czwartek, 26 października 2023

Biały elf - rozdział 17

 

Travis poinformował swojego asystenta, że nie będzie go w Twierdzy przez kilka kolejnych dni, więc dla własnego użytku może śmiało korzystać z dostępnych w pracowni sprzętów. Estalavanes często rozpamiętywał przykry incydent z biblioteką, którą niemal obrócił w ruinę, dlatego ten nieoczekiwany przejaw zaufania wzruszył go do głębi, całkowicie wypleniając rodzące się obawy. Już wczoraj, pierwszego dnia nieobecności alchemika, postanowił wziąć wolne od zajęć w laboratorium i poszukać w księgach receptury, którą chciałby przyrządzić samodzielnie.

Wyszorowany do czysta, po zjedzeniu lekkiej kolacji spędził czas na długiej dyskusji z mistrzem, poruszając tematy zupełnie nie związane z nadchodzącą wielkimi krokami przyszłością. Rozmawiali o rzeczach tak przyziemnych jak estariońska literatura i sztuka, o których chłopak miał niewielkie pojęcie, oraz tych bardziej skomplikowanych – historii czy zawiłej polityce, w której o dziwo dobrze się odnajdywał.

Esta ciekawiła historia Estarionu, a w szczególności wydarzenia związane z Dniem Zero wieńczącym Epokę Ciszy. Od zakończenia Wojny Bogów minęły ponad dwa tysiąclecia, odcinek czasu tak wielki, że nie było na Khaldunie elfa ani smoka, który pamiętałby stary świat. Bogowie zdążyli odejść w zapomnienie, podobnie Wszechmocni - ich ojcowie i matki. Nikt nie wiedział, co dokładnie się wydarzyło, jako że źródła historyczne nie zgadzały się ze sobą. Wymarli, wybili się nawzajem, bądź też odeszli w wyższy wymiar Wszechrzeczy; trudno określić co jest prawdą, a co jedynie wymysłem na potrzeby zabawiania gawiedzi. Żadne kroniki ani pisma nie przetrwały od tamtej pory, a słowne przekazy tyle razy zmieniły swoją treść, przez ile ust udało im się przejść. Prawda umarła razem z dawnymi bogami i nie istniała siła, która mogłaby ją wskrzesić.

Est zaczynał żałować, że przez swoją krótkowzroczność i zapalczywość niemal utracił te nieliczne, cenne ponad miarę chwile spędzone na rozważaniach z doświadczonym, inteligentnym rozmówcą. Mag należał do ludzi niezwykłych. Jego światły umysł zachwycał ostrością spostrzeżeń oraz perfekcyjną trafnością wyciągania wniosków z zaobserwowanych zjawisk. Na podstawie przeszłości potrafił określić prawdopodobną przyszłość, a jego przewidywania spełniały się w prawie wszystkich przypadkach, czasem tylko odbiegając od pierwotnych założeń. Był erudytą w pełnym tego słowa znaczeniu, mędrcem chętnie dzielącym się swoją filozofią, a już szczególnie z przyjemnością przekazującym ją zainspirowanemu młodemu uczniowi.

Obiecujący sobie powtórkę z dzisiejszego wieczoru Est wyszedł z Głównego Budynku. Zaciągnął się nocnym powietrzem, rześkim po deszczu i chłodnym jak tuż przed jesienią, rosą odkładającym się na skórze i ubraniach. Wciąż czuł w nozdrzach odór pochodni, toteż jeszcze przez moment trwał na szczycie schodów, rozglądając się po pustym podwórzu. Pustym, jeśli nie liczyć grupki rozmawiających najemników oraz czujnych wartowników na murach, którzy nie zwracali na niego uwagi. Byli przyzwyczajeni, tak jak przepowiedział mistrz.

Ludzie szybko dostosowywali się do zmian, zwłaszcza gdy nie mieli na nie wpływu. A przychodziło im to z tak naturalną łatwością, że prawie im tego zazdrościł. Nie znaczyło to jednak, że chciał być taki sam jak oni. Pragnął zachować swój indywidualny charakter, odmienną perspektywę, szerszą i wrażliwszą na otaczający go świat oraz na to, co się działo i jak do tego dochodziło. Rutyna była dobrym sposobem na utrzymanie życia w ryzach, ale jak mawiał Mag, czasami trzeba zburzyć przyjęty porządek, wywołać kontrolowany chaos w swoim otoczeniu, by nie poddać się nudzie i odrętwieniu. Est musiał dostrzegać wszystko wokoło, być przenikliwy i uważny, inaczej utknie w martwym punkcie, utraci wszelkie chęci do rozwijania się, oswajania z tym co nowe i nieznane. Jeśli straci wolę walki spoczywając na znajomym gruncie, zapuści korzenie w jałowej glebie własnej bierności i zgnije, zanim zdąży zakwitnąć. Ale jak miał odejść od rutyny, skoro nie mógł nawet wybrać się na przejażdżkę?

Mistrz pocieszał go, że to tymczasowe rozwiązanie i potrwa wyłącznie do czasu, aż schwytają tajemniczą obecność i ujawnią jej intencje. Czyli na praktyczny, choć cokolwiek pesymistyczny rozum Esta, złota klatka została zamknięta na głucho. Dlaczego mistrz nie powie mu, co wie na temat jego związku z nocną osobliwością? Przeczuwał, że jest powiązany ze zmorą leśną, a gdyby ją spotkał, wszystko stałoby się jasne. I ta jasność wcale by mu się nie podobała.

Nadgarstkiem przetarł powieki i zdławił szerokie ziewnięcie. Jego spojrzenie mimowolnie powędrowało w stronę parterowego budynku mieszczącego sale ćwiczeń, a raczej ku drugiemu, sąsiedniemu wejściu. Mrok niewielkiego budyneczku skrywał wąską klatkę wiodącą na sam dół, w miejsce, którego nie widział i raczej nieprędko ujrzy, znając jego zajęczą odwagę oraz równie płochliwe chęci.

Ostrożnie rozejrzał się na boki, a nawet w górę, na mury i pod nogi, na schody, sprawdzając, czy nikt go nie obserwuje. Czysto. Przy wejściu do koszar stała gromadka sprzeczających się najemnych. Żaden z nich nie przejął się zjawą przemykającą pośród nocy, zresztą nikt by go nie dojrzał, uczeń Maga bowiem był w tym coraz lepszy. Ciemność mu sprzyjała, a on chętnie korzystał ze wsparcia tego niepisanego sojusznika.

Płasko przywarł plecami do wilgotnej ściany przy wejściu do łaźni i znów czujnie omiótł okolicę. Ogrody świątynne spowijała cisza. Pojedyncze ptaki i zwierzęta przemykały wśród listowia nie czyniąc większego szmeru, choć długie uszy reagowały na trzeszczenie poruszanych gałązek. Z wysokich murów nie był widoczny, podobnie z dziedzińca przy bramie, natomiast północne okna centralnego gmachu były wygaszone, a badawczy wzrok nie wypatrzył w nich żadnych sylwetek.

Biorąc głęboki wdech, spróbował opanować walące mocno serce. Czuł się jak dzieciak szykujący wyjątkowo paskudny żart. Jakby robił coś zakazanego i niedozwolonego, a przecież łaźnie były dostępne dla każdego z mieszkańców Twierdzy bez wyjątku. A mimo to czuł, że nie powinien tam teraz zaglądać. Wstydząc się swojego szczeniackiego zachowania, zbeształ się w myślach za karygodny postępek i zadeklarował, że jak tylko się uspokoi, wróci do sypialni.

Nie wrócił.

Wychynąwszy z cienia, zajrzał przez pozbawione odrzwi wejście. Ciepłe, oprószone stłumionym blaskiem powietrze owionęło jego nos i policzki, obiecując relaksującą kąpiel w rozkosznie gorącej wodzie. Wizja pary unoszącej się nad gładką taflą była kuszącą odmianą od zimnej codzienności, aż chłopak wzdrygnął się, gdy lodowaty palec ostrzeżenia przesunął mu się wzdłuż kręgosłupa. To nie było następstwo obrazów serwowanych przez rozochoconą wyobraźnię. To instynktowna odpowiedź na realną obecność osoby trzeciej, przez którą zaschło mu w gardle, a sparaliżowane serce zatrzymało pracę.

Colonell stał w półcieniu wysokiego muru, zaledwie cztery metry od przyłapanego na gorącym uczynku Esta.

Smagły mężczyzna odruchowo splótł ręce na piersi, przyglądając się chłopakowi z wyrazem rozbawionego powątpiewania. Wracał ze świątyni z zamiarem udania się na swoją ulubioną wieżę, kiedy spostrzegł znajomą postać przyczajoną pod frontem łaźni. Wyjątkowa złośliwość losu czy też zbieg okoliczności ponownie skrzyżował ich ścieżki? Cokolwiek to było, nie mógł przepuścić nadarzającej się okazji.

Spoglądając w zielone oczy o szerokich źrenicach wyobrażał sobie walkę Estiego z samym sobą, wyrównaną i niszczycielską. Gwałtowne starcie dwóch skrajnych sił, wyraźny kontrast naznaczający zarówno ciało, jak i psychikę dzieciaka. Niemal widział, jak jego mózg przegrzewa się w poszukiwaniu drogi ucieczki. Powinien pozwolić mu odejść, decydować za siebie i swoje życie. Pozostawali przyjaciółmi, a przyjaciele rozumieją siebie nawzajem, nawet jeśli nie są jednomyślni. Ale czy na pewno? Wszystko, co robił, robił tak naprawdę dla siebie. Był interesowny, a i owszem, każda istota żywa taka była w większym lub mniejszym stopniu, lecz patrząc na speszonego chłopaka nie potrafił powiedzieć tego głośno bez poczucia wstydu i upokorzenia. Tylko dla niego chciał być dobrym człowiekiem i dlatego przyrzekł mu, że pójdzie za nim wszędzie, że zawsze będzie mu towarzyszył. Znając wartość takich obietnic nigdy ich nie składał. W tym jednym przypadku uczynił wyjątek. I srogo się na nim zawiódł.

Nie, nie pozwoli Estiemu uciec. To on musi odejść.

Po raz pierwszy odkąd się poznali, Colonell był w złym miejscu i o jeszcze gorszym czasie. Bezdenna rozpacz ogarnęła Esta przypominającego sobie coraz więcej szczegółów z ich poprzedniej konfrontacji. Nie miał ochoty na nowo odkrywać powodów swojej chłodnej, krzywdzącej rezerwy, jawnej, dotkliwej wrogości skierowanej ku nieodpowiedniej osobie. Prawie zniszczył więź, jaka w bólach rodziła się między nimi. Troskliwie pielęgnowana przez człowieka zdawała się jednostronnym afektem, kruchym i przemijalnym.

Nie, nie jednostronnym.

Bezwiednie sięgnął do końcówki ucha, wzrokiem unikając smutku przydymionej zieleni. Nie zdołał wydusić z siebie choćby słowa przeprosin. Nie był silny ani odważny. Wszystko, co przysiągł mistrzowi, co przysiągł sobie samemu, przerosło jego możliwości - było dymem na wietrze pisane. Był tchórzem, lękał się własnego cienia, przerażały go niezgłębione emocje i zniechęcało wszystko, co było choć odrobinę skomplikowane. Uciekał przed odpowiedzialnością, konsekwencjami, aż wreszcie przed sobą samym, zaburzoną wewnętrznie sumą ułomności, problemów i strachów.

Był egoistą, który brał, samemu nic nie dając, a Col oddawał mu wiele siebie, nie chcąc niczego w zamian. I to było najstraszliwsze. Empatia była jego najsilniejszym atrybutem, a on celowo ją osłabiał. Najtrudniej mu było zrozumieć, że to nie ludzie byli winni temu, jak czuł się w tej chwili, lecz on sam. I jeśli Colonell zdecyduje się odpuścić sobie tę bezwartościową relację, to także będzie wyłącznie jego wina!

Czas zwolnił, gdy Est wyciągnął rękę. Utrzymujący dystans człowiek już go mijał, uprzednio chowając dłonie w kieszeniach workowatej bluzy na znak, że nie ma względem niego żadnych podejrzanych zamiarów. Kredowobiałe usta rozchyliły się w bezgłośnym wołaniu, a spojrzenie nie odrywało od chłodu obojętności - przystojnego profilu, typowo ludzkiego, nienaturalnie zwyczajnego, jakby patrzył na ukrytą stronę świata, którą dopiero dostrzegł. Charakterystyczny zapach wmieszał się w rześkie powietrze, pobudzając do działania nie gorzej niż zimna woda. Nie puści go. Nie teraz, nie bez słowa wyjaśnienia, które wciąż nie opuściło dręczonego sprzecznymi uczuciami umysłu. To przeciągające się milczenie było najpotworniejszym co spotkało go, odkąd Col wyjechał.

Niechaj mistrz zamknie go w Twierdzy już na zawsze! To bez znaczenia, o ile Col zostanie tu razem z nim!

I w tym koszmarnym momencie dotarło do niego, jak wielkie pragnienie domagało się spełnienia, niszcząc go od środka. Nie potrafił przestać o nim myśleć. Fiksował na jego punkcie, miał obsesję, której nawet natłok zajęć szczelnie wypełniających dzień nie mógł powstrzymać. Nienawidził go tak bardzo, że aż dusiło go w środku, w piersi, w trzewiach. Życzył mu tak źle, że nie mógł wyrzucić go z głowy, bo jego portret był pierwszym, co widział pod powiekami tuż przed otwarciem oczu i ostatnim, co kształtowało się pod nimi na chwilę przed zaśnięciem. Chciał czuć na sobie jego dłonie, gdy dygotał bez opamiętania. Pragnął słyszeć jego głos, choć ludzka mowa go odpychała. Nie mógł się na niego napatrzeć, a przecież był tak ludzki, że zakrawało to o obrzydliwą pospolitość. Oszalał na jego punkcie. I sam już nie wiedział kogo nienawidzi bardziej: siebie czy jego.

- Przepraszam, Col!

Dogonił go. Na domiar złego złapał za tył bluzy, zmuszając najemnika do natychmiastowego zatrzymania się.

- Col, jak rany…

Nagła reakcja człowieka strwożyła go. Uderzył plecami o nierówne kamienie ściany. Śniada, połowicznie wytatuowana twarz zawisła tuż przy jego policzku, nierzeczywista jak emocje wyzierające z przymrużonego ich ciężarem spojrzenia. Nosy prawie się stykały. Czuł łaskotanie oddechu na swoich rozchylonych wargach, lecz nie ośmielił się ich zwilżyć. Spanikowany byłby się wymknął, gdyby nie blokujące go silne ramiona. Colonell nigdy nie był tak blisko. Nie tak, nie w ten niemal intymny sposób roztrzaskujący wszelkie przyjęte w świecie ludzi konwenanse. Hipnotyzował zamkniętą w potrzasku ofiarę, pozbawiając resztek nadziei na wywikłanie się. Siła, jaką emanował człowiek, przynależała osobom nie znoszącym sprzeciwu, cechowała urodzonych przywódców i niebezpiecznych przeciwników. Sprawiała, że Est tracił nad sobą panowanie, bezwolnie odpowiadając na to, co działo się między nimi.

Powolnym, wręcz nieśmiałym ruchem uniósł ręce, kładąc trzęsące się dłonie na ciepłym materiale osłaniającym tors łowcy. Zaskoczył tym gestem Colonella, który odsunął się nieznaczne. Est dygotał, pijany własną zuchwałością. Przesunął ręce wyżej, na zwieńczony kapturem kołnierz bluzy otaczający szyję mężczyzny. Zawahał się na kilka uderzeń rozszalałego serca. Zagryzając zęby, ruszył dalej. Dotknął ciała pulsującego krwią, a potem mocno zarysowanej linii szczęki, szorstkiej od jednodniowego zarostu. Pocięte niewielkimi skazami policzki Colonella wydawały się chłodne, chociaż jego twarz płonęła szkarłatem.

Est obawiał się, że zemdleje od nadmiaru buzujących w nim uczuć i wrażeń towarzyszących ruchliwym opuszkom. Z własnej woli dotykał człowieka. Badał jego twarz centymetr po centymetrze, wzrokiem śledząc ruchy błądzących palców. Był rozstrojony reakcjami przytrzymującego go zwiadowcy, który ograbił go z możliwość decydowania o sobie. Zniewolił go. A on, by nie być mu dłużnym, trzymał w dłoniach jego oblicze wyrażające tęsknotę i smutek, udręczone obawą o nierealności całego zajścia. Spojrzenie zdradzało zagubienie i na darmo poszukiwało wskazówek u dzieciaka, który podobnie jak on, błądził w pomroce własnego serca.

- Jeszcze niedawno mnie odtrąciłeś, a teraz zatrzymujesz? - Colonell przechylił głowę, gdy jego usta szeptały kolejne słowa prosto w wargi zamkniętego w potrzasku elfa. Delikatny dotyk rozpalał w nim najdziksze pragnienia. - Zupełnie jakbyś miał rozdwojenie jaźni, Esti. Jakbyś doznał pomieszania zmysłów.

- Col… nie było cię… tyle czasu…

Wymawianie kolejnych słów zakrawało o niemożliwe. Est przełykał łzy, swoim zwyczajem chcąc uciec przed spadającym na jego barki ciężarem, ale ściana za plecami była równie trudną do pokonania przeszkodą co ramiona tuż przy długich płatkach uszu. Usta. Musiał mieć na nie baczenie. Usta człowieka odbierały mu zdolność trzeźwej oceny sytuacji.

- Czułem się opuszczony, sam… ze wszystkim, co działo się we mnie… Tak zimno, tak… tak źle, jak rany, tak bardzo było mi źle. Tak źle, że jak tylko cię zobaczyłem, to wystraszyłem się, że znów odejdziesz, znów zostawisz mnie z… z niczym. I wciąż się tego boję, ciągle czegoś się boję, Col… Jak rany, Col, boję się.

Płakał. Nie kontrolował uczuć dając im upust i swobodę działania, niech wyczerpią się do cna, pozostawią po sobie opar, strzęp przykrego wspomnienia. Bezwiednie gładził chłodnymi opuszkami gorącą skórę szerokiego karku, którą Col zawsze pocierał w momencie zmieszania. Pękający pod naporem nieprzerwanej rzeki emocji Est przesunął nimi ku linii włosów, krótkich i przyjemnie łaskoczących. Zaplątał się w dłuższe pasma, wzrok skupiając na przymkniętych powiekach zranionego mężczyzny.

Chciał tego. Obaj tego chcieli. Świadomość własnych czynów nie docierała do otępiałego, konającego jestestwa. Przegrał z własnymi pragnieniami. Był słabszy niż zakładał. Wstydził się własnego braku zahamowań. Wstydził się, że coś tak niepodobnego ludzkim ideałom jak brzydki elf dotyka pięknego człowieka. Wstydził się przyznać, że podobało mu się uczucie rozbłyskujących pod palcami mrowiących bodźców, które wściekle pobudzony umysł odnotowywał w żywej pamięci. A najbardziej zawstydzał go widok Colonella, któremu nieprzewidziany dotyk dawał tak wiele przyjemności, by w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa i satysfakcji zamknął oczy, opierając czoło o kamień tuż nad barkiem głaszczącego go chłopaka. To jego dotyk, niczyj inny, był tym, czego pragnęła druga osoba. To nie mogło być złe, nie mogło...

- Druga godzina - wyszeptał Col, poruszając się niespokojnie przy ramieniu Estiego.

Przypadkowo musnął policzkiem chłodną gładkość i ledwie powściągnął chęć posmakowania jej językiem. Bliskość oblubieńca odurzała jak narkotykowy ciąg, raz napoczęty, już do końca niezaspokojony. Nie mógł sobie pozwolić na słabość. Musiał wykazać się siłą, na nowo wzbudzić zaufanie elfa, który przechodził właśnie jedno ze swoich skrajnych załamań emocjonalnych. Ten niestabilny psychicznie chłopak posiadał wyjątkowo wrażliwe zmysły, co było połączeniem tak destrukcyjnym, że dodatkowa stymulacja w postaci pieszczoty pogorszyłaby tylko jego stan. Doświadczony Colonell odnalazłby newralgiczne punkty na ciele Estiego w czasie krótszym, niż młodziutki przyjaciel mógłby się zorientować, ale nie był głupi.

- Jeśli chcesz iść do łaźni, to tylko po drugiej w nocy – sprostował.

Est z ociąganiem cofnął palce. Stali w przedziwnej kombinacji dwóch ciał trwających w możliwie najmniejszej odległości. Ciepłe tchnienie owiewało jego ramię, by zaraz przejść chłodem rześkiego wieczoru.

- Dlaczego wtedy? – spytał, mruganiem pozbywając się łez z czarnych rzęs.

- Po drugiej warcie nie ma tu nikogo. O tej porze chłopaki nie myślą o kąpieli, a zwolnieni z obowiązków śpią. Jest tam duszno i gorąco, mało kto chce stracić przytomność łącząc relaks z wycieńczeniem. Nikt normalny tego nie robi.

- Ty nie jesteś normalny, skoro chodzisz tam w takich porach - zauważył Est. Jego ręce opadły wzdłuż boków, na zimną powierzchnię, o którą wciąż się opierał.

- Trafił swój na swego, Esti. I gwoli wyjaśnienia, chodzę tam o różnych porach.

Twarz wycofującego się Colonella była poważna, a jego oczy ledwo odzyskiwały ostrość po chwili niespodziewanej przyjemności. Chciał więcej. Wygłodniały pragnął znacznie więcej. Chciał poczuć tę smukłość na sobie, wokół siebie, pod sobą i gotów był porwać się na tę perwersyjną zachciankę, gdyby nie ufność oraz przekonanie błyszczące w jasnozielonych oczach skutecznie studzących jego zapał. Nie zrobi tego. Nie jemu. Nie dziecku, które pokładało wiarę w ledwie naprostowanym wykolejeńcu. A przynajmniej nie wbrew jego woli.

Odetchnął.

- Tej nocy, zmiana warty o drugiej. Jeśli chcesz, pójdę tam z tobą – zaproponował. – Rzecz jasna w dowolnym momencie będziesz mógł zawrócić, albo to ja na twoją prośbę zostawię cię samego, czego wolałbym nie robić. - Najemnik lekko odepchnął się od ściany, potwierdzając swoje pokojowe zamiary względem chłopaka. - Zabierz ze sobą dwa ręczniki i odzież na zmianę. Przystajesz na to?

Est namyślał się, a gdy wreszcie podjął decyzję, jego przesycony emocjami głos przeciął ciszę niby świst wypuszczonej strzały.

- Pójdę, jeśli zostaniesz tam ze mną… - przerwał, przełykając dławiącą gardło kulę. Histeria odzywała się w każdym skrawku wstrząsanego dreszczami ciała, a mimo to przystał na propozycję, wiedząc, że będą tam sami. Tylko we dwóch. Ale jeśli będzie z Colem, to gotów był zaryzykować. – Chcę, byś był człowiekiem, który pokaże mi wszystkie zakamarki mojej złotej klatki.

Siła zagadkowego przekazu obuchem uderzyła w młodego mężczyznę, który odwrócił się, by jego bystry kompan nie dostrzegł zmiany na zmęczonym obliczu. Zabrzmiało to wyjątkowo sugestywnie i prowokująco. Ale przecież to był Esti, uroczo niedoświadczony, zupełnie nie pojmujący zasad, jakimi rządzą się dojrzali ludzie! Dojrzali mężczyźni. Skrzywieni mężczyźni, jak zwykł mówić o nich świat.

W duchu liczył, że chłopak odmówi, wymiga się kolejną bezsensowną wymówką. Tymczasem srogo się przeliczył. Będzie musiał ostudzić swoje zapędy i odwodzić uwagę od wszystkiego, o czym rozmyślał samotnymi nocami spędzonymi poza wspólną sypialnią w koszarach. Sam na siebie ukręcił bat, niech więc nie narzeka, że otrzymane nim razy bolą... 

***

Mijały męczące minuty, podczas których Est co najmniej piętnaście razy zastanawiał się nad taktycznym odwrotem do swojej sypialni. Kurczowo przyciskał do siebie naręcze ubrań i ręczników w oczekiwaniu na Cola, w głowie formując tysiące scenariuszy przedstawiających przebieg nocnej schadzki. Żaden z nich nie był na tyle realny, by utknąć w pamięci na dłużej niż uderzenie serca. Schadzka... Nie byli parą, nie mogli nią być dwaj mężczyźni. To było czysto przyjacielskie spotkanie. O drugiej. Sam na sam. Jak rany, o czym on w ogóle myślał godząc się na coś takiego?!

Ręczniki prawie wylądowały na rozmokłej ziemi, gdy porażony własną głupotą próbował zetrzeć senność z twarzy. Za nieco więcej niż dwie godziny stawi się na porannych ćwiczeniach z kontemplacji, na których jak nic znowu zacznie przysypiać. A przecież ostatnio udało mu się sprawnie funkcjonować do późna! Ale nie, na horyzoncie wydarzeń pojawił się Col z tą swoją niewymuszoną nonszalancją, a on niemal natychmiast dostał na jego punkcie bzika. Postawa niepoważna na miarę dzieciaka, jakim zresztą był.

Pojedyncze krople miękko uderzały o tkaninę czarnego bezrękawnika. Łaskocząc, spływały po odsłoniętych ramionach i policzkach. Mżawka otuliła Twierdzę. Zapach letniego nocnego powietrza cudownie koił. Umysł Esta pracował zbyt intensywnie, by móc skupić się na pięknie otaczającego go świata. Jego własny mały świat dostał kręćka, gdy z pobliskiego cienia wyłoniła się postać, na widok której krew w żyłach zastygła, by zaraz na nowo wypalić sobie drogę płomieniem.

Colonell szedł niespiesznym, swobodnym krokiem. Płachtę zszarzałego materiału przerzucił przez ramię, wolne dłonie wsuwając w kieszenie luźnej bluzy. Dojrzawszy oczekującego nań chłopaka, uniósł lewy kącik ust, by wyglądać na mniej onieśmielonego niż był w rzeczywistości. A był onieśmielony jak nigdy przedtem! On, Colonell z Niedźwiedzi, drapieżnik i zdobywca, łowca doskonały, któremu nie umknęła żadna upatrzona zwierzyna - a większość nawet wracała po więcej - teraz był niedorzecznie skrępowany myślą o rozebraniu się przed swoim faworytem.

Chłopak był uroczy, a jego skromny wdzięk ujmował nawet mężczyzn w Twierdzy, którzy cicho żałowali, że nie jest on kobietą. Colonell potrafił prawidłowo odgadnąć z kim ma do czynienia, lecz preferencje Estiego wciąż pozostawały zagadką. Nie wiedział, jak ma się z nim obchodzić, w czym trochę przypominało to znajomość ze zmienną jak wiatr kobietą, z którą nie wie się czy dobrze jest, czy może jest już źle. Esti był typem płochliwego stworzenia, które przyparte do muru wystawiało pazury, choć mając wybór, wolało czmychnąć w las aniżeli dopuścić do niechcianego kontaktu.

- Zapraszam do środka, Esti. - Colonell przystanął naprzeciwko chłopaka i wskazał wejście do niewielkiego budyneczku. Zaraz jednak schował rękę w kieszeń, nie ufając własnym odruchom. - Mam iść przodem?

Spojrzenie człowieka speszyło Esta, który palcami wolnej dłoni sięgnął płatka ucha.

- Byłbym zobowiązany – wymamrotał. - Będę tuż za tobą.

- W razie gdybyśmy na kogoś trafili, będziesz mógł bez przeszkód się wycofać – odpowiedział Col lekkim, wyrozumiałym tonem, choć w głębi serca czuł, że nie w tym rzecz. Esti wolał mieć drogę ucieczki nie tylko przed mieszkańcami Twierdzy, ale też przed swoim przewodnikiem, który postanowił udawać, że tego nie zauważa. - Chodź, bo prędzej zmokniemy od deszczu niż ciepłej wody.

Wyminął chłopaka i wszedł do przedsionka. Zatrzymał się tuż za progiem, przyzwyczajając wzrok do panujących w surowym wnętrzu ciemności lekko rozproszonych odległą lampką oliwną. Kiedy poczuł się na tyle komfortowo, by podjąć się długiej drogi w dół, zszedł z pierwszego wysokiego schodka prowadzącego w migoczącą czeluść. Esti był tuż za nim, tak blisko, że niemal czuł jego oddech na odsłoniętym karku.

Est szedł w milczeniu. Bolało go ucho. Serce kołatało mu w piersi, obijając się ciężko o żebra. Szum krwi zagłuszał wszelkie dźwięki i zaczynał wierzyć, że echo tupania na schodach jest wyłącznie wytworem jego fantazji. Dla pewności zdarzało mu się zerknąć na kark schodzącego przed nim człowieka, aczkolwiek rozważniej było patrzeć pod nogi i podtrzymywać się śliskich ścian wąskiej klatki schodowej.

Ledwo odczuwalna wilgoć panująca w powietrzu nasilała się, przechodząc w parne ciepło. Chłopakowi robiło się słabo na przemian z atakami niespotykanej nadpobudliwości. Przynajmniej oczy działały bez przeszkód na płaszczyźnie miłego półmroku, jako że rozlokowane w dużych odstępach lampki oddawały tylko tyle światła, ile było konieczne do bezpiecznego zejścia. Tworzyły subtelnie kameralny nastrój, pomagając się zrelaksować i odpocząć po całym dniu harówki.

Est wzdrygnął się na samą myśl o tym, co wydarzy się już za moment. Poślizgnął się na wygładzonym stopniu i byłby runął Colowi na plecy, gdyby nie ponadprzeciętny refleks. Rozpaczliwie przywarł do mokrej ściany, rozcapierzając palce na całą ich szerokość. Z nerwów rozbolał go żołądek, a posłane przez ramię pytające spojrzenie szmaragdowych oczu nieomal zwaliło z nóg. Zachowywał się jak skończony idiota, a szedł się tylko wykąpać…

- Wszystko w porządku, Esti? Nie czujesz zawrotów głowy? Jeśli będziesz niezdrów, mów od razu.

Nic nie jest w porządku, a zawroty głowy mam zawsze, kiedy patrzysz na mnie w ten sposób!, pomyślał rozstrojony chłopak, na głos mówiąc:

- Przepraszam, zagapiłem się. Jest dobrze. Możemy iść.

Gdy kłamał, czynił to tak nieudolnie, że lepiej dla niego, gdyby wcale się nie odzywał.

Otoczona czarnym zawijasem brew wygięła się, dając dzieciakowi do zrozumienia, że Col nie łyknął jego usprawiedliwienia. Tu nie było na co się zagapić. Za to było na kogo.

- Zagapiłeś się, oczywiście. Esti, nie musisz niczego przede mną ukrywać.

- Kiedy ja naprawdę… - Est bezwiednie przełożył rzeczy do drugiej ręki, chwytając się za ucho. Rękawiczka zdążyła zawilgnąć i stwardniała, utrudniając zgięcie dłoni. - Och, jak rany…

- Jeżeli cię to pocieszy, to ja też się denerwuję. W takich okolicznościach to całkiem naturalne.

Wznowili wędrówkę, już prawie docierając do pierwszej kondygnacji wiele metrów poniżej poziomu gruntu. Wilgoć stawała się dokuczliwa i wyraźnie czuć było lekki, chłodny przewiew.

- Ty się denerwujesz? - Est był zaskoczony tą rewelacją. - Dlaczego? Ach, czy to ma związek z twoim obsesyjnym zasłanianiem ciała?

- Obsesyjnym? - Colonell parsknął śmiechem, odwracając twarz. - Mówisz o sobie?

- Ani razu nie widziałem cię bez koszulki - wyjaśnił chłopak. Sięgnął pamięcią do każdego pojedynczego razu, gdy natykał się na Cola. Nie mógł się mylić, ponieważ obrazy w jego wyobraźni były żywe. - Zawsze masz na sobie coś, co zasłania ręce i tors, najczęściej bluzę, rzadziej koszulę. A gdy już jesteś w koszuli, podwijasz rękawy do łokci, pojęcia nie mam dlaczego. No i zawsze masz długie spodnie bez względu na pogodę - wymieniał, jednocześnie doszukując się w tych ciekawostkach ścisłej zależności. - Nie zaobserwowałem tego u najemników, którzy czasami nawet w samych gaciach paradują po dziedzińcu, jakby było to normalne.

Łowca zachichotał, stając na wygładzonym do połysku kamieniu podłogi. W końcu dotarli do miejsca, w którym mogli zostawić swoje bagaże. Gestem zasygnalizował, by Esti ruszył za nim jednym z trzech korytarzy, i podjął się przerwanego wątku.

- Jak cię słucham, to rzeczywiście może tak wyglądać. - Potarł szorstką brodę z przyjemną świadomością, że Esti obserwował go częściej, niż przyznawał. - Ale nie ma to nic wspólnego z potrzebą zasłaniania ciała. Odsłaniam je wyjątkowo często, szczególnie podczas ćwiczeń. Po prostu lubię się tak ubierać. Po części to wina Zrzędy i tej jego pozorności…

Tracący zainteresowanie rozmową Est rozglądał się po szerokim, wieki temu wykutym korytarzu niosącym echo ich  kroków. Nie, to nie był korytarz. To było wąskie pomieszczenie z ławami i stołkami kutymi w litej skale. Nisze w ścianach, niewielkie i płytkie, służyły za półki.

- Gdzie my jesteśmy?

- W jednej z trzech komór-przebieralni - oznajmił Col, odkładając ręcznik na pierwszą z brzegu półkę. - Dzięki naturalnym kominom nie jest tu tak parno jak na samym dole, a ubrania pozostają względnie suche. - Siadając na ławce, zaczął rozsznurowywać wysokie buty, popatrując na stojącego jak kołek elfa. - Według niepisanej zasady prawa odnoga jest dla mężczyzn, a lewa dla niewiast, lecz bądźmy szczerzy, żadna tu nie przychodzi z powodu lubieżnych samców.

- Chyba mnie to nie dziwi…

Zaniepokojony Est bacznie śledził ruchy ludzkiego mężczyzny, wciąż troskliwie przyciskając do piersi rzeczy, jakby mogły uchronić go przed jednym z tych lubieżnych samców. Na dodatek uzbrojonym.

- Dlaczego zawsze nosisz przy sobie sztylety?

Col uniósł spojrzenie, na wyczucie rozpinając skórzany pas. Rzucił okiem na rękawiczkę oblekającą lewą dłoń chłopaka, po czym znów zajrzał mu w twarz. Uśmiechnął się tylko i na powrót skupił na dodatkowych zabezpieczeniach klamry paska.

- Odpowiem pytaniem – odparł enigmatycznie. - Dlaczego zawsze masz tę rękawiczkę?

Zakłopotany Est oderwał wzrok od smagłego człowieka, który frywolnie pozbywał się swojej bluzy. On nie był w stanie postąpić choćby kroku, nie mówiąc już o przygotowaniu się do kąpieli.

- Odpowiadanie w ten sposób nie jest grzeczne…

- Nie jestem grzecznym chłopcem, Esti. Domyślam się, że ma ona coś wspólnego z twoim poczuciem bezpieczeństwa, prawda?

Est zamarł. Popatrzył w kierunku rozmówcy wahając się, czy w ogóle odpowiadać.

- Nie mylisz się w tej kwestii – potwierdził niechętnie.

- No więc sztylety także zwiększają moje poczucie bezpieczeństwa.

- Ale w Twierdzy?

Zwiadowca westchnął cicho.

- Szczególnie w Twierdzy, dzieciaku. Nigdzie nie jest bezpiecznie, a już na pewno nie w miejscu, gdzie wszyscy są twoimi przyjaciółmi.

- Przepraszam… - Est wpatrzył się w swoje dłonie. Uszy bolały go od ciągnięcia, więc dał im spokój. - Nie jest to dla ciebie wygodny temat.

- Nie kłopocz się, przywykłem. Takie życie - dobiegło od strony niefrasobliwego młodego mężczyzny. - Esti, zamierzasz tak wejść do wody? Pragnę ci przypomnieć, że chciałeś wziąć kąpiel, a nie robić pranie.

Chłopak odruchowo poderwał głowę. Nieprzygotowany na tak niecodzienny widok chciał zapaść się pod ziemię, jednakże niezdrowe zainteresowanie podburzane ciekawością nie pozwoliło mu odwrócić wzroku. Czego się spodziewał? Tatuaży pokrywających każdy centymetr skóry tropiciela? Wstydliwych blizn, znaków szczególnych, dodatkowej pary rąk? Zaschło mu w gardle, gdy w osłupieniu zsunął spojrzenie z malowanej twarzy na umięśniony tors pokryty kędzierzawymi, ciemnymi włoskami układającymi się w zgrabną literę T. Wąska ścieżka biegnąca między krzywiznami brzucha znikała tuż pod szarą tkaniną opasującą wąskie biodra, na których Col wsparł dłonie, przypatrując się elfowi z niemałym rozbawieniem.

Stojący przed nim człowiek był tak różny od mistrza, że Est gotów był zwiać tam, skąd przyszedł. Zażenowany swobodą półnagiego kompana przestał racjonalnie myśleć. W głowie ziała mu dziura kompletnej pustki i zupełnie już nie wiedział co robić, bo myśli wyparowały jak gorąca woda. Zerkał nieskromnie na mężczyznę, który bawił się świetnie jego kosztem.

- Esti, skończ już to kładzenie uszu po sobie - rzucił Col, zwracając się do niego plecami. – Specjalnie dla ciebie się przepasałem. A jeśli to ci pomoże, to nie będę patrzył. Tylko na miłość Wszechmocnych, chodźmy już. Podejrzewam, że tu i ówdzie mamy to samo, więc nie ma czym się tak krępować.

- Może dla ciebie to łatwe, ale dla mnie odsłanianie się jest… Nikt nigdy mnie nie widział, więc będziesz pierwszym… który… Jak rany, co za wstyd...

- Esti…

- Nie odwracaj się! I nie mów tak do mnie. To zdrobnienie jest niestosowne, jakbym był, sam nie wiem, dziewczyną albo małym chłopcem. - Puścił swoje ucho i zwiesił ramiona, przymykając na moment powieki. Co za beznadziejna sytuacja. A wystarczyło, żeby zagryzł swoje uprzedzenia i zdjął odzienie. Tylko tyle. Aż tyle. - Nie potrafię podchodzić do tego tak beztrosko jak ty. Nie jestem tobą, Col.

- I to mi się właśnie w tobie podoba, że nie jesteś mną. Nie wytrzymałbym ze sobą w liczbie mnogiej. - Colonell nie zachował powagi. Bezbronny dzieciak wzbudzał w nim dziwną wesołość na granicy niepoprawnego szczęścia. - To zaszczyt, że mogę być pierwszym, Esti. I będę cię tak nazywał mimo że jesteś mężczyzną, bo tylko mnie na to pozwoliłeś. Nie dziw się więc, że korzystam z tego przywileju nader ochoczo.

- Jak rany, na nic ci nie pozwoliłem.

- Ale też nie zabroniłeś. A twoje czepialstwo jest wręcz urzekające.

- Nie mów tak, stojąc naprzeciwko mnie w samym ręczniku! Wprawiasz mnie… w zakłopotanie.

Est zasłonił oczy, samemu nie wiedząc, gdzie podziać wzrok. Col był tak dobrze zbudowany, że miło zawiesić na nim oko, niemniej było to zachowanie nieuprzejme i zakrawające o zgorszenie.

- To dlatego się rumienisz? – usłyszał.

- Nie rumienię się! A ty miałeś nie patrzeć!

Mężczyzna spoważniał.

- Esti, szybka decyzja: wchodzisz czy wychodzisz? - Wychwytując dwuznaczność we własnych słowach, Col nie powstrzymał chichotu. - Przepraszam, to jest silniejsze ode mnie…

Na swoje szczęście Est nie do końca zrozumiał jego słowa. Westchnął przeciągle, wreszcie odpuszczając.

- Dobrze, już nie będę przedłużał. Tylko nie patrz tak na mnie, proszę. To nie jest coś, co chciałbym pokazywać komukolwiek.

- Nie ma sprawy, dzieciaku. Zgodnie z życzeniem nie będę podglądał. - Col posłusznie spełnił prośbę, obracając się i odchodząc w głąb pomieszczenia. - Brzmisz tak, jakbyś ukrywał tam nie wiadomo co. Zaczynam się bać, czy nie okażesz się ko...

- Col!

- Milczę.

Obserwując odchodzącego człowieka, Est zastanawiał się, co z sobą począć. Z bólem serca odłożył swoje rzeczy na skalną półkę i zaczął powoli się rozbierać. Chłodny powiew na nagiej skórze pochylonych pleców był przyjemny, zaraz zastąpiony rozkosznym, osobliwym gorącem podziemnych źródeł. Bez luźnych spodni i ciężkich butów czuł się dziwnie. Nie był sobą. Czuł się nieswojo w nieumiejętnie zawiązanej szmacie na biodrach. Nawet w swojej kwaterze przebywał w pełnym odzieniu, a tu nie dość, że był nagi jak niemowlę, to jeszcze, o zgrozo, nie był sam. Nie pamiętał, by ktokolwiek oglądał go bez ubrań, więc mógł bez oporów przyznać, że Col będzie tym pierwszym. Tak jak był pierwszym niemal we wszystkim, przez co Est przechodził w Twierdzy.

Drobne ciało było bezwłose i nieskazitelne, lekko muśnięte odblaskiem pobliskiej lampki. Czarna, popękana gdzieniegdzie rękawiczka osłaniająca artefakt burzyła tę jednolitość. Przez myśl mu nie przeszło, by ją zdejmować, bo poza mistrzem nikt nie mógł się dowiedzieć, co też ona skrywa. Będzie nosić ją do czasu, aż połyskliwe złoto całkowicie wtopi się w tkankę i kości. Kiedyś uświadomi Cola w czym rzecz, ale jeszcze nie teraz.

Zdegustowany własnymi refleksjami wstał z siedziska i poprawił ręcznik, niezdarnie naśladując ludzkiego zwiadowcę. Przywołując się do porządku, skierował sztywne kroki w stronę czekającego cierpliwie Cola. Stąpał bezgłośnie, a mimo to tropiciel od razu wyczuł jego obecność, pozwalając sobie zerknąć znad ramienia. Zerknięcie zmieniło się w bezczelne gapienie, którego człowiek nawet nie zamierzał ukrywać.

Est zatrzymał się u jego boku i skrzyżował ręce na piersi. Garbił się, bez powodzenia zasłaniając przed wulgarnością towarzysza.

- Skoro już musisz, to bądź tak łaskaw i gap się na mnie mniej ostentacyjnie. To nie moja wina, że tak wyglądam. Daleko mi do was, więc proszę cię, nie rób tego w ten sposób.

- Daleko ci do nas… Esti, ty siebie aby słyszysz? - Entuzjazm najemnika zbił go z tropu. - Masz lustro w sypialni? Jeśli tak, to zacznij robić z niego użytek!

- Możemy już iść? Nie chcę słuchać, jak wyglądam…

- Jesteś pierwszą osobą, która nie lubi słuchać wyrazów uznania.

- Nie wiem co to za wyrazy, ale ty na pewno ich nie używasz! Może jak wyrazisz się jaśniej, to dotrze do mnie ich prawdziwy sens.

- Wyglądasz doskonale.

Odpowiedział mu ledwie słyszalny szmer wody. Bezpretensjonalny komentarz uderzył w adresata, doszczętnie wytrącając go z równowagi. Esti potrafił być zniewalający, gdy porzucał tę powłoczkę ofiary losu. Miał cięty język, a był przy tym wyjątkowo inteligentny i niespotykanie błyskotliwy, co potęgowało wrażenie świetnie kamuflowanej czupurności. Gibka sylwetka komponowała się z niebanalną urodą, wzbudzając w ludziach obu płci niemałe zainteresowanie. Nie było w Twierdzy kobiety, która nie obejrzałaby się za białym elfem. Miał nawet kilka cichych wielbicielek pośród maginek, z ukrycia śledzących jego poczynania w chwilach, gdy pojawiał się na powierzchni ich romantycznej, dziewczęcej rzeczywistości. Do tego te duże oczy, często melancholijnie zamyślone, jakby przebywał w zupełnie innym świecie niż wszyscy wokół. Posiadały tak potężną moc bezsłownego przekazu, że od pojedynczego, przypadkowego spotkania przejmowały ciemnoskórego łowcę gorącym dreszczem. Esti był nieprzyzwoicie atrakcyjny, a okrywająca go mistyczna aura oddziaływała niczym subtelny afrodyzjak. Wystarczyłaby jedna uwodzicielska poza, jeden kuszący gest, a Col straciłby wszelkie zahamowania względem jego osoby.

Cholera, czyste szaleństwo, od którego mieszało mu się w głowie jak szczawikowi w wieku dojrzewania. To było niebezpieczne. Przeklęty, miał zaledwie piętnaście lat, a prezencja młodego boga czyniła z niego kogoś na wzór nieosiągalnego idola, z czego nie zdawał sobie nawet sprawy. Był zbyt zamknięty w sobie, by to dostrzegać. Albo dostrzegał to, lecz skutecznie ignorował.

Esti niepotrzebnie wstydził się swojego ciała. To Col powinien krępować się własnymi przytłaczającymi rozmiarami i zbędnym owłosieniem. Lata treningów z długim łukiem oraz sztyletami wspaniale go wyćwiczyły, rzeźbiąc stopniowo, ale w porównaniu z filigranowym elfem był masywny i ciężki jak wół pociągowy. Nie był przesadnie atletyczny, niemniej w towarzystwie tego dzieciaka czuł się zwyczajnie, żeby nie użyć określenia pospolicie. Esti był białą różą wśród klasycznej czerwieni. Wyróżniał się i zachwycał swoją niewinną odmiennością.

Dłoń Cola drapała linię włosów na karku, kiedy schodzili łagodnym korytarzem kolejne piętro niżej. Gładka ściana skręcała ostrym łukiem. Rozmyte cienie wydłużały się i przeskakiwały w słabym blasku latarenek, a dźwięk rozbijającej się o kamień wody stawał się równie wyraźny, co wpadający do nozdrzy zapach rozgrzanego powietrza.

Est skrzywił się, czując parę wodną w miejscach, w których się jej nie spodziewał. Bez odzienia był bezbronny i nieszczęśliwy. Zaczynał wątpić, czy wizyta w łaźni była warta zachodu. Od czasu do czasu spoglądał w górę na nieprzeniknioną twarz towarzysza. Colonell nie wyglądał, jakby nosił się z niecnym zamiarem. Wydawał się raczej pilnować siebie, odcinać myśli od idącego po lewej elfa, zatopić we własnych spostrzeżeniach, byle dalej od niego. I ta dłoń na szyi... Sam jej dotykał całkiem niedawno. Była rozkosznie miękka, łaskocząca krótkimi włosami, gorąca i lekko chropowata. Ludzka skóra prawdopodobnie cała była pokryta niewielkimi niedoskonałościami, jak prasowany pergamin. Zaś jego własna, śnieżnobiała i pozbawiona włosów, była nienaturalnie gładka, jakby sztuczna. Śliska jak u gada. Czym właściwie był z tymi podłużnymi uszami, ostrymi kłami oraz dużymi skośnymi oczami? Jaki gatunek reprezentowały czarne, gęste włosy bujnie porastające wyłącznie głowę?

W skupieniu zastanawiał się, czy dane mu będzie odkryć tajemnicę swojego pochodzenia, kiedy ciężka kurtyna wody spadła na niego znienacka ciepłą falą, omal nie pozbawiając jedynej osłony. Z niebywałą prędkością wynikającą ze wstydu chwycił zsuwający się z lędźwi materiał, równocześnie uskakując poza zasięg płynącego z sufitu żywiołu, na który patrzył teraz zdębiały.

Col pokładał się ze śmiechu, ściągając na siebie gniewne łypnięcie spod przemoczonych brwi. Est otrząsnął się i poprawiwszy po raz kolejny niesforną, ciężką od wody tkaninę, zwrócił się burkliwie w stronę beztroskiego wesołka. Zaczesał mokre pasemka na tył głowy, aby cokolwiek widzieć.

- Mogłeś mnie poinformować, że to tu jest! - Z rozżaleniem wskazał zasłonę spienionej wody lecącą wprost z sufitu. - Tak się nie robi, Col!

Roześmiany zwiadowca ocierał łzy z oczu.

- Prze… przepraszam, ale ostrzegałem cię! Obiecałem… obiecałem, że cię nie tknę, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko ostrzec werbalnie. O Wszechmocni, zaraz chyba umrę! - Musiał oprzeć się o skalną ścianę, żeby się nie przewrócić, co wyglądało tak komicznie, że nawet poszkodowany Est wygiął usta, ścierając wodę z twarzy.

- Jak mniemam, to pierwsza pułapka…

- Nie, Esti, zmywa się tu brud - wyjaśnił rzeczowo Col, choć kąciki jego ust drżały niebezpiecznie. Jeden zły ruch, a niekontrolowana fala śmiechu porwie ich obu. - Dopiero potem można wejść do basenów.

Chłopak nic z tego nie rozumiał. Drapał się po swędzącej brodzie, prawą dłoń trzymając w pogotowiu nad przesiąkniętym do ostatniej nitki ręcznikiem.

- To nie myjecie się w basenach? Sądziłem, że na tym to polega.

- A jednak nie. - Col bez słowa ostrzeżenia wszedł pod strumień, z zadowoleniem korzystając z dobrodziejstwa czystej wody. Dopiero gdy wyszedł, cały przemoczony, objaśnił dalsze kwestie. - Co prawda woda w basenach nie jest stała, bo są to aktywne źródła, ale dla zasady należy minimalizować ilość brudu, jaki przynosi się na skórze. Nikt nie chce siedzieć w błocie. Albo czym innym.

- Czym innym?

Col posłał mu jeden ze swoich łobuzerskich uśmieszków, gestem zachęcając go do przejścia w dół kamienną ścieżką sporadycznie oświetlaną małymi lampkami. Płaski pogłos pluszczącej wody przechodził w melodyjne wibracje. Było jej naprawdę sporo tam w dole.

- Esti, czy ty zawsze musisz czepiać się najmniej wygodnych szczegółów?

- Nie szukaj we mnie winy, skoro pierwszy o nich wspominasz. - Est znowu skrzyżował ramiona na torsie, przybierając nieprzejednaną postawę naburmuszonego chłopca. Nie, to był zły pomysł w przypadku nieprzewidywalnej przepaski na biodrach, którą powinien trzymać twardą ręką. - Jestem ciekawy świata, bo jestem, jak to mówisz? Dzieciakiem.

- Czasem myślę, że jesteś najbardziej naturalną istotą w otaczającym nas świecie, dzieciaku.

Obca nuta zakradła się do głosu dotychczas wesołego człowieka. Smutna powaga, tęsknota czy melancholia wywołująca niepewność w młodym elfie. Poruszony siłą emocji Est spuścił z tonu, patrząc na przyjaciela z nowej perspektywy.

- Co przez to rozumiesz?

- To, co powiedziałem. - Powaga Cola stawała się przerażająca. - Że to ludzie są nie na miejscu w tym świecie.

- Zasiedlacie niemal cały Khaldun. To chyba oczywiste, że jesteście u siebie.

- Nawet milion kłamców nie zmieni jednej prawdy, Esti. Ja to czuję. - Mężczyzna prychnął wodą, częstując chłopaka smutnym uśmiechem. - Przepraszam, brzmi to trochę upiornie. Odkąd się zjawiłeś, zacząłem podejrzewać, że coś jest na rzeczy. Że idą zmiany tak wielkie, że nie pojmie ich nawet największy mędrzec tego świata. A ja, głupi, i tak próbuję z myślą, że coś mi z tego przyjdzie.

- Nie jesteś głupi, bo przecież próbujesz, prawda? Byłbyś głupcem, gdybyś nic z tym nie robił.

- Dzięki, Esti, doceniam twoje słowa, naprawdę. A jednak… - Westchnął, zatrzymując się przed wejściem do ogromnej jaskini. - Nie, chyba nigdy tego nie pojmę.

I chociaż nagły spokój malujący się na pociągłej twarzy dodał Colonellowi lat, to i tak wciąż wyglądał na osobę wyjątkowo młodą oraz rezolutną, o otwartym umyśle i z trzeźwością realisty spoglądającą w nadciągającą przyszłość. W tej chwili przypominał Maga o wiele bardziej niż kiedykolwiek. Est rozpoznał jego szkołę w usposobieniu tropiciela, a ciepłe uczucie wypływające z serca ogrzało go nie gorzej niż para napływająca z końca rozszerzającego się korytarza.

Odkąd zjawiłem się w Twierdzy…, powtórzył w zaciszu własnego umysłu. - Czy naprawdę zapoczątkowałem szereg następujących po sobie zmian? Mistrz wspominał o czymś podobnym...

Pogrążony w zadumie nie zwracał uwagi na to, co działo się tuż przed nim, dlatego w momencie przekroczenia progu ogromnej kawerny stanął jak wryty, starając się wzrokiem objąć niebywałą scenę. Do cna przemoczony wyglądał głupio z rozdziawionymi, błyskającymi kłami ustami i wytrzeszczonymi ze zdumienia oczami. Co najmniej jak drapieżna ryba, która stanowczo zbyt długo przebywała poza wodą.

Setki przygaszonych światełek opromieniały cztery wielkie baseny i połowę tuzina mniejszych. Parująca woda sięgająca brzegów płynęła leniwie, szemrząc w rytm usypiającej melodii. Podłoga była gładka na błysk. Obłożone chropowatymi płytami krawędzie zbiorników zapewniały większe bezpieczeństwo, a także służyły jako elementy wątpliwej, surowej dekoracji. Stalagmity spiłowano do poziomu podłoża, podobnie straszące u wysokiego sklepienia stalaktyty - wyłamane zęby dawno zgładzonej bestii. Gdyby Est się przyjrzał, ujrzałby mnóstwo otworów będących kominami doprowadzającymi świeże powietrze nawet na taką głębokość, lecz jego uwagę przykuwała gra cieni i świateł oraz żywa, ulatniająca się chwiejnym oparem woda.

To był bajeczny obraz. Ukryta przed światem zewnętrznym zachwycała atmosferą wyciszenia oraz obietnicą relaksu. Co prawda nie posiadała wyczuwalnej aury mocy, ale nie trzeba było niczego podobnego, by uznać podziemną łaźnię za magiczną. Wystarczyło samo kołysanie świateł kładących się na szklistych ścianach i podłodze, odbijających się w ruchomej wodzie, nadających jej pozoru delikatnego tańca ogników oraz efemerycznych cieni na falującej płaszczyźnie. I ten szum, kojący szum krwi świata płynącej w otwartej żyle, mieszający się z basowymi wibracjami, jakich prawdopodobnie nie doświadczał stojący obok człowiek.

Nogi uginały się pod ciężarem oczarowanego chłopaka, który, chłonąc widok, natychmiast zapomniał o zmęczeniu i uprzedzeniach. Zapragnął skorzystać z gorącej wody, lecz przytłaczający ogrom wolnej przestrzeni pod Twierdzą skutecznie trzymał go w miejscu.

- Pusto jak okiem sięgnąć - mruknął Col. - Idziemy?

- Dochodzę do wniosku, że nawet jeśli ktoś by tu był, to chyba bym się nie przejął - szepnął podekscytowany Est. - Ta przestrzeń jest kolosalna.

- Podobno mieszkał tu smok. Wyobraź sobie, tuż pod czyjąś warownią, niezauważony. - Col pokręcił głową nie wierząc w ani jedno słowo, które właśnie wypowiedział. - W porządku, wybierz sobie basen. Ja pójdę do innego.

- Żartujesz? Wreszcie możemy pobyć trochę razem, a ty zamierzasz siedzieć w drugim…? Och. To znaczy… Wreszcie znaleźliśmy wspólny temat, więc szkoda byłoby go zmarnować.

- Boisz się, że zaśniesz - podpuszczał go Col, wiedząc, że nie przyzna się do swoich prawdziwych uczuć.

- Wcale nie!

- Więc o co ci tak naprawdę chodzi?

- Jak rany… Chcę się wykąpać. I miło spędzić czas, który w kwaterze zwyczajnie bym przespał.

Znów wyglądał na uroczo zawstydzonego, aż Colowi zrobiło się cieplej tam, gdzie aktualnie nie powinno.

- Esti, chcesz żebym miał wyrzuty sumienia za wyciąganie cię nocą do łaźni?

- Nie, przecież ja sam… A idź wyłysiej!

Konsternacja przeszła w irytację, kiedy spojrzał na niestosownie wesołego mężczyznę, jak zwykle biorącego go pod włos swoimi żarcikami i grami słownymi. Zdenerwowany warknął tylko na odchodne i zbulwersowany zachowaniem kompana poszedł w stronę pierwszego lepszego basenu. Intensywne, negatywne emocje zaraz przeminą, nie pozwoli im się opętać. I chociaż nadal był nieporadny, to głos w jego wnętrzu podpowiadał mu, co robić. Nie do końca zgodnie z jego życzeniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz