Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Kolejny dzień w drodze nie
zapowiadał żadnych rozrywek. Pękate chmury wisiały nisko nad ziemią, zwiastując
gwałtowną ulewę, a kapryśny wiatr porywał słowa strudzonych podróżników,
wymuszając na nich milczenie. Wyruszyli zaraz po śniadaniu, względnie wypoczęci
i pełni optymizmu, niestety kilka godzin w siodle skutecznie podminowało
nastroje, a zmienna aura nie pomogła w utrzymaniu dobrych relacji. Jechali
dwójkami kamienistą ścieżką wiodącą przez rozległe łąki i nawet kwiaty zszarzały
w oczach, kiedy z nieboskłonu spadły pierwsze krople.
Poirytowany Estalavanes łypnął ku pociemniałemu
niebu i pojedynczą myślą nakłonił żywioły do pomocy niemal tak samo jak wtedy, gdy
eskortowali Leos do Twierdzy. Wówczas nie zdawał sobie sprawy, że potrafi
dokonać tak niezwykłej sztuki - to pierwotne elementy przejęły inicjatywę.
Obecnie przyszło mu to z naturalną łatwością. Najwyraźniej wysiłek włożony w
opanowanie ostatniego żywiołu zaowocował głęboką więzią z otaczającymi go
siłami.
Wiatr trzymał deszcz z dala od nich,
tworząc wokół czwórki konnych małe oko cyklonu przechwytującego coraz gęściej padające
krople; wicher targał grzywami i ogonami wierzchowców oraz włosami i pelerynami
jeźdźców. Gniada klacz wraz ze srokatym ogierem przyzwyczajone już były do
nienaturalnych zjawisk i rżały cicho w reakcji na nagłą zmianę. Majestatyczny
Sen stąpał niewzruszony, natomiast młody kary rumak Esta wierzgał i parskał
nieustannie. Gryząc zajadle wędzidło, z trudem dawał się okiełznać.
- Twoje moce są niebywale przydatne,
Esti! - zawołał Colonell, przekrzykując wichurę. Wyprostował się w siodle, z
rozkoszą zaciągając wilgotnym powietrzem wolnym od deszczu. Po raz pierwszy od
wielu godzin radość zagościła na jego wytatuowanej twarzy, gdy z ożywieniem oglądał
taniec wiatru i wody. - Wspaniałe.
- Jak rany, powtarzasz to za każdym
razem, kiedy posługuję się żywiołami, by ułatwić sobie życie... - Est wywrócił
oczami, od niechcenia podążając za wzrokiem partnera. Płynny ruch na ustalonej wolą
granicy ukoił i jego napięte nerwy. - Ale masz rację, jest w tym coś wspaniałego.
- Estalavanesie, czy nie powinieneś
ograniczyć zużycia energii tajemnej? - Niczym nie zagłuszony głos Aarima
dobiegł z przodu kolumny, rozwiewając magiczny nastrój panujący między dwójką
najemników. - Myśl, iż podczas ewentualnej potyczki okażesz się kompletnie
nieprzydatny, jest mi nie w smak. Przemoczone ubrania oraz wierzchowce są ceną,
jaką jestem w stanie zapłacić za twoje wybitne zdolności bojowe.
Jak jeszcze przed momentem Est
irytował się na nudną podróż, tak teraz Aarim dorzucił swoje trzy tarcze do
ogółu jego frustracji. Już miał na koniuszku języka wyjątkowo złośliwą replikę,
jednak pohamował się na tyle, by kąśliwy komentarz pozostał wyłącznie echem
jego myśli. Mimo to zabarwione sarkazmem gładkie słówka popłynęły, z lekkością
trafiając do zainteresowanych ich rozmową słuchaczy.
- Aarimie, aktualnie nie zużywam ani
krztyny mocy, jako że nie-mogę-jej-zużywać - wycedził z goryczą. - To mnie
odróżnia od użytkowników magii, że nie potrafię formować, inkantować ani
manifestować zaklęć. Korzystam ze szczodrości żywiołów, lecz nie potrafię ich
stworzyć z esencji, nurtu, czy czego tam jeszcze. I zawczasu odpowiadam na
twoje następne pytanie: tak, próbowałem.
Est nie lubił być w centrum uwagi,
szczególnie gdy dotyczyło to czegoś tak osobistego. Czuł się jak dzieciak
pouczany przez nadopiekuńczego rodzica, a przynajmniej tak sobie to wyobrażał,
bo w praktyce nigdy tego nie doświadczył. Rozdrażniony skubał wodze i spod
zmarszczonych gniewnie brwi obserwował szerokie, okryte granatową peleryną
przeciwdeszczową plecy paladyna.
Z ukosa spostrzegł Leos obracającą
się w jego kierunku. Znajoma iskierka w ciemnoniebieskim oku wyrwała jęk z jego
gardła, bo był już bardziej niż pewien, że to dopiero początek uwierających go
pytań.
- Jak w takim razie pozbywasz się nadwyżki
esencji? - Niewinne spojrzenie czarodziejki prześlizgnęło się na jadącego obok Esta
przodownika, którego dwuznaczny uśmieszek błyskawicznie uciął temat. - Och,
nieistotne. Przepraszam.
Tego już było za wiele. Niczym od
ciosu w podbródek Est odchylił w tył głowę i zapatrzył się w czarne jak rozpacz
niebo. Lecące zeń ciężkie krople rozbijały się o szczelną zasłonę wiatru,
natychmiast porywane do przedziwnego tańca nurtem usłużnego powietrza. Chłopak
starał się opanować, ale naprawdę brakowało mu na to sił. Aarim go zdenerwował.
Leos również nie zostawiła na nim przysłowiowej suchej nitki. Nitki, którą Col
z lubością oderwał od całości bezczelnym chichotem, odjeżdżając na bezpieczną
odległość od wytrąconego z równowagi, osaczonego ze wszystkich stron półsmoka.
- I ty przeciwko mnie, Col?!
Zwiadowca mrugnął zadziornie do rozeźlonego
chłopaka.
- Po prostu odpowiedz, gadzinko. Co
w tym wstydliwego?
- Idź wyłysiej, durniu! Uwzięliście
się na mnie! - warknął Est. Colonell mógłby przysiąc, że jednocześnie w oddali usłyszał
huk gromu. - Proszę bardzo, chcecie, to macie! Nadwyżkę przekazuję Colonellowi!
Fizycznie! W piernatach! Zadowoleni?!
Naburmuszony i zażenowany odwrócił się
od dwóch sadystycznie przyglądających mu się par oczu. Zdruzgotany już więcej
się nie odezwał. Wszyscy bez wyjątku sprawili, że czuł przemożną chęć wciśnięcia
się w kąt i przeczekania najgorszego. Osaczony pragnął chwili samotności, a
skazany był na nieprzerwane towarzystwo, które zaczynało odbijać sobie na nim zmęczenie.
Był idealnym kozłem ofiarnym. Od dnia narodzin.
- Temat ten nie jest wystarczającym
powodem do strojenia żartów z Estalavanesa. - Stający w obronie uciśnionego
dzieciaka Aarim zerknął przez ramię na jadących z tyłu najemników. - Leos,
ciebie również o to proszę - dodał, spoglądając z reprymendą na czarodziejkę.
- Kiedy ja byłam tylko ciekawa! - tłumaczyła
się z urazą, niesłusznie oskarżona o podzielanie uszczypliwości przodownika. -
To Col robi sobie z tego żarty.
- Zatem obydwoje przestańcie. Czy
nie widzicie, iż jest to dla niego drażliwy temat? Zrozumcie jego stanowisko.
- Ale jak niemagiczny może
wykorzystać otrzymaną esencję? - zastanawiała się Leos. Jej nadąsana piegowata
twarzyczka ponownie przybrała ten charakterystyczny dla niej wyraz
zaciekawienia. - Czarodzieje mówią o tym z odrazą, twierdząc, że magiczni pod
żadnym pozorem nie powinni łączyć się z niemagicznymi.
- Wygląda na to, że może - wtrącił
się Col, nie zmniejszając dystansu Gniadej od pozostałych koni. - Ja jeszcze
żyję. I mam się całkiem nieźle. A czarodzieje niech pukną się w czoła z tą
swoją obsesją na punkcie magii, bo na zdrowie im to nie wychodzi.
- Gwoli wyjaśnienia – odezwał się Aarim
z zaciętą miną podobną zniechęceniu, jak gdyby dyskusja testowała i jego
cierpliwość. - Energia zwana tajemną wiąże się z energią fizyczną organizmów
niemagicznych. Owo połączenie powoduje całkowity rozpad obu energii w
naturalny, poniekąd inwazyjny sposób, wywołując efekty uboczne w postaci wycieńczenia
oraz oszołomienia. Przy nadmiernych ilościach energii dochodzi do wstrząsu
metafizycznego: stanu zbliżonego do wstrząśnienia mózgu bądź szoku pourazowego.
Nie odnotowano przypadków śmiertelnych, a przynajmniej ja o takowych nie
słyszałem.
Kontynuując wywód, rycerz Zakonu
Paladynów odciągnął uwagę od dręczonego Esta. Chętnie udzielał odpowiedzi na
nurtujące Małą Niedźwiedzicę pytania, toteż bez wahania zadawała ona kolejne i
kolejne, dzięki czemu lepiej znosiła niewygodną pozycję na grzbiecie łaciatego
konia. Aarim dał się poznać jako zaskakująco miły towarzysz podróży i chociaż
nie uzewnętrzniał emocji, piromantka w niewielkim stopniu potrafiła już
odgadnąć jego nastroje, z czego była tycią odrobinkę dumna.
Za to Est, wściekły jak osa, groził
pogryzieniem wyciągniętej na zgodę dłoni w rękawicy strzeleckiej. Col uwielbiał
go zawstydzać i urządzać podśmiechujki, czym doprowadzał chłopaka na skraj
wytrzymałości. Est miał ochotę nagadać mu do słuchu, wiedział jednak, że będzie
to strzępienie języka na darmo. I mimo że gniew rozdzierał go od środka, to
wolał zachować nieprzyjemne słowa dla siebie, aniżeli powiedzieć coś, czego
mógłby potem długo żałować. Nie lubił się kłócić. Wszelkie awantury uznawał za
bezsensowną stratę i tak krótkiego czasu, jaki im pozostał. Choć Col bywał
nieznośny, to Est nie chciał, aby kiedykolwiek się zmieniał.
Est uspokoił się, gdy jego zdrowy
rozsądek dotarł do pogrążonego w smutku serca, łagodząc zalegające we wnętrzu
napięcie. Naprawdę nie było o co się złościć. Znów brał wszystko do siebie i niepotrzebnie
się przejmował. Przecież ich relacja była paladynowi oraz czarodziejce znana.
Oboje byli bystrzy i domyślni, więc czy powie to na głos, czy też nie, niczego
nie zmieni ani nie wpłynie na to, jak go postrzegają. Skoro nie widzi nic złego
w związku z Colem, dlaczego inni mieliby widzieć? Niestety, w niedalekiej przyszłości
czeka ich powrót do życia w ukryciu, lecz było już za późno na cofnięcie raz
podjętej decyzji o opuszczeniu bezpiecznej Twierdzy. Est nie zamierzał tego żałować.
Nawet jeżeli otwierała się przed nimi przepaść, a jutro nie przyniesie nic dobrego,
to wciąż mieli to, co najważniejsze: siebie nawzajem oraz nieprzemijalne
uczucie, które jak ogień rozpraszało cienie lęków i obaw, napełniało krzepiącym
ciepłem, a także dodawało sił, kiedy jeden z nich uginał się pod presją
otoczenia lub wydarzeń.
Nie zaszczycając ukochanego
spojrzeniem, Est uścisnął wyciągniętą na przeprosiny dłoń. Nadal udając
obrażonego splótł białe palce z palcami o ciemnej skórze i trzymał mocno, poza
zasięgiem wzroku jadących na przedzie przyjaciół. Chciał, żeby ta chwila
trwała. Bał się, że gdy tylko go puści, to wszystko okaże się jedynie snem.
Nie on jeden się tego obawiał.
Spokorniały Colonell również nie chciał wyplątywać się z uścisku jako pierwszy.
Podjechał nieco bliżej, uniósł dłoń chłopaka do ust, lekko ją ucałował i
dopiero wtedy puścił.
Intensywne spojrzenia, jakie
wymienili, mówiły wszystko. Nie potrzebowali słów by wyrazić to, co chcieli sobie
przekazać i uważali to za najpiękniejsze doświadczenie, jakie ze sobą dzielili.
Cienka nić porozumienia pomiędzy nimi dwoma powiększała się z każdym dniem.
Pajęcza nić przeistaczała się powoli w utkaną z hartowanej stali linę stabilnie
łączącą dwa umysły oraz dwa serca, oplatała ich i tworzyła doskonałą jedność z
dwóch zupełnie niezależnych osobowości. W takich sytuacjach Est wierzył, że śmierć
partnera zakończyłaby i jego żywot. Miłość do człowieka była równie kreatywna,
co destruktywna i tylko od niego samego zależało, jak pokieruje tym uczuciem.
***
Tym razem postanowili zrobić krótki
postój wśród mokrego kwiecia bezkresnej łąki. Deszcz przestał padać godzinę
temu, zamieniając powietrze w lepką mgłę wznoszącą się nad wysoką, przesyconą
słodkim aromatem trawę. Rozmokła ziemia na wydeptanej dróżce stała się błotkiem
cmokającym przy każdym kroku, jednak nikt nie uskarżał się na te niedogodności.
Zeszli z siodeł i rozprostowali zesztywniałe mięśnie. Ostatecznie zdecydowali się
przebyć kawałek trasy pieszo, prowadząc wierzchowce wąską ścieżką. Był to dobry
pomysł, rzeczywiście odpoczęli pokonując w ten sposób parę kilometrów. Konie
wydawały się nie mniej zadowolone, kiedy ich grzbiety wolne były od ciężaru, a
pyski okazjonalnie chwytały kępy soczystej koniczyny, chrapami trącając opasłe
trzmiele.
Lekko odziani podróżnicy byli w tym
momencie w pełni odsłonięci, lecz zagrożenie byłoby tu równie widoczne. Dziko
rosnąca trawa nie stanowiła kryjówki ani dla ludzi, ani dla zwierząt. A co
innego mogłoby tu na nich czekać? Aarim niczego nie wykrywał, Colonell także nie
dojrzał śladów świadczących o obecności drapieżników, toteż swobodnie brodzili
w rozkołysanych, skrzących się rosą źdźbłach.
Humory polepszyły się wraz z poprawą
pogody, jak gdyby promienie słońca wyzierające zza chmur miały zbawienny wpływ
na jeźdźców. Popołudnie i wczesny wieczór mijały na pogawędkach konsekwentnie
omijających temat Esta, zdominowanych przez zabawne historie, którymi Col sypał
jak z rękawa. W przeciwieństwie do oblubieńca był duszą towarzystwa - doskonale
radził sobie w blasku powszechnej uwagi i bez względu na okoliczności nie tracił
rezonu, zachowując zimną krew i tnąc celnymi ripostami. Est na palcach jednej
ręki mógł policzyć sytuacje, w których Col dał się publicznie ponieść emocjom.
Półsmok nie miał powodów do narzekań.
Wolał przebywać w cieniu ekstrawertycznego przyjaciela i słuchać anegdot z
życia mieszkańców Twierdzy, plotek zasłyszanych w gospodzie czy przekomarzań z
buńczuczną czarodziejką. Teraz odciął się od toczonych wokół rozmów. Martwiło
go, dokąd dotrą w swojej pielgrzymce, czego dokonają, zanim polegną na polu
bitwy i gdzie rzuci ich los. Opuścili warownię Niedźwiedzi zaledwie pięciodzień
temu a odnosił wrażenie, że od tamtej pory minął miesiąc. Myślał że będzie
tęsknił, ale nie odczuwał niczego podobnego. Jedyne, co w sobie nosił, to
dziwną pustkę. W końcu był wolny. Ale czy wolność nie powinna smakować inaczej?
Lepiej? Czym właściwie jest wolność? I co najistotniejsze, czy umiał ją
rozpoznać...? Ostatecznie skonstatował, że wolność to tylko utopijna mrzonka.
Nikt nigdy nie będzie wolny, prawdopodobnie nawet po śmierci.
I kiedy wszyscy wesoło spędzali
czas, Est zatonął w ponurych rozważaniach, a wątpliwości w jego sercu puszczały
coraz więcej korzeni.
***
Następna noc w drodze ku
Aneil’Aranth gwarantowała nocleg pod dachem, za zamkniętymi drzwiami i z
żołądkami wypełnionymi ciepłym posiłkiem. Gospoda „Pod Siwym Dymem”, biorąca swoje miano od całorocznego szarego
obłoku wydobywającego się z komina, była niewyszukaną budowlą. Kilkupiętrowa prostokątna
konstrukcja zwieńczona spadzistym dachem wykończona była bez polotu, lecz prezentowała
się lepiej niż poprzednia. I wnioskując po zajętych boksach w stajni, gościła
więcej przyjezdnych, przez co najem pokoi wydawał się niemożliwy. Na szczęście
dla czwórki podróżnych czarny scenariusz nie spełnił się, właściciele mieli do
dyspozycji sporo wolnych łóżek, które Aarim najął bez zbędnych negocjacji. Nie
był co prawda zadowolony z rozdzielenia drużyny, ale nie miał innego wyjścia,
jak przekazać odliczoną kwotę w ręce ukontentowanego gospodarza.
Est przestał ukradkiem rozglądać się
po gwarnej sali i nadstawił ucha. Wciąż był obiektem niechcianego
zainteresowania, więc zrobiłby wszystko, by móc skupić się na czymś innym,
choćby na samopoczuciu towarzyszy. Cień przemykający przez opanowane oblicze
paladyna wzbudził jego czujność. Nawet nie próbował rozpoznać tego prawie
niezauważalnego grymasu, niemniej skoncentrował się na jego osobie, by nie
uronić ani jednego wypowiedzianego przezeń słowa. Aarim rzadko bywał
dociekliwy, teraz jednak, przy okazji rozmowy o interesach, pociągnął karczmarza
za język.
Siwiejący szczupły mężczyzna w
schludnej koszuli zdawał się nie dostrzegać zbieżności pogłosek oraz sygnałów,
które szlachetnego młodzieńca w barwach Zakonu Paladynów raziły niby
ostrzegawczy pocisk rozświetlający noc. Jak wynikało z jego opowieści, znana w
tych stronach grupa kupców morskich podążających z Ognistego Haka na północ, ku
Srebrzystym Szczytom, nie pojawiła się o czasie. Regularnie wynajmowali oni kwatery
„Pod Siwym Dymem”, gdzie mieli ulubione pokoje i chociaż wypatrywano ich na
gościńcach od ponad dwóch dni, nic nie wskazywało na to, że się zjawią.
Karczmarz słusznie założył, że tym bardziej nie przyjadą dzisiejszej nocy,
ponieważ swoim zwyczajem nie wędrowali oni po zachodzie słońca, które już dawno
zniknęło za horyzontem. Dość miał czekania, bo puste izby oznaczały wyłącznie
straty, więc chętnie odstąpił cztery z nich bratu zakonnemu.
Spracowany człowiek o zmęczonych
oczach i życzliwej twarzy nie zwrócił większej uwagi na wygląd gościa. Być może
wtedy przejrzałby kryjącą się za symbolami Tarthosa tożsamość paladyna i w swoim
nieskalanym podejrzliwością rozumie dodał dwa do dwóch z zasłyszanych wieści. Książę
Aarim nie wyprowadzał jednak poddanego z błędu. Podziękował za pokoje oraz
poświęcony na pogawędkę czas i utrzymując dalsze pozory, z roztargnieniem
dopytał o koszt paszy dla koni, a gdy dowiedział się już wszystkiego i odebrał
klucze wraz z dokładnym objaśnieniem, które pomieszczenia należą do nich i na
którym piętrze ich szukać, razem z pozostałymi zaniósł torby na górę. Nie
podejrzewał, że czujne oczy i uszy półsmoka śledziły przebieg rozmowy z ujęciem
najdrobniejszych szczegółów, uwzględniając wszelkie subtelne zmiany w mimice
oraz tonie zadziwiająco rozmownego rycerza.
Aarim perfekcyjnie ukrywał niepokój
za fasadą chłodnej obojętności typowej znużonemu podróżnikowi, lecz Est bez
trudu wyłapywał elementy układające się w spójną całość. Jeżeli istniała na tym
świecie siła mogąca w tak zauważalny sposób rozstroić tego pozbawionego uczuć
potwora, to chłopak wolał sobie nie wyobrażać, jaka jest jej prawdziwa natura.
Niebianin nie sprawiał wrażenia przestraszonego, ale to, co półsmok poczuł w
żołądku, nie mogło być niczym innym niż panicznym lękiem.
Pod pretekstem odetchnięcia nocnym
powietrzem Est wymknął się z kwatery, w której zebrali się jego przyjaciele i
skierował dwa piętra niżej, do wielkiej sali. Tam, odprowadzany krzywymi
spojrzeniami i złowrogimi pomrukami, przemaszerował prosto do wyjścia z
gospody. Musiał czym prędzej oddalić się od tego odstręczającego miejsca wywołującego
przykre wspomnienia. Dusił się uwięziony między czterema ścianami
przypominającej noclegownię oberży, męczyła go ciągła obecność tak towarzyszy,
jak i zupełnie obcych ludzi. Natarczywe myśli napływały zewsząd niczym
wygłodniałe rekiny lgnące do dryfującego rozbitka. Skubały go, nękały i skłaniały
do reakcji, na jakie nie mógł sobie pozwolić, aż nogi poniosły go poza łunę
bijącą z okien i latarni rozstawionych wokół budynku, między stare drzewa
pobliskiego skweru posrebrzonego blaskiem księżyca oraz gwiazd osłabiającym nocne
widzenie.
Est zatrzymał się nagle. Wiedziony niejasnym
przeczuciem wzmógł czujność i ostrożnie obrócił się, wzrokiem przeczesując
ciemności zalegające na obrzeżach pola widzenia. Gdzieś tu czaił się
prześladowca Aarima, nocna zmora zrodzona z koszmaru. Tym razem Est go nie
wyczuł, lecz był przekonany, że upiór znajduje się nieopodal oberży.
Dreszcz wstrząsnął chłopakiem, kiedy
wyblakłe wizje starły się z jego trzeźwym umysłem. Wziął się wreszcie w garść, wychodząc
na zieleniec otoczony szumiącymi z cicha drzewami. Zignorował koślawą ławkę
skleconą z bejcowanych desek i oparł się plecami o szeroki pień najokazalszej z
rosnących tu wierzb. Jej uginające się od listowia witki falowały w takt letniego
powiewu wydając przejmujący, słodko zawodzący szmer. Est popatrzył w antracytowe
sklepienie zasnute kilkoma obłokami i rojem śpiewających listków. Owady krążyły
wśród nich z miękkim furkotem i głuchym brzęczeniem. Spokój powracał do niego wraz
z rytmem harmonijnych odgłosów; cisza wybrzmiewała różnorodnością dźwięków, które
tylko przyroda mogła z siebie wydać, działając jak balsam na jego zszargane
nerwy.
Odkąd wyruszyli, nie miał ani chwili
prywatności: Aarim stale miał na niego baczenie, absorbująca Leos była
nieznośnie blisko, natomiast Colonella bezwarunkowo potrzebował. Sama podróż w
siodle nie wyczerpywała go tak bardzo, jak bezustanne towarzystwo osób
trzecich, od których nie mógł się uwolnić. Był na nich skazany, tak jak oni
skazani byli na niego i jego gwałtowne odchylenia od utartej normy. Nigdy by
nie przypuszczał, że stanie się to aż takim problemem, ale rzeczywistość po raz
kolejny zweryfikowała jego naiwne wyobrażenia. Jedynym, czego pragnął, była samotność:
możliwość medytacji oraz wykonania krótkiej serii ćwiczeń dla pobudzenia
pamięci ciała. To wszystko musiało niestety poczekać na lepsze czasy. Pośpiech
determinował ich czyny, a Est zobowiązany był słuchać poleceń zleceniodawcy i
stosować się do nich kosztem własnych potrzeb. Od tego mogło zależeć jego
życie. A od jego życia zależeć mogły pozostałe trzy.
Przymknął oczy i wystawił policzki
na głaszczący skórę wiatr oraz zimne światło odległych ciał astralnych. Wciągnął
w płuca rześkie powietrze niosące zapach zroszonej deszczem zieleni i z
radością wsłuchał się we wszechobecne popisy świerszczy. Przytłaczające go
wrażenia tłocznej gospody, bólu związanego z ćwiczeniami mentalnymi oraz troski
o ich wspólne jutro zdawały się teraz minionym snem blednącym w obliczu
mrugającego doń bezliku. I do szczęścia brakowało mu już tylko mężczyzny,
którego ciche kroki wystukiwały urzekającą melodię na wilgotnym poszyciu.
Zawsze we właściwym miejscu. Zawsze
na czas.
Est rozchylił powieki, kątem oka
dostrzegając niespiesznie zbliżający się kształt, ledwo obrys pośród odcieni
szarości. Z fascynacją obserwował swobodę, z jaką bezgłośnie poruszał się
człowiek pośród naturalnych pułapek czekających na nierozważny ruch z jego
strony. I chociaż usłyszał go na długo zanim go zauważył, to i tak było to
ogromne osiągnięcie dla przedstawiciela tak energicznej i porywczej rasy.
Colonell stanął tuż przy nim i
powędrował za jego wzrokiem, spoglądając na niewidzialny punkt pomiędzy koroną
wierzby a roziskrzonymi gwiazdami. Ponownie skupił się na białej twarzy do
połowy spowitej cieniem powiewających liści. Nie odrywał pełnego podziwu
spojrzenia od miękkich rysów, zgrabnego nosa, delikatnych warg i lśniących
zielenią ogromnych oczu, z których tak dużo mógł wyczytać bez wiedzy ich
posiadacza.
Nie odzywali się; żaden z nich nie zamierzał
rozpraszać tej wyjątkowej chwili zbędnymi słowami. Wiele ich cisnęło się
człowiekowi na usta, lecz postanowił przekazać inicjatywę temu, który budził w
nim tak jednoznaczne uczucia. Szorstkimi opuszkami musnął gładki policzek dla
zaznaczenia swojej obecności i przeszedł parę metrów, by usiąść plecami do
zapatrzonego w migoczący firmament chłopaka. Dla postronnego obserwatora taki widok
mógł wydawać się dziwaczny, jednak dla Esta był oczywistym zaproszeniem do zwierzeń
tak intymnych, że wymagały specjalnych warunków.
Jedno spojrzenie na przygarbionego
zwiadowcę skubiącego palcami mokrą trawę wystarczyło, by ciepło opływające szczupłe
ciało znalazło odbicie w lekkim uniesieniu kącików ust. Est odepchnął się od
chropowatego pnia i czyniąc więcej hałasu niż się spodziewał, podszedł do
przyjaciela, by ulokować się tuż za nim.
- To jeden z pomysłów, za który cię kocham
- oświadczył, opierając się plecami o plecy Cola. Podciągnąwszy kolana pod
brodę, objął je ramionami. Wpatrywał się w cudowny nieład panujący wysoko nad nimi,
a nieśmiały uśmiech wyraźniej wygiął jego białe wargi. - Zawsze tak siadałeś,
kiedy chciałeś, żebym się na ciebie otworzył. Dzięki temu nie musiałem patrzeć
ci w oczy gdy opowiadałem o tym, co mnie akurat gnębiło. Mogłem być sobą.
Poczuć jak to jest, kiedy bez skrępowania mówi się o wszystkim.
- A ja mogłem się w tobie
podkochiwać bez ryzyka wykrycia. Chociaż nie dostrzegłbyś moich uczuć, nawet
jakbym je sobie wyrył na czole! – zachichotał Col.
Chwycił nad ramieniem końcówkę szpiczastego
ucha i leciutko pociągnął, zachęcając chłopaka do ułożenia głowy na jego
barkach.
- W końcu jesteśmy sami - wyszeptał
niczym podziękę za wysłuchaną modlitwę.
Teraz już Est uśmiechał się szeroko.
Rozparty wygodnie na okrytych bluzą plecach ulubionego człowieka, będących dlań
podporą dosłownie i w przenośni, przypomniał sobie wcale nie tak odległe czasy
sięgające pomylonych początków ich burzliwej znajomości.
- Jak rany, czuję się jakby… jakby
minęło ze sto lat odkąd ujrzeliśmy się po raz pierwszy.
- A tu nieco ponad rok.
- Ludzie naprawdę szybko żyją.
- Wydaje ci się, dzieciaku. Masz
piętnaście lat…
- Szesnaście.
-
...wyglądasz na dwadzieścia pięć i w ciągu roku przeżyłeś więcej niż
przez doczesny żywot. Nie mów mi, że to ludzie szybko żyją.
Mimo usilnych starań Colonell nie
zachował poważnego, pouczającego tonu. Kiedy wcielał się w rolę, doprowadzał ją
do perfekcji, lecz przy Estim tego nie potrafił, jakby chciał być prawdziwym
sobą wyłącznie dla niego. Jakby tylko on jeden wart był jego czułej i opiekuńczej
strony.
- Gdyby nie ty – odparł Est - nie
przeżyłbym tego wszystkiego. W ogóle bym nie żył, tylko egzystował bez celu.
Dopiero ty nadałeś mojemu życiu sens. Bez ciebie moje życie... – jego głos
załamał się przy ostatnim zdaniu. Ścisnęło go w gardle tak mocno, że musiał odchrząknąć.
Szybkim mruganiem przepędził szczypiące łzy, ale stawał się bezradny wobec naporu
nagromadzonych emocji i w ostateczności użył nadgarstka do otarcia powiek. -
Col, dlaczego tak bardzo się boję? Co takiego świat w sobie ma, że tak mnie przeraża?
Nic nie mówiąc, zwiadowca odepchnął
się od pleców zaklinacza i wstał, otrzepując skórzane spodnie, by przyklęknąć na
wprost niego - drżącego, kurczowo obejmującego kolana. Przewidział taki obrót
spraw, przecież jego długouchy partner nie był typem samotnika, choć za takiego
się uważał. Colonell znał prawdę i wiedział, że przychodząc tutaj, dopełnia złożonej
przysięgi. I będzie to robił, gdy tylko zajdzie taka konieczność. Był potrzebny
i chciał być potrzebny. A nikomu nie był tak potrzebny, jak temu zbyt prędko
rzuconemu na głęboką wodę dzieciakowi, który wciąż nie umiał odnaleźć się w zawiłościach
emocjonalnej dojrzałości.
Pochylił się, kładąc dłoń na śliskim
od łez policzku. Włożył w swój głos tyle opanowania oraz spokoju, że jego ciche
słowa zabrzmiały ciepło i kojąco, jak rozgrzewające tchnienie w zimowy wieczór.
- Świat nie jest bezpiecznym
miejscem, Esti. Nawet ja się go boję, choć tego nie okazuję. I w porównaniu z
tobą miałem mnóstwo czasu, żeby poradzić sobie ze strachem.
Czułym gestem starł łzę z białego
policzka.
Czy naprawdę byłem do niego podobny? - zastanawiał się. Czy naprawdę różni nas więcej niż tylko
rasa?
Aby podtrzymać łagodzący niepokoje
ton, Col musiał wyzbyć się wątpliwości. Smutny uśmiech zakwitł na jego ustach.
- Nauczyłem się obracać strach w
gniew, a im bardziej się bałem, tym groźniejszy się stawałem, jak gdyby to
brutalna siła mogła pokonać moje lęki i tych, których się bałem. A kiedy się o
tym przekonałem, to przestałem się bać. I poczułem się, jakby ogromny ciężar
spadł mi z barków. - Objął dłońmi twarz chłopaka i zajrzał w szkliste skaleonie
ślepia. - A teraz znów się boję, Esti. I nie kogoś, lecz o kogoś. I wiem, że
ten strach mogę przekuć w potężny oręż, który pomoże mi walczyć ze wszystkim,
co ci zagrozi. I wtedy boję się trochę mniej.
Est przełknął łzy i zmrużył oczy.
Colonell emanował tak ogromną pewnością siebie, że chłopak zaczynał
współodczuwać to doznanie niczym własne. Nigdy nie będzie tak silny jak jego
partner. Nigdy nie przeistoczy lęków w coś więcej niż puste obietnice, to było
silniejsze niż wszyscy próbowali mu wmówić. Dławił go strach, a żołądek
wywracał się na nice, ale mógł to być również efekt długiej głodówki. Musiał
się wyciszyć i wsłuchać w potrzeby serca, nie rozumu. Zbyt wiele czasu
poświęcał na rozwijanie sfery mentalnej, niejednokrotnie zapominając o tej materialnej
powłoce, która domagała się jego uwagi.
- Jak rany, ciągle płaczę... – odezwał
się, ocierając powieki wierzchem rękawiczki. - Żaden ze mnie bohater, skoro
rozklejam się jak dzieciak…
Ciepło ludzkich rąk na chłodnych
policzkach stopniowo przywracało go do normalności. Patrzył w ukochane szmaragdowe
oczy, dostrzegał łagodny uśmiech pod krótkim zarostem, chłonął pokrzepiającą pewność
płynącą z drugiego ciała. Widział miłość, akceptację oraz ogrom wsparcia,
jakiego mógł potrzebować teraz i w przyszłości. Col wierzył w niego. Wierzył we
wszystko, co półsmok robił i wierzył w każdą jego decyzję, bez względu na
konsekwencje jakie ze sobą niosły. Zwłaszcza tę jedną, kiedy za szansę wyrwania
się z Twierdzy nieumyślnie zapłacił najwyższą cenę.
Makabryczne wizje nakładały się na
rzeczywisty obraz człowieka, lecz niestrudzony chłopak zwalczał je jak
zawziętego szkodnika. Były tylko projekcją jego umysłu, chorą fantazją,
brutalną i bezwzględną w swojej dosłowności, a tuż przed nim znajdowało się
żywe zaprzeczenie tych scen. Dotykało go i oddawało mu swe ciepło. Czuł na
twarzy jego pobliźnione dłonie, obok siebie jego namacalną obecność i zapragnął
poczuć go sobą tak mocno, że aż zrobiło mu się słabo, jakby to pragnienie
wyssało z niego całą energię. Serce obijające się o żebra bolało niemiłosiernie,
wzburzając krew w żyłach i wywracając jego nie do końca poukładany świat. Nie
pojmował dlaczego odczuwa tak karygodnie prymitywne żądze w tak niewłaściwych
miejscach i sytuacjach, ale nagliły go do działania nie mniej niż niezaspokojone
potrzeby.
Wpatrzony w przesłonięte półcieniem oblicze
kochanka złapał jego rękę i niespodziewanie pociągnął, zupełnie nie przejmując
się rozmiękłą glebą pod plecami oraz umięśnionym ciałem go przygniatającym. Tuż
pod szemrzącą wierzbą, pośród piękna przyrody przyciągnął jego twarz do swojej
i zaciskając piekące powieki pocałował go z desperacją bliską rozpaczy. Nie
chciał nazywać uczucia wnikającego pod jego skórę w trakcie zbliżenia, ponieważ
bał się, iż raz nazwany stan zniknie na zawsze, pozostawiając wewnętrzną pustkę
jeszcze głębszą niż ją zastał. To słodko-gorzkie uniesienie sprawiało zarówno
ból, jak i dawało niewysłowioną przyjemność. Obcowanie w smutku z mężczyzną,
którego kocha, było szaleństwem, wariactwem na jakie zdobywał się z
niezrozumiałych przyczyn. I było ono równie satysfakcjonujące, jak nadciągający
moment spełnienia.
Colonell inaczej postrzegał desperację
chłopaka. Z ociąganiem przerwał chwilę wzbierającej namiętności, uniósł się na
łokciach i przysunął bliżej Estiego, którego policzki zdążyły na nowo pokryć
się lśniącą w księżycowym świetle warstewką. Wplątał palce obu rąk w czarne
włosy i muśnięciami warg osuszał kolejne zbierające się w kącikach kocich oczu
łzy. Wyczuwając zniecierpliwione palce w okolicy pasa ze sztyletami, nie
szczędząc mu czułości ujął jego nadgarstki i odsunął drżące dłonie, tym samym przykuwając
jego błagalny wzrok. Dotychczas nie sądził, że zdoła mu odmówić, lecz warunki
były co najmniej niepewne, a dobrze pamiętał doprawionych alkoholem bywalców,
którzy mogliby ich tutaj nakryć wychodząc za potrzebą.
- Nie zamierzam ci odpuścić tylko
dlatego, że wybrałeś sobie złe miejsce na udowadnianie pewnych rzeczy! - Cola
zaskoczyło brzmienie własnego głosu, mrocznego i niskiego, drżącego od
tłumionego pożądania. - Znajdziemy lepsze, chodź.
Podniósł się i ciągnąc kochanka ku
sobie, chwycił go za kark, wpijając się w jego usta z mocą zwiastującą
niezapomniane doznania. Niemal odklejał od siebie rozpalonego do białości
chłopaka, gdy pędem ruszał tam, skąd obaj przyszli.
Estowi zakręciło się w głowie od mnogości
bodźców. Ciężko oddychając popatrzył na śniadą dłoń zaciskającą się na jego
przegubie, potem przed siebie, na majaczące coraz bliżej światła gospody, aż wreszcie
na przystrzyżony kark partnera niezmordowanie prącego w jedynym możliwym
kierunku. Zabłocone ubrania były niepodważalnym dowodem ich obłędu,
samospalenia, którego nic nie ostudzi, ani chłód nocnego wiatru, ani mijający
czas. W tym momencie nie liczyła się piękna rozłożysta wierzba ani upiór uczepiony
Aarima, nieistotne było nieodwzajemnione zauroczenie Leos oraz opinie obcych
ludzi zasiadających przy stołach. Dla chłopaka najważniejszy był Colonell i
ugaszenie palącego pragnienia, jakim było doświadczenie prawdziwości istnienia
tego wyjątkowego człowieka, bez którego świat utraciłby kolory, a księżyc przeobraził
w martwą lodową kulę górującą na niebie.
Pierwotne żądze pożerały go od
środka, przerabiały jego wnętrzności na galaretowatą papkę, która, dygocząc, rozprzestrzeniała
płomień na wszystkie kończyny. Był jak utkany z waty, drżał cały niczym w
gorączce i nie miało to nic wspólnego z chłodnym powiewem pieszczącym
odsłoniętą skórę ramion. Wrażenie nieuniknionego wybuchu pulsowało w jego
ciele, a umysł na przemian funkcjonował na najwyższych obrotach i przestawał, nie
mogąc się zdecydować, która opcja będzie dla niego najbardziej optymalna. Za
nic nie dopuszczał do siebie narastającego gwaru głównej sali, a dudniący,
nierówny szum w uszach odwracał jego uwagę od bezbarwnego otoczenia. Wciąż
słyszał wibrujący podnieceniem baryton Cola. Na wspomnienie jego słów dreszcz przemknął
mu wzdłuż kręgosłupa. Ledwie zarejestrował przekroczenie progu oberży, zaś
uzupełniająca się mieszanina ostrych zapachów oraz ogłuszającego hałasu nie
wywołała w nim najmniejszej reakcji. Potknął się o pierwszy stopień schodów
prowadzących na piętra mieszkalne, następne przebywając równomiernymi krokami, na
wpół ciągnięty przez kochanka, którego powściągliwość ulatniała się z każdym uderzeniem
serca. Siła jego uścisku trzymała go w pionie, narzucała tempo i sam już nie
wiedział czy urywane oddechy wydobywające się z ich ust były skutkiem wspinaczki
na sam szczyt, czy raczej zapowiedzią prostej drogi do ekstazy.
Zręczne dłonie Cola prędko uporały
się z zamkiem w drzwiach, które - ledwo zatrzaśnięte od wewnątrz - stały się
podporą dla kipiącego pożądania. Brzęknął rzucony na podłogę klucz. Colonell pchnął
Esta na drzwi i nie mogąc już dłużej się powstrzymać, udowodnił mu, jak bardzo
jest rzeczywisty i jak bardzo rzeczywista jest jego miłość. Złapał za kołnierz
czarnego bezrękawnika tuż przy jego szyi i trzymał, jakby od tego zależało jego
życie, nie odpuszczając białym wargom ani na moment. Zwierzęce kły drasnęły
jego język, co bynajmniej mu nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, ich ostrość
nadawała zbliżeniu drapieżny posmak ryzyka. Nigdy nie mógł być pewien, kiedy
poleje się krew. I do kogo będzie należała.
Owładnięty żarem namiętności
człowiek nawet nie poczuł, kiedy gibki partner wyswobodził się z górnej części
odzienia, które niby wylinka zwisało z zaciśniętej smagłej pięści. Col odrzucił
koszulkę i oburącz sięgnął za głowę, by jednym płynnym ruchem zedrzeć z siebie
bluzę. Po nagim karku rozpłynęły się muśnięcia smukłych palców, falami rozlewając
się na barki i ramiona. Między nogami udo drażniło newralgiczny punkt,
skutecznie prowokując dalsze działania. Dyszące białe usta dopełniały
rozkosznej całości, unikając odpowiedzi na ponętne zaczepki. Col nie mógł tego
tak zostawić. Wodzenie na pokuszenie nie skończy się dobrze dla drugiej strony
miłosnego konfliktu. A on zawsze był zdobywcą, zawsze był zwycięzcą. Świat, w
którym Colonell Niedźwiedziogrzywy nie upolował swej ofiary, po prostu nie miał
prawa istnieć.
Est chętnie ulegał przewadze umiejętnego
kochanka. Odkąd poznał fizyczny smak miłości, nie potrafił obejść się bez
ogromnej dozy pieszczot równie delikatnych, co wyszukanych, których nie skąpił
mu doświadczony partner. Miłość mogła być dzika, mogła wyrwać się spod
kontroli, mogła być bolesna i w dwójnasób przyjemna, ale nie mogło się obyć bez
stałych elementów, jak czuły dotyk, namiętność oraz szczerość.
W chwili, gdy wylądował plecami na
twardym łóżku, niczego mu nie brakowało. Może za wyjątkiem ciepłego ubrania,
jako że noc była chłodna, lecz przezorny kochanek pomyślał i o tym, przykrywając
go swoim rozgrzanym ciałem. Wszystkie złe myśli, każda pojedyncza wątpliwość,
strach zgromadzony w sercu zniknęły jak rozproszone zaklęcie, zastąpione
wypełniającym go poczuciem bezpieczeństwa, szczęścia i akceptacji.
Autentycznego spełnienia. Jedyny człowiek, którego kocha, żył, żyje i będzie
żył.
Z tą świadomością Est poddawał się
pieszczotom, aż stracił kontakt z rzeczywistością...
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
"Papierowy Rycerz Herbu Pasikonik", co ja miałam w głowie żeby wymyślić taką nazwę dla oberży? W każdym razie podoba mi się. Zupełnie jak Colowi, któremu złośliwość wyostrza się z każdym dniem coraz bardziej. I chociaż rozdział w całości poświęcony jest Estowi i Aarimowi, to nie brakuje "drugoplanowych" akcentów.
Po raz kolejny trening z przeciwdziałania opętaniu kończy się sromotną porażką Esta, lecz tym razem wygląda ona nieco inaczej... Już pomijam, że to nie Col staje w obronie maltretowanego psychicznie chłopaka, a druga tożsamość, która w Aarimie rozpoznaje... zdrajcę? Wypadki toczą się szybko, lecz w porę Est przytomnieje, zaraz potem niemal tę przytomność znów tracąc. Swoją drogą, zastanawialiście się, po co paladyni "w cywilu" i podróży noszą stalowe karwasze oraz nagolenniki? Otóż w tym rozdziale pojawia się namiastka odpowiedzi, którą samodzielnie możecie wydedukować. Paladyni są "pacyfistami", a to znaczy, że uwielbiają "pacyfikować". Ha!
Ale wracając do wydarzeń, które w tym rozdziale solidnie wzbogacają fabułę... Tak oto Est uświadamia sobie, że jest na tym świecie coś gorszego od Śniącego i jego opętania, coś, co już istnieje w nim samym. Szczególnie, że wyszukane "słownictwo" Esta niepokoi słynącego z braku emocji księcia Estarionu. Pamiętacie rozdział kończący Białego elfa i deklarację Aarima, że albo Zaklinacz Żywiołów sprzymierzy się z nim, albo zostanie zgładzony? Temat wciąż aktualny.
Niemniej to nie koniec rewelacji, bo oto nasz wycofany, zaszczuty i strachliwy główny bohater ewoluuje! Nieprzerwanie i z powodzeniem. Jego emocje nie są już wyłącznie słabością - są także jego siłą, zwłaszcza miłość do Colonella i więź z przyjaciółmi. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki to wyraża, determinacja, jakiej mu zazdroszczę. Liczę, że i Wy dostrzeżecie oraz docenicie zmiany w nim zachodzące, zarówno te dobre, jak i te mniej chwalebne.
Przyjemnego czytania! 🤍💛
Jeszcze niedawno Estalavanes pomstował
na żmudną, dłużącą się podróż, a teraz ofertę powrotu na siodło przyjąłby
niemal jak zbawienie. Może i bezpiecznie dotarli do pierwszego punktu na
rozległej trasie wiodącej ku stolicy, lecz dla stroniącego od ludzi białego
elfa oznaczało to niebezpieczeństwo kontaktu z obcymi. Oraz widmo katorżniczego
szkolenia pod nadzorem bezwzględnego paladyna, na co bynajmniej nie czekał z
utęsknieniem.
Okazała
oberża należąca do starszego małżeństwa oraz ich trzech synów nosiła przekorną
nazwę “Papierowy Rycerz Herbu Pasikonik”. Na zmurszałym szyldzie świeżą farbą
wymalowany był szary kanciasty żołnierzyk dosiadający nie mniej geometrycznego
wierzchowca o zielonej skórze, długich czułkach i półprzezroczystych
skrzydełkach. Niepokojąco wesolutki Colonell nie przypadkiem zapytał o ów
cynizm Aarima, lecz ten uchylił się od odpowiedzi tłumacząc, iż mieszkańcy
Krotowoli są specyficznymi ludźmi, którzy do otaczającego ich świata podchodzą
z godnym podziwu dystansem, więc nikogo przy zdrowych zmysłach nie powinno
dziwić tak niecodzienne nazewnictwo.
I
tak oto dumny książę Estarionu, będący jednocześnie ucieleśnieniem paladyńskiej
powagi, mianowany został... Pasikonikiem!
Z
początku niebianin nie dociekał dlaczego akurat tym członem nieszczęsnego miana
go ochrzczono. Później nie miał już ku temu okazji, ponieważ przodownik nie
poświęcał mu więcej uwagi. Rzucając tobołki pod jedno ze sfatygowanych łóżek i
zrzuciwszy skórzany pancerz, Colonell wyrwał do wspólnej sali pod pretekstem
zebrania lokalnych plotek. W wyniku tego Est utknął z paladynem w trzyosobowej izbie,
którą wbrew ich woli najął Aarim. Tymczasem Leos cieszyła się pełnym komfortem oraz
względnym spokojem we własnym pokoju i chłopak bezwstydnie pragnął się z nią
zamienić, wiedział jednak, że jest bez szans. Zważywszy na to, jak bardzo Col i
Aarim za sobą nie przepadali, zwiększało się prawdopodobieństwo, iż któryś z
nich spędzi noc pod zamkniętymi drzwiami sypialni. Ewentualnie na stole między
gośćmi. Albo jeszcze gdzie indziej. Opcji było mnóstwo, wystarczyło wybrać.
Aczkolwiek
on wyboru nie miał, wszak sam przez cały wieczór dopominał się treningu z
samokontroli oraz przeciwdziałania opętaniu. Już bez lekkiego kirysa stał teraz
naprzeciwko niebianina i, zaciskając pięści, wpatrywał się w swoje obute stopy,
próbując wyglądać przy tym na mniej przerażonego, niż był w rzeczywistości. Bał
się bólu i uważał strach za normalną reakcję, bo przecież tylko słabujący na
umyśle mógł czerpać przyjemność z okaleczania swego ciała lub ducha. No dobrze,
w pewnym sensie i on odnajdywał w tym przyjemność, ale to się nie liczyło w tej
chwili. Nie z Aarimem. Z nikim innym, wyłącznie z Colem...
Jak rany, miałem się uspokoić, a
zaczynam się zapędzać. I to zupełnie nie w tę stronę! - westchnął, smętnie zwieszając okryte
czernią bezrękawnika barki.
-
Estalavanesie, wyrównaj oddech – polecił Aarim. - Oczyść umysł i zamknij go
przed światem. Przede mną.
Niebianin
bez większego zaangażowania podwijał rękawy błękitnej koszuli. Bez
charakterystycznych stalowych płyt osłaniających przedramiona i cholewy oraz
podbicie wysokich butów przypominał młodzieńca ze szlacheckiego rodu tak
obrzydliwie bogatego, że mógł szczycić się szczerozłotymi tęczówkami, którymi
bezpretensjonalnie lustrował półsmoka.
-
Staram się, Aarimie, robię co mogę! - Est podniósł wzrok i pociągnął się za
lewe ucho czując jak napięcie wzrasta, z każdą mijająca sekundą odbijając się
na zesztywniałych mięśniach jego szczęk. - Moje ciało twierdzi, że jak tylko
mnie dotkniesz, sprawisz mi ból. I całkowicie się z nim zgadzam.
-
Estalavanesie, nie widzę potrzeby powtórnego wyjaśniania, co mogą ci uczynić Śniący
i Przebudzeni. Zwłaszcza z tobą, jako że będziesz pierwszym, który skupi na
sobie ich uwagę. - Paladyn odetchnął głęboko, obojętnie rozglądając się po
skromnym pomieszczeniu. Poruszył ramionami, jakby zdejmował ciężki plecak, i postąpił
krok w przód. Est prawie się cofnął, chcąc zachować bezpieczną odległość. -
Musimy to zrobić - dodał z naciskiem. - Zdajesz sobie z tego sprawę i sam na to
przystałeś.
-
Wiem, jak rany, ale… To nie jest łatwe.
-
Nie spodziewałem się, iż usłyszę, aby twoje dotychczasowe życie było łatwe.
-
Bo takie nie było.
-
Więc już przywykłeś.
Est
łypnął na niego podejrzliwie.
-
Do czego zmierzasz?
-
Do pierwszego kroku. - Z zadziwiającą delikatnością Aarim przytknął opuszki
palców do skroni drętwiejącego chłopaka. – Dołożę wszelkich starań, by pomóc ci
przejść trudny początek, zatem nie przedłużaj tego niepotrzebnie.
Ucisk
nasilił się. Pozbawione wyrazu oczy Aarima hipnotyzowały Esta, wsparte sączącą
się zeń nieustępliwą aurą.
-
Przejdźmy przez to razem, Estalavanesie. Póki co nie zaatakuję, lecz nie znaczy
to, iż nie powinieneś być czujny. Zapewne wyczuwasz już sondę w swym umyśle.
Est
potaknął, głośno przełykając. Nie przerywając kontaktu wzrokowego wytarł
spocone dłonie o wąskie nogawki spodni. Nie sądził, by właśnie tak przebiegało
opętanie, nie kwestionował jednak słów niebianina. Mistrz opowiedział się za
synem arcypaladyna, więc jako jego wychowanek powinien mu wierzyć. I wierzył. A
mimo to nie potrafił pogodzić się ze środkami prowadzącymi do celu.
-
Doskonale. Wobec tego wyrzuć mnie ze swojej świadomości. - Jasnowłosy
młodzieniec stał bez ruchu, trzymając głowę półsmoka i rozprężając przepełniającą
krzepkie ciało esencję, napływającą z wolna do silnych dłoni. - Pozbądź się
trzeciego źródła.
-
Jak? – zaskrzeczał spanikowany Est. Perspektywa nadchodzącego bólu, na który
ciało reagowało już instynktowną obroną, była coraz bliższa. - Nigdy przedtem
tego nie robiłem.
-
W ten sam sposób, w jaki odrzucasz uporczywe myśli. Zakładałem, iż jest to dla
ciebie oczywiste, Estalavanesie.
-
Och... Ma to sens.
Że
też sam na to nie wpadł! Nie pomyślałby, że coś tak banalnego jak wyrzucenie
myśli podziała na niebiańską aurę!
Przymknął
powieki i rozpoczął metodyczny proces usuwania zbędnych refleksji. Kiedy przedarł
się do przyczajonej w ukryciu wrogiej obecności, po prostu złapał ją i pozbył
się jak reszty. Prawie pozbył, jako że uczepiła się mackami jego umysłu, za nic
mając ponawiane próby. Powracała niby natrętny komar brzęczący tuż koło ucha,
nieosiągalny dla życzącej mu śmierci ręki, kłujący gdzie popadnie i
zostawiający ślad w postaci irytująco swędzącej opuchlizny. Tyle że tym razem swędziała
sama świadomość, doprowadzając go do szału, gdy kolejne podejścia spełzały na
niczym.
-
Dobrze ci idzie, Estalavanesie, niemniej nie zamierzam ci sprzyjać. - Pochwała,
a zarazem ostrzeżenie paladyna ledwo do niego docierała. – Zacznij od wyzbycia
się emocji biorących cię we władanie. To przez nie tracisz koncentrację. Rozpoznaję
frustrację przeradzającą się w gniew, lęk przed porażką, strach przed bólem,
zmęczenie, niepewność i… zdumienie, tak, wyczuwam to wszystko. Śniący może
wykorzystać każdą z nich przeciwko tobie. Zacznijmy raz jeszcze. Zablokuj
szczelnie swoje wnętrze.
-
Każ rybie oddychać powietrzem! – żachnął się Est. - Nie jestem tobą, Aarimie, a
emocje są nieodłączną częścią mojego życia!
-
Toteż dostrzegaj je, lecz nie pozwalaj im się panoszyć.
Chłopak
zaczerpnął tchu, wciąż czując na skroniach ciepłe palce paladyna. Nie
otwierając oczu spróbował jeszcze raz. Sprawnie uporał się z nagromadzonymi
troskami i ponownie zmierzył z nieproszoną obecnością wykradającą jego
emocjonalne sekrety. Bez zastanowienia uchwycił ją mentalnymi rękami, odrywając
niczym pasożytniczą narośl. Znowu. I znowu...
Powoli
tracił cierpliwość. Poczucie bezradności zalewało go falą irytacji, ale
przynajmniej zorientował się, w którym momencie uczucia zaczynały go pochłaniać.
I gładkim ruchem uciął ich przepływ, tamując strumień negatywnych odczuć.
Zamknął się na doznawanie, tak jak podczas medytacji, kiedy to nie chciał
przerywać błogostanu dającego wrażenie swobodnego dryfowania. Przestał szarpać
się z napastnikiem, a począł wypełniać się całym sobą, pęcznieć i rosnąć
wewnątrz. Nie bagatelizował intruza. Nie lekceważył jego działań, lecz odciął
go od cennego źródła, którym się karmił. Zagłodzony pasożyt wkrótce sam
odpadnie.
I
tak też się stało.
Est
nie chełpił się tym małym zwycięstwem. Wręcz przeciwnie, wydawało mu się ono
zbyt łatwe. Nie nawykł do tak szybkich postępów, dlatego oczekiwał kontrataku,
trwając w odrętwieniu. Nie trzeba było długo czekać, by nadszedł pierwszy
impuls mający zbadać skuteczność jego obrony. Niewątpliwie Aarim przeczuł
stratę przydatnego narzędzia, jakim była dlań sonda, i z tego powodu postanowił
pójść za ciosem. Zaatakował, choć obiecał uprzedzić chłopaka. Ale Est był na to
przygotowany. A raczej tak mu się zdawało.
Kolejne
pchnięcie umysłu było silniejsze niż poprzednie. Zachwiało wznoszoną stopniowo
zaporą jaźni, grożąc jej rychłym zawaleniem. Względny spokój i samokontrola na niewiele
się zdały kiedy nastąpiło trzecie, rozstrzygające uderzenie.
Est
z głuchym łoskotem rąbnął o deski podłogi. Przygryzł sobie język, by nie
wykrzyczeć rozsadzającego mu czaszkę cierpienia. Żelezisty smak krwi zastąpił
kwaśną żółć treści żołądka. Czerwona strużka wypłynęła kącikiem skrzywionych warg,
gdy skulony odtoczył się na bok, oburącz ściskając pulsujące skronie. Siłą woli
odwracał uwagę od zbierającej się w ustach śliny będącej zwiastunem rychłych
wymiotów. Łapał się kurczowo świadomości i zaciskał piekące od wilgoci powieki
wiedząc, że światło lampy zniweczy jego desperackie wysiłki. Jednakże tym, co przeważyło
szalę poczytalności, była falanga emocji i wrażeń, rwąca rzeka tak potężna, że
porwała go ze sobą.
Byłeś mi przyjacielem, a przyjaciele
nie krzywdzą się wzajemnie!
Zdradziłeś mnie! - wrzeszczały jego obłąkane myśli. Sprawiasz mi ból, sprawiasz nam wszystkim ból, chociaż sobie nań nie zasłużyliśmy!
Jesteś jak czuowiecy…
-
… niczym się od nich nie różnisz! - ryknął Est w gniewie.
Stłumiony
pomruk wydobył się z jego drżącego gardła, kiedy w końcu podniósł się do
pozycji siedzącej i podparł dygoczącymi ramionami. Rubinowe krople pociekły po brodzie,
kapiąc na deski.
Niebianin
przykucnął na wprost półsmoka i przyglądał mu się z uniesioną prewencyjnie
dłonią, gotów przesłać łagodzący impuls. Nie przewidział jednak, że wypadki
potoczą się inaczej i to on będzie potrzebował pomocy.
Odchodzący
od zmysłów Est zadziałał szybciej niż jego zepchnięta na bok świadomość.
Szkolony do błyskawicznego obezwładniania, w ułamku sekundy od otwarcia rozjarzonych
oczu odnalazł punkt krytyczny na szyi Aarima. Powodowany cierpieniem i rozpaczą
runął na zaskoczonego paladyna. Powalił na ziemię dwukrotnie cięższego od
siebie przeciwnika, aż jęknęła posadzka, i z niezrównaną mocą unieruchomił jego
nadgarstki po bokach głowy. Siedząc okrakiem na szerokiej piersi zawisł tuż nad
nim, szczerząc zakrwawione zębiska. Oblicze następcy tronu nie było już tak
obojętne, jak zauważył z dzikim samozadowoleniem. Po raz pierwszy dojrzał w
złotych oczach przejaw wewnętrznej walki między opanowaniem a niepożądanymi
emocjami.
Nieodparta
żądza skrzywdzenia dwulicowego sojusznika trawiła go ogniem niewyjaśnionej
zaszłości. Chciał uwolnić się od tego przykrego doznania, zaznać zadośćuczynienia
za okrutną zdradę i trwającą wieki udrękę. Musiał wzmocnić chwyt, bowiem wiarołomca
omal mu się nie wymknął. Nieprzytomny przysunął się do niego, by spojrzeć nań z
bliska. Śliskie oparzeliny na jego twarzy były czymś nowym, tak jak rozszerzone
źrenice oraz złote obwódki formujące tęczówkę. W głębokiej czerni odbijała się rozpalona
wściekłość Zaklinacza Żywiołów, który syknął niby rozjuszony kocur tuż przed
atakiem.
I
byłby wbił kły w nabrzmiałe miejsce na szyi oponenta, gdyby nie moment niezrozumiałego
zwątpienia. Gorąca krew szemrząca w ciele pod nim nie wzywała go, gdyż ani
kropla nie należała już do niego. Była... rozcieńczona. Nie słyszał pierwotnego
zewu nakazującego mu przejść od pragnień do czynów. Podszepty ucichły, ponieważ
to nie on był obiektem jego zemsty.
Rozdarty
konfliktem z samym sobą chłopak zawahał się, bezwiednie poluźniając uścisk. Ustępując
pola czyhającemu na podobną sposobność niebianinowi ani się spostrzegł, kiedy muskularne
ramiona niedoszłej ofiary szarpnięciem wyswobodziły się z białych okowów,
splotły i zgiętym łokciem niczym obuchem młota potraktowały jego skroń.
Spacyfikowany
półsmok grzmotnął o deski i z rozpędu przeturlał się aż pod ramę łóżka. Oszołomiony
bólem rozkwitającym tuż pod czaszką, wstrząśnięty gwałtownymi wydarzeniami nawet
nie próbował wstawać. Leżał więc na boku z przymkniętymi oczami, koncentrując
się na ośrodkach bólu, aby czym prędzej im ulżyć. Nie była to łatwa sztuka. Nie
w stanie absolutnego rozchwiania psychicznego.
Pogrążony
w beznadziei chłopak nie przełknął goryczy. Spluwając różowawą plwociną, przez
chwilę tylko dyszał, nie mogąc wydusić z siebie choćby słowa. Paliły go płuca,
jak po forsownym biegu. Gojący się język szczypał, a mięśnie napinały w
spazmatycznych drgawkach.
Wedle
jego rachuby minęły stulecia, nim zdecydował się odezwać.
-
Aarimie - zaczął słabym, zachrypniętym głosem. - Wydaje mi się, słusznie
zresztą, że to nie opętanie przez Śniącego jest moim największym zmartwieniem.
Odpowiedziało
mu milczenie, podczas którego płytki oddech zdawał się ponadprzeciętnym
hałasem. Poza tym najlżejszy szmer nie zmącił ciszy panującej w pomieszczeniu,
za wyjątkiem donośnych okrzyków dobiegających zza drzwi. Uchylone okno nie
wpuszczało dźwięków, jak gdyby wiatr nie zaglądał do skąpo oświetlonego
wnętrza. Wiadomym było, że Aarim nie podejmie żadnego działania, dopóki nie ustali
rzeczywistych pobudek niezrównoważonego Zaklinacza Żywiołów.
Est
znów przekonał się, że skrajne uczucia wyrywały z uśpienia tę część jego
istoty, której najbardziej się obawiał. Zbudziły siłę szkodzącą w równym
stopniu jemu, jak i jego przyjaciołom. Podniósł rękę na jedynego, który mógł obronić
Estarion - tym samym mógł się obrócić przeciwko całemu Khaldunowi, jeśli nie
przyłoży się do szkolenia i ostatecznie ulegnie Śniącemu. Lub drugiej tożsamości.
Żałosny
uśmiech przeciął białą twarz, odsłaniając długie, czerwone od posoki kły.
-
Masz rację twierdząc, że emocje niosą ze sobą niszczycielską siłę - ciągnął,
rzucając słowa w pustą przestrzeń. Oczy wciąż miał przymknięte, lecz kiedy się
skupił, z udziałem percepcji namierzył intensywnie płonące ognisko mocy
niebianina. - Ale te same emocje nie pozwalają mi się poddać. Jeśli nauczę się
je kontrolować, nauczę się… Aarimie, czy ja czegokolwiek się nauczę?
Przetoczył
się na plecy. Rozchylił powieki, nie mając ochoty dźwigać poturbowanego ciała z
bezpiecznej przystani wysłużonych desek. Jak przez mgłę dostrzegał belki
podtrzymujące strop i ogołocony ze świec żyrandol wirujący niby młyńskie koło.
Wolał leżeć na podłodze, bo przynajmniej z niej nie spadnie. Mimo to falowała
pod nim groźnie niczym żywe stworzenie usiłujące zrzucić niechcianego pasażera
ze swojego grzbietu.
Zamrugał
szybko i marszcząc czarne brwi otrząsał się z nieprzyjemnego zamroczenia. Uparcie
wpatrywał się w wiszący w centrum żyrandol, który z każdym mrugnięciem zwalniał
odrobinę, aż wreszcie całkowicie się zatrzymał. Posadzka pod łopatkami także znieruchomiała,
jakby uznała, że ów nigdzie się nie wybiera.
Est
pomału wracał do pełni sił. Czekał aż pisk w uszach ustąpi miejsca normalnym,
nadal stłumionym odgłosom otoczenia, a wzrok wyostrzy się na tyle, by móc bez
przeszkód rozróżniać kształty. Nie miał pojęcia co stało się z Aarimem;
dekoncentrując się przestał go wyczuwać. Nie zdziwiłby się zbytnio, gdyby ten
zechciał go zabić. Po czymś takim chłopak utracił resztkę zaufania do samego siebie.
Oddychał
już miarowo, kiedy tuż obok, poza granicami pola widzenia, rozległ się
bezosobowy, zimny jak paladyńska stal głos.
-
Zanim mnie zaatakowałeś, powiedziałeś, że niczym się od nich nie różnię. Od
kogo?
To
nie było pytanie, lecz rozkaz, który Est bezzwłocznie wykonał.
-
Od… od czuowieców. Mówiłem, że
nie różnisz się od czuowieców, choć czuowiecem nie jesteś.
-
Czuowiecem? - powtórzył Aarim. Niepewność zabarwiła jego ton przejmującą nutą,
jaką wyczulony półsmok natychmiast rozpoznał. Nie był to brak zrozumienia, lecz
wątpliwość z pogranicza znajomości. - Czuowiecy… Estalavanesie, skąd znasz to
słowo?
-
On określa tak gatunek ludzki - wyjaśnił chłopak. Gdy rozchylił szerzej oczy, ujrzał
nad sobą szeroki cień niebianina. Nie obrócił się jednak, zwyczajnie nie mając
odwagi spojrzeć mu w twarz. - Nie wyraża się o nim pochlebnie. Denerwuje go, że
cenię ludzi, chociaż wiele przez nich wycierpiałem. Jest przekonany, że go
zdradziłeś, był na ciebie wściekły. Przepraszam, Aarimie, że nie powstrzymałem
go na czas. Opętały mnie jego uczucia. Przed tym właśnie chciałem cię ostrzec...
Ale ty już wiedziałeś.
Est
ociężale podniósł lewą dłoń i niezdarnie rozpiął sprzączkę czarnej rękawiczki, ujawniając
złotą obręcz ściśle oplatającą nadgarstek. Bez pośpiechu zsunął wytartą skórkę ukazując
filigranowy artefakt migoczący tuż pod cienką bladą powłoczką - źródło
wszelkiego zła, jakie go spotkało.
-
Nie prosiłem o to, Aarimie – wyznał. - Nie pragnąłem czegoś takiego, ale
najwyraźniej tylko ja mogę to znieść. Bo jak wytłumaczyć, że to mnie przytrafiają
się te wszystkie nieszczęścia?
Ornament
Zaklinacza połyskiwał nienaturalnie w blasku lampy, posyłając złociste
rozbłyski na ściany i podłogę. Był piękny. Urzekający. Skrywał też tajemnice,
jakie nieszczęśliwy półsmok odkrywał zawsze, gdy najmniej był na to gotów.
Ukrywał posiadacza w Macierzy Mocy, chronił przed magicznym wpływem z zewnątrz,
obarczył go wspomnieniami, teraz wyblakłymi i odległymi, jakby naprawdę wydarzyły
się szesnaście lat temu. Oraz rozszczepił jego osobowość, dzieląc ją na dwa
niezależne charaktery, zupełnie odmienne, równie nieobliczalne.
Lecz
coś się zmieniło. W odróżnieniu od czarodziejów z Twierdzy i Maga, Aarim
wychwytywał jego esencję w nurcie. Był w stanie wniknąć mocą w jego umysł, wsparł
go nawet leczniczą energią w dniu, gdy ten doświadczył potworności upiora na
własnej skórze. Czy to możliwe, by ochrona zawiodła, czy też jest dokładnie
tak, jak w przypadku regeneracji, kiedy to nacięcia po ostrzu paladyna nie
zagoiły się samoczynnie? Moc Aarima przeniknęła barierę, kiedy inne były
odtrącane. Dlaczego jedna działa, a pozostałe nie?
-
Aarimie, dlaczego nie zaleczyłeś oparzeń? - Est usiadł, opierając się plecami o
ramę łóżka. Zakręciło mu się w głowie, ale zawroty były już tylko echem
ostatniego ciosu, nadal podzwaniającym mu w uszach. Złapał spód bezrękawnika i
delikatnie otarł brodę oraz usta z obsychającej krwi. - Dysponując tak potężną
magią tworzenia powinieneś to uczynić. A ja powinienem zagoić rany pozostawione
przez twój miecz...
Na
skraju postrzegania pojawił się ciemny zarys. Est poruszył się, nie zważając na
ból karku i żeber po zderzeniu z solidnym meblem. Siadając, Aarim przyjął
podobną mu pozycję. Jedną nogę podciągnął pod siebie i położył na jej kolanie
łokieć, tył głowy kładąc na sienniku. Mrużąc złociste oczy odetchnął bezgłośnie.
Jego tors uniósł się w górę i powoli opadł ze świstem wydychanego powietrza.
Młody
niebianin zignorował pytanie półsmoka, tak jak ignorował jego natarczywe
spojrzenie, lecz nie z czystej złośliwości bądź arogancji. Ważniejszym dlań
było, kogo usłyszał Estalavanes. Póki
utrzymywała się jego aura, Śniący nie miał prawa choćby tknąć chłopaka, lecz nieuchronnie
zbliżał się dzień, w którym wróg przestanie troszczyć się o zużycie mocy i
wtedy nawet aura samego arcypaladyna może okazać się niewystarczająca.
-
Kim on jest, Estalavanesie? - odezwał się wreszcie. - Czyj głos słyszysz?
-
Nie mam pojęcia - odparł zgodnie z prawdą Est. - Podejrzewam, że to… Drugi ja. Zdaje mi się, że uwolniłem go
podczas pierwszej medytacji. Albo na krótko zanim trafiłem do Adeili, do…
twojego… gabinetu - wymamrotał, ciągnąc za końcówkę ucha i odwracając się od surowej
twarzy rozmówcy. - Wiedziałeś, że uciekłem z kompanii. A uciekłem, ponieważ coś
mnie... dotknęło. I uczyniło mnie tym, kim jestem: niepoczytalną istotą skorą
rzucić się na przyjaciela. Boję się, że w końcu zwariuję, jak przed momentem. Bezpowrotnie
oszaleję.
Świetliste
oczy mierzyły sposępniały profil białego elfa. Jasnym było, iż Zaklinacza
Żywiołów naznaczono odpryskami Macierzy Mocy, to do niego bowiem skierowane
były sygnały. Z niewiadomych przyczyn Śniący wytrwale go poszukiwał w splocie
Wszechrzeczy. I dopiął swego. Miał na nich baczenie posiłkując się upiorami.
Aarim mógłby obrócić w niwecz widmowego szpiega, lecz umyślnie prowadził grę ze
Śniącym i pozwolił się obserwować, by dać przeciwnikowi złudne poczucie
przewagi. Dość, że Zakon Paladynów przejął Zaklinacza Żywiołów, co było druzgocącym
ciosem dla budzącego się zła.
Milczenie
przeciągało się nieznośnie. Do wrażliwych elfich uszu docierały pijackie
przyśpiewki i gromkie śmiechy z zapełniającej się sali na parterze. Est wcale
nie chciał tam iść, ale z drugiej strony, pośród gości przebywał Col, jedyny
człowiek, za którego towarzystwem tęsknił.
Chłopak
podparł dłonią zimne czoło i przełknął ślinę niosącą ze sobą słodkawy posmak.
Nienawidził smaku krwi, a jeszcze bardziej jej zapachu i w duchu cieszył się,
że ta paskudna ciecz nie wydaje dźwięków, inaczej chyba by mu rozum odebrało.
Podciągnąwszy kolana pod brodę otulił je ramionami i zamyślony wbił wzrok w
okno na przeciwległej ścianie. Gwiazdy przesłonięte grubymi chmurami nie dawały
żadnego znaku obecności, a latarnie wokół gospody bardziej ćmiły niż oświetlały
drogę zbłąkanym podróżnym.
-
Estalavanesie. - Długie uszy drgnęły. Spojrzenie skaleonich ślepii przemknęło przez
twarz księcia, który zdawał się odpoczywać oparty o ramę łóżka. - Już podczas
naszego pierwszego spotkania w Twierdzy Niedźwiedzi odniosłem wrażenie, że jest
w tobie pewna wyjątkowość. I nie mam na myśli twej prezencji. Sądziłem, iż mój
ojciec oddelegował mnie na północ w celu umocnienia defensywy w razie ataku,
lecz teraz weryfikuję własne przypuszczenia i zaczynam rozumieć, iż prawdziwe
intencje starannie ukrył pod woalką rozkazów. Artemon skwapliwie ze mną
współpracował, toteż nie było mowy o przypadku, gdy stanąłeś na progu mojego
garnizonu wraz z lordem Halavarem. Ten dzień żywo wyrył się w mej pamięci i wierzę,
iż sam Tarthos uczestniczył w naszych nieplanowanych pertraktacjach.
Aarim
przechylił głowę i spod zmarszczonych brwi przyjrzał się półsmokowi, który odwzajemnił
jego zaciekawienie.
-
Nie zamierzałem dopuścić do bitwy - kontynuował - lecz pragnienie sprawdzenia się
w boju z samym Zaklinaczem Żywiołów okazało się silniejsze. Nie ukrywam, iż spodziewałem
się po tobie czegoś więcej, Estalavanesie, aczkolwiek to brak doświadczenia, a
nie umiejętności, postawił cię na z góry straconej pozycji. Ponadto, w
wykalkulowanym przez los momencie, zjawił się twój partner gotów ocalić cię za
cenę życia.
Est
odnotował w myślach, że Aarim nie wtrącił swojej zwyczajowej pauzy i słowa „przyjaciel”. Chłopak uśmiechnął się pod
nosem i ułożył podbródek na kolanach, wsłuchując w monotonny głos rycerza, do
którego zdążył już przywyknąć.
-
Wystarczyłaby jedna jego strzała, by się zemścić, lecz ty go powstrzymałeś. Utwierdziłem
się wówczas w przekonaniu, iż nie jesteś naszym wrogiem, a przyjacielem. Byłoby
przeto czynem niewybaczalnym lekceważyć tak potężnego sojusznika w wojnie o Estarion.
Taki był mój obowiązek. Tak usprawiedliwiałem sobie desperackie dążenia do
wcielenia cię w szeregi Zakonu Paladynów. Po raz drugi podjąłem się
korespondencji z Artemonem, a on ze zrozumieniem scedował to zadanie na ciebie.
Nasz plan się powiódł. Dokonaliśmy tego, co zdawało się przekraczać nasze
możliwości. We dwóch dokonaliśmy niemożliwego.
To trochę tak, jak gdyby mistrz
wypchnął mnie z gniazda
- pożalił się w duchu Est. Ufał, że mimo
niedojrzałości rozłożę skrzydła i polecę… Bo przecież tego mnie uczył. Tego
spodziewał się po swoim pierwszym i jedynym uczniu.
Stęskniony
chłopak odczekał parę oddechów i kiedy Aarim zamilkł na dobre, postanowił
podtrzymać dogasający temat, byleby nie rozmyślać nadmiernie o ojcu. Jego
wynurzone z odmętów świadomości pytania wciąż pozostawały bez odpowiedzi. A on
pragnął je poznać.
-
Aarimie, ostały się jeszcze kwestie, które chciałbym rozwikłać tu i teraz... – Uciskając
płatek ucha, zwilżył usta językiem. Wciąż czuł na nim krew, choć rana już dawno
się zasklepiła. – On, znaczy, ten drugi ja cię zna, zatem po części i ja
cię znam. Nie mogliśmy zaleczyć wzajemnie zadanych ran. Poza tym oddziałujesz
na mnie swoją mocą, a przedtem nikomu się to nie udało. Mówisz, że Śniący i
Przebudzeni także są w stanie to uczynić. Jak mam to wszystko rozumieć?
-
Ja również nic z tego nie rozumiem, Estalavanesie. I nie oczekuję, że mi zaufasz
- dodał Aarim ostrożnie, dostrzegając powątpiewanie półsmoka. - Jesteś dla mnie
zagadką, a każda kolejna spędzona razem chwila odsłania nowe aspekty twojej natury,
których nie potrafię pojąć. Twoje słownictwo oraz zachowanie w dużym stopniu
zdeterminowane są osobą, z którą obcujesz. Jak gdybyś dostosowywał się do
wymagań rozmówcy, adaptował do jego maniery. Zachowujesz się inaczej w stosunku
do Leos, inaczej w przypadku Colonella, inaczej wobec mnie. Intuicyjnie
przyswajasz charakter konwersacji, dopasowując się do każdego z osobna.
-
Mistrz wielokrotnie zwracał mi na to zjawisko uwagę – zgodził się Est,
zaciskając umazane resztką krwi wargi w wąską kreskę. – Nie robię tego celowo. Od
zawsze przyjmowałem postawę rozmówcy, choć moje zdolności adaptacyjne uznać
można za szczątkowe. Ale odbiegasz od tematu! – Orientując się do czego dąży
paladyn, spiorunował go wzrokiem, jednocześnie dając upust irytacji. – I skończ
wreszcie z tajemnicami, w niczym ci one nie pomagają!
-
Estalavanesie, nie jestem skarbnicą wszelkiej wiedzy za jaką mnie uważasz. Jest
to dla mnie wyjątkowo enigmatyczny temat, natomiast obecną sytuację w pełni
szczerości nazwać mogę trudną. Prosiłeś, bym z wami rozmawiał, toteż
zastosowałem się do twojej rady i czynię to przez wgląd na wasze potrzeby, a
nie własną satysfakcję. Czegóż więcej ode mnie oczekujesz?
Aarim
znów upodobnił się do młodzieńca o szlachetnych, posągowych rysach,
niespotykanym kolorze oczu oraz ostro zakończonych jak u elfa uszach. Wydawał
się tak podobny, a zarazem tak inny od Esta, że chłopak przyłapał się na podświadomym
doszukiwaniu pokrewieństwa. Coś ich łączyło, odstawali bowiem od reszty, chociaż
niebianin nie różnił się od ludzi aż tak bardzo.
Est
poczuł wstyd za kolejny niekontrolowany wybuch. Spokorniały odwrócił wzrok. Powstrzymując
odruch tarmoszenia ucha, odgarnął z czoła włosy i zaczesał je na tył, przytrzymując
dłoń na głowie.
-
Leos już inaczej na ciebie patrzy - powiedział, chcąc uzmysłowić niebianinowi
jego prędkie postępy. - Rozmawiając stajesz się bliższy ludziom, bliższy nam
wszystkim. Nie stawiasz się ponad nami. Pokazujesz się od strony, z którą
łatwiej jest sympatyzować. Jak rany, pouczam cię, kiedy ja sam nie jestem w tym
najlepszy. - Mówiąc to, skrył twarz między kolanami, choć zażenowanie nie było
widoczne na jego policzkach. – Niegdyś jak ognia unikałem kontaktu, a teraz
prawię ci morały…
-
Zmieniłeś swe nawyki i przyzwyczajenia. Dlaczego?
W
pytaniu Aarima nie było nic z chłodnej kurtuazji. Est znad ramienia zerknął na
paladyna.
-
To raczej były… lęki, strach przed ludźmi aniżeli przyzwyczajenia. Nie wyzbyłem
się ich całkowicie, to Col nauczył mnie z nimi żyć… Na tyle, by jakoś
funkcjonować w świecie ludzi.
-
Przodownik darzy cię głębokim afektem. Jak i ty jego. - Głos Aarima był
zaledwie szeptem niknącym pośród nocnej ciszy spowijającej oberżę. - Pierwszy
raz dane mi było zaznać tak… ogromnej dawki uczuć. Jesteście ze sobą
nierozerwalnie związani.
-
Więc powinieneś zrozumieć, dlaczego nie chcę wyrzec się emocji. Mistrz
powtarzał, żebym nie zabijał ich w sobie, ponieważ są one moją prawdziwą siłą,
napędzają moją moc. Dzięki nim trzymam się w ryzach. Żyję dzięki miłości do
Cola, która jest trochę jak upadek z dużej wysokości. W końcu zrobię sobie
krzywdę, o ile się nie zabiję.
-
Cokolwiek ponure porównanie dla tak wzniosłego i promiennego uczucia, jakim
jest miłość.
-
Miłość boli, Aarimie. - Duże oczy półsmoka zmętniały, a soczysta zieleń na
moment straciła swój żywy blask. Smutek malujący się na jego twarzy emanował na
pozbawionego empatii niebianina, który nie musiał używać sondy, by go
rozpoznać. - To, co wzniosłe, ostatecznie upadnie, a promienie wygasną. Gdy raz
w niej zasmakujesz, nie pozbędziesz się cienia tęsknoty i żalu. Szczególnie
mając świadomość, iż nastanie dzień, w którym z ukochanej osoby pozostanie
wyłącznie popiół na wietrze. I wspomnienia. Wybacz, Aarimie, nie opuszczę jego
boku nawet za cenę Estarionu i całego gatunku ludzkiego.
-
Śmiała deklaracja wypowiedziana w obliczu Obrońcy Ludzkości, Zaklinaczu
Żywiołów - oświadczył Aarim. Jego wykuta w alabastrze twarz stężała, a złoto
tęczówek odbijało światło rozpraszającej mrok lampki, jakby nie posiadało
własnego, wewnętrznego płomienia.
-
Nie rzucam ci wyzwania, Aarimie, podkreślam jedynie fakt, że póki Colonell
żyje, póty mam powód do walki. Col jest człowiekiem. I to wyjątkowym. Potraktuj
go jako moją inspirację. Symbol ludzkości, któremu podporządkowałem swoje
życie.
Zamilkli.
Est popatrzył na okno, nie dbając o sondującego go paladyna. Domyślał się, że
niebianin kłamie, lecz i tak powiedział co leżało mu na sercu, dzięki czemu zrobiło
mu się lżej. W niepamięć poszło fizyczne starcie oraz psychiczne szkolenie z
przeciwdziałania opętaniu i ogarnęła go melancholia tak dotkliwa, że zaprzestał
już bezowocnych prób powściągnięcia jej.
-
Aarimie - jęknął żałośnie - czy ty naprawdę nie odczuwasz emocji? Czy tylko
chcesz, aby wszyscy wokół w to wierzyli, z tobą na czele?
Trafił
w sedno. Twarz młodzieńca zastygła w nieodgadnionym grymasie, a idealne brwi
zbiegły się tuż nad prostym nosem. Aarim długo się nie odzywał i Est stracił już
nadzieję na szczerą odpowiedź, kiedy ten niespodziewanie mruknął:
-
Z własnej woli utraciłem zdolność współodczuwania. Uczucia i emocje zastąpiłem
obojętnością, albowiem tylko w ten sposób ocalę Estarion oraz wszelkie
istnienie przed tym, co nadejdzie. – Jego niski ton był zimny i przeszywający
jak mroźny wiatr, od którego chłopak dostał gęsiej skórki. - Jeżeli chcesz
pokonać potwora, sam musisz stać się potworem, Estalavanesie. A potwory nie
czują absolutnie niczego.
-
Mylisz się, Aarimie. Również jestem potworem, a jednak czuję więcej niżbym
chciał. - Est sięgnął po rękawiczkę, odepchnął się od posadzki i wstał
chwiejnie, otrzepując spodnie z kurzu. - I wykorzystam to “więcej”, by ocalić
Estarion. By ocalić mojego mistrza, Cola i Leos. By na coś się przydać i
zgłębić istotę tego, co we mnie siedzi. - Ostentacyjnie obejrzał ozłocony
grzbiet lewej dłoni, po czym stanowczym ruchem wysunął ją w kierunku paladyna.
Obrócił wnętrzem ku górze, chcąc pomóc mu się podnieść. - Przysięgam, że póki
oni żyją, możesz na mnie polegać.
Niebianin
przyjrzał się nieskazitelnie białemu zagłębieniu szczupłej dłoni. Wyraźnie widząc
wybrzuszające skórę grzbiety obrączki u nasady środkowego palca oraz obręczy opasającej
przegub, bez wahania przypieczętował obietnicę mocnym chwytem.
-
Estalavanesie, są to słowa wielkiej wagi, które przyjmuję i szanuję. - Książę
skinął głową, puszczając chłodną dłoń półsmoka. Zgarniając krótkie złociste
włosy w lewo przywiódł Estowi na myśl Cola, który podobnym, nieco
gwałtowniejszym ruchem przerzucał ciemne pasma na stronę zawiłego tatuażu. -
Tymczasem powinniśmy się posilić. Nasi towarzysze zapewne niecierpliwią się, a
kolacja stygnie.
Nie
przedłużając, Aarim przemierzył pokój i naglącym gestem otworzył drzwi. Est
jeszcze chwilę mu się przyglądał, jakby zapamiętując każdy szczegół okrytej
błękitem i złotem sylwetki. W końcu ruszył jego śladem i zakładając rękawiczkę
wyminął niebianina, rozglądając się za schodami prowadzącymi do gwarnej,
dusznej sali cuchnącej tłumem ludzi, alkoholem oraz smażeniną. Westchnął
boleściwie i mając już serdecznie dosyć wszystkiego, błagalnie obejrzał się za
towarzyszem obracającym klucz w zamku.
Aarima
dręczyło niejasne poczucie, że nieoczekiwana rozmowa z Zaklinaczem Żywiołów
odmieniła go zauważalnie. Estalavanes miał rację, dialog przynosił zdumiewające
efekty, acz roztropny książę musiał ważyć słowa, by nie wypowiedzieć ich za
wiele. Jego ród strzegł bowiem sekretów, jakich nie należało zdradzać nikomu. Wiedział,
że czyni to z niego patologicznego kłamcę, lecz nic na to poradzić nie mógł. To
brzemię zabierze ze sobą do grobu, jeśli nie przetrwa tego, co szykuje im los.
W
pamięci znów rozbrzmiało mu pojedyncze, o niepokojąco obcym wydźwięku słowo: czuowiecy.
Zrozumiałym dlań było, że jako potomek Saramarystyjskiej Obrończyni Estalavanes
władał staromową. Wytłumaczalnym także byłby fakt, iż posługiwał się nią niczym
pełnokrwisty smok, chociaż nie powinien, skoro był hybrydą. Skąd jednak znał dawne
określenie rasy ludzkiej wyparte z użytku ponad trzynaście tysięcy lat temu? Czy
ma to związek z tożsamością, o której wspominał, a której nie wykryła sonda mentalna?
Umysł i esencja Estalavanesa były czyste, nieskalane wpływami z zewnątrz,
natomiast artefakt nie wykazywał żadnej aktywności magicznej. Znaczyć to mogło,
iż ten, którego nakazywał wystrzegać się Aanatur Założyciel, wciąż istnieje.
Istny fenomen na skalę Nowego Świata - skonstatował Aarim, udając się ku
wyczekującemu nań chłopakowi. Na czyj
żywot czyhasz, Zaklinaczu Żywiołów?