poniedziałek, 29 grudnia 2025

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 35

 

Bezlitośnie prażąca dzienna gwiazda chowała się za horyzontem, gdy Estalavanes maszerował wydeptaną ścieżką prowadzącą do Głównego Budynku. Starał się zachowywać możliwie najnaturalniej, co w jego stanie nie było łatwe, bo chociaż rozum zaprzątnięty miał ważkimi sprawami, to ciało wciąż pamiętało żar zmysłowego kochanka.

Im mocniej zakochiwał się w Colonellu, tym silniejszy stawał się strach pożerający jego serce. Te mieszane emocje były tak pokrętne, że Est niejednokrotnie zastanawiał się nad swoim nadwyrężonym zdrowiem psychicznym oraz nadwątloną poczytalnością. Jeszcze do niedawna wszelkie wyższe uczucia były dla niego totalną abstrakcją - nie potrafił ich nazwać, bo nawet ich nie znał. Tymczasem wskutek jednego pocałunku na wieży cały ten pieczołowicie budowany, odizolowany od reszty świat runął, roztrzaskując się w drobne kawałeczki i kalecząc go do krwi. Jego uniwersum okazało się o tyle niestabilne, że przy pierwszym bliższym kontakcie mechanizm obronny zawiódł, obnażając go i porzucając na pastwę nieznanych doznań. Nic dziwnego że przeżył wstrząs, ani że nie był - nie jest! - w stanie sobie z tym poradzić. Z czasem zaczął łączyć fakt przebudzenia w nim drugiej jaźni z nagłymi porywami namiętności, których nie rozumiał i nad którymi nie panował. Jak dotąd potworne przemiany wewnętrzne czy utrata kontroli nad mocą i ciałem nie miały miejsca, lecz mógł to być zwykły zbieg okoliczności.

Ale Est nie wierzył w zbiegi okoliczności.

Zajęty intensywnymi rozważaniami dotarł do wiekowych jak sama Twierdza dębowych drzwi gabinetu administratora i zastygł z uniesioną pięścią. Zanim wejdzie, koniecznie musi odzyskać jasność myślenia i szybko przypomnieć sobie tematy, które chciał rozpracować z nauczycielem. Ich liczba przytłaczała, aczkolwiek kilka z nich błyskawicznie wypłynęło spośród wzburzonego oceanu wątpliwości. Jak na złość kilka tych, których wcale nie planował poruszać.

Kiedy już miał zapukać, drzwi niespodziewanie otworzyły się od wewnątrz i stanął w nich równie zaskoczony łysy starzec w jakże gustownym odzieniu. Est nie raz już oglądał Maga w eleganckim stroju podróżnym, jednak widok był tak niecodzienny, że jedyne co mógł zrobić, to gapić się głupkowato. Ascetyczny mnich na co dzień zwykł wdziewać luźną odzież o prostym kroju; wiązane w pasie tuniki bez rękawów, workowate spodnie oraz pantofle z miękkiej skórki. W dopasowanej skórzanej kurtce i przydających szyku spodniach o wąskich nogawkach w kolorze antracytu prezentował się jak klasyczny przykład szlacheckiego dygnitarza, a nie osobliwy staruszek mający tyle lat na karku, ile zmarszczek na twarzy. Wysokie buty do jazdy konnej nosiły ślady podróży, choć sam mężczyzna nie sprawiał wrażenia zmęczonego jazdą w siodle. Był raczej zmartwiony i najwyraźniej zamierzał udać się do swych kwater zanim odwiedzi go uczeń. Nie zdążył. Albo to Est przyszedł za wcześnie.

Mag cofnął się do wnętrza gabinetu i gestem zaprosił podopiecznego, który powoli oswajał się z towarzystwem mentora w wytwornym odzieniu.

Est czuł się nieswojo. Nie wiedział czy będzie umiał swobodnie z nim dyskutować. Wreszcie zganił się za idiotyczne wymysły i przekroczywszy próg, zamknął za sobą drzwi. Spędzał tu każdy wieczór przychodząc jak do siebie, ale teraz wszystko wyglądało zgoła inaczej. Biurko obstawione schludnymi stosikami dokumentów i przyborami do pisania było takie samo jak wczoraj czy przedwczoraj, podobnie biblioteczka, stół, fotele oraz pozostałe wyposażenie gabinetu. Jedyną różnicą był mistrz. I jego obca, milcząca postawa.

Mag był ostoją spokoju. Powiadano, że nawet koniec świata nie zakłóciłby jego opanowania. Obecnie biło od niego wzburzenie, jak gdyby tragiczna wieść, bądź wydarzenie, zatrzęsło niewzruszonymi fundamentami zimnego stoicyzmu. Trzęsienie na tyle mocne, by obalić je i pogrążyć niegdysiejszego mnicha w głębokim frasunku.

- Wybacz mi nadgorliwość, mistrzu – wymamrotał Est nie mając co ze sobą począć. Sterczał na środku gabinetu jak skarcony uczniak i walczył z przemożną chęcią szarpnięcia za opadające ucho. - Mogę przyjść później.

- Nie, Estalavanesie, zostań. Zamierzałem przebrać się w wygodniejsze odzienie, lecz nie jest to na tyle pilna rzecz, by większej wagi kwestie musiały czekać.

Mag szybkim krokiem przeciął odległość dzielącą go od wysokiego okna. Dziedziniec znikał w cieniu nadchodzącej nocy. Starzec zapatrzył się w gasnący firmament, jakby w oczekiwaniu na sobie tylko znany omen.

Est nie odważył się ruszyć ze swojego miejsca między drzwiami a biurkiem. Z uwagą obserwował Maga, uparcie doszukując się objawów pogorszenia kondycji leciwego człowieka. Niczego takiego nie dojrzał, jednak wypatrzył coś, co znacząco nasiliło jego przygnębienie. I bynajmniej nie dotyczyło to stanu zdrowia opiekuna. Zniknęła doprowadzona do perfekcji samodyscyplina mistrza, a jego równowagą zachwiało wyjątkowo ciężkie doświadczenie. Nigdy przedtem nie widział go w takim stanie, toteż podświadomie współodczuwał niepokój, niedorzeczny lęk. Był rozbity, a jego instynkt samozachowawczy kazał mu wpełznąć w pierwszą lepszą dziurę i przeczekać, aż niezrozumiała sytuacja wróci do normy. Coś mu jednak podpowiadało, że norma już dawno nabrała zupełnie odwrotnego znaczenia.

Sędziwy doradca ucisnął palcami nasadę orlego nosa i przymrużył zaczerwienione powieki, wciąż wpatrując się w ciemniejące niebo. Jego siwa, przerzedzona broda była nienagannie przystrzyżona, ujmując mu lat, niemniej gęstniejące bruzdy w kącikach oczu i ust wyraźnie się odznaczały. Przybyło ich od momentu wyjazdu z Twierdzy, a przeczulony uczeń szybko dostrzegł tę różnicę. Sytuacja była poważna, by nie rzec krytyczna.

- A oto i jest… Zawsze na czas - mruknął Mag, a uszy Esta drgnęły lekko na nieprzewidziany odgłos.

Chłopak zerknął w cienie zalegające za oknem. Domyślił się o kim mowa i nie potrzebował potwierdzenia swoich przypuszczeń. Instynkt jednak rządził się własnymi prawami, dlatego bacznie śledził majestatycznego posłańca lądującego na zewnętrznym parapecie. Olbrzymi puchacz nastroszył pióra, domagając się wpuszczenia.

- Estalavanesie, bądź tak miły i zadbaj o naszego pierzastego gościa, podczas gdy ja pójdę założyć odzienie adekwatne skromnym progom mojego gabinetu – polecił Mag, energicznymi ruchami otwierając okno. Ptak niezwłocznie przeskoczył na wewnętrzny parapet, rozrzucając leżące na nim szpargały. - Ach, Syntia została poinformowana o moim przybyciu i powinna wkrótce się zjawić. Pozwól jej rozstawić kolację na stole.

Mężczyzna wyminął ucznia i nie wydając dalszych instrukcji opuścił pomieszczenie emanując łagodną aurą, której Est nie przyjął za dobrą monetę. Według niego nagła zmiana maniery Maga miała w sobie coś sztucznego, niepodobnego do niezłomnego, statecznego człowieka.

Zniecierpliwiony puchacz przestępował z nogi na nogę, jakby i jemu udzielił się panujący w gabinecie nastrój. Est zacisnął pięści, lecz nie dodało mu to upragnionej odwagi. Podszedł do napuszonego ptaka i wyjął przesyłkę z cylindra przytroczonego do jego nóżki. Wtem sowa obróciła się raptownie, rozłożyła ogromne skrzydła i uderzyła nimi powietrze, wylatując przez otwarte okno.

Półsmok patrzył za posłańcem z miną wyrażającą zdumienie. Zdawał sobie sprawę, że to do rycerza-dowódcy należało ostatnie słowo w ich małej grze, jednakże po cichu liczył, że to jemu przypadnie w udziale zamknięcie tego rozdziału. Cóż, nie tym razem. Sowa odleciała, ponieważ sir Aarim nie wymagał odpowiedzi. Ostateczną odpowiedzią było to, co Est trzymał w ręce.

Wyrok śmierci czy też przepustka do nowego życia?

Pusty wzrok wlepiał w śnieżną biel papieru kontrastującą z czernią rękawiczki. Chłopięca ekscytacja i ciekawość uleciały z jego głowy w chwili, kiedy dotknął gładkiej faktury kartki zwiniętej w ciasny rulon. Od tego świstka zależała jego przyszłość związana z Niedźwiedziami, mistrzem oraz Colonellem. A przecież Col przysiągł, że pójdzie z nim wszędzie, byle… byle jak najdalej od Zakonu Paladynów. Co więc zrobi, gdy dowie się o szczegółach jego planu? Co gorsza, jak zareaguje na wieść o jego korespondencyjnej dyskusji z synem arcypaladyna? Czy wymiana listów z rycerzem-dowódcą to coś złego? Nie są wrogami, nie osobiście. A to, że spotkali się po przeciwnych stronach wydumanego konfliktu nie oznacza, że muszą się nienawidzić. Będąc szczerym, Est sympatyzował z młodym rycerzem, ale nie przyznawał się do tego. Byli zatrważająco podobni. I mogli sobie pomóc.

Est odetchnął dla opanowania zarówno siebie, jak i drżących palców. Bardzo wolno rozwijał krótki list, jak gdyby w ten sposób mógł odwlec w czasie nieuniknione. Pełne gracji litery układały się w wyszukane słowa i gładkie zdania, których Est wcale nie miał ochoty czytać. Wiedział, że wraz z tym pismem jego życie wywinie kozła i wyląduje w kolejnym bagnie, lecz mimo to nie mógł się powstrzymać. Przebiegł obojętnym spojrzeniem po tekście, nie spostrzegłszy powrotu Maga przebranego w powszednie szaty pozbawione zbędnych ornamentów.

Mężczyzna znów przypominał niepozornego staruszka, choć nieprzenikniona rozterka nadal lśniła w jego głęboko osadzonych oczach. Czekał w pełnej szacunku odległości od czytającego, w międzyczasie wziął tacę z kolacją od Syntii i podziękował jej uprzejmie za wykonaną pracę. Kiedy podopieczny skończył czytać, nie poprosił go nawet o streszczenie treści czy przekazanie mu jej, tylko bezsłownie zaprosił do stołu i zajął ulubiony fotel naprzeciwko drzwi.

Est nałożył sobie porcję kaszy i gulaszu. Skonsternowany rozmyślał nad otrzymaną od sir Aarima wiadomością kompletnie zapominając gdzie się znajduje. Oraz że nie jest sam.

- Zatem znalazłeś rozwiązanie zadowalające wszystkich, chłopcze?

Est podskoczył na dźwięk głosu mistrza, nie spodziewał się bowiem złamania z jego strony niepisanej tradycji milczenia podczas spożywania wieczerzy. Zastygł z widelcem w połowie drogi do ust i spoglądał z niedowierzaniem na Maga, który nalewał im obu herbaty do kubków.

- Jedz, Estalavanesie, kolacja wystygnie. I nie patrz na mnie w ten sposób. Nigdy nie zabraniałem prowadzenia dialogu w trakcie posiłku.

Upomniany chłopak zapamiętale pracował widelcem nie przejmując się, jak idiotycznie wygląda. Nie jadł obiadu, a miłosne szaleństwa dodatkowo zaostrzyły jego niemały apetyt, mimo że wszystko wokół zrobiło się nierzeczywiste. Nie miał bladego pojęcia co zdarzyło się na włościach lorda Westermina, ale Mag zdawał się być innym człowiekiem, choć paradoksalnie nic w nim samym nie uległo zmianie. Czy to emocje odbite na poznaczonej wiekiem twarzy tak go poruszyły?

Zreflektował się, że zgodnie z zasadami konwersacji na zadane pytanie wypadało odpowiedzieć, więc zaczął z policzkami pełnymi potrawki. Zmitygował się prędko, przełknął i dopiero wtedy popatrzył w odmienione oblicze starca.

- Przepraszam mistrzu, nie nawykłem do rozmawiania i jedzenia równocześnie.

- Nie troskaj się, uczniu, nie jest to niezbędna najemnikom umiejętność, aczkolwiek na dworach możnowładców wymagana bardziej, aniżeli wprawa w posługiwaniu się orężem. Na twoje szczęście, chyba nie będziesz częstym gościem na salonikach elit. - Znaczące wejrzenie spod krzaczastych białych brwi wyraziło więcej niż słowa człowieka. - Kiedy wyjeżdżasz?

Est stracił apetyt. Odłożył widelec i sięgnął po kubek parującego napoju. Upił odrobinę herbaty, by czymś zająć usta i dłonie. Pojutrze opuści Twierdzę. Sam, albo z Colonellem.

- Jutro przybędzie sir Aarim Asmodeusz – poinformował niemal szeptem. - W imieniu króla złoży Niedźwiedziowi bezprecedensową ofertę mającą…

- Wystarczy, Estalavanesie, nie muszę, ani co ważniejsze, nie chcę tego wiedzieć. Chciałbym natomiast usłyszeć z twych ust zapewnienie, iż Tyrd przystanie na propozycję księcia.

To nie było pytanie, lecz czysta retoryka. Mag bez pośpiechu posilał się kolacją i nie skupiał nadmiernie wzroku na uczniu wiedząc, jak niezręcznie czuje się on pod pozornie beznamiętnym spojrzeniem czarnych oczu.

Dla Esta nie było tajemnicą, co rycerz-dowódca zamierzał oferować w zamian za możliwość wynajęcia Zaklinacza Żywiołów oraz przodownika. Złowieszczy Niedźwiedź musiałby być głupcem, aby na to nie przystać, szczególnie że biały elf był mu solą w ranie. Ale czy odda pierworodnego na pastwę Zakonu Paladynów pamiętając, że ciąży na nim odroczona egzekucja? Sir Aarim sporo ryzykował podejmując się samodzielnych działań na terytorium zadeklarowanego wroga. Najwidoczniej miał ku temu powody.

- Tak, mistrzu. Gwarantuję ci, iż Tyrd Niedźwiedziogrzywy przystanie na propozycję księcia Aarima Asmodeusza. - Mimo szczerych chęci Est nie zdobył się na pewny ton. – Jutrzejsza wizyta służyć będzie wyłącznie dopełnieniu formalności.

- Niezmiernie mnie to cieszy, chłopcze.

Nastała cisza z rzadka przerywana pobrzękiwaniem sztućców uderzających o ceramikę. Est bezmyślnie patrzył na połowicznie opróżnioną miskę, natomiast Mag kończył właśnie swoją porcję i wycierał brzegi naczynia resztką pieczywa.

- Twój zamysł ziścił się w najlepszym dla ciebie momencie, Estalavanesie. Ujrzałem bowiem przebłysk wydarzeń sprzed dwóch tysiącleci, których świadkowie obrócili się już w proch. - Mag odsunął naczynia na bok. Oparł się wygodniej o fotel, wspierając łokcie o poręcze i splatając palce na linii brody. Zdążył już oswoić się z wieścią, jaką pozornie obojętnym głosem obwieszczał zainteresowanemu. - Historia zatoczyła pełen krąg, Estalavanesie, lecz tym razem konflikt nie ograniczy się wyłącznie do rasy ludzkiej zamieszkującej Estarion. I arcypaladyn ma tego pełną świadomość, w związku z czym postanowił działać. Czyni to dyskretnie, by nagła zmiana w jego dotychczasowym postępowaniu nie przyciągnęła zbędnej atencji. Od samego początku wiedział, iż nadciągająca siła dotyka pierwotnego źródła i wypacza je znacznie głębiej, niż przypuszczał. I chociaż rodzi się w sercach ludzi, to wcale się od nich nie wywodzi.

Mistrz zamilkł i wpatrzył się w pojedynczy punkt na przeciwległej ścianie, obejmując wzrokiem nieistniejące już miejsca.

Widelec Esta ostatni raz stuknął o miskę. Czy było to aż tak wstrząsające, by zachwiać najspokojniejszym człowiekiem w Estarionie? I co też miało wspólnego z jego odejściem? Nie chciał jednak przerywać namysłu mentora, więc cierpliwie wyczekiwał dalszych wyjaśnień.

- To było nieuniknione, mój uczniu. Nie nauczę cię już niczego więcej, szczególnie że teraz nie treningów fizycznych ci potrzeba. Dlatego ufam, iż sir Aarim, niebianin oraz przyszły zwierzchnik Zakonu Paladynów, godnie mnie zastąpi, by z należytą starannością pokierować twoją ścieżką. A może ty sam przejmiesz kontrolę nad życiem swoim i innych? - Onyksowe, lekko zmrużone oczy spoczęły na szeroko otwartych kocich ślepiach zmieszanego chłopaka. Przewrotny uśmieszek wygiął pomarszczone wargi. - Nie, nie wzbraniaj się przed tym, Estalavanesie, obaj wiemy, że tak jest w istocie. Jesteś osobą szlachetną, o wrażliwym sercu, skorą poświęcić siebie samego dla dobra ogółu. Nie wyklucza to bycia odpowiedzialnym za polegających na tobie ludzi. Pamiętasz, co ci mówiłem? Wszelkie uczucia i emocje są niezbędne do życia, również te uznawane za bezwartościowe oraz podłe. I tylko od ciebie zależy, jak je wykorzystasz. Bądź ze sobą szczery. Jeżeli tego nie uczynisz, nie zaznasz spokoju.

Spokój! Jak Est miał odczuwać spokój, kiedy obca jaźń usiłowała go sobie podporządkować?!

- Mistrzu, podczas twojej nieobecności… - wyrwało mu się odruchowo, znów na czas nie zapanował nad zdradliwym językiem. Spuścił wzrok. Urękawiczniona dłoń machinalnie powędrowała do końcówki długiego ucha. - Podczas twojej nieobecności odkryłem w sobie coś, do czego nie powinienem był się zbliżać. I bezwiednie przyczyniłem się do wypuszczenia tego na zewnątrz. Teraz żyje to we mnie, wolne i przejmujące nade mną władzę.

Zmarszczki Maga wygładziły się, przekorny grymas znikł z jego twarzy zastąpiony powagą zadumy.

- Zechciej nakreślić obraz tego, co próbujesz mi przekazać, chłopcze - poprosił cicho. - W jakich okolicznościach to nastąpiło? I czy jest tożsame z twoją drugą osobowością?

I strapiony Est przedstawił wydarzenia minionego tygodnia nie szczędząc opiekunowi szczegółów. Jednocześnie tarmosił ucho będąc ledwie o włos od załamania nerwowego. A kiedy mówił, wiele spraw nabierało dla niego nowego wydźwięku. Pozornie losowe zdarzenia przeplatały się i wskakiwały na swe miejsca będąc niczym innym, jak następstwami konkretnych, nieumyślnych poczynań Esta. Świetlista bariera mogła być wyłącznie mentalną projekcją, uzmysłowieniem sobie granicy, którą przekroczył nabywając nową zdolność. Jeśli tak, to skąd wzięła się pełna gama niepożądanych uczuć, jakie mu wtenczas towarzyszyły?

- Estalavanesie, prawdopodobnie twój umysł dostosowuje się do środowiska oraz twoich potrzeb tworząc przystępne wizualizacje. Ułatwia ci zrozumienie złożonych procesów zachodzących w twojej psychice, a także w ciele i wokół niego. Z twojej opowieści wynika, iż samodzielnie rozwinąłeś swoją moc, nie tracąc przy tym zmysłów ani tożsamości. Dlaczego zatem sądzisz, że cokolwiek przejmuje nad tobą władzę?

- Słucham? - Zaskoczony pytaniem Est poderwał gwałtownie głowę. W spojrzeniu mistrza dostrzegł dobroduszne rozbawienie. - Dlaczego sądzę…?

- Słyszałeś wyraźnie, mój chłopcze. Jesteś panem siebie samego, więc jak możesz przejąć kontrolę nad czymś, nad czym już panujesz?

- Mistrzu, chyba mnie nie zrozumiałeś. Owszem, udało mi się okiełznać kolejny żywioł, ale to, czego doświadczyłem zaraz po tym, było… - Zdruzgotany pokręcił głową. – Te... odczucia nie należały do mnie. Byłem nieprzyzwoicie dumny ze swojego osiągnięcia. Poczułem się kimś wyjątkowym, niepokonanym. W tamtej chwili byłem przekonany, że mogę wszystko. I że nie istnieje na Khaldunie siła mogąca mi się przeciwstawić. Byłem upojony i oczarowany napływem ożywczej esencji. Od tamtej pory mam poczucie, że nie jestem sam. Wewnątrz, w mojej głowie. Nie słyszę głosów, lecz czuję obecność w dziwny sposób narzucającą mi emocje, jakich sam bym nie odczuł. Przemycającą własne wartości w języku, którego nie znam, a który rozumiem. Przeraża mnie, jak trudno odseparować cudze myśli od własnych. Boję się, że się w tym pogubię, aż zatracę się całkowicie. Przeraża mnie stosunek drugiej osobowości do życia, w szczególności do ludzi. Jakbym nie był sobą.

Gdy skończył, mentor słowem się nie odezwał. Popatrywał tylko na niego z tą ojcowską czułością. Palce zwinięte w pięść przyłożył do okolonych białą brodą ust, z których wydobyło się pojedyncze chrząknięcie.

Est nie wiedział co sądzić o tym przejawie rodzicielskich uczuć. Odnosił nieznaczne wrażenie, jakby policzki mu płonęły.

Starzec ociężale dźwignął się z fotela i skierował swe kroki do okna. Kiedy zwrócił się w stronę Esta, był zupełnie poważny.

- I wracamy do początku dzisiejszej rozmowy - rzekł. - Moja rola dobiega końca, Estalavanesie. Intuicja każe mi uczynić punktem odniesienia artefakt połączony z twoją dłonią, choć jeszcze nie wiem, na czym konkretnie powinienem się skupić. W przeciwieństwie do przedstawicieli Zakonu Paladynów mój zasób wiedzy pozostaje ograniczony, dlatego ileż bym się nie głowił, nie pojmę działania twojej bransolety. Być może nie tylko reminiscencje w niej zaklęto. Być może jej powstanie miało na celu ukrycie twej mocy przed Macierzą oraz poszukiwaczami magii. Skoro złączyła się z tobą w jedno, Estalavanesie, to zamysłem jej twórcy było, abyś nigdy jej nie ściągnął, przypadkiem czy intencjonalnie. Jak gdyby artefakt współistniał z tobą na zasadzie symbiozy. Wiedz, że nic nie dzieje się z woli przypadku, Estalavanesie. Chyba że przypadek uznajemy za drugie imię przeznaczenia.

Est zerknął na okrytą czarną skórką dłoń. Rzeczywiście, kiedy po raz pierwszy wszedł w stan kontemplacyjny, przedmiot oszalał wraz z esencją w jego ciele. Od tamtej pory bez przerwy wyczuwał czyjąś obecność, doznał pomieszania osobowości, które z czasem się wzmogło, odwodząc go od zmysłów. A teraz... Cały czas wierzył, że rozbudził coś niszczycielskiego w swoim wnętrzu, czułą strunę, której złowroga nuta rezonowała w całej jego osobie. A jeśli była to bransoleta? Wspomnienia, jakie mu ofiarowała, niezwykłym zrządzeniem losu zatarły się, lecz gdy się skoncentrował, przywoływał pojedyncze powidoki prędko rozmywające się pod powiekami.

Leciwy człowiek oczywiście miał słuszność. Był dla zagubionego półsmoka niby ojciec - wymagający, niemniej kochający; surowy, ale i wyrozumiały. Est będzie tęsknił za ich rozmowami oraz kolacjami. Będzie mu brakowało katorżniczych ćwiczeń czy pasjonujących sparingów. Dzień, w którym będzie musiał dorosnąć, wkrótce nastąpi. Wówczas odrzuci ckliwe sentymenty i, tak jak przewidział nauczyciel, ruszy swoją drogą. Korytarz jego życia był długi, a przed nim jeszcze wiele drzwi, do których otwarcia potrzebował kluczy, jakich na próżno szukać w murach czarnej Twierdzy. Świat stanął dla niego otworem: szeroki horyzont zdarzeń, wachlarz możliwości. Samodzielność oraz niezależność, o które tak zawzięcie walczył przez ostatni rok. A gdy miał je na wyciągnięcie ręki, wahał się po nie sięgać. Bał się nieznanego. Bał się zmian. Nie będzie już przy nim mistrza, opiekuna i ojca, gotowego wyratować go z najgorszej opresji, służyć radą oraz pokrzepić dobrym słowem. Będzie zdany na siebie. Nie, nie tylko na siebie. Nie będzie sam. O ile Colonell z nim będzie, to nie bał się jutra, ponieważ jutro wszystko się wyklaruje. Jutro przypieczętuje swój los i jeśli właściwie rozegrał tę partię, to…

Wbrew temu co mówią, przeznaczenie można zmienić - wyszeptała podświadomość prosto w udręczone troskami serce. Przeznaczenie jest przyszłością, a na przyszłość wpływ ma bezlik współzależnych od siebie czynników. Potrąć jeden, a zadrżą wszystkie.

***

Pustka na dziedzińcu nie była niczym niespotykanym we wczesnych porach nocnych. W Twierdzy panowała nieomal absolutna cisza i tylko wrażliwy zmysł białego elfa rejestrował ledwie słyszalne odgłosy wybrzmiewające na murach oraz echa nocnych łowców miękko łopoczących skrzydłami. A mimo to nieokreślone przeczucie kazało Estowi zwrócić większą uwagę na to, co go otaczało.

Rozmowa z mistrzem skłoniła go do zastanowienia się nad swoimi decyzjami. Nic nie dzieje się z woli przypadku. Hołdował tej idei i coraz bardziej przekonywał się, iż jest w niej zawarta głębsza prawda. Sir Aarim także o tym wiedział, w innym wypadku nie wszcząłby tak szybkich i desperackich działań w kierunku zaciągnięcia Zaklinacza Żywiołów w szeregi Zakonu Paladynów. Szczególnie, że w rzekach nie upłynęło wiele wody od ich brutalnego starcia, z którego nie wyszedłby żywy, gdyby Colonell nie poszedł mu w sukurs. Wciąż ciągnęły go blizny po cięciach zadanych mieczem paladyna, mimo że jego organizm nienaturalnie szybko goił śmiertelne rany, nie pozostawiając po nich śladu. Wydawało się to o tyle nielogiczne, że wręcz sobie przeczyło.

Wspinając się po schodach wieży bezwiednie dotknął blizn osłoniętych bezrękawnikiem. Już do końca życia będzie musiał znosić ich szpetotę. Mnóstwo razy słyszał jak najemnicy Niedźwiedzi przechwalali się szramami zdobytymi w bojach. Chełpili się nimi podkreślając, iż kobiety chętniej wybierały właśnie tych, którzy zgromadzili ich imponującą ilość. Dla niego były symbolem porażki, nie zwycięstwa. Nie potrafił cieszyć się, że do jego odstręczającej aparycji dołączyły kolejne znamiona odmienności. Szczególnie ta jedna, widoczna w zagłębieniu szyi.

Przygnębiony kurczowo trzymał zmiętą kulkę papieru. Jej ostre rogi wżynały się w miękkie wnętrze jego dłoni. Boleśnie przypomniało mu to o mrocznej tajemnicy, którą powinien podzielić się z Colem. Powinien był przyznać się do tego, co robił pod jego nieobecność i uzasadnić, dlaczego podjął się tak drastycznych środków w drodze ku złudnej wolności. Znów nie zastosował się do rady mistrza, który twierdził, iż lepiej narazić się na gniew wyznaniem cierpkiej prawdy płynącej z serca, aniżeli stracić zaufanie lojalnego przyjaciela. Ale jak miał to zrobić, skoro nie umiał sklecić w myślach spójnego zdania? Nie wiedział jak zagaić rozmowę, ponieważ w jego głowie ziała kompletna pustka. Stojąc przed drzwiami własnej komnaty gorączkowo kombinował nad wymówką, która uchroniłaby go przed kompromitacją w oczach wybranka. Równie dobrze mógł zwyczajnie wejść i nie zastać partnera. Podejrzewał jednak, że ten już go wypatruje. O ile wyszedł ze spotkania z ojcem bez szwanku.

Est wziął powolny wdech dla ukojenia nerwów i ze świstem wypuścił powietrze z płuc. Bardziej przygotowany już nie będzie. Nacisnął klamkę i pchnął ciężkie drzwi. Wchodząc, wzrok natychmiast utkwił w scenie, która wstrzymała pracę jego serca na kilka sekund. Jedna z szuflad biurka była wysunięta. Wstrząśnięty spojrzał odruchowo w stronę foteli oraz stołu, gdzie dojrzał pochylonego nad blatem człowieka. Ruszył ku niemu, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa, zatrzymując ciało w niepewnym półkroku. Rozszerzone lękiem źrenice spoczęły na charakterystycznie pogiętych kartkach ułożonych na stole oraz tej jednej w ciemnoskórej dłoni mężczyzny.

Esta zmroziło. Colonell siedział w fotelu i oparty łokciami o kolana rozczytywał eleganckie zawijasy listu opatrzonego pieczęcią Zakonu Paladynów. Było już za późno na wyjaśnienia. Młody mężczyzna bez wątpienia wychwycił skrzypnięcie drzwi, był wszak zwiadowcą o wyczulonym jak na człowieka słuchu. Celowo zignorował partnera, albo był tak wściekły, że tylko czekał na jego ruch.

Chłopak tracił grunt pod stopami. Panika zawładnęła jego opustoszałym umysłem, który natychmiast odmówił funkcjonowania w reakcji na nietęgą minę Cola. Przełknął kilka razy ślinę, co nie pomogło w pozbyciu się kwaśnej żółci podchodzącej do ściśniętego gardła.

Przodownik wciąż nie interesował się przybyszem i chyba tym umyślnym lekceważeniem ubódł Esta najmocniej. Wreszcie poluzował zaciśnięte na dokumencie palce, a lekki papier sfrunął na blat, nie czyniąc szmeru. Mężczyzna ani drgnął przez kilka uderzeń serca, a następnie uniósł nieznacznie głowę i wilkiem popatrzył na półsmoka.

Milczeli obaj, a tworząca się między nimi atmosfera nabierała duszącego, grobowego charakteru. Est ścisnął zmiętą kartkę, by bezskutecznie zamaskować drżenie rąk. Colonell pierwszy odwrócił wzrok i pomasował czoło, jakby chcąc pozbyć się uporczywego, nawracającego bólu. Albo uwierających myśli.

Wykorzystując moment przerwania kontaktu, Est skręcił w stronę biurka z zamiarem schowania ostatniej wiadomości. Dopiero co zbierał siły, by odważnie podjąć się niewygodnego tematu, a teraz marzył o samobójczym skoku z wieży ogniowej prosto na twardy dziedziniec. Panujący w jego wnętrzu strach był tak porażający, że nie zauważył nadciągającego mężczyzny. Opamiętał się, kiedy szarpnięcie obróciło go frontalnie do człowieka.

Est rąbnął plecami w ścianę tuż pod wygaszoną lampą. Skulił się mimowolnie, gdy pięść łupnęła w kamień tuż przy jego nisko opadającym uchu. Nieśmiało podniósł wzrok i dostrzegł tak wyraźną walkę uczuć na obliczu Colonella, że przeląkł się nie na żarty. Nie mógł jednoznacznie określić czy mierzący go z góry mężczyzna był rozzłoszczony, zrozpaczony, rozczarowany, czy może wszystko to na raz. Jego pociemniałe oczy ciskały błyskawice, twarz skrzywiła się w grymasie, a szerokie barki unosiły i opadały w beznadziejnych próbach panowania nad sobą.

- Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć? - Jego baryton był podejrzanie cichy i spokojny. - Albo inaczej: czy w ogóle zamierzałeś mi powiedzieć?

Colonell tłumił kipiące w nim emocje, ale Est był pewien, że ten stan raczej nie potrwa długo. Nie bał się że oberwie, zasłużył sobie na to niedojrzałym zachowaniem. Sprawił ukochanemu mężczyźnie przykrość, zranił go i dostał rykoszetem własnej decyzji, którą tchórzliwie odwlekał w czasie wiedząc, że w niczym to nie pomoże, a jedynie wszystko pogorszy. Dostrzegał cierpienie na przystojnej, wytatuowanej twarzy, ból zdrady wykrzywiający wargi, które z taką pasją wyznawały mu najskrytsze uczucia. Które z równą jemu żarliwością smakował zaledwie kilka godzin temu...

Ile zdążył przeczytać? O czym myślał przeglądając poufną korespondencję niejednokrotnie zawierającą swoiście intymną treść? Chwila… Poufna, intymna treść mogąca zostać opacznie odebrana przez niewtajemniczonego czytelnika… Czy sir Aarim to przewidział? Skąd wiedział, że Colonell trafi na te listy? Nie mógł tego wiedzieć, nie było takiej możliwości! Ale te kilka pozornie bezsensownych zdań nie było dziełem przypadku. Lecz co przyszłoby rycerzowi-dowódcy ze skłócenia Zaklinacza Żywiołów z ludzkim zwiadowcą? I czy na pewno to miały na celu? Mistrz w życiu nie zdradziłby sekretów swego ucznia, nieważne czy od tego zależałby ich kruchy sojusz. Zatem młody książę nie miał pewności czy Est i Col są nie tyle najlepszymi przyjaciółmi, co kochankami. Chyba że moce mentalne, jakimi włada, wykraczają poza wiedzę starego doradcy.

- Col, wszystko ci wytłumaczę. Daj mi moment na zebranie myśli. - Est podniósł ręce w obronnym geście. Jedyne co zyskał, to druga pięść po drugiej stronie głowy. - Masz prawo być wściekły, rozumiem…

- Wściekły?! Dzieciaku, jestem wkurwiony! - Colonell warknął niby rozjuszony wilk i naparł całym ciałem na swoje wyciągnięte ramiona, równając twarz z białą twarzą strwożonego półsmoka. - Nie wiem kim musiałabym być, aby nie być wściekłym za tak paskudną zdradę!

- Zdradę?! To pomówienie! - zaskrzeczał Est niemal z urazą. - Nigdy bym cię nie zdradził, Col!

- Nie?! W takim razie CO! TO! JEST! - Skinieniem głowy wskazał na stół, a dokładniej nierówny stos wymiętego papieru. - Bo jak dla mnie to ewidentny dowód sprzeniewierzenia się Zakonowi!

- Col, jak rany…

- Nie uderzaj w płaczliwy ton, dzieciaku, nie teraz.

Est zawsze chciał być silny i odważny, umieć przezwyciężać trudności. Ale teraz, dosłownie przyparty do muru, czuł się jak skończony tchórz. Nie widział sensownego wyjaśnienia korespondencji, szczególnie że jego odpowiedzi były w posiadaniu niebianina.

Łzy zapiekły pod powiekami. Rozpaczliwie starał się je pohamować, aż przygryzł do krwi niezagojoną jeszcze wargę.

- Jak mam ci się wytłumaczyć, nie mając dowodów na swoją obronę? W życiu bym cię nie zdradził, Col, wiesz o tym!

- Dzieciaku… - Colonell usiłował się uspokoić, uwierzyć w zapewnienia Estiego, lecz nie potrafił. Rozluźnił pięść i przytknął palec do blizny na białej szyi. - Zapomniałeś już chyba, jak potoczyła się wasza ostatnia schadzka. Mam ci odświeżyć pamięć?

- To nie była schadzka!

- Jasne, najpierw obicie mordy, a potem skok do łóżka? Tak to według ciebie powinno wyglądać?

- To są twoje słowa, nie wkładaj ich w moje usta!

- Masz zadziwiająco krótką pamięć jeśli chodzi o tego chłopaczka. Chcesz zajrzeć do listów? - Zwiadowca odepchnął się od ściany i przeciągając gniewne spojrzenie zawrócił do stołu. - “Chciałbym ujrzeć cię w owej chwili”. Albo “Od dnia naszego pojedynku nie mogę przestać o tobie myśleć”. “Wyczekuję okazji, by móc się z tobą sprawdzić w pozostałych dziedzinach życia”. Ależ mnie ciekawi co mu odpisałeś.

- Wyrywasz to z kontekstu! Przeczytaj pełną treść!

- Bo to wygląda jak wyrwane z kontekstu, nie trzyma się treści! – Tracący rezon najemnik uniósł jeden z dokumentów na potwierdzenie swoich słów. - Zataiłeś to przede mną, a przecież jesteśmy przyjaciółmi! Kochankami!

Est ponownie wziął głęboki wdech. Pierwszy strach minął.

- Powiedziałem ci już, że chcę, byś ze mną poszedł. Z dala od Niedźwiedzi i twojego przeklętego ojca. - Postąpił kilka kroków wprzód. Zatrzymał się jednak we względnie bezpiecznej odległości, zważając na ludzkie pięści. Już raz się ze sobą zmierzyli i Est wygrał. Nie znaczyło to jeszcze, że pragnął powtórki. - To jedyna szansa na opuszczenie Twierdzy bez palenia za sobą mostów, napiętnowania dezercją i ściągania na siebie łowców nagród. Tylko tak możemy się stąd wyrwać, ty i ja.

- Mam wymienić starego na synalka arcypaladyna? Rozum ci odjęło?!

- Col, tylko w ten sposób mogę zacząć oddychać, żyć, rozwijać się! - Postępując kilka chwiejnych kroków niespiesznie rozpiął rękawiczkę i ściągnął ją, obnażając połyskującą w słabym świetle obręcz i obrączkę połączone filigranowymi łańcuszkami. - Jeżeli tu zostanę, oszaleję. Będę stanowił zagrożenie dla mieszkańców Twierdzy. Jeżeli Tyrd będzie dalej mnie uciskał i poniżał, wszystko, co do tej pory osiągnąłem, zostanie zniweczone przez to, co się we mnie budzi. Ja potrzebuję wolności, Col. Potrzebuję ciebie.

Zrozpaczony Est przerwał potok płynących z desperacji słów i podszedł jeszcze bliżej do nieprzewidywalnego człowieka. Nie mogąc złapać tchu wyciągnął ramiona w próbie dotarcia do ukochanego mężczyzny, ale niczego to nie zmieniło. Colonell przyglądał mu się z nową ostrożnością.

- Col, kocham cię i nie mógłbym zrobić ci żadnej krzywdy, uwierz mi. Mówiłem ci już, że obudziłem w sobie coś, czego nie powinienem był choćby dotykać. Tamta noc, tamten koszmarny wypadek powtórzy się szybciej, niż podejrzewam. Nie może mnie tu wtedy być. Mistrz potwierdził że najlepiej będzie, jeśli ktoś obejmie nade mną pieczę. Powinienem być stale obserwowany. I to przez ludzi potężniejszych ode mnie. - Bezsilnie opuścił ręce. Zwieszając głowę obrócił ją na tyle, by przyjaciel nie dojrzał jego ledwo powstrzymywanych łez. - Przepraszam, Col. Przez swoje tchórzostwo nie byłem w stanie wyjawić ci prawdy. Stałem się potworem, wynaturzeniem siebie samego oraz wartości wpojonych mi przez mistrza. Zawsze nim byłem. Byłoby lepiej, gdybym odszedł sam. Byłbyś bezpieczny. Przy mnie nie będziesz miał życia, na jakie zasługujesz… Przy mnie spotka cię tylko niepewność i cierpienie.

Est strzępkiem woli wycofał się w głąb komnaty. Skruszony żywił nadzieję, że Colonell wybaczy mu tę zatajoną prawdę i zamknie w czułych ramionach szepcząc, że rozumie, że wie, że ufa... Jakże był naiwny. I jakże bolesne było doznanie rozrywające mu pierś, gdy ostatnim co ujrzał, były okryte ciemnozieloną bluzą plecy oddalającego się w milczeniu najemnika.

Został sam. Sam ze sobą i palącym poczuciem winy, echem rozpaczy. Nie szukał winnych. Nie musiał, wiedział bowiem, że on sam sobie zaszkodził, na własne życzenie utracił wszystko, co miało dlań największe znaczenie. Skrzywdził Colonella, człowieka, którego kocha ponad wszelkie pojęcie. Osiągnął zamierzony rezultat, niestety okupiony najwyższą, niepodlegającą negocjacjom ceną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz