piątek, 18 kwietnia 2025

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 20 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




W zaciszu bezpiecznej warowni dopadające Estalavanesa wątpliwości przybierają na sile. Nawet podnosząca na duchu rozmowa z przyjaciółką nie przynosi oczekiwanego ukojenia, rodząc w jego umyśle kolejne kłamstwa, w które coraz trudniej mu wierzyć...


- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 18d'4m'25r2t]





    Ostatnio przestałam udzielać się na blogu. Zresztą w sieci praktycznie poza bloggerem i Wattpadem mnie nie znajdziecie. O frajersbuku nie wspomnę, bo tam też tylko wrzucam posty (skoro już mam to dziadostwo, to niech się na coś przyda). A kto chce mnie znaleźć, ten znajdzie. Nie znaczy to, że przestałam tworzyć. Wręcz przeciwnie, ogarniam równolegle trzy projekty, ponadto pracuję zawodowo i zajmuję się domem oraz dzieciem. Wydawało mi się, że czasu będę mieć dla siebie coraz więcej, a tu przykra niespodzianka: doba wcale nie ma dwudziestu czterech godzin! Już nie.

     Coraz trudniej przychodzi mi pisać krótkie wstępy do postów z rozdziałami. Kiedyś przygotowywałam je z początkiem redagowania, od kilku miesięcy muszę się napocić, żeby sklecić sensowne dwa zdania. Zwykłe "nie chce mi się" do mnie nie pasuje, dlatego winą obarczam rozproszoną na trzy światy uwagę. Swoją drogą między Zaklinaczem Żywiołów a Księgą IV (WSB) jest spora przepaść. Widać lata ćwiczeń i pisania, ponadto diametralne zmiany, jakim na przestrzeni wydarzeń poddali się bohaterowie, są całkiem naturalne. Zrobiła się z tego seria, którą jako czytelnik pochłaniałabym do późnych godzin nocnych (i czasem tak właśnie się dzieje). Bo taki cel mi przyświecał, kiedy zaczynałam pisać na poważnie:

"Stworzyć coś, co sama przeczytałabym z przyjemnością".

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 20

 

Estalavanes czuł się jak nowo narodzony - z jedną krótką przerwą na kolację przespał popołudnie, noc i większą część poranka. Zanim wstał z łóżka, długo się ociągał rozkopując pościel. Tak naprawdę wcale nie chciał wstawać, oznaczało to bowiem wkroczenie w nową rzeczywistość, którą przywiódł ze sobą wczorajszego dnia i podkreślało, że raptem jeden dzień dzieli ich od bitwy. Jego pierwszej w życiu bitwy.

Leżąc na wznak, zapatrzył się niewidzącym wzrokiem w belki podtrzymujące strop kwatery. Wsłuchiwał się w zgiełk panujący na zewnątrz, przynoszony słodkim letnim wiatrem harmider najemników gotujących się do walki. Do obrony swego domu. Wciąż i wciąż z pamięci przywoływał alabastrową maskę oraz wyzierające z nich złoto niezwykłego spojrzenia. Dotknął brzucha na wysokości żołądka, ale nie wyczuł w nim paskudnego robactwa. Cokolwiek rycerz mu uczynił, miało to związek z mocą Zaklinacza Żywiołów. Podrażnił esencję zgromadzoną w półsmoczym ciele, wywołując to paskudne wrażenie. Tak jak twierdził paladyn, wystawiał się na działania sił przerastających jego pojmowanie. I nie potrafił się przed tym bronić.

Młody rycerz go znał. On sam widział paladyna tylko raz, w Twierdzy, zaraz po powrocie z nieudanej misji w Adeili. Wtedy wydawał się kimś zwyczajnym. Widocznie zależało mu, by tak myśleli potencjalni wrogowie. Lepiej mieć się na baczności i podejmować wszelkie środki ostrożności, wszak jest księciem Estarionu.

Książę.

Est uniósł lewą dłoń, niezmiennie otuloną miękką skórką rękawiczki bez palców. Sam był kimś pokroju królewskiego potomka. W jego żyłach płynęła krew istot, których skomplikowanej nazwy nie umiał sobie przypomnieć, jakby absolutna pamięć przedziurawiła się w miejscu, gdzie łączyła się z cudzymi wspomnieniami. Odrzuciła je.

Potomek smoka. Zaklinacz Żywiołów.

Skoro to wszystko było w nim samym, to jakie sekrety skrywała wgryzająca się w tkankę biżuteria? Osłaniała go przed szkodliwą emanacją? Ukrywała jego obecność w Macierzy Mocy i służyła za przekaźnik wspomnień, chociaż dla użytkowników magii była praktycznie niewyczuwalna? Jego energia była niemożliwa do wykrycia, lecz sir Aarim wiedział, ba!, wpłynął na niego! Zatem magia bransolety gasła czy też jego nieprzyjaciele władają potęgą, z jaką nie sposób się mierzyć? Z pewnością Mag rozmyślał nad tym samym. Zadawał sobie te same pytania. Roztrząsał liczne możliwości i był bliżej odkrycia prawdy niż dzieciak, który ledwie posmakował życia.

Urękawiczniona dłoń osunęła się na chłodną pierzynę. Potrafił tak dumać długie godziny, ale od tego brzuch się nie napełni. Powinien także sprawdzić co u Leos. I Cola. Choć w przypadku tego drugiego podejrzewał, że obowiązki dają mu się we znaki.

Odkąd awansował na przodownika, Colonell znacznie więcej czasu spędzał w terenie, biorąc podwójne przydziały. Est był przekonany, że nie poradził on sobie ze stratą piątki ludzi. A raczej z poczuciem winy, gdyż tamtej nocy z czystej złośliwości względem przywódcy scedował zadanie na nieszczęsnego Jodegarda. Dzięki temu przeżył, lecz emocje nim władające nie pozwalają mu odpocząć, zmuszając do katorżniczej pracy.

Co prawda dzisiejszego dnia poza Twierdzę nie wyszedł żaden patrol, ale nie znaczyło to jeszcze, że Złowieszczy Niedźwiedź zabarykadował się za wysokimi murami. Pojedynczy zwiadowcy mieli wykryć i śledzić przemarsz wojsk, donieść o zaopatrzeniu oraz uzbrojeniu, by pozostali jak najlepiej przygotowali się do starcia. Colonella z nimi nie było. W ogóle nigdzie go nie było, jakby zapadł się pod ziemię. Albo utknął w gabinecie przywódcy. Podobnie jak mistrz. We trzech podejmowali decyzje dotyczące taktyki lub czego innego, Est nie do końca orientował się, o czym można rozprawiać na tego typu zebraniach. Na swoje szczęście nie został zaproszony. I na swoje nieszczęście miał zbyt wiele wolnego, które trwonił na bezowocne dywagacje, a przecież mógł bez przeszkód udać się do kuchni w poszukiwaniu jedzenia. Pora śniadania dawno minęła, nie wątpił jednak, że kucharki odłożyły dla niego coś specjalnego.

Z bladym uśmiechem przylepionym do twarzy wyślizgnął się z łóżka, a ciche burczenie zawtórowało jego niepoważnym myślom. Ten dzień będzie inny niż wszystkie. Jutro skończy się świat.

***

Leos była podenerwowana. Ten szczególnie nieprzyjemny stan objawiał się gwałtowną reakcją w stosunku do pechowców, którzy w swej niewiedzy podchodzili blisko niej. Była niczym rozjuszona niedźwiedzica i z tego tytułu obrywało się każdemu bez wyjątku, a najbardziej Estowi. Aczkolwiek ten miał się z czego tłumaczyć.

- Czemu nie powiedziałeś mi o wyjeździe?! - wrzeszczała na niego, gdy czarodzieje przebywający we wspólnej sali wieży po cichutku opuszczali pomieszczenie. Po mistrzowsku przyjęła rolę liderki, dominując starszych adeptów i stając się idolką młodszych. - Nawet się nie pożegnałeś! Zdajesz sobie sprawę jak się czułam?! Po prostu zwiałeś!

- Leos, jak rany, nie było mnie dwudzień! – Est nie poważył się usiąść na kanapie obok dziewczyny. Wolał trzymać się na bezpieczną odległość od jej zachmurzonego wzroku zwiastującego gradobicie. - Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć, bo wróciłem, tak? Wszystko w porządku.

Naburmuszona skrzyżowała ręce na piersi. Nieprzerwanie gromiła elfa spojrzeniem spod ściągniętych frustracją brwi, zagryzając przy tym wargi.

- Nic nie jest w porządku! Pojechałeś do Adeili, do paladynów! Głupi jesteś? To cud, że w ogóle wróciłeś, idioto! Col uważa, że uciekłeś. Poskarżył się, że on zawsze przed dłuższą wyprawą się z tobą widuje, a ty co? Świnia z ciebie i tyle.

Est już dawno nie słyszał tylu epitetów pod swoim adresem, ale nie to go ruszyło. Słowa Cola wypowiedziane głosem Leos miały moc, która zwróciła jego uwagę na najgorszą prawdę. W przeciwieństwie do niego Col każdorazowo wypatrywał sposobności, by się z nim zobaczyć. Rzeczywiście, w tej chwili Est zasługiwał na najgorsze, choć jak na swój cięty język i niewybredne słownictwo czarodziejka wykazywała się niebywałą powściągliwością.

- Masz rację, Leos - westchnął z rezygnacją i padł na miękkie poduszki obok dziewczyny. - Jestem skończonym idiotą, który myśląc o innych, myśli wyłącznie o sobie. I najmocniej cierpią przez to osoby, które kocham…

Córka przywódcy nieco się uspokoiła słysząc jego szczerą skruchę. W skupieniu śledziła kilku nierozważnych adeptów, którzy weszli do sali i zajęli fotele pod przeciwległą ścianą. Gdy tylko ją spostrzegli, podnieśli się z zamiarem jak najszybszego odejścia, lecz jej obojętne wzruszenie ramion zatrzymało ich w miejscach. Spięci opadli na siedzenia i rozmawiali przyciszonymi głosami, od czasu do czasu spoglądając ostrożnie na Małą Niedźwiedzicę.

Est patrzył na to przedstawienie w milczeniu. Współczuł tym dzieciakom, niemniej podszyte politowaniem rozbawienie uniosło kącik białych ust.

- Ładnie ich wytresowałaś - skomentował. - Twojemu mężowi nie będzie lekko. Zyska jednak kochającą i silną kobietę. Moim zdaniem to uczciwa wymia... Ej, jak rany! O co ci chodzi? To był komplement!

Rozjuszona Leos powoli cofnęła pięść.

- Jeżeli tak wyglądają komplementy w twoim wykonaniu, to nic dziwnego że sypiasz z facetem! – syknęła.

- Jaka kobieta, taki komplement – wypalił Est, przezornie zrywając się z kanapy. - Poza tym nie sypiam z facetem. My… ech… Jak rany, nie, nieważne.

- No śmiało, mów, cała zamieniam się w słuch. – Czarodziejka pomału wstała z siedziska, zmuszając Esta do wykonania kroku w tył. - Czyli jesteś dziewicą? Dziewicem? To się odmienia?

Est chwycił się za ucho i pociągnął w geście bezsilnej rozpaczy. Ta dziewczyna jest niemożliwa!

- Prawiczek, Leos, mówi ci to coś? Przypuszczam, że Flora wie takie rzeczy. To chyba twoja jedyna przyjaciółka, mam rację? Więc ty też powinnaś to wiedzieć.

- Mam wiele przyjaciółek, ale ona jest najciekawsza z nich wszystkich - warknęła, przystając tuż naprzeciw niego. Grymas irytacji zniknął z jej twarzy odsłaniając piegi i słaby rumieniec. Wówczas dojrzał, że jej ciemnoniebieskie oczy były spuchnięte i zaczerwienione. Co się stało z jego spostrzegawczością? - Słuchaj, Est. Naprawdę się martwiliśmy.

- Niespełna trójdzień mojej nieobecności tak wami wstrząsnął?

- Tak. - Zamilkła, szukając właściwych słów. Jedyne, co znalazła, to kolejne łzy perlące się na rzęsach. - Bo zawsze tu jesteś. I nagle cię nie było - dodała dużo ciszej, prawie szeptem. - Tak jak wtedy, gdy się rozchorowałeś.

Powietrze już całkiem z niego uszło. Wcale się nie rozchorował, był w stanie agonalnym... Lepiej, żeby wszyscy uważali, że po prostu zmogła go choroba. Tak było lepiej.

- Leos, przepraszam. Nie sądziłem, że tak to przeżyjesz.

- Więc uświadom sobie wreszcie, że od tego są przyjaciele, tak? Od zamartwiania się i przegadywania do rozumu kiedy trzeba.

Est nie miał pojęcia co jest wyjątkowego w tej ludzkiej czarodziejce, ale niemal od samego początku jej pobytu w Twierdzy bez skrępowania się z nią spoufalał. Jakby znał ją od lat, a nie zaledwie kilku tygodni. Jakby nie była bękartem Złowieszczego Niedźwiedzia, a zwykłą dziewczyną jakich wiele. Lecz nie była zwykłą dziewczyną, choć jej aparycja mogła mylić. Była trzecią osobą, której dotyk nie wzbudzał w nim lęku ani odrazy.

Martwiła się o niego, a jej ostre słowa i obcesowe zachowanie miały na celu zatuszowanie natury skrywanej we wrażliwym, dziewczęcym sercu. Bo taka właśnie jest Mała Niedźwiedzica - z wierzchu silna i nieustraszona, gotowa wygarnąć najtrudniejszą prawdę, a wewnątrz troskliwa i serdeczna. Jak gdyby trzymała się w ryzach wyłącznie za sprawą demonstracyjnej powłoki chroniącej delikatne wnętrze. Cóż, w końcu przeżyła kilka ładnych lat w samotni, a takie życie hartuje. I nadal była w nim zakochana. Przynajmniej nie brnęła dalej w to swoje niewielkie kłamstewko, które kosztowało go całkiem sporo nerwów. I reputację, o którą aktywnie dbał od ponad roku.

- Uwierz mi, Leos, jestem wdzięczny za taką przyjaciółkę jak ty - wyznał z ledwie dostrzegalnym uśmiechem. - Dlatego jutro dajmy z siebie wszystko i nie pozwólmy się zabić.

Leos skinęła głową, ocierając powiekę owiniętym w piromancką czerwień nadgarstkiem. Bez wahania postąpiła krok do przodu i wtuliła policzki w czarny materiał bezrękawnika, obejmując talię Esta drobnymi ramionami.

Chłopak nie wiedział, co ze sobą począć. Stał z uniesionymi rękami i zerkał na boki w obawie, że ktoś ich zauważy. Jasne, że ktoś ich zauważył. Siedzący za jego plecami adepci wstrzymali oddechy. Cóż, lepsze to niż typowe dla dzieciaków podśmiechujki. Nie zmieniało to jednak faktu, że zrobiło się niezręcznie.

Ciągnąc za końcówki opadających uszu zerknął w dół, na grzywę miodowych pukli. Leos drżała. Bała się. Potrzebowała pocieszenia. W jej zachowaniu nie było niczego niestosownego, żadnego podtekstu czy subtelnego erotyzmu, tylko czyste emocje, którym w ten sposób dawała upust. Otoczył jej ramiona własnymi i przygarnął do siebie w opiekuńczym geście. Kołysał ją, szepcząc, że wszystko będzie dobrze, że nie dopuści do niczyjej śmierci. A była to najgorsza z obietnic. Zbyt łatwo przychodziło w nią uwierzyć. I nie można było jej spełnić, przez co z wolna przeistaczała się w paskudne kłamstwo.

***

Spożywanie posiłku w towarzystwie nie brzmiało kusząco, dlatego Est zabrał obiad do swojej kwatery. Ostatni dzień przed potyczką wolał spędzić w zaciszu sypialni, z dala od ciekawskich spojrzeń i zbędnych domysłów. Wystarczył mu odgłos gorączkowych przygotowań dobiegający z dziedzińca. Czyniony przez ludzi hałas mu nie odpowiadał, jednak bardziej mierził go pomysł zamknięcia okien. Świeże powietrze rekompensowało wszelkie niedogodności.

Nastroje nie były złe. Wręcz przeciwnie, najemników ekscytowała myśl o jutrzejszym wydarzeniu. To była ich praca, ich życie. Oddawali je, na to bowiem przystali przyłączając się do najlepszej kompanii najemnej Estarionu. Czy po przeciwnej stronie stawali zwykli zaciężni, czy też niezwyciężeni przedstawiciele Zakonu Paladynów, dla nich liczył się śpiew oręża i buzująca w żyłach adrenalina. Est nie podzielał ich entuzjazmu. W nadchodzącym boju nie doszukiwał się chwały, bo co chwalebnego było w pozbawianiu się nawzajem życia? Ludzie byli dziwni. Tak zostali stworzeni. Do rozmnażania się i zabijania w bezsensownych konfliktach. Ich królestwa były krótkowieczne jak oni sami, gdyż wojowali między sobą, zamiast skoncentrować się na rozwoju i dobrobycie. Nie stworzyli niczego trwałego jak krasnoludowie, ani nie rozkwitli kulturowo w stopniu równym imperialnym elfom. Po prostu byli, żyli chwilą z pokolenia na pokolenie i umierali, a na ich miejsce przybywali następni. I tak oto cykl ludzkości dokonywał się na oczach pozostałych ras.

Marszcząc czarne brwi wspomniał wieszczące słowa Colonella. W opinii wytatuowanego mężczyzny to ludzie nie pasowali do tego świata, podczas gdy biały elf był jego pierwotnym elementem. I tak jak przewidział, równocześnie z pojawieniem się Esta nastąpiły wielkie zmiany. Aczkolwiek chłopak to samo myślał o Magu: wszystko rozpoczęło się w momencie, gdy spotkali się w noclegowni. Nie, zmiany nastały wraz z bransoletą. A może ich początek sięgał epoki znacznie odleglejszej niż mógłby pamiętać z racji młodego wieku? Nie wiedział. Wiedział natomiast, że poją się one krwią i żywią niezliczonymi istnieniami. I są nienasycone.

A przecież będzie już tylko gorzej…

Chcąc zagłuszyć przykre rozważania, wrócił pamięcią do rozmowy z Leos. Piromantka podniosła go na duchu i na nowo tchnęła w niego wiarę w siebie. W przyjaciół. W ludzi. Bo nadal przebywał wśród nich. I przeczuwał, że jeszcze długo taki stan rzeczy będzie się utrzymywał.

Musiał się czymś zająć. Zająć umysł, zająć dłonie, zająć czas, inaczej podda się wątpliwościom, zacznie rozmyślać nad jutrem, tworzyć scenariusze nijak mu nie pomagające. Wolałby w tej chwili przebywać z Colem, oddać się rozkosznemu zapomnieniu bliskości ludzkiego ciała, ale jego wciąż nie było. Był wściekły? Miał pełne prawo gniewać się za kolejny absurdalny wyskok nieodpowiedzialnego szczeniaka. Szczególnie, że są partnerami. Kochankami.

Musiał coś ze sobą zrobić! A torby jak rzucił na środek pokoju zeszłego południa, tak ciągle tam leżały. Kończąc posiłek postanowił się wypakować. Z plasterkiem ogórka w zębach wyciągał z worków podróżnych przedmioty i pedantycznie odkładał je na swoje miejsca. Mistrz powtarzał mu, by jadał warzywa. I chociaż Est za nimi nie przepadał, to przywykł do ich smaku na tyle, by nie czyniły mu różnicy.

Wczoraj Mag wyglądał naprawdę kiepsko. Cień człowieka sprzed roku. Przebłyski wyniszczyły jego ciało, lecz jednocześnie mocniej zahartowały ducha. Ale czy poradzi on sobie w bezpośrednim starciu przeciwko Synom Tarthosa? Col mówił, że mnich dołączał do walki dopiero w ostateczności, siejąc pogrom pośród wrogów i zsyłając rychłe zwycięstwo Niedźwiedziom, ale czy tym razem w ogóle dołączy?

Takimi myślami umniejszał umiejętnościom mistrza. To oczywiste, że mnich z Północy podoła wyzwaniu! Wiek nie ma tu nic do rzeczy. Jak śmiał w ogóle w niego wątpić? Mag nigdy nie zwątpił w ucznia, który okazał się na tyle niewdzięczny, by podważać kompetencje mentora.

Warzywo chrupnęło, przecięte na pół ostrymi kłami. Chłopak zastygł nad połowicznie rozpakowanymi torbami, spoglądając na nie smętnie. Miał przestać się zadręczać. A odkąd wyszedł z kuchni, to nic innego nie robi.

Col, jak rany, gdzie jesteś…?

Zerknął odruchowo w kierunku otwartego balkonu. Jak na szpilkach wyczekiwał spotkania, lecz mężczyzna się nie zjawił. Ta rozłąka była większym koszmarem niż wizja skrzydlatej śmierci o żółtozielonych ślepiach. A to dlatego, że udręczony nie wiedział, co dzieje się z jego partnerem.

Jeśli chcesz mnie ukarać, zrób to w inny sposób… Nie ignoruj mnie, proszę. Nie teraz, kiedy te dłużące się godziny mogą być naszymi ostatnimi...

Opróżniwszy torby, zwinął je w ciasne rulony i wsunął pod łóżko, rozglądając się za kolejnymi dowodami swojej nieudanej ucieczki. Nie znalazłszy już niczego, usiadł na kołdrze i zagapił się w przestrzeń. Nie miał ochoty czytać, bo nie potrafił się skupić. Nie chciał ćwiczyć, bo pusta sala treningowa niespecjalnie go zachęcała. Nie próbował nawet medytować, ponieważ widmo złotych oczu było nader upiorne. Co jeszcze mógł robić?

Przytępiony wzrok spoczął na stojącej na stole paterze z owocami. Był ktoś, kogo mógł odwiedzić. Zerwał się z łóżka i zgarniając w biegu dwa jabłka, opuścił sypialnię.

Do tętniących życiem i zapachami koni stajni wszedł akurat w momencie, gdy jeden z młodziutkich chłopców czyścił kopyta czarnego rumaka. A raczej starał się je wyczyścić. Ogier gniewnie prychał i przestępował z nogi na nogę utrudniając mu pracę, wyraźnie niezadowolony z obecności nieznajomego człowieka.

Est przyglądał się pracy stajennego, ale nie dopatrzył się w niej oznak zniecierpliwienia, niechęci czy znużenia. Młodzik usiłował udobruchać żywiołowe zwierzę, by móc je oporządzić. Młode konie bywały bardziej charakterne niż te starsze, ułożone i nawykłe do obecności ludzi. Est bez wahania poprosił młodzieńca, by pozwolił mu przejąć opiekę nad krnąbrnym karoszem. Obyło się bez protestów.

Gdy został sam z czarnym ogierem, ten prychnął wyzywająco, mierząc go oczami o słabo widocznych poziomych źrenicach. Est położył jedno z jabłek poza zasięgiem konia, a drugie podsunął mu pod chrapy na wyprostowanej dłoni. Mruczał przy tym kojąco, aż zaintrygowane zwierzę zastrzygło uszami. Koń długo się nie namyślał. Chwycił mięsistymi wargami oferowany mu przysmak i chrupiąc przeżuwał, obserwując białego elfa.

- Chciałbyś drugie? - wymruczał Est, ujmując kantar. Kary nie protestował, gdy złapał za pasek przy policzku. - Coś za coś, przyjacielu. Najpierw doprowadzimy cię do porządku. Dobrze, że nie widzisz swojej grzywy. Prezentuje się nie lepiej niż moja.

Chłopak uśmiechnął się do konia, bynajmniej nie poruszonego widokiem kłów cechujących najgorsze drapieżniki. Ogier zdawał się już niczym nie przejmować. Szturchnął bark elfa, domagając się kolejnego smakowicie pachnącego owocu, a potem musnął chrapami jego biały nos. Uniósł łeb i zarżał przyzwalająco.

Esta aż ścisnęło w piersi na myśl, że od teraz posiada własnego wierzchowca. To było niesamowite. I zarazem przerażające, gdy przypomniał sobie, jak zyskał tak niebywałego kompana.

Starannie wyczyścił sierść konia z zalegającego na nim kurzu i zadowolony z efektu zabrał się za kopyta, z którymi miał już więcej kłopotu. Zupełnie się tego nie spodziewał, ale od spodu wyglądały na zdecydowanie bardziej skomplikowanie niż z wierzchu. Karego rozpierała energia, przez co Est stracił wiele czasu na delikatne wydłubywanie zaschniętego brudu i słomy z wnętrza kopyt oraz podków. Przynajmniej szczotkowanie grzywy, ogona i puszystej sierści przy pęcinach nie było aż tak wymagające jak operowanie kopystką.

Zmęczony i zadowolony z owoców swej pracy Est z trudem się rozprostował. Kiedy ostatni raz tak drobiazgowo zajmował się końmi? Kilka miesięcy temu? To był obowiązek stajennych. Tymczasem to jego wierzchowiec i to on odpowiedzialny był za jego samopoczucie.

Wziął drugie jabłko i podsunął je pod ruchliwy pysk, w którym w mig zniknęło przy akompaniamencie stłumionego pogłosu chrupania. Dumny pogładził czarne chrapy wierzchowca i zadzierając brodę wpatrzył się w błyszczące inteligencją brązowe oczy. Ukontentowany koń poruszał leniwie uszami, z zaciekawieniem zerkając na elfa.

- Pojedziemy jutro razem - szeptał Est. - Już zawsze będziesz mi towarzyszył w drodze, gdziekolwiek się udam. Jak rany, ile bym dał, by być tak spokojnym jak ty, trwać w błogiej niewiedzy, nie zważając na to, co przyniesie poranek.

Pożegnalnie klepnął umięśnioną szyję zwierzęcia i zatrzasnął boks, życząc mu miłego dnia. Dwóch młodzików odpowiedziało, nieświadomych, że biały elf skierował te słowa do odprowadzającego go spojrzeniem konia.

Est z zaskoczeniem spostrzegł, że dzień chylił się już ku końcowi. W stajni zabawił kilka godzin, czego nie odczuł w natłoku czynności, zbyt skoncentrowany na pracy, by troskać się upływem czasu. I co teraz? Powinien wracać do sypialni?

Zapowiadało się na to, że znów zje kolację w samotności. Brakowało mu opanowania mistrza, niefrasobliwości Cola i kontrolowanego szaleństwa Travisa. Wszystko wydawało się być inne wyłącznie dlatego, że w rozkładzie dnia zabrakło bezpiecznej rutyny... która mogła go zgubić, jeśli zacząłby na niej bezmyślnie polegać.

Z ciężkim sercem przekroczył próg stajni, udając się prosto do kwatery na czwartej kondygnacji Wieży Czarodziejów. Piękny zachód soczystym oranżem malował dziedziniec i urzeczony już miał zatrzymać się, by popatrzeć na zatrzaśniętą bramę, kiedy nagle w jego wyobraźni świat spłynął szkarłatem.

Nie ucieknę przed przeznaczeniem. Dokądkolwiek się udam, zawsze będę podążał śladem, jaki pisany mi jest od dnia poczęcia. Tu nie ma miejsca na przypadek.

Kły zacisnęły się. Białe palce zwinęły się w pięści, gdy pod rękawicą zapłonął ogień. Est powstrzymał się przed zerknięciem na lewą dłoń i przyspieszył kroku. Czymkolwiek to było, przechwytywało jego myśli, mieszało się z nimi, ukrywało pośród nich. Mąciło mu w głowie, zacierając nikłą granicę pomiędzy tożsamością a nieznaną osobowością. Popadał w obłęd. Paranoja powróciła, czepiając się nie otaczającej go rzeczywistości, lecz umysłu.

Porozmawia o tym z mistrzem. On mu pomoże, znajdzie rozwiązanie. Nie dziś, ani nie jutro… Żywił nadzieję, że w obliczu nadciągających zdarzeń ten dzień w ogóle nadejdzie.

piątek, 4 kwietnia 2025

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 19 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




Konfrontacja z Unią Możnych jest nieunikniona. Powrót Estalavanesa okazuje się fortunny dla nieświadomej zagrożenia Kompanii Niedźwiedzi, ale czy Złowieszczemu Niedźwiedziowi i Magowi starczy czasu, by zmobilizować najemników przeciwko paladynom? 

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 4d'4m'25r2t]





    Jakiej rzeźni dokonałam na tych rozdziałach to tylko ten wie, kto czytał pierwotną wersję. Miały ponad trzydzieści stron, a obecny 19 wraz z 20 i 21 tworzyły całość. 22, 23 i 24 posiadały ich lekko ponad czterdzieści. Jak w papierowej książce dałoby się to czytać, tak nie widzę podobnej przyszłości dla elektronicznej wersji. Istna mordęga dla oczu.

    I tu mała ciekawostka na koniec - Mag w burzliwej młodości dopuścił się ucieczki! Cóż, świętym nie jest, a jak wiadomo, mądrość nabywamy popełniając błędy i robiąc głupoty, których albo żałujemy, albo wyciągamy naukę na przyszłość. Na szczęście ów jegomość wybrał tę drugą ścieżkę. Więcej o nim, Tyrdzie i ich przeszłości zawarłam w opowiadaniu "Skóra dzielona na Niedźwiedziu". Może kiedyś dodam je jako smaczki. A może nie. Bo kto wie, co przyniesie jutro?

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 19

 

Kopyta z mocą tłukły popękaną ziemię traktu. Pochylony nad spoconym końskim karkiem i lekko uniesiony w siodle Estalavanes usiłował choć trochę odciążyć spienionego wierzchowca. Młody rumak o puszystych szczotkach pęcinowych oraz lśniącej czernią sierści był silny i krewki, cwałował niestrudzenie i tylko tuman kurzu wzbijał się za nim, z wolna rozwiewany przez ciepły wiatr.

Zmierzchało już, jednakże biały elf wciąż miał wiele kilometrów do przebycia. W duchu bezustannie poganiał rumaka panikując, że nie zdąży z ostrzeżeniem. Był głodny, lecz nie starczyło mu czasu, by cokolwiek zjeść. Chciało mu się pić, ale nękały go ważniejsze sprawy niż pragnienie duszące gardło. Musiał wkrótce zwolnić, żeby nie zajeździć zwierzęcia, choć nic nie wskazywało, by koń potrzebował odpoczynku. Aż wreszcie, z bólem serca, Est zadecydował o chwili postoju. Poprowadził rumaka ku dzielącym połacie lasu łąkom i nim ten się zatrzymał, zwinnie zsunął się z siodła. Koń bez zbędnej zachęty zaczął szczypać soczystą trawę, zmiatając ogonem gzy czepiające się jego błyszczących od potu, wstrząsanych dreszczami boków.

Wieczór był ciepły i świerszcze koncertowały w najlepsze. Est nie zdjął siodła ani juków z grzbietu zwierzęcia, planując wznowić podróż, gdy ogier odzyska nieco sił. Położył się z zamiarem ucięcia sobie drzemki, lecz sen nie nadchodził. Nachodziły go za to myśli o sir Aarimie. Po czyjej jest stronie? Zgodził się wspomóc roszczeniowych możnych i jednocześnie wypuścił współwinnego morderstwa elfa. Czy naprawdę był tak szlachetny, czy tylko na takiego pozował? Nie wyglądał na człowieka, który zwaśniłby dwie frakcje i czekał, aby dobić osłabionego zwycięzcę. Nie wyglądał w ogóle na człowieka. Miał posągowe rysy, jakimi w sztuce oddawano Wszechmocnych.

Est doszedł do wniosku, że chyba za krótko żył na tym świecie i za mało widział, skoro pierwszy poznany paladyn wydał mu się niespotykanie dziwny. A jeśli oni tacy już byli? Nie, miał styczność z przedstawicielami Zakonu i żaden inny rycerz nie wywołał w nim tak skrajnych emocji jak ten jeden zjawiskowy osobnik. Na tyle zjawiskowy, by trącić wrażliwą strunę jego duszy - wątpliwości w stosunku do wszystkiego, co robił. Znalazł podatny grunt i zasiał w nim ziarno niepewności. Nie, to ziarno od zawsze tam tkwiło, a on rzucił na nie swój blask, obnażając skryte w ciemnościach istnienie.

Biały elf żył niepewnością i brakiem poczucia własnej wartości. Bał się wszystkiego i wszystkich. I przez cały ten czas chodziło właśnie o egoizm, który, broniąc siebie samego, nazywał troską o innych. W rzeczywistości nigdy o nikogo nie dbał. Tak jak mawiał mistrz, powinien pielęgnować te kruche przyjaźnie, które z trudem zawarł, wzmacniać je. A on bezmyślnie zniszczył je ucieczką z Twierdzy. Colonell go znienawidzi. Leos się od niego odwróci. A mistrz… Mistrz przyjmie go z powrotem, lecz będzie rozczarowany, a to gorsze niż odrzucenie. Na każdym kroku próbował udowadniać jaki jest dojrzały i godny pokładanego w nim zaufania, ale wciąż odkrywał w sobie tego samolubnego dzieciaka, którym był. Uchylającego się od odpowiedzialności i zgrywającego skrzywdzonego chłopca, pogrążającego się w domniemanej krzywdzie i niesprawiedliwości. Brak pewności siebie, wiary we własne umiejętności czy lęk przed odtrąceniem po prostu ukrył za maską sympatycznego naiwniaka, który każdemu służy pomocą nie patrząc na siebie. Perfekcyjny manipulant, jak trafnie zaopiniował Velren. Aż poczuł odrazę do siebie samego… A przecież powinien być dumny ze swoich talentów, ze swego legendarnego dziedzictwa. Przecież jest odpowiedzialny! To ludzie wiecznie wszystkiego od niego wymagają. W porównaniu z nim oni są bezwartościowymi pionkami, które można dowolnie wykorzystać!

Nie, to nie jego myśli! To nie on! Spotkanie z rycerzem-dowódcą obudziło w nim ten drugi głos odzywający się w najmniej spodziewanych momentach, gdy wątpił lub wahał się. Gdy stał na skraju przepaści i patrzył w otchłań. A Głos czaił się tam w głębinie i wyciągał plugawe szpony, by porwać go w odmęty szaleństwa. Potwór. Półsmok.

Est uszczypnął się w policzek, potrząsnął rozwianą czupryną i zerwał się z trawy. Wieczór gładko przeszedł w noc. Jeżeli Niedźwiedzie miały przygotować się do starcia, to musiał już ruszać. Jeszcze trochę, a popadnie w obłęd, z którego może się nie wydostać. Potrzebuje kogoś, kto będzie miał na niego oko. Kto zada śmiertelny cios, jeśli nic innego nie pomoże.

Czas dorosnąć, Estalavanesie, i wziąć sprawy w swoje ręce. Przestań patrzeć na przeszłość i żyj tak, jak gdyby koniec miał nadejść już jutro.

Jakby słyszał mistrza. Zresztą nie ma co się dziwić - w końcu był i jest, ale czy nadal będzie jego uczniem?

***

Zbliżało się południe, gdy wgryzający się w ostatni sucharek Est wjechał kłusem na ścieżkę wiodącą pod bramy Twierdzy. Wycieńczony prawie tak samo jak jego koń trzymał się w siodle prosto, dzielnie znosząc niemal całą dobę bez przyzwoitego pożywienia oraz snu. Pojutrze nastąpi atak. Nie miał pojęcia o jakiej porze, niemniej miał pewność, że sir Aarim go nie oszukał.

Na zachmurzonym horyzoncie zamajaczyły pierwsze wysokie wieże ogniowe. Na ich widok serce podeszło mu do gardła. Zapragnął skakać i płakać z radości, na szczęście miał w sobie na tyle wstydu, by siedzieć cicho na obitym przez siodło tyłku. W przejrzystym powietrzu wartownicy zauważyli go na długo nim przeciął błonia i podjechał pod zamkniętą bramę. Odczekał podniesienie żelaznej brony oraz uchylenie jednego z dwóch wielkich skrzydeł, gdyż drzwiczki rewizyjne były zbyt małe, by pomieścić rosłego ogiera. Cała Twierdza dowiedziała się o jego powrocie obwieszczonym szczękiem prastarego metalu i przenikliwym zgrzytem ogromnych zawiasów. Mógł pożegnać marzenie o skromnym przekroczeniu progu warowni i utrzymaniu ciekawskich gapiów na dystans. Już niemal słyszał detonację plotek oraz domysłów dotyczących jego dwudniowej absencji. Pojechał rozprawić się z grasantami na rozkaz przywódcy i z podkulonym ogonem wrócił w pielesze Twierdzy, zbyt wystraszony, by wypełnić zadanie. Gdzie był? Co robił? Dezerter. Zdrajca!

Unikając kontaktu wzrokowego z najemnikami, powiódł zgrzanego rumaka do stajni. Był u siebie, lecz wcale nie czuł się bezpieczny. Zsiadł, odwiązał torby oraz kostur, a wodze oddał stajennemu. Młodzik nadgarstkiem potarł nos, obiecując zająć się zmęczonym zwierzęciem. Nie zdawał się poruszony faktem, że naprzeciw niego stoi zdrajca. Bo jeszcze o tym nie wiedział.

Poprawiając tobołki, Est rozejrzał się ukradkiem. Na dziedzińcu panował ruch jak co dzień. Mieszkańcy bez pośpiechu i do znudzenia wykonywali swe obowiązki. Nikt nie patrzył na niego wilkiem, nie padła też komenda pochwycenia dezertera. Niektórzy wręcz ostentacyjnie go pozdrawiali, rozważając rozpoczęcie rozmowy. Czyżby zwiadowcy niczego nie wypatrzyli? A przodownik? Gdzie w takim razie stacjonuje armia możnych? Czy szlachcice byli tak nierozgarnięci, by najeżdżać niezdobytą fortyfikację z ledwie dwoma tysiącami żołnierzy? Musieli dysponować solidnymi machinami oblężniczymi, by podejmować się tak ryzykownego przedsięwzięcia. Jak zamierzali je przetransportować przez bujną puszczę? Wyrąbią sobie drogę? Nawet Zakon Paladynów nie posiada takiej mocy, by magią obalić potężne mury czarnej warowni. A jeśli posiada...?

Nie miał sił głowić się nad tym, więc od razu pomaszerował do Głównego Budynku. Poczuwał się do odpowiedzialności jako najemnik, toteż nie szukał doradcy Złowieszczego Niedźwiedzia. Odnalazł za to tyczkowatego szambelana i przekazał, że chce natychmiast zobaczyć się ze Złowieszczym Niedźwiedziem. Siwiejący mężczyzna popatrzył na niego karcąco i wymamrotał, że Zaklinacza Żywiołów oczekiwano w sali audiencyjnej już od kilku godzin.

Teraz przyszła kolej Esta, by obrzucić człowieka ekspresyjnym zdumieniem. Lodowa kula zastąpiła mu żołądek, gdy w oszołomieniu podziękował i objuczony jak muł, podparty na kiju udał się we wskazane miejsce.

***

Tyrd Niedźwiedziogrzywy i jego doradca spierali się o coś zawzięcie. Praktycznie nie dostrzegli podchodzącego do podwyższenia białego elfa. Est pierwszy raz widział, by mistrz był wzburzony i widok ten szalenie go zaniepokoił. Zatrzymując się w stosownej odległości od tronu, przez kilka uderzeń serca przyglądał się zwaśnionym mężczyznom. A konkretnie temu jednemu, którego biała broda znacznie się przerzedziła pod jego nieobecność. Wciąż nie wierzył, że to z winy przebłysków Mag w zatrważającym tempie traci zdrowie.

Zbierając się na odwagę zwiesił głowę, podciągnął zsuwający się z ramienia plecak i stuknął metalowym okuciem kostura w okrytą czerwonym dywanem posadzkę. Głuche echo odbiło się od ścian, gdy w milczeniu wyczekiwał reakcji.

- No proszę, Magu, czyż to nie nasz mały zbieg? - Pyszałkowatość Niedźwiedzia zdążyła już obrosnąć w legendę. Zjadliwy ton dotknął Esta, który ani drgnął, walcząc z narastającym lękiem. - Przyznaj, biały szczurku, jesteś dezerterem czy nie?

Dziki uśmiech był nieprzyjemny, na szczęście chłopak nie musiał patrzeć na zarośniętą gębę przywódcy. Wolał pozorować potulność i pokorę, bo przynajmniej wtedy nie zbierało mu się na wymioty. Popatrywał jednak spod czarnej grzywy na mistrza. Ściągnięte gniewem brwi wyraźnie odznaczały się na ogorzałej, pomiętej wiekiem twarzy.

Est przełknął ślinę, uwalniając się od gorzkiego posmaku niechęci doprawionej nienawiścią.

- Nie, przywódco, nie jestem dezerterem - zaprzeczył cicho, nie podnosząc głowy. - Przynoszę wieści z Adeili. Ostrzeżenie przed wrogą armią, która przybędzie pojutrze.

- I że niby skąd to wiesz? - wycedził Niedźwiedź, nie tracąc nic z cynizmu. - Moi najlepsi zwiadowcy niczego nie wykryli, zaś tobie przyszło to z niezwykłą łatwością. Co za niedorzeczna wymówka! Nikt nie zdobędzie mojej Twierdzy, nie ma takiej siły! Ktokolwiek porywa się na tak jawną głupotę, jest skończonym pomyleńcem!

Esta zalewała żółć, gdy słuchał tego człowieka. Gardził nim aż cierpła mu skóra, a palce świerzbiły. Wzmocnił chwyt na coraz cieplejszym kosturze.

Spójrz mu w oczy - szeptała jaźń. To czuowiec. Tylko czuowiec. Jest nikim!

Przymknął powieki, nie stosując się do zaczepek Głosu prawiącego mu banały. Uparcie ich do siebie nie dopuszczał. Zgoda, to człowiek - pospolity, wyzbyty szerszej perspektywy, jak inni ograniczony własnym egotyzmem, zepsuty i krótkowzroczny… Nie, nie wszyscy tacy byli. Nie powinien przyszywać łatek ogółowi wyłącznie dlatego, że kilku z nich zachowywało się w tak karygodny, destruktywny sposób. Nie chciał stać się taki jak oni, zarozumiały i arogancki. Aczkolwiek za wzór obrał sobie jednego spośród ludzi, który spoglądał na niego ze zrozumieniem, a w chwilach największego zwątpienia przywracał wiarę w ludzkość.

Stary doradca ostatni raz zmierzył przywódcę kompanii nieprzejednanym wejrzeniem, po czym ostrożnie zszedł z podestu, by zająć miejsce u boku podopiecznego.

- Złowieszczy Niedźwiedziu, mój uczeń nie ma powodów, by kłamać w tak ważkich kwestiach.

Ciepła, drżąca dłoń oparła się na czarnych segmentach naramiennika. Est z bólem serca przyjął emocjonalną wibrację niosącą się wzdłuż barku. Naszła go nieprzeparta chęć nakrycia suchych, pomarszczonych palców starca swoimi, długimi i pełnymi życia. Powstrzymał się jednak, poprzestając na pojedynczym zerknięciu w kierunku mentora. Może i Mag nie wyglądał zdrowo, za to nie stracił nic z płonącego w nim żywo wigoru.

Niedźwiedź rozparł się wygodniej na tronie, mierząc z góry dwójkę podwładnych. Prawa ręka nieprzerwanie gładziła głowicę potężnego miecza, połyskującą w smugach wpadającego przez okna słońca.

Czarne oczy mistrza porozumiewawczo spoczęły na Eście. Chłopaka zmroziło kiedy pojął, że Mag od samego początku wiedział o wszystkim, a mimo to postanowił się za nim wstawić. Jakby cała ta ucieczka nie była dziełem przypadku, a perfekcyjnie zaplanowanym działaniem, jakiego nieświadomie się podjął. Ta wizja go przeraziła, oznaczało to bowiem, że został wmanewrowany. Nie wiedział jednak przez kogo. Albo przez co. I w jakim celu.

Troskliwy, niemal rodzicielski ton rozległ się tuż przy długim uchu, przywołując wstrząśniętego ucznia do porządku.

- Czy byłbyś tak dobry, mój chłopcze, i rzucił więcej światła na sprawę, z którą przybywasz?

Est uniósł wzrok. Wpatrywał się w mistrza, poszukując jakichkolwiek wskazówek, lecz jedyne co dojrzał, to obraz rozpaczy. Sieć zmarszczek zgęstniała, brużdżąc twarz mnicha jak przegniły owoc. Białe brwi wciąż były krzaczaste, ale broda wyliniała. I tylko te oczy… te młode, objawiające potężną wolę onyksy sprzeciwiały się skurczonej postaci starego człowieka. Est nie mógł pozbyć się wrażenia, że jego rejterada dołożyła do tego swoje trzy tarcze.

- Niespełna dwa tysiące zaciężnych żołnierzy odpowiedziało na wezwanie zjednoczonych arystokratów, Unii Możnych – zaczął Est, nie zaszczycając Niedźwiedzia pojedynczym spojrzeniem. Bynajmniej nie traktował go jak powietrza, bo bez powietrza nie da się żyć, a bez tego barbarzyńcy ludziom żyłoby się lepiej. - Ponadto uzyskali wsparcie oddziału paladynów. Z rycerzem-dowódcą na czele - dodał dobitnie.

Tron zatrzeszczał, gdy potężna sylwetka wojownika poderwała się z siedziska.

- Ha! I może jeszcze dowódca piewców pokoju z Adeili osobiście ci to powiedział?!

Pchnięty wewnętrznym impulsem Est obrócił pozbawioną wyrazu twarz w stronę adwersarza.

- Owszem. Sir Aarim z rodu Asmodeuszy potwierdził swe stanowisko.

Dziki grymas zelżał pod naciskiem wątpliwości. Obelżywość Złowieszczego Niedźwiedzia była już tylko usilnie utrzymywaną opryskliwością.

- Od kiedy to królewski szczeniak dowodzi garnizonem w Adeili? I po co tam pojechałeś? Za kogo się uważasz, by samodzielnie wybywać do miasta garnizonowego i spotykać z rycerzem-dowódcą? Śmierdzisz przeniewierstwem na kilometr!

- Na moje polecenie, Złowieszczy Niedźwiedziu - wtrącił Mag. - Jak już nadmieniałem wielokrotnie tego dn…

- Milcz, starcze! - huknął Niedźwiedź, szczerząc zębiska. - No dalej, szczurze. Przestań się tak we mnie wgapiać i mów! Samą prawdę!

Zatem tak mistrz chciał to rozegrać. Fortelem.

Est otrząsnął się, wziął głęboki, uspokajający wdech i nie odrywając wzroku od brodatego zwierzęcego oblicza wyjaśnił, że na polecenie mistrza wyprawił się do Adeili zaczerpnąć języka u ludzi, z którymi nawiązał kontakt w trakcie poprzedniego zlecenia. Zrządzeniem losu jego kłamstwa były tak gładkie, że język ślizgał się wypowiadając kolejne słowa. Nie uciekając się do dalszych łgarstw opisał spotkanie z lordem Halavarem, przebieg podróży, podczas której dowiedział się o armii, oraz samą audiencję u królewskiego potomka. Nie wdawał się jednak w szczegóły. Były nieistotne. Przynajmniej dla przywódcy.

Złowieszczy Niedźwiedź górował, przeszywając elfa ciemnozielonymi oczami. Wściekle skrzywiony miotał się wewnątrz siebie samego, niezdolny tknąć go choćby palcem. Właśnie odebrano mu możliwość wykonania wyroku na otwarcie wzgardzonym stworzeniu. Ten wyliniały lis znów go przechytrzył!

- Pierdoleni rycerze - warknął, oddając harde spojrzenie Esta. - Niepełny dwudzień na mobilizację, powiadasz… - Drapiąc podbródek, łypnął na sztywno wyprostowanego doradcę. - Magu, w porze obiadowej widzę ciebie i przodownika w moim salonie. I co tu jeszcze robicie?! Zabierajcie się stąd, obaj! Mam serdecznie dość towarzystwa tego twojego białego szczura. Jest jak czarnopiór, przynosi tylko złe wieści!

Mag pokłonił się i ściskając bark ucznia pociągnął go w tył, do wyjścia z sali audiencyjnej. Posłuszny mistrzowi chłopak nawet nie pożegnał przywódcy. Odwrócił się doń plecami i ostatnim, co usłyszał, była ciężko zwalająca się na siedzisko masa mięśni i futer. Oraz chrobot ostrza drapiącego kamienną posadzkę podwyższenia.

Po raz drugi uniknął ścięcia. Lecz co się odwlecze, to nie uciecze, do trzech razy sztuka. O ile ktoś nie ubiegnie Niedźwiedzia. Niechciana myśl przemknęła przez opustoszałą głowę Esta jak budzące grozę wyobrażenie obojętnych złotych oczu. Odwaga uchodziła z niego jak energia fizyczna. Był wyczerpany i teraz, gdy pierwszy szok minął, zaczął odczuwać skutki długiej, forsownej jazdy. Niestety nie dane mu było odpocząć, ponieważ prowadzący go mistrz pochylił się ku niemu.

- Jednak postawiłeś na ucieczkę, Estalavanesie. - W jego tembrze nie dało się wyczuć reprymendy ani zawodu. Brzmiał zwyczajnie, jak gdyby wybryk niesfornego podopiecznego niczego nie zmienił. – Przypuszczałem, że prędzej czy później to nastąpi. Aczkolwiek cieszę się, że postanowiłeś wrócić i opowiedzieć o swej przygodzie. Być może tym nieprzemyślanym czynem ocalisz mnóstwo istnień.

Skrzypnęły zawiasy. W nozdrza wychodzącego na korytarz Esta uderzył ciężki odór pochodni, aż w głowie mu się zakręciło. Albo była to wina opadających zeń emocji. Lub ulgi? Zdążył się w tym pogubić.

- Przypuszczałeś, że ucieknę, mistrzu?

Ucisk na ramieniu zelżał, gdy idący przy młodym uczniu Mag cofnął dłoń. Roztropny starzec oraz lekkomyślny dzieciak zmierzyli się spojrzeniami, z czego w ogólnym rozrachunku ten drugi wypadał naprawdę kiepsko. Przytłoczony winą i udręczony wstydem spuścił wzrok na stalowe czubki zakurzonych butów. Zawiódł opiekuna i oczekiwał nagany, niezadowolenia czy ostrej połajanki. Tymczasem stary, poczciwy Mag jak zwykle próbował go zrozumieć, w dodatku uchronił go przed karą śmierci grożącą za dezercję.

- Estalavanesie, w czasach burzliwej młodości również dopuściłem się ucieczki - wyjawił przyciszonym tonem mnich. - Opuściłem klasztor będąc w pełni świadomym, że nie będzie dane mi do niego wrócić. Kiedyś srodze tej decyzji żałowałem, dziś pozostała ona odległym wspomnieniem, na które nie mam wpływu. Dlatego raduje mnie, iż zmieniłeś zdanie. Liczę, że wyciągniesz z tej eskapady naukę na przyszłość. Czyżby umknął twej pamięci fakt, jakoby energia magiczna zaklęta w twoim ciele wymagała kontroli?

Rozbawienie wygięło kąciki pomarszczonych warg, odbijając się ciepłem w łagodnym spojrzeniu. Est poczuł się gorzej, niż gdyby Mag zwymyślał go jak tępego woła. Przysparzał wyłącznie kłopotów. Okazał się problemem, kataklizmem, jakiemu nie sposób zapobiec. I co dostaje w zamian? Troskę. Wyrozumiałość. Akceptację. Jak miał to przyjmować? To było najgorsze. Miał pojąć swój błąd? Przecierpieć własną głupotę i uświadomić sobie, jak trzpiotowaty potrafi być?

Gdy wyszli przed olbrzymi gmach, sponiewierany Est osłonił oczy brudną ręką. Promienie południowego słońca raziły go i wdzierały się pod czarny skórzany pancerz. Chyba nawet skryły się w tobołkach, którymi był obwieszony, gdyż nagle zrobiły się cięższe, aż zmuszony był je podźwignąć. Zewsząd dochodził gwar z rodzaju tych wypełniających zaludnione miejsca. Nikt nie zwracał szczególnej uwagi na Maga i jego ucznia. Nikt o niczym nie wiedział. Najemnicy żyli jak dotychczas.

Starzec bardzo powoli zszedł z niskich stopni, co nie umknęło młodemu elfowi.

- Proszę, byś wypoczął, Estalavanesie. Kolację zjesz w swojej kwaterze, gdyż nie sądzę, bym znalazł dziś czas na przyjemność wspólnego posilanie się w zaciszu gabinetu. Przyniosłeś wieści, które należy bezzwłocznie ogłosić - zauważył rozsądnie. – W międzyczasie zregeneruj siły i pomedytuj. Ach, jeszcze jedno, chłopcze. Panienka Leos mocno ubolewała nad twoim nagłym zniknięciem.

Skinął chłopakowi łysą, pokrytą starczymi plamami głową i obrał ścieżkę do koszar. Zapewne po Cola.

Est nieomal podążył za nim, pragnąc spotkać się z przyjacielem, lecz mimo ogromu tęsknoty nie mógł się ruszyć. Stał tylko patrząc na zgarbione plecy starego człowieka, a nagły przypływ empatii i czułości rozchylił jego usta, odsłaniając końcówki kłów. Dopiero teraz dotarło do niego, co właściwie zaszło w sali audiencyjnej.

- Mistrzu, pierwszy raz skłamałeś! - zawołał za nim.

Ten w odpowiedzi posłał mu znad ramienia przebiegły uśmieszek i odszedł w swoją stronę. Nigdy dotąd Est nie słyszał, by Mag kłamał. A dziś skłamał w obronie podopiecznego. Dziwne ciepło spowiło jego duszę, a uśmiech sam wypłynął na wargi. Był w domu. Pośród przyjaciół. Pośród ludzi, których kocha. Pośród ludzi, którzy kochają jego.