Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Leos i Aarim w milczeniu czekali na
pozostałych. Siedząc po przeciwnych stronach skromnie nakrytego stołu nie mieli
sobie zbyt wiele do powiedzenia, poza tym rozdarta skrajnym wybrykami dwójki
przyjaciół dziewczyna wolała zatopić się w przemyśleniach, aniżeli bezsensownie
odzywać. Co nie znaczyło, że nie spoglądała ukradkiem na urodziwego księcia
Estarionu.
Młodzieniec
nie wyglądał na skorego do gawędzenia. Zdawał się być małomównym, powściągliwym
typem, który ponad zbędne słowa przedkładał skrupulatnie wykalkulowane
działania. Nawet teraz sprawiał wrażenie, jak gdyby dogłębnie analizował nie
tyle obecne wydarzenia, co niedaleką przyszłość. Przygotowywał ewentualne
scenariusze przebiegu spotkań, rozmów, zdarzeń. Niebianin tak bardzo różnił się
od ludzi, jakich Leos znała, że poniekąd obawiała się wykonać przy nim jakikolwiek
ruch, aby przypadkiem nie stracić na wartości w jego tajemniczych złotych
oczach...
Szybko
zganiła się za zuchwałe marzycielstwo. Ona, przeciętna dziewczyna, w ocenie
szlachetnego rycerza-dowódcy oraz dumnego dziedzica tronu musiała być pospolitą
czarodziejką. Colonell ma rację, nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn. Najważniejszy
mężczyzna w jej życiu porzucił ją i matkę, kiedy najbardziej go potrzebowały. I
chociaż na salonach pałacu w Zielonych Bramach wychowywała się pośród wysoko
sytuowanych ministrów oraz doradców, to wciąż bez ojca, bez wzoru, na podstawie
którego odnalazłaby przykładną miłość…
Na
ten czas znów była nieszczęśliwie zakochana - i to w białym elfie związanym z
ludzkim mężczyzną.
Wtem
obaj przywołani myślą najemnicy zjawili się w spowitej ciszą sali, przywołując zasmuconą
Leos do rzeczywistości. Colonell ze skrzypnięciem odsuwanego krzesła usiadł
obok naburmuszonej Małej Niedźwiedzicy i, jakby od niechcenia, rozejrzał się po
zastawionym wiktuałami blacie.
Dla
Estalavanesa zostały jeszcze trzy miejsca do wyboru, z czego jedno obok Aarima.
Zajął je, chcąc uniknąć przeszywających duszę złotych tęczówek. Jakże się
zdziwił, gdy siedzący naprzeciw zwiadowcy niebianin skoncentrował całą uwagę
właśnie na człowieku! A raczej na tym, co w nim dogasało, neutralizowane
energią fizyczną. Jak mógł tego nie przewidzieć?! Toż to jawne przyznanie się
do winy!
Est
był zdruzgotany. Wpatrując się w talerz gorączkowo rozmyślał nad wytłumaczeniem
i ewentualnymi konsekwencjami swojego lekkomyślnego zachowania. To oczywiste,
że wyczulony na wszelkie niuanse w nurcie paladyn natychmiast wykryje moc w
człowieku pozbawionym magii. Zapewne równie łatwo domyślił się jej pochodzenia...
Chwila, czym on się właściwie przejmował? Aarim nie wiedział, w jaki sposób Est
przekazuje esencję, ponadto jest świadom charakteru relacji wiążącej go z
Colem. Przecież to normalne między dwojgiem kochających się osób. Dwójką
mężczyzn. Jak rany...
Chłodny,
wyzbyty emocji głos rycerza przerwał dręczące chłopaka rozterki.
-
Nie krępujcie się, proszę, i częstujcie. Za tydzień powinniśmy być w
Aneil’Aranth, a tamtejsze sale obfitują w luksusy, jakich na próżno szukać w ascetycznych
progach mego garnizonu.
Widząc
opieszałość towarzyszy, Aarim zastosował się do swoich słów i nałożył sobie na
talerz słuszną porcję duszonych na maśle letnich warzyw posypanych siekanym
koperkiem.
Est
nie miał w zwyczaju wpychać się komuś pod ręce przy posiłku, więc w oczekiwaniu
na swoją kolej obejrzał pomieszczenie, byle uciec od żenujących myśli. Na
jednej z kamiennych ścian wąskie okna zroszone grubymi kroplami deszczu
ciągnęły się od wyłożonej dywanem podłogi po belki bielonego sufitu. Jedyną
ozdobą w rozświetlonej kinkietami sali jadalnej był - wielki jak ramy okien - błękitny
proporzec z haftowanym złotą nicią symbolem Zakonu Paladynów. Estowi spodobał
ten bezpretensjonalny minimalizm i chociaż sal w Twierdzy Niedźwiedzi nie wyposażono
szczególnie bogato, to w porównaniu z surowością tego miejsca przypominały
komnaty balowe szlacheckich dworów. Stół, sześć krzeseł oraz niewyszukana
zastawa również miały w sobie więcej praktyczności aniżeli uroku, ale czy
naprawdę konieczne jest przydawanie wszystkiemu zbytecznej ilości ozdób oraz
ornamentów? Rycerze nie przywiązywali wagi do przedmiotów oraz majątków, a
skromny półsmok potrafił to zrozumieć. I podzielał ich stosunek do dóbr
materialnych częściej będących przyczynami konfliktów, niż sposobem na
utrzymanie zgody.
Jedzenie
także nie było wystawne, lecz bynajmniej nie traciło przez to na smaku. Wręcz
przeciwnie, okazało się niesłychanie wyborne, choć podana na ciepło kolacja
składała się z lekkich bezmięsnych potraw – hodowanych w warzywnikach garnizonu
jarzyn oraz pieczywa. Jak wyjaśnił gospodarz, mięso spożywali cztery razy w
tygodniu, wyłącznie na obiad. Est, typowy zjadacz produktów pochodzenia
zwierzęcego w ilościach graniczących z obżarstwem, zmartwił się tą wiadomością...
Nie na długo jednak, jako że niecodzienny smak ziarnistego chleba oraz warzywnej
mieszanki podbił nie tylko jego podniebienie, ale i serce. Głodówka mu nie
groziła, o ile już zawsze będą go tak karmić! W końcu Aarim prezentował się
niezgorzej w błękitnej koszuli miękko układającej się na muskulaturze godnej
świętego wojownika, a był przecie na iście zakonnej diecie.
Nieco
podbudowany chłopak jadł z tak ogromnym apetytem, że puścił mimo uszu komentarz
Cola pod adresem jego żarłoczności oraz szybkiej przemiany materii, na którą wciąż
obrażona Leos parsknęła szczerą wesołością. Colonell miał talent do zabawiania
towarzystwa i chętnie z niego korzystał. Nawet Aarim na poziomie emocjonalnym
dorównującym kamieniom posadzki uśmiechał się z grzeczności, ledwie wyginając
kąciki ust i dokładnie przeżuwając wieczorny posiłek.
Kiedy
przodownik snuł opowieść, podejmowało ją również jego ciało. Gesty
odwzorowywały wydarzenia, baryton zmieniał barwę w zależności od sytuacji, a
ekspresyjna, połowicznie wytatuowana twarz wyrażała więcej niż wypowiadane
słowa. Tak oto w przeciągu roku oczarował wrażliwego Esta: najpierw go
onieśmielił, potem do siebie przekonał, aż wreszcie oswoił i przyjął jako
swego. Ludzie z natury byli szybcy, głośni i gwałtowni, lecz to właśnie te
cechy wyróżniały ich na tle pozostałych ras. Jego przyjaciel był typowym
przedstawicielem swojego gatunku, ale kryło się w nim coś, czego nie chciał
pokazać światu. I Est postawił sobie za punkt honoru odkrycie sekretu człowieka
z niepełnym tatuażem.
Rozbawiony
półsmok skubał różyczkę kalafiora i z przyjemnością patrzył, jak ukochany
mężczyzna rozśmiesza do łez siostrę, gdy mimochodem zerknął na niebianina.
Uśmiech momentalnie spłynął z jego warg. Ledwie przełknął napoczęte warzywo. Tak
intensywne, niemal namacalne skupienie malujące się na poznaczonym oparzeniami obliczu
paladyna podbiło mu żołądek, który dopiero odbiwszy się od serca wrócił na
swoje miejsce. Naszła go nieposkromiona chęć potraktowania rycerza-dowódcy
mocnym kuksańcem, lecz siłą woli powstrzymał się przed podjęciem tak
radykalnych metod dekoncentracji. Nie mógł w ten sposób przerwać mentalnego
syfonu emocji, ale był w stanie zrobić to w bardziej eleganckim stylu.
Odłożył
sztućce na opróżniony talerz, wziął kubek i nalewając sobie wody z karafki,
wtrącił się tonem swobodnej pogawędki.
-
Aarimie, czy opowiesz nam o osobach przyjmowanych w szeregi stanu rycerskiego?
- Zwrócił się ku posągowemu profilowi oraz ostro zwieńczonym uszom zwodniczo
upodabniającym niebianina do imperialnych elfów. – Do tej pory spotkałem jedynie
ludzi. Mężczyzn. Nie ma wśród was kobiet? Albo innych ras?
Gospodarz
ze starannie tłumioną niechęcią oderwał spojrzenie od przodownika, jak gdyby dotychczas
przyglądał mu się z odrobiną uprzejmego zaciekawienia. Zrozumienie rozjaśniło jego
oblicze, kiedy obrócił się do pytającego i natychmiast spostrzegł nieme
wyzwanie w zielonych skaleonich ślepiach. Już miał pewność, iż jego podejrzenie
co do istoty białego elfa było właściwe. Aarima zafascynował czyn, jakiego
niedawno dopuścił się Est na ludzkim najemniku. Było to rozmyślne działanie czy
też kwestia zrządzenia losu oraz nieznajomości własnych umiejętności? Zaklinacz
Żywiołów pozostawał niebezpieczną zagadką i, jak skonstatował, dobrze czynił
trzymając go blisko siebie, z dala od arcypaladyna. Będą mieli dostatecznie
dużo czasu, by wzajemnie się poznać i porozumieć. Zaufać sobie. Upewnić się co
do celu mającego stać się ich wspólnym dążeniem. A przede wszystkim należało
mieć się na baczności wobec tego, co skrywała niepozorna czarna rękawiczka.
Pozbawione
wyrazu złote oczy spoczęły na białej twarzy. Est osiągnął zamierzony efekt,
gdyż niebianin przestał wchłaniać – czy co też innego robił - emocje Cola.
Obserwowany przez najemników musiał zachowywać się naturalnie, choć w jego
przypadku słowo to zupełnie nie wpisywało się w definicję.
-
Owszem, Estalavanesie, mogę opowiedzieć wam kim są rycerze Zakonu Paladynów. I
jak już zauważyłeś, w znakomitej większości są to ludzie, Estariończycy.
Powszechnie wiadomo, że imperialni elfowie stronią, wręcz izolują się od reszty
świata, toteż niepodobna, by zechcieli wesprzeć swymi zdolnościami ludzką
organizację militarno-polityczną. Są swoiście introwertycznym narodem, czego
nie można rzec o wojowniczych krasnoludach, których dwa zwaśnione klany
zamieszkują górzyste tereny na północy Estarionu. I tak się składa, iż trzech reprezentantów
tej dumnej rasy uznało nasze pobudki za wystarczająco wzniosłe, by ryzykować dlań
nie tylko życiem, ale i utratą przynależności do klanów. Stacjonują oni w
garnizonie Derenis na północy krainy, u podnóży Srebrzystych Szczytów. - Aarim przesunął
kubek, przyzwalając półsmokowi napełnić go wodą. - Dziękuję. A co się tyczy
płci, to historia sięgająca początków Zakonu wymienia cztery kobiety pasowane
na paladynów, wyłączając kapłanki oraz kleryczki, mowa bowiem o rycerzach.
Spośród nich żyje już tylko jedna i obecnie piastuje najwyższe stanowisko
rycerza-dowódcy zachodniego, sąsiadującego z Ramneią garnizonu Kartynida .
Pierwsza w dziejach paladynka zmarła wieki temu i była moją prababką, druga -
babką. Trzecia odeszła w Pozaświat sześć lat temu. Była moją matką.
Oziębły
ton, jakim Aarim obwieścił los rodzicielki, wstrząsnął trójką najemników. Dotknięta,
boleśnie wspominająca własną tragedię Leos wymamrotała kondolencje, natomiast
Col i Est przemilczeli temat świadomi, że żadne wyrazy współczucia nie będą mieć
znaczenia, gdyż takie już było niewzruszone usposobienie niebianina. Śmierć jest
dla niego równie naturalna co stal oblekająca ciało oraz miecz u boku.
-
Niepotrzebnie jest ci przykro, Leos, lecz dziękuję za miłe sercu słowa. - Patrząc
dziewczynie w oczy, młody sukcesor upił łyk wody z kubka, aby zwilżyć gardło. -
Ludzki żywot jest krótki i kruchy, a mój pozbawiony emocji charakter oraz
natłok obowiązków nie sprzyjają należytemu oddaniu się żałobie. W każdym razie
kobiety w naszych szeregach to nie tyle rzadkość, co wyjątek od reguły, wszak nie
przechodzą z powodzeniem rygorystycznego, katorżniczego szkolenia zarówno
ciała, jak i ducha.
Zakłopotana
Mała Niedźwiedzica poruszyła się nerwowo na twardym krześle i zaraz wlepiła
wzrok w zawartość swojego talerza. Wejrzenie paladyna przewiercało ją na
wskroś, jakby czytał jej w myślach. Gorzej - jakby czytał w jej sercu i duszy.
-
Ilu niebian żyje na Khaldunie? - Zabrzmiała bardziej nieśmiało niż chciała, mimo
że kobieca ciekawość pomału dochodziła do głosu. - Z tego co mówisz wnioskuję,
że twoja matka nie była niebianką.
-
W rzeczy samej, zaliczała się do gatunku ludzkiego, albowiem niebian jest tylko
dwóch: mój ojciec i ja. Ustawicznie mężczyźni. Nie ma i nie było pośród nas
kobiet. I jeżeli arcypaladyn wciąż będzie uparcie odmawiał poślubienia stosownej
kandydatki, wkrótce pozostanę bezdyskusyjnym następcą obu funkcji.
Najedzony
Colonell bujał się na krześle i przyglądał z namysłem paladynowi. Wiedział, że
nic nie wyczyta z tej chłodnej maski, ale był to po prostu odruch wyrobiony
latami kontaktów z przeróżnymi charakterami.
-
Jeżeli twój ojciec odmawia, to co stoi na przeszkodzie tobie, by zapełnić Pałac
Królewski niabianiątkami? – spytał znienacka. - Nie chciałem być złośliwy. Po
prostu dziwi mnie, że atrakcyjny, inteligentny mężczyzna poświęca się walce ze
Śniącymi, mając pod dostatkiem arystokratek zabiegających o jego względy. Chyba
że jesteś… - Z krzywym uśmiechem pozwolił, by sugestywnie niedokończone zdanie
zawisło między nimi.
Aarim
skierował na niego wzrok, lekko mrużąc powieki.
-
Rozumiem, iż rządzą tobą instynkty i popędy, Colonellu – odparł nieporuszony. -
Nie zapominaj jednak, że ja nie posiadam uczuć, nie przeżywam ich tak jak wy.
Nie dam kobiecie tego, czego potrzebuje, a płodzenie potomstwa dla samej idei
przedłużania gatunku jest dla mnie tyleż wartościowe, co obietnice niemożliwe
do spełnienia. Sądzę, iż doskonale to rozumiesz.
-
Już gdzieś to słyszałem... - mruknął z przekąsem śniady mężczyzna i wymownie
przeniósł spojrzenie na Esta, unosząc przy tym ciemną brew. Speszony chłopak naraz
zainteresował się gładkim ceramicznym kubkiem, który powoli przekładał z ręki
do ręki, choć korciło go niemożebnie by pociągnąć za ucho. - I wiem, co próbujesz
mi powiedzieć. Jednak nie dociera do mnie argument potrzeb. Skąd możesz
wiedzieć, czego chce od ciebie druga osoba? Czasami kobiety chcą potomstwa bez
dodatkowego obciążenia w postaci męża i ogniska domowego, o które także trzeba
zadbać. A skoro jest was dwóch, to czy jako ten młodszy nie powinieneś czegoś
zrobić , by było was więcej?
Słysząc
to, Est zaprzestał męczenia kubka. Aluzja kochanka wywołała w nim niepokój, a intuicja
podpowiadała, że mówi on z własnego doświadczenia. Serce zamarło mu w piersi na
myśl, że gdzieś na świecie może żyć potomek mężczyzny, którego kocha. Ale
przecież Col zapierał się, że nigdy nie był z kobietą... A jeśli sam jest
wynikiem takich machinacji? I dlatego Niedźwiedź go ocalił?
Est
potrząsnął głową. Nie, nie może od razu zakładać najgorszego, lecz prawda była
taka, że nic nie wiedział o przeszłości partnera. A wątpliwości zjadały go od
środka. Co z tym tatuażem? Aarim nazwał go Niskowyżaninem, zatem co robił w
Adeili? Dlaczego bratał się ze złodziejami? Niemniej najważniejszym jest “tu i teraz”. Natomiast jeśli nie dowie
się, co “było”, to nie zrozumie tego, co “będzie”. Nie zrozumie Colonella.
W
czasie gdy półsmok grzązł w rozpaczy i lepkich wątpliwościach, siedzący obok
niego złotowłosy młodzieniec z wyraźnym zaintrygowaniem przyjrzał się ludzkiemu
rozmówcy. Wydawałoby się, że jego spostrzeżenia skłoniły go do refleksji.
-
Wezmę pod uwagę twoje słowa, Colonellu. Być może nie ująłem problemu z właściwej
perspektywy, jako że wszystko podporządkowałem zamierzeniu, jakim jest
zgromadzenie sił niezbędnych do zwyciężenia budzących się Śniących. - Aarim
obejrzał się na Leos, aż w końcu jego nieustępliwy wzrok padł na skurczonego w
sobie zaklinacza. - Tymczasem nie będę was zatrzymywał, kiedy zmęczenie daje
się we znaki. Dziś śpijcie spokojnie, w tych murach nic nam nie zagraża.
Est
niemal usłyszał niedopowiedziane “na razie”. Nagle przejął go przenikliwy
chłód, jakby stał na zewnątrz, wystawiony na chłoszczący bezlitośnie wiatr i zacinającą
ulewę. Obrócił się na krześle, by spojrzeć w ciemność za oknem. I poczuł ją
tak, jak w obozowisku zeszłej nocy. Jak gdyby na skraju jego pola widzenia
czaiło się coś nieuchwytnego, cień głębszy od reszty, niedostrzegalny,
koszmarnie cierpliwy i przerażający. Bytujący horror. Chłopak nie chciał o tym
myśleć, powrócił więc świadomością do rozwidnionej kinkietami jadalni i znajomych
głosów. Do poczucia bezpieczeństwa, którego brak odczuł dotkliwiej niż
kiedykolwiek wcześniej. Z wrażeniem kiełkującej w sercu paniki zapragnął schronić
się w ramionach ukochanego i wyprzeć ten potworny lęk, nie dać się omotać
przemożnemu doznaniu…
-
Rzeczywiście, dobrze jest wyspać się po podróży i sycącym posiłku – westchnął Colonell,
nie tknąwszy nawet wody. Odsunął krzesło i przeciągnął się, aż mu stawy
zatrzeszczały.
Na
swój nieoczywisty sposób przeprosił Leos i cieszył się, że siostra uda się na
spoczynek we względnie dobrym nastroju. Ale wystarczyło zerknąć na Estiego zajadle
tarmoszącego ucho i już jego brwi ściągnęła troska. Dzieciak był przerażony. W
przypadku tego płochliwego, lękliwego stworzenia nie było to nic niezwykłego,
ale w domenie Synów Tarthosa? Przecież to sanktuarium pokoju, a zarazem forteca
po brzegi wypełniona paladynami.
Podwójnie
czujny Colonell popatrzył na Aarima, lecz tak jak się spodziewał,
arystokratyczna twarz pozostawała bez wyrazu. Cokolwiek paladyn wiedział, nie
dał tego po sobie znać. Leos też niczego nie spostrzegła, inaczej zaraz byłoby
to po niej widać.
Co
też ujrzał Esti, gdy wyjrzał za okno?
Wstając
od stołu, biesiadnicy wymienili się życzeniami dobrej nocy i kolejno kierowali
się do wyjścia. Leos pierwsza wróciła do celi, a Col i Est stali jeszcze przez
chwilę na korytarzu, czekając aż Aarim opuści salę. Rycerz wciąż nie wychodził,
toteż porzucili pomysł dyskusji i podążyli do niewielkiej klitki, by w zaciszu
grubych ścian, na przekór zmęczeniu przegadać temat nawiedzających chłopaka imaginacji.
Colonell nie mógłby zasnąć nie dowiedziawszy się, co tak przygnębiło jego
oblubieńca.
Parę
metrów dzieliło ich od drzwi celi, gdy los postanowił brutalnie zakpić ze zwiadowcy.
Dwóch
pogrążonych w cichej rozmowie rycerzy z chrzęstem zbroi wyłoniło się zza
zakrętu. Bez większego zainteresowania wymijali najemników, kiedy wzrok
starszego z nich na ułamek sekundy zawisł na nienaturalnie białym obliczu cudacznego
elfa, po czym ześlizgnął się na smagłego człowieka, rozpoznając splątane linie
płowiejącego tatuażu oraz ciemnozielone oczy niedopełnionego przed laty posłannictwa.
Osłupiały paladyn obrócił się i przystanął raptownie, alarmując idącego u jego
boku rekruta. Ocknąwszy się pospieszył za najemnikiem i łapiąc go za ramię
szarpnął, by zwrócić go ku sobie.
Rozjuszony
tą bezczelnością Col zareagował błyskawicznie. Wyrwał się z miażdżącego uścisku
stalowej rękawicy, odskoczył i stanął na lekko ugiętych nogach. Nie potrafił
odgadnąć zamiarów brata zakonnego, ale nie opuszczało go nieprzyjemne
przeczucie, przez które stracił pewność siebie i nie odbezpieczył sztyletów.
A
jednak Est dojrzał nieznaczny ruch nadgarstka osaczonego przyjaciela. Nie miał
pojęcia skąd się wziął nóż połyskujący w śliskiej od potu dłoni Cola,
niewidoczny z perspektywy paladynów, ale żołądek podszedł mu do gardła na myśl
o tym, do czego może dojść w domenie świętych mężów. I to na tyle stwierdzenia
Aarima, że w murach garnizonu nic im nie zagraża…
Ręka
szpakowatego paladyna opadła, zaciskając się na rękojeści długiego miecza.
-
Czyżby to sam Tarthos zesłał na mnie błogosławieństwo rychłej sprawiedliwości?
- półgłosem zwrócił się do Colonella, mierząc go od stóp po głowę. W
szczególności baczył na jego dłonie do połowy znikające w rękawach
ciemnozielonej bluzy. - Wszechmocny domaga się, bym osobiście zadośćuczynił
grzechom, jakich się dopuściłeś, skoro znów się spotykamy. Ach, ty mnie nie
poznajesz - sapnął bez cienia satysfakcji paladyn. - Wiedz, że ja poznaję
ciebie, jawnogrzeszniku. Jesteś jedynym człowiekiem, który w przedziwny sposób
wyróżnia swoją twarz pośród reszty.
Gładko
ogolony rycerz o gęstych brwiach i siwiejących włosach barwy nocnego nieba wypluwał
zdania tak niewiarygodnie ociekające pogardą, że Estowi odebrało na moment
zdolność trzeźwego rozumowania. Nie doczekawszy się odpowiedzi, paladyn
zakończył wywód słowami wyjaśniającymi wszelkie nieścisłości:
-
Żałuję, że mój miecz nie posmakował twojej zepsutej krwi. Byłbyś zaznał przebaczenia,
a twoja dusza przeszłaby w Pozaświat oczyszczona, wszeteczniku!
Est
zatoczył się na ścianę, gdy sens wypowiedzi rycerza dotarł do niego z pełną mocą.
Zrobiło mu się słabo. Zamroczyło go jak od solidnego uderzenia tępym narzędziem
w skroń. Podobnie jak młodszy kompan rycerza obserwował scenę, kompletnie
gubiąc się w sytuacji, ale w przeciwieństwie do niego zaczynał się orientować,
o czym mówił ten starszy. Colonell wyznał, że Mag dosłownie wyciągnął go spod
miecza. Ten człowiek musiał być jego niedoszłym egzekutorem! Pokrętny to zbieg
okoliczności, że napatoczył się akurat teraz!
Przodownik
warknął niby zapędzone w pułapkę zwierzę. Jego okolone przystrzyżoną brodą usta
wykrzywiła nienawiść. Gorzał furią nie mniejszą niż jego oponent, gdy zepchnięte
w najgłębsze zakamarki pamięci zdarzenia powróciły. Wyparł wspomnienia z okresu
sprzed dołączenia do Niedźwiedzi i teraz oto wskrzeszona przeszłość zaatakowała
go w rzekomo najbezpieczniejszym miejscu w Estarionie.
-
Rad jestem, że ci się nie udało, ty zakuty skurwielu – wycedził z odrazą. Mięśnie
napięte miał niczym cięciwa łuku w oczekiwaniu na jeden fałszywy ruch ciężkozbrojnego
przeciwnika. Oddech przyspieszył do wtóru bijącego szaleńczo serca, kiedy wraz
z pulsem duże ilości adrenaliny rozlały się po organizmie ostrząc zmysły do
granic pojmowania. Wodząc sokolim wzrokiem wyszukiwał najmniejszych szczelin i
luk w pancerzu, które dałyby mu przewagę, może nawet natychmiastowe zwycięstwo.
- Tylko do nas podejdź, a ta zepsuta krew przetoczy twoją! Zobaczysz, że są
identyczne!
Rozsierdzony
paladyn zamaszyście wysunął katowski miecz z gładkiej pochwy. Rozdzierający
zgrzyt przeciął powietrze, niosąc się echem po korytarzu. Jego zdezorientowany
kompan w naśladowczym odruchu również dobył miecza, rzucając na boki
świetlistymi refleksami. Nie podnosił go jednak, z wahaniem taksując nieuzbrojonego
elfa.
Przeczuwając,
dokąd prowadzi to niefortunne spotkanie, Est z zimną krwią płynącą w żyłach
spiął się do walki, nie odstępując przyjaciela. Płomyki niemrawo tańczące w kinkietach
ryknęły na nieme polecenie Zaklinacza Żywiołów, usiłując wydostać się z
osłaniających je szybek. Wiedział, że jego umiejętność kontroli żywiołów jest mocno
ograniczona, gdyż dewastowanie mienia Zakonu nie było jego zamysłem. Jednakże wciąż
liczyć mógł na własne ciało samo w sobie będące zmyślną bronią. Był gotów
chronić siebie i Cola przed napastnikami, choć nadal żywił nadzieję na pokojowe
rozwiązanie starcia. Rozwiązanie, które w cholernie odpowiednim momencie
nadeszło od strony milczącego obserwatora, a którego przybycia nikt nie
zauważył.
-
Sir Hebaldzie, zwracanie miecza przeciwko gościom jest poważnym wykroczeniem -
pozornie cichy ton przesycony beznamiętnym spokojem jak trzask bicza przyciągnął
uwagę całej czwórki. - Naruszasz trzydziesty drugi paragraf Reguły, jej
jedenasty zapis jednoznacznie głoszący, jakie skutki prawne rodzi takie
postępowanie.
-
Rycerzu-dowódco! – Pobladły paladyn prędko schował ostrze, pokłonił się nisko i
przyklękając na kolano wszedł w rolę pełnego skruchy brata zakonnego. - Racz
mi, proszę, wybaczyć moje haniebne poczynania, jednakowoż ten mężczyzna lata
temu uszedł bez kary za swe niecne postępki. Nie zapomniałem goryczy kompromitacji
i pozwoliłem, by niespełniony obowiązek przeważył nad rozsądkiem.
-
Zatem rozumieć mam, iż to poczucie obowiązku kazało ci lżyć naszego gościa? Czy
też kazało ci łamać pokój panujący w murach garnizonu i wymierzać oręż w tych,
którzy znajdują się pod moją opieką? - Sir Aarim zbliżał się powolnym, pewnym
krokiem, a jego lodowate spojrzenie nie pozostawiało podwładnemu miejsca na
usprawiedliwienia. - Może i uczynki tego mężczyzny były bezecne, lecz zapewniam
cię, sir Hebaldzie, iż kara za jego przewiny została jeno odroczona w czasie, jest
bowiem nieunikniona.
Odziany
w błękitną koszulę, granatowe spodnie oraz wysokie skórzane buty do jazdy
konnej niebianin wyszedł naprzeciw pochylonego, w pełni opancerzonego rycerza.
Aarim wyglądał teraz niczym książę strofujący jednego z rycerzy swojego ojca i
Est wyczuł niebiańską aurę, znacznie potężniejszą niż poprzednie, ale nie
potrafił pojąć jej działania ani efektu jaki wywierała na skulonym człowieku.
-
Upraszam o wybaczenie, rycerzu-dowódco. Nie mam nic na obronę swego karygodnego
zachowania, jedynie proszę o łagodny wymiar kary. I apeluję, byś nie pociągał
do odpowiedzialności Tereda, nie dopuścił się on niczego, co wymagałoby
potępienia.
-
Akceptuję twą prośbę, egzekutorze, aczkolwiek nie mnie powinieneś prosić o
przebaczenie.
Rycerz-dowódca
obrócił się w stronę najemników, posyłając im spojrzenie spod zmarszczonych
brwi. Przez chwilę wpatrywał się w punkt za plecami zwiadowcy i zaklinacza, a potem
powrócił do Esta dyskretnie dając mu do zrozumienia, że mieli jeszcze jednego świadka.
Est
odwrócił głowę, lecz nikogo nie dostrzegł w pustym korytarzu. Mógł się
domyślić, że zwabiona krzykami Leos będzie podglądała ich ze swojej kryjówki.
Tymczasem
sir Aarim Asmodeusz kontynuował zupełnie obojętnie, jak gdyby zażegnany
incydent był zaledwie nieszkodliwą bagatelą pomiędzy rycerzem a najemnym.
-
Czegokolwiek dopuścił się ów człowiek lata temu, teraz ma szansę odpokutować to
z nawiązką. Życzę wam dobrej nocy. - Skinieniem ponaglił najemników, po czym,
odchodząc, zwrócił się do podkomendnych. - Sir Hebaldzie, rekrucie Teredzie, zalecam
wam powrót do powierzonych zadań.
Sir
Hebald popatrzył wrogo na wytatuowanego człowieka i sztywno wydukał
przeprosiny. Czy były szczere, o to Est nie dbał. Zdumiał go natomiast nabożny respekt,
jakim darzono estariońskiego sukcesora. Z niebywałą siłą niebianin trzymał podwładnych
w żelaznym uścisku dyscypliny, zanadto się nie wysilając. Także gruntowna
znajomość praw oraz reguł Zakonu Paladynów wzbudziła podziw chłopaka, który był
święcie przekonany, iż nie jest to mała książeczka. Zapewne wielokrotnie przewyższała
zawartością grube almanachy, jakie sam do tej pory czytał.
Stojąc
bez ruchu Est patrzył za oddalającą się parą rycerzy, których lśniące odbitym
światłem pancerze szczękały głucho, a stalowe obcasy wybijały równy rytm, gdy
znikali za zakrętem w odnodze korytarza. Po obecności Cola i Aarima nie został
choćby ślad, a zapomniane płomienie smolące szklane osłony kinkietów zmalały,
wyczekując rozkazu zaklinacza. Oszołomiony półsmok nie rozumiał, co właściwie zaszło.
To był moment, mgnienie oka podczas którego wyobrażenie romantycznego wieczoru
runęło doszczętnie, obnażając najgorszą przeszłość ludzkiego najemnika.
Jawnogrzesznik.
Wszetecznik. Co te słowa w ogóle znaczą? I co najistotniejsze: czym Colonell
zasłużył na wyrok śmierci?
Nie
otrzyma odpowiedzi na mnożące się w głowie pytania, jeśli nie porozmawia z
partnerem. A jak słusznie podejrzewał, od tej jednej rozmowy zależeć będzie wszystko.
Ruszył więc w kierunku wspólnej celi zastanawiając się, jak powinien ją zacząć.
Co powiedzieć. Czy Col potraktuje go z góry, wyśmieje i będzie udawał, że epizod
z paladynami nie miał miejsca? Czy też zamknie się w sobie i zamilknie ponuro?
Ciągnąc
za końcówkę długiego ucha, Est bezszelestnie przekroczył próg pomieszczenia i
zamknął za sobą drzwi, starając się nie hałasować. Łuna lampki oliwnej postawionej
na stoliczku nocnym wydobywała z cieni nieostre kształty mebli i wygaszonego
kominka. Chłopak zatrzymał się o krok od drzwi, kiedy pośród gęstniejących za
oknem chmur rozbłysła samotna błyskawica rozświetlająca niebo. Stłumiony pomruk
gromu odezwał się dopiero po jedenastu sekundach, centrum burzy znajdowało się
jeszcze daleko od Adeili. Kwestią czasu było, gdy w swym szale dotrze do miasta
garnizonowego.
Chłopak
nie musiał szukać przyjaciela. Colonell stał tyłem do drzwi; zgięty w pół, wyciągnięte
ręce opierał o wewnętrzny parapet wysokiego okna wychodzącego na jedno z licznych
podwórek, teraz zasłonięte kurtyną wody, ginące w nieprzeniknionej ciemnicy. Skupiwszy
się na człowieku, Est przygasił jedyne źródło światła, bezgłośnie zanurzając
ich obu w intymnym, kameralnym półmroku. I chociaż drażniła go obecność migotliwego
blasku na granicy postrzegania, tak wyraźnie widział, jak ramiona ukochanego
drżą spazmatycznie, paznokcie w bezsilnej udręce drapią kamień pod palcami, a
zwieszona głowa odsłania bezbronny kark podstawiony prosto pod katowski miecz…
Chciał
podejść, lecz z szacunku dla cierpienia przyjaciela odczekał kilka oddechów w
nieszkodliwej odległości, zapierając się łopatkami o starawe drzwi. Było mu żal
człowieka, na którego barki spadł bagaż parszywych doświadczeń, pogłos dawno
minionego czasu dla Cola będącego prawdziwym, nieprzemijającym koszmarem. Nie
mógł uciec przed przeszłością, ona zawsze powróci. Ale mógł ją zaakceptować,
przejść ponad nią do chwili obecnej. Żyć tu i teraz.
Kiedy
zacisnął powieki i wsłuchał się w otaczające go dźwięki, potrafił precyzyjnie
rozróżnić oraz wyłapać poszczególne tony, przypisać je konkretnym zjawiskom.
Słyszał krople dudniące o szybę i parapet. Niski warkot nadciągającego żywiołu
oraz ledwie wykrywalny syk ognia pochłaniającego zwinięty knot. Jego wewnętrzny
Głos milczał, druga tożsamość warowała w oczekiwaniu bądź odpoczywała przed
kolejnym nieprzewidzianym objawieniem. Lecz to, czego naprawdę poszukiwał Est,
złamało mu serce. To, co uchwyciła spotęgowana wrażliwość, wżarło się głęboko w
jego delikatną duszę, napełniając ją bólem nie do zniesienia. Cząstką siebie ulokowaną
w sercu kochanka współodczuwał wszystko, czym rozbity mężczyzna nie chciał się
z nikim dzielić. I nie mógł już dłużej stać bezczynnie.
Napinając
szczęki przebył dzielące ich trzy kroki i ze stanowczością zrodzoną z
narastającej rozpaczy, wzmocnioną bezwarunkową miłością, wtulił się w targane
powstrzymywanym szlochem plecy... i zachwiał od niespodziewanego pchnięcia,
które posłało go na ścianę, gdzie uderzył o gzyms kominka. Znieruchomiały trwał
tak przez chwilę, tępo wpatrując się w przygarbioną sylwetkę.
-
Col... – jęknął i nagle zabrakło mu słów, którymi dodałby kochankowi otuchy,
wyraził wsparcie dla niego w tym trudnym momencie. Chciał go objąć, zapewnić o dozgonnym
uczuciu oraz jednoczącej ich więzi. Pragnął ukoić jego zszargane nerwy i
ostudzić negatywne emocje. - Col, chciałem tylko…
-
Zostaw mnie! - Baryton człowieka łamał się pod naporem przeszłości nawracającej
w całej niepohamowanej sile. Uczucia przemawiały przez niego, łokcie ugięły się
i pokonany głębiej pochylił się nad parapetem. - Odpuść wreszcie!
-
Nie zrobię tego. - Głos Esta był niewiele głośniejszy od szumu deszczu. - Nigdy
cię nie zostawię. Obiecałem, że zawsze będę u twojego boku...
-
Po prostu stąd, kurwa, wyjdź!
-
Colonell, rozmawiaj ze mną – zaryzykował, ostrożnie podchodząc do rozstrojonego
mężczyzny i niepewnie zaglądając mu w oczy. - Chcę ci pomóc.
-
Mnie nie da się pomóc, rozumiesz?! Jestem degeneratem! Wykolejeńcem! - Col
obrócił się gwałtownie. Jego częściowo pogrążona w półcieniu twarz błyszczała
od łez, nozdrza rozszerzały się przy wdechu, a szczęki pod zarostem zaciskały w
nieudolnej próbie utrzymania kontroli. - Udało mi się zapomnieć, ale to
wróciło! Zawsze będzie, kurwa, wracało!
Odwrócił
się i z mocą pożerającej serce udręki rąbnął pięścią w kamienną ościeżnicę.
Usilnie wstrzymywał łzy, jednak te wyrysowały nowe pręgi na ogorzałych
policzkach.
-
Col, będzie ci lżej, jeśli opowiesz mi o wszystkim, co się wtedy wydarzyło. Nie
walcz z tym sam, nie udźwigniesz tego. Pozwól sobie pomóc. Pozwól mi
zaopiekować się tobą.
-
Nie dotykaj mnie!
Colonell
odtrącił wyciągniętą ku niemu dłoń. Długo mierzyli się spojrzeniami; obaj szli
w zaparte i żaden nie zamierzał ustąpić. W oczach mężczyzny przytłaczające
cierpienie przemieniło się w emocję, którą znał i wiedział, jak sobie z nią
radzić: gniew.
-
Jesteś cholernym wcieleniem niewinności!
-
Jak rany, Col, rozumiem że…
-
Nic, kurwa, nie rozumiesz! – huknął. - Słyszałeś tego sukinsyna! Pozwalałem
zboczonym skurwysynom robić z moim ciałem co chcieli, o ile dobrze zapłacili i
dali mi przyjemność! Byłem jebanym hedonistą i nie kryłem się z tym! Słyszałeś przecież!
A mimo to… Mimo to… Dlaczego nadal tu jesteś? - Coś przeskoczyło w umyśle
rozemocjonowanego mężczyzny. Morderczy wzrok złagodniał, spięte pod bluzą barki
opadły i cały jakby zapadł się w sobie. - Esti, jesteś tak czysty i niewinny,
nieskalany zgnilizną rynsztokowego życia... Jak możesz zbliżać się do czegoś
tak ohydnego jak ja…? - Odraza, desperacja, żal, gorycz i strach. Wszystko to
połączone w jedną straszną nutę przemawiało głosem wycofującego się pod drzwi Colonella.
- Od samego początku bałem się, że jak dowiesz się prawdy, to zaczniesz mną
gardzić. Wyrzekniesz się mnie. Ale nie robisz tego. Zepsułem cię z
premedytacją, a ty dalej tu jesteś. Ze mną... Dla mnie.
Zewsząd
atakowany sprzecznymi bodźcami Est nie mógł połapać się w tym, co dzieje się z
ukochanym. Co dzieje się z nim samym. Dopiero impuls pchnął go do działania.
Nie zważając na ostre słowa przybliżył się do złamanego rozbieżnymi uczuciami
partnera.
-
Nikogo nie zepsułeś, Col. Mówiłem ci to już niejednokrotnie i powtórzę po raz
kolejny. I następny. Ile razy będzie to konieczne, tyle razy usłyszysz to z
moich ust. Dla mnie nie liczy się to, kim byłeś. Jesteś kim jesteś, a twoja
przeszłość może uczynić cię lepszym. Dla mnie już jesteś najlepszy. Dla mnie
jesteś dobrym człowiekiem - przemawiał szeptem, niosąc pocieszenie i ukojenie
dla nadwyrężonej psychiki partnera. – Jesteś dobrym człowiekiem, Col.
Znów
stali naprzeciw siebie. Nieodparte, pewne swoich racji wejrzenie półsmoka
krzyżowało się ze zgaszonym, posępnym wzrokiem człowieka. Jak gdyby wszystko,
co się w nim kotłowało, wyparowało, pozostawiając wypaloną skorupę.
Colonell
wbił spojrzenie w podłogę i z cynicznym skrzywieniem warg kręcił głową,
naśmiewając się z siebie samego.
-
Miał rację wyzywając mnie od najgorszych. Jak możesz być przy mnie wiedząc kim
byłem i co robiłem?
-
Bo to już nie ma znaczenia, Col. - Dłoń Esta powędrowała ku wilgotnemu malunkowi
na policzku kochanka. Palce zastygły milimetry od skóry, jakby natrafiając na
barierę ochronną. - Podejrzewam, że nie był to twój wybór, tylko niesprzyjające
warunki.
Uzmysławiając
to sobie, Est wreszcie poczuł pod opuszkami każdą krzywiznę i niedoskonałość
ludzkiej cery. Gładził wypukłe, wymalowane tuż pod skórą zawijasy oraz
zaokrąglony płatek ucha, zmierzając ku krótkim włosom na boku głowy.
Colonell
podniósł pełen tajemniczej pokory wzrok i z trudną do odgadnięcia
intensywnością wpatrywał się w partnera. Milczał. I słuchał. Pragnął usłyszeć
to od osoby, którą kocha bardziej niż siebie samego.
-
Jesteśmy razem i tylko tego mi trzeba - mówiąc to, Est prawie oparł się o niego
piersią. Urękawicznioną dłoń wsunął pod kołnierz bluzy, kładąc na linii
łączącej bark z szyją i przesunął niespiesznie w górę, podczas gdy pierwszą
sięgał coraz wyżej, wplątując się w brązowe pasma. - Tylko my dwaj, Col. Teraz
jest nasz czas, nasz moment, nasze wspomnienia. Nie ma ciebie i nie ma mnie.
Jesteśmy tylko my…
Siła
połączona z najszczerszą dobrotliwością płynęła z rąk chłopaka, gdy powoli i zdecydowanie
przysuwał głowę oblubieńca do swojej. Rozjaśnione błyskawicą usta rozchyliły
się, a odległy grom rezonował do wtóru bijących donośnie serc. Est spod
przymrużonych powiek śledził subtelnie zmieniającą się dojrzałą twarz partnera.
Lekki dotyk, słony smak łez, nieśmiało słodki pocałunek.
-
Kocham cię, Colonell.
Nie
przewidział tak rozpaczliwej reakcji, kiedy ludzkie dłonie chwyciły go przy
uszach, a łapczywe wargi rozłączyły się na tyle, aby wyszeptać beznadziejnie
żałosną prośbę.
-
Powiedz to jeszcze raz... Proszę, jeszcze raz…
-
Kocham cię - powtórzył chłopak w jego zachłanne usta.
Rozgorączkowanie
ludzkiego partnera pobudziło do szaleństwa już i tak nadzwyczajnie wyczuloną percepcję
Esta, który obejmował szyję kochanka, rękoma błądząc po śniadym karku. Paznokciami
poranił odsłoniętą skórę, gdy płomień namiętności doprawiony goryczą żalu rozlał
się falami w jego sercu. Col potrzebował go bardziej, niż przypuszczał.
Potrzebował zapewnienia, bezgłośnego potwierdzenia płynącego prosto z
ukochanego, chętnego temu ciała. Est uczył się mechanizmów rządzących uczuciami
partnera, coraz lepiej rozpoznawał jego potrzeby i zaspokajał je najlepiej jak umiał,
więc nawet jeśli stanie się obiektem służącym do rozładowania napięcia, nie
zmieni to jego nastawienia do przyjaciela. Był przygotowany na znacznie większe
poświęcenie.
-
Jeszcze… - dyszał Col. - Proszę o więcej…
W
pocałunkach namiętnego ludzkiego kochanka dało się wyczuć burzliwą nutę,
gwałtowność dotychczas niespotykaną, jakby rzeczywiście próbował wyładować niszczące
go emocje, by zastąpić je tymi pozytywnymi, bliskimi i bezpiecznymi.
Krótkie
ludzkie kły odrobinę za mocno przygryzły długi płatek ucha. Żarliwość warg odcisnęła
na nieskazitelnej bieli niewidzialne piętno, a zręczne palce wpiły się w smukłe
ciało. Rozpalony Est odkrył, że ta forma pieszczot skłania go do uległej
współpracy, jak gdyby robił coś wbrew sobie, ale i za swoim przyzwoleniem.
Posłusznie pozwolił zdjąć z siebie bezrękawnik i z powiekami przymkniętymi
rosnącym pożądaniem na darmo szukał ust partnera, które znów muskały jego uszy.
Col je uwielbiał i chłopak sam czerpał z tych fantastycznych doznań ogromną
przyjemność, dodatkowo rozochocony dotykiem w punkcie, do którego istnienia wciąż
się przyznawał. Zimny kamień na skórze pleców w połączeniu z żarem napastliwie
atakującym podbródek okazał się zapalnikiem skrajnych reakcji. Odchylił głowę, poddając
się budzącym miłe dreszcze pieszczotom i westchnął przeciągle, nie powstrzymując
bolesnej rozkoszy.
Zaczęło
się. Utracił kontrolę nad oddechem. Nie chcąc słuchać rozumu kierował się
wyłącznie tym, co mówiło jego ciało w pełnej jedności z sercem. I chociaż niezmiennie
odczuwał igiełkę wstydu na dźwięk wydawanych przez siebie odgłosów, to nie przyzwalał
jej urosnąć do rozmiarów klingi mogącej zagrozić ich zbliżeniu. Koncentrował
się na ekstazie płynącej wraz ze świeżo odzyskaną czułością partnera. Z pasją oddawał
pocałunki, prężąc się pod przyciskającym go do ściany mężczyzną.
Płomień
pożądania wraz z rozszalałym za oknem żywiołem roziskrzył ciemnozielone oczy
mężczyzny, który zuchwale chwycił chłopaka pod uda, z łatwością go podnosząc.
Zaskoczony Est przywarł doń i opasając nogami jego biodra, zgodził się zanieść
do łóżka. Nie był w stanie zaprotestować przeciwko takiemu traktowaniu. W
ostatecznym rozrachunku odmowna decyzja i tak nie miałaby znaczenia, gdyż
drżenie wyczekiwania przebiegające przez mięśnie zadałoby kłam wszelkim
sprzeciwom. Pragnął poczuć go całego. Na sobie. I w sobie.
Kiedy
pod plecami miał już twardy materac, na uciskanym spodniami kroczu wyczuł coś
twardszego i żywszego, co opętało jego myśli oraz zniewoliło ciało. Kąsając
kłami szyję Cola, oplótł go niczym pająk swą ofiarę, nie pozwalając mu się
wyswobodzić. I pociągnął w dół, prosto w odmęty swawolnej żądzy dwóch ciał
przeznaczonych na zmysłowe całopalenie...
Kompletnie nie umiem w small talk (ani w ogóle rozmowy) i ostatnio przyłapałam się na tym, że mimo szczerych chęci oraz wyczerpującego materiału, wciąż nie potrafię powiedzieć nic ponad standardowe "odczepne" formułki. Postanowiłam więc przyjrzeć się tej kwestii...
Ktoś mnie pyta: A jak już mam ochotę się odezwać w interesującym mnie temacie, tooo...
Bez odbioru.
Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Wieczorny deszcz rozpadał się w
momencie, gdy przekraczali północną bramę Adeili. Estalavanes po cichu liczył
na dotarcie do garnizonu względnie suchą stopą i mógłby trochę dopomóc szczęściu
swoimi zdolnościami, gdyby nie przemożna chęć ukrycia ich przed całym światem.
Wyczuwał
nastroje kompanów schowanych pod ociekającymi wodą kapturami i nie były one optymistyczne.
Szczególnie Colonell wykazywał coraz większą niechęć do wszystkiego wokół. Opryskliwy
nawet w stosunku do partnera, nie miał ochoty na rozmowy z kimkolwiek, a jego
spojrzenie ciskało gromy w stopniu dorównującym gwałtowności zacinającej ulewy.
Est pamiętał ich pierwszy wspólny przyjazd do tego miasta i niewiele się on
różnił od obecnego. Wiedział, że spędzona tu niewesoła młodość sięgały
wrażliwych sfer, o jakich człowiek wolałby zapomnieć.
Zatroskany
chłopak naciągnął niedopasowany kaptur głębiej na oczy. Poprawił się w siodle i
wpatrując w owinięte cętkowaną peleryną plecy partnera, prowadził konia prosto
za przemoczoną do cna gniadą klaczą, zamykając czteroosobową kolumnę. Jego
własne doświadczenia płynące z pobytu w mieście garnizonowym również nie były
dobre. Podczas ostatniego odwiedził Dzielnicę Katedralną w asyście jowialnego
szlachcica, Lorda Henendrika II z rodu Halavar, jak się okazało zażartego wroga
Niedźwiedzi oraz jednego ze spiskowców Unii Możnych, sprzysiężenia dążącego do
obalenia zagrażających ich ziemiom najemników.
Bieżąca
wizyta była jego trzecią w tej metropolii i zarazem drugą dającą okazję do
podziwiania cudów estariońskiej architektury, a zwłaszcza olbrzymiej budowli,
od której dzielnica wzięła swoją nazwę. Biała, okolona bujnymi ogrodami Katedra
Tarthosa nawet w szarych strugach deszczu prezentowała się imponująco, samymi
strzelistymi wieżami wzbudzając w podróżnych fascynującą mieszaninę nabożnego
lęku oraz niezmiernego zachwytu. Posuwali się ku niej z męczącą prędkością,
ponieważ mimo niepogody szeroka, obsadzona szpalerem wysokich budynków aleja
oraz wieńczący ją okrągły plac z fontanną tętniły życiem. A jakby to nie było
wystarczającym kłopotem, wielu mieszkańców przystawało, by pogapić się na
królewskiego syna jadącego na czele niewielkiej kawalkady.
Niewzruszona
postawa sir Aarima Asmodeusza oraz pozbawiona wyrazu twarz absolutnie nie
zdradzały panujących w jego wnętrzu emocji. Dla półsmoka wciąż było to rzeczą
wręcz abstrakcyjną, by żywa istota nie potrafiła ich przeżywać, lecz na jego
oczach niejednokrotnie niemożliwe stawało się możliwe. Niebianie rządzili się swoimi
prawami.
Est
cieszył się, że nie musi z nikim rozmawiać. Natrętne wspomnienia atakowały go z
każdej strony, rekonstruując najbardziej dramatyczne sceny: Colonell ze
złodziejskimi narzędziami w rękach siedzący przy łóżku w pokoju tawerny, krwawa
przesyłka, szalona ucieczka zatłoczonymi ulicami i strzała tkwiąca w szczelinie
hełmu paladyna. Na domiar złego, przed oczami stanął mu obraz Aarima
dopinającego karwasz w dniu, w którym chłopak przybył w towarzystwie
korpulentnego lorda - niebianin nie sprawiał wrażenia poruszonego widokiem
białego elfa, jak gdyby spodziewał się nieproszonego gościa.
Gościa,
który znów tu był, machinalnie wręczył wodze zmokłego karego rumaka w ręce
rekruta i nie zaprotestował, kiedy nakazano mu oddać broń. W odróżnieniu od
Colonella, który niemal wszczął bójkę uparcie obstając przy zatrzymaniu
sztyletów. Ostatecznie rycerz-dowódca zmuszony był przyzwolić na odstępstwo od
reguły, biorąc na siebie odpowiedzialność za najętych strażników.
Est
posłusznie podążył za resztą do bocznego wejścia garnizonu. Żal mu było omijać
piękne zieleńce oraz ascetyczne wnętrze katedry, ale nie zamierzał udawać, że
ciepła kolacja i sucha sypialnia nie są dla niego równie atrakcyjne co surowy
majestat budowli. Echo kroków rozbrzmiewało w uszach, gdy szli za Aarimem
labiryntem długich i wąskich korytarzy poprzetykanych drzwiami oraz okienkami o
małych zachlapanych szybkach wychodzącymi na zacieniony wewnętrzny dziedziniec.
Est już raz gościł w garnizonie. Nie był jednak pewien, czy to ten sam korytarz
co poprzednio, wszystkie bowiem wydawały się identyczne.
Mijani
na skrzyżowaniach mężczyźni zakuci w ciężkie, błyskające w świetle kinkietów zbroje,
z hełmami pod pachami i mieczami przy biodrach, pozdrawiali dowódcę z należnym
mu szacunkiem. Est widział wyłącznie plecy i kark Aarima, niemniej po reakcjach
rycerzy domyślił się, że odpowiada im on zgodnie ze zwyczajem. Na przybyszów
nie zwracano większej uwagi, jakby obecność ludzkiej pary oraz nietypowego elfa
była tu codziennością.
Za
to półsmok czuł się tak bardzo nie na miejscu, jak nigdy przedtem. Przypatrywał
się z wymuszonym zaciekawieniem nie tyle monotonnym murom i schodom rozwidnionym
lampami, co przechodzącym obok rycerzom Zakonu. Ludziom. Oczywiście że ludziom,
byli w końcu w Estarionie. Dociekliwego chłopaka zastanawiało, dlaczego noszą
te uciążliwe płyty stali wewnątrz budynku. Czy oni kiedykolwiek odpoczywali?
Czy właśnie szli wykonywać swe obowiązki? Sir Aarim, kurtuazyjnie dźwigający bagaże
czarodziejki, w wilgotnej pelerynie, koszuli i spodniach o eleganckim fasonie
wyglądał na tle paladynów jak królewski potomek powracający z konnej
przejażdżki przerwanej niepogodą. Radosnej, gdyby nie prawda wykuta w urodziwej
marmurowej masce.
Po
niekończącym się spacerze, obładowani tobołami i pozostawiający za sobą błotniste
kałuże podróżni dobrnęli do kolejnych, zwyczajnych jak reszta drzwi. Est zachodził
w głowę, jak mieszkańcy odnajdują się w tym kamiennym mrowisku, w którym
wszystko wyglądało jednakowo. Cóż, mrówki też bezbłędnie odnajdywały się w
swojej domenie, więc może i tutaj funkcjonuje ten sam system?
Aarim
bez zapowiedzi wtargnął do środka i rozejrzał się po opustoszałym, rozjaśnionym
kinkietami pomieszczeniu, którego centralny punkt stanowił podłużny stół, aktualnie
pusty, a także pół tuzina ustawionych pod przeciwległą ścianą krzeseł.
Pozostali, kierowani zasadami etykiety, zaczekali przed wejściem na zaproszenie
gospodarza. W rzeczywistości nikt nie odważył się wkroczyć do sali bez kategorycznego
nakazu; dojmujący ascetyzm oraz nienaturalna cisza wypełniające to miejsce
działały na nich niby srogie wejrzenie groźnego belfra, którego nierozsądnie
jest prowokować.
Niebianin
opuścił pomieszczenie i zaczepił napotkanego podkomendnego wydając szereg
cichych, krótkich poleceń. Struchlały młody rekrut kilka razy przepraszająco
skinął głową i szybkim krokiem wrócił tam, skąd przyszedł. Est nie mógł wyjść z
podziwu dla tych ludzi, wszak umieli tak swobodnie poruszać się w ciężkim i
niewygodnym pancerzu!
Czyżby Wszechmocni nie odeszli, a
sam Tarthos użyczał im swej nadludzkiej siły? - przemknęło mu przez myśl. Z nagła przecięła ją inna,
mniej niewinna: Nie, potęga Jedynego przewyższa
wszystko. Siła śmiertelnych jest zaledwie siłą ich pragnień oraz dążących do
ich spełnienia starań.
Opancerzonymi
ramionami wstrząsnął dreszcz, aż Est musiał poprawić pasy plecaka zsuwające się
z barków. Rzucił okiem na rycerza-dowódcę, ale ten zdawał się nie interesować
jego poczynaniami, podobnie jak Leos i
Col. Coraz bardziej zasępiony westchnął cicho. Obłęd postępował. A on pojęcia
nie miał, jak sobie z tym radzić.
Aarim
spojrzał wreszcie na troje najemników. Z jego posągowego oblicza trudno było
cokolwiek wyczytać.
-
Wybaczcie problemy organizacyjne, proszę – odezwał się. - Moi ludzie otrzymali ścisłe
rozkazy, wśród których, niestety, zabrakło wzmianki o nakryciu do kolacji.
Pozwólcie zatem, że zaprowadzę was do waszych komnat, gdzie… Ach. – Najwyraźniej
książę przypomniał sobie o czymś, co w jego mniemaniu było naprawdę dużym
problemem organizacyjnym, skoro przytknął palec wskazujący do nasady prostego
nosa, przymykając przy tym oczy. – Przygotowano dwie cele gościnne, gdyż nie
spodziewałem się dodatkowej osoby. - Jego wzrok spoczął na Leos, by zaraz potem
prześlizgnąć się na stojących obok siebie mężczyzn. - Obawiam się, iż przez
najbliższe dwie noce niemożliwe będzie udostępnienie trzeciej celi.
Col
prychnął ironicznie.
-
Nie ma sprawy, przecież nie chcemy żeby „dodatkowa osoba” spała w jednym pokoju
z którymkolwiek z nas.
Jadowita
złośliwość w jego barytonie była dla Esta zupełną nowością. Chłopak z ledwością
powstrzymał się przed upomnieniem przyjaciela. I tak słowami nic by nie
wskórał. Ta dwójka musiała się dopasować, przywyknąć do wzajemnego towarzystwa.
A jemu pozostało już tylko obserwować i interweniować, kiedy konflikt zacznie
przybierać agresywną formę.
Powieki
Aarima pomału opadły, perfekcyjnie odzwierciedlając moment odzyskiwania
nadwyrężonej cierpliwości.
-
Prawdę powiedziawszy, Colonellu, wolałbym nie lokować was dwóch w jednej celi. Przypuszczam
jednak, iż jest to nie do uniknięcia. Tędy, proszę. Cele znajdują się na końcu
tego korytarza. - Oszczędnie skinął dłonią, ruszając we wskazywanym kierunku. -
Będziecie mogli zażyć odpoczynku przed kolacją. W kominkach powinien płonąć
ogień, w innym wypadku ufam, iż poradzicie sobie z tą niedogodnością.
-
Nie macie tutaj służby? – zapytała dreptająca za rycerzem-dowódcą Leos, ledwie
sięgając mu do ramienia. Nie przeszkadzała jej myśl, że sama musi zadbać o swoje
potrzeby i wygodę, ale brak służących w tak olbrzymim gmachu był dla niej nie
do pomyślenia. - To kto zajmuje się garnizonem?
-
Paladyni są sobie służbą - odparł Aarim zwalniając, by dziewczyna zrównała z
nim krok. Est poczuł się dziwnie widząc ich idących obok siebie. Natychmiast zrzucił
to na karb koszmarnej aury młodzieńca nie dopuszczając do siebie świadomości,
że może to być spowodowane czymś sączącym się z duszy lub serca. - I ubiegając
twoje następne pytanie, również i ja, królewski potomek, służę na każdy możliwy
sposób.
-
Niebywałe! - zawołała Leos i naraz zatkała sobie usta, słysząc jak echo niesie
jej głos wzdłuż wąskiego korytarza. - Niektórzy mężczyźni nie zawiążą spodni
bez pomocy służby, a szlachetni rycerze Zakonu samodzielnie wykonują wszystkie,
choćby najmniej godne prace? – zachwycała się cichszym tonem.
Colonell
nie mógł zostawić tematu bez komentarza, a jego pozornie dobry humor tylko wzmógł
czujność półsmoka wietrzącego niecny postępek.
-
Ja bym się raczej zastanowił dlaczego mężczyźni
nie zawiążą spodni bez pomocy służby. Jeśli ktoś je rozwiązał, to powinien je
później zawiązać.
-
Col! - syknęła zgorszona.
-
Co? Mam ci przypomnieć kto rozpowiadał, że sypia z Estim?
-
Jak rany, dość już tego! - Doprowadzony do granic zażenowania Est wszedł między
parę przyjaciół. Korciło go, by szarpać końcówki uszu, lecz zamiast tego rozłożył
ręce, rozdzielając mierzących się gniewnymi spojrzeniami ludzi. Rodzeństwo. -
Jesteśmy głodni, przemoczeni i zmęczeni po podróży, to zrozumiałe że się
denerwujemy. Zjedzmy coś i wyśpijmy się, dobrze? Później będziemy rozmawiać.
Trzymający
się na uboczu książę spoglądał na sprzeczających się najemników. Częściej
jednak uważnych złotych oczu nie spuszczał ze zmieszanego Esta, który, gdyby
tylko mógł, wpełzłby w jakąkolwiek dziurę i przesiedział w niej do czasu, aż
dadzą mu spokój.
Niebianin
wprawdzie nie odczuwał emocji, ale doskonale się w nich orientował. Szczególnie
że zaklinacz cały nimi emanował.
-
Czy wasza dyskusja może poczekać? – poprosił, wspierając chłopaka. - Jesteśmy
na miejscu. Jak mogliście zauważyć, do sali wiedzie prosta droga, toteż spotkajmy
się tam, gdy ochłoniecie.
Aarim
odstawił na przykrytą chodnikiem posadzkę tobołki czarodziejki, które w swej
uprzejmości niósł przez całą drogę, po czym odwrócił się sztywno i przeszedł tę
samą trasę którą przyszli, pozostawiając przyjaciół samych sobie. Kiedy zniknął
za zakrętem, Leos spiorunowała przodownika wzrokiem.
-
Czy musisz być aż tak nieokrzesany? Podejmuje nas jak gości, a ty zachowujesz
się jak jakiś prostak! Ogarnij się! - Wzięła się pod boki, rozchlapując deszczówkę
spływającą z zagłębień peleryny.
Wycofujący
się Est przeczuwał, co zaraz nastąpi. Nie wtrącał się więcej, wolał przyglądać
się wydarzeniom. Póki sami go w to nie wmieszają, a było to bardziej niż prawdopodobne.
-
Chyba mamy to we krwi, panienko – wytknął jej enigmatycznie Col. - Możemy
wreszcie rzucić te torby i wskoczyć w coś suchego?
-
Zazdrosny dzieciak!
-
Nie jestem zazdrosny, nie mam ku temu powodów. Poza tym widzę, jak się do niego
wdzięczysz. Przykro mi, bo wygląda na to, że nie masz szczęścia do mężczyzn -
zripostował Colonell i wyminął rozgoryczoną dziewczynę. Otworzył pierwsze drzwi
po lewej. - Jeśli to nie kłopot, bierzemy ten pokój.
Est
spostrzegł, jak przyjaciółka w geście bezradności zaciska pięści i z dławiącą
furią patrzy za wchodzącym do celi mężczyzną. Łzy lśniły w jej niebieskich
oczach, jednak Leos była na tyle silna, by nie pozwolić im płynąć. Est
współczuł jej, lecz równocześnie czuł dumę z jej samokontroli. Col uderzył
poniżej pasa i zrobił to z premedytacją, nic nie usprawiedliwiało jego bezczelności.
-
Mogę ci jakoś pomóc? – zaoferował się, kładąc urękawicznioną dłoń na ramieniu
Leos. Piromantka uspokoiła się pod spojrzeniem skaleonich ślepi, ale drżącego
gniewu nie potrafiła opanować. - Przepraszam za niego, czasami zachowuje się
jak skończony dureń. Nie bez przyczyny nienawidzi tego miasta, co nie oznacza,
że może bezkarnie wyżywać się na was.
Czarodziejka
pociągnęła nosem i pospiesznie otarła nadgarstkiem policzek.
-
Wiem – westchnęła. - Nie znam go tak dobrze jak ty, ale zdążyłam się do niego
przyzwyczaić. Tak przynajmniej sądziłam...
-
Już dobrze, Leos, wszyscy jesteśmy zdenerwowani. - Est sięgnął po sakwy i delikatnie
odsunął jej rękę, dając do zrozumienia, że sam się nimi zajmie. – Przegadam mu
do rozumu.
Przeniósł
rzeczy Leos do skromnej celi będącej teraz jej sypialnią i odłożył we wskazanym
miejscu przy łóżku. Wyprostował się, otrzepał dłonie i popatrzył w opuchnięte
od powstrzymywanych łez ciemnoniebieskie oczy. Bez namysłu przytulił ją do osłoniętej
kirysem piersi. Pogłaskał miodowe rozczochrane włosy.
-
Wspaniale sobie radzisz, Leos - wyszeptał. - Jestem z ciebie dumny.
Odsunął
spąsowiałą Małą Niedźwiedzicę na odległość wyciągniętych ramion, przesunął
kciukiem po jej drżącym podbródku i uśmiechnął się lekko. Szkliste spojrzenie dziewczyny
momentalnie go otrzeźwiło. Gwałtownie wycofał się pod drzwi, uderzając o nie
plecakiem. Napływający wstyd i niechęć do samego siebie zamaskował słabym,
przepraszającym grymasem. Obrócił się na pięcie i w milczeniu opuścił celę, bo
nie był w stanie wydobyć słowa ze ściśniętego gardła. Wziął parę głębszych
oddechów i nie wiedząc co ze sobą począć, oparł się czołem o zimną ścianę
korytarza. Z ukosa zerknął na niewielkie okienko upstrzone kroplami deszczu.
Co
go, do cholery, napadło?!
Wściekły
zwyzywał się od najgorszych. Miał niepowtarzalną szansę skierować uwagę
beznadziejnie zakochanej dziewczyny w inną stronę, a co z tym robił? I to w tak
trudnej dla nich sytuacji! Trudnej szczególnie dla niej! Poza nim nie ma
nikogo, na kim mogłaby polegać, komu mogłaby w pełni zaufać. Miał być jej
opiekunem, a nie…
Odetchnąwszy
dla wyciszenia rozszalałych myśli, Est odepchnął się od ściany i obładowany własnymi
bagażami, przemoknięty oraz skrajnie nieszczęśliwy poszedł do celi, którą
dzielić miał z Colem. Otwierając, niekontrolowanie uderzył drewnianymi drzwiami
o ich ramę, aż nienawykła do takiego traktowania ościeżnica chrząknęła
pękającym drewnem. Ledwie żarzące się w kominku bierwiona buchnęły płomieniem. Rzucił
rzeczy na stertę utworzoną przez zwiadowcę i nie patrząc na partnera usiadł na brzegu
pryczy, chowając twarz w dłoniach. Miał być biernym świadkiem, a urządzał sceny
nie gorsze niż Col.
-
Esti, przepraszam. Poniosło mnie. - Colonell wstał z jedynego w pomieszczeniu
krzesła. Nie wiedział co zdarzyło się w celi obok, a stan ducha półsmoka mylnie
tłumaczył własnym bezmyślnym wyskokiem. - Leos też przeproszę, przy kolacji.
Idiota ze mnie.
Twardy
materac ugiął się pod ciężarem rosłego człowieka. Est poczuł na udzie ciepłą rękę.
Nawet przez grubą skórę ochraniacza dotyk partnera wzbudzał w nim niepohamowane
dreszcze. Jak ma powiedzieć ukochanemu, co dzieje się w jego sercu, skoro on
sam tego nie rozumiał?
Chłopak
wciąż nie odpowiadał, więc Col naparł na niego barkiem, zachęcając do
przeprosinowej przepychanki. Przekonany, że to z jego winy Esti wpadł w tak
ponury nastrój, próbował poprawić mu humor zapewniając, że naprawi swój błąd. Objął
ramieniem niewzruszonego dzieciaka i oparł brodę o czubek jego głowy. Spodziewał
się, że ten wkrótce zareaguje…
Ale
nie z taką dzikością!
Osłupiały
Colonell wylądował plecami na wykrochmalonej pościeli, do której Est docisnął
jego nadgarstki. Wielkie tęczówki chłopaka lśniły intensywnym, jaskrawozielonym
blaskiem i nie było to odbite światło ognia. Półsmok z wahaniem przygryzał
dolną wargę i niespiesznym spojrzeniem przemykał po każdym detalu oblicza unieruchomionego
mężczyzny. Wyglądał, jakby myślami przebywał zupełnie gdzie indziej,
jednocześnie zapamiętując rysy łowcy i tworzące skomplikowany wzór linie płowiejącego
barwnika. Col bał się poruszyć, by nie przepłoszyć tak podniecająco
nieobliczalnej istoty.
Czuowieców należy sobie
podporządkować
– pomyślał półprzytomny chłopak. Wówczas będą posłuszni...
-
Nie... - mamrotał, wzroku nie odrywając od ukochanego człowieka. - Nie pragnę
posłuszeństwa.
-
Esti? O co…
Col
nie dokończył, ponieważ pierś obleczona w czarny pancerz przylgnęła do jego
miękkiej bluzy, wypierając powietrze z płuc. Est sugestywnie otarł się o niego lędźwiami,
przesuwając nieco do przodu i w górę. Zastygł z ustami przy jego ustach,
wpatrzony w lekko rozchylone oczekiwaniem ciemne wargi - jakby nagle zapomniał,
co chciał zrobić. Colonell obserwował go z rosnącym pożądaniem. Zachwycony tym
rzadkim widokiem nie ingerował, czekał z cierpliwością topniejącą w żarze ich
wspólnego ognia. Uścisk na lewym nadgarstku zelżał. Długie palce gładziły teraz
zawijasy tatuażu, opuszki sunęły po przystrzyżonym zaroście. Wyswobodzoną rękę
przodownik położył na białym policzku niezdecydowanego kochanka, który po raz
kolejny zaskoczył go do granic cielesnej wytrzymałości.
Est
wyprężył grzbiet, siadając okrakiem na oszołomionym mężczyźnie. Czerwony, gorący
i zadziwiająco wąski język wysunął się spomiędzy ostrych kłów, gdy przysunął
szorstką dłoń człowieka do swoich ust. Nie odwracając hipnotyzującego, nieprzeniknionego
spojrzenia od spacyfikowanego kochanka, chciwie chłonął pełną gamę uczuć
przebiegających przez smagłą twarz, kiedy po kolei rozsuwał językiem jego palce
i liżąc, smakował całą ich długość. Klatka piersiowa pod nim unosiła się coraz
szybciej; oddech człowieka stał się płytki i urywany. Cichy jęk wydobył się z
zachrypniętego gardła w chwili, w której chłopak wsunął sobie jego palce do ust
i zaczął kąsać je z agresywnie zachłannym, wręcz dominującym wzrokiem.
Skupiony
na zwiadowcy czuł błądzącą pod koszulką dłoń nie mogąca zagrzać miejsca na
jedynych dostępnych przestrzeniach pobliźnionej skóry. Ludzki mężczyzna musiał
przeżywać prawdziwie rozkoszne katusze, jako że opasający biodra pas z
medykamentami wiernie strzegł tego, co pozostawało niewidoczne dla postronnych.
Z okrutną radością czerpał satysfakcję z bezsilności partnera w starciu ze
skórzaną zbroją szczelnie okrywającą szczupłą, zgrabnie umięśnioną sylwetkę.
Łaskawie
pochylił się, niby przypadkiem ocierając o pulsującego w spodniach członka.
Podrażnił ustami wargi partnera, nie pozwalając mu na posmakowanie pieszczoty.
Colonell spróbował dźwignąć się na łokciach, lecz Est pchnął go na posłanie i
droczył się z nim, by na koniec wpić się w chętne usta z mocą nie tylko
fizyczną.
Dominacja...
...Przejęcie...
...Kontrola!
Niespodziewane
uderzenie przyjemności zamroczyło człowieka, który wyłącznie dzięki sile woli
nie utracił panowania nad rozpalonym ciałem. Mogło się wydawać, iż zmysłowy pocałunek
był jedną z wielu dotąd wymienianych pieszczot, ale ten był zgoła inny. Oprócz
śliny i emocji przekazał namacalną energię, jakiej Col nie znał i nie umiał
określić. Językiem dotykał śliskich i niebezpiecznych kłów drapieżnego kochanka,
dryfując ekstatycznie między umiarkowanym upojeniem alkoholowym a kompletnym odurzeniem.
Ten przyjemny i trudny do uchwycenia moment zaspokojenia opłynął jego ciało,
hucząc w czaszce odbierał zdolność jasnego rozumowania.
Colonell
przycisnął do siebie namiętnego partnera, ignorując wrzynające się w brzuch
metalowe wzmocnienia i klamry czarnej skórzanej zbroi oraz flaszeczki z
miksturami. Ich usta nie odrywały się od siebie ani na sekundę, nie wadziły im
nawet rozmiary jednoosobowego łóżka. W tej chwili byli jednością, pomimo warstw
odzieży i pancerza bezwzględnie oddzielających ich od siebie.
Mężczyzna
zachłysnął się, raptownie wracając do rzeczywistości. Odnosił wrażenie, jakby
dopiero wypłynął na powierzchnię po bardzo długim przebywaniu pod taflą gotującej
się wody. Nie potrafił złapać tchu, płonął od wewnątrz! W przeciwieństwie do chłopaka,
który, leżąc na nim, podpierał się na łokciach i bawił brązowymi włosami, przypatrując
się jego bezowocnym wysiłkom z nieznacznie uniesionymi kącikami białych warg.
-
Co to… Haaa... Co ty… Esti, co to było? – wydyszał Col marząc o łyku wody,
która przyniosłaby ulgę jego przesuszonemu gardłu. - Wszechmocni… Hah, myślałem
że dojdę i odejdę równocześnie! - Błogi uśmiech rozpromienił jego
zaczerwienioną twarz. - Jesteś niesamowity. Prawie mnie zabiłeś!
Est
nie przestawał bawić się jego włosami. Tajemniczy uśmiech wciąż błąkał się na
jego ustach.
-
Chciałem sprawdzić, czy w ten sposób mogę przesłać ci choć cząstkę mojej mocy.
I skłonny jestem przyznać, że ten mały eksperyment przerósł moje najśmielsze
oczekiwania. Byłeś mój, w pełni zdany na moją łaskę i niełaskę - wymruczał Est tak
niskim i drapieżnym tonem, że pobudzony Col zapragnął powtórzyć to fantastyczne
doznanie choćby za cenę własnego życia. - Cieszę się, że nie uczyniłem ci
krzywdy.
Zsunął
się z łapiącego dech zwiadowcy i wychodząc na środek celi, na wyczucie rozpinał
sprzączki skórzanego pancerza. Zdjęte elementy tradycyjnie lądowały na podłodze
tworząc niezgrabną kupkę matowych skór oraz czarnych klamerek - tylko cenny pas
obdarzył szczególną troską. Est majstrował zawzięcie przy sprzączce kirysa, a ogień
w kominku zapłonął jaśniej, jak gdyby chcąc ułatwić mu wykonanie tej żmudnej
czynności.
Col
ostrożnie podniósł się z pryczy, siadając na jej brzeżku. Komnata gwałtownie
zawirowała mu przed oczami i opierając łokcie o kolana dochodził do siebie, wbijając
spojrzenie w jedyny stabilny element otoczenia jakim była kamienna posadzka
wyłożona niebieskim dywanem o krótkim włosiu. W tym czasie Est bezskutecznie wygładzał
pomiętą czarną koszulkę bez rękawów. Zaprzestał jednak, dostrzegając, że nie ma
to najmniejszego sensu.
Rzeczywiście,
Est czuł się lepiej niż jeszcze przed chwilą. Jakby wraz z odrobiną esencji pozbył
się również wątpliwości wynikających z niezrozumienia własnych uczuć. Mistrz
pobierał od niego nadwyżkę mocy samym uściśnięciem dłoni, jako poszukiwacz
magii mógł tego dokonać na przekór mechanizmom obronnym ucznia. Trafnie
odgadywał dyskomfort podopiecznego związany z nagromadzoną energią i subtelnie pomagał
mu uwolnić ją z organizmu. Dlatego też Est pod wpływem impulsu, zbiegłej myśli,
postanowił oddać część mocy niemagicznemu kochankowi w nieco odmienny niż
dotychczasowy seksualny sposób. I był bardziej niż zadowolony z uzyskanego
efektu. Musiał tylko czujnie obserwować, czy Colowi nic nie będzie dolegało z racji
energii tajemnej wymagającej zneutralizowania. To nie ich pierwszy raz, lecz na
pewno pierwszy, gdy on sam poczuł się inaczej w trakcie przesyłania mocy. Nie miał
jednak pewności, jak ludzkie ciało ją zniesie. Czuł się podle myśląc o kochanku
jak o obiekcie doświadczalnym, aczkolwiek nie mógł zaprzeczyć, że końcowy
rezultat będzie pouczający.
-
Dobrze się czujesz? - Skruszony wrócił do siedzącego na skraju łóżka partnera i
przykucnął naprzeciwko. Zajrzał mu w oczy szukając... sam dokładnie nie
wiedział czego. Nic nie wskazywało na to, by ten wiecznie wesoły typ cierpiał
od magicznej choroby. - Przepraszam, Col. Oddaję ci swoją esencję, a nawet nie
wiem, jak na ciebie wpływa.
-
Esti, jeżeli miałoby mnie to zabić, to będzie to cudowna śmierć - wychrypiał
człowiek głosem ociekającym szczęściem. Ciepłe palce zaplątały się w czarne
włosy Esta, kiedy Col przyciągnął go do siebie i pocałował czule.
-
A idź wyłysiej! - wzburzony chłopak wyrwał się z łagodnych objęć. Podszedł do
drzwi i z ręką na klamce oraz uroczo nadąsaną miną zmierzył wytatuowanego
mężczyznę groźnym wzrokiem. - Powinniśmy udać się na kolację, nim zaczną sobie
wyobrażać zbyt wiele.
Colonell
odetchnął głęboko i podciągnął rękawy bluzy pod same łokcie. Za oknem szalała
ulewa, odległe mruczenie zwiastowało nadejście burzy, a w sypialni było
wyjątkowo przytulnie mimo surowego wystroju oraz ledwie tlącego się ognia w
kominku. Nie miało sensu przebieranie się na kolację, więc pomału wstał z posłania
i niedbale otrzepał ubranie.
-
Nie żartuję, Esti – ciągnął, dołączając do niego. – Poświęciłbym dla ciebie
życie, gdyby zaszła taka konieczność.
Est
otwartą dłonią zamknął mu usta i odepchnął go od siebie z irytacją. Śmierć nie
wpisywała się w jego poczucie humoru.