niedziela, 31 maja 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 44 ~~

 Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




Targany jeszcze większą liczbą wątpliwości w stosunku do siebie i księcia Estalavanes wraca wreszcie do garnizonu. Niestety, nie oznacza to końca jego piętrzących się kłopotów, które wraz z troskami osiągają punkt kulminacyjny w trakcie narady...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 31d'5m'26r2t]




    Jak można mieć baczenie na zagrożenia z zewnątrz, kiedy największe z nich znajduje się... wewnątrz? Upiór bezustannie za nimi podążający, Śniący i ich Przebudzeni, zindoktrynowana szlachta południa, niebianie oraz Glos mający zaprawdę wiele do powiedzenia, niekoniecznie dla Esta zrozumiałego lub pomyślnego. Chłopak coraz częściej gubi się we własnych myślach, zaciera się jego poczucie wartości, a jaźń z trudem wytrzymuje napór drugiej tożsamości, co doskonale widać w trakcie narady wzbudzającej w nim silne emocje.



Kącik autorki.
    Zdechła. 
  Przez szalenie krótką chwilę fantazjowałam, czy by nie zostawić wyłącznie powyższego słowa, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że taką wariatkę trudno zrozumieć - i dopisuję wyjaśnienie. Jestem zdechnięta. W tygodniu praca wyciska ze mnie siódme poty, bo spadło mi na głowę mnóstwo trudnych tematów do ogarnięcia (a ja oczywiście desperacko staram się utrzymać poziom cudotwóczyni), popołudniami załatwiam sprawy prywatne, ponadto to już drugi weekend wypchany po brzegi spotkaniami towarzyskimi, wyjazdami i chu* wie czym tam jeszcze wymagającym nadludzkiego wysiłku, albowiem wszystko to wiąże się z ciągłym przebywaniem w towarzystwie ludzi liczonych w dziesiątkach i setkach. Oraz rodziny. A ta potrafi wyczerpać do cna!

P.S. "Ja leżałem, a on siedział" przytrafiło mi się lata temu. Postanowiłam dodać to jako smaczek, wpasowało się idealnie! 

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 44

 

Palące pragnienie ujrzenia Colonella męczyło Estalavanesa przez całą drogę powrotną do Dzielnicy Katedralnej. Drogę nieznośnie rozwleczoną w czasie, biorąc pod uwagę ciasnotę na mokrych, zatłoczonych ulicach oraz niespieszny krok wierzchowców lawirujących pośród mieszczan i przyjezdnych. Mimo zagłuszającego myśli rejwachu, zabłoconym jeźdźcom znów towarzyszyło obopólne milczenie, niemal niezręczna cisza, gdyż zgodnie podjęli decyzję o zachowaniu w tajemnicy ponurego zdarzenia sprzed południa. Poza tym wszystko zostało już powiedziane, a Est wolał przełknąć tematy, które w tej chwili zdawały mu się szczególnie ryzykowne.

Czy Aarim rzeczywiście wiedział czym jest bransoleta, czy tylko umiejętnie blefował? Był świadom mocy zaklętej w artefakcie? Jeśli tak, to dlaczego milczał? Dla czyjego dobra? O ile w ogóle dla czyjegokolwiek dobra. W końcu był sukcesorem Estariońskiego tronu, niekwestionowanym następcą dowódcy niezwyciężonej organizacji mogącej zagrozić krainom ościennym. Ponoć nawet zmilitaryzowana na ogromną skalę Ramneia wstrzymywała swe agresywne zapędy w obawie, iż nie podoła nieustraszonym obrońcom Estarionu. To oczywiste, że dla pozycji księcia każdy jest potencjalnym rywalem, a już na pewno Śniący. Nie powinna więc dziwić jego powściągliwość granicząca z dyplomatyczną ostrożnością. Est to rozumiał, a przynajmniej przekonywał o tym samego siebie. Nie ufał mu, a zarazem pokładał w nim nadzieję na swoje ocalenie. Na ocalenie Estarionu.

Jak rany! - jęknął w duchu, przyciskając dłoń do czoła. I jak ja mam rozumieć tak skrajne uczucia? Nie potrafię go rozgryźć! Postępuje, jakby naprawdę nie miał uczuć, choć to, co w nim wyczuwam, zupełnie temu przeczy. W jego sercu tli się strzęp stłamszonych emocji utrzymywanych w ryzach przez lodowate opanowanie. Niewiarygodne, ale jego potrzeba kontrolowania wszystkich i wszystkiego – nawet siebie - jest tak silna, że zakrawa o obsesję!

Est westchnął przeciągle, łypiąc wrogo na szerokie plecy Aarima. Zdenerwowany rozluźnił barki, aż zaschnięty brud odpadł płatkami z bezrękawnika, łaskocząc gładką skórę ramion. Dotarli wreszcie pod mury garnizonu, gdzie tłum wyraźnie się przerzedził, ułatwiając dalszą przeprawę. Jednakże dla wycieńczonego półsmoka nadal pozostawała ona trwającą wieczność mordęgą. Dopiero kiedy zsiedli z koni, chłopak poczuł nową energię przepływającą przez ciało, czysto fizyczny impuls napędzający spięte mięśnie.

Szybkim krokiem przebyli labirynt korytarzy, kilka razy wymijając i bezsłownie pozdrawiając paladynów stacjonujących w garnizonie. Nie zdoławszy pohamować ciekawości Est zapytał, dlaczego dotąd nie spotkał paladynów pojedynczo, zawsze parami. Nie spodziewał się tak gorzkiego humoru ze strony nieczułego przewodnika, który zauważył, jakoby zaklinacz miał już okazję przekonać się, z jakiegoż to powodu minimum dwóch rycerzy było koniecznością. Est przypuszczał, że dzień szalonej ucieczki z Adeili oraz bezzasadne morderstwo jednego z braci zakonnych będzie się za nim wlec niby odór spalenizny z pola bitwy. Aż do śmierci. A może i długo po niej.

Smagnięty poczuciem winy chłopak więcej się nie odezwał zdążając ku celom gościnnym, gdy w jednym z okienek kątem oka dostrzegł postać, na widok której przystanął raptownie. Cofnął się, by spojrzeć jeszcze raz. Wszędzie rozpoznałby tę jasnobrązową skórę opinającą kształtne mięśnie ramion. A już na pewno bliski sercu czarny tatuaż znikający pod krótkim zarostem.

Gorączkowo obejrzał się wzdłuż korytarza w poszukiwaniu wyjścia na podwórzec treningowy, ignorując przyglądającego mu się gospodarza. Wreszcie popatrzył na niego, lecz tylko dlatego, że ten uczynnie wskazywał właściwe drzwi. Zawstydzony Est ze zwieszonymi ramionami przeszedł parę metrów dzielących go od Aarima. Unikając chłodnego wejrzenia złotych tęczówek oparł dłoń na drzwiach i pchnął je, wpuszczając do zatęchłego korytarza podmuch pachnącego wilgotnymi liśćmi powietrza. I koszmarny jazgot, jaki może czynić kilkanaście mieczy ćwiczebnych uderzających o siebie bez ustanku. Nieprzerwane zgrzyty i trzaski raz po raz przenikały szorstkie komendy wykrzykiwane przez wymagającego instruktora, który z godnym pochwały zaangażowaniem dyscyplinował rekrutów.

Walcząc z ostrym bólem przeszywającym wrażliwe uszy, oszołomiony Est przekroczył próg i stając w cieniu krużganka rozglądał się wokół, poruszony niespodziewaną scenerią. Wyobrażał sobie, że dziedziniec treningowy będzie niewielkim, konstrukcyjnie surowym obszarem wyłożonym białym kamieniem, tymczasem wirydarz otulała zaskakująco bujna zieleń. Posadzone przy wysokim murku dęby w upalne dni dawały przyjemną osłonę przed płomienną kulą słońca, a samotna, skryta pomiędzy ich najniższymi konarami fontanna sprawiała wrażenie zaprojektowanej z myślą o gaszeniu pragnienia po wyczerpujących seriach ćwiczeń. Część, z której dochodził drażniący szczęk ścierającej się stali, faktycznie była brukowana, zaś drugą połowę podwórca porastała wydeptana trawa. I właśnie ten kawałek zainteresował Esta, bo zebrała się tam grupa lżej opancerzonych rekrutów wyposażonych w długie łuki oraz kołczany przewieszone przez plecy. A wśród nich stał on, o centymetry przewyższający najwyższego z młodzieńców, bez charakterystycznej ciemnozielonej bluzy, ze lśniącą od potu skórą i srogim grymasem na pociągłej, zwykle wesołej twarzy.

Porwany milczącą obserwacją ukochanego Est kompletnie zapomniał, gdzie się znajduje. I w czyim towarzystwie.

- Wydajesz się zaskoczony, Estalavanesie. - Est drgnął, zwracając spojrzenie na stojącego tuż obok niebianina. Aarim wodził dookoła wzrokiem, oceniając postępy swoich ludzi. - W istocie, preferujemy skromne, ascetyczne wnętrza, lecz nie znaczy to, iż dziedzińce oraz wirydarze garnizonów również takie są – ciągnął rycerz-dowódca, spoglądając na rozmówcę. - Niewiele czasu spędzamy w celach. Bez względu na pogodę czy też porę roku ćwiczymy na zewnątrz, w warunkach zbliżonych do pól bitewnych.

- Co to za pole bitwy, skoro można napić się wody i odpocząć w cieniu? - wytknął Est, dłonią w rękawiczce wskazując pluszczącą fontannę. – Sądziłem, że paladyni są wytrwali i nieugięci.

- Zapewniam cię, Zaklinaczu Żywiołów, iż opacznie zrozumiałeś ideę fontanny.

Est odniósł wrażenie, że Aarim uśmiecha się pobłażliwie, zupełnie jak Mag... Nic bardziej mylnego. Niezwykłe oczy niebianina były zimne niczym złote korony w królewskim skarbcu.

- Przezwyciężanie słabości jest wyjątkowo trudną sztuką, zmusza bowiem do nagięcia woli, przeciwstawienia się podstawowym potrzebom oraz instynktom gwarantującym przetrwanie. Poziom trudności wzrasta, gdy środek ku spełnieniu jest zaledwie na wyciągnięcie ręki, nieprawdaż? Zastanów się zatem, jak sromotną porażką dla dumnego rycerza Zakonu Paladynów byłoby skorzystanie z tak kuszącej sposobności podczas forsownego treningu.

Zdumiony Est nie wygłosił opinii, jakoby paladyni byli szurnięci. Już nawet nie bezlitośni czy fanatyczni w stosunku do swej misji, ale najzwyczajniej w świecie pomyleni, by poddawać się tak wymyślnym torturom.

I czyni ich to skrajnie niebezpiecznym orężem w rękach wybitnych strategów, jakimi są niebianie. - Wzdrygnął się słysząc własny, a jednocześnie wciąż obcy głos. - Nieliczni, acz nie mniej przez to groźni synowie rodu Asmodeuszy władają niepozorną mocą, której nie należy bagatelizować.

Chłopaka zmroziło. Skąd… skąd on to wiedział? I czemu dzielił się z nim skrawkami informacji w losowych sytuacjach? Kiedy to się zaczęło? W dniu, w którym bransoleta się przebudziła? Gdy po raz pierwszy zajrzał w głąb siebie?

I akurat teraz, kiedy Est rozpaczliwie domagał się wyjaśnień, Głos postanowił złośliwie ucichnąć.

- Estalavanesie, dlaczego ciągniesz się za uszy?

- E? - Wyrwany z otchłani beznadziei półsmok mało inteligentnie spojrzał na rycerza-dowódcę. Wkrótce połapał się o czym tamten mówi i natychmiast puścił piekące płatki uszu. - Wybacz, taki odruch na tle nerwowym. Mistrz twierdził, że ma to związek z moim dzieciństwem.

- Rozumiem - mruknął Aarim, przenosząc zobojętniały wzrok w stronę napinającego cięciwę półnagiego Niskowyżanina. - Zechciej, proszę, ukrócić samowolę przodownika Colonella. Niebawem podadzą popołudniowy posiłek, a nie chciałbym odraczać narady z przyczyn… - Zamilkł, jak gdyby nie potrafił dobrać właściwych słów. Est przyjrzał mu się spod uniesionych w oczekiwaniu brwi. - Nie chciałbym odraczać narady.

Rozczarowany tak banalną odpowiedzią Est wzruszył z rezygnacją ramionami i przespacerował się krużgankiem do miejsca, w którym odbywał się trening łucznictwa. Zafascynowany zatrzymał się przy jednej z kolumn podtrzymujących galerię. Z zapartym tchem przypatrywał się najemnemu zwiadowcy objaśniającemu jednemu z przyszłych rycerzy, jak prawidłowo trzymać łuk, a potem wycelować. Est nigdy przedtem nie widział na jego wymalowanym obliczu tak poważnego, skoncentrowanego i pełnego pasji wyrazu. Chciał zapamiętać tę chwilę, wyprzeć najgorsze wizje i momenty ze wspomnień, by zastąpić je dokładnie takimi jak ta.

- …pamiętaj, że chwyt na majdanie ma być pewny, ale luźny, o tak - tłumacząc, Colonell ustawił się bokiem do drewnianej tarczy zawieszonej na ściance oddzielającej podwórka treningowe. Lewą ręką ujął środkową część łuku i zademonstrował jak broń swobodnie spoczywa w jego uchwycie. - Posługujesz się długim łukiem, więc drugą dłonią zawsze trzymaj cięciwę, nie strzałę. - Dwoma palcami prawej dłoni złapał wbitą w ziemię strzałę i osadził ją na cięciwie w taki sposób, by promieniem dotykała prawej strony łęczyska. - Kiedy naciągasz, skup się na barku, nie ramieniu. To bark odpowiada za naciąg cięciwy. - Zatoczył obszerny perfekcyjny łuk, aż mięśnie ramion i pleców zatańczyły pod skórą, naprężając się do granic możliwości. - Maksymalnie naciągnięta cięciwa powinna delikatnie dotykać końcówki twojego nosa i podbródka. Wtedy celujesz... – Lekko przechylił górne ramię łuku w lewo i wyprostowany jak struna, niewidocznym dla oka ruchem wypuścił pocisk. Grot ze świstem przeciął powietrze, trafiając w sam środek czarnego okręgu. - Zwalniasz strzałę nieznacznym odgięciem palców, samymi opuszkami. Strzelasz. Powtarzasz. - Zakończył z pełnym samozadowolenia skrzywieniem ust, którym oczarowywał widownię, nieważne czy były to urzeczone popisami kobiety, czy pełni podziwu dla jego umiejętności mężczyźni.

Szmer uznania przebiegł przez audytorium. Rekruci wymieniali między sobą uwagi oraz spostrzeżenia dotyczące techniki stosowanej przez człowieka Niedźwiedzi nie mając pojęcia, że z tego konkretnego łuku zginął jeden z zakonnych braci. Morderca bynajmniej nie zamierzał ich uświadamiać, chcąc pozostać ich nieskromnym autorytetem. Colonell, jak każdy człowiek, chętnie karmił swą próżność, równocześnie czerpiąc niemałą satysfakcję z przekazywania wiedzy początkującym strzelcom, choćby należeli oni do znienawidzonego Zakonu.

Wolną ręką Col otarł pot z czoła, zaczesał opadające włosy na tył głowy i zerknął mimochodem na wejście do gmachu. Zaniepokoił go widok paladyńca stojącego w półmroku krużganka. Wykute w alabastrze arystokratyczne rysy nie zdradzały niczego, lecz skrzyżowane na muskularnym torsie ramiona mówiły, że coś jest na rzeczy. Nie przyszedłby tu na darmo. I gdzie jest Esti? Przecież obaj wybrali się poza mury rozstrzygnąć dręczącą chłopaka kwestię tajemniczego prześladowcy. Czyżby coś się stało?

Już miał podejść do niebianina, kiedy młodzieńcy rozstąpili się, a on sam zarobił mocne uderzenie w klatkę piersiową, które nieomal zwaliło go z nóg. Upuścił łuk, gdy szczupłe ręce owinęły się wokół jego szyi, a smukła sylwetka przywarła do niego z siłą, jaką niosła ze sobą niewysłowiona tęsknota. Dając się porwać romantycznemu uniesieniu, Colonell objął chłopaka w talii, pochylił się ku białym wargom i… w porę się opamiętał, zauważając wpatrzone w nich kilkanaście par oczu.

Paru zażenowanych młodych ludzi odwróciło głowy, niemniej znakomita większość stała rażona gromem przestępstwa, jakim była niepojęta bliskość dwóch mężczyzn. I tylko jeden rekrut miał w sobie na tyle odwagi, by gapić się na białego elfa wypatrując w nim cech przedstawicielek płci przeciwnej. Jednakże dopasowany czarny bezrękawnik oraz spodnie o wąskich nogawkach wpuszczonych w cholewy wysokich wojskowych butów nie pozostawiały złudzeń. Zaklinacz Żywiołów, tak jak przodownik Niedźwiedzi, niezaprzeczalnie był mężczyzną.

- Nie róbcie zbiegowiska, nie jesteście naganiaczami na targu - donośny głos rycerza-dowódcy przywołał ludzi do porządku.

Jak na komendę zgrzytający niepełnymi pancerzami rekruci zwrócili się frontalnie do zmierzającego ku nim dostojnego młodzieńca w błękitnym stroju. Wszyscy poza jednym, którego najbliższy kompan boleśnie upomniał, gdyż nie odrywał on wzroku od niecodziennej sceny z najemnikami w rolach głównych.

- Wracajcie do zajęć. A jeśli macie wolnego czasu w nadmiarze, zgłoście się do swoich przełożonych, niezwłocznie przydzielą wam nowe obowiązki. – Sir Aarim wkroczył między podzieloną grupkę, zatrzymując się na wprost zastygłych w uścisku prowodyrów zamieszania. – Odnosi się to i do was. Siejecie zgorszenie wśród młodych ludzi o czystych, nieskalanych sercach.

- Podejrzewam, że niejeden z nich ma już skalane serce - burknął Colonell, popatrując na czerwieniących się rekrutów. - Gdyby tylko serce - dodał z cynicznym uśmieszkiem, którego nie ukryła przystrzyżona broda.

Aarim zlekceważył jego zaczepkę. Przeciągając potępiające spojrzenie zawrócił bez słowa.

Skołowani chłopcy nie wiedzieli co ze sobą począć. Prędko znalazł się jeden rezolutny, który zarządził koniec ćwiczeń i jako pierwszy zebrał się do opuszczenia podwórza. Reszta, nie mając lepszego planu, poszła w jego ślady, zaciskając dłonie na treningowych łukach.

Colonell bez oporów ucałował czubek głowy chłopaka i zmierzwił czarną grzywę, po czym odsunął go od siebie na długość ramion.

- Też się cieszę, że cię widzę, Esti! – Złośliwy grymas złagodniał, kiedy rozgrzewające serce ciepło rozjaśniło oczy mężczyzny. - Czym sobie zasłużyłem na takie powitanie? I to na oczach tylu świętoszków. Chyba mi tu nie zemdlejesz, co?

- Cieszę się że żyjesz, Col – wymruczał Est. Ulga i radość, jakich doznał na dźwięk barytonu ukochanego, wymazały z jego pamięci ostatnie makabryczne obrazy. Nie chciał psuć momentu przytaczaniem tego, przez co przeszedł. Chciał tylko na niego patrzeć i zapamiętać go takim, jakim jest. - Po prostu żal mi czasu marnowanego na przejmowanie się zdaniem innych.

Col był cokolwiek zmieszany deklaracją kochanka, zupełnie nie pasującą do jego wycofanej, płochliwej osoby. Drapiąc się po nagim karku próbował ogarnąć rozumem tę drastyczną zmianę. Nie zdołał.

- Albo się wreszcie obudziłeś, dzieciaku, albo jest coś, o czym nie powinienem… - Dojrzał zaschnięte płaty błota na czarnym ubraniu i zmarszczył brwi, gubiąc się w myślach. - Zaraz, tarzałeś się w błocie? - Popatrzył za oddalającym się paladynem, a raczej za jego ubłoconymi spodniami. - Obaj się tarzaliście. A mnie tam nie było.

Uszy speszonego Esta opadły, gdy pojął aluzję.

- Jak rany, Col, to nie tak jak ci się wydaje! – zawołał, widząc śniade palce rozcierające warstewkę suchego błota. - Ja leżałem, a on siedział! Ech, to chyba nie brzmiało zbyt dobrze…

- Wyjątkowo niefortunny dobór słów, Esti. - Przodownik roześmiał się, pieszczotliwie ciągnąc za długie ucho, ubiegając tym gestem nieszczęśliwego chłopaka. - Ufam ci, dzieciaku, co nie znaczy, że nie będę ci tego wypominał.

- Idź wyłysiej - fuknął Est, przed sekundą zawstydzony, teraz urażony niestosownym humorem partnera. Odtrącił jego dłoń i rzucił nieprzychylnym okiem na nagi tors porośnięty ciemnymi kędziorkami. Zrobiło mu się nieobyczajnie gorąco. - I ubierz się z łaski swojej. Gorszysz chłopaków.

- Ciebie już nic nie gorszy, więc padło na nich.

Mrugnąwszy porozumiewawczo, Col potulnie wykonał rozkaz. Wymijając Estiego podszedł do przewieszonej przez balustradę krużganka bluzy i przeciągnął się ostentacyjnie, prezentując w pełnej krasie wynik systematycznych treningów łuczniczych. Est udawał, że nie interesuje go ta prymitywna demonstracja męskości, lecz nie potrafił zapanować nad krwią buzującą w żyłach.

Dopiero chrząknięcie rycerza-dowódcy ostudziło ich ciągoty. Niezrażony naganą chłopak obejrzał się na Aarima tylko po to, by wrócić do przekomarzanki z partnerem.

- Lubisz gorszyć młodych chłopców, prawda?

- Powiedział ten, co to rzucił mi się na szyję jak stęskniona panienka.

- Czy możecie darować sobie tę nic nie wnoszącą konwersację? - Czekający przy drzwiach Aarim wyglądał na zniecierpliwionego. – Naglą mnie powinności, których zmuszony jestem dopilnować osobiście, a nie popełnię błędu, posyłając z wami któregokolwiek z moich podkomendnych.

- Nie wiem o kogo bardziej się boi, o nas czy o nich - warknął półgębkiem Colonell, z trudem wciągając na spocone ramiona bluzę. Poprawił wywinięty kaptur i podniósł z trawy ulubiony sfatygowany łuk, dołączając do Esta. Razem podążyli w kierunku rozdrażnionego paladyna zostawiającego ich w tyle.

Colonell Niedźwiedziogrzywy wbrew swym uprzedzeniom przyznał, że zaczynało mu się podobać życie nie tyle w samym garnizonie, co w miejscu, do którego nie sięgały pokrętne machinacje jego bezwzględnego, chorobliwie ambitnego ojca. Z dala od narzucanych mu obowiązków, odpowiedzialności za podwładnych i duszących czarnych murów Twierdzy. Nareszcie był panem swojego losu. Księciunio mógł wykładać monety w zamian za usługi, ale nie kupował tym jego posłuszeństwa wobec własnych kaprysów.

A jednak wolność wciąż pozostawała wyłącznie złudzeniem, w jakie usilnie wierzył. Jest najemnikiem, w jego fachu śmierć to brutalny i jakże trafny jej synonim. Tylko ona uwolni go od kontraktów i zleceń. Nie zależało mu na niczym, ani na nikim. Nie szanował nikogo, nie szanował niczego, nie szanował swojego, ani tym bardziej cudzego życia. Kiedyś, w szczenięcych latach bójek i pojedynków, kusił los łapiąc śmierć za bary, zaglądając jej w oczy i śmiejąc się w twarz. Była to forma rozrywki, równie dobra co picie i swawolenie z sobie podobnymi. Aż poznał chłopaka, który diametralnie odmienił jego spojrzenie na przyszłość. Odmienił spojrzenie na siebie samego i to, co robi ze swoim życiem.

Colonell Niedźwiedziogrzywy nie chciał umierać. Już nie. W tym zepsutym, zimnym świecie żył dzieciak będący dla niego wszystkim: najczystszym przejawem wolności, któremu gotów był zawierzyć, nadzieją, jaką pragnął żywić oraz miłością, której dotychczas nie dostrzegał.

Przodownik odetchnął cicho, ukradkiem zerkając na idącego obok kochanka. Zaklinacza Żywiołów. Pół krwi smoka. I cholera jedna wie, co tam jeszcze z niego wyjdzie...

***

Niewielka, skromnie urządzona sala sąsiadująca z celami gościnnymi po raz trzeci służyła im za jadalnię, ale nie było to jej jedyne zastosowanie. Kiedy oddelegowani do tego zadania rekruci uprzątnęli zastawę i przetarli blat, Aarim rozwinął na nim ogromną mapę przedstawiającą Estarion w całej okazałości, od wiecznych lodowców i Srebrzystych Szczytów północy, po wysunięty w głąb oceanu Popielny Hak skwarnego południa. Na zachodzie niemalże pionowa linia znaczyła rubieże Ramneii, natomiast na wschodzie – granicę z Ziemią Niczyją zwaną w języku imperialnych elfów Atur Oyal. Docisnął brzegi wyprawionej skóry prostokątnymi żelaznymi ciężarkami i ze splecionymi ramionami obejrzał krytycznie swoje dzieło.

Wtem u jego boku zmaterializowała się Leos. Jej granatowe oczy błyszczały w gorączce, pochłaniając kartograficzne arcydzieło.

- Jest piękna - wyszeptała z zachwytem, siłą woli powstrzymując się przed dotknięciem powierzchni mapy. - Spójrzcie tylko na detale! Góry, rzeki, jeziora i lasy wyglądają jak prawdziwe… I te żywe barwy… A ile odcieni! Czyje to dzieło? - Roziskrzony wzrok przeniosła na niebianina, który zdawał się lekko zakłopotany jej entuzjazmem. - Ile razy była już odnawiana? Och, uwielbiam mapy. Dzięki nim możemy zobaczyć Estarion w całości! Moja matka opracowała ich całkiem sporo. Była nadworną czarodziejką, a zarazem kartografem w Zielonych Bramach.

Est parsknął mimowolnie, dojrzawszy jak skonsternowany Aarim umyka spojrzeniem. Dopiero obserwując tę dwójkę zauważył, że podejście paladyna do piromantki było inne, niż gdy rozmawiał z zaklinaczem lub przodownikiem. Czy to dlatego, że Leos była nader żywiołową i prostolinijną dziewczyną? Będzie musiał zwrócić na nich większą uwagę, bo może wyniknąć z tego intrygujący eksperyment potwierdzający czy niebianin naprawdę jest tak oziębłą, niezdolną do współodczuwania kreaturą, jak twierdzi.

I tak się złożyło, że teraz była po temu idealna okazja, jako że książę zmierzył wyczekującą dziewczynę spojrzeniem pozbawionym zwykłej mu obojętności.

- To owoc mojej wieloletniej wędrówki – oświadczył. Oparłszy dłonie o blat, skoncentrował się na szczegółowej topografii. Nie potrafił przyjąć zwyczajowego chłodnego tonu kiedy była tak blisko. Zaprzestał także sondowania jej uczuć pojmując, iż w ten sposób pogwałca prywatność młodej kobiety. Bynajmniej nie chodziło o skomplikowaną sentymentalność oraz czułostki wiodące prym w jej niewinnym sercu. Wcale nie deprymowały go wkradające się poprzez aurę emocje czarodziejki. Uznał swe działania za niewłaściwe i postanowił przychylić się do prośby Estalavanesa, zacząć rozmawiać, przynajmniej na początek. Z nim. I z nią. To nie może być nic trudnego. Pogawędka z ludzką kobietą nie może być trudniejsza od bezpośredniej konfrontacji ze Śniącymi.

- Aarimie, przecież to arcydzieło! - Zaaferowana Mała Niedźwiedzica nie przestawała przyglądać się drobiazgowym kształtom wymalowanym na cienkiej skórze. Wypieki na upstrzonych piegami policzkach zaróżowiły nosek i czubki zaokrąglonych uszu. - Tu mieszkałam z matką! - Wskazała palcem gęsto zadrzewiony obszar leżący mniej więcej w połowie drogi między Adeilą, a umiejscowionym w zakolu jeziora Świetlistej Otchłani Aneil’Aranth. – Przez okrągły rok jest tam cudownie zielono pośród olbrzymich, rozłożystych sekanów. Kochałam pałacowe ogrody, bo rosło tam tyle pięknych kwiatów i ziół, że nigdy się nie nudziłam. A mama… Mama często mi o nich opowiadała.

Colonell obszedł stół i zajrzał przez ramię dziewczyny, pocieszająco kładąc dłoń na jej drobnym, okrytym czerwoną tuniką barku. Ciekaw był gdzie urodziła się i żyła jego siostra zanim osiadła w domku pustelnika. Oraz jak wiele kilometrów dzieliło ich miejsca narodzin. Nie musiał nawet liczyć, na pierwszy rzut oka widać było że zbyt wiele, by kiedykolwiek przypadkiem spotkać się poza Twierdzą. Puszcze Niskowyżu rozpościerały się na południowym zachodzie, nieopodal pogranicza Ramneii, podczas gdy Zielone Bramy były, całkiem rozsądnie, określane mianem Serca Estarionu. Znajdowały się bowiem w centrum ludzkiej krainy, tuż przy brzegu majestatycznej Żywej Rzeki.

W trakcie swojej chłopięcej tułaczki w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia dla Kirii i dziecka rosnącego w jej łonie, Col umyślnie omijał największe ludzkie siedziby z obawy, że przyciągnie zbędne zainteresowanie. Lecz im dalej brnął na północ, tym szanse na rozpoznanie go malały. Dla mieszkańców Adeili był tylko dziwnym małolatem o jeszcze dziwniejszym kolorze skóry oraz najdziwniejszym malunku na połowie twarzy. I kiedy już się tam zadomowił, nikt nie wpadł na pomysł, by wypytywać go o pochodzenie. Był jednym z nich. Jednym z licznie napływających zewsząd szczurów zakładających gniazda w kanałach głęboko pod ulicami miasta i próbujących szczęścia w śmiercionośnych rozgrywkach o władzę oraz wpływy. Za sprawą złośliwego zrządzenia losu znów utknął w Adeili - tym razem wewnątrz przeklętych murów paladyńskiego garnizonu. I to z czyjej winy? Zagubionego jak on sam stworzenia.

Wiedziony ciekawością Est przeoczył zamglony wzrok Colonella wlepiony w mapę, wciskając się pomiędzy księcia i dziewczynę. Ku swojemu rozczarowaniu, jako jedyny nic nie rozumiał z rysunków, które w rzeczy samej były dziełem sztuki. W sam raz do oprawienia i powieszenia na ścianie, ponieważ tym właśnie dla półsmoka były wszelkiego rodzaju mapy: niespotykanie starannymi obrazkami. Mistrz co prawda usiłował wdrożyć ucznia w arkana interpretowania skalowanej mapy krainy, lecz Est nie wykazywał talentu - ani chęci - by skutecznie przyswoić sobie tę lekcję. Uważał, że do niczego mu się ona nie przyda. Był w błędzie. Precyzyjnie odwzorowana rzeźba Estarionu była teraz dla niego niczym innym, jak konturami cieszącymi oko, a przez to odciągającym uwagę od najistotniejszych elementów.

Wstydząc się głośno przyznać do swoich braków, chyłkiem się wycofał, pozwalając paladynowi przejąć inicjatywę.

- Naszym celem jest Aneil’Aranth, stolica Estarionu. - Książę stuknął paznokciem półkoliste jezioro srebrzące się w dolnej części impregnowanej skóry. - Jeżeli wyjedziemy z Adeili z nastaniem jutrzejszego świtu, nie zmęczymy zwierząt nadmiernym wysiłkiem i będziemy zatrzymywać się wyłącznie na nocny spoczynek, podróż zajmie nam nie dłużej niż tydzień. - Przesunął opuszkiem od miasta garnizonowego po stolicę, kreśląc niewidzialne zawijasy ich z góry zaplanowanej trasy. - Mamy do przebycia Żywą Rzekę. Za Zielonymi Bramami rozciąga się solidny most. Tam też przenocujemy w garnizonie. To będzie jedyne warowne miasto na naszym szlaku. Kolejne noce spędzimy w przydrożnych gospodach lub w leśnych ostępach i zagajnikach, w zależności od pogody. Wolałbym jednak nie przeciążać naszych sił koniecznością trzymania warty, ponieważ gdy zbliżymy się do południowych granic, znajdziemy się w strefie ciągłego zagrożenia.

- To dlaczego jedziemy tylko we czwórkę? - Colonell wrócił na poprzednie stanowisko, naprzeciwko Aarima. - Nie lepiej byłoby zabrać eskortę? Młokosom przydałyby się manewry w terenie.

Rycerz-dowódca odrzucił jego koncept stanowczym ruchem głowy.

- Wykluczone. Paladyni, nawet młodzi i niedoświadczeni rekruci, potrzebni są tutaj. Zabranie choćby jednego z nich stwarza realne niebezpieczeństwo dla północnego wschodu. - Pochylony nad mapą niebianin przyjrzał się najemnikowi. - Rozumiem twój tok myślenia, Colonellu, aczkolwiek jest to niemożliwe. Nasza czwórka musi sobie poradzić. I chociaż mamy zaprawdę wiele garnizonów rozrzuconych w Śródlądzie oraz na Południu, to w obliczu tego, co nadchodzi, jest ich tragicznie mało.

- Paru Śniących stanowi aż taki problem dla zjednoczonej armii Zakonu Paladynów? Przecież wasza ciężka kawaleria nie ma sobie równych na całym Khaldunie.

- Colonellu, Śniący mogą w zatrważająco krótkim czasie uformować armię z opętanych lub zindoktrynowanych ludzi. Wiedzcie, iż rycerze Zakonu są jedynymi wolnymi od ich niszczycielskiego wpływu wojownikami. Mistrzowie w posługiwaniu się magią tworzenia potrafią zakłócić zarówno proces zawładnięcia umysłem, jak i zapobiec jego finalnemu efektowi. Nie możemy więc ryzykować, jako że każdy z nich jest w tej chwili na wagę złota. - Przymknąwszy oczy, książę ucisnął nasadę nosa kciukiem i palcem wskazującym, jakby obecna sytuacja rzeczywiście była tak beznadziejna, jak ją przedstawiał. - Wielu z nich ma rodziny w podległych swoim rejonom miastach, wsiach i osadach. Nie mógłbym ich oddzielić od bliskich żądając, by walczyli na obcych ziemiach. Niemniej nie ulega wątpliwości, iż arcypaladyn wkrótce zmobilizuje ludność oraz skomasuje wojska w punkcie zapalnym. Kwestią sporną pozostaje region, w którym objawi się najpotężniejszy Śniący. Może to być południe, gdzie zbuntowana arystokracja odchodzi od zmysłów popadając w krwawe szaleństwo. O ile nie jest to fortel mający na celu odwrócenie naszej uwagi od prawdziwego miejsca pobytu Śniącego.

- Czyli i tak wyślesz ich na front. - Colonell nie dawał za wygraną. Logika niebianina była zbyt zagmatwana jak na jego najemne standardy. - Co to za różnica: teraz czy zaraz?

- Zasadnicza, Colonellu. Rozpoczną walkę w obronie rodziców, żon oraz dzieci. Wówczas spostrzegą, iż dysponują umiejętnościami zdolnymi odeprzeć wrogą nawałę. Ostatecznie skończą na froncie, w pełni przekonani o słuszności wojny, jaką stoczą za Estarion. - W głosie Aarima dźwięczało echo inspiracji, bojowego ducha zagrzewającego do walki. - Czy wiesz jaką motywację i determinację odnajdują w sobie ludzie, kiedy widmo zagłady pada na ich domy oraz potomstwo? Gdy śmiertelne zagrożenie zawiśnie nad wszystkim co kochają i co tworzyli przez lata? Czy wróciłbyś teraz do Kompanii Najemnej Niedźwiedzi wiedząc, iż są na krawędzi upadku? Porzuciłbyś Estalavanesa?

- Już zrozumiałem, nie musisz być taki dosłowny.

Skarcony najemnik spuścił wzrok na mapę i skrzyżował ręce na piersi, sygnalizując koniec dyskusji.

Estowi, który w napięciu śledził przebieg narady, zrobiło się cieplej na sercu słysząc wypowiedź Aarima. Oraz wychwytując reakcję człowieka, którego darzył najgwałtowniejszym z uczuć. Chłopak rozumiał przesłanie rycerza-dowódcy. Do identycznych konkluzji dochodził z mistrzem w rozprawach o wartości życia oraz sile płynącej z pragnienia chronienia tego, co tworzy się i buduje z mozołem. Owszem, można zbudować wszystko od nowa, lecz straconego czasu nic już nie przywróci. Ani utraconych bliskich. Są na świecie wartości, których należy bronić za wszelką cenę, gdyż wraz z nimi traci się część siebie samego.

Leos z zapałem analizowała każdy punkt nakreślonej trasy zastanawiając się, czy wystarczy tydzień w siodle, by dotrzeć do stolicy. W tej skali dystans do pokonania zdawał się przytłaczający, ale nie raz już się przekonała na własnym doświadczeniu, że odległość na mapie mogła zmylić niewprawne oko.

- Kim właściwie są Śniący i Przebudzeni? To nie to samo? - Gładko zmieniła temat, rozpraszając ponure nastroje panujące w sali. – Wydawało mi się, że Przebudzeni to, hmmm, obudzeni Śniący.

- Przebudzeni powstają ze szczątków niegdyś żywych istot, to animowane truchła kierowane mocą Śniących - wyjaśnił Aarim, przybierając maskę niewzruszonego paladyna. - Kolokwialnie Przebudzonych nazywa się “żywymi trupami”. Podczas Wojny Bogów nie była to nagminna praktyka, dlatego podejrzewamy, iż wiąże się ona ze zbyt dużym obciążeniem energetycznym. Prawdopodobnie wymaga także absolutnego skupienia Śniących, na co w chaosie otwartej bitwy nie mogą sobie zanadto pozwolić. Skutkiem dopuszczanej się przez nich profanacji zwłok, stulecia po wojnie nadal palono zmarłych. Obrządek ten stosunkowo niedawno zastąpiono ceremonią grzebania w ziemi, gdyż palenie ciał okrzyknięto barbarzyństwem dalekim poszanowaniu cielesnych powłok zmarłych. - Książę z niesmakiem skrzywił usta. - Zakon Paladynów do tej pory nie uznaje innego sposobu żegnania swych braci niż całopalenie.

- Podobnie rzecz ma się u Niedźwiedzi - wtrącił Col.

- I za to należy się wam szacunek. - Ton niebianina nie brzmiał już tak oschle jak przed momentem. - Nie musicie się zatem obawiać, iż zmarli bracia powstaną przeciwko wam.

- Kim są Śniący, że potrafią wskrzeszać umarłych? - Czarodziejka spoglądała na paladyna spod czupryny niesfornych miodowych loków. Zachwyt ustąpił niepewności przeradzającej się w lęk przed nieznanym.

- Nie potrafią wskrzeszać zmarłych, lecz tymczasowo sprawować kontrolę nad zwłokami - sprostował książę. Odepchnąwszy się od blatu ruszył w stronę wysokiego okna, z którego roztaczał się widok na opustoszały dziedziniec. Zatrzymał się, dłonie łącząc za plecami. Nabrzmiałe deszczem chmury kłębiły się na nieboskłonie, podkreślając posępne rozważania rycerza-dowódcy. - Ciężko rzec, kim są Śniący. Przed Wojną Bogów dali się poznać jako byty podporządkowujące sobie gatunek ludzki. Z zimną krwią mordowali wszystkich stawiających opór, hojnie obdarzając swymi względami bezwarunkowo im posłusznych, nadgorliwych fanatyków. Mawiano, iż byli bogami, uśpionymi pierworodnymi Wszechmocnych budzącymi się po to, by odzyskać świat stworzony specjalnie dla nich. Wciąż jest to jedynie przesłanka na miarę wierzeń, iż ludzkość służyć im ma jako niewolnicza rasa spełniająca ich wszelkie zachcianki.

Est zadrżał niezauważalnie. Obecność w jego głowie skurczyła się i wzmogła czujność, nasłuchując co też niebianin ma do powiedzenia. Zrobiło mu się zimno, choć płomień ekscytacji podsycał mocny rytm pulsu. Nie rozpoznawał stanu w jakim się pogrążał, ale przypominał on chorobliwą gorączkę. Trząsł się, aż pełen żołądek podszedł mu do gardła.

Czuowiecy, niewolnicza rasa - podchwycił bezgłośnie. Bydło hodowane na sakralny ubój. Krótkowieczne, chaotycznie inteligentne istoty stworzone ku wygodzie znacznie potężniejszych, przewyższających ich bytów. Dopuść ich do władzy, a doprowadzą Estarion do ruiny. Spalą go w ogniu wojen i pogrzebią w prochach przerostu ambicji. Wyrżną w pień pozostałe rasy i zagarną ich ziemie. Ludzka hegemonia jest zarzewiem zagłady. Znane. Tak bardzo znane...

Jęknął, w ostatniej chwili zasłaniając sobie usta urękawicznioną dłonią. Była ciepła. Jego dłonie nigdy nie były ciepłe. Przerażały go własne niekontrolowane odruchy.

Aarim zerknął ku niemu znad ramienia, ale to Col był tym, który stanął tuż obok i objął go troskliwie. Wytatuowana twarz bezsłownie pytała czy wszystko w porządku. Est potaknął, lecz nieposłuszne ciało dreszczem zadało kłam jego zapewnieniom.

Stroszący brwi przodownik zamierzał się odezwać, lecz Leos ubiegła go, kontynuując nurtujący ją wątek Śniących i przekierowując uwagę pozostałych na siebie.

- Wychodzi na to, że niewiele wiadomo o Śniących. A jeśli przesłanki mówią prawdę, to mamy walczyć z… - urwała, uzmysławiając sobie naturę wroga. - Jeżeli to są bogowie, to jak mamy z nimi walczyć? Jesteśmy zwykłymi ludźmi...

- Leos, udało się to naszym przodkom, uda się i nam.

- Ale wtedy żyli bogowie – upierał się Col. Pokrzepiająco uścisnął partnera i zajrzał w złote, lekko przysłonięte powiekami tęczówki stojącego przy oknie niebianina. - A przynajmniej do momentu wybuchu wojny. Nie widziano ich od dwóch tysiącleci, więc albo się pozabijali, albo… - Zrozumienie rozszerzyło ciemnozielone oczy.

- Albo doskonale się ukrywają, tak jak czynią to smoki - dokończył za niego Aarim. - Tego nie wiemy. Najlepsi spośród ludzi królewskiego szpiegmistrza aktualnie zajmują się poszukiwaniami bogów.

- A ty i twój ojciec nie możecie ich wyczuć? - pytał zwiadowca nie kryjąc podejrzliwości. - Wyczuwasz Śniących, którzy rzekomo są jednymi z nich. Jak to się stało, że nie wybito ich do nogi?

- Colonellu, “wyczuwaniem” bym tej zdolności nie nazwał, bowiem jest ona jak podświadomość sygnalizująca uaktywnienie się dominującej prezencji na skraju mojego pola energetycznego. - Książę znów wyjrzał przez okno, za którym siąpił deszcz, zmieniając świat w poszarzały, malowany wodą pejzaż. - Teoria głosi, że nie wszyscy Śniący budzą się w jednakowym czasie. Nawet jeśli urządzono im czystkę, to jeszcze setki mogą spać kilometry pod ziemią.

Intuicja podpowiadała Estowi, że Aarim po raz kolejny poskąpił im prawdy. W innych okolicznościach zapewne zabrałby głos, mając kilka wątpliwości odnośnie ich punktu destynacji czy przeciwników, lecz teraz zabrakło mu sił, by aktywnie uczestniczyć w naradzie. Wprawdzie ujarzmił rozchwiane emocje, ale kosztowało go to mnóstwo nerwów i energii, a w połączeniu z ciepłym posiłkiem zalegającym w ściśniętym żołądku ogarnęło go znużenie. Potarł piekące powieki i odsuwając opiekuńcze ramię przodownika usiadł na jednym z krzeseł, tłumiąc ziewnięcie. Chyba opadł z niego stres związany z makabrycznymi wizjami.

Stojący tyłem paladyn oraz zwrócona do okna czarodziejka nie mogli tego zobaczyć, za to Col miał na niego baczenie i mimo że chłopak pokręcił głową na jego pytająco wygięte brwi, to mężczyzna nie odpuszczał.

- Powinieneś się położyć. - Tymi słowy zaalarmował Leos i Aarima, skłaniając Esta do konkretnej reakcji. - Wyglądasz jakbyś jedną nogą był w Pozaświecie.

- Zawsze tak wyglądam! – wybuchnął Est poniewczasie orientując się, jak buntowniczo zabrzmiała jego odpowiedź. Naprawdę był zmęczony, energia fizyczna wyciekała z niego niby woda z dziurawego wiadra, przez co zrobił się opryskliwy. - To tylko zmęczenie, nic wielkiego. Pewnie przez tę pogodę. Zaraz mi przejdzie.

Aarim zbliżył się do stołu i ostrożnie zbadał wzrokiem zaklinacza, szukając późnych symptomów obcowania z upiorem.

- Colonell ma słuszność, Estalavanesie. Dowiedzieliście się dość, by do kolacji sporządzić pytania, jakie nie nasunęły się wam do tej pory. Tymczasem przerwa może okazać się zbawienna dla wyciszenia niepożądanych emocji.

- Zaprowadzę cię do celi, Esti, a potem skorzystam z łaźni - zaproponował Colonell stając tuż za oparciem krzesła chłopaka. – Przyda mi się kąpiel. I lepiej żebyś się nie sprzeciwiał, bo inaczej cię tam zaniosę.

- Jak rany, dobrze, pójdę się położyć.

Est wstał i przeczesując palcami niesfornie opadające na czoło włosy, starał się stwarzać pozory opanowanego oraz pełnego werwy. Skończyło się na tym, że rąbnął wzmocnionym metalem noskiem buta o nogę stołu i ledwie utrzymując równowagę, wyszedł z sali odprowadzany sceptycznymi spojrzeniami.

- Sprawdzę co mu dolega.

Col podążył za nim, nie siląc się na grzeczności.

Leos popatrzyła z niepokojem na Aarima, ten jednak wpatrywał się w uchylone drzwi, za którymi zniknął Zaklinacz Żywiołów. Zamyślony nie dosłyszał słów czarodziejki i zmuszona była powtórzyć je głośniej.

- Czy zechciałbyś udać się ze mną do biblioteki? O ile w adeilskim garnizonie gościom wolno do niej wstąpić... - Uśmiechnęła się skromnie, odrobinę niepewnie. Towarzystwo księcia wzbudzało w niej pewnego rodzaju dziewczęcą nieśmiałość, o jaką siebie nie posądzała. Nawet wobec Esta nie odczuwała niczego podobnego, a przecież znała uczucia, jakie żywi do białego elfa.

- Jeżeli takie jest twoje życzenie, Leos. Zapraszam.

Aarim wskazał na korytarz i przepuścił Małą Niedźwiedzicę przodem, byle nie patrzeć jej w oczy. Wizyta w bibliotece nie była złym pomysłem, zważywszy iż jego zastępca, sir Cyryl, wiedział jakie należy poczynić przygotowania.

piątek, 29 maja 2026

Nie wszystko złoto...

Czasami nie wiem co robię. Czasami działam impulsywnie. Czasami staję się zewnątrzsterowna. A czasami zwyczajnie ślinię się na hiper promocje książkowe, kupując opiewane "hity" i wychwalane pod niebiosa "bestsellery" zapominając, że niewiele mają one wspólnego z naprawdę dobrą literaturą.
    Przysięgam, że nigdy więcej nie będę się naśmiewała z Malazańskiej Księgi Poległych i godnych Elizy Orzeszkowej opisów przyrody tam zawartych. Ba! Z utęsknieniem czekam, żeby wrócić do zapomnianego "Wichru śmierci"! A dlaczego akurat wrócić? Bo gdybym nie narzucała sobie z góry kolejności czytania książek z kupki wstydu, nigdy bym po pewne tytuły nie sięgnęła...
    A już na pewno nie zajrzałabym do twórczości Christophera Paoliniego. Naprawdę. "Eragon" był dla mnie drogą przez mękę i odczułam ulgę, kiedy wreszcie skończyłam go czytać (mordował mnie ponad miesiąc). A teraz, po połowie roku od ukończenia pierwszego tomu, złapałam za drugi. A co mi tam, pomyślałam, dam mu szansę. W końcu cała seria w twardych okładkach kosztowała mnie zaledwie pięć dych. Tak nad nią czytelnicy wzdychają, że powinna być dobra.
    Nope.
    To niedobra jest.
    Z każdym kolejnym rozdziałem wychodzi młody wiek autora, fabuła jest do szpiku kości sztampowa, miałka i przewidywalna nawet dla takiego ujemnego bystrzaka jak ja, bohaterowie nie mają w sobie nic ciekawego ani intrygującego, co by mnie przy nich trzymało, złodupiec to cień na horyzoncie, a jego podkomendni są jak NPC obdarzone inteligencją świni z Minecrafta. Peter V. Brett o wiele lepiej umie w fantasy dla dzieci i młodzieży (a C.S. Lewis to już w ogóle). Może to kwestia mojego wyrobienia w gatunku i rzecz gustu, a może faktycznie przerost fandomu nad treścią powieści (swoją drogą pierwotnie wydanej w wydawnictwie prowadzonym przez rodziców autora...).
    W międzyczasie przeczytałam dwie inne książki i musiałam sama sobie dać szlaban na kolejne, inaczej "Najstarszego" chyba nigdy nie doczytam do końca... A następna jest "Noc smoka" spod pióra Richarda A. Knaaka 💗 I jak tu trzymać się postanowień...?

    Ale! Są i plusy powyższej lektury: czytając ją przed snem, zasypiam momentalnie z chwilą przyłożenia głowy do poduszki. Nawet melatonina w połączeniu z naparem rumiankowym nie daje takiego efektu!


Taki post do ponarzekania. A piośniczka do śmiechnięcia.

sobota, 16 maja 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 43 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




Niepokój Estalavanesa związany ze śledzącą ich widmową istotą narasta. Nocą, podczas rozmowy z Colonellem, ujawnia swoje obawy, by już następnego dnia wraz z Aarimem udać się za miasto, gdzie konfrontuje się z koszmarną prawdą...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 16d'5m'26r2t]




    Jeden z przełomowych rozdziałów "Zaklinacza Żywiołów", silnie oddziałujący na psychikę Esta - taka metaforyczna rysa na szkle mogąca stać się pęknięciem, aż ostatecznie przyczyną całkowitego jej zniszczenia. Właściwe słowo: "mogąca", bo Aarim nie bez powodu zabiera Esta w ustronne miejsce, gdzie przy wsparciu swej esencji odsłania przed nim przerażający byt, nieomal łamiący go psychicznie. Wówczas Est dowiaduje się czegoś nowego o sobie, równie straszliwego co upiorny szpieg, na co nawet szkolenie pod okiem Mnicha z Północy nie mogło go przygotować. I kiedy chłopak kompletnie traci nadzieję, książę Estarionu wyjawia jego rolę w nadchodzących wydarzeniach...



Kącik autorki.
    Oooch, ten wyrachowany i skryty Aarim, chłodny w obyciu, odnoszący się do wszystkich z rezerwą... Bardzo trudny w prowadzeniu typ, ale cudowny pod wieloma względami, wyjątkowo nieprzewidywalny, choć subtelnie sygnalizujący swoje zamysły. Niesamowicie przypomina mi Maga (za którym straszliwie tęsknię...), lecz w przeciwieństwie do starego mnicha jest cholernym egoistą. Nie, wręcz makiawelistą!
   Czy pozytywna postać może przejawiać takie cechy? Czy jednak konieczne jest zestawienie konkretnych przywar typowych dla antagonisty? Sami o tym zdecydujcie śledząc dalsze losy Estarionu. Od siebie powiem tylko tyle, że Elegia o Nieśmiertelnym pozbawiona jest jaskrawych kontrastów znanych z młodzieżówek i YA. Monochromatyczna szarość odnosi się do każdego bohatera, dlatego nie sposób zgadnąć, kto tak naprawdę jest tym dobrym, a kto złym. Ale czy takie rozróżnienie naprawdę jest potrzebne? Jeśli mnie pytacie, to preferuję historie, w których nic nie jest oczywiste, ale bacząc na wydarzenia i przesłanki można wyrobić sobie pewne przekonanie... 😏


    A oto utwór, który towarzyszył mi przy pisaniu tego rozdziału. Polecam odtworzyć go od akapitu "Gdyby nie TO".

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 43

 

Zawierucha za oknem rozpętała się na dobre, kiedy dzika ulewa do wtóru potężnych grzmotów zdominowała noc. Burza nadeszła długo przed świtem i ostrymi włóczniami piorunów rozświetlała okolicę, na uderzenie serca podkreślając wnętrze maleńkiej celi upiornie bladą poświatą.

Estalavanes pomału uchylił powieki. Mrok zalegający w pomieszczeniu stał się półpłaską szarością, do której jego wzrok prędko się przyzwyczaił. Leżąc w całkowitym bezruchu wsłuchał się w bębnienie deszczu o szyby i rozejrzał ostrożnie z uczuciem zaspanego otumanienia spotęgowanego dziwnym, niezidentyfikowanym lękiem.

Kolejny błysk przeorał atramentową czerń nieba, aż mury garnizonu zawibrowały od huku kaleczącego wyczulone zmysły ledwie przebudzonego chłopaka. Colonell spał głęboko, a przynajmniej z pozoru tak to wyglądało. Zwiadowca miał czujny i lekki sen, o czym Est niejednokrotnie już się przekonał. Ale tak jak ze wszystkim, i od tego zdarzały się wyjątki.

Zaniepokojony półsmok zwinnie wyplątał się z objęć kochanka i usiadł na brzegu jednoosobowej pryczy. Obejrzał się na spokojną twarz człowieka, wczuwając w jego miarowy oddech oraz obserwując wznoszącą się łagodnie i opadającą klatkę piersiową porośniętą linią krótkich włosków. Spłynęło nań niewysłowione szczęście, aż z trudem powstrzymał się przed pocałowaniem kusząco rozchylonych warg. Nie chciał budzić partnera. Nie po dniu pełnym niechcianych atrakcji, ani tym bardziej po upojnie męczącej nocy spędzonej na wzajemnym zapewnianiu, dawaniu oraz otrzymywaniu.

Pioruny biły coraz częściej. Nawałnica przybrała na intensywności, dudniąc o parapety i obficie zraszając szyby wielkimi kroplami. Est wstał najdelikatniej jak potrafił, sięgnął po spodnie i wsunął je na nogi podchodząc do okna, przez które niewiele było widać. Zamknięte podwórko ogrodzone z czterech stron grubymi murami zalewały strugi wody i jedynie zmyślna żelazna kratka w ziemi odprowadzała nadmiar deszczówki do kanałów, chroniąc przed podtopieniem piwnice oraz korytarze garnizonu. Nie dostrzegał przez ścianę wody nic, co wzbudziłoby w nim popłoch. Cokolwiek było na zewnątrz w porze kolacji, w tej chwili znajdowało się już gdzie indziej. Czy to miejsce trzymało to coś na dystans? Czy też obecność tak wielu wojowników posługujących się uświęconą magią okazała się nieprzekraczalną barierą? I po co za nimi podążało?

Tyle pytań cisnęło mu się na myśl, lecz znikąd odpowiedzi. W wolnym od obowiązków czasie zagadnie o to Aarima. Ze skrajną świadomością śledzącego ich nieznanego koszmaru chłopak o rozchwianej, rozszczepionej osobowości raczej długo nie pociągnie.

W przerwie między ogłuszającymi hukami posłyszał podnoszącego się z posłania człowieka, postanowił więc udawać, że go nie zauważa, ale i tak jego uszy drżały, wyraźnie go zdradzając. W tym momencie ciemność nie była mu sprzymierzeńcem, bo na tle oślepiających rozbłysków widoczny był jak na dłoni.

- Nie możesz spać? – spytał zaspany mężczyzna. – Co ja gadam, na takim łóżku to i umarły by nie pospał.

- Jesteś tak duży i tak się wiercisz, że już dwa razy gramoliłem się na nie z podłogi – poskarżył się Est. Spojrzenia nie odrywał od podwórza i panoszącej się na nim wichury. Jaskrawe błyskawice raz po raz odbijały się na jego delikatnych rysach, tak jak bezlitosne gromy na długich płatkach uszu. – Żartuję, Col. Obudziłem się i chciałem trochę popatrzeć w noc. Istne oberwanie chmury. Jak rany, nie wyobrażam sobie jazdy na południe przy takiej pogodzie, a nie chciałbym afiszować się swoimi umiejętnościami.

- Jak dla mnie, to afiszuj się czym zechcesz i kiedy zechcesz, dzieciaku. - Col opadł na posłanie i jęknął, wsuwając ręce pod głowę. - Wszystko mnie boli. Ostatni raz śpimy we dwóch na tak wąskim wyrku.

- Zgoda. Ale wiesz, jak to się skończy: obaj przenocujemy na podłodze.

Est obrócił się, by spojrzeć na partnera. Był szczęśliwy widząc go w tak dobrym humorze pomimo nie najlepszego zwieńczenia dnia. Przejmujące uczucie, jakim pałał do niepokornego mężczyzny, trąciło w nim popioły nie do końca ugaszonych emocji.

- Esti, powiedz – odezwał się Col poważniejszym tonem - co cię tak wystraszyło na kolacji?

Chłopak momentalnie zmarkotniał.

- Ech, oczywiście że zauważyłeś – westchnął.

- Stwierdzenie, że byłeś blady jak ściana, byłoby dużym niedopowiedzeniem. Zbielałeś ze strachu.

- Jak rany, Col…

- Wybacz, to jest silniejsze ode mnie. Wyglądałeś co najmniej jakbyś ujrzał ducha w tych starych murach.

- Można tak rzec... - głos chłopaka przycichł, gdy skupił wzrok w punkcie na posadzce, wracając myślami do niezbadanych lęków. Nie chciał troskać Leos i Cola, a przecież i tak dowiedzieliby się o bezcielesnym ogonie kroczącym za nimi odkąd opuścili Twierdzę. Lepiej, żeby byli przygotowani na każdą ewentualność. - Wyczuwam dziwny, jakby widmowy byt podążający za nami od początku podróży...

Urwał w pół zdania. Właśnie się zorientował, dlaczego Aarim tak uparcie obstawał przy zapaleniu ogniska. Faktycznie chodziło o “drapieżnika”. Czy wyrywający się spod kontroli Leos ogień rzeczywiście był efektem jej rozkojarzenia, czy też Aarim niezauważalnie dopomógł dziewczynie? Chociaż teraz Est nie czuł obserwatora, to już sama wzmianka o nim powodowała ciarki na gładkiej skórze.

- I co w związku z tym? – zainteresował się Col. Odprężony, wyciągnięty na pryczy przypatrywał się chłopakowi z rosnącą ciekawością. - Jeśli sobie życzysz, wytropię go i dopadnę. Nie chwaląc się, to mój oddział zlikwidował grasantów.

Zwiadowca wygrzebał się z pościeli i prostując plecy, z leniwym pomrukiem przeciągnął nagie ramiona.

- Paladyniec wie? – dopytał.

Est powoli skinął głową, przenosząc niewidzące spojrzenie za okno.

- Jestem przekonany, że wie, ale chciałbym z nim o tym pomówić. To nie człowiek, żadna żywa istota – dodał złowieszczo. - Czuję to… “coś”, lecz nie umiem tego dojrzeć, jakby tam było i nie było równocześnie.

Colonell oparł łokcie o kolana i popatrzył na swoje splecione dłonie. Bezgranicznie wierzył dzieciakowi i jego nadnaturalnym zdolnościom, niemniej wizja szpiega niewiadomego pochodzenia nie chciała do niego dotrzeć. Nie mógł namierzyć czegoś, co prawdopodobnie nie istnieje w wymiarze fizycznym, a tym samym stawał się bezużyteczny dla drużyny.

- A teraz to czujesz? Jest w pobliżu?

- Nie. Ale było w obozie. I daleko za oknem jadalni. Zawsze w nocy.

I zawsze, kiedy Aarim był obok - wypomniały jego ponure myśli, lecz usta odmówiły przekazania tej wątpliwej konkluzji. Książę zdecydowanie nie mówił im całej prawdy.

- Ogień to odstrasza? To by tłumaczyło zbędne ognisko... Intrygujące, nie ma co.

- Tylko czego od nas chce? Na co czeka? - Est wpatrywał się w coraz gwałtowniejszą burzę, wciąż niczego nie dostrzegając. Cieszyło go, że tę noc spędzają pod dachem, gdyż nic nie wskazywało na to, by do rana miało się rozpogodzić. - To chyba nie jest smok spod Twierdzy. Rzeźnik z Głuszy.

- Też o tym pomyślałem, ale pytania i odpowiedzi lepiej zostawić paladyńcowi – skwitował Colonell. Przyglądał się przez chwilę ukrytej w mroku, zastygłej w niezdecydowaniu twarzy młodego przyjaciela, poruszającym się wargom odsłaniającym lśniące kły, dużym jasnozielonym oczom wpatrzonym w szaleństwa za szybą i uszom drgającym przy każdym głośniejszym grzmocie. Naga, biała jak śnieg skóra powlekająca zgrabne mięśnie torsu w zimnym świetle nabierała błękitnego, nierealnego odcienia upodabniając półsmoka do astralnych, baśniowych istot. - Nie ma sensu zadręczać się czymś, na co nie mamy wpływu. Chodź spać, dzieciaku. Możliwe że to nasza ostatnia szansa na spokojny sen.

Est zwiesił głowę rozważając słowa partnera. Racja, sam nic nie zrobi, nie miał nawet pewności czy to nie wybujała, paranoiczna fantazja płata mu tak bezlitosne figle.

W celi panował rozkoszny chłód, lecz zapraszająco rozłożone ramiona mężczyzny obiecywały znacznie więcej przyjemności. Kącik białych ust zadrżał delikatnie, kiedy zbliżył się do zwiadowcy i pozwolił objąć w pasie. Podziwiając z góry ukochanego całującego jego brzuch zapragnął przeczesać palcami pasemka ciemnobrązowych włosów, przesunąć je na krócej obcięte boki i poczuć jak łaskoczą wnętrze obu dłoni...

Wciągnął ze świstem powietrze, gdy czubek ciepłego języka pozostawił stygnący ślad wędrując od linii spodni ku pępkowi. Z niedowierzaniem zajrzał w rozpłomienione oczy Cola.

- Jeszcze ci mało?

- Ciebie nigdy dość, Esti - niski pomruk ostro zaprawiony pożądaniem zmieszał się z gromem zza okna. - W tym świetle wyglądasz jeszcze bardziej podniecająco niż w blasku gwiazd.

- Jak rany, Col, z jaką łatwością przychodzi ci prawienie tak zawstydzających komplementów! – Est ujął w dłonie szorstkie policzki, pogładził je kciukami i pochylił się ku śniadym, chętnym wargom.

- Za to ty z łatwością przechodzisz od słów do zawstydzających czynów, dzieciaku...

***

(10.07.2020)Ulewa wreszcie dała za wygraną, chociaż burzowe chmury nadal wisiały nad miastem grożąc falą zacinającego deszczu. Chłodne powietrze ciężkie było od wilgoci, tylko wiatr ucichł, gromadząc siły przed kolejnym natarciem na oddychającą napięciem Adeilę.

Siedzący na grzbiecie temperamentnego karego ogiera Est w zadumie zadzierał brodę spoglądając w niebo i zapominając, że towarzyszy rycerzowi-dowódcy w przejażdżce poza mury obronne. Skonsternował go widok tak wielu kobiet, mężczyzn oraz dzieci na upstrzonych kałużami brukowanych ulicach. Mimo rychłego załamania pogody ludzie biegali ze sprawunkami, pracowali, gapili się na przejezdnych lub spieszyli to tu, to tam, nie wiadomo za czym. Nie bez ulgi przyjął brak zainteresowania ze strony mieszkańców – bez względu na swoją niecodzienną aparycję krył się w cieniu sir Aarima, rycerza dumnie i obojętnie patrzącego wprost przed siebie znad karku muskularnego wierzchowca.

Est zerknął na poziomą oparzelinę na policzku paladyna i speszony powracającym wspomnieniem natychmiast wrócił do obserwowania nieboskłonu oraz drogi przed sobą. Zdusił przemożną chęć dotknięcia blizny w zagłębieniu szyi, uznając ten gest za wielce nietaktowny wobec jadącego w milczeniu kompana. Myślami wędrował wtedy do Cola, bo gdyby nie on, niebianin niechybnie wykonałby rozstrzygające pchnięcie. Byłaby to czwarta i prawdopodobnie definitywna śmierć białego elfa. Prawdopodobnie, ponieważ trzy poprzednie cudem przeżył.

Książę jakby przejrzał myśli półsmoka i zagłuszył je głosem ledwie przebijającym gwar tłocznej ulicy.

- Twój… przyjaciel wykazał się wyjątkowym zaufaniem puszczając cię samego z osobnikiem tak nieprzewidywalnym i bezwzględnym, jak dążący do twej zguby rycerz-dowódca. Niemal obyło się bez awantury. Winszuję ci daru przekonywania, Estalavanesie.

- Nazywaj naszą relację zgodnie z prawdą, Aarimie. W końcu nie jest dla ciebie tajemnicą, że jesteśmy kochankami. Celowo unikasz tego określenia. - Est starał się brzmieć równie oschle co niebianin, nie zdołał jednak zamaskować rozdrażnienia. Od pierwszego „treningu” przebywanie sam na sam z tym rycerzem rodziło w nim nieprzyjemną nerwowość. Nie potrafił się rozluźnić, a jakby tego było mało, stale sondująca go aura podminowała jego nastrój. - I nie wiem po co wtrącasz tę sugestywną pauzę.

Aarim nawet nie zaszczycił rozmówcy spojrzeniem.

- Słowo “przyjaciel” łatwiej mi wymówić. Być może dlatego, iż w moim przypadku częstotliwość jego stosowania przewyższa określenie “kochanek”.

Paladyn skierował olśniewająco białego konia ku bramie wyjazdowej na południu miasta. Karosz poszedł za nim bez konieczności sterowania jego krokiem. Kopyta ostatni raz zastukały na mokrym kamieniu głównej ulicy stającej się ubitym traktem, w całości przemienionym w błotnistą gruntową ścieżkę.

- Jak rany, skoro tak twierdzisz...

Est nie miał ochoty na podtrzymywanie jałowej dyskusji. W jego ocenie była bezcelowa, a jako wypełniacz nudy także się nie sprawdziła. Wolał już oddać się przemyśleniom, których od porannej pobudki zebrał niemało.

Tuż po prostym, energetycznym śniadaniu osobiście przedstawił Aarimowi swoje obawy dotyczące nocnego prześladowcy. Książę nie odpowiedział na postawione pytania i insynuacje, ba!, wydawał się wcale ich nie słyszeć. Wystosował tylko zaproszenie na przejażdżkę, wyłącznie we dwóch, do czego Colonell nieprzychylnie się odniósł. Przez nieprzychylność rozumiejąc otwartą wrogość i podejrzliwość. Oraz niewybredne słowa. Est po raz kolejny musiał uczestniczyć w starciu dwóch napuszonych indorów i ponownie nie wiedział, jak się zachować.

Nie miał pojęcia kiedy dokładnie rozpoczął mozolne nakłanianie przodownika do przystania na propozycję księcia, ale ostatecznie człowiek dał się udobruchać obietnicą zabicia czasu na ćwiczeniach z ludźmi Aarima. Oczywiście Col nie miał w planach walczyć z nimi na miecze, raczej skorzysta z okazji do odzyskania długiego łuku oraz swobody doskonalenia celności. Esta zdziwiło, jak niewiele potrzebował jego partner do szczęścia. A może była to dla niego alternatywa dla legalnego wyżycia się na znienawidzonych braciach zakonnych? Jeśli o Cola chodzi, to wszystko było możliwe i niczego nie można być pewnym.

- Tutaj się zatrzymamy – rozległo się donośne polecenie księcia. - Sądzę, że będzie to wystarczający dystans.

Aarim ściągnął wodze rumaka bojowego i z manierą wytrawnego jeźdźca zsunął się z siodła.

- Wypatrywanie go zza murów byłoby zbyt ryzykowne – wyjaśnił.

- Ryzykowne? - Est rozglądał się po okolicy, w szczególności koncentrując się na trakcie wchodzącym w gęsty las. Nie pojmował sensu zatrzymywania się tuż za granicami miasta. Prędzej spodziewał się tak zwanego treningu z samokontroli niż tego, co syn arcypaladyna zamierzał mu pokazać. - Może skrzywdzić mieszkańców?

- Nie, ale ty możesz.

Chłopak strzelił oczami w kierunku oszczędnego w słowach niebianina.

- Co przez to rozumiesz? - spytał lekko rozedrganym głosem, ześlizgując się z grzbietu karosza.

- Nie mogę oszacować twojej reakcji na niego, Estalavanesie. Zdumiewającym okazał się sam fakt, iż jesteś w stanie go wyczuć. - Złote tęczówki przewiercały zaklinacza spod półprzymkniętych powiek. - Sądziłem, że tylko ja to potrafię. Co najistotniejsze, nie chcę niepokoić naszych ludzkich towarzyszy. Nie wyczuwają go, toteż świadomość jego istnienia mogłaby negatywnie odbić się na ich psychice. Mogłaby ich osłabić, a jest to niepożądany efekt.

Do Esta wypowiedź paladyna dotarła dopiero po dłuższej chwili.

- Rozumiem... – wymamrotał. - Zdajesz sobie sprawę, że przed Colonellem nie mam sekretów?

- Owszem – potaknął niebianin, pusty wzrok zwracając ku gęstwinie ciemniejącej na horyzoncie. - Nie odwiodę cię od tej praktyki, wiedz jednak, iż jej nie pochwalam.

Półsmok zmarszczył brwi. Czego by nie powiedział przy tym wyzbytym ludzkich odruchów osobniku, zawsze kończyło się krytykującym komentarzem. A mimo to Est odczuwał w stosunku do niego pewnego rodzaju pokrewieństwo. Aarim miał swój punkt widzenia, dostrzegał problem z zupełnie odmiennej perspektywy niż on, co nie znaczyło, że na jego sercu nie leżało dobro osób, za które przejął odpowiedzialność.

Czy utrata człowieczeństwa to metoda księcia na udźwignięcie brzemienia, jakim niewątpliwie jest dbanie o poddanych? Aarim nie podjął wątku przy pozostałych, lecz nie znaczyło to jeszcze, że nie zamierzał przedyskutować go z nim na osobności. Leos i Colonella traktował jako dodatek do całości, jaką był Zaklinacz Żywiołów; Est był jedynym, którego postrzegał nie tyle za równego sobie, co podobnego, i wszelkie ważne kwestie najpierw omawiał właśnie z nim. Wspólnie decydowali, czy powiadomić resztę. Est nie czuł się z tym dobrze, ale podobało mu się to wyróżnienie. Karmiło jego próżność, którą niedawno odważył się nazwać, nadając jej kształt i przyznając przed samym sobą, że jego charakter składa się również z tych mniej szlachetnych przymiotów.

Zamyślony otrząsnął się słysząc niski, bezbarwny dźwięk dobiegający tuż z prawej.

- Jesteś gotów ujrzeć to, co czujesz, Estalavanesie? Ostrzegam, iż będzie to dla ciebie przeżycie nie tyle przerażające, co dogłębnie wstrząsające. Niewykluczone, że będziesz mieć trudności z dojściem do siebie oraz opanowaniem gwałtownych emocji. W skrajnym wypadku możesz postradać zmysły, dlatego proszę cię, byś rozważył swój następny krok. Oraz jego potencjalne konsekwencje.

Paladyn wpatrywał się w przestrzeń, jak gdyby zauważył coś lub kogoś niewidzialnego dla zwyczajnych śmiertelników. Est podążył za jego spojrzeniem, nikogo jednak nie dojrzał.

- Jak rany – sapnął, dygocąc od chłodnego powiewu lub ze zdenerwowania. - Chyba poróżniłem się z rozumem, skoro dobrowolnie pcham się w coś takiego. Jakie są szanse, że wyjdę z tego bez szwanku?

Wiedział, że Aarim nie próbuje go nastraszyć, chociaż jego ostrzeżenia były jednakowo szczere, co niepokojące. Jedyne co mógł zrobić, to poradzić się kogoś doświadczonego w tej sferze. Jakby w jego krótkim życiu nic się nie zmieniło, a miejsce mistrza zajął następca tronu o szorstkim obyciu. Czy Mag rzeczywiście to przewidział, czy jak zwykł wytykać Col, przewrotny staruszek sam to ukartował?

- Szanse są duże. - Taksujące wejrzenie posłane z ukosa prawie odwróciło uwagę Esta od aury drążącej mu dziurę we wnętrznościach. - Nie przeczę, iż możesz doznać szoku tak silnego, że nie odzyskasz poczytalności. Aczkolwiek mogę temu przeciwdziałać. Nie gwarantuję skuteczności, gdyż nigdy tego nie czyniłem, lecz jestem w pełni świadom swych zdolności leczniczych.

- Paladyni szkolą się w zakresie magii tworzenia, czy nie tak? - Est zaczynał się stresować, a w takich sytuacjach notorycznie odwlekał nieuniknione, ratując się jak największą ilością słów.

- Paladynom przychodzi ona z wrodzoną łatwością, Estalavanesie. Nie każdy może zostać rycerzem Zakonu.

Est kiwnięciem głowy przyjął tę informację do wiadomości. Przełknął ślinę, popatrując to na irytująco spokojnego księcia, to na skrawek lasu przed nimi.

- Jakim sposobem ty go widzisz, a inni nie? – zmienił nagle temat. - W tym momencie nawet go nie wyczuwam, a przez ostatnie dwie noce umierałem ze strachu.

- Ponieważ patrzy na mnie, a nie na ciebie, Estalavanesie. Nocą oddziaływanie jego prezencji jest zintensyfikowane, wówczas twoje zmysły się wyostrzają i wychwytują owe dyskretne zabiegi. - Aarim przerwał, zastanawiając się nad pewną możliwością. Wiedział kim jest „biały elf”, lecz postanowił utrzymywać go w nieświadomości. A przynajmniej do czasu, aż nabierze doń przekonania i pozna motywy, jakimi kieruje się ten nietypowy półsmok. – Skłaniam się ku wnioskowi, iż jesteśmy sobie podobni. O ironio, empatyczny biały elf oraz pozbawiony uczuć niebianin.

Słysząc to Est niemalże uwierzył, że Aarim uśmiechnął się sardonicznie. I miał rację - stojący nieruchomo młody rycerz uśmiechał się tym dziwnym grymasem ledwie przypominającym wygięcie kącików ust, ale jego oczy były zimne. Martwe. Aż przeszył go dreszcz.

- Tak Aarimie, dziwna byłaby z nas para... - rzucił bezmyślnie. Dopiero przedłużająca się cisza pchnęła go do refleksji. - Przepraszam, to bardzo niestosowny dobór słów. Powinienem lepiej wyrażać swoje myśli.

- Nie przepraszaj, masz słuszność. Mógłbym się wiele od ciebie nauczyć. Przez myśl mi przeszło, że… - Młodzieniec przekonująco udał chwilę wahania. Ze wzrokiem wbitym w murawę pod skórzanymi butami obrócił się przodem do półsmoka i począł zdejmować lewą rękawicę jeździecką. - Nie, to nieistotne o czym myślę, skupmy się na celu.

Est usiłował wyprzeć z siebie ulotne wrażenie, jakoby Aarim wcale nie pozorował tego, co zrobił, jak się zachował. Przez sekundę pomyślał, że niebianin odczuwa emocje, lecz na własny, indywidualny sposób. Może tak naprawdę nie było między nimi aż tak ogromnej przepaści, jak początkowo sądził? Odrzucił jednak tę ideę równie szybko, jak się pojawiła.

- Estalavanesie, przygotuj umysł, albowiem od tego, czego doświadczysz, nie będzie już odwrotu. To, co zobaczysz, wypali w nim trwały obraz. Będzie cię prześladować i nękać nawet jeśli nie zwraca się ku tobie - deklarował rycerz z bezkompromisową powagą, jakby wygłaszał ostatnie instrukcje tuż przed walną bitwą. Patrzył przy tym hardo w kocie ślepia truchlejącego chłopaka i wyciągnął ku niemu lewą dłoń wnętrzem do góry. - Możesz się jeszcze wycofać, jednakże nie otrzymasz odpowiedzi na swoje pytania.

- Jak rany, nie możesz mi po prostu na nie odpowiedzieć?

- Nie ma słów, które opisałyby tę grozę. Mowa nie jest w stanie zobrazować tego, czego zakosztujesz całym sobą. Dopiero kiedy poznasz prawdę, będę mógł wytłumaczyć resztę. Przepraszam.

Zapędzony w pułapkę ciekawości Est odetchnął przeciągle. Rozejrzał się bezradnie dookoła, a wzrastające w trzewiach napięcie nie dawało mu wytchnienia, uciskając płuca i spłycając oddech. Ponownie zerwał się wiatr szarpiący włosami i ubraniami. Wysoka trawa zafalowała, a odległy szum liści mroził krew w żyłach, śpiewał bowiem o sprawach, jakie trwały w niezmienionym porządku: o narodzinach i kroczącej za nimi śmierci, o lekkomyślnej odwadze oraz pierwotnej trwodze.

Est nie był odważny. Nie chciał zaglądać w wyczekujące złote oczy, ale jeśli teraz się rozmyśli, to równie dobrze może porzucić tę całą podróż na południe i poddać się z wolna pożerającemu go szaleństwu. A przecież mądry mistrz powtarzał, że uczeń powinien wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. A od siebie dorzucił, że należy kończyć to, co się zaczyna.

Zacisnął wargi w wąską kreskę, by ukryć ich drżenie. W jego szeroko rozwartych oczach nie było już lęku – tliła się w nich narastająca determinacja. Zbyt wiele razy uciekał przed wszystkim, co mogło go skrzywdzić. Wychowany wśród ludzi w atmosferze pogardy, szkolony pod opiekuńczymi skrzydłami mnicha z Północy nie dysponował dostatecznie rozwiniętym instynktem samozachowawczym, bo go nie potrzebował. Wszystko robił pod wpływem impulsu, nie tracąc czasu na zastanowienie. Tymczasem rzucony na głęboką wodę, niezależnie od wspierających go przyjaciół, musiał zadbać o siebie samego. Bo jeśli nie zadba o siebie, nie zadba też o nich.

- Co mam zrobić, Aarimie?

- Chwyć mnie za rękę i trzymaj. - Rycerz-dowódca nieco podniósł dłoń. - Nie wypuszczaj jej ani na moment. Nie bój się, iż uczynisz mi krzywdę. Ściśnij z całych sił i zaufaj mi. W miarę możliwości odpychaj od siebie negatywne bodźce. Moim zadaniem będzie strzec twego umysłu przed ingerencją wrogiej mocy.

Czy w spojrzeniu paladyna Est wyłapał starannie skrywaną obawę, czy też to jego własne lęki odbijały się w tym śmiałym, pewnym wyrazie? Nie wiedział. Tak jak nie wiedział, czego właściwie spodziewać się zarówno po niebianinie, jak i po tym, co niebianina śledziło.

- Jak rany, brzmi cholernie niebezpiecznie…

- Twojemu ciału nic nie grozi, lecz niezbędnym jest, abym powierzył ci część mej energii, stąd wymóg dotyku. W tych okolicznościach dłoń jest najodpowiedniejszą częścią ciała, gdyż palce mają solidny chwyt. Jeśli mnie puścisz, przytrzymam cię. – Zachęcająco poruszył palcami jakby dla potwierdzenia obietnicy. – Wiem, że potrafisz pobierać oraz przekazywać esencję, więc nie będę objaśniać tego nieskomplikowanego procesu. Przyjmij zatem to, co ci ofiaruję i postaraj się utrzymać na nogach. A gdy zajdzie konieczność, walcz.

Est nie wyprowadził kompana z błędu jakim było założenie, iż potrafi on pobierać moc od użytkowników magii. Nie umiał spożytkować własnej, toteż nie widział powodu, by czerpać dodatkowy ładunek z innych źródeł, tym samym nie miał sposobności zweryfikować, czy w ogóle jest do tego zdolny. Jak zaklęty gapił się na dłoń o jasnej skórze typowej dla ludzi Śródlądu, bezwiednie przełykając wzbierającą w gardle żółć. Panika wspinała mu się wzdłuż kręgosłupa i miał ochotę pleść co ślina na język przyniesie, ale świadomość, że tylko by wszystko niepotrzebnie utrudnił, zamknęła mu usta sprawniej niż hardy wzrok rycerza.

Kilka razy potrząsnął długouchą głową dla odpędzenia resztek wątpliwości, zwilżył wargi językiem i wyciągnął roztrzęsioną prawą rękę grzbietem ku górze, niechętnie przykładając ją do ciepłej dłoni Aarima. Paladyn, nie spuszczając czujnych oczu z białego elfa, uniósł ich połączone ręce na wysokość twarzy i splótł bielsze niż papier smukłe palce ze swoimi - twardymi i grubymi palcami wojownika nawykłego do dzierżenia ciężkiej broni. W normalnych warunkach Esta porwałaby fala wstydu i niczym płochliwa panienka wyrwałby rękę, lecz w tej sytuacji zaufał złotookiemu młodzieńcowi. Jasnym było, że to niezbędny środek zaradczy, bo skoro wspomniał, że mógłby stwarzać zagrożenie dla mieszkańców Adeili, to bliskie spotkanie z nienaturalnym szpiegiem zapowiadało się naprawdę niedobrze.

- Estalavanesie, spójrz w stronę, w którą i ja patrzę. Dostrzeż to, co dla mnie dostrzegalne i przyjmij takim, jakim jest... - Tembr niebianina był mocny i rozkazujący, jak gdyby jego posiadacz był jedynym prawowitym władcą Wszechrzeczy.

Aarim zacieśnił chwyt. Opuścił złączone dłonie i stanął na wprost lasu, przy rozlewającej się błotem ścieżce prowadzącej na południe, opustoszałej, nie licząc majaczącego w oddali chwiejnego, jakby rozmywanego podmuchami wiatru konturu.

Przez chwilę Est poił się esencją płynącą doń szerokim strumieniem. Jej nurt był tak żywy i energiczny, jak woda wartko płynąca w górach podczas wiosennych roztopów. Delektował się jej smakiem, odkrywał aromat, a pod przymkniętymi powiekami zachwycał pryzmatem rozszczepiającym barwy. Splótł palce mocniej, chłonąc czułym zmysłem fizyczną siłę ciepłej skóry. Było w tym coś intymnego - wymiana mocy tajemnej, przekazywanie wzajemnie po kawałeczku siebie. Est nie postrzegał tego w kategoriach perwersyjnej cielesności, nie wiązał z tym wrażeń, jakie dzielił w trakcie zbliżeń z Colonellem. To było zupełnie co innego i czerpałby z tego niemałą przyjemność...

Gdyby nie TO.

Stało tam. Z początku pomylił majaczącą na granicy widzenia postać z człowiekiem pieszo podróżującym gościńcem, jednak dość szybko skonstatował, że stoi on w miejscu, absolutnie statycznie, jak przedmiot martwy. Wydawał się zawieszonymi na skrzyżowanych kijach powiewającymi łachmanami... Nie, wiatr nie porywał obszarpanego materiału, lotnego żywiołu wcale tam nie było! To nie było nawet odzienie tylko naga, obrzydliwie poszarpana szara skóra opinająca wychudzoną sylwetkę, przeciwna wszelkim prawom Wszechrzeczy. Zniekształcała się i powracała do jednolitej formy tylko po to, by zwodzić i dręczyć umysł bezskutecznie starający się ogarnąć niebywałe zjawisko. Nieokreślonej natury maszkara znajdowała się naprzeciwko paladyna, daleko na obrzeżu lasu. Martwa. Bez ruchu. Jak słup wbity w ziemię. Zapomniana, niemniej wciąż pamiętająca słodycz życia.

Dreszcz wstrząsnął wychłodzonym ciałem, gdy Est przyjrzał się dokładniej. Skoncentrował się, wykorzystując napływającą poprzez dłoń esencję odsłaniającą przed nim straszliwą tajemnicę. Jego psychika oberwała potężną mocą, kiedy spojrzenie wytrzeszczonych skaleonich oczu spoczęło na niewielkiej łepetynce szkaradnej istoty. Strwożony cofnął się, lecz umysł z zatrważającą potulnością uległ koszmarowi na jawie.

Puste, bezdennie głębokie oczodoły zajmujące prawie całą wystrzępioną głowę skierowane były na niebianina, a to, co z nich wyzierało, wzbudziło w półsmoku strach tak druzgocący, że bezwiednie wykonał następny krok w tył. Stalowy uścisk zatrzymał go jednak w potrzasku. Panika nasilała się. Urywany dech przyspieszył niebezpiecznie, a serce tłukło o klatkę piersiową pragnąc się wyzwolić i umknąć przed pochłaniającą je istotą. Stwór zdawał się kąsać obserwowany obiekt, błagać, odgrażać, pożerać, pochłaniać, krzywdzić, a wszystko to na niesamowicie dużą odległość wzmagającą w chłopaku najniższe instynkty. Był przerażony jak nigdy przedtem! Kulił się, nie mogąc oderwać rozszerzonych źrenic od zdeformowanego, cherlawego kształtu uosabiającego każdą śmierć, tysiącletnie cierpienie ciemiężonych i niezliczone rany zadane niewinnym. Oraz niemoc w obliczu nieukojonej udręki całego świata, która pociągnęła go w dół, wessała do studni melancholii, niszczycielskiego połączenia strachu i wątpliwości...

…Chciał krzyczeć, lecz wysuszona krtań wydawała skrzypiące, ledwie słyszalne dźwięki. Musiał uciekać, ale nieznana siła trzymała go w miejscu, obdzierała ze skóry, wgryzała się w mięśnie, wypalała szpik z kości, byle dostać się do miękkiego, podatnego wnętrza osłaniającego słabującą duszę...

...i stał się katem w brutalnej kaźni Colonella dokonanej niewinnie białą dłonią ściskającą ząbkowany sztylet. Zaszlachtował ukochanego po raz pierwszy... po raz setny i po raz tysięczny, aż serce nie wytrzymało i pękło...

...czyniąc go świadkiem bestialskiego gwałtu na Leos, w którym odgrywał rolę oszalałego oprawcy wiedzionego prymitywnymi żądzami. Zmuszony do oglądania niegodziwości, której widok doszczętnie złamał jego wolę...

...zapatrzył się na eksterminację ludzkości, wszak to jego intencje oraz umyślne czyny do niej doprowadziły. A gorzka satysfakcja ogarnęła rozdartą na dwoje duszę, gdy własnymi rękoma uśmiercił starego człowieka będącego mu ojcem, przypieczętowując ostateczny upadek swojego człowieczeństwa...

Bezsilny przeciwko makabrycznym urojeniom pragnął wyłupić sobie oczy, byle tylko nie widzieć przemijających i nawracających urywków przyszłości. Zamknął w dłoniach twarz i z desperacką zajadłością drapał powieki, aż błonka pękła z obrzydliwym odgłosem i jej zawartość popłynęła gęsto wzdłuż policzków niby palące łzy żalu. Ciągle jednak doświadczał wizji nader wyraźnie. Mógł utracić wzrok, lecz koszmarne sceny płonęły wyryte w jego umyśle.

Złapał więc za skronie i uciskał je z mocą zrodzoną z czystej grozy. Siła w jego rękach wzmocniona przeżywanym terrorem wpijała się w mózg, spopielała i strzępiła nerwy w ciele. Niestabilna jaźń złamała się i upadając przewróciła filar poczytalności, roztrzaskując go na drobne kawałki, miażdżąc wolę życia i prowadząc go prosto ku nieuchronnemu samounicestwieniu.

Est znów pragnął umrzeć, zabić się, ażeby najpotworniejsze obrazy niszczonej woli nie weszły w życie, aby sam ich nie urzeczywistnił swymi działaniami. Naparł, aż czaszka pękła z ohydnym chrupnięciem. Rozerwany ciśnieniem mózg oraz odłamki kości ze wstrętnym plaskaniem pospadały w odrażającym deszczu krwi na czarną jak konająca dusza ziemię. Ale i to nie uwolniło go od niekończącej się tortury.

Sięgnął ku nagiej klatce piersiowej. Zakrwawione, usmarowane szarą mazią paznokcie zawzięcie orały białą powłokę, wyłamywały żebra i targały mięśnie oraz ścięgna, by dostać się do łomoczącego nieustępliwie serca, źródła wszelkiego bólu i cierpienia, którego zniszczenie przyniesie kres katuszom, ukoi, uleczy rany...

Lodowata, lepka od parującej krwi dłoń rozjarzyła się złotem i zacisnęła na ostatnim organie mającym nad nim władzę... Wtem czas zatrzymał się. Jednostajny rytm rozbrzmiewał wokoło. Spokojny, pogodzony z losem niezmienny rytm pompujący krew, płyn życia wyciekający pootwieranymi żyłami, plamiący więdnący, zdychający świat.

Śmierć.

Idealna droga ucieczki. Wierny przyjaciel i jedyna sprawiedliwość przybywająca do każdego, bez względu na rasę czy pozycję społeczną. Do kochającego i niekochanego. Do młodego i starego. Do bogatego i biednego. Do mistrza i ucznia. Do tych, którzy kochają żyć, jak i do tych z życzeniem śmierci. Do silnych i słabych. Śmierć jest nieunikniona, prędzej czy później go znajdzie. Prędzej. Czy później?

Prędzej…

…czy później?

Później, jako że śmierć nie ma do mnie przystępu. Odwieczne prawo natury wciąż pozostaje prawem, które można obejść, o ile osiągnie się najwyższe arkana znajomości Wszechrzeczy. Świat to wypadkowa przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości. Suma efemerycznych zdarzeń. Nakładające się warstwy. Przenikając je, zyskuje się panowanie nad aspektami determinującymi istnienie we Wszechrzeczy. Śmierć nadejdzie później, gdyż taka moja wola. Znacznie później...

Est wedle woli Głosu postanowił umrzeć później, by jeszcze raz poczuć bliskość ukochanego, objąć przyjaciółkę i zaznać piękna otaczającego go życia. Zapragnął ocalić ich wszystkich, choćby miał poświęcić siebie samego.

Podążając za echem bełkoczącej agonalnie świadomości budził się z pełnego okropieństw oraz tragedii stanu zbliżonego jawie. Zmysły powróciły, dojmująco zaznaczając swoją obecność. Chorował od ogromu informacji docierających do rozumu, oszałamiając go tuż u progu strzaskanej jaźni. Moc wracała do jego zmaltretowanego ciała, a skołatany umysł stopniowo odzyskiwał panowanie nad nim. Mocniej ścisnął śliską od potu rękę i kiedy otworzył oczy, ujrzał wydeptaną trawę pod ubłoconymi kolanami oraz czubki równie umazanych jeździeckich butów. Krztusił się i kaszlał niczym noworodek pierwszy raz zachłystujący się powietrzem pachnącym wilgocią i smakującym życiem. Kończyny zdrętwiały mu od nadludzkiego wysiłku, jaki wkładał w zachowanie równowagi. Atakujące zewsząd sygnały oszołomiły go nie gorzej niż powrót do rzeczywistości posępnego, pochmurnego przedpołudnia. Trząsł się jak osika i klęczał skulony, trzymany w ryzach wyłącznie z pomocą krzepkiego ramienia opanowanego niebianina. Esencja nie krążyła już między nimi. Dotyk stał się czysto fizyczny, jak i świat, w którym nieszczęśnik się znalazł.

Aarim ukucnął przy półsmoku. Bez zbędnych ceremonii pochwycił jego twarz w dłonie, zmuszając cierpiącego do zajrzenia w złote oczy. Uważnie badał nieregularnie rozszerzające się i zwężające źrenice okolone cienkimi jaskrawozielonymi tęczówkami. Szukał oznak obłędu, obrażeń wewnętrznych czy symptomów świadczących o okaleczeniu ducha. Ten jednak nie wykazywał zauważalnych skutków ubocznych kontaktu z upiorem oraz jego destruktywnymi wpływami.

- Estalavanesie, czy mnie słyszysz? - Palce niebianina przesunęły się ze szczęki Esta na zroszone potem, oblepione czarnymi włosami skronie. - Nie odpowiadaj, wystarczy skinienie głową.

Nie otrzymawszy żadnego znaku, paladyn przymknął powieki i w skupieniu przesłał łagodny, kojący impuls do dygoczącego ciała. Jego dłonie, zazwyczaj pewne i mocne, drżały ledwie wyczuwalnie w reakcji na sygnał przesączający się wraz ze zwróconą mu energią. Stan Estalavanesa nie był krytyczny, a przynajmniej na to wskazywała sonda wprowadzona do organizmu bezbronnego półsmoka. Mógł przestać się martwić, choć zmartwienie nie wpisywało się w jego charakter. Aczkolwiek musiał oddać Zaklinaczowi Żywiołów należny mu honor, podołał on bowiem wyjątkowo ciężkiemu wyzwaniu mogącemu spustoszyć najsilniejszą psychikę.

Nadzieja Estarionu okazała się kimś więcej niż zalęknionym, pełnym sprzeczności chłopcem wychowanym pośród uprzedzonego gminu. Artemon prawidłowo poprowadził i ukształtował młodego Pierworodnego, choć czas dedykowany jego szkoleniu to zaledwie ułamek tego, co czeka nieświadomego swej roli Saramarystyjczyka. Książę ufał, iż nie zostanie przymuszony do zabicia tak niespotykanego stworzenia, lecz nie mógł być pewien, jak potoczą się ich dalsze losy. Nadal będzie ze szczególnym baczeniem kontrolować białego elfa licząc się z tym, że i on poddawany będzie równie wnikliwej obserwacji.

Nagle Est poderwał głowę i olbrzymimi oczami popatrzył na niewzruszone oblicze paladyna. Nie zdając sobie sprawy z biegu nieprzyjaznych myśli kompana, rozchylił spierzchnięte usta i szepnął:

- Widziałem najgorsze, Aarimie…

Niebianin musiał pochylić się nad klęczącym, by cokolwiek usłyszeć pośród zawodzącego wichru. Nie odnotował momentu, w którym wiatr raptownie zmienił kierunek i nabrał agresywnej prędkości.

- Aarimie, widziałem jak oni umierają, wszyscy… Jak cierpią… Zabiłem ich! - Urękawiczniona dłoń schwyciła kołnierz błękitnej koszuli, kiedy chłopak zawył rozdzierająco. - Mordowałem ich... jedno po drugim! A potem zabiłem sam siebie…

- Estalavanesie, oto potęga Śniących: próbują przejąć nad tobą kontrolę, zwrócić cię przeciwko tobie. Im zacieklej stawiasz opór, tym większy ból sprawiają twej jaźni, przełamując ją i podporządkowując ich woli. Czynią to metodycznie i subtelnie, aż staniesz się ich niewolnikiem, marionetką na sznurkach mocy. Lub zginiesz, broniąc tożsamości. I wolności.

Żywioł przycichł. Książę podważył kurczowo zaciśnięte palce chłopaka i odsunął od siebie jego dłoń. Odrzucił pozę arystokratycznego młodzieńca i nie tracąc nic ze swej zwyczajowej bezosobowości usiadł obok niego na mokrej trawie, zupełnie nie przejmując się zabrudzeniem eleganckiego stroju jeździeckiego. Wyciągnął nogi przed siebie, rękawicę jeździecką położył na kolanie i podparłszy się rękami, wystawił policzki na rześki powiew, który pieszczotliwie potargał złociste włosy, muskając ostro zakończone uszy.

Niebawem się rozpada. Powinni wracać.

- Z tym nie da się walczyć - lamentował klęczący w błocie półsmok.

Kompletnie rozbity Est powoli kręcił głową, usiłując się uspokoić. Na darmo. Obraz konającego Cola nie opuszczał go, nieważne czy zaciskał powieki, czy wpatrywał się w ziemię. Zbierało mu się na wymioty, lecz ciało jakby rządziło się własnymi prawami, zbyt zmrożone drastycznymi wizjami, by reagować adekwatnie do sytuacji. Est wmawiał sobie, że były to chore projekcje, a nie objawienia mające się spełnić lada chwila. Niestety, wątpliwość zasiała nowe ziarno w jego sercu. To, co ujrzał, już na zawsze dołączy do wspomnień, które na ich tle wydawały się błahymi problemami wieku dziecięcego. Ziarno potrzebowało żyznego gruntu oraz pokarmu w formie lęku. I jak doskonale chłopak pamiętał, już jedno takie ziarno w nim wykiełkowało.

- To, co za mną podąża, to cień samych Śniących, istota ich metamagicznych machinacji - wyjawił Aarim nie patrząc na Esta kryjącego twarz między kolanami. Zaklinacz Żywiołów mentalnie był tak słaby i nieporadny, że wręcz godny politowania. Mimo to Śniący upatrzył go sobie. I uznał za godnego. - Niematerialny tropiciel rejestrujący każdy mój ruch. Za dnia unikający światła, przemykający w nurcie mocy. Nocą utrzymywany na pograniczu mojej aury. Nie sprawuje nade mną władzy, a ja sam przywykłem już do jego bezustannej, ponad rocznej asysty.

Est spuchniętymi od nieprzelanych łez oczami zerknął znad ramienia na oparzony profil niebianina. Poziomem opanowania dorównywał on staremu mistrzowi, lecz nie emanował tym kojącym spokojem odkładającym się na młodym, spragnionym bezpieczeństwa duchu. Coś w osobie królewskiego potomka nie pasowało do całej reszty, wrażenie, którego nie sposób opisać. Tajemnica tak głęboko skrywana, że wręcz uderzająca; podsycająca nieufność i rodząca frustrację. Jakim potworem trzeba być, by żyć spokojnie z tak okropnym piętnem…?

- Jak można żyć z takim cieniem? - wyjęczał Est bojąc się, iż niesforny język zdradzi go w rozgrywce, której spontanicznie podjął się z namiestnikiem Estarionu. – Odniosłem wrażenie, jakby pragnął cię dotknąć, a nie mógł… Współodczuwałem jego bezsilność, udrękę, rozpacz… Sam jego widok wywołał we mnie trwogę, jakiej nie potrafię wyrazić słowami. – Wzdrygnął się patrząc w punkt, gdzie do niedawna stał wygłodniały koszmar. Teraz rozciągał się tam wyłącznie prastary las. - Czy to w ogóle może cokolwiek czuć? Jeśli tak, to… to cierpiało. Bardziej niż ja.

Złote, zimne jak stal oczy lustrowały gnębionego współczuciem białego elfa. Bynajmniej nie był to okazowy przedstawiciel Saramarystyjskiej rasy; brak mu bojowego ducha, impulsywnej agresji, woli walki. Przekazywane z pokolenia na pokolenie historie opiewające Zaklinacza Żywiołów kreśliły portret całkowicie niepodobny do tego, którego miał u boku, struchlałego niczym zając w wysokiej trawie. Aarim nigdy by nie podejrzewał, że Pierworodny okaże się stworzeniem miłosierdzia wobec wrogów oraz istot Pozaświata. Jakże nie pasowało to do wizerunku kreowanego przez szlachetnych niebiańskich przodków.

Aarim przelotnie spojrzał na szczupłą białą dłoń obleczoną czarną rękawiczką bez palców, po czym uniósł wzrok, by zmierzyć odzyskującego jasność umysłu półsmoka.

- Estalavanesie, nie posiadam emocji i uczuć na jakich mógłby żerować upiór, toteż na mnie on nie oddziałuje - tłumaczył, a jego surowy głos zelżał odrobinę, gdy chłopak odwrócił mętniejące spojrzenie. - Zakon Paladynów jest dla Śniących jedynym śmiertelnym zagrożeniem, w związku z czym śledzą nas, albowiem nie mogą uczynić nic więcej, śniąc wiele kilometrów pod ziemią. Lecz wkrótce nastąpi moment przebudzenia i rozpocznie się apokalipsa. - Wpatrzony w kotłowaninę ołowianych chmur książę zadumał się nad czymś intensywnie. - Na nasze nieszczęście jest już za późno, by to powstrzymać. Jedyne co możemy zrobić to to, czego dokonali nasi ascendenci: znaleźć i zgładzić Śniących.

Est podniósł głowę, do tej pory opartą na podciągniętych pod brodę kolanach.

- Czy to w ogóle da się zniszczyć? - Rozłożył bezradnie ręce i padł łopatkami na grząską glebę, za nic mając wszechobecne błocko. Wydarzenia nabrały pędu i nie było na świecie siły mogącej im zapobiec. - Czy dwóch niebian wystarczy, by zwyciężyć w tym niewykonalnym przedsięwzięciu? Przecież… A co z konfliktem wyniszczającym południe? Co ze smokami? Co z… z Niedźwiedziami?

- Nasi przodkowie tego dokonali, Estalavanesie. Nie widzę więc przeszkód, których nie moglibyśmy usunąć. - Aarim palcem potarł bliznę przecinającą prawą brew, łypiąc spod oka na leżącego chłopaka. - Jeżeli płynie w tobie krew czarnego smoka, a pod samotną rękawiczką skrywasz Ornament Zaklinacza, to zdziałamy więcej, niż ze wsparciem oddziału niebian.

Est usiadł z gwałtownością huraganu i podeszwami butów rozgrzebując darń przypadł do Aarima. Nie dotknął go jednak, zastygając z twarzą na wysokości jego poważnego oblicza.

- Skąd o tym wiesz? - syknął wrogo, tracąc nad sobą kontrolę. Ledwie przed paroma minutami truchlał na myśl o Śniących, a teraz gniew kwasem palił mu trzewia, kiedy na jaw wyszły jego najpilniej strzeżone sekrety. - Skąd wiesz, że jestem półsmokiem? A przede wszystkim: co to za Ornament Zaklinacza, w którego posiadaniu rzekomo się znajduję?

Księcia nie wzruszyła ta agresywna postawa. Nawet się nie cofnął. Wskazał lewą dłoń elfa, spojrzenia nie spuszczając z lśniących gorączkowo zielonych tęczówek.

- Powściągnij swój gniew, Estalavanesie, i zachowaj go dla naszego adwersarza. Wiele z tych jakże cennych informacji dostarczył mi Artemon. To nie powód, by reagować tak emocjonalnie.

- Przyznaję, byłem zaskoczony że nie wypytujesz, ani nie zwracasz uwagi na to! - Nie wstając z ziemi, Est odsunął się i uniósł urękawicznioną dłoń. - Od początku zdawałeś się mnie znać. Już od chwili, gdy zobaczyłem cię w Twierdzy. Podszywałeś się wtedy pod jednego ze zwykłych braci i nie sprawiałeś wrażenia zaintrygowanego moją odmiennością. A przecież nie ma w Estarionie istoty, która nie roztrząsałaby mojego pochodzenia. Jak wiele wiesz, Aarimie? I jak wiele postanowiłeś zataić?

- Estalavanesie, wyjaśnijmy sobie tę kwestię. Nie dbam o wygląd istot zamieszkujących Khaldun, zważywszy, iż z pochodzeniem nikt nie…

- Daruj sobie te miałkie argumenty - wszedł mu w słowo rozsierdzony Est, groźnie błyskając kłami. - Nie jesteśmy głupcami. Nie pojmuję, dlaczego to robisz. Takim podejściem nie zyskasz ani lojalności, ani przychylności. Ukrywając prawdę, wzbudzasz tylko nieufność, moją i pozostałych.

Aarim zlekceważył jego ostry ton, choć Est dałby sobie rękę uciąć, iż dojrzał iskierkę gniewu w beznamiętnych złotych oczach.

- Wiem tyle, ile wiedział twój opiekun i nauczyciel – odparł sucho niebianin. - I racz zważać na emocje, zaklinaczu. Jesteś słabym ogniwem, a to dlatego, iż zbyt łatwo dajesz się im ponosić. Folgujesz uczuciom, które przesądzają o twoich czynach, co może okazać się zgubne dla nas wszystkich. Najlepiej dla całego Estarionu byłoby, gdybyś wyzbył się wszelkich słabości. - Aarim wstał i otrzepał spodnie z resztek błota oraz trawy. - Wówczas Śniący nie mieliby pożywki w postaci twych lęków oraz rozterek. Zapamiętaj, Estalavanesie, iż długowieczność jest największym przekleństwem, jakie podarowali nam Wszechmocni.

- Zaiste, sir Aarimie, doskonałe rozwiązanie! - Est poszedł za przykładem księcia i skoczył na równe nogi, nie zaprzestając cynicznego ostrzału mierzącego w szerokie plecy okryte błękitem. - Mam stać się bezosobowym bytem twojego pokroju, porzucić w cholerę tożsamość, którą z takim trudem wypracowałem i popełnić samobójstwo, rzucając się na szeregi tych popieprzonych horrorów! I w czym ta cała długowieczność mogłaby mi pomóc, skoro zginę tak samo, jak giną ludzie?! Błogosławieństwo czy przekleństwo, nieistotne skoro...

W porę pohamował emocje, które, zgodnie z opinią młodego rycerza, opętały go nie gorzej niż upiór. Co go napadło, by postępować w ten sposób? Nie powinien wyżywać się na kompanie, zwłaszcza że przyczyną jego rozgoryczenia była makabra utrwalona w wyobraźni.

- Przepraszam Aarimie, nie jestem sobą. To moja… - druga osobowość, chciał dodać, czym jedynie pogorszyłby swoją sytuację. Uchodził już za dość zwichrowanego, by wbijać jeszcze jeden gwóźdź do trumny ujawnieniem rozszczepienia jaźni. - Przecież nie muszę całkowicie się ich wyzbywać. Ty także się ich nie wyzbyłeś - zauważył znacznie ciszej, a usłużny wiatr porwał jego przypuszczenia daleko od uszu niebianina zmierzającego ku pasącym się nieopodal koniom.

- Pora wracać, Estalavanesie – polecił Aarim przez ramię, nie oglądając się na zażenowanego swym wybuchem chłopaka. - W drodze powrotnej zdecydujemy czy poinformować twych przyjaciół o tym co zaszło, o czyhającej w mroku obecności. Natomiast po obiedzie odbędziemy wspólnie naradę odnośnie dalszej trasy.

Est opieszale poczłapał za zleceniodawcą. Może i najgorsze minęło, pierwsze wrażenie wygasło niby żar z paleniska, ale podobnie jak ogień pozostawiło w duszy trwałe aż po kres życia piętno. Aarim miał rację, powinni jak najszybciej stąd odejść. Odjechać poza zasięg widma, które namieszało mu w głowie. Nieszczęsnego stworzenia, które otworzyło mu oczy na kolejną prawdę dotyczącą świata: nic nie jest tym, na co w wygląda.