piątek, 28 sierpnia 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 49 ~~

 Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW

>> Rozdział 49 - Wattpad <<



Wieczorne wieści o zaginionych kupcach niepokoją niewzruszonego Aarima. Estalavanes wyczuwa narastające zagrożenie i popada w bliskie panice wątpliwości, które rozwiewa nocna rozmowa z Colonellem... 

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 28d'8m'26r2t]



    Jak to w grupie bywa, zdarzają się napięcia, ale nie brakuje też troski, żartów czy przyjacielskich uszczypliwości. Zaczynam zauważać, jak kształtują się relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami, jaka jest ich natura i forma, zastanawia mnie ich aktualna trwałość oraz to, jak ukształtuje je przyszłość. A ta raczej nie maluje się w jasnych barwach, o czym przekonują się w kolejnej gospodzie.
    Zaginięcie kupców może i nie byłoby czymś niezwykłym, zważywszy na spływające krwią rewolty południe, gdyby nie fakt, że do tej pory bezstronnych handlarzy pozostawiano we względnym spokoju. Innymi słowy: nie rabowano ich dobytku, nie mordowano ani nie brano w niewolę. I ta zmiana chyba najmocniej Aarima ugodziła, znaczyła bowiem, że bunt przerodził się w bratobójczą wojnę, której eskalacja na całą krainę byłą wyłącznie kwestią tygodni czy kilku miesięcy.
    Est ma już dość - podróżowania, towarzystwa, niewidocznego upiora. W odosobnieniu odnajduje chwilowy spokój, który dzieli z dołączającym do niego Colem. Jest coś uroczego w tej intymnej scenie pod wierzbą, w tym, jak Est odsłania swoje lęki, jak uzewnętrznia zależność od partnera i wyraża brak poczucia bezpieczeństwa. Oraz w tym, jak Col uspokaja go, dzieląc się swoim doświadczeniem.
   Nigdy nie lubiłam historii, w których główny bohater jest nieulękłym twardzielem, bezmyślnie brawurowym, ratującym świat samą swoją zajebistością, a w wolnych chwilach głaszczącym słodkie kotki i odwiedzającym babcię w szpitalu. Nie wiem co musiałoby się wydarzyć w życiu, by ktoś taki zaistniał naprawdę. I chyba nie chcę wiedzieć, dla swojego zdrowia psychicznego.
    Ale uwielbiam historie, w których bogactwo emocjonalne, a przede wszystkim rozwój, są poparte wydarzeniami i uwarunkowane fabularnie. Nie sztuka napisać opowieść o supermanie. Sztuką jest pokazać, przez co bohater przeszedł, by nim się stać. I jaką cenę za to zapłacił.

    

Kącik autorki.
    O bogowie, tak pośladów chyba jeszcze nigdy nie spięłam, jak przy redagowaniu tego rozdziału... A wszystko po to, by zdążyć przed wyjazdem do Gdańska. Co prawda na samym wyjeździe miałam nanieść ostatnie poprawki, ale skończyło się jak skończyło - mimo dysponowania boską maszyną do pisania ani razu jej nie odpaliłam, przez co opóźnienie i tak zaliczone. Wchodzi mi to w nawyk ಠ_ಠ No trudno, miałam wakacje. Mam tylko nadzieję, że tempo nanoszenia poprawek nie rzutuje na jakość tekstu...

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 49

 

Kolejny dzień w drodze nie zapowiadał żadnych rozrywek. Pękate chmury wisiały nisko nad ziemią, zwiastując gwałtowną ulewę, a kapryśny wiatr porywał słowa strudzonych podróżników, wymuszając na nich milczenie. Wyruszyli zaraz po śniadaniu, względnie wypoczęci i pełni optymizmu, niestety kilka godzin w siodle skutecznie podminowało nastroje, a zmienna aura nie pomogła w utrzymaniu dobrych relacji. Jechali dwójkami kamienistą ścieżką wiodącą przez rozległe łąki i nawet kwiaty zszarzały w oczach, kiedy z nieboskłonu spadły pierwsze krople.

Poirytowany Estalavanes łypnął ku pociemniałemu niebu i pojedynczą myślą nakłonił żywioły do pomocy niemal tak samo jak wtedy, gdy eskortowali Leos do Twierdzy. Wówczas nie zdawał sobie sprawy, że potrafi dokonać tak niezwykłej sztuki - to pierwotne elementy przejęły inicjatywę. Obecnie przyszło mu to z naturalną łatwością. Najwyraźniej wysiłek włożony w opanowanie ostatniego żywiołu zaowocował głęboką więzią z otaczającymi go siłami.

Wiatr trzymał deszcz z dala od nich, tworząc wokół czwórki konnych małe oko cyklonu przechwytującego coraz gęściej padające krople; wicher targał grzywami i ogonami wierzchowców oraz włosami i pelerynami jeźdźców. Gniada klacz wraz ze srokatym ogierem przyzwyczajone już były do nienaturalnych zjawisk i rżały cicho w reakcji na nagłą zmianę. Majestatyczny Sen stąpał niewzruszony, natomiast młody kary rumak Esta wierzgał i parskał nieustannie. Gryząc zajadle wędzidło, z trudem dawał się okiełznać.

- Twoje moce są niebywale przydatne, Esti! - zawołał Colonell, przekrzykując wichurę. Wyprostował się w siodle, z rozkoszą zaciągając wilgotnym powietrzem wolnym od deszczu. Po raz pierwszy od wielu godzin radość zagościła na jego wytatuowanej twarzy, gdy z ożywieniem oglądał taniec wiatru i wody. - Wspaniałe.

- Jak rany, powtarzasz to za każdym razem, kiedy posługuję się żywiołami, by ułatwić sobie życie... - Est wywrócił oczami, od niechcenia podążając za wzrokiem partnera. Płynny ruch na ustalonej wolą granicy ukoił i jego napięte nerwy. - Ale masz rację, jest w tym coś wspaniałego.

- Estalavanesie, czy nie powinieneś ograniczyć zużycia energii tajemnej? - Niczym nie zagłuszony głos Aarima dobiegł z przodu kolumny, rozwiewając magiczny nastrój panujący między dwójką najemników. - Myśl, iż podczas ewentualnej potyczki okażesz się kompletnie nieprzydatny, jest mi nie w smak. Przemoczone ubrania oraz wierzchowce są ceną, jaką jestem w stanie zapłacić za twoje wybitne zdolności bojowe.

Jak jeszcze przed momentem Est irytował się na nudną podróż, tak teraz Aarim dorzucił swoje trzy tarcze do ogółu jego frustracji. Już miał na koniuszku języka wyjątkowo złośliwą replikę, jednak pohamował się na tyle, by kąśliwy komentarz pozostał wyłącznie echem jego myśli. Mimo to zabarwione sarkazmem gładkie słówka popłynęły, z lekkością trafiając do zainteresowanych ich rozmową słuchaczy.

- Aarimie, aktualnie nie zużywam ani krztyny mocy, jako że nie-mogę-jej-zużywać - wycedził z goryczą. - To mnie odróżnia od użytkowników magii, że nie potrafię formować, inkantować ani manifestować zaklęć. Korzystam ze szczodrości żywiołów, lecz nie potrafię ich stworzyć z esencji, nurtu, czy czego tam jeszcze. I zawczasu odpowiadam na twoje następne pytanie: tak, próbowałem.

Est nie lubił być w centrum uwagi, szczególnie gdy dotyczyło to czegoś tak osobistego. Czuł się jak dzieciak pouczany przez nadopiekuńczego rodzica, a przynajmniej tak sobie to wyobrażał, bo w praktyce nigdy tego nie doświadczył. Rozdrażniony skubał wodze i spod zmarszczonych gniewnie brwi obserwował szerokie, okryte granatową peleryną przeciwdeszczową plecy paladyna.

Z ukosa spostrzegł Leos obracającą się w jego kierunku. Znajoma iskierka w ciemnoniebieskim oku wyrwała jęk z jego gardła, bo był już bardziej niż pewien, że to dopiero początek uwierających go pytań.

- Jak w takim razie pozbywasz się nadwyżki esencji? - Niewinne spojrzenie czarodziejki prześlizgnęło się na jadącego obok Esta przodownika, którego dwuznaczny uśmieszek błyskawicznie uciął temat. - Och, nieistotne. Przepraszam.

Tego już było za wiele. Niczym od ciosu w podbródek Est odchylił w tył głowę i zapatrzył się w czarne jak rozpacz niebo. Lecące zeń ciężkie krople rozbijały się o szczelną zasłonę wiatru, natychmiast porywane do przedziwnego tańca nurtem usłużnego powietrza. Chłopak starał się opanować, ale naprawdę brakowało mu na to sił. Aarim go zdenerwował. Leos również nie zostawiła na nim przysłowiowej suchej nitki. Nitki, którą Col z lubością oderwał od całości bezczelnym chichotem, odjeżdżając na bezpieczną odległość od wytrąconego z równowagi, osaczonego ze wszystkich stron półsmoka.

- I ty przeciwko mnie, Col?!

Zwiadowca mrugnął zadziornie do rozeźlonego chłopaka.

- Po prostu odpowiedz, gadzinko. Co w tym wstydliwego?

- Idź wyłysiej, durniu! Uwzięliście się na mnie! - warknął Est. Colonell mógłby przysiąc, że jednocześnie w oddali usłyszał huk gromu. - Proszę bardzo, chcecie, to macie! Nadwyżkę przekazuję Colonellowi! Fizycznie! W piernatach! Zadowoleni?!

Naburmuszony i zażenowany odwrócił się od dwóch sadystycznie przyglądających mu się par oczu. Zdruzgotany już więcej się nie odezwał. Wszyscy bez wyjątku sprawili, że czuł przemożną chęć wciśnięcia się w kąt i przeczekania najgorszego. Osaczony pragnął chwili samotności, a skazany był na nieprzerwane towarzystwo, które zaczynało odbijać sobie na nim zmęczenie. Był idealnym kozłem ofiarnym. Od dnia narodzin.

- Temat ten nie jest wystarczającym powodem do strojenia żartów z Estalavanesa. - Stający w obronie uciśnionego dzieciaka Aarim zerknął przez ramię na jadących z tyłu najemników. - Leos, ciebie również o to proszę - dodał, spoglądając z reprymendą na czarodziejkę.

- Kiedy ja byłam tylko ciekawa! - tłumaczyła się z urazą, niesłusznie oskarżona o podzielanie uszczypliwości przodownika. - To Col robi sobie z tego żarty.

- Zatem obydwoje przestańcie. Czy nie widzicie, iż jest to dla niego drażliwy temat? Zrozumcie jego stanowisko.

- Ale jak niemagiczny może wykorzystać otrzymaną esencję? - zastanawiała się Leos. Jej nadąsana piegowata twarzyczka ponownie przybrała ten charakterystyczny dla niej wyraz zaciekawienia. - Czarodzieje mówią o tym z odrazą, twierdząc, że magiczni pod żadnym pozorem nie powinni łączyć się z niemagicznymi.

- Wygląda na to, że może - wtrącił się Col, nie zmniejszając dystansu Gniadej od pozostałych koni. - Ja jeszcze żyję. I mam się całkiem nieźle. A czarodzieje niech pukną się w czoła z tą swoją obsesją na punkcie magii, bo na zdrowie im to nie wychodzi.

- Gwoli wyjaśnienia – odezwał się Aarim z zaciętą miną podobną zniechęceniu, jak gdyby dyskusja testowała i jego cierpliwość. - Energia zwana tajemną wiąże się z energią fizyczną organizmów niemagicznych. Owo połączenie powoduje całkowity rozpad obu energii w naturalny, poniekąd inwazyjny sposób, wywołując efekty uboczne w postaci wycieńczenia oraz oszołomienia. Przy nadmiernych ilościach energii dochodzi do wstrząsu metafizycznego: stanu zbliżonego do wstrząśnienia mózgu bądź szoku pourazowego. Nie odnotowano przypadków śmiertelnych, a przynajmniej ja o takowych nie słyszałem.

Kontynuując wywód, rycerz Zakonu Paladynów odciągnął uwagę od dręczonego Esta. Chętnie udzielał odpowiedzi na nurtujące Małą Niedźwiedzicę pytania, toteż bez wahania zadawała ona kolejne i kolejne, dzięki czemu lepiej znosiła niewygodną pozycję na grzbiecie łaciatego konia. Aarim dał się poznać jako zaskakująco miły towarzysz podróży i chociaż nie uzewnętrzniał emocji, piromantka w niewielkim stopniu potrafiła już odgadnąć jego nastroje, z czego była tycią odrobinkę dumna.

Za to Est, wściekły jak osa, groził pogryzieniem wyciągniętej na zgodę dłoni w rękawicy strzeleckiej. Col uwielbiał go zawstydzać i urządzać podśmiechujki, czym doprowadzał chłopaka na skraj wytrzymałości. Est miał ochotę nagadać mu do słuchu, wiedział jednak, że będzie to strzępienie języka na darmo. I mimo że gniew rozdzierał go od środka, to wolał zachować nieprzyjemne słowa dla siebie, aniżeli powiedzieć coś, czego mógłby potem długo żałować. Nie lubił się kłócić. Wszelkie awantury uznawał za bezsensowną stratę i tak krótkiego czasu, jaki im pozostał. Choć Col bywał nieznośny, to Est nie chciał, aby kiedykolwiek się zmieniał.

Est uspokoił się, gdy jego zdrowy rozsądek dotarł do pogrążonego w smutku serca, łagodząc zalegające we wnętrzu napięcie. Naprawdę nie było o co się złościć. Znów brał wszystko do siebie i niepotrzebnie się przejmował. Przecież ich relacja była paladynowi oraz czarodziejce znana. Oboje byli bystrzy i domyślni, więc czy powie to na głos, czy też nie, niczego nie zmieni ani nie wpłynie na to, jak go postrzegają. Skoro nie widzi nic złego w związku z Colem, dlaczego inni mieliby widzieć? Niestety, w niedalekiej przyszłości czeka ich powrót do życia w ukryciu, lecz było już za późno na cofnięcie raz podjętej decyzji o opuszczeniu bezpiecznej Twierdzy. Est nie zamierzał tego żałować. Nawet jeżeli otwierała się przed nimi przepaść, a jutro nie przyniesie nic dobrego, to wciąż mieli to, co najważniejsze: siebie nawzajem oraz nieprzemijalne uczucie, które jak ogień rozpraszało cienie lęków i obaw, napełniało krzepiącym ciepłem, a także dodawało sił, kiedy jeden z nich uginał się pod presją otoczenia lub wydarzeń.

Nie zaszczycając ukochanego spojrzeniem, Est uścisnął wyciągniętą na przeprosiny dłoń. Nadal udając obrażonego splótł białe palce z palcami o ciemnej skórze i trzymał mocno, poza zasięgiem wzroku jadących na przedzie przyjaciół. Chciał, żeby ta chwila trwała. Bał się, że gdy tylko go puści, to wszystko okaże się jedynie snem.

Nie on jeden się tego obawiał. Spokorniały Colonell również nie chciał wyplątywać się z uścisku jako pierwszy. Podjechał nieco bliżej, uniósł dłoń chłopaka do ust, lekko ją ucałował i dopiero wtedy puścił.

Intensywne spojrzenia, jakie wymienili, mówiły wszystko. Nie potrzebowali słów by wyrazić to, co chcieli sobie przekazać i uważali to za najpiękniejsze doświadczenie, jakie ze sobą dzielili. Cienka nić porozumienia pomiędzy nimi dwoma powiększała się z każdym dniem. Pajęcza nić przeistaczała się powoli w utkaną z hartowanej stali linę stabilnie łączącą dwa umysły oraz dwa serca, oplatała ich i tworzyła doskonałą jedność z dwóch zupełnie niezależnych osobowości. W takich sytuacjach Est wierzył, że śmierć partnera zakończyłaby i jego żywot. Miłość do człowieka była równie kreatywna, co destruktywna i tylko od niego samego zależało, jak pokieruje tym uczuciem.

***

Tym razem postanowili zrobić krótki postój wśród mokrego kwiecia bezkresnej łąki. Deszcz przestał padać godzinę temu, zamieniając powietrze w lepką mgłę wznoszącą się nad wysoką, przesyconą słodkim aromatem trawę. Rozmokła ziemia na wydeptanej dróżce stała się błotkiem cmokającym przy każdym kroku, jednak nikt nie uskarżał się na te niedogodności. Zeszli z siodeł i rozprostowali zesztywniałe mięśnie. Ostatecznie zdecydowali się przebyć kawałek trasy pieszo, prowadząc wierzchowce wąską ścieżką. Był to dobry pomysł, rzeczywiście odpoczęli pokonując w ten sposób parę kilometrów. Konie wydawały się nie mniej zadowolone, kiedy ich grzbiety wolne były od ciężaru, a pyski okazjonalnie chwytały kępy soczystej koniczyny, chrapami trącając opasłe trzmiele.

Lekko odziani podróżnicy byli w tym momencie w pełni odsłonięci, lecz zagrożenie byłoby tu równie widoczne. Dziko rosnąca trawa nie stanowiła kryjówki ani dla ludzi, ani dla zwierząt. A co innego mogłoby tu na nich czekać? Aarim niczego nie wykrywał, Colonell także nie dojrzał śladów świadczących o obecności drapieżników, toteż swobodnie brodzili w rozkołysanych, skrzących się rosą źdźbłach.

Humory polepszyły się wraz z poprawą pogody, jak gdyby promienie słońca wyzierające zza chmur miały zbawienny wpływ na jeźdźców. Popołudnie i wczesny wieczór mijały na pogawędkach konsekwentnie omijających temat Esta, zdominowanych przez zabawne historie, którymi Col sypał jak z rękawa. W przeciwieństwie do oblubieńca był duszą towarzystwa - doskonale radził sobie w blasku powszechnej uwagi i bez względu na okoliczności nie tracił rezonu, zachowując zimną krew i tnąc celnymi ripostami. Est na palcach jednej ręki mógł policzyć sytuacje, w których Col dał się publicznie ponieść emocjom.

Półsmok nie miał powodów do narzekań. Wolał przebywać w cieniu ekstrawertycznego przyjaciela i słuchać anegdot z życia mieszkańców Twierdzy, plotek zasłyszanych w gospodzie czy przekomarzań z buńczuczną czarodziejką. Teraz odciął się od toczonych wokół rozmów. Martwiło go, dokąd dotrą w swojej pielgrzymce, czego dokonają, zanim polegną na polu bitwy i gdzie rzuci ich los. Opuścili warownię Niedźwiedzi zaledwie pięciodzień temu a odnosił wrażenie, że od tamtej pory minął miesiąc. Myślał że będzie tęsknił, ale nie odczuwał niczego podobnego. Jedyne, co w sobie nosił, to dziwną pustkę. W końcu był wolny. Ale czy wolność nie powinna smakować inaczej? Lepiej? Czym właściwie jest wolność? I co najistotniejsze, czy umiał ją rozpoznać...? Ostatecznie skonstatował, że wolność to tylko utopijna mrzonka. Nikt nigdy nie będzie wolny, prawdopodobnie nawet po śmierci.

I kiedy wszyscy wesoło spędzali czas, Est zatonął w ponurych rozważaniach, a wątpliwości w jego sercu puszczały coraz więcej korzeni.

***

Następna noc w drodze ku Aneil’Aranth gwarantowała nocleg pod dachem, za zamkniętymi drzwiami i z żołądkami wypełnionymi ciepłym posiłkiem. Gospoda „Pod Siwym Dymem”, biorąca swoje miano od całorocznego szarego obłoku wydobywającego się z komina, była niewyszukaną budowlą. Kilkupiętrowa prostokątna konstrukcja zwieńczona spadzistym dachem wykończona była bez polotu, lecz prezentowała się lepiej niż poprzednia. I wnioskując po zajętych boksach w stajni, gościła więcej przyjezdnych, przez co najem pokoi wydawał się niemożliwy. Na szczęście dla czwórki podróżnych czarny scenariusz nie spełnił się, właściciele mieli do dyspozycji sporo wolnych łóżek, które Aarim najął bez zbędnych negocjacji. Nie był co prawda zadowolony z rozdzielenia drużyny, ale nie miał innego wyjścia, jak przekazać odliczoną kwotę w ręce ukontentowanego gospodarza.

Est przestał ukradkiem rozglądać się po gwarnej sali i nadstawił ucha. Wciąż był obiektem niechcianego zainteresowania, więc zrobiłby wszystko, by móc skupić się na czymś innym, choćby na samopoczuciu towarzyszy. Cień przemykający przez opanowane oblicze paladyna wzbudził jego czujność. Nawet nie próbował rozpoznać tego prawie niezauważalnego grymasu, niemniej skoncentrował się na jego osobie, by nie uronić ani jednego wypowiedzianego przezeń słowa. Aarim rzadko bywał dociekliwy, teraz jednak, przy okazji rozmowy o interesach, pociągnął karczmarza za język.

Siwiejący szczupły mężczyzna w schludnej koszuli zdawał się nie dostrzegać zbieżności pogłosek oraz sygnałów, które szlachetnego młodzieńca w barwach Zakonu Paladynów raziły niby ostrzegawczy pocisk rozświetlający noc. Jak wynikało z jego opowieści, znana w tych stronach grupa kupców morskich podążających z Ognistego Haka na północ, ku Srebrzystym Szczytom, nie pojawiła się o czasie. Regularnie wynajmowali oni kwatery „Pod Siwym Dymem”, gdzie mieli ulubione pokoje i chociaż wypatrywano ich na gościńcach od ponad dwóch dni, nic nie wskazywało na to, że się zjawią. Karczmarz słusznie założył, że tym bardziej nie przyjadą dzisiejszej nocy, ponieważ swoim zwyczajem nie wędrowali oni po zachodzie słońca, które już dawno zniknęło za horyzontem. Dość miał czekania, bo puste izby oznaczały wyłącznie straty, więc chętnie odstąpił cztery z nich bratu zakonnemu.

Spracowany człowiek o zmęczonych oczach i życzliwej twarzy nie zwrócił większej uwagi na wygląd gościa. Być może wtedy przejrzałby kryjącą się za symbolami Tarthosa tożsamość paladyna i w swoim nieskalanym podejrzliwością rozumie dodał dwa do dwóch z zasłyszanych wieści. Książę Aarim nie wyprowadzał jednak poddanego z błędu. Podziękował za pokoje oraz poświęcony na pogawędkę czas i utrzymując dalsze pozory, z roztargnieniem dopytał o koszt paszy dla koni, a gdy dowiedział się już wszystkiego i odebrał klucze wraz z dokładnym objaśnieniem, które pomieszczenia należą do nich i na którym piętrze ich szukać, razem z pozostałymi zaniósł torby na górę. Nie podejrzewał, że czujne oczy i uszy półsmoka śledziły przebieg rozmowy z ujęciem najdrobniejszych szczegółów, uwzględniając wszelkie subtelne zmiany w mimice oraz tonie zadziwiająco rozmownego rycerza.

Aarim perfekcyjnie ukrywał niepokój za fasadą chłodnej obojętności typowej znużonemu podróżnikowi, lecz Est bez trudu wyłapywał elementy układające się w spójną całość. Jeżeli istniała na tym świecie siła mogąca w tak zauważalny sposób rozstroić tego pozbawionego uczuć potwora, to chłopak wolał sobie nie wyobrażać, jaka jest jej prawdziwa natura. Niebianin nie sprawiał wrażenia przestraszonego, ale to, co półsmok poczuł w żołądku, nie mogło być niczym innym niż panicznym lękiem.

Pod pretekstem odetchnięcia nocnym powietrzem Est wymknął się z kwatery, w której zebrali się jego przyjaciele i skierował dwa piętra niżej, do wielkiej sali. Tam, odprowadzany krzywymi spojrzeniami i złowrogimi pomrukami, przemaszerował prosto do wyjścia z gospody. Musiał czym prędzej oddalić się od tego odstręczającego miejsca wywołującego przykre wspomnienia. Dusił się uwięziony między czterema ścianami przypominającej noclegownię oberży, męczyła go ciągła obecność tak towarzyszy, jak i zupełnie obcych ludzi. Natarczywe myśli napływały zewsząd niczym wygłodniałe rekiny lgnące do dryfującego rozbitka. Skubały go, nękały i skłaniały do reakcji, na jakie nie mógł sobie pozwolić, aż nogi poniosły go poza łunę bijącą z okien i latarni rozstawionych wokół budynku, między stare drzewa pobliskiego skweru posrebrzonego blaskiem księżyca oraz gwiazd osłabiającym nocne widzenie.

Est zatrzymał się nagle. Wiedziony niejasnym przeczuciem wzmógł czujność i ostrożnie obrócił się, wzrokiem przeczesując ciemności zalegające na obrzeżach pola widzenia. Gdzieś tu czaił się prześladowca Aarima, nocna zmora zrodzona z koszmaru. Tym razem Est go nie wyczuł, lecz był przekonany, że upiór znajduje się nieopodal oberży.

Dreszcz wstrząsnął chłopakiem, kiedy wyblakłe wizje starły się z jego trzeźwym umysłem. Wziął się wreszcie w garść, wychodząc na zieleniec otoczony szumiącymi z cicha drzewami. Zignorował koślawą ławkę skleconą z bejcowanych desek i oparł się plecami o szeroki pień najokazalszej z rosnących tu wierzb. Jej uginające się od listowia witki falowały w takt letniego powiewu wydając przejmujący, słodko zawodzący szmer. Est popatrzył w antracytowe sklepienie zasnute kilkoma obłokami i rojem śpiewających listków. Owady krążyły wśród nich z miękkim furkotem i głuchym brzęczeniem. Spokój powracał do niego wraz z rytmem harmonijnych odgłosów; cisza wybrzmiewała różnorodnością dźwięków, które tylko przyroda mogła z siebie wydać, działając jak balsam na jego zszargane nerwy.

Odkąd wyruszyli, nie miał ani chwili prywatności: Aarim stale miał na niego baczenie, absorbująca Leos była nieznośnie blisko, natomiast Colonella bezwarunkowo potrzebował. Sama podróż w siodle nie wyczerpywała go tak bardzo, jak bezustanne towarzystwo osób trzecich, od których nie mógł się uwolnić. Był na nich skazany, tak jak oni skazani byli na niego i jego gwałtowne odchylenia od utartej normy. Nigdy by nie przypuszczał, że stanie się to aż takim problemem, ale rzeczywistość po raz kolejny zweryfikowała jego naiwne wyobrażenia. Jedynym, czego pragnął, była samotność: możliwość medytacji oraz wykonania krótkiej serii ćwiczeń dla pobudzenia pamięci ciała. To wszystko musiało niestety poczekać na lepsze czasy. Pośpiech determinował ich czyny, a Est zobowiązany był słuchać poleceń zleceniodawcy i stosować się do nich kosztem własnych potrzeb. Od tego mogło zależeć jego życie. A od jego życia zależeć mogły pozostałe trzy.

Przymknął oczy i wystawił policzki na głaszczący skórę wiatr oraz zimne światło odległych ciał astralnych. Wciągnął w płuca rześkie powietrze niosące zapach zroszonej deszczem zieleni i z radością wsłuchał się we wszechobecne popisy świerszczy. Przytłaczające go wrażenia tłocznej gospody, bólu związanego z ćwiczeniami mentalnymi oraz troski o ich wspólne jutro zdawały się teraz minionym snem blednącym w obliczu mrugającego doń bezliku. I do szczęścia brakowało mu już tylko mężczyzny, którego ciche kroki wystukiwały urzekającą melodię na wilgotnym poszyciu.

Zawsze we właściwym miejscu. Zawsze na czas.

Est rozchylił powieki, kątem oka dostrzegając niespiesznie zbliżający się kształt, ledwo obrys pośród odcieni szarości. Z fascynacją obserwował swobodę, z jaką bezgłośnie poruszał się człowiek pośród naturalnych pułapek czekających na nierozważny ruch z jego strony. I chociaż usłyszał go na długo zanim go zauważył, to i tak było to ogromne osiągnięcie dla przedstawiciela tak energicznej i porywczej rasy.

Colonell stanął tuż przy nim i powędrował za jego wzrokiem, spoglądając na niewidzialny punkt pomiędzy koroną wierzby a roziskrzonymi gwiazdami. Ponownie skupił się na białej twarzy do połowy spowitej cieniem powiewających liści. Nie odrywał pełnego podziwu spojrzenia od miękkich rysów, zgrabnego nosa, delikatnych warg i lśniących zielenią ogromnych oczu, z których tak dużo mógł wyczytać bez wiedzy ich posiadacza.

Nie odzywali się; żaden z nich nie zamierzał rozpraszać tej wyjątkowej chwili zbędnymi słowami. Wiele ich cisnęło się człowiekowi na usta, lecz postanowił przekazać inicjatywę temu, który budził w nim tak jednoznaczne uczucia. Szorstkimi opuszkami musnął gładki policzek dla zaznaczenia swojej obecności i przeszedł parę metrów, by usiąść plecami do zapatrzonego w migoczący firmament chłopaka. Dla postronnego obserwatora taki widok mógł wydawać się dziwaczny, jednak dla Esta był oczywistym zaproszeniem do zwierzeń tak intymnych, że wymagały specjalnych warunków.

Jedno spojrzenie na przygarbionego zwiadowcę skubiącego palcami mokrą trawę wystarczyło, by ciepło opływające szczupłe ciało znalazło odbicie w lekkim uniesieniu kącików ust. Est odepchnął się od chropowatego pnia i czyniąc więcej hałasu niż się spodziewał, podszedł do przyjaciela, by ulokować się tuż za nim.

- To jeden z pomysłów, za który cię kocham - oświadczył, opierając się plecami o plecy Cola. Podciągnąwszy kolana pod brodę, objął je ramionami. Wpatrywał się w cudowny nieład panujący wysoko nad nimi, a nieśmiały uśmiech wyraźniej wygiął jego białe wargi. - Zawsze tak siadałeś, kiedy chciałeś, żebym się na ciebie otworzył. Dzięki temu nie musiałem patrzeć ci w oczy gdy opowiadałem o tym, co mnie akurat gnębiło. Mogłem być sobą. Poczuć jak to jest, kiedy bez skrępowania mówi się o wszystkim.

- A ja mogłem się w tobie podkochiwać bez ryzyka wykrycia. Chociaż nie dostrzegłbyś moich uczuć, nawet jakbym je sobie wyrył na czole! – zachichotał Col.

Chwycił nad ramieniem końcówkę szpiczastego ucha i leciutko pociągnął, zachęcając chłopaka do ułożenia głowy na jego barkach.

- W końcu jesteśmy sami - wyszeptał niczym podziękę za wysłuchaną modlitwę.

Teraz już Est uśmiechał się szeroko. Rozparty wygodnie na okrytych bluzą plecach ulubionego człowieka, będących dlań podporą dosłownie i w przenośni, przypomniał sobie wcale nie tak odległe czasy sięgające pomylonych początków ich burzliwej znajomości.

- Jak rany, czuję się jakby… jakby minęło ze sto lat odkąd ujrzeliśmy się po raz pierwszy.

- A tu nieco ponad rok.

- Ludzie naprawdę szybko żyją.

- Wydaje ci się, dzieciaku. Masz piętnaście lat…

- Szesnaście.

-  ...wyglądasz na dwadzieścia pięć i w ciągu roku przeżyłeś więcej niż przez doczesny żywot. Nie mów mi, że to ludzie szybko żyją.

Mimo usilnych starań Colonell nie zachował poważnego, pouczającego tonu. Kiedy wcielał się w rolę, doprowadzał ją do perfekcji, lecz przy Estim tego nie potrafił, jakby chciał być prawdziwym sobą wyłącznie dla niego. Jakby tylko on jeden wart był jego czułej i opiekuńczej strony.

- Gdyby nie ty – odparł Est - nie przeżyłbym tego wszystkiego. W ogóle bym nie żył, tylko egzystował bez celu. Dopiero ty nadałeś mojemu życiu sens. Bez ciebie moje życie... – jego głos załamał się przy ostatnim zdaniu. Ścisnęło go w gardle tak mocno, że musiał odchrząknąć. Szybkim mruganiem przepędził szczypiące łzy, ale stawał się bezradny wobec naporu nagromadzonych emocji i w ostateczności użył nadgarstka do otarcia powiek. - Col, dlaczego tak bardzo się boję? Co takiego świat w sobie ma, że tak mnie przeraża?

Nic nie mówiąc, zwiadowca odepchnął się od pleców zaklinacza i wstał, otrzepując skórzane spodnie, by przyklęknąć na wprost niego - drżącego, kurczowo obejmującego kolana. Przewidział taki obrót spraw, przecież jego długouchy partner nie był typem samotnika, choć za takiego się uważał. Colonell znał prawdę i wiedział, że przychodząc tutaj, dopełnia złożonej przysięgi. I będzie to robił, gdy tylko zajdzie taka konieczność. Był potrzebny i chciał być potrzebny. A nikomu nie był tak potrzebny, jak temu zbyt prędko rzuconemu na głęboką wodę dzieciakowi, który wciąż nie umiał odnaleźć się w zawiłościach emocjonalnej dojrzałości.

Pochylił się, kładąc dłoń na śliskim od łez policzku. Włożył w swój głos tyle opanowania oraz spokoju, że jego ciche słowa zabrzmiały ciepło i kojąco, jak rozgrzewające tchnienie w zimowy wieczór.

- Świat nie jest bezpiecznym miejscem, Esti. Nawet ja się go boję, choć tego nie okazuję. I w porównaniu z tobą miałem mnóstwo czasu, żeby poradzić sobie ze strachem.

Czułym gestem starł łzę z białego policzka.

Czy naprawdę byłem do niego podobny? - zastanawiał się. Czy naprawdę różni nas więcej niż tylko rasa?

Aby podtrzymać łagodzący niepokoje ton, Col musiał wyzbyć się wątpliwości. Smutny uśmiech zakwitł na jego ustach.

- Nauczyłem się obracać strach w gniew, a im bardziej się bałem, tym groźniejszy się stawałem, jak gdyby to brutalna siła mogła pokonać moje lęki i tych, których się bałem. A kiedy się o tym przekonałem, to przestałem się bać. I poczułem się, jakby ogromny ciężar spadł mi z barków. - Objął dłońmi twarz chłopaka i zajrzał w szkliste skaleonie ślepia. - A teraz znów się boję, Esti. I nie kogoś, lecz o kogoś. I wiem, że ten strach mogę przekuć w potężny oręż, który pomoże mi walczyć ze wszystkim, co ci zagrozi. I wtedy boję się trochę mniej.

Est przełknął łzy i zmrużył oczy. Colonell emanował tak ogromną pewnością siebie, że chłopak zaczynał współodczuwać to doznanie niczym własne. Nigdy nie będzie tak silny jak jego partner. Nigdy nie przeistoczy lęków w coś więcej niż puste obietnice, to było silniejsze niż wszyscy próbowali mu wmówić. Dławił go strach, a żołądek wywracał się na nice, ale mógł to być również efekt długiej głodówki. Musiał się wyciszyć i wsłuchać w potrzeby serca, nie rozumu. Zbyt wiele czasu poświęcał na rozwijanie sfery mentalnej, niejednokrotnie zapominając o tej materialnej powłoce, która domagała się jego uwagi.

- Jak rany, ciągle płaczę... – odezwał się, ocierając powieki wierzchem rękawiczki. - Żaden ze mnie bohater, skoro rozklejam się jak dzieciak…

Ciepło ludzkich rąk na chłodnych policzkach stopniowo przywracało go do normalności. Patrzył w ukochane szmaragdowe oczy, dostrzegał łagodny uśmiech pod krótkim zarostem, chłonął pokrzepiającą pewność płynącą z drugiego ciała. Widział miłość, akceptację oraz ogrom wsparcia, jakiego mógł potrzebować teraz i w przyszłości. Col wierzył w niego. Wierzył we wszystko, co półsmok robił i wierzył w każdą jego decyzję, bez względu na konsekwencje jakie ze sobą niosły. Zwłaszcza tę jedną, kiedy za szansę wyrwania się z Twierdzy nieumyślnie zapłacił najwyższą cenę.

Makabryczne wizje nakładały się na rzeczywisty obraz człowieka, lecz niestrudzony chłopak zwalczał je jak zawziętego szkodnika. Były tylko projekcją jego umysłu, chorą fantazją, brutalną i bezwzględną w swojej dosłowności, a tuż przed nim znajdowało się żywe zaprzeczenie tych scen. Dotykało go i oddawało mu swe ciepło. Czuł na twarzy jego pobliźnione dłonie, obok siebie jego namacalną obecność i zapragnął poczuć go sobą tak mocno, że aż zrobiło mu się słabo, jakby to pragnienie wyssało z niego całą energię. Serce obijające się o żebra bolało niemiłosiernie, wzburzając krew w żyłach i wywracając jego nie do końca poukładany świat. Nie pojmował dlaczego odczuwa tak karygodnie prymitywne żądze w tak niewłaściwych miejscach i sytuacjach, ale nagliły go do działania nie mniej niż niezaspokojone potrzeby.

Wpatrzony w przesłonięte półcieniem oblicze kochanka złapał jego rękę i niespodziewanie pociągnął, zupełnie nie przejmując się rozmiękłą glebą pod plecami oraz umięśnionym ciałem go przygniatającym. Tuż pod szemrzącą wierzbą, pośród piękna przyrody przyciągnął jego twarz do swojej i zaciskając piekące powieki pocałował go z desperacją bliską rozpaczy. Nie chciał nazywać uczucia wnikającego pod jego skórę w trakcie zbliżenia, ponieważ bał się, iż raz nazwany stan zniknie na zawsze, pozostawiając wewnętrzną pustkę jeszcze głębszą niż ją zastał. To słodko-gorzkie uniesienie sprawiało zarówno ból, jak i dawało niewysłowioną przyjemność. Obcowanie w smutku z mężczyzną, którego kocha, było szaleństwem, wariactwem na jakie zdobywał się z niezrozumiałych przyczyn. I było ono równie satysfakcjonujące, jak nadciągający moment spełnienia.

Colonell inaczej postrzegał desperację chłopaka. Z ociąganiem przerwał chwilę wzbierającej namiętności, uniósł się na łokciach i przysunął bliżej Estiego, którego policzki zdążyły na nowo pokryć się lśniącą w księżycowym świetle warstewką. Wplątał palce obu rąk w czarne włosy i muśnięciami warg osuszał kolejne zbierające się w kącikach kocich oczu łzy. Wyczuwając zniecierpliwione palce w okolicy pasa ze sztyletami, nie szczędząc mu czułości ujął jego nadgarstki i odsunął drżące dłonie, tym samym przykuwając jego błagalny wzrok. Dotychczas nie sądził, że zdoła mu odmówić, lecz warunki były co najmniej niepewne, a dobrze pamiętał doprawionych alkoholem bywalców, którzy mogliby ich tutaj nakryć wychodząc za potrzebą.

- Nie zamierzam ci odpuścić tylko dlatego, że wybrałeś sobie złe miejsce na udowadnianie pewnych rzeczy! - Cola zaskoczyło brzmienie własnego głosu, mrocznego i niskiego, drżącego od tłumionego pożądania. - Znajdziemy lepsze, chodź.

Podniósł się i ciągnąc kochanka ku sobie, chwycił go za kark, wpijając się w jego usta z mocą zwiastującą niezapomniane doznania. Niemal odklejał od siebie rozpalonego do białości chłopaka, gdy pędem ruszał tam, skąd obaj przyszli.

Estowi zakręciło się w głowie od mnogości bodźców. Ciężko oddychając popatrzył na śniadą dłoń zaciskającą się na jego przegubie, potem przed siebie, na majaczące coraz bliżej światła gospody, aż wreszcie na przystrzyżony kark partnera niezmordowanie prącego w jedynym możliwym kierunku. Zabłocone ubrania były niepodważalnym dowodem ich obłędu, samospalenia, którego nic nie ostudzi, ani chłód nocnego wiatru, ani mijający czas. W tym momencie nie liczyła się piękna rozłożysta wierzba ani upiór uczepiony Aarima, nieistotne było nieodwzajemnione zauroczenie Leos oraz opinie obcych ludzi zasiadających przy stołach. Dla chłopaka najważniejszy był Colonell i ugaszenie palącego pragnienia, jakim było doświadczenie prawdziwości istnienia tego wyjątkowego człowieka, bez którego świat utraciłby kolory, a księżyc przeobraził w martwą lodową kulę górującą na niebie.

Pierwotne żądze pożerały go od środka, przerabiały jego wnętrzności na galaretowatą papkę, która, dygocząc, rozprzestrzeniała płomień na wszystkie kończyny. Był jak utkany z waty, drżał cały niczym w gorączce i nie miało to nic wspólnego z chłodnym powiewem pieszczącym odsłoniętą skórę ramion. Wrażenie nieuniknionego wybuchu pulsowało w jego ciele, a umysł na przemian funkcjonował na najwyższych obrotach i przestawał, nie mogąc się zdecydować, która opcja będzie dla niego najbardziej optymalna. Za nic nie dopuszczał do siebie narastającego gwaru głównej sali, a dudniący, nierówny szum w uszach odwracał jego uwagę od bezbarwnego otoczenia. Wciąż słyszał wibrujący podnieceniem baryton Cola. Na wspomnienie jego słów dreszcz przemknął mu wzdłuż kręgosłupa. Ledwie zarejestrował przekroczenie progu oberży, zaś uzupełniająca się mieszanina ostrych zapachów oraz ogłuszającego hałasu nie wywołała w nim najmniejszej reakcji. Potknął się o pierwszy stopień schodów prowadzących na piętra mieszkalne, następne przebywając równomiernymi krokami, na wpół ciągnięty przez kochanka, którego powściągliwość ulatniała się z każdym uderzeniem serca. Siła jego uścisku trzymała go w pionie, narzucała tempo i sam już nie wiedział czy urywane oddechy wydobywające się z ich ust były skutkiem wspinaczki na sam szczyt, czy raczej zapowiedzią prostej drogi do ekstazy.

Zręczne dłonie Cola prędko uporały się z zamkiem w drzwiach, które - ledwo zatrzaśnięte od wewnątrz - stały się podporą dla kipiącego pożądania. Brzęknął rzucony na podłogę klucz. Colonell pchnął Esta na drzwi i nie mogąc już dłużej się powstrzymać, udowodnił mu, jak bardzo jest rzeczywisty i jak bardzo rzeczywista jest jego miłość. Złapał za kołnierz czarnego bezrękawnika tuż przy jego szyi i trzymał, jakby od tego zależało jego życie, nie odpuszczając białym wargom ani na moment. Zwierzęce kły drasnęły jego język, co bynajmniej mu nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, ich ostrość nadawała zbliżeniu drapieżny posmak ryzyka. Nigdy nie mógł być pewien, kiedy poleje się krew. I do kogo będzie należała.

Owładnięty żarem namiętności człowiek nawet nie poczuł, kiedy gibki partner wyswobodził się z górnej części odzienia, które niby wylinka zwisało z zaciśniętej smagłej pięści. Col odrzucił koszulkę i oburącz sięgnął za głowę, by jednym płynnym ruchem zedrzeć z siebie bluzę. Po nagim karku rozpłynęły się muśnięcia smukłych palców, falami rozlewając się na barki i ramiona. Między nogami udo drażniło newralgiczny punkt, skutecznie prowokując dalsze działania. Dyszące białe usta dopełniały rozkosznej całości, unikając odpowiedzi na ponętne zaczepki. Col nie mógł tego tak zostawić. Wodzenie na pokuszenie nie skończy się dobrze dla drugiej strony miłosnego konfliktu. A on zawsze był zdobywcą, zawsze był zwycięzcą. Świat, w którym Colonell Niedźwiedziogrzywy nie upolował swej ofiary, po prostu nie miał prawa istnieć.

Est chętnie ulegał przewadze umiejętnego kochanka. Odkąd poznał fizyczny smak miłości, nie potrafił obejść się bez ogromnej dozy pieszczot równie delikatnych, co wyszukanych, których nie skąpił mu doświadczony partner. Miłość mogła być dzika, mogła wyrwać się spod kontroli, mogła być bolesna i w dwójnasób przyjemna, ale nie mogło się obyć bez stałych elementów, jak czuły dotyk, namiętność oraz szczerość.

W chwili, gdy wylądował plecami na twardym łóżku, niczego mu nie brakowało. Może za wyjątkiem ciepłego ubrania, jako że noc była chłodna, lecz przezorny kochanek pomyślał i o tym, przykrywając go swoim rozgrzanym ciałem. Wszystkie złe myśli, każda pojedyncza wątpliwość, strach zgromadzony w sercu zniknęły jak rozproszone zaklęcie, zastąpione wypełniającym go poczuciem bezpieczeństwa, szczęścia i akceptacji. Autentycznego spełnienia. Jedyny człowiek, którego kocha, żył, żyje i będzie żył.

Z tą świadomością Est poddawał się pieszczotom, aż stracił kontakt z rzeczywistością...

sobota, 8 sierpnia 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 48 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW

>> Rozdział 48 - Wattpad <<



Podczas treningu z ochrony umysłu przed opętaniem dochodzi do wybudzenia niebezpiecznej drugiej tożsamości, która ukierunkowaną nienawiścią i przemocą reaguje na obecność Aarima Asmodeusza. Gdy sytuacja zdaje się opanowana, obaj młodzieńcy odkrywają, że największym zagrożeniem dla Estarionu może być tajemnica ukryta w samym Estalavanesie...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 8d'8m'26r2t]



    "Papierowy Rycerz Herbu Pasikonik", co ja miałam w głowie żeby wymyślić taką nazwę dla oberży? W każdym razie podoba mi się. Zupełnie jak Colowi, któremu złośliwość wyostrza się z każdym dniem coraz bardziej. I chociaż rozdział w całości poświęcony jest Estowi i Aarimowi, to nie brakuje "drugoplanowych" akcentów.

    Po raz kolejny trening z przeciwdziałania opętaniu kończy się sromotną porażką Esta, lecz tym razem wygląda ona nieco inaczej... Już pomijam, że to nie Col staje w obronie maltretowanego psychicznie chłopaka, a druga tożsamość, która w Aarimie rozpoznaje... zdrajcę? Wypadki toczą się szybko, lecz w porę Est przytomnieje, zaraz potem niemal tę przytomność znów tracąc. Swoją drogą, zastanawialiście się, po co paladyni "w cywilu" i podróży noszą stalowe karwasze oraz nagolenniki? Otóż w tym rozdziale pojawia się namiastka odpowiedzi, którą samodzielnie możecie wydedukować. Paladyni są "pacyfistami", a to znaczy, że uwielbiają "pacyfikować". Ha! 

  Ale wracając do wydarzeń, które w tym rozdziale solidnie wzbogacają fabułę... Tak oto Est uświadamia sobie, że jest na tym świecie coś gorszego od Śniącego i jego opętania, coś, co już istnieje w nim samym. Szczególnie, że wyszukane "słownictwo" Esta niepokoi słynącego z braku emocji księcia Estarionu. Pamiętacie rozdział kończący Białego elfa i deklarację Aarima, że albo Zaklinacz Żywiołów sprzymierzy się z nim, albo zostanie zgładzony? Temat wciąż aktualny.

  Niemniej to nie koniec rewelacji, bo oto nasz wycofany, zaszczuty i strachliwy główny bohater ewoluuje! Nieprzerwanie i z powodzeniem. Jego emocje nie są już wyłącznie słabością - są także jego siłą, zwłaszcza miłość do Colonella i więź z przyjaciółmi. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki to wyraża, determinacja, jakiej mu zazdroszczę. Liczę, że i Wy dostrzeżecie oraz docenicie zmiany w nim zachodzące, zarówno te dobre, jak i te mniej chwalebne.

    Przyjemnego czytania! 🤍💛


Kącik autorki.
        O bogowie... Stworzyłam nową (a może raczej "kolejną"?) playlistę, bo okazało się, że "polubionych utworów" nie można udostępniać... A że nie lubię sobie generować problemów, westchnęłam, wzruszyłam ramionami i powiedziałam: no trudno. I tak oto, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, przedstawiam Wam zbiór ponadczasowych utworów, które uważam za najwspanialsze, jakie kiedykolwiek powstały! (Byłoby ich więcej, gdyby nie dziwna polityka Spotify...)


Grafikę stworzyłam samodzielnie przy wsparciu Midjourney, utwory kolekcjonowałam (i nadal to robię) przez lata aktywnej twórczości i nieustannie do nich powracam, na bieżąco też aktualizuję, dlatego będzie ich przybywać ʘ‿ʘ

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 48

 

Jeszcze niedawno Estalavanes pomstował na żmudną, dłużącą się podróż, a teraz ofertę powrotu na siodło przyjąłby niemal jak zbawienie. Może i bezpiecznie dotarli do pierwszego punktu na rozległej trasie wiodącej ku stolicy, lecz dla stroniącego od ludzi białego elfa oznaczało to niebezpieczeństwo kontaktu z obcymi. Oraz widmo katorżniczego szkolenia pod nadzorem bezwzględnego paladyna, na co bynajmniej nie czekał z utęsknieniem.

Okazała oberża należąca do starszego małżeństwa oraz ich trzech synów nosiła przekorną nazwę “Papierowy Rycerz Herbu Pasikonik”. Na zmurszałym szyldzie świeżą farbą wymalowany był szary kanciasty żołnierzyk dosiadający nie mniej geometrycznego wierzchowca o zielonej skórze, długich czułkach i półprzezroczystych skrzydełkach. Niepokojąco wesolutki Colonell nie przypadkiem zapytał o ów cynizm Aarima, lecz ten uchylił się od odpowiedzi tłumacząc, iż mieszkańcy Krotowoli są specyficznymi ludźmi, którzy do otaczającego ich świata podchodzą z godnym podziwu dystansem, więc nikogo przy zdrowych zmysłach nie powinno dziwić tak niecodzienne nazewnictwo.

I tak oto dumny książę Estarionu, będący jednocześnie ucieleśnieniem paladyńskiej powagi, mianowany został... Pasikonikiem!

Z początku niebianin nie dociekał dlaczego akurat tym członem nieszczęsnego miana go ochrzczono. Później nie miał już ku temu okazji, ponieważ przodownik nie poświęcał mu więcej uwagi. Rzucając tobołki pod jedno ze sfatygowanych łóżek i zrzuciwszy skórzany pancerz, Colonell wyrwał do wspólnej sali pod pretekstem zebrania lokalnych plotek. W wyniku tego Est utknął z paladynem w trzyosobowej izbie, którą wbrew ich woli najął Aarim. Tymczasem Leos cieszyła się pełnym komfortem oraz względnym spokojem we własnym pokoju i chłopak bezwstydnie pragnął się z nią zamienić, wiedział jednak, że jest bez szans. Zważywszy na to, jak bardzo Col i Aarim za sobą nie przepadali, zwiększało się prawdopodobieństwo, iż któryś z nich spędzi noc pod zamkniętymi drzwiami sypialni. Ewentualnie na stole między gośćmi. Albo jeszcze gdzie indziej. Opcji było mnóstwo, wystarczyło wybrać.

Aczkolwiek on wyboru nie miał, wszak sam przez cały wieczór dopominał się treningu z samokontroli oraz przeciwdziałania opętaniu. Już bez lekkiego kirysa stał teraz naprzeciwko niebianina i, zaciskając pięści, wpatrywał się w swoje obute stopy, próbując wyglądać przy tym na mniej przerażonego, niż był w rzeczywistości. Bał się bólu i uważał strach za normalną reakcję, bo przecież tylko słabujący na umyśle mógł czerpać przyjemność z okaleczania swego ciała lub ducha. No dobrze, w pewnym sensie i on odnajdywał w tym przyjemność, ale to się nie liczyło w tej chwili. Nie z Aarimem. Z nikim innym, wyłącznie z Colem...

Jak rany, miałem się uspokoić, a zaczynam się zapędzać. I to zupełnie nie w tę stronę! - westchnął, smętnie zwieszając okryte czernią bezrękawnika barki.

- Estalavanesie, wyrównaj oddech – polecił Aarim. - Oczyść umysł i zamknij go przed światem. Przede mną.

Niebianin bez większego zaangażowania podwijał rękawy błękitnej koszuli. Bez charakterystycznych stalowych płyt osłaniających przedramiona i cholewy oraz podbicie wysokich butów przypominał młodzieńca ze szlacheckiego rodu tak obrzydliwie bogatego, że mógł szczycić się szczerozłotymi tęczówkami, którymi bezpretensjonalnie lustrował półsmoka.

- Staram się, Aarimie, robię co mogę! - Est podniósł wzrok i pociągnął się za lewe ucho czując jak napięcie wzrasta, z każdą mijająca sekundą odbijając się na zesztywniałych mięśniach jego szczęk. - Moje ciało twierdzi, że jak tylko mnie dotkniesz, sprawisz mi ból. I całkowicie się z nim zgadzam.

- Estalavanesie, nie widzę potrzeby powtórnego wyjaśniania, co mogą ci uczynić Śniący i Przebudzeni. Zwłaszcza z tobą, jako że będziesz pierwszym, który skupi na sobie ich uwagę. - Paladyn odetchnął głęboko, obojętnie rozglądając się po skromnym pomieszczeniu. Poruszył ramionami, jakby zdejmował ciężki plecak, i postąpił krok w przód. Est prawie się cofnął, chcąc zachować bezpieczną odległość. - Musimy to zrobić - dodał z naciskiem. - Zdajesz sobie z tego sprawę i sam na to przystałeś.

- Wiem, jak rany, ale… To nie jest łatwe.

- Nie spodziewałem się, iż usłyszę, aby twoje dotychczasowe życie było łatwe.

- Bo takie nie było.

- Więc już przywykłeś.

Est łypnął na niego podejrzliwie.

- Do czego zmierzasz?

- Do pierwszego kroku. - Z zadziwiającą delikatnością Aarim przytknął opuszki palców do skroni drętwiejącego chłopaka. – Dołożę wszelkich starań, by pomóc ci przejść trudny początek, zatem nie przedłużaj tego niepotrzebnie.

Ucisk nasilił się. Pozbawione wyrazu oczy Aarima hipnotyzowały Esta, wsparte sączącą się zeń nieustępliwą aurą.

- Przejdźmy przez to razem, Estalavanesie. Póki co nie zaatakuję, lecz nie znaczy to, iż nie powinieneś być czujny. Zapewne wyczuwasz już sondę w swym umyśle.

Est potaknął, głośno przełykając. Nie przerywając kontaktu wzrokowego wytarł spocone dłonie o wąskie nogawki spodni. Nie sądził, by właśnie tak przebiegało opętanie, nie kwestionował jednak słów niebianina. Mistrz opowiedział się za synem arcypaladyna, więc jako jego wychowanek powinien mu wierzyć. I wierzył. A mimo to nie potrafił pogodzić się ze środkami prowadzącymi do celu.

- Doskonale. Wobec tego wyrzuć mnie ze swojej świadomości. - Jasnowłosy młodzieniec stał bez ruchu, trzymając głowę półsmoka i rozprężając przepełniającą krzepkie ciało esencję, napływającą z wolna do silnych dłoni. - Pozbądź się trzeciego źródła.

- Jak? – zaskrzeczał spanikowany Est. Perspektywa nadchodzącego bólu, na który ciało reagowało już instynktowną obroną, była coraz bliższa. - Nigdy przedtem tego nie robiłem.

- W ten sam sposób, w jaki odrzucasz uporczywe myśli. Zakładałem, iż jest to dla ciebie oczywiste, Estalavanesie.

- Och... Ma to sens.

Że też sam na to nie wpadł! Nie pomyślałby, że coś tak banalnego jak wyrzucenie myśli podziała na niebiańską aurę!

Przymknął powieki i rozpoczął metodyczny proces usuwania zbędnych refleksji. Kiedy przedarł się do przyczajonej w ukryciu wrogiej obecności, po prostu złapał ją i pozbył się jak reszty. Prawie pozbył, jako że uczepiła się mackami jego umysłu, za nic mając ponawiane próby. Powracała niby natrętny komar brzęczący tuż koło ucha, nieosiągalny dla życzącej mu śmierci ręki, kłujący gdzie popadnie i zostawiający ślad w postaci irytująco swędzącej opuchlizny. Tyle że tym razem swędziała sama świadomość, doprowadzając go do szału, gdy kolejne podejścia spełzały na niczym.

- Dobrze ci idzie, Estalavanesie, niemniej nie zamierzam ci sprzyjać. - Pochwała, a zarazem ostrzeżenie paladyna ledwo do niego docierała. – Zacznij od wyzbycia się emocji biorących cię we władanie. To przez nie tracisz koncentrację. Rozpoznaję frustrację przeradzającą się w gniew, lęk przed porażką, strach przed bólem, zmęczenie, niepewność i… zdumienie, tak, wyczuwam to wszystko. Śniący może wykorzystać każdą z nich przeciwko tobie. Zacznijmy raz jeszcze. Zablokuj szczelnie swoje wnętrze.

- Każ rybie oddychać powietrzem! – żachnął się Est. - Nie jestem tobą, Aarimie, a emocje są nieodłączną częścią mojego życia!

- Toteż dostrzegaj je, lecz nie pozwalaj im się panoszyć.

Chłopak zaczerpnął tchu, wciąż czując na skroniach ciepłe palce paladyna. Nie otwierając oczu spróbował jeszcze raz. Sprawnie uporał się z nagromadzonymi troskami i ponownie zmierzył z nieproszoną obecnością wykradającą jego emocjonalne sekrety. Bez zastanowienia uchwycił ją mentalnymi rękami, odrywając niczym pasożytniczą narośl. Znowu. I znowu...

Powoli tracił cierpliwość. Poczucie bezradności zalewało go falą irytacji, ale przynajmniej zorientował się, w którym momencie uczucia zaczynały go pochłaniać. I gładkim ruchem uciął ich przepływ, tamując strumień negatywnych odczuć. Zamknął się na doznawanie, tak jak podczas medytacji, kiedy to nie chciał przerywać błogostanu dającego wrażenie swobodnego dryfowania. Przestał szarpać się z napastnikiem, a począł wypełniać się całym sobą, pęcznieć i rosnąć wewnątrz. Nie bagatelizował intruza. Nie lekceważył jego działań, lecz odciął go od cennego źródła, którym się karmił. Zagłodzony pasożyt wkrótce sam odpadnie.

I tak też się stało.

Est nie chełpił się tym małym zwycięstwem. Wręcz przeciwnie, wydawało mu się ono zbyt łatwe. Nie nawykł do tak szybkich postępów, dlatego oczekiwał kontrataku, trwając w odrętwieniu. Nie trzeba było długo czekać, by nadszedł pierwszy impuls mający zbadać skuteczność jego obrony. Niewątpliwie Aarim przeczuł stratę przydatnego narzędzia, jakim była dlań sonda, i z tego powodu postanowił pójść za ciosem. Zaatakował, choć obiecał uprzedzić chłopaka. Ale Est był na to przygotowany. A raczej tak mu się zdawało.

Kolejne pchnięcie umysłu było silniejsze niż poprzednie. Zachwiało wznoszoną stopniowo zaporą jaźni, grożąc jej rychłym zawaleniem. Względny spokój i samokontrola na niewiele się zdały kiedy nastąpiło trzecie, rozstrzygające uderzenie.

Est z głuchym łoskotem rąbnął o deski podłogi. Przygryzł sobie język, by nie wykrzyczeć rozsadzającego mu czaszkę cierpienia. Żelezisty smak krwi zastąpił kwaśną żółć treści żołądka. Czerwona strużka wypłynęła kącikiem skrzywionych warg, gdy skulony odtoczył się na bok, oburącz ściskając pulsujące skronie. Siłą woli odwracał uwagę od zbierającej się w ustach śliny będącej zwiastunem rychłych wymiotów. Łapał się kurczowo świadomości i zaciskał piekące od wilgoci powieki wiedząc, że światło lampy zniweczy jego desperackie wysiłki. Jednakże tym, co przeważyło szalę poczytalności, była falanga emocji i wrażeń, rwąca rzeka tak potężna, że porwała go ze sobą.

Byłeś mi przyjacielem, a przyjaciele nie krzywdzą się wzajemnie! Zdradziłeś mnie! - wrzeszczały jego obłąkane myśli. Sprawiasz mi ból, sprawiasz nam wszystkim ból, chociaż sobie nań nie zasłużyliśmy! Jesteś jak czuowiecy…

- … niczym się od nich nie różnisz! - ryknął Est w gniewie.

Stłumiony pomruk wydobył się z jego drżącego gardła, kiedy w końcu podniósł się do pozycji siedzącej i podparł dygoczącymi ramionami. Rubinowe krople pociekły po brodzie, kapiąc na deski.

Niebianin przykucnął na wprost półsmoka i przyglądał mu się z uniesioną prewencyjnie dłonią, gotów przesłać łagodzący impuls. Nie przewidział jednak, że wypadki potoczą się inaczej i to on będzie potrzebował pomocy.

Odchodzący od zmysłów Est zadziałał szybciej niż jego zepchnięta na bok świadomość. Szkolony do błyskawicznego obezwładniania, w ułamku sekundy od otwarcia rozjarzonych oczu odnalazł punkt krytyczny na szyi Aarima. Powodowany cierpieniem i rozpaczą runął na zaskoczonego paladyna. Powalił na ziemię dwukrotnie cięższego od siebie przeciwnika, aż jęknęła posadzka, i z niezrównaną mocą unieruchomił jego nadgarstki po bokach głowy. Siedząc okrakiem na szerokiej piersi zawisł tuż nad nim, szczerząc zakrwawione zębiska. Oblicze następcy tronu nie było już tak obojętne, jak zauważył z dzikim samozadowoleniem. Po raz pierwszy dojrzał w złotych oczach przejaw wewnętrznej walki między opanowaniem a niepożądanymi emocjami.

Nieodparta żądza skrzywdzenia dwulicowego sojusznika trawiła go ogniem niewyjaśnionej zaszłości. Chciał uwolnić się od tego przykrego doznania, zaznać zadośćuczynienia za okrutną zdradę i trwającą wieki udrękę. Musiał wzmocnić chwyt, bowiem wiarołomca omal mu się nie wymknął. Nieprzytomny przysunął się do niego, by spojrzeć nań z bliska. Śliskie oparzeliny na jego twarzy były czymś nowym, tak jak rozszerzone źrenice oraz złote obwódki formujące tęczówkę. W głębokiej czerni odbijała się rozpalona wściekłość Zaklinacza Żywiołów, który syknął niby rozjuszony kocur tuż przed atakiem.

I byłby wbił kły w nabrzmiałe miejsce na szyi oponenta, gdyby nie moment niezrozumiałego zwątpienia. Gorąca krew szemrząca w ciele pod nim nie wzywała go, gdyż ani kropla nie należała już do niego. Była... rozcieńczona. Nie słyszał pierwotnego zewu nakazującego mu przejść od pragnień do czynów. Podszepty ucichły, ponieważ to nie on był obiektem jego zemsty.

Rozdarty konfliktem z samym sobą chłopak zawahał się, bezwiednie poluźniając uścisk. Ustępując pola czyhającemu na podobną sposobność niebianinowi ani się spostrzegł, kiedy muskularne ramiona niedoszłej ofiary szarpnięciem wyswobodziły się z białych okowów, splotły i zgiętym łokciem niczym obuchem młota potraktowały jego skroń.

Spacyfikowany półsmok grzmotnął o deski i z rozpędu przeturlał się aż pod ramę łóżka. Oszołomiony bólem rozkwitającym tuż pod czaszką, wstrząśnięty gwałtownymi wydarzeniami nawet nie próbował wstawać. Leżał więc na boku z przymkniętymi oczami, koncentrując się na ośrodkach bólu, aby czym prędzej im ulżyć. Nie była to łatwa sztuka. Nie w stanie absolutnego rozchwiania psychicznego.

Pogrążony w beznadziei chłopak nie przełknął goryczy. Spluwając różowawą plwociną, przez chwilę tylko dyszał, nie mogąc wydusić z siebie choćby słowa. Paliły go płuca, jak po forsownym biegu. Gojący się język szczypał, a mięśnie napinały w spazmatycznych drgawkach.

Wedle jego rachuby minęły stulecia, nim zdecydował się odezwać.

- Aarimie - zaczął słabym, zachrypniętym głosem. - Wydaje mi się, słusznie zresztą, że to nie opętanie przez Śniącego jest moim największym zmartwieniem.

Odpowiedziało mu milczenie, podczas którego płytki oddech zdawał się ponadprzeciętnym hałasem. Poza tym najlżejszy szmer nie zmącił ciszy panującej w pomieszczeniu, za wyjątkiem donośnych okrzyków dobiegających zza drzwi. Uchylone okno nie wpuszczało dźwięków, jak gdyby wiatr nie zaglądał do skąpo oświetlonego wnętrza. Wiadomym było, że Aarim nie podejmie żadnego działania, dopóki nie ustali rzeczywistych pobudek niezrównoważonego Zaklinacza Żywiołów.

Est znów przekonał się, że skrajne uczucia wyrywały z uśpienia tę część jego istoty, której najbardziej się obawiał. Zbudziły siłę szkodzącą w równym stopniu jemu, jak i jego przyjaciołom. Podniósł rękę na jedynego, który mógł obronić Estarion - tym samym mógł się obrócić przeciwko całemu Khaldunowi, jeśli nie przyłoży się do szkolenia i ostatecznie ulegnie Śniącemu. Lub drugiej tożsamości.

Żałosny uśmiech przeciął białą twarz, odsłaniając długie, czerwone od posoki kły.

- Masz rację twierdząc, że emocje niosą ze sobą niszczycielską siłę - ciągnął, rzucając słowa w pustą przestrzeń. Oczy wciąż miał przymknięte, lecz kiedy się skupił, z udziałem percepcji namierzył intensywnie płonące ognisko mocy niebianina. - Ale te same emocje nie pozwalają mi się poddać. Jeśli nauczę się je kontrolować, nauczę się… Aarimie, czy ja czegokolwiek się nauczę?

Przetoczył się na plecy. Rozchylił powieki, nie mając ochoty dźwigać poturbowanego ciała z bezpiecznej przystani wysłużonych desek. Jak przez mgłę dostrzegał belki podtrzymujące strop i ogołocony ze świec żyrandol wirujący niby młyńskie koło. Wolał leżeć na podłodze, bo przynajmniej z niej nie spadnie. Mimo to falowała pod nim groźnie niczym żywe stworzenie usiłujące zrzucić niechcianego pasażera ze swojego grzbietu.

Zamrugał szybko i marszcząc czarne brwi otrząsał się z nieprzyjemnego zamroczenia. Uparcie wpatrywał się w wiszący w centrum żyrandol, który z każdym mrugnięciem zwalniał odrobinę, aż wreszcie całkowicie się zatrzymał. Posadzka pod łopatkami także znieruchomiała, jakby uznała, że ów nigdzie się nie wybiera.

Est pomału wracał do pełni sił. Czekał aż pisk w uszach ustąpi miejsca normalnym, nadal stłumionym odgłosom otoczenia, a wzrok wyostrzy się na tyle, by móc bez przeszkód rozróżniać kształty. Nie miał pojęcia co stało się z Aarimem; dekoncentrując się przestał go wyczuwać. Nie zdziwiłby się zbytnio, gdyby ten zechciał go zabić. Po czymś takim chłopak utracił resztkę zaufania do samego siebie.

Oddychał już miarowo, kiedy tuż obok, poza granicami pola widzenia, rozległ się bezosobowy, zimny jak paladyńska stal głos.

- Zanim mnie zaatakowałeś, powiedziałeś, że niczym się od nich nie różnię. Od kogo?

To nie było pytanie, lecz rozkaz, który Est bezzwłocznie wykonał.

- Od… od czuowieców. Mówiłem, że nie różnisz się od czuowieców, choć czuowiecem nie jesteś.

- Czuowiecem? - powtórzył Aarim. Niepewność zabarwiła jego ton przejmującą nutą, jaką wyczulony półsmok natychmiast rozpoznał. Nie był to brak zrozumienia, lecz wątpliwość z pogranicza znajomości. - Czuowiecy… Estalavanesie, skąd znasz to słowo?

- On określa tak gatunek ludzki - wyjaśnił chłopak. Gdy rozchylił szerzej oczy, ujrzał nad sobą szeroki cień niebianina. Nie obrócił się jednak, zwyczajnie nie mając odwagi spojrzeć mu w twarz. - Nie wyraża się o nim pochlebnie. Denerwuje go, że cenię ludzi, chociaż wiele przez nich wycierpiałem. Jest przekonany, że go zdradziłeś, był na ciebie wściekły. Przepraszam, Aarimie, że nie powstrzymałem go na czas. Opętały mnie jego uczucia. Przed tym właśnie chciałem cię ostrzec... Ale ty już wiedziałeś.

Est ociężale podniósł lewą dłoń i niezdarnie rozpiął sprzączkę czarnej rękawiczki, ujawniając złotą obręcz ściśle oplatającą nadgarstek. Bez pośpiechu zsunął wytartą skórkę ukazując filigranowy artefakt migoczący tuż pod cienką bladą powłoczką - źródło wszelkiego zła, jakie go spotkało.

- Nie prosiłem o to, Aarimie – wyznał. - Nie pragnąłem czegoś takiego, ale najwyraźniej tylko ja mogę to znieść. Bo jak wytłumaczyć, że to mnie przytrafiają się te wszystkie nieszczęścia?

Ornament Zaklinacza połyskiwał nienaturalnie w blasku lampy, posyłając złociste rozbłyski na ściany i podłogę. Był piękny. Urzekający. Skrywał też tajemnice, jakie nieszczęśliwy półsmok odkrywał zawsze, gdy najmniej był na to gotów. Ukrywał posiadacza w Macierzy Mocy, chronił przed magicznym wpływem z zewnątrz, obarczył go wspomnieniami, teraz wyblakłymi i odległymi, jakby naprawdę wydarzyły się szesnaście lat temu. Oraz rozszczepił jego osobowość, dzieląc ją na dwa niezależne charaktery, zupełnie odmienne, równie nieobliczalne.

Lecz coś się zmieniło. W odróżnieniu od czarodziejów z Twierdzy i Maga, Aarim wychwytywał jego esencję w nurcie. Był w stanie wniknąć mocą w jego umysł, wsparł go nawet leczniczą energią w dniu, gdy ten doświadczył potworności upiora na własnej skórze. Czy to możliwe, by ochrona zawiodła, czy też jest dokładnie tak, jak w przypadku regeneracji, kiedy to nacięcia po ostrzu paladyna nie zagoiły się samoczynnie? Moc Aarima przeniknęła barierę, kiedy inne były odtrącane. Dlaczego jedna działa, a pozostałe nie?

- Aarimie, dlaczego nie zaleczyłeś oparzeń? - Est usiadł, opierając się plecami o ramę łóżka. Zakręciło mu się w głowie, ale zawroty były już tylko echem ostatniego ciosu, nadal podzwaniającym mu w uszach. Złapał spód bezrękawnika i delikatnie otarł brodę oraz usta z obsychającej krwi. - Dysponując tak potężną magią tworzenia powinieneś to uczynić. A ja powinienem zagoić rany pozostawione przez twój miecz...

Na skraju postrzegania pojawił się ciemny zarys. Est poruszył się, nie zważając na ból karku i żeber po zderzeniu z solidnym meblem. Siadając, Aarim przyjął podobną mu pozycję. Jedną nogę podciągnął pod siebie i położył na jej kolanie łokieć, tył głowy kładąc na sienniku. Mrużąc złociste oczy odetchnął bezgłośnie. Jego tors uniósł się w górę i powoli opadł ze świstem wydychanego powietrza.

Młody niebianin zignorował pytanie półsmoka, tak jak ignorował jego natarczywe spojrzenie, lecz nie z czystej złośliwości bądź arogancji. Ważniejszym dlań było, kogo usłyszał Estalavanes. Póki utrzymywała się jego aura, Śniący nie miał prawa choćby tknąć chłopaka, lecz nieuchronnie zbliżał się dzień, w którym wróg przestanie troszczyć się o zużycie mocy i wtedy nawet aura samego arcypaladyna może okazać się niewystarczająca.

- Kim on jest, Estalavanesie? - odezwał się wreszcie. - Czyj głos słyszysz?

- Nie mam pojęcia - odparł zgodnie z prawdą Est. - Podejrzewam, że to… Drugi ja. Zdaje mi się, że uwolniłem go podczas pierwszej medytacji. Albo na krótko zanim trafiłem do Adeili, do… twojego… gabinetu - wymamrotał, ciągnąc za końcówkę ucha i odwracając się od surowej twarzy rozmówcy. - Wiedziałeś, że uciekłem z kompanii. A uciekłem, ponieważ coś mnie... dotknęło. I uczyniło mnie tym, kim jestem: niepoczytalną istotą skorą rzucić się na przyjaciela. Boję się, że w końcu zwariuję, jak przed momentem. Bezpowrotnie oszaleję.

Świetliste oczy mierzyły sposępniały profil białego elfa. Jasnym było, iż Zaklinacza Żywiołów naznaczono odpryskami Macierzy Mocy, to do niego bowiem skierowane były sygnały. Z niewiadomych przyczyn Śniący wytrwale go poszukiwał w splocie Wszechrzeczy. I dopiął swego. Miał na nich baczenie posiłkując się upiorami. Aarim mógłby obrócić w niwecz widmowego szpiega, lecz umyślnie prowadził grę ze Śniącym i pozwolił się obserwować, by dać przeciwnikowi złudne poczucie przewagi. Dość, że Zakon Paladynów przejął Zaklinacza Żywiołów, co było druzgocącym ciosem dla budzącego się zła.

Milczenie przeciągało się nieznośnie. Do wrażliwych elfich uszu docierały pijackie przyśpiewki i gromkie śmiechy z zapełniającej się sali na parterze. Est wcale nie chciał tam iść, ale z drugiej strony, pośród gości przebywał Col, jedyny człowiek, za którego towarzystwem tęsknił.

Chłopak podparł dłonią zimne czoło i przełknął ślinę niosącą ze sobą słodkawy posmak. Nienawidził smaku krwi, a jeszcze bardziej jej zapachu i w duchu cieszył się, że ta paskudna ciecz nie wydaje dźwięków, inaczej chyba by mu rozum odebrało. Podciągnąwszy kolana pod brodę otulił je ramionami i zamyślony wbił wzrok w okno na przeciwległej ścianie. Gwiazdy przesłonięte grubymi chmurami nie dawały żadnego znaku obecności, a latarnie wokół gospody bardziej ćmiły niż oświetlały drogę zbłąkanym podróżnym.

- Estalavanesie. - Długie uszy drgnęły. Spojrzenie skaleonich ślepii przemknęło przez twarz księcia, który zdawał się odpoczywać oparty o ramę łóżka. - Już podczas naszego pierwszego spotkania w Twierdzy Niedźwiedzi odniosłem wrażenie, że jest w tobie pewna wyjątkowość. I nie mam na myśli twej prezencji. Sądziłem, iż mój ojciec oddelegował mnie na północ w celu umocnienia defensywy w razie ataku, lecz teraz weryfikuję własne przypuszczenia i zaczynam rozumieć, iż prawdziwe intencje starannie ukrył pod woalką rozkazów. Artemon skwapliwie ze mną współpracował, toteż nie było mowy o przypadku, gdy stanąłeś na progu mojego garnizonu wraz z lordem Halavarem. Ten dzień żywo wyrył się w mej pamięci i wierzę, iż sam Tarthos uczestniczył w naszych nieplanowanych pertraktacjach.

Aarim przechylił głowę i spod zmarszczonych brwi przyjrzał się półsmokowi, który odwzajemnił jego zaciekawienie.

- Nie zamierzałem dopuścić do bitwy - kontynuował - lecz pragnienie sprawdzenia się w boju z samym Zaklinaczem Żywiołów okazało się silniejsze. Nie ukrywam, iż spodziewałem się po tobie czegoś więcej, Estalavanesie, aczkolwiek to brak doświadczenia, a nie umiejętności, postawił cię na z góry straconej pozycji. Ponadto, w wykalkulowanym przez los momencie, zjawił się twój partner gotów ocalić cię za cenę życia.

Est odnotował w myślach, że Aarim nie wtrącił swojej zwyczajowej pauzy i słowa „przyjaciel”. Chłopak uśmiechnął się pod nosem i ułożył podbródek na kolanach, wsłuchując w monotonny głos rycerza, do którego zdążył już przywyknąć.

- Wystarczyłaby jedna jego strzała, by się zemścić, lecz ty go powstrzymałeś. Utwierdziłem się wówczas w przekonaniu, iż nie jesteś naszym wrogiem, a przyjacielem. Byłoby przeto czynem niewybaczalnym lekceważyć tak potężnego sojusznika w wojnie o Estarion. Taki był mój obowiązek. Tak usprawiedliwiałem sobie desperackie dążenia do wcielenia cię w szeregi Zakonu Paladynów. Po raz drugi podjąłem się korespondencji z Artemonem, a on ze zrozumieniem scedował to zadanie na ciebie. Nasz plan się powiódł. Dokonaliśmy tego, co zdawało się przekraczać nasze możliwości. We dwóch dokonaliśmy niemożliwego.

To trochę tak, jak gdyby mistrz wypchnął mnie z gniazda - pożalił się w duchu Est. Ufał, że mimo niedojrzałości rozłożę skrzydła i polecę… Bo przecież tego mnie uczył. Tego spodziewał się po swoim pierwszym i jedynym uczniu.

Stęskniony chłopak odczekał parę oddechów i kiedy Aarim zamilkł na dobre, postanowił podtrzymać dogasający temat, byleby nie rozmyślać nadmiernie o ojcu. Jego wynurzone z odmętów świadomości pytania wciąż pozostawały bez odpowiedzi. A on pragnął je poznać.

- Aarimie, ostały się jeszcze kwestie, które chciałbym rozwikłać tu i teraz... – Uciskając płatek ucha, zwilżył usta językiem. Wciąż czuł na nim krew, choć rana już dawno się zasklepiła. – On, znaczy, ten drugi ja cię zna, zatem po części i ja cię znam. Nie mogliśmy zaleczyć wzajemnie zadanych ran. Poza tym oddziałujesz na mnie swoją mocą, a przedtem nikomu się to nie udało. Mówisz, że Śniący i Przebudzeni także są w stanie to uczynić. Jak mam to wszystko rozumieć?

- Ja również nic z tego nie rozumiem, Estalavanesie. I nie oczekuję, że mi zaufasz - dodał Aarim ostrożnie, dostrzegając powątpiewanie półsmoka. - Jesteś dla mnie zagadką, a każda kolejna spędzona razem chwila odsłania nowe aspekty twojej natury, których nie potrafię pojąć. Twoje słownictwo oraz zachowanie w dużym stopniu zdeterminowane są osobą, z którą obcujesz. Jak gdybyś dostosowywał się do wymagań rozmówcy, adaptował do jego maniery. Zachowujesz się inaczej w stosunku do Leos, inaczej w przypadku Colonella, inaczej wobec mnie. Intuicyjnie przyswajasz charakter konwersacji, dopasowując się do każdego z osobna.

- Mistrz wielokrotnie zwracał mi na to zjawisko uwagę – zgodził się Est, zaciskając umazane resztką krwi wargi w wąską kreskę. – Nie robię tego celowo. Od zawsze przyjmowałem postawę rozmówcy, choć moje zdolności adaptacyjne uznać można za szczątkowe. Ale odbiegasz od tematu! – Orientując się do czego dąży paladyn, spiorunował go wzrokiem, jednocześnie dając upust irytacji. – I skończ wreszcie z tajemnicami, w niczym ci one nie pomagają!

- Estalavanesie, nie jestem skarbnicą wszelkiej wiedzy za jaką mnie uważasz. Jest to dla mnie wyjątkowo enigmatyczny temat, natomiast obecną sytuację w pełni szczerości nazwać mogę trudną. Prosiłeś, bym z wami rozmawiał, toteż zastosowałem się do twojej rady i czynię to przez wgląd na wasze potrzeby, a nie własną satysfakcję. Czegóż więcej ode mnie oczekujesz?

Aarim znów upodobnił się do młodzieńca o szlachetnych, posągowych rysach, niespotykanym kolorze oczu oraz ostro zakończonych jak u elfa uszach. Wydawał się tak podobny, a zarazem tak inny od Esta, że chłopak przyłapał się na podświadomym doszukiwaniu pokrewieństwa. Coś ich łączyło, odstawali bowiem od reszty, chociaż niebianin nie różnił się od ludzi aż tak bardzo.

Est poczuł wstyd za kolejny niekontrolowany wybuch. Spokorniały odwrócił wzrok. Powstrzymując odruch tarmoszenia ucha, odgarnął z czoła włosy i zaczesał je na tył, przytrzymując dłoń na głowie.

- Leos już inaczej na ciebie patrzy - powiedział, chcąc uzmysłowić niebianinowi jego prędkie postępy. - Rozmawiając stajesz się bliższy ludziom, bliższy nam wszystkim. Nie stawiasz się ponad nami. Pokazujesz się od strony, z którą łatwiej jest sympatyzować. Jak rany, pouczam cię, kiedy ja sam nie jestem w tym najlepszy. - Mówiąc to, skrył twarz między kolanami, choć zażenowanie nie było widoczne na jego policzkach. – Niegdyś jak ognia unikałem kontaktu, a teraz prawię ci morały…

- Zmieniłeś swe nawyki i przyzwyczajenia. Dlaczego?

W pytaniu Aarima nie było nic z chłodnej kurtuazji. Est znad ramienia zerknął na paladyna.

- To raczej były… lęki, strach przed ludźmi aniżeli przyzwyczajenia. Nie wyzbyłem się ich całkowicie, to Col nauczył mnie z nimi żyć… Na tyle, by jakoś funkcjonować w świecie ludzi.

- Przodownik darzy cię głębokim afektem. Jak i ty jego. - Głos Aarima był zaledwie szeptem niknącym pośród nocnej ciszy spowijającej oberżę. - Pierwszy raz dane mi było zaznać tak… ogromnej dawki uczuć. Jesteście ze sobą nierozerwalnie związani.

- Więc powinieneś zrozumieć, dlaczego nie chcę wyrzec się emocji. Mistrz powtarzał, żebym nie zabijał ich w sobie, ponieważ są one moją prawdziwą siłą, napędzają moją moc. Dzięki nim trzymam się w ryzach. Żyję dzięki miłości do Cola, która jest trochę jak upadek z dużej wysokości. W końcu zrobię sobie krzywdę, o ile się nie zabiję.

- Cokolwiek ponure porównanie dla tak wzniosłego i promiennego uczucia, jakim jest miłość.

- Miłość boli, Aarimie. - Duże oczy półsmoka zmętniały, a soczysta zieleń na moment straciła swój żywy blask. Smutek malujący się na jego twarzy emanował na pozbawionego empatii niebianina, który nie musiał używać sondy, by go rozpoznać. - To, co wzniosłe, ostatecznie upadnie, a promienie wygasną. Gdy raz w niej zasmakujesz, nie pozbędziesz się cienia tęsknoty i żalu. Szczególnie mając świadomość, iż nastanie dzień, w którym z ukochanej osoby pozostanie wyłącznie popiół na wietrze. I wspomnienia. Wybacz, Aarimie, nie opuszczę jego boku nawet za cenę Estarionu i całego gatunku ludzkiego.

- Śmiała deklaracja wypowiedziana w obliczu Obrońcy Ludzkości, Zaklinaczu Żywiołów - oświadczył Aarim. Jego wykuta w alabastrze twarz stężała, a złoto tęczówek odbijało światło rozpraszającej mrok lampki, jakby nie posiadało własnego, wewnętrznego płomienia.

- Nie rzucam ci wyzwania, Aarimie, podkreślam jedynie fakt, że póki Colonell żyje, póty mam powód do walki. Col jest człowiekiem. I to wyjątkowym. Potraktuj go jako moją inspirację. Symbol ludzkości, któremu podporządkowałem swoje życie.

Zamilkli. Est popatrzył na okno, nie dbając o sondującego go paladyna. Domyślał się, że niebianin kłamie, lecz i tak powiedział co leżało mu na sercu, dzięki czemu zrobiło mu się lżej. W niepamięć poszło fizyczne starcie oraz psychiczne szkolenie z przeciwdziałania opętaniu i ogarnęła go melancholia tak dotkliwa, że zaprzestał już bezowocnych prób powściągnięcia jej.

- Aarimie - jęknął żałośnie - czy ty naprawdę nie odczuwasz emocji? Czy tylko chcesz, aby wszyscy wokół w to wierzyli, z tobą na czele?

Trafił w sedno. Twarz młodzieńca zastygła w nieodgadnionym grymasie, a idealne brwi zbiegły się tuż nad prostym nosem. Aarim długo się nie odzywał i Est stracił już nadzieję na szczerą odpowiedź, kiedy ten niespodziewanie mruknął:

- Z własnej woli utraciłem zdolność współodczuwania. Uczucia i emocje zastąpiłem obojętnością, albowiem tylko w ten sposób ocalę Estarion oraz wszelkie istnienie przed tym, co nadejdzie. – Jego niski ton był zimny i przeszywający jak mroźny wiatr, od którego chłopak dostał gęsiej skórki. - Jeżeli chcesz pokonać potwora, sam musisz stać się potworem, Estalavanesie. A potwory nie czują absolutnie niczego.

- Mylisz się, Aarimie. Również jestem potworem, a jednak czuję więcej niżbym chciał. - Est sięgnął po rękawiczkę, odepchnął się od posadzki i wstał chwiejnie, otrzepując spodnie z kurzu. - I wykorzystam to “więcej”, by ocalić Estarion. By ocalić mojego mistrza, Cola i Leos. By na coś się przydać i zgłębić istotę tego, co we mnie siedzi. - Ostentacyjnie obejrzał ozłocony grzbiet lewej dłoni, po czym stanowczym ruchem wysunął ją w kierunku paladyna. Obrócił wnętrzem ku górze, chcąc pomóc mu się podnieść. - Przysięgam, że póki oni żyją, możesz na mnie polegać.

Niebianin przyjrzał się nieskazitelnie białemu zagłębieniu szczupłej dłoni. Wyraźnie widząc wybrzuszające skórę grzbiety obrączki u nasady środkowego palca oraz obręczy opasającej przegub, bez wahania przypieczętował obietnicę mocnym chwytem.

- Estalavanesie, są to słowa wielkiej wagi, które przyjmuję i szanuję. - Książę skinął głową, puszczając chłodną dłoń półsmoka. Zgarniając krótkie złociste włosy w lewo przywiódł Estowi na myśl Cola, który podobnym, nieco gwałtowniejszym ruchem przerzucał ciemne pasma na stronę zawiłego tatuażu. - Tymczasem powinniśmy się posilić. Nasi towarzysze zapewne niecierpliwią się, a kolacja stygnie.

Nie przedłużając, Aarim przemierzył pokój i naglącym gestem otworzył drzwi. Est jeszcze chwilę mu się przyglądał, jakby zapamiętując każdy szczegół okrytej błękitem i złotem sylwetki. W końcu ruszył jego śladem i zakładając rękawiczkę wyminął niebianina, rozglądając się za schodami prowadzącymi do gwarnej, dusznej sali cuchnącej tłumem ludzi, alkoholem oraz smażeniną. Westchnął boleściwie i mając już serdecznie dosyć wszystkiego, błagalnie obejrzał się za towarzyszem obracającym klucz w zamku.

Aarima dręczyło niejasne poczucie, że nieoczekiwana rozmowa z Zaklinaczem Żywiołów odmieniła go zauważalnie. Estalavanes miał rację, dialog przynosił zdumiewające efekty, acz roztropny książę musiał ważyć słowa, by nie wypowiedzieć ich za wiele. Jego ród strzegł bowiem sekretów, jakich nie należało zdradzać nikomu. Wiedział, że czyni to z niego patologicznego kłamcę, lecz nic na to poradzić nie mógł. To brzemię zabierze ze sobą do grobu, jeśli nie przetrwa tego, co szykuje im los.

W pamięci znów rozbrzmiało mu pojedyncze, o niepokojąco obcym wydźwięku słowo: czuowiecy. Zrozumiałym dlań było, że jako potomek Saramarystyjskiej Obrończyni Estalavanes władał staromową. Wytłumaczalnym także byłby fakt, iż posługiwał się nią niczym pełnokrwisty smok, chociaż nie powinien, skoro był hybrydą. Skąd jednak znał dawne określenie rasy ludzkiej wyparte z użytku ponad trzynaście tysięcy lat temu? Czy ma to związek z tożsamością, o której wspominał, a której nie wykryła sonda mentalna? Umysł i esencja Estalavanesa były czyste, nieskalane wpływami z zewnątrz, natomiast artefakt nie wykazywał żadnej aktywności magicznej. Znaczyć to mogło, iż ten, którego nakazywał wystrzegać się Aanatur Założyciel, wciąż istnieje.

Istny fenomen na skalę Nowego Świata - skonstatował Aarim, udając się ku wyczekującemu nań chłopakowi. Na czyj żywot czyhasz, Zaklinaczu Żywiołów?