środa, 29 lipca 2026
Przypadki bywają zabawne...
niedziela, 19 lipca 2026
~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 47 ~~
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
W sumie wstęp zabrzmiał cokolwiek... dramatycznie? Nie chciałabym, aby Czytelnicy byli rozczarowani, ale jakoś tak mi to przypasowało. Może lubię dramatyzować, nie wiem. W każdym razie Leos zmaga się z niespełnionym uczuciem do Esta oraz poczuciem,
że jest ciężarem dla grupy. Rozmowa z Aarimem dodaje jej otuchy i wzmacnia
jej ciche postanowienie. Natomiast zmęczony podróżą, targany wewnętrznymi problemami Est obserwuje napięcia i roszady sympatii między
towarzyszami. Na domiar złego dochodzi do ostrej sprzeczki między Colonellem a Aarimem, którą niespodziewanie ucina... Kto? Tego Wam nie wyjawię. Nie jestem ostatnio w nastroju na dzielenie się. Dowiecie się po przeczytaniu.
Zaklinacz Żywiołów - rozdział 47
Z pierwszym brzaskiem siodłali konie,
szykując się do nużącej podróży. Perspektywa niespełna siedmiodnia jazdy nie zrobiła
na Colonellu ani Aarimie najmniejszego wrażenia, za to Leos i Estalavanes żywili
poważne wątpliwości co do swojej żyłki podróżniczej. Szczególnie czarodziejka,
która niemal całe życie spędziła w miejscach oddalonych od siebie co najwyżej o
dzień drogi, nie licząc przyjazdu z Zielonych Bram do Adeili. Lecz tamta podróż
komfortowym zabudowanym pojazdem chroniącym przed wścibskimi spojrzeniami oraz kapryśną
aurą była tak odległa i nierzeczywista, jak gdyby tylko je wyśniła.
Była
wówczas zupełnie inną osobą: dziewczynką złamaną żałobą po matce, biernie ulegająca
naciskom bezdusznego ojca, półsierotą niemającą nikogo, do kogo mogłaby się
zwrócić. Niestety jedyny żyjący rodzic zmusił ją do życia pod fałszywym
imieniem w cieniu Kompanii Najemnej Niedźwiedzi. Tyrd Niedźwiedziogrzywy nie
przewidział jednak, iż pozostawiona sama sobie dziewczyna bardzo szybko nauczy
się dbać o własne interesy i potrzeby. Zbuntowana na tyle, by uciec, i
zdeterminowana do tego stopnia, by zamieszkać jako pustelniczka, doskonale
odgrywała rolę wiejskiej zielarki, rozwijając się pod opieką miejscowej znachorki.
I tak upływały spokojne lata, a wyrodny Tyrd nawet nie zauważył jej zniknięcia.
Długo cieszyła się upragnioną wolnością, aż pewnego dnia zjawili się oni: jej
niedoszły morderca w towarzystwie dziwacznego elfa. Razem. Dosłownie razem.
Z
ciężkim od nieodwzajemnionego uczucia sercem Leos popatrzyła ukradkiem na Esta.
Jego zręczne, nienaturalnie białe palce zaciągały ostatnie paski juków i upewniały
się, że tuleja pospolitego bojowego kostura jest należycie umocowana. Czarne
jak noc krótkie włosy przesłaniały duże kocie oczy oraz długie uszy i raz po
raz elf musiał odgarniać niesforne pasemka wierzchem skórzanej rękawiczki,
bezwiednie marszcząc przy tym brwi. W końcu uśmiechnął się pod nosem zadowolony
z efektów swojej pracy i poklepał wyszczotkowany bok karego ogiera.
Przyciągnięty
wzrokiem dziewczyny Est obrócił się w jej stronę i radośnie odsłonił kły, a ona
niczym wiejska panna spłoniła się, odwracając gwałtownie plecami. Powracały do
niej mgliste wspomnienia tego, co zdarzyło się w tych zimnych murach garnizonu.
Do niczego co prawda nie doszło, ale mogłaby przysiąc, że igiełka lodu na
wskroś przebiła jej serce. Zapragnęła raz jeszcze na niego spojrzeć, poczuć
łaskoczące motyle skrzydełka w brzuchu, ujrzeć jego piękną twarz, uszy, jakich
nigdy dotąd nie widziała, biegnące poziomo wzdłuż boków głowy i zwężające się
jak połówki migdałów. Zawsze zabawnie drżały, kiedy docierały do nich
najcichsze dźwięki, jak u spłoszonego królika.
Bez
udziału woli odszukała go wzrokiem, lecz pojawienie się Cola skutecznie ją
otrzeźwiło. Oto powód, dla którego ich wspólna przyszłość pozostawała
niespełnioną romantyczną fantazją. To nie tak, że życzyła temu człowiekowi
śmierci, ale gdyby go nie było, to może…
-
Leos? - Łagodny głos Aarima wyratował ją z okrutnych i przykrych rozważań.
Obejrzała się na mężczyznę zmierzającego ku niej z lśniącym bielą olbrzymem u
boku. - Wyglądasz na zmartwioną. Czy coś się wydarzyło?
-
Nie, Aarimie, dziękuję za troskę.
Nie
chciała, by dojrzał na jej twarzy coś, co mogłoby budzić jego podejrzenia, więc
wróciła do bezsensownego przeglądania toreb, które sprawdziła jakieś piętnaście
razy, byle zająć czymś ręce. Przywołała na usta delikatny uśmiech, co nie było
łatwe zważywszy na bliską obecność Esta oraz jej chwilowy spadek nastroju.
Aarim
nie dał się zwieść.
-
Jesteśmy drużyną, Leos. Nasze życia, podobnie jak powodzenie misji, zależą od
naszych wzajemnych relacji. Dlatego proszę, byś nie wahała się powiedzieć,
gdyby coś cię dręczyło.
Książę
podszedł bliżej, jednakże tym razem czarodziejka nie wyczuła jego prezencji w
swoim umyśle. Coś się zmieniło. I dostrzegła to natychmiast, kiedy mu się przyjrzała.
Sir
Aarim Asmodeusz, królewski spadkobierca oraz rycerz-dowódca garnizonu w Adeili
przewyższał urodą wielu znanych Leos mężczyzn. Chłopięcego Esta również, jako
że blizny po oparzeniach na policzku i brwi tylko przydawały dojrzałości
młodzieńczym, arystokratycznym rysom. Spoglądała prosto w oczy o złotych
tęczówkach, które bez oporów śledziły zmiany w jej mimice. Dobrze wiedziała, że
był równie bezwzględny, co niebezpieczny, a zarazem szlachetny i mądry, ale
mimo to zaufała mu, wypierając ze świadomości fakt, iż omal nie zabił chłopaka,
którego kochała.
Leos
patrzyła, jak jasne brwi unoszą się pytająco. Zawstydzona uciekła spojrzeniem, koncentrując
się na pasach siodła srokatego ogiera.
-
Dz-dziękuję - zająknęła się, zbyt mocno zaciskając popręg, aż koń parsknął w
proteście. Znów wyszła przy nim na głupiutką trzpiotkę. Nawet nie musiał używać
mocy, by wprawić ją w zakłopotanie. – Przepraszam…
-
Pozwól, pomogę. - Aarim puścił wodze Sena i stanął przy dziewczynie, która bez
słowa ustąpiła mu miejsca. - Zapewne nie czujesz się swobodnie w towarzystwie
trójki mężczyzn. Nie wątpię, iż odnalezienie się w naszym tempie oraz sposobie
życia stanowi dla ciebie wyzwanie. - Jego wzrok ledwie zauważalnie prześlizgnął
się na wytatuowanego zwiadowcę.
-
Nie, to nie tak - zaprzeczyła skwapliwie, odruchowo podążając za jego
spojrzeniem. Colonell żywo gestykulował i rozbrajająco szczerzył zęby
opowiadając coś przyjacielowi, na którego białym obliczu gasł właśnie uśmiech,
powoli zastępowany pogłębiającym się niedowierzaniem. - Po prostu… Tak, muszę
się w tym wszystkim odnaleźć, Aarimie. Na razie czuję się jak jakiś rzep. Każdy
ma wyjątkowy talent, a ja…
Zamilkła,
ciemnoniebieskie oczy spuszczając na swoje splecione palce. Żal ucisnął jej
dziewczęcą pierś, a głos uwiązł w gardle, kiedy uwalniając dłonie kolejno
przyciskała płytki paznokci do opuszki kciuka. Dlaczego zwierzała się komuś, kogo
jeszcze niedawno uważała za chłodnego i zdystansowanego człowieka? Nawet nie
człowieka. Zerknęła spod brwi na niebianina i zbladła. Zdawał się uśmiechać. A
był to bardzo smutny uśmiech.
-
Leos, talenty mają niewielkie znaczenie. To doświadczenie zadecyduje o tym, czy
przetrwamy nadchodzący koszmar. Doświadczenie oraz wola współdziałania.
Młody
paladyn zwrócił pozbawioną wyrazu twarz ku dwójce najemników, jakby zastanawiał
się, na ile samowoli powinien im pozwolić. Podjąwszy właściwą decyzję, ponownie
skupił się na Leos. Złociste rzęsy opadły, gdy jego dłoń pokrzepiająco uścisnęła
drobny bark czarodziejki.
Niespodziewany
gest ze strony mężczyzny, który dotąd trzymał wszystkich na dystans, kompletnie
ją zaskoczył. Zamarła bez ruchu w obawie, że trzepoczące niby ptak serce wyfrunie
z jej piersi. Ręka Aarima była przyjemnie ciepła i lekka, zupełnie niepasująca
do jej wyobrażeń, do zimnej stali, w jaką zwykł ją oblekać. Czując jak
upstrzone piegami policzki płoną szkarłatem, przełknęła ślinę i popatrzyła na ramię
spowite błękitnym atłasem, po czym przesunęła wzrok wyżej. Dopiero teraz spostrzegła,
że Aarim nie założył pełnej zbroi płytowej. Za to ozdobił swój dzienny strój
wysokimi skórzanymi butami obitymi białą stalą oraz pasującymi do nich
rękawicami połączonymi z karwaszami sięgającymi łokcia. I tylko ta jedna dłoń była
nieosłonięta, jakby celowo nie zdążył jej...
-
Leos. - Czarodziejka wzdrygnęła się na dźwięk niskiego, beznamiętnego tonu. Znowu
dała się porwać bzdurnym marzeniom. - Wierzę w ciebie, tak jak wierzę w osąd
Estalavanesa dotyczący twojej osoby. Zatem ty także uwierz w siebie.
Gwarantuję, iż podczas wyprawy do stolicy doświadczysz więcej, niż
przypuszczasz. Niż chciałabyś. Niż ktokolwiek z nas by chciał - zakończył o
wiele za cicho, by dosłyszała jego ponuro brzmiącą przepowiednię.
Chwila
trwała, a dłoń ani drgnęła. Dziewczyna, wpatrzona w cudnej barwy oczy, nie
wyczuwała aury Aarima, esencja nie płynęła też z jego ręki. Był to zwyczajny gest
mający dodać jej otuchy. Gest istoty wyzbytej uczuć i emocji, nienawykłej do
okazywania troski w tak bezpośredni sposób, a jednak wbrew sobie wyginającej
kąciki warg w smutnym uśmiechu. Dlaczego znów smutnym?
Już
otwierała usta, by zadać to nurtujące ją pytanie, kiedy gromki śmiech przerwał ich
nieoczekiwany moment bliskości. Książę cofnął się. Kontakt został boleśnie
zerwany, pozostawiając zanikające wrażenie jak z sennego widzenia.
-
Jak rany, Col, ty naprawdę masz coś z głową! - Est w czarny skórzanym pancerzu
prowadził konia w kierunku czarodziejki i paladyna. Otarł zbłąkaną łezkę z
policzka i nie przestając chichotać, nieudolnie starał się utrzymać wzrok na idącym
obok przodowniku. - W Pozaświecie powinni przygotować dla ciebie specjalne
miejsce!
-
Zawczasu je przygotowali, ale boją się mnie tam sadzać! – zripostował Col. - Przynajmniej
dobrze zacząłeś dzień, Esti. I nie musisz się już martwić o zszarganą jak
poduszka reputację!
Jowialny
uśmiech nie schodził z jego brodatej twarzy, gdy wraz z końmi zatrzymali się
przy pozostałej dwójce. Nawet pociemniały wzrok Aarima nie był w stanie zepsuć zwiadowcy
humoru. Patrząc na przybitą siostrę musiał wytężyć siły, by pohamować kolejny wybuch
wesołości.
-
Ruszamy? – spytał. - Słońce przebija chmury na wschodzie, a droga już wzywa.
-
Konie zatęskniły za odrobiną ruchu, a on to już na pewno. - Est kciukiem
wskazał podrzucającego grzywą ogiera. Wyczesane czarne fale rozsypały się po
zgrabnym pysku, przysparzając zwierzęciu kłopotu.
Leos
ostatni raz zajrzała w rozświetlone szczęściem oczy Esta i odwróciła wzrok.
Musi być silna, z czasem jednostronne uczucie wygaśnie. Tymczasem powinna zadbać
o siebie, by nie stać się balastem i problemem dla reszty, szczególnie że Aarim
pokładał w niej wiarę. Ostatecznie sama chciała z nimi jechać, toteż nie ma
prawa narzekać. I jak do tej pory była silna, tak teraz musi być jeszcze
silniejsza. Zresztą, nie na darmo zyskała przydomek Małej Niedźwiedzicy!
Umocniona
w swoim postanowieniu piromantka wspięła się na siodło i usiadła jak najwygodniej
na niezbyt miękkim siedzisku. Zmierzyła z góry trójkę mężczyzn i z dumnym
grymasem rzuciła lekko, przypieczętowując złożoną samej sobie obietnicę:
-
To na co czekamy? Czas ucieka, droga szeroka, a gospoda sama do nas na nocleg
nie przyjdzie.
-
Podoba mi się jej postawa - skomentował głośno Colonell, szturchając Esta pod
żebra. – Dzień dopiero się zaczął, a ona już o spaniu.
Gniada
klacz obróciła łeb, by spojrzeć na sadowiącego się w siodle człowieka. Karego
ogiera wręcz rozpierała energia, przestępował z jednej kudłatej nogi na drugą, ani
myśląc słuchać półsmoka. I tylko biały rumak stał niby wykuty w
najprzedniejszym marmurze, gdy dodatkowy ciężar spoczął na jego szerokim
grzbiecie.
Est
już od wczoraj baczniej przyglądał się zachowaniom Leos i Aarima. Niebianin przypatrywał
się dziewczynie z nieodgadnionym wyrazem, najwyraźniej potraktował jego radę
poważnie, nikogo bowiem nie poddał działaniu sondy emocjonalnej.
Mieszkając
i pracując w noclegowni biały elf nabył kilka przydatnych umiejętności, a jedną
z nich była zdolność niezauważalnego obserwowania otoczenia. W ramach rozrywki
oraz dla własnego bezpieczeństwa podglądał poniektórych gości przybytku; nic
się przed nim nie ukryło, kiedy bystro wypatrywał wszystkiego, czego ludzie nie
chcieli ujawniać. Obserwowani nawet nie poczuli jego wzroku, ale Est musiał być
niezwykle ostrożny. Było to męczące, niemniej dawało satysfakcjonujące rezultaty.
Dzięki
temu nie umykało mu żadne ukradkowe spojrzenie, jakie na każdym kroku posyłała
mu Leos, lecz bardziej intrygowała go zmiana w podejściu Aarima do czarodziejki.
W końcu używał słów zamiast tej nieszczęsnej niebiańskiej magii. Stawał się
bliższy ludziom i na dłuższą metę nie wiadomo czy było to dobre posunięcie, czy
też nie. Nie jemu sądzić nieludzkie istoty w ich staraniach odnalezienia w
sobie człowieczeństwa. Sam pragnął przypominać człowieka, więc nie mógł za to krytykować
innych.
Jak
na ironię, gdy wreszcie chłopak przestał się zadręczać, wici aury Aarima wniknęły
do jego umysłu. Est potarł twarz dłonią w rękawiczce i warknął z rezygnacją,
próbując odzyskać kontrolę nad emocjami. Sonda mentalna była mu solą w oku i
musiał mieć się na baczności, by nie przyzwyczaić się zanadto do niechcianej
obecności - trzeciej, jak by nie liczyć - co mogło okazać się zgubne. Był
najsłabszym ogniwem, jednostką wyjątkowo podatną na atak i choć Col uważał
inaczej, będzie zmuszony poprosić niebianina o kontynuację treningu mentalnej
odporności. W tej chwili ich wspólne przetrwanie było ważniejsze od zdania
partnera. Przetrwanie oraz dotrwanie do końca dnia w pozycji siedzącej i nie danie
po sobie poznać, jak wiele go to kosztowało. Regeneracja jest nieocenionym darem,
ale nie znaczyło to, że przywykł do bolączek, których fizyczna odnowa nie
dotyczyła…
Wierzchowce
same ruszyły za majestatycznym Senem i Est nie musiał dzielić uwagi między
opanowaniem wyrywającego do przodu karego a poszukiwaniem wolnej przestrzeni na
coraz tłoczniejszej ulicy przed nimi. Kusiło go, by zerknąć do tyłu na ogromne
mury garnizonu ze strzelistymi wieżami Katedry Tarthosa, lecz bał się, że
będzie to ostatni raz, kiedy je widzi. Wolał odłożyć to na później, gdy wrócą
cali i zdrowi. Bo wrócą. A przynajmniej gorąco w to wierzył.
-
Źle się czułem oglądając te mury od wewnątrz.
Est
odwrócił się, słysząc dobiegający z prawej baryton partnera. Col wydawał się
zasępiony. Jego wzrok przygasł pod zmarszczonymi brwiami, gdy zajrzał w
jasnozielone oczy półsmoka. Nie spojrzy w tył. Niedźwiedzie nie oglądają się za
siebie.
-
Za dzieciaka widywałem je z zewnątrz i żałuję, że tak nie zostało. Gdybym miał
wybór, nigdy bym tu nie wrócił.
To ja nie dałem ci wyboru, Col. - Uszy Esta opadły smętnie. Pociągnął lekko za jeden z białych
płatków garbiąc się przy tym w siodle. Całe
życie odmawiano mi prawa wyboru i teraz ja sam odbieram tę możliwość
najbliższym. Mistrzu, czy na tym polega odpowiedzialność? Na decydowaniu w
imieniu reszty? Skoro tak, to nie nadaję się do tego…
***
Bez wątpienia Est był najsłabszym
ogniwem, zwłaszcza jeśli chodzi o wytrzymałość w siodle i chociaż usiłował utrzymać
pozory dziarskiego oraz zrelaksowanego jeźdźca, to w rzeczywistości marnie mu
to wychodziło. Dla oderwania myśli od bolących partii ciała postanowił
przywołać rozkoszne wydarzenia minionej nocy. Jak na złość, jako pierwsze nasunęły
się akurat te, których sobie nie życzył...
Nie
mógł przeciwdziałać przemianom następującym w nim pod wpływem trudnych emocji. Wkrótce
druga tożsamość zacznie przejawiać się z większą częstotliwością, lecz chciałby
zyskać pewność, że zdoła nad nią zapanować w krytycznych sytuacjach. Nazywał to
drugą tożsamością, choć nie wyczuwał już drugiego “ja” - jakby stali się jednym
i tym samym, a on, chcąc nadać temu sens, rozgraniczył swą jaźń na tę dobrą
oraz złą. Jeżeli jego rozumowanie było poprawne, skrajne uczucia wyciągały na
światło dzienne groteskową, potworną naturę, coś na podobieństwo
skomplikowanego systemu obronnego. Na szczęście wsparcie Cola oraz jego niezachwiana
miłość łagodziły najgorsze skutki, jakie niósł ze sobą ów wewnętrzny konflikt.
Rzecz
jasna Est mógł się mylić, co było całkiem prawdopodobne, aczkolwiek będzie opierał
się na tej teorii do momentu potwierdzenia jej w kolejnych przypadkach,
ewentualnie do następnego razu, który przybliży go do odpowiedzi. Tak jak mawiał
mistrz: nie pozna prawdy, jeśli nie będzie jej dociekał.
Myśl
o Magu, w pamięci Esta nigdy nie będącym Artemonem, wyrwała go z odrętwienia. Miał
przy sobie jego dziennik, wystarczyło po niego sięgnąć, by zgłębić najskrytsze
myśli człowieka, który w przeciągu roku urósł w jego sercu do rangi przybranego
ojca... Wzbraniał się przed tym. Nie miał odwagi dotknąć książki choćby palcem z
obawy, że odeśle starca do przeszłości, w Pozaświat. Pragnął wierzyć, że w ten
sposób uchroni mentora przed śmiercią i że kiedyś się zobaczą, gdyż nie
pozostało mu nic poza wspomnieniami, do których mógł wracać podczas medytacji.
Est
miał już dosyć przytłaczających rozmyślań, a jego nastrój stale pogarszały
obolałe mięśnie zesztywniałe od podrygiwania na twardym końskim grzbiecie. Z
zazdrością patrzył na Colonella, który po paru godzinach jazdy trzymał się w
siodle równie prosto jak na samym początku. Aarim w niczym mu nie ustępował; obaj
wysforowali się na sam przód, zachowując od siebie niezmienną odległość całej
szerokości drogi. Nie był to wynik przezorności. Leos i Est mogli wjechać
między nich i jeszcze zostałoby miejsce dla nieznajomego nadciągającego z
naprzeciwka - gdyby ktoś taki się pojawił. Lecz, co dziwne, trakt był opustoszały,
nie licząc ich czwórki. A może to normalne w tych stronach? Nadejście wieczoru
nie sprzyja urządzaniu wędrówek i przejażdżek z przystankiem w lesie.
Jak
dotąd minęli trzech mieszczan załatwiających swe sprawy w pobliskich wsiach
oraz jeden powóz na resorach należący do słusznego wiekiem szlachcica. Żaden z
podróżników nie zagadywał ich, ograniczając się do zdawkowych uprzejmości.
Chłopak pomyślał wtedy o komfortowej podróży jaką odbył niemal identycznym
pojazdem z lordem Henendrikiem II z rodu Halavar i żałował, że nie mogą dostać
się do stolicy w większej wygodzie niż podskakując w siodłach, wystawieni na
niepogodę oraz ciekawskie spojrzenia.
To
nie tak, że Est wysoko cenił luksus. Zwyczajnie nie nawykł do długiego
przebywania w jednej pozycji na wciąż poruszającym się zwierzęciu, podrzucany i
wstrząsany jak skrzynia na pace furmanki. Uwielbiał ruch i nawet medytacje
negatywnie odbijały się na jego samopoczuciu, choć nie tak bardzo jak jazda
konna. Kochał konie, ale naiwnie zakładał, że będzie to doznanie mniej więcej
takie samo jak one, czyli wspaniałe.
Biorąc
się w garść, zaczesał włosy i zganił się za marudzenie. Nawet przyjaciółka
jadąca tuż przed nim lepiej to znosiła. Albo umiejętnie się kamuflowała. Nie
mógł zaprzeczyć, że cokolwiek by nie robiła, wychodziło jej to bez zarzutu i
wypadał na jej tle nader kiepsko, jak jakiś rozpieszczony paniczyk.
Bezczynność
także odegrała rolę w bezgłośnych utyskiwaniach półsmoka. Mimo uroku i piękna
wonnych łąk skąpanych w promieniach zachodzącego słońca, znudzony przetarł ciężkie
powieki i ziewnął przeciągle. Był bardziej wyczerpany niż jego koń, lecz nie na
tyle, by nie dostrzec jak Col podjeżdża do księcia i nieznacznym skinieniem ręki
w strzeleckiej rękawicy przykuwa jego uwagę. W tej chwili wszystko było
ciekawsze od wydeptanej drogi i wysokiej trawy, toteż Est bez namysłu popędził
karego nie chcąc uronić ani słowa z ich rozmowy. Odnosił wrażenie, że źle się
to dla nich obu skończy.
Colonell
z wyćwiczoną obojętnością zwrócił się do zleceniodawcy, nie przestając
lustrować ciemniejącej gęstwiny pochłaniającej drogę.
-
Jazda przez las o tak późnej porze to proszenie się o nieszczęście, paladynie.
-
Wieczór nie ma się ku końcowi, przodowniku. - Aarim pozostawał równie oschły, a
w przekonaniu podążającego za nimi półsmoka niebianin doprowadził tę cechę do
perfekcji. I zaprezentował ją w pełnej krasie wraz z lekceważącym spojrzeniem
wbitym w drogę. – Dotrzemy do gospody przed zmrokiem.
-
Od wielu godzin nie widzieliśmy na trakcie żywej duszy - zaznaczył z naciskiem
Col, rozglądając się po drzewach występujących w coraz większych skupiskach.
Niebawem wjadą do lasu, a baldachim liści zasłoni niebo, kryjąc ich w kompletnych
ciemnościach. - Możemy wpaść w zasadzkę.
Aarim
był jednak nieugięty.
-
To zrozumiałe, Colonellu, w porze wieczornej mało kto zapuszcza się w las. Dla
uspokojenia dodam, że leśny trakt jest prosty, zatem jeśli zajdzie konieczność
ucieczki, to konie z łatwością przebędą szlak cwałem bez ryzyka okulawienia.
Zaręczam, iż tylko obłąkany człowiek porwie się na czterech uzbrojonych jeźdźców,
z których jeden przynależy do bractwa zakonnego.
Przyczernione
oczy zwiadowcy zwęziły się z irytacją, w skupieniu przeczesując teren przed i
wokół. Col wprawnym ruchem rozpiął broszę cętkowanej peleryny, w razie nagłej
potrzeby zapewniając sobie dostęp do bandoliera z nożami oraz sztyletów u pasa.
Łuk wisiał przy siodle, nie mniej śmiercionośny niż zimna stal na piersi i
biodrach.
-
Widać nie orientujesz się w zasadzkach urządzanych na przejezdnych – wytknął mu
z uporem Col. - Rozbójnicy wykazują się nie lada kreatywnością, zwłaszcza wobec
niczego niepodejrzewających ofiar. Nie wspominając o grasantach.
-
Wiem dość, by twierdzić, że nie ma tu rozbójników, przodowniku. - Aarim obrzucił
Colonella niechętnym spojrzeniem. Od lat czuwał nad tymi ziemiami, a wszelkie
akty anarchii oraz agresji skierowanej przeciwko ludności cywilnej czy zakonowi
bezzwłocznie tłumił, dlatego nadmierna ostrożność kompana była dlań niepojęta.
- Ponadto nie stało w raportach, by w okolicy dostrzeżono grasantów. To
bezpieczna trasa.
-
Zapewne w tych samych raportach nie stało także o dezerterach w kanałach Adeili.
- Najemnik podniósł głowę i wzrokiem spiorunował niewzruszonego rozmówcę. Już
dawno miał ochotę zacząć ten temat, lecz aż do teraz nie było ku temu
sposobności. - Tam też nie ma rozbójników, jest za to siatka rajfurów, rekieterów,
złodziei i morderców za nic mających zakutych w stal tępaków na górze.
Niebianin
nie dał się sprowokować. Niemniej wytykanie słabości przez człowieka wciąż
popełniającego ten sam błąd nie mogło pozostać bez odpowiedzi.
-
Spieszę zauważyć, iż sam się do nich zaliczałeś, Colonellu. I byłbyś przypłacił
to życiem, gdyby nie interwencja Kompanii Najemnej Niedźwiedzi.
-
Było, minęło, bardziej interesuje mnie twoje przymknięte oko na morderstwa i
rozpustę. Nie poradziłeś sobie z własnym miastem, a zamierzasz podważać moje
kompetencje?
-
Zatem to jest twoją bolączką, przodowniku. W mojej ocenie tym, kto podważa twe
kompetencje, jesteś ty sam.
Złote
oczy błysnęły gniewnie, kiedy Aarim z rosnącym napięciem wpatrzył się w
wytatuowane śniade oblicze, próbując wyczytać z niego więcej za pomocą
nieustępliwej aury. Jednakże jedyne, co odnajdywał we wnętrzu człowieka, to
skumulowane złość oraz bezsilność, w zbyt dużej dawce przechodzące na niego
samego. Jeżeli nie chciał się zapędzić, powinien tymczasowo zaprzestać
sondowania awanturnika. A także ukrócić jego buntowniczą manierę oraz przypomnieć
mu, iż dowództwo nie podlega dyskusji.
Gniada
potrząsnęła łbem podzielając zdenerwowanie jeźdźca, mimo to stąpała lekko po
ubitej ziemi tuż obok białego ogiera. Colonell przechylił się w siodle,
zniżając głos do groźnego półszeptu.
-
Nie podważam moich kompetencji, Wasza Książęca Mość, ani niczyich innych.
Jednak kiedy słyszę, że droga przez las jest prosta i można przewalić na
przełaj w razie zagrożenia, to krew się we mnie gotuje. W najlepszym wypadku
pozbędziemy się koni. W najgorszym ktoś straci życie.
Est
siedział im prawie na ogonach. Z niepokojem wsłuchiwał się w ostrą wymianę zdań,
wodząc wzrokiem od jednego do drugiego. Niepewność wyparła zmęczenie, a serce zabiło
mocniej na brzmienie głosu partnera. Wiedział, o co mu chodziło i rozumiał,
dlaczego ten temat wypłynął właśnie teraz. Dziwić mogła kwestia dlaczego dopiero teraz. Tożsamość ofiary z Adeili
nie była chłopakowi znana, za to dla Colonella musiała być kimś wyjątkowym i
bardziej wartościowym, niż mężczyzna skłonny był przyznać. Aczkolwiek Est nie
mógł kategoryzować jej w ten sposób, z pewnością w Adeili dochodzi do wielu
przestępstw i morderstw, więc każda ofiara miała prawo oczekiwać
sprawiedliwości Zakonu Paladynów, nie tylko ta jedna. Lecz nie potępiał
przyjaciela. Gdyby to jemu zamordowano kogoś bliskiego, osobiście szukałby
zemsty. A Col nie mógł tego zrobić, ponieważ jego życie nie należało już
wyłącznie do niego.
Z
ukłuciem wstydu Est odkrył, że lojalność kochanka bardzo mu schlebia, stawia go
bowiem wyżej nad osobą, po śmierci której mężczyzna oszalał z żalu i
potęgującej agresję toksyny. Doprawdy powód do dumy: być kimś ważniejszym niż
zmarła kobieta. Jak rany...
-
Powtarzam po raz ostatni, Colonellu: jedynym uzbrojonym człowiekiem, na jakiego
możesz się tu natknąć, będzie myśliwy z okolicznej osady kontrolujący populację
drapieżników...
Tętent
wymijającego ich galopem łaciatego ogiera zagłuszył dalszą wypowiedź Aarima. Zatrzymując
wierzchowca w poprzek drogi czarodziejka częściowo zatarasowała przejazd,
mierząc obu mężczyzn wściekłym spojrzeniem burzowych oczu. Z rozwianymi na
wieczornym wietrze miodowymi włosami i zaciętym wyrazem twarzy, odziana w
czerwone szaty piromantki była boginią ognia mająca zaraz uciszyć
przekrzykujących się heretyków.
-
Zamknijcie się obaj, natychmiast! - huknęła tonem, o jaki nikt nie posądzałby
tak drobnej osóbki. - Jeżeli ktoś faktycznie czeka w tym lesie, to wasze
kogucie pianie już nas zdradziło! – Jej granatowe od ledwo powstrzymywanej
furii wejrzenie wypalało w zwiadowcy dziurę na wylot, a kiedy utkwiło w
paladynie, nie zostawiła na nim suchej nitki. - Colonell słusznie mówi, lepiej
zachować ostrożność niż potem salwować się ucieczką, ryzykując końmi i życiem.
Co w ciebie wstąpiło żeby postępować tak lekkomyślnie?! Pojęcia nie mamy co
przyjdzie nam tam spotkać!
Konie
przystanęły, strzygąc uszami. Obsztorcowani mężczyźni spoglądali na dziewczynę
z mieszaniną oszołomienia i nieśmiałego podziwu. Colonell wiedział, czego się
po niej spodziewać, natomiast Aarim pierwszy raz miał okazję widzieć ją rozjuszoną.
I kłamstwem byłoby powiedzenie, że ten przejaw stanowczości nie wzbudził w nim
mimowolnego uznania. Młodziutka Leos Niedźwiedziogrzywa odznaczyła się siłą
charakteru niezbędną do przetrwania kolejnych dni albo miesięcy, w zależności
od rozwoju wydarzeń. Zdobyła się na odwagę, by wkroczyć między nich i uciąć bezcelową
kłótnię, jednocześnie poskramiając ich męską hardość.
Est,
postronny obserwator całego zajścia, nadal trzymał się trochę z tyłu. Leos
ubiegła go, udzielając sekutnikom srogiej reprymendy, był jednak z tego
zadowolony, gdyż nieświadomie wywołała efekt, jakiego on sam by nie osiągnął. I
równocześnie udowodniła, że nie jest delikatnym, posłusznym mężczyznom dziewczątkiem.
Książę ma niemały orzech do zgryzienia, bo wreszcie przekonał się, że ta niepozorna
dziewczyna potrafi wysunąć ostre pazurki.
Nieco
im współczuł słuchając tyrady, a gdy Col i Aarim wymienili niepewne spojrzenia,
jego uśmiech jeszcze się poszerzył. Przeczuwał, że docieranie się tych dwóch
władczych charakterów będzie długie i żmudne, o ile w ogóle dojdzie do skutku.
Obaj chcieli dowodzić i żaden nie podda się bez walki, a wkrótce ich awantury przybiorą
agresywny wymiar. Co prawda Aarima niełatwo było wyprowadzić z równowagi, lecz
Colonell umiał przywalić z całą mocą argumentu w najmniej dogodnym momencie…
-
A teraz ostrożnie wjedziemy do tego przeklętego lasu, gotowi na wszystko: od
ciemnej nocy po rozbójników - ciągnęła Leos nie tracąc nic ze swojej
apodyktyczności. - Jeśli droga będzie bezpieczna, przyspieszymy za radą Aarima,
jeśli nie, to chyba wiemy co robić. - Rozdała ostatnie karcące spojrzenia i
zawróciła konia, podstawiając go tuż obok winszującego jej białego elfa.
Przodownik
i paladyn nie obejrzeli się za siebie. Słowem się nie odezwali, tylko ponaglili
wierzchowce do żwawego kłusu i rozjechali na boki, byle dalej od siebie.
Est,
wciąż głupkowato wyszczerzony, odczekał kilka oddechów i uciskiem kolan zachęcił
karego rumaka do zwiększenia tempa. Obrócił się do Leos, mrugając
porozumiewawczo.
-
Nieźle ich ustawiłaś, aż obu mowę odjęło! – zachichotał. Odetchnął wieczornym
powietrzem, wyciszając napływające emocje i dając towarzyszce czas na uspokojenie
nerwów. - Mnie nie wzięliby na poważnie. Bo przecież nie wyglądam poważnie.
-
Est, proszę cię, nie jestem w nastroju na żarty. Poza tym zrobiłbyś to samo na
moim miejscu.
-
Zgadza się, chciałem, ale mnie uprzedziłaś. Nie uzyskałbym jednak tak
spektakularnego efektu. W moim przypadku przez związek z jedną stroną konfliktu
wydałoby się to nieszczere.
Niepewność
odpuściła, na chwilę pozwalając półsmokowi przejąć władzę nad przytępionymi
zmysłami. Musiał być czujny, ponieważ nocny las, nawet tak niewielki jak ten,
to nie tylko drapieżne zwierzęta. To również bestie skryte pod ludzkimi
powłokami. I te dawno już nieżyjące, kroczące w ślad za nimi.
-
Wydaje mi się – dodał ciszej – że są już zmęczeni tą ciągłą jazdą i wszystko
zaczyna ich denerwować. Cola rzadko ponosi, niestety Aarim to dla niego
prowokacja sama w sobie.
-
Boję się myśleć co się wydarzy, kiedy… - Leos przerwała, zapatrzona w gąszcz.
Jadący przed nimi Col i Aarim znikali już w zagajniku niczym w paszczy
olbrzymiego potwora, aż przebiegł ją dreszcz na to porównanie. - Kiedy dojdzie
do najgorszego - dokończyła drżącym szeptem.
-
Wiesz, Leos? Też się boję. Ale nie o to, że się pozabijają. Jestem przekonany,
że Col oddałby życie za Aarima, ale za nic tego nie powie.
Est
przechylił lekko głowę, koncentrując się na majaczącej w ciemności zszarzałej
sylwetce ukochanego. Naszła go chęć rozmasowania jego napiętych barków, szepnięcia
czegoś miłego do ucha, dotknięcia zarośniętego policzka...
I
nim się zorientował, wiatr uczynił to za niego.
Colonell
spiął się nagle w poszukiwaniu niewidzialnego napastnika. Nie dostrzegłszy
nikogo, przetarł policzek i obejrzał palce, niczego jednak nie znajdując.
Niespokojnie rozejrzał się na boki i w górę, natychmiast alarmując rycerza.
Przydymione
szmaragdy napotkały książęce złoto. Obaj popatrzyli na siebie, nasłuchując
pośród stukotu kopyt, lecz nic nie wskazywało na obecność ukrytych w mroku bandytów.
Sowy pohukiwały pośród szumu liści, ptaki krzyczały w koronach drzew nawołując
się nawzajem, a świerszcze koncertowały popisowo.
Est
zasłonił oczy dłonią i z trudem powstrzymał śmiech, gdy Col odwrócił się do
niego. Człowiek w lot wszystko pojął. Lekkie skrzywienie jego ust mówiło językiem
duszy. Nie gniewał się, pokręcił tylko głową dalej jadąc przed siebie.
Niewątpliwie poprawił mu się humor po tym małym przedstawieniu.
Colonell
wreszcie się odprężył i spojrzał przepraszająco na Aarima. Ten prychnął, co w
jego wykonaniu uchodzić mogło za namiastkę wesołości. Dźwięk tak niespotykany,
że trudny do pomylenia z jakimkolwiek innym odgłosem.
-
Co się tam właściwie stało? - zmieszana Leos nie wiedziała na kogo patrzeć.
-
Pajęczynka. - Est parsknął na tyle głośno, że słychać go było na samym przodzie.
Jego skaleonie ślepia iskrzyły ledwie tłumionym rozbawieniem. - Colonell
wjechał w pajęczynkę.
Odkrył
sposób na pocieszenie partnera. Wydawało mu się to na tyle urocze, że
postanowił korzystać z tej umiejętności przy każdej nadarzającej się okazji,
pomijając oczywiście te, które wymagały od Cola absolutnej uwagi. I nie za
często, co by im prędko nie spowszedniało, ale na tyle, by pozostało ich małym
rytuałem. Zupełnie jak piórko Colonella.
czwartek, 9 lipca 2026
No już już, budzimy się ludzie!
Zastanawia mnie, kiedy ludzie obudzą się z tego masowego szaleństwa zwanego mediami społecznościowymi i zaczną żyć po swojemu, bez presji, nacisków i przymusu, bez fałszu, hipokryzji i obłudy. Czy jeszcze pamiętają, co znaczy "po swojemu"? Nie porównując się do nikogo ani nie pędząc na złamanie karku w zdobywaniu kolejnych nie dających im szczęścia ani satysfakcji (cudzych) osiągnięć...?
Nie jestem dobrej myśli, choć nadziei całkowicie jeszcze nie straciłam.
Ostatnio wywołałam uśmiech ludzi i miłe komentarze w windzie swoimi klapkami. Jeden czarny, drugi żółty. Jeden z napisem lewy, a drugi - prawy. Bardzo je lubię. A teraz lubię je jeszcze bardziej.
Jakiś czas temu w pracy moja koszulka z artystycznym nadrukiem Apolla spotkała się z głośnym uznaniem zupełnie obcej pracowniczki. Zrobiło mi to dzień.
Jakoś rok temu w windzie w pracy, przy wszystkich, pewna dziewczyna pochwaliła mój top w wielokolorowe paski. I podobno nawet się zarumieniłam, bo była fajna. I ta dziewczyna, i moja koszulka.
Mogłabym przywołać nieco więcej takich sytuacji z pamięci, ale nie to jest moim celem. Chodzi o to, że są jeszcze ludzie nawiązujący miłe/sympatyczne/przyjazne interakcje społeczne poza gównianymi socialkami. I ja też próbuję takim człowiekiem się stać, choć jest to bardzo trudne. Mam opory przed nawiązywaniem kontaktu wzrokowego, często martwię się, że mój uśmiech, choć naturalny, wychodzi dziwnie, niezręcznie i mnie oszpeca. Ale próbuję. Staram się. Walczę. I chyba nawet mi to wychodzi. Na mój indywidualny sposób. Po swojemu właśnie, nie poddając się krytyce i zalewającemu mnie zewsząd marudzeniu, nerwowości i napięciu zupełnie obcych ludzi z otoczenia sąsiedzkiego, miejskiego czy służbowego.
A wiecie, co jest najbardziej zabawne i absurdalne? Że czyjś dobry nastrój i humor jeszcze bardziej tych zmierzłych ludzi wkurwia ಠ_ಠ
🎵 Lyfe! - Alpine Universe 🎶
sobota, 4 lipca 2026
~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 46 ~~
Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Zaklinacz Żywiołów - rozdział 46
Przejście Estalavanesa w głąb
podświadomości nałożyło się w czasie z odpoczynkiem czarnego smoka, który
przysiadł na piętach i wyprostował grzbiet, przyjmując najwygodniejszą dlań
pozycję.
Imt
zmrużył zielone oczy, niemal natychmiast łącząc się w harmonicznym splocie z
osnową otaczającej go przyrody. Ciemność miękkim pledem otuliła zwalistą, prawie
nagą postać. Cisza przejęła go całego, rezonując w milczącym wnętrzu
dostrojonego umysłu. Zapachy stały się subtelnymi aromatami życia ukojonego
poczuciem bezpieczeństwa podczas nocnego wypoczynku. Chłodny wiatr pieścił
odsłoniętą skórę i wprawiał krucze włosy w ruch, muskając blade skronie oraz
policzki humanoida.
Przestał
istnieć dla świata zewnętrznego, lecz nie znaczyło to, że świat zewnętrzny
przestał istnieć dla niego. Nadal odbierał wszelkie docierające doń bodźce,
przetwarzał je i rejestrował, informując czuwającą świadomość o zmianach następujących
w sferze fizycznej.
Aczkolwiek
jednej obecności w pobliżu nie był w stanie odnotować.
Spacerujący
Lucius przebył wyłożoną kruszonym kwarcem ścieżkę i wkroczył na wygiętą
wdzięcznym łukiem kładkę z wiśniowego drewna. Jego stopy w jedwabnych
pantoflach nie czyniły najlżejszego szmeru, kiedy wspinał się na filigranową
konstrukcję rozpiętą między przeciwległymi brzegami zadbanego stawu. Pojedyncza
deska nie skrzypnęła gdy przystawał, by zapalić kolejne latarenki, aż wkrótce sześć
pomarańczowych lampek umiejscowionych w równych odstępach opromieniało
krystaliczny akwen tonący w zieleni zamkniętych nenufarów.
Młody
mężczyzna o niezwykłym spojrzeniu schował pudełeczko siarkowych patyczków w
kieszonce wewnątrz luźnego rękawa i z szelestem karmazynowego jedwabiu zawrócił
na środek kładki. Wypatrzenie medytującego smoka nie zajęło mu wiele cennego
czasu, toteż spędził jeszcze chwilę na obserwacji. Rzadko miewał sposobność
ujrzenia prajaszczura w tak zrelaksowanej pozie. Intrygował go ten widok. Nie
wiedział co mogło gnieździć się w umyśle istoty zmuszonej do egzystowania w
ciele podobnym ludzkiemu. Co też zaprzątało Najwyższego Kapłana Urory kontemplującego
w ogrodzie Śniącego? A jeśli nie myślał on o niczym, tylko wyciszał się przed
wielkim wybuchem, utwierdzał w słuszności własnego celu i dalszych dążeń?
Dla
Luciusa jasnym było, iż wydarzenia z ostatniego Smokosferium doprowadziły do
przedawnienia ideałów oraz wartości czarnego smoka. Imt wywołał, intencjonalnie
lub nie, krwawą rebelię, Konflikt Barw, który dopiero odciśnie piętno na istotach
dotąd żyjących w nieświadomości. Poczynił nieodwracalne szkody grożące całkowitym
wyginięciem smoczej rasy i zapewne doszedł już do konkluzji, w której to umowa
zawarta z Panem utraciła moc obowiązywania. Cóż zatem trzymało prajaszczura u
boku znienawidzonej istoty? Wierność? Przywiązanie? Strach przed wendetą nieokiełznanej
potęgi?
Młodzieniec o zabarwionej czerwienią karnacji wysunął dłonie
z obszernych rękawów i oparł je o lekką drewnianą barierkę. Intensywnie
wpatrywał się w siedzącego smoka; czerń okalająca złote tęczówki kipiała jak
otchłań Pozaświata szukająca drogi do krainy żywych. Lucius nie musiał używać
słów, by przywołać do siebie wybrańca. Ich więź wykraczała poza ramy
śmiertelności, dotykała bowiem samej Wszechrzeczy.
Imt
zadrżał, czując pod skórą mrowiące wrażenie bycia obserwowanym. Wyszedł z
transu i powoli obejrzał się w stronę, z której napływało dokuczliwe doznanie.
Latarenki na moście rozpraszały mrok, rzucając pomarańczowe błyski. A w półcieniu
pomiędzy dwiema z nich wyczekiwał go wysmukły niczym wiśnia młodzieniec. Smoka przeszył
dreszcz, aż zacisnął szczęki.
Pan
wzywał. A sługa słuchał.
Nie
każąc na siebie czekać, smok podniósł się z klęczek i ruszył wzdłuż ścieżki.
Krok miał sprężysty, był wypoczęty, jednakże lęk cichcem przemykał w jego duszy,
usiłując dostać się do bijącego mocno serca. Wciąż czuł na sobie wzrok Pana i
zaczynał zastanawiać się, jakież to ważne sprawy zmusiły Śniącego do
opuszczenia leża. Nadzwyczajnym było, aby Lucius wychodził ze swych kwater
nocą, kiedy to kumulował energię, odnawiał wici oplatające Estarion, obmyślał
plany i strategie oraz śledził cele.
Powściągliwy
uśmiech gościł na pięknej twarzy Śniącego. Smok skinął pokornie głową, unikając
hipnotyzującego wejrzenia “sojusznika”. Mimo to kątem oka zauważył, jak
delikatna ręka wskazuje na staw i podążając za nią popatrzył na zmarszczoną letnim
zefirem taflę wody. Po chwili stał tak, jak jego nieludzki towarzysz: z
olbrzymimi dłońmi na kruchej, rzeźbionej balustradzie.
Cień
niechęci przeciął chorobliwie białe oblicze Imta. Pan mógł milczeć. Mógł się
uśmiechać. Ale w każdym geście Pana kryło się przesłanie, zawoalowana
podpowiedź. Tak jak miało to miejsce właśnie teraz.
Pazurzaste
palce ścisnęły poręcz, gdy obrazy wymalowane na gładkiej powierzchni stawu nasunęły
nieprzyjemne skojarzenia. Odbity pomarańcz latarni tańczył ze złotem pektorału jak
płomienie pochłaniające skryte w ciemnościach kontury miast. Niemalże słyszał
ich ryk: gniewny, żarłoczny krzyk żywiołu. Nienasycony, domagający się większej
liczby ofiar. I chociaż panowała noc, królewskie karpie podpłynęły pod mostek
zwabione obecnością karmiciela. Śliskie białe kształty kotłowały się pod ich
stopami, nakrapiane czerwienią łuski połyskiwały w ciepłym blasku ognia.
Okrwawione nagie trupy niedbale rzucone do wody. Na ich tle majaczyła sina, odpychająco
zniekształcona falami postać oprawcy. Bestia. Rzeźnik. Smok. A przecież
prawdziwy potwór był tuż obok: olśniewająco piękny, wyzbyty niedoskonałości,
zwodniczo łagodny... Perfekcyjnie zamaskowane wcielenie zagłady.
Imt
przymknął powieki, ale nieproszone wspomnienia wracały doń w każdym kolejnym
przebłysku. Nie dbał o dwunogów. Pragnął ich śmierci. Pragnął odzyskać ziemie
dla krewniaków... Lecz po co im ziemia, skoro zmuszeni zostali ukrywać się
przed kuzynami? A przynajmniej do czasu, aż reszta nie wyrżnie się do sztuki. Wówczas
zawalczą o swoje i wyjdą ze starć bez ofiar.
Smok
westchnął. Muskularne, okryte pektorałem barki opadły nieznacznie, przyciągane
ku ziemi ciężarem odpowiedzialności. Nie otrzymał żadnych wieści od Wel.
Ostatnią, jaką jej przekazał, był nakaz schronienia się i przeczekania
pierwszej fali Konfliktu Barw, jak okrzyknęły tę wojnę smoki. Kilka dni później
uzyskał od niej współrzędne ich nowego lęgowiska oraz zapewnienie, że ani
pisklętom, ani starszym osobnikom nie stała się krzywda. A on nie miał możliwości
udania się tam, gdyż przezorny Pan nie spuszczał z niego oka.
Ale
to było wiele dni temu. Wiele dni, tygodni bez wiadomości z jej strony. A i on
nie mógł nawiązać kontaktu z nią. Pozostawało mu ufać, iż Czarna Barwa wystrzega
się mentalnego połączenia w obawie przed wykryciem łuny niesionej nurtem mocy.
Wel jest zapobiegawczą, rozgarniętą samicą. Poradzi sobie równie dobrze, jak
gdyby to on przewodził rodzinie.
Dwaj
mężczyźni trwali w milczeniu, pogrążeni w wizjach przyszłości malowanych
kolorami natury. Ciepły oddech lata szemrał wśród drzew, nadając scenie
surrealistycznego wydźwięku. Fałszywy spokój otaczał stojącą w płomieniach wodę
pełną pozbawionych życia ciał. Trupów walczących o miejsce u stóp
niewzruszonego Pana.
Ciche
tchnienie, łatwe do pomylenia ze szmerem wiatru, dobiegło od strony wysokiego
młodzieńca. Kiedy Imt zerknął ku niemu, stracił rezon. Lucius uśmiechał się
szeroko, a szaleńczy grymas dzielił jego urodziwą twarz na dwoje, ukazując
paskudne podwójne kły. A więc zaczęło się.
-
Coraz częściej wyczuwam poszukiwanego, Imcie - oznajmił Śniący melodyjnym, euforycznym
głosem. Złote dyski tęczówek żywcem pożerały spoglądającego nań smoka. - I to
zawsze, gdy ścierają się dwie moce, jakby nie mógł dojść do porozumienia z
samym sobą. Imcie, on nie przeczuwa jarzma pisanego mu przeznaczenia, nie zna
swego pochodzenia! A ja nie pojmuję, co wywołuje w nim tak silne wzburzenie, by
jego esencja gwałtownie wzrastała do poziomu przekraczającego wszelkie
ograniczenia. Dotychczas skrzętnie wtapiał się w nurt, lecz teraz… incydentalnie
sam się ujawnia. Nieświadomie. Rozkosznie nieświadomie.
Imt
nie odpowiedział. Chłonął strzępy informacji jakimi raczył go Lucius, gotów
uszczknąć z nich coś na własny użytek. Owszem, pisklę przełamało jedno z zaklęć
Ornamentu Zaklinacza - jakim sposobem, tego smok nie wiedział. Był jednak na
tyle rozeznany, by zakładać, iż poznało okruch prawdy o swej wybitnej proweniencji.
A cóż z nią uczyni, to już inna kwestia. Awatar Przeklętego nie powinien troskać
się o to, czy zostanie rozpoznany. To bez znaczenia. Tak jak znaczenia nie miał
posiadacz artefaktu. Liczył się finalny efekt. Liczyło się zwycięstwo Pana. I jego
własne.
Diaboliczny
uśmiech złagodniał, na powrót upodabniając Luciusa do sentymentalnego arystokraty.
Śniący podparł się łokciem o barierkę i ułożywszy podbródek na grzbietach
zgiętych palców, zapatrzył się w odległą ciemność. Znakomity nastrój nie
opuszczał go. Lejąca tkanina szkarłatnego rękawa zsunęła się w dół, eksponując
niemal kobiecy nadgarstek.
-
A to nie koniec pomyślnych wieści, mój miły - zaszczebiotał, z ukosa
spozierając na strapionego prajaszczura. - Mam baczenie na syna naszego umiłowanego
arcypaladyna. I to pod jego skrzydłami znajduje się poszukiwany. Wszystko
układa się tak, jak sobie zamarzyłem. Moje sny się spełniają. W przeciągu kilku
dni będę mieć ich obu w garści, albowiem sami do nas przybędą. Aż żal chwyta me
serce na myśl, iż ostatni akt nadejdzie szybciej, niżbym chciał. Z przykrością
przyjdzie mi dopełnić dzieła. Wręcz skłaniam się ku przedłużeniu tego
przedstawienia, by z przyjemnością patrzeć, jak wiją się i duszą z bezsilności –
rozmarzył się Pan. Jego głos z każdym słowem nabierał drapieżnej, przerażającej
nuty dudniącej głucho pod czaszką Imta. Bezdenna czerń oczu wyzierała z
martwego serca, szukając żywiciela dla rodzącego się koszmaru. - Pragnę napawać
się ich udręką, karmić bólem i cierpieniem. Chcę sączyć ich krew, spijać ją z
nich wraz z esencją życia. Cel jest bliski, tak bardzo bliski, że ekstaza
rozrywa mą pierś pospołu z energią mej żądzy! Widzę ich oczami upiora, Imcie,
lecz to mi nie wystarcza. Wyjdziemy im na spotkanie. Tak też zaplanowałem. A
ty, mój miły, staniesz u mego boku. Czarny smok, szara eminencja, biały
egzekutor. Jakże mi słodko…
Zimne
kropelki potu pokryły skórę smoka, a włosy porastające głowę nastroszyły się.
Imt nie rozumiał własnego ciała, które drżało z podniecenia, równocześnie
ściskając wnętrzności skurczem panicznego lęku. Uzbrojone w pazury dłonie
zaciskał tak spazmatycznie, że kunsztownie rzeźbione drewno niepokojąco zatrzeszczało.
Puścił więc oparcie i nie mając co zrobić z rękami, splótł je tuż pod krawędzią
wysadzanego szlachetnymi kamieniami pektorału. Nie znalazł w sobie odwagi, by
spojrzeć w obłąkane oblicze Śniącego, tylko łypał ku niemu spod ściągniętych
niepewnością brwi. I uzmysłowił sobie, dlaczego smoki wcześniej nie wystąpiły
przeciwko ludzkości. Bogowie władali mocą, na jaką nawet czerwone prajaszczury
musiały zważać.
Radosny
Lucius z łopotem powłóczystej szaty zwrócił się w kierunku sposępniałego kompana
i przechylając głowę, zajrzał w jego chmurną twarz. W tym momencie Śniący przypominał
niesfornego chłopca szykującego wyjątkowo złośliwy żart. Żart mogący kosztować
życie miliony istnień.
-
Jesteś mi potrzebny, Imcie – szepnął, przydając głosowi zmysłowego brzmienia. -
W moich prywatnych pokojach. Teraz.
Jak gdyby poza nami dwoma mieszkał
tu ktokolwiek inny,
byś potrzebował do tego prywatnych pokoi!
Smok
syknął. Zemdliło go już na samą myśl co może się zdarzyć, ale kolejne słowa
Pana zbiły go z tropu.
-
Już czas, abym przejął przewodnictwo nad mymi wiernymi. Zgromadziłem dość
energii, by objawić się im jako siła stwórcza, a nie wydumany bożek, do którego
zanosili swe modły. - Rdzawa opuszka pieszczotliwie potarła czubek smoczego
nosa. - Dostąp zaszczytu i pomóż mi przywdziać szaty godne boga, syna Tego,
Który Daje i Odbiera.
Żółtozielone
ślepia wytrzeszczyły się, choć odwracający się doń plecami Lucius nie mógł już
tego dojrzeć. Imt przypuszczał że Pan, będąc bogiem, był synem jednego lub
jednej z Wygnanych Wszechmocnych. Lecz nigdy by nie podejrzewał, iż zrodził się
on z woli samego Darczyńcy!
To
było jak siarczysty policzek dla najwyższego kapłana, brutalne przywołanie go
do porządku. Sinobiała dłoń powędrowała do ust. Dwa rzędy ostrych zębów
bezwiednie zatrzasnęły się na niej. Krew pociekła, brudząc tors powleczony złotem
i klejnotami. Posoka spływała ciurkiem w dół przedramienia brukając drewno
kładki, kiedy zdjęty grozą gad wpatrywał się w odchodzącego Pana. Jeżeli dotąd
uważał, że sprawy się skomplikowały, tak teraz był przekonany, iż jego śmiałe
przedsięwzięcie zginie zduszone w zarodku. Opamiętał
się jednak i strzepując przegryzioną rękę pośpieszył za Śniącym. Po ranie
pozostały już tylko mokre, ciemnoczerwone smugi.
Dlaczego
wcześniej się nie zorientował? Przecież to logicznie poprawny wniosek, że syn
Jedynego zajdzie tak daleko w swoich zuchwałych knowaniach. Bogowie wyniszczyli
się nawzajem a Wszechmocni zostali przepędzeni, nikt nie wiedział dokąd. Tylko
jeden stwórca się ostał. I oni dwaj Jedynemu służyli. Syn i oddany sługa. Zatem
jeśli pragnął porażki syna, to czy jednocześnie nie pragnął porażki samego
Urory? Czy nie czyni to z niego przeniewiercy w oczach umiłowanego
Wszechmocnego?
Imt
kręcił głową, oszołomiony niespodziewaną wiadomością. To nie przypadek, iż
arcykapłan i potomek współpracowali, instynktownie ustalając swoją pozycję w
hierarchii. Sądził, że to on własnowolnie odnalazł Pana, a rzecz miała się
zupełnie odwrotnie. Odnalazł go, gdyż tego właśnie życzyło sobie boskie dziecię.
Ile zatem wiedział Lucius? O czym wiedział, a o czym wiedzieć nie powinien?
Pogrywał z maluczkim smokiem czy też liczył się z nim, mając wobec niego dalsze
plany?
Smok
zwolnił widząc, iż jego zwierzchnik się zatrzymuje. Od tarasu dzieliło ich
zaledwie kilka metrów. Smukła postać w połowicznych mrokach nocy sprawiała
wrażenie zasmuconej, gdy wzrokiem ogarniała wypełniony światłem drewniany parterowy
budynek o oknach i drzwiach wykonanych z woskowanego pergaminu. Czyżby zaczynał
tęsknić za miejscem, w którym spędzał czas po przebudzeniu niczym skowronek w
złotej klatce? Najwyraźniej bogowie nie różnili się tak bardzo od
krótkowiecznych istnień. Jedyną przewagę dawało im pokrewieństwo z
Wszechmocnymi; unikalna moc oraz długowieczność. Psychika, emocje i miękkie powłoki
nadal mogły działać na ich niekorzyść, porwane przez namiętne serca i pokrętne
umysły. Czy w takim razie syn Urory trzymał czarnego smoka niby ulubione
zwierzątko? Zwierzątko chętne odgryźć komuś głowę lub zrównać z ziemią miasto…
-
Panie? - zagaił Imt, zmniejszając dystans. Wciąż się bał, ale w melancholijnym
nastroju Luciusa upatrzył okazję, by dowiedzieć się czegoś na jego temat. -
Czego ode mnie oczekujesz?
-
Prosiłem, byś zaniechał tej tytulatury, Imcie. - Idealne cienkie brwi zbiegły
się nad prostym nosem, lecz poza tym Lucius nie wyglądał na rozzłoszczonego. -
Nie jesteś służącym. Jesteś moim osobistym przybocznym.
Niewielka to różnica, skwitował cierpko smok. Zamiast
tego powiedział:
-
Wybacz, Luciusie. Nie przywykłem, by traktować cię w ten sposób.
Śniący
obdarzył go smutnym uśmiechem. W istocie był to młodzieniec, któremu przyszło
pożegnać się ze szczęśliwym dzieciństwem.
-
A powinieneś. Oczekuję także, byś przed moimi ludźmi zachowywał się z manierą
godną zaufanego doradcy. Niech wiedzą, iż twoje słowo jest powtórzeniem moich
rozkaz... Oooch... - Lucius jęknął z udawanym zawodem. Wzrok boga zmętniał, niemniej
mrok spowijający cudowne złoto nie przestawał opętańczo wirować. - Arcypaladyn
zniszczył upiora. Wielka szkoda. Nic to, powołam do istnienia kolejnego.
Upiór.
Imt syknął z nieskrywaną pogardą. Czy to naprawdę konieczne, by posuwać się do plugawienia
esencji zmarłych? Zbyt jednak cenił rzadkie chwile spokoju, by mącić je
nieprzemyślanymi spostrzeżeniami.
-
Ruszajmy już, muszę się przygotować - upomniał go Lucius, stawiając niespieszne
kroki w stronę tarasu.
Imt
bez wysiłku zrównał się z nim.
-
Rozumiem iż wybrałeś mnie, bym go wytropił – rzekł cicho. - Dlaczego jednak
nakazałeś mi mieć go na oku, skoro mogłeś posłużyć się upiorem?
Wymowne
spojrzenie przerażających oczu przeciągnęło się, a uśmieszek znikł z
rdzawobrązowych ust, gdy Śniący dostrzegł krzepnące ciemne plamy szpecące
półnagi tors smoka. I strużkę przecinającą umięśnioną rękę.
-
Tylko ja mam prawo czynić ci krzywdę i dawać satysfakcję - wyszeptał tak cicho,
że gdyby nie umiejętność czytania z ruchu warg, Imt nie poznałby jego przedziwnych
myśli. Ciemnoskóra dłoń powstrzymała się przed dotknięciem splamionego krwią
szmaragdu pektorału. Oczy o uwodzicielskich rzęsach zmrużyły się groźnie, krzyżując
z dwukolorowymi tęczówkami smoka. - Upiór to bezwolna marionetka. Potrzebuję
istoty inteligentnej, obserwatora, który dostosuje się do zmiennych warunków,
podejmie błyskawiczne decyzje i wyjdzie z inicjatywą. A któż lepiej by się
nadawał jeśli nie ten, który go wyśledził? Upiór wyśmienicie sprawdza się w
roli szpiega. Zniszczony, zastępowany jest nowym. Ciebie nie będzie łatwo
zastąpić, Imcie. I już raz omal cię straciłem. Doceń mą troskę i nie wystawiaj
jej na kolejną próbę.
-
Doceniam. - Strofowany humanoid przepuścił młodzieńca przodem. Młodzieńca
mającego więcej niż dwa tysiące lat. - Jednakże proszę o przychylność, jako że
moja ciekawość sięga wielu aspektów twojej osoby, Luciusie.
-
Pochlebca, który niepotrzebnie uderza w oficjalny ton. Cóż cię nurtuje, mój
miły?
-
Twoje prawdziwe motywy - wypalił smok bez ogródek.
Spojrzenia
dwójki mężczyzn znów się spotkały. Wypowiedź Imta zaintrygowała Śniącego.
-
Moje prawdziwe motywy? - powtórzył niewinnie Lucius.
-
Owszem. Z początku zakładałem, iż dążysz do przejęcia władzy. I od początku
było to założenie błędne, jest to prozaiczna pobudka. Z całym szacunkiem, Luciusie,
nie jesteś osobą pragnącą rządzić. Masz cel. Konkretny. Niestrudzenie zmierzasz
ku jego realizacji, choć w rzeczywistości nie jest on tym, za co można go
wziąć.
-
Nie przestajesz mnie zaskakiwać, “Obserwatorze”. Nieprzeciętna inteligencja
oraz błyskotliwość podniecają mnie o wiele bardziej niż piękno i żadnej z tych trzech
cech nie mogę ci odmówić, Imcie. Jakie jeszcze talenty ukrywasz pod tą surową
aparycją, hm? I po czym wnosisz, iż mój zamysł nie ogranicza się do przewrotu oraz
siłowego przejęcia władzy w Estarionie?
-
W innym wypadku zabiłbyś poszukiwanego. Te podchody nie są wyłącznie grą mającą
zaspokoić twe perwersje. - Imt wkraczał na grząski grunt, lecz kto, jak nie
czarny smok, czuł się w tym środowisku najlepiej? - To wykalkulowane działania.
Gdyby chodziło o władzę, już dawno pozbawiłbyś życia arcypaladyna i obrócił w
ruinę Aneil’Aranth, największy symbol ludzkiej potęgi w Estarionie, jeśli nie
na Khaldunie. Istniałeś w tym świecie przez ostatnie dwadzieścia lat, a oni przeoczyli
moment twojego przebudzenia. Mogłeś to wykorzystać. Mogłeś uderzyć z cienia powstałego
w blasku obecnego monarchy. A mimo to podchodzisz do uczciwego starcia.
Lucius
wszedł do niskiego pomieszczenia rozświetlonego setkami maleńkich jak świetliki
lampionów. Cienie jego sylwetki zadrgały na malowanych tuszem ścianach z
grubego pergaminu, gdy w skupieniu ważył odpowiedź. Imt zaimponował mu swą
przenikliwością.
Przekroczywszy
próg przedsionka, Imt nie ponaglił rozmówcy, ani nie zasunął pokreślonego
szkicem panelu pełniącego funkcję drzwi wyjściowych. Nigdy zresztą tego nie
robił, pozwalając naturze zaglądać do wnętrza budynku o każdej porze dnia i
nocy. Rzucił za to okiem na niski kwadratowy stolik z lakierowanego drewna,
przy którym Pan zwykł pijać herbatę i pracować. Połyskujący czystością blat był
pusty. Podobnie szafki, na których dotychczas piętrzyły się rozłożone zwoje pergaminu
i arkusze papieru oraz porcelanowe czajniczki i czarki. Nigdzie nie widział
przyborów do pisania ani pędzli do malowania tuszem. W przedsionku panował
nienaganny porządek i zaniepokojony smok odwrócił się, by dostrzec, że
przynajmniej zakończony dwiema klingami oręż Pana spoczywał na zwyczajowym
miejscu: drewnianej listwie nadproża, tuż nad wejściem do przestronnego
domostwa.
Wypielęgnowana
dłoń Luciusa wsparła się na przeciwległej do wejścia ścianie, która okazała się
starannie zakamuflowanym przejściem. Panel zaszurał przesuwając się w bok i
odsłaniając równie skromny co poprzedni pokoik. Rozejrzał się, postanawiając wreszcie
udzielić odpowiedzi na pytanie podejrzanie wylewnego podwładnego.
-
Imcie, zwycięstwo jest słodsze, gdy osiągnięte zostaje właśnie w uczciwej walce
- zauważył, przechodząc do kolejnego pomieszczenia. Podszedł do jednej ze
ścian, na której widniał niedokończony malunek węża oplatającego żądlącego go
skorpiona. Rozsunął ją na oścież i omiótł wzrokiem jej zawartość. - Problemem
jest, iż moja moc, poparta doświadczeniem, daje mi ogromną przewagę nad
przeciwnikiem. W związku z tym potyczka nie będzie uczciwa, ponieważ z góry wiadomo,
kto ją wygra. Co nie zmienia faktu, że krzyżowanie szyków oraz komplikowanie
życia moim adwersarzom sprawia mi niemałą uciechę.
-
Więc jednak władza? - Imt niechętnie wszedł pokoju garderobianego, w którym przebywał
Śniący. Nie zamierzał zbliżać się do niego bez wyraźnego polecenia. – Daruj mi
bezczelność, ale nie wierzę w to.
-
Nie, Imcie, to nie władza. Władza jest zaledwie środkiem do celu. Zdobywając
ją, pchnę ten świat do przodu, rozpędzę i uczynię równym temu, z którego
pochodzę. - Lucius uśmiechnął się tajemniczo do własnych myśli. Pogładził atramentowy
jedwab złożony na półce, zsunął palce niżej, na chłodny czarny metal. - Minęły
dwa tysiąclecia, a ludzie wciąż są prymitywnymi bytami z początków mojej
pamięci. Nie zmienili się ani odrobinę...
Zasmucony
młodzieniec popatrzył na kompana.
-
Ten świat zasługuje na więcej, Imcie. Ludzie zasługują na więcej niż błoto i
kamienie. Wy zasługujecie na więcej niż życie w ukryciu. A niebianie pozbawiają
was wszystkich możliwość rozwoju, zasłaniając się dobrem ogółu. Brednie, które
należy ukrócić!
Rozsierdzony
Śniący warknął, łapiąc za szeroką wstęgę jedwabiu opasającą jego wąską talię i
szarpnął gniewnie, uwalniając poły szkarłatu. Pasmo czerni z szelestem spłynęło
na drewnianą posadzkę, dając przybocznemu sygnał do działania.
Imt
zdusił jęk i zmusił się, by podejść do Śniącego. Złoto zerkało ku niemu znad
szczupłego, częściowo odkrytego ramienia. Narastająca złość emanowała z ciała
okrytego kosztowną szatą, silnie oddziałując na niespokojnego smoka.
Lucius
rozłożył ręce, umożliwiając słudze zdjęcie lekkiego odzienia. Włosy połaskotały
skórę jego pleców, układając się na nich płynnym jedwabiem. Wychwycił moment
wahania smoka, lecz zdążył już przyzwyczaić się do tego niestosownego
zachowania, wszak mankamenty – lub też „cechy szczególne jego boskiego majestatu”
- wywołałyby trwogę nawet pośród najpotężniejszych stworzeń zamieszkujących Khaldun.
Schlebiało mu to, gdyż tym samym wzbudzał w ich sercach nienawiść. Ta
świadomość tylko podsycała jego niespełnione żądze.
-
Czemuż nie możesz być mój, Imcie? – poskarżył się. Jego wibrujący, dwuznaczny tembr
wniknął głęboko w duszę smoka. - Dlaczegóż jesteś tak niedostępny?
Porażony
jego słowami smok cofnął się i ściskając jeszcze ciepłą tkaninę starał się
patrzeć wszędzie, byle nie na plecy Śniącego. Nie chciał ich oglądać. Ani tego,
co wyzierało spomiędzy zasłony lśniących włosów boga. Imt skrupulatnie
poskładał szkarłatną szatę i wyminął młodzieńca, chcąc odłożyć odzienie na
półkę. Zamknął oczy, wyczuwając za sobą bliskość niechcianej prezencji.
-
Jesteś moją własnością, choć nie z własnej woli - ciągnął obsesyjnie Lucius.
Dotknął nagich pleców smoka i powiódł palcem w dół kręgosłupa, z zadowoleniem
dostrzegając przeszywający go spazm. - Przymuszasz się do wszystkiego. A ja,
uciekający się do najpodlejszych sztuczek, niczego nie potrafię wskórać.
-
Pa… Luciusie, jestem pełnej krwi smokiem - wyjaśnił cierpliwie Imt, jak wiele
razy przedtem. Nie otwierając oczu chwycił przyodziewek złożony na półce i w
bezruchu czekał, aż Pan się odsunie, by móc bez przeszkód go odziać. - Nie
stworzono nas do namiętności cechujących miękkoskórych dwunogów. Miłość jest
dla mnie abstrakcją, podobnie odczuwanie przyjemności z kontaktu fizycznego.
Wzdrygnął
się, kiedy ciepła pierś oparła się o jego chłodne plecy. Rozległ się obrzydliwy
klekot, na dźwięk którego powieki Imta rozchyliły się szerzej. Coś zimnego
wśliznęło się pod szendyt i otarło o jego udo. Oplatając je pełzło w górę niby
odrażający, zbudowany z segmentów wąż.
-
Dlatego szukam pociechy w domenie snów - rzucił z urazą Śniący i odsunął się, a
ostra igła do krwi nakłuła bladość tuż pod krańcem przepaski. - Czyń swą
powinność, Imcie. Jeszcze tej nocy pragnę spotkać się z lojalnym narzędziem mej
woli.
-
Wybacz że nie spełniam twych wyuzdanych oczekiwań, Luciusie.
Ze
szczerą skruchą smok przystąpił do odziewania pana, dokładając wszelkich
starań, by nie patrzeć na młodego boga. Przystroił jego piękną sylwetkę czarną
jedwabną tuniką bez rękawów, przylegającą jak druga skóra. Wyhaftowany srebrną
nicią skorpion pysznił się na całej długości lewego boku, żądłem sięgając
zwisającej do kolan poły. Imt czerwienią przepasał wąską talię tuniki na
wysokości stanu sznurowanych spodni o bufiastych, zwężających się u kostek
nogawkach. Srebrna brosza przedstawiająca zwiniętego pajęczaka szczypcami
podtrzymującego rubin zebrała karmazynowy materiał u lewego biodra. Drugi,
bliźniaczy ornament spiął niską stójkę kilka centymetrów pod szyją.
Imt
pracował w milczeniu pomny zagniewanych, rozczarowanych odmową oczu bacznie
śledzących jego poczynania. Nie przejmował się tym dopóty, dopóki nie musiał w
nie zaglądać. Zawrócił do szafy i wyciągnął z niej zwój antracytowej tkaniny. Był
to cienki półprzezroczysty szyfon, który zarzucił na ramiona boga. Nacięte od
nadgarstków po barki rękawy podkreślały skórę koloru rdzawego brązu, natomiast
zasłonę skrojono w taki sposób, by wąskie przednie poły powiewały poniżej bioder,
trenem sunąc po podłodze. Srebrne wykończenia będące jedynymi ozdobami przypominającego
mgiełkę materiału splatały się w misterny deseń.
Pozostały
już tylko elementy tytanitowego pancerza, na który składały się rękawice,
naramienniki oraz buty za kolana. Smok nie miał trudności z ubieraniem swego
pana. Nie zliczy ile razy już to praktykowali, a jego wielkie dłonie za każdym
razem wykazywały się dostateczną zręcznością, by ostrymi pazurami nie uszkodzić
zwiewnych tkanin.
Czarne
tytanitowe rękawice bez palców pasowały na szczupłe ręce, opinając obwinięte
mankietami szyfonu nadgarstki. Srebrzyste chmury kłębiły się na ich grzbietach,
gromadząc na przedramionach i rozciągając aż do łokci. Współgrające akcentami
naramienniki były bardziej dekoracją, aniżeli realną ochroną. Dyskretne paski biegnące
pod pachami zapewniały komfort, a płyty giętego metalu obejmowały barki, nie
pozwalając pelerynie opaść na ramiona.
Imt
odgarnął gęste włosy zwierzchnika, by dostać się do sprzączek. Usilnie starał
się nie zerkać w dół, choć ospały ruch pod prześwitującym szyfonem próbował przykuć
jego uwagę. Ongiś smok zastanawiał się, dlaczego spodnie Luciusa wycięte są
mniej więcej na linii kości ogonowej, lecz nie poważył się na tak drobiazgowe
pytania. A kiedy nastąpił dzień, w którym przekonał się o przyczynie tejże
fanaberii, doznał wstrząsu. Refleksja, chociaż nie proszona, nadeszła sama.
Widok tej potworności zapadł mu traumą w pamięci i jak wówczas, tak i teraz nie
umiał otrząsnąć się z koszmaru, który śnił na jawie.
Smok
drgnął, nie mogąc dłużej znieść wężowego ruchu odkształcającego czarną mgiełkę.
Buty - pomyślał, rozpaczliwie pragnąc
wrócić do przerwanej czynności.
Lucius
utkwił w nim wzrok, napawając się jego lękiem i wstrętem, lecz prędko się znudził
i opadł na niską leżankę ustawioną pod przeciwną pergaminową ścianą.
Kopnięciami zrzucił ze stóp jedwabne pantofle cierpliwie czekając, aż Imt
dokończy go przyodziewać. Mógł sam założyć pancerz, niemniej większą radość
sprawiało mu wysługiwanie się smokiem, patrzenie jak korzy się przed nim i wykonuje
obowiązki z należnym oddaniem. Dysponując jednym z najpotężniejszych
prajaszczurów Khaldunu czuł, że może zdobyć wszystko, czego zapragnie. I jego
również zdobędzie.
Smok
z niezmiennie posępnym wyrazem twarzy podszedł do mężczyzny i przyklęknął,
trudząc się z dopasowaniem tytanitowych butów o zadartych noskach. Nogawki luźnych
spodni wetknął w cholewy, dociągnął paski i zapiął sprzączki, po czym docisnął
srebrne zdobienia do ogólnie panującej czerni, skrzętnie maskujące zapięcia.
Odetchnął, gdyż jego katorga dobiegła wreszcie końca. Chciał wstać, lecz dłoń w
rękawicy powstrzymała go, opadając na ozłocony bark. W porównaniu z krzepkim,
humanoidalnym smokiem wydawała się filigranowa jak u dziewczęcia.
-
Jesteś niezrównanym opiekunem, Imcie - pochwalił go Lucius wstający z niskiego
siedziska. Strój, który ostatni raz miał na sobie podczas Wojny Bogów,
przydawał mu boskiego splendoru, toteż nie szczędził swej wspaniałomyślności,
ochoczo częstując nią towarzyszące mu stworzenie. - Najwyższa pora udać się na
południe Estarionu. Obudzić ludzkość z letargu. Dać im powód do życia. I walki.
Ominąwszy
klęczącego, Śniący zawrócił do przedsionka, skąd zabrał umocowane na stelażu
glewia tradycyjnie strzegące wejścia do domostwa. Bliźniacze tytanitowe ostrza zamigotały
słabo, kiedy właściciel ujął drzewce i lekkim szarpnięciem wyjął z obejm. Można
je było wziąć za miecze o krótkich jelcach inkrustowanych rubinami. Ich drzewce
owinięto skórą ułatwiającą chwyt i zapobiegającą ślizganiu się broni.
Śniący
nie poświęcił broni najmniejszej uwagi. Oburącz uniósł oręż nad głowę, wyrównał
do pionu i pochylił kark, na wyczucie celując w kręgosłup. Nim przyglądający mu
się z daleka Imt zdążył zareagować, z mocą pchnął w dół, zagłębiając sztych
pierwszego ostrza w karku. Ani kropla krwi nie wytrysnęła, gdy niespełna
dwumetrowe glewia prowadzone stanowczą ręką wsunęły się gładko jak w pokrowiec
i skryły we wnętrzu boga, nijak nie zdradzając swojej potwornej kryjówki.
Stojący
w drzwiach smok ze zgrozą przypatrywał się monstrum, które wyprężyło się jak po
wzmacniającej drzemce. Broń boga zniknęła, tak jak zniknęły odróżniające go od
ludzi cechy odstręczającego ciała. W tej chwili obracał się ku niemu mężczyzna,
którego nietuzinkowa uroda rzucała na kolana, a rozczulający uśmiech topił
serca, wzbudzając w istotach żywych pragnienie śmierci. W czarnym stroju,
którego nie można było nazwać pancerzem, Lucius prezentował się zachwycająco,
wręcz dostojnie. Ale te oczy… To spojrzenie… Tego nie zdołał ukryć przed
światem śmiertelnych. I wcale nie musiał.
-
Czy jesteś gotów do drogi, mój mały Imcie? - Dłoń Śniącego wysunęła się ku podenerwowanemu
makabrycznym widowiskiem smokowi. - Już czas.
Imt
nie zamierzał się sprzeciwiać. Nie jemu. Nie bogu wyczyniającym niestworzone
rzeczy z własnym ciałem. A także cudzymi. Z oporem poczłapał w kierunku Śniącego
i niemrawo uniósł palce, muskając nimi urękawicznioną dłoń. Ciemność zamknęła
się na jego grubym nadgarstku, przyciągając bliżej. Przestrzeń zakotłowała się
wokół niego i zacisnął powieki, a gdy je otworzył, powitała go czerń
bezgwiezdnej nocy.
Percepcja
smoka natychmiast połączyła się z nurtem energetycznym obrazując otoczenie, w
którym się znalazł. Miał zawroty głowy, a w ustach czuł smak goryczy, tęsknoty
za pierwotną mocą utraconą bezpowrotnie. Teleportując się samodzielnie,
przygotowany był na to, co się z nim stanie. Kiedy to Pan teleportował ich obu,
smok odczuwał skutki uboczne ogromu energii wplecionej w osnowę.
Ucisk
na przegubie zelżał. Świadomość boskiej obecności straciła na intensywności, by
po jednym uderzeniu serca rozbłysnąć niczym najjaśniejsza z gwiazd, boleśnie
oślepiając Imta. Nurt wybuchł ogłuszająco. Rozszczepione esencje pomknęły we
wszystkie strony, barwiąc pochmurne niebo i kamienistą ziemię szkarłatem oraz bielą,
aż prajaszczur musiał osłonić oczy ramieniem z obawy, iż postrada wzrok na
zawsze.
Odgłos
wietrznych dzwonków niósł się we wszechogarniającej ciszy, jaka nastała po
osobliwej eksplozji skumulowanej mocy. Pan śmiał się w głos, a jego histeryczny
śmiech zmroził gada, który absolutnie nie rozumiał powodu, z jakiego radował
się jego kompan.
Imt
opuścił rękę, przyzwyczajając zmysły do rzeczywistości. Resztki wyładowań
energetycznych przemykały w górę pni drzew, wzdłuż źdźbeł trawy, a także po
wystających gdzieniegdzie głazach trzeszcząc i skrząc cichutko. Nurt wygładził
się. Esencja znów popłynęła leniwie, zgodnie z odwiecznym rytmem Wszechrzeczy.
Spektakularne zjawisko, jakiego doświadczył smok, dostrzegalne było wyłącznie
dla istot parających się magią. Zwykli śmiertelnicy nie mogli tego poczuć inaczej
niż jako odległy błysk i huraganowy podmuch temu towarzyszący. Echo nadciągającej
burzy.
-
Czy słyszysz głos wojny?! - zawołał Lucius pełnym fanatycznego uniesienia
tonem, jakby chcąc przekrzyczeć ryk wichury. - Czy słyszysz jej czystą pieśń
rozbrzmiewającą coraz bliżej?! W naszym udziale przypada zaszczyt przyniesienia
jej tym ziemiom! Niech Kolebka Życia, przez ludzi zwana Estarionem, uformuje
się na nowo w niemożliwej do ugaszenia pożodze bitew oraz bezkresnym morzu
krwi!
Otumaniony
Imt oddychał płytko. Zdawało mu się, że przemawiający z emfazą bóg kieruje
słowa do niego, lecz spostrzegł się, iż nie są w tym nieokreślonym miejscu
sami. Skulony pod nogami Pana kształt zadrżał, czerń jaśniejsza od mroków nocy.
Smok pociągnął nosem. Skrzywił się wyczuwając wyzbytego magii, pospolitego człowieka.
Prajaszczur
zwrócił się ku euforycznie uśmiechniętemu młodzieńcowi. Sam zaczynał przeżywać
emocje poprzedzające bitewny zew. Pragnął wyruszyć na polowanie i tak, jak
wołał jego pan, przynieść wojnę spodziewającym się jej wrogom. Krew
przepływająca w żyłach wzburzyła się, a esencja kipiała, gdy zwinął pięści.
Sfrustrowany zawarczał przeciągle, czując wibracje w piersi. Gotów był
rozszarpać klęczącego człowieka i gdyby nie opiekuńczo wyciągnięte ramię
Luciusa, prawdopodobnie rzuciłby się na niego bez dalszej zwłoki.
-
Imcie – skarcił go Śniący, przybierając ton szlachetnego łaskawcy, przesycony
sugestywną mocą i nasilającym się obłędem. – Wiele temu człowiekowi zawdzięczam,
racz więc darować mu ten popis bezmyślnej odwagi. Jako jeden z nielicznych ma
bowiem prawo uczestniczyć w momentach mojego triumfu. Powstań z kolan, Breku z
Niedźwiedzi - odezwał się do zakapturzonego człowieka. - Uważam cię za
pierwszego spośród śmiertelnych godnego spojrzenia w oblicze swego boga.
Mężczyzna
zachwiał się ledwie zauważalnie, na co Imt zareagował instynktownie. Osłonił
masywnym ciałem Śniącego stając między nim, a dźwigającym się człowiekiem. Był
on rosły jak na przedstawiciela tej krótkowiecznej rasy, aczkolwiek i tak nie
mógł się z nim mierzyć. Był również barczysty, choć to akurat mogła być zasługa
schowanego pod peleryną pancerza. Za to godnym uznania był dwuręczny miecz zabezpieczony
na dumnie wyprostowanych plecach.
Jasne
oko łypnęło na smoka spod naciągniętego na twarz kaptura. Szybkie spojrzenie oszacowało
ponad dwumetrową postać, na dłużej koncentrując się na zakrwawionej ręce oraz
zbryzganym szkarłatem pektorale – ciężkiej biżuterii egzotycznego pochodzenia,
nieznanej w Estarionie. Nawet jeżeli człowiek odczuwał strach, nie zdradził się
z nim. Powolnym skinieniem głowy wyraził swój respekt, jednocześnie dając do
zrozumienia, iż nie zawahałby się wystąpić przeciw niemu. Kimkolwiek Brek był,
darzył swego pana bezgranicznym zaufaniem, w przeciwnym razie postąpiłby krok w
tył, byle dalej od aury zagrożenia bijącej od rozjuszonego jego impertynencją
smoka.
-
Luciusie! Pozwalasz człowiekowi spoufalać się z tobą? - zagrzmiał Awatar
Przeklętego. Okolone głębokimi cieniami żółte oczy zwęziły się w szparki, taksując
poznaczoną bliznami szeroką twarz wojownika. Nagłe niezadowolenie bliskie
zazdrości pojawiło się znikąd. Do tej pory tylko jemu, Najwyższemu Kapłanowi
Urory przysługiwał przywilej obcowania z bogiem i bynajmniej nie zamierzał odstępować
go byle komu. - To się nie godzi, mój panie - wycedził obnażając ostre zębiska
zdolne jednym kłapnięciem przełamać ramię mężczyzny na dwoje.
Ciepła
dłoń ujęła kojąco przedramię smoka. Śniący obszedł swego obrońcę i posyłając mu
pobłażliwy uśmiech skierował zniewalający wzrok na wciąż milczącego człowieka. Napięta
żuchwa i poruszająca się grdyka były jedynym, po czym wywnioskować można lęk
śmiałka, do którego zbliżył się Pan. I jak smoka prowokował, tak pod wpływem złotych
dysków niemal padł do boskich stóp.
-
Ponieś ze sobą rozkaz natychmiastowego wymarszu na Aneil’Aranth - nakazał
Lucius, nachylając się ku stężałemu obliczu ludzkiego sługi. - Obwieść wszem i
wobec, iż z nadejściem świtu obejmę przywództwo, by poprowadzić ludzkość ku złotej
erze.
Brek
postawił krok w tył i uderzając pięścią w napierśnik, pokłonił się nisko. Z
błogosławieństwem boga odmaszerował, o włos wymijając wściekle wyszczerzonego smoka.
Przenikający
ciemności Imt odprowadzał irytującego osobnika spojrzeniem, aż ten nie rozpłynął
się w nocnej leśnej gęstwinie. Zaraz po tym dwukolorowe oczy przeniósł na
usatysfakcjonowanego posłuszeństwem Śniącego.
-
Dla ciebie, mój Imcie, mam zadanie, którego nie powierzę słabym, podatnym na
manipulacje ludziom - przymilał się Lucius, rozmyślnie powoli skracając
dystans. - Szukaj dla mnie naznaczonych Macierzą osób w miejscowościach na
trasie przemarszu ku stolicy. Przede wszystkim skupiaj się na tych, którzy
reprezentują sobą potencjał energetyczny, ponieważ to na energii, a nie jej sile,
najbardziej mi zależy. Tylko ich zlokalizuj. I zapamiętaj, gdzie przebywają.
Imt
kłapnął szczęką. Wielkie ciało rozpierały dreszcze ekscytacji i stygnącej furii.
Zdumiewające, że w ogrodach Pana nie czuł tak przykrych doznań. Odnajdywał tam
spokój, którego tutaj mu brakowało. A już szczególnie drażniła go myśl o
utracie względów syna Darczyńcy.
-
Co rozkażesz, Luciusie - warknął. - Wyruszam.
-
Wolnego, Imcie, zamierzasz tak odejść? - Śniący położył rękę na łopatce smoka i
lekko pchnął, nakazując mu zwrócić się w kierunku, w którym podążył Brek. Palce
ześlizgnęły się z sinej skóry, kiedy bóg wyprzedził sługę. - Twe oczy nie
ujrzały jeszcze najważniejszego… - mamrotał gorączkowo.
Rzeczywiście,
Imt nie ujrzał jeszcze najważniejszego. Lecz gdzie mogły ukrywać się
nieprzebrane armie przebudzonego boga, skoro jak okiem sięgnąć widoczne były jedynie
drzewa, skały oraz zasnuty brzuchatymi chmurami widnokrąg?
Chłodny,
pachnący żywicą wiatr owiewał plecy idących, niosąc ze sobą szum liści oraz cienie
umykających w poszycie nocnych drapieżników. Gałązki zagrzebane pod ściółką
trzaskały i szeleściły na każdym kroku, ale wędrowcom to nie dokuczało. Nie
skradali się. Byli u siebie. Ze swobodą gospodarzy zwiedzali swe włości.
Popadający
w wątpliwości smok rozglądał się na boki i już gotów był się odezwać na temat
rzekomych wojsk, kiedy dotarli na skraj wzniesienia. Wówczas jego oczom ukazała
się oszałamiająca panorama, aż rozchylił usta, ze świstem wciągając potężny
haust powietrza. A mimo to nachodziła go niedorzeczna obawa, że udusi się z
wrażenia.
Poniżej,
na równinie daleko w dole, rozpościerało się mrowisko utworzone przez dwunogie
istoty. Liczone w tysiącach ogniska paliły się wśród morza namiotów, a wysokie
słupy szarego dymu ociężale wyciągały się ku niebu, pochylone, rozmywane porywami
wiatru. Niczym w korycie rzeki ludzie krzątali się na prowizorycznych uliczkach
obozowiska. Zajęci obowiązkami nie zdawali sobie sprawy, iż ich życie doglądane
jest przez Śniącego i jego smoka.
-
Patrzysz na około trzydzieści tysięcy zbrojnych, mężczyzn i kobiety, młodych i
dorosłych, wyszkolonych żołnierzy oraz rekrutów: kowali, piekarzy, kapłanów,
akuszerki, murarzy, rolników... - wymieniał pobudzony widokiem swych wojsk
Lucius. Migoczące drobiny odbijały się w błyszczącym ekstatycznie złocie
szeroko rozwartych oczu. Podwójne kły błyskały groźnie, gdy idealne wargi
poruszały się w takt słów będących z wolna tkanym urokiem. - Armia mogąca wznieść
metropolię. I utrzymać ją. To zaledwie połowa tego, w posiadaniu czego mam
przyjemność się znajdować. Viera zasili nas podobną ilością. Do następnej pełni
księżyca liczba moich fanatycznych wyznawców przekroczy sto tysięcy. A ci nieustannie
przybywają z całego Estarionu skuszeni obietnicą lepszego jutra, możliwością
ulżenia sobie w cierpieniu. Imcie, czy kiedykolwiek przyszło ci na myśl, jak
bardzo ciemiężeni przez siebie samych są ludzie, by zawistnie życzyć śmierci
własnemu gatunkowi? Jak bardzo nienawidzą innych, a zarazem samych siebie... - Obłąkane
spojrzenie spoczęło na profilu zauroczonego obozowym miasteczkiem smoka. - Nie
musiałem wykorzystywać ułamka potencjału, by przylecieli do mnie niby ćmy spragnione
ciepłego światła miłości pośród zimna egzystencjalnej ciemności.
-
Zwycięstwo jest bezapelacyjnie w twoich rękach, panie - wychrypiał osłupiały
Imt, ślepii nie odrywając od żywego organizmu armii, pulsującego w dole poblaskiem
ognisk.
Był
poruszony. Zachwycony. Wszystko o czym mówił Śniący, stało się prawdą. Zakon
Paladynów nie ma szans z siłami, jakie zgromadzi za ich plecami przebiegły bóg.
Arcypaladyn powinien nakazać
rozpoczęcie budowy własnego grobowca, choć pewnie nie dożyłby jego ukończenia - skonstatował z ironią smok.
Drwiący uśmieszek zniekształcił jego rysy. Sto tysięcy przed upływem miesiąca… I
liczba ta wciąż będzie rosła!
-
Imcie, jeśli czegoś pragnę, prawem tego świata jest, abym to otrzymał - wymruczał
Lucius. - A teraz ruszaj. Rozłóż swe wspaniałe skrzydła i niech noc niesie cię
z dala od spojrzeń twych barwnych krewniaków.
Imt
zrozumiał przekaz i z ochotą wypełnił polecenie. Potężny humanoid zgarbił się,
a esencja wokół niego zawrzała dziko, absorbowana przez jego moc. Obserwujący
metamorfozę smoka Śniący wycofał się, podczas gdy umięśnione ciało stworzone na
podobieństwo ludzkiego przekształcało się, deformowało i rozrastało. Ogromne
błoniaste skrzydła wystrzeliły z obciągniętych matową czernią łopatek,
rozdzielone kościanym grzebieniem wyrastającym z podstawy czaszki, a niknącym u
nasady ogona. Nogi i ręce wykrzywiały
się z chrzęstem i wyginały w stawach. Pazury darły ziemię niczym monstrualny
pług. Kilka pechowych drzew złamało się pod naporem olbrzymiego,
kilkunastometrowego cielska chronionego niebywale grubą skórą. Ogon smagnął
powietrze, a końcówka zwieńczona do złudzenia przypominającym grot włóczni
żądłem świsnęła złowrogo, zawijając się ku górze. Płaski klinowaty łeb z
wywiniętymi wzdłuż pyska rogami opadł, by żółtozielone ślepia znalazły się na
jednej linii ze wzrokiem Pana. Paszcza rozwarła się. Odchylone na zewnątrz
ukośne kły odsłoniły wąski, czerwony jak krew język smakujący nurt.
Dłoń
w tytanitowej rękawiczce dotknęła nozdrzy będących zagłębieniem w ogryzionej z
mięsa smoczej czaszce. Oczodoły zgasły, gdy prajaszczur na moment przymknął powieki.
-
Odszukaj ich, Imcie - powtórzył Lucius i oddalił się, albowiem łeb smoka
śmierci poderwał się raptownie, a skrzydła osiągnęły całkowitą rozpiętość,
przysłaniając jaśniejący na wschodzie horyzont. - Odszukaj ich dla mnie.
Czarna
bestia przysiadła na zadzie i unosząc przednie łapy zgięła smukłą szyję.
Rześkie powietrze wydęło pierś koloru butwiejących liści, a po chwili grzmiący
ryk poniósł się w promieniu wielu kilometrów, siejąc niepokój w sercu każdego,
kto dosłyszał ów przerażający okrzyk rozpoczynającego łowy smoka. Imt ledwo
zamknął paszczę i już jego potężne tylne nogi odepchnęły się od miękkiego
podłoża, wyrywając grudy darni. Skrzydła uderzyły raz i drugi, wyrzucając w
powietrze połamane gałęzie oraz kępy ściółki, a ich donośnemu łopotowi akompaniował
kolejny ścinający krew w żyłach wrzask. Smok z zadziwiającą dla jego rozmiarów
gracją wzbił się w przestworza i pracując miarowo skrzydłami zatoczył trzy
kręgi nad zagajnikiem oraz obozowiskiem, zwracając się na południe, ku estariońskiej
stolicy. Niesiony ciepłymi prądami wznosił się coraz wyżej, aż pochłonęło go
kłębowisko ołowianych chmur.
Imt
zwany Czarnym powrócił do prawdziwej postaci i czerpał z tego rozkosz, jakiej
nie dałyby mu najwymyślniejsze pieszczoty Pana. Za nic miał wypatrujące go trwożnie
wojska w dole. Niewyraźny zarys ludzkiego mężczyzny żwawo schodzącego ze
stromego pagórka także był dlań bez znaczenia. Wreszcie był wolny. I na nowo
uwierzył w spełnienie marzeń o domu dla Czarnej Barwy. Lucius zwycięży. I
dotrzyma obietnicy względem smoka, co nie ulegało wątpliwości. A do tego czasu
Imt uczyni wszystko, by przysłużyć się jego sprawie.
Pan
długo wpatrywał się w punkt na nieboskłonie, gdzie zniknął smok. Chytry
uśmieszek wygiął ciemne usta. W jego niezwykłych oczach zagościł chłód, jakiego
nie powstydziłyby się oblodzone wierzchołki Srebrzystych Szczytów. Imt
odnajdzie magów. Brek przekaże wieści. Viera dołączy do oblężenia Aneil’Aranth.
A on, ich objawiony bóg, będzie miał sporo czasu, by uprzykrzyć życie dwóm
młodzieńcom, których z lubością podglądał dniem i nocą. Nie ułatwi im
przeprawy. Niczego im nie ułatwi.

