poniedziałek, 29 grudnia 2025

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 35 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




"I chociaż rodzi się w sercach ludzi, to wcale się od nich nie wywodzi."
 - Mag z Twierdzy Niedźwiedzi


- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 29d'12m'25r2t]




        Moim zdaniem powyższy cytat doskonale oddaje naturę i charakter jednego z bohaterów Elegii o Nieśmiertelnym. Piszę "bohater", ponieważ nie do końca wiem kto w tej powieści jest antagonistą, a kto protagonistą. O tym zadecydujecie sami.
         Życie Estalavanesa w Twierdzy Niedźwiedzi dobiega końca, szczęśliwie lub nie, zważywszy na jego postępowanie względem partnera i najlepszego przyjaciela. To nie jego pierwsza scysja z Colonellem, ale z pewnością najpoważniejsza z dotychczasowych - grozi realnym rozpadem ich związku. 
        Est nie jest postacią godną naśladowania, żadnym tam wzorem cnót i szlachetności - lecz takim, z którym można się utożsamiać. I to jest piękne. Popełnia wiele błędów, wpędza się w kłopoty i bezmyślnie zawala poważne sprawy, niemniej dąży do naprawy poczynionych szkód, pracuje nad sobą i usiłuje walczyć z niedoskonałościami oraz wadami. Głęboko przeżywa porażki i umniejsza swe zwycięstwa, wciąż towarzyszy mu niepewność, a także lęk o to, co przyniesie jutro. Jednocześnie pozostaje na swój sposób niewinny, naiwny, wręcz prostoduszny. Wiecznie pogubiony, nie do końca zorientowany w świecie go otaczającym. Uwielbiam go za tę autentyczność i indywidualność. Miałam już serdecznie dość heroicznych bohaterów/bohaterek, odważnych ponad rozsądek, idealnie wykreowanych, bez skaz na honorze i głęboko umoralnionych, którym wszystko się udaje, zwykle prędzej niż później. W porównaniu z nimi Est jest uosobieniem natury ludzkiej - nieprzewidywalny, niedoskonały, nieokiełznany, a zarazem pełen życia, wielobarwnych emocji i nieuchwytnego piękna.


Kącik autorki.
        Ależ się rozpłynęłam nad tym dzieciakiem. Ale to prawda. W pierwszych tomach Neth zwykł nazywać go "wkurwiającą ciotą", z czym również się zgadzam - z początku działał mi na nerwy, co nie jest niczym dziwnym zważywszy na warunki i otoczenie, w jakich się wychowywał. To cud, że Magowi udało się wyplenić z niego uzasadnioną mizantropię, uzmysłowić, że skoro nie może zmienić ludzi, to niech spróbuje na nich wpłynąć. Zupełnie jak Est, stęskniłam się za starym wieszczem. Rozdziały z jego udziałem zawsze motywowały mnie i zachęcały do dalszego pisania, przemycały wartości, jakich nauczenie się zajęło mi długie lata, ponieważ nie miałam nikogo, kto mógłby mi je przekazać. W Elegii o Nieśmiertelnym Mag jest pewnego rodzaju alegorią mojej terapii. Terapii zakończonej sukcesem.
        Co do samego rozdziału, to już dawno takiej apteki nie odwaliłam... 😖 Wszystko mi w nim przeszkadzało, dosłownie wszystko! Stąd opóźnienie w publikowaniu...

P.S. Tak, ja też jadam kaszę widelcem. Pytania?

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 35

 

Bezlitośnie prażąca dzienna gwiazda chowała się za horyzontem, gdy Estalavanes maszerował wydeptaną ścieżką prowadzącą do Głównego Budynku. Starał się zachowywać możliwie najnaturalniej, co w jego stanie nie było łatwe, bo chociaż rozum zaprzątnięty miał ważkimi sprawami, to ciało wciąż pamiętało żar zmysłowego kochanka.

Im mocniej zakochiwał się w Colonellu, tym silniejszy stawał się strach pożerający jego serce. Te mieszane emocje były tak pokrętne, że Est niejednokrotnie zastanawiał się nad swoim nadwyrężonym zdrowiem psychicznym oraz nadwątloną poczytalnością. Jeszcze do niedawna wszelkie wyższe uczucia były dla niego totalną abstrakcją - nie potrafił ich nazwać, bo nawet ich nie znał. Tymczasem wskutek jednego pocałunku na wieży cały ten pieczołowicie budowany, odizolowany od reszty świat runął, roztrzaskując się w drobne kawałeczki i kalecząc go do krwi. Jego uniwersum okazało się o tyle niestabilne, że przy pierwszym bliższym kontakcie mechanizm obronny zawiódł, obnażając go i porzucając na pastwę nieznanych doznań. Nic dziwnego że przeżył wstrząs, ani że nie był - nie jest! - w stanie sobie z tym poradzić. Z czasem zaczął łączyć fakt przebudzenia w nim drugiej jaźni z nagłymi porywami namiętności, których nie rozumiał i nad którymi nie panował. Jak dotąd potworne przemiany wewnętrzne czy utrata kontroli nad mocą i ciałem nie miały miejsca, lecz mógł to być zwykły zbieg okoliczności.

Ale Est nie wierzył w zbiegi okoliczności.

Zajęty intensywnymi rozważaniami dotarł do wiekowych jak sama Twierdza dębowych drzwi gabinetu administratora i zastygł z uniesioną pięścią. Zanim wejdzie, koniecznie musi odzyskać jasność myślenia i szybko przypomnieć sobie tematy, które chciał rozpracować z nauczycielem. Ich liczba przytłaczała, aczkolwiek kilka z nich błyskawicznie wypłynęło spośród wzburzonego oceanu wątpliwości. Jak na złość kilka tych, których wcale nie planował poruszać.

Kiedy już miał zapukać, drzwi niespodziewanie otworzyły się od wewnątrz i stanął w nich równie zaskoczony łysy starzec w jakże gustownym odzieniu. Est nie raz już oglądał Maga w eleganckim stroju podróżnym, jednak widok był tak niecodzienny, że jedyne co mógł zrobić, to gapić się głupkowato. Ascetyczny mnich na co dzień zwykł wdziewać luźną odzież o prostym kroju; wiązane w pasie tuniki bez rękawów, workowate spodnie oraz pantofle z miękkiej skórki. W dopasowanej skórzanej kurtce i przydających szyku spodniach o wąskich nogawkach w kolorze antracytu prezentował się jak klasyczny przykład szlacheckiego dygnitarza, a nie osobliwy staruszek mający tyle lat na karku, ile zmarszczek na twarzy. Wysokie buty do jazdy konnej nosiły ślady podróży, choć sam mężczyzna nie sprawiał wrażenia zmęczonego jazdą w siodle. Był raczej zmartwiony i najwyraźniej zamierzał udać się do swych kwater zanim odwiedzi go uczeń. Nie zdążył. Albo to Est przyszedł za wcześnie.

Mag cofnął się do wnętrza gabinetu i gestem zaprosił podopiecznego, który powoli oswajał się z towarzystwem mentora w wytwornym odzieniu.

Est czuł się nieswojo. Nie wiedział czy będzie umiał swobodnie z nim dyskutować. Wreszcie zganił się za idiotyczne wymysły i przekroczywszy próg, zamknął za sobą drzwi. Spędzał tu każdy wieczór przychodząc jak do siebie, ale teraz wszystko wyglądało zgoła inaczej. Biurko obstawione schludnymi stosikami dokumentów i przyborami do pisania było takie samo jak wczoraj czy przedwczoraj, podobnie biblioteczka, stół, fotele oraz pozostałe wyposażenie gabinetu. Jedyną różnicą był mistrz. I jego obca, milcząca postawa.

Mag był ostoją spokoju. Powiadano, że nawet koniec świata nie zakłóciłby jego opanowania. Obecnie biło od niego wzburzenie, jak gdyby tragiczna wieść, bądź wydarzenie, zatrzęsło niewzruszonymi fundamentami zimnego stoicyzmu. Trzęsienie na tyle mocne, by obalić je i pogrążyć niegdysiejszego mnicha w głębokim frasunku.

- Wybacz mi nadgorliwość, mistrzu – wymamrotał Est nie mając co ze sobą począć. Sterczał na środku gabinetu jak skarcony uczniak i walczył z przemożną chęcią szarpnięcia za opadające ucho. - Mogę przyjść później.

- Nie, Estalavanesie, zostań. Zamierzałem przebrać się w wygodniejsze odzienie, lecz nie jest to na tyle pilna rzecz, by większej wagi kwestie musiały czekać.

Mag szybkim krokiem przeciął odległość dzielącą go od wysokiego okna. Dziedziniec znikał w cieniu nadchodzącej nocy. Starzec zapatrzył się w gasnący firmament, jakby w oczekiwaniu na sobie tylko znany omen.

Est nie odważył się ruszyć ze swojego miejsca między drzwiami a biurkiem. Z uwagą obserwował Maga, uparcie doszukując się objawów pogorszenia kondycji leciwego człowieka. Niczego takiego nie dojrzał, jednak wypatrzył coś, co znacząco nasiliło jego przygnębienie. I bynajmniej nie dotyczyło to stanu zdrowia opiekuna. Zniknęła doprowadzona do perfekcji samodyscyplina mistrza, a jego równowagą zachwiało wyjątkowo ciężkie doświadczenie. Nigdy przedtem nie widział go w takim stanie, toteż podświadomie współodczuwał niepokój, niedorzeczny lęk. Był rozbity, a jego instynkt samozachowawczy kazał mu wpełznąć w pierwszą lepszą dziurę i przeczekać, aż niezrozumiała sytuacja wróci do normy. Coś mu jednak podpowiadało, że norma już dawno nabrała zupełnie odwrotnego znaczenia.

Sędziwy doradca ucisnął palcami nasadę orlego nosa i przymrużył zaczerwienione powieki, wciąż wpatrując się w ciemniejące niebo. Jego siwa, przerzedzona broda była nienagannie przystrzyżona, ujmując mu lat, niemniej gęstniejące bruzdy w kącikach oczu i ust wyraźnie się odznaczały. Przybyło ich od momentu wyjazdu z Twierdzy, a przeczulony uczeń szybko dostrzegł tę różnicę. Sytuacja była poważna, by nie rzec krytyczna.

- A oto i jest… Zawsze na czas - mruknął Mag, a uszy Esta drgnęły lekko na nieprzewidziany odgłos.

Chłopak zerknął w cienie zalegające za oknem. Domyślił się o kim mowa i nie potrzebował potwierdzenia swoich przypuszczeń. Instynkt jednak rządził się własnymi prawami, dlatego bacznie śledził majestatycznego posłańca lądującego na zewnętrznym parapecie. Olbrzymi puchacz nastroszył pióra, domagając się wpuszczenia.

- Estalavanesie, bądź tak miły i zadbaj o naszego pierzastego gościa, podczas gdy ja pójdę założyć odzienie adekwatne skromnym progom mojego gabinetu – polecił Mag, energicznymi ruchami otwierając okno. Ptak niezwłocznie przeskoczył na wewnętrzny parapet, rozrzucając leżące na nim szpargały. - Ach, Syntia została poinformowana o moim przybyciu i powinna wkrótce się zjawić. Pozwól jej rozstawić kolację na stole.

Mężczyzna wyminął ucznia i nie wydając dalszych instrukcji opuścił pomieszczenie emanując łagodną aurą, której Est nie przyjął za dobrą monetę. Według niego nagła zmiana maniery Maga miała w sobie coś sztucznego, niepodobnego do niezłomnego, statecznego człowieka.

Zniecierpliwiony puchacz przestępował z nogi na nogę, jakby i jemu udzielił się panujący w gabinecie nastrój. Est zacisnął pięści, lecz nie dodało mu to upragnionej odwagi. Podszedł do napuszonego ptaka i wyjął przesyłkę z cylindra przytroczonego do jego nóżki. Wtem sowa obróciła się raptownie, rozłożyła ogromne skrzydła i uderzyła nimi powietrze, wylatując przez otwarte okno.

Półsmok patrzył za posłańcem z miną wyrażającą zdumienie. Zdawał sobie sprawę, że to do rycerza-dowódcy należało ostatnie słowo w ich małej grze, jednakże po cichu liczył, że to jemu przypadnie w udziale zamknięcie tego rozdziału. Cóż, nie tym razem. Sowa odleciała, ponieważ sir Aarim nie wymagał odpowiedzi. Ostateczną odpowiedzią było to, co Est trzymał w ręce.

Wyrok śmierci czy też przepustka do nowego życia?

Pusty wzrok wlepiał w śnieżną biel papieru kontrastującą z czernią rękawiczki. Chłopięca ekscytacja i ciekawość uleciały z jego głowy w chwili, kiedy dotknął gładkiej faktury kartki zwiniętej w ciasny rulon. Od tego świstka zależała jego przyszłość związana z Niedźwiedziami, mistrzem oraz Colonellem. A przecież Col przysiągł, że pójdzie z nim wszędzie, byle… byle jak najdalej od Zakonu Paladynów. Co więc zrobi, gdy dowie się o szczegółach jego planu? Co gorsza, jak zareaguje na wieść o jego korespondencyjnej dyskusji z synem arcypaladyna? Czy wymiana listów z rycerzem-dowódcą to coś złego? Nie są wrogami, nie osobiście. A to, że spotkali się po przeciwnych stronach wydumanego konfliktu nie oznacza, że muszą się nienawidzić. Będąc szczerym, Est sympatyzował z młodym rycerzem, ale nie przyznawał się do tego. Byli zatrważająco podobni. I mogli sobie pomóc.

Est odetchnął dla opanowania zarówno siebie, jak i drżących palców. Bardzo wolno rozwijał krótki list, jak gdyby w ten sposób mógł odwlec w czasie nieuniknione. Pełne gracji litery układały się w wyszukane słowa i gładkie zdania, których Est wcale nie miał ochoty czytać. Wiedział, że wraz z tym pismem jego życie wywinie kozła i wyląduje w kolejnym bagnie, lecz mimo to nie mógł się powstrzymać. Przebiegł obojętnym spojrzeniem po tekście, nie spostrzegłszy powrotu Maga przebranego w powszednie szaty pozbawione zbędnych ornamentów.

Mężczyzna znów przypominał niepozornego staruszka, choć nieprzenikniona rozterka nadal lśniła w jego głęboko osadzonych oczach. Czekał w pełnej szacunku odległości od czytającego, w międzyczasie wziął tacę z kolacją od Syntii i podziękował jej uprzejmie za wykonaną pracę. Kiedy podopieczny skończył czytać, nie poprosił go nawet o streszczenie treści czy przekazanie mu jej, tylko bezsłownie zaprosił do stołu i zajął ulubiony fotel naprzeciwko drzwi.

Est nałożył sobie porcję kaszy i gulaszu. Skonsternowany rozmyślał nad otrzymaną od sir Aarima wiadomością kompletnie zapominając gdzie się znajduje. Oraz że nie jest sam.

- Zatem znalazłeś rozwiązanie zadowalające wszystkich, chłopcze?

Est podskoczył na dźwięk głosu mistrza, nie spodziewał się bowiem złamania z jego strony niepisanej tradycji milczenia podczas spożywania wieczerzy. Zastygł z widelcem w połowie drogi do ust i spoglądał z niedowierzaniem na Maga, który nalewał im obu herbaty do kubków.

- Jedz, Estalavanesie, kolacja wystygnie. I nie patrz na mnie w ten sposób. Nigdy nie zabraniałem prowadzenia dialogu w trakcie posiłku.

Upomniany chłopak zapamiętale pracował widelcem nie przejmując się, jak idiotycznie wygląda. Nie jadł obiadu, a miłosne szaleństwa dodatkowo zaostrzyły jego niemały apetyt, mimo że wszystko wokół zrobiło się nierzeczywiste. Nie miał bladego pojęcia co zdarzyło się na włościach lorda Westermina, ale Mag zdawał się być innym człowiekiem, choć paradoksalnie nic w nim samym nie uległo zmianie. Czy to emocje odbite na poznaczonej wiekiem twarzy tak go poruszyły?

Zreflektował się, że zgodnie z zasadami konwersacji na zadane pytanie wypadało odpowiedzieć, więc zaczął z policzkami pełnymi potrawki. Zmitygował się prędko, przełknął i dopiero wtedy popatrzył w odmienione oblicze starca.

- Przepraszam mistrzu, nie nawykłem do rozmawiania i jedzenia równocześnie.

- Nie troskaj się, uczniu, nie jest to niezbędna najemnikom umiejętność, aczkolwiek na dworach możnowładców wymagana bardziej, aniżeli wprawa w posługiwaniu się orężem. Na twoje szczęście, chyba nie będziesz częstym gościem na salonikach elit. - Znaczące wejrzenie spod krzaczastych białych brwi wyraziło więcej niż słowa człowieka. - Kiedy wyjeżdżasz?

Est stracił apetyt. Odłożył widelec i sięgnął po kubek parującego napoju. Upił odrobinę herbaty, by czymś zająć usta i dłonie. Pojutrze opuści Twierdzę. Sam, albo z Colonellem.

- Jutro przybędzie sir Aarim Asmodeusz – poinformował niemal szeptem. - W imieniu króla złoży Niedźwiedziowi bezprecedensową ofertę mającą…

- Wystarczy, Estalavanesie, nie muszę, ani co ważniejsze, nie chcę tego wiedzieć. Chciałbym natomiast usłyszeć z twych ust zapewnienie, iż Tyrd przystanie na propozycję księcia.

To nie było pytanie, lecz czysta retoryka. Mag bez pośpiechu posilał się kolacją i nie skupiał nadmiernie wzroku na uczniu wiedząc, jak niezręcznie czuje się on pod pozornie beznamiętnym spojrzeniem czarnych oczu.

Dla Esta nie było tajemnicą, co rycerz-dowódca zamierzał oferować w zamian za możliwość wynajęcia Zaklinacza Żywiołów oraz przodownika. Złowieszczy Niedźwiedź musiałby być głupcem, aby na to nie przystać, szczególnie że biały elf był mu solą w ranie. Ale czy odda pierworodnego na pastwę Zakonu Paladynów pamiętając, że ciąży na nim odroczona egzekucja? Sir Aarim sporo ryzykował podejmując się samodzielnych działań na terytorium zadeklarowanego wroga. Najwidoczniej miał ku temu powody.

- Tak, mistrzu. Gwarantuję ci, iż Tyrd Niedźwiedziogrzywy przystanie na propozycję księcia Aarima Asmodeusza. - Mimo szczerych chęci Est nie zdobył się na pewny ton. – Jutrzejsza wizyta służyć będzie wyłącznie dopełnieniu formalności.

- Niezmiernie mnie to cieszy, chłopcze.

Nastała cisza z rzadka przerywana pobrzękiwaniem sztućców uderzających o ceramikę. Est bezmyślnie patrzył na połowicznie opróżnioną miskę, natomiast Mag kończył właśnie swoją porcję i wycierał brzegi naczynia resztką pieczywa.

- Twój zamysł ziścił się w najlepszym dla ciebie momencie, Estalavanesie. Ujrzałem bowiem przebłysk wydarzeń sprzed dwóch tysiącleci, których świadkowie obrócili się już w proch. - Mag odsunął naczynia na bok. Oparł się wygodniej o fotel, wspierając łokcie o poręcze i splatając palce na linii brody. Zdążył już oswoić się z wieścią, jaką pozornie obojętnym głosem obwieszczał zainteresowanemu. - Historia zatoczyła pełen krąg, Estalavanesie, lecz tym razem konflikt nie ograniczy się wyłącznie do rasy ludzkiej zamieszkującej Estarion. I arcypaladyn ma tego pełną świadomość, w związku z czym postanowił działać. Czyni to dyskretnie, by nagła zmiana w jego dotychczasowym postępowaniu nie przyciągnęła zbędnej atencji. Od samego początku wiedział, iż nadciągająca siła dotyka pierwotnego źródła i wypacza je znacznie głębiej, niż przypuszczał. I chociaż rodzi się w sercach ludzi, to wcale się od nich nie wywodzi.

Mistrz zamilkł i wpatrzył się w pojedynczy punkt na przeciwległej ścianie, obejmując wzrokiem nieistniejące już miejsca.

Widelec Esta ostatni raz stuknął o miskę. Czy było to aż tak wstrząsające, by zachwiać najspokojniejszym człowiekiem w Estarionie? I co też miało wspólnego z jego odejściem? Nie chciał jednak przerywać namysłu mentora, więc cierpliwie wyczekiwał dalszych wyjaśnień.

- To było nieuniknione, mój uczniu. Nie nauczę cię już niczego więcej, szczególnie że teraz nie treningów fizycznych ci potrzeba. Dlatego ufam, iż sir Aarim, niebianin oraz przyszły zwierzchnik Zakonu Paladynów, godnie mnie zastąpi, by z należytą starannością pokierować twoją ścieżką. A może ty sam przejmiesz kontrolę nad życiem swoim i innych? - Onyksowe, lekko zmrużone oczy spoczęły na szeroko otwartych kocich ślepiach zmieszanego chłopaka. Przewrotny uśmieszek wygiął pomarszczone wargi. - Nie, nie wzbraniaj się przed tym, Estalavanesie, obaj wiemy, że tak jest w istocie. Jesteś osobą szlachetną, o wrażliwym sercu, skorą poświęcić siebie samego dla dobra ogółu. Nie wyklucza to bycia odpowiedzialnym za polegających na tobie ludzi. Pamiętasz, co ci mówiłem? Wszelkie uczucia i emocje są niezbędne do życia, również te uznawane za bezwartościowe oraz podłe. I tylko od ciebie zależy, jak je wykorzystasz. Bądź ze sobą szczery. Jeżeli tego nie uczynisz, nie zaznasz spokoju.

Spokój! Jak Est miał odczuwać spokój, kiedy obca jaźń usiłowała go sobie podporządkować?!

- Mistrzu, podczas twojej nieobecności… - wyrwało mu się odruchowo, znów na czas nie zapanował nad zdradliwym językiem. Spuścił wzrok. Urękawiczniona dłoń machinalnie powędrowała do końcówki długiego ucha. - Podczas twojej nieobecności odkryłem w sobie coś, do czego nie powinienem był się zbliżać. I bezwiednie przyczyniłem się do wypuszczenia tego na zewnątrz. Teraz żyje to we mnie, wolne i przejmujące nade mną władzę.

Zmarszczki Maga wygładziły się, przekorny grymas znikł z jego twarzy zastąpiony powagą zadumy.

- Zechciej nakreślić obraz tego, co próbujesz mi przekazać, chłopcze - poprosił cicho. - W jakich okolicznościach to nastąpiło? I czy jest tożsame z twoją drugą osobowością?

I strapiony Est przedstawił wydarzenia minionego tygodnia nie szczędząc opiekunowi szczegółów. Jednocześnie tarmosił ucho będąc ledwie o włos od załamania nerwowego. A kiedy mówił, wiele spraw nabierało dla niego nowego wydźwięku. Pozornie losowe zdarzenia przeplatały się i wskakiwały na swe miejsca będąc niczym innym, jak następstwami konkretnych, nieumyślnych poczynań Esta. Świetlista bariera mogła być wyłącznie mentalną projekcją, uzmysłowieniem sobie granicy, którą przekroczył nabywając nową zdolność. Jeśli tak, to skąd wzięła się pełna gama niepożądanych uczuć, jakie mu wtenczas towarzyszyły?

- Estalavanesie, prawdopodobnie twój umysł dostosowuje się do środowiska oraz twoich potrzeb tworząc przystępne wizualizacje. Ułatwia ci zrozumienie złożonych procesów zachodzących w twojej psychice, a także w ciele i wokół niego. Z twojej opowieści wynika, iż samodzielnie rozwinąłeś swoją moc, nie tracąc przy tym zmysłów ani tożsamości. Dlaczego zatem sądzisz, że cokolwiek przejmuje nad tobą władzę?

- Słucham? - Zaskoczony pytaniem Est poderwał gwałtownie głowę. W spojrzeniu mistrza dostrzegł dobroduszne rozbawienie. - Dlaczego sądzę…?

- Słyszałeś wyraźnie, mój chłopcze. Jesteś panem siebie samego, więc jak możesz przejąć kontrolę nad czymś, nad czym już panujesz?

- Mistrzu, chyba mnie nie zrozumiałeś. Owszem, udało mi się okiełznać kolejny żywioł, ale to, czego doświadczyłem zaraz po tym, było… - Zdruzgotany pokręcił głową. – Te... odczucia nie należały do mnie. Byłem nieprzyzwoicie dumny ze swojego osiągnięcia. Poczułem się kimś wyjątkowym, niepokonanym. W tamtej chwili byłem przekonany, że mogę wszystko. I że nie istnieje na Khaldunie siła mogąca mi się przeciwstawić. Byłem upojony i oczarowany napływem ożywczej esencji. Od tamtej pory mam poczucie, że nie jestem sam. Wewnątrz, w mojej głowie. Nie słyszę głosów, lecz czuję obecność w dziwny sposób narzucającą mi emocje, jakich sam bym nie odczuł. Przemycającą własne wartości w języku, którego nie znam, a który rozumiem. Przeraża mnie, jak trudno odseparować cudze myśli od własnych. Boję się, że się w tym pogubię, aż zatracę się całkowicie. Przeraża mnie stosunek drugiej osobowości do życia, w szczególności do ludzi. Jakbym nie był sobą.

Gdy skończył, mentor słowem się nie odezwał. Popatrywał tylko na niego z tą ojcowską czułością. Palce zwinięte w pięść przyłożył do okolonych białą brodą ust, z których wydobyło się pojedyncze chrząknięcie.

Est nie wiedział co sądzić o tym przejawie rodzicielskich uczuć. Odnosił nieznaczne wrażenie, jakby policzki mu płonęły.

Starzec ociężale dźwignął się z fotela i skierował swe kroki do okna. Kiedy zwrócił się w stronę Esta, był zupełnie poważny.

- I wracamy do początku dzisiejszej rozmowy - rzekł. - Moja rola dobiega końca, Estalavanesie. Intuicja każe mi uczynić punktem odniesienia artefakt połączony z twoją dłonią, choć jeszcze nie wiem, na czym konkretnie powinienem się skupić. W przeciwieństwie do przedstawicieli Zakonu Paladynów mój zasób wiedzy pozostaje ograniczony, dlatego ileż bym się nie głowił, nie pojmę działania twojej bransolety. Być może nie tylko reminiscencje w niej zaklęto. Być może jej powstanie miało na celu ukrycie twej mocy przed Macierzą oraz poszukiwaczami magii. Skoro złączyła się z tobą w jedno, Estalavanesie, to zamysłem jej twórcy było, abyś nigdy jej nie ściągnął, przypadkiem czy intencjonalnie. Jak gdyby artefakt współistniał z tobą na zasadzie symbiozy. Wiedz, że nic nie dzieje się z woli przypadku, Estalavanesie. Chyba że przypadek uznajemy za drugie imię przeznaczenia.

Est zerknął na okrytą czarną skórką dłoń. Rzeczywiście, kiedy po raz pierwszy wszedł w stan kontemplacyjny, przedmiot oszalał wraz z esencją w jego ciele. Od tamtej pory bez przerwy wyczuwał czyjąś obecność, doznał pomieszania osobowości, które z czasem się wzmogło, odwodząc go od zmysłów. A teraz... Cały czas wierzył, że rozbudził coś niszczycielskiego w swoim wnętrzu, czułą strunę, której złowroga nuta rezonowała w całej jego osobie. A jeśli była to bransoleta? Wspomnienia, jakie mu ofiarowała, niezwykłym zrządzeniem losu zatarły się, lecz gdy się skoncentrował, przywoływał pojedyncze powidoki prędko rozmywające się pod powiekami.

Leciwy człowiek oczywiście miał słuszność. Był dla zagubionego półsmoka niby ojciec - wymagający, niemniej kochający; surowy, ale i wyrozumiały. Est będzie tęsknił za ich rozmowami oraz kolacjami. Będzie mu brakowało katorżniczych ćwiczeń czy pasjonujących sparingów. Dzień, w którym będzie musiał dorosnąć, wkrótce nastąpi. Wówczas odrzuci ckliwe sentymenty i, tak jak przewidział nauczyciel, ruszy swoją drogą. Korytarz jego życia był długi, a przed nim jeszcze wiele drzwi, do których otwarcia potrzebował kluczy, jakich na próżno szukać w murach czarnej Twierdzy. Świat stanął dla niego otworem: szeroki horyzont zdarzeń, wachlarz możliwości. Samodzielność oraz niezależność, o które tak zawzięcie walczył przez ostatni rok. A gdy miał je na wyciągnięcie ręki, wahał się po nie sięgać. Bał się nieznanego. Bał się zmian. Nie będzie już przy nim mistrza, opiekuna i ojca, gotowego wyratować go z najgorszej opresji, służyć radą oraz pokrzepić dobrym słowem. Będzie zdany na siebie. Nie, nie tylko na siebie. Nie będzie sam. O ile Colonell z nim będzie, to nie bał się jutra, ponieważ jutro wszystko się wyklaruje. Jutro przypieczętuje swój los i jeśli właściwie rozegrał tę partię, to…

Wbrew temu co mówią, przeznaczenie można zmienić - wyszeptała podświadomość prosto w udręczone troskami serce. Przeznaczenie jest przyszłością, a na przyszłość wpływ ma bezlik współzależnych od siebie czynników. Potrąć jeden, a zadrżą wszystkie.

***

Pustka na dziedzińcu nie była niczym niespotykanym we wczesnych porach nocnych. W Twierdzy panowała nieomal absolutna cisza i tylko wrażliwy zmysł białego elfa rejestrował ledwie słyszalne odgłosy wybrzmiewające na murach oraz echa nocnych łowców miękko łopoczących skrzydłami. A mimo to nieokreślone przeczucie kazało Estowi zwrócić większą uwagę na to, co go otaczało.

Rozmowa z mistrzem skłoniła go do zastanowienia się nad swoimi decyzjami. Nic nie dzieje się z woli przypadku. Hołdował tej idei i coraz bardziej przekonywał się, iż jest w niej zawarta głębsza prawda. Sir Aarim także o tym wiedział, w innym wypadku nie wszcząłby tak szybkich i desperackich działań w kierunku zaciągnięcia Zaklinacza Żywiołów w szeregi Zakonu Paladynów. Szczególnie, że w rzekach nie upłynęło wiele wody od ich brutalnego starcia, z którego nie wyszedłby żywy, gdyby Colonell nie poszedł mu w sukurs. Wciąż ciągnęły go blizny po cięciach zadanych mieczem paladyna, mimo że jego organizm nienaturalnie szybko goił śmiertelne rany, nie pozostawiając po nich śladu. Wydawało się to o tyle nielogiczne, że wręcz sobie przeczyło.

Wspinając się po schodach wieży bezwiednie dotknął blizn osłoniętych bezrękawnikiem. Już do końca życia będzie musiał znosić ich szpetotę. Mnóstwo razy słyszał jak najemnicy Niedźwiedzi przechwalali się szramami zdobytymi w bojach. Chełpili się nimi podkreślając, iż kobiety chętniej wybierały właśnie tych, którzy zgromadzili ich imponującą ilość. Dla niego były symbolem porażki, nie zwycięstwa. Nie potrafił cieszyć się, że do jego odstręczającej aparycji dołączyły kolejne znamiona odmienności. Szczególnie ta jedna, widoczna w zagłębieniu szyi.

Przygnębiony kurczowo trzymał zmiętą kulkę papieru. Jej ostre rogi wżynały się w miękkie wnętrze jego dłoni. Boleśnie przypomniało mu to o mrocznej tajemnicy, którą powinien podzielić się z Colem. Powinien był przyznać się do tego, co robił pod jego nieobecność i uzasadnić, dlaczego podjął się tak drastycznych środków w drodze ku złudnej wolności. Znów nie zastosował się do rady mistrza, który twierdził, iż lepiej narazić się na gniew wyznaniem cierpkiej prawdy płynącej z serca, aniżeli stracić zaufanie lojalnego przyjaciela. Ale jak miał to zrobić, skoro nie umiał sklecić w myślach spójnego zdania? Nie wiedział jak zagaić rozmowę, ponieważ w jego głowie ziała kompletna pustka. Stojąc przed drzwiami własnej komnaty gorączkowo kombinował nad wymówką, która uchroniłaby go przed kompromitacją w oczach wybranka. Równie dobrze mógł zwyczajnie wejść i nie zastać partnera. Podejrzewał jednak, że ten już go wypatruje. O ile wyszedł ze spotkania z ojcem bez szwanku.

Est wziął powolny wdech dla ukojenia nerwów i ze świstem wypuścił powietrze z płuc. Bardziej przygotowany już nie będzie. Nacisnął klamkę i pchnął ciężkie drzwi. Wchodząc, wzrok natychmiast utkwił w scenie, która wstrzymała pracę jego serca na kilka sekund. Jedna z szuflad biurka była wysunięta. Wstrząśnięty spojrzał odruchowo w stronę foteli oraz stołu, gdzie dojrzał pochylonego nad blatem człowieka. Ruszył ku niemu, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa, zatrzymując ciało w niepewnym półkroku. Rozszerzone lękiem źrenice spoczęły na charakterystycznie pogiętych kartkach ułożonych na stole oraz tej jednej w ciemnoskórej dłoni mężczyzny.

Esta zmroziło. Colonell siedział w fotelu i oparty łokciami o kolana rozczytywał eleganckie zawijasy listu opatrzonego pieczęcią Zakonu Paladynów. Było już za późno na wyjaśnienia. Młody mężczyzna bez wątpienia wychwycił skrzypnięcie drzwi, był wszak zwiadowcą o wyczulonym jak na człowieka słuchu. Celowo zignorował partnera, albo był tak wściekły, że tylko czekał na jego ruch.

Chłopak tracił grunt pod stopami. Panika zawładnęła jego opustoszałym umysłem, który natychmiast odmówił funkcjonowania w reakcji na nietęgą minę Cola. Przełknął kilka razy ślinę, co nie pomogło w pozbyciu się kwaśnej żółci podchodzącej do ściśniętego gardła.

Przodownik wciąż nie interesował się przybyszem i chyba tym umyślnym lekceważeniem ubódł Esta najmocniej. Wreszcie poluzował zaciśnięte na dokumencie palce, a lekki papier sfrunął na blat, nie czyniąc szmeru. Mężczyzna ani drgnął przez kilka uderzeń serca, a następnie uniósł nieznacznie głowę i wilkiem popatrzył na półsmoka.

Milczeli obaj, a tworząca się między nimi atmosfera nabierała duszącego, grobowego charakteru. Est ścisnął zmiętą kartkę, by bezskutecznie zamaskować drżenie rąk. Colonell pierwszy odwrócił wzrok i pomasował czoło, jakby chcąc pozbyć się uporczywego, nawracającego bólu. Albo uwierających myśli.

Wykorzystując moment przerwania kontaktu, Est skręcił w stronę biurka z zamiarem schowania ostatniej wiadomości. Dopiero co zbierał siły, by odważnie podjąć się niewygodnego tematu, a teraz marzył o samobójczym skoku z wieży ogniowej prosto na twardy dziedziniec. Panujący w jego wnętrzu strach był tak porażający, że nie zauważył nadciągającego mężczyzny. Opamiętał się, kiedy szarpnięcie obróciło go frontalnie do człowieka.

Est rąbnął plecami w ścianę tuż pod wygaszoną lampą. Skulił się mimowolnie, gdy pięść łupnęła w kamień tuż przy jego nisko opadającym uchu. Nieśmiało podniósł wzrok i dostrzegł tak wyraźną walkę uczuć na obliczu Colonella, że przeląkł się nie na żarty. Nie mógł jednoznacznie określić czy mierzący go z góry mężczyzna był rozzłoszczony, zrozpaczony, rozczarowany, czy może wszystko to na raz. Jego pociemniałe oczy ciskały błyskawice, twarz skrzywiła się w grymasie, a szerokie barki unosiły i opadały w beznadziejnych próbach panowania nad sobą.

- Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć? - Jego baryton był podejrzanie cichy i spokojny. - Albo inaczej: czy w ogóle zamierzałeś mi powiedzieć?

Colonell tłumił kipiące w nim emocje, ale Est był pewien, że ten stan raczej nie potrwa długo. Nie bał się że oberwie, zasłużył sobie na to niedojrzałym zachowaniem. Sprawił ukochanemu mężczyźnie przykrość, zranił go i dostał rykoszetem własnej decyzji, którą tchórzliwie odwlekał w czasie wiedząc, że w niczym to nie pomoże, a jedynie wszystko pogorszy. Dostrzegał cierpienie na przystojnej, wytatuowanej twarzy, ból zdrady wykrzywiający wargi, które z taką pasją wyznawały mu najskrytsze uczucia. Które z równą jemu żarliwością smakował zaledwie kilka godzin temu...

Ile zdążył przeczytać? O czym myślał przeglądając poufną korespondencję niejednokrotnie zawierającą swoiście intymną treść? Chwila… Poufna, intymna treść mogąca zostać opacznie odebrana przez niewtajemniczonego czytelnika… Czy sir Aarim to przewidział? Skąd wiedział, że Colonell trafi na te listy? Nie mógł tego wiedzieć, nie było takiej możliwości! Ale te kilka pozornie bezsensownych zdań nie było dziełem przypadku. Lecz co przyszłoby rycerzowi-dowódcy ze skłócenia Zaklinacza Żywiołów z ludzkim zwiadowcą? I czy na pewno to miały na celu? Mistrz w życiu nie zdradziłby sekretów swego ucznia, nieważne czy od tego zależałby ich kruchy sojusz. Zatem młody książę nie miał pewności czy Est i Col są nie tyle najlepszymi przyjaciółmi, co kochankami. Chyba że moce mentalne, jakimi włada, wykraczają poza wiedzę starego doradcy.

- Col, wszystko ci wytłumaczę. Daj mi moment na zebranie myśli. - Est podniósł ręce w obronnym geście. Jedyne co zyskał, to druga pięść po drugiej stronie głowy. - Masz prawo być wściekły, rozumiem…

- Wściekły?! Dzieciaku, jestem wkurwiony! - Colonell warknął niby rozjuszony wilk i naparł całym ciałem na swoje wyciągnięte ramiona, równając twarz z białą twarzą strwożonego półsmoka. - Nie wiem kim musiałabym być, aby nie być wściekłym za tak paskudną zdradę!

- Zdradę?! To pomówienie! - zaskrzeczał Est niemal z urazą. - Nigdy bym cię nie zdradził, Col!

- Nie?! W takim razie CO! TO! JEST! - Skinieniem głowy wskazał na stół, a dokładniej nierówny stos wymiętego papieru. - Bo jak dla mnie to ewidentny dowód sprzeniewierzenia się Zakonowi!

- Col, jak rany…

- Nie uderzaj w płaczliwy ton, dzieciaku, nie teraz.

Est zawsze chciał być silny i odważny, umieć przezwyciężać trudności. Ale teraz, dosłownie przyparty do muru, czuł się jak skończony tchórz. Nie widział sensownego wyjaśnienia korespondencji, szczególnie że jego odpowiedzi były w posiadaniu niebianina.

Łzy zapiekły pod powiekami. Rozpaczliwie starał się je pohamować, aż przygryzł do krwi niezagojoną jeszcze wargę.

- Jak mam ci się wytłumaczyć, nie mając dowodów na swoją obronę? W życiu bym cię nie zdradził, Col, wiesz o tym!

- Dzieciaku… - Colonell usiłował się uspokoić, uwierzyć w zapewnienia Estiego, lecz nie potrafił. Rozluźnił pięść i przytknął palec do blizny na białej szyi. - Zapomniałeś już chyba, jak potoczyła się wasza ostatnia schadzka. Mam ci odświeżyć pamięć?

- To nie była schadzka!

- Jasne, najpierw obicie mordy, a potem skok do łóżka? Tak to według ciebie powinno wyglądać?

- To są twoje słowa, nie wkładaj ich w moje usta!

- Masz zadziwiająco krótką pamięć jeśli chodzi o tego chłopaczka. Chcesz zajrzeć do listów? - Zwiadowca odepchnął się od ściany i przeciągając gniewne spojrzenie zawrócił do stołu. - “Chciałbym ujrzeć cię w owej chwili”. Albo “Od dnia naszego pojedynku nie mogę przestać o tobie myśleć”. “Wyczekuję okazji, by móc się z tobą sprawdzić w pozostałych dziedzinach życia”. Ależ mnie ciekawi co mu odpisałeś.

- Wyrywasz to z kontekstu! Przeczytaj pełną treść!

- Bo to wygląda jak wyrwane z kontekstu, nie trzyma się treści! – Tracący rezon najemnik uniósł jeden z dokumentów na potwierdzenie swoich słów. - Zataiłeś to przede mną, a przecież jesteśmy przyjaciółmi! Kochankami!

Est ponownie wziął głęboki wdech. Pierwszy strach minął.

- Powiedziałem ci już, że chcę, byś ze mną poszedł. Z dala od Niedźwiedzi i twojego przeklętego ojca. - Postąpił kilka kroków wprzód. Zatrzymał się jednak we względnie bezpiecznej odległości, zważając na ludzkie pięści. Już raz się ze sobą zmierzyli i Est wygrał. Nie znaczyło to jeszcze, że pragnął powtórki. - To jedyna szansa na opuszczenie Twierdzy bez palenia za sobą mostów, napiętnowania dezercją i ściągania na siebie łowców nagród. Tylko tak możemy się stąd wyrwać, ty i ja.

- Mam wymienić starego na synalka arcypaladyna? Rozum ci odjęło?!

- Col, tylko w ten sposób mogę zacząć oddychać, żyć, rozwijać się! - Postępując kilka chwiejnych kroków niespiesznie rozpiął rękawiczkę i ściągnął ją, obnażając połyskującą w słabym świetle obręcz i obrączkę połączone filigranowymi łańcuszkami. - Jeżeli tu zostanę, oszaleję. Będę stanowił zagrożenie dla mieszkańców Twierdzy. Jeżeli Tyrd będzie dalej mnie uciskał i poniżał, wszystko, co do tej pory osiągnąłem, zostanie zniweczone przez to, co się we mnie budzi. Ja potrzebuję wolności, Col. Potrzebuję ciebie.

Zrozpaczony Est przerwał potok płynących z desperacji słów i podszedł jeszcze bliżej do nieprzewidywalnego człowieka. Nie mogąc złapać tchu wyciągnął ramiona w próbie dotarcia do ukochanego mężczyzny, ale niczego to nie zmieniło. Colonell przyglądał mu się z nową ostrożnością.

- Col, kocham cię i nie mógłbym zrobić ci żadnej krzywdy, uwierz mi. Mówiłem ci już, że obudziłem w sobie coś, czego nie powinienem był choćby dotykać. Tamta noc, tamten koszmarny wypadek powtórzy się szybciej, niż podejrzewam. Nie może mnie tu wtedy być. Mistrz potwierdził że najlepiej będzie, jeśli ktoś obejmie nade mną pieczę. Powinienem być stale obserwowany. I to przez ludzi potężniejszych ode mnie. - Bezsilnie opuścił ręce. Zwieszając głowę obrócił ją na tyle, by przyjaciel nie dojrzał jego ledwo powstrzymywanych łez. - Przepraszam, Col. Przez swoje tchórzostwo nie byłem w stanie wyjawić ci prawdy. Stałem się potworem, wynaturzeniem siebie samego oraz wartości wpojonych mi przez mistrza. Zawsze nim byłem. Byłoby lepiej, gdybym odszedł sam. Byłbyś bezpieczny. Przy mnie nie będziesz miał życia, na jakie zasługujesz… Przy mnie spotka cię tylko niepewność i cierpienie.

Est strzępkiem woli wycofał się w głąb komnaty. Skruszony żywił nadzieję, że Colonell wybaczy mu tę zatajoną prawdę i zamknie w czułych ramionach szepcząc, że rozumie, że wie, że ufa... Jakże był naiwny. I jakże bolesne było doznanie rozrywające mu pierś, gdy ostatnim co ujrzał, były okryte ciemnozieloną bluzą plecy oddalającego się w milczeniu najemnika.

Został sam. Sam ze sobą i palącym poczuciem winy, echem rozpaczy. Nie szukał winnych. Nie musiał, wiedział bowiem, że on sam sobie zaszkodził, na własne życzenie utracił wszystko, co miało dlań największe znaczenie. Skrzywdził Colonella, człowieka, którego kocha ponad wszelkie pojęcie. Osiągnął zamierzony rezultat, niestety okupiony najwyższą, niepodlegającą negocjacjom ceną.

sobota, 13 grudnia 2025

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 34 ~~ 🔞

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW


🔞


Rozpacz miesza się z lękiem, przenika namiętność i piętnuje szczęście, nie pozwalając Estalavanesowi w pełni cieszyć się bliskością ulubionego człowieka, albowiem nadszedł czas, by wyznać mu prawdę, wyjawić gorzkie szczegóły planu opuszczenia Twierdzy. Lecz gdy nastaje dogodny moment, Est ulega przewadze wątpliwości...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 13d'12m'25r2t]




        Nawet w intymnych scenach tych dwóch nie potrafi zachować należytej powagi. Albo to Col nie potrafi, a Est przejmuje jego zachowania przez zwyczajne naśladownictwo. Na przestrzeni fabuły doskonale widzę, jak ogromny wpływ na kształtowanie charakteru Esta ma Colonell, choć i on stopniowo ulega wewnętrznym (a nawet zewnętrznym!) przemianom. Obaj w swoim tempie dojrzewają, ale czy dostosowują się do otoczenia? A może to otoczenie zaczyna dostosowywać się do nich...? Zawsze mnie to frapowało, dlatego nie oparłam się pokusie wplecenia tego motywu w historię.

      Ciekawostka: Język Esta ma głęboki odcień czerwieni (krwisty), który odróżnia go od ludzkich (różowych). Jest też zauważalnie węższy, choć nie tak wąski jak u gadów (w sumie od jednego pochodzi, ale khalduńskie smoki to nie do końca gady - o tym kiedy indziej). I cholernie długi, ale nie ma powodów, by prezentować go w pełnej krasie (na razie). Zastanawiało mnie, dlaczego korekta Wydawnictwa wielokrotnie usuwała/korygowała opisy języka Esta, zastępując go typowo ludzkim, choć różnica jest zasadnicza i wymaga podkreślenia. Jak to ja, nie zapytałam o powód, tylko z uporem przywracałam pierwotny tekst. Bardzo mi się to nie podobało...
          Est "ochroniarzem"?! No to się porobiło...


Kącik autorki.
        Zachody słońca mają w sobie tajemnicze piękno, spowite są magią, której nie sposób uchwycić ani utrwalić. Zapewne dlatego, że odczuwane wszystkimi zmysłami dają pełniejsze doświadczenie niż na przykład oglądana fotografia. Przychylam się jeszcze obrazom, ale one mają w sobie ludzki pierwiastek: zaklęte w farbach emocje.
    Dokładnie nie pamiętam z jakiego powodu postanowiłam dodać scenę Cola skąpanego w blasku zachodzącego słońca, ale przypuszczam, że miało to związek z zachodem, który lata temu podziwiałam pisząc ten rozdział. Mam to szczęście, że bardzo często mogę zatrzymywać czas choć na kilka sekund, by napawać się pełną paletą ciepłych barw i grą światła w oknach sąsiednich bloków.

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 34 🔞

 

Colonell odwiedził wszystkie znane mu kryjówki Estiego, lecz nigdzie nie mógł go znaleźć. Jak gdyby żywa legenda nagle rozpłynęła się w powietrzu. Nikt nie wiedział, dokąd elf się udał. Zapytani wzruszali ramionami, czasem tylko racząc pytającego ploteczkami, których ten nie chciał słuchać. A powinien.

W końcu po długich i żmudnych poszukiwaniach odnalazł go w sypialni na czwartej kondygnacji Wieży Czarodziejów, zagrzebanego w pościeli, zwiniętego w ciasną kulkę z twarzą ukrytą za zasłoną brudnych dłoni. Col wciąż nie rozumiał raptownych, pozornie bezpodstawnych zmian w zachowaniu partnera, choć podejrzewał, że miały one związek z tym, co działo się w jego głowie przez ostatnie samotnie spędzone dni. Zresztą chłopak informował, że dzieje się z nim coś złego. A on popełnił ten błąd, że nie podjął tematu, gdy warunki temu sprzyjały.

Przodownik nie był naocznym świadkiem poczynań Esta poza murami Twierdzy, ale ludzie prędko przekazali mu najświeższe wieści, cholera wie jak upiększone. Do tej pory biały elf był dla najemnych bohaterem bitwy z paladynami, lecz po dzisiejszym spektakularnym poranku poczęli tytułować go cudotwórcą, a nawet wcieleniem Wszechmocnych. Co zatem się stało, że zamiast pławić się w powszechnym uznaniu, schował się w zaciszu sypialni?

- Esti, co się dzieje? - Col pochylił się nad zawiniętym w kołdrę półsmokiem. Przeciągająca się cisza zaczynała go niepokoić. - Jeśli mi nie powiesz, nie będę wiedział jak ci pomóc.

Coraz bardziej przejęty sięgnął ręką w głąb ciasnego gniazda i wymacał ciepłą szyję. Pod palcami czuł mocny puls. Cóż, przynajmniej dzieciak się nie udusił. Aczkolwiek niebawem może się to zmienić, jeśli zamierza tak przesiedzieć resztę popołudnia.

- Esti, potrzebujesz pomocy? - zagadnął ponownie, ale jak poprzednio, tak i teraz nie doczekał się odpowiedzi. - W porządku, idę po Oswyna.

Sztuczka podziałała. Kłębowisko białej pierzyny poruszyło się i z wnętrza wychynęła najżałośniejsza z istot, jakie dane mu było w życiu ujrzeć. A niemało się ich naoglądał w rynsztokach Adeili.

Serce mu się krajało na widok umorusanej, wykrzywionej rozpaczą młodziutkiej twarzy o zapuchniętych powiekach. Mężczyzna poczuł ogromny przypływ współczucia i mimo że nie znał przyczyny tego stanu, to instynktownie wyczuwał, że jego oblubieniec przeżywa właśnie największy koszmar swojego życia. Esti budził skojarzenie poturbowanego szczeniaka o smętnie opuszczonych uszach, któremu nikt nie szczędził razów. Szczeniaka, którym powinien był lepiej się opiekować.

Col nie potrafił odwrócić wzroku od tak dojmującej manifestacji smutku. Esti wyglądał na wymiętego, zniszczonego od środka przez moce, jakich człowiek nawet nie umiał sobie wyobrazić. Naraz zapragnął go objąć, pocieszyć, zapewnić, że od tej pory, co by się nie wydarzyło, on nie pozwoli mu cierpieć. Nie zrobił tego jednak. Wiedziony przeczuciem powstrzymał się w ostatniej chwili.

Est rozpaczliwie wyciągnął ku niemu ręce niczym mały chłopiec poszukujący bezpieczeństwa wśród wszechogarniających ciemności. Col bez namysłu zbliżył się do niego, przygarnął i zamknął w uścisku. Nie wypuszczając go z ramion położył się na łóżku, delikatnie przyciągając do siebie drżące ciało.

Dzieciak przylgnął do niego z siłą zrodzoną z przygnębienia. Był przerażony. Roztrzęsiony. Nie uspokajało go nawet sprawdzone głaskanie i kojący głos najdroższego przyjaciela. Jakby przebywał w innym świecie, nie mogąc się z niego wydostać. Drżenie nie ustawało, a bezradny najemnik nie pojmował, co się z nim stało. Nic nie pomagało, zaś kiełkująca bezsilność nasilała się z każdą minutą spędzoną w milczeniu. Esti nie odpowie na żadne z jego pytań, to pewne. Pozostało mu zatem trwać przy nim i dodawać otuchy samą obecnością z nadzieją, że w ten sposób osiągnie więcej niż bezowocnymi próbami nawiązania kontaktu.

Nie zaprzestając głaskania dygoczących nagich pleców zachodził w głowę, co też zdarzyło się naprawdę, że wręcz doprowadziło go do całkowitego rozstrojenia nerwowego. Esti potrafił zachować zimną krew w obliczu trudów i zagrożeń, czego dowiódł podczas zlecenia czy w trakcie otwartej walki z zaciężnymi. I jego umysł wychodził z tego niemal bez szwanku. Teraz Col miał wrażenie, że trzyma w ramionach kogoś zupełnie obcego. Skonsternowany zrozumiał, że tak było w istocie - jakby rozszczepienie osobowości chłopaka wzmogło się pod wpływem niewiadomych czynników, a jedna strona stłamsiła drugą na tyle, by nią zawładnąć. To była potworna wizja, praktycznie niemożliwa do spełnienia. A przynajmniej on tak uważał.

Zwiadowca zajrzał w twarz zgnębionego kochanka i spotkał się ze świdrującymi go na wskroś ślepiami. Przełknął ślinę zastygły w bezruchu. Nie poznawał dzieciaka i pierwszym, co na myśl mu przyszło, było wspomnienie tragicznej nocy, której nie chciał już nigdy powtarzać.

- Ty się mnie boisz - wychrypiał Est. - Dostrzegam to w twoich oczach. Zwietrzyłem twój strach, Col.

- Nie - zaprzeczył bez wahania mężczyzna. - Boję się, że znów cię stracę, że odejdziesz ode mnie bezpowrotnie. Że dokądkolwiek się udasz, choćby pod bramy Pozaświata, nie zabierzesz mnie ze sobą.

Prawda. Col nie lękał się legendarnego Zaklinacza Żywiołów, białego elfa ani nawet półsmoka. Colonell Niedźwiedziogrzywy bał się tego, co znów może się wydarzyć. Paraliżował go strach przed samotnością, lecz dla dobra ich obu nie zdradził się z tym. Kimkolwiek był teraz Esti, gwałtownie reagował na przejawy intensywnych emocji.

Ogromne jasnozielone oczy uczepiły się wytatuowanego oblicza wdzierając głęboko w środek duszy człowieka, wypatrując znamion kłamstwa czy nieszczerości. Nie znalazłszy ich, wycofały się i zwęziły. Wróciły do normalności.

- Col, dzieje się ze mną coś złego. Coś, czego nie kontroluję. To jest jak rękawiczka, jak kartka papieru nakładająca się na drugą, ukrywająca całą prawdę przed światem rzeczywistym, a nawet moim własnym! - Est szeptał jak w malignie, podnosząc się z posłania i podpierając na wyciągniętych rękach. Jego spojrzenie jaśniało hipnotyzująco. - A ty jesteś jedynym, co trzyma mnie w ryzach, we względnej całości. Jestem potworem, Col. To, co we mnie siedzi… To prawdziwy ja, jedyny ja, jaki kiedykolwiek istniał. Reszta to przykrywka dla największej bestii, jaką Estarion nosił.

Colonell zaryzykował i dotknął odmienionej przez nieokreślony grymas twarzy. Poczuł ciepło na sercu, gdy maźnięty ziemią miękki policzek przytulił się do wnętrza jego dłoni i łasił jak zabiedzony kociak.

- Esti, posłuchaj sam siebie – mruknął. - To wszystko jest bez sensu, słyszysz? Estalavanes, jakiego znam, to wielkoduszny, szczery chłopak. Nieco skryty i lękliwy, niemniej wspaniały.

Z gardła Esta dobiegł syk zniecierpliwienia.

- Nic nie rozumiesz, jak rany… Nie pojmujecie, jakie stwarzam zagrożenie. Ani kim jestem. Czym jestem.

- Więc pomóż mi zrozumieć - poprosił Col, zsuwając rękę na delikatną białą szyję. Opuszki smagłych palców natrafiły na wybrzuszoną bliznę między obojczykami. - Chcę ci pomóc, Esti. Kocham cię, dlatego proszę, nie zamykaj się na mnie.

Dotąd nie widział chłopaka w tak głębokiej depresji. Jedno źle dobrane słowo i Esti gotów był zamknąć się w sobie. Zupełnie jakby cofnęli się do stanu sprzed roku. Przodownik wolną dłonią musnął jego bok. Nie musiał patrzeć, by rozpoznać dwa cięcia nad lewym biodrem. Wyczuwał je, wyraźnie odznaczały się na aksamitnej białej skórze. Dlaczego te trzy rany nie zagoiły się? Przypuszczał, że broń paladyna była zaklęta, ale żeby…

Est nie pozwolił mu dokończyć myśli, przewidując jakim torem pobiegnie. Nienaturalnie gorące białe palce zacisnął na wędrującej dłoni ludzkiego kochanka i przysunął sobie do ust. Zmrużonych oczu nie odrywał od zaskoczonego Cola, jego lekko rozchylonych warg ze świstem wciągających haust powietrza.

Col z konsternacją śledził rozmyślnie powolne ruchy Estiego. Wąski, krwiście czerwony język prześlizgnął się wokół jego szorstkich rozprostowanych palców. W gardle mu zaschło i przełknął głośno, dwojąc wysiłki na spowolnienie bijącego szaleńczo serca. Wejrzenie skośnych jak u skaleona ślepi zawierało tak intensywnie erotyczną, dominującą  nutę, że po prostu uległ jego zniewalającemu wpływowi. Subtelna przemiana w zachowaniu chłopaka okazała się znacznie poważniejsza, niż mu się z początku wydawało. Est zmysłowo otarł się nagą piersią o jego bluzę jakby mościł się na muskularnym torsie, by zaraz podeprzeć się łokciami po obu stronach krótkouchej głowy. Oszołomiony tą niespotykaną metamorfozą mężczyzna nie odważył się poruszyć. W oczach pozornie opanowanego białego elfa czaił się błysk na miarę śmiertelnie groźnego drapieżnika.

Leżącego na plecach Colonella mrowiła skóra, a włoski stawały dęba, gdy nabierająca śmiałości dłoń podążała ścieżką płowiejących zawijasów na jego policzku. Smakujące glebą palce od niechcenia zatrzymały się na spierzchniętych wargach, a następnie przesunęły leniwie wzdłuż linii szczęki podkreślonej ciemną szczeciną.

Col nie wiedział czego spodziewać się po tak odmienionym partnerze, toteż zachowując środki ostrożności czekał cierpliwie i obserwował pieszczoty wślizgujące się pod materiał wierzchniego odzienia. Coraz silniej pożądał tego nieobliczalnego chłopaka, a kiedy wreszcie mógł się nim nacieszyć po koszmarnym tygodniu rozłąki, uwodzicielski blask jaskrawych tęczówek niby niewypowiedziany rozkaz nakazał mu trzymać ręce przy sobie.

Młody człowiek rozumiał potrzebę, której Esti nie potrafił nazwać, a która przemawiała przez niego pierwotnymi instynktami. Dzieciak przejął inicjatywę, swoimi niezdarnymi działaniami dawał jasny sygnał czego pragnie. I w tym momencie Col zapragnął go jeszcze mocniej, gdyż doświadczał dokładnie tego samego. Tak samo rozumował i tak właśnie funkcjonował. Bliskość fizyczna była dla nich punktem zaczepienia w rzeczywistości, pomagała odróżnić, który ze światów jest realny, a który fikcją stworzoną przez zwichrowaną psychikę. Akt miłosny był najbliższą, najintymniejszą formą porozumiewania się. Pozwalał rozładować nawarstwione emocje przy jednoczesnym obustronnym czerpaniu przyjemności i zacieśnianiu więzi. W ten sposób Esti uwolni się także od nadmiaru energii tajemnej…

Colonell nie zamierzał dłużej się powstrzymywać. Dziki kocur co prawda zaprezentował pokaźne kły i pazury, ale nie powinien zapominać, że to wilk jest zawsze górą.

Mężczyzna podniósł się, jak gdyby leżący na nim półsmok nic nie ważył, i zwinnie manewrując obrócił się w miejscu, by delikatnie położyć go na plecach. Est nie protestował. Siadając okrakiem na linii szczupłych bioder Col wyprostował plecy i szarpnięciem zdarł z grzbietu ciemnozieloną bluzę. Zmiął ją w rękach, ostentacyjnie napinając mięśnie ramion, po czym niedbale rzucił za siebie.

Bez słowa wpatrywali się w siebie, doszukując śladów budzących się do życia emocji, dając się ponieść fali narastającego napięcia.

Śniady mężczyzna pochylił się i przymykając powieki przytknął czoło do rozpalonego czoła partnera. W punkcie styku wyczuwał drobne drgania. Nie przypominały one znajomych dreszczy, były czymś nowym, wywołującym w nim lęk i ten specyficzny rodzaj ekscytacji, jaki zwykł czuć w najniebezpieczniejszych sytuacjach. Smak ryzyka uniósł lewy kącik ust w górę. Nie wiedział i nie chciał wiedzieć czy to sprawka Estiego, jego nowo odkryta umiejętność, czy też kumulacja uczuć, jakim nie dawali ujścia przez te kilka dni. Pojawiło się zbyt wiele niewiadomych, a na rozwikłanie ich wszystkich mieli niewiele czasu.

Z zadumy wyrwał go nieśmiały dotyk na ustach - dotyk piórka, jak zwykli nazywać tę ulotną pieszczotę, muśnięcie zaledwie. Zachęcony gestem zrewanżował się pocałunkami głębszymi, pełnymi stłumionego pożądania. Chłopak chętnie je przyjmował i oddawał z nie mniejszą żarliwością. Białe dłonie zachłannie badały szerokie plecy mężczyzny, co rusz trafiając na linię krótkich włosów na karku, aż zsunęły się ku dłuższym pasemkom. Est starannie kontrolował swe zapędy, nie chcąc wyrządzić partnerowi krzywdy.

Col był świadom że prędzej czy później skończy z kolejną raną na przedramieniu, lecz zbyt zajęty kąsaniem długich płatków uszu nie przejmował się tym zanadto. Chłonął całym sobą rozkosznie stłumione odgłosy wydobywające się z gardła dzieciaka, a świadomość, że doprowadza go do granic wytrzymałości samymi pieszczotami, niesamowicie go podniecała. Uwielbiał czuć to drobne, wijące się ciało pod swoim, delikatne muśnięcia na karku, plecach i biodrach, kiedy plątali się w miłosnym uścisku, splatali i stawali jednością o dwóch współgrających sercach.

Pozbył się spodni Estiego oraz własnych w tempie znacznie szybszym niż wskazywała na to metoda wiązania. Kopnięciem zepchnął je na brzeg łóżka, gdzie spoczęły w towarzystwie bluzy. Mocniej objął upragnione ciało o niebywale białej skórze, skubnął zębami miejsce tuż pod uchem i pomrukiem satysfakcji skomentował owijające mu się wokół bioder łydki. Nie mogąc się powstrzymać potarł gładkie uda i zsunął się niżej, na dociśnięte do pościeli pośladki, cudownie krągłe, wprost stworzone dla jego dłoni.

Rozochocony półsmok przywarł do człowieka. Ocierając się podbrzuszem o jego naprężonego członka, przycisnął nos do zagłębienia śniadej szyi. Zamierzał ugryźć kusząco odsłoniętą skórę w odpowiedzi na niespodziewany bodziec w dolnych partiach ciała, ale zdołał się pohamować. Przez przypadek mógłby przegryźć aortę. Musiał zachować więcej rozsądku, przynajmniej w chwilach, gdy był tak blisko krytycznych punktów, lecz mimo narzuconej przez siebie dyscypliny i tak nie mógł złapać tchu. Nie nadążał za zręcznymi palcami mężczyzny eksplorującymi najmniejszy nawet skrawek jego płonącego pożądaniem ciała. Słyszał swój zniekształcony żądzą głos, urywany oddech, tchnienie Cola równie szybkie co łomot serca w klatce piersiowej... Zmysły miał wyostrzone, przez co doprowadzały go do ekstatycznej pasji i potęgowały obsesję na punkcie niskich dźwięków wydawanych przez ludzkiego kochanka. Palił go ogień nie do ugaszenia w miejscach dotykanych przez wprawne dłonie. Wariował, wdychając oszałamiający zapach ich namiętności. Prężył się niczym kocur i prosił całym sobą, dopominając się pieszczot. Słodka udręka pulsowała w jego lędźwiach wieszcząc rychły wybuch. Myślał już tylko o tym, by skończyła się ona jak najprędzej...

Colonell nauczył się identyfikować sygnały wysyłane przez młodziutkie ciało; kiedy i w jaki sposób zareagować, aby osiągnąć najlepszy efekt dla nich obu. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Esti znajduje się już na skraju i długo nie wytrzyma. Choć chciał odwlec moment spełnienia, gotów dostosować się do niego, postąpił zbyt impulsywnie. Schwycił białego penisa, a stanowcze, płynne ruchy dopełniły dzieła, uwalniając chłopaka od całego nagromadzonego napięcia, które gorącym tryskiem poznaczyło płaską, wznoszącą się spazmatycznie pierś.

Ale to jeszcze nie koniec.

Wykorzystując swą wilgoć Col wszedł w niego bez uprzedniego przygotowania. Zrobił to powoli, w skupieniu śledząc reakcje partnera, którego westchnienia przeszły teraz w stłumiony pomruk bólu.

Est przygryzł kłami wnętrze dolnej wargi. Cieniutka strużka krwi zmieszanej ze śliną wyciekła kącikiem zaciśniętych ust. Zasłaniając przedramieniem oczy zwrócił głowę w bok, a gdy Col próbował go pocałować - uciekł przed nim. Zabrakło mu jednak sił, by sprzeciwiać się swemu ciału, na powrót odnajdującemu się w euforycznej plątaninie.

Zachowanie z nagła wycofującego się dzieciaka zmartwiło wtulonego w niego mężczyznę. Col już zamierzał przerwać, kiedy jego uszu dobiegło znacząco przeciągłe westchnienie, a chętne, rozpłomienione ciało podchwyciło i utrzymało wspólny rytm, zakleszczając go w miłosnym uścisku. Tym razem to na jego pośladkach zacisnęły się palce. Uniósł się na tyle, by dojrzeć ukradkowe zerknięcie, które porwało go całkowicie, należało bowiem do Estiego, jakiego znał i którego pokochał do szaleństwa.

Wolną dłonią dotknął białego policzka i skierował zawstydzoną twarz ku sobie. Wpił się w rozchylone oddechem, pokaleczone usta, językiem posmakował ostrych kłów i chociaż nie zaliczał się do osób szczególnie wokalnych w łóżku, nie potrafił stłumić dziwnego, niskiego odgłosu zaskoczenia, jaki z siebie wydał. Bo zupełnie nie spodziewał się tego, co nastąpiło potem.

Rozbłysk oślepiającej bieli pozbawił go tchu. Całym sobą przyswajał magię zamkniętą w zniewalającym pocałunku; odczuwał wibrację tuż pod skórą, ładunek energii płynącej na zewnątrz oraz od wewnątrz, zimny i gorący zarazem. Ekstaza pospołu z odurzającą mocą zapanowała nad nim, omamiła i skutecznie unieruchomiła. Szczytował, podobnie jak Esti pod nim. Z ustami w potrzasku warg o słodkiej, metalicznej nucie słuchał krwi wściekle szumiącej w uszach.

I naraz wszystko się skończyło. To fantastyczne doznanie absolutnie zniewoliło Cola, aż zapragnął natychmiast je powtórzyć! Cokolwiek zrobił Esti, było to cudowne, niespotykane, wręcz szalone! Po raz pierwszy orgazm nie był wyłącznie przelotnym wrażeniem, nabrał duchowego, nierozerwalnie wiążącego wymiaru!

Oczarowany mężczyzna nie przestawał całować oblubieńca, a jeśli już przerywał, to tylko po to, by mogli złapać dech po wspólnej chwili dzikiego zapomnienia. Uśmiech nie schodził z jego twarzy. Szczęśliwy, widział odbicie własnych szczerych uczuć w rozszerzonych dogasającą namiętnością źrenicach chłopaka.

- Esti, to było cudowne… - Rozkosznie zmęczony Colonell zsunął się z niego i podparty na łokciu odgarnął z białej skroni pasemka czarnych włosów. - Doszedłeś dwukrotnie, aż posklejały mi się włoski na brzuchu. I przekazałeś mi swoją esencję. Mam zawroty głowy, jestem do cna wyczerpany, a w uszach mi szumi nie gorzej niż po wypiciu dzbanka wzmocnionego wina.

Zachwyt błyszczący w ciemnozielonych oczach Cola oraz miłość rozbrzmiewająca w każdym jego słowie były dla Esta przyjemnością równą fizycznym pieszczotom. Wszelkie obawy uleciały z jego strapionego umysłu, przypalone ogniem miłości i przepędzone bliskością ukochanego, a ich pozostałości rozmyły się na wietrze niosącym rześki zapach nadciągających zmian.

Zaspokojony Est przeturlał się na brzuch i mrużąc oczy cieszył zalegającą między nimi ciszą. Umysł miał czysty i klarowny, jak przed wejściem w kontemplację. Zębami męczył wnętrze nadgryzionej wargi, aż oderwał kawałek luźnej tkanki. Zlizując krew zastanawiał się, jak ma odpowiedzieć na wyznanie Cola. Zaczynał się niepokoić, lecz rzut okiem na błogo uśmiechniętą brodatą twarz wystarczył, by przywrócić mu niezbędny do funkcjonowania spokój. Przy Colonellu był spokojny. Był sobą.

- Nie miałem pojęcia, że można szczytować dwa razy podczas jednego… podczas… - Bezgranicznie zażenowany Est skrył policzki w wilgotnej pościeli, tak że kolejne zdanie stłumiła grubość materiału. - Jak rany…

- Zaskoczę cię, Esti: można szczytować nawet więcej niż dwa razy pod rząd. Puść w końcu te uszy! - Rozbawiony Colonell z czułością odtrącił białe dłonie i zmierzwił czarną czuprynę. - Gdy nabierzesz wprawy i przestaniesz się wstydzić, to popracujemy nad tym. Z twoją znajomością własnego ciała powinno pójść gładko.

- Gładko?! Col, spenetrowałeś mnie bez poślizgu! - Wyrzut w głosie chłopaka zabrzmiał całkiem wyraźnie. Tak wyraźnie, jak dostrzegalny był on w oku zerkającym znad wymiętej kołdry. - To bolało.

- A zaraz potem odpłynąłeś, dzieciaku. I przed zresztą też. - Łowca także się obrócił, wiernie naśladując pozycję przyjaciela. - Teraz obaj przykleimy się do łóżka dowodem twojego…

- Idź wyłysiej z tym swoim bezwstydnym poczuciem humoru! - wysyczał Est przy jego krótkim uchu. - Tylko poczekaj aż twoje dowody wypłyną na światło dzienne!

Serdeczny wybuch śmiechu frywolnego mężczyzny był tak zaraźliwy, że Est musiał ukryć twarz, by nie widać było rozbawienia wyginającego niechętne temu kąciki białych ust.

- Uwielbiam cię, dzieciaku. - Col ostatni raz pogładził mokre od potu plecy Esta i dźwigając się z posłania, pocałował go w kark. - Zaraz pozbędę się obciążających mnie dowodów. W tym czasie opowiedz mi, co z tą twoją energią tajemną. Ewidentnie sprzedałeś mi jej część.

Est nie namyślał się długo. Podniósł głowę i wsunął pod brodę splecione ręce. Wciąż drżały.

- Zauważyłem – zaczął pomału - że w trakcie naszego pierwszego razu coś we mnie przeszło na ciebie. Przeskoczyło. Metamagiczna iskra, energetyczny zapalnik. Mistrz powiedział, że użytkownicy magii potrafią przekazywać ją za pomocą dotyku. I on właśnie tak pobiera nadmiar mocy, w pewnym sensie wbrew mojej woli, a przecież nie stawiam oporu. Trzyma moją dłoń i wyciąga ze mnie esencję.

- I postanowiłeś to sprawdzić? - Col bez ociągania się wstał z łóżka, wzrokiem poszukując suchych ręczników. Tym razem nie zostawiono ich na toaletce, tylko na brzegu stołu. - Potwierdzić teorię w praktyce?

- Tak. Choć nie jestem czaromiotem i nie tkam zaklęć, to przez przypadek odkryłem sposób, by pozbywać się jej na podobieństwo użytkowników magii. Wyszło na to, że mój talent ma wiele wspólnego z moimi emocjami. A raczej z tobą - uściślił Est.

- A więc kochając się ze mną, jesteś w stanie uwolnić się od nadwyżki esencji? I nie potrzebujesz do tego Zrzędy? - upewniał się Colonell. Przeglądając się w zwierciadle, przeczesał palcami ciemnobrązowe włosy. Zabrał ze sobą miskę wypełnioną wodą oraz ręczniki z blatu i wrócił do łóżka. - Jak się wtedy czujesz?

- To, czego doświadczyłeś przed chwilą, pomnóż kilkakrotnie i będziesz wiedział co czuję kontrolując żywioły.

- Och. - Odgłos zdumienia skłonił Esta do obejrzenia się w tył. Miska wylądowała wśród rozkopanej pościeli tuż obok niego. Krępująco nieodziany człowiek również. - To by tłumaczyło dlaczego miewasz taki wyraz twarzy, że jak stoisz, tak mam ochotę cię zerżnąć.

Słysząc rażąco ordynarny język Est zapragnął zetrzeć ten krzywy uśmieszek z ust Cola, lecz za późno się zorientował, że nie powinien się ruszać. Zabolało.

Ubawiony człowiek zniknął z widoku i zaraz pojawił się z mokrym ręcznikiem. Wciąż okrutnie chichocząc zajął się oporządzaniem leżącego. Czekający aż ciało się zregeneruje Est zdał się na opiekuńczość przyjaciela.

- Idź wyłysiej, durniu… - wywarczał bez przekonania, znów wciskając twarz w prześcieradło. Pachniało miłością. I skórą rozkochanego mężczyzny. Aż zrobiło mu się żal, że będzie musiał oddać je do prania. Czy służące rozpoznają ten zapach? Jak rany, z pewnością...

Na czas konieczny do wykonania zabiegu oczyszczającego obaj milczeli, pogrążeni w rozważaniach, przeżywający na nowo to, co minęło bezpowrotnie. Est skoncentrował się na przegryzionej, nieznośnie szczypiącej wardze. Dopóki rana się nie zagoi, będzie go drażnić swoją obecnością.

Złapał poduszkę i wsunął ją sobie pod szyję, by móc swobodnie rozmawiać. Musiał wreszcie zdobyć się na odwagę i przedstawić Colowi plan, inaczej nie mógłby spać spokojnie. W tym celu odczekał, aż ten skończy, odłoży przybory i położy się obok. Wówczas obrócił się ku niemu, gotów ujawnić skrywane w sercu sekrety, kiedy słowa zamarły na jego wargach, a zachwycone bajeczną sceną oczy otworzyły się szeroko.

Promienie zachodzącego słońca kładły się miękką, ciepłą smugą na smagłej cerze Cola, barwiąc ją pomarańczem i wyzwalając w Eście przedziwną tęsknotę utrwalającą wspomnienie, które zostanie z nim już po kres życia. Wspomnienie, które powróci za każdym razem, gdy ujrzy słońce o tak nasyconej barwie. Wtenczas przypomni sobie wspaniały uśmiech rozjaśniający przystojną ludzką twarz, figlarne oczy w ciemnych oprawach długich rzęs, tatuaż znikający pod gęstniejącą brodą. Miłość potwornie bolała, niemal wyciskała łzy spod powiek. Słodycz obcowania z nim, świadomość bycia kochanym przez tak dobrą osobę była wystarczającą nagrodą za trud włożony w utrzymanie relacji. Poza tym, Est odnalazł w ich zbliżeniach coś więcej niż dyskomfort i ból. Zaczynało mu się to podobać na tyle, by samemu je inicjować. Odnajdywał w tym siebie. Prawdziwego siebie, pozbawionego drugiej osobowości, pozbawionego wad i niedoskonałości. W oczach oblubieńca nie dojrzał potwora, lecz białego elfa o niejasnym pochodzeniu. Był zwyczajny. Tak bardzo zwyczajny, jak otaczający go ludzie.

Powoli wypuścił powietrze z płuc. Musi wyznać prawdę, teraz był ku temu najodpowiedniejszy moment. A zbędna opieszałość mogła zniweczyć jego śmiały plan.

- Col, ja... - wydukał cichym, drżącym od emocji głosem. - Podjąłem już decyzję i lada dzień stąd odejdę. Daleko stąd. Mistrz sam mi to zaproponował, a ja… Nie wytrzymam dłużej w tym miejscu. Nie mogę… Sam wiesz. Nie, chyba nie wiesz, ale… Chodź ze mną, proszę. Muszę opuścić Twierdzę. Im szybciej, tym lepiej. Dla nas wszystkich.

Leżący na boku Colonell podparł ręką głowę, a łobuzerski uśmiech natychmiast zawitał na jego obliczu. Ten człowiek często się uśmiechał i była to jedna z wielu cech czyniąca go niezwykle atrakcyjnym.

- Wydaje mi się, że masz świetny plan, skoro tak wiele ryzykujesz. - Col nie zamierzał wyjawiać Estiemu prawdy dotyczącej rozmów, jakie odbył z Magiem. Stary Zrzęda kazał mu zaufać przyjacielowi i proszę bardzo, nie pomylił się i tym razem. Chłopak naprawdę coś wykocił przez miniony sześciodzień. A on pociągnął temat udając, że o niczym nie ma pojęcia. - Wziąłeś pod uwagę, że jeśli odejdziemy, zostaniemy okrzyknięci dezerterami i stary wyśle za nami list gończy na zawrotną sumę? Nigdy już nie zaznamy spokoju.

Est ułożył się wygodniej na brzuchu i skubał skórkę rękawiczki, byle nie patrzeć na błyskotliwego przyjaciela.

- Tak, wziąłem pod uwagę i ten czynnik – przyznał. – A także kontakt z mistrzem. I twojego ojca. Jeżeli wszystko pójdzie po mojej myśli, to za dwa dni będziemy w drodze. O ile zechcesz mi towarzyszyć...

Col przygładził rozczochrane włosy elfa i owinął sobie kilka pasemek wokół palca. Przyjrzał im się w czerwieniejącym blasku zachodu wpadającym przez okna oraz uchylone drzwi balkonowe.

- Interesujące co też zrodziło się w tej twojej ślicznej główce pod moją nieobecność – ciągnął niezmienionym, wesołym tonem. - Doprawdy, nie mogę cię z oka spuścić, bo wpadasz na arcygenialne pomysły. Przeorałeś ziemię jak dzika świnia i zaplanowałeś romantyczną ucieczkę na drugi kraniec świata. Jak nic zasługujesz na miano Juliana, mój ty Romanie.

Est zaśmiał się, słysząc żart nawiązujący do miłych im obu wspomnień. Przez sekundę odnosił wrażenie, że jest jak dawniej, kiedy uczucia nie odgrywały tak wielkiej roli, a życie było przez to mniej skomplikowane. I przekonanie to byłoby trwało, gdyby nie dalsze, mrożące do szpiku kości słowa Colonella, którego humor zgasł jak zduszony płomień świecy.

- Dokąd zatem się wybieramy? Mam nadzieję, że z dala od Adeili. Naprawdę nie chciałbym mieć do czynienia z paladynami, co może być trudne, bo rozstawili mnóstwo przyczółków w całym Estarionie.

Nieopisana rozpacz ogarnęła półsmoka, który odruchowo złapał się za skronie w obawie, że przypadkiem zdradzi się z myślami. I jak miał mu teraz powiedzieć, że gdziekolwiek nie pójdą, towarzyszyć im będzie rycerz-dowódca z Adeili we własnej osobie?! A raczej pójdą wszędzie tam, gdzie on im wskaże… Przecież Col i tak się dowie! Wcale nie chciał uświadamiać go właśnie teraz, nie po tym, co wspólnie przeżyli, ale później… później będzie za późno.

Przewrotne szczęście Esta odezwało się w jakże dogodnych okolicznościach i objawiło pod postacią sięgającego czwartego piętra hałasu dobiegającego z dziedzińca. Wartownicy okrzykami przekazywali sobie polecenia na chwilę przed tym, nim o wydeptaną ziemię Twierdzy uderzyły liczne kopyta.

Col i Est wymienili spojrzenia. Było jasne, że człowiek nie słyszał wszystkiego z dokładnością godną elfa, lecz w przeciwieństwie do niego rozpoznawał komendy wykrzykiwane przez strażników na murach. Przodownik zerwał się z pościeli i wciąż pełen werwy wciągnął na nogi spodnie, pośpiesznie przecierając brzuch i tors wilgotnym ręcznikiem.

- Już tu są - rzucił w przestrzeń, rozglądając się za bluzą. Wypatrzył ją nieopodal miejsca, w którym stał. - Najwyższa pora skonfrontować się ze starym. W najlepszym razie wywali mnie na zbity pysk. W najgorszym, będą musieli mnie stamtąd wynieść. Tak czy inaczej, liczę na ciebie, dzieciaku. - Zerknął znad ramienia w stronę leżącego. Uśmiechnął się i wsunął ręce w rękawy. - Pojutrze w drodze, tak? Chyba przeżyję do tego czasu.

- Jak rany, coś ty tam nawywijał? - Est próbował przetoczyć się na bok, by popatrzeć na przyjaciela, ale wciąż był nieco zesztywniały. W końcu udało mu się usiąść. - Chyba nie narobiłeś mistrzowi kłopotów?

- Kiedyś się dowiesz, Esti. - Col podszedł do niewyraźnie wyglądającego chłopaka, palcem uniósł jego podbródek i czule ucałował miękkie usta, nie spuszczając wzroku z iskrzących zielenią oczu. - Wrócę wieczorem. Cały i zdrowy. Ewentualnie po prostu cały. Wierzę, że znajdziesz coś na sińce i skaleczenia w swojej gablocie.

Est obserwował jak przodownik w podskokach wsuwa na nogi wysokie buty i nie wiążąc ich znika za drzwiami prowadzącymi na korytarz Wieży Czarodziejów. Jeszcze przez parę oddechów wpatrywał się w punkt, gdzie po raz ostatni widział Cola, a myśli do tej pory kotłujące się w jego głowie nagle wyparowały.

Był tchórzem. Cholernym tchórzem. Nijak się nie zmienił - niczego nie zmieniła nawet druga potworna tożsamość kwitnąca na podatnym gruncie zajęczego serca. Strach go obleciał na myśl, jak zareaguje Col na wzmiankę o sir Aarimie. Powinien był postąpić jak na mężczyznę przystało, wygarnąć prawdę i dzielnie stawić czoła konsekwencjom swych decyzji. Mógł to mieć za sobą. Tymczasem widmo porażki i nieuniknionego będzie go truć niczym toksyna o długotrwałym działaniu.

Oczywiście że Colonell podąży za nim. Nie wątpił w lojalność przyjaciela ani przez chwilę. A on odpłacał mu się brataniem z wrogiem. Zrobił to samo, co uczynił mistrz: spiskował z przedstawicielem Zakonu, księciem Estarionu. I po co? Magiem powodował większy cel, szlachetny i wzniosły, a on? Własne pobudki popchnęły go w kierunku poszukiwania najłatwiejszej drogi ucieczki. Po linii najmniejszego oporu. I jak teraz spojrzy partnerowi w twarz? Wyjdzie na to, że go zdradził… Zdradził pokładane w nim zaufanie i miłość człowieka, na którym zależało mu bardziej niż na czymkolwiek innym.

Rwetes na zewnątrz wzmagał się. Zgonione konie rżały i parskały, uderzając kopytami o ubitą ziemię. Colonell miał w sobie na tyle odwagi, by przeciwstawić się ojcu. Przeciwstawić się całemu światu. Gdyby Est dysponował choć namiastką jego siły, to całe zło ubiegłego roku nie miałoby miejsca…

Przeszłość odznacza się statecznością, pozostaje historią, na którą wpływu nie posiada żadna istota – nieoczekiwanie przemknęło mu przez głowę. Przyszłość jest zmienną zależną od wielu spójnych czynników skumulowanych w biegu wydarzeń. Przyszłość jest matrycą, formą powielaną na przestrzeni lat, a jej przewidywanie dalekie jest pojęciu wieszczenia. Wnikliwa obserwacja oraz pamięć absolutna pozwalają ujrzeć to, czego prozaiczna jednostka nie dostrzeże z racji krótkiego okresu żywotności. Pomagają podjąć właściwe kroki, by zapobiegać błędom powtarzanym przez istoty o ograniczonych zdolnościach pojmowania. Ułatwiają kreację rzeczywistości na modłę istoty ponadprzeciętnie inteligentnej, nadistoty potrafiącej przejąć inicjatywę w drodze do udoskonalenia tego, co już raz wprawiono w ruch, a czego zatrzymać nie można.

Est obejrzał się za siebie, czując efemeryczny dotyk na odsłoniętym barku. Dreszcz wstrząsnął jego nagim ciałem. Wrażenie było niedorzeczne, ponieważ w sypialni poza nim nikogo nie było. Lecz ten Głos… Jakby to były jego, a zarazem cudze refleksje wszczepione do jego umysłu. Język, jakiego nie znał, a który rozumiał.

Est przełknął ślinę i z nieodpartym poczuciem bycia obserwowanym zerwał się z łóżka. Rozejrzał się za odzieniem, ale widząc dwie zbyt oddalone od siebie wymięte szmaty porzucił pomysł zbierania ich z podłogi. Sapnął zrezygnowany i poczłapał do komody. Powinien niezwłocznie zobaczyć się z mistrzem, który na szczęście nie należał do ludzi nawykłych odpoczywać po wyczerpujących podróżach. Pamiętał, że kondycja nauczyciela znacznie się pogorszyła, a kto wie, co stało się w przeciągu tygodnia. Nie miał pewności, czy kolejne wizje nie nawiedziły starego mnicha.

Mgliste wspomnienia i obce koncepcje wyparte zostały przez nowe problemy, jakich skrupulatnie doszukiwał się Est. Wysuwając górną szufladę odbiegł myślami od tematu schorowanego mentora. Zaintrygowało go dziwne zjawisko, jakie zaobserwował uprawiając miłość z Colem, a które dojrzał sam zainteresowany. Rzeczywiście, jego zamiarem było przekazanie kochankowi odrobiny magii w celu zwiększenia doznań podczas orgazmu, nie planował jednak oddać mu tak dużej ilości. Pełnej nadwyżki. Lecz dzięki temu poczuł się znów sobą. Gdy się nad tym zastanowił, podobnie było ponad rok temu, w noclegowni opiekunów. Wtedy Mag chwycił go za ramię i nieświadomie przejął część ciężkiego brzemienia, a koszmarny ból w czaszce oraz rozpacz wynikająca z posiadania wtopionego w skórę artefaktu zniknęły, jak gdyby to esencja determinowała całe jego życie. Oraz wpływała na lustrzaną osobowość, z której obecności coraz mocniej zdawał sobie sprawę.

Młody półsmok w głębi serca czuł, że dzieje się z nim coś niedobrego. Atak mógł nastąpić w najmniej oczekiwanym momencie. Będzie musiał ostrzec sir Aarima przed sobą samym. Jak na ironię, ostrzec go przed przyszłym “ochroniarzem”.