sobota, 25 kwietnia 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 42 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




Zachowanie Esta przy kolacji wzbudza niepokój Cola, ale najgorsze dopiero przed nim, bo gdy opuszczają salę jadalną, miejsce ma scena, w wyniku której na jaw wychodzi przeszłość Niskowyżanina. I o ile rycerz-dowódca przybywa najemnikom w sukurs, tak czasu cofnąć nie można, a niewygodne tajemnice zostają odkryte...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 25d'4m'26r2t]



(Dzisiejszy rzut na bloga przypada na moment kryzysowy w mojej twórczości, toteż z miejsca przepraszam za brak polotu w treści)
    Nie sądziłam, że tak neutralny rozdział zostanie emocjonalnie zdominowany przez Cola i wciąż żywą cząstkę jego przeszłości. W świetle traumatycznych wydarzeń nic nie znaczący wydaje się fakt, że Aarim wychwycił w nim nie tyle esencję Esta, co dopełniony na nim... niewybaczalny akt (uchodzący za nieetyczny i tym samym w konkretnych kręgach zakazany). Niemniej nieświadomy swego postępku Est ma inne zmartwienia na głowie, a najpoważniejszym z nich jest to, czego dowiaduje się o partnerze... Jak bardzo uderzy to w jego zaufanie względem ulubionego człowieka? Myślę, że Est jest tym typem osobowości, którym ja stałam się całkiem niedawno. I potwornie nad sobą ubolewam... 

     
    

Kącik autorki.
    Przerwa na luźne myśli! Kupiłam sobie nowy notepad na notatki! Tak, chyba już setny, ale w tym na 100% zacznę gromadzić wiedzę w porządku chronologicznym! Ja wiem, mam ich już tyle, że szuflada się nie domyka, ale co ja poradzę na moją słabość do materiałów papierniczych? (Niektórych jeszcze nie użyłam, bo są tak piękne i szkoda mi je kalać moimi kulfonami... Serio, bazgrzę jak Est!) I właściwie jeszcze się do niego nie wprowadziłam... Bo nie wiem, jak się do tego zabrać... Ech, niby wystarczy zacząć, ale podejrzewam, że znów odwlekam w czasie, bo boję się, że mnie to zadanie przerośnie i przytłoczy... Jak rany...
    I po przerwie!


Monster od Image Dragons należy wyłącznie do Cola i Esta - fenomenalnie nastrajający utwór którego słucham odkąd został wydany (11 lat!). I nie znudził mi się ani odrobinę, choć czasami słucham go na zapętleniu. A wszystko dlatego, że opowiada o mężczyźnie, który był potworem. I chłopaku, który nim się staje. Melodia, tekst, przesycony emocjami wokal... Rozpacz i nadzieja, porażka i szansa na ratunek, refleksja nad istotą bycia i istnieniem... Ciągła walka ze sobą i przeciwko innym... Wypisz wymaluj przeżycia chłopaków.

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 42

 

Leos i Aarim w milczeniu czekali na pozostałych. Siedząc po przeciwnych stronach skromnie nakrytego stołu nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia, poza tym rozdarta skrajnym wybrykami dwójki przyjaciół dziewczyna wolała zatopić się w przemyśleniach, aniżeli bezsensownie odzywać. Co nie znaczyło, że nie spoglądała ukradkiem na urodziwego księcia Estarionu.

Młodzieniec nie wyglądał na skorego do gawędzenia. Zdawał się być małomównym, powściągliwym typem, który ponad zbędne słowa przedkładał skrupulatnie wykalkulowane działania. Nawet teraz sprawiał wrażenie, jak gdyby dogłębnie analizował nie tyle obecne wydarzenia, co niedaleką przyszłość. Przygotowywał ewentualne scenariusze przebiegu spotkań, rozmów, zdarzeń. Niebianin tak bardzo różnił się od ludzi, jakich Leos znała, że poniekąd obawiała się wykonać przy nim jakikolwiek ruch, aby przypadkiem nie stracić na wartości w jego tajemniczych złotych oczach...

Szybko zganiła się za zuchwałe marzycielstwo. Ona, przeciętna dziewczyna, w ocenie szlachetnego rycerza-dowódcy oraz dumnego dziedzica tronu musiała być pospolitą czarodziejką. Colonell ma rację, nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn. Najważniejszy mężczyzna w jej życiu porzucił ją i matkę, kiedy najbardziej go potrzebowały. I chociaż na salonach pałacu w Zielonych Bramach wychowywała się pośród wysoko sytuowanych ministrów oraz doradców, to wciąż bez ojca, bez wzoru, na podstawie którego odnalazłaby przykładną miłość…

Na ten czas znów była nieszczęśliwie zakochana - i to w białym elfie związanym z ludzkim mężczyzną.

Wtem obaj przywołani myślą najemnicy zjawili się w spowitej ciszą sali, przywołując zasmuconą Leos do rzeczywistości. Colonell ze skrzypnięciem odsuwanego krzesła usiadł obok naburmuszonej Małej Niedźwiedzicy i, jakby od niechcenia, rozejrzał się po zastawionym wiktuałami blacie.

Dla Estalavanesa zostały jeszcze trzy miejsca do wyboru, z czego jedno obok Aarima. Zajął je, chcąc uniknąć przeszywających duszę złotych tęczówek. Jakże się zdziwił, gdy siedzący naprzeciw zwiadowcy niebianin skoncentrował całą uwagę właśnie na człowieku! A raczej na tym, co w nim dogasało, neutralizowane energią fizyczną. Jak mógł tego nie przewidzieć?! Toż to jawne przyznanie się do winy!

Est był zdruzgotany. Wpatrując się w talerz gorączkowo rozmyślał nad wytłumaczeniem i ewentualnymi konsekwencjami swojego lekkomyślnego zachowania. To oczywiste, że wyczulony na wszelkie niuanse w nurcie paladyn natychmiast wykryje moc w człowieku pozbawionym magii. Zapewne równie łatwo domyślił się jej pochodzenia... Chwila, czym on się właściwie przejmował? Aarim nie wiedział, w jaki sposób Est przekazuje esencję, ponadto jest świadom charakteru relacji wiążącej go z Colem. Przecież to normalne między dwojgiem kochających się osób. Dwójką mężczyzn. Jak rany...

Chłodny, wyzbyty emocji głos rycerza przerwał dręczące chłopaka rozterki.

- Nie krępujcie się, proszę, i częstujcie. Za tydzień powinniśmy być w Aneil’Aranth, a tamtejsze sale obfitują w luksusy, jakich na próżno szukać w ascetycznych progach mego garnizonu.

Widząc opieszałość towarzyszy, Aarim zastosował się do swoich słów i nałożył sobie na talerz słuszną porcję duszonych na maśle letnich warzyw posypanych siekanym koperkiem.

Est nie miał w zwyczaju wpychać się komuś pod ręce przy posiłku, więc w oczekiwaniu na swoją kolej obejrzał pomieszczenie, byle uciec od żenujących myśli. Na jednej z kamiennych ścian wąskie okna zroszone grubymi kroplami deszczu ciągnęły się od wyłożonej dywanem podłogi po belki bielonego sufitu. Jedyną ozdobą w rozświetlonej kinkietami sali jadalnej był - wielki jak ramy okien - błękitny proporzec z haftowanym złotą nicią symbolem Zakonu Paladynów. Estowi spodobał ten bezpretensjonalny minimalizm i chociaż sal w Twierdzy Niedźwiedzi nie wyposażono szczególnie bogato, to w porównaniu z surowością tego miejsca przypominały komnaty balowe szlacheckich dworów. Stół, sześć krzeseł oraz niewyszukana zastawa również miały w sobie więcej praktyczności aniżeli uroku, ale czy naprawdę konieczne jest przydawanie wszystkiemu zbytecznej ilości ozdób oraz ornamentów? Rycerze nie przywiązywali wagi do przedmiotów oraz majątków, a skromny półsmok potrafił to zrozumieć. I podzielał ich stosunek do dóbr materialnych częściej będących przyczynami konfliktów, niż sposobem na utrzymanie zgody.

Jedzenie także nie było wystawne, lecz bynajmniej nie traciło przez to na smaku. Wręcz przeciwnie, okazało się niesłychanie wyborne, choć podana na ciepło kolacja składała się z lekkich bezmięsnych potraw – hodowanych w warzywnikach garnizonu jarzyn oraz pieczywa. Jak wyjaśnił gospodarz, mięso spożywali cztery razy w tygodniu, wyłącznie na obiad. Est, typowy zjadacz produktów pochodzenia zwierzęcego w ilościach graniczących z obżarstwem, zmartwił się tą wiadomością... Nie na długo jednak, jako że niecodzienny smak ziarnistego chleba oraz warzywnej mieszanki podbił nie tylko jego podniebienie, ale i serce. Głodówka mu nie groziła, o ile już zawsze będą go tak karmić! W końcu Aarim prezentował się niezgorzej w błękitnej koszuli miękko układającej się na muskulaturze godnej świętego wojownika, a był przecie na iście zakonnej diecie.

Nieco podbudowany chłopak jadł z tak ogromnym apetytem, że puścił mimo uszu komentarz Cola pod adresem jego żarłoczności oraz szybkiej przemiany materii, na którą wciąż obrażona Leos parsknęła szczerą wesołością. Colonell miał talent do zabawiania towarzystwa i chętnie z niego korzystał. Nawet Aarim na poziomie emocjonalnym dorównującym kamieniom posadzki uśmiechał się z grzeczności, ledwie wyginając kąciki ust i dokładnie przeżuwając wieczorny posiłek.

Kiedy przodownik snuł opowieść, podejmowało ją również jego ciało. Gesty odwzorowywały wydarzenia, baryton zmieniał barwę w zależności od sytuacji, a ekspresyjna, połowicznie wytatuowana twarz wyrażała więcej niż wypowiadane słowa. Tak oto w przeciągu roku oczarował wrażliwego Esta: najpierw go onieśmielił, potem do siebie przekonał, aż wreszcie oswoił i przyjął jako swego. Ludzie z natury byli szybcy, głośni i gwałtowni, lecz to właśnie te cechy wyróżniały ich na tle pozostałych ras. Jego przyjaciel był typowym przedstawicielem swojego gatunku, ale kryło się w nim coś, czego nie chciał pokazać światu. I Est postawił sobie za punkt honoru odkrycie sekretu człowieka z niepełnym tatuażem.

Rozbawiony półsmok skubał różyczkę kalafiora i z przyjemnością patrzył, jak ukochany mężczyzna rozśmiesza do łez siostrę, gdy mimochodem zerknął na niebianina. Uśmiech momentalnie spłynął z jego warg. Ledwie przełknął napoczęte warzywo. Tak intensywne, niemal namacalne skupienie malujące się na poznaczonym oparzeniami obliczu paladyna podbiło mu żołądek, który dopiero odbiwszy się od serca wrócił na swoje miejsce. Naszła go nieposkromiona chęć potraktowania rycerza-dowódcy mocnym kuksańcem, lecz siłą woli powstrzymał się przed podjęciem tak radykalnych metod dekoncentracji. Nie mógł w ten sposób przerwać mentalnego syfonu emocji, ale był w stanie zrobić to w bardziej eleganckim stylu.

Odłożył sztućce na opróżniony talerz, wziął kubek i nalewając sobie wody z karafki, wtrącił się tonem swobodnej pogawędki.

- Aarimie, czy opowiesz nam o osobach przyjmowanych w szeregi stanu rycerskiego? - Zwrócił się ku posągowemu profilowi oraz ostro zwieńczonym uszom zwodniczo upodabniającym niebianina do imperialnych elfów. – Do tej pory spotkałem jedynie ludzi. Mężczyzn. Nie ma wśród was kobiet? Albo innych ras?

Gospodarz ze starannie tłumioną niechęcią oderwał spojrzenie od przodownika, jak gdyby dotychczas przyglądał mu się z odrobiną uprzejmego zaciekawienia. Zrozumienie rozjaśniło jego oblicze, kiedy obrócił się do pytającego i natychmiast spostrzegł nieme wyzwanie w zielonych skaleonich ślepiach. Już miał pewność, iż jego podejrzenie co do istoty białego elfa było właściwe. Aarima zafascynował czyn, jakiego niedawno dopuścił się Est na ludzkim najemniku. Było to rozmyślne działanie czy też kwestia zrządzenia losu oraz nieznajomości własnych umiejętności? Zaklinacz Żywiołów pozostawał niebezpieczną zagadką i, jak skonstatował, dobrze czynił trzymając go blisko siebie, z dala od arcypaladyna. Będą mieli dostatecznie dużo czasu, by wzajemnie się poznać i porozumieć. Zaufać sobie. Upewnić się co do celu mającego stać się ich wspólnym dążeniem. A przede wszystkim należało mieć się na baczności wobec tego, co skrywała niepozorna czarna rękawiczka.

Pozbawione wyrazu złote oczy spoczęły na białej twarzy. Est osiągnął zamierzony efekt, gdyż niebianin przestał wchłaniać – czy co też innego robił - emocje Cola. Obserwowany przez najemników musiał zachowywać się naturalnie, choć w jego przypadku słowo to zupełnie nie wpisywało się w definicję.

- Owszem, Estalavanesie, mogę opowiedzieć wam kim są rycerze Zakonu Paladynów. I jak już zauważyłeś, w znakomitej większości są to ludzie, Estariończycy. Powszechnie wiadomo, że imperialni elfowie stronią, wręcz izolują się od reszty świata, toteż niepodobna, by zechcieli wesprzeć swymi zdolnościami ludzką organizację militarno-polityczną. Są swoiście introwertycznym narodem, czego nie można rzec o wojowniczych krasnoludach, których dwa zwaśnione klany zamieszkują górzyste tereny na północy Estarionu. I tak się składa, iż trzech reprezentantów tej dumnej rasy uznało nasze pobudki za wystarczająco wzniosłe, by ryzykować dlań nie tylko życiem, ale i utratą przynależności do klanów. Stacjonują oni w garnizonie Derenis na północy krainy, u podnóży Srebrzystych Szczytów. - Aarim przesunął kubek, przyzwalając półsmokowi napełnić go wodą. - Dziękuję. A co się tyczy płci, to historia sięgająca początków Zakonu wymienia cztery kobiety pasowane na paladynów, wyłączając kapłanki oraz kleryczki, mowa bowiem o rycerzach. Spośród nich żyje już tylko jedna i obecnie piastuje najwyższe stanowisko rycerza-dowódcy zachodniego, sąsiadującego z Ramneią garnizonu Kartynida . Pierwsza w dziejach paladynka zmarła wieki temu i była moją prababką, druga - babką. Trzecia odeszła w Pozaświat sześć lat temu. Była moją matką.

Oziębły ton, jakim Aarim obwieścił los rodzicielki, wstrząsnął trójką najemników. Dotknięta, boleśnie wspominająca własną tragedię Leos wymamrotała kondolencje, natomiast Col i Est przemilczeli temat świadomi, że żadne wyrazy współczucia nie będą mieć znaczenia, gdyż takie już było niewzruszone usposobienie niebianina. Śmierć jest dla niego równie naturalna co stal oblekająca ciało oraz miecz u boku.

- Niepotrzebnie jest ci przykro, Leos, lecz dziękuję za miłe sercu słowa. - Patrząc dziewczynie w oczy, młody sukcesor upił łyk wody z kubka, aby zwilżyć gardło. - Ludzki żywot jest krótki i kruchy, a mój pozbawiony emocji charakter oraz natłok obowiązków nie sprzyjają należytemu oddaniu się żałobie. W każdym razie kobiety w naszych szeregach to nie tyle rzadkość, co wyjątek od reguły, wszak nie przechodzą z powodzeniem rygorystycznego, katorżniczego szkolenia zarówno ciała, jak i ducha.

Zakłopotana Mała Niedźwiedzica poruszyła się nerwowo na twardym krześle i zaraz wlepiła wzrok w zawartość swojego talerza. Wejrzenie paladyna przewiercało ją na wskroś, jakby czytał jej w myślach. Gorzej - jakby czytał w jej sercu i duszy.

- Ilu niebian żyje na Khaldunie? - Zabrzmiała bardziej nieśmiało niż chciała, mimo że kobieca ciekawość pomału dochodziła do głosu. - Z tego co mówisz wnioskuję, że twoja matka nie była niebianką.

- W rzeczy samej, zaliczała się do gatunku ludzkiego, albowiem niebian jest tylko dwóch: mój ojciec i ja. Ustawicznie mężczyźni. Nie ma i nie było pośród nas kobiet. I jeżeli arcypaladyn wciąż będzie uparcie odmawiał poślubienia stosownej kandydatki, wkrótce pozostanę bezdyskusyjnym następcą obu funkcji.

Najedzony Colonell bujał się na krześle i przyglądał z namysłem paladynowi. Wiedział, że nic nie wyczyta z tej chłodnej maski, ale był to po prostu odruch wyrobiony latami kontaktów z przeróżnymi charakterami.

- Jeżeli twój ojciec odmawia, to co stoi na przeszkodzie tobie, by zapełnić Pałac Królewski niabianiątkami? – spytał znienacka. - Nie chciałem być złośliwy. Po prostu dziwi mnie, że atrakcyjny, inteligentny mężczyzna poświęca się walce ze Śniącymi, mając pod dostatkiem arystokratek zabiegających o jego względy. Chyba że jesteś… - Z krzywym uśmiechem pozwolił, by sugestywnie niedokończone zdanie zawisło między nimi.

Aarim skierował na niego wzrok, lekko mrużąc powieki.

- Rozumiem, iż rządzą tobą instynkty i popędy, Colonellu – odparł nieporuszony. - Nie zapominaj jednak, że ja nie posiadam uczuć, nie przeżywam ich tak jak wy. Nie dam kobiecie tego, czego potrzebuje, a płodzenie potomstwa dla samej idei przedłużania gatunku jest dla mnie tyleż wartościowe, co obietnice niemożliwe do spełnienia. Sądzę, iż doskonale to rozumiesz.

- Już gdzieś to słyszałem... - mruknął z przekąsem śniady mężczyzna i wymownie przeniósł spojrzenie na Esta, unosząc przy tym ciemną brew. Speszony chłopak naraz zainteresował się gładkim ceramicznym kubkiem, który powoli przekładał z ręki do ręki, choć korciło go niemożebnie by pociągnąć za ucho. - I wiem, co próbujesz mi powiedzieć. Jednak nie dociera do mnie argument potrzeb. Skąd możesz wiedzieć, czego chce od ciebie druga osoba? Czasami kobiety chcą potomstwa bez dodatkowego obciążenia w postaci męża i ogniska domowego, o które także trzeba zadbać. A skoro jest was dwóch, to czy jako ten młodszy nie powinieneś czegoś zrobić , by było was więcej?

Słysząc to, Est zaprzestał męczenia kubka. Aluzja kochanka wywołała w nim niepokój, a intuicja podpowiadała, że mówi on z własnego doświadczenia. Serce zamarło mu w piersi na myśl, że gdzieś na świecie może żyć potomek mężczyzny, którego kocha. Ale przecież Col zapierał się, że nigdy nie był z kobietą... A jeśli sam jest wynikiem takich machinacji? I dlatego Niedźwiedź go ocalił?

Est potrząsnął głową. Nie, nie może od razu zakładać najgorszego, lecz prawda była taka, że nic nie wiedział o przeszłości partnera. A wątpliwości zjadały go od środka. Co z tym tatuażem? Aarim nazwał go Niskowyżaninem, zatem co robił w Adeili? Dlaczego bratał się ze złodziejami? Niemniej najważniejszym jest “tu i teraz”. Natomiast jeśli nie dowie się, co “było”, to nie zrozumie tego, co “będzie”. Nie zrozumie Colonella.

W czasie gdy półsmok grzązł w rozpaczy i lepkich wątpliwościach, siedzący obok niego złotowłosy młodzieniec z wyraźnym zaintrygowaniem przyjrzał się ludzkiemu rozmówcy. Wydawałoby się, że jego spostrzeżenia skłoniły go do refleksji.

- Wezmę pod uwagę twoje słowa, Colonellu. Być może nie ująłem problemu z właściwej perspektywy, jako że wszystko podporządkowałem zamierzeniu, jakim jest zgromadzenie sił niezbędnych do zwyciężenia budzących się Śniących. - Aarim obejrzał się na Leos, aż w końcu jego nieustępliwy wzrok padł na skurczonego w sobie zaklinacza. - Tymczasem nie będę was zatrzymywał, kiedy zmęczenie daje się we znaki. Dziś śpijcie spokojnie, w tych murach nic nam nie zagraża.

Est niemal usłyszał niedopowiedziane “na razie”. Nagle przejął go przenikliwy chłód, jakby stał na zewnątrz, wystawiony na chłoszczący bezlitośnie wiatr i zacinającą ulewę. Obrócił się na krześle, by spojrzeć w ciemność za oknem. I poczuł ją tak, jak w obozowisku zeszłej nocy. Jak gdyby na skraju jego pola widzenia czaiło się coś nieuchwytnego, cień głębszy od reszty, niedostrzegalny, koszmarnie cierpliwy i przerażający. Bytujący horror. Chłopak nie chciał o tym myśleć, powrócił więc świadomością do rozwidnionej kinkietami jadalni i znajomych głosów. Do poczucia bezpieczeństwa, którego brak odczuł dotkliwiej niż kiedykolwiek wcześniej. Z wrażeniem kiełkującej w sercu paniki zapragnął schronić się w ramionach ukochanego i wyprzeć ten potworny lęk, nie dać się omotać przemożnemu doznaniu…

- Rzeczywiście, dobrze jest wyspać się po podróży i sycącym posiłku – westchnął Colonell, nie tknąwszy nawet wody. Odsunął krzesło i przeciągnął się, aż mu stawy zatrzeszczały.

Na swój nieoczywisty sposób przeprosił Leos i cieszył się, że siostra uda się na spoczynek we względnie dobrym nastroju. Ale wystarczyło zerknąć na Estiego zajadle tarmoszącego ucho i już jego brwi ściągnęła troska. Dzieciak był przerażony. W przypadku tego płochliwego, lękliwego stworzenia nie było to nic niezwykłego, ale w domenie Synów Tarthosa? Przecież to sanktuarium pokoju, a zarazem forteca po brzegi wypełniona paladynami.

Podwójnie czujny Colonell popatrzył na Aarima, lecz tak jak się spodziewał, arystokratyczna twarz pozostawała bez wyrazu. Cokolwiek paladyn wiedział, nie dał tego po sobie znać. Leos też niczego nie spostrzegła, inaczej zaraz byłoby to po niej widać.

Co też ujrzał Esti, gdy wyjrzał za okno?

Wstając od stołu, biesiadnicy wymienili się życzeniami dobrej nocy i kolejno kierowali się do wyjścia. Leos pierwsza wróciła do celi, a Col i Est stali jeszcze przez chwilę na korytarzu, czekając aż Aarim opuści salę. Rycerz wciąż nie wychodził, toteż porzucili pomysł dyskusji i podążyli do niewielkiej klitki, by w zaciszu grubych ścian, na przekór zmęczeniu przegadać temat nawiedzających chłopaka imaginacji. Colonell nie mógłby zasnąć nie dowiedziawszy się, co tak przygnębiło jego oblubieńca.

Parę metrów dzieliło ich od drzwi celi, gdy los postanowił brutalnie zakpić ze zwiadowcy.

Dwóch pogrążonych w cichej rozmowie rycerzy z chrzęstem zbroi wyłoniło się zza zakrętu. Bez większego zainteresowania wymijali najemników, kiedy wzrok starszego z nich na ułamek sekundy zawisł na nienaturalnie białym obliczu cudacznego elfa, po czym ześlizgnął się na smagłego człowieka, rozpoznając splątane linie płowiejącego tatuażu oraz ciemnozielone oczy niedopełnionego przed laty posłannictwa. Osłupiały paladyn obrócił się i przystanął raptownie, alarmując idącego u jego boku rekruta. Ocknąwszy się pospieszył za najemnikiem i łapiąc go za ramię szarpnął, by zwrócić go ku sobie.

Rozjuszony tą bezczelnością Col zareagował błyskawicznie. Wyrwał się z miażdżącego uścisku stalowej rękawicy, odskoczył i stanął na lekko ugiętych nogach. Nie potrafił odgadnąć zamiarów brata zakonnego, ale nie opuszczało go nieprzyjemne przeczucie, przez które stracił pewność siebie i nie odbezpieczył sztyletów.

A jednak Est dojrzał nieznaczny ruch nadgarstka osaczonego przyjaciela. Nie miał pojęcia skąd się wziął nóż połyskujący w śliskiej od potu dłoni Cola, niewidoczny z perspektywy paladynów, ale żołądek podszedł mu do gardła na myśl o tym, do czego może dojść w domenie świętych mężów. I to na tyle stwierdzenia Aarima, że w murach garnizonu nic im nie zagraża…

Ręka szpakowatego paladyna opadła, zaciskając się na rękojeści długiego miecza.

- Czyżby to sam Tarthos zesłał na mnie błogosławieństwo rychłej sprawiedliwości? - półgłosem zwrócił się do Colonella, mierząc go od stóp po głowę. W szczególności baczył na jego dłonie do połowy znikające w rękawach ciemnozielonej bluzy. - Wszechmocny domaga się, bym osobiście zadośćuczynił grzechom, jakich się dopuściłeś, skoro znów się spotykamy. Ach, ty mnie nie poznajesz - sapnął bez cienia satysfakcji paladyn. - Wiedz, że ja poznaję ciebie, jawnogrzeszniku. Jesteś jedynym człowiekiem, który w przedziwny sposób wyróżnia swoją twarz pośród reszty.

Gładko ogolony rycerz o gęstych brwiach i siwiejących włosach barwy nocnego nieba wypluwał zdania tak niewiarygodnie ociekające pogardą, że Estowi odebrało na moment zdolność trzeźwego rozumowania. Nie doczekawszy się odpowiedzi, paladyn zakończył wywód słowami wyjaśniającymi wszelkie nieścisłości:

- Żałuję, że mój miecz nie posmakował twojej zepsutej krwi. Byłbyś zaznał przebaczenia, a twoja dusza przeszłaby w Pozaświat oczyszczona, wszeteczniku!

Est zatoczył się na ścianę, gdy sens wypowiedzi rycerza dotarł do niego z pełną mocą. Zrobiło mu się słabo. Zamroczyło go jak od solidnego uderzenia tępym narzędziem w skroń. Podobnie jak młodszy kompan rycerza obserwował scenę, kompletnie gubiąc się w sytuacji, ale w przeciwieństwie do niego zaczynał się orientować, o czym mówił ten starszy. Colonell wyznał, że Mag dosłownie wyciągnął go spod miecza. Ten człowiek musiał być jego niedoszłym egzekutorem! Pokrętny to zbieg okoliczności, że napatoczył się akurat teraz!

Przodownik warknął niby zapędzone w pułapkę zwierzę. Jego okolone przystrzyżoną brodą usta wykrzywiła nienawiść. Gorzał furią nie mniejszą niż jego oponent, gdy zepchnięte w najgłębsze zakamarki pamięci zdarzenia powróciły. Wyparł wspomnienia z okresu sprzed dołączenia do Niedźwiedzi i teraz oto wskrzeszona przeszłość zaatakowała go w rzekomo najbezpieczniejszym miejscu w Estarionie.

- Rad jestem, że ci się nie udało, ty zakuty skurwielu – wycedził z odrazą. Mięśnie napięte miał niczym cięciwa łuku w oczekiwaniu na jeden fałszywy ruch ciężkozbrojnego przeciwnika. Oddech przyspieszył do wtóru bijącego szaleńczo serca, kiedy wraz z pulsem duże ilości adrenaliny rozlały się po organizmie ostrząc zmysły do granic pojmowania. Wodząc sokolim wzrokiem wyszukiwał najmniejszych szczelin i luk w pancerzu, które dałyby mu przewagę, może nawet natychmiastowe zwycięstwo. - Tylko do nas podejdź, a ta zepsuta krew przetoczy twoją! Zobaczysz, że są identyczne!

Rozsierdzony paladyn zamaszyście wysunął katowski miecz z gładkiej pochwy. Rozdzierający zgrzyt przeciął powietrze, niosąc się echem po korytarzu. Jego zdezorientowany kompan w naśladowczym odruchu również dobył miecza, rzucając na boki świetlistymi refleksami. Nie podnosił go jednak, z wahaniem taksując nieuzbrojonego elfa.

Przeczuwając, dokąd prowadzi to niefortunne spotkanie, Est z zimną krwią płynącą w żyłach spiął się do walki, nie odstępując przyjaciela. Płomyki niemrawo tańczące w kinkietach ryknęły na nieme polecenie Zaklinacza Żywiołów, usiłując wydostać się z osłaniających je szybek. Wiedział, że jego umiejętność kontroli żywiołów jest mocno ograniczona, gdyż dewastowanie mienia Zakonu nie było jego zamysłem. Jednakże wciąż liczyć mógł na własne ciało samo w sobie będące zmyślną bronią. Był gotów chronić siebie i Cola przed napastnikami, choć nadal żywił nadzieję na pokojowe rozwiązanie starcia. Rozwiązanie, które w cholernie odpowiednim momencie nadeszło od strony milczącego obserwatora, a którego przybycia nikt nie zauważył.

- Sir Hebaldzie, zwracanie miecza przeciwko gościom jest poważnym wykroczeniem - pozornie cichy ton przesycony beznamiętnym spokojem jak trzask bicza przyciągnął uwagę całej czwórki. - Naruszasz trzydziesty drugi paragraf Reguły, jej jedenasty zapis jednoznacznie głoszący, jakie skutki prawne rodzi takie postępowanie.

- Rycerzu-dowódco! – Pobladły paladyn prędko schował ostrze, pokłonił się nisko i przyklękając na kolano wszedł w rolę pełnego skruchy brata zakonnego. - Racz mi, proszę, wybaczyć moje haniebne poczynania, jednakowoż ten mężczyzna lata temu uszedł bez kary za swe niecne postępki. Nie zapomniałem goryczy kompromitacji i pozwoliłem, by niespełniony obowiązek przeważył nad rozsądkiem.

- Zatem rozumieć mam, iż to poczucie obowiązku kazało ci lżyć naszego gościa? Czy też kazało ci łamać pokój panujący w murach garnizonu i wymierzać oręż w tych, którzy znajdują się pod moją opieką? - Sir Aarim zbliżał się powolnym, pewnym krokiem, a jego lodowate spojrzenie nie pozostawiało podwładnemu miejsca na usprawiedliwienia. - Może i uczynki tego mężczyzny były bezecne, lecz zapewniam cię, sir Hebaldzie, iż kara za jego przewiny została jeno odroczona w czasie, jest bowiem nieunikniona.

Odziany w błękitną koszulę, granatowe spodnie oraz wysokie skórzane buty do jazdy konnej niebianin wyszedł naprzeciw pochylonego, w pełni opancerzonego rycerza. Aarim wyglądał teraz niczym książę strofujący jednego z rycerzy swojego ojca i Est wyczuł niebiańską aurę, znacznie potężniejszą niż poprzednie, ale nie potrafił pojąć jej działania ani efektu jaki wywierała na skulonym człowieku.

- Upraszam o wybaczenie, rycerzu-dowódco. Nie mam nic na obronę swego karygodnego zachowania, jedynie proszę o łagodny wymiar kary. I apeluję, byś nie pociągał do odpowiedzialności Tereda, nie dopuścił się on niczego, co wymagałoby potępienia.

- Akceptuję twą prośbę, egzekutorze, aczkolwiek nie mnie powinieneś prosić o przebaczenie.

Rycerz-dowódca obrócił się w stronę najemników, posyłając im spojrzenie spod zmarszczonych brwi. Przez chwilę wpatrywał się w punkt za plecami zwiadowcy i zaklinacza, a potem powrócił do Esta dyskretnie dając mu do zrozumienia, że mieli jeszcze jednego świadka.

Est odwrócił głowę, lecz nikogo nie dostrzegł w pustym korytarzu. Mógł się domyślić, że zwabiona krzykami Leos będzie podglądała ich ze swojej kryjówki.

Tymczasem sir Aarim Asmodeusz kontynuował zupełnie obojętnie, jak gdyby zażegnany incydent był zaledwie nieszkodliwą bagatelą pomiędzy rycerzem a najemnym.

- Czegokolwiek dopuścił się ów człowiek lata temu, teraz ma szansę odpokutować to z nawiązką. Życzę wam dobrej nocy. - Skinieniem ponaglił najemników, po czym, odchodząc, zwrócił się do podkomendnych. - Sir Hebaldzie, rekrucie Teredzie, zalecam wam powrót do powierzonych zadań.

Sir Hebald popatrzył wrogo na wytatuowanego człowieka i sztywno wydukał przeprosiny. Czy były szczere, o to Est nie dbał. Zdumiał go natomiast nabożny respekt, jakim darzono estariońskiego sukcesora. Z niebywałą siłą niebianin trzymał podwładnych w żelaznym uścisku dyscypliny, zanadto się nie wysilając. Także gruntowna znajomość praw oraz reguł Zakonu Paladynów wzbudziła podziw chłopaka, który był święcie przekonany, iż nie jest to mała książeczka. Zapewne wielokrotnie przewyższała zawartością grube almanachy, jakie sam do tej pory czytał.

Stojąc bez ruchu Est patrzył za oddalającą się parą rycerzy, których lśniące odbitym światłem pancerze szczękały głucho, a stalowe obcasy wybijały równy rytm, gdy znikali za zakrętem w odnodze korytarza. Po obecności Cola i Aarima nie został choćby ślad, a zapomniane płomienie smolące szklane osłony kinkietów zmalały, wyczekując rozkazu zaklinacza. Oszołomiony półsmok nie rozumiał, co właściwie zaszło. To był moment, mgnienie oka podczas którego wyobrażenie romantycznego wieczoru runęło doszczętnie, obnażając najgorszą przeszłość ludzkiego najemnika.

Jawnogrzesznik. Wszetecznik. Co te słowa w ogóle znaczą? I co najistotniejsze: czym Colonell zasłużył na wyrok śmierci?

Nie otrzyma odpowiedzi na mnożące się w głowie pytania, jeśli nie porozmawia z partnerem. A jak słusznie podejrzewał, od tej jednej rozmowy zależeć będzie wszystko. Ruszył więc w kierunku wspólnej celi zastanawiając się, jak powinien ją zacząć. Co powiedzieć. Czy Col potraktuje go z góry, wyśmieje i będzie udawał, że epizod z paladynami nie miał miejsca? Czy też zamknie się w sobie i zamilknie ponuro?

Ciągnąc za końcówkę długiego ucha, Est bezszelestnie przekroczył próg pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi, starając się nie hałasować. Łuna lampki oliwnej postawionej na stoliczku nocnym wydobywała z cieni nieostre kształty mebli i wygaszonego kominka. Chłopak zatrzymał się o krok od drzwi, kiedy pośród gęstniejących za oknem chmur rozbłysła samotna błyskawica rozświetlająca niebo. Stłumiony pomruk gromu odezwał się dopiero po jedenastu sekundach, centrum burzy znajdowało się jeszcze daleko od Adeili. Kwestią czasu było, gdy w swym szale dotrze do miasta garnizonowego.

Chłopak nie musiał szukać przyjaciela. Colonell stał tyłem do drzwi; zgięty w pół, wyciągnięte ręce opierał o wewnętrzny parapet wysokiego okna wychodzącego na jedno z licznych podwórek, teraz zasłonięte kurtyną wody, ginące w nieprzeniknionej ciemnicy. Skupiwszy się na człowieku, Est przygasił jedyne źródło światła, bezgłośnie zanurzając ich obu w intymnym, kameralnym półmroku. I chociaż drażniła go obecność migotliwego blasku na granicy postrzegania, tak wyraźnie widział, jak ramiona ukochanego drżą spazmatycznie, paznokcie w bezsilnej udręce drapią kamień pod palcami, a zwieszona głowa odsłania bezbronny kark podstawiony prosto pod katowski miecz…

Chciał podejść, lecz z szacunku dla cierpienia przyjaciela odczekał kilka oddechów w nieszkodliwej odległości, zapierając się łopatkami o starawe drzwi. Było mu żal człowieka, na którego barki spadł bagaż parszywych doświadczeń, pogłos dawno minionego czasu dla Cola będącego prawdziwym, nieprzemijającym koszmarem. Nie mógł uciec przed przeszłością, ona zawsze powróci. Ale mógł ją zaakceptować, przejść ponad nią do chwili obecnej. Żyć tu i teraz.

Kiedy zacisnął powieki i wsłuchał się w otaczające go dźwięki, potrafił precyzyjnie rozróżnić oraz wyłapać poszczególne tony, przypisać je konkretnym zjawiskom. Słyszał krople dudniące o szybę i parapet. Niski warkot nadciągającego żywiołu oraz ledwie wykrywalny syk ognia pochłaniającego zwinięty knot. Jego wewnętrzny Głos milczał, druga tożsamość warowała w oczekiwaniu bądź odpoczywała przed kolejnym nieprzewidzianym objawieniem. Lecz to, czego naprawdę poszukiwał Est, złamało mu serce. To, co uchwyciła spotęgowana wrażliwość, wżarło się głęboko w jego delikatną duszę, napełniając ją bólem nie do zniesienia. Cząstką siebie ulokowaną w sercu kochanka współodczuwał wszystko, czym rozbity mężczyzna nie chciał się z nikim dzielić. I nie mógł już dłużej stać bezczynnie.

Napinając szczęki przebył dzielące ich trzy kroki i ze stanowczością zrodzoną z narastającej rozpaczy, wzmocnioną bezwarunkową miłością, wtulił się w targane powstrzymywanym szlochem plecy... i zachwiał od niespodziewanego pchnięcia, które posłało go na ścianę, gdzie uderzył o gzyms kominka. Znieruchomiały trwał tak przez chwilę, tępo wpatrując się w przygarbioną sylwetkę.

- Col... – jęknął i nagle zabrakło mu słów, którymi dodałby kochankowi otuchy, wyraził wsparcie dla niego w tym trudnym momencie. Chciał go objąć, zapewnić o dozgonnym uczuciu oraz jednoczącej ich więzi. Pragnął ukoić jego zszargane nerwy i ostudzić negatywne emocje. - Col, chciałem tylko…

- Zostaw mnie! - Baryton człowieka łamał się pod naporem przeszłości nawracającej w całej niepohamowanej sile. Uczucia przemawiały przez niego, łokcie ugięły się i pokonany głębiej pochylił się nad parapetem. - Odpuść wreszcie!

- Nie zrobię tego. - Głos Esta był niewiele głośniejszy od szumu deszczu. - Nigdy cię nie zostawię. Obiecałem, że zawsze będę u twojego boku...

- Po prostu stąd, kurwa, wyjdź!

- Colonell, rozmawiaj ze mną – zaryzykował, ostrożnie podchodząc do rozstrojonego mężczyzny i niepewnie zaglądając mu w oczy. - Chcę ci pomóc.

- Mnie nie da się pomóc, rozumiesz?! Jestem degeneratem! Wykolejeńcem! - Col obrócił się gwałtownie. Jego częściowo pogrążona w półcieniu twarz błyszczała od łez, nozdrza rozszerzały się przy wdechu, a szczęki pod zarostem zaciskały w nieudolnej próbie utrzymania kontroli. - Udało mi się zapomnieć, ale to wróciło! Zawsze będzie, kurwa, wracało!

Odwrócił się i z mocą pożerającej serce udręki rąbnął pięścią w kamienną ościeżnicę. Usilnie wstrzymywał łzy, jednak te wyrysowały nowe pręgi na ogorzałych policzkach.

- Col, będzie ci lżej, jeśli opowiesz mi o wszystkim, co się wtedy wydarzyło. Nie walcz z tym sam, nie udźwigniesz tego. Pozwól sobie pomóc. Pozwól mi zaopiekować się tobą.

- Nie dotykaj mnie!

Colonell odtrącił wyciągniętą ku niemu dłoń. Długo mierzyli się spojrzeniami; obaj szli w zaparte i żaden nie zamierzał ustąpić. W oczach mężczyzny przytłaczające cierpienie przemieniło się w emocję, którą znał i wiedział, jak sobie z nią radzić: gniew.

- Jesteś cholernym wcieleniem niewinności!

- Jak rany, Col, rozumiem że…

- Nic, kurwa, nie rozumiesz! – huknął. - Słyszałeś tego sukinsyna! Pozwalałem zboczonym skurwysynom robić z moim ciałem co chcieli, o ile dobrze zapłacili i dali mi przyjemność! Byłem jebanym hedonistą i nie kryłem się z tym! Słyszałeś przecież! A mimo to… Mimo to… Dlaczego nadal tu jesteś? - Coś przeskoczyło w umyśle rozemocjonowanego mężczyzny. Morderczy wzrok złagodniał, spięte pod bluzą barki opadły i cały jakby zapadł się w sobie. - Esti, jesteś tak czysty i niewinny, nieskalany zgnilizną rynsztokowego życia... Jak możesz zbliżać się do czegoś tak ohydnego jak ja…? - Odraza, desperacja, żal, gorycz i strach. Wszystko to połączone w jedną straszną nutę przemawiało głosem wycofującego się pod drzwi Colonella. - Od samego początku bałem się, że jak dowiesz się prawdy, to zaczniesz mną gardzić. Wyrzekniesz się mnie. Ale nie robisz tego. Zepsułem cię z premedytacją, a ty dalej tu jesteś. Ze mną... Dla mnie.

Zewsząd atakowany sprzecznymi bodźcami Est nie mógł połapać się w tym, co dzieje się z ukochanym. Co dzieje się z nim samym. Dopiero impuls pchnął go do działania. Nie zważając na ostre słowa przybliżył się do złamanego rozbieżnymi uczuciami partnera.

- Nikogo nie zepsułeś, Col. Mówiłem ci to już niejednokrotnie i powtórzę po raz kolejny. I następny. Ile razy będzie to konieczne, tyle razy usłyszysz to z moich ust. Dla mnie nie liczy się to, kim byłeś. Jesteś kim jesteś, a twoja przeszłość może uczynić cię lepszym. Dla mnie już jesteś najlepszy. Dla mnie jesteś dobrym człowiekiem - przemawiał szeptem, niosąc pocieszenie i ukojenie dla nadwyrężonej psychiki partnera. – Jesteś dobrym człowiekiem, Col.

Znów stali naprzeciw siebie. Nieodparte, pewne swoich racji wejrzenie półsmoka krzyżowało się ze zgaszonym, posępnym wzrokiem człowieka. Jak gdyby wszystko, co się w nim kotłowało, wyparowało, pozostawiając wypaloną skorupę.

Colonell wbił spojrzenie w podłogę i z cynicznym skrzywieniem warg kręcił głową, naśmiewając się z siebie samego.

- Miał rację wyzywając mnie od najgorszych. Jak możesz być przy mnie wiedząc kim byłem i co robiłem?

- Bo to już nie ma znaczenia, Col. - Dłoń Esta powędrowała ku wilgotnemu malunkowi na policzku kochanka. Palce zastygły milimetry od skóry, jakby natrafiając na barierę ochronną. - Podejrzewam, że nie był to twój wybór, tylko niesprzyjające warunki.

Uzmysławiając to sobie, Est wreszcie poczuł pod opuszkami każdą krzywiznę i niedoskonałość ludzkiej cery. Gładził wypukłe, wymalowane tuż pod skórą zawijasy oraz zaokrąglony płatek ucha, zmierzając ku krótkim włosom na boku głowy.

Colonell podniósł pełen tajemniczej pokory wzrok i z trudną do odgadnięcia intensywnością wpatrywał się w partnera. Milczał. I słuchał. Pragnął usłyszeć to od osoby, którą kocha bardziej niż siebie samego.

- Jesteśmy razem i tylko tego mi trzeba - mówiąc to, Est prawie oparł się o niego piersią. Urękawicznioną dłoń wsunął pod kołnierz bluzy, kładąc na linii łączącej bark z szyją i przesunął niespiesznie w górę, podczas gdy pierwszą sięgał coraz wyżej, wplątując się w brązowe pasma. - Tylko my dwaj, Col. Teraz jest nasz czas, nasz moment, nasze wspomnienia. Nie ma ciebie i nie ma mnie. Jesteśmy tylko my…

Siła połączona z najszczerszą dobrotliwością płynęła z rąk chłopaka, gdy powoli i zdecydowanie przysuwał głowę oblubieńca do swojej. Rozjaśnione błyskawicą usta rozchyliły się, a odległy grom rezonował do wtóru bijących donośnie serc. Est spod przymrużonych powiek śledził subtelnie zmieniającą się dojrzałą twarz partnera. Lekki dotyk, słony smak łez, nieśmiało słodki pocałunek.

- Kocham cię, Colonell.

Nie przewidział tak rozpaczliwej reakcji, kiedy ludzkie dłonie chwyciły go przy uszach, a łapczywe wargi rozłączyły się na tyle, aby wyszeptać beznadziejnie żałosną prośbę.

- Powiedz to jeszcze raz... Proszę, jeszcze raz…

- Kocham cię - powtórzył chłopak w jego zachłanne usta.

Rozgorączkowanie ludzkiego partnera pobudziło do szaleństwa już i tak nadzwyczajnie wyczuloną percepcję Esta, który obejmował szyję kochanka, rękoma błądząc po śniadym karku. Paznokciami poranił odsłoniętą skórę, gdy płomień namiętności doprawiony goryczą żalu rozlał się falami w jego sercu. Col potrzebował go bardziej, niż przypuszczał. Potrzebował zapewnienia, bezgłośnego potwierdzenia płynącego prosto z ukochanego, chętnego temu ciała. Est uczył się mechanizmów rządzących uczuciami partnera, coraz lepiej rozpoznawał jego potrzeby i zaspokajał je najlepiej jak umiał, więc nawet jeśli stanie się obiektem służącym do rozładowania napięcia, nie zmieni to jego nastawienia do przyjaciela. Był przygotowany na znacznie większe poświęcenie.

- Jeszcze… - dyszał Col. - Proszę o więcej…

W pocałunkach namiętnego ludzkiego kochanka dało się wyczuć burzliwą nutę, gwałtowność dotychczas niespotykaną, jakby rzeczywiście próbował wyładować niszczące go emocje, by zastąpić je tymi pozytywnymi, bliskimi i bezpiecznymi.

Krótkie ludzkie kły odrobinę za mocno przygryzły długi płatek ucha. Żarliwość warg odcisnęła na nieskazitelnej bieli niewidzialne piętno, a zręczne palce wpiły się w smukłe ciało. Rozpalony Est odkrył, że ta forma pieszczot skłania go do uległej współpracy, jak gdyby robił coś wbrew sobie, ale i za swoim przyzwoleniem. Posłusznie pozwolił zdjąć z siebie bezrękawnik i z powiekami przymkniętymi rosnącym pożądaniem na darmo szukał ust partnera, które znów muskały jego uszy. Col je uwielbiał i chłopak sam czerpał z tych fantastycznych doznań ogromną przyjemność, dodatkowo rozochocony dotykiem w punkcie, do którego istnienia wciąż się przyznawał. Zimny kamień na skórze pleców w połączeniu z żarem napastliwie atakującym podbródek okazał się zapalnikiem skrajnych reakcji. Odchylił głowę, poddając się budzącym miłe dreszcze pieszczotom i westchnął przeciągle, nie powstrzymując bolesnej rozkoszy.

Zaczęło się. Utracił kontrolę nad oddechem. Nie chcąc słuchać rozumu kierował się wyłącznie tym, co mówiło jego ciało w pełnej jedności z sercem. I chociaż niezmiennie odczuwał igiełkę wstydu na dźwięk wydawanych przez siebie odgłosów, to nie przyzwalał jej urosnąć do rozmiarów klingi mogącej zagrozić ich zbliżeniu. Koncentrował się na ekstazie płynącej wraz ze świeżo odzyskaną czułością partnera. Z pasją oddawał pocałunki, prężąc się pod przyciskającym go do ściany mężczyzną.

Płomień pożądania wraz z rozszalałym za oknem żywiołem roziskrzył ciemnozielone oczy mężczyzny, który zuchwale chwycił chłopaka pod uda, z łatwością go podnosząc. Zaskoczony Est przywarł doń i opasając nogami jego biodra, zgodził się zanieść do łóżka. Nie był w stanie zaprotestować przeciwko takiemu traktowaniu. W ostatecznym rozrachunku odmowna decyzja i tak nie miałaby znaczenia, gdyż drżenie wyczekiwania przebiegające przez mięśnie zadałoby kłam wszelkim sprzeciwom. Pragnął poczuć go całego. Na sobie. I w sobie.

Kiedy pod plecami miał już twardy materac, na uciskanym spodniami kroczu wyczuł coś twardszego i żywszego, co opętało jego myśli oraz zniewoliło ciało. Kąsając kłami szyję Cola, oplótł go niczym pająk swą ofiarę, nie pozwalając mu się wyswobodzić. I pociągnął w dół, prosto w odmęty swawolnej żądzy dwóch ciał przeznaczonych na zmysłowe całopalenie...

wtorek, 21 kwietnia 2026

Small talk i takie tam rozmowy

Kompletnie nie umiem w small talk (ani w ogóle rozmowy) i ostatnio przyłapałam się na tym, że mimo szczerych chęci oraz wyczerpującego materiału, wciąż nie potrafię powiedzieć nic ponad standardowe "odczepne" formułki. Postanowiłam więc przyjrzeć się tej kwestii...

Ktoś mnie pyta:
- Co słychać?

Co chciałabym w tym czasie powiedzieć?
- A wiesz, złapałam ostatnio takiego zajebistego pala, na krok się z nim nie rozstaję, idzie przez wrogów jak taran!
- Dobrze że pytasz! Bo widzisz, ostatnio w pracy mogłam się wykazać odwagą i...
- A dziękuję, właśnie przeczytałam interesujący reportaż na temat związków osób homoseksualnych w Polsce...
- Słychać jak ludzie wk*rwiają, miło że zapytałeś.

I wiele, wiele więcej.

A co mówię?
- A, dobrze.
- Po staremu.
- Nic nowego.

   I jebs, rozmowa ucięta, poczucie zażenowania wzrasta z atmosferą skrępowania na wyścigi, przy czym wyprzedza je chęć palnięcia się w łeb i pospiesznej ucieczki. Dlaczego tak robię? Bo uważam, że moje zainteresowania i styl życia są, nie wiem... nudne? Kontrowersyjne? Że zostaną wyśmiane albo zbyte milczeniem? Spotkam się z potępieniem? Bo otaczają mnie ludzie, którzy zupełnie nie podzielają moich zainteresowań? Nie uważam ich za partnerów do udanej konwersacji? 
   Fakt, z rodziną nie rozmawiam na prawie żaden temat - ba!, na wszystkich świątecznych spotkaniach nudzę się jak mops, bo nie ma do kogo gęby otworzyć! Czasem nawet się wyłączam podczas rozmów, tak bywają jałowe i nic nie wnoszące. Zresztą, o czym można rozmawiać z ludźmi, którzy jedyne co czytają, to paski w telewizyjnych wiadomościach...?

    A jak już mam ochotę się odezwać w interesującym mnie temacie, tooo...


   Tak że ten. Wiem, że nadal nie wiem co jest tego powodem. Dużo ich dużo.

   Bez odbioru.


sobota, 11 kwietnia 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 41 ~~

 Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




Wbrew zapewnieniom księcia Aarima Asmodeusza dotarcie do garnizonu w Adeili wcale nie gwarantuje podróżnym bezpieczeństwa, a upór i awersja Colonella znacznie komplikują sytuację...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 11d'4m'26r2t]




    Jak na rozdział "przejściowy" (czyli wyrwany z poszatkowanego na mniejsze rozdziału), dzieje się tu całkiem sporo. Zdenerwowanie i niepokój Cola w sytuacji ciągłego zagrożenia ze strony paladynów narasta, grożąc gwałtownym wybuchem, a mężczyzna ów ma tak porywczy temperament, że wiadomo jak może się to skończyć. Z jednej strony Est doskonale go rozumie, z drugiej jednak sam nie zazna spokoju, dopóki nie zadba o komfort partnera, co może okazać się zamiarem nieosiągalnym do zrealizowania... Lecz dopóki książę Estarionu stoi po jego stronie, niewiele ma powodów do obaw. Przynajmniej w adeilskim garnizonie.
     Pojawia się też intrygujący motyw niezrozumiałych uczuć, jakie Est żywi do Leos. Ach, myślę, że to nie w tę stronę pójdzie. Jego miłość do Cola jest niepodważalna, obsesja na jego punkcie i wzrastający w nim obłęd pomału postępują, przenikając się ze sobą i tworząc... Co właściwie? Jeszcze trochę i się dowiecie. Podpowiem tylko, że to, co zrobił z Colem, będzie miało decydujący wpływ na przyszłość ich wszystkich. 
     
    

Kącik autorki.
    Taka mała refleksja naszła mnie podczas redagowania tego rozdziału: mam na koncie mnóstwo różnych opowiadanek i fanfików, naprodukowałam tego całe gigabajty pamięci przez te ponad dwadzieścia lat amatorszczyzny oraz zabawy ze słowami. I co? A to, że ta dwójka skradła moje serce i zaskarbiła sobie sympatię tak głęboką, że własnowolnie zapragnęłam z nimi zostać i uczestniczyć w wydarzeniach będących ich udziałem! (To już 7 lat!) Po raz pierwszy czuję, że to nie ja kształtuję historię, tylko ona mnie - patrzę na wiele spraw oczami innych, próbuję zrozumieć ich punkt widzenia, motywy postępowania, rodzące się, przeistaczające i gasnące uczucia, emocje towarzyszące zdarzeniom... Po raz pierwszy chcę pozostać z bohaterami od początku do końca, przejść przez wszystkie chwile radości i smutku, dzielić ich szczęście i cierpienie. To naprawdę niesamowicie satysfakcjonujące doznanie! Ośmielam się wierzyć, że i Wam czytanie tej historii daje sporo satysfakcji~! 🤍 Dziękuję, że jesteście! 🤍

P.S. Zastanawiałam się, czy oznaczyć ten rozdział jako 18+, ale poza nieszkodliwą (?) erotyką nic więcej tu nie ma. Elegia o Nieśmiertelnym całościowo plasuje się w kategorii wiekowej "Dla dojrzałego czytelnika", dodatkowe oznaczenie ma na celu wskazanie scen mocno erotycznych oraz seksu. Dziękuję za uwagę.

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 41

 

Wieczorny deszcz rozpadał się w momencie, gdy przekraczali północną bramę Adeili. Estalavanes po cichu liczył na dotarcie do garnizonu względnie suchą stopą i mógłby trochę dopomóc szczęściu swoimi zdolnościami, gdyby nie przemożna chęć ukrycia ich przed całym światem.

Wyczuwał nastroje kompanów schowanych pod ociekającymi wodą kapturami i nie były one optymistyczne. Szczególnie Colonell wykazywał coraz większą niechęć do wszystkiego wokół. Opryskliwy nawet w stosunku do partnera, nie miał ochoty na rozmowy z kimkolwiek, a jego spojrzenie ciskało gromy w stopniu dorównującym gwałtowności zacinającej ulewy. Est pamiętał ich pierwszy wspólny przyjazd do tego miasta i niewiele się on różnił od obecnego. Wiedział, że spędzona tu niewesoła młodość sięgały wrażliwych sfer, o jakich człowiek wolałby zapomnieć.

Zatroskany chłopak naciągnął niedopasowany kaptur głębiej na oczy. Poprawił się w siodle i wpatrując w owinięte cętkowaną peleryną plecy partnera, prowadził konia prosto za przemoczoną do cna gniadą klaczą, zamykając czteroosobową kolumnę. Jego własne doświadczenia płynące z pobytu w mieście garnizonowym również nie były dobre. Podczas ostatniego odwiedził Dzielnicę Katedralną w asyście jowialnego szlachcica, Lorda Henendrika II z rodu Halavar, jak się okazało zażartego wroga Niedźwiedzi oraz jednego ze spiskowców Unii Możnych, sprzysiężenia dążącego do obalenia zagrażających ich ziemiom najemników.

Bieżąca wizyta była jego trzecią w tej metropolii i zarazem drugą dającą okazję do podziwiania cudów estariońskiej architektury, a zwłaszcza olbrzymiej budowli, od której dzielnica wzięła swoją nazwę. Biała, okolona bujnymi ogrodami Katedra Tarthosa nawet w szarych strugach deszczu prezentowała się imponująco, samymi strzelistymi wieżami wzbudzając w podróżnych fascynującą mieszaninę nabożnego lęku oraz niezmiernego zachwytu. Posuwali się ku niej z męczącą prędkością, ponieważ mimo niepogody szeroka, obsadzona szpalerem wysokich budynków aleja oraz wieńczący ją okrągły plac z fontanną tętniły życiem. A jakby to nie było wystarczającym kłopotem, wielu mieszkańców przystawało, by pogapić się na królewskiego syna jadącego na czele niewielkiej kawalkady.

Niewzruszona postawa sir Aarima Asmodeusza oraz pozbawiona wyrazu twarz absolutnie nie zdradzały panujących w jego wnętrzu emocji. Dla półsmoka wciąż było to rzeczą wręcz abstrakcyjną, by żywa istota nie potrafiła ich przeżywać, lecz na jego oczach niejednokrotnie niemożliwe stawało się możliwe. Niebianie rządzili się swoimi prawami.

Est cieszył się, że nie musi z nikim rozmawiać. Natrętne wspomnienia atakowały go z każdej strony, rekonstruując najbardziej dramatyczne sceny: Colonell ze złodziejskimi narzędziami w rękach siedzący przy łóżku w pokoju tawerny, krwawa przesyłka, szalona ucieczka zatłoczonymi ulicami i strzała tkwiąca w szczelinie hełmu paladyna. Na domiar złego, przed oczami stanął mu obraz Aarima dopinającego karwasz w dniu, w którym chłopak przybył w towarzystwie korpulentnego lorda - niebianin nie sprawiał wrażenia poruszonego widokiem białego elfa, jak gdyby spodziewał się nieproszonego gościa.

Gościa, który znów tu był, machinalnie wręczył wodze zmokłego karego rumaka w ręce rekruta i nie zaprotestował, kiedy nakazano mu oddać broń. W odróżnieniu od Colonella, który niemal wszczął bójkę uparcie obstając przy zatrzymaniu sztyletów. Ostatecznie rycerz-dowódca zmuszony był przyzwolić na odstępstwo od reguły, biorąc na siebie odpowiedzialność za najętych strażników.

Est posłusznie podążył za resztą do bocznego wejścia garnizonu. Żal mu było omijać piękne zieleńce oraz ascetyczne wnętrze katedry, ale nie zamierzał udawać, że ciepła kolacja i sucha sypialnia nie są dla niego równie atrakcyjne co surowy majestat budowli. Echo kroków rozbrzmiewało w uszach, gdy szli za Aarimem labiryntem długich i wąskich korytarzy poprzetykanych drzwiami oraz okienkami o małych zachlapanych szybkach wychodzącymi na zacieniony wewnętrzny dziedziniec. Est już raz gościł w garnizonie. Nie był jednak pewien, czy to ten sam korytarz co poprzednio, wszystkie bowiem wydawały się identyczne.

Mijani na skrzyżowaniach mężczyźni zakuci w ciężkie, błyskające w świetle kinkietów zbroje, z hełmami pod pachami i mieczami przy biodrach, pozdrawiali dowódcę z należnym mu szacunkiem. Est widział wyłącznie plecy i kark Aarima, niemniej po reakcjach rycerzy domyślił się, że odpowiada im on zgodnie ze zwyczajem. Na przybyszów nie zwracano większej uwagi, jakby obecność ludzkiej pary oraz nietypowego elfa była tu codziennością.

Za to półsmok czuł się tak bardzo nie na miejscu, jak nigdy przedtem. Przypatrywał się z wymuszonym zaciekawieniem nie tyle monotonnym murom i schodom rozwidnionym lampami, co przechodzącym obok rycerzom Zakonu. Ludziom. Oczywiście że ludziom, byli w końcu w Estarionie. Dociekliwego chłopaka zastanawiało, dlaczego noszą te uciążliwe płyty stali wewnątrz budynku. Czy oni kiedykolwiek odpoczywali? Czy właśnie szli wykonywać swe obowiązki? Sir Aarim, kurtuazyjnie dźwigający bagaże czarodziejki, w wilgotnej pelerynie, koszuli i spodniach o eleganckim fasonie wyglądał na tle paladynów jak królewski potomek powracający z konnej przejażdżki przerwanej niepogodą. Radosnej, gdyby nie prawda wykuta w urodziwej marmurowej masce.

Po niekończącym się spacerze, obładowani tobołami i pozostawiający za sobą błotniste kałuże podróżni dobrnęli do kolejnych, zwyczajnych jak reszta drzwi. Est zachodził w głowę, jak mieszkańcy odnajdują się w tym kamiennym mrowisku, w którym wszystko wyglądało jednakowo. Cóż, mrówki też bezbłędnie odnajdywały się w swojej domenie, więc może i tutaj funkcjonuje ten sam system?

Aarim bez zapowiedzi wtargnął do środka i rozejrzał się po opustoszałym, rozjaśnionym kinkietami pomieszczeniu, którego centralny punkt stanowił podłużny stół, aktualnie pusty, a także pół tuzina ustawionych pod przeciwległą ścianą krzeseł. Pozostali, kierowani zasadami etykiety, zaczekali przed wejściem na zaproszenie gospodarza. W rzeczywistości nikt nie odważył się wkroczyć do sali bez kategorycznego nakazu; dojmujący ascetyzm oraz nienaturalna cisza wypełniające to miejsce działały na nich niby srogie wejrzenie groźnego belfra, którego nierozsądnie jest prowokować.

Niebianin opuścił pomieszczenie i zaczepił napotkanego podkomendnego wydając szereg cichych, krótkich poleceń. Struchlały młody rekrut kilka razy przepraszająco skinął głową i szybkim krokiem wrócił tam, skąd przyszedł. Est nie mógł wyjść z podziwu dla tych ludzi, wszak umieli tak swobodnie poruszać się w ciężkim i niewygodnym pancerzu!

Czyżby Wszechmocni nie odeszli, a sam Tarthos użyczał im swej nadludzkiej siły? - przemknęło mu przez myśl. Z nagła przecięła ją inna, mniej niewinna: Nie, potęga Jedynego przewyższa wszystko. Siła śmiertelnych jest zaledwie siłą ich pragnień oraz dążących do ich spełnienia starań.

Opancerzonymi ramionami wstrząsnął dreszcz, aż Est musiał poprawić pasy plecaka zsuwające się z barków. Rzucił okiem na rycerza-dowódcę, ale ten zdawał się nie interesować jego poczynaniami, podobnie jak  Leos i Col. Coraz bardziej zasępiony westchnął cicho. Obłęd postępował. A on pojęcia nie miał, jak sobie z tym radzić.

Aarim spojrzał wreszcie na troje najemników. Z jego posągowego oblicza trudno było cokolwiek wyczytać.

- Wybaczcie problemy organizacyjne, proszę – odezwał się. - Moi ludzie otrzymali ścisłe rozkazy, wśród których, niestety, zabrakło wzmianki o nakryciu do kolacji. Pozwólcie zatem, że zaprowadzę was do waszych komnat, gdzie… Ach. – Najwyraźniej książę przypomniał sobie o czymś, co w jego mniemaniu było naprawdę dużym problemem organizacyjnym, skoro przytknął palec wskazujący do nasady prostego nosa, przymykając przy tym oczy. – Przygotowano dwie cele gościnne, gdyż nie spodziewałem się dodatkowej osoby. - Jego wzrok spoczął na Leos, by zaraz potem prześlizgnąć się na stojących obok siebie mężczyzn. - Obawiam się, iż przez najbliższe dwie noce niemożliwe będzie udostępnienie trzeciej celi.

Col prychnął ironicznie.

- Nie ma sprawy, przecież nie chcemy żeby „dodatkowa osoba” spała w jednym pokoju z którymkolwiek z nas.

Jadowita złośliwość w jego barytonie była dla Esta zupełną nowością. Chłopak z ledwością powstrzymał się przed upomnieniem przyjaciela. I tak słowami nic by nie wskórał. Ta dwójka musiała się dopasować, przywyknąć do wzajemnego towarzystwa. A jemu pozostało już tylko obserwować i interweniować, kiedy konflikt zacznie przybierać agresywną formę.

Powieki Aarima pomału opadły, perfekcyjnie odzwierciedlając moment odzyskiwania nadwyrężonej cierpliwości.

- Prawdę powiedziawszy, Colonellu, wolałbym nie lokować was dwóch w jednej celi. Przypuszczam jednak, iż jest to nie do uniknięcia. Tędy, proszę. Cele znajdują się na końcu tego korytarza. - Oszczędnie skinął dłonią, ruszając we wskazywanym kierunku. - Będziecie mogli zażyć odpoczynku przed kolacją. W kominkach powinien płonąć ogień, w innym wypadku ufam, iż poradzicie sobie z tą niedogodnością.

- Nie macie tutaj służby? – zapytała dreptająca za rycerzem-dowódcą Leos, ledwie sięgając mu do ramienia. Nie przeszkadzała jej myśl, że sama musi zadbać o swoje potrzeby i wygodę, ale brak służących w tak olbrzymim gmachu był dla niej nie do pomyślenia. - To kto zajmuje się garnizonem?

- Paladyni są sobie służbą - odparł Aarim zwalniając, by dziewczyna zrównała z nim krok. Est poczuł się dziwnie widząc ich idących obok siebie. Natychmiast zrzucił to na karb koszmarnej aury młodzieńca nie dopuszczając do siebie świadomości, że może to być spowodowane czymś sączącym się z duszy lub serca. - I ubiegając twoje następne pytanie, również i ja, królewski potomek, służę na każdy możliwy sposób.

- Niebywałe! - zawołała Leos i naraz zatkała sobie usta, słysząc jak echo niesie jej głos wzdłuż wąskiego korytarza. - Niektórzy mężczyźni nie zawiążą spodni bez pomocy służby, a szlachetni rycerze Zakonu samodzielnie wykonują wszystkie, choćby najmniej godne prace? – zachwycała się cichszym tonem.

Colonell nie mógł zostawić tematu bez komentarza, a jego pozornie dobry humor tylko wzmógł czujność półsmoka wietrzącego niecny postępek.

- Ja bym się raczej zastanowił dlaczego mężczyźni nie zawiążą spodni bez pomocy służby. Jeśli ktoś je rozwiązał, to powinien je później zawiązać.

- Col! - syknęła zgorszona.

- Co? Mam ci przypomnieć kto rozpowiadał, że sypia z Estim?

- Jak rany, dość już tego! - Doprowadzony do granic zażenowania Est wszedł między parę przyjaciół. Korciło go, by szarpać końcówki uszu, lecz zamiast tego rozłożył ręce, rozdzielając mierzących się gniewnymi spojrzeniami ludzi. Rodzeństwo. - Jesteśmy głodni, przemoczeni i zmęczeni po podróży, to zrozumiałe że się denerwujemy. Zjedzmy coś i wyśpijmy się, dobrze? Później będziemy rozmawiać.

Trzymający się na uboczu książę spoglądał na sprzeczających się najemników. Częściej jednak uważnych złotych oczu nie spuszczał ze zmieszanego Esta, który, gdyby tylko mógł, wpełzłby w jakąkolwiek dziurę i przesiedział w niej do czasu, aż dadzą mu spokój.

Niebianin wprawdzie nie odczuwał emocji, ale doskonale się w nich orientował. Szczególnie że zaklinacz cały nimi emanował.

- Czy wasza dyskusja może poczekać? – poprosił, wspierając chłopaka. - Jesteśmy na miejscu. Jak mogliście zauważyć, do sali wiedzie prosta droga, toteż spotkajmy się tam, gdy ochłoniecie.

Aarim odstawił na przykrytą chodnikiem posadzkę tobołki czarodziejki, które w swej uprzejmości niósł przez całą drogę, po czym odwrócił się sztywno i przeszedł tę samą trasę którą przyszli, pozostawiając przyjaciół samych sobie. Kiedy zniknął za zakrętem, Leos spiorunowała przodownika wzrokiem.

- Czy musisz być aż tak nieokrzesany? Podejmuje nas jak gości, a ty zachowujesz się jak jakiś prostak! Ogarnij się! - Wzięła się pod boki, rozchlapując deszczówkę spływającą z zagłębień peleryny.

Wycofujący się Est przeczuwał, co zaraz nastąpi. Nie wtrącał się więcej, wolał przyglądać się wydarzeniom. Póki sami go w to nie wmieszają, a było to bardziej niż prawdopodobne.

- Chyba mamy to we krwi, panienko – wytknął jej enigmatycznie Col. - Możemy wreszcie rzucić te torby i wskoczyć w coś suchego?

- Zazdrosny dzieciak!

- Nie jestem zazdrosny, nie mam ku temu powodów. Poza tym widzę, jak się do niego wdzięczysz. Przykro mi, bo wygląda na to, że nie masz szczęścia do mężczyzn - zripostował Colonell i wyminął rozgoryczoną dziewczynę. Otworzył pierwsze drzwi po lewej. - Jeśli to nie kłopot, bierzemy ten pokój.

Est spostrzegł, jak przyjaciółka w geście bezradności zaciska pięści i z dławiącą furią patrzy za wchodzącym do celi mężczyzną. Łzy lśniły w jej niebieskich oczach, jednak Leos była na tyle silna, by nie pozwolić im płynąć. Est współczuł jej, lecz równocześnie czuł dumę z jej samokontroli. Col uderzył poniżej pasa i zrobił to z premedytacją, nic nie usprawiedliwiało jego bezczelności.

- Mogę ci jakoś pomóc? – zaoferował się, kładąc urękawicznioną dłoń na ramieniu Leos. Piromantka uspokoiła się pod spojrzeniem skaleonich ślepi, ale drżącego gniewu nie potrafiła opanować. - Przepraszam za niego, czasami zachowuje się jak skończony dureń. Nie bez przyczyny nienawidzi tego miasta, co nie oznacza, że może bezkarnie wyżywać się na was.

Czarodziejka pociągnęła nosem i pospiesznie otarła nadgarstkiem policzek.

- Wiem – westchnęła. - Nie znam go tak dobrze jak ty, ale zdążyłam się do niego przyzwyczaić. Tak przynajmniej sądziłam...

- Już dobrze, Leos, wszyscy jesteśmy zdenerwowani. - Est sięgnął po sakwy i delikatnie odsunął jej rękę, dając do zrozumienia, że sam się nimi zajmie. – Przegadam mu do rozumu.

Przeniósł rzeczy Leos do skromnej celi będącej teraz jej sypialnią i odłożył we wskazanym miejscu przy łóżku. Wyprostował się, otrzepał dłonie i popatrzył w opuchnięte od powstrzymywanych łez ciemnoniebieskie oczy. Bez namysłu przytulił ją do osłoniętej kirysem piersi. Pogłaskał miodowe rozczochrane włosy.

- Wspaniale sobie radzisz, Leos - wyszeptał. - Jestem z ciebie dumny.

Odsunął spąsowiałą Małą Niedźwiedzicę na odległość wyciągniętych ramion, przesunął kciukiem po jej drżącym podbródku i uśmiechnął się lekko. Szkliste spojrzenie dziewczyny momentalnie go otrzeźwiło. Gwałtownie wycofał się pod drzwi, uderzając o nie plecakiem. Napływający wstyd i niechęć do samego siebie zamaskował słabym, przepraszającym grymasem. Obrócił się na pięcie i w milczeniu opuścił celę, bo nie był w stanie wydobyć słowa ze ściśniętego gardła. Wziął parę głębszych oddechów i nie wiedząc co ze sobą począć, oparł się czołem o zimną ścianę korytarza. Z ukosa zerknął na niewielkie okienko upstrzone kroplami deszczu.

Co go, do cholery, napadło?!

Wściekły zwyzywał się od najgorszych. Miał niepowtarzalną szansę skierować uwagę beznadziejnie zakochanej dziewczyny w inną stronę, a co z tym robił? I to w tak trudnej dla nich sytuacji! Trudnej szczególnie dla niej! Poza nim nie ma nikogo, na kim mogłaby polegać, komu mogłaby w pełni zaufać. Miał być jej opiekunem, a nie…

Odetchnąwszy dla wyciszenia rozszalałych myśli, Est odepchnął się od ściany i obładowany własnymi bagażami, przemoknięty oraz skrajnie nieszczęśliwy poszedł do celi, którą dzielić miał z Colem. Otwierając, niekontrolowanie uderzył drewnianymi drzwiami o ich ramę, aż nienawykła do takiego traktowania ościeżnica chrząknęła pękającym drewnem. Ledwie żarzące się w kominku bierwiona buchnęły płomieniem. Rzucił rzeczy na stertę utworzoną przez zwiadowcę i nie patrząc na partnera usiadł na brzegu pryczy, chowając twarz w dłoniach. Miał być biernym świadkiem, a urządzał sceny nie gorsze niż Col.

- Esti, przepraszam. Poniosło mnie. - Colonell wstał z jedynego w pomieszczeniu krzesła. Nie wiedział co zdarzyło się w celi obok, a stan ducha półsmoka mylnie tłumaczył własnym bezmyślnym wyskokiem. - Leos też przeproszę, przy kolacji. Idiota ze mnie.

Twardy materac ugiął się pod ciężarem rosłego człowieka. Est poczuł na udzie ciepłą rękę. Nawet przez grubą skórę ochraniacza dotyk partnera wzbudzał w nim niepohamowane dreszcze. Jak ma powiedzieć ukochanemu, co dzieje się w jego sercu, skoro on sam tego nie rozumiał?

Chłopak wciąż nie odpowiadał, więc Col naparł na niego barkiem, zachęcając do przeprosinowej przepychanki. Przekonany, że to z jego winy Esti wpadł w tak ponury nastrój, próbował poprawić mu humor zapewniając, że naprawi swój błąd. Objął ramieniem niewzruszonego dzieciaka i oparł brodę o czubek jego głowy. Spodziewał się, że ten wkrótce zareaguje…

Ale nie z taką dzikością!

Osłupiały Colonell wylądował plecami na wykrochmalonej pościeli, do której Est docisnął jego nadgarstki. Wielkie tęczówki chłopaka lśniły intensywnym, jaskrawozielonym blaskiem i nie było to odbite światło ognia. Półsmok z wahaniem przygryzał dolną wargę i niespiesznym spojrzeniem przemykał po każdym detalu oblicza unieruchomionego mężczyzny. Wyglądał, jakby myślami przebywał zupełnie gdzie indziej, jednocześnie zapamiętując rysy łowcy i tworzące skomplikowany wzór linie płowiejącego barwnika. Col bał się poruszyć, by nie przepłoszyć tak podniecająco nieobliczalnej istoty.

Czuowieców należy sobie podporządkować – pomyślał półprzytomny chłopak. Wówczas będą posłuszni...

- Nie... - mamrotał, wzroku nie odrywając od ukochanego człowieka. - Nie pragnę posłuszeństwa.

- Esti? O co…

Col nie dokończył, ponieważ pierś obleczona w czarny pancerz przylgnęła do jego miękkiej bluzy, wypierając powietrze z płuc. Est sugestywnie otarł się o niego lędźwiami, przesuwając nieco do przodu i w górę. Zastygł z ustami przy jego ustach, wpatrzony w lekko rozchylone oczekiwaniem ciemne wargi - jakby nagle zapomniał, co chciał zrobić. Colonell obserwował go z rosnącym pożądaniem. Zachwycony tym rzadkim widokiem nie ingerował, czekał z cierpliwością topniejącą w żarze ich wspólnego ognia. Uścisk na lewym nadgarstku zelżał. Długie palce gładziły teraz zawijasy tatuażu, opuszki sunęły po przystrzyżonym zaroście. Wyswobodzoną rękę przodownik położył na białym policzku niezdecydowanego kochanka, który po raz kolejny zaskoczył go do granic cielesnej wytrzymałości.

Est wyprężył grzbiet, siadając okrakiem na oszołomionym mężczyźnie. Czerwony, gorący i zadziwiająco wąski język wysunął się spomiędzy ostrych kłów, gdy przysunął szorstką dłoń człowieka do swoich ust. Nie odwracając hipnotyzującego, nieprzeniknionego spojrzenia od spacyfikowanego kochanka, chciwie chłonął pełną gamę uczuć przebiegających przez smagłą twarz, kiedy po kolei rozsuwał językiem jego palce i liżąc, smakował całą ich długość. Klatka piersiowa pod nim unosiła się coraz szybciej; oddech człowieka stał się płytki i urywany. Cichy jęk wydobył się z zachrypniętego gardła w chwili, w której chłopak wsunął sobie jego palce do ust i zaczął kąsać je z agresywnie zachłannym, wręcz dominującym wzrokiem.

Skupiony na zwiadowcy czuł błądzącą pod koszulką dłoń nie mogąca zagrzać miejsca na jedynych dostępnych przestrzeniach pobliźnionej skóry. Ludzki mężczyzna musiał przeżywać prawdziwie rozkoszne katusze, jako że opasający biodra pas z medykamentami wiernie strzegł tego, co pozostawało niewidoczne dla postronnych. Z okrutną radością czerpał satysfakcję z bezsilności partnera w starciu ze skórzaną zbroją szczelnie okrywającą szczupłą, zgrabnie umięśnioną sylwetkę.

Łaskawie pochylił się, niby przypadkiem ocierając o pulsującego w spodniach członka. Podrażnił ustami wargi partnera, nie pozwalając mu na posmakowanie pieszczoty. Colonell spróbował dźwignąć się na łokciach, lecz Est pchnął go na posłanie i droczył się z nim, by na koniec wpić się w chętne usta z mocą nie tylko fizyczną.

Dominacja...

...Przejęcie...

...Kontrola!

Niespodziewane uderzenie przyjemności zamroczyło człowieka, który wyłącznie dzięki sile woli nie utracił panowania nad rozpalonym ciałem. Mogło się wydawać, iż zmysłowy pocałunek był jedną z wielu dotąd wymienianych pieszczot, ale ten był zgoła inny. Oprócz śliny i emocji przekazał namacalną energię, jakiej Col nie znał i nie umiał określić. Językiem dotykał śliskich i niebezpiecznych kłów drapieżnego kochanka, dryfując ekstatycznie między umiarkowanym upojeniem alkoholowym a kompletnym odurzeniem. Ten przyjemny i trudny do uchwycenia moment zaspokojenia opłynął jego ciało, hucząc w czaszce odbierał zdolność jasnego rozumowania.

Colonell przycisnął do siebie namiętnego partnera, ignorując wrzynające się w brzuch metalowe wzmocnienia i klamry czarnej skórzanej zbroi oraz flaszeczki z miksturami. Ich usta nie odrywały się od siebie ani na sekundę, nie wadziły im nawet rozmiary jednoosobowego łóżka. W tej chwili byli jednością, pomimo warstw odzieży i pancerza bezwzględnie oddzielających ich od siebie.

Mężczyzna zachłysnął się, raptownie wracając do rzeczywistości. Odnosił wrażenie, jakby dopiero wypłynął na powierzchnię po bardzo długim przebywaniu pod taflą gotującej się wody. Nie potrafił złapać tchu, płonął od wewnątrz! W przeciwieństwie do chłopaka, który, leżąc na nim, podpierał się na łokciach i bawił brązowymi włosami, przypatrując się jego bezowocnym wysiłkom z nieznacznie uniesionymi kącikami białych warg.

- Co to… Haaa... Co ty… Esti, co to było? – wydyszał Col marząc o łyku wody, która przyniosłaby ulgę jego przesuszonemu gardłu. - Wszechmocni… Hah, myślałem że dojdę i odejdę równocześnie! - Błogi uśmiech rozpromienił jego zaczerwienioną twarz. - Jesteś niesamowity. Prawie mnie zabiłeś!

Est nie przestawał bawić się jego włosami. Tajemniczy uśmiech wciąż błąkał się na jego ustach.

- Chciałem sprawdzić, czy w ten sposób mogę przesłać ci choć cząstkę mojej mocy. I skłonny jestem przyznać, że ten mały eksperyment przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Byłeś mój, w pełni zdany na moją łaskę i niełaskę - wymruczał Est tak niskim i drapieżnym tonem, że pobudzony Col zapragnął powtórzyć to fantastyczne doznanie choćby za cenę własnego życia. - Cieszę się, że nie uczyniłem ci krzywdy.

Zsunął się z łapiącego dech zwiadowcy i wychodząc na środek celi, na wyczucie rozpinał sprzączki skórzanego pancerza. Zdjęte elementy tradycyjnie lądowały na podłodze tworząc niezgrabną kupkę matowych skór oraz czarnych klamerek - tylko cenny pas obdarzył szczególną troską. Est majstrował zawzięcie przy sprzączce kirysa, a ogień w kominku zapłonął jaśniej, jak gdyby chcąc ułatwić mu wykonanie tej żmudnej czynności.

Col ostrożnie podniósł się z pryczy, siadając na jej brzeżku. Komnata gwałtownie zawirowała mu przed oczami i opierając łokcie o kolana dochodził do siebie, wbijając spojrzenie w jedyny stabilny element otoczenia jakim była kamienna posadzka wyłożona niebieskim dywanem o krótkim włosiu. W tym czasie Est bezskutecznie wygładzał pomiętą czarną koszulkę bez rękawów. Zaprzestał jednak, dostrzegając, że nie ma to najmniejszego sensu.

Rzeczywiście, Est czuł się lepiej niż jeszcze przed chwilą. Jakby wraz z odrobiną esencji pozbył się również wątpliwości wynikających z niezrozumienia własnych uczuć. Mistrz pobierał od niego nadwyżkę mocy samym uściśnięciem dłoni, jako poszukiwacz magii mógł tego dokonać na przekór mechanizmom obronnym ucznia. Trafnie odgadywał dyskomfort podopiecznego związany z nagromadzoną energią i subtelnie pomagał mu uwolnić ją z organizmu. Dlatego też Est pod wpływem impulsu, zbiegłej myśli, postanowił oddać część mocy niemagicznemu kochankowi w nieco odmienny niż dotychczasowy seksualny sposób. I był bardziej niż zadowolony z uzyskanego efektu. Musiał tylko czujnie obserwować, czy Colowi nic nie będzie dolegało z racji energii tajemnej wymagającej zneutralizowania. To nie ich pierwszy raz, lecz na pewno pierwszy, gdy on sam poczuł się inaczej w trakcie przesyłania mocy. Nie miał jednak pewności, jak ludzkie ciało ją zniesie. Czuł się podle myśląc o kochanku jak o obiekcie doświadczalnym, aczkolwiek nie mógł zaprzeczyć, że końcowy rezultat będzie pouczający.

- Dobrze się czujesz? - Skruszony wrócił do siedzącego na skraju łóżka partnera i przykucnął naprzeciwko. Zajrzał mu w oczy szukając... sam dokładnie nie wiedział czego. Nic nie wskazywało na to, by ten wiecznie wesoły typ cierpiał od magicznej choroby. - Przepraszam, Col. Oddaję ci swoją esencję, a nawet nie wiem, jak na ciebie wpływa.

- Esti, jeżeli miałoby mnie to zabić, to będzie to cudowna śmierć - wychrypiał człowiek głosem ociekającym szczęściem. Ciepłe palce zaplątały się w czarne włosy Esta, kiedy Col przyciągnął go do siebie i pocałował czule.

- A idź wyłysiej! - wzburzony chłopak wyrwał się z łagodnych objęć. Podszedł do drzwi i z ręką na klamce oraz uroczo nadąsaną miną zmierzył wytatuowanego mężczyznę groźnym wzrokiem. - Powinniśmy udać się na kolację, nim zaczną sobie wyobrażać zbyt wiele.

Colonell odetchnął głęboko i podciągnął rękawy bluzy pod same łokcie. Za oknem szalała ulewa, odległe mruczenie zwiastowało nadejście burzy, a w sypialni było wyjątkowo przytulnie mimo surowego wystroju oraz ledwie tlącego się ognia w kominku. Nie miało sensu przebieranie się na kolację, więc pomału wstał z posłania i niedbale otrzepał ubranie.

- Nie żartuję, Esti – ciągnął, dołączając do niego. – Poświęciłbym dla ciebie życie, gdyby zaszła taka konieczność.

Est otwartą dłonią zamknął mu usta i odepchnął go od siebie z irytacją. Śmierć nie wpisywała się w jego poczucie humoru.