Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Bezlitośnie prażąca dzienna gwiazda
chowała się za horyzontem, gdy Estalavanes maszerował wydeptaną ścieżką
prowadzącą do Głównego Budynku. Starał się zachowywać możliwie najnaturalniej,
co w jego stanie nie było łatwe, bo chociaż rozum zaprzątnięty miał ważkimi
sprawami, to ciało wciąż pamiętało żar zmysłowego kochanka.
Im
mocniej zakochiwał się w Colonellu, tym silniejszy stawał się strach pożerający
jego serce. Te mieszane emocje były tak pokrętne, że Est niejednokrotnie
zastanawiał się nad swoim nadwyrężonym zdrowiem psychicznym oraz nadwątloną
poczytalnością. Jeszcze do niedawna wszelkie wyższe uczucia były dla niego totalną
abstrakcją - nie potrafił ich nazwać, bo nawet ich nie znał. Tymczasem wskutek
jednego pocałunku na wieży cały ten pieczołowicie budowany, odizolowany od
reszty świat runął, roztrzaskując się w drobne kawałeczki i kalecząc go do
krwi. Jego uniwersum okazało się o tyle niestabilne, że przy pierwszym bliższym
kontakcie mechanizm obronny zawiódł, obnażając go i porzucając na pastwę
nieznanych doznań. Nic dziwnego że przeżył wstrząs, ani że nie był - nie jest!
- w stanie sobie z tym poradzić. Z czasem zaczął łączyć fakt przebudzenia w nim
drugiej jaźni z nagłymi porywami namiętności, których nie rozumiał i nad
którymi nie panował. Jak dotąd potworne przemiany wewnętrzne czy utrata
kontroli nad mocą i ciałem nie miały miejsca, lecz mógł to być zwykły zbieg
okoliczności.
Ale
Est nie wierzył w zbiegi okoliczności.
Zajęty
intensywnymi rozważaniami dotarł do wiekowych jak sama Twierdza dębowych drzwi
gabinetu administratora i zastygł z uniesioną pięścią. Zanim wejdzie,
koniecznie musi odzyskać jasność myślenia i szybko przypomnieć sobie tematy,
które chciał rozpracować z nauczycielem. Ich liczba przytłaczała, aczkolwiek
kilka z nich błyskawicznie wypłynęło spośród wzburzonego oceanu wątpliwości.
Jak na złość kilka tych, których wcale nie planował poruszać.
Kiedy
już miał zapukać, drzwi niespodziewanie otworzyły się od wewnątrz i stanął w
nich równie zaskoczony łysy starzec w jakże gustownym odzieniu. Est nie raz już
oglądał Maga w eleganckim stroju podróżnym, jednak widok był tak niecodzienny,
że jedyne co mógł zrobić, to gapić się głupkowato. Ascetyczny mnich na co dzień
zwykł wdziewać luźną odzież o prostym kroju; wiązane w pasie tuniki bez
rękawów, workowate spodnie oraz pantofle z miękkiej skórki. W dopasowanej
skórzanej kurtce i przydających szyku spodniach o wąskich nogawkach w kolorze antracytu
prezentował się jak klasyczny przykład szlacheckiego dygnitarza, a nie osobliwy
staruszek mający tyle lat na karku, ile zmarszczek na twarzy. Wysokie buty do
jazdy konnej nosiły ślady podróży, choć sam mężczyzna nie sprawiał wrażenia
zmęczonego jazdą w siodle. Był raczej zmartwiony i najwyraźniej zamierzał udać
się do swych kwater zanim odwiedzi go uczeń. Nie zdążył. Albo to Est przyszedł
za wcześnie.
Mag
cofnął się do wnętrza gabinetu i gestem zaprosił podopiecznego, który powoli
oswajał się z towarzystwem mentora w wytwornym odzieniu.
Est
czuł się nieswojo. Nie wiedział czy będzie umiał swobodnie z nim dyskutować. Wreszcie
zganił się za idiotyczne wymysły i przekroczywszy próg, zamknął za sobą drzwi.
Spędzał tu każdy wieczór przychodząc jak do siebie, ale teraz wszystko
wyglądało zgoła inaczej. Biurko obstawione schludnymi stosikami dokumentów i
przyborami do pisania było takie samo jak wczoraj czy przedwczoraj, podobnie
biblioteczka, stół, fotele oraz pozostałe wyposażenie gabinetu. Jedyną różnicą
był mistrz. I jego obca, milcząca postawa.
Mag
był ostoją spokoju. Powiadano, że nawet koniec świata nie zakłóciłby jego
opanowania. Obecnie biło od niego wzburzenie, jak gdyby tragiczna wieść, bądź
wydarzenie, zatrzęsło niewzruszonymi fundamentami zimnego stoicyzmu. Trzęsienie
na tyle mocne, by obalić je i pogrążyć niegdysiejszego mnicha w głębokim frasunku.
-
Wybacz mi nadgorliwość, mistrzu – wymamrotał Est nie mając co ze sobą począć. Sterczał
na środku gabinetu jak skarcony uczniak i walczył z przemożną chęcią
szarpnięcia za opadające ucho. - Mogę przyjść później.
-
Nie, Estalavanesie, zostań. Zamierzałem przebrać się w wygodniejsze odzienie,
lecz nie jest to na tyle pilna rzecz, by większej wagi kwestie musiały czekać.
Mag
szybkim krokiem przeciął odległość dzielącą go od wysokiego okna. Dziedziniec
znikał w cieniu nadchodzącej nocy. Starzec zapatrzył się w gasnący firmament,
jakby w oczekiwaniu na sobie tylko znany omen.
Est
nie odważył się ruszyć ze swojego miejsca między drzwiami a biurkiem. Z uwagą
obserwował Maga, uparcie doszukując się objawów pogorszenia kondycji leciwego
człowieka. Niczego takiego nie dojrzał, jednak wypatrzył coś, co znacząco
nasiliło jego przygnębienie. I bynajmniej nie dotyczyło to stanu zdrowia
opiekuna. Zniknęła doprowadzona do perfekcji samodyscyplina mistrza, a jego
równowagą zachwiało wyjątkowo ciężkie doświadczenie. Nigdy przedtem nie widział
go w takim stanie, toteż podświadomie współodczuwał niepokój, niedorzeczny lęk.
Był rozbity, a jego instynkt samozachowawczy kazał mu wpełznąć w pierwszą
lepszą dziurę i przeczekać, aż niezrozumiała sytuacja wróci do normy. Coś mu
jednak podpowiadało, że norma już dawno nabrała zupełnie odwrotnego znaczenia.
Sędziwy
doradca ucisnął palcami nasadę orlego nosa i przymrużył zaczerwienione powieki,
wciąż wpatrując się w ciemniejące niebo. Jego siwa, przerzedzona broda była nienagannie
przystrzyżona, ujmując mu lat, niemniej gęstniejące bruzdy w kącikach oczu i
ust wyraźnie się odznaczały. Przybyło ich od momentu wyjazdu z Twierdzy, a przeczulony
uczeń szybko dostrzegł tę różnicę. Sytuacja była poważna, by nie rzec
krytyczna.
-
A oto i jest… Zawsze na czas - mruknął Mag, a uszy Esta drgnęły lekko na nieprzewidziany
odgłos.
Chłopak
zerknął w cienie zalegające za oknem. Domyślił się o kim mowa i nie potrzebował
potwierdzenia swoich przypuszczeń. Instynkt jednak rządził się własnymi
prawami, dlatego bacznie śledził majestatycznego posłańca lądującego na
zewnętrznym parapecie. Olbrzymi puchacz nastroszył pióra, domagając się
wpuszczenia.
-
Estalavanesie, bądź tak miły i zadbaj o naszego pierzastego gościa, podczas gdy
ja pójdę założyć odzienie adekwatne skromnym progom mojego gabinetu – polecił Mag,
energicznymi ruchami otwierając okno. Ptak niezwłocznie przeskoczył na
wewnętrzny parapet, rozrzucając leżące na nim szpargały. - Ach, Syntia została
poinformowana o moim przybyciu i powinna wkrótce się zjawić. Pozwól jej
rozstawić kolację na stole.
Mężczyzna
wyminął ucznia i nie wydając dalszych instrukcji opuścił pomieszczenie emanując
łagodną aurą, której Est nie przyjął za dobrą monetę. Według niego nagła zmiana
maniery Maga miała w sobie coś sztucznego, niepodobnego do niezłomnego,
statecznego człowieka.
Zniecierpliwiony
puchacz przestępował z nogi na nogę, jakby i jemu udzielił się panujący w
gabinecie nastrój. Est zacisnął pięści, lecz nie dodało mu to upragnionej
odwagi. Podszedł do napuszonego ptaka i wyjął przesyłkę z cylindra
przytroczonego do jego nóżki. Wtem sowa obróciła się raptownie, rozłożyła ogromne
skrzydła i uderzyła nimi powietrze, wylatując przez otwarte okno.
Półsmok
patrzył za posłańcem z miną wyrażającą zdumienie. Zdawał sobie sprawę, że to do
rycerza-dowódcy należało ostatnie słowo w ich małej grze, jednakże po cichu
liczył, że to jemu przypadnie w udziale zamknięcie tego rozdziału. Cóż, nie tym
razem. Sowa odleciała, ponieważ sir Aarim nie wymagał odpowiedzi. Ostateczną
odpowiedzią było to, co Est trzymał w ręce.
Wyrok
śmierci czy też przepustka do nowego życia?
Pusty
wzrok wlepiał w śnieżną biel papieru kontrastującą z czernią rękawiczki.
Chłopięca ekscytacja i ciekawość uleciały z jego głowy w chwili, kiedy dotknął
gładkiej faktury kartki zwiniętej w ciasny rulon. Od tego świstka zależała jego
przyszłość związana z Niedźwiedziami, mistrzem oraz Colonellem. A przecież Col przysiągł,
że pójdzie z nim wszędzie, byle… byle jak najdalej od Zakonu Paladynów. Co więc
zrobi, gdy dowie się o szczegółach jego planu? Co gorsza, jak zareaguje na
wieść o jego korespondencyjnej dyskusji z synem arcypaladyna? Czy wymiana
listów z rycerzem-dowódcą to coś złego? Nie są wrogami, nie osobiście. A to, że
spotkali się po przeciwnych stronach wydumanego konfliktu nie oznacza, że muszą
się nienawidzić. Będąc szczerym, Est sympatyzował z młodym rycerzem, ale nie przyznawał
się do tego. Byli zatrważająco podobni. I mogli sobie pomóc.
Est
odetchnął dla opanowania zarówno siebie, jak i drżących palców. Bardzo wolno
rozwijał krótki list, jak gdyby w ten sposób mógł odwlec w czasie nieuniknione.
Pełne gracji litery układały się w wyszukane słowa i gładkie zdania, których
Est wcale nie miał ochoty czytać. Wiedział, że wraz z tym pismem jego życie
wywinie kozła i wyląduje w kolejnym bagnie, lecz mimo to nie mógł się powstrzymać.
Przebiegł obojętnym spojrzeniem po tekście, nie spostrzegłszy powrotu Maga
przebranego w powszednie szaty pozbawione zbędnych ornamentów.
Mężczyzna
znów przypominał niepozornego staruszka, choć nieprzenikniona rozterka nadal lśniła
w jego głęboko osadzonych oczach. Czekał w pełnej szacunku odległości od
czytającego, w międzyczasie wziął tacę z kolacją od Syntii i podziękował jej
uprzejmie za wykonaną pracę. Kiedy podopieczny skończył czytać, nie poprosił go
nawet o streszczenie treści czy przekazanie mu jej, tylko bezsłownie zaprosił
do stołu i zajął ulubiony fotel naprzeciwko drzwi.
Est
nałożył sobie porcję kaszy i gulaszu. Skonsternowany rozmyślał nad otrzymaną od
sir Aarima wiadomością kompletnie zapominając gdzie się znajduje. Oraz że nie
jest sam.
-
Zatem znalazłeś rozwiązanie zadowalające wszystkich, chłopcze?
Est
podskoczył na dźwięk głosu mistrza, nie spodziewał się bowiem złamania z jego
strony niepisanej tradycji milczenia podczas spożywania wieczerzy. Zastygł z
widelcem w połowie drogi do ust i spoglądał z niedowierzaniem na Maga, który
nalewał im obu herbaty do kubków.
-
Jedz, Estalavanesie, kolacja wystygnie. I nie patrz na mnie w ten sposób. Nigdy
nie zabraniałem prowadzenia dialogu w trakcie posiłku.
Upomniany
chłopak zapamiętale pracował widelcem nie przejmując się, jak idiotycznie
wygląda. Nie jadł obiadu, a miłosne szaleństwa dodatkowo zaostrzyły jego
niemały apetyt, mimo że wszystko wokół zrobiło się nierzeczywiste. Nie miał
bladego pojęcia co zdarzyło się na włościach lorda Westermina, ale Mag zdawał
się być innym człowiekiem, choć paradoksalnie nic w nim samym nie uległo
zmianie. Czy to emocje odbite na poznaczonej wiekiem twarzy tak go poruszyły?
Zreflektował
się, że zgodnie z zasadami konwersacji na zadane pytanie wypadało odpowiedzieć,
więc zaczął z policzkami pełnymi potrawki. Zmitygował się prędko, przełknął i dopiero
wtedy popatrzył w odmienione oblicze starca.
-
Przepraszam mistrzu, nie nawykłem do rozmawiania i jedzenia równocześnie.
-
Nie troskaj się, uczniu, nie jest to niezbędna najemnikom umiejętność,
aczkolwiek na dworach możnowładców wymagana bardziej, aniżeli wprawa w
posługiwaniu się orężem. Na twoje szczęście, chyba nie będziesz częstym gościem
na salonikach elit. - Znaczące wejrzenie spod krzaczastych białych brwi wyraziło
więcej niż słowa człowieka. - Kiedy wyjeżdżasz?
Est
stracił apetyt. Odłożył widelec i sięgnął po kubek parującego napoju. Upił
odrobinę herbaty, by czymś zająć usta i dłonie. Pojutrze opuści Twierdzę. Sam,
albo z Colonellem.
-
Jutro przybędzie sir Aarim Asmodeusz – poinformował niemal szeptem. - W imieniu
króla złoży Niedźwiedziowi bezprecedensową ofertę mającą…
-
Wystarczy, Estalavanesie, nie muszę, ani co ważniejsze, nie chcę tego wiedzieć.
Chciałbym natomiast usłyszeć z twych ust zapewnienie, iż Tyrd przystanie na
propozycję księcia.
To
nie było pytanie, lecz czysta retoryka. Mag bez pośpiechu posilał się kolacją i
nie skupiał nadmiernie wzroku na uczniu wiedząc, jak niezręcznie czuje się on
pod pozornie beznamiętnym spojrzeniem czarnych oczu.
Dla
Esta nie było tajemnicą, co rycerz-dowódca zamierzał oferować w zamian za
możliwość wynajęcia Zaklinacza Żywiołów oraz przodownika. Złowieszczy
Niedźwiedź musiałby być głupcem, aby na to nie przystać, szczególnie że biały
elf był mu solą w ranie. Ale czy odda pierworodnego na pastwę Zakonu Paladynów pamiętając,
że ciąży na nim odroczona egzekucja? Sir Aarim sporo ryzykował podejmując się
samodzielnych działań na terytorium zadeklarowanego wroga. Najwidoczniej miał
ku temu powody.
-
Tak, mistrzu. Gwarantuję ci, iż Tyrd Niedźwiedziogrzywy przystanie na
propozycję księcia Aarima Asmodeusza. - Mimo szczerych chęci Est nie zdobył się
na pewny ton. – Jutrzejsza wizyta służyć będzie wyłącznie dopełnieniu
formalności.
-
Niezmiernie mnie to cieszy, chłopcze.
Nastała
cisza z rzadka przerywana pobrzękiwaniem sztućców uderzających o ceramikę. Est
bezmyślnie patrzył na połowicznie opróżnioną miskę, natomiast Mag kończył
właśnie swoją porcję i wycierał brzegi naczynia resztką pieczywa.
-
Twój zamysł ziścił się w najlepszym dla ciebie momencie, Estalavanesie.
Ujrzałem bowiem przebłysk wydarzeń sprzed dwóch tysiącleci, których świadkowie obrócili
się już w proch. - Mag odsunął naczynia na bok. Oparł się wygodniej o fotel, wspierając
łokcie o poręcze i splatając palce na linii brody. Zdążył już oswoić się z
wieścią, jaką pozornie obojętnym głosem obwieszczał zainteresowanemu. -
Historia zatoczyła pełen krąg, Estalavanesie, lecz tym razem konflikt nie
ograniczy się wyłącznie do rasy ludzkiej zamieszkującej Estarion. I arcypaladyn
ma tego pełną świadomość, w związku z czym postanowił działać. Czyni to
dyskretnie, by nagła zmiana w jego dotychczasowym postępowaniu nie przyciągnęła
zbędnej atencji. Od samego początku wiedział, iż nadciągająca siła dotyka
pierwotnego źródła i wypacza je znacznie głębiej, niż przypuszczał. I chociaż
rodzi się w sercach ludzi, to wcale się od nich nie wywodzi.
Mistrz
zamilkł i wpatrzył się w pojedynczy punkt na przeciwległej ścianie, obejmując
wzrokiem nieistniejące już miejsca.
Widelec
Esta ostatni raz stuknął o miskę. Czy było to aż tak wstrząsające, by zachwiać
najspokojniejszym człowiekiem w Estarionie? I co też miało wspólnego z jego
odejściem? Nie chciał jednak przerywać namysłu mentora, więc cierpliwie wyczekiwał
dalszych wyjaśnień.
-
To było nieuniknione, mój uczniu. Nie nauczę cię już niczego więcej,
szczególnie że teraz nie treningów fizycznych ci potrzeba. Dlatego ufam, iż sir
Aarim, niebianin oraz przyszły zwierzchnik Zakonu Paladynów, godnie mnie
zastąpi, by z należytą starannością pokierować twoją ścieżką. A może ty sam
przejmiesz kontrolę nad życiem swoim i innych? - Onyksowe, lekko zmrużone oczy
spoczęły na szeroko otwartych kocich ślepiach zmieszanego chłopaka. Przewrotny
uśmieszek wygiął pomarszczone wargi. - Nie, nie wzbraniaj się przed tym,
Estalavanesie, obaj wiemy, że tak jest w istocie. Jesteś osobą szlachetną, o
wrażliwym sercu, skorą poświęcić siebie samego dla dobra ogółu. Nie wyklucza to
bycia odpowiedzialnym za polegających na tobie ludzi. Pamiętasz, co ci mówiłem?
Wszelkie uczucia i emocje są niezbędne do życia, również te uznawane za
bezwartościowe oraz podłe. I tylko od ciebie zależy, jak je wykorzystasz. Bądź
ze sobą szczery. Jeżeli tego nie uczynisz, nie zaznasz spokoju.
Spokój!
Jak Est miał odczuwać spokój, kiedy obca jaźń usiłowała go sobie podporządkować?!
-
Mistrzu, podczas twojej nieobecności… - wyrwało mu się odruchowo, znów na czas
nie zapanował nad zdradliwym językiem. Spuścił wzrok. Urękawiczniona dłoń
machinalnie powędrowała do końcówki długiego ucha. - Podczas twojej
nieobecności odkryłem w sobie coś, do czego nie powinienem był się zbliżać. I
bezwiednie przyczyniłem się do wypuszczenia tego na zewnątrz. Teraz żyje to we
mnie, wolne i przejmujące nade mną władzę.
Zmarszczki
Maga wygładziły się, przekorny grymas znikł z jego twarzy zastąpiony powagą
zadumy.
-
Zechciej nakreślić obraz tego, co próbujesz mi przekazać, chłopcze - poprosił
cicho. - W jakich okolicznościach to nastąpiło? I czy jest tożsame z twoją
drugą osobowością?
I
strapiony Est przedstawił wydarzenia minionego tygodnia nie szczędząc
opiekunowi szczegółów. Jednocześnie tarmosił ucho będąc ledwie o włos od
załamania nerwowego. A kiedy mówił, wiele spraw nabierało dla niego nowego
wydźwięku. Pozornie losowe zdarzenia przeplatały się i wskakiwały na swe
miejsca będąc niczym innym, jak następstwami konkretnych, nieumyślnych poczynań
Esta. Świetlista bariera mogła być wyłącznie mentalną projekcją, uzmysłowieniem
sobie granicy, którą przekroczył nabywając nową zdolność. Jeśli tak, to skąd
wzięła się pełna gama niepożądanych uczuć, jakie mu wtenczas towarzyszyły?
-
Estalavanesie, prawdopodobnie twój umysł dostosowuje się do środowiska oraz
twoich potrzeb tworząc przystępne wizualizacje. Ułatwia ci zrozumienie
złożonych procesów zachodzących w twojej psychice, a także w ciele i wokół
niego. Z twojej opowieści wynika, iż samodzielnie rozwinąłeś swoją moc, nie
tracąc przy tym zmysłów ani tożsamości. Dlaczego zatem sądzisz, że cokolwiek przejmuje
nad tobą władzę?
-
Słucham? - Zaskoczony pytaniem Est poderwał gwałtownie głowę. W spojrzeniu
mistrza dostrzegł dobroduszne rozbawienie. - Dlaczego sądzę…?
-
Słyszałeś wyraźnie, mój chłopcze. Jesteś panem siebie samego, więc jak możesz
przejąć kontrolę nad czymś, nad czym już panujesz?
-
Mistrzu, chyba mnie nie zrozumiałeś. Owszem, udało mi się okiełznać kolejny
żywioł, ale to, czego doświadczyłem zaraz po tym, było… - Zdruzgotany pokręcił
głową. – Te... odczucia nie należały do mnie. Byłem nieprzyzwoicie dumny ze
swojego osiągnięcia. Poczułem się kimś wyjątkowym, niepokonanym. W tamtej
chwili byłem przekonany, że mogę wszystko. I że nie istnieje na Khaldunie siła
mogąca mi się przeciwstawić. Byłem upojony i oczarowany napływem ożywczej esencji.
Od tamtej pory mam poczucie, że nie jestem sam. Wewnątrz, w mojej głowie. Nie
słyszę głosów, lecz czuję obecność w dziwny sposób narzucającą mi emocje,
jakich sam bym nie odczuł. Przemycającą własne wartości w języku, którego nie
znam, a który rozumiem. Przeraża mnie, jak trudno odseparować cudze myśli od
własnych. Boję się, że się w tym pogubię, aż zatracę się całkowicie. Przeraża
mnie stosunek drugiej osobowości do życia, w szczególności do ludzi. Jakbym nie
był sobą.
Gdy
skończył, mentor słowem się nie odezwał. Popatrywał tylko na niego z tą
ojcowską czułością. Palce zwinięte w pięść przyłożył do okolonych białą brodą
ust, z których wydobyło się pojedyncze chrząknięcie.
Est
nie wiedział co sądzić o tym przejawie rodzicielskich uczuć. Odnosił nieznaczne
wrażenie, jakby policzki mu płonęły.
Starzec
ociężale dźwignął się z fotela i skierował swe kroki do okna. Kiedy zwrócił się
w stronę Esta, był zupełnie poważny.
-
I wracamy do początku dzisiejszej rozmowy - rzekł. - Moja rola dobiega końca,
Estalavanesie. Intuicja każe mi uczynić punktem odniesienia artefakt połączony
z twoją dłonią, choć jeszcze nie wiem, na czym konkretnie powinienem się skupić.
W przeciwieństwie do przedstawicieli Zakonu Paladynów mój zasób wiedzy
pozostaje ograniczony, dlatego ileż bym się nie głowił, nie pojmę działania
twojej bransolety. Być może nie tylko reminiscencje w niej zaklęto. Być może jej
powstanie miało na celu ukrycie twej mocy przed Macierzą oraz poszukiwaczami
magii. Skoro złączyła się z tobą w jedno, Estalavanesie, to zamysłem jej twórcy
było, abyś nigdy jej nie ściągnął, przypadkiem czy intencjonalnie. Jak gdyby
artefakt współistniał z tobą na zasadzie symbiozy. Wiedz, że nic nie dzieje się
z woli przypadku, Estalavanesie. Chyba że przypadek uznajemy za drugie imię
przeznaczenia.
Est
zerknął na okrytą czarną skórką dłoń. Rzeczywiście, kiedy po raz pierwszy
wszedł w stan kontemplacyjny, przedmiot oszalał wraz z esencją w jego ciele. Od
tamtej pory bez przerwy wyczuwał czyjąś obecność, doznał pomieszania
osobowości, które z czasem się wzmogło, odwodząc go od zmysłów. A teraz... Cały
czas wierzył, że rozbudził coś niszczycielskiego w swoim wnętrzu, czułą strunę,
której złowroga nuta rezonowała w całej jego osobie. A jeśli była to bransoleta?
Wspomnienia, jakie mu ofiarowała, niezwykłym zrządzeniem losu zatarły się, lecz
gdy się skoncentrował, przywoływał pojedyncze powidoki prędko rozmywające się
pod powiekami.
Leciwy
człowiek oczywiście miał słuszność. Był dla zagubionego półsmoka niby ojciec -
wymagający, niemniej kochający; surowy, ale i wyrozumiały. Est będzie tęsknił
za ich rozmowami oraz kolacjami. Będzie mu brakowało katorżniczych ćwiczeń czy pasjonujących
sparingów. Dzień, w którym będzie musiał dorosnąć, wkrótce nastąpi. Wówczas odrzuci
ckliwe sentymenty i, tak jak przewidział nauczyciel, ruszy swoją drogą.
Korytarz jego życia był długi, a przed nim jeszcze wiele drzwi, do których
otwarcia potrzebował kluczy, jakich na próżno szukać w murach czarnej Twierdzy.
Świat stanął dla niego otworem: szeroki horyzont zdarzeń, wachlarz możliwości.
Samodzielność oraz niezależność, o które tak zawzięcie walczył przez ostatni
rok. A gdy miał je na wyciągnięcie ręki, wahał się po nie sięgać. Bał się
nieznanego. Bał się zmian. Nie będzie już przy nim mistrza, opiekuna i ojca, gotowego
wyratować go z najgorszej opresji, służyć radą oraz pokrzepić dobrym słowem.
Będzie zdany na siebie. Nie, nie tylko na siebie. Nie będzie sam. O ile
Colonell z nim będzie, to nie bał się jutra, ponieważ jutro wszystko się wyklaruje.
Jutro przypieczętuje swój los i jeśli właściwie rozegrał tę partię, to…
Wbrew temu co mówią, przeznaczenie
można zmienić
- wyszeptała podświadomość prosto w udręczone troskami serce. Przeznaczenie jest przyszłością, a na
przyszłość wpływ ma bezlik współzależnych od siebie czynników. Potrąć jeden, a
zadrżą wszystkie.
***
Pustka na dziedzińcu nie była niczym
niespotykanym we wczesnych porach nocnych. W Twierdzy panowała nieomal
absolutna cisza i tylko wrażliwy zmysł białego elfa rejestrował ledwie
słyszalne odgłosy wybrzmiewające na murach oraz echa nocnych łowców miękko
łopoczących skrzydłami. A mimo to nieokreślone przeczucie kazało Estowi zwrócić
większą uwagę na to, co go otaczało.
Rozmowa
z mistrzem skłoniła go do zastanowienia się nad swoimi decyzjami. Nic nie
dzieje się z woli przypadku. Hołdował tej idei i coraz bardziej przekonywał
się, iż jest w niej zawarta głębsza prawda. Sir Aarim także o tym wiedział, w
innym wypadku nie wszcząłby tak szybkich i desperackich działań w kierunku
zaciągnięcia Zaklinacza Żywiołów w szeregi Zakonu Paladynów. Szczególnie, że w
rzekach nie upłynęło wiele wody od ich brutalnego starcia, z którego nie
wyszedłby żywy, gdyby Colonell nie poszedł mu w sukurs. Wciąż ciągnęły go
blizny po cięciach zadanych mieczem paladyna, mimo że jego organizm
nienaturalnie szybko goił śmiertelne rany, nie pozostawiając po nich śladu. Wydawało
się to o tyle nielogiczne, że wręcz sobie przeczyło.
Wspinając
się po schodach wieży bezwiednie dotknął blizn osłoniętych bezrękawnikiem. Już
do końca życia będzie musiał znosić ich szpetotę. Mnóstwo razy słyszał jak
najemnicy Niedźwiedzi przechwalali się szramami zdobytymi w bojach. Chełpili
się nimi podkreślając, iż kobiety chętniej wybierały właśnie tych, którzy
zgromadzili ich imponującą ilość. Dla niego były symbolem porażki, nie
zwycięstwa. Nie potrafił cieszyć się, że do jego odstręczającej aparycji dołączyły
kolejne znamiona odmienności. Szczególnie ta jedna, widoczna w zagłębieniu szyi.
Przygnębiony
kurczowo trzymał zmiętą kulkę papieru. Jej ostre rogi wżynały się w miękkie
wnętrze jego dłoni. Boleśnie przypomniało mu to o mrocznej tajemnicy, którą powinien
podzielić się z Colem. Powinien był przyznać się do tego, co robił pod jego
nieobecność i uzasadnić, dlaczego podjął się tak drastycznych środków w drodze
ku złudnej wolności. Znów nie zastosował się do rady mistrza, który twierdził,
iż lepiej narazić się na gniew wyznaniem cierpkiej prawdy płynącej z serca,
aniżeli stracić zaufanie lojalnego przyjaciela. Ale jak miał to zrobić, skoro
nie umiał sklecić w myślach spójnego zdania? Nie wiedział jak zagaić rozmowę,
ponieważ w jego głowie ziała kompletna pustka. Stojąc przed drzwiami własnej
komnaty gorączkowo kombinował nad wymówką, która uchroniłaby go przed
kompromitacją w oczach wybranka. Równie dobrze mógł zwyczajnie wejść i nie
zastać partnera. Podejrzewał jednak, że ten już go wypatruje. O ile wyszedł ze
spotkania z ojcem bez szwanku.
Est
wziął powolny wdech dla ukojenia nerwów i ze świstem wypuścił powietrze z płuc.
Bardziej przygotowany już nie będzie. Nacisnął klamkę i pchnął ciężkie drzwi.
Wchodząc, wzrok natychmiast utkwił w scenie, która wstrzymała pracę jego serca
na kilka sekund. Jedna z szuflad biurka była wysunięta. Wstrząśnięty spojrzał
odruchowo w stronę foteli oraz stołu, gdzie dojrzał pochylonego nad blatem
człowieka. Ruszył ku niemu, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa, zatrzymując
ciało w niepewnym półkroku. Rozszerzone lękiem źrenice spoczęły na
charakterystycznie pogiętych kartkach ułożonych na stole oraz tej jednej w
ciemnoskórej dłoni mężczyzny.
Esta
zmroziło. Colonell siedział w fotelu i oparty łokciami o kolana rozczytywał
eleganckie zawijasy listu opatrzonego pieczęcią Zakonu Paladynów. Było już za
późno na wyjaśnienia. Młody mężczyzna bez wątpienia wychwycił skrzypnięcie
drzwi, był wszak zwiadowcą o wyczulonym jak na człowieka słuchu. Celowo
zignorował partnera, albo był tak wściekły, że tylko czekał na jego ruch.
Chłopak
tracił grunt pod stopami. Panika zawładnęła jego opustoszałym umysłem, który
natychmiast odmówił funkcjonowania w reakcji na nietęgą minę Cola. Przełknął
kilka razy ślinę, co nie pomogło w pozbyciu się kwaśnej żółci podchodzącej do
ściśniętego gardła.
Przodownik
wciąż nie interesował się przybyszem i chyba tym umyślnym lekceważeniem ubódł
Esta najmocniej. Wreszcie poluzował zaciśnięte na dokumencie palce, a lekki
papier sfrunął na blat, nie czyniąc szmeru. Mężczyzna ani drgnął przez kilka
uderzeń serca, a następnie uniósł nieznacznie głowę i wilkiem popatrzył na półsmoka.
Milczeli
obaj, a tworząca się między nimi atmosfera nabierała duszącego, grobowego
charakteru. Est ścisnął zmiętą kartkę, by bezskutecznie zamaskować drżenie rąk.
Colonell pierwszy odwrócił wzrok i pomasował czoło, jakby chcąc pozbyć się
uporczywego, nawracającego bólu. Albo uwierających myśli.
Wykorzystując
moment przerwania kontaktu, Est skręcił w stronę biurka z zamiarem schowania ostatniej
wiadomości. Dopiero co zbierał siły, by odważnie podjąć się niewygodnego
tematu, a teraz marzył o samobójczym skoku z wieży ogniowej prosto na twardy
dziedziniec. Panujący w jego wnętrzu strach był tak porażający, że nie zauważył
nadciągającego mężczyzny. Opamiętał się, kiedy szarpnięcie obróciło go frontalnie
do człowieka.
Est
rąbnął plecami w ścianę tuż pod wygaszoną lampą. Skulił się mimowolnie, gdy
pięść łupnęła w kamień tuż przy jego nisko opadającym uchu. Nieśmiało podniósł
wzrok i dostrzegł tak wyraźną walkę uczuć na obliczu Colonella, że przeląkł się
nie na żarty. Nie mógł jednoznacznie określić czy mierzący go z góry mężczyzna
był rozzłoszczony, zrozpaczony, rozczarowany, czy może wszystko to na raz. Jego
pociemniałe oczy ciskały błyskawice, twarz skrzywiła się w grymasie, a szerokie
barki unosiły i opadały w beznadziejnych próbach panowania nad sobą.
-
Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć? - Jego baryton był podejrzanie cichy i
spokojny. - Albo inaczej: czy w ogóle zamierzałeś mi powiedzieć?
Colonell
tłumił kipiące w nim emocje, ale Est był pewien, że ten stan raczej nie potrwa
długo. Nie bał się że oberwie, zasłużył sobie na to niedojrzałym zachowaniem.
Sprawił ukochanemu mężczyźnie przykrość, zranił go i dostał rykoszetem własnej
decyzji, którą tchórzliwie odwlekał w czasie wiedząc, że w niczym to nie
pomoże, a jedynie wszystko pogorszy. Dostrzegał cierpienie na przystojnej,
wytatuowanej twarzy, ból zdrady wykrzywiający wargi, które z taką pasją
wyznawały mu najskrytsze uczucia. Które z równą jemu żarliwością smakował
zaledwie kilka godzin temu...
Ile
zdążył przeczytać? O czym myślał przeglądając poufną korespondencję
niejednokrotnie zawierającą swoiście intymną treść? Chwila… Poufna, intymna
treść mogąca zostać opacznie odebrana przez niewtajemniczonego czytelnika… Czy
sir Aarim to przewidział? Skąd wiedział, że Colonell trafi na te listy? Nie
mógł tego wiedzieć, nie było takiej możliwości! Ale te kilka pozornie
bezsensownych zdań nie było dziełem przypadku. Lecz co przyszłoby rycerzowi-dowódcy
ze skłócenia Zaklinacza Żywiołów z ludzkim zwiadowcą? I czy na pewno to miały
na celu? Mistrz w życiu nie zdradziłby sekretów swego ucznia, nieważne czy od
tego zależałby ich kruchy sojusz. Zatem młody książę nie miał pewności czy Est
i Col są nie tyle najlepszymi przyjaciółmi, co kochankami. Chyba że moce
mentalne, jakimi włada, wykraczają poza wiedzę starego doradcy.
-
Col, wszystko ci wytłumaczę. Daj mi moment na zebranie myśli. - Est podniósł
ręce w obronnym geście. Jedyne co zyskał, to druga pięść po drugiej stronie
głowy. - Masz prawo być wściekły, rozumiem…
-
Wściekły?! Dzieciaku, jestem wkurwiony! - Colonell warknął niby rozjuszony wilk
i naparł całym ciałem na swoje wyciągnięte ramiona, równając twarz z białą
twarzą strwożonego półsmoka. - Nie wiem kim musiałabym być, aby nie być
wściekłym za tak paskudną zdradę!
-
Zdradę?! To pomówienie! - zaskrzeczał Est niemal z urazą. - Nigdy bym cię nie
zdradził, Col!
-
Nie?! W takim razie CO! TO! JEST! - Skinieniem głowy wskazał na stół, a
dokładniej nierówny stos wymiętego papieru. - Bo jak dla mnie to ewidentny dowód
sprzeniewierzenia się Zakonowi!
-
Col, jak rany…
-
Nie uderzaj w płaczliwy ton, dzieciaku, nie teraz.
Est
zawsze chciał być silny i odważny, umieć przezwyciężać trudności. Ale teraz, dosłownie
przyparty do muru, czuł się jak skończony tchórz. Nie widział sensownego
wyjaśnienia korespondencji, szczególnie że jego odpowiedzi były w posiadaniu
niebianina.
Łzy
zapiekły pod powiekami. Rozpaczliwie starał się je pohamować, aż przygryzł do
krwi niezagojoną jeszcze wargę.
-
Jak mam ci się wytłumaczyć, nie mając dowodów na swoją obronę? W życiu bym cię
nie zdradził, Col, wiesz o tym!
-
Dzieciaku… - Colonell usiłował się uspokoić, uwierzyć w zapewnienia Estiego, lecz
nie potrafił. Rozluźnił pięść i przytknął palec do blizny na białej szyi. -
Zapomniałeś już chyba, jak potoczyła się wasza ostatnia schadzka. Mam ci odświeżyć
pamięć?
-
To nie była schadzka!
-
Jasne, najpierw obicie mordy, a potem skok do łóżka? Tak to według ciebie
powinno wyglądać?
-
To są twoje słowa, nie wkładaj ich w moje usta!
-
Masz zadziwiająco krótką pamięć jeśli chodzi o tego chłopaczka. Chcesz zajrzeć do
listów? - Zwiadowca odepchnął się od ściany i przeciągając gniewne spojrzenie zawrócił
do stołu. - “Chciałbym ujrzeć cię w owej chwili”. Albo “Od dnia naszego
pojedynku nie mogę przestać o tobie myśleć”. “Wyczekuję okazji, by móc się z
tobą sprawdzić w pozostałych dziedzinach życia”. Ależ mnie ciekawi co mu odpisałeś.
-
Wyrywasz to z kontekstu! Przeczytaj pełną treść!
-
Bo to wygląda jak wyrwane z kontekstu, nie trzyma się treści! – Tracący rezon najemnik
uniósł jeden z dokumentów na potwierdzenie swoich słów. - Zataiłeś to przede
mną, a przecież jesteśmy przyjaciółmi! Kochankami!
Est
ponownie wziął głęboki wdech. Pierwszy strach minął.
-
Powiedziałem ci już, że chcę, byś ze mną poszedł. Z dala od Niedźwiedzi i
twojego przeklętego ojca. - Postąpił kilka kroków wprzód. Zatrzymał się jednak
we względnie bezpiecznej odległości, zważając na ludzkie pięści. Już raz się ze
sobą zmierzyli i Est wygrał. Nie znaczyło to jeszcze, że pragnął powtórki. - To
jedyna szansa na opuszczenie Twierdzy bez palenia za sobą mostów, napiętnowania
dezercją i ściągania na siebie łowców nagród. Tylko tak możemy się stąd wyrwać,
ty i ja.
-
Mam wymienić starego na synalka arcypaladyna? Rozum ci odjęło?!
-
Col, tylko w ten sposób mogę zacząć oddychać, żyć, rozwijać się! - Postępując
kilka chwiejnych kroków niespiesznie rozpiął rękawiczkę i ściągnął ją,
obnażając połyskującą w słabym świetle obręcz i obrączkę połączone
filigranowymi łańcuszkami. - Jeżeli tu zostanę, oszaleję. Będę stanowił
zagrożenie dla mieszkańców Twierdzy. Jeżeli Tyrd będzie dalej mnie uciskał i
poniżał, wszystko, co do tej pory osiągnąłem, zostanie zniweczone przez to, co
się we mnie budzi. Ja potrzebuję wolności, Col. Potrzebuję ciebie.
Zrozpaczony
Est przerwał potok płynących z desperacji słów i podszedł jeszcze bliżej do nieprzewidywalnego
człowieka. Nie mogąc złapać tchu wyciągnął ramiona w próbie dotarcia do ukochanego
mężczyzny, ale niczego to nie zmieniło. Colonell przyglądał mu się z nową
ostrożnością.
-
Col, kocham cię i nie mógłbym zrobić ci żadnej krzywdy, uwierz mi. Mówiłem ci
już, że obudziłem w sobie coś, czego nie powinienem był choćby dotykać. Tamta
noc, tamten koszmarny wypadek powtórzy się szybciej, niż podejrzewam. Nie może
mnie tu wtedy być. Mistrz potwierdził że najlepiej będzie, jeśli ktoś obejmie
nade mną pieczę. Powinienem być stale obserwowany. I to przez ludzi
potężniejszych ode mnie. - Bezsilnie opuścił ręce. Zwieszając głowę obrócił ją
na tyle, by przyjaciel nie dojrzał jego ledwo powstrzymywanych łez. -
Przepraszam, Col. Przez swoje tchórzostwo nie byłem w stanie wyjawić ci prawdy.
Stałem się potworem, wynaturzeniem siebie samego oraz wartości wpojonych mi
przez mistrza. Zawsze nim byłem. Byłoby lepiej, gdybym odszedł sam. Byłbyś
bezpieczny. Przy mnie nie będziesz miał życia, na jakie zasługujesz… Przy mnie spotka
cię tylko niepewność i cierpienie.
Est
strzępkiem woli wycofał się w głąb komnaty. Skruszony żywił nadzieję, że
Colonell wybaczy mu tę zatajoną prawdę i zamknie w czułych ramionach szepcząc,
że rozumie, że wie, że ufa... Jakże był naiwny. I jakże bolesne było doznanie
rozrywające mu pierś, gdy ostatnim co ujrzał, były okryte ciemnozieloną bluzą
plecy oddalającego się w milczeniu najemnika.
Został
sam. Sam ze sobą i palącym poczuciem winy, echem rozpaczy. Nie szukał winnych.
Nie musiał, wiedział bowiem, że on sam sobie zaszkodził, na własne życzenie
utracił wszystko, co miało dlań największe znaczenie. Skrzywdził Colonella,
człowieka, którego kocha ponad wszelkie pojęcie. Osiągnął zamierzony rezultat,
niestety okupiony najwyższą, niepodlegającą negocjacjom ceną.
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Colonell odwiedził wszystkie znane
mu kryjówki Estiego, lecz nigdzie nie mógł go znaleźć. Jak gdyby żywa legenda
nagle rozpłynęła się w powietrzu. Nikt nie wiedział, dokąd elf się udał.
Zapytani wzruszali ramionami, czasem tylko racząc pytającego ploteczkami,
których ten nie chciał słuchać. A powinien.
W
końcu po długich i żmudnych poszukiwaniach odnalazł go w sypialni na czwartej
kondygnacji Wieży Czarodziejów, zagrzebanego w pościeli, zwiniętego w ciasną
kulkę z twarzą ukrytą za zasłoną brudnych dłoni. Col wciąż nie rozumiał raptownych,
pozornie bezpodstawnych zmian w zachowaniu partnera, choć podejrzewał, że miały
one związek z tym, co działo się w jego głowie przez ostatnie samotnie spędzone
dni. Zresztą chłopak informował, że dzieje się z nim coś złego. A on popełnił
ten błąd, że nie podjął tematu, gdy warunki temu sprzyjały.
Przodownik
nie był naocznym świadkiem poczynań Esta poza murami Twierdzy, ale ludzie prędko
przekazali mu najświeższe wieści, cholera wie jak upiększone. Do tej pory biały
elf był dla najemnych bohaterem bitwy z paladynami, lecz po dzisiejszym
spektakularnym poranku poczęli tytułować go cudotwórcą, a nawet wcieleniem
Wszechmocnych. Co zatem się stało, że zamiast pławić się w powszechnym uznaniu,
schował się w zaciszu sypialni?
-
Esti, co się dzieje? - Col pochylił się nad zawiniętym w kołdrę półsmokiem.
Przeciągająca się cisza zaczynała go niepokoić. - Jeśli mi nie powiesz, nie
będę wiedział jak ci pomóc.
Coraz
bardziej przejęty sięgnął ręką w głąb ciasnego gniazda i wymacał ciepłą szyję. Pod
palcami czuł mocny puls. Cóż, przynajmniej dzieciak się nie udusił. Aczkolwiek niebawem
może się to zmienić, jeśli zamierza tak przesiedzieć resztę popołudnia.
-
Esti, potrzebujesz pomocy? - zagadnął ponownie, ale jak poprzednio, tak i teraz
nie doczekał się odpowiedzi. - W porządku, idę po Oswyna.
Sztuczka
podziałała. Kłębowisko białej pierzyny poruszyło się i z wnętrza wychynęła najżałośniejsza
z istot, jakie dane mu było w życiu ujrzeć. A niemało się ich naoglądał w
rynsztokach Adeili.
Serce
mu się krajało na widok umorusanej, wykrzywionej rozpaczą młodziutkiej twarzy o
zapuchniętych powiekach. Mężczyzna poczuł ogromny przypływ współczucia i mimo
że nie znał przyczyny tego stanu, to instynktownie wyczuwał, że jego oblubieniec
przeżywa właśnie największy koszmar swojego życia. Esti budził skojarzenie
poturbowanego szczeniaka o smętnie opuszczonych uszach, któremu nikt nie
szczędził razów. Szczeniaka, którym powinien był lepiej się opiekować.
Col
nie potrafił odwrócić wzroku od tak dojmującej manifestacji smutku. Esti
wyglądał na wymiętego, zniszczonego od środka przez moce, jakich człowiek nawet
nie umiał sobie wyobrazić. Naraz zapragnął go objąć, pocieszyć, zapewnić, że od
tej pory, co by się nie wydarzyło, on nie pozwoli mu cierpieć. Nie zrobił tego
jednak. Wiedziony przeczuciem powstrzymał się w ostatniej chwili.
Est
rozpaczliwie wyciągnął ku niemu ręce niczym mały chłopiec poszukujący
bezpieczeństwa wśród wszechogarniających ciemności. Col bez namysłu zbliżył się
do niego, przygarnął i zamknął w uścisku. Nie wypuszczając go z ramion położył
się na łóżku, delikatnie przyciągając do siebie drżące ciało.
Dzieciak
przylgnął do niego z siłą zrodzoną z przygnębienia. Był przerażony.
Roztrzęsiony. Nie uspokajało go nawet sprawdzone głaskanie i kojący głos najdroższego
przyjaciela. Jakby przebywał w innym świecie, nie mogąc się z niego wydostać.
Drżenie nie ustawało, a bezradny najemnik nie pojmował, co się z nim stało. Nic
nie pomagało, zaś kiełkująca bezsilność nasilała się z każdą minutą spędzoną w
milczeniu. Esti nie odpowie na żadne z jego pytań, to pewne. Pozostało mu zatem
trwać przy nim i dodawać otuchy samą obecnością z nadzieją, że w ten sposób
osiągnie więcej niż bezowocnymi próbami nawiązania kontaktu.
Nie
zaprzestając głaskania dygoczących nagich pleców zachodził w głowę, co też zdarzyło
się naprawdę, że wręcz doprowadziło go
do całkowitego rozstrojenia nerwowego. Esti potrafił zachować zimną krew w
obliczu trudów i zagrożeń, czego dowiódł podczas zlecenia czy w trakcie
otwartej walki z zaciężnymi. I jego umysł wychodził z tego niemal bez szwanku. Teraz
Col miał wrażenie, że trzyma w ramionach kogoś zupełnie obcego. Skonsternowany
zrozumiał, że tak było w istocie - jakby rozszczepienie osobowości chłopaka
wzmogło się pod wpływem niewiadomych czynników, a jedna strona stłamsiła drugą
na tyle, by nią zawładnąć. To była potworna wizja, praktycznie niemożliwa do
spełnienia. A przynajmniej on tak uważał.
Zwiadowca
zajrzał w twarz zgnębionego kochanka i spotkał się ze świdrującymi go na wskroś
ślepiami. Przełknął ślinę zastygły w bezruchu. Nie poznawał dzieciaka i
pierwszym, co na myśl mu przyszło, było wspomnienie tragicznej nocy, której nie
chciał już nigdy powtarzać.
-
Ty się mnie boisz - wychrypiał Est. - Dostrzegam to w twoich oczach. Zwietrzyłem
twój strach, Col.
-
Nie - zaprzeczył bez wahania mężczyzna. - Boję się, że znów cię stracę, że
odejdziesz ode mnie bezpowrotnie. Że dokądkolwiek się udasz, choćby pod bramy
Pozaświata, nie zabierzesz mnie ze sobą.
Prawda.
Col nie lękał się legendarnego Zaklinacza Żywiołów, białego elfa ani nawet
półsmoka. Colonell Niedźwiedziogrzywy bał się tego, co znów może się wydarzyć.
Paraliżował go strach przed samotnością, lecz dla dobra ich obu nie zdradził się
z tym. Kimkolwiek był teraz Esti, gwałtownie reagował na przejawy intensywnych
emocji.
Ogromne
jasnozielone oczy uczepiły się wytatuowanego oblicza wdzierając głęboko w
środek duszy człowieka, wypatrując znamion kłamstwa czy nieszczerości. Nie
znalazłszy ich, wycofały się i zwęziły. Wróciły do normalności.
-
Col, dzieje się ze mną coś złego. Coś, czego nie kontroluję. To jest jak
rękawiczka, jak kartka papieru nakładająca się na drugą, ukrywająca całą prawdę
przed światem rzeczywistym, a nawet moim własnym! - Est szeptał jak w malignie,
podnosząc się z posłania i podpierając na wyciągniętych rękach. Jego spojrzenie
jaśniało hipnotyzująco. - A ty jesteś jedynym, co trzyma mnie w ryzach, we
względnej całości. Jestem potworem, Col. To, co we mnie siedzi… To prawdziwy
ja, jedyny ja, jaki kiedykolwiek istniał. Reszta to przykrywka dla największej
bestii, jaką Estarion nosił.
Colonell
zaryzykował i dotknął odmienionej przez nieokreślony grymas twarzy. Poczuł
ciepło na sercu, gdy maźnięty ziemią miękki policzek przytulił się do wnętrza
jego dłoni i łasił jak zabiedzony kociak.
-
Esti, posłuchaj sam siebie – mruknął. - To wszystko jest bez sensu, słyszysz?
Estalavanes, jakiego znam, to wielkoduszny, szczery chłopak. Nieco skryty i lękliwy,
niemniej wspaniały.
Z
gardła Esta dobiegł syk zniecierpliwienia.
-
Nic nie rozumiesz, jak rany… Nie pojmujecie, jakie stwarzam zagrożenie. Ani kim
jestem. Czym jestem.
-
Więc pomóż mi zrozumieć - poprosił Col, zsuwając rękę na delikatną białą szyję.
Opuszki smagłych palców natrafiły na wybrzuszoną bliznę między obojczykami. -
Chcę ci pomóc, Esti. Kocham cię, dlatego proszę, nie zamykaj się na mnie.
Dotąd
nie widział chłopaka w tak głębokiej depresji. Jedno źle dobrane słowo i Esti
gotów był zamknąć się w sobie. Zupełnie jakby cofnęli się do stanu sprzed roku.
Przodownik wolną dłonią musnął jego bok. Nie musiał patrzeć, by rozpoznać dwa
cięcia nad lewym biodrem. Wyczuwał je, wyraźnie odznaczały się na aksamitnej
białej skórze. Dlaczego te trzy rany nie zagoiły się? Przypuszczał, że broń
paladyna była zaklęta, ale żeby…
Est
nie pozwolił mu dokończyć myśli, przewidując jakim torem pobiegnie.
Nienaturalnie gorące białe palce zacisnął na wędrującej dłoni ludzkiego
kochanka i przysunął sobie do ust. Zmrużonych oczu nie odrywał od zaskoczonego
Cola, jego lekko rozchylonych warg ze świstem wciągających haust powietrza.
Col
z konsternacją śledził rozmyślnie powolne ruchy Estiego. Wąski, krwiście
czerwony język prześlizgnął się wokół jego szorstkich rozprostowanych palców. W
gardle mu zaschło i przełknął głośno, dwojąc wysiłki na spowolnienie bijącego
szaleńczo serca. Wejrzenie skośnych jak u skaleona ślepi zawierało tak
intensywnie erotyczną, dominującą nutę,
że po prostu uległ jego zniewalającemu wpływowi. Subtelna przemiana w
zachowaniu chłopaka okazała się znacznie poważniejsza, niż mu się z początku
wydawało. Est zmysłowo otarł się nagą piersią o jego bluzę jakby mościł się na
muskularnym torsie, by zaraz podeprzeć się łokciami po obu stronach krótkouchej
głowy. Oszołomiony tą niespotykaną metamorfozą mężczyzna nie odważył się
poruszyć. W oczach pozornie opanowanego białego elfa czaił się błysk na miarę
śmiertelnie groźnego drapieżnika.
Leżącego
na plecach Colonella mrowiła skóra, a włoski stawały dęba, gdy nabierająca śmiałości
dłoń podążała ścieżką płowiejących zawijasów na jego policzku. Smakujące glebą
palce od niechcenia zatrzymały się na spierzchniętych wargach, a następnie przesunęły
leniwie wzdłuż linii szczęki podkreślonej ciemną szczeciną.
Col
nie wiedział czego spodziewać się po tak odmienionym partnerze, toteż
zachowując środki ostrożności czekał cierpliwie i obserwował pieszczoty wślizgujące
się pod materiał wierzchniego odzienia. Coraz silniej pożądał tego
nieobliczalnego chłopaka, a kiedy wreszcie mógł się nim nacieszyć po koszmarnym
tygodniu rozłąki, uwodzicielski blask jaskrawych tęczówek niby niewypowiedziany
rozkaz nakazał mu trzymać ręce przy sobie.
Młody
człowiek rozumiał potrzebę, której Esti nie potrafił nazwać, a która
przemawiała przez niego pierwotnymi instynktami. Dzieciak przejął inicjatywę,
swoimi niezdarnymi działaniami dawał jasny sygnał czego pragnie. I w tym
momencie Col zapragnął go jeszcze mocniej, gdyż doświadczał dokładnie tego
samego. Tak samo rozumował i tak właśnie funkcjonował. Bliskość fizyczna była
dla nich punktem zaczepienia w rzeczywistości, pomagała odróżnić, który ze
światów jest realny, a który fikcją stworzoną przez zwichrowaną psychikę. Akt
miłosny był najbliższą, najintymniejszą formą porozumiewania się. Pozwalał
rozładować nawarstwione emocje przy jednoczesnym obustronnym czerpaniu
przyjemności i zacieśnianiu więzi. W ten sposób Esti uwolni się także od nadmiaru
energii tajemnej…
Colonell
nie zamierzał dłużej się powstrzymywać. Dziki kocur co prawda zaprezentował
pokaźne kły i pazury, ale nie powinien zapominać, że to wilk jest zawsze górą.
Mężczyzna
podniósł się, jak gdyby leżący na nim półsmok nic nie ważył, i zwinnie
manewrując obrócił się w miejscu, by delikatnie położyć go na plecach. Est nie
protestował. Siadając okrakiem na linii szczupłych bioder Col wyprostował plecy
i szarpnięciem zdarł z grzbietu ciemnozieloną bluzę. Zmiął ją w rękach, ostentacyjnie
napinając mięśnie ramion, po czym niedbale rzucił za siebie.
Bez
słowa wpatrywali się w siebie, doszukując śladów budzących się do życia emocji,
dając się ponieść fali narastającego napięcia.
Śniady
mężczyzna pochylił się i przymykając powieki przytknął czoło do rozpalonego
czoła partnera. W punkcie styku wyczuwał drobne drgania. Nie przypominały one
znajomych dreszczy, były czymś nowym, wywołującym w nim lęk i ten specyficzny
rodzaj ekscytacji, jaki zwykł czuć w najniebezpieczniejszych sytuacjach. Smak
ryzyka uniósł lewy kącik ust w górę. Nie wiedział i nie chciał wiedzieć czy to
sprawka Estiego, jego nowo odkryta umiejętność, czy też kumulacja uczuć, jakim
nie dawali ujścia przez te kilka dni. Pojawiło się zbyt wiele niewiadomych, a
na rozwikłanie ich wszystkich mieli niewiele czasu.
Z
zadumy wyrwał go nieśmiały dotyk na ustach - dotyk piórka, jak zwykli nazywać
tę ulotną pieszczotę, muśnięcie zaledwie. Zachęcony gestem zrewanżował się
pocałunkami głębszymi, pełnymi stłumionego pożądania. Chłopak chętnie je
przyjmował i oddawał z nie mniejszą żarliwością. Białe dłonie zachłannie badały
szerokie plecy mężczyzny, co rusz trafiając na linię krótkich włosów na karku,
aż zsunęły się ku dłuższym pasemkom. Est starannie kontrolował swe zapędy, nie
chcąc wyrządzić partnerowi krzywdy.
Col
był świadom że prędzej czy później skończy z kolejną raną na przedramieniu,
lecz zbyt zajęty kąsaniem długich płatków uszu nie przejmował się tym zanadto.
Chłonął całym sobą rozkosznie stłumione odgłosy wydobywające się z gardła dzieciaka,
a świadomość, że doprowadza go do granic wytrzymałości samymi pieszczotami,
niesamowicie go podniecała. Uwielbiał czuć to drobne, wijące się ciało pod
swoim, delikatne muśnięcia na karku, plecach i biodrach, kiedy plątali się w
miłosnym uścisku, splatali i stawali jednością o dwóch współgrających sercach.
Pozbył
się spodni Estiego oraz własnych w tempie znacznie szybszym niż wskazywała na
to metoda wiązania. Kopnięciem zepchnął je na brzeg łóżka, gdzie spoczęły w
towarzystwie bluzy. Mocniej objął upragnione ciało o niebywale białej skórze,
skubnął zębami miejsce tuż pod uchem i pomrukiem satysfakcji skomentował
owijające mu się wokół bioder łydki. Nie mogąc się powstrzymać potarł gładkie uda
i zsunął się niżej, na dociśnięte do pościeli pośladki, cudownie krągłe, wprost
stworzone dla jego dłoni.
Rozochocony
półsmok przywarł do człowieka. Ocierając się podbrzuszem o jego naprężonego
członka, przycisnął nos do zagłębienia śniadej szyi. Zamierzał ugryźć kusząco
odsłoniętą skórę w odpowiedzi na niespodziewany bodziec w dolnych partiach ciała,
ale zdołał się pohamować. Przez przypadek mógłby przegryźć aortę. Musiał
zachować więcej rozsądku, przynajmniej w chwilach, gdy był tak blisko
krytycznych punktów, lecz mimo narzuconej przez siebie dyscypliny i tak nie mógł
złapać tchu. Nie nadążał za zręcznymi palcami mężczyzny eksplorującymi
najmniejszy nawet skrawek jego płonącego pożądaniem ciała. Słyszał swój
zniekształcony żądzą głos, urywany oddech, tchnienie Cola równie szybkie co
łomot serca w klatce piersiowej... Zmysły miał wyostrzone, przez co
doprowadzały go do ekstatycznej pasji i potęgowały obsesję na punkcie niskich
dźwięków wydawanych przez ludzkiego kochanka. Palił go ogień nie do ugaszenia w
miejscach dotykanych przez wprawne dłonie. Wariował, wdychając oszałamiający
zapach ich namiętności. Prężył się niczym kocur i prosił całym sobą, dopominając
się pieszczot. Słodka udręka pulsowała w jego lędźwiach wieszcząc rychły
wybuch. Myślał już tylko o tym, by skończyła się ona jak najprędzej...
Colonell
nauczył się identyfikować sygnały wysyłane przez młodziutkie ciało; kiedy i w
jaki sposób zareagować, aby osiągnąć najlepszy efekt dla nich obu. Doskonale
zdawał sobie sprawę, że Esti znajduje się już na skraju i długo nie wytrzyma.
Choć chciał odwlec moment spełnienia, gotów dostosować się do niego, postąpił
zbyt impulsywnie. Schwycił białego penisa, a stanowcze, płynne ruchy dopełniły
dzieła, uwalniając chłopaka od całego nagromadzonego napięcia, które gorącym
tryskiem poznaczyło płaską, wznoszącą się spazmatycznie pierś.
Ale
to jeszcze nie koniec.
Wykorzystując
swą wilgoć Col wszedł w niego bez uprzedniego przygotowania. Zrobił to powoli, w
skupieniu śledząc reakcje partnera, którego westchnienia przeszły teraz w
stłumiony pomruk bólu.
Est
przygryzł kłami wnętrze dolnej wargi. Cieniutka strużka krwi zmieszanej ze
śliną wyciekła kącikiem zaciśniętych ust. Zasłaniając przedramieniem oczy zwrócił
głowę w bok, a gdy Col próbował go pocałować - uciekł przed nim. Zabrakło mu
jednak sił, by sprzeciwiać się swemu ciału, na powrót odnajdującemu się w
euforycznej plątaninie.
Zachowanie
z nagła wycofującego się dzieciaka zmartwiło wtulonego w niego mężczyznę. Col
już zamierzał przerwać, kiedy jego uszu dobiegło znacząco przeciągłe
westchnienie, a chętne, rozpłomienione ciało podchwyciło i utrzymało wspólny
rytm, zakleszczając go w miłosnym uścisku. Tym razem to na jego pośladkach zacisnęły
się palce. Uniósł się na tyle, by dojrzeć ukradkowe zerknięcie, które porwało
go całkowicie, należało bowiem do Estiego, jakiego znał i którego pokochał do
szaleństwa.
Wolną
dłonią dotknął białego policzka i skierował zawstydzoną twarz ku sobie. Wpił
się w rozchylone oddechem, pokaleczone usta, językiem posmakował ostrych kłów i
chociaż nie zaliczał się do osób szczególnie wokalnych w łóżku, nie potrafił
stłumić dziwnego, niskiego odgłosu zaskoczenia, jaki z siebie wydał. Bo
zupełnie nie spodziewał się tego, co nastąpiło potem.
Rozbłysk
oślepiającej bieli pozbawił go tchu. Całym sobą przyswajał magię zamkniętą w zniewalającym
pocałunku; odczuwał wibrację tuż pod skórą, ładunek energii płynącej na
zewnątrz oraz od wewnątrz, zimny i gorący zarazem. Ekstaza pospołu z odurzającą
mocą zapanowała nad nim, omamiła i skutecznie unieruchomiła. Szczytował,
podobnie jak Esti pod nim. Z ustami w potrzasku warg o słodkiej, metalicznej nucie
słuchał krwi wściekle szumiącej w uszach.
I
naraz wszystko się skończyło. To fantastyczne doznanie absolutnie zniewoliło
Cola, aż zapragnął natychmiast je powtórzyć! Cokolwiek zrobił Esti, było to cudowne,
niespotykane, wręcz szalone! Po raz pierwszy orgazm nie był wyłącznie
przelotnym wrażeniem, nabrał duchowego, nierozerwalnie wiążącego wymiaru!
Oczarowany
mężczyzna nie przestawał całować oblubieńca, a jeśli już przerywał, to tylko po
to, by mogli złapać dech po wspólnej chwili dzikiego zapomnienia. Uśmiech nie
schodził z jego twarzy. Szczęśliwy, widział odbicie własnych szczerych uczuć w rozszerzonych
dogasającą namiętnością źrenicach chłopaka.
-
Esti, to było cudowne… - Rozkosznie zmęczony Colonell zsunął się z niego i
podparty na łokciu odgarnął z białej skroni pasemka czarnych włosów. -
Doszedłeś dwukrotnie, aż posklejały mi się włoski na brzuchu. I przekazałeś mi
swoją esencję. Mam zawroty głowy, jestem do cna wyczerpany, a w uszach mi szumi
nie gorzej niż po wypiciu dzbanka wzmocnionego wina.
Zachwyt
błyszczący w ciemnozielonych oczach Cola oraz miłość rozbrzmiewająca w każdym
jego słowie były dla Esta przyjemnością równą fizycznym pieszczotom. Wszelkie
obawy uleciały z jego strapionego umysłu, przypalone ogniem miłości i
przepędzone bliskością ukochanego, a ich pozostałości rozmyły się na wietrze
niosącym rześki zapach nadciągających zmian.
Zaspokojony
Est przeturlał się na brzuch i mrużąc oczy cieszył zalegającą między nimi ciszą.
Umysł miał czysty i klarowny, jak przed wejściem w kontemplację. Zębami męczył
wnętrze nadgryzionej wargi, aż oderwał kawałek luźnej tkanki. Zlizując krew zastanawiał
się, jak ma odpowiedzieć na wyznanie Cola. Zaczynał się niepokoić, lecz rzut
okiem na błogo uśmiechniętą brodatą twarz wystarczył, by przywrócić mu niezbędny
do funkcjonowania spokój. Przy Colonellu był spokojny. Był sobą.
-
Nie miałem pojęcia, że można szczytować dwa razy podczas jednego… podczas… - Bezgranicznie
zażenowany Est skrył policzki w wilgotnej pościeli, tak że kolejne zdanie stłumiła
grubość materiału. - Jak rany…
-
Zaskoczę cię, Esti: można szczytować nawet więcej niż dwa razy pod rząd. Puść w
końcu te uszy! - Rozbawiony Colonell z czułością odtrącił białe dłonie i
zmierzwił czarną czuprynę. - Gdy nabierzesz wprawy i przestaniesz się wstydzić,
to popracujemy nad tym. Z twoją znajomością własnego ciała powinno pójść
gładko.
-
Gładko?! Col, spenetrowałeś mnie bez poślizgu! - Wyrzut w głosie chłopaka
zabrzmiał całkiem wyraźnie. Tak wyraźnie, jak dostrzegalny był on w oku
zerkającym znad wymiętej kołdry. - To bolało.
-
A zaraz potem odpłynąłeś, dzieciaku. I przed zresztą też. - Łowca także się obrócił,
wiernie naśladując pozycję przyjaciela. - Teraz obaj przykleimy się do łóżka
dowodem twojego…
-
Idź wyłysiej z tym swoim bezwstydnym poczuciem humoru! - wysyczał Est przy jego
krótkim uchu. - Tylko poczekaj aż twoje dowody wypłyną na światło dzienne!
Serdeczny
wybuch śmiechu frywolnego mężczyzny był tak zaraźliwy, że Est musiał ukryć
twarz, by nie widać było rozbawienia wyginającego niechętne temu kąciki białych
ust.
-
Uwielbiam cię, dzieciaku. - Col ostatni raz pogładził mokre od potu plecy Esta
i dźwigając się z posłania, pocałował go w kark. - Zaraz pozbędę się
obciążających mnie dowodów. W tym czasie opowiedz mi, co z tą twoją energią tajemną.
Ewidentnie sprzedałeś mi jej część.
Est
nie namyślał się długo. Podniósł głowę i wsunął pod brodę splecione ręce. Wciąż
drżały.
-
Zauważyłem – zaczął pomału - że w trakcie naszego pierwszego razu coś we mnie
przeszło na ciebie. Przeskoczyło. Metamagiczna iskra, energetyczny zapalnik.
Mistrz powiedział, że użytkownicy magii potrafią przekazywać ją za pomocą
dotyku. I on właśnie tak pobiera nadmiar mocy, w pewnym sensie wbrew mojej
woli, a przecież nie stawiam oporu. Trzyma moją dłoń i wyciąga ze mnie esencję.
-
I postanowiłeś to sprawdzić? - Col bez ociągania się wstał z łóżka, wzrokiem
poszukując suchych ręczników. Tym razem nie zostawiono ich na toaletce, tylko
na brzegu stołu. - Potwierdzić teorię w praktyce?
-
Tak. Choć nie jestem czaromiotem i nie tkam zaklęć, to przez przypadek odkryłem
sposób, by pozbywać się jej na podobieństwo użytkowników magii. Wyszło na to,
że mój talent ma wiele wspólnego z moimi emocjami. A raczej z tobą - uściślił
Est.
-
A więc kochając się ze mną, jesteś w stanie uwolnić się od nadwyżki esencji? I
nie potrzebujesz do tego Zrzędy? - upewniał się Colonell. Przeglądając się w
zwierciadle, przeczesał palcami ciemnobrązowe włosy. Zabrał ze sobą miskę
wypełnioną wodą oraz ręczniki z blatu i wrócił do łóżka. - Jak się wtedy
czujesz?
-
To, czego doświadczyłeś przed chwilą, pomnóż kilkakrotnie i będziesz wiedział co
czuję kontrolując żywioły.
-
Och. - Odgłos zdumienia skłonił Esta do obejrzenia się w tył. Miska wylądowała
wśród rozkopanej pościeli tuż obok niego. Krępująco nieodziany człowiek również.
- To by tłumaczyło dlaczego miewasz taki wyraz twarzy, że jak stoisz, tak mam
ochotę cię zerżnąć.
Słysząc
rażąco ordynarny język Est zapragnął zetrzeć ten krzywy uśmieszek z ust Cola,
lecz za późno się zorientował, że nie powinien się ruszać. Zabolało.
Ubawiony
człowiek zniknął z widoku i zaraz pojawił się z mokrym ręcznikiem. Wciąż
okrutnie chichocząc zajął się oporządzaniem leżącego. Czekający aż ciało się
zregeneruje Est zdał się na opiekuńczość przyjaciela.
-
Idź wyłysiej, durniu… - wywarczał bez przekonania, znów wciskając twarz w prześcieradło.
Pachniało miłością. I skórą rozkochanego mężczyzny. Aż zrobiło mu się żal, że
będzie musiał oddać je do prania. Czy służące rozpoznają ten zapach? Jak rany,
z pewnością...
Na
czas konieczny do wykonania zabiegu oczyszczającego obaj milczeli, pogrążeni w rozważaniach,
przeżywający na nowo to, co minęło bezpowrotnie. Est skoncentrował się na
przegryzionej, nieznośnie szczypiącej wardze. Dopóki rana się nie zagoi, będzie
go drażnić swoją obecnością.
Złapał
poduszkę i wsunął ją sobie pod szyję, by móc swobodnie rozmawiać. Musiał
wreszcie zdobyć się na odwagę i przedstawić Colowi plan, inaczej nie mógłby
spać spokojnie. W tym celu odczekał, aż ten skończy, odłoży przybory i położy
się obok. Wówczas obrócił się ku niemu, gotów ujawnić skrywane w sercu sekrety,
kiedy słowa zamarły na jego wargach, a zachwycone bajeczną sceną oczy otworzyły
się szeroko.
Promienie
zachodzącego słońca kładły się miękką, ciepłą smugą na smagłej cerze Cola, barwiąc
ją pomarańczem i wyzwalając w Eście przedziwną tęsknotę utrwalającą
wspomnienie, które zostanie z nim już po kres życia. Wspomnienie, które powróci
za każdym razem, gdy ujrzy słońce o tak nasyconej barwie. Wtenczas przypomni
sobie wspaniały uśmiech rozjaśniający przystojną ludzką twarz, figlarne oczy w
ciemnych oprawach długich rzęs, tatuaż znikający pod gęstniejącą brodą. Miłość
potwornie bolała, niemal wyciskała łzy spod powiek. Słodycz obcowania z nim,
świadomość bycia kochanym przez tak dobrą osobę była wystarczającą nagrodą za
trud włożony w utrzymanie relacji. Poza tym, Est odnalazł w ich zbliżeniach coś
więcej niż dyskomfort i ból. Zaczynało mu się to podobać na tyle, by samemu je
inicjować. Odnajdywał w tym siebie. Prawdziwego siebie, pozbawionego drugiej
osobowości, pozbawionego wad i niedoskonałości. W oczach oblubieńca nie dojrzał
potwora, lecz białego elfa o niejasnym pochodzeniu. Był zwyczajny. Tak bardzo
zwyczajny, jak otaczający go ludzie.
Powoli
wypuścił powietrze z płuc. Musi wyznać prawdę, teraz był ku temu
najodpowiedniejszy moment. A zbędna opieszałość mogła zniweczyć jego śmiały
plan.
-
Col, ja... - wydukał cichym, drżącym od emocji głosem. - Podjąłem już decyzję i
lada dzień stąd odejdę. Daleko stąd. Mistrz sam mi to zaproponował, a ja… Nie
wytrzymam dłużej w tym miejscu. Nie mogę… Sam wiesz. Nie, chyba nie wiesz, ale…
Chodź ze mną, proszę. Muszę opuścić Twierdzę. Im szybciej, tym lepiej. Dla nas
wszystkich.
Leżący
na boku Colonell podparł ręką głowę, a łobuzerski uśmiech natychmiast zawitał
na jego obliczu. Ten człowiek często się uśmiechał i była to jedna z wielu cech
czyniąca go niezwykle atrakcyjnym.
-
Wydaje mi się, że masz świetny plan, skoro tak wiele ryzykujesz. - Col nie
zamierzał wyjawiać Estiemu prawdy dotyczącej rozmów, jakie odbył z Magiem.
Stary Zrzęda kazał mu zaufać przyjacielowi i proszę bardzo, nie pomylił się i
tym razem. Chłopak naprawdę coś wykocił przez miniony sześciodzień. A on
pociągnął temat udając, że o niczym nie ma pojęcia. - Wziąłeś pod uwagę, że
jeśli odejdziemy, zostaniemy okrzyknięci dezerterami i stary wyśle za nami list
gończy na zawrotną sumę? Nigdy już nie zaznamy spokoju.
Est
ułożył się wygodniej na brzuchu i skubał skórkę rękawiczki, byle nie patrzeć na
błyskotliwego przyjaciela.
-
Tak, wziąłem pod uwagę i ten czynnik – przyznał. – A także kontakt z mistrzem.
I twojego ojca. Jeżeli wszystko pójdzie po mojej myśli, to za dwa dni będziemy
w drodze. O ile zechcesz mi towarzyszyć...
Col
przygładził rozczochrane włosy elfa i owinął sobie kilka pasemek wokół palca.
Przyjrzał im się w czerwieniejącym blasku zachodu wpadającym przez okna oraz
uchylone drzwi balkonowe.
-
Interesujące co też zrodziło się w tej twojej ślicznej główce pod moją
nieobecność – ciągnął niezmienionym, wesołym tonem. - Doprawdy, nie mogę cię z
oka spuścić, bo wpadasz na arcygenialne pomysły. Przeorałeś ziemię jak dzika
świnia i zaplanowałeś romantyczną ucieczkę na drugi kraniec świata. Jak nic
zasługujesz na miano Juliana, mój ty Romanie.
Est
zaśmiał się, słysząc żart nawiązujący do miłych im obu wspomnień. Przez sekundę
odnosił wrażenie, że jest jak dawniej, kiedy uczucia nie odgrywały tak wielkiej
roli, a życie było przez to mniej skomplikowane. I przekonanie to byłoby
trwało, gdyby nie dalsze, mrożące do szpiku kości słowa Colonella, którego
humor zgasł jak zduszony płomień świecy.
-
Dokąd zatem się wybieramy? Mam nadzieję, że z dala od Adeili. Naprawdę nie
chciałbym mieć do czynienia z paladynami, co może być trudne, bo rozstawili
mnóstwo przyczółków w całym Estarionie.
Nieopisana
rozpacz ogarnęła półsmoka, który odruchowo złapał się za skronie w obawie, że
przypadkiem zdradzi się z myślami. I jak miał mu teraz powiedzieć, że
gdziekolwiek nie pójdą, towarzyszyć im będzie rycerz-dowódca z Adeili we
własnej osobie?! A raczej pójdą wszędzie tam, gdzie on im wskaże… Przecież Col i
tak się dowie! Wcale nie chciał uświadamiać go właśnie teraz, nie po tym, co
wspólnie przeżyli, ale później… później będzie za późno.
Przewrotne
szczęście Esta odezwało się w jakże dogodnych okolicznościach i objawiło pod
postacią sięgającego czwartego piętra hałasu dobiegającego z dziedzińca.
Wartownicy okrzykami przekazywali sobie polecenia na chwilę przed tym, nim o
wydeptaną ziemię Twierdzy uderzyły liczne kopyta.
Col
i Est wymienili spojrzenia. Było jasne, że człowiek nie słyszał wszystkiego z
dokładnością godną elfa, lecz w przeciwieństwie do niego rozpoznawał komendy wykrzykiwane
przez strażników na murach. Przodownik zerwał się z pościeli i wciąż pełen werwy
wciągnął na nogi spodnie, pośpiesznie przecierając brzuch i tors wilgotnym
ręcznikiem.
-
Już tu są - rzucił w przestrzeń, rozglądając się za bluzą. Wypatrzył ją nieopodal
miejsca, w którym stał. - Najwyższa pora skonfrontować się ze starym. W
najlepszym razie wywali mnie na zbity pysk. W najgorszym, będą musieli mnie
stamtąd wynieść. Tak czy inaczej, liczę na ciebie, dzieciaku. - Zerknął znad
ramienia w stronę leżącego. Uśmiechnął się i wsunął ręce w rękawy. - Pojutrze w
drodze, tak? Chyba przeżyję do tego czasu.
-
Jak rany, coś ty tam nawywijał? - Est próbował przetoczyć się na bok, by popatrzeć
na przyjaciela, ale wciąż był nieco zesztywniały. W końcu udało mu się usiąść.
- Chyba nie narobiłeś mistrzowi kłopotów?
-
Kiedyś się dowiesz, Esti. - Col podszedł do niewyraźnie wyglądającego chłopaka,
palcem uniósł jego podbródek i czule ucałował miękkie usta, nie spuszczając
wzroku z iskrzących zielenią oczu. - Wrócę wieczorem. Cały i zdrowy.
Ewentualnie po prostu cały. Wierzę, że znajdziesz coś na sińce i skaleczenia w
swojej gablocie.
Est
obserwował jak przodownik w podskokach wsuwa na nogi wysokie buty i nie wiążąc
ich znika za drzwiami prowadzącymi na korytarz Wieży Czarodziejów. Jeszcze
przez parę oddechów wpatrywał się w punkt, gdzie po raz ostatni widział Cola, a
myśli do tej pory kotłujące się w jego głowie nagle wyparowały.
Był
tchórzem. Cholernym tchórzem. Nijak się nie zmienił - niczego nie zmieniła
nawet druga potworna tożsamość kwitnąca na podatnym gruncie zajęczego serca.
Strach go obleciał na myśl, jak zareaguje Col na wzmiankę o sir Aarimie.
Powinien był postąpić jak na mężczyznę przystało, wygarnąć prawdę i dzielnie
stawić czoła konsekwencjom swych decyzji. Mógł to mieć za sobą. Tymczasem widmo
porażki i nieuniknionego będzie go truć niczym toksyna o długotrwałym działaniu.
Oczywiście
że Colonell podąży za nim. Nie wątpił w lojalność przyjaciela ani przez chwilę.
A on odpłacał mu się brataniem z wrogiem. Zrobił to samo, co uczynił mistrz:
spiskował z przedstawicielem Zakonu, księciem Estarionu. I po co? Magiem
powodował większy cel, szlachetny i wzniosły, a on? Własne pobudki popchnęły go
w kierunku poszukiwania najłatwiejszej drogi ucieczki. Po linii najmniejszego
oporu. I jak teraz spojrzy partnerowi w twarz? Wyjdzie na to, że go zdradził… Zdradził
pokładane w nim zaufanie i miłość człowieka, na którym zależało mu bardziej niż
na czymkolwiek innym.
Rwetes
na zewnątrz wzmagał się. Zgonione konie rżały i parskały, uderzając kopytami o
ubitą ziemię. Colonell miał w sobie na tyle odwagi, by przeciwstawić się ojcu. Przeciwstawić
się całemu światu. Gdyby Est dysponował choć namiastką jego siły, to całe zło ubiegłego
roku nie miałoby miejsca…
Przeszłość odznacza się
statecznością, pozostaje historią, na którą wpływu nie posiada żadna istota – nieoczekiwanie przemknęło mu
przez głowę. Przyszłość jest zmienną
zależną od wielu spójnych czynników skumulowanych w biegu wydarzeń. Przyszłość
jest matrycą, formą powielaną na przestrzeni lat, a jej przewidywanie dalekie
jest pojęciu wieszczenia. Wnikliwa obserwacja oraz pamięć absolutna pozwalają
ujrzeć to, czego prozaiczna jednostka nie dostrzeże z racji krótkiego okresu
żywotności. Pomagają podjąć właściwe kroki, by zapobiegać błędom powtarzanym
przez istoty o ograniczonych zdolnościach pojmowania. Ułatwiają kreację
rzeczywistości na modłę istoty ponadprzeciętnie inteligentnej, nadistoty
potrafiącej przejąć inicjatywę w drodze do udoskonalenia tego, co już raz
wprawiono w ruch, a czego zatrzymać nie można.
Est
obejrzał się za siebie, czując efemeryczny dotyk na odsłoniętym barku. Dreszcz
wstrząsnął jego nagim ciałem. Wrażenie było niedorzeczne, ponieważ w sypialni
poza nim nikogo nie było. Lecz ten Głos… Jakby to były jego, a zarazem cudze refleksje
wszczepione do jego umysłu. Język, jakiego nie znał, a który rozumiał.
Est
przełknął ślinę i z nieodpartym poczuciem bycia obserwowanym zerwał się z
łóżka. Rozejrzał się za odzieniem, ale widząc dwie zbyt oddalone od siebie
wymięte szmaty porzucił pomysł zbierania ich z podłogi. Sapnął zrezygnowany i
poczłapał do komody. Powinien niezwłocznie zobaczyć się z mistrzem, który na
szczęście nie należał do ludzi nawykłych odpoczywać po wyczerpujących
podróżach. Pamiętał, że kondycja nauczyciela znacznie się pogorszyła, a kto
wie, co stało się w przeciągu tygodnia. Nie miał pewności, czy kolejne wizje
nie nawiedziły starego mnicha.
Mgliste
wspomnienia i obce koncepcje wyparte zostały przez nowe problemy, jakich skrupulatnie
doszukiwał się Est. Wysuwając górną szufladę odbiegł myślami od tematu
schorowanego mentora. Zaintrygowało go dziwne zjawisko, jakie zaobserwował uprawiając
miłość z Colem, a które dojrzał sam zainteresowany. Rzeczywiście, jego zamiarem
było przekazanie kochankowi odrobiny magii w celu zwiększenia doznań podczas
orgazmu, nie planował jednak oddać mu tak dużej ilości. Pełnej nadwyżki. Lecz
dzięki temu poczuł się znów sobą. Gdy się nad tym zastanowił, podobnie było
ponad rok temu, w noclegowni opiekunów. Wtedy Mag chwycił go za ramię i
nieświadomie przejął część ciężkiego brzemienia, a koszmarny ból w czaszce oraz
rozpacz wynikająca z posiadania wtopionego w skórę artefaktu zniknęły, jak
gdyby to esencja determinowała całe jego życie. Oraz wpływała na lustrzaną
osobowość, z której obecności coraz mocniej zdawał sobie sprawę.
Młody
półsmok w głębi serca czuł, że dzieje się z nim coś niedobrego. Atak mógł
nastąpić w najmniej oczekiwanym momencie. Będzie musiał ostrzec sir Aarima
przed sobą samym. Jak na ironię, ostrzec go przed przyszłym “ochroniarzem”.