Bezlitośnie prażąca dzienna gwiazda
chowała się za horyzontem, gdy Estalavanes maszerował wydeptaną ścieżką
prowadzącą do Głównego Budynku. Starał się zachowywać możliwie najnaturalniej,
co w jego stanie nie było łatwe, bo chociaż rozum zaprzątnięty miał ważkimi
sprawami, to ciało wciąż pamiętało żar zmysłowego kochanka.
Im
mocniej zakochiwał się w Colonellu, tym silniejszy stawał się strach pożerający
jego serce. Te mieszane emocje były tak pokrętne, że Est niejednokrotnie
zastanawiał się nad swoim nadwyrężonym zdrowiem psychicznym oraz nadwątloną
poczytalnością. Jeszcze do niedawna wszelkie wyższe uczucia były dla niego totalną
abstrakcją - nie potrafił ich nazwać, bo nawet ich nie znał. Tymczasem wskutek
jednego pocałunku na wieży cały ten pieczołowicie budowany, odizolowany od
reszty świat runął, roztrzaskując się w drobne kawałeczki i kalecząc go do
krwi. Jego uniwersum okazało się o tyle niestabilne, że przy pierwszym bliższym
kontakcie mechanizm obronny zawiódł, obnażając go i porzucając na pastwę
nieznanych doznań. Nic dziwnego że przeżył wstrząs, ani że nie był - nie jest!
- w stanie sobie z tym poradzić. Z czasem zaczął łączyć fakt przebudzenia w nim
drugiej jaźni z nagłymi porywami namiętności, których nie rozumiał i nad
którymi nie panował. Jak dotąd potworne przemiany wewnętrzne czy utrata
kontroli nad mocą i ciałem nie miały miejsca, lecz mógł to być zwykły zbieg
okoliczności.
Ale
Est nie wierzył w zbiegi okoliczności.
Zajęty
intensywnymi rozważaniami dotarł do wiekowych jak sama Twierdza dębowych drzwi
gabinetu administratora i zastygł z uniesioną pięścią. Zanim wejdzie,
koniecznie musi odzyskać jasność myślenia i szybko przypomnieć sobie tematy,
które chciał rozpracować z nauczycielem. Ich liczba przytłaczała, aczkolwiek
kilka z nich błyskawicznie wypłynęło spośród wzburzonego oceanu wątpliwości.
Jak na złość kilka tych, których wcale nie planował poruszać.
Kiedy
już miał zapukać, drzwi niespodziewanie otworzyły się od wewnątrz i stanął w
nich równie zaskoczony łysy starzec w jakże gustownym odzieniu. Est nie raz już
oglądał Maga w eleganckim stroju podróżnym, jednak widok był tak niecodzienny,
że jedyne co mógł zrobić, to gapić się głupkowato. Ascetyczny mnich na co dzień
zwykł wdziewać luźną odzież o prostym kroju; wiązane w pasie tuniki bez
rękawów, workowate spodnie oraz pantofle z miękkiej skórki. W dopasowanej
skórzanej kurtce i przydających szyku spodniach o wąskich nogawkach w kolorze antracytu
prezentował się jak klasyczny przykład szlacheckiego dygnitarza, a nie osobliwy
staruszek mający tyle lat na karku, ile zmarszczek na twarzy. Wysokie buty do
jazdy konnej nosiły ślady podróży, choć sam mężczyzna nie sprawiał wrażenia
zmęczonego jazdą w siodle. Był raczej zmartwiony i najwyraźniej zamierzał udać
się do swych kwater zanim odwiedzi go uczeń. Nie zdążył. Albo to Est przyszedł
za wcześnie.
Mag
cofnął się do wnętrza gabinetu i gestem zaprosił podopiecznego, który powoli
oswajał się z towarzystwem mentora w wytwornym odzieniu.
Est
czuł się nieswojo. Nie wiedział czy będzie umiał swobodnie z nim dyskutować. Wreszcie
zganił się za idiotyczne wymysły i przekroczywszy próg, zamknął za sobą drzwi.
Spędzał tu każdy wieczór przychodząc jak do siebie, ale teraz wszystko
wyglądało zgoła inaczej. Biurko obstawione schludnymi stosikami dokumentów i
przyborami do pisania było takie samo jak wczoraj czy przedwczoraj, podobnie
biblioteczka, stół, fotele oraz pozostałe wyposażenie gabinetu. Jedyną różnicą
był mistrz. I jego obca, milcząca postawa.
Mag
był ostoją spokoju. Powiadano, że nawet koniec świata nie zakłóciłby jego
opanowania. Obecnie biło od niego wzburzenie, jak gdyby tragiczna wieść, bądź
wydarzenie, zatrzęsło niewzruszonymi fundamentami zimnego stoicyzmu. Trzęsienie
na tyle mocne, by obalić je i pogrążyć niegdysiejszego mnicha w głębokim frasunku.
-
Wybacz mi nadgorliwość, mistrzu – wymamrotał Est nie mając co ze sobą począć. Sterczał
na środku gabinetu jak skarcony uczniak i walczył z przemożną chęcią
szarpnięcia za opadające ucho. - Mogę przyjść później.
-
Nie, Estalavanesie, zostań. Zamierzałem przebrać się w wygodniejsze odzienie,
lecz nie jest to na tyle pilna rzecz, by większej wagi kwestie musiały czekać.
Mag
szybkim krokiem przeciął odległość dzielącą go od wysokiego okna. Dziedziniec
znikał w cieniu nadchodzącej nocy. Starzec zapatrzył się w gasnący firmament,
jakby w oczekiwaniu na sobie tylko znany omen.
Est
nie odważył się ruszyć ze swojego miejsca między drzwiami a biurkiem. Z uwagą
obserwował Maga, uparcie doszukując się objawów pogorszenia kondycji leciwego
człowieka. Niczego takiego nie dojrzał, jednak wypatrzył coś, co znacząco
nasiliło jego przygnębienie. I bynajmniej nie dotyczyło to stanu zdrowia
opiekuna. Zniknęła doprowadzona do perfekcji samodyscyplina mistrza, a jego
równowagą zachwiało wyjątkowo ciężkie doświadczenie. Nigdy przedtem nie widział
go w takim stanie, toteż podświadomie współodczuwał niepokój, niedorzeczny lęk.
Był rozbity, a jego instynkt samozachowawczy kazał mu wpełznąć w pierwszą
lepszą dziurę i przeczekać, aż niezrozumiała sytuacja wróci do normy. Coś mu
jednak podpowiadało, że norma już dawno nabrała zupełnie odwrotnego znaczenia.
Sędziwy
doradca ucisnął palcami nasadę orlego nosa i przymrużył zaczerwienione powieki,
wciąż wpatrując się w ciemniejące niebo. Jego siwa, przerzedzona broda była nienagannie
przystrzyżona, ujmując mu lat, niemniej gęstniejące bruzdy w kącikach oczu i
ust wyraźnie się odznaczały. Przybyło ich od momentu wyjazdu z Twierdzy, a przeczulony
uczeń szybko dostrzegł tę różnicę. Sytuacja była poważna, by nie rzec
krytyczna.
-
A oto i jest… Zawsze na czas - mruknął Mag, a uszy Esta drgnęły lekko na nieprzewidziany
odgłos.
Chłopak
zerknął w cienie zalegające za oknem. Domyślił się o kim mowa i nie potrzebował
potwierdzenia swoich przypuszczeń. Instynkt jednak rządził się własnymi
prawami, dlatego bacznie śledził majestatycznego posłańca lądującego na
zewnętrznym parapecie. Olbrzymi puchacz nastroszył pióra, domagając się
wpuszczenia.
-
Estalavanesie, bądź tak miły i zadbaj o naszego pierzastego gościa, podczas gdy
ja pójdę założyć odzienie adekwatne skromnym progom mojego gabinetu – polecił Mag,
energicznymi ruchami otwierając okno. Ptak niezwłocznie przeskoczył na
wewnętrzny parapet, rozrzucając leżące na nim szpargały. - Ach, Syntia została
poinformowana o moim przybyciu i powinna wkrótce się zjawić. Pozwól jej
rozstawić kolację na stole.
Mężczyzna
wyminął ucznia i nie wydając dalszych instrukcji opuścił pomieszczenie emanując
łagodną aurą, której Est nie przyjął za dobrą monetę. Według niego nagła zmiana
maniery Maga miała w sobie coś sztucznego, niepodobnego do niezłomnego,
statecznego człowieka.
Zniecierpliwiony
puchacz przestępował z nogi na nogę, jakby i jemu udzielił się panujący w
gabinecie nastrój. Est zacisnął pięści, lecz nie dodało mu to upragnionej
odwagi. Podszedł do napuszonego ptaka i wyjął przesyłkę z cylindra
przytroczonego do jego nóżki. Wtem sowa obróciła się raptownie, rozłożyła ogromne
skrzydła i uderzyła nimi powietrze, wylatując przez otwarte okno.
Półsmok
patrzył za posłańcem z miną wyrażającą zdumienie. Zdawał sobie sprawę, że to do
rycerza-dowódcy należało ostatnie słowo w ich małej grze, jednakże po cichu
liczył, że to jemu przypadnie w udziale zamknięcie tego rozdziału. Cóż, nie tym
razem. Sowa odleciała, ponieważ sir Aarim nie wymagał odpowiedzi. Ostateczną
odpowiedzią było to, co Est trzymał w ręce.
Wyrok
śmierci czy też przepustka do nowego życia?
Pusty
wzrok wlepiał w śnieżną biel papieru kontrastującą z czernią rękawiczki.
Chłopięca ekscytacja i ciekawość uleciały z jego głowy w chwili, kiedy dotknął
gładkiej faktury kartki zwiniętej w ciasny rulon. Od tego świstka zależała jego
przyszłość związana z Niedźwiedziami, mistrzem oraz Colonellem. A przecież Col przysiągł,
że pójdzie z nim wszędzie, byle… byle jak najdalej od Zakonu Paladynów. Co więc
zrobi, gdy dowie się o szczegółach jego planu? Co gorsza, jak zareaguje na
wieść o jego korespondencyjnej dyskusji z synem arcypaladyna? Czy wymiana
listów z rycerzem-dowódcą to coś złego? Nie są wrogami, nie osobiście. A to, że
spotkali się po przeciwnych stronach wydumanego konfliktu nie oznacza, że muszą
się nienawidzić. Będąc szczerym, Est sympatyzował z młodym rycerzem, ale nie przyznawał
się do tego. Byli zatrważająco podobni. I mogli sobie pomóc.
Est
odetchnął dla opanowania zarówno siebie, jak i drżących palców. Bardzo wolno
rozwijał krótki list, jak gdyby w ten sposób mógł odwlec w czasie nieuniknione.
Pełne gracji litery układały się w wyszukane słowa i gładkie zdania, których
Est wcale nie miał ochoty czytać. Wiedział, że wraz z tym pismem jego życie
wywinie kozła i wyląduje w kolejnym bagnie, lecz mimo to nie mógł się powstrzymać.
Przebiegł obojętnym spojrzeniem po tekście, nie spostrzegłszy powrotu Maga
przebranego w powszednie szaty pozbawione zbędnych ornamentów.
Mężczyzna
znów przypominał niepozornego staruszka, choć nieprzenikniona rozterka nadal lśniła
w jego głęboko osadzonych oczach. Czekał w pełnej szacunku odległości od
czytającego, w międzyczasie wziął tacę z kolacją od Syntii i podziękował jej
uprzejmie za wykonaną pracę. Kiedy podopieczny skończył czytać, nie poprosił go
nawet o streszczenie treści czy przekazanie mu jej, tylko bezsłownie zaprosił
do stołu i zajął ulubiony fotel naprzeciwko drzwi.
Est
nałożył sobie porcję kaszy i gulaszu. Skonsternowany rozmyślał nad otrzymaną od
sir Aarima wiadomością kompletnie zapominając gdzie się znajduje. Oraz że nie
jest sam.
-
Zatem znalazłeś rozwiązanie zadowalające wszystkich, chłopcze?
Est
podskoczył na dźwięk głosu mistrza, nie spodziewał się bowiem złamania z jego
strony niepisanej tradycji milczenia podczas spożywania wieczerzy. Zastygł z
widelcem w połowie drogi do ust i spoglądał z niedowierzaniem na Maga, który
nalewał im obu herbaty do kubków.
-
Jedz, Estalavanesie, kolacja wystygnie. I nie patrz na mnie w ten sposób. Nigdy
nie zabraniałem prowadzenia dialogu w trakcie posiłku.
Upomniany
chłopak zapamiętale pracował widelcem nie przejmując się, jak idiotycznie
wygląda. Nie jadł obiadu, a miłosne szaleństwa dodatkowo zaostrzyły jego
niemały apetyt, mimo że wszystko wokół zrobiło się nierzeczywiste. Nie miał
bladego pojęcia co zdarzyło się na włościach lorda Westermina, ale Mag zdawał
się być innym człowiekiem, choć paradoksalnie nic w nim samym nie uległo
zmianie. Czy to emocje odbite na poznaczonej wiekiem twarzy tak go poruszyły?
Zreflektował
się, że zgodnie z zasadami konwersacji na zadane pytanie wypadało odpowiedzieć,
więc zaczął z policzkami pełnymi potrawki. Zmitygował się prędko, przełknął i dopiero
wtedy popatrzył w odmienione oblicze starca.
-
Przepraszam mistrzu, nie nawykłem do rozmawiania i jedzenia równocześnie.
-
Nie troskaj się, uczniu, nie jest to niezbędna najemnikom umiejętność,
aczkolwiek na dworach możnowładców wymagana bardziej, aniżeli wprawa w
posługiwaniu się orężem. Na twoje szczęście, chyba nie będziesz częstym gościem
na salonikach elit. - Znaczące wejrzenie spod krzaczastych białych brwi wyraziło
więcej niż słowa człowieka. - Kiedy wyjeżdżasz?
Est
stracił apetyt. Odłożył widelec i sięgnął po kubek parującego napoju. Upił
odrobinę herbaty, by czymś zająć usta i dłonie. Pojutrze opuści Twierdzę. Sam,
albo z Colonellem.
-
Jutro przybędzie sir Aarim Asmodeusz – poinformował niemal szeptem. - W imieniu
króla złoży Niedźwiedziowi bezprecedensową ofertę mającą…
-
Wystarczy, Estalavanesie, nie muszę, ani co ważniejsze, nie chcę tego wiedzieć.
Chciałbym natomiast usłyszeć z twych ust zapewnienie, iż Tyrd przystanie na
propozycję księcia.
To
nie było pytanie, lecz czysta retoryka. Mag bez pośpiechu posilał się kolacją i
nie skupiał nadmiernie wzroku na uczniu wiedząc, jak niezręcznie czuje się on
pod pozornie beznamiętnym spojrzeniem czarnych oczu.
Dla
Esta nie było tajemnicą, co rycerz-dowódca zamierzał oferować w zamian za
możliwość wynajęcia Zaklinacza Żywiołów oraz przodownika. Złowieszczy
Niedźwiedź musiałby być głupcem, aby na to nie przystać, szczególnie że biały
elf był mu solą w ranie. Ale czy odda pierworodnego na pastwę Zakonu Paladynów pamiętając,
że ciąży na nim odroczona egzekucja? Sir Aarim sporo ryzykował podejmując się
samodzielnych działań na terytorium zadeklarowanego wroga. Najwidoczniej miał
ku temu powody.
-
Tak, mistrzu. Gwarantuję ci, iż Tyrd Niedźwiedziogrzywy przystanie na
propozycję księcia Aarima Asmodeusza. - Mimo szczerych chęci Est nie zdobył się
na pewny ton. – Jutrzejsza wizyta służyć będzie wyłącznie dopełnieniu
formalności.
-
Niezmiernie mnie to cieszy, chłopcze.
Nastała
cisza z rzadka przerywana pobrzękiwaniem sztućców uderzających o ceramikę. Est
bezmyślnie patrzył na połowicznie opróżnioną miskę, natomiast Mag kończył
właśnie swoją porcję i wycierał brzegi naczynia resztką pieczywa.
-
Twój zamysł ziścił się w najlepszym dla ciebie momencie, Estalavanesie.
Ujrzałem bowiem przebłysk wydarzeń sprzed dwóch tysiącleci, których świadkowie obrócili
się już w proch. - Mag odsunął naczynia na bok. Oparł się wygodniej o fotel, wspierając
łokcie o poręcze i splatając palce na linii brody. Zdążył już oswoić się z
wieścią, jaką pozornie obojętnym głosem obwieszczał zainteresowanemu. -
Historia zatoczyła pełen krąg, Estalavanesie, lecz tym razem konflikt nie
ograniczy się wyłącznie do rasy ludzkiej zamieszkującej Estarion. I arcypaladyn
ma tego pełną świadomość, w związku z czym postanowił działać. Czyni to
dyskretnie, by nagła zmiana w jego dotychczasowym postępowaniu nie przyciągnęła
zbędnej atencji. Od samego początku wiedział, iż nadciągająca siła dotyka
pierwotnego źródła i wypacza je znacznie głębiej, niż przypuszczał. I chociaż
rodzi się w sercach ludzi, to wcale się od nich nie wywodzi.
Mistrz
zamilkł i wpatrzył się w pojedynczy punkt na przeciwległej ścianie, obejmując
wzrokiem nieistniejące już miejsca.
Widelec
Esta ostatni raz stuknął o miskę. Czy było to aż tak wstrząsające, by zachwiać
najspokojniejszym człowiekiem w Estarionie? I co też miało wspólnego z jego
odejściem? Nie chciał jednak przerywać namysłu mentora, więc cierpliwie wyczekiwał
dalszych wyjaśnień.
-
To było nieuniknione, mój uczniu. Nie nauczę cię już niczego więcej,
szczególnie że teraz nie treningów fizycznych ci potrzeba. Dlatego ufam, iż sir
Aarim, niebianin oraz przyszły zwierzchnik Zakonu Paladynów, godnie mnie
zastąpi, by z należytą starannością pokierować twoją ścieżką. A może ty sam
przejmiesz kontrolę nad życiem swoim i innych? - Onyksowe, lekko zmrużone oczy
spoczęły na szeroko otwartych kocich ślepiach zmieszanego chłopaka. Przewrotny
uśmieszek wygiął pomarszczone wargi. - Nie, nie wzbraniaj się przed tym,
Estalavanesie, obaj wiemy, że tak jest w istocie. Jesteś osobą szlachetną, o
wrażliwym sercu, skorą poświęcić siebie samego dla dobra ogółu. Nie wyklucza to
bycia odpowiedzialnym za polegających na tobie ludzi. Pamiętasz, co ci mówiłem?
Wszelkie uczucia i emocje są niezbędne do życia, również te uznawane za
bezwartościowe oraz podłe. I tylko od ciebie zależy, jak je wykorzystasz. Bądź
ze sobą szczery. Jeżeli tego nie uczynisz, nie zaznasz spokoju.
Spokój!
Jak Est miał odczuwać spokój, kiedy obca jaźń usiłowała go sobie podporządkować?!
-
Mistrzu, podczas twojej nieobecności… - wyrwało mu się odruchowo, znów na czas
nie zapanował nad zdradliwym językiem. Spuścił wzrok. Urękawiczniona dłoń
machinalnie powędrowała do końcówki długiego ucha. - Podczas twojej
nieobecności odkryłem w sobie coś, do czego nie powinienem był się zbliżać. I
bezwiednie przyczyniłem się do wypuszczenia tego na zewnątrz. Teraz żyje to we
mnie, wolne i przejmujące nade mną władzę.
Zmarszczki
Maga wygładziły się, przekorny grymas znikł z jego twarzy zastąpiony powagą
zadumy.
-
Zechciej nakreślić obraz tego, co próbujesz mi przekazać, chłopcze - poprosił
cicho. - W jakich okolicznościach to nastąpiło? I czy jest tożsame z twoją
drugą osobowością?
I
strapiony Est przedstawił wydarzenia minionego tygodnia nie szczędząc
opiekunowi szczegółów. Jednocześnie tarmosił ucho będąc ledwie o włos od
załamania nerwowego. A kiedy mówił, wiele spraw nabierało dla niego nowego
wydźwięku. Pozornie losowe zdarzenia przeplatały się i wskakiwały na swe
miejsca będąc niczym innym, jak następstwami konkretnych, nieumyślnych poczynań
Esta. Świetlista bariera mogła być wyłącznie mentalną projekcją, uzmysłowieniem
sobie granicy, którą przekroczył nabywając nową zdolność. Jeśli tak, to skąd
wzięła się pełna gama niepożądanych uczuć, jakie mu wtenczas towarzyszyły?
-
Estalavanesie, prawdopodobnie twój umysł dostosowuje się do środowiska oraz
twoich potrzeb tworząc przystępne wizualizacje. Ułatwia ci zrozumienie
złożonych procesów zachodzących w twojej psychice, a także w ciele i wokół
niego. Z twojej opowieści wynika, iż samodzielnie rozwinąłeś swoją moc, nie
tracąc przy tym zmysłów ani tożsamości. Dlaczego zatem sądzisz, że cokolwiek przejmuje
nad tobą władzę?
-
Słucham? - Zaskoczony pytaniem Est poderwał gwałtownie głowę. W spojrzeniu
mistrza dostrzegł dobroduszne rozbawienie. - Dlaczego sądzę…?
-
Słyszałeś wyraźnie, mój chłopcze. Jesteś panem siebie samego, więc jak możesz
przejąć kontrolę nad czymś, nad czym już panujesz?
-
Mistrzu, chyba mnie nie zrozumiałeś. Owszem, udało mi się okiełznać kolejny
żywioł, ale to, czego doświadczyłem zaraz po tym, było… - Zdruzgotany pokręcił
głową. – Te... odczucia nie należały do mnie. Byłem nieprzyzwoicie dumny ze
swojego osiągnięcia. Poczułem się kimś wyjątkowym, niepokonanym. W tamtej
chwili byłem przekonany, że mogę wszystko. I że nie istnieje na Khaldunie siła
mogąca mi się przeciwstawić. Byłem upojony i oczarowany napływem ożywczej esencji.
Od tamtej pory mam poczucie, że nie jestem sam. Wewnątrz, w mojej głowie. Nie
słyszę głosów, lecz czuję obecność w dziwny sposób narzucającą mi emocje,
jakich sam bym nie odczuł. Przemycającą własne wartości w języku, którego nie
znam, a który rozumiem. Przeraża mnie, jak trudno odseparować cudze myśli od
własnych. Boję się, że się w tym pogubię, aż zatracę się całkowicie. Przeraża
mnie stosunek drugiej osobowości do życia, w szczególności do ludzi. Jakbym nie
był sobą.
Gdy
skończył, mentor słowem się nie odezwał. Popatrywał tylko na niego z tą
ojcowską czułością. Palce zwinięte w pięść przyłożył do okolonych białą brodą
ust, z których wydobyło się pojedyncze chrząknięcie.
Est
nie wiedział co sądzić o tym przejawie rodzicielskich uczuć. Odnosił nieznaczne
wrażenie, jakby policzki mu płonęły.
Starzec
ociężale dźwignął się z fotela i skierował swe kroki do okna. Kiedy zwrócił się
w stronę Esta, był zupełnie poważny.
-
I wracamy do początku dzisiejszej rozmowy - rzekł. - Moja rola dobiega końca,
Estalavanesie. Intuicja każe mi uczynić punktem odniesienia artefakt połączony
z twoją dłonią, choć jeszcze nie wiem, na czym konkretnie powinienem się skupić.
W przeciwieństwie do przedstawicieli Zakonu Paladynów mój zasób wiedzy
pozostaje ograniczony, dlatego ileż bym się nie głowił, nie pojmę działania
twojej bransolety. Być może nie tylko reminiscencje w niej zaklęto. Być może jej
powstanie miało na celu ukrycie twej mocy przed Macierzą oraz poszukiwaczami
magii. Skoro złączyła się z tobą w jedno, Estalavanesie, to zamysłem jej twórcy
było, abyś nigdy jej nie ściągnął, przypadkiem czy intencjonalnie. Jak gdyby
artefakt współistniał z tobą na zasadzie symbiozy. Wiedz, że nic nie dzieje się
z woli przypadku, Estalavanesie. Chyba że przypadek uznajemy za drugie imię
przeznaczenia.
Est
zerknął na okrytą czarną skórką dłoń. Rzeczywiście, kiedy po raz pierwszy
wszedł w stan kontemplacyjny, przedmiot oszalał wraz z esencją w jego ciele. Od
tamtej pory bez przerwy wyczuwał czyjąś obecność, doznał pomieszania
osobowości, które z czasem się wzmogło, odwodząc go od zmysłów. A teraz... Cały
czas wierzył, że rozbudził coś niszczycielskiego w swoim wnętrzu, czułą strunę,
której złowroga nuta rezonowała w całej jego osobie. A jeśli była to bransoleta?
Wspomnienia, jakie mu ofiarowała, niezwykłym zrządzeniem losu zatarły się, lecz
gdy się skoncentrował, przywoływał pojedyncze powidoki prędko rozmywające się
pod powiekami.
Leciwy
człowiek oczywiście miał słuszność. Był dla zagubionego półsmoka niby ojciec -
wymagający, niemniej kochający; surowy, ale i wyrozumiały. Est będzie tęsknił
za ich rozmowami oraz kolacjami. Będzie mu brakowało katorżniczych ćwiczeń czy pasjonujących
sparingów. Dzień, w którym będzie musiał dorosnąć, wkrótce nastąpi. Wówczas odrzuci
ckliwe sentymenty i, tak jak przewidział nauczyciel, ruszy swoją drogą.
Korytarz jego życia był długi, a przed nim jeszcze wiele drzwi, do których
otwarcia potrzebował kluczy, jakich na próżno szukać w murach czarnej Twierdzy.
Świat stanął dla niego otworem: szeroki horyzont zdarzeń, wachlarz możliwości.
Samodzielność oraz niezależność, o które tak zawzięcie walczył przez ostatni
rok. A gdy miał je na wyciągnięcie ręki, wahał się po nie sięgać. Bał się
nieznanego. Bał się zmian. Nie będzie już przy nim mistrza, opiekuna i ojca, gotowego
wyratować go z najgorszej opresji, służyć radą oraz pokrzepić dobrym słowem.
Będzie zdany na siebie. Nie, nie tylko na siebie. Nie będzie sam. O ile
Colonell z nim będzie, to nie bał się jutra, ponieważ jutro wszystko się wyklaruje.
Jutro przypieczętuje swój los i jeśli właściwie rozegrał tę partię, to…
Wbrew temu co mówią, przeznaczenie
można zmienić
- wyszeptała podświadomość prosto w udręczone troskami serce. Przeznaczenie jest przyszłością, a na
przyszłość wpływ ma bezlik współzależnych od siebie czynników. Potrąć jeden, a
zadrżą wszystkie.
***
Pustka na dziedzińcu nie była niczym
niespotykanym we wczesnych porach nocnych. W Twierdzy panowała nieomal
absolutna cisza i tylko wrażliwy zmysł białego elfa rejestrował ledwie
słyszalne odgłosy wybrzmiewające na murach oraz echa nocnych łowców miękko
łopoczących skrzydłami. A mimo to nieokreślone przeczucie kazało Estowi zwrócić
większą uwagę na to, co go otaczało.
Rozmowa
z mistrzem skłoniła go do zastanowienia się nad swoimi decyzjami. Nic nie
dzieje się z woli przypadku. Hołdował tej idei i coraz bardziej przekonywał
się, iż jest w niej zawarta głębsza prawda. Sir Aarim także o tym wiedział, w
innym wypadku nie wszcząłby tak szybkich i desperackich działań w kierunku
zaciągnięcia Zaklinacza Żywiołów w szeregi Zakonu Paladynów. Szczególnie, że w
rzekach nie upłynęło wiele wody od ich brutalnego starcia, z którego nie
wyszedłby żywy, gdyby Colonell nie poszedł mu w sukurs. Wciąż ciągnęły go
blizny po cięciach zadanych mieczem paladyna, mimo że jego organizm
nienaturalnie szybko goił śmiertelne rany, nie pozostawiając po nich śladu. Wydawało
się to o tyle nielogiczne, że wręcz sobie przeczyło.
Wspinając
się po schodach wieży bezwiednie dotknął blizn osłoniętych bezrękawnikiem. Już
do końca życia będzie musiał znosić ich szpetotę. Mnóstwo razy słyszał jak
najemnicy Niedźwiedzi przechwalali się szramami zdobytymi w bojach. Chełpili
się nimi podkreślając, iż kobiety chętniej wybierały właśnie tych, którzy
zgromadzili ich imponującą ilość. Dla niego były symbolem porażki, nie
zwycięstwa. Nie potrafił cieszyć się, że do jego odstręczającej aparycji dołączyły
kolejne znamiona odmienności. Szczególnie ta jedna, widoczna w zagłębieniu szyi.
Przygnębiony
kurczowo trzymał zmiętą kulkę papieru. Jej ostre rogi wżynały się w miękkie
wnętrze jego dłoni. Boleśnie przypomniało mu to o mrocznej tajemnicy, którą powinien
podzielić się z Colem. Powinien był przyznać się do tego, co robił pod jego
nieobecność i uzasadnić, dlaczego podjął się tak drastycznych środków w drodze
ku złudnej wolności. Znów nie zastosował się do rady mistrza, który twierdził,
iż lepiej narazić się na gniew wyznaniem cierpkiej prawdy płynącej z serca,
aniżeli stracić zaufanie lojalnego przyjaciela. Ale jak miał to zrobić, skoro
nie umiał sklecić w myślach spójnego zdania? Nie wiedział jak zagaić rozmowę,
ponieważ w jego głowie ziała kompletna pustka. Stojąc przed drzwiami własnej
komnaty gorączkowo kombinował nad wymówką, która uchroniłaby go przed
kompromitacją w oczach wybranka. Równie dobrze mógł zwyczajnie wejść i nie
zastać partnera. Podejrzewał jednak, że ten już go wypatruje. O ile wyszedł ze
spotkania z ojcem bez szwanku.
Est
wziął powolny wdech dla ukojenia nerwów i ze świstem wypuścił powietrze z płuc.
Bardziej przygotowany już nie będzie. Nacisnął klamkę i pchnął ciężkie drzwi.
Wchodząc, wzrok natychmiast utkwił w scenie, która wstrzymała pracę jego serca
na kilka sekund. Jedna z szuflad biurka była wysunięta. Wstrząśnięty spojrzał
odruchowo w stronę foteli oraz stołu, gdzie dojrzał pochylonego nad blatem
człowieka. Ruszył ku niemu, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa, zatrzymując
ciało w niepewnym półkroku. Rozszerzone lękiem źrenice spoczęły na
charakterystycznie pogiętych kartkach ułożonych na stole oraz tej jednej w
ciemnoskórej dłoni mężczyzny.
Esta
zmroziło. Colonell siedział w fotelu i oparty łokciami o kolana rozczytywał
eleganckie zawijasy listu opatrzonego pieczęcią Zakonu Paladynów. Było już za
późno na wyjaśnienia. Młody mężczyzna bez wątpienia wychwycił skrzypnięcie
drzwi, był wszak zwiadowcą o wyczulonym jak na człowieka słuchu. Celowo
zignorował partnera, albo był tak wściekły, że tylko czekał na jego ruch.
Chłopak
tracił grunt pod stopami. Panika zawładnęła jego opustoszałym umysłem, który
natychmiast odmówił funkcjonowania w reakcji na nietęgą minę Cola. Przełknął
kilka razy ślinę, co nie pomogło w pozbyciu się kwaśnej żółci podchodzącej do
ściśniętego gardła.
Przodownik
wciąż nie interesował się przybyszem i chyba tym umyślnym lekceważeniem ubódł
Esta najmocniej. Wreszcie poluzował zaciśnięte na dokumencie palce, a lekki
papier sfrunął na blat, nie czyniąc szmeru. Mężczyzna ani drgnął przez kilka
uderzeń serca, a następnie uniósł nieznacznie głowę i wilkiem popatrzył na półsmoka.
Milczeli
obaj, a tworząca się między nimi atmosfera nabierała duszącego, grobowego
charakteru. Est ścisnął zmiętą kartkę, by bezskutecznie zamaskować drżenie rąk.
Colonell pierwszy odwrócił wzrok i pomasował czoło, jakby chcąc pozbyć się
uporczywego, nawracającego bólu. Albo uwierających myśli.
Wykorzystując
moment przerwania kontaktu, Est skręcił w stronę biurka z zamiarem schowania ostatniej
wiadomości. Dopiero co zbierał siły, by odważnie podjąć się niewygodnego
tematu, a teraz marzył o samobójczym skoku z wieży ogniowej prosto na twardy
dziedziniec. Panujący w jego wnętrzu strach był tak porażający, że nie zauważył
nadciągającego mężczyzny. Opamiętał się, kiedy szarpnięcie obróciło go frontalnie
do człowieka.
Est
rąbnął plecami w ścianę tuż pod wygaszoną lampą. Skulił się mimowolnie, gdy
pięść łupnęła w kamień tuż przy jego nisko opadającym uchu. Nieśmiało podniósł
wzrok i dostrzegł tak wyraźną walkę uczuć na obliczu Colonella, że przeląkł się
nie na żarty. Nie mógł jednoznacznie określić czy mierzący go z góry mężczyzna
był rozzłoszczony, zrozpaczony, rozczarowany, czy może wszystko to na raz. Jego
pociemniałe oczy ciskały błyskawice, twarz skrzywiła się w grymasie, a szerokie
barki unosiły i opadały w beznadziejnych próbach panowania nad sobą.
-
Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć? - Jego baryton był podejrzanie cichy i
spokojny. - Albo inaczej: czy w ogóle zamierzałeś mi powiedzieć?
Colonell
tłumił kipiące w nim emocje, ale Est był pewien, że ten stan raczej nie potrwa
długo. Nie bał się że oberwie, zasłużył sobie na to niedojrzałym zachowaniem.
Sprawił ukochanemu mężczyźnie przykrość, zranił go i dostał rykoszetem własnej
decyzji, którą tchórzliwie odwlekał w czasie wiedząc, że w niczym to nie
pomoże, a jedynie wszystko pogorszy. Dostrzegał cierpienie na przystojnej,
wytatuowanej twarzy, ból zdrady wykrzywiający wargi, które z taką pasją
wyznawały mu najskrytsze uczucia. Które z równą jemu żarliwością smakował
zaledwie kilka godzin temu...
Ile
zdążył przeczytać? O czym myślał przeglądając poufną korespondencję
niejednokrotnie zawierającą swoiście intymną treść? Chwila… Poufna, intymna
treść mogąca zostać opacznie odebrana przez niewtajemniczonego czytelnika… Czy
sir Aarim to przewidział? Skąd wiedział, że Colonell trafi na te listy? Nie
mógł tego wiedzieć, nie było takiej możliwości! Ale te kilka pozornie
bezsensownych zdań nie było dziełem przypadku. Lecz co przyszłoby rycerzowi-dowódcy
ze skłócenia Zaklinacza Żywiołów z ludzkim zwiadowcą? I czy na pewno to miały
na celu? Mistrz w życiu nie zdradziłby sekretów swego ucznia, nieważne czy od
tego zależałby ich kruchy sojusz. Zatem młody książę nie miał pewności czy Est
i Col są nie tyle najlepszymi przyjaciółmi, co kochankami. Chyba że moce
mentalne, jakimi włada, wykraczają poza wiedzę starego doradcy.
-
Col, wszystko ci wytłumaczę. Daj mi moment na zebranie myśli. - Est podniósł
ręce w obronnym geście. Jedyne co zyskał, to druga pięść po drugiej stronie
głowy. - Masz prawo być wściekły, rozumiem…
-
Wściekły?! Dzieciaku, jestem wkurwiony! - Colonell warknął niby rozjuszony wilk
i naparł całym ciałem na swoje wyciągnięte ramiona, równając twarz z białą
twarzą strwożonego półsmoka. - Nie wiem kim musiałabym być, aby nie być
wściekłym za tak paskudną zdradę!
-
Zdradę?! To pomówienie! - zaskrzeczał Est niemal z urazą. - Nigdy bym cię nie
zdradził, Col!
-
Nie?! W takim razie CO! TO! JEST! - Skinieniem głowy wskazał na stół, a
dokładniej nierówny stos wymiętego papieru. - Bo jak dla mnie to ewidentny dowód
sprzeniewierzenia się Zakonowi!
-
Col, jak rany…
-
Nie uderzaj w płaczliwy ton, dzieciaku, nie teraz.
Est
zawsze chciał być silny i odważny, umieć przezwyciężać trudności. Ale teraz, dosłownie
przyparty do muru, czuł się jak skończony tchórz. Nie widział sensownego
wyjaśnienia korespondencji, szczególnie że jego odpowiedzi były w posiadaniu
niebianina.
Łzy
zapiekły pod powiekami. Rozpaczliwie starał się je pohamować, aż przygryzł do
krwi niezagojoną jeszcze wargę.
-
Jak mam ci się wytłumaczyć, nie mając dowodów na swoją obronę? W życiu bym cię
nie zdradził, Col, wiesz o tym!
-
Dzieciaku… - Colonell usiłował się uspokoić, uwierzyć w zapewnienia Estiego, lecz
nie potrafił. Rozluźnił pięść i przytknął palec do blizny na białej szyi. -
Zapomniałeś już chyba, jak potoczyła się wasza ostatnia schadzka. Mam ci odświeżyć
pamięć?
-
To nie była schadzka!
-
Jasne, najpierw obicie mordy, a potem skok do łóżka? Tak to według ciebie
powinno wyglądać?
-
To są twoje słowa, nie wkładaj ich w moje usta!
-
Masz zadziwiająco krótką pamięć jeśli chodzi o tego chłopaczka. Chcesz zajrzeć do
listów? - Zwiadowca odepchnął się od ściany i przeciągając gniewne spojrzenie zawrócił
do stołu. - “Chciałbym ujrzeć cię w owej chwili”. Albo “Od dnia naszego
pojedynku nie mogę przestać o tobie myśleć”. “Wyczekuję okazji, by móc się z
tobą sprawdzić w pozostałych dziedzinach życia”. Ależ mnie ciekawi co mu odpisałeś.
-
Wyrywasz to z kontekstu! Przeczytaj pełną treść!
-
Bo to wygląda jak wyrwane z kontekstu, nie trzyma się treści! – Tracący rezon najemnik
uniósł jeden z dokumentów na potwierdzenie swoich słów. - Zataiłeś to przede
mną, a przecież jesteśmy przyjaciółmi! Kochankami!
Est
ponownie wziął głęboki wdech. Pierwszy strach minął.
-
Powiedziałem ci już, że chcę, byś ze mną poszedł. Z dala od Niedźwiedzi i
twojego przeklętego ojca. - Postąpił kilka kroków wprzód. Zatrzymał się jednak
we względnie bezpiecznej odległości, zważając na ludzkie pięści. Już raz się ze
sobą zmierzyli i Est wygrał. Nie znaczyło to jeszcze, że pragnął powtórki. - To
jedyna szansa na opuszczenie Twierdzy bez palenia za sobą mostów, napiętnowania
dezercją i ściągania na siebie łowców nagród. Tylko tak możemy się stąd wyrwać,
ty i ja.
-
Mam wymienić starego na synalka arcypaladyna? Rozum ci odjęło?!
-
Col, tylko w ten sposób mogę zacząć oddychać, żyć, rozwijać się! - Postępując
kilka chwiejnych kroków niespiesznie rozpiął rękawiczkę i ściągnął ją,
obnażając połyskującą w słabym świetle obręcz i obrączkę połączone
filigranowymi łańcuszkami. - Jeżeli tu zostanę, oszaleję. Będę stanowił
zagrożenie dla mieszkańców Twierdzy. Jeżeli Tyrd będzie dalej mnie uciskał i
poniżał, wszystko, co do tej pory osiągnąłem, zostanie zniweczone przez to, co
się we mnie budzi. Ja potrzebuję wolności, Col. Potrzebuję ciebie.
Zrozpaczony
Est przerwał potok płynących z desperacji słów i podszedł jeszcze bliżej do nieprzewidywalnego
człowieka. Nie mogąc złapać tchu wyciągnął ramiona w próbie dotarcia do ukochanego
mężczyzny, ale niczego to nie zmieniło. Colonell przyglądał mu się z nową
ostrożnością.
-
Col, kocham cię i nie mógłbym zrobić ci żadnej krzywdy, uwierz mi. Mówiłem ci
już, że obudziłem w sobie coś, czego nie powinienem był choćby dotykać. Tamta
noc, tamten koszmarny wypadek powtórzy się szybciej, niż podejrzewam. Nie może
mnie tu wtedy być. Mistrz potwierdził że najlepiej będzie, jeśli ktoś obejmie
nade mną pieczę. Powinienem być stale obserwowany. I to przez ludzi
potężniejszych ode mnie. - Bezsilnie opuścił ręce. Zwieszając głowę obrócił ją
na tyle, by przyjaciel nie dojrzał jego ledwo powstrzymywanych łez. -
Przepraszam, Col. Przez swoje tchórzostwo nie byłem w stanie wyjawić ci prawdy.
Stałem się potworem, wynaturzeniem siebie samego oraz wartości wpojonych mi
przez mistrza. Zawsze nim byłem. Byłoby lepiej, gdybym odszedł sam. Byłbyś
bezpieczny. Przy mnie nie będziesz miał życia, na jakie zasługujesz… Przy mnie spotka
cię tylko niepewność i cierpienie.
Est
strzępkiem woli wycofał się w głąb komnaty. Skruszony żywił nadzieję, że
Colonell wybaczy mu tę zatajoną prawdę i zamknie w czułych ramionach szepcząc,
że rozumie, że wie, że ufa... Jakże był naiwny. I jakże bolesne było doznanie
rozrywające mu pierś, gdy ostatnim co ujrzał, były okryte ciemnozieloną bluzą
plecy oddalającego się w milczeniu najemnika.
Został
sam. Sam ze sobą i palącym poczuciem winy, echem rozpaczy. Nie szukał winnych.
Nie musiał, wiedział bowiem, że on sam sobie zaszkodził, na własne życzenie
utracił wszystko, co miało dlań największe znaczenie. Skrzywdził Colonella,
człowieka, którego kocha ponad wszelkie pojęcie. Osiągnął zamierzony rezultat,
niestety okupiony najwyższą, niepodlegającą negocjacjom ceną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz