środa, 8 listopada 2023

Biały elf - rozdział 18

 

Miniony czternastodzień obfitował w tak wiele wrażeń, że Estalavanes miał spore trudności z wyciszeniem emocji oraz dojściem do siebie. Długotrwałe zamknięcie w Twierdzy odbijało się na jego kondycji psychicznej, lecz na szczęście w najtrudniejszych momentach Colonell przybywał mu na ratunek, umilając czas swoją beztroską oraz humorem. A czasami po prostu był obok i nucąc pod nosem lub śpiewając, rozwiewał gęstniejącą od niepożądanych refleksji ciszę.

Est doceniał jego obecność, jak i wszystko, co wytatuowany człowiek o śniadej skórze dla niego robił. Nie chciał myśleć o tym, co sam czuł w stosunku do niego, ale nie było też takiej konieczności. Był zobowiązany jego troską, a jednak nadal uważał, że ich relacja nie wymagała zaangażowania. Byli dwójką młodych mężczyzn, dwójką przyjaciół, więc siłą rzeczy nie mogli być parą. Jeden z nich musiałby stać się kobietą, a tak być nie mogło. Nie widział natomiast przeciwwskazań, by przy nadarzających się okazjach swobodnie opierać się o plecy Cola. Układał wtedy głowę na prowizorycznej poduszce z ciemnozielonego kaptura, na której nie raz już zdarzyło mu się przysnąć, ukołysanemu przez kolejną melodię słyszaną nie tylko uszami, ale i całym ciałem. Wydawane przez zwiadowcę niskie tony niosły się głębokimi wibracjami w szerokiej ludzkiej piersi, docierając bezpośrednio do serca elfa. Podobnie, jak do jego serca coraz częściej docierały nauki mistrza, który okazał się nie lada tyranem w temacie sztuk walki oraz samoobrony.

Mag nie był typem ekspresyjnego entuzjasty, toteż pochwały, których nie skąpił pojętnemu uczniowi, ograniczały się do skromnych skinień głową lub wyrażających aprobatę pomruków. Est nie dbał o miłe słowa. Większe znaczenie dla jego rosnących ambicji miało zadowolenie opiekuna, na które czekał niczym mały chłopiec. Głód ojcowskich uczuć nadal go nie opuszczał. Był niezaspokojony, nie syciły go pomniejsze pochlebstwa, potrzebował ich więcej i więcej. Tak jak jedzenia potrzebował więcej niż zwykle, rekompensując sobie braki energii fizycznej wynikające z coraz mniejszej ilości snu, który z ochotą zamienił na nocne wizyty w łaźni oraz przesiadywanie do późna w pracowni Travisa.

Nie mógł już wyjeżdżać poza mury Twierdzy, ale nic nie stało na przeszkodzie by zaglądał do stajni, dokarmiał smakołykami wierzchowce i ćwiczył ich siodłanie. Col zapewniał go, że jeśli raz nauczy się jazdy konnej, to już nigdy nie straci tej umiejętności, czym nieco pocieszył zapadającego się w grząską depresję chłopaka. Nie zmieniało to faktu, że przychodząc do stajni, Est czuł się gorzej niż zwierzęta pozamykane w drewnianych boksach, bo było to tak, jakby odebrano mu najważniejszą część życia. Odebrano mu całe życie.

Złote pręty lśniły cudownie w promieniach słońca, wciąż jednak pozostawały elementami klatki ograniczającej jego ruchy. Może i jego pióra wybarwiły się pięknie, lecz nie było to istotne, gdyż zostały podcięte, odbierając mu możliwość robienia tego, do czego został stworzony. Posiadał ogromny zasób mocy która niczemu nie służy, a jedynie przywiązuje go do człowieka, którego częściej postrzegał w kategoriach ojca aniżeli nauczyciela, co w sumie się nie wykluczało. Mag niezmiennie pobierał jej nadmiar i chociaż nie było to doznanie nieprzyjemne czy przykre jak na początku, to w dalszym ciągu przypominało mu o słabości graniczącej z ułomnością, którą na każdym kroku wytykał gatunkowi ludzkiemu, choć nie uzewnętrzniał już swoich obiekcji. Przecież trzy osoby, na których zaczęło mu zależeć, były ludźmi. Wyjątkowymi ludźmi. A skoro trzy były tak szczególne, to istniało wszelkie prawdopodobieństwo, że może być ich więcej.

Niesamowite jak nauki mistrza wpłynęły na jego perspektywę. Spłyciły nienawiść do ludzi i wyparły bolesne wspomnienia zastępując je lepszymi, zdrowszymi. Ponadto zaszczepiły w nim miłość do życia. Harmonia oraz równowaga były tym, czego pragnął, za czym od lat tęsknił, tym, co wyleczyłoby niespokojnego ducha. Wiedział jak bardzo zaburzone jest jego zdrowie psychiczne, jak słaba jest jego wola, podatna na wpływy i opinie osób trzecich. Podporządkowanie sobie ciała było banalne, w przeciwieństwie do opanowania umysłu, a wraz z nim uczuć i emocji w szybkim tempie prowadzących go nad samą przepaść. A stamtąd już tylko jeden krok dzielił bezradnego młodzieńca od runięcia w dół.

Powinien przestać to wszystko roztrząsać. Nic, tylko bez przerwy zadręczał się swoimi niepowodzeniami i słabościami zamiast cieszyć z postępów w nauce i treningach. Powinien wreszcie odpocząć, w końcu miał całą noc dla siebie. Col wraz z kilkoma innymi zwiadowcami przebywał poza Twierdzą z rutynowym zadaniem odnalezienia leśnego widma, zaś Travis odsypiał ostatnie eksperymenty, od zmierzchu do świtu spędzane na destylacji nowej trucizny, do której nikomu poza Estem się nie przyznał. W ten sposób wyróżnił młodego asystenta stawiając go na równi z sobą samym. Travis był geniuszem. Potrafił docenić iskrę talentu natychmiast, gdy ją ujrzał, a geniusze lubili robić różne rzeczy, niekoniecznie zgodne z etyką i zasadami moralnymi. Jak na przykład opracowywać paskudne metody zabijania istot żywych bez użycia magii czy oręża.

Est obrócił się na drugi bok, zagrzebując w rozkosznie ciepłej pościeli. Zapatrzony w ciemność za oszklonymi drzwiami balkonowymi mrugnął dwukrotnie i szeroko ziewnął, zastanawiając się, czy z Colem wszystko w porządku. Widmo dotychczas nie zrobiło nikomu krzywdy, dlatego też wielu zaczynało podejrzewać, że była to iluzja mająca ich rozstroić, pogłębić niepokój i paranoję. Nawet włączenie do patroli doświadczonych magów niczego nie wskórało w kwestii identyfikacji postaci dostrzegalnej wyłącznie po zmroku. Wilki wycofywały się na bezpieczną odległość widząc uzbrojonych ludzi. Wszystko jakby wróciło do naturalnego porządku rzeczy, wskoczyło na powrót w przyjęte przez ludzi ramy normalności. Poza tym jednym, który dosłownie kładł się cieniem na spokoju całej Twierdzy.

Martwił się, owszem. Nic dziwnego że obawiał się o życie swojego lekkomyślnego przyjaciela ryzykującego wszystkim, co posiadał, by robić to, w czym był najlepszy. I pomimo ponurej świadomości, że w każdej chwili może postradać życie, Colonell nie zamierzał porzucać funkcji wzbudzającej ten przyjemny dreszczyk emocji. Dola zwiadowcy Niedźwiedzi była dla niego wszystkim w świecie, w którym nie miał niczego, a który stopniowo wypełniała obecność białego elfa, nawet jeśli była to tylko przyjaźń. Est znał to beznadziejne poczucie braku własnego miejsca, bo i on nie miał nic, o co mógłby walczyć. Zresztą gdyby chciał, nie był w stanie ochronić ani Cola, ani Maga, bo był za słaby. Był nikim. I nieważne jak mistrz by się nie starał, to z tchórzliwej myszy nigdy nie zrobi kota. Była to prawda widoczna jak…

Ciemność nadeszła znienacka, jak gdyby ktoś zgasił wszystkie światła w Twierdzy. Nie, to było tak, jakby całe światło nagle umarło. Zgasły pochodnie na murach, zgasł blask gwiazd wpadający przez uchylone okna… Nie było okien. Nie było niczego. Nocny wzrok nie przebijał cieni tak czarnych, że nie sposób ich przyrównać do naturalnie nasyconej barwy.

Wstrząsające Estem dreszcze sprawiały mu ból swoją intensywnością. Zerwał się z pościeli, choć nie leżał już w łóżku, nagle znajdując się zupełnie gdzie indziej. To nie działo się naprawdę, choć wszechogarniające podskórne swędzenie było rzeczywiste. Ale mogło być także projekcją śpiącego umysłu. Drżał jak w gorączce, siłą woli próbując wybiec dalej niż sięgała ciemność. Usiłował za wszelką cenę wymusić współpracę na krainie, w której niejednokrotnie już bywał i z którą zawsze sobie radził. Umiał kontrolować sny, a raczej kontrolować siebie w snach, lecz tutaj czerń była absolutna, podobnie jak absolutne stawało się wrażenie czyjejś obecności.

Est obrócił się, a może to ciemność obróciła się wokół niego? Tracił zmysły. Szaleństwo i obłęd brały go w posiadanie z każdym mocniejszym uderzeniem strwożonego serca. Oddychał coraz ciężej, gdy gęste powietrze czarnym oparem wnikało w jego gardło i płuca. Formowało się na jego oczach, chociaż pozostawał ślepy. Przyjmowało konkretny kształt, choć nie różniło się odcieniem od reszty. Czuł to całym sobą, tak jak czuł lodowaty pot roszący skórę. Nie było żadnej skóry. Była prezencja. To sen. Koszmar, który musiał przespać, nie potrafił go bowiem przerwać.

Próbował skupić się na tym, co czuje w sobie, na lęku i histerii jakie wdzierały się czarną mgłą we wnętrze jego dygoczącego ciała. Mgłą, która niby ściana ruszyła teraz prosto na niego, zmuszając do ucieczki, inaczej pochłonęłaby go żywcem, niechybnie zabiła, uśmierciła w świecie, który przestawał być koszmarem, a stawał się nieznanym dotąd wymiarem.

Z niemym okrzykiem rzucił się w tył, pchany desperacją. Dźwięk tu nie istniał, a może to jego uszy stały się bezużyteczne. Słyszał wszystko niebywale wyraźnie, a zarazem pozostawał głuchy na otoczenie, w którym wszystko umarło. Tylko on jeden żył. A może właśnie nie? Nie mógł jednak pozwolić sobie na rozwiązanie kolejnej zagadki, ponieważ bezlitosny czas zwolnił, przejmując władzę nad jego mięśniami. Fala kotłowała się za nim, niepomna na nagłą zmianę, którą uciekinier odczuł nie tylko fizycznie. Nie odważył się spojrzeć za siebie, bo i tak niczego by nie dojrzał, a przecież wiedział co się dzieje. Był świadomy otoczenia jak nigdy przedtem.

Prawie się potknął, gdy wszystko wokół przyspieszyło, łącznie z nim samym. Czas oszalał. Nie, to on popadał w obłęd wywołany niekontrolowanym strachem oraz niepewnością.

Coś grzmotnęło w podłoże tuż obok, zmuszając go do nagłego skrętu. Nie miał pojęcia dokąd niosą go nogi, ale wiedział, że nie może stać w miejscu, bo oznaczało to pewną śmierć. Ruch był jego jedynym sprzymierzeńcem. Bieg był siłą w walce z niemożliwym do pokonania przeciwnikiem. To był sen. Sen, sen, sen, żaden inny wymiar tylko sen, którego wycieńczony nadmiarem bodźców umysł nie zdołał poskromić! Przecież czułby żar wypalający mu płuca po morderczym sprincie, byłby…

Olbrzymie ślepia zawisły na wysokości jego oczu. Toksyczna żółć i zieleń mieszały się ze sobą, wzajemnie przenikały w hipnotyzującym tańcu, a okrągła źrenica skurczyła się, zamykając ofiarę w potrzasku.

Est zatrzymał się płaskim ślizgiem i natychmiast zerwał z ginącego w mroku podłoża, mknąc w przeciwną stronę, dokładnie tam, skąd przybiegł. Coś tam było. Coś wielkiego. Dostrzegło go. Dostrzegło, obrało za cel i już nie odpuściło. Cholera, cholera, cholera, CHOLERA!

Czas, przeklęty czas znów hamował kosztem poczytalności tkwiącego we śnie chłopaka.

Nie, nie teraz, proszę, nie teraz…!

Panika narastała, sięgała już pułapu początkowego stadium histerii. Uderzenie prawie zwaliło go z nóg, kiedy wściekły czas na powrót przyjął swój naturalny bieg. A może ta prędkość nie była naturalna? Sam już nie wiedział. Nic już nie wiedział. Był głuchy, ślepy, nie czuł zapachów, nie czuł niczego poza mięśniami powoli odmawiającymi posłuszeństwa.

Przeciwnik był olbrzymi, a jego masywne cielsko tworzyła najczarniejsza czerń tego świata, koszmaru, wymiaru, czegokolwiek! Szerokie skrzydła uformowane z żyjącego chaosu zasłaniały niczym nie różniący się od reszty nieboskłon. Teraz już Est rozpoznawał, czym były uderzające tuż obok niego filary.

To były łapy.

Ogromne, szerokie, pazurzaste łapska wbijały się w ziemię o centymetry od pierzchającej w popłochu zdobyczy. Bawiły się nią, trwożyły swoją bliskością i przywoływały najstraszliwsze skojarzenia.

Śmierć kroczyła za biegnącym elfem, wcale się nie spiesząc.

Kolejny niespodziewany cios przewrócił Esta na bok, boleśnie tłukąc zmęczone ciało. Nie, nie cios. To świat rozpadał się na małe kawałeczki. Ziemia osuwała mu się spod stóp, gdy wycofywał się w głąb konającej krainy, tuż pod ścigającą go bestię cienia. Przeturlał się, byle nie widzieć tych przeraźliwie inteligentnych ślepi o maleńkich źrenicach, które z dziką radością śledziły poczynania marnego bytu. Łapy stwora były ciężkie. Ich tupnięcia niszczyły wszystko wokół.

Zerwał się z miejsca i prawie padł jak długi, gdy podłoga za nim wybrzuszyła się, pękając na pół. Kolosalne rozdarcie odcięło go od reszty utkanej z ciemności materii. Musiał uciekać. Nie mógł tu zostać, nie z tym czymś, co zawisło tuż nad nim. Przed nim!

NIE!

Unikał spadających kawałków sufitu, choć był na otwartej przestrzeni. Uskakiwał, kiedy ściany próbowały pogrzebać go żywcem, choć nie było tu żadnych korytarzy. Niczego nie rozumiał, lecz wiedział mądrością pierwotnego instynktu, że musi się stąd wydostać. Był sam. Samotność atakowała go na podobieństwo kroczącej tuż za nim skrzydlatej ciemności, kąsała, wypominając lata spędzone w cierpieniu i udręce.

Stop.

Tym razem czas nie zwolnił, tylko zatrzymał się, unieruchamiając białoskórego intruza lawirującego pośród oszałamiającej czerni. Ale nie powstrzymał władcy tego miejsca, gargantuicznego i śmiercionośnego, dumnie nadchodzącego, by wziąć to, co mu należne.

Czas skazał Estalavanesa na śmierć.

A potem ruszył bez uprzedzenia.

Est upadł, gdy ogłupione sprzecznymi sygnałami ciało zareagowało. Przeturlał się w bok, nim szerokie szczęki zatrzasnęły się na jego głowie. To miało kły. Dwa rzędy zębisk wystających ukosem poza paszczę, jak u egzotycznej rośliny pożerającej nieświadome, zwabione słodkim nektarem ofiary. Podłużny pysk był ich pełen, a każde długości jego ramienia.

Nie słyszał siebie. Nie słyszał podążającego w ślad za nim wcielenia najgorszego koszmaru, a cisza ta przerażała go o wiele bardziej niż sam zwiastun śmierci. Czuł się jak dziecko w ciemnym korytarzu, w którym nawet ściana była jego wrogiem. Co rusz przednie pazurzaste łapy zagradzały mu drogę, lecz nadal zręcznie im umykał. Ile jeszcze trwać będzie ta bezsensowna zabawa w kotka i myszkę?!

Znów zmuszony był uważać na opadający pysk. Dotknął go bezwiednie, odpychając się od niego w kolejnej próbie odbicia w bok. Nie powinien tego poczuć, ale percepcja podpowiadała mu, że personifikacja mroku była śliska i zimna. Gładka. Znajoma. Tak jak śliska i zimna była jego własna skóra, równie gładka, nie mniej znajoma.

Miał już dość. Pragnął, by ten horror się skończył, a tortury zostały przerwane, choćby za cenę psychiki, z której ostały się krwawe skrawki. Chciał umrzeć. Chciał żeby wszystko zniknęło, lecz nogi niosły go dalej, pchane wolą przetrwania, napędzane strachem i siłą wzmagającego się szaleństwa.

Już się domyślił, że była to gra w berka na śmierć i życie. Potwór nie chciał go zabić. Czekał, aż sam się wykończy. Teraz to wyczuwał. Ciemność mówiła o tym, szeptała, przepełniała go całego cieńszą niż włos nitką dostając się do każdego zakamarka jego świadomości. Przez cały ten czas się nie męczył, bo jego mięśnie nie pracowały. To wszystko było wyłącznie projekcją zmęczonego umysłu, a przynajmniej z początku takie było. Wyczerpany chłopak zaczynał jednak sądzić, że to nie jego niepoczytalny umysł pisał tak tragiczny scenariusz, lecz źródło z zewnątrz wpłynęło na niego w destrukcyjny sposób i wykorzystało w sobie tylko znanym celu.

Świat spowity wieczną nocą był bardziej realny niż ten fizyczny, w którym pozostawił ciało. Doznanie scalenia wszystkich pięciu zmysłów w jeden było rzeczywiste, ale i to przestawało mieć znaczenie, bo kiedy zorientował się, że poddane morderczemu wysiłkowi serce przerwało pracę, było już za późno. Płuca poszły za przykładem umierającego organu, zaprzestając pobierania świeżego i oddawania zużytego powietrza. Miał umrzeć ze strachu, który zacieśniał się wokół jego wnętrzności niczym ogon zakończony żądłem.

Est upadł po raz ostatni. Czekający na sprzyjające warunki czarny pomiot zamknął na nim swe mocarne szczęki. Nie było tu zaopatrzonego w łuk Colonella, który by go ocalił. Nie obudzi się w noclegowni z dotkliwym bólem głowy. Skona w samotności.

Krzyczał. Przenikliwy, obcy dźwięk agresywnie następujący po absolutnej ciszy rozrywał mu uszy. Krzyczał, zdzierając gardło do krwi i przerywając tylko po to, by zaczerpnąć tchu. Dłonie przyciskał do oblanych potem skroni czując pocieszający, fizyczny ucisk. To nie była prawda. Konając we śnie mógł postradać rozum na tyle, by przestał funkcjonować. Zaciskał kurczowo powieki przelękły tym, co ujrzy, gdy je rozchyli. Nie umarł, ból był prawdziwy. A mimo to w tej chwili wolałby być martwy.

Ale żył, czego dowodem był znajomy głos na granicy słyszalności. Jego brzmienie wywołało w nim falę niepohamowanej radości oraz gorzkiego poczucia winy.

- Estalavanesie!

Nie wypuszczając głowy z uścisku, otworzył oczy i uniósł wzrok na tyle, by dostrzec zbliżającego się do niego starca. Niepokój brużdżący oblicze człowieka, wyraźny w nocnym widzeniu, przeląkł go bez reszty. Czymkolwiek był koszmar o umieraniu, jego nauczyciel także go doświadczył. To z jego winy mistrz wyglądał tak jak teraz, stał się słabym człowiekiem o wiotczejących mięśniach i obwisłej wiekiem skórze. Gdyby nie on, marnotrawca poświęconego czasu, Mag zapewne miałby przed sobą dziesiątki lat względnie dobrego zdrowia. Podobnie rzecz miała się z Colonellem. Młody mężczyzna nie oddałby mu się w całości wiedząc, że Est nigdy nie odwzajemni jego uczuć. Zniszczył życie dwóm ludziom, jak na ironię tym, na których najbardziej mu zależało. Powinien ponieść konsekwencje swoich czynów, chociaż nie wynikały one z jego intencji.

Estalavanes powinien był umrzeć.

Tak jak szydził stwór z koszmaru, powinien był nigdy się nie narodzić.

Ciepła, roztrzęsiona dłoń dotknęła zimnego, śliskiego od potu czoła. Mnich zlekceważył uprzedzenia Estalavanesa, łapiąc oburącz za jego przyciśnięte do boków głowy dłonie i zwracając napiętą białą twarz w swoją stronę, pod ćmiące światło wpadające przez szyby drzwi balkonowych.

To nie był mistrz. To był najzwyklejszy leciwy człowiek, jakiego chłopak kiedykolwiek widział. Spięty. Zatroskany. Słaby. To nie był silny i niewzruszony mnich, jakiego podziwiał. To był staruszek, na widok którego otępiały Est poczuł dojmujący żal ściskający w dołku. Przestał przejmować się tym, co zaszło w odległej krainie sennych mar. Przejmował się tym, co stało się z jego mentorem.

- Chłopcze – mówił szybko Mag - może być to dla ciebie trudne, rany są bowiem świeże, a pierwszy wstrząs dopiero przemija, lecz musisz mi powiedzieć co widziałeś w miejscu, w którym się znalazłeś.

Puścił przykryte dłońmi skronie podopiecznego i przez kilka uderzeń serca wpatrywał się w jego zmęczone kocie oczy. Niezrażony milczeniem skinął nieznacznie łysą głową, po czym poszedł do stojącego na środku pomieszczenia stolika, by sięgnąć po dzbanek. W lekkim mroku nocy napełnił jeden ze stojących na blacie kubków. Czujnemu elfowi nie umknął przykry fakt, iż dłoń trzymająca naczynie drżała zauważalnie. Dłonie mistrza nigdy nie drżały, zawsze były pewne i miały mocny chwyt mężczyzny w sile wieku.

Wracając do ucznia, sędziwy doradca starał się opanować emocje, odzyskać kontrolę nad ciałem i głosem.

- To nie był koszmar, Estalavanesie, zapewniam cię.

Siedzący w rozkopanej pościeli uczeń zupełnie obojętnie przyjął oferowany mu kubek. Opuszczając dłonie na chłodną kołdrę zapatrzył się na nie, jakby szukając w sobie chęci do podjęcia się trudnych wyjaśnień. Przeżycie było zbyt świeże, by o nim rozmawiać, lecz jednocześnie zbyt bolesne, by dusić je w sobie.

- Ciemność - zaczął Est pustym, wyzbytym wszelkich uczuć głosem, jak gdyby porzucił je w tamtym czarnym świecie. Wciąż nie doszedł do siebie i nawet chłodna woda spływająca po drapiącym gardle nie pomogła, przynosząc tylko odrobinę złudnego ukojenia. Przymknął oczy, a pod powiekami niemal natychmiast wyrysowały się cieniste kontury, które z łatwością mógł wyrazić prostymi słowami. - Żywa ciemność o jaskrawych ślepiach. Ścigała mnie. Pragnęła mojej śmierci, chociaż nie robiła nic, by mnie zabić. Czekała aż sam to zrobię. A gdy mi się nie udało, pochłonęła mnie.

Est pominął wzmiankę o dotykających go słowach, które szeptała ciemność wprost w czułe ucho pogrążonego umysłu. Życzyła mu rychłej zguby, żałowała jego narodzin. Lękał się, że powtórzenie tego na głos będzie jak rzucenie śmiercionośnego zaklęcia - nieodwracalne i niszczycielskie dla obu stron. Może i nie wyrządzi nikomu krzywdy od razu, ale słowa miały moc większą niż najpotężniejsza magia. Zabijały niby trucizna, latami i ze śmiertelnym skutkiem. Ofiary wiły się w agonii i nie istniało nic, co mogłoby uśmierzyć ich cierpienia. A wracającemu do normalności Estowi wystarczyło jedno spojrzenie w przymrużone troską onyksy, by potwierdzić słuszność swej decyzji.

Mag przysiadł na skraju łóżka, z namysłem spoglądając na ucznia. Słuchał z uwagą, próbując skojarzyć koszmar Estalavanesa z wizją, która uderzyła zaskakująco mocno. Zbyt wiele jej elementów uległo zmianie, by móc nazwać ją prozaiczną w stosunku do pozostałych. Powinien powiedzieć chłopakowi prawdę, wyjawić mu swój nieprzeciętny dar, zdolność odczytywania przebłysków, które pokryły się z jego snem.

- Rozumiesz czym jest Macierz Mocy otaczająca nasz świat, chłopcze? - spytał cichym, kojącym głosem ojca uspokajającego wybudzone ze złego snu dziecko. - Poznaczona jest ona śladami i bliznami, jakie odciskają na niej wydarzenia z udziałem wyjątkowo silnej magii. Może być to dla ciebie niepojęte, lecz poprzez nią dostępuję przebłysków, w których dostrzegam ewentualną przyszłość, jedną z wielu możliwych, aczkolwiek najbardziej prawdopodobną. Nazywam je wizjami, choć mało mają wspólnego z tymi, jakich doznają wróżbici. I właśnie jedna z takich wizji pokazała mi ciebie. Nie było to konkretne przedstawienie, jednak z mojej interpretacji jasno wynikało, że dotyczy ona przedmiotu bądź osoby. W twoim przypadku obu.

Mag przerwał, by wziąć głębszy oddech. Rozmowa ta nie była dla niego łatwa, wynikała z konieczności. Estalavanes musiał to zrozumieć, zanim ścieżka ich życia dotrze do krytycznego momentu. Było na to za wcześnie, ale nie mieli wyboru. Musieli działać już teraz, bo za ich plecami wróg pisał historię wedle własnego wyobrażenia. I gotów był ich pochłonąć, niczym ciemność z koszmaru chłopaka.

- My dwaj odebraliśmy sygnał, podobnie jak inne, równie potężne magicznie byty zamieszkujące cały Khaldun – podjął na nowo Mag. W skupieniu śledził zmiany zachodzące na wymiętym obliczu podopiecznego, gdzie otumanienie przechodzące w niepewność zatrzymało się na wyrazie niedowierzania. - Jego moc działania odłożyła się w twoim umyśle podczas snu. Mnie natomiast zesłała wizję tak odmienną od poprzednich, że pierwszą myślą, jaka mnie naszła, było sprawdzenie twojego stanu. Nie myliłem się. Było blisko. On był blisko. - Widząc rozchylające się białe wargi, Mag uniósł dłoń, świadom, że w półmroku uczeń widzi doskonale jak za dnia. – Wiem, o co chcesz zapytać, Estalavanesie, ale mój brak energii tajemnej nie ma tu nic do rzeczy. Jestem pasywnie połączony z Macierzą pomimo swojej magicznej ułomności. Potrafię czerpać magię z otaczających mnie osób, lecz podobnie jak ty, nie potrafię jej spożytkować. Ty magazynujesz tę energię, a ja ją neutralizuję. Przeznaczenie skrzyżowało nasze drogi, gdyż posiadamy komplementarne talenty, które w pełni wykorzystujemy.

Est zaciskał palce, niemal krusząc gliniany kubek. Spostrzegłszy co robi, opamiętał się prędko.

- Sygnał, mistrzu. Czym był ten sygnał? Kto go wysłał? I dlaczego dotarł akurat do mnie, skoro odczuły go najpotężniejsze magicznie byty?

- To są dobre pytania, chłopcze, lecz poza hipotezą nie mogę dać ci nic więcej. - Mistrz kręcił głową w poczuciu porażki. Wrażenie, że coś poszło źle, nie opuszczało go i nie mógł jednoznacznie określić, na jakiej płaszczyźnie powinien szukać niedopatrzenia. - Odnalazłem cię zgodnie z objawieniem i wiem, że nie tylko ja szukałem. W związku z tym przypuszczam, iż twoje aktualne miejsce pobytu zostało potwierdzone przez poszukiwacza, który osiągnął fenomenalną biegłość pozwalającą mu dotknąć Macierzy.

- Twoje słowa wciąż nie wyjaśniają, dlaczego mnie to spotkało. - To nie miał być wyrzut, ale powracające hurmem emocje zalewały nieszczęśliwego Esta jedna po drugiej, targając wychłodzonym ciałem. - Co ja mam z tym wspólnego? To? Nie chciałem tego!

Wyciągając lewą dłoń, zaprezentował rękawiczkę bez palców, której nie ściągał nawet do spania. Nie miał pewności czy nocą nikt nie zakradnie się do jego sypialni, ponieważ w Twierdzy zamykanie drzwi na klucz nie było praktykowane.

Mag po raz pierwszy był bezsilny, a poczucie to związało mu ręce i odebrało mowę. Poprawiwszy się na miękkim siedzisku, postanowił ugryźć temat z innej strony, znaleźć wspólny mianownik dla ostatnich wypadków i wizji.

- Czy masz skojarzenia odnośnie istoty z koszmaru?

Est aż się wzdrygnął w obliczu nagłego wspomnienia nabierającego kształtów pod półprzymkniętymi powiekami. Już wiedział co to było, ale nie wypowiedział tego słowa na głos w obawie, że urzeczywistni je.

- Był olbrzymi. Miał ogromne skrzydła. Wielkie pazury, ostre i jakby zakrzywione. I wydłużony pysk, płaski, z ostrymi zębami wychodzącymi na zewnątrz. I ogon. Z żądłem. – Est nie zamknął ust, a jego wzrok stracił na ostrości, kiedy prawda omal nie wyszła poza pełen wątpliwości umysł. - One nie istnieją. To był Pozaświat, tak?

- Estalavanesie, to, że smoki uważa się za wytępione stulecie temu, nie znaczy jeszcze, że tak jest w istocie. - Mag odchylił głowę i dwoma palcami ucisnął nasadę orlego nosa, jak gdyby powstrzymując krwotok. - Leśne widmo jest smokiem w ludzkiej skórze, jestem o tym przekonany. Żadne inne stworzenie nie jest zdolne się teleportować. Postawny, jak głoszą kolejne raporty, tajemniczy obserwator, który unika walki, unikając także wykrycia. Podporządkował sobie drapieżniki. - Spojrzenia ucznia i mistrza spotkały się w zmiękczonej odległym światłem nocy. - Przedstawiciele tej prastarej rasy nie mają dostatecznej mocy, by odcisnąć swój ślad na energetycznej powłoce świata. Zatem służy komuś innemu, co jest niespotykane u prajaszczurów. Smoki były autonomiczne, nie tolerowały zwierzchnictwa, ponoć nawet w obrębie gatunku. Jeśli wierzyć źródłom, prędzej oddałyby życie w walce o niezależność, aniżeli poddały się suwerenowi.

Smoki. Mityczne, owiane złą sławą potwory nazywane pożeraczami ludzi. Zimnokrwiste gady. W koszmarze Esta smok wcale nie był głupi. Wręcz przeciwnie, gdyby nie charakterystyczna sylwetka byłby uznał, że ściga go przeklęty człowiek, a nie baśniowy stwór. Ludzie często nazywali potworami istoty których bali się, bądź nie rozumieli.

Czy rzeczywiście smok szukał akurat jego? Zatem dlaczego nie zaatakował Twierdzy, tylko biernie się przyglądał z bezpiecznej odległości? A jeśli był to czysty przypadek, nieprzewidziany efekt zbiegu okoliczności? Zaraz, co Col powiedział, gdy po raz pierwszy poszli do łaźni? Przeczuwał, że coś się święci. Wiedział o tym od chwili, gdy go ujrzał...

Est przeczesał mokre od potu włosy, a gdy opuszczał dłoń, zawiesił ją na linii wzroku. Artefakt pod rękawicą milczał jak zaklęty, jakby koszmar – sygnał - nie miał najmniejszego wpływu na tajemniczą biżuterię, co było poniekąd dziwne. Gdy pierwszy raz udało mu się wejść w stan kontemplacyjny, bransoleta oszalała, uderzając falą miażdżącej mocy. Teraz odpowiadała ciszą, szczelnie ukryta pod czarną skórką.

Zerknął na zamyślonego mistrza, przycupniętego tuż obok, na krańcu łóżka. Pomarszczony profil mężczyzny stężał, kiedy krzaczaste brwi zeszły się nad chmurnymi oczami. W nocnym widzeniu dostrzegał kolejne siwe włosy na brodzie starca. Oraz nad powiekami. Gdyby się przyjrzał, odkryłby także kolejne bruzdy wskazujące życiowe zmęczenie opiekuna. Żal ponownie ścisnął umęczone serce chłopaka, bo to z jego winy mistrz zapadał się w sobie, podupadając na zdrowiu z każdym kolejnym dniem. Est nie dopuszczał do siebie przygnębiającej myśli, że Mag umrze przez niego, choć wszystko, co żyło, musiało kiedyś odejść, bez względu na powód.

„Nieważne co cię zabije, bo ostatecznie i tak będziesz martwy”. Col zawsze uderzał celnie, jak na wytrawnego łowcę przystało.

Colonell!

Tej nocy razem z resztą swoich ludzi tropił widmo, smoka, o czym przecież nie mógł wiedzieć! A jeśli bezczynny dotąd obserwator zdecyduje się zaatakować? Byli bez szans. Byli martwi z chwilą przekroczenia granicy puszczy.

- O nie… - nieoczekiwane jęknięcie wyrwało się z gardła wstrząśniętego Esta, zwracając uwagę czujnego mistrza. Zielone oczy strzeliły ku człowiekowi, a ziejąca z nich beznadzieja odłożyła się chłodem na żylastym ciele Maga. - Colonell szuka widma!

Otrzymana odpowiedź bynajmniej nie podniosła go na duchu.

- Możemy się jedynie modlić, aby smoka tam nie było.

***

W innym miejscu, lecz o podobnym czasie, Obserwator wybudzał się ze snu, pierwszego od wielu miesięcy, a trwającego raptem kilka krótkich dni. Żywcem zakopany, odpoczywał głęboko pod miękką, dźwiękoszczelną ziemią. Nie potrzebował świeżego powietrza, wszak potrafił wstrzymać oddech na cały standardowy siedmiodzień. Podczas drzemki wchodził w kontrolowaną fragmentaryczną hibernację, w trakcie której praktycznie nie oddychał. Teraz jego odpoczynek został przerwany, a w płucach miał ilość powietrza wystarczającą do wygrzebania się na powierzchnię. Co zastanawiające, nie zbudziła go paląca potrzeba uzupełnienia zapasów, lecz niezwykły sen, jaki nawiedził go w trakcie regenerującego wypoczynku. Obserwator nigdy nie śnił, więc to, co dokonało się w jego umyśle, było niczym innym jak popisem umiejętności Pana intencjonalnie zaznaczającego swoją obecność.

Pan był gotów. Obserwator również.

Szerokimi dłońmi o długich, połączonych błoną i zakończonych pazurami palcach zaczął wygrzebywać się z kryjówki niby dwumetrowy kret, a jego powolne, leniwe ruchy świadczyły o ciągłym wybudzaniu z fizycznego zastoju. Ciało po drzemce było słabe. Nie reagowało na impulsy wysyłane przez trzeźwiejący rozum i Obserwator byłby odczekał czas konieczny na pełne odzyskanie sił, gdyby nie świadomość, iż wraz z rozgrzewającym się organizmem zużywał coraz więcej zgromadzonych zasobów. Mógł się udusić. Byłaby to wyjątkowo głupia śmierć, zważywszy że zwycięstwo oraz spełnienie marzeń były na wyciągnięcie ręki. Pan dotrzyma swojej części umowy, musi. A raczej to on musiał naiwnie w to wierzyć.

Dłoń przebiła się przez runo, zasypując umazane glebą blade policzki suchymi igłami i gnijącym poszyciem. Przez poszerzony otwór wpadła także odrobina rześkiego powietrza niosąca wilgotny zapach lasu. Obserwator zaciągnął się nim z wyczekiwaną przyjemnością, z jaką ludzie mogli wciągać dym palonego ziela. Zapadnięta pierś uniosła się, na ile pozwalał ciasny korytarz. Nie czyniło mu to żadnej szkody, gdyż w tym momencie liczyła się jedynie wymiana powietrza, gorącego i suchego, na chłodne i odżywcze.

Do pierwszej ręki dołączyła druga. Działając razem, metodycznie powiększały wyjście i usypały całkiem pokaźny kopiec, który niewątpliwie przyciągnie uwagę najemnych. W obecnym stanie Obserwator nie mógł zatrzeć śladów, nie potrafił bowiem o własnych siłach wygramolić się z dziury w ziemi, a co dopiero odeprzeć napastliwych tropicieli Niedźwiedzi. Teleportacja była zbyt ryzykowna, jako że umysł i ciało jeszcze się nie zespoliły. Musiał poszukać kryjówki, rozruszać układ oddechowy, rozgrzać krew płynącą w żyłach oraz rozbudzić zastane mięśnie. Przede wszystkim potrzebował kilku godzin, by przyzwyczaić humanoidalne ciało do wzmożonego wysiłku oraz nakłonić je do szerszego funkcjonowania.

Ostatecznie, sapiąc i stękając, całkowicie wypełzł z dziury służącej mu za legowisko. Niemal uśmiechnął się na wspomnienie sięgające prawie pięciuset lat, gdy jako wylęg w podobny sposób opuszczał twardą skorupę jaja. Stare czasy, w których wszystko było łatwiejsze, ponieważ trwało niezmienione. Przysiadłszy na piętach pochylił głowę i przymknął oczy, przecierając pokryte ziemią powieki. W chwilach takich jak ta brakowało mu przezroczystej błonki osłaniającej gałki oczne przed wodą, brudem oraz uszkodzeniami. Ciężkie ludzkie powieki pozbawiały wzroku, a samo mruganie w dłuższej perspektywie bywało uciążliwe. Tak jak uciążliwe okazały się próby zinterpretowania sennej wizji.

Wspomnienie śmiertelnej kruchości było barwne i prawdziwe, a sam podmiot żył całkiem niedaleko, za niebosiężnymi murami niezdobytej warowni. Biała skóra, długie uszy, wielkie niczym strach oczy. Przypominał ją, lecz twarz miał swego dziadka. Natomiast kolor tęczówek, nasycony jaskrawą zielenią, należał do niego. Tylko ten kształt był jakby inny…

Bestialski uśmiech uniósł kąciki wąskich, sinych warg. Przyjemnie było dręczyć tak miłą ofiarę, gnębić pisklę w miejscu, z którego nie mogło uciec, a które odsłoniło je na atak. Toż to wylęg zaledwie, a jednak był wszystkim, czego pragnął Pan. Cóż za ironia losu. Król powinien był zezwolić swojemu hetmanowi na zaatakowanie ludzkiej fortecy, przejęcie żywego celu i dostarczenie w stanie nienaruszonym do rąk własnych. Jakież byłoby to łatwe! Szybkie natarcie, czysta robota. Nie musieli mieszać w to Zakonu, wszak paladyni nie wiedzieli, jak próżny był ich trud włożony w umacnianie północy. Staną się wyłącznie legendami, a Pan dopilnuje, aby i o nich zapomniano.

To była piękna wizja przyszłości malowana coraz żywszymi barwami, ale nie, Pan nie życzył sobie niespodzianek w postaci rannego lub martwego celu, a ryzyko, co Obserwator sam przyznał, było całkiem spore. Martwy na nic się nie zda, a nikt nie wiedział, gdzie przebywa jego matka. Zabijając jej potomka, przerwaliby odwieczny krąg, zaprzepaszczając szansę na absolutne zwycięstwo. Wolałby go zabić, aniżeli skazywać na los znacznie gorszy, jednakże w pierwszej kolejności musiał dbać o swoich. A do tej kategorii poszukiwanego nie zaliczał.

Wrażliwe, ostro zwieńczone uszy wyłapały przenikliwy skowyt wilków obwieszczający nadejście intruzów. Suprarenina zaczęła sączyć się do leniwych mięśni, ledwie umożliwiając podniesienie się dwumetrowej sylwetki do pozycji wyprostowanej. Obserwator był ociężały. Walka była możliwa, lecz jej powodzenie w dużej mierze zależało od ilości przeciwników - mrówki mogły pokonać szerszenia, gdy było ich wiele. Byłaby to śmierć równie bezsensowna jak uduszenie: dać się zaszlachtować niczym oszołomione bydło.

- Jesteś poszukiwany, Obserwatorze. – W jego głowie rozległ się pełen satysfakcji pomruk, od którego zrobiło mu się niedobrze. Wciąż pamiętał ten nierzeczywisty dotyk, aż ścierpła mu skóra na ramionach. - Wysłannicy Zakonu są w pobliżu i szukają ciebie. Wszyscy widzieli z kim mają do czynienia, a w szczególności arcypaladyn. I nasz cel. Zapewne także pomniejsze pionki w rozgrywce, aczkolwiek one się nie liczą. Pozbędę się ich, gdy stracą na wartości. Odpadów trzeba się pozbywać, aby nie gniły tuż pod naszymi nosami, prawda?

Podniósłszy się, Obserwator ruszył przed siebie, chwiejąc się i zataczając na pobliskie drzewa. Nie skupiał się na słowach Pana. Bardziej martwił się swoim przetrwaniem aniżeli szczebiotem zwierzchnika, który im weselszy był, tym szybciej należało szukać osłony przed nadciągającym huraganem. Przystanął, nasłuchując. Do pierwszej wilczej pieśni dołączyła druga, rozlegająca się nieco bliżej. Należała do członka licznej watahy, która pod jego przewodnictwem urosła w siłę, wybijając się ponad resztę. Zwierzęta informowały, że ludzkie stado jest liczne. To nie były dobre wieści, musiał więc się spieszyć.

Czyżby Pan wiedział, jak sprawy się mają? Zdegradował go do stopnia zwykłej bierki, którą usunie bez brudzenia sobie rąk? Nie, ręce Pana zawsze były brudne. Brudne od gorącej posoki, niekończącego się cierpienia oraz ekstatycznej rozkoszy.

- Dobrze mi służyłeś, mój miły Obserwatorze. Spotka cię nagroda za twój wkład w mój triumf.

Nie brzmiało to dobrze. Zaniepokojony słodkimi słowami Obserwator spodziewał się kroków za swoimi plecami, ludzkich podniesionych głosów, otoki i nagonki, ale nic takiego nie nastąpiło. Zatrzymał się więc dla złapania tchu, a po chwili, zerkając przez ramię, ruszył dalej. Tanio nie sprzeda skóry. Nawet swemu panu.

- Znaj zatem mą łaskę, Obserwatorze - zmysłowy ton rozchodzący się melodią wietrznych dzwonków stwardniał, przyjmując surowe, dudniące brzmienie mosiężnego dzwonu. - Nakazuję ci wycofać się spod Twierdzy Niedźwiedzi i powrócić do mego boku. Od teraz służyć będziesz jako mój strażnik, szara eminencja działająca wszędzie tam, gdzie ja nie będę mógł stawić się osobiście. Niech imię twe, Imt Czarny, rozejdzie się wzdłuż i wszerz, niosąc ze sobą sztandar śmierci. To twoje prawdziwe imię. Zasłużyłeś na to, by mówiąc do ciebie, zwracać się właśnie nim.

Imt zwany Czarnym oparł się o pień drzewa. Wyróżnienie zadziałało na niego z mocą paladyńskiego obucha, ogłuszając i na moment odbierając zdolność szerszego pojmowania. Pan nigdy, przenigdy nie używał imion swych podwładnych, nieważne jak potężni by nie byli. A jego nazwał pełnym imieniem wraz z przydomkiem oznaczającym pochodzenie, Barwę, dumę krwi. Wcale nie planował się go pozbywać. Wręcz przeciwnie, uczynił z niego swoją siłę wykonawczą, dzieląc się z nim władzą. Był to ledwo jej ułamek, niewiele znacząca cząstka przekazana w ręce słabej istoty o określonej długości życia, lecz sama świadomość podziału wydawała się nieprawdopodobna.

Mimo kiełkującej podejrzliwości, nie potrafił znaleźć słów, które wyraziłyby ogrom doznawanej euforii. Wrażenia były tak nierealne, że zdawało mu się, iż wciąż śni cudowny sen głęboko pod ziemią.

- Panie…

- Milcz teraz, Imcie. Na tę chwilę nie chcę słuchać twych podziękowań, nie mają one dla mnie najmniejszego znaczenia. Wszyscy już wiedzą, że jestem jedyną liczącą się potęgą. Mogę otwarcie rzucić wyzwanie Zakonowi arcypaladyna. I wygrać. On także już o tym wie, podobnie jak wie o twojej obecności w głuszy śródlądu oraz celu uwięzionym w Twierdzy. - Słyszany w umyśle głos wzniósł się ekstatycznie, aż grzbiet Imta zaczął nieznośnie mrowić w oczekiwaniu na dalsze słowa. Słowa będące zaklęciem zdejmującym łańcuch do krwi ocierający jego szyję. - Daj zatem wysłannikom Jego Ekscelencji to, czego sobie zażyczą. Uracz ich sobą z nawiązką za te wszystkie dni, które zmuszony byłeś przeczekać w ukryciu, poniżony zamknięciem w ciele waszych morderców. Masz wolną rękę, więc czyń swoją powinność. Zaspokój swe pragnienia, a potem wróć do mnie. Zemsta będzie słodka, tak jak słodka jest klęska tych, którzy się nam przeciwstawiają.

- A co z celem, mój panie? – syczące, brzmieniem zbliżone rozgniewanej żmii tony poniosły się na wilgotnym wietrze. - Czy wreszcie mogę odbić go z warowni?

Mentalne cmoknięcie rozczarowania było niczym fizyczny prztyczek.

- Liczyłem na twój rozsądek… Niemniej wybaczam ci nietakt z uwagi na emocje, jakie wywołała w tobie niespodziewana nobilitacja. Schlebia mi to.

Imt nie potrafił wyczuć nastroju przełożonego. A może to chimeryczność Pana wprowadzała niepotrzebny zamęt? W każdym razie czego by nie powiedział, jego wypowiadane myśli nigdy do Pana nie trafiały.

- Atak na ludzkie gniazdo nie miałby najmniejszego sensu. Oni już wiedzą, Imcie, jest wśród nich człowiek zawczasu dowiadujący się o naszych dążeniach, lecz jego ograniczony umysł nie podołał ich rozszyfrowaniu. A ja mam plan, który począłem wcielać w życie, dlatego nie zwlekaj i wracaj na południe. Nikt nie każe mi na siebie czekać, więc i ty nie nastawaj na mą cierpliwość. Zbyt wiele od ciebie zależy.

Gdy Pan przerwał kontakt, w głowie Imta rozwinął się makabryczny, krwawy zamysł na miarę zbrodniarzy, którzy wyrżnęli jego gatunek co do sztuki. A przynajmniej tak sądzili, ludzie bowiem nie odznaczali się starannością i rzetelnością w swych działaniach. Wiele robili na słowo honoru, którego nie mieli ani krztyny, a ewentualne braki wypływające na wierzch zrzucali na swoich pobratymców lub okoliczności, które, w ich mniemaniu, nigdy im nie sprzyjały. Innymi słowy, ludzie byli zarazą, pasożytami żerującymi na płodnej ziemi, czyrakami wyrastającymi na jej tkance, mnożącymi się z zastraszającą prędkością i pochłaniającymi jej siły witalne. Miejsca, które porzucali, wymagały wieloletniej rewitalizacji, a stworzenia mogące tego dokonać były na wymarciu. Niemal wszystkie wytępili. Nadeszła więc pora, aby wytępiono ich. Jednego po drugim. A Imt swój zamiar zrealizuje już wkrótce. Niech tylko odpocznie. Niech odzyska pełnię kontroli nad swoim ciałem i esencją, a następny nocny patrol będzie pierwszym, który nie powróci.

Imt ruszył przed siebie, na powrót odzyskując perfekcyjne wyczucie kierunku. Przyspieszając, przepatrywał ciemny gąszcz w poszukiwaniu najlepszej kryjówki, która pozwoliłaby mu uniknąć spotkania z natrętnymi zwiadowcami. Niebawem ją znajdzie, gdyż wiele ich było w sercu puszczy, gdzie strzeliste białe skały skrywały sekrety, które on doskonale pamiętał mimo upływu lat.

Biegł przed siebie, zwinnie odpychając się od szerokich pni drzew, a wilczy śpiew był najwspanialszą muzyką napędzającą jego mięśnie. Szeroki gadzi uśmiech odsłaniał liczne ostre zęby, gdy Imt Czarny modlił się w duchu o konfrontację z Malowanym Psem. Zaiste, byłoby to znakomite ukoronowanie pobytu w tym miejscu, nagroda na miarę jego nowego stanowiska.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz