sobota, 4 lipca 2026

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 46

 

Przejście Estalavanesa w głąb podświadomości nałożyło się w czasie z odpoczynkiem czarnego smoka, który przysiadł na piętach i wyprostował grzbiet, przyjmując najwygodniejszą dlań pozycję.

Imt zmrużył zielone oczy, niemal natychmiast łącząc się w harmonicznym splocie z osnową otaczającej go przyrody. Ciemność miękkim pledem otuliła zwalistą, prawie nagą postać. Cisza przejęła go całego, rezonując w milczącym wnętrzu dostrojonego umysłu. Zapachy stały się subtelnymi aromatami życia ukojonego poczuciem bezpieczeństwa podczas nocnego wypoczynku. Chłodny wiatr pieścił odsłoniętą skórę i wprawiał krucze włosy w ruch, muskając blade skronie oraz policzki humanoida.

Przestał istnieć dla świata zewnętrznego, lecz nie znaczyło to, że świat zewnętrzny przestał istnieć dla niego. Nadal odbierał wszelkie docierające doń bodźce, przetwarzał je i rejestrował, informując czuwającą świadomość o zmianach następujących w sferze fizycznej.

Aczkolwiek jednej obecności w pobliżu nie był w stanie odnotować.

Spacerujący Lucius przebył wyłożoną kruszonym kwarcem ścieżkę i wkroczył na wygiętą wdzięcznym łukiem kładkę z wiśniowego drewna. Jego stopy w jedwabnych pantoflach nie czyniły najlżejszego szmeru, kiedy wspinał się na filigranową konstrukcję rozpiętą między przeciwległymi brzegami zadbanego stawu. Pojedyncza deska nie skrzypnęła gdy przystawał, by zapalić kolejne latarenki, aż wkrótce sześć pomarańczowych lampek umiejscowionych w równych odstępach opromieniało krystaliczny akwen tonący w zieleni zamkniętych nenufarów.

Młody mężczyzna o niezwykłym spojrzeniu schował pudełeczko siarkowych patyczków w kieszonce wewnątrz luźnego rękawa i z szelestem karmazynowego jedwabiu zawrócił na środek kładki. Wypatrzenie medytującego smoka nie zajęło mu wiele cennego czasu, toteż spędził jeszcze chwilę na obserwacji. Rzadko miewał sposobność ujrzenia prajaszczura w tak zrelaksowanej pozie. Intrygował go ten widok. Nie wiedział co mogło gnieździć się w umyśle istoty zmuszonej do egzystowania w ciele podobnym ludzkiemu. Co też zaprzątało Najwyższego Kapłana Urory kontemplującego w ogrodzie Śniącego? A jeśli nie myślał on o niczym, tylko wyciszał się przed wielkim wybuchem, utwierdzał w słuszności własnego celu i dalszych dążeń?

Dla Luciusa jasnym było, iż wydarzenia z ostatniego Smokosferium doprowadziły do przedawnienia ideałów oraz wartości czarnego smoka. Imt wywołał, intencjonalnie lub nie, krwawą rebelię, Konflikt Barw, który dopiero odciśnie piętno na istotach dotąd żyjących w nieświadomości. Poczynił nieodwracalne szkody grożące całkowitym wyginięciem smoczej rasy i zapewne doszedł już do konkluzji, w której to umowa zawarta z Panem utraciła moc obowiązywania. Cóż zatem trzymało prajaszczura u boku znienawidzonej istoty? Wierność? Przywiązanie? Strach przed wendetą nieokiełznanej potęgi?

Młodzieniec o zabarwionej czerwienią karnacji wysunął dłonie z obszernych rękawów i oparł je o lekką drewnianą barierkę. Intensywnie wpatrywał się w siedzącego smoka; czerń okalająca złote tęczówki kipiała jak otchłań Pozaświata szukająca drogi do krainy żywych. Lucius nie musiał używać słów, by przywołać do siebie wybrańca. Ich więź wykraczała poza ramy śmiertelności, dotykała bowiem samej Wszechrzeczy.

Imt zadrżał, czując pod skórą mrowiące wrażenie bycia obserwowanym. Wyszedł z transu i powoli obejrzał się w stronę, z której napływało dokuczliwe doznanie. Latarenki na moście rozpraszały mrok, rzucając pomarańczowe błyski. A w półcieniu pomiędzy dwiema z nich wyczekiwał go wysmukły niczym wiśnia młodzieniec. Smoka przeszył dreszcz, aż zacisnął szczęki.

Pan wzywał. A sługa słuchał.

Nie każąc na siebie czekać, smok podniósł się z klęczek i ruszył wzdłuż ścieżki. Krok miał sprężysty, był wypoczęty, jednakże lęk cichcem przemykał w jego duszy, usiłując dostać się do bijącego mocno serca. Wciąż czuł na sobie wzrok Pana i zaczynał zastanawiać się, jakież to ważne sprawy zmusiły Śniącego do opuszczenia leża. Nadzwyczajnym było, aby Lucius wychodził ze swych kwater nocą, kiedy to kumulował energię, odnawiał wici oplatające Estarion, obmyślał plany i strategie oraz śledził cele.

Powściągliwy uśmiech gościł na pięknej twarzy Śniącego. Smok skinął pokornie głową, unikając hipnotyzującego wejrzenia “sojusznika”. Mimo to kątem oka zauważył, jak delikatna ręka wskazuje na staw i podążając za nią popatrzył na zmarszczoną letnim zefirem taflę wody. Po chwili stał tak, jak jego nieludzki towarzysz: z olbrzymimi dłońmi na kruchej, rzeźbionej balustradzie.

Cień niechęci przeciął chorobliwie białe oblicze Imta. Pan mógł milczeć. Mógł się uśmiechać. Ale w każdym geście Pana kryło się przesłanie, zawoalowana podpowiedź. Tak jak miało to miejsce właśnie teraz.

Pazurzaste palce ścisnęły poręcz, gdy obrazy wymalowane na gładkiej powierzchni stawu nasunęły nieprzyjemne skojarzenia. Odbity pomarańcz latarni tańczył ze złotem pektorału jak płomienie pochłaniające skryte w ciemnościach kontury miast. Niemalże słyszał ich ryk: gniewny, żarłoczny krzyk żywiołu. Nienasycony, domagający się większej liczby ofiar. I chociaż panowała noc, królewskie karpie podpłynęły pod mostek zwabione obecnością karmiciela. Śliskie białe kształty kotłowały się pod ich stopami, nakrapiane czerwienią łuski połyskiwały w ciepłym blasku ognia. Okrwawione nagie trupy niedbale rzucone do wody. Na ich tle majaczyła sina, odpychająco zniekształcona falami postać oprawcy. Bestia. Rzeźnik. Smok. A przecież prawdziwy potwór był tuż obok: olśniewająco piękny, wyzbyty niedoskonałości, zwodniczo łagodny... Perfekcyjnie zamaskowane wcielenie zagłady.

Imt przymknął powieki, ale nieproszone wspomnienia wracały doń w każdym kolejnym przebłysku. Nie dbał o dwunogów. Pragnął ich śmierci. Pragnął odzyskać ziemie dla krewniaków... Lecz po co im ziemia, skoro zmuszeni zostali ukrywać się przed kuzynami? A przynajmniej do czasu, aż reszta nie wyrżnie się do sztuki. Wówczas zawalczą o swoje i wyjdą ze starć bez ofiar.

Smok westchnął. Muskularne, okryte pektorałem barki opadły nieznacznie, przyciągane ku ziemi ciężarem odpowiedzialności. Nie otrzymał żadnych wieści od Wel. Ostatnią, jaką jej przekazał, był nakaz schronienia się i przeczekania pierwszej fali Konfliktu Barw, jak okrzyknęły tę wojnę smoki. Kilka dni później uzyskał od niej współrzędne ich nowego lęgowiska oraz zapewnienie, że ani pisklętom, ani starszym osobnikom nie stała się krzywda. A on nie miał możliwości udania się tam, gdyż przezorny Pan nie spuszczał z niego oka.

Ale to było wiele dni temu. Wiele dni, tygodni bez wiadomości z jej strony. A i on nie mógł nawiązać kontaktu z nią. Pozostawało mu ufać, iż Czarna Barwa wystrzega się mentalnego połączenia w obawie przed wykryciem łuny niesionej nurtem mocy. Wel jest zapobiegawczą, rozgarniętą samicą. Poradzi sobie równie dobrze, jak gdyby to on przewodził rodzinie.

Dwaj mężczyźni trwali w milczeniu, pogrążeni w wizjach przyszłości malowanych kolorami natury. Ciepły oddech lata szemrał wśród drzew, nadając scenie surrealistycznego wydźwięku. Fałszywy spokój otaczał stojącą w płomieniach wodę pełną pozbawionych życia ciał. Trupów walczących o miejsce u stóp niewzruszonego Pana.

Ciche tchnienie, łatwe do pomylenia ze szmerem wiatru, dobiegło od strony wysokiego młodzieńca. Kiedy Imt zerknął ku niemu, stracił rezon. Lucius uśmiechał się szeroko, a szaleńczy grymas dzielił jego urodziwą twarz na dwoje, ukazując paskudne podwójne kły. A więc zaczęło się.

- Coraz częściej wyczuwam poszukiwanego, Imcie - oznajmił Śniący melodyjnym, euforycznym głosem. Złote dyski tęczówek żywcem pożerały spoglądającego nań smoka. - I to zawsze, gdy ścierają się dwie moce, jakby nie mógł dojść do porozumienia z samym sobą. Imcie, on nie przeczuwa jarzma pisanego mu przeznaczenia, nie zna swego pochodzenia! A ja nie pojmuję, co wywołuje w nim tak silne wzburzenie, by jego esencja gwałtownie wzrastała do poziomu przekraczającego wszelkie ograniczenia. Dotychczas skrzętnie wtapiał się w nurt, lecz teraz… incydentalnie sam się ujawnia. Nieświadomie. Rozkosznie nieświadomie.

Imt nie odpowiedział. Chłonął strzępy informacji jakimi raczył go Lucius, gotów uszczknąć z nich coś na własny użytek. Owszem, pisklę przełamało jedno z zaklęć Ornamentu Zaklinacza - jakim sposobem, tego smok nie wiedział. Był jednak na tyle rozeznany, by zakładać, iż poznało okruch prawdy o swej wybitnej proweniencji. A cóż z nią uczyni, to już inna kwestia. Awatar Przeklętego nie powinien troskać się o to, czy zostanie rozpoznany. To bez znaczenia. Tak jak znaczenia nie miał posiadacz artefaktu. Liczył się finalny efekt. Liczyło się zwycięstwo Pana. I jego własne.

Diaboliczny uśmiech złagodniał, na powrót upodabniając Luciusa do sentymentalnego arystokraty. Śniący podparł się łokciem o barierkę i ułożywszy podbródek na grzbietach zgiętych palców, zapatrzył się w odległą ciemność. Znakomity nastrój nie opuszczał go. Lejąca tkanina szkarłatnego rękawa zsunęła się w dół, eksponując niemal kobiecy nadgarstek.

- A to nie koniec pomyślnych wieści, mój miły - zaszczebiotał, z ukosa spozierając na strapionego prajaszczura. - Mam baczenie na syna naszego umiłowanego arcypaladyna. I to pod jego skrzydłami znajduje się poszukiwany. Wszystko układa się tak, jak sobie zamarzyłem. Moje sny się spełniają. W przeciągu kilku dni będę mieć ich obu w garści, albowiem sami do nas przybędą. Aż żal chwyta me serce na myśl, iż ostatni akt nadejdzie szybciej, niżbym chciał. Z przykrością przyjdzie mi dopełnić dzieła. Wręcz skłaniam się ku przedłużeniu tego przedstawienia, by z przyjemnością patrzeć, jak wiją się i duszą z bezsilności – rozmarzył się Pan. Jego głos z każdym słowem nabierał drapieżnej, przerażającej nuty dudniącej głucho pod czaszką Imta. Bezdenna czerń oczu wyzierała z martwego serca, szukając żywiciela dla rodzącego się koszmaru. - Pragnę napawać się ich udręką, karmić bólem i cierpieniem. Chcę sączyć ich krew, spijać ją z nich wraz z esencją życia. Cel jest bliski, tak bardzo bliski, że ekstaza rozrywa mą pierś pospołu z energią mej żądzy! Widzę ich oczami upiora, Imcie, lecz to mi nie wystarcza. Wyjdziemy im na spotkanie. Tak też zaplanowałem. A ty, mój miły, staniesz u mego boku. Czarny smok, szara eminencja, biały egzekutor. Jakże mi słodko…

Zimne kropelki potu pokryły skórę smoka, a włosy porastające głowę nastroszyły się. Imt nie rozumiał własnego ciała, które drżało z podniecenia, równocześnie ściskając wnętrzności skurczem panicznego lęku. Uzbrojone w pazury dłonie zaciskał tak spazmatycznie, że kunsztownie rzeźbione drewno niepokojąco zatrzeszczało. Puścił więc oparcie i nie mając co zrobić z rękami, splótł je tuż pod krawędzią wysadzanego szlachetnymi kamieniami pektorału. Nie znalazł w sobie odwagi, by spojrzeć w obłąkane oblicze Śniącego, tylko łypał ku niemu spod ściągniętych niepewnością brwi. I uzmysłowił sobie, dlaczego smoki wcześniej nie wystąpiły przeciwko ludzkości. Bogowie władali mocą, na jaką nawet czerwone prajaszczury musiały zważać.

Radosny Lucius z łopotem powłóczystej szaty zwrócił się w kierunku sposępniałego kompana i przechylając głowę, zajrzał w jego chmurną twarz. W tym momencie Śniący przypominał niesfornego chłopca szykującego wyjątkowo złośliwy żart. Żart mogący kosztować życie miliony istnień.

- Jesteś mi potrzebny, Imcie – szepnął, przydając głosowi zmysłowego brzmienia. - W moich prywatnych pokojach. Teraz.

Jak gdyby poza nami dwoma mieszkał tu ktokolwiek inny, byś potrzebował do tego prywatnych pokoi!

Smok syknął. Zemdliło go już na samą myśl co może się zdarzyć, ale kolejne słowa Pana zbiły go z tropu.

- Już czas, abym przejął przewodnictwo nad mymi wiernymi. Zgromadziłem dość energii, by objawić się im jako siła stwórcza, a nie wydumany bożek, do którego zanosili swe modły. - Rdzawa opuszka pieszczotliwie potarła czubek smoczego nosa. - Dostąp zaszczytu i pomóż mi przywdziać szaty godne boga, syna Tego, Który Daje i Odbiera.

Żółtozielone ślepia wytrzeszczyły się, choć odwracający się doń plecami Lucius nie mógł już tego dojrzeć. Imt przypuszczał że Pan, będąc bogiem, był synem jednego lub jednej z Wygnanych Wszechmocnych. Lecz nigdy by nie podejrzewał, iż zrodził się on z woli samego Darczyńcy!

To było jak siarczysty policzek dla najwyższego kapłana, brutalne przywołanie go do porządku. Sinobiała dłoń powędrowała do ust. Dwa rzędy ostrych zębów bezwiednie zatrzasnęły się na niej. Krew pociekła, brudząc tors powleczony złotem i klejnotami. Posoka spływała ciurkiem w dół przedramienia brukając drewno kładki, kiedy zdjęty grozą gad wpatrywał się w odchodzącego Pana. Jeżeli dotąd uważał, że sprawy się skomplikowały, tak teraz był przekonany, iż jego śmiałe przedsięwzięcie zginie zduszone w zarodku.          Opamiętał się jednak i strzepując przegryzioną rękę pośpieszył za Śniącym. Po ranie pozostały już tylko mokre, ciemnoczerwone smugi.

Dlaczego wcześniej się nie zorientował? Przecież to logicznie poprawny wniosek, że syn Jedynego zajdzie tak daleko w swoich zuchwałych knowaniach. Bogowie wyniszczyli się nawzajem a Wszechmocni zostali przepędzeni, nikt nie wiedział dokąd. Tylko jeden stwórca się ostał. I oni dwaj Jedynemu służyli. Syn i oddany sługa. Zatem jeśli pragnął porażki syna, to czy jednocześnie nie pragnął porażki samego Urory? Czy nie czyni to z niego przeniewiercy w oczach umiłowanego Wszechmocnego?

Imt kręcił głową, oszołomiony niespodziewaną wiadomością. To nie przypadek, iż arcykapłan i potomek współpracowali, instynktownie ustalając swoją pozycję w hierarchii. Sądził, że to on własnowolnie odnalazł Pana, a rzecz miała się zupełnie odwrotnie. Odnalazł go, gdyż tego właśnie życzyło sobie boskie dziecię. Ile zatem wiedział Lucius? O czym wiedział, a o czym wiedzieć nie powinien? Pogrywał z maluczkim smokiem czy też liczył się z nim, mając wobec niego dalsze plany?

Smok zwolnił widząc, iż jego zwierzchnik się zatrzymuje. Od tarasu dzieliło ich zaledwie kilka metrów. Smukła postać w połowicznych mrokach nocy sprawiała wrażenie zasmuconej, gdy wzrokiem ogarniała wypełniony światłem drewniany parterowy budynek o oknach i drzwiach wykonanych z woskowanego pergaminu. Czyżby zaczynał tęsknić za miejscem, w którym spędzał czas po przebudzeniu niczym skowronek w złotej klatce? Najwyraźniej bogowie nie różnili się tak bardzo od krótkowiecznych istnień. Jedyną przewagę dawało im pokrewieństwo z Wszechmocnymi; unikalna moc oraz długowieczność. Psychika, emocje i miękkie powłoki nadal mogły działać na ich niekorzyść, porwane przez namiętne serca i pokrętne umysły. Czy w takim razie syn Urory trzymał czarnego smoka niby ulubione zwierzątko? Zwierzątko chętne odgryźć komuś głowę lub zrównać z ziemią miasto…

- Panie? - zagaił Imt, zmniejszając dystans. Wciąż się bał, ale w melancholijnym nastroju Luciusa upatrzył okazję, by dowiedzieć się czegoś na jego temat. - Czego ode mnie oczekujesz?

- Prosiłem, byś zaniechał tej tytulatury, Imcie. - Idealne cienkie brwi zbiegły się nad prostym nosem, lecz poza tym Lucius nie wyglądał na rozzłoszczonego. - Nie jesteś służącym. Jesteś moim osobistym przybocznym.

Niewielka to różnica, skwitował cierpko smok. Zamiast tego powiedział:

- Wybacz, Luciusie. Nie przywykłem, by traktować cię w ten sposób.

Śniący obdarzył go smutnym uśmiechem. W istocie był to młodzieniec, któremu przyszło pożegnać się ze szczęśliwym dzieciństwem.

- A powinieneś. Oczekuję także, byś przed moimi ludźmi zachowywał się z manierą godną zaufanego doradcy. Niech wiedzą, iż twoje słowo jest powtórzeniem moich rozkaz... Oooch... - Lucius jęknął z udawanym zawodem. Wzrok boga zmętniał, niemniej mrok spowijający cudowne złoto nie przestawał opętańczo wirować. - Arcypaladyn zniszczył upiora. Wielka szkoda. Nic to, powołam do istnienia kolejnego.

Upiór. Imt syknął z nieskrywaną pogardą. Czy to naprawdę konieczne, by posuwać się do plugawienia esencji zmarłych? Zbyt jednak cenił rzadkie chwile spokoju, by mącić je nieprzemyślanymi spostrzeżeniami.

- Ruszajmy już, muszę się przygotować - upomniał go Lucius, stawiając niespieszne kroki w stronę tarasu.

Imt bez wysiłku zrównał się z nim.

- Rozumiem iż wybrałeś mnie, bym go wytropił – rzekł cicho. - Dlaczego jednak nakazałeś mi mieć go na oku, skoro mogłeś posłużyć się upiorem?

Wymowne spojrzenie przerażających oczu przeciągnęło się, a uśmieszek znikł z rdzawobrązowych ust, gdy Śniący dostrzegł krzepnące ciemne plamy szpecące półnagi tors smoka. I strużkę przecinającą umięśnioną rękę.

- Tylko ja mam prawo czynić ci krzywdę i dawać satysfakcję - wyszeptał tak cicho, że gdyby nie umiejętność czytania z ruchu warg, Imt nie poznałby jego przedziwnych myśli. Ciemnoskóra dłoń powstrzymała się przed dotknięciem splamionego krwią szmaragdu pektorału. Oczy o uwodzicielskich rzęsach zmrużyły się groźnie, krzyżując z dwukolorowymi tęczówkami smoka. - Upiór to bezwolna marionetka. Potrzebuję istoty inteligentnej, obserwatora, który dostosuje się do zmiennych warunków, podejmie błyskawiczne decyzje i wyjdzie z inicjatywą. A któż lepiej by się nadawał jeśli nie ten, który go wyśledził? Upiór wyśmienicie sprawdza się w roli szpiega. Zniszczony, zastępowany jest nowym. Ciebie nie będzie łatwo zastąpić, Imcie. I już raz omal cię straciłem. Doceń mą troskę i nie wystawiaj jej na kolejną próbę.

- Doceniam. - Strofowany humanoid przepuścił młodzieńca przodem. Młodzieńca mającego więcej niż dwa tysiące lat. - Jednakże proszę o przychylność, jako że moja ciekawość sięga wielu aspektów twojej osoby, Luciusie.

- Pochlebca, który niepotrzebnie uderza w oficjalny ton. Cóż cię nurtuje, mój miły?

- Twoje prawdziwe motywy - wypalił smok bez ogródek.

Spojrzenia dwójki mężczyzn znów się spotkały. Wypowiedź Imta zaintrygowała Śniącego.

- Moje prawdziwe motywy? - powtórzył niewinnie Lucius.

- Owszem. Z początku zakładałem, iż dążysz do przejęcia władzy. I od początku było to założenie błędne, jest to prozaiczna pobudka. Z całym szacunkiem, Luciusie, nie jesteś osobą pragnącą rządzić. Masz cel. Konkretny. Niestrudzenie zmierzasz ku jego realizacji, choć w rzeczywistości nie jest on tym, za co można go wziąć.

- Nie przestajesz mnie zaskakiwać, “Obserwatorze”. Nieprzeciętna inteligencja oraz błyskotliwość podniecają mnie o wiele bardziej niż piękno i żadnej z tych trzech cech nie mogę ci odmówić, Imcie. Jakie jeszcze talenty ukrywasz pod tą surową aparycją, hm? I po czym wnosisz, iż mój zamysł nie ogranicza się do przewrotu oraz siłowego przejęcia władzy w Estarionie?

- W innym wypadku zabiłbyś poszukiwanego. Te podchody nie są wyłącznie grą mającą zaspokoić twe perwersje. - Imt wkraczał na grząski grunt, lecz kto, jak nie czarny smok, czuł się w tym środowisku najlepiej? - To wykalkulowane działania. Gdyby chodziło o władzę, już dawno pozbawiłbyś życia arcypaladyna i obrócił w ruinę Aneil’Aranth, największy symbol ludzkiej potęgi w Estarionie, jeśli nie na Khaldunie. Istniałeś w tym świecie przez ostatnie dwadzieścia lat, a oni przeoczyli moment twojego przebudzenia. Mogłeś to wykorzystać. Mogłeś uderzyć z cienia powstałego w blasku obecnego monarchy. A mimo to podchodzisz do uczciwego starcia.

Lucius wszedł do niskiego pomieszczenia rozświetlonego setkami maleńkich jak świetliki lampionów. Cienie jego sylwetki zadrgały na malowanych tuszem ścianach z grubego pergaminu, gdy w skupieniu ważył odpowiedź. Imt zaimponował mu swą przenikliwością.

Przekroczywszy próg przedsionka, Imt nie ponaglił rozmówcy, ani nie zasunął pokreślonego szkicem panelu pełniącego funkcję drzwi wyjściowych. Nigdy zresztą tego nie robił, pozwalając naturze zaglądać do wnętrza budynku o każdej porze dnia i nocy. Rzucił za to okiem na niski kwadratowy stolik z lakierowanego drewna, przy którym Pan zwykł pijać herbatę i pracować. Połyskujący czystością blat był pusty. Podobnie szafki, na których dotychczas piętrzyły się rozłożone zwoje pergaminu i arkusze papieru oraz porcelanowe czajniczki i czarki. Nigdzie nie widział przyborów do pisania ani pędzli do malowania tuszem. W przedsionku panował nienaganny porządek i zaniepokojony smok odwrócił się, by dostrzec, że przynajmniej zakończony dwiema klingami oręż Pana spoczywał na zwyczajowym miejscu: drewnianej listwie nadproża, tuż nad wejściem do przestronnego domostwa.

Wypielęgnowana dłoń Luciusa wsparła się na przeciwległej do wejścia ścianie, która okazała się starannie zakamuflowanym przejściem. Panel zaszurał przesuwając się w bok i odsłaniając równie skromny co poprzedni pokoik. Rozejrzał się, postanawiając wreszcie udzielić odpowiedzi na pytanie podejrzanie wylewnego podwładnego.

- Imcie, zwycięstwo jest słodsze, gdy osiągnięte zostaje właśnie w uczciwej walce - zauważył, przechodząc do kolejnego pomieszczenia. Podszedł do jednej ze ścian, na której widniał niedokończony malunek węża oplatającego żądlącego go skorpiona. Rozsunął ją na oścież i omiótł wzrokiem jej zawartość. - Problemem jest, iż moja moc, poparta doświadczeniem, daje mi ogromną przewagę nad przeciwnikiem. W związku z tym potyczka nie będzie uczciwa, ponieważ z góry wiadomo, kto ją wygra. Co nie zmienia faktu, że krzyżowanie szyków oraz komplikowanie życia moim adwersarzom sprawia mi niemałą uciechę.

- Więc jednak władza? - Imt niechętnie wszedł pokoju garderobianego, w którym przebywał Śniący. Nie zamierzał zbliżać się do niego bez wyraźnego polecenia. – Daruj mi bezczelność, ale nie wierzę w to.

- Nie, Imcie, to nie władza. Władza jest zaledwie środkiem do celu. Zdobywając ją, pchnę ten świat do przodu, rozpędzę i uczynię równym temu, z którego pochodzę. - Lucius uśmiechnął się tajemniczo do własnych myśli. Pogładził atramentowy jedwab złożony na półce, zsunął palce niżej, na chłodny czarny metal. - Minęły dwa tysiąclecia, a ludzie wciąż są prymitywnymi bytami z początków mojej pamięci. Nie zmienili się ani odrobinę...

Zasmucony młodzieniec popatrzył na kompana.

- Ten świat zasługuje na więcej, Imcie. Ludzie zasługują na więcej niż błoto i kamienie. Wy zasługujecie na więcej niż życie w ukryciu. A niebianie pozbawiają was wszystkich możliwość rozwoju, zasłaniając się dobrem ogółu. Brednie, które należy ukrócić!

Rozsierdzony Śniący warknął, łapiąc za szeroką wstęgę jedwabiu opasającą jego wąską talię i szarpnął gniewnie, uwalniając poły szkarłatu. Pasmo czerni z szelestem spłynęło na drewnianą posadzkę, dając przybocznemu sygnał do działania.

Imt zdusił jęk i zmusił się, by podejść do Śniącego. Złoto zerkało ku niemu znad szczupłego, częściowo odkrytego ramienia. Narastająca złość emanowała z ciała okrytego kosztowną szatą, silnie oddziałując na niespokojnego smoka.

Lucius rozłożył ręce, umożliwiając słudze zdjęcie lekkiego odzienia. Włosy połaskotały skórę jego pleców, układając się na nich płynnym jedwabiem. Wychwycił moment wahania smoka, lecz zdążył już przyzwyczaić się do tego niestosownego zachowania, wszak mankamenty – lub też „cechy szczególne jego boskiego majestatu” - wywołałyby trwogę nawet pośród najpotężniejszych stworzeń zamieszkujących Khaldun. Schlebiało mu to, gdyż tym samym wzbudzał w ich sercach nienawiść. Ta świadomość tylko podsycała jego niespełnione żądze.

- Czemuż nie możesz być mój, Imcie? – poskarżył się. Jego wibrujący, dwuznaczny tembr wniknął głęboko w duszę smoka. - Dlaczegóż jesteś tak niedostępny?

Porażony jego słowami smok cofnął się i ściskając jeszcze ciepłą tkaninę starał się patrzeć wszędzie, byle nie na plecy Śniącego. Nie chciał ich oglądać. Ani tego, co wyzierało spomiędzy zasłony lśniących włosów boga. Imt skrupulatnie poskładał szkarłatną szatę i wyminął młodzieńca, chcąc odłożyć odzienie na półkę. Zamknął oczy, wyczuwając za sobą bliskość niechcianej prezencji.

- Jesteś moją własnością, choć nie z własnej woli - ciągnął obsesyjnie Lucius. Dotknął nagich pleców smoka i powiódł palcem w dół kręgosłupa, z zadowoleniem dostrzegając przeszywający go spazm. - Przymuszasz się do wszystkiego. A ja, uciekający się do najpodlejszych sztuczek, niczego nie potrafię wskórać.

- Pa… Luciusie, jestem pełnej krwi smokiem - wyjaśnił cierpliwie Imt, jak wiele razy przedtem. Nie otwierając oczu chwycił przyodziewek złożony na półce i w bezruchu czekał, aż Pan się odsunie, by móc bez przeszkód go odziać. - Nie stworzono nas do namiętności cechujących miękkoskórych dwunogów. Miłość jest dla mnie abstrakcją, podobnie odczuwanie przyjemności z kontaktu fizycznego.

Wzdrygnął się, kiedy ciepła pierś oparła się o jego chłodne plecy. Rozległ się obrzydliwy klekot, na dźwięk którego powieki Imta rozchyliły się szerzej. Coś zimnego wśliznęło się pod szendyt i otarło o jego udo. Oplatając je pełzło w górę niby odrażający, zbudowany z segmentów wąż.

- Dlatego szukam pociechy w domenie snów - rzucił z urazą Śniący i odsunął się, a ostra igła do krwi nakłuła bladość tuż pod krańcem przepaski. - Czyń swą powinność, Imcie. Jeszcze tej nocy pragnę spotkać się z lojalnym narzędziem mej woli.

- Wybacz że nie spełniam twych wyuzdanych oczekiwań, Luciusie.

Ze szczerą skruchą smok przystąpił do odziewania pana, dokładając wszelkich starań, by nie patrzeć na młodego boga. Przystroił jego piękną sylwetkę czarną jedwabną tuniką bez rękawów, przylegającą jak druga skóra. Wyhaftowany srebrną nicią skorpion pysznił się na całej długości lewego boku, żądłem sięgając zwisającej do kolan poły. Imt czerwienią przepasał wąską talię tuniki na wysokości stanu sznurowanych spodni o bufiastych, zwężających się u kostek nogawkach. Srebrna brosza przedstawiająca zwiniętego pajęczaka szczypcami podtrzymującego rubin zebrała karmazynowy materiał u lewego biodra. Drugi, bliźniaczy ornament spiął niską stójkę kilka centymetrów pod szyją.

Imt pracował w milczeniu pomny zagniewanych, rozczarowanych odmową oczu bacznie śledzących jego poczynania. Nie przejmował się tym dopóty, dopóki nie musiał w nie zaglądać. Zawrócił do szafy i wyciągnął z niej zwój antracytowej tkaniny. Był to cienki półprzezroczysty szyfon, który zarzucił na ramiona boga. Nacięte od nadgarstków po barki rękawy podkreślały skórę koloru rdzawego brązu, natomiast zasłonę skrojono w taki sposób, by wąskie przednie poły powiewały poniżej bioder, trenem sunąc po podłodze. Srebrne wykończenia będące jedynymi ozdobami przypominającego mgiełkę materiału splatały się w misterny deseń.

Pozostały już tylko elementy tytanitowego pancerza, na który składały się rękawice, naramienniki oraz buty za kolana. Smok nie miał trudności z ubieraniem swego pana. Nie zliczy ile razy już to praktykowali, a jego wielkie dłonie za każdym razem wykazywały się dostateczną zręcznością, by ostrymi pazurami nie uszkodzić zwiewnych tkanin.

Czarne tytanitowe rękawice bez palców pasowały na szczupłe ręce, opinając obwinięte mankietami szyfonu nadgarstki. Srebrzyste chmury kłębiły się na ich grzbietach, gromadząc na przedramionach i rozciągając aż do łokci. Współgrające akcentami naramienniki były bardziej dekoracją, aniżeli realną ochroną. Dyskretne paski biegnące pod pachami zapewniały komfort, a płyty giętego metalu obejmowały barki, nie pozwalając pelerynie opaść na ramiona.

Imt odgarnął gęste włosy zwierzchnika, by dostać się do sprzączek. Usilnie starał się nie zerkać w dół, choć ospały ruch pod prześwitującym szyfonem próbował przykuć jego uwagę. Ongiś smok zastanawiał się, dlaczego spodnie Luciusa wycięte są mniej więcej na linii kości ogonowej, lecz nie poważył się na tak drobiazgowe pytania. A kiedy nastąpił dzień, w którym przekonał się o przyczynie tejże fanaberii, doznał wstrząsu. Refleksja, chociaż nie proszona, nadeszła sama. Widok tej potworności zapadł mu traumą w pamięci i jak wówczas, tak i teraz nie umiał otrząsnąć się z koszmaru, który śnił na jawie.

Smok drgnął, nie mogąc dłużej znieść wężowego ruchu odkształcającego czarną mgiełkę. Buty - pomyślał, rozpaczliwie pragnąc wrócić do przerwanej czynności.

Lucius utkwił w nim wzrok, napawając się jego lękiem i wstrętem, lecz prędko się znudził i opadł na niską leżankę ustawioną pod przeciwną pergaminową ścianą. Kopnięciami zrzucił ze stóp jedwabne pantofle cierpliwie czekając, aż Imt dokończy go przyodziewać. Mógł sam założyć pancerz, niemniej większą radość sprawiało mu wysługiwanie się smokiem, patrzenie jak korzy się przed nim i wykonuje obowiązki z należnym oddaniem. Dysponując jednym z najpotężniejszych prajaszczurów Khaldunu czuł, że może zdobyć wszystko, czego zapragnie. I jego również zdobędzie.

Smok z niezmiennie posępnym wyrazem twarzy podszedł do mężczyzny i przyklęknął, trudząc się z dopasowaniem tytanitowych butów o zadartych noskach. Nogawki luźnych spodni wetknął w cholewy, dociągnął paski i zapiął sprzączki, po czym docisnął srebrne zdobienia do ogólnie panującej czerni, skrzętnie maskujące zapięcia. Odetchnął, gdyż jego katorga dobiegła wreszcie końca. Chciał wstać, lecz dłoń w rękawicy powstrzymała go, opadając na ozłocony bark. W porównaniu z krzepkim, humanoidalnym smokiem wydawała się filigranowa jak u dziewczęcia.

- Jesteś niezrównanym opiekunem, Imcie - pochwalił go Lucius wstający z niskiego siedziska. Strój, który ostatni raz miał na sobie podczas Wojny Bogów, przydawał mu boskiego splendoru, toteż nie szczędził swej wspaniałomyślności, ochoczo częstując nią towarzyszące mu stworzenie. - Najwyższa pora udać się na południe Estarionu. Obudzić ludzkość z letargu. Dać im powód do życia. I walki.

Ominąwszy klęczącego, Śniący zawrócił do przedsionka, skąd zabrał umocowane na stelażu glewia tradycyjnie strzegące wejścia do domostwa. Bliźniacze tytanitowe ostrza zamigotały słabo, kiedy właściciel ujął drzewce i lekkim szarpnięciem wyjął z obejm. Można je było wziąć za miecze o krótkich jelcach inkrustowanych rubinami. Ich drzewce owinięto skórą ułatwiającą chwyt i zapobiegającą ślizganiu się broni.

Śniący nie poświęcił broni najmniejszej uwagi. Oburącz uniósł oręż nad głowę, wyrównał do pionu i pochylił kark, na wyczucie celując w kręgosłup. Nim przyglądający mu się z daleka Imt zdążył zareagować, z mocą pchnął w dół, zagłębiając sztych pierwszego ostrza w karku. Ani kropla krwi nie wytrysnęła, gdy niespełna dwumetrowe glewia prowadzone stanowczą ręką wsunęły się gładko jak w pokrowiec i skryły we wnętrzu boga, nijak nie zdradzając swojej potwornej kryjówki.

Stojący w drzwiach smok ze zgrozą przypatrywał się monstrum, które wyprężyło się jak po wzmacniającej drzemce. Broń boga zniknęła, tak jak zniknęły odróżniające go od ludzi cechy odstręczającego ciała. W tej chwili obracał się ku niemu mężczyzna, którego nietuzinkowa uroda rzucała na kolana, a rozczulający uśmiech topił serca, wzbudzając w istotach żywych pragnienie śmierci. W czarnym stroju, którego nie można było nazwać pancerzem, Lucius prezentował się zachwycająco, wręcz dostojnie. Ale te oczy… To spojrzenie… Tego nie zdołał ukryć przed światem śmiertelnych. I wcale nie musiał.

- Czy jesteś gotów do drogi, mój mały Imcie? - Dłoń Śniącego wysunęła się ku podenerwowanemu makabrycznym widowiskiem smokowi. - Już czas.

Imt nie zamierzał się sprzeciwiać. Nie jemu. Nie bogu wyczyniającym niestworzone rzeczy z własnym ciałem. A także cudzymi. Z oporem poczłapał w kierunku Śniącego i niemrawo uniósł palce, muskając nimi urękawicznioną dłoń. Ciemność zamknęła się na jego grubym nadgarstku, przyciągając bliżej. Przestrzeń zakotłowała się wokół niego i zacisnął powieki, a gdy je otworzył, powitała go czerń bezgwiezdnej nocy.

Percepcja smoka natychmiast połączyła się z nurtem energetycznym obrazując otoczenie, w którym się znalazł. Miał zawroty głowy, a w ustach czuł smak goryczy, tęsknoty za pierwotną mocą utraconą bezpowrotnie. Teleportując się samodzielnie, przygotowany był na to, co się z nim stanie. Kiedy to Pan teleportował ich obu, smok odczuwał skutki uboczne ogromu energii wplecionej w osnowę.

Ucisk na przegubie zelżał. Świadomość boskiej obecności straciła na intensywności, by po jednym uderzeniu serca rozbłysnąć niczym najjaśniejsza z gwiazd, boleśnie oślepiając Imta. Nurt wybuchł ogłuszająco. Rozszczepione esencje pomknęły we wszystkie strony, barwiąc pochmurne niebo i kamienistą ziemię szkarłatem oraz bielą, aż prajaszczur musiał osłonić oczy ramieniem z obawy, iż postrada wzrok na zawsze.

Odgłos wietrznych dzwonków niósł się we wszechogarniającej ciszy, jaka nastała po osobliwej eksplozji skumulowanej mocy. Pan śmiał się w głos, a jego histeryczny śmiech zmroził gada, który absolutnie nie rozumiał powodu, z jakiego radował się jego kompan.

Imt opuścił rękę, przyzwyczajając zmysły do rzeczywistości. Resztki wyładowań energetycznych przemykały w górę pni drzew, wzdłuż źdźbeł trawy, a także po wystających gdzieniegdzie głazach trzeszcząc i skrząc cichutko. Nurt wygładził się. Esencja znów popłynęła leniwie, zgodnie z odwiecznym rytmem Wszechrzeczy. Spektakularne zjawisko, jakiego doświadczył smok, dostrzegalne było wyłącznie dla istot parających się magią. Zwykli śmiertelnicy nie mogli tego poczuć inaczej niż jako odległy błysk i huraganowy podmuch temu towarzyszący. Echo nadciągającej burzy.

- Czy słyszysz głos wojny?! - zawołał Lucius pełnym fanatycznego uniesienia tonem, jakby chcąc przekrzyczeć ryk wichury. - Czy słyszysz jej czystą pieśń rozbrzmiewającą coraz bliżej?! W naszym udziale przypada zaszczyt przyniesienia jej tym ziemiom! Niech Kolebka Życia, przez ludzi zwana Estarionem, uformuje się na nowo w niemożliwej do ugaszenia pożodze bitew oraz bezkresnym morzu krwi!

Otumaniony Imt oddychał płytko. Zdawało mu się, że przemawiający z emfazą bóg kieruje słowa do niego, lecz spostrzegł się, iż nie są w tym nieokreślonym miejscu sami. Skulony pod nogami Pana kształt zadrżał, czerń jaśniejsza od mroków nocy. Smok pociągnął nosem. Skrzywił się wyczuwając wyzbytego magii, pospolitego człowieka.

Prajaszczur zwrócił się ku euforycznie uśmiechniętemu młodzieńcowi. Sam zaczynał przeżywać emocje poprzedzające bitewny zew. Pragnął wyruszyć na polowanie i tak, jak wołał jego pan, przynieść wojnę spodziewającym się jej wrogom. Krew przepływająca w żyłach wzburzyła się, a esencja kipiała, gdy zwinął pięści. Sfrustrowany zawarczał przeciągle, czując wibracje w piersi. Gotów był rozszarpać klęczącego człowieka i gdyby nie opiekuńczo wyciągnięte ramię Luciusa, prawdopodobnie rzuciłby się na niego bez dalszej zwłoki.

- Imcie – skarcił go Śniący, przybierając ton szlachetnego łaskawcy, przesycony sugestywną mocą i nasilającym się obłędem. – Wiele temu człowiekowi zawdzięczam, racz więc darować mu ten popis bezmyślnej odwagi. Jako jeden z nielicznych ma bowiem prawo uczestniczyć w momentach mojego triumfu. Powstań z kolan, Breku z Niedźwiedzi - odezwał się do zakapturzonego człowieka. - Uważam cię za pierwszego spośród śmiertelnych godnego spojrzenia w oblicze swego boga.

Mężczyzna zachwiał się ledwie zauważalnie, na co Imt zareagował instynktownie. Osłonił masywnym ciałem Śniącego stając między nim, a dźwigającym się człowiekiem. Był on rosły jak na przedstawiciela tej krótkowiecznej rasy, aczkolwiek i tak nie mógł się z nim mierzyć. Był również barczysty, choć to akurat mogła być zasługa schowanego pod peleryną pancerza. Za to godnym uznania był dwuręczny miecz zabezpieczony na dumnie wyprostowanych plecach.

Jasne oko łypnęło na smoka spod naciągniętego na twarz kaptura. Szybkie spojrzenie oszacowało ponad dwumetrową postać, na dłużej koncentrując się na zakrwawionej ręce oraz zbryzganym szkarłatem pektorale – ciężkiej biżuterii egzotycznego pochodzenia, nieznanej w Estarionie. Nawet jeżeli człowiek odczuwał strach, nie zdradził się z nim. Powolnym skinieniem głowy wyraził swój respekt, jednocześnie dając do zrozumienia, iż nie zawahałby się wystąpić przeciw niemu. Kimkolwiek Brek był, darzył swego pana bezgranicznym zaufaniem, w przeciwnym razie postąpiłby krok w tył, byle dalej od aury zagrożenia bijącej od rozjuszonego jego impertynencją smoka.

- Luciusie! Pozwalasz człowiekowi spoufalać się z tobą? - zagrzmiał Awatar Przeklętego. Okolone głębokimi cieniami żółte oczy zwęziły się w szparki, taksując poznaczoną bliznami szeroką twarz wojownika. Nagłe niezadowolenie bliskie zazdrości pojawiło się znikąd. Do tej pory tylko jemu, Najwyższemu Kapłanowi Urory przysługiwał przywilej obcowania z bogiem i bynajmniej nie zamierzał odstępować go byle komu. - To się nie godzi, mój panie - wycedził obnażając ostre zębiska zdolne jednym kłapnięciem przełamać ramię mężczyzny na dwoje.

Ciepła dłoń ujęła kojąco przedramię smoka. Śniący obszedł swego obrońcę i posyłając mu pobłażliwy uśmiech skierował zniewalający wzrok na wciąż milczącego człowieka. Napięta żuchwa i poruszająca się grdyka były jedynym, po czym wywnioskować można lęk śmiałka, do którego zbliżył się Pan. I jak smoka prowokował, tak pod wpływem złotych dysków niemal padł do boskich stóp.

- Ponieś ze sobą rozkaz natychmiastowego wymarszu na Aneil’Aranth - nakazał Lucius, nachylając się ku stężałemu obliczu ludzkiego sługi. - Obwieść wszem i wobec, iż z nadejściem świtu obejmę przywództwo, by poprowadzić ludzkość ku złotej erze.

Brek postawił krok w tył i uderzając pięścią w napierśnik, pokłonił się nisko. Z błogosławieństwem boga odmaszerował, o włos wymijając wściekle wyszczerzonego smoka.

Przenikający ciemności Imt odprowadzał irytującego osobnika spojrzeniem, aż ten nie rozpłynął się w nocnej leśnej gęstwinie. Zaraz po tym dwukolorowe oczy przeniósł na usatysfakcjonowanego posłuszeństwem Śniącego.

- Dla ciebie, mój Imcie, mam zadanie, którego nie powierzę słabym, podatnym na manipulacje ludziom - przymilał się Lucius, rozmyślnie powoli skracając dystans. - Szukaj dla mnie naznaczonych Macierzą osób w miejscowościach na trasie przemarszu ku stolicy. Przede wszystkim skupiaj się na tych, którzy reprezentują sobą potencjał energetyczny, ponieważ to na energii, a nie jej sile, najbardziej mi zależy. Tylko ich zlokalizuj. I zapamiętaj, gdzie przebywają.

Imt kłapnął szczęką. Wielkie ciało rozpierały dreszcze ekscytacji i stygnącej furii. Zdumiewające, że w ogrodach Pana nie czuł tak przykrych doznań. Odnajdywał tam spokój, którego tutaj mu brakowało. A już szczególnie drażniła go myśl o utracie względów syna Darczyńcy.

- Co rozkażesz, Luciusie - warknął. - Wyruszam.

- Wolnego, Imcie, zamierzasz tak odejść? - Śniący położył rękę na łopatce smoka i lekko pchnął, nakazując mu zwrócić się w kierunku, w którym podążył Brek. Palce ześlizgnęły się z sinej skóry, kiedy bóg wyprzedził sługę. - Twe oczy nie ujrzały jeszcze najważniejszego… - mamrotał gorączkowo.

Rzeczywiście, Imt nie ujrzał jeszcze najważniejszego. Lecz gdzie mogły ukrywać się nieprzebrane armie przebudzonego boga, skoro jak okiem sięgnąć widoczne były jedynie drzewa, skały oraz zasnuty brzuchatymi chmurami widnokrąg?

Chłodny, pachnący żywicą wiatr owiewał plecy idących, niosąc ze sobą szum liści oraz cienie umykających w poszycie nocnych drapieżników. Gałązki zagrzebane pod ściółką trzaskały i szeleściły na każdym kroku, ale wędrowcom to nie dokuczało. Nie skradali się. Byli u siebie. Ze swobodą gospodarzy zwiedzali swe włości.

Popadający w wątpliwości smok rozglądał się na boki i już gotów był się odezwać na temat rzekomych wojsk, kiedy dotarli na skraj wzniesienia. Wówczas jego oczom ukazała się oszałamiająca panorama, aż rozchylił usta, ze świstem wciągając potężny haust powietrza. A mimo to nachodziła go niedorzeczna obawa, że udusi się z wrażenia.

Poniżej, na równinie daleko w dole, rozpościerało się mrowisko utworzone przez dwunogie istoty. Liczone w tysiącach ogniska paliły się wśród morza namiotów, a wysokie słupy szarego dymu ociężale wyciągały się ku niebu, pochylone, rozmywane porywami wiatru. Niczym w korycie rzeki ludzie krzątali się na prowizorycznych uliczkach obozowiska. Zajęci obowiązkami nie zdawali sobie sprawy, iż ich życie doglądane jest przez Śniącego i jego smoka.

- Patrzysz na około trzydzieści tysięcy zbrojnych, mężczyzn i kobiety, młodych i dorosłych, wyszkolonych żołnierzy oraz rekrutów: kowali, piekarzy, kapłanów, akuszerki, murarzy, rolników... - wymieniał pobudzony widokiem swych wojsk Lucius. Migoczące drobiny odbijały się w błyszczącym ekstatycznie złocie szeroko rozwartych oczu. Podwójne kły błyskały groźnie, gdy idealne wargi poruszały się w takt słów będących z wolna tkanym urokiem. - Armia mogąca wznieść metropolię. I utrzymać ją. To zaledwie połowa tego, w posiadaniu czego mam przyjemność się znajdować. Viera zasili nas podobną ilością. Do następnej pełni księżyca liczba moich fanatycznych wyznawców przekroczy sto tysięcy. A ci nieustannie przybywają z całego Estarionu skuszeni obietnicą lepszego jutra, możliwością ulżenia sobie w cierpieniu. Imcie, czy kiedykolwiek przyszło ci na myśl, jak bardzo ciemiężeni przez siebie samych są ludzie, by zawistnie życzyć śmierci własnemu gatunkowi? Jak bardzo nienawidzą innych, a zarazem samych siebie... - Obłąkane spojrzenie spoczęło na profilu zauroczonego obozowym miasteczkiem smoka. - Nie musiałem wykorzystywać ułamka potencjału, by przylecieli do mnie niby ćmy spragnione ciepłego światła miłości pośród zimna egzystencjalnej ciemności.

- Zwycięstwo jest bezapelacyjnie w twoich rękach, panie - wychrypiał osłupiały Imt, ślepii nie odrywając od żywego organizmu armii, pulsującego w dole poblaskiem ognisk.

Był poruszony. Zachwycony. Wszystko o czym mówił Śniący, stało się prawdą. Zakon Paladynów nie ma szans z siłami, jakie zgromadzi za ich plecami przebiegły bóg.

Arcypaladyn powinien nakazać rozpoczęcie budowy własnego grobowca, choć pewnie nie dożyłby jego ukończenia - skonstatował z ironią smok. Drwiący uśmieszek zniekształcił jego rysy. Sto tysięcy przed upływem miesiąca… I liczba ta wciąż będzie rosła!

- Imcie, jeśli czegoś pragnę, prawem tego świata jest, abym to otrzymał - wymruczał Lucius. - A teraz ruszaj. Rozłóż swe wspaniałe skrzydła i niech noc niesie cię z dala od spojrzeń twych barwnych krewniaków.

Imt zrozumiał przekaz i z ochotą wypełnił polecenie. Potężny humanoid zgarbił się, a esencja wokół niego zawrzała dziko, absorbowana przez jego moc. Obserwujący metamorfozę smoka Śniący wycofał się, podczas gdy umięśnione ciało stworzone na podobieństwo ludzkiego przekształcało się, deformowało i rozrastało. Ogromne błoniaste skrzydła wystrzeliły z obciągniętych matową czernią łopatek, rozdzielone kościanym grzebieniem wyrastającym z podstawy czaszki, a niknącym u nasady ogona.  Nogi i ręce wykrzywiały się z chrzęstem i wyginały w stawach. Pazury darły ziemię niczym monstrualny pług. Kilka pechowych drzew złamało się pod naporem olbrzymiego, kilkunastometrowego cielska chronionego niebywale grubą skórą. Ogon smagnął powietrze, a końcówka zwieńczona do złudzenia przypominającym grot włóczni żądłem świsnęła złowrogo, zawijając się ku górze. Płaski klinowaty łeb z wywiniętymi wzdłuż pyska rogami opadł, by żółtozielone ślepia znalazły się na jednej linii ze wzrokiem Pana. Paszcza rozwarła się. Odchylone na zewnątrz ukośne kły odsłoniły wąski, czerwony jak krew język smakujący nurt.

Dłoń w tytanitowej rękawiczce dotknęła nozdrzy będących zagłębieniem w ogryzionej z mięsa smoczej czaszce. Oczodoły zgasły, gdy prajaszczur na moment przymknął powieki.

- Odszukaj ich, Imcie - powtórzył Lucius i oddalił się, albowiem łeb smoka śmierci poderwał się raptownie, a skrzydła osiągnęły całkowitą rozpiętość, przysłaniając jaśniejący na wschodzie horyzont. - Odszukaj ich dla mnie.

Czarna bestia przysiadła na zadzie i unosząc przednie łapy zgięła smukłą szyję. Rześkie powietrze wydęło pierś koloru butwiejących liści, a po chwili grzmiący ryk poniósł się w promieniu wielu kilometrów, siejąc niepokój w sercu każdego, kto dosłyszał ów przerażający okrzyk rozpoczynającego łowy smoka. Imt ledwo zamknął paszczę i już jego potężne tylne nogi odepchnęły się od miękkiego podłoża, wyrywając grudy darni. Skrzydła uderzyły raz i drugi, wyrzucając w powietrze połamane gałęzie oraz kępy ściółki, a ich donośnemu łopotowi akompaniował kolejny ścinający krew w żyłach wrzask. Smok z zadziwiającą dla jego rozmiarów gracją wzbił się w przestworza i pracując miarowo skrzydłami zatoczył trzy kręgi nad zagajnikiem oraz obozowiskiem, zwracając się na południe, ku estariońskiej stolicy. Niesiony ciepłymi prądami wznosił się coraz wyżej, aż pochłonęło go kłębowisko ołowianych chmur.

Imt zwany Czarnym powrócił do prawdziwej postaci i czerpał z tego rozkosz, jakiej nie dałyby mu najwymyślniejsze pieszczoty Pana. Za nic miał wypatrujące go trwożnie wojska w dole. Niewyraźny zarys ludzkiego mężczyzny żwawo schodzącego ze stromego pagórka także był dlań bez znaczenia. Wreszcie był wolny. I na nowo uwierzył w spełnienie marzeń o domu dla Czarnej Barwy. Lucius zwycięży. I dotrzyma obietnicy względem smoka, co nie ulegało wątpliwości. A do tego czasu Imt uczyni wszystko, by przysłużyć się jego sprawie.

Pan długo wpatrywał się w punkt na nieboskłonie, gdzie zniknął smok. Chytry uśmieszek wygiął ciemne usta. W jego niezwykłych oczach zagościł chłód, jakiego nie powstydziłyby się oblodzone wierzchołki Srebrzystych Szczytów. Imt odnajdzie magów. Brek przekaże wieści. Viera dołączy do oblężenia Aneil’Aranth. A on, ich objawiony bóg, będzie miał sporo czasu, by uprzykrzyć życie dwóm młodzieńcom, których z lubością podglądał dniem i nocą. Nie ułatwi im przeprawy. Niczego im nie ułatwi.

piątek, 19 czerwca 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 45 ~~ 🔞

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW


🔞


Estalavanes jeszcze nigdy nie był tak daleki swojej tożsamości, jak nocą po ujawnieniu upiornego prześladowcy. Dręczony lękiem przed utratą partnera szuka u niego bliskości, lecz jego druga, żywiołowa natura postanawia zakwestionować uczucia mężczyzny...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 19d'6m'26r2t]




    Est nie ma lekko w życiu. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że najgorsze wciąż przed nim, a wszystko rozbija się o... emocje. Ach, reagent emocjonalny i magiczna inteligencja, szlag niech trafi Sava! Kim jest druga osobowość, która prowokuje Cola do konfrontacji z pytaniem, czy kocha naprawdę całego Esta, a nie tylko jego słabszą i potrzebującą opieki część? I jaka będzie odpowiedź najemnika?


Kącik autorki.
    Jestem oczarowana tym, jak Est wytrwale uczy się swojej seksualności, stopniowo poznając swoje ciało na podstawie jego reakcji oraz powoli odnajdując się w bezmiarze doznań i wrażeń temu towarzyszących. A przede wszystkim budująca jest jego determinacja w walce z uprzedzeniami i wstydem, najsilniejszymi blokadami niegdyś wpajanymi nam od dziecka!
    Obecne pokolenia nie wiedzą jakim koszmarem było komunistyczne i postkomunistyczne wychowanie, w którym wstyd, strach, pokora i opinia innych górowały nad drastycznie karanym rozsądkiem, autonomią oraz swobodą. Jako jedna z przedstawicielek pokolenia transformacji ustrojowej przeszłam przez to piekiełko i poniekąd rozumiem, co czuje Est. Wówczas homoseksualność - uważana za chorobę - była piętnowana i surowo karana. Przykre jest to, że obecnie wcale nie jest lepiej...
    Ale wciąż mam nadzieję, że Estowi uda się to zmienić chociaż w Estarionie, gdzie za "czyny przeciwne naturze" grozi dekapitacja. Nie chcę wybiegać w przyszłość, ale nawet komuś o jego pozycji może się to nie udać...

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 45 🔞

 

Regeneracyjny sen bez snów i - co ważniejsze - bez koszmarów, był dokładnie tym, czego Estalavanes potrzebował. Teraz łagodnie wybudzał się z odprężającej drzemki, z wolna wracając do posępnej rzeczywistości, której adekwatnym odwzorowaniem były kamienne, surowe mury garnizonu w Adeili.

Zwrócony twarzą do ściany wsłuchiwał się w ledwie słyszalne dźwięki otoczenia: miarowe stukanie mżawki o zewnętrzny parapet, suchy trzask ognia pochłaniającego szczapy drewna, wizg wiatru przeciskającego się szczelinami ościeżnic... oraz rytmiczne głuche stuknięcia, których nie potrafił zidentyfikować. Zaintrygowany szerzej rozchylił powieki i zamrugał kilka razy, by odgonić resztki snu. Ze skrzypieniem starego łóżka przekręcił się na prawy bok, a jego oczom ukazał się iście niecodzienny widok.

Colonell siedział na jedynym krześle w celi, tuż przy jedynym źródle światła w postaci dogasającego kominka, i z przymkniętymi powiekami podrzucał nieduży nożyk. To głowica wydawała ten dziwny stłumiony odgłos przy uderzeniu we wnętrze dłoni, która błyskawicznie podbijała ją z powrotem w górę. Est z fascynacją obserwował jak błyszczące ostrze obraca się w powietrzu i spada tępym końcem w dół, w pełni kontrolowane przez wprawnego najemnika.

Niegdysiejszego złodzieja, poprawił się w myślach. Zupełnie niepotrzebnie, jako że nie miało to już najmniejszego znaczenia.

Zahipnotyzowany, wpatrzony w ten mały spektakl Est leżał bez ruchu, by nie dać po sobie poznać, że się obudził. Nie chciał przypadkowo zakłócić niebezpiecznego tańca ostrego noża i zręcznej ręki, choć zapewne trzeszczenie drewnianej ramy zdradziło moment jego przebudzenia. Mimo to Col zdawał się pogrążony w przemyśleniach tak głębokich, że na nic nie zwracał uwagi. Poprawka: ustawicznie czujny przodownik zwracał uwagę na wszystko wokół, niemniej przy białym elfie czuł się na tyle bezpiecznie, by nie reagować w sposób natychmiastowy.

Coraz bardziej zaciekawiony chłopak zastanawiał się, o czym rozmyślał przyjaciel. Chciałby go o to zapytać, ale nie mógł wydusić z siebie słowa, dlatego też ograniczył się wyłącznie do obserwacji. Wtem lodowaty strach, pojawiwszy się nie wiadomo skąd, przeszył jego duszę, wypierając zeń wszelkie pozytywne emocje. Znów oglądał bestialską śmierć ukochanego człowieka, lecz najgorsza była świadomość, że to on sam był oprawcą, katem i mordercą. Nawet jeśli wizje były mającą go złamać fikcją, to boleśnie powoli uświadamiał sobie okrutną prawdę, o której mówił niebianin: ich długowieczność to przekleństwo, zmora egzystencji. Jeżeli cudem przetrwają to, co zgotuje im Śniący na południu, to i tak przeżyje ludzkiego partnera o całe lata, albo i stulecia. Utraci go na zawsze. Będzie patrzył jak marnieje i usycha, więdnie niczym najpiękniejszy kwiat, którego czas rozkwitu minął bezpowrotnie. Dla niego będzie to przelotna chwila, mignięcie, zaledwie skurcz serca. I zostanie sam z poczuciem nieodżałowanej straty, rozdzierającymi wspomnieniami oraz pustą tęsknotą, której nic już nie wypełni...

Est bezwiednie usiadł na szeleszczącym posłaniu i przecierając nadgarstkiem sklejone rzęsy, odgonił napływające do oczu łzy. Nie odrywał spojrzenia od miłości swojego życia, od spokojnego profilu pełnego niedoskonałości oraz skaz zamaskowanych pod krótkim, gęstym zarostem i płowiejącym barwnikiem tatuażu. Naraz zapragnął wtulić się w niego jak bezbronne dziecko poszukujące miłości, ciepła oraz bezpieczeństwa. Bał się. Przerażały go myśli i emocje, z którymi sobie nie radził. Był zagubiony, a sprzeczne uczucia targały nim niby chorągwią na wietrze. Sam już nie wiedział gdzie leży prawda, a co jest wytworem jego chorej, wypaczonej wyobraźni. I nie dowie się, jeżeli nie poczuje tej unikalnej więzi, która z dwóch dusz uczyniła jedną.

Nic nie było w stanie go powstrzymać, kiedy zsunął nogi na zimny kamień posadzki i bezgłośnie jak podchodzący zwierzynę drapieżnik na palcach ruszył w kierunku człowieka.

Zafrasowany zwiadowca nie przewidział ataku półsmoka, który bezszelestnie wskoczył mu się na kolana. Żeby uchronić dzieciaka przed przypadkowym skaleczeniem wyrzuconą w górę bronią, Colonell złapał nóż na chybił trafił, najszybciej jak zdołał i ostrze wgryzło się w zaciśniętą kurczowo dłoń. Z wulgarnym sykiem szarpnął ramieniem w bok, a felerny pocisk z brzękiem odbił się od podłogi, klingą krzesząc iskry. Oddech mężczyzny, przyspieszony zaskoczeniem oraz szczypiącym bólem, owionął upiornie białą twarz chłopaka. Skaleonie oczy o rozszerzonych źrenicach wyglądały niesamowicie w roztańczonej łunie ognia, gdy Col przyjrzał się mu, trzymając krwawiącą rękę z dala od nich obu. Zerknął szybko na ranę i stwierdzając, że jest powierzchowna, skupił się na dzieciaku.

Wyraźnie było coś na rzeczy, o czym świadczyło jego skrajnie nieodpowiedzialne postępowanie oraz żar bijący z wątłego ciała, grzejący mocniej niż płomienie w kominku. Postawa kochanka, jego najlżejszy nawet gest wyrażały to, czego mężczyzna nie spodziewał się usłyszeć z białych ust.

Musiał przerwać tę ciszę, inaczej straci nad sobą panowanie.

- Jesteś ty przytomny, dzieciaku? – warknął. - Prawie zrobiłem ci krzywdę tym nożem! Branie zwiadowcy Niedźwiedzi znienacka to jedna z najszybszych metod wyprawiania się w Pozaświat!

- Przepraszam, Col – wyszeptał na wydechu Est. Jego jaskrawozielone tęczówki stały się cienkimi krążkami opasającymi olbrzymie źrenice. - Sądziłem, że ciebie nie da się zaskoczyć.

- Zakradłeś się do mnie jak polujący kocur, cichszy niż szczur przemykający za ścianą - wytknął mu najemnik, spoglądając na sączącą się spomiędzy palców krew. Niespiesznie kapała na posadzkę, maleńkimi bryzgami barwiąc wytarty chodnik. - Co się z tobą dzieje, Esti? Najpierw zmysłowo zmuszasz mnie do uległości, potem rzucasz mi się przy wszystkich na szyję, a teraz wskakujesz mi na kolana jak rozochocona kotka. Dotychczas byłeś bardzo zachowawczy.

Białe dłonie o ciepłych palcach zamknęły się po obu stronach twarzy mężczyzny. Drżący w gorączce wzrok muskał ciemnozielone oczy, nieśmiało zaczepiając okolone brodą wargi.

- Tak, zachowawczy, to… to trafne określenie – westchnął Est. - Ale teraz wiem, że czas to nasz największy wróg. I nie chcę żałować ani sekundy. – Zagryzł zęby, z lekka obnażając kły i wreszcie wykrztusił to, co boleśnie uciskało mu krtań. - Boję się, Col. Nigdy dotąd tak się nie bałem. Życie pośród ludzi, smok, ani twój ojciec nie wywołał we mnie tak dojmującego, pierwotnego strachu jak… jak to.

- Czy “to” ma związek z waszą dzisiejszą eskapadą? Paladyniec coś ci zrobił?

- Nic mi nie zrobił. Pokazał tylko to, o czym rozmawialiśmy zeszłej nocy. Ujawnił prześladowcę. To było koszmarne przeżycie, Col, groza w najczystszej postaci. – Est puścił go. Skulił się, odruchowo wczepiając w bluzę i przykładając skroń do bijącego kojąco serca. - Ujrzałem rzeczy, jakich nie chciałem zobaczyć. I nie wymażę ich już z pamięci - kontynuował niskim, łamiącym się tonem.

Brzmienie głosu Estiego wzbudziło w przodowniku niepokój i współczucie tak bezmierne, że zrobiło mu się żal tego zagubionego dzieciaka. Wstrząsające zdarzenie niewątpliwie złamało w nim wszystko to, co niestrudzenie pielęgnował przez ostatni rok pod ojcowskimi skrzydłami Maga, pozostawiając go na pastwę destrukcyjnych myśli.

Stary Zrzęda znów miał rację. Szczęśliwie opuścili Twierdzę Niedźwiedzi, być może już na zawsze, lecz była także druga, znacznie mroczniejsza strona monety rzuconej im przez Handlarza Fortuny: mogli tej podróży nie przetrwać. Nie dotrą do Aneil’Aranth, jeśli Estiego opuści wola walki, zwątpi we własne możliwości i podda się w nieodpowiednim momencie. A rolą Cola, jako opiekuna, było uchronienie tego rozstrojonego chłopca przed zupełnym rozbiciem na kawałki. Był pewien że potrafi to zrobić i nie musiał się o tym przekonywać, gdyż jego chłodny, logiczny umysł szedł w zgodzie z pałającym miłością sercem.

Nie zważając na ranę czule objął dzieciaka.

- Esti, jestem tu razem z tobą, to były omamy – szeptał uspokajająco. - Miały cię rozstroić, osłabić, pogrążyć. Ale już jest dobrze. Jesteśmy razem i nic nas nie rozłączy. Ciii, jest dobrze.

Przodownik wsparł brodę na głowie chłopaka i pogładził jego ramię wierzchem skaleczonej dłoni. Nie miał pojęcia co dzieciak zobaczył, prawdę mówiąc wcale nie chciał tego wiedzieć. Ale żywił nadzieję, że to coś nie zesłało mu wiarygodnych przebłysków przyszłości, tylko brutalnie i bezlitośnie bawiło się jego bujną fantazją.

- Zabiłem cię, Col…

- Nonsens, dzieciaku! Już prędzej zestarzeję się i wyłysieję.

Colonell spróbował obrócić to w żart, lecz wyznanie Estiego tak go oszołomiło, że zabrzmiał stanowczo zbyt fałszywie. Nie wierzył w to. Jak w mordę strzelił była to bujda! Ale niepewność nadal wwiercała się w serce, zwłaszcza że od dnia przebudzenia bransolety chłopak jakby nie był sobą.

- Esti, posłuchaj mnie. Każdy kiedyś umrze, jasne? To tylko kwestia czasu, ewentualnie niefortunny bieg wypadków. Teraz mamy siebie, żyjemy i nie ma sensu dywagować nad tym, co przyjdzie. Tak? - Odsunął od siebie roztrzęsionego półsmoka i zajrzał mu głęboko w oczy. Ten tylko pokiwał głową, nieufny wobec zapewnień człowieka. - Tymczasem przespałeś kolację. Paladyniec kazał mi zabrać coś dla ciebie, ale i bez jego cholernych poleceń bym to zrobił, więc śmiało, częstuj się. Jest na stoliku. - Skinieniem zarośniętego podbródka wskazał na mały mebel przy łóżku. - Gdyby było niesmaczne na zimno, możesz je przygrzać tym swoim popisowym numerem. Szlag, jednak trochę cię okrwawiłem.

Nie zdążył cofnąć ręki, kiedy Est chwycił go za przegub i przyciągnął ranną dłoń do swojej twarzy. Z powagą obejrzał pionową linię o idealnie gładkich brzegach, z której wyciekała jasnoczerwona ciecz. Bez namysłu przysunął ją sobie do ust i ostentacyjnie zlizał żelaziście słodką krew. Chowając szkarłatny język, koniuszkiem ubrudził jeden z długich kłów. Czynił tak z każdą kolejną kroplą, aż w końcu krew przestała wypływać. Wówczas przeniósł spojrzenie na Cola, którego tatuaż ledwo się wyróżniał na tle oblanego rumieńcem policzka.

- Esti… Prowokujesz mnie, a jutro czeka cię cały dzień w siodle... – głos Cola wibrował zmysłowo jak trącona struna. Oddychał płytko, co było pierwszą oznaką, zaledwie kamykiem dającym początek potężnej emocjonalnej lawinie. - Nie wysiedzisz.

- Pozwól, że sam o tym zadecyduję.

Est zmrużył powieki i przytulił jego dłoń do policzka. Opanował chęć łaszenia się do niej z uwagi na niezagojone przecięcie - już sama bliskość sprawiała mu niemałą przyjemność. Koiła ból, pomagała rozpoznać rzeczywistość i chociaż Col nie był jedynym człowiekiem, którego dotyk zaakceptował, to i tak wciąż był tym wyjątkowym, którego pożądał.

- Proszę bardzo, dzieciaku, decyduj, ale to droga w jedną stronę. Nie ma odwrotu.

- Nie zamierzam patrzeć w tył.

- Jeszcze się okaże, ile razy spojrzysz dziś w tył…

Col przygarnął go do siebie i nakłaniając, by usiadł na nim okrakiem, chwycił za spód jego koszulki. Zadraśnięcie zapiekło, lecz wystarczył jeden płynny ruch, by skąpana w miękkich refleksach skóra należała do niego. Nieświadomie marszcząc brwi potarł dwie zszarzałe, podłużne wypukłości na lewym boku kochanka.

- Moja skóra nie jest już tak nieskazitelna, prawda? – spytał Est, opacznie rozumiejąc grymas Cola. - Nie podobam ci się taki?

Przygnębiony odwrócił wzrok w kierunku ognia. Nagle skrępowany własną nagością zapragnął założyć rzucony na podłogę bezrękawnik. Zupełnie jak dawniej. Jedno nieprzemyślane słowo, niewłaściwy gest i gotów był wycofać się do azylu zbudowanego wewnątrz siebie, by przeczekać najgorsze.

Col ujął go pod brodę, zachęcając do spojrzenia w swoje szczere oczy.

- Dla mnie jesteś cudowny, Esti. Ale ten skurwiel napiętnował cię na całe życie. Doprowadza mnie to do szaleństwa, bo przypomina o mojej porażce. - Palcem szturchnął zgrubienie w zagłębieniu szyi. - Szczególnie ta tutaj.

Est złapał osłonięty rękawem bluzy nadgarstek i przytrzymał jego rękę.

- Ta blizna jest świadectwem, że wyłącznie dzięki tobie jeszcze oddycham. Gdybyś nie zjawił się na czas, Aarim dokończyłby dzieła. Jesteś moim obrońcą, Col. Skoro żyję, znaczy to, że nie poniosłeś porażki.

- Przysięgałem na swoje życie, że nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić! A tu trzy rany w jeden dzień... - Smagły mężczyzna zdrową dłonią powiódł po wygiętych w łuk plecach półsmoka, nierównościach mięśni, łopatek i żeber. Osobno gładził każdy wyczuwalny kręg jakby sprawdzał, czy wszystkie są na swoim miejscu. - Dla mnie była to całkowita porażka, Esti.

- A dla mnie moment, w którym zrozumiałem, że to ty trzymasz mnie przy życiu. Jak tej nocy, kiedy… kiedy przestałem być sobą.

- Sam sobie generujesz problemy, Esti.

Col musnął ustami policzek chłopaka. Poczuł jedwabistą gorącą skórę i woń żaru. Nie miał pewności czy to z winy kominka, czy tłumionego podniecenia, ale wręcz parzyła. Przytknął wargi do białego czoła. Było równie rozpalone.

- Nie przeziębiłeś się przypadkiem podczas tarzaniny w błocie? – zaniepokoił się.

Spojrzenie, jakie posłał mu Est, wbiło go w oparcie. Naiwnie sądził, że zna już każdy wyraz tej pięknej twarzy, lecz partner nie przestawał go zadziwiać. Przełknął ślinę i odetchnął ciężko. Chciałby zerwać kontakt, uniknąć go za wszelką cenę, ale nie umiał. Chłopak nie gorączkował. To był jego wewnętrzny ogień - emanował z niego i unosząc się dokoła z iskrzącym migotaniem, spowijał ciemną skórę nie czyniąc jej szkody. A te oczy… Oczy Estiego miały identyczny kolor jak wtedy. Żywy pomarańcz ulatujący niczym dym z oczodołów zastąpił soczystą zieleń tęczówek i nieprzeniknioną czerń źrenic. Jak gdyby stał się manifestacją ognia równie niszczycielską i niepowstrzymaną co sam żywioł.

- Esti… wszystko dobrze?

Est mrugnął leniwie, pozostawiając w kącikach oczu smugi blaknącego oranżu. Był rześki i wypoczęty, dlaczego więc Col pytał go o tak oczywistą sprawę? Och, przecież nie mógł dojrzeć rozgrzewającego Ornamentu Zaklinacza skrytego pod wytartą rękawiczką. Ani wyczuć, jak jego umysł zespala się w jedno z osobowością chcącą wieść prym w nadciągającej chwili uniesienia.

- Czuję się wspaniale. - Est posłyszał echo własnych myśli, odległe i wprawiające powietrze w drgania. Uśmiechnął się, odsłaniając cztery lśniące kły. - Lepiej niż kiedykolwiek, Col.

Zsunął się z kolan mężczyzny i oddalił w stronę splamionego krwią noża spoczywającego na kamiennej posadzce. Podniósł go, obrócił w palcach oglądając uważnie i spojrzał z ukosa na człowieka.

- Esti? - Przodownik ostrożnie wstał z krzesła. Ostatnie jego spotkanie z… nie wiedział właściwie z kim lub z czym, skończyło się tragicznie. Ale więcej się nie powtórzy. - Jesteś tu?

- Owszem – odparł chłopak zdawkowo.

Esti nijak nie przypominał przerażonego dzieciaka sprzed chwili. Coraz bardziej zmieszany Col dostrzegł nikły poblask wydostający się spod czarnej skórki osłaniającej lewą dłoń. Artefakt pulsował. I dostrajał się do bursztynowego blasku, jaki roztaczały gorejące ślepia.

- Popatrz na siebie, dzieciaku. Wyglądasz jakbyś miał stanąć w płomieniach. Iskrzysz... - Nadstawił ucha, lekko przechylając głowę. - A trzeszczenie nie dobiega z paleniska. Co ci jest?

Strach zaglądał w szeroko otwarte oczy mężczyzny, lecz mocne postanowienie i determinacja zatrzymały go w miejscu, gdy nagi od pasa w górę półsmok podszedł do niego niespiesznym krokiem. Nawet się nie spostrzegł, kiedy Est wcisnął mu w rękę niewielką rękojeść noża i owinął jego palce wokół niej, nakrywając je własnymi. Biała skóra była gorąca, a on był zbyt zamroczony, by zareagować. Bezmyślnie gapił się na odbijające światło ostrze, nie chcąc patrzeć w wykrzywione uśmieszkiem oblicze niepoczytalnego kochanka.

- Nic mi nie jest, Col. Jestem sobą. Prawdziwym sobą. Nie muszę się ukrywać, ani nikogo obawiać. Nic już nie muszę. Bo mam ciebie. - Est ostatni raz zacisnął dłonie na chłodnych palcach człowieka i puścił, stawiając krok w tył. - Zostaw mi zatem ślad po sobie. Na wieczność! - Rozłożył ramiona, wystawiając się na cięcie. - Niech stal i ogień wytrawią na mej skórze niewolnicze piętno, tak jak twoja miłość zahartowała w mym sercu wiekuiste okowy.

Mijały sekundy i nic się nie działo. Est z fanatyczną intensywnością wpatrywał się w ukochanego mężczyznę, jednakże ten uparcie wlepiał spojrzenie w ściskany nóż. Niedowierzanie i osłupienie malowały się na wytatuowanej twarzy. Aż wreszcie Col zebrał się na odwagę.

- Do reszty cię popierdoliło?! - wrzasnął na zdurniałego szczeniaka.

Gwałtownie zmienił chwyt na rękojeści noża i bez patrzenia cisnął nim w drzwi. Ostrze ze świstem przecięło powietrze, z łupnięciem wbijając się w starą dębinę. Złocista mgiełka wydobywała się z drżącego kawałka stali na podobieństwo wstęg tlącego się kadzidła. Wściekły przodownik spiorunował wzrokiem znieruchomiałego Esta.

- Miałbym cię skrzywdzić, żeby zostawić jakiś pierdolony ślad?! Wziąłeś to aż tak dosłownie?! I żeby była jasność, nie jesteś niczyim niewolnikiem! Skąd ci się to w ogóle wzięło?!

            Rozjuszony Niedźwiedziogrzywy prawie krzyczał. Nie orientował się co konkretnie zaszło, ale odniósł wrażenie, jakby coś przymuszało go do spełnienia masochistycznego życzenia Zaklinacza Żywiołów. W jednej chwili jego zmysły płonęły, w następnej zimny gniew ostudził żądzę. Przed momentem tracił kontrolę nad sobą, w obecnym miał się na baczności. Ta nagła niestabilność wyprowadziła go z równowagi!

Est jakby go nie słuchał. Obejrzał się na nóż wbity w drzwi, po czym umyślnie powolnym ruchem głowy przekierował na niego płonące wejrzenie. Tajemniczy uśmiech nie schodził z jego ust, kiedy stanął naprzeciwko Cola. Był nieco niższy od człowieka, choć otaczająca go aura mocy sprawiała, że zdawał się wyższy.

Mężczyzna bez cienia lęku odwzajemniał spojrzenie tak długo, jak było to konieczne. Nie wzdrygnął się, gdy gorąca dłoń przesunęła się wzdłuż jego szczęki. Nie skrzywił się, kiedy eteryczny płomień przemknął mu przed nosem. Przełknął ślinę, pomału tracąc rezon. A oliwy do przysłowiowego ognia dolało niewinne pytanie niezrównoważonego chłopaka.

- Col, czy ty naprawdę mnie kochasz? Czy kochasz tylko tę jedną część mnie, tę słabą, wiecznie zalęknioną i niepewną, tę, która wątpi we wszystko i wszystkich? Kochasz mnie, czy też kochasz świadomość, iż masz kogo chronić, ratować, bronić przed krzywdą? Zdradź mi, kogo Colonell Niedźwiedziogrzywy kocha bardziej: mnie czy siebie?

Zdezorientowany tak postawionym pytaniem człowiek otworzył usta, lecz żadne słowa nie opuściły jego krtani. O co mu chodziło? Przecież to Estiego kocha najbardziej! Uroczego, bezradnego, wycofanego dzieciaka, który świata poza nim nie widzi…

Zaraz.

- Esti…

- Ciii. – Biała opuszka zamknęła rozchylone śniade wargi. - Chcę usłyszeć odpowiedź płynącą z twojego serca, nie rozumu. Niedawno pragnąłeś mnie całego, a teraz obawiasz się mnie. A ja wciąż jestem tym, kogo rzekomo kochasz, kogo kochałeś ostatniej nocy, kogo kochałeś wszystkie poprzednie razy. Tym, o kogo dbasz i troszczysz się. Tym, który chce kochać ciebie tak, jak jeszcze nikogo nie kochał.

Gorące ramiona oplotły smagły kark, wywołując gęsią skórkę. Nieszkodliwe iskry gasły z cichutkim syczeniem przy krótkich uszach, gdy usta tuż przy ustach zastygły wyczekująco. Młody mężczyzna nigdy przedtem nie pogardził ani nie przepuścił nadarzającej się szansy do folgowania zachciankom, lecz od spotkania Estiego wszystko się zmieniło. Nie wiedział czy była to kwestia współczucia i zauroczenia tą poszkodowaną istotką, czy może jednak instynktownie wyczuwał w nim siłę, za którą z własnej woli podążał. Ten, który stał teraz przed nim, mógł być tą właściwą, dotąd utajoną tożsamością chłopaka. A jeśli obaj są właściwymi? Spójną całością podzieloną z niewiadomych przyczyn?

Kurwa, o czym on w ogóle myśli?! Przecież to idiotyczne! Esti już dawno temu wspominał, że coś się w nim obudziło pod nieobecność ulubionego człowieka, a on głupi zbagatelizował to, nie dociekał, nie próbował zrozumieć. Zaniedbał to, co było najistotniejsze. I być może właśnie płacił najwyższą cenę za swe niedopatrzenie.

Bez wahania objął chłopaka w pasie, lekceważąc zmiany w jego aparycji. To nadal był ten sam dzieciak poznany rok temu. Ten sam, żaden inny.

- Nie jesteś potworem, Estalavanesie – wyrzekł te słowa z przekonaniem, tak jak prosił chłopak, nie tylko rozumu, ale i serca. - Kocham cię bez względu na to czy wypłakujesz mi się w ramię, czy płoniesz gniewem. Bo jesteś sobą. Jednym z aspektów siebie samego. Nowo odkrytą częścią siebie, z którą dopiero znajdujesz wspólny język.

Czarne brwi powędrowały w górę, a uśmiech poszerzył się, kiedy Zaklinacz Żywiołów otrzymał satysfakcjonującą odpowiedź. Został zaakceptowany. Jego odmienność, druga obecność, została przyjęta. I dołoży wszelkich starań, aby te przeklęte wizje wypalające się w wyobraźni nigdy się nie ziściły. Znajdzie sposób na przedłużenie żywota ukochanego. To było możliwe, wszak alchemia to jego domena. I już nie będzie sam. Już nigdy nie będzie sam....

Widmo płomieni otoczyło człowieka w chwili, gdy Est pociągnął go ku sobie. Parę kroków w tył i obaj runęli na twardy materac, gdzie łowca musiał podeprzeć się rękami, by nie spaść całym ciężarem na szczuplejszego chłopaka. Był wykończony emocjonalnie, lecz to zmysłowe ciepło przenikające bluzę i łaskoczące skórę dodawało mu nowej energii. Est wycofał się w głąb wąskiego łóżka, a Col wykorzystał ten moment, by pozbyć się górnej partii odzienia i oddać pełni działania przedziwnego czaru. Obawiał się tego co nastąpi, ale to był Esti, jego ukochany Esti. W nieco zmienionej odsłonie, lecz wciąż on. Lubił jego subtelne przejawy agresji, więc czemu odczuwał teraz onieśmielenie jego osobą? Nieraz już go zaskoczył, więc kto wie czy te dwie osobowości nie przeplatały się ze sobą częściej niż przypuszczał?

Zniecierpliwiony Est przyciągnął go do siebie. Głodne opuszki muskały każdy dostępny kawałek nagiej ciemnej skóry, płonące oczy śledziły zwinne palce uwieczniając żywą scenę w pamięci, zacierając ostatnie wydarzenia i tworząc nowe wspomnienia. Jego oddech był miarowy i spokojny, gdy podziwiał piękno męskiej sylwetki rysującej się w poświecie wydzielanej porami jego własnej skóry; płomieni pożądania - cóż za wyświechtana, jakże w ich przypadku słuszna metafora.

Przesycone ogniem spojrzenie zwróciło się ku człowiekowi. Przydymiony szmaragd tęczówek, czerń barwnika oraz jasny brąz cery poznaczonej cieniutkimi bliznami były tak blisko, że czuł jego tchnienie na policzkach.

- Nie będę patrzył w tył, Col – wyszeptał. Języczki ognia rozpierzchły się przed jego oddechem. - A jeśli już, to tylko po to, by nie popełniać tych samych błędów.

- Nie byłbym tego taki pewien, Esti. I zaraz sam się o tym przekonasz...

Zwiadowca podchwycił zadziorny komentarz i zripostował go odważnym pocałunkiem. Już się nie bał. Związał się z żywiołem, więc teraz jedyną drogą, jaką mógł obrać, było pójście na żywioł nie tylko w przenośni. Niech go spali, przynajmniej umrze spełniony.

Całym sobą przycisnął chłopaka do rozkopanej pościeli i rękoma objął jego głowę, nie pozwalając mu uciec. Długie nogi smukłego kochanka oplotły jego pośladki, dłonie paznokciami zadrasnęły grubą skórę pleców. Duszący zapach żaru wnikał w rozedrgane nozdrza, a na języku Estiego czuł charakterystyczny ostry smak. Zachwycające ciepło rozluźniło napięte mięśnie, co było fantastycznym, niepowtarzalnym doznaniem. Zjawiskowość ta czyniła z zaklinacza obiekt, na punkcie którego oszalał bez reszty, zatracając się całkowicie. A gdy nieokiełznana namiętność wybuchła, roztrzaskała się w obrazie tego, co opętało ich umysły i serca. I Colonellowi wcale to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, nadawało ich zbliżeniu pikanterii.

Zdławiony jęk uleciał z gardła Esta, kiedy ludzkie wargi odnalazły wrażliwy płatek ucha, zaraz kąsając szyję i liżąc czubkiem języka obojczyk. Chłopak doświadczał wszystkiego dwukrotnie mocniej niż zazwyczaj, jako że rozdzielał się na wrażenia cielesne i duchowe osobno. Każda pojedyncza pieszczota czy efemeryczne muśnięcie docierały do niego w dwójnasób, skutkowały krańcowo różnymi, jednakowo upojnymi doznaniami. Było ich dwóch, choć posiadali jedno ciało. Jeden był prastary i światły, natomiast drugi młody i niemądry. I tylko ta jedna chwila łączyła ich w kompletną całość, jak gdyby pierwszy był duszą, a drugi ciałem; obaj doświadczali tego samego, lecz w zupełnie odmiennych, uzupełniających się wymiarach.

Est drżał spazmatycznie pod mężczyzną, którego dotyk wydawał mu się rozpalającą do ekstatycznej białości torturą. Niejednokrotnie ból towarzyszący ich miłości uzasadniał niemoralnością sytuacji, karą za związek wbrew naturze, ale teraz zrozumiał, że nie było w tym nic, za co natura czy cokolwiek innego miałoby go karać. Chodziło raczej o przyzwyczajenie do fizycznej ingerencji. A blado-pomarańczowa mgiełka w dużej mierze mu to ułatwiła.

Skoncentrowany na zdwojonych wrażeniach zignorował bezczelność partnera, który niespodzianie rozwiązał troki jego czarnych spodni i ciągnąc je w dół, zuchwale podrażnił językiem najczulszą końcówkę uwolnionej, naprężonej męskości. Skala przyjemności sparaliżowała Esta. Wkrótce jednak zażenowany zasłonił niedostrzegalnie pociemniałą twarz ramieniem, dłonią w rękawiczce usiłując odwieść Cola od czynności miażdżącej resztki jego pogwałcanej godności. Nie uzyskawszy upragnionego rezultatu porzucił zamiar, ulegając nieobyczajności chutliwego łowcy. Wzbierająca w lędźwiach rozkosz, wilgotny ruchliwy język oraz gorące usta otaczające pulsujący członek zajmowały go całego, rozpraszając natrętny wstyd. Był odurzony i niewyobrażalnie podniecony. Czuł, że wytryśnie - lada moment! Odchylił się, aż zgrzytnęły zaciśnięte kły. Wyczekiwał tego z dziwną mieszaniną wściekłości i ekscytacji, zniecierpliwienia oraz słodkiej frustracji...

Srogo się przeliczył. Colonell uczynił coś niewybaczalnego, pozostawiając go niezaspokojonego na granicy wytrzymałości!

Zadowolony z siebie mężczyzna zajrzał w nadąsaną twarz kochanka i schylił się, lecz Est uciekł przed próbą pocałunku tłumacząc się tym, co wargi mężczyzny wyprawiały z częścią jego ciała, o której nawet nie chciał myśleć w tych kategoriach.

Col uśmiechnął się rozbrojony. Z kłębowiska czarnych włosów spozierało ku niemu lekko uchylone oko. Wyglądało tak zwyczajnie, jak zwyczajnie wyglądać może oko dzikiego kota wpasowane w uroczo niewinne oblicze młodziutkiego białego elfa. Jasnozielona tęczówka z kontrastująco czarną źrenicą wewnątrz z wyrazem niewysłowionej urazy wpatrywała się w niego, jakby domagając się przeprosin. Widmowe płomienie wraz z roziskrzonymi ognikami wygasły, znikając bez śladu.

- Zrobimy to razem - szepnął przepraszająco Colonell. Ciemnozielone oczy błyszczały figlarnie, kiedy wstał z łóżka i podszedł do jednej z toreb upchniętych w kącie niewielkiej celi.

Wciąż zagniewany Est przetoczył się na brzuch, czego zaraz pożałował, odczuwając drętwiejący ból w kroczu. Pomimo tego szedł w zaparte, udając rozczarowanego. Popatrzył na ręce Cola i domyślił się, czego ten szuka.

- Już zawsze będziesz… będziemy potrzebowali “poślizgu”? – burknął. Puchowa poduszka zniekształciła jego schrypnięty głos, gdy wbił w nią żałośnie ekspresyjną twarz. - Jak rany…

- Niekoniecznie, Esti - odpowiedział niefrasobliwie Col, wracając ze słoiczkiem w śniadej dłoni. Odkładając pojemniczek z cenną zawartością na wymiętą kołdrę, poluzował klamrę pasa ze sztyletami, zręcznie ją rozpiął i odłożył zabezpieczoną broń poza ramy łóżka. Potem pozbawił spacyfikowanego chłopaka spodni i bielizny, nie zapominając także o swoim przyodziewku. - Niebawem twoje ciało przywyknie i zacznie reagować stosownie do okoliczności, musimy tylko poćwiczyć.

Zdenerwowany Est wcisnął czoło w poduszkę w oczekiwaniu na zimny dotyk w miejscu najmniej towarzyskim. Nie chciał ciągnąć tego tematu, ponieważ wszystko co mówił Col, okropnie go krępowało. Ludzki zwiadowca był w tej dziedzinie doświadczony, ot, zwykła czynność do jakiej nawykł w ciągu lat praktyki. Co miał powiedzieć chłopak, dla którego wciąż było to wstydliwą nowością?

Mężczyzna wspiął się na niskie łóżko, którego stare deski jęknęły ostrzegawczo. Było wąskie i twarde, ale ostatniej nocy poradzili sobie mimo tej drobnej niedogodności.

- Zrelaksuj się, dzieciaku – polecił.  - Dziś będzie lepiej, zaufaj mi.

- Wystawiasz moje zaufanie na ciężką próbę, staruszku. – Est, zgodnie z zapowiedzią, nie obrócił głowy, tylko uniósł ją nieco, by zaczerpnąć tchu. - Jak mam się zrelaksować, kiedy robisz mi… Jak rany, jesteś za-aaach - westchnął przeciągle. Dłoń Cola pomału sunęła wzdłuż białego karku, dreszczem stawiając krótkie czarne włoski na drodze rozkosznej pieszczoty.

Ten jeden subtelny gest w ułamku sekundy przywrócił stan napięcia i podniecenia. A po nim kolejny, równie niespodziewany. Est po raz pierwszy zaznał elektryzującego dotyku ust i języka kochanka na karku tuż pod linią włosów, a było to uczucie rozgrzewające szybciej niż aldaszyrskie wino! Zacisnął powieki, lecz świat i tak zawirował mu pod czaszką, gdy miękkie wargi skubały delikatną skórę naprzemiennie drapiąc ją przystrzyżonym zarostem i podszczypując zębami. Równoczesny napór sztywnego penisa na pośladki odbierał mu dech. Półprzytomny ciaśniej objął poduszkę i wetknął ją pod brodę, wtulając policzki między jej pękaty grzbiet a prześcieradło. Odrobinę bał się bólu, który niechybnie nastąpi, choć większe cierpienie sprawiało mu wyczekiwanie na to, co miało nadejść wraz z nim.

Col zamierzał udowodnić Estiemu, że obejrzy się on za siebie. Jednak prędko stracił zapał czując pod sobą to ufne, całkowicie uległe stworzonko. Nieznany drapieżca, jedyna linia obrony chłopaka, z niewyjaśnionych przyczyn zniknął bez śladu, rzucając go na pożarcie bezlitosnemu łowcy. Nie mógł mu tego zrobić, nie teraz. Będzie delikatny. Najdelikatniejszy, jak to tylko możliwe.

Wziął słoiczek, odkorkował go zębami i zwilżył palce, zanurzając je w chłodnej, gęstej zawartości, po czym odstawił pojemnik na materac przy ścianie, minimalizując ryzyko jego przewrócenia. Pochylając się nad białymi plecami, podparł się suchą dłonią o prześcieradło. Pamiętał, że ostatnim razem płyn okazał się za zimny, toteż najpierw rozprowadził mazidło na własnym członku. Dopiero tak przygotowany mógł zająć się chłopakiem.

- Esti, nie podoba ci się to, co robimy? Co ja robię tobie? - wymruczał wprost do długiego ucha, które uciekło przed nim, zagrzebując się w pościeli. - Nie chcę żebyś się zmuszał.

- Col... skończ już gadać… - wydyszał Est. - I przestań robić to, co teraz robisz. Mlaszczące dźwięki jakie wydaje twoja ręka, są… bardzo... deprymujące...

- Mam powiedzieć na głos, co u ciebie wydaje takie dźwięki?

- Idź wyłysiej…

- Nie będę mówił - oznajmił z podejrzaną beztroską Col. - Po prostu ci to zaprezentuję.

Estowi głos uwiązł w gardle, gdy frywolny człowiek bezzwłocznie wcielił słowa w czyn, nie zaprzestając lizania, kąsania i całowania wrażliwych punktów na uszach, karku i łopatkach. Ciepła dłoń rozsmarowująca oleistą ciecz ugniatała teraz krągłości pośladków, nieubłaganie zbliżając się do punktu zapalnego. Kiedy środkowy palec zaczepnie wślizgnął się pomiędzy nie i natychmiast wymknął, od strony poduszki dało się słyszeć świst wciąganego gwałtownie powietrza.

Colonell odepchnął się od materaca. Górując nad Estim na wyciągniętych ramionach, przez chwilę przyglądał mu się z tej perspektywy, by zaraz nakłonić go do uniesienia bioder.

Chłopak walczył z przytłaczającym poczuciem upokorzenia, które lodowatym dreszczem nabiegło mu do żołądka, momentalnie zastąpione ogniem żądzy trawiącym trzewia. Obnażył kły kontrolując się, by nie zerknąć w tył, na przekór ciekawości zjadającej go kawałek po kawałeczku. Pragnął ujrzeć Cola. Zajrzeć w ciemne szmaragdowe oczy. Dojrzeć na wytatuowanej przystojnej twarzy ten ekstatyczny wyraz, na widok którego niezmiennie stawał się bezwolny. Pragnął dotknąć długich pasemek, które bez wątpienia opadły mu właśnie na czoło. Już wiedział, że ta pozycja nie będzie zaliczała się do jego ulubionych. Cenił sobie bezpośrednią bliskość, nieprzerwany kontakt wzrokowy. Teraz czuł się zdominowany i chociaż nie było to najgorsze, to nie podobało mu się, że nie może zrobić nic poza gryzieniem poduszki.

Zesztywniał, kiedy palec wsunął się między jego pośladki i masując drażliwe miejsce powoli wnikał w głąb, centymetr po centymetrze. Jęknął, ale nie stawiał oporu, gdy dołączył do niego drugi. Walczył z samym sobą; z uprzedzeniami, zatruwającymi rozum myślami i bezpodstawnymi wymysłami. Było dobrze. Nie bolało. Próbował się rozluźnić, czerpać satysfakcję z tego, co właśnie się działo.

Intruz natrafił wreszcie na punkt równie czuły jak ten, który przedtem pieścił zwinny język. Poduszka stłumiła przechodzący w westchnienie jęk wydobywający się z piersi chłopaka w czasie, gdy ciało bez udziału woli odpowiedziało kołysaniem bioder na intensywną penetrację. To nie było złe. To wcale nie było złe. A i tak wbrew logice spiął mięśnie, zatapiając zęby w wypchanym pierzem materiale rozciąganym w przeciwnych kierunkach przez dygoczące ręce. Jego szybki dech zwieńczony odgłosami buzującego pożądania podniecał ludzkiego kochanka, zagrzewając go do dalszego działania.

Colonell wpasował się we właściwy moment i opierając się piersią o śliskie od potu plecy Estiego, wtulił policzek w jego zgięty kark. Lepką dłoń zamknął na białym penisie, z rozkoszą wsłuchując się w muzykę drżącego chłopaka. Drugą podtrzymał poruszające się ochoczo biodra i nie ustając w pieszczotach otarł się członkiem o lubieżnie wypięte pośladki.

Zabolało, ale tylko na początku. Stęknięcie zduszone poduszką przeszło w pomruk i warczenie, gdy chłopak starał się nie krzyknąć pod naciskiem rozrywającym go od wewnątrz. Namiętne tchnienie tuż przy uchu przerwało tamę żądzy, zalewając go całego ogniem ekstazy. Nie powstrzymywał już dźwięków zgodnych z ich rytmem, pozwalając porwać się rwącemu nurtowi emocji, a słysząc głos ukochanego odczuwał taką lekkość i błogość, jakby jego cielesna powłoka w ogóle nie istniała. Zapragnął wzmocnić to wrażenie szczyptą magii. Resztką przytomności uformował maleńki okruch i przekazał dalej, w brakującą połowę z nim połączoną…

Udało się.

Col opadł na jego plecy i z całych sił objął spocony tors, dociskając go do materaca. Nie przerywając miłosnych zmagań przycisnął szorstką twarz do kołdry nad ramieniem chłopaka i dyszał mu do ucha, podsycając napływające doń euforyczne doznania.

Nie było odwrotu. Przekroczywszy tę granicę musieli dojść tam, dokąd wiodło ich pożądanie. Razem. Równocześnie. I jak zwykle podczas okraszonego mistyczną esencją aktu, prędko dotarli aż na sam szczyt. Kilka skurczów rozszalałych namiętnością serc, sekundy doszczętnego rozdarcia łączącego ich i kształtującego na nowo, napinającego mięśnie. Kulminacyjne spełnienie, w trakcie którego ludzkie zęby wgryzły się w biały bark, a zwierzęce kły rozszarpały tkaninę poduszki przy akompaniamencie westchnień i pojękiwań bezgranicznej przyjemności czerpanej z fizycznego obcowania.

Pozycja nie była niewygodna, choć wypięty i obciążony wcale nie lekkim ciałem Est zaczął odczuwać pierwsze skutki zmęczenia. W skroniach mu huczało, skóra swędziała na całej długości pleców, zęby mrowiły, a usta wypełniał mu pozlepiany śliną, łaskoczący podniebienie puch. Przeciążony opadł na mokrą pościel. Błogo uśmiechnięty Col ocierał się drapiącą brodą o jego gładki policzek i leżał na nim, dysząc jak po wycieńczającym sprincie. Umęczony Est wypluł pierze na tyle, na ile mógł. Resztę wyjął trzęsącymi się palcami, ponieważ niewielkie piórka zaklinowały się między kłami i dziąsłami. Skupiony na daremnych próbach pozbycia się wszechobecnego puchu słyszał jakby z oddali miłosne deklaracje tonącego w zachwytach mężczyzny. Nie odpowiedział na nie, bo ohydne uczucie, jakie pozostawiło wypełnienie poduszki, niemiłosiernie go złościło.

- Esti, zwracam ci honor, albowiem ani razu nie spojrzałeś w tył! - Przodownik podniósł się i przysiadając na pośladkach nieszczęśliwego zaklinacza przeciągnął się rozkosznie zaspokojony. - I, jak widzę, nasza jedyna poduszka oddała życie, abyś mógł dotrzymać swojego postanowienia.

- Wamknij fie! Iź wywyfiej - zirytowany półsmok usiłował wydłubać wnętrzności poduszki, lecz przerośnięte kły utrudniały mu zadanie, nie pozwalając swobodnie manewrować palcami w ustach.

Przeoczył moment, w którym Colonell zszedł z niego i z łóżka. Oniemiały przyjął odkorkowany bukłak z wodą oraz blaszany cebrzyk, które niby błogosławieństwo wyrosły mu przed zwężonymi złością oczami.

Colonell ze służalczym uśmieszkiem podsunął mu bukłak.

- Może przepłucz i wypluj? Powinno pomóc. - Rozbawiony wyszczerzył równe zęby.

Est zmierzył go morderczym wzrokiem, niemniej skorzystał z rady. Zadziałała wystarczająco, by odzyskał nienaganną dykcję.

- Mówisz jakbyś miał doświadczenie z poduszkami – prychnął.

- Nie, Esti, z poduszką to mój pierwszy raz. - Zupełnie nagi i bezwstydny człowiek zabrał miskę z jej nietypową zawartością, wodę w bukłaku kładąc w zasięgu ręki przyjaciela. - Zaczekaj, zaraz się tobą zajmę.

- Dziękuję - mruknął spokorniały Est, odpychając od siebie wybebeszoną poszewkę. Rozgonił wirujące wokół piórka i splótł dłonie, kładąc na nich policzek. Spojrzenia nie spuszczał ze zbliżającego się doń człowieka. - Zawsze się mną zajmujesz. Dlaczego?

- Z wielu powodów. Bo zostawiłem w tobie coś swojego. Bo cię kocham. Bo chcę się o ciebie troszczyć. Bo chociaż tyle mogę - wymieniał kolejno, wzruszając przy tym ramionami. Lśniły od potu w świetle ognia chyboczącego w czarnej od sadzy gardzieli kominka. - Nie znam się na miłości, ale wydaje mi się, że właśnie tak zachowałby się troskliwy partner.

- Col, jak rany...

Wzruszenie ścisnęło serce Esta i wprawiło je w niespokojne drżenie. Troska była czymś, czego bardzo długo nie znał, podobnie jak opiekuńczość. I wszystko to z nawiązką zapewniał mu ten niepozorny człowiek. Poruszony znów otarł powiekę, obarczając winą fruwający wszędzie puch łaskoczący nos i oczy. Bez skargi poddał się łagodnym zabiegom przyjaciela.

Siedzący na brzegu łóżka Col milczał przez chwilę. Można było odnieść mylne wrażenie, że w pełni koncentrował się na metodycznym wycieraniu chłopaka, lecz jego umysł zaprzątały nietuzinkowe myśli, odrobinę złowieszcze, a zarazem zastanawiające.

Po dzisiejszym wieczorze dochodził do wniosku, że w plotkach obiegających Twierdzę było ziarnko prawdy: stary Zrzęda trzymał w ryzach bestię. Col obstawiał, że ten stary kombinator doskonale zdawał sobie z tego sprawę i robił co w jego mocy, by utemperować budzącego się drapieżnika, a mimo to nikomu nie pisnął choćby słówka. Ciekawe czy to dlatego odesłał ucznia daleko poza warownię... Nie, Mag by tego nie zrobił, leżało mu na sercu dobro chłopaka, potomka smoka czy nie. To paladyniec miał tu decydujące znaczenie. Mógł go chronić lub mieć na oku, jedno nie wyklucza drugiego. Czy w takim razie wizja Estiego ma szansę się urzeczywistnić? Oczywiście że ma, przecież Col nie zna dnia ani godziny, kiedy… Moment. On nie zna dnia ani godziny swojej śmierci, ale czy Esti ją zna?

- Esti - zagadnął, chcąc odnieść się do minionych zdarzeń. Ten chłopak naprawdę ma płynnie przenikające się rozdwojenie jaźni. I ta druga jaźń dała się poznać jako tak zniewalająco władcza i dominująca, że niedorzecznie pragnął jej ulec. - Byłeś dziś... nieswój. Nie wiem co spowodowało, że twoje oczy się rozjarzyły, ale te duchowe płomienie były fenomenalne.

Est schował twarz w splecionych na materacu ramionach, z dala od pozostałości po nieszczęsnych gęsiach. Nie mieli okazji porozmawiać o tym, co zaszło wiele dni temu. Nie byli na to gotowi. Aż do teraz.

- Byłem… Col, ja wtedy nie chciałem cię zabić! – wyznał na wydechu. - Przeląkłem się, bo ty także się przeląkłeś. Spanikowałem i straciłem kontrolę. Zerwałem połączenie, rozerwałem siebie samego i… i chyba umarłem.

- Nie zmuszaj się, dzieciaku. To trudny temat.

- Trudny tylko dlatego, że go unikamy, a tamtej nocy… - Chłopak przerwał, wyciągając przed siebie dłoń w rękawiczce. Skrzywił się czując ukłucie bólu na podrażnionej szmatką skórze pomiędzy pośladkami. - Tamtej nocy coś się we mnie przestawiło, albo raczej... ożyło. Coś, co reaguje na emocje, długotrwałe i intensywne. Kiedy nie było cię obok mnie, straszliwie tęskniłem. I porwałem się na wariacki pomysł ruszenia ziemi, w ten sposób uwalniając kawałek siebie. Kawałek, który wcale nie był zamknięty. Tak jak powiedział mistrz, to od zawsze było we mnie, tylko się tego wypierałem. Nie znałem siebie i podświadomie nie dopuszczałem prawdy o tym, kim jestem.

- Może gdybym wtedy nie wyjechał, wypadki potoczyłyby się inaczej?

- Przypuszczam, że tak miało być. Nawet bez twojego wyjazdu znaleźlibyśmy się tutaj. A właśnie, co robiłeś w posiadłości pod Asvill? - Est przypomniał sobie, że był to kolejny temat, obok którego całkiem obojętnie przeszli do codzienności. Było mu teraz wstyd, bo zachował się jak ostatni ignorant, nie pytając o dosyć istotne wydarzenia z jego życia. - Nie żebym robił ci wymówki. Okazuję zainteresowanie.

- Wyobraź sobie, że mój ojciec wpadł na arcygenialny plan zaręczenia mnie ze szlachciurą spośród zwyciężonych rodów Unii - rzucił z goryczą Col, przerywając pracę. - No i padło na dziedziczkę Domu Westermin. Niebrzydka dziewczyna, nie powiem, lecz nieco inaczej zapatruję się na przyszłość, a już na pewno nie zostanę ogierem rozpłodowym dla kogoś, komu marzą się majątki ziemskie. W kluczowym momencie odstawiłem pamiętne przedstawienie, pokłóciłem się z ojcem i omal się nie pozabijaliśmy, po czym oświadczyłem że mam go już dość i zabrałem Jeroda w długą podróż powrotną. To tak w dużym skrócie, bo nie ma sensu rozwodzić się nad bzdurami - zakończył znudzonym tonem, mimochodem zerkając na leżące po sąsiedzku krągłości. Wtem uśmiechnął się przewrotnie i klepnął biały pośladek, aż echo plaśnięcia poniosło się po małym pomieszczeniu.

- Ejże, to bolało! - wrzasnął Est podrywając głowę i patrząc z urazą na człowieka. - Dlaczego to zrobiłeś?!

- Sprawdzałem czy koń się znarowi.

- Masz coś z głową, durniu…

- A ty coraz lepiej radzisz sobie z regeneracją, gadzinko. - Col wrzucił szmatkę do zmętniałego płynu zalegającego w metalowej misie i wstał z łóżka. - Odpocznij trochę. Zaraz chciałbym przetrzeć pościel. I twój brzuch.

Est tylko warknął. Był wyczerpany, zadowolony i ogarniało go błogie poczucie bezpieczeństwa gdy tak spoglądał na ubierającego się Cola. Popatrzył w mrok panujący za oknem i drgnął zauważalnie, jakby chłód deszczowej nocy przedostał się przez szyby i grube mury.

- Zimno ci, Esti? Dorzucę drewna do kominka, bo lada chwila wygaś… - Col nie dokończył, ponieważ szeroki jęzor buchnął w górę, oblizując ciosane kamienie gzymsu. - Nieważne, jesteś w formie.

- Już mi cieplej. - Est ponownie wolał uciec w kłamstwo, tłumacząc je chęcią oszczędzenia partnerowi ponurej prawdy. Kiedyś brzydził się choćby najmniejszym oszustwem, ostatnio jednak przychodziły mu one łatwiej niż wyuczona przez mistrza szczerość oraz prawdomówność, a był to wyraźny sygnał, że dzieje się coś niepokojącego. - I przepraszam że nie widać tego, co robię z żywiołami. Następnym razem cię ostrzegę.

- Dopóki nie zrobisz mi krzywdy, dopóty nie będę się tym przejmował. - Zwiadowca wciągnął nogawki spodni i obracając się frontalnie do płomieni zaczął wiązać troki. - Jak się czujesz? Boli?

- Trochę tak, choć tym razem było lepiej niż poprzednio. - To akurat była prawda. - Zawsze było mi zimno, kiedy dostawałem tęgie lanie na sparingach z mistrzem. Twierdził, że jest to naturalna reakcja na drastycznie spadający poziom adrenaliny, ponieważ ból atakuje wtedy wszystkie nerwy.

- Ale znalazłeś porównanie... Dlaczego w takim razie mi ulegasz? Nie wolałbyś kobiety?

Przed wyczulonym uchem białego elfa mało co mogło się ukryć, od razu wychwycił smętną nutkę w pozornie obojętnym barytonie odwróconego plecami Cola.

- Nie lubię kobiet – podłapał prędko Est. - Nie potrafiłbym się do żadnej zbliżyć, a co dopiero… Nie, absolutnie nie. - Oburącz złapał za końcówki uszu i szarpnął mocno, odganiając nasuwające się obrazy. - Nie mów takich rzeczy. Jesteś wyjątkiem, nie chcę nikogo innego.

- A Leos? – droczył się Col, zerkając ku niemu znad ramienia. W jego oku znów lśniła łobuzerska iskierka, kiedy zgarnął ze stolika nocnego szmatkę i opłukał ją pod wodą z bukłaka.

- Leos to Leos, czasami jest gorsza od mężczyzn... - Est puścił uszy i lekko się uśmiechnął na przyjemny dźwięk chichotu przyjaciela. - To trochę tak, jak gdybyś miał młodszego, niesfornego brata aniżeli siostrę.

- Ha, coś w tym jest, dzieciaku. Nie raz dała nam popalić. I zapewne nie ostatni. Dowiedziała się o nas jako pierwsza, nie licząc Maga, ale też stała się nieocenioną przyjaciółką. No i z czystym sumieniem mogę nazwać ją rodziną. - Materac ugiął się pod ciężarem siadającego człowieka. - A teraz turlaj się na plecy, powinienem cię oporządzić przed spaniem. Nie wiadomo, kiedy znów przyjdzie nam żyć w takich “luksusach”.

- Kiedy jej powiesz?

Łowca westchnął teatralnie. Gdy tylko chłopak posłusznie wykonał polecenie, sprawnie zabrał się za czyszczenie białej skóry i prześcieradła.

- Wkrótce, Esti. Teraz ma za dużo na głowie, żeby zaskakiwać ją taką rewelacją.

- Nie przeciągaj sprawy, bo może… - Est przerwał, zawieszając niedokończone zdanie w dławiącej atmosferze. - Może lepiej już się połóżmy.

- Mądry chłopiec. - Col zwinął szmatkę w ciasną kulkę i cisnął ją na posadzkę. - A teraz przesuń się. I zleź z kołdry, bo nie zasnę, jeśli się nie przykryję.

- Jak rany, co za człowiek...

Utyskując, Est dźwignął się na tyle, by wyciągnąć spod siebie zmiętoszone piernaty. Łaskawie zgodził się przytulić i odczuwając ulgę, stopniowo odpływał w błogą nieświadomość na prowizorycznej poduszce zrobionej z łaskoczącego kędziorkami ramienia Cola. Na pryczy było ciasno i niewygodnie, lecz istotniejszym problemem okazało się nagłe pobudzenie, którego chłopak nie umiał przezwyciężyć. Postanowił więc odprężyć się i przejść w stan medytacyjny, by z zachowaniem najdrobniejszych detali odtworzyć przebieg dzisiejszego wieczoru od momentu wybudzenia się z drzemki...