środa, 29 lipca 2026

Przypadki bywają zabawne...

 
    Tak sobie ostatnio przeglądałam kolejkę odkryć na Steamie i natrafiłam na prawdziwą perełkę: 


   Ha, poległam! ( ͡◉ ͜ʖ ͡◉) I mimo że jestem sentymentalnym stworzeniem, tak ten tytuł trafił niestety do zignorowanych (jak ~74k innych pozycji).
        
     Co do nazwy jednego ze światów mojego uniwersum, to powstała ona 22 lata temu, kiedy media społecznościowe nie były rozpowszechnione jak obecnie i ograniczały się raczej do prozaicznych polskich Fotek.pl czy innych Naszychklas. Nie było mowy o tak egzotycznych nazwiskach jak "Khaldun". Pojęcia nie mam skąd się w mojej nastoletniej głowie ta nazwa w ogóle wyroiła, ale roboczo została. Parę lat temu wyguglowałam ją i... zdziwiłam się, jak popularne jest to nazwisko na Wschodzie! ( ͡ᵔ ͜ʖ ͡ᵔ ) Zastanawiałam się nawet nad zmianą, ale tak mi już pasowała, że zwyczajnie ten zamysł porzuciłam. Khaldun to Khaldun. Piękna nazwa. Mają ludzie piękne nazwisko ( ͡ᵔ ͜ʖ ͡°).

🎵 In the Name of Queen - Demented Sound Mafia 🎶

niedziela, 19 lipca 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 47 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW

>> Rozdział 47 - Wattpad <<



Drużyna wyrusza z Adeili w kilkudniową podróż do stolicy. Gdy w grupie o zróżnicowanych charakterach pojawiają się pierwsze napięcia i starcia, podział ról nie wydaje się wcale tak oczywisty. Dopiero kiedy sprawy przybierają zły obrót, ujawniają się cechy niezbędne do ich wspólnego przetrwania. 

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 19d'7m'26r2t]



    W sumie wstęp zabrzmiał cokolwiek... dramatycznie? Nie chciałabym, aby Czytelnicy byli rozczarowani, ale jakoś tak mi to przypasowało. Może lubię dramatyzować, nie wiem. W każdym razie Leos zmaga się z niespełnionym uczuciem do Esta oraz poczuciem, że jest ciężarem dla grupy. Rozmowa z Aarimem dodaje jej otuchy i wzmacnia jej ciche postanowienie. Natomiast zmęczony podróżą, targany wewnętrznymi problemami Est obserwuje napięcia i roszady sympatii między towarzyszami. Na domiar złego dochodzi do ostrej sprzeczki między Colonellem a Aarimem, którą niespodziewanie ucina... Kto? Tego Wam nie wyjawię. Nie jestem ostatnio w nastroju na dzielenie się. Dowiecie się po przeczytaniu.


Kącik autorki.
        Ale mnie ostatnio wszystko wkurwia. Ten rozdział też omal nie wylądował w hasioku, wymłóciłam go ze wszystkich stron, a mimo to moje niezadowolenie sięgnęło zenitu. Nie uważam, że jest zły. Uważam, że nie jest dostatecznie dobry na moje standardy. A są one wygórowane. No trudno, taki mój obecny stan, a że nie wiem jak go rozładować, to wolę się nie rozpisywać, co by i Wam się nie dostało. Choć nie wiem za co.
        Wierzę, że spośród Was znajdzie się ktoś, komu się on spodoba 🤍

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 47

 

Z pierwszym brzaskiem siodłali konie, szykując się do nużącej podróży. Perspektywa niespełna siedmiodnia jazdy nie zrobiła na Colonellu ani Aarimie najmniejszego wrażenia, za to Leos i Estalavanes żywili poważne wątpliwości co do swojej żyłki podróżniczej. Szczególnie czarodziejka, która niemal całe życie spędziła w miejscach oddalonych od siebie co najwyżej o dzień drogi, nie licząc przyjazdu z Zielonych Bram do Adeili. Lecz tamta podróż komfortowym zabudowanym pojazdem chroniącym przed wścibskimi spojrzeniami oraz kapryśną aurą była tak odległa i nierzeczywista, jak gdyby tylko je wyśniła.

Była wówczas zupełnie inną osobą: dziewczynką złamaną żałobą po matce, biernie ulegająca naciskom bezdusznego ojca, półsierotą niemającą nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić. Niestety jedyny żyjący rodzic zmusił ją do życia pod fałszywym imieniem w cieniu Kompanii Najemnej Niedźwiedzi. Tyrd Niedźwiedziogrzywy nie przewidział jednak, iż pozostawiona sama sobie dziewczyna bardzo szybko nauczy się dbać o własne interesy i potrzeby. Zbuntowana na tyle, by uciec, i zdeterminowana do tego stopnia, by zamieszkać jako pustelniczka, doskonale odgrywała rolę wiejskiej zielarki, rozwijając się pod opieką miejscowej znachorki. I tak upływały spokojne lata, a wyrodny Tyrd nawet nie zauważył jej zniknięcia. Długo cieszyła się upragnioną wolnością, aż pewnego dnia zjawili się oni: jej niedoszły morderca w towarzystwie dziwacznego elfa. Razem. Dosłownie razem.

Z ciężkim od nieodwzajemnionego uczucia sercem Leos popatrzyła ukradkiem na Esta. Jego zręczne, nienaturalnie białe palce zaciągały ostatnie paski juków i upewniały się, że tuleja pospolitego bojowego kostura jest należycie umocowana. Czarne jak noc krótkie włosy przesłaniały duże kocie oczy oraz długie uszy i raz po raz elf musiał odgarniać niesforne pasemka wierzchem skórzanej rękawiczki, bezwiednie marszcząc przy tym brwi. W końcu uśmiechnął się pod nosem zadowolony z efektów swojej pracy i poklepał wyszczotkowany bok karego ogiera.

Przyciągnięty wzrokiem dziewczyny Est obrócił się w jej stronę i radośnie odsłonił kły, a ona niczym wiejska panna spłoniła się, odwracając gwałtownie plecami. Powracały do niej mgliste wspomnienia tego, co zdarzyło się w tych zimnych murach garnizonu. Do niczego co prawda nie doszło, ale mogłaby przysiąc, że igiełka lodu na wskroś przebiła jej serce. Zapragnęła raz jeszcze na niego spojrzeć, poczuć łaskoczące motyle skrzydełka w brzuchu, ujrzeć jego piękną twarz, uszy, jakich nigdy dotąd nie widziała, biegnące poziomo wzdłuż boków głowy i zwężające się jak połówki migdałów. Zawsze zabawnie drżały, kiedy docierały do nich najcichsze dźwięki, jak u spłoszonego królika.

Bez udziału woli odszukała go wzrokiem, lecz pojawienie się Cola skutecznie ją otrzeźwiło. Oto powód, dla którego ich wspólna przyszłość pozostawała niespełnioną romantyczną fantazją. To nie tak, że życzyła temu człowiekowi śmierci, ale gdyby go nie było, to może…

- Leos? - Łagodny głos Aarima wyratował ją z okrutnych i przykrych rozważań. Obejrzała się na mężczyznę zmierzającego ku niej z lśniącym bielą olbrzymem u boku. - Wyglądasz na zmartwioną. Czy coś się wydarzyło?

- Nie, Aarimie, dziękuję za troskę.

Nie chciała, by dojrzał na jej twarzy coś, co mogłoby budzić jego podejrzenia, więc wróciła do bezsensownego przeglądania toreb, które sprawdziła jakieś piętnaście razy, byle zająć czymś ręce. Przywołała na usta delikatny uśmiech, co nie było łatwe zważywszy na bliską obecność Esta oraz jej chwilowy spadek nastroju.

Aarim nie dał się zwieść.

- Jesteśmy drużyną, Leos. Nasze życia, podobnie jak powodzenie misji, zależą od naszych wzajemnych relacji. Dlatego proszę, byś nie wahała się powiedzieć, gdyby coś cię dręczyło.

Książę podszedł bliżej, jednakże tym razem czarodziejka nie wyczuła jego prezencji w swoim umyśle. Coś się zmieniło. I dostrzegła to natychmiast, kiedy mu się przyjrzała.

Sir Aarim Asmodeusz, królewski spadkobierca oraz rycerz-dowódca garnizonu w Adeili przewyższał urodą wielu znanych Leos mężczyzn. Chłopięcego Esta również, jako że blizny po oparzeniach na policzku i brwi tylko przydawały dojrzałości młodzieńczym, arystokratycznym rysom. Spoglądała prosto w oczy o złotych tęczówkach, które bez oporów śledziły zmiany w jej mimice. Dobrze wiedziała, że był równie bezwzględny, co niebezpieczny, a zarazem szlachetny i mądry, ale mimo to zaufała mu, wypierając ze świadomości fakt, iż omal nie zabił chłopaka, którego kochała.

Leos patrzyła, jak jasne brwi unoszą się pytająco. Zawstydzona uciekła spojrzeniem, koncentrując się na pasach siodła srokatego ogiera.

- Dz-dziękuję - zająknęła się, zbyt mocno zaciskając popręg, aż koń parsknął w proteście. Znów wyszła przy nim na głupiutką trzpiotkę. Nawet nie musiał używać mocy, by wprawić ją w zakłopotanie. – Przepraszam…

- Pozwól, pomogę. - Aarim puścił wodze Sena i stanął przy dziewczynie, która bez słowa ustąpiła mu miejsca. - Zapewne nie czujesz się swobodnie w towarzystwie trójki mężczyzn. Nie wątpię, iż odnalezienie się w naszym tempie oraz sposobie życia stanowi dla ciebie wyzwanie. - Jego wzrok ledwie zauważalnie prześlizgnął się na wytatuowanego zwiadowcę.

- Nie, to nie tak - zaprzeczyła skwapliwie, odruchowo podążając za jego spojrzeniem. Colonell żywo gestykulował i rozbrajająco szczerzył zęby opowiadając coś przyjacielowi, na którego białym obliczu gasł właśnie uśmiech, powoli zastępowany pogłębiającym się niedowierzaniem. - Po prostu… Tak, muszę się w tym wszystkim odnaleźć, Aarimie. Na razie czuję się jak jakiś rzep. Każdy ma wyjątkowy talent, a ja…

Zamilkła, ciemnoniebieskie oczy spuszczając na swoje splecione palce. Żal ucisnął jej dziewczęcą pierś, a głos uwiązł w gardle, kiedy uwalniając dłonie kolejno przyciskała płytki paznokci do opuszki kciuka. Dlaczego zwierzała się komuś, kogo jeszcze niedawno uważała za chłodnego i zdystansowanego człowieka? Nawet nie człowieka. Zerknęła spod brwi na niebianina i zbladła. Zdawał się uśmiechać. A był to bardzo smutny uśmiech.

- Leos, talenty mają niewielkie znaczenie. To doświadczenie zadecyduje o tym, czy przetrwamy nadchodzący koszmar. Doświadczenie oraz wola współdziałania.

Młody paladyn zwrócił pozbawioną wyrazu twarz ku dwójce najemników, jakby zastanawiał się, na ile samowoli powinien im pozwolić. Podjąwszy właściwą decyzję, ponownie skupił się na Leos. Złociste rzęsy opadły, gdy jego dłoń pokrzepiająco uścisnęła drobny bark czarodziejki.

Niespodziewany gest ze strony mężczyzny, który dotąd trzymał wszystkich na dystans, kompletnie ją zaskoczył. Zamarła bez ruchu w obawie, że trzepoczące niby ptak serce wyfrunie z jej piersi. Ręka Aarima była przyjemnie ciepła i lekka, zupełnie niepasująca do jej wyobrażeń, do zimnej stali, w jaką zwykł ją oblekać. Czując jak upstrzone piegami policzki płoną szkarłatem, przełknęła ślinę i popatrzyła na ramię spowite błękitnym atłasem, po czym przesunęła wzrok wyżej. Dopiero teraz spostrzegła, że Aarim nie założył pełnej zbroi płytowej. Za to ozdobił swój dzienny strój wysokimi skórzanymi butami obitymi białą stalą oraz pasującymi do nich rękawicami połączonymi z karwaszami sięgającymi łokcia. I tylko ta jedna dłoń była nieosłonięta, jakby celowo nie zdążył jej...

- Leos. - Czarodziejka wzdrygnęła się na dźwięk niskiego, beznamiętnego tonu. Znowu dała się porwać bzdurnym marzeniom. - Wierzę w ciebie, tak jak wierzę w osąd Estalavanesa dotyczący twojej osoby. Zatem ty także uwierz w siebie. Gwarantuję, iż podczas wyprawy do stolicy doświadczysz więcej, niż przypuszczasz. Niż chciałabyś. Niż ktokolwiek z nas by chciał - zakończył o wiele za cicho, by dosłyszała jego ponuro brzmiącą przepowiednię.

Chwila trwała, a dłoń ani drgnęła. Dziewczyna, wpatrzona w cudnej barwy oczy, nie wyczuwała aury Aarima, esencja nie płynęła też z jego ręki. Był to zwyczajny gest mający dodać jej otuchy. Gest istoty wyzbytej uczuć i emocji, nienawykłej do okazywania troski w tak bezpośredni sposób, a jednak wbrew sobie wyginającej kąciki warg w smutnym uśmiechu. Dlaczego znów smutnym?

Już otwierała usta, by zadać to nurtujące ją pytanie, kiedy gromki śmiech przerwał ich nieoczekiwany moment bliskości. Książę cofnął się. Kontakt został boleśnie zerwany, pozostawiając zanikające wrażenie jak z sennego widzenia.

- Jak rany, Col, ty naprawdę masz coś z głową! - Est w czarny skórzanym pancerzu prowadził konia w kierunku czarodziejki i paladyna. Otarł zbłąkaną łezkę z policzka i nie przestając chichotać, nieudolnie starał się utrzymać wzrok na idącym obok przodowniku. - W Pozaświecie powinni przygotować dla ciebie specjalne miejsce!

- Zawczasu je przygotowali, ale boją się mnie tam sadzać! – zripostował Col. - Przynajmniej dobrze zacząłeś dzień, Esti. I nie musisz się już martwić o zszarganą jak poduszka reputację!

Jowialny uśmiech nie schodził z jego brodatej twarzy, gdy wraz z końmi zatrzymali się przy pozostałej dwójce. Nawet pociemniały wzrok Aarima nie był w stanie zepsuć zwiadowcy humoru. Patrząc na przybitą siostrę musiał wytężyć siły, by pohamować kolejny wybuch wesołości.

- Ruszamy? – spytał. - Słońce przebija chmury na wschodzie, a droga już wzywa.

- Konie zatęskniły za odrobiną ruchu, a on to już na pewno. - Est kciukiem wskazał podrzucającego grzywą ogiera. Wyczesane czarne fale rozsypały się po zgrabnym pysku, przysparzając zwierzęciu kłopotu.

Leos ostatni raz zajrzała w rozświetlone szczęściem oczy Esta i odwróciła wzrok. Musi być silna, z czasem jednostronne uczucie wygaśnie. Tymczasem powinna zadbać o siebie, by nie stać się balastem i problemem dla reszty, szczególnie że Aarim pokładał w niej wiarę. Ostatecznie sama chciała z nimi jechać, toteż nie ma prawa narzekać. I jak do tej pory była silna, tak teraz musi być jeszcze silniejsza. Zresztą, nie na darmo zyskała przydomek Małej Niedźwiedzicy!

Umocniona w swoim postanowieniu piromantka wspięła się na siodło i usiadła jak najwygodniej na niezbyt miękkim siedzisku. Zmierzyła z góry trójkę mężczyzn i z dumnym grymasem rzuciła lekko, przypieczętowując złożoną samej sobie obietnicę:

- To na co czekamy? Czas ucieka, droga szeroka, a gospoda sama do nas na nocleg nie przyjdzie.

- Podoba mi się jej postawa - skomentował głośno Colonell, szturchając Esta pod żebra. – Dzień dopiero się zaczął, a ona już o spaniu.

Gniada klacz obróciła łeb, by spojrzeć na sadowiącego się w siodle człowieka. Karego ogiera wręcz rozpierała energia, przestępował z jednej kudłatej nogi na drugą, ani myśląc słuchać półsmoka. I tylko biały rumak stał niby wykuty w najprzedniejszym marmurze, gdy dodatkowy ciężar spoczął na jego szerokim grzbiecie.

Est już od wczoraj baczniej przyglądał się zachowaniom Leos i Aarima. Niebianin przypatrywał się dziewczynie z nieodgadnionym wyrazem, najwyraźniej potraktował jego radę poważnie, nikogo bowiem nie poddał działaniu sondy emocjonalnej.

Mieszkając i pracując w noclegowni biały elf nabył kilka przydatnych umiejętności, a jedną z nich była zdolność niezauważalnego obserwowania otoczenia. W ramach rozrywki oraz dla własnego bezpieczeństwa podglądał poniektórych gości przybytku; nic się przed nim nie ukryło, kiedy bystro wypatrywał wszystkiego, czego ludzie nie chcieli ujawniać. Obserwowani nawet nie poczuli jego wzroku, ale Est musiał być niezwykle ostrożny. Było to męczące, niemniej dawało satysfakcjonujące rezultaty.

Dzięki temu nie umykało mu żadne ukradkowe spojrzenie, jakie na każdym kroku posyłała mu Leos, lecz bardziej intrygowała go zmiana w podejściu Aarima do czarodziejki. W końcu używał słów zamiast tej nieszczęsnej niebiańskiej magii. Stawał się bliższy ludziom i na dłuższą metę nie wiadomo czy było to dobre posunięcie, czy też nie. Nie jemu sądzić nieludzkie istoty w ich staraniach odnalezienia w sobie człowieczeństwa. Sam pragnął przypominać człowieka, więc nie mógł za to krytykować innych.

Jak na ironię, gdy wreszcie chłopak przestał się zadręczać, wici aury Aarima wniknęły do jego umysłu. Est potarł twarz dłonią w rękawiczce i warknął z rezygnacją, próbując odzyskać kontrolę nad emocjami. Sonda mentalna była mu solą w oku i musiał mieć się na baczności, by nie przyzwyczaić się zanadto do niechcianej obecności - trzeciej, jak by nie liczyć - co mogło okazać się zgubne. Był najsłabszym ogniwem, jednostką wyjątkowo podatną na atak i choć Col uważał inaczej, będzie zmuszony poprosić niebianina o kontynuację treningu mentalnej odporności. W tej chwili ich wspólne przetrwanie było ważniejsze od zdania partnera. Przetrwanie oraz dotrwanie do końca dnia w pozycji siedzącej i nie danie po sobie poznać, jak wiele go to kosztowało. Regeneracja jest nieocenionym darem, ale nie znaczyło to, że przywykł do bolączek, których fizyczna odnowa nie dotyczyła…

Wierzchowce same ruszyły za majestatycznym Senem i Est nie musiał dzielić uwagi między opanowaniem wyrywającego do przodu karego a poszukiwaniem wolnej przestrzeni na coraz tłoczniejszej ulicy przed nimi. Kusiło go, by zerknąć do tyłu na ogromne mury garnizonu ze strzelistymi wieżami Katedry Tarthosa, lecz bał się, że będzie to ostatni raz, kiedy je widzi. Wolał odłożyć to na później, gdy wrócą cali i zdrowi. Bo wrócą. A przynajmniej gorąco w to wierzył.

- Źle się czułem oglądając te mury od wewnątrz.

Est odwrócił się, słysząc dobiegający z prawej baryton partnera. Col wydawał się zasępiony. Jego wzrok przygasł pod zmarszczonymi brwiami, gdy zajrzał w jasnozielone oczy półsmoka. Nie spojrzy w tył. Niedźwiedzie nie oglądają się za siebie.

- Za dzieciaka widywałem je z zewnątrz i żałuję, że tak nie zostało. Gdybym miał wybór, nigdy bym tu nie wrócił.

To ja nie dałem ci wyboru, Col. - Uszy Esta opadły smętnie. Pociągnął lekko za jeden z białych płatków garbiąc się przy tym w siodle. Całe życie odmawiano mi prawa wyboru i teraz ja sam odbieram tę możliwość najbliższym. Mistrzu, czy na tym polega odpowiedzialność? Na decydowaniu w imieniu reszty? Skoro tak, to nie nadaję się do tego…

***

Bez wątpienia Est był najsłabszym ogniwem, zwłaszcza jeśli chodzi o wytrzymałość w siodle i chociaż usiłował utrzymać pozory dziarskiego oraz zrelaksowanego jeźdźca, to w rzeczywistości marnie mu to wychodziło. Dla oderwania myśli od bolących partii ciała postanowił przywołać rozkoszne wydarzenia minionej nocy. Jak na złość, jako pierwsze nasunęły się akurat te, których sobie nie życzył...

Nie mógł przeciwdziałać przemianom następującym w nim pod wpływem trudnych emocji. Wkrótce druga tożsamość zacznie przejawiać się z większą częstotliwością, lecz chciałby zyskać pewność, że zdoła nad nią zapanować w krytycznych sytuacjach. Nazywał to drugą tożsamością, choć nie wyczuwał już drugiego “ja” - jakby stali się jednym i tym samym, a on, chcąc nadać temu sens, rozgraniczył swą jaźń na tę dobrą oraz złą. Jeżeli jego rozumowanie było poprawne, skrajne uczucia wyciągały na światło dzienne groteskową, potworną naturę, coś na podobieństwo skomplikowanego systemu obronnego. Na szczęście wsparcie Cola oraz jego niezachwiana miłość łagodziły najgorsze skutki, jakie niósł ze sobą ów wewnętrzny konflikt.

Rzecz jasna Est mógł się mylić, co było całkiem prawdopodobne, aczkolwiek będzie opierał się na tej teorii do momentu potwierdzenia jej w kolejnych przypadkach, ewentualnie do następnego razu, który przybliży go do odpowiedzi. Tak jak mawiał mistrz: nie pozna prawdy, jeśli nie będzie jej dociekał.

Myśl o Magu, w pamięci Esta nigdy nie będącym Artemonem, wyrwała go z odrętwienia. Miał przy sobie jego dziennik, wystarczyło po niego sięgnąć, by zgłębić najskrytsze myśli człowieka, który w przeciągu roku urósł w jego sercu do rangi przybranego ojca... Wzbraniał się przed tym. Nie miał odwagi dotknąć książki choćby palcem z obawy, że odeśle starca do przeszłości, w Pozaświat. Pragnął wierzyć, że w ten sposób uchroni mentora przed śmiercią i że kiedyś się zobaczą, gdyż nie pozostało mu nic poza wspomnieniami, do których mógł wracać podczas medytacji.

Est miał już dosyć przytłaczających rozmyślań, a jego nastrój stale pogarszały obolałe mięśnie zesztywniałe od podrygiwania na twardym końskim grzbiecie. Z zazdrością patrzył na Colonella, który po paru godzinach jazdy trzymał się w siodle równie prosto jak na samym początku. Aarim w niczym mu nie ustępował; obaj wysforowali się na sam przód, zachowując od siebie niezmienną odległość całej szerokości drogi. Nie był to wynik przezorności. Leos i Est mogli wjechać między nich i jeszcze zostałoby miejsce dla nieznajomego nadciągającego z naprzeciwka - gdyby ktoś taki się pojawił. Lecz, co dziwne, trakt był opustoszały, nie licząc ich czwórki. A może to normalne w tych stronach? Nadejście wieczoru nie sprzyja urządzaniu wędrówek i przejażdżek z przystankiem w lesie.

Jak dotąd minęli trzech mieszczan załatwiających swe sprawy w pobliskich wsiach oraz jeden powóz na resorach należący do słusznego wiekiem szlachcica. Żaden z podróżników nie zagadywał ich, ograniczając się do zdawkowych uprzejmości. Chłopak pomyślał wtedy o komfortowej podróży jaką odbył niemal identycznym pojazdem z lordem Henendrikiem II z rodu Halavar i żałował, że nie mogą dostać się do stolicy w większej wygodzie niż podskakując w siodłach, wystawieni na niepogodę oraz ciekawskie spojrzenia.

To nie tak, że Est wysoko cenił luksus. Zwyczajnie nie nawykł do długiego przebywania w jednej pozycji na wciąż poruszającym się zwierzęciu, podrzucany i wstrząsany jak skrzynia na pace furmanki. Uwielbiał ruch i nawet medytacje negatywnie odbijały się na jego samopoczuciu, choć nie tak bardzo jak jazda konna. Kochał konie, ale naiwnie zakładał, że będzie to doznanie mniej więcej takie samo jak one, czyli wspaniałe.

Biorąc się w garść, zaczesał włosy i zganił się za marudzenie. Nawet przyjaciółka jadąca tuż przed nim lepiej to znosiła. Albo umiejętnie się kamuflowała. Nie mógł zaprzeczyć, że cokolwiek by nie robiła, wychodziło jej to bez zarzutu i wypadał na jej tle nader kiepsko, jak jakiś rozpieszczony paniczyk.

Bezczynność także odegrała rolę w bezgłośnych utyskiwaniach półsmoka. Mimo uroku i piękna wonnych łąk skąpanych w promieniach zachodzącego słońca, znudzony przetarł ciężkie powieki i ziewnął przeciągle. Był bardziej wyczerpany niż jego koń, lecz nie na tyle, by nie dostrzec jak Col podjeżdża do księcia i nieznacznym skinieniem ręki w strzeleckiej rękawicy przykuwa jego uwagę. W tej chwili wszystko było ciekawsze od wydeptanej drogi i wysokiej trawy, toteż Est bez namysłu popędził karego nie chcąc uronić ani słowa z ich rozmowy. Odnosił wrażenie, że źle się to dla nich obu skończy.

Colonell z wyćwiczoną obojętnością zwrócił się do zleceniodawcy, nie przestając lustrować ciemniejącej gęstwiny pochłaniającej drogę.

- Jazda przez las o tak późnej porze to proszenie się o nieszczęście, paladynie.

- Wieczór nie ma się ku końcowi, przodowniku. - Aarim pozostawał równie oschły, a w przekonaniu podążającego za nimi półsmoka niebianin doprowadził tę cechę do perfekcji. I zaprezentował ją w pełnej krasie wraz z lekceważącym spojrzeniem wbitym w drogę. – Dotrzemy do gospody przed zmrokiem.

- Od wielu godzin nie widzieliśmy na trakcie żywej duszy - zaznaczył z naciskiem Col, rozglądając się po drzewach występujących w coraz większych skupiskach. Niebawem wjadą do lasu, a baldachim liści zasłoni niebo, kryjąc ich w kompletnych ciemnościach. - Możemy wpaść w zasadzkę.

Aarim był jednak nieugięty.

- To zrozumiałe, Colonellu, w porze wieczornej mało kto zapuszcza się w las. Dla uspokojenia dodam, że leśny trakt jest prosty, zatem jeśli zajdzie konieczność ucieczki, to konie z łatwością przebędą szlak cwałem bez ryzyka okulawienia. Zaręczam, iż tylko obłąkany człowiek porwie się na czterech uzbrojonych jeźdźców, z których jeden przynależy do bractwa zakonnego.

Przyczernione oczy zwiadowcy zwęziły się z irytacją, w skupieniu przeczesując teren przed i wokół. Col wprawnym ruchem rozpiął broszę cętkowanej peleryny, w razie nagłej potrzeby zapewniając sobie dostęp do bandoliera z nożami oraz sztyletów u pasa. Łuk wisiał przy siodle, nie mniej śmiercionośny niż zimna stal na piersi i biodrach.

- Widać nie orientujesz się w zasadzkach urządzanych na przejezdnych – wytknął mu z uporem Col. - Rozbójnicy wykazują się nie lada kreatywnością, zwłaszcza wobec niczego niepodejrzewających ofiar. Nie wspominając o grasantach.

- Wiem dość, by twierdzić, że nie ma tu rozbójników, przodowniku. - Aarim obrzucił Colonella niechętnym spojrzeniem. Od lat czuwał nad tymi ziemiami, a wszelkie akty anarchii oraz agresji skierowanej przeciwko ludności cywilnej czy zakonowi bezzwłocznie tłumił, dlatego nadmierna ostrożność kompana była dlań niepojęta. - Ponadto nie stało w raportach, by w okolicy dostrzeżono grasantów. To bezpieczna trasa.

- Zapewne w tych samych raportach nie stało także o dezerterach w kanałach Adeili. - Najemnik podniósł głowę i wzrokiem spiorunował niewzruszonego rozmówcę. Już dawno miał ochotę zacząć ten temat, lecz aż do teraz nie było ku temu sposobności. - Tam też nie ma rozbójników, jest za to siatka rajfurów, rekieterów, złodziei i morderców za nic mających zakutych w stal tępaków na górze.

Niebianin nie dał się sprowokować. Niemniej wytykanie słabości przez człowieka wciąż popełniającego ten sam błąd nie mogło pozostać bez odpowiedzi.

- Spieszę zauważyć, iż sam się do nich zaliczałeś, Colonellu. I byłbyś przypłacił to życiem, gdyby nie interwencja Kompanii Najemnej Niedźwiedzi.

- Było, minęło, bardziej interesuje mnie twoje przymknięte oko na morderstwa i rozpustę. Nie poradziłeś sobie z własnym miastem, a zamierzasz podważać moje kompetencje?

- Zatem to jest twoją bolączką, przodowniku. W mojej ocenie tym, kto podważa twe kompetencje, jesteś ty sam.

Złote oczy błysnęły gniewnie, kiedy Aarim z rosnącym napięciem wpatrzył się w wytatuowane śniade oblicze, próbując wyczytać z niego więcej za pomocą nieustępliwej aury. Jednakże jedyne, co odnajdywał we wnętrzu człowieka, to skumulowane złość oraz bezsilność, w zbyt dużej dawce przechodzące na niego samego. Jeżeli nie chciał się zapędzić, powinien tymczasowo zaprzestać sondowania awanturnika. A także ukrócić jego buntowniczą manierę oraz przypomnieć mu, iż dowództwo nie podlega dyskusji.

Gniada potrząsnęła łbem podzielając zdenerwowanie jeźdźca, mimo to stąpała lekko po ubitej ziemi tuż obok białego ogiera. Colonell przechylił się w siodle, zniżając głos do groźnego półszeptu.

- Nie podważam moich kompetencji, Wasza Książęca Mość, ani niczyich innych. Jednak kiedy słyszę, że droga przez las jest prosta i można przewalić na przełaj w razie zagrożenia, to krew się we mnie gotuje. W najlepszym wypadku pozbędziemy się koni. W najgorszym ktoś straci życie.

Est siedział im prawie na ogonach. Z niepokojem wsłuchiwał się w ostrą wymianę zdań, wodząc wzrokiem od jednego do drugiego. Niepewność wyparła zmęczenie, a serce zabiło mocniej na brzmienie głosu partnera. Wiedział, o co mu chodziło i rozumiał, dlaczego ten temat wypłynął właśnie teraz. Dziwić mogła kwestia dlaczego dopiero teraz. Tożsamość ofiary z Adeili nie była chłopakowi znana, za to dla Colonella musiała być kimś wyjątkowym i bardziej wartościowym, niż mężczyzna skłonny był przyznać. Aczkolwiek Est nie mógł kategoryzować jej w ten sposób, z pewnością w Adeili dochodzi do wielu przestępstw i morderstw, więc każda ofiara miała prawo oczekiwać sprawiedliwości Zakonu Paladynów, nie tylko ta jedna. Lecz nie potępiał przyjaciela. Gdyby to jemu zamordowano kogoś bliskiego, osobiście szukałby zemsty. A Col nie mógł tego zrobić, ponieważ jego życie nie należało już wyłącznie do niego.

Z ukłuciem wstydu Est odkrył, że lojalność kochanka bardzo mu schlebia, stawia go bowiem wyżej nad osobą, po śmierci której mężczyzna oszalał z żalu i potęgującej agresję toksyny. Doprawdy powód do dumy: być kimś ważniejszym niż zmarła kobieta. Jak rany...

- Powtarzam po raz ostatni, Colonellu: jedynym uzbrojonym człowiekiem, na jakiego możesz się tu natknąć, będzie myśliwy z okolicznej osady kontrolujący populację drapieżników...

Tętent wymijającego ich galopem łaciatego ogiera zagłuszył dalszą wypowiedź Aarima. Zatrzymując wierzchowca w poprzek drogi czarodziejka częściowo zatarasowała przejazd, mierząc obu mężczyzn wściekłym spojrzeniem burzowych oczu. Z rozwianymi na wieczornym wietrze miodowymi włosami i zaciętym wyrazem twarzy, odziana w czerwone szaty piromantki była boginią ognia mająca zaraz uciszyć przekrzykujących się heretyków.

- Zamknijcie się obaj, natychmiast! - huknęła tonem, o jaki nikt nie posądzałby tak drobnej osóbki. - Jeżeli ktoś faktycznie czeka w tym lesie, to wasze kogucie pianie już nas zdradziło! – Jej granatowe od ledwo powstrzymywanej furii wejrzenie wypalało w zwiadowcy dziurę na wylot, a kiedy utkwiło w paladynie, nie zostawiła na nim suchej nitki. - Colonell słusznie mówi, lepiej zachować ostrożność niż potem salwować się ucieczką, ryzykując końmi i życiem. Co w ciebie wstąpiło żeby postępować tak lekkomyślnie?! Pojęcia nie mamy co przyjdzie nam tam spotkać!

Konie przystanęły, strzygąc uszami. Obsztorcowani mężczyźni spoglądali na dziewczynę z mieszaniną oszołomienia i nieśmiałego podziwu. Colonell wiedział, czego się po niej spodziewać, natomiast Aarim pierwszy raz miał okazję widzieć ją rozjuszoną. I kłamstwem byłoby powiedzenie, że ten przejaw stanowczości nie wzbudził w nim mimowolnego uznania. Młodziutka Leos Niedźwiedziogrzywa odznaczyła się siłą charakteru niezbędną do przetrwania kolejnych dni albo miesięcy, w zależności od rozwoju wydarzeń. Zdobyła się na odwagę, by wkroczyć między nich i uciąć bezcelową kłótnię, jednocześnie poskramiając ich męską hardość.

Est, postronny obserwator całego zajścia, nadal trzymał się trochę z tyłu. Leos ubiegła go, udzielając sekutnikom srogiej reprymendy, był jednak z tego zadowolony, gdyż nieświadomie wywołała efekt, jakiego on sam by nie osiągnął. I równocześnie udowodniła, że nie jest delikatnym, posłusznym mężczyznom dziewczątkiem. Książę ma niemały orzech do zgryzienia, bo wreszcie przekonał się, że ta niepozorna dziewczyna potrafi wysunąć ostre pazurki.

Nieco im współczuł słuchając tyrady, a gdy Col i Aarim wymienili niepewne spojrzenia, jego uśmiech jeszcze się poszerzył. Przeczuwał, że docieranie się tych dwóch władczych charakterów będzie długie i żmudne, o ile w ogóle dojdzie do skutku. Obaj chcieli dowodzić i żaden nie podda się bez walki, a wkrótce ich awantury przybiorą agresywny wymiar. Co prawda Aarima niełatwo było wyprowadzić z równowagi, lecz Colonell umiał przywalić z całą mocą argumentu w najmniej dogodnym momencie…

- A teraz ostrożnie wjedziemy do tego przeklętego lasu, gotowi na wszystko: od ciemnej nocy po rozbójników - ciągnęła Leos nie tracąc nic ze swojej apodyktyczności. - Jeśli droga będzie bezpieczna, przyspieszymy za radą Aarima, jeśli nie, to chyba wiemy co robić. - Rozdała ostatnie karcące spojrzenia i zawróciła konia, podstawiając go tuż obok winszującego jej białego elfa.

Przodownik i paladyn nie obejrzeli się za siebie. Słowem się nie odezwali, tylko ponaglili wierzchowce do żwawego kłusu i rozjechali na boki, byle dalej od siebie.

Est, wciąż głupkowato wyszczerzony, odczekał kilka oddechów i uciskiem kolan zachęcił karego rumaka do zwiększenia tempa. Obrócił się do Leos, mrugając porozumiewawczo.

- Nieźle ich ustawiłaś, aż obu mowę odjęło! – zachichotał. Odetchnął wieczornym powietrzem, wyciszając napływające emocje i dając towarzyszce czas na uspokojenie nerwów. - Mnie nie wzięliby na poważnie. Bo przecież nie wyglądam poważnie.

- Est, proszę cię, nie jestem w nastroju na żarty. Poza tym zrobiłbyś to samo na moim miejscu.

- Zgadza się, chciałem, ale mnie uprzedziłaś. Nie uzyskałbym jednak tak spektakularnego efektu. W moim przypadku przez związek z jedną stroną konfliktu wydałoby się to nieszczere.

Niepewność odpuściła, na chwilę pozwalając półsmokowi przejąć władzę nad przytępionymi zmysłami. Musiał być czujny, ponieważ nocny las, nawet tak niewielki jak ten, to nie tylko drapieżne zwierzęta. To również bestie skryte pod ludzkimi powłokami. I te dawno już nieżyjące, kroczące w ślad za nimi.

- Wydaje mi się – dodał ciszej – że są już zmęczeni tą ciągłą jazdą i wszystko zaczyna ich denerwować. Cola rzadko ponosi, niestety Aarim to dla niego prowokacja sama w sobie.

- Boję się myśleć co się wydarzy, kiedy… - Leos przerwała, zapatrzona w gąszcz. Jadący przed nimi Col i Aarim znikali już w zagajniku niczym w paszczy olbrzymiego potwora, aż przebiegł ją dreszcz na to porównanie. - Kiedy dojdzie do najgorszego - dokończyła drżącym szeptem.

- Wiesz, Leos? Też się boję. Ale nie o to, że się pozabijają. Jestem przekonany, że Col oddałby życie za Aarima, ale za nic tego nie powie.

Est przechylił lekko głowę, koncentrując się na majaczącej w ciemności zszarzałej sylwetce ukochanego. Naszła go chęć rozmasowania jego napiętych barków, szepnięcia czegoś miłego do ucha, dotknięcia zarośniętego policzka...

I nim się zorientował, wiatr uczynił to za niego.

Colonell spiął się nagle w poszukiwaniu niewidzialnego napastnika. Nie dostrzegłszy nikogo, przetarł policzek i obejrzał palce, niczego jednak nie znajdując. Niespokojnie rozejrzał się na boki i w górę, natychmiast alarmując rycerza.

Przydymione szmaragdy napotkały książęce złoto. Obaj popatrzyli na siebie, nasłuchując pośród stukotu kopyt, lecz nic nie wskazywało na obecność ukrytych w mroku bandytów. Sowy pohukiwały pośród szumu liści, ptaki krzyczały w koronach drzew nawołując się nawzajem, a świerszcze koncertowały popisowo.

Est zasłonił oczy dłonią i z trudem powstrzymał śmiech, gdy Col odwrócił się do niego. Człowiek w lot wszystko pojął. Lekkie skrzywienie jego ust mówiło językiem duszy. Nie gniewał się, pokręcił tylko głową dalej jadąc przed siebie. Niewątpliwie poprawił mu się humor po tym małym przedstawieniu.

Colonell wreszcie się odprężył i spojrzał przepraszająco na Aarima. Ten prychnął, co w jego wykonaniu uchodzić mogło za namiastkę wesołości. Dźwięk tak niespotykany, że trudny do pomylenia z jakimkolwiek innym odgłosem.

- Co się tam właściwie stało? - zmieszana Leos nie wiedziała na kogo patrzeć.

- Pajęczynka. - Est parsknął na tyle głośno, że słychać go było na samym przodzie. Jego skaleonie ślepia iskrzyły ledwie tłumionym rozbawieniem. - Colonell wjechał w pajęczynkę.

Odkrył sposób na pocieszenie partnera. Wydawało mu się to na tyle urocze, że postanowił korzystać z tej umiejętności przy każdej nadarzającej się okazji, pomijając oczywiście te, które wymagały od Cola absolutnej uwagi. I nie za często, co by im prędko nie spowszedniało, ale na tyle, by pozostało ich małym rytuałem. Zupełnie jak piórko Colonella.

czwartek, 9 lipca 2026

No już już, budzimy się ludzie!

Zastanawia mnie, kiedy ludzie obudzą się z tego masowego szaleństwa zwanego mediami społecznościowymi i zaczną żyć po swojemu, bez presji, nacisków i przymusu, bez fałszu, hipokryzji i obłudy. Czy jeszcze pamiętają, co znaczy "po swojemu"? Nie porównując się do nikogo ani nie pędząc na złamanie karku w zdobywaniu kolejnych nie dających im szczęścia ani satysfakcji (cudzych) osiągnięć...?

    Nie jestem dobrej myśli, choć nadziei całkowicie jeszcze nie straciłam.


    Ostatnio wywołałam uśmiech ludzi i miłe komentarze w windzie swoimi klapkami. Jeden czarny, drugi żółty. Jeden z napisem lewy, a drugi - prawy. Bardzo je lubię. A teraz lubię je jeszcze bardziej.

    Jakiś czas temu w pracy moja koszulka z artystycznym nadrukiem Apolla spotkała się z głośnym uznaniem zupełnie obcej pracowniczki. Zrobiło mi to dzień.

    Jakoś rok temu w windzie w pracy, przy wszystkich, pewna dziewczyna pochwaliła mój top w wielokolorowe paski. I podobno nawet się zarumieniłam, bo była fajna. I ta dziewczyna, i moja koszulka.

    Mogłabym przywołać nieco więcej takich sytuacji z pamięci, ale nie to jest moim celem. Chodzi o to, że są jeszcze ludzie nawiązujący miłe/sympatyczne/przyjazne interakcje społeczne poza gównianymi socialkami. I ja też próbuję takim człowiekiem się stać, choć jest to bardzo trudne. Mam opory przed nawiązywaniem kontaktu wzrokowego, często martwię się, że mój uśmiech, choć naturalny, wychodzi dziwnie, niezręcznie i mnie oszpeca. Ale próbuję. Staram się. Walczę. I chyba nawet mi to wychodzi. Na mój indywidualny sposób. Po swojemu właśnie, nie poddając się krytyce i zalewającemu mnie zewsząd marudzeniu, nerwowości i napięciu zupełnie obcych ludzi z otoczenia sąsiedzkiego, miejskiego czy służbowego.

    A wiecie, co jest najbardziej zabawne i absurdalne? Że czyjś dobry nastrój i humor jeszcze bardziej tych zmierzłych ludzi wkurwia ಠ_ಠ


🎵 Lyfe! - Alpine Universe 🎶

sobota, 4 lipca 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 46 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




Lucius ujawnia Imtowi skalę swoich planów - prawdziwych, dotąd starannie skrywanych dążeń i pragnień. Rozdarty między lękiem, fascynacją i lojalnością smok znów wyrusza na łowy.

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 4d'7m'26r2t]




    Napięcie między Imtem i Panem narasta, gdy smok poznaje wreszcie prawdę o pochodzeniu Luciusa, jednocześnie uświadamiając sobie, jak niebezpieczną jest on istotą. I jak bliskie spełnienia są jego własne ambicje, które ów szczodrze zaoferował się spełnić. A widok ogromnej armii szykującej się do wymarszu tylko utwierdza go w tym przekonaniu...
    Brek. Viera. Te imiona nie były wyłącznie tłem fabularnym, cieniami do napędzenia akcji w Adeili, tematem rozmowy Maga i Cola w "Białym elfie". Wspominałam kiedyś, że warto mieć na uwadze wzmianki o innych postaciach, jako że wiele z nich może się pojawić w historii i odegrać niebagatelną rolę. I tak też jest w przypadku dwójki dezerterów z Kompanii Najemnej Niedźwiedzi. Cytując Imta: "A więc zaczęło się".
    O tak, zaczęło.


Kącik autorki.
    Dzisiaj mniej o mnie i przygodzie z twórczością, a więcej o oczach smoków i bogach, bo zdaje mi się, że mogą to być kwestie mylące.
    Nieprzypadkowo zapis koloru oczu Imta zmienia się w konkretnych scenach, zielonożółte czy żółtozielone nie służą zróżnicowaniu tekstu - przenikanie się dwu barw czy wzajemne zastępowanie odpowiadają nastrojom i emocjom smoka. Gdy jest wściekły, jego tęczówki stają się całkowicie żółte, natomiast gdy opada na niego spokój - zielone. Gdy odczuwa zdenerwowanie, strach (owszem, smoki również odczuwają strach, do czego mało który się przyzna) czy smutek, zieleń ustępuje żółci, zepchnięta na obwódkę tęczówki albo źrenicy. Analogicznie w przypadku zadowolenia, rozwiązania konfliktu, ulgi - zieleń zalewa żółć. Rzecz dzieje się tak u prawie wszystkich smoków, niebieskie są wyjątkiem. W głębinach oceanu nie widzą oczu przedstawicieli swojego gatunku, toteż stosują inne metody bezsłownego wyrażania swoich stanów. Ale o tym przy okazji tychże prajaszczurów.
    Co się zaś tyczy bogów, to najłatwiej byłoby mi porównać ich do greckich herosów, gdyby nie fakt, że bogowie khalduńscy nie zostali "spłodzeni" w biologicznym sensie. Toteż zupełnie zrozumiały jest wstrząs, jaki przeżył Imt na wieść czyim "potomkiem" jest Lucius. Trudno opisać jednym zdaniem kim naprawdę są bogowie - sądzę, że czytając dalszy ciąg wyrobicie sobie jako takie pojęcie o nich 🖤



Tło muzyczne
    Ta sekcja nie zawsze będzie się pojawiać, bo nie zawsze mam utwory idealnie budujące klimat postaci, scen i wydarzeń. Niemniej jest kilka takich, które opisują Luciusa lepiej niż jakiekolwiek słowa...

Rise of the Black Curtain Paula Dinletira i Audiomachine doskonale oddają postać Pana, od jego mentalności, po wyniosłość i nieobliczalność. Ktoś nazwał go kiedyś diabolicznym. I coś w tym jest. (Ale kto pozna go lepiej, zostając z Elegią o Nieśmiertelnym do samego końca, może się zdziwić)


New World Order od nieistniejącego już Two Steps from Hell oraz Thomasa Bergersena to motyw przewodni Luciusa. Słuchałam go na okrągło pisząc ten rozdział lata temu i jednakowe dreszcze miałam zapętlając go pod redagowanie. Niepokojąca, agresywna, momentami ciężka. Idealna.


I tak z zupełnie innego worka: Warbringer w wykonaniu TheFatRat. Wspaniały głos wojny, który słyszą stojąc na wzniesieniu. Głos wojny przyniesionej tym ziemiom. Nawet jeśli nie jest to wasza nuta, zaczekajcie proszę do części wokalnej. Tekst robi największą robotę w tym utworze.

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 46

 

Przejście Estalavanesa w głąb podświadomości nałożyło się w czasie z odpoczynkiem czarnego smoka, który przysiadł na piętach i wyprostował grzbiet, przyjmując najwygodniejszą dlań pozycję.

Imt zmrużył zielone oczy, niemal natychmiast łącząc się w harmonicznym splocie z osnową otaczającej go przyrody. Ciemność miękkim pledem otuliła zwalistą, prawie nagą postać. Cisza przejęła go całego, rezonując w milczącym wnętrzu dostrojonego umysłu. Zapachy stały się subtelnymi aromatami życia ukojonego poczuciem bezpieczeństwa podczas nocnego wypoczynku. Chłodny wiatr pieścił odsłoniętą skórę i wprawiał krucze włosy w ruch, muskając blade skronie oraz policzki humanoida.

Przestał istnieć dla świata zewnętrznego, lecz nie znaczyło to, że świat zewnętrzny przestał istnieć dla niego. Nadal odbierał wszelkie docierające doń bodźce, przetwarzał je i rejestrował, informując czuwającą świadomość o zmianach następujących w sferze fizycznej.

Aczkolwiek jednej obecności w pobliżu nie był w stanie odnotować.

Spacerujący Lucius przebył wyłożoną kruszonym kwarcem ścieżkę i wkroczył na wygiętą wdzięcznym łukiem kładkę z wiśniowego drewna. Jego stopy w jedwabnych pantoflach nie czyniły najlżejszego szmeru, kiedy wspinał się na filigranową konstrukcję rozpiętą między przeciwległymi brzegami zadbanego stawu. Pojedyncza deska nie skrzypnęła gdy przystawał, by zapalić kolejne latarenki, aż wkrótce sześć pomarańczowych lampek umiejscowionych w równych odstępach opromieniało krystaliczny akwen tonący w zieleni zamkniętych nenufarów.

Młody mężczyzna o niezwykłym spojrzeniu schował pudełeczko siarkowych patyczków w kieszonce wewnątrz luźnego rękawa i z szelestem karmazynowego jedwabiu zawrócił na środek kładki. Wypatrzenie medytującego smoka nie zajęło mu wiele cennego czasu, toteż spędził jeszcze chwilę na obserwacji. Rzadko miewał sposobność ujrzenia prajaszczura w tak zrelaksowanej pozie. Intrygował go ten widok. Nie wiedział co mogło gnieździć się w umyśle istoty zmuszonej do egzystowania w ciele podobnym ludzkiemu. Co też zaprzątało Najwyższego Kapłana Urory kontemplującego w ogrodzie Śniącego? A jeśli nie myślał on o niczym, tylko wyciszał się przed wielkim wybuchem, utwierdzał w słuszności własnego celu i dalszych dążeń?

Dla Luciusa jasnym było, iż wydarzenia z ostatniego Smokosferium doprowadziły do przedawnienia ideałów oraz wartości czarnego smoka. Imt wywołał, intencjonalnie lub nie, krwawą rebelię, Konflikt Barw, który dopiero odciśnie piętno na istotach dotąd żyjących w nieświadomości. Poczynił nieodwracalne szkody grożące całkowitym wyginięciem smoczej rasy i zapewne doszedł już do konkluzji, w której to umowa zawarta z Panem utraciła moc obowiązywania. Cóż zatem trzymało prajaszczura u boku znienawidzonej istoty? Wierność? Przywiązanie? Strach przed wendetą nieokiełznanej potęgi?

Młodzieniec o zabarwionej czerwienią karnacji wysunął dłonie z obszernych rękawów i oparł je o lekką drewnianą barierkę. Intensywnie wpatrywał się w siedzącego smoka; czerń okalająca złote tęczówki kipiała jak otchłań Pozaświata szukająca drogi do krainy żywych. Lucius nie musiał używać słów, by przywołać do siebie wybrańca. Ich więź wykraczała poza ramy śmiertelności, dotykała bowiem samej Wszechrzeczy.

Imt zadrżał, czując pod skórą mrowiące wrażenie bycia obserwowanym. Wyszedł z transu i powoli obejrzał się w stronę, z której napływało dokuczliwe doznanie. Latarenki na moście rozpraszały mrok, rzucając pomarańczowe błyski. A w półcieniu pomiędzy dwiema z nich wyczekiwał go wysmukły niczym wiśnia młodzieniec. Smoka przeszył dreszcz, aż zacisnął szczęki.

Pan wzywał. A sługa słuchał.

Nie każąc na siebie czekać, smok podniósł się z klęczek i ruszył wzdłuż ścieżki. Krok miał sprężysty, był wypoczęty, jednakże lęk cichcem przemykał w jego duszy, usiłując dostać się do bijącego mocno serca. Wciąż czuł na sobie wzrok Pana i zaczynał zastanawiać się, jakież to ważne sprawy zmusiły Śniącego do opuszczenia leża. Nadzwyczajnym było, aby Lucius wychodził ze swych kwater nocą, kiedy to kumulował energię, odnawiał wici oplatające Estarion, obmyślał plany i strategie oraz śledził cele.

Powściągliwy uśmiech gościł na pięknej twarzy Śniącego. Smok skinął pokornie głową, unikając hipnotyzującego wejrzenia “sojusznika”. Mimo to kątem oka zauważył, jak delikatna ręka wskazuje na staw i podążając za nią popatrzył na zmarszczoną letnim zefirem taflę wody. Po chwili stał tak, jak jego nieludzki towarzysz: z olbrzymimi dłońmi na kruchej, rzeźbionej balustradzie.

Cień niechęci przeciął chorobliwie białe oblicze Imta. Pan mógł milczeć. Mógł się uśmiechać. Ale w każdym geście Pana kryło się przesłanie, zawoalowana podpowiedź. Tak jak miało to miejsce właśnie teraz.

Pazurzaste palce ścisnęły poręcz, gdy obrazy wymalowane na gładkiej powierzchni stawu nasunęły nieprzyjemne skojarzenia. Odbity pomarańcz latarni tańczył ze złotem pektorału jak płomienie pochłaniające skryte w ciemnościach kontury miast. Niemalże słyszał ich ryk: gniewny, żarłoczny krzyk żywiołu. Nienasycony, domagający się większej liczby ofiar. I chociaż panowała noc, królewskie karpie podpłynęły pod mostek zwabione obecnością karmiciela. Śliskie białe kształty kotłowały się pod ich stopami, nakrapiane czerwienią łuski połyskiwały w ciepłym blasku ognia. Okrwawione nagie trupy niedbale rzucone do wody. Na ich tle majaczyła sina, odpychająco zniekształcona falami postać oprawcy. Bestia. Rzeźnik. Smok. A przecież prawdziwy potwór był tuż obok: olśniewająco piękny, wyzbyty niedoskonałości, zwodniczo łagodny... Perfekcyjnie zamaskowane wcielenie zagłady.

Imt przymknął powieki, ale nieproszone wspomnienia wracały doń w każdym kolejnym przebłysku. Nie dbał o dwunogów. Pragnął ich śmierci. Pragnął odzyskać ziemie dla krewniaków... Lecz po co im ziemia, skoro zmuszeni zostali ukrywać się przed kuzynami? A przynajmniej do czasu, aż reszta nie wyrżnie się do sztuki. Wówczas zawalczą o swoje i wyjdą ze starć bez ofiar.

Smok westchnął. Muskularne, okryte pektorałem barki opadły nieznacznie, przyciągane ku ziemi ciężarem odpowiedzialności. Nie otrzymał żadnych wieści od Wel. Ostatnią, jaką jej przekazał, był nakaz schronienia się i przeczekania pierwszej fali Konfliktu Barw, jak okrzyknęły tę wojnę smoki. Kilka dni później uzyskał od niej współrzędne ich nowego lęgowiska oraz zapewnienie, że ani pisklętom, ani starszym osobnikom nie stała się krzywda. A on nie miał możliwości udania się tam, gdyż przezorny Pan nie spuszczał z niego oka.

Ale to było wiele dni temu. Wiele dni, tygodni bez wiadomości z jej strony. A i on nie mógł nawiązać kontaktu z nią. Pozostawało mu ufać, iż Czarna Barwa wystrzega się mentalnego połączenia w obawie przed wykryciem łuny niesionej nurtem mocy. Wel jest zapobiegawczą, rozgarniętą samicą. Poradzi sobie równie dobrze, jak gdyby to on przewodził rodzinie.

Dwaj mężczyźni trwali w milczeniu, pogrążeni w wizjach przyszłości malowanych kolorami natury. Ciepły oddech lata szemrał wśród drzew, nadając scenie surrealistycznego wydźwięku. Fałszywy spokój otaczał stojącą w płomieniach wodę pełną pozbawionych życia ciał. Trupów walczących o miejsce u stóp niewzruszonego Pana.

Ciche tchnienie, łatwe do pomylenia ze szmerem wiatru, dobiegło od strony wysokiego młodzieńca. Kiedy Imt zerknął ku niemu, stracił rezon. Lucius uśmiechał się szeroko, a szaleńczy grymas dzielił jego urodziwą twarz na dwoje, ukazując paskudne podwójne kły. A więc zaczęło się.

- Coraz częściej wyczuwam poszukiwanego, Imcie - oznajmił Śniący melodyjnym, euforycznym głosem. Złote dyski tęczówek żywcem pożerały spoglądającego nań smoka. - I to zawsze, gdy ścierają się dwie moce, jakby nie mógł dojść do porozumienia z samym sobą. Imcie, on nie przeczuwa jarzma pisanego mu przeznaczenia, nie zna swego pochodzenia! A ja nie pojmuję, co wywołuje w nim tak silne wzburzenie, by jego esencja gwałtownie wzrastała do poziomu przekraczającego wszelkie ograniczenia. Dotychczas skrzętnie wtapiał się w nurt, lecz teraz… incydentalnie sam się ujawnia. Nieświadomie. Rozkosznie nieświadomie.

Imt nie odpowiedział. Chłonął strzępy informacji jakimi raczył go Lucius, gotów uszczknąć z nich coś na własny użytek. Owszem, pisklę przełamało jedno z zaklęć Ornamentu Zaklinacza - jakim sposobem, tego smok nie wiedział. Był jednak na tyle rozeznany, by zakładać, iż poznało okruch prawdy o swej wybitnej proweniencji. A cóż z nią uczyni, to już inna kwestia. Awatar Przeklętego nie powinien troskać się o to, czy zostanie rozpoznany. To bez znaczenia. Tak jak znaczenia nie miał posiadacz artefaktu. Liczył się finalny efekt. Liczyło się zwycięstwo Pana. I jego własne.

Diaboliczny uśmiech złagodniał, na powrót upodabniając Luciusa do sentymentalnego arystokraty. Śniący podparł się łokciem o barierkę i ułożywszy podbródek na grzbietach zgiętych palców, zapatrzył się w odległą ciemność. Znakomity nastrój nie opuszczał go. Lejąca tkanina szkarłatnego rękawa zsunęła się w dół, eksponując niemal kobiecy nadgarstek.

- A to nie koniec pomyślnych wieści, mój miły - zaszczebiotał, z ukosa spozierając na strapionego prajaszczura. - Mam baczenie na syna naszego umiłowanego arcypaladyna. I to pod jego skrzydłami znajduje się poszukiwany. Wszystko układa się tak, jak sobie zamarzyłem. Moje sny się spełniają. W przeciągu kilku dni będę mieć ich obu w garści, albowiem sami do nas przybędą. Aż żal chwyta me serce na myśl, iż ostatni akt nadejdzie szybciej, niżbym chciał. Z przykrością przyjdzie mi dopełnić dzieła. Wręcz skłaniam się ku przedłużeniu tego przedstawienia, by z przyjemnością patrzeć, jak wiją się i duszą z bezsilności – rozmarzył się Pan. Jego głos z każdym słowem nabierał drapieżnej, przerażającej nuty dudniącej głucho pod czaszką Imta. Bezdenna czerń oczu wyzierała z martwego serca, szukając żywiciela dla rodzącego się koszmaru. - Pragnę napawać się ich udręką, karmić bólem i cierpieniem. Chcę sączyć ich krew, spijać ją z nich wraz z esencją życia. Cel jest bliski, tak bardzo bliski, że ekstaza rozrywa mą pierś pospołu z energią mej żądzy! Widzę ich oczami upiora, Imcie, lecz to mi nie wystarcza. Wyjdziemy im na spotkanie. Tak też zaplanowałem. A ty, mój miły, staniesz u mego boku. Czarny smok, szara eminencja, biały egzekutor. Jakże mi słodko…

Zimne kropelki potu pokryły skórę smoka, a włosy porastające głowę nastroszyły się. Imt nie rozumiał własnego ciała, które drżało z podniecenia, równocześnie ściskając wnętrzności skurczem panicznego lęku. Uzbrojone w pazury dłonie zaciskał tak spazmatycznie, że kunsztownie rzeźbione drewno niepokojąco zatrzeszczało. Puścił więc oparcie i nie mając co zrobić z rękami, splótł je tuż pod krawędzią wysadzanego szlachetnymi kamieniami pektorału. Nie znalazł w sobie odwagi, by spojrzeć w obłąkane oblicze Śniącego, tylko łypał ku niemu spod ściągniętych niepewnością brwi. I uzmysłowił sobie, dlaczego smoki wcześniej nie wystąpiły przeciwko ludzkości. Bogowie władali mocą, na jaką nawet czerwone prajaszczury musiały zważać.

Radosny Lucius z łopotem powłóczystej szaty zwrócił się w kierunku sposępniałego kompana i przechylając głowę, zajrzał w jego chmurną twarz. W tym momencie Śniący przypominał niesfornego chłopca szykującego wyjątkowo złośliwy żart. Żart mogący kosztować życie miliony istnień.

- Jesteś mi potrzebny, Imcie – szepnął, przydając głosowi zmysłowego brzmienia. - W moich prywatnych pokojach. Teraz.

Jak gdyby poza nami dwoma mieszkał tu ktokolwiek inny, byś potrzebował do tego prywatnych pokoi!

Smok syknął. Zemdliło go już na samą myśl co może się zdarzyć, ale kolejne słowa Pana zbiły go z tropu.

- Już czas, abym przejął przewodnictwo nad mymi wiernymi. Zgromadziłem dość energii, by objawić się im jako siła stwórcza, a nie wydumany bożek, do którego zanosili swe modły. - Rdzawa opuszka pieszczotliwie potarła czubek smoczego nosa. - Dostąp zaszczytu i pomóż mi przywdziać szaty godne boga, syna Tego, Który Daje i Odbiera.

Żółtozielone ślepia wytrzeszczyły się, choć odwracający się doń plecami Lucius nie mógł już tego dojrzeć. Imt przypuszczał że Pan, będąc bogiem, był synem jednego lub jednej z Wygnanych Wszechmocnych. Lecz nigdy by nie podejrzewał, iż zrodził się on z woli samego Darczyńcy!

To było jak siarczysty policzek dla najwyższego kapłana, brutalne przywołanie go do porządku. Sinobiała dłoń powędrowała do ust. Dwa rzędy ostrych zębów bezwiednie zatrzasnęły się na niej. Krew pociekła, brudząc tors powleczony złotem i klejnotami. Posoka spływała ciurkiem w dół przedramienia brukając drewno kładki, kiedy zdjęty grozą gad wpatrywał się w odchodzącego Pana. Jeżeli dotąd uważał, że sprawy się skomplikowały, tak teraz był przekonany, iż jego śmiałe przedsięwzięcie zginie zduszone w zarodku.          Opamiętał się jednak i strzepując przegryzioną rękę pośpieszył za Śniącym. Po ranie pozostały już tylko mokre, ciemnoczerwone smugi.

Dlaczego wcześniej się nie zorientował? Przecież to logicznie poprawny wniosek, że syn Jedynego zajdzie tak daleko w swoich zuchwałych knowaniach. Bogowie wyniszczyli się nawzajem a Wszechmocni zostali przepędzeni, nikt nie wiedział dokąd. Tylko jeden stwórca się ostał. I oni dwaj Jedynemu służyli. Syn i oddany sługa. Zatem jeśli pragnął porażki syna, to czy jednocześnie nie pragnął porażki samego Urory? Czy nie czyni to z niego przeniewiercy w oczach umiłowanego Wszechmocnego?

Imt kręcił głową, oszołomiony niespodziewaną wiadomością. To nie przypadek, iż arcykapłan i potomek współpracowali, instynktownie ustalając swoją pozycję w hierarchii. Sądził, że to on własnowolnie odnalazł Pana, a rzecz miała się zupełnie odwrotnie. Odnalazł go, gdyż tego właśnie życzyło sobie boskie dziecię. Ile zatem wiedział Lucius? O czym wiedział, a o czym wiedzieć nie powinien? Pogrywał z maluczkim smokiem czy też liczył się z nim, mając wobec niego dalsze plany?

Smok zwolnił widząc, iż jego zwierzchnik się zatrzymuje. Od tarasu dzieliło ich zaledwie kilka metrów. Smukła postać w połowicznych mrokach nocy sprawiała wrażenie zasmuconej, gdy wzrokiem ogarniała wypełniony światłem drewniany parterowy budynek o oknach i drzwiach wykonanych z woskowanego pergaminu. Czyżby zaczynał tęsknić za miejscem, w którym spędzał czas po przebudzeniu niczym skowronek w złotej klatce? Najwyraźniej bogowie nie różnili się tak bardzo od krótkowiecznych istnień. Jedyną przewagę dawało im pokrewieństwo z Wszechmocnymi; unikalna moc oraz długowieczność. Psychika, emocje i miękkie powłoki nadal mogły działać na ich niekorzyść, porwane przez namiętne serca i pokrętne umysły. Czy w takim razie syn Urory trzymał czarnego smoka niby ulubione zwierzątko? Zwierzątko chętne odgryźć komuś głowę lub zrównać z ziemią miasto…

- Panie? - zagaił Imt, zmniejszając dystans. Wciąż się bał, ale w melancholijnym nastroju Luciusa upatrzył okazję, by dowiedzieć się czegoś na jego temat. - Czego ode mnie oczekujesz?

- Prosiłem, byś zaniechał tej tytulatury, Imcie. - Idealne cienkie brwi zbiegły się nad prostym nosem, lecz poza tym Lucius nie wyglądał na rozzłoszczonego. - Nie jesteś służącym. Jesteś moim osobistym przybocznym.

Niewielka to różnica, skwitował cierpko smok. Zamiast tego powiedział:

- Wybacz, Luciusie. Nie przywykłem, by traktować cię w ten sposób.

Śniący obdarzył go smutnym uśmiechem. W istocie był to młodzieniec, któremu przyszło pożegnać się ze szczęśliwym dzieciństwem.

- A powinieneś. Oczekuję także, byś przed moimi ludźmi zachowywał się z manierą godną zaufanego doradcy. Niech wiedzą, iż twoje słowo jest powtórzeniem moich rozkaz... Oooch... - Lucius jęknął z udawanym zawodem. Wzrok boga zmętniał, niemniej mrok spowijający cudowne złoto nie przestawał opętańczo wirować. - Arcypaladyn zniszczył upiora. Wielka szkoda. Nic to, powołam do istnienia kolejnego.

Upiór. Imt syknął z nieskrywaną pogardą. Czy to naprawdę konieczne, by posuwać się do plugawienia esencji zmarłych? Zbyt jednak cenił rzadkie chwile spokoju, by mącić je nieprzemyślanymi spostrzeżeniami.

- Ruszajmy już, muszę się przygotować - upomniał go Lucius, stawiając niespieszne kroki w stronę tarasu.

Imt bez wysiłku zrównał się z nim.

- Rozumiem iż wybrałeś mnie, bym go wytropił – rzekł cicho. - Dlaczego jednak nakazałeś mi mieć go na oku, skoro mogłeś posłużyć się upiorem?

Wymowne spojrzenie przerażających oczu przeciągnęło się, a uśmieszek znikł z rdzawobrązowych ust, gdy Śniący dostrzegł krzepnące ciemne plamy szpecące półnagi tors smoka. I strużkę przecinającą umięśnioną rękę.

- Tylko ja mam prawo czynić ci krzywdę i dawać satysfakcję - wyszeptał tak cicho, że gdyby nie umiejętność czytania z ruchu warg, Imt nie poznałby jego przedziwnych myśli. Ciemnoskóra dłoń powstrzymała się przed dotknięciem splamionego krwią szmaragdu pektorału. Oczy o uwodzicielskich rzęsach zmrużyły się groźnie, krzyżując z dwukolorowymi tęczówkami smoka. - Upiór to bezwolna marionetka. Potrzebuję istoty inteligentnej, obserwatora, który dostosuje się do zmiennych warunków, podejmie błyskawiczne decyzje i wyjdzie z inicjatywą. A któż lepiej by się nadawał jeśli nie ten, który go wyśledził? Upiór wyśmienicie sprawdza się w roli szpiega. Zniszczony, zastępowany jest nowym. Ciebie nie będzie łatwo zastąpić, Imcie. I już raz omal cię straciłem. Doceń mą troskę i nie wystawiaj jej na kolejną próbę.

- Doceniam. - Strofowany humanoid przepuścił młodzieńca przodem. Młodzieńca mającego więcej niż dwa tysiące lat. - Jednakże proszę o przychylność, jako że moja ciekawość sięga wielu aspektów twojej osoby, Luciusie.

- Pochlebca, który niepotrzebnie uderza w oficjalny ton. Cóż cię nurtuje, mój miły?

- Twoje prawdziwe motywy - wypalił smok bez ogródek.

Spojrzenia dwójki mężczyzn znów się spotkały. Wypowiedź Imta zaintrygowała Śniącego.

- Moje prawdziwe motywy? - powtórzył niewinnie Lucius.

- Owszem. Z początku zakładałem, iż dążysz do przejęcia władzy. I od początku było to założenie błędne, jest to prozaiczna pobudka. Z całym szacunkiem, Luciusie, nie jesteś osobą pragnącą rządzić. Masz cel. Konkretny. Niestrudzenie zmierzasz ku jego realizacji, choć w rzeczywistości nie jest on tym, za co można go wziąć.

- Nie przestajesz mnie zaskakiwać, “Obserwatorze”. Nieprzeciętna inteligencja oraz błyskotliwość podniecają mnie o wiele bardziej niż piękno i żadnej z tych trzech cech nie mogę ci odmówić, Imcie. Jakie jeszcze talenty ukrywasz pod tą surową aparycją, hm? I po czym wnosisz, iż mój zamysł nie ogranicza się do przewrotu oraz siłowego przejęcia władzy w Estarionie?

- W innym wypadku zabiłbyś poszukiwanego. Te podchody nie są wyłącznie grą mającą zaspokoić twe perwersje. - Imt wkraczał na grząski grunt, lecz kto, jak nie czarny smok, czuł się w tym środowisku najlepiej? - To wykalkulowane działania. Gdyby chodziło o władzę, już dawno pozbawiłbyś życia arcypaladyna i obrócił w ruinę Aneil’Aranth, największy symbol ludzkiej potęgi w Estarionie, jeśli nie na Khaldunie. Istniałeś w tym świecie przez ostatnie dwadzieścia lat, a oni przeoczyli moment twojego przebudzenia. Mogłeś to wykorzystać. Mogłeś uderzyć z cienia powstałego w blasku obecnego monarchy. A mimo to podchodzisz do uczciwego starcia.

Lucius wszedł do niskiego pomieszczenia rozświetlonego setkami maleńkich jak świetliki lampionów. Cienie jego sylwetki zadrgały na malowanych tuszem ścianach z grubego pergaminu, gdy w skupieniu ważył odpowiedź. Imt zaimponował mu swą przenikliwością.

Przekroczywszy próg przedsionka, Imt nie ponaglił rozmówcy, ani nie zasunął pokreślonego szkicem panelu pełniącego funkcję drzwi wyjściowych. Nigdy zresztą tego nie robił, pozwalając naturze zaglądać do wnętrza budynku o każdej porze dnia i nocy. Rzucił za to okiem na niski kwadratowy stolik z lakierowanego drewna, przy którym Pan zwykł pijać herbatę i pracować. Połyskujący czystością blat był pusty. Podobnie szafki, na których dotychczas piętrzyły się rozłożone zwoje pergaminu i arkusze papieru oraz porcelanowe czajniczki i czarki. Nigdzie nie widział przyborów do pisania ani pędzli do malowania tuszem. W przedsionku panował nienaganny porządek i zaniepokojony smok odwrócił się, by dostrzec, że przynajmniej zakończony dwiema klingami oręż Pana spoczywał na zwyczajowym miejscu: drewnianej listwie nadproża, tuż nad wejściem do przestronnego domostwa.

Wypielęgnowana dłoń Luciusa wsparła się na przeciwległej do wejścia ścianie, która okazała się starannie zakamuflowanym przejściem. Panel zaszurał przesuwając się w bok i odsłaniając równie skromny co poprzedni pokoik. Rozejrzał się, postanawiając wreszcie udzielić odpowiedzi na pytanie podejrzanie wylewnego podwładnego.

- Imcie, zwycięstwo jest słodsze, gdy osiągnięte zostaje właśnie w uczciwej walce - zauważył, przechodząc do kolejnego pomieszczenia. Podszedł do jednej ze ścian, na której widniał niedokończony malunek węża oplatającego żądlącego go skorpiona. Rozsunął ją na oścież i omiótł wzrokiem jej zawartość. - Problemem jest, iż moja moc, poparta doświadczeniem, daje mi ogromną przewagę nad przeciwnikiem. W związku z tym potyczka nie będzie uczciwa, ponieważ z góry wiadomo, kto ją wygra. Co nie zmienia faktu, że krzyżowanie szyków oraz komplikowanie życia moim adwersarzom sprawia mi niemałą uciechę.

- Więc jednak władza? - Imt niechętnie wszedł pokoju garderobianego, w którym przebywał Śniący. Nie zamierzał zbliżać się do niego bez wyraźnego polecenia. – Daruj mi bezczelność, ale nie wierzę w to.

- Nie, Imcie, to nie władza. Władza jest zaledwie środkiem do celu. Zdobywając ją, pchnę ten świat do przodu, rozpędzę i uczynię równym temu, z którego pochodzę. - Lucius uśmiechnął się tajemniczo do własnych myśli. Pogładził atramentowy jedwab złożony na półce, zsunął palce niżej, na chłodny czarny metal. - Minęły dwa tysiąclecia, a ludzie wciąż są prymitywnymi bytami z początków mojej pamięci. Nie zmienili się ani odrobinę...

Zasmucony młodzieniec popatrzył na kompana.

- Ten świat zasługuje na więcej, Imcie. Ludzie zasługują na więcej niż błoto i kamienie. Wy zasługujecie na więcej niż życie w ukryciu. A niebianie pozbawiają was wszystkich możliwość rozwoju, zasłaniając się dobrem ogółu. Brednie, które należy ukrócić!

Rozsierdzony Śniący warknął, łapiąc za szeroką wstęgę jedwabiu opasającą jego wąską talię i szarpnął gniewnie, uwalniając poły szkarłatu. Pasmo czerni z szelestem spłynęło na drewnianą posadzkę, dając przybocznemu sygnał do działania.

Imt zdusił jęk i zmusił się, by podejść do Śniącego. Złoto zerkało ku niemu znad szczupłego, częściowo odkrytego ramienia. Narastająca złość emanowała z ciała okrytego kosztowną szatą, silnie oddziałując na niespokojnego smoka.

Lucius rozłożył ręce, umożliwiając słudze zdjęcie lekkiego odzienia. Włosy połaskotały skórę jego pleców, układając się na nich płynnym jedwabiem. Wychwycił moment wahania smoka, lecz zdążył już przyzwyczaić się do tego niestosownego zachowania, wszak mankamenty – lub też „cechy szczególne jego boskiego majestatu” - wywołałyby trwogę nawet pośród najpotężniejszych stworzeń zamieszkujących Khaldun. Schlebiało mu to, gdyż tym samym wzbudzał w ich sercach nienawiść. Ta świadomość tylko podsycała jego niespełnione żądze.

- Czemuż nie możesz być mój, Imcie? – poskarżył się. Jego wibrujący, dwuznaczny tembr wniknął głęboko w duszę smoka. - Dlaczegóż jesteś tak niedostępny?

Porażony jego słowami smok cofnął się i ściskając jeszcze ciepłą tkaninę starał się patrzeć wszędzie, byle nie na plecy Śniącego. Nie chciał ich oglądać. Ani tego, co wyzierało spomiędzy zasłony lśniących włosów boga. Imt skrupulatnie poskładał szkarłatną szatę i wyminął młodzieńca, chcąc odłożyć odzienie na półkę. Zamknął oczy, wyczuwając za sobą bliskość niechcianej prezencji.

- Jesteś moją własnością, choć nie z własnej woli - ciągnął obsesyjnie Lucius. Dotknął nagich pleców smoka i powiódł palcem w dół kręgosłupa, z zadowoleniem dostrzegając przeszywający go spazm. - Przymuszasz się do wszystkiego. A ja, uciekający się do najpodlejszych sztuczek, niczego nie potrafię wskórać.

- Pa… Luciusie, jestem pełnej krwi smokiem - wyjaśnił cierpliwie Imt, jak wiele razy przedtem. Nie otwierając oczu chwycił przyodziewek złożony na półce i w bezruchu czekał, aż Pan się odsunie, by móc bez przeszkód go odziać. - Nie stworzono nas do namiętności cechujących miękkoskórych dwunogów. Miłość jest dla mnie abstrakcją, podobnie odczuwanie przyjemności z kontaktu fizycznego.

Wzdrygnął się, kiedy ciepła pierś oparła się o jego chłodne plecy. Rozległ się obrzydliwy klekot, na dźwięk którego powieki Imta rozchyliły się szerzej. Coś zimnego wśliznęło się pod szendyt i otarło o jego udo. Oplatając je pełzło w górę niby odrażający, zbudowany z segmentów wąż.

- Dlatego szukam pociechy w domenie snów - rzucił z urazą Śniący i odsunął się, a ostra igła do krwi nakłuła bladość tuż pod krańcem przepaski. - Czyń swą powinność, Imcie. Jeszcze tej nocy pragnę spotkać się z lojalnym narzędziem mej woli.

- Wybacz że nie spełniam twych wyuzdanych oczekiwań, Luciusie.

Ze szczerą skruchą smok przystąpił do odziewania pana, dokładając wszelkich starań, by nie patrzeć na młodego boga. Przystroił jego piękną sylwetkę czarną jedwabną tuniką bez rękawów, przylegającą jak druga skóra. Wyhaftowany srebrną nicią skorpion pysznił się na całej długości lewego boku, żądłem sięgając zwisającej do kolan poły. Imt czerwienią przepasał wąską talię tuniki na wysokości stanu sznurowanych spodni o bufiastych, zwężających się u kostek nogawkach. Srebrna brosza przedstawiająca zwiniętego pajęczaka szczypcami podtrzymującego rubin zebrała karmazynowy materiał u lewego biodra. Drugi, bliźniaczy ornament spiął niską stójkę kilka centymetrów pod szyją.

Imt pracował w milczeniu pomny zagniewanych, rozczarowanych odmową oczu bacznie śledzących jego poczynania. Nie przejmował się tym dopóty, dopóki nie musiał w nie zaglądać. Zawrócił do szafy i wyciągnął z niej zwój antracytowej tkaniny. Był to cienki półprzezroczysty szyfon, który zarzucił na ramiona boga. Nacięte od nadgarstków po barki rękawy podkreślały skórę koloru rdzawego brązu, natomiast zasłonę skrojono w taki sposób, by wąskie przednie poły powiewały poniżej bioder, trenem sunąc po podłodze. Srebrne wykończenia będące jedynymi ozdobami przypominającego mgiełkę materiału splatały się w misterny deseń.

Pozostały już tylko elementy tytanitowego pancerza, na który składały się rękawice, naramienniki oraz buty za kolana. Smok nie miał trudności z ubieraniem swego pana. Nie zliczy ile razy już to praktykowali, a jego wielkie dłonie za każdym razem wykazywały się dostateczną zręcznością, by ostrymi pazurami nie uszkodzić zwiewnych tkanin.

Czarne tytanitowe rękawice bez palców pasowały na szczupłe ręce, opinając obwinięte mankietami szyfonu nadgarstki. Srebrzyste chmury kłębiły się na ich grzbietach, gromadząc na przedramionach i rozciągając aż do łokci. Współgrające akcentami naramienniki były bardziej dekoracją, aniżeli realną ochroną. Dyskretne paski biegnące pod pachami zapewniały komfort, a płyty giętego metalu obejmowały barki, nie pozwalając pelerynie opaść na ramiona.

Imt odgarnął gęste włosy zwierzchnika, by dostać się do sprzączek. Usilnie starał się nie zerkać w dół, choć ospały ruch pod prześwitującym szyfonem próbował przykuć jego uwagę. Ongiś smok zastanawiał się, dlaczego spodnie Luciusa wycięte są mniej więcej na linii kości ogonowej, lecz nie poważył się na tak drobiazgowe pytania. A kiedy nastąpił dzień, w którym przekonał się o przyczynie tejże fanaberii, doznał wstrząsu. Refleksja, chociaż nie proszona, nadeszła sama. Widok tej potworności zapadł mu traumą w pamięci i jak wówczas, tak i teraz nie umiał otrząsnąć się z koszmaru, który śnił na jawie.

Smok drgnął, nie mogąc dłużej znieść wężowego ruchu odkształcającego czarną mgiełkę. Buty - pomyślał, rozpaczliwie pragnąc wrócić do przerwanej czynności.

Lucius utkwił w nim wzrok, napawając się jego lękiem i wstrętem, lecz prędko się znudził i opadł na niską leżankę ustawioną pod przeciwną pergaminową ścianą. Kopnięciami zrzucił ze stóp jedwabne pantofle cierpliwie czekając, aż Imt dokończy go przyodziewać. Mógł sam założyć pancerz, niemniej większą radość sprawiało mu wysługiwanie się smokiem, patrzenie jak korzy się przed nim i wykonuje obowiązki z należnym oddaniem. Dysponując jednym z najpotężniejszych prajaszczurów Khaldunu czuł, że może zdobyć wszystko, czego zapragnie. I jego również zdobędzie.

Smok z niezmiennie posępnym wyrazem twarzy podszedł do mężczyzny i przyklęknął, trudząc się z dopasowaniem tytanitowych butów o zadartych noskach. Nogawki luźnych spodni wetknął w cholewy, dociągnął paski i zapiął sprzączki, po czym docisnął srebrne zdobienia do ogólnie panującej czerni, skrzętnie maskujące zapięcia. Odetchnął, gdyż jego katorga dobiegła wreszcie końca. Chciał wstać, lecz dłoń w rękawicy powstrzymała go, opadając na ozłocony bark. W porównaniu z krzepkim, humanoidalnym smokiem wydawała się filigranowa jak u dziewczęcia.

- Jesteś niezrównanym opiekunem, Imcie - pochwalił go Lucius wstający z niskiego siedziska. Strój, który ostatni raz miał na sobie podczas Wojny Bogów, przydawał mu boskiego splendoru, toteż nie szczędził swej wspaniałomyślności, ochoczo częstując nią towarzyszące mu stworzenie. - Najwyższa pora udać się na południe Estarionu. Obudzić ludzkość z letargu. Dać im powód do życia. I walki.

Ominąwszy klęczącego, Śniący zawrócił do przedsionka, skąd zabrał umocowane na stelażu glewia tradycyjnie strzegące wejścia do domostwa. Bliźniacze tytanitowe ostrza zamigotały słabo, kiedy właściciel ujął drzewce i lekkim szarpnięciem wyjął z obejm. Można je było wziąć za miecze o krótkich jelcach inkrustowanych rubinami. Ich drzewce owinięto skórą ułatwiającą chwyt i zapobiegającą ślizganiu się broni.

Śniący nie poświęcił broni najmniejszej uwagi. Oburącz uniósł oręż nad głowę, wyrównał do pionu i pochylił kark, na wyczucie celując w kręgosłup. Nim przyglądający mu się z daleka Imt zdążył zareagować, z mocą pchnął w dół, zagłębiając sztych pierwszego ostrza w karku. Ani kropla krwi nie wytrysnęła, gdy niespełna dwumetrowe glewia prowadzone stanowczą ręką wsunęły się gładko jak w pokrowiec i skryły we wnętrzu boga, nijak nie zdradzając swojej potwornej kryjówki.

Stojący w drzwiach smok ze zgrozą przypatrywał się monstrum, które wyprężyło się jak po wzmacniającej drzemce. Broń boga zniknęła, tak jak zniknęły odróżniające go od ludzi cechy odstręczającego ciała. W tej chwili obracał się ku niemu mężczyzna, którego nietuzinkowa uroda rzucała na kolana, a rozczulający uśmiech topił serca, wzbudzając w istotach żywych pragnienie śmierci. W czarnym stroju, którego nie można było nazwać pancerzem, Lucius prezentował się zachwycająco, wręcz dostojnie. Ale te oczy… To spojrzenie… Tego nie zdołał ukryć przed światem śmiertelnych. I wcale nie musiał.

- Czy jesteś gotów do drogi, mój mały Imcie? - Dłoń Śniącego wysunęła się ku podenerwowanemu makabrycznym widowiskiem smokowi. - Już czas.

Imt nie zamierzał się sprzeciwiać. Nie jemu. Nie bogu wyczyniającym niestworzone rzeczy z własnym ciałem. A także cudzymi. Z oporem poczłapał w kierunku Śniącego i niemrawo uniósł palce, muskając nimi urękawicznioną dłoń. Ciemność zamknęła się na jego grubym nadgarstku, przyciągając bliżej. Przestrzeń zakotłowała się wokół niego i zacisnął powieki, a gdy je otworzył, powitała go czerń bezgwiezdnej nocy.

Percepcja smoka natychmiast połączyła się z nurtem energetycznym obrazując otoczenie, w którym się znalazł. Miał zawroty głowy, a w ustach czuł smak goryczy, tęsknoty za pierwotną mocą utraconą bezpowrotnie. Teleportując się samodzielnie, przygotowany był na to, co się z nim stanie. Kiedy to Pan teleportował ich obu, smok odczuwał skutki uboczne ogromu energii wplecionej w osnowę.

Ucisk na przegubie zelżał. Świadomość boskiej obecności straciła na intensywności, by po jednym uderzeniu serca rozbłysnąć niczym najjaśniejsza z gwiazd, boleśnie oślepiając Imta. Nurt wybuchł ogłuszająco. Rozszczepione esencje pomknęły we wszystkie strony, barwiąc pochmurne niebo i kamienistą ziemię szkarłatem oraz bielą, aż prajaszczur musiał osłonić oczy ramieniem z obawy, iż postrada wzrok na zawsze.

Odgłos wietrznych dzwonków niósł się we wszechogarniającej ciszy, jaka nastała po osobliwej eksplozji skumulowanej mocy. Pan śmiał się w głos, a jego histeryczny śmiech zmroził gada, który absolutnie nie rozumiał powodu, z jakiego radował się jego kompan.

Imt opuścił rękę, przyzwyczajając zmysły do rzeczywistości. Resztki wyładowań energetycznych przemykały w górę pni drzew, wzdłuż źdźbeł trawy, a także po wystających gdzieniegdzie głazach trzeszcząc i skrząc cichutko. Nurt wygładził się. Esencja znów popłynęła leniwie, zgodnie z odwiecznym rytmem Wszechrzeczy. Spektakularne zjawisko, jakiego doświadczył smok, dostrzegalne było wyłącznie dla istot parających się magią. Zwykli śmiertelnicy nie mogli tego poczuć inaczej niż jako odległy błysk i huraganowy podmuch temu towarzyszący. Echo nadciągającej burzy.

- Czy słyszysz głos wojny?! - zawołał Lucius pełnym fanatycznego uniesienia tonem, jakby chcąc przekrzyczeć ryk wichury. - Czy słyszysz jej czystą pieśń rozbrzmiewającą coraz bliżej?! W naszym udziale przypada zaszczyt przyniesienia jej tym ziemiom! Niech Kolebka Życia, przez ludzi zwana Estarionem, uformuje się na nowo w niemożliwej do ugaszenia pożodze bitew oraz bezkresnym morzu krwi!

Otumaniony Imt oddychał płytko. Zdawało mu się, że przemawiający z emfazą bóg kieruje słowa do niego, lecz spostrzegł się, iż nie są w tym nieokreślonym miejscu sami. Skulony pod nogami Pana kształt zadrżał, czerń jaśniejsza od mroków nocy. Smok pociągnął nosem. Skrzywił się wyczuwając wyzbytego magii, pospolitego człowieka.

Prajaszczur zwrócił się ku euforycznie uśmiechniętemu młodzieńcowi. Sam zaczynał przeżywać emocje poprzedzające bitewny zew. Pragnął wyruszyć na polowanie i tak, jak wołał jego pan, przynieść wojnę spodziewającym się jej wrogom. Krew przepływająca w żyłach wzburzyła się, a esencja kipiała, gdy zwinął pięści. Sfrustrowany zawarczał przeciągle, czując wibracje w piersi. Gotów był rozszarpać klęczącego człowieka i gdyby nie opiekuńczo wyciągnięte ramię Luciusa, prawdopodobnie rzuciłby się na niego bez dalszej zwłoki.

- Imcie – skarcił go Śniący, przybierając ton szlachetnego łaskawcy, przesycony sugestywną mocą i nasilającym się obłędem. – Wiele temu człowiekowi zawdzięczam, racz więc darować mu ten popis bezmyślnej odwagi. Jako jeden z nielicznych ma bowiem prawo uczestniczyć w momentach mojego triumfu. Powstań z kolan, Breku z Niedźwiedzi - odezwał się do zakapturzonego człowieka. - Uważam cię za pierwszego spośród śmiertelnych godnego spojrzenia w oblicze swego boga.

Mężczyzna zachwiał się ledwie zauważalnie, na co Imt zareagował instynktownie. Osłonił masywnym ciałem Śniącego stając między nim, a dźwigającym się człowiekiem. Był on rosły jak na przedstawiciela tej krótkowiecznej rasy, aczkolwiek i tak nie mógł się z nim mierzyć. Był również barczysty, choć to akurat mogła być zasługa schowanego pod peleryną pancerza. Za to godnym uznania był dwuręczny miecz zabezpieczony na dumnie wyprostowanych plecach.

Jasne oko łypnęło na smoka spod naciągniętego na twarz kaptura. Szybkie spojrzenie oszacowało ponad dwumetrową postać, na dłużej koncentrując się na zakrwawionej ręce oraz zbryzganym szkarłatem pektorale – ciężkiej biżuterii egzotycznego pochodzenia, nieznanej w Estarionie. Nawet jeżeli człowiek odczuwał strach, nie zdradził się z nim. Powolnym skinieniem głowy wyraził swój respekt, jednocześnie dając do zrozumienia, iż nie zawahałby się wystąpić przeciw niemu. Kimkolwiek Brek był, darzył swego pana bezgranicznym zaufaniem, w przeciwnym razie postąpiłby krok w tył, byle dalej od aury zagrożenia bijącej od rozjuszonego jego impertynencją smoka.

- Luciusie! Pozwalasz człowiekowi spoufalać się z tobą? - zagrzmiał Awatar Przeklętego. Okolone głębokimi cieniami żółte oczy zwęziły się w szparki, taksując poznaczoną bliznami szeroką twarz wojownika. Nagłe niezadowolenie bliskie zazdrości pojawiło się znikąd. Do tej pory tylko jemu, Najwyższemu Kapłanowi Urory przysługiwał przywilej obcowania z bogiem i bynajmniej nie zamierzał odstępować go byle komu. - To się nie godzi, mój panie - wycedził obnażając ostre zębiska zdolne jednym kłapnięciem przełamać ramię mężczyzny na dwoje.

Ciepła dłoń ujęła kojąco przedramię smoka. Śniący obszedł swego obrońcę i posyłając mu pobłażliwy uśmiech skierował zniewalający wzrok na wciąż milczącego człowieka. Napięta żuchwa i poruszająca się grdyka były jedynym, po czym wywnioskować można lęk śmiałka, do którego zbliżył się Pan. I jak smoka prowokował, tak pod wpływem złotych dysków niemal padł do boskich stóp.

- Ponieś ze sobą rozkaz natychmiastowego wymarszu na Aneil’Aranth - nakazał Lucius, nachylając się ku stężałemu obliczu ludzkiego sługi. - Obwieść wszem i wobec, iż z nadejściem świtu obejmę przywództwo, by poprowadzić ludzkość ku złotej erze.

Brek postawił krok w tył i uderzając pięścią w napierśnik, pokłonił się nisko. Z błogosławieństwem boga odmaszerował, o włos wymijając wściekle wyszczerzonego smoka.

Przenikający ciemności Imt odprowadzał irytującego osobnika spojrzeniem, aż ten nie rozpłynął się w nocnej leśnej gęstwinie. Zaraz po tym dwukolorowe oczy przeniósł na usatysfakcjonowanego posłuszeństwem Śniącego.

- Dla ciebie, mój Imcie, mam zadanie, którego nie powierzę słabym, podatnym na manipulacje ludziom - przymilał się Lucius, rozmyślnie powoli skracając dystans. - Szukaj dla mnie naznaczonych Macierzą osób w miejscowościach na trasie przemarszu ku stolicy. Przede wszystkim skupiaj się na tych, którzy reprezentują sobą potencjał energetyczny, ponieważ to na energii, a nie jej sile, najbardziej mi zależy. Tylko ich zlokalizuj. I zapamiętaj, gdzie przebywają.

Imt kłapnął szczęką. Wielkie ciało rozpierały dreszcze ekscytacji i stygnącej furii. Zdumiewające, że w ogrodach Pana nie czuł tak przykrych doznań. Odnajdywał tam spokój, którego tutaj mu brakowało. A już szczególnie drażniła go myśl o utracie względów syna Darczyńcy.

- Co rozkażesz, Luciusie - warknął. - Wyruszam.

- Wolnego, Imcie, zamierzasz tak odejść? - Śniący położył rękę na łopatce smoka i lekko pchnął, nakazując mu zwrócić się w kierunku, w którym podążył Brek. Palce ześlizgnęły się z sinej skóry, kiedy bóg wyprzedził sługę. - Twe oczy nie ujrzały jeszcze najważniejszego… - mamrotał gorączkowo.

Rzeczywiście, Imt nie ujrzał jeszcze najważniejszego. Lecz gdzie mogły ukrywać się nieprzebrane armie przebudzonego boga, skoro jak okiem sięgnąć widoczne były jedynie drzewa, skały oraz zasnuty brzuchatymi chmurami widnokrąg?

Chłodny, pachnący żywicą wiatr owiewał plecy idących, niosąc ze sobą szum liści oraz cienie umykających w poszycie nocnych drapieżników. Gałązki zagrzebane pod ściółką trzaskały i szeleściły na każdym kroku, ale wędrowcom to nie dokuczało. Nie skradali się. Byli u siebie. Ze swobodą gospodarzy zwiedzali swe włości.

Popadający w wątpliwości smok rozglądał się na boki i już gotów był się odezwać na temat rzekomych wojsk, kiedy dotarli na skraj wzniesienia. Wówczas jego oczom ukazała się oszałamiająca panorama, aż rozchylił usta, ze świstem wciągając potężny haust powietrza. A mimo to nachodziła go niedorzeczna obawa, że udusi się z wrażenia.

Poniżej, na równinie daleko w dole, rozpościerało się mrowisko utworzone przez dwunogie istoty. Liczone w tysiącach ogniska paliły się wśród morza namiotów, a wysokie słupy szarego dymu ociężale wyciągały się ku niebu, pochylone, rozmywane porywami wiatru. Niczym w korycie rzeki ludzie krzątali się na prowizorycznych uliczkach obozowiska. Zajęci obowiązkami nie zdawali sobie sprawy, iż ich życie doglądane jest przez Śniącego i jego smoka.

- Patrzysz na około trzydzieści tysięcy zbrojnych, mężczyzn i kobiety, młodych i dorosłych, wyszkolonych żołnierzy oraz rekrutów: kowali, piekarzy, kapłanów, akuszerki, murarzy, rolników... - wymieniał pobudzony widokiem swych wojsk Lucius. Migoczące drobiny odbijały się w błyszczącym ekstatycznie złocie szeroko rozwartych oczu. Podwójne kły błyskały groźnie, gdy idealne wargi poruszały się w takt słów będących z wolna tkanym urokiem. - Armia mogąca wznieść metropolię. I utrzymać ją. To zaledwie połowa tego, w posiadaniu czego mam przyjemność się znajdować. Viera zasili nas podobną ilością. Do następnej pełni księżyca liczba moich fanatycznych wyznawców przekroczy sto tysięcy. A ci nieustannie przybywają z całego Estarionu skuszeni obietnicą lepszego jutra, możliwością ulżenia sobie w cierpieniu. Imcie, czy kiedykolwiek przyszło ci na myśl, jak bardzo ciemiężeni przez siebie samych są ludzie, by zawistnie życzyć śmierci własnemu gatunkowi? Jak bardzo nienawidzą innych, a zarazem samych siebie... - Obłąkane spojrzenie spoczęło na profilu zauroczonego obozowym miasteczkiem smoka. - Nie musiałem wykorzystywać ułamka potencjału, by przylecieli do mnie niby ćmy spragnione ciepłego światła miłości pośród zimna egzystencjalnej ciemności.

- Zwycięstwo jest bezapelacyjnie w twoich rękach, panie - wychrypiał osłupiały Imt, ślepii nie odrywając od żywego organizmu armii, pulsującego w dole poblaskiem ognisk.

Był poruszony. Zachwycony. Wszystko o czym mówił Śniący, stało się prawdą. Zakon Paladynów nie ma szans z siłami, jakie zgromadzi za ich plecami przebiegły bóg.

Arcypaladyn powinien nakazać rozpoczęcie budowy własnego grobowca, choć pewnie nie dożyłby jego ukończenia - skonstatował z ironią smok. Drwiący uśmieszek zniekształcił jego rysy. Sto tysięcy przed upływem miesiąca… I liczba ta wciąż będzie rosła!

- Imcie, jeśli czegoś pragnę, prawem tego świata jest, abym to otrzymał - wymruczał Lucius. - A teraz ruszaj. Rozłóż swe wspaniałe skrzydła i niech noc niesie cię z dala od spojrzeń twych barwnych krewniaków.

Imt zrozumiał przekaz i z ochotą wypełnił polecenie. Potężny humanoid zgarbił się, a esencja wokół niego zawrzała dziko, absorbowana przez jego moc. Obserwujący metamorfozę smoka Śniący wycofał się, podczas gdy umięśnione ciało stworzone na podobieństwo ludzkiego przekształcało się, deformowało i rozrastało. Ogromne błoniaste skrzydła wystrzeliły z obciągniętych matową czernią łopatek, rozdzielone kościanym grzebieniem wyrastającym z podstawy czaszki, a niknącym u nasady ogona.  Nogi i ręce wykrzywiały się z chrzęstem i wyginały w stawach. Pazury darły ziemię niczym monstrualny pług. Kilka pechowych drzew złamało się pod naporem olbrzymiego, kilkunastometrowego cielska chronionego niebywale grubą skórą. Ogon smagnął powietrze, a końcówka zwieńczona do złudzenia przypominającym grot włóczni żądłem świsnęła złowrogo, zawijając się ku górze. Płaski klinowaty łeb z wywiniętymi wzdłuż pyska rogami opadł, by żółtozielone ślepia znalazły się na jednej linii ze wzrokiem Pana. Paszcza rozwarła się. Odchylone na zewnątrz ukośne kły odsłoniły wąski, czerwony jak krew język smakujący nurt.

Dłoń w tytanitowej rękawiczce dotknęła nozdrzy będących zagłębieniem w ogryzionej z mięsa smoczej czaszce. Oczodoły zgasły, gdy prajaszczur na moment przymknął powieki.

- Odszukaj ich, Imcie - powtórzył Lucius i oddalił się, albowiem łeb smoka śmierci poderwał się raptownie, a skrzydła osiągnęły całkowitą rozpiętość, przysłaniając jaśniejący na wschodzie horyzont. - Odszukaj ich dla mnie.

Czarna bestia przysiadła na zadzie i unosząc przednie łapy zgięła smukłą szyję. Rześkie powietrze wydęło pierś koloru butwiejących liści, a po chwili grzmiący ryk poniósł się w promieniu wielu kilometrów, siejąc niepokój w sercu każdego, kto dosłyszał ów przerażający okrzyk rozpoczynającego łowy smoka. Imt ledwo zamknął paszczę i już jego potężne tylne nogi odepchnęły się od miękkiego podłoża, wyrywając grudy darni. Skrzydła uderzyły raz i drugi, wyrzucając w powietrze połamane gałęzie oraz kępy ściółki, a ich donośnemu łopotowi akompaniował kolejny ścinający krew w żyłach wrzask. Smok z zadziwiającą dla jego rozmiarów gracją wzbił się w przestworza i pracując miarowo skrzydłami zatoczył trzy kręgi nad zagajnikiem oraz obozowiskiem, zwracając się na południe, ku estariońskiej stolicy. Niesiony ciepłymi prądami wznosił się coraz wyżej, aż pochłonęło go kłębowisko ołowianych chmur.

Imt zwany Czarnym powrócił do prawdziwej postaci i czerpał z tego rozkosz, jakiej nie dałyby mu najwymyślniejsze pieszczoty Pana. Za nic miał wypatrujące go trwożnie wojska w dole. Niewyraźny zarys ludzkiego mężczyzny żwawo schodzącego ze stromego pagórka także był dlań bez znaczenia. Wreszcie był wolny. I na nowo uwierzył w spełnienie marzeń o domu dla Czarnej Barwy. Lucius zwycięży. I dotrzyma obietnicy względem smoka, co nie ulegało wątpliwości. A do tego czasu Imt uczyni wszystko, by przysłużyć się jego sprawie.

Pan długo wpatrywał się w punkt na nieboskłonie, gdzie zniknął smok. Chytry uśmieszek wygiął ciemne usta. W jego niezwykłych oczach zagościł chłód, jakiego nie powstydziłyby się oblodzone wierzchołki Srebrzystych Szczytów. Imt odnajdzie magów. Brek przekaże wieści. Viera dołączy do oblężenia Aneil’Aranth. A on, ich objawiony bóg, będzie miał sporo czasu, by uprzykrzyć życie dwóm młodzieńcom, których z lubością podglądał dniem i nocą. Nie ułatwi im przeprawy. Niczego im nie ułatwi.