oferta czysta jest jak sławetny honor
paladynów?
-
Rzeczony honor bezdyskusyjnie podlega Regule Zakonu Paladynów, więc, będąc
rozsądnym, nie mieszałbym go do… naszej transakcji. - Młodzieniec nie dał się
zbić z pantałyku. Odstawił kielich z ledwie napoczętym trunkiem i układając przedramiona
na poręczach fotela popatrzył wymownie na Esta. – Podstęp nie leży w mej
naturze, jednakże istnieje nieuniknione ryzyko, jakoby twoi podkomendni mieli
już nie wrócić żywi w mury Twierdzy Niedźwiedzi. Będąc sukcesorem korony,
rycerzem-dowódcą oraz generałem mianowanym z woli arcypaladyna, przyjdzie mi
stanąć w pierwszym szeregu żołnierzy chroniących krainę przed agresją
najeźdźcy. Bądź świadom, mości Niedźwiedziu, czego podejmują się twoi ludzie.
Wszak jesteś wojownikiem z krwi i kości.
-
Żołnierze chroniący krainę, powiadasz… Cóż za wyróżnienie! - skwitował Złowieszczy
Niedźwiedź z cynizmem.
Tyrd
Niedźwiedziogrzywy z namysłem zapatrzył się w ciemną dal za oknem. Już kreślił
w myślach kolejne posunięcia w drodze do podbicia i zagarnięcia okolicznych
ziem, co dysponowanie paktem dalece mu ułatwi. Straci tę dwójkę, w tym
prawowitego potomka, ale za to bez rozlewu krwi oraz dalszych strat w ludziach
pozbędzie się potężnego nieprzyjaciela mogącego bezsprzecznie mu zaszkodzić.
Czy zbuntowany, zepsuty do szpiku kości pierworodny był aż tak kluczowy, by troskać
się jego losem? Tyrd sam mógł pojąć za żonę jakąkolwiek młodą szlachciankę i
spłodzić z nią dziedzica, był w końcu mężczyzną w kwiecie wieku, jurnym i
zdrowym. Wtedy nikt nie podważyłby jego roszczeń do tytułu oraz honorów z niego
wynikających. A cholernego białego szczura już dawno chciał odprawić! Teraz
miał ku temu idealną sposobność. I jeszcze się na tym wzbogaci!
-
Dobrze więc, niech się stanie! - Olbrzymi mężczyzna uderzył opróżnionym
kielichem o blat stołu i uśmiechnął się dziko. - Nie zamierzam ubierać swego
wyboru w piękne słówka, tak jak nie będę kłamać, iż robię to dla wyższego
dobra. Przyjmuję warunki, Wasza Książęca Mość, gdyż wielce mi one odpowiadają.
-
Nic nie uradowałoby mnie bardziej, Tyrdzie Niedźwiedziogrzywy - wymawiając
pełne imię przywódcy niebianin zniżył głos, a upiorny uśmiech odkształcający urodziwe
rysy zmroził krew w żyłach bacznie go obserwującego Esta.
W
trakcie pertraktacji twarz, ton głosu oraz postawa sir Aarima Asmodeusza nie
zmieniły się ani odrobinę. Aż do momentu osiągnięcia dalekosiężnego
zamierzenia. Na czas trwania rozmów nie dawał po sobie znać panujących w jego wnętrzu
uczuć, jednakowo niewyczuwalna była zwykle towarzysząca mu osobliwa aura. Opanowany
do granic pojmowania mógł iść w konkury z Magiem, mnichem z Północy. I
bezapelacyjnie wygrać.
Przywódca
najemników nakazał szambelanowi dostarczenie przyborów koniecznych do spisania kontraktu.
Nie bawiąc się w zbędne kurtuazje wyrzucił z gabinetu przodownika oraz Zaklinacza
Żywiołów, nakazując im oczekiwać na dalsze rozkazy - tym razem od ich nowego
zleceniodawcy.
Skryty
w półcieniu Colonell bezsłownie przyjął polecenie i odepchnąwszy się od ściany,
rozmyślnie powolnym krokiem wyminął fotel księcia. Przechodząc obok Esta nawet
nie zaszczycił go spojrzeniem. Opuścił gabinet, zostawiając za sobą otwarte na
oścież drzwi.
Zawiedzionemu
chłopakowi nie pozostało nic innego, jak podążyć za nim. Odwrócił się i... delikatna
nić esencji niespodziewanie dotknęła jego napiętych barków. W pierwszym
instynktownym odruchu Est chciał się obrócić, lecz stchórzył i czmychnął z gabinetu,
nieco zbyt głośno zatrzaskując za sobą drzwi. Rozstrojony przeszedł kilka
chwiejnych kroków wzdłuż rozjaśnionego pochodniami korytarza, aż zatrzymał się
i oparł rozgorączkowane czoło o chłodny kamień ściany. Musiał odetchnąć,
ochłonąć. Robiło mu się niedobrze od wirujących w ciele emocji, a pewnie i z niedożywienia.
Suszyło go jak po wypiciu kubka aldaszyrskiego, podobnie też kręciło mu się w
wycieńczonej wydarzeniami głowie.
Dokonało
się. Nie było już odwrotu. Cokolwiek miał w zamyśle złotooki młodzieniec, nie należało
to już do jego zmartwień. Dostosuje się. Zawsze dostosowywał się do
silniejszych.
Podparłszy
się ramieniem, ucisnął palcami szczypiące powieki. Opadał z sił. Musiał czym
prędzej zjeść kolację, nie wiedział tylko czy razem z mistrzem, czy w zaciszu
własnej komnaty. Druga opcja była najodpowiedniejsza. Chciał być sam. Poukładać
sobie wszystko w głowie, a rzeczy w torbach. Z dniem jutrzejszym pożegna się z
przyjaciółmi i mistrzem. A potem odjedzie. Odjedzie tak daleko, jak nakaże mu
“zleceniodawca”.
Pocierając
twarz odepchnął się od podpory i poczłapał w stronę wyjścia z budynku.
Przymknął oczy tłumiąc szerokie ziewnięcie, kiedy nagle wszechświat wierzgnął,
posyłając go prosto na zimną ścianę. Oszołomiony mrugnął i zamarł pod
intensywnością spojrzenia przydymionych szmaragdów. Gorąca skóra otarła się o
jego chłodne czoło. Usta pocałunkiem rozchyliły białe wargi, gdy szorstkie
dłonie pieszczotliwie objęły gładkie policzki.
Colonell
przeciągnął pieszczotę, rozkoszując się bliskością oblubieńca. Lekki uśmiech
zadrżał na wargach okolonych ciemnym zarostem, które ani na sekundę nie
przerywały kontaktu z miękkimi ustami Esta.
Subtelne
muśnięcia przeistoczyły się w prawdziwy żywioł namiętności, gdy stęskniony Est
rozpaczliwie przywarł do niego całym sobą. Pod palcami czuł krótkie włosy
człowieka; wplótł je w dłuższe pasma, bez opamiętania pieścił obnażony kark i
gładził ramiona, wślizgując się pod materiał bluzy. Drżał spotęgowanym przez żal
pożądaniem, podczas gdy jego język dał się porwać do szalonego tańca głębokiego
pocałunku.
Wciąż
objęci odsunęli się od siebie tylko po to, by uspokoić i wyrównać oddech. Col głaskał
białe policzki i przesuwał opuszkami po delikatnej brodzie ukochanego, nie
odrywając pałającego wzroku od roziskrzonych skaleonich ślepi. Uśmiech
ulubionego człowieka był dla Esta balsamem na wszelkie zło. Uniesiony kącik ust
zniekształcający zawijasy niedokończonego tatuażu pomagał zapomnieć o troskach
i problemach.
Byli
wystawieni na widok publiczny, ale w porze posiłku niewielkie groziło im ryzyko
nakrycia, szczególnie w Głównym Budynku. Poza tym nie mieli już nic do
stracenia, od jutra bowiem rozpoczną nowe życie, więc nie musieli przejmować
się przypadkowym spotkaniem z mieszkańcami Twierdzy. Mieli siebie nawzajem i
było to wszystko, czego potrzebowali.
-
Najpierw obijanie mordy, a potem łóżko? – Nieposiadający się ze szczęścia Est
zaśmiał się w usta Cola. Naraz przeminęły zmęczenie, głód i pragnienie. Przed
oczami widział twarz mężczyzny będącego ambrozją dla jego ciała i duszy.
-
Najpierw to ty dorośnij do obijania mordy, dzieciaku.
-
Czyli łóżko. - Śmiech nie zdążył wybrzmieć, zduszony zachłannością rozpalonego
człowieka. - Col, jesteśmy… Nie tutaj…
-
Istotnie, nienajlepsze to miejsce do wzajemnego okazywania uczuć w sposób
bezpośredni i nieprzyzwoity. - Chłodny, rzeczowy głos zadziałał na kochanków niczym
kubeł lodowatej wody. Przywróceni do rzeczywistości raptownie odsunęli się od
siebie na podyktowaną konwenansami odległość, spojrzenie wbijając w postać
nadchodzącą od strony gabinetów. - Upraszam o przebaczenie, nie było moim
zamiarem przeszkodzenie wam, lecz…
-
Mogłeś przejść bez słowa, wtedy byśmy sobie nie przeszkadzali – przerwał mu
łapiący dech Colonell. Wychodząc nieco przed Esta, przeszył wrogim wejrzeniem irytująco
znudzonego księcia. Z satysfakcją spostrzegł, że przerasta rycerza o połowę
głowy. Za to tamten był szerszy w barach i krzepki, jak przystało na mężczyznę
zwykłego nosić płytową zbroję.
Sir
Aarim z rozmysłem obszedł ich niespiesznie, całkowicie koncentrując się na
przodowniku, który zrewanżował mu się tym samym.
-
Niewątpliwie mógłby tędy przedefilować oddział pancernej konnicy, a wy
pozostalibyście błogo nieświadomi – stwierdził oschle książę. - Skłonny jestem
przyznać, iż była to wyjątkowo intrygująca scena. Na próżno gdziekolwiek w
Estarionie szukać tak wyrazistego przejawu namiętności. Oraz skandalicznego pogwałcenia
prawa.
Col
ze złośliwym uśmieszkiem wyprostował się i skrzyżował ramiona na szerokim
torsie.
-
Gdyby było to legalne, zapewne wolałbyś zająć moje miejsce – rzucił chytrze.
Est
nie potrafił pozbyć się wrażenia, że patrzy właśnie na dwa napuszone koguty
szykujące się do bójki. Jeżeli on i Colonell byli dla rycerza intrygującą sceną,
to jak powinien skomentować tę słowną utarczkę?
-
Wolałbym zająć miejsce przy kolacji w towarzystwie moich ochroniarzy,
aczkolwiek dziękuję ci za tę niemoralną propozycję. Następnym razem ją rozważę.
Pozytywnie. - Zimne jak lód złote tęczówki prześlizgnęły się po mijanym właśnie
półsmoku. - Tymczasem proszę, byście zaprowadzili mnie na wieczorny posiłek,
gdyż spisanie wiążącego kontraktu jest procesem długotrwałym i złożonym. A, kolokwialnie
rzecz ujmując, negocjacje zaostrzyły mój apetyt do tego stopnia, iż
postanowiłem nieco wcześniej skorzystać z gościnności Niedźwiedzi.
To
powiedziawszy, sir Aarim odszedł w głąb korytarza, odprowadzany skrajnie
odmiennymi spojrzeniami dwóch najemników.
-
Dopiekł ci do żywego, Col - mruknął z podziwem Est.
-
Nienawidzę skurwiela… - wycedził przodownik przez zaciśnięte zęby, a nienawiść
w jego oczach silniejsza była niż przekaz werbalny. - Usiłuje cię kontrolować.
Mógł tam siedzieć ze staruchami, a nie szlajać się po budynku.
-
W tej kwestii jestem z tobą w zgodzie. Ale spójrz na to z innej perspektywy: przynajmniej
wreszcie coś zjemy.