Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Estalavanes czuł się jak nowo
narodzony - z jedną krótką przerwą na kolację przespał popołudnie, noc i
większą część poranka. Zanim wstał z łóżka, długo się ociągał rozkopując
pościel. Tak naprawdę wcale nie chciał wstawać, oznaczało to bowiem wkroczenie
w nową rzeczywistość, którą przywiódł ze sobą wczorajszego dnia i podkreślało,
że raptem jeden dzień dzieli ich od bitwy. Jego pierwszej w życiu bitwy.
Leżąc
na wznak, zapatrzył się niewidzącym wzrokiem w belki podtrzymujące strop
kwatery. Wsłuchiwał się w zgiełk panujący na zewnątrz, przynoszony słodkim
letnim wiatrem harmider najemników gotujących się do walki. Do obrony swego
domu. Wciąż i wciąż z pamięci przywoływał alabastrową maskę oraz wyzierające z
nich złoto niezwykłego spojrzenia. Dotknął brzucha na wysokości żołądka, ale
nie wyczuł w nim paskudnego robactwa. Cokolwiek rycerz mu uczynił, miało to
związek z mocą Zaklinacza Żywiołów. Podrażnił esencję zgromadzoną w półsmoczym
ciele, wywołując to paskudne wrażenie. Tak jak twierdził paladyn, wystawiał się
na działania sił przerastających jego pojmowanie. I nie potrafił się przed tym bronić.
Młody
rycerz go znał. On sam widział paladyna tylko raz, w Twierdzy, zaraz po
powrocie z nieudanej misji w Adeili. Wtedy wydawał się kimś zwyczajnym. Widocznie
zależało mu, by tak myśleli potencjalni wrogowie. Lepiej mieć się na baczności
i podejmować wszelkie środki ostrożności, wszak jest księciem Estarionu.
Książę.
Est
uniósł lewą dłoń, niezmiennie otuloną miękką skórką rękawiczki bez palców. Sam
był kimś pokroju królewskiego potomka. W jego żyłach płynęła krew istot,
których skomplikowanej nazwy nie umiał sobie przypomnieć, jakby absolutna
pamięć przedziurawiła się w miejscu, gdzie łączyła się z cudzymi wspomnieniami.
Odrzuciła je.
Potomek
smoka. Zaklinacz Żywiołów.
Skoro
to wszystko było w nim samym, to jakie sekrety skrywała wgryzająca się w tkankę
biżuteria? Osłaniała go przed szkodliwą emanacją? Ukrywała jego obecność w
Macierzy Mocy i służyła za przekaźnik wspomnień, chociaż dla użytkowników magii
była praktycznie niewyczuwalna? Jego energia była niemożliwa do wykrycia, lecz
sir Aarim wiedział, ba!, wpłynął na niego! Zatem magia bransolety gasła czy też
jego nieprzyjaciele władają potęgą, z jaką nie sposób się mierzyć? Z pewnością
Mag rozmyślał nad tym samym. Zadawał sobie te same pytania. Roztrząsał liczne
możliwości i był bliżej odkrycia prawdy niż dzieciak, który ledwie posmakował
życia.
Urękawiczniona
dłoń osunęła się na chłodną pierzynę. Potrafił tak dumać długie godziny, ale od
tego brzuch się nie napełni. Powinien także sprawdzić co u Leos. I Cola. Choć w
przypadku tego drugiego podejrzewał, że obowiązki dają mu się we znaki.
Odkąd
awansował na przodownika, Colonell znacznie więcej czasu spędzał w terenie,
biorąc podwójne przydziały. Est był przekonany, że nie poradził on sobie ze
stratą piątki ludzi. A raczej z poczuciem winy, gdyż tamtej nocy z czystej
złośliwości względem przywódcy scedował zadanie na nieszczęsnego Jodegarda.
Dzięki temu przeżył, lecz emocje nim władające nie pozwalają mu odpocząć,
zmuszając do katorżniczej pracy.
Co
prawda dzisiejszego dnia poza Twierdzę nie wyszedł żaden patrol, ale nie
znaczyło to jeszcze, że Złowieszczy Niedźwiedź zabarykadował się za wysokimi
murami. Pojedynczy zwiadowcy mieli wykryć i śledzić przemarsz wojsk, donieść o
zaopatrzeniu oraz uzbrojeniu, by pozostali jak najlepiej przygotowali się do starcia.
Colonella z nimi nie było. W ogóle nigdzie go nie było, jakby zapadł się pod
ziemię. Albo utknął w gabinecie przywódcy. Podobnie jak mistrz. We trzech
podejmowali decyzje dotyczące taktyki lub czego innego, Est nie do końca
orientował się, o czym można rozprawiać na tego typu zebraniach. Na swoje
szczęście nie został zaproszony. I na swoje nieszczęście miał zbyt wiele
wolnego, które trwonił na bezowocne dywagacje, a przecież mógł bez przeszkód
udać się do kuchni w poszukiwaniu jedzenia. Pora śniadania dawno minęła, nie
wątpił jednak, że kucharki odłożyły dla niego coś specjalnego.
Z
bladym uśmiechem przylepionym do twarzy wyślizgnął się z łóżka, a ciche
burczenie zawtórowało jego niepoważnym myślom. Ten dzień będzie inny niż
wszystkie. Jutro skończy się świat.
***
Leos była podenerwowana. Ten
szczególnie nieprzyjemny stan objawiał się gwałtowną reakcją w stosunku do pechowców,
którzy w swej niewiedzy podchodzili blisko niej. Była niczym rozjuszona
niedźwiedzica i z tego tytułu obrywało się każdemu bez wyjątku, a najbardziej
Estowi. Aczkolwiek ten miał się z czego tłumaczyć.
-
Czemu nie powiedziałeś mi o wyjeździe?! - wrzeszczała na niego, gdy czarodzieje
przebywający we wspólnej sali wieży po cichutku opuszczali pomieszczenie. Po
mistrzowsku przyjęła rolę liderki, dominując starszych adeptów i stając się
idolką młodszych. - Nawet się nie pożegnałeś! Zdajesz sobie sprawę jak się
czułam?! Po prostu zwiałeś!
-
Leos, jak rany, nie było mnie dwudzień! – Est nie poważył się usiąść na kanapie
obok dziewczyny. Wolał trzymać się na bezpieczną odległość od jej zachmurzonego
wzroku zwiastującego gradobicie. - Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć, bo
wróciłem, tak? Wszystko w porządku.
Naburmuszona
skrzyżowała ręce na piersi. Nieprzerwanie gromiła elfa spojrzeniem spod
ściągniętych frustracją brwi, zagryzając przy tym wargi.
-
Nic nie jest w porządku! Pojechałeś do Adeili, do paladynów! Głupi jesteś? To
cud, że w ogóle wróciłeś, idioto! Col uważa, że uciekłeś. Poskarżył się, że on
zawsze przed dłuższą wyprawą się z tobą widuje, a ty co? Świnia z ciebie i
tyle.
Est
już dawno nie słyszał tylu epitetów pod swoim adresem, ale nie to go ruszyło.
Słowa Cola wypowiedziane głosem Leos miały moc, która zwróciła jego uwagę na
najgorszą prawdę. W przeciwieństwie do niego Col każdorazowo wypatrywał
sposobności, by się z nim zobaczyć. Rzeczywiście, w tej chwili Est zasługiwał
na najgorsze, choć jak na swój cięty język i niewybredne słownictwo
czarodziejka wykazywała się niebywałą powściągliwością.
-
Masz rację, Leos - westchnął z rezygnacją i padł na miękkie poduszki obok
dziewczyny. - Jestem skończonym idiotą, który myśląc o innych, myśli wyłącznie
o sobie. I najmocniej cierpią przez to osoby, które kocham…
Córka
przywódcy nieco się uspokoiła słysząc jego szczerą skruchę. W skupieniu
śledziła kilku nierozważnych adeptów, którzy weszli do sali i zajęli fotele pod
przeciwległą ścianą. Gdy tylko ją spostrzegli, podnieśli się z zamiarem jak
najszybszego odejścia, lecz jej obojętne wzruszenie ramion zatrzymało ich w
miejscach. Spięci opadli na siedzenia i rozmawiali przyciszonymi głosami, od
czasu do czasu spoglądając ostrożnie na Małą Niedźwiedzicę.
Est
patrzył na to przedstawienie w milczeniu. Współczuł tym dzieciakom, niemniej
podszyte politowaniem rozbawienie uniosło kącik białych ust.
-
Ładnie ich wytresowałaś - skomentował. - Twojemu mężowi nie będzie lekko. Zyska
jednak kochającą i silną kobietę. Moim zdaniem to uczciwa wymia... Ej, jak
rany! O co ci chodzi? To był komplement!
Rozjuszona
Leos powoli cofnęła pięść.
-
Jeżeli tak wyglądają komplementy w twoim wykonaniu, to nic dziwnego że sypiasz
z facetem! – syknęła.
-
Jaka kobieta, taki komplement – wypalił Est, przezornie zrywając się z kanapy.
- Poza tym nie sypiam z facetem. My… ech… Jak rany, nie, nieważne.
-
No śmiało, mów, cała zamieniam się w słuch. – Czarodziejka pomału wstała z
siedziska, zmuszając Esta do wykonania kroku w tył. - Czyli jesteś dziewicą?
Dziewicem? To się odmienia?
Est
chwycił się za ucho i pociągnął w geście bezsilnej rozpaczy. Ta dziewczyna jest
niemożliwa!
-
Prawiczek, Leos, mówi ci to coś? Przypuszczam, że Flora wie takie rzeczy. To
chyba twoja jedyna przyjaciółka, mam rację? Więc ty też powinnaś to wiedzieć.
-
Mam wiele przyjaciółek, ale ona jest najciekawsza z nich wszystkich - warknęła,
przystając tuż naprzeciw niego. Grymas irytacji zniknął z jej twarzy
odsłaniając piegi i słaby rumieniec. Wówczas dojrzał, że jej ciemnoniebieskie
oczy były spuchnięte i zaczerwienione. Co się stało z jego spostrzegawczością?
- Słuchaj, Est. Naprawdę się martwiliśmy.
-
Niespełna trójdzień mojej nieobecności tak wami wstrząsnął?
-
Tak. - Zamilkła, szukając właściwych słów. Jedyne, co znalazła, to kolejne łzy perlące
się na rzęsach. - Bo zawsze tu jesteś. I nagle cię nie było - dodała dużo
ciszej, prawie szeptem. - Tak jak wtedy, gdy się rozchorowałeś.
Powietrze
już całkiem z niego uszło. Wcale się nie rozchorował, był w stanie agonalnym...
Lepiej, żeby wszyscy uważali, że po prostu zmogła go choroba. Tak było lepiej.
-
Leos, przepraszam. Nie sądziłem, że tak to przeżyjesz.
-
Więc uświadom sobie wreszcie, że od tego są przyjaciele, tak? Od zamartwiania
się i przegadywania do rozumu kiedy trzeba.
Est
nie miał pojęcia co jest wyjątkowego w tej ludzkiej czarodziejce, ale niemal od
samego początku jej pobytu w Twierdzy bez skrępowania się z nią spoufalał.
Jakby znał ją od lat, a nie zaledwie kilku tygodni. Jakby nie była bękartem
Złowieszczego Niedźwiedzia, a zwykłą dziewczyną jakich wiele. Lecz nie była
zwykłą dziewczyną, choć jej aparycja mogła mylić. Była trzecią osobą, której
dotyk nie wzbudzał w nim lęku ani odrazy.
Martwiła
się o niego, a jej ostre słowa i obcesowe zachowanie miały na celu zatuszowanie
natury skrywanej we wrażliwym, dziewczęcym sercu. Bo taka właśnie jest Mała
Niedźwiedzica - z wierzchu silna i nieustraszona, gotowa wygarnąć
najtrudniejszą prawdę, a wewnątrz troskliwa i serdeczna. Jak gdyby trzymała się
w ryzach wyłącznie za sprawą demonstracyjnej powłoki chroniącej delikatne
wnętrze. Cóż, w końcu przeżyła kilka ładnych lat w samotni, a takie życie hartuje.
I nadal była w nim zakochana. Przynajmniej nie brnęła dalej w to swoje
niewielkie kłamstewko, które kosztowało go całkiem sporo nerwów. I reputację, o
którą aktywnie dbał od ponad roku.
-
Uwierz mi, Leos, jestem wdzięczny za taką przyjaciółkę jak ty - wyznał z ledwie
dostrzegalnym uśmiechem. - Dlatego jutro dajmy z siebie wszystko i nie pozwólmy
się zabić.
Leos
skinęła głową, ocierając powiekę owiniętym w piromancką czerwień nadgarstkiem.
Bez wahania postąpiła krok do przodu i wtuliła policzki w czarny materiał
bezrękawnika, obejmując talię Esta drobnymi ramionami.
Chłopak
nie wiedział, co ze sobą począć. Stał z uniesionymi rękami i zerkał na boki w
obawie, że ktoś ich zauważy. Jasne, że ktoś ich zauważył. Siedzący za jego
plecami adepci wstrzymali oddechy. Cóż, lepsze to niż typowe dla dzieciaków
podśmiechujki. Nie zmieniało to jednak faktu, że zrobiło się niezręcznie.
Ciągnąc
za końcówki opadających uszu zerknął w dół, na grzywę miodowych pukli. Leos drżała.
Bała się. Potrzebowała pocieszenia. W jej zachowaniu nie było niczego
niestosownego, żadnego podtekstu czy subtelnego erotyzmu, tylko czyste emocje, którym
w ten sposób dawała upust. Otoczył jej ramiona własnymi i przygarnął do siebie
w opiekuńczym geście. Kołysał ją, szepcząc, że wszystko będzie dobrze, że nie dopuści
do niczyjej śmierci. A była to najgorsza z obietnic. Zbyt łatwo przychodziło w
nią uwierzyć. I nie można było jej spełnić, przez co z wolna przeistaczała się
w paskudne kłamstwo.
***
Spożywanie posiłku w towarzystwie
nie brzmiało kusząco, dlatego Est zabrał obiad do swojej kwatery. Ostatni dzień
przed potyczką wolał spędzić w zaciszu sypialni, z dala od ciekawskich spojrzeń
i zbędnych domysłów. Wystarczył mu odgłos gorączkowych przygotowań dobiegający z
dziedzińca. Czyniony przez ludzi hałas mu nie odpowiadał, jednak bardziej
mierził go pomysł zamknięcia okien. Świeże powietrze rekompensowało wszelkie
niedogodności.
Nastroje
nie były złe. Wręcz przeciwnie, najemników ekscytowała myśl o jutrzejszym
wydarzeniu. To była ich praca, ich życie. Oddawali je, na to bowiem przystali
przyłączając się do najlepszej kompanii najemnej Estarionu. Czy po przeciwnej
stronie stawali zwykli zaciężni, czy też niezwyciężeni przedstawiciele Zakonu
Paladynów, dla nich liczył się śpiew oręża i buzująca w żyłach adrenalina. Est
nie podzielał ich entuzjazmu. W nadchodzącym boju nie doszukiwał się chwały, bo
co chwalebnego było w pozbawianiu się nawzajem życia? Ludzie byli dziwni. Tak
zostali stworzeni. Do rozmnażania się i zabijania w bezsensownych konfliktach. Ich
królestwa były krótkowieczne jak oni sami, gdyż wojowali między sobą, zamiast skoncentrować
się na rozwoju i dobrobycie. Nie stworzyli niczego trwałego jak krasnoludowie,
ani nie rozkwitli kulturowo w stopniu równym imperialnym elfom. Po prostu byli,
żyli chwilą z pokolenia na pokolenie i umierali, a na ich miejsce przybywali
następni. I tak oto cykl ludzkości dokonywał się na oczach pozostałych ras.
Marszcząc
czarne brwi wspomniał wieszczące słowa Colonella. W opinii wytatuowanego
mężczyzny to ludzie nie pasowali do tego świata, podczas gdy biały elf był jego
pierwotnym elementem. I tak jak przewidział, równocześnie z pojawieniem się
Esta nastąpiły wielkie zmiany. Aczkolwiek chłopak to samo myślał o Magu: wszystko
rozpoczęło się w momencie, gdy spotkali się w noclegowni. Nie, zmiany nastały
wraz z bransoletą. A może ich początek sięgał epoki znacznie odleglejszej niż
mógłby pamiętać z racji młodego wieku? Nie wiedział. Wiedział natomiast, że
poją się one krwią i żywią niezliczonymi istnieniami. I są nienasycone.
A przecież będzie już tylko gorzej…
Chcąc
zagłuszyć przykre rozważania, wrócił pamięcią do rozmowy z Leos. Piromantka
podniosła go na duchu i na nowo tchnęła w niego wiarę w siebie. W przyjaciół. W
ludzi. Bo nadal przebywał wśród nich. I przeczuwał, że jeszcze długo taki stan
rzeczy będzie się utrzymywał.
Musiał
się czymś zająć. Zająć umysł, zająć dłonie, zająć czas, inaczej podda się
wątpliwościom, zacznie rozmyślać nad jutrem, tworzyć scenariusze nijak mu nie
pomagające. Wolałby w tej chwili przebywać z Colem, oddać się rozkosznemu
zapomnieniu bliskości ludzkiego ciała, ale jego wciąż nie było. Był wściekły?
Miał pełne prawo gniewać się za kolejny absurdalny wyskok nieodpowiedzialnego
szczeniaka. Szczególnie, że są partnerami. Kochankami.
Musiał
coś ze sobą zrobić! A torby jak rzucił na środek pokoju zeszłego południa, tak ciągle
tam leżały. Kończąc posiłek postanowił się wypakować. Z plasterkiem ogórka w
zębach wyciągał z worków podróżnych przedmioty i pedantycznie odkładał je na
swoje miejsca. Mistrz powtarzał mu, by jadał warzywa. I chociaż Est za nimi nie
przepadał, to przywykł do ich smaku na tyle, by nie czyniły mu różnicy.
Wczoraj
Mag wyglądał naprawdę kiepsko. Cień człowieka sprzed roku. Przebłyski
wyniszczyły jego ciało, lecz jednocześnie mocniej zahartowały ducha. Ale czy
poradzi on sobie w bezpośrednim starciu przeciwko Synom Tarthosa? Col mówił, że
mnich dołączał do walki dopiero w ostateczności, siejąc pogrom pośród wrogów i zsyłając
rychłe zwycięstwo Niedźwiedziom, ale czy tym razem w ogóle dołączy?
Takimi
myślami umniejszał umiejętnościom mistrza. To oczywiste, że mnich z Północy
podoła wyzwaniu! Wiek nie ma tu nic do rzeczy. Jak śmiał w ogóle w niego
wątpić? Mag nigdy nie zwątpił w ucznia, który okazał się na tyle niewdzięczny,
by podważać kompetencje mentora.
Warzywo
chrupnęło, przecięte na pół ostrymi kłami. Chłopak zastygł nad połowicznie rozpakowanymi
torbami, spoglądając na nie smętnie. Miał przestać się zadręczać. A odkąd wyszedł
z kuchni, to nic innego nie robi.
Col, jak rany, gdzie jesteś…?
Zerknął
odruchowo w kierunku otwartego balkonu. Jak na szpilkach wyczekiwał spotkania, lecz
mężczyzna się nie zjawił. Ta rozłąka była większym koszmarem niż wizja
skrzydlatej śmierci o żółtozielonych ślepiach. A to dlatego, że udręczony nie
wiedział, co dzieje się z jego partnerem.
Jeśli chcesz mnie ukarać, zrób to w
inny sposób… Nie ignoruj mnie, proszę. Nie teraz, kiedy te dłużące się godziny
mogą być naszymi ostatnimi...
Opróżniwszy
torby, zwinął je w ciasne rulony i wsunął pod łóżko, rozglądając się za
kolejnymi dowodami swojej nieudanej ucieczki. Nie znalazłszy już niczego,
usiadł na kołdrze i zagapił się w przestrzeń. Nie miał ochoty czytać, bo nie
potrafił się skupić. Nie chciał ćwiczyć, bo pusta sala treningowa niespecjalnie
go zachęcała. Nie próbował nawet medytować, ponieważ widmo złotych oczu było nader
upiorne. Co jeszcze mógł robić?
Przytępiony
wzrok spoczął na stojącej na stole paterze z owocami. Był ktoś, kogo mógł
odwiedzić. Zerwał się z łóżka i zgarniając w biegu dwa jabłka, opuścił
sypialnię.
Do
tętniących życiem i zapachami koni stajni wszedł akurat w momencie, gdy jeden z
młodziutkich chłopców czyścił kopyta czarnego rumaka. A raczej starał się je
wyczyścić. Ogier gniewnie prychał i przestępował z nogi na nogę utrudniając mu
pracę, wyraźnie niezadowolony z obecności nieznajomego człowieka.
Est
przyglądał się pracy stajennego, ale nie dopatrzył się w niej oznak zniecierpliwienia,
niechęci czy znużenia. Młodzik usiłował udobruchać żywiołowe zwierzę, by móc je
oporządzić. Młode konie bywały bardziej charakterne niż te starsze, ułożone i
nawykłe do obecności ludzi. Est bez wahania poprosił młodzieńca, by pozwolił mu
przejąć opiekę nad krnąbrnym karoszem. Obyło się bez protestów.
Gdy
został sam z czarnym ogierem, ten prychnął wyzywająco, mierząc go oczami o słabo
widocznych poziomych źrenicach. Est położył jedno z jabłek poza zasięgiem
konia, a drugie podsunął mu pod chrapy na wyprostowanej dłoni. Mruczał przy tym
kojąco, aż zaintrygowane zwierzę zastrzygło uszami. Koń długo się nie namyślał.
Chwycił mięsistymi wargami oferowany mu przysmak i chrupiąc przeżuwał, obserwując
białego elfa.
-
Chciałbyś drugie? - wymruczał Est, ujmując kantar. Kary nie protestował, gdy
złapał za pasek przy policzku. - Coś za coś, przyjacielu. Najpierw doprowadzimy
cię do porządku. Dobrze, że nie widzisz swojej grzywy. Prezentuje się nie
lepiej niż moja.
Chłopak
uśmiechnął się do konia, bynajmniej nie poruszonego widokiem kłów cechujących
najgorsze drapieżniki. Ogier zdawał się już niczym nie przejmować. Szturchnął bark
elfa, domagając się kolejnego smakowicie pachnącego owocu, a potem musnął
chrapami jego biały nos. Uniósł łeb i zarżał przyzwalająco.
Esta
aż ścisnęło w piersi na myśl, że od teraz posiada własnego wierzchowca. To było
niesamowite. I zarazem przerażające, gdy przypomniał sobie, jak zyskał tak
niebywałego kompana.
Starannie
wyczyścił sierść konia z zalegającego na nim kurzu i zadowolony z efektu zabrał
się za kopyta, z którymi miał już więcej kłopotu. Zupełnie się tego nie
spodziewał, ale od spodu wyglądały na zdecydowanie bardziej skomplikowanie niż
z wierzchu. Karego rozpierała energia, przez co Est stracił wiele czasu na delikatne
wydłubywanie zaschniętego brudu i słomy z wnętrza kopyt oraz podków. Przynajmniej
szczotkowanie grzywy, ogona i puszystej sierści przy pęcinach nie było aż tak
wymagające jak operowanie kopystką.
Zmęczony
i zadowolony z owoców swej pracy Est z trudem się rozprostował. Kiedy ostatni
raz tak drobiazgowo zajmował się końmi? Kilka miesięcy temu? To był obowiązek
stajennych. Tymczasem to jego wierzchowiec i to on odpowiedzialny był za jego samopoczucie.
Wziął
drugie jabłko i podsunął je pod ruchliwy pysk, w którym w mig zniknęło przy
akompaniamencie stłumionego pogłosu chrupania. Dumny pogładził czarne chrapy
wierzchowca i zadzierając brodę wpatrzył się w błyszczące inteligencją brązowe oczy.
Ukontentowany koń poruszał leniwie uszami, z zaciekawieniem zerkając na elfa.
-
Pojedziemy jutro razem - szeptał Est. - Już zawsze będziesz mi towarzyszył w
drodze, gdziekolwiek się udam. Jak rany, ile bym dał, by być tak spokojnym jak
ty, trwać w błogiej niewiedzy, nie zważając na to, co przyniesie poranek.
Pożegnalnie
klepnął umięśnioną szyję zwierzęcia i zatrzasnął boks, życząc mu miłego dnia.
Dwóch młodzików odpowiedziało, nieświadomych, że biały elf skierował te słowa do
odprowadzającego go spojrzeniem konia.
Est
z zaskoczeniem spostrzegł, że dzień chylił się już ku końcowi. W stajni zabawił
kilka godzin, czego nie odczuł w natłoku czynności, zbyt skoncentrowany na
pracy, by troskać się upływem czasu. I co teraz? Powinien wracać do sypialni?
Zapowiadało
się na to, że znów zje kolację w samotności. Brakowało mu opanowania mistrza,
niefrasobliwości Cola i kontrolowanego szaleństwa Travisa. Wszystko wydawało
się być inne wyłącznie dlatego, że w rozkładzie dnia zabrakło bezpiecznej
rutyny... która mogła go zgubić, jeśli zacząłby na niej bezmyślnie polegać.
Z
ciężkim sercem przekroczył próg stajni, udając się prosto do kwatery na
czwartej kondygnacji Wieży Czarodziejów. Piękny zachód soczystym oranżem
malował dziedziniec i urzeczony już miał zatrzymać się, by popatrzeć na zatrzaśniętą
bramę, kiedy nagle w jego wyobraźni świat spłynął szkarłatem.
Nie ucieknę przed przeznaczeniem.
Dokądkolwiek się udam, zawsze będę podążał śladem, jaki pisany mi jest od dnia
poczęcia. Tu nie ma miejsca na przypadek.
Kły
zacisnęły się. Białe palce zwinęły się w pięści, gdy pod rękawicą zapłonął
ogień. Est powstrzymał się przed zerknięciem na lewą dłoń i przyspieszył kroku.
Czymkolwiek to było, przechwytywało jego myśli, mieszało się z nimi, ukrywało pośród
nich. Mąciło mu w głowie, zacierając nikłą granicę pomiędzy tożsamością a
nieznaną osobowością. Popadał w obłęd. Paranoja powróciła, czepiając się nie
otaczającej go rzeczywistości, lecz umysłu.
Porozmawia
o tym z mistrzem. On mu pomoże, znajdzie rozwiązanie. Nie dziś, ani nie jutro… Żywił
nadzieję, że w obliczu nadciągających zdarzeń ten dzień w ogóle nadejdzie.
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Kopyta z mocą tłukły popękaną ziemię
traktu. Pochylony nad spoconym końskim karkiem i lekko uniesiony w siodle
Estalavanes usiłował choć trochę odciążyć spienionego wierzchowca. Młody rumak
o puszystych szczotkach pęcinowych oraz lśniącej czernią sierści był silny i krewki,
cwałował niestrudzenie i tylko tuman kurzu wzbijał się za nim, z wolna
rozwiewany przez ciepły wiatr.
Zmierzchało
już, jednakże biały elf wciąż miał wiele kilometrów do przebycia. W duchu
bezustannie poganiał rumaka panikując, że nie zdąży z ostrzeżeniem. Był głodny,
lecz nie starczyło mu czasu, by cokolwiek zjeść. Chciało mu się pić, ale nękały
go ważniejsze sprawy niż pragnienie duszące gardło. Musiał wkrótce zwolnić,
żeby nie zajeździć zwierzęcia, choć nic nie wskazywało, by koń potrzebował
odpoczynku. Aż wreszcie, z bólem serca, Est zadecydował o chwili postoju. Poprowadził
rumaka ku dzielącym połacie lasu łąkom i nim ten się zatrzymał, zwinnie zsunął
się z siodła. Koń bez zbędnej zachęty zaczął szczypać soczystą trawę, zmiatając
ogonem gzy czepiające się jego błyszczących od potu, wstrząsanych dreszczami
boków.
Wieczór
był ciepły i świerszcze koncertowały w najlepsze. Est nie zdjął siodła ani
juków z grzbietu zwierzęcia, planując wznowić podróż, gdy ogier odzyska nieco
sił. Położył się z zamiarem ucięcia sobie drzemki, lecz sen nie nadchodził.
Nachodziły go za to myśli o sir Aarimie. Po czyjej jest stronie? Zgodził się wspomóc
roszczeniowych możnych i jednocześnie wypuścił współwinnego morderstwa elfa.
Czy naprawdę był tak szlachetny, czy tylko na takiego pozował? Nie wyglądał na
człowieka, który zwaśniłby dwie frakcje i czekał, aby dobić osłabionego
zwycięzcę. Nie wyglądał w ogóle na człowieka. Miał posągowe rysy, jakimi w
sztuce oddawano Wszechmocnych.
Est
doszedł do wniosku, że chyba za krótko żył na tym świecie i za mało widział,
skoro pierwszy poznany paladyn wydał mu się niespotykanie dziwny. A jeśli oni
tacy już byli? Nie, miał styczność z przedstawicielami Zakonu i żaden inny
rycerz nie wywołał w nim tak skrajnych emocji jak ten jeden zjawiskowy osobnik.
Na tyle zjawiskowy, by trącić wrażliwą strunę jego duszy - wątpliwości w
stosunku do wszystkiego, co robił. Znalazł podatny grunt i zasiał w nim ziarno
niepewności. Nie, to ziarno od zawsze tam tkwiło, a on rzucił na nie swój blask,
obnażając skryte w ciemnościach istnienie.
Biały
elf żył niepewnością i brakiem poczucia własnej wartości. Bał się wszystkiego i
wszystkich. I przez cały ten czas chodziło właśnie o egoizm, który, broniąc
siebie samego, nazywał troską o innych. W rzeczywistości nigdy o nikogo nie dbał.
Tak jak mawiał mistrz, powinien pielęgnować te kruche przyjaźnie, które z
trudem zawarł, wzmacniać je. A on bezmyślnie zniszczył je ucieczką z Twierdzy.
Colonell go znienawidzi. Leos się od niego odwróci. A mistrz… Mistrz przyjmie
go z powrotem, lecz będzie rozczarowany, a to gorsze niż odrzucenie. Na każdym
kroku próbował udowadniać jaki jest dojrzały i godny pokładanego w nim zaufania,
ale wciąż odkrywał w sobie tego samolubnego dzieciaka, którym był. Uchylającego
się od odpowiedzialności i zgrywającego skrzywdzonego chłopca, pogrążającego
się w domniemanej krzywdzie i niesprawiedliwości. Brak pewności siebie, wiary
we własne umiejętności czy lęk przed odtrąceniem po prostu ukrył za maską
sympatycznego naiwniaka, który każdemu służy pomocą nie patrząc na siebie.
Perfekcyjny manipulant, jak trafnie zaopiniował Velren. Aż poczuł odrazę do
siebie samego… A przecież powinien być dumny ze swoich talentów, ze swego
legendarnego dziedzictwa. Przecież jest odpowiedzialny! To ludzie wiecznie
wszystkiego od niego wymagają. W porównaniu z nim oni są bezwartościowymi
pionkami, które można dowolnie wykorzystać!
Nie,
to nie jego myśli! To nie on! Spotkanie z rycerzem-dowódcą obudziło w nim ten
drugi głos odzywający się w najmniej spodziewanych momentach, gdy wątpił lub
wahał się. Gdy stał na skraju przepaści i patrzył w otchłań. A Głos czaił się
tam w głębinie i wyciągał plugawe szpony, by porwać go w odmęty szaleństwa.
Potwór. Półsmok.
Est
uszczypnął się w policzek, potrząsnął rozwianą czupryną i zerwał się z trawy.
Wieczór gładko przeszedł w noc. Jeżeli Niedźwiedzie miały przygotować się do
starcia, to musiał już ruszać. Jeszcze trochę, a popadnie w obłęd, z którego
może się nie wydostać. Potrzebuje kogoś, kto będzie miał na niego oko. Kto zada
śmiertelny cios, jeśli nic innego nie pomoże.
Czas dorosnąć, Estalavanesie, i
wziąć sprawy w swoje ręce. Przestań patrzeć na przeszłość i żyj tak, jak gdyby
koniec miał nadejść już jutro.
Jakby
słyszał mistrza. Zresztą nie ma co się dziwić - w końcu był i jest, ale czy
nadal będzie jego uczniem?
***
Zbliżało się południe, gdy
wgryzający się w ostatni sucharek Est wjechał kłusem na ścieżkę wiodącą pod
bramy Twierdzy. Wycieńczony prawie tak samo jak jego koń trzymał się w siodle
prosto, dzielnie znosząc niemal całą dobę bez przyzwoitego pożywienia oraz snu.
Pojutrze nastąpi atak. Nie miał pojęcia o jakiej porze, niemniej miał pewność,
że sir Aarim go nie oszukał.
Na
zachmurzonym horyzoncie zamajaczyły pierwsze wysokie wieże ogniowe. Na ich
widok serce podeszło mu do gardła. Zapragnął skakać i płakać z radości, na
szczęście miał w sobie na tyle wstydu, by siedzieć cicho na obitym przez siodło
tyłku. W przejrzystym powietrzu wartownicy zauważyli go na długo nim przeciął
błonia i podjechał pod zamkniętą bramę. Odczekał podniesienie żelaznej brony
oraz uchylenie jednego z dwóch wielkich skrzydeł, gdyż drzwiczki rewizyjne były
zbyt małe, by pomieścić rosłego ogiera. Cała Twierdza dowiedziała się o jego
powrocie obwieszczonym szczękiem prastarego metalu i przenikliwym zgrzytem
ogromnych zawiasów. Mógł pożegnać marzenie o skromnym przekroczeniu progu
warowni i utrzymaniu ciekawskich gapiów na dystans. Już niemal słyszał
detonację plotek oraz domysłów dotyczących jego dwudniowej absencji. Pojechał
rozprawić się z grasantami na rozkaz przywódcy i z podkulonym ogonem wrócił w
pielesze Twierdzy, zbyt wystraszony, by wypełnić zadanie. Gdzie był? Co robił?
Dezerter. Zdrajca!
Unikając
kontaktu wzrokowego z najemnikami, powiódł zgrzanego rumaka do stajni. Był u
siebie, lecz wcale nie czuł się bezpieczny. Zsiadł, odwiązał torby oraz kostur,
a wodze oddał stajennemu. Młodzik nadgarstkiem potarł nos, obiecując zająć się
zmęczonym zwierzęciem. Nie zdawał się poruszony faktem, że naprzeciw niego stoi
zdrajca. Bo jeszcze o tym nie wiedział.
Poprawiając
tobołki, Est rozejrzał się ukradkiem. Na dziedzińcu panował ruch jak co dzień.
Mieszkańcy bez pośpiechu i do znudzenia wykonywali swe obowiązki. Nikt nie
patrzył na niego wilkiem, nie padła też komenda pochwycenia dezertera.
Niektórzy wręcz ostentacyjnie go pozdrawiali, rozważając rozpoczęcie rozmowy.
Czyżby zwiadowcy niczego nie wypatrzyli? A przodownik? Gdzie w takim razie
stacjonuje armia możnych? Czy szlachcice byli tak nierozgarnięci, by najeżdżać niezdobytą
fortyfikację z ledwie dwoma tysiącami żołnierzy? Musieli dysponować solidnymi
machinami oblężniczymi, by podejmować się tak ryzykownego przedsięwzięcia. Jak
zamierzali je przetransportować przez bujną puszczę? Wyrąbią sobie drogę? Nawet
Zakon Paladynów nie posiada takiej mocy, by magią obalić potężne mury czarnej
warowni. A jeśli posiada...?
Nie
miał sił głowić się nad tym, więc od razu pomaszerował do Głównego Budynku.
Poczuwał się do odpowiedzialności jako najemnik, toteż nie szukał doradcy
Złowieszczego Niedźwiedzia. Odnalazł za to tyczkowatego szambelana i przekazał,
że chce natychmiast zobaczyć się ze Złowieszczym Niedźwiedziem. Siwiejący
mężczyzna popatrzył na niego karcąco i wymamrotał, że Zaklinacza Żywiołów
oczekiwano w sali audiencyjnej już od kilku godzin.
Teraz
przyszła kolej Esta, by obrzucić człowieka ekspresyjnym zdumieniem. Lodowa kula
zastąpiła mu żołądek, gdy w oszołomieniu podziękował i objuczony jak muł, podparty
na kiju udał się we wskazane miejsce.
***
Tyrd Niedźwiedziogrzywy i jego
doradca spierali się o coś zawzięcie. Praktycznie nie dostrzegli podchodzącego do
podwyższenia białego elfa. Est pierwszy raz widział, by mistrz był wzburzony i
widok ten szalenie go zaniepokoił. Zatrzymując się w stosownej odległości od
tronu, przez kilka uderzeń serca przyglądał się zwaśnionym mężczyznom. A
konkretnie temu jednemu, którego biała broda znacznie się przerzedziła pod jego
nieobecność. Wciąż nie wierzył, że to z winy przebłysków Mag w zatrważającym
tempie traci zdrowie.
Zbierając
się na odwagę zwiesił głowę, podciągnął zsuwający się z ramienia plecak i
stuknął metalowym okuciem kostura w okrytą czerwonym dywanem posadzkę. Głuche
echo odbiło się od ścian, gdy w milczeniu wyczekiwał reakcji.
-
No proszę, Magu, czyż to nie nasz mały zbieg? - Pyszałkowatość Niedźwiedzia
zdążyła już obrosnąć w legendę. Zjadliwy ton dotknął Esta, który ani drgnął,
walcząc z narastającym lękiem. - Przyznaj, biały szczurku, jesteś dezerterem
czy nie?
Dziki
uśmiech był nieprzyjemny, na szczęście chłopak nie musiał patrzeć na zarośniętą
gębę przywódcy. Wolał pozorować potulność i pokorę, bo przynajmniej wtedy nie
zbierało mu się na wymioty. Popatrywał jednak spod czarnej grzywy na mistrza. Ściągnięte
gniewem brwi wyraźnie odznaczały się na ogorzałej, pomiętej wiekiem twarzy.
Est
przełknął ślinę, uwalniając się od gorzkiego posmaku niechęci doprawionej
nienawiścią.
-
Nie, przywódco, nie jestem dezerterem - zaprzeczył cicho, nie podnosząc głowy.
- Przynoszę wieści z Adeili. Ostrzeżenie przed wrogą armią, która przybędzie
pojutrze.
-
I że niby skąd to wiesz? - wycedził Niedźwiedź, nie tracąc nic z cynizmu. - Moi
najlepsi zwiadowcy niczego nie wykryli, zaś tobie przyszło to z niezwykłą
łatwością. Co za niedorzeczna wymówka! Nikt nie zdobędzie mojej Twierdzy, nie
ma takiej siły! Ktokolwiek porywa się na tak jawną głupotę, jest skończonym pomyleńcem!
Esta
zalewała żółć, gdy słuchał tego człowieka. Gardził nim aż cierpła mu skóra, a
palce świerzbiły. Wzmocnił chwyt na coraz cieplejszym kosturze.
Spójrz mu w oczy - szeptała jaźń. To czuowiec. Tylko czuowiec. Jest nikim!
Przymknął
powieki, nie stosując się do zaczepek Głosu prawiącego mu banały. Uparcie ich do
siebie nie dopuszczał. Zgoda, to człowiek - pospolity, wyzbyty szerszej
perspektywy, jak inni ograniczony własnym egotyzmem, zepsuty i krótkowzroczny…
Nie, nie wszyscy tacy byli. Nie powinien przyszywać łatek ogółowi wyłącznie
dlatego, że kilku z nich zachowywało się w tak karygodny, destruktywny sposób.
Nie chciał stać się taki jak oni, zarozumiały i arogancki. Aczkolwiek za wzór
obrał sobie jednego spośród ludzi, który spoglądał na niego ze zrozumieniem, a w
chwilach największego zwątpienia przywracał wiarę w ludzkość.
Stary
doradca ostatni raz zmierzył przywódcę kompanii nieprzejednanym wejrzeniem, po
czym ostrożnie zszedł z podestu, by zająć miejsce u boku podopiecznego.
-
Złowieszczy Niedźwiedziu, mój uczeń nie ma powodów, by kłamać w tak ważkich kwestiach.
Ciepła,
drżąca dłoń oparła się na czarnych segmentach naramiennika. Est z bólem serca
przyjął emocjonalną wibrację niosącą się wzdłuż barku. Naszła go nieprzeparta
chęć nakrycia suchych, pomarszczonych palców starca swoimi, długimi i pełnymi
życia. Powstrzymał się jednak, poprzestając na pojedynczym zerknięciu w
kierunku mentora. Może i Mag nie wyglądał zdrowo, za to nie stracił nic z płonącego
w nim żywo wigoru.
Niedźwiedź
rozparł się wygodniej na tronie, mierząc z góry dwójkę podwładnych. Prawa ręka nieprzerwanie
gładziła głowicę potężnego miecza, połyskującą w smugach wpadającego przez okna
słońca.
Czarne
oczy mistrza porozumiewawczo spoczęły na Eście. Chłopaka zmroziło kiedy pojął,
że Mag od samego początku wiedział o wszystkim, a mimo to postanowił się za nim
wstawić. Jakby cała ta ucieczka nie była dziełem przypadku, a perfekcyjnie
zaplanowanym działaniem, jakiego nieświadomie się podjął. Ta wizja go przeraziła,
oznaczało to bowiem, że został wmanewrowany. Nie wiedział jednak przez kogo.
Albo przez co. I w jakim celu.
Troskliwy,
niemal rodzicielski ton rozległ się tuż przy długim uchu, przywołując
wstrząśniętego ucznia do porządku.
-
Czy byłbyś tak dobry, mój chłopcze, i rzucił więcej światła na sprawę, z którą
przybywasz?
Est
uniósł wzrok. Wpatrywał się w mistrza, poszukując jakichkolwiek wskazówek, lecz
jedyne co dojrzał, to obraz rozpaczy. Sieć zmarszczek zgęstniała, brużdżąc
twarz mnicha jak przegniły owoc. Białe brwi wciąż były krzaczaste, ale broda
wyliniała. I tylko te oczy… te młode, objawiające potężną wolę onyksy
sprzeciwiały się skurczonej postaci starego człowieka. Est nie mógł pozbyć się
wrażenia, że jego rejterada dołożyła do tego swoje trzy tarcze.
-
Niespełna dwa tysiące zaciężnych żołnierzy odpowiedziało na wezwanie
zjednoczonych arystokratów, Unii Możnych – zaczął Est, nie zaszczycając Niedźwiedzia
pojedynczym spojrzeniem. Bynajmniej nie traktował go jak powietrza, bo bez
powietrza nie da się żyć, a bez tego barbarzyńcy ludziom żyłoby się lepiej. -
Ponadto uzyskali wsparcie oddziału paladynów. Z rycerzem-dowódcą na czele -
dodał dobitnie.
Tron
zatrzeszczał, gdy potężna sylwetka wojownika poderwała się z siedziska.
-
Ha! I może jeszcze dowódca piewców pokoju z Adeili osobiście ci to powiedział?!
Pchnięty
wewnętrznym impulsem Est obrócił pozbawioną wyrazu twarz w stronę adwersarza.
-
Owszem. Sir Aarim z rodu Asmodeuszy potwierdził swe stanowisko.
Dziki
grymas zelżał pod naciskiem wątpliwości. Obelżywość Złowieszczego Niedźwiedzia była
już tylko usilnie utrzymywaną opryskliwością.
-
Od kiedy to królewski szczeniak dowodzi garnizonem w Adeili? I po co tam
pojechałeś? Za kogo się uważasz, by samodzielnie wybywać do miasta
garnizonowego i spotykać z rycerzem-dowódcą? Śmierdzisz przeniewierstwem na
kilometr!
-
Na moje polecenie, Złowieszczy Niedźwiedziu - wtrącił Mag. - Jak już nadmieniałem
wielokrotnie tego dn…
-
Milcz, starcze! - huknął Niedźwiedź, szczerząc zębiska. - No dalej, szczurze.
Przestań się tak we mnie wgapiać i mów! Samą prawdę!
Zatem
tak mistrz chciał to rozegrać. Fortelem.
Est
otrząsnął się, wziął głęboki, uspokajający wdech i nie odrywając wzroku od brodatego
zwierzęcego oblicza wyjaśnił, że na polecenie mistrza wyprawił się do Adeili
zaczerpnąć języka u ludzi, z którymi nawiązał kontakt w trakcie poprzedniego zlecenia.
Zrządzeniem losu jego kłamstwa były tak gładkie, że język ślizgał się
wypowiadając kolejne słowa. Nie uciekając się do dalszych łgarstw opisał
spotkanie z lordem Halavarem, przebieg podróży, podczas której dowiedział się o
armii, oraz samą audiencję u królewskiego potomka. Nie wdawał się jednak w
szczegóły. Były nieistotne. Przynajmniej dla przywódcy.
Złowieszczy
Niedźwiedź górował, przeszywając elfa ciemnozielonymi oczami. Wściekle
skrzywiony miotał się wewnątrz siebie samego, niezdolny tknąć go choćby palcem.
Właśnie odebrano mu możliwość wykonania wyroku na otwarcie wzgardzonym stworzeniu.
Ten wyliniały lis znów go przechytrzył!
-
Pierdoleni rycerze - warknął, oddając harde spojrzenie Esta. - Niepełny
dwudzień na mobilizację, powiadasz… - Drapiąc podbródek, łypnął na sztywno wyprostowanego
doradcę. - Magu, w porze obiadowej widzę ciebie i przodownika w moim salonie. I
co tu jeszcze robicie?! Zabierajcie się stąd, obaj! Mam serdecznie dość towarzystwa
tego twojego białego szczura. Jest jak czarnopiór, przynosi tylko złe wieści!
Mag
pokłonił się i ściskając bark ucznia pociągnął go w tył, do wyjścia z sali
audiencyjnej. Posłuszny mistrzowi chłopak nawet nie pożegnał przywódcy. Odwrócił
się doń plecami i ostatnim, co usłyszał, była ciężko zwalająca się na siedzisko
masa mięśni i futer. Oraz chrobot ostrza drapiącego kamienną posadzkę
podwyższenia.
Po
raz drugi uniknął ścięcia. Lecz co się odwlecze, to nie uciecze, do trzech razy
sztuka. O ile ktoś nie ubiegnie Niedźwiedzia. Niechciana myśl przemknęła przez opustoszałą
głowę Esta jak budzące grozę wyobrażenie obojętnych złotych oczu. Odwaga
uchodziła z niego jak energia fizyczna. Był wyczerpany i teraz, gdy pierwszy
szok minął, zaczął odczuwać skutki długiej, forsownej jazdy. Niestety nie dane
mu było odpocząć, ponieważ prowadzący go mistrz pochylił się ku niemu.
-
Jednak postawiłeś na ucieczkę, Estalavanesie. - W jego tembrze nie dało się wyczuć
reprymendy ani zawodu. Brzmiał zwyczajnie, jak gdyby wybryk niesfornego
podopiecznego niczego nie zmienił. – Przypuszczałem, że prędzej czy później to
nastąpi. Aczkolwiek cieszę się, że postanowiłeś wrócić i opowiedzieć o swej
przygodzie. Być może tym nieprzemyślanym czynem ocalisz mnóstwo istnień.
Skrzypnęły
zawiasy. W nozdrza wychodzącego na korytarz Esta uderzył ciężki odór pochodni,
aż w głowie mu się zakręciło. Albo była to wina opadających zeń emocji. Lub
ulgi? Zdążył się w tym pogubić.
-
Przypuszczałeś, że ucieknę, mistrzu?
Ucisk
na ramieniu zelżał, gdy idący przy młodym uczniu Mag cofnął dłoń. Roztropny
starzec oraz lekkomyślny dzieciak zmierzyli się spojrzeniami, z czego w ogólnym
rozrachunku ten drugi wypadał naprawdę kiepsko. Przytłoczony winą i udręczony
wstydem spuścił wzrok na stalowe czubki zakurzonych butów. Zawiódł opiekuna i
oczekiwał nagany, niezadowolenia czy ostrej połajanki. Tymczasem stary,
poczciwy Mag jak zwykle próbował go zrozumieć, w dodatku uchronił go przed karą
śmierci grożącą za dezercję.
-
Estalavanesie, w czasach burzliwej młodości również dopuściłem się ucieczki -
wyjawił przyciszonym tonem mnich. - Opuściłem klasztor będąc w pełni świadomym,
że nie będzie dane mi do niego wrócić. Kiedyś srodze tej decyzji żałowałem,
dziś pozostała ona odległym wspomnieniem, na które nie mam wpływu. Dlatego raduje
mnie, iż zmieniłeś zdanie. Liczę, że wyciągniesz z tej eskapady naukę na
przyszłość. Czyżby umknął twej pamięci fakt, jakoby energia magiczna zaklęta w
twoim ciele wymagała kontroli?
Rozbawienie
wygięło kąciki pomarszczonych warg, odbijając się ciepłem w łagodnym spojrzeniu.
Est poczuł się gorzej, niż gdyby Mag zwymyślał go jak tępego woła. Przysparzał
wyłącznie kłopotów. Okazał się problemem, kataklizmem, jakiemu nie sposób zapobiec.
I co dostaje w zamian? Troskę. Wyrozumiałość. Akceptację. Jak miał to
przyjmować? To było najgorsze. Miał pojąć swój błąd? Przecierpieć własną
głupotę i uświadomić sobie, jak trzpiotowaty potrafi być?
Gdy
wyszli przed olbrzymi gmach, sponiewierany Est osłonił oczy brudną ręką.
Promienie południowego słońca raziły go i wdzierały się pod czarny skórzany
pancerz. Chyba nawet skryły się w tobołkach, którymi był obwieszony, gdyż nagle
zrobiły się cięższe, aż zmuszony był je podźwignąć. Zewsząd dochodził gwar z
rodzaju tych wypełniających zaludnione miejsca. Nikt nie zwracał szczególnej
uwagi na Maga i jego ucznia. Nikt o niczym nie wiedział. Najemnicy żyli jak
dotychczas.
Starzec
bardzo powoli zszedł z niskich stopni, co nie umknęło młodemu elfowi.
-
Proszę, byś wypoczął, Estalavanesie. Kolację zjesz w swojej kwaterze, gdyż nie
sądzę, bym znalazł dziś czas na przyjemność wspólnego posilanie się w zaciszu
gabinetu. Przyniosłeś wieści, które należy bezzwłocznie ogłosić - zauważył
rozsądnie. – W międzyczasie zregeneruj siły i pomedytuj. Ach, jeszcze jedno,
chłopcze. Panienka Leos mocno ubolewała nad twoim nagłym zniknięciem.
Skinął
chłopakowi łysą, pokrytą starczymi plamami głową i obrał ścieżkę do koszar.
Zapewne po Cola.
Est
nieomal podążył za nim, pragnąc spotkać się z przyjacielem, lecz mimo ogromu
tęsknoty nie mógł się ruszyć. Stał tylko patrząc na zgarbione plecy starego
człowieka, a nagły przypływ empatii i czułości rozchylił jego usta, odsłaniając
końcówki kłów. Dopiero teraz dotarło do niego, co właściwie zaszło w sali
audiencyjnej.
-
Mistrzu, pierwszy raz skłamałeś! - zawołał za nim.
Ten
w odpowiedzi posłał mu znad ramienia przebiegły uśmieszek i odszedł w swoją
stronę. Nigdy dotąd Est nie słyszał, by Mag kłamał. A dziś skłamał w obronie podopiecznego.
Dziwne ciepło spowiło jego duszę, a uśmiech sam wypłynął na wargi. Był w domu.
Pośród przyjaciół. Pośród ludzi, których kocha. Pośród ludzi, którzy kochają
jego.