Miniony czternastodzień
obfitował w tak wiele wrażeń, że Estalavanes miał spore trudności z wyciszeniem
emocji oraz dojściem do siebie. Długotrwałe zamknięcie w Twierdzy odbijało się
na jego kondycji psychicznej, lecz na szczęście w najtrudniejszych momentach Colonell
przybywał mu na ratunek, umilając czas swoją beztroską oraz humorem. A czasami
po prostu był obok i nucąc pod nosem lub śpiewając, rozwiewał gęstniejącą od
niepożądanych refleksji ciszę.
Est doceniał jego obecność, jak i wszystko, co
wytatuowany człowiek o śniadej skórze dla niego robił. Nie chciał myśleć o tym,
co sam czuł w stosunku do niego, ale nie było też takiej konieczności. Był
zobowiązany jego troską, a jednak nadal uważał, że ich relacja nie wymagała zaangażowania.
Byli dwójką młodych mężczyzn, dwójką przyjaciół, więc siłą rzeczy nie mogli być
parą. Jeden z nich musiałby stać się kobietą, a tak być nie mogło. Nie widział
natomiast przeciwwskazań, by przy nadarzających się okazjach swobodnie opierać
się o plecy Cola. Układał wtedy głowę na prowizorycznej poduszce z
ciemnozielonego kaptura, na której nie raz już zdarzyło mu się przysnąć,
ukołysanemu przez kolejną melodię słyszaną nie tylko uszami, ale i całym
ciałem. Wydawane przez zwiadowcę niskie tony niosły się głębokimi wibracjami w
szerokiej ludzkiej piersi, docierając bezpośrednio do serca elfa. Podobnie, jak
do jego serca coraz częściej docierały nauki mistrza, który okazał się nie lada
tyranem w temacie sztuk walki oraz samoobrony.
Mag nie był typem ekspresyjnego entuzjasty, toteż
pochwały, których nie skąpił pojętnemu uczniowi, ograniczały się do skromnych
skinień głową lub wyrażających aprobatę pomruków. Est nie dbał o miłe słowa.
Większe znaczenie dla jego rosnących ambicji miało zadowolenie opiekuna, na
które czekał niczym mały chłopiec. Głód ojcowskich uczuć nadal go nie
opuszczał. Był niezaspokojony, nie syciły go pomniejsze pochlebstwa,
potrzebował ich więcej i więcej. Tak jak jedzenia potrzebował więcej niż
zwykle, rekompensując sobie braki energii fizycznej wynikające z coraz
mniejszej ilości snu, który z ochotą zamienił na nocne wizyty w łaźni oraz
przesiadywanie do późna w pracowni Travisa.
Nie mógł już wyjeżdżać poza mury Twierdzy, ale nic nie
stało na przeszkodzie by zaglądał do stajni, dokarmiał smakołykami wierzchowce
i ćwiczył ich siodłanie. Col zapewniał go, że jeśli raz nauczy się jazdy
konnej, to już nigdy nie straci tej umiejętności, czym nieco pocieszył
zapadającego się w grząską depresję chłopaka. Nie zmieniało to faktu, że
przychodząc do stajni, Est czuł się gorzej niż zwierzęta pozamykane w
drewnianych boksach, bo było to tak, jakby odebrano mu najważniejszą część
życia. Odebrano mu całe życie.
Złote pręty lśniły cudownie w promieniach słońca,
wciąż jednak pozostawały elementami klatki ograniczającej jego ruchy. Może i jego
pióra wybarwiły się pięknie, lecz nie było to istotne, gdyż zostały podcięte,
odbierając mu możliwość robienia tego, do czego został stworzony. Posiadał
ogromny zasób mocy która niczemu nie służy, a jedynie przywiązuje go do
człowieka, którego częściej postrzegał w kategoriach ojca aniżeli nauczyciela,
co w sumie się nie wykluczało. Mag niezmiennie pobierał jej nadmiar i chociaż
nie było to doznanie nieprzyjemne czy przykre jak na początku, to w dalszym
ciągu przypominało mu o słabości graniczącej z ułomnością, którą na każdym
kroku wytykał gatunkowi ludzkiemu, choć nie uzewnętrzniał już swoich obiekcji.
Przecież trzy osoby, na których zaczęło mu zależeć, były ludźmi. Wyjątkowymi
ludźmi. A skoro trzy były tak szczególne, to istniało wszelkie
prawdopodobieństwo, że może być ich więcej.
Niesamowite jak nauki mistrza wpłynęły na jego
perspektywę. Spłyciły nienawiść do ludzi i wyparły bolesne wspomnienia
zastępując je lepszymi, zdrowszymi. Ponadto zaszczepiły w nim miłość do życia.
Harmonia oraz równowaga były tym, czego pragnął, za czym od lat tęsknił, tym,
co wyleczyłoby niespokojnego ducha. Wiedział jak bardzo zaburzone jest jego
zdrowie psychiczne, jak słaba jest jego wola, podatna na wpływy i opinie osób
trzecich. Podporządkowanie sobie ciała było banalne, w przeciwieństwie do
opanowania umysłu, a wraz z nim uczuć i emocji w szybkim tempie prowadzących go
nad samą przepaść. A stamtąd już tylko jeden krok dzielił bezradnego młodzieńca
od runięcia w dół.
Powinien przestać to wszystko roztrząsać. Nic, tylko
bez przerwy zadręczał się swoimi niepowodzeniami i słabościami zamiast cieszyć
z postępów w nauce i treningach. Powinien wreszcie odpocząć, w końcu miał całą
noc dla siebie. Col wraz z kilkoma innymi zwiadowcami przebywał poza Twierdzą z
rutynowym zadaniem odnalezienia leśnego widma, zaś Travis odsypiał ostatnie
eksperymenty, od zmierzchu do świtu spędzane na destylacji nowej trucizny, do
której nikomu poza Estem się nie przyznał. W ten sposób wyróżnił młodego
asystenta stawiając go na równi z sobą samym. Travis był geniuszem. Potrafił
docenić iskrę talentu natychmiast, gdy ją ujrzał, a geniusze lubili robić różne
rzeczy, niekoniecznie zgodne z etyką i zasadami moralnymi. Jak na przykład
opracowywać paskudne metody zabijania istot żywych bez użycia magii czy oręża.
Est obrócił się na drugi bok, zagrzebując w rozkosznie
ciepłej pościeli. Zapatrzony w ciemność za oszklonymi drzwiami balkonowymi
mrugnął dwukrotnie i szeroko ziewnął, zastanawiając się, czy z Colem wszystko w
porządku. Widmo dotychczas nie zrobiło nikomu krzywdy, dlatego też wielu
zaczynało podejrzewać, że była to iluzja mająca ich rozstroić, pogłębić
niepokój i paranoję. Nawet włączenie do patroli doświadczonych magów niczego
nie wskórało w kwestii identyfikacji postaci dostrzegalnej wyłącznie po zmroku.
Wilki wycofywały się na bezpieczną odległość widząc uzbrojonych ludzi. Wszystko
jakby wróciło do naturalnego porządku rzeczy, wskoczyło na powrót w przyjęte
przez ludzi ramy normalności. Poza tym jednym, który dosłownie kładł się
cieniem na spokoju całej Twierdzy.
Martwił się, owszem. Nic dziwnego że obawiał się o
życie swojego lekkomyślnego przyjaciela ryzykującego wszystkim, co posiadał, by
robić to, w czym był najlepszy. I pomimo ponurej świadomości, że w każdej
chwili może postradać życie, Colonell nie zamierzał porzucać funkcji
wzbudzającej ten przyjemny dreszczyk emocji. Dola zwiadowcy Niedźwiedzi była
dla niego wszystkim w świecie, w którym nie miał niczego, a który stopniowo
wypełniała obecność białego elfa, nawet jeśli była to tylko przyjaźń. Est znał
to beznadziejne poczucie braku własnego miejsca, bo i on nie miał nic, o co
mógłby walczyć. Zresztą gdyby chciał, nie był w stanie ochronić ani Cola, ani
Maga, bo był za słaby. Był nikim. I nieważne jak mistrz by się nie starał, to z
tchórzliwej myszy nigdy nie zrobi kota. Była to prawda widoczna jak…
Ciemność nadeszła znienacka, jak gdyby ktoś zgasił
wszystkie światła w Twierdzy. Nie, to było tak, jakby całe światło nagle
umarło. Zgasły pochodnie na murach, zgasł blask gwiazd wpadający przez uchylone
okna… Nie było okien. Nie było niczego. Nocny wzrok nie przebijał cieni tak
czarnych, że nie sposób ich przyrównać do naturalnie nasyconej barwy.
Wstrząsające Estem dreszcze sprawiały mu ból swoją
intensywnością. Zerwał się z pościeli, choć nie leżał już w łóżku, nagle
znajdując się zupełnie gdzie indziej. To nie działo się naprawdę, choć
wszechogarniające podskórne swędzenie było rzeczywiste. Ale mogło być także
projekcją śpiącego umysłu. Drżał jak w gorączce, siłą woli próbując wybiec
dalej niż sięgała ciemność. Usiłował za wszelką cenę wymusić współpracę na
krainie, w której niejednokrotnie już bywał i z którą zawsze sobie radził.
Umiał kontrolować sny, a raczej kontrolować siebie w snach, lecz tutaj czerń
była absolutna, podobnie jak absolutne stawało się wrażenie czyjejś obecności.
Est obrócił się, a może to ciemność obróciła się wokół
niego? Tracił zmysły. Szaleństwo i obłęd brały go w posiadanie z każdym
mocniejszym uderzeniem strwożonego serca. Oddychał coraz ciężej, gdy gęste
powietrze czarnym oparem wnikało w jego gardło i płuca. Formowało się na jego
oczach, chociaż pozostawał ślepy. Przyjmowało konkretny kształt, choć nie
różniło się odcieniem od reszty. Czuł to całym sobą, tak jak czuł lodowaty pot
roszący skórę. Nie było żadnej skóry. Była prezencja. To sen. Koszmar, który musiał
przespać, nie potrafił go bowiem przerwać.
Próbował skupić się na tym, co czuje w sobie, na lęku
i histerii jakie wdzierały się czarną mgłą we wnętrze jego dygoczącego ciała.
Mgłą, która niby ściana ruszyła teraz prosto na niego, zmuszając do ucieczki,
inaczej pochłonęłaby go żywcem, niechybnie zabiła, uśmierciła w świecie, który
przestawał być koszmarem, a stawał się nieznanym dotąd wymiarem.
Z niemym okrzykiem rzucił się w tył, pchany
desperacją. Dźwięk tu nie istniał, a może to jego uszy stały się bezużyteczne.
Słyszał wszystko niebywale wyraźnie, a zarazem pozostawał głuchy na otoczenie,
w którym wszystko umarło. Tylko on jeden żył. A może właśnie nie? Nie mógł
jednak pozwolić sobie na rozwiązanie kolejnej zagadki, ponieważ bezlitosny czas
zwolnił, przejmując władzę nad jego mięśniami. Fala kotłowała się za nim,
niepomna na nagłą zmianę, którą uciekinier odczuł nie tylko fizycznie. Nie
odważył się spojrzeć za siebie, bo i tak niczego by nie dojrzał, a przecież
wiedział co się dzieje. Był świadomy otoczenia jak nigdy przedtem.
Prawie się potknął, gdy wszystko wokół przyspieszyło,
łącznie z nim samym. Czas oszalał. Nie, to on popadał w obłęd wywołany
niekontrolowanym strachem oraz niepewnością.
Coś grzmotnęło w podłoże tuż obok, zmuszając go do
nagłego skrętu. Nie miał pojęcia dokąd niosą go nogi, ale wiedział, że nie może
stać w miejscu, bo oznaczało to pewną śmierć. Ruch był jego jedynym
sprzymierzeńcem. Bieg był siłą w walce z niemożliwym do pokonania
przeciwnikiem. To był sen. Sen, sen, sen, żaden inny wymiar tylko sen, którego
wycieńczony nadmiarem bodźców umysł nie zdołał poskromić! Przecież czułby żar
wypalający mu płuca po morderczym sprincie, byłby…
Olbrzymie ślepia zawisły na wysokości jego oczu. Toksyczna
żółć i zieleń mieszały się ze sobą, wzajemnie przenikały w hipnotyzującym
tańcu, a okrągła źrenica skurczyła się, zamykając ofiarę w potrzasku.
Est zatrzymał się płaskim ślizgiem i natychmiast
zerwał z ginącego w mroku podłoża, mknąc w przeciwną stronę, dokładnie tam,
skąd przybiegł. Coś tam było. Coś wielkiego. Dostrzegło go. Dostrzegło, obrało
za cel i już nie odpuściło. Cholera, cholera, cholera, CHOLERA!
Czas, przeklęty czas znów hamował kosztem
poczytalności tkwiącego we śnie chłopaka.
Nie, nie teraz, proszę, nie teraz…!
Panika narastała, sięgała już pułapu początkowego
stadium histerii. Uderzenie prawie zwaliło go z nóg, kiedy wściekły czas na
powrót przyjął swój naturalny bieg. A może ta prędkość nie była naturalna? Sam
już nie wiedział. Nic już nie wiedział. Był głuchy, ślepy, nie czuł zapachów,
nie czuł niczego poza mięśniami powoli odmawiającymi posłuszeństwa.
Przeciwnik był olbrzymi, a jego masywne cielsko
tworzyła najczarniejsza czerń tego świata, koszmaru, wymiaru, czegokolwiek!
Szerokie skrzydła uformowane z żyjącego chaosu zasłaniały niczym nie różniący
się od reszty nieboskłon. Teraz już Est rozpoznawał, czym były uderzające tuż
obok niego filary.
To były łapy.
Ogromne, szerokie, pazurzaste łapska wbijały się w
ziemię o centymetry od pierzchającej w popłochu zdobyczy. Bawiły się nią,
trwożyły swoją bliskością i przywoływały najstraszliwsze skojarzenia.
Śmierć kroczyła za biegnącym elfem, wcale się nie
spiesząc.
Kolejny niespodziewany cios przewrócił Esta na bok,
boleśnie tłukąc zmęczone ciało. Nie, nie cios. To świat rozpadał się na małe
kawałeczki. Ziemia osuwała mu się spod stóp, gdy wycofywał się w głąb konającej
krainy, tuż pod ścigającą go bestię cienia. Przeturlał się, byle nie widzieć
tych przeraźliwie inteligentnych ślepi o maleńkich źrenicach, które z dziką
radością śledziły poczynania marnego bytu. Łapy stwora były ciężkie. Ich
tupnięcia niszczyły wszystko wokół.
Zerwał się z miejsca i prawie padł jak długi, gdy
podłoga za nim wybrzuszyła się, pękając na pół. Kolosalne rozdarcie odcięło go
od reszty utkanej z ciemności materii. Musiał uciekać. Nie mógł tu zostać, nie
z tym czymś, co zawisło tuż nad nim. Przed nim!
NIE!
Unikał spadających kawałków sufitu, choć był na
otwartej przestrzeni. Uskakiwał, kiedy ściany próbowały pogrzebać go żywcem,
choć nie było tu żadnych korytarzy. Niczego nie rozumiał, lecz wiedział
mądrością pierwotnego instynktu, że musi się stąd wydostać. Był sam. Samotność
atakowała go na podobieństwo kroczącej tuż za nim skrzydlatej ciemności,
kąsała, wypominając lata spędzone w cierpieniu i udręce.
Stop.
Tym razem czas nie zwolnił, tylko zatrzymał się,
unieruchamiając białoskórego intruza lawirującego pośród oszałamiającej czerni.
Ale nie powstrzymał władcy tego miejsca, gargantuicznego i śmiercionośnego,
dumnie nadchodzącego, by wziąć to, co mu należne.
Czas skazał Estalavanesa na śmierć.
A potem ruszył bez uprzedzenia.
Est upadł, gdy ogłupione sprzecznymi sygnałami ciało
zareagowało. Przeturlał się w bok, nim szerokie szczęki zatrzasnęły się na jego
głowie. To miało kły. Dwa rzędy zębisk wystających ukosem poza paszczę, jak u
egzotycznej rośliny pożerającej nieświadome, zwabione słodkim nektarem ofiary.
Podłużny pysk był ich pełen, a każde długości jego ramienia.
Nie słyszał siebie. Nie słyszał podążającego w ślad za
nim wcielenia najgorszego koszmaru, a cisza ta przerażała go o wiele bardziej
niż sam zwiastun śmierci. Czuł się jak dziecko w ciemnym korytarzu, w którym
nawet ściana była jego wrogiem. Co rusz przednie pazurzaste łapy zagradzały mu
drogę, lecz nadal zręcznie im umykał. Ile jeszcze trwać będzie ta bezsensowna
zabawa w kotka i myszkę?!
Znów zmuszony był uważać na opadający pysk. Dotknął go
bezwiednie, odpychając się od niego w kolejnej próbie odbicia w bok. Nie
powinien tego poczuć, ale percepcja podpowiadała mu, że personifikacja mroku
była śliska i zimna. Gładka. Znajoma. Tak jak śliska i zimna była jego własna
skóra, równie gładka, nie mniej znajoma.
Miał już dość. Pragnął, by ten horror się skończył, a
tortury zostały przerwane, choćby za cenę psychiki, z której ostały się krwawe
skrawki. Chciał umrzeć. Chciał żeby wszystko zniknęło, lecz nogi niosły go
dalej, pchane wolą przetrwania, napędzane strachem i siłą wzmagającego się
szaleństwa.
Już się domyślił, że była to gra w berka na śmierć i
życie. Potwór nie chciał go zabić. Czekał, aż sam się wykończy. Teraz to
wyczuwał. Ciemność mówiła o tym, szeptała, przepełniała go całego cieńszą niż
włos nitką dostając się do każdego zakamarka jego świadomości. Przez cały ten
czas się nie męczył, bo jego mięśnie nie pracowały. To wszystko było wyłącznie
projekcją zmęczonego umysłu, a przynajmniej z początku takie było. Wyczerpany
chłopak zaczynał jednak sądzić, że to nie jego niepoczytalny umysł pisał tak
tragiczny scenariusz, lecz źródło z zewnątrz wpłynęło na niego w destrukcyjny
sposób i wykorzystało w sobie tylko znanym celu.
Świat spowity wieczną nocą był bardziej realny niż ten
fizyczny, w którym pozostawił ciało. Doznanie scalenia wszystkich pięciu
zmysłów w jeden było rzeczywiste, ale i to przestawało mieć znaczenie, bo kiedy
zorientował się, że poddane morderczemu wysiłkowi serce przerwało pracę, było
już za późno. Płuca poszły za przykładem umierającego organu, zaprzestając
pobierania świeżego i oddawania zużytego powietrza. Miał umrzeć ze strachu,
który zacieśniał się wokół jego wnętrzności niczym ogon zakończony żądłem.
Est upadł po raz ostatni. Czekający na sprzyjające
warunki czarny pomiot zamknął na nim swe mocarne szczęki. Nie było tu
zaopatrzonego w łuk Colonella, który by go ocalił. Nie obudzi się w noclegowni
z dotkliwym bólem głowy. Skona w samotności.
Krzyczał. Przenikliwy, obcy dźwięk agresywnie
następujący po absolutnej ciszy rozrywał mu uszy. Krzyczał, zdzierając gardło
do krwi i przerywając tylko po to, by zaczerpnąć tchu. Dłonie przyciskał do
oblanych potem skroni czując pocieszający, fizyczny ucisk. To nie była prawda.
Konając we śnie mógł postradać rozum na tyle, by przestał funkcjonować.
Zaciskał kurczowo powieki przelękły tym, co ujrzy, gdy je rozchyli. Nie umarł,
ból był prawdziwy. A mimo to w tej chwili wolałby być martwy.
Ale żył, czego dowodem był znajomy głos na granicy
słyszalności. Jego brzmienie wywołało w nim falę niepohamowanej radości oraz
gorzkiego poczucia winy.
- Estalavanesie!
Nie wypuszczając głowy z uścisku, otworzył oczy i
uniósł wzrok na tyle, by dostrzec zbliżającego się do niego starca. Niepokój
brużdżący oblicze człowieka, wyraźny w nocnym widzeniu, przeląkł go bez reszty.
Czymkolwiek był koszmar o umieraniu, jego nauczyciel także go doświadczył. To z
jego winy mistrz wyglądał tak jak teraz, stał się słabym człowiekiem o
wiotczejących mięśniach i obwisłej wiekiem skórze. Gdyby nie on, marnotrawca
poświęconego czasu, Mag zapewne miałby przed sobą dziesiątki lat względnie
dobrego zdrowia. Podobnie rzecz miała się z Colonellem. Młody mężczyzna nie
oddałby mu się w całości wiedząc, że Est nigdy nie odwzajemni jego uczuć.
Zniszczył życie dwóm ludziom, jak na ironię tym, na których najbardziej mu
zależało. Powinien ponieść konsekwencje swoich czynów, chociaż nie wynikały one
z jego intencji.
Estalavanes powinien był umrzeć.
Tak jak szydził stwór z koszmaru, powinien był nigdy
się nie narodzić.
Ciepła, roztrzęsiona dłoń dotknęła zimnego, śliskiego
od potu czoła. Mnich zlekceważył uprzedzenia Estalavanesa, łapiąc oburącz za
jego przyciśnięte do boków głowy dłonie i zwracając napiętą białą twarz w swoją
stronę, pod ćmiące światło wpadające przez szyby drzwi balkonowych.
To nie był mistrz. To był najzwyklejszy leciwy
człowiek, jakiego chłopak kiedykolwiek widział. Spięty. Zatroskany. Słaby. To
nie był silny i niewzruszony mnich, jakiego podziwiał. To był staruszek, na
widok którego otępiały Est poczuł dojmujący żal ściskający w dołku. Przestał
przejmować się tym, co zaszło w odległej krainie sennych mar. Przejmował się
tym, co stało się z jego mentorem.
- Chłopcze – mówił szybko Mag - może być to dla ciebie
trudne, rany są bowiem świeże, a pierwszy wstrząs dopiero przemija, lecz musisz
mi powiedzieć co widziałeś w miejscu, w którym się znalazłeś.
Puścił przykryte dłońmi skronie podopiecznego i przez
kilka uderzeń serca wpatrywał się w jego zmęczone kocie oczy. Niezrażony
milczeniem skinął nieznacznie łysą głową, po czym poszedł do stojącego na
środku pomieszczenia stolika, by sięgnąć po dzbanek. W lekkim mroku nocy
napełnił jeden ze stojących na blacie kubków. Czujnemu elfowi nie umknął
przykry fakt, iż dłoń trzymająca naczynie drżała zauważalnie. Dłonie mistrza
nigdy nie drżały, zawsze były pewne i miały mocny chwyt mężczyzny w sile wieku.
Wracając do ucznia, sędziwy doradca starał się
opanować emocje, odzyskać kontrolę nad ciałem i głosem.
- To nie był koszmar, Estalavanesie, zapewniam cię.
Siedzący w rozkopanej pościeli uczeń zupełnie
obojętnie przyjął oferowany mu kubek. Opuszczając dłonie na chłodną kołdrę
zapatrzył się na nie, jakby szukając w sobie chęci do podjęcia się trudnych
wyjaśnień. Przeżycie było zbyt świeże, by o nim rozmawiać, lecz jednocześnie
zbyt bolesne, by dusić je w sobie.
- Ciemność - zaczął Est pustym, wyzbytym wszelkich
uczuć głosem, jak gdyby porzucił je w tamtym czarnym świecie. Wciąż nie doszedł
do siebie i nawet chłodna woda spływająca po drapiącym gardle nie pomogła,
przynosząc tylko odrobinę złudnego ukojenia. Przymknął oczy, a pod powiekami
niemal natychmiast wyrysowały się cieniste kontury, które z łatwością mógł
wyrazić prostymi słowami. - Żywa ciemność o jaskrawych ślepiach. Ścigała mnie.
Pragnęła mojej śmierci, chociaż nie robiła nic, by mnie zabić. Czekała aż sam
to zrobię. A gdy mi się nie udało, pochłonęła mnie.
Est pominął wzmiankę o dotykających go słowach, które
szeptała ciemność wprost w czułe ucho pogrążonego umysłu. Życzyła mu rychłej
zguby, żałowała jego narodzin. Lękał się, że powtórzenie tego na głos będzie
jak rzucenie śmiercionośnego zaklęcia - nieodwracalne i niszczycielskie dla obu
stron. Może i nie wyrządzi nikomu krzywdy od razu, ale słowa miały moc większą
niż najpotężniejsza magia. Zabijały niby trucizna, latami i ze śmiertelnym
skutkiem. Ofiary wiły się w agonii i nie istniało nic, co mogłoby uśmierzyć ich
cierpienia. A wracającemu do normalności Estowi wystarczyło jedno spojrzenie w
przymrużone troską onyksy, by potwierdzić słuszność swej decyzji.
Mag przysiadł na skraju łóżka, z namysłem spoglądając
na ucznia. Słuchał z uwagą, próbując skojarzyć koszmar Estalavanesa z wizją,
która uderzyła zaskakująco mocno. Zbyt wiele jej elementów uległo zmianie, by
móc nazwać ją prozaiczną w stosunku do pozostałych. Powinien powiedzieć
chłopakowi prawdę, wyjawić mu swój nieprzeciętny dar, zdolność odczytywania
przebłysków, które pokryły się z jego snem.
- Rozumiesz czym jest Macierz Mocy otaczająca nasz
świat, chłopcze? - spytał cichym, kojącym głosem ojca uspokajającego wybudzone
ze złego snu dziecko. - Poznaczona jest ona śladami i bliznami, jakie odciskają
na niej wydarzenia z udziałem wyjątkowo silnej magii. Może być to dla ciebie
niepojęte, lecz poprzez nią dostępuję przebłysków, w których dostrzegam
ewentualną przyszłość, jedną z wielu możliwych, aczkolwiek najbardziej
prawdopodobną. Nazywam je wizjami, choć mało mają wspólnego z tymi, jakich doznają
wróżbici. I właśnie jedna z takich wizji pokazała mi ciebie. Nie było to
konkretne przedstawienie, jednak z mojej interpretacji jasno wynikało, że
dotyczy ona przedmiotu bądź osoby. W twoim przypadku obu.
Mag przerwał, by wziąć głębszy oddech. Rozmowa ta nie
była dla niego łatwa, wynikała z konieczności. Estalavanes musiał to zrozumieć,
zanim ścieżka ich życia dotrze do krytycznego momentu. Było na to za wcześnie,
ale nie mieli wyboru. Musieli działać już teraz, bo za ich plecami wróg pisał
historię wedle własnego wyobrażenia. I gotów był ich pochłonąć, niczym ciemność
z koszmaru chłopaka.
- My dwaj odebraliśmy sygnał, podobnie jak inne,
równie potężne magicznie byty zamieszkujące cały Khaldun – podjął na nowo Mag.
W skupieniu śledził zmiany zachodzące na wymiętym obliczu podopiecznego, gdzie
otumanienie przechodzące w niepewność zatrzymało się na wyrazie niedowierzania.
- Jego moc działania odłożyła się w twoim umyśle podczas snu. Mnie natomiast
zesłała wizję tak odmienną od poprzednich, że pierwszą myślą, jaka mnie naszła,
było sprawdzenie twojego stanu. Nie myliłem się. Było blisko. On był
blisko. - Widząc rozchylające się białe wargi, Mag uniósł dłoń, świadom, że w
półmroku uczeń widzi doskonale jak za dnia. – Wiem, o co chcesz zapytać,
Estalavanesie, ale mój brak energii tajemnej nie ma tu nic do rzeczy. Jestem
pasywnie połączony z Macierzą pomimo swojej magicznej ułomności. Potrafię
czerpać magię z otaczających mnie osób, lecz podobnie jak ty, nie potrafię jej
spożytkować. Ty magazynujesz tę energię, a ja ją neutralizuję. Przeznaczenie
skrzyżowało nasze drogi, gdyż posiadamy komplementarne talenty, które w pełni
wykorzystujemy.
Est zaciskał palce, niemal krusząc gliniany kubek.
Spostrzegłszy co robi, opamiętał się prędko.
- Sygnał, mistrzu. Czym był ten sygnał? Kto go wysłał?
I dlaczego dotarł akurat do mnie, skoro odczuły go najpotężniejsze magicznie
byty?
- To są dobre pytania, chłopcze, lecz poza hipotezą
nie mogę dać ci nic więcej. - Mistrz kręcił głową w poczuciu porażki. Wrażenie,
że coś poszło źle, nie opuszczało go i nie mógł jednoznacznie określić, na
jakiej płaszczyźnie powinien szukać niedopatrzenia. - Odnalazłem cię zgodnie z
objawieniem i wiem, że nie tylko ja szukałem. W związku z tym przypuszczam, iż
twoje aktualne miejsce pobytu zostało potwierdzone przez poszukiwacza, który
osiągnął fenomenalną biegłość pozwalającą mu dotknąć Macierzy.
- Twoje słowa wciąż nie wyjaśniają, dlaczego mnie to
spotkało. - To nie miał być wyrzut, ale powracające hurmem emocje zalewały
nieszczęśliwego Esta jedna po drugiej, targając wychłodzonym ciałem. - Co ja
mam z tym wspólnego? To? Nie chciałem tego!
Wyciągając lewą dłoń, zaprezentował rękawiczkę bez
palców, której nie ściągał nawet do spania. Nie miał pewności czy nocą nikt nie
zakradnie się do jego sypialni, ponieważ w Twierdzy zamykanie drzwi na klucz
nie było praktykowane.
Mag po raz pierwszy był bezsilny, a poczucie to
związało mu ręce i odebrało mowę. Poprawiwszy się na miękkim siedzisku,
postanowił ugryźć temat z innej strony, znaleźć wspólny mianownik dla ostatnich
wypadków i wizji.
- Czy masz skojarzenia odnośnie istoty z koszmaru?
Est aż się wzdrygnął w obliczu nagłego wspomnienia
nabierającego kształtów pod półprzymkniętymi powiekami. Już wiedział co to
było, ale nie wypowiedział tego słowa na głos w obawie, że urzeczywistni je.
- Był olbrzymi. Miał ogromne skrzydła. Wielkie pazury,
ostre i jakby zakrzywione. I wydłużony pysk, płaski, z ostrymi zębami
wychodzącymi na zewnątrz. I ogon. Z żądłem. – Est nie zamknął ust, a jego wzrok
stracił na ostrości, kiedy prawda omal nie wyszła poza pełen wątpliwości umysł.
- One nie istnieją. To był Pozaświat, tak?
- Estalavanesie, to, że smoki uważa się za wytępione
stulecie temu, nie znaczy jeszcze, że tak jest w istocie. - Mag odchylił głowę
i dwoma palcami ucisnął nasadę orlego nosa, jak gdyby powstrzymując krwotok. -
Leśne widmo jest smokiem w ludzkiej skórze, jestem o tym przekonany. Żadne inne
stworzenie nie jest zdolne się teleportować. Postawny, jak głoszą kolejne
raporty, tajemniczy obserwator, który unika walki, unikając także wykrycia.
Podporządkował sobie drapieżniki. - Spojrzenia ucznia i mistrza spotkały się w
zmiękczonej odległym światłem nocy. - Przedstawiciele tej prastarej rasy nie
mają dostatecznej mocy, by odcisnąć swój ślad na energetycznej powłoce świata.
Zatem służy komuś innemu, co jest niespotykane u prajaszczurów. Smoki były
autonomiczne, nie tolerowały zwierzchnictwa, ponoć nawet w obrębie gatunku.
Jeśli wierzyć źródłom, prędzej oddałyby życie w walce o niezależność, aniżeli
poddały się suwerenowi.
Smoki. Mityczne, owiane złą sławą potwory nazywane
pożeraczami ludzi. Zimnokrwiste gady. W koszmarze Esta smok wcale nie był
głupi. Wręcz przeciwnie, gdyby nie charakterystyczna sylwetka byłby uznał, że
ściga go przeklęty człowiek, a nie baśniowy stwór. Ludzie często nazywali
potworami istoty których bali się, bądź nie rozumieli.
Czy rzeczywiście smok szukał akurat jego? Zatem
dlaczego nie zaatakował Twierdzy, tylko biernie się przyglądał z bezpiecznej
odległości? A jeśli był to czysty przypadek, nieprzewidziany efekt zbiegu
okoliczności? Zaraz, co Col powiedział, gdy po raz pierwszy poszli do łaźni?
Przeczuwał, że coś się święci. Wiedział o tym od chwili, gdy go ujrzał...
Est przeczesał mokre od potu włosy, a gdy opuszczał
dłoń, zawiesił ją na linii wzroku. Artefakt pod rękawicą milczał jak zaklęty,
jakby koszmar – sygnał - nie miał najmniejszego wpływu na tajemniczą biżuterię,
co było poniekąd dziwne. Gdy pierwszy raz udało mu się wejść w stan
kontemplacyjny, bransoleta oszalała, uderzając falą miażdżącej mocy. Teraz
odpowiadała ciszą, szczelnie ukryta pod czarną skórką.
Zerknął na zamyślonego mistrza, przycupniętego tuż
obok, na krańcu łóżka. Pomarszczony profil mężczyzny stężał, kiedy krzaczaste
brwi zeszły się nad chmurnymi oczami. W nocnym widzeniu dostrzegał kolejne siwe
włosy na brodzie starca. Oraz nad powiekami. Gdyby się przyjrzał, odkryłby
także kolejne bruzdy wskazujące życiowe zmęczenie opiekuna. Żal ponownie
ścisnął umęczone serce chłopaka, bo to z jego winy mistrz zapadał się w sobie,
podupadając na zdrowiu z każdym kolejnym dniem. Est nie dopuszczał do siebie
przygnębiającej myśli, że Mag umrze przez niego, choć wszystko, co żyło,
musiało kiedyś odejść, bez względu na powód.
„Nieważne co cię zabije, bo ostatecznie i tak będziesz
martwy”. Col zawsze uderzał celnie, jak na wytrawnego łowcę przystało.
Colonell!
Tej nocy razem z resztą swoich ludzi tropił widmo,
smoka, o czym przecież nie mógł wiedzieć! A jeśli bezczynny dotąd obserwator
zdecyduje się zaatakować? Byli bez szans. Byli martwi z chwilą przekroczenia
granicy puszczy.
- O nie… - nieoczekiwane jęknięcie wyrwało się z
gardła wstrząśniętego Esta, zwracając uwagę czujnego mistrza. Zielone oczy
strzeliły ku człowiekowi, a ziejąca z nich beznadzieja odłożyła się chłodem na
żylastym ciele Maga. - Colonell szuka widma!
Otrzymana odpowiedź bynajmniej nie podniosła go na
duchu.
- Możemy się jedynie modlić, aby smoka tam nie było.
***
W innym
miejscu, lecz o podobnym czasie, Obserwator wybudzał się ze snu, pierwszego od
wielu miesięcy, a trwającego raptem kilka krótkich dni. Żywcem zakopany,
odpoczywał głęboko pod miękką, dźwiękoszczelną ziemią. Nie potrzebował świeżego
powietrza, wszak potrafił wstrzymać oddech na cały standardowy siedmiodzień.
Podczas drzemki wchodził w kontrolowaną fragmentaryczną hibernację, w trakcie
której praktycznie nie oddychał. Teraz jego odpoczynek został przerwany, a w
płucach miał ilość powietrza wystarczającą do wygrzebania się na powierzchnię.
Co zastanawiające, nie zbudziła go paląca potrzeba uzupełnienia zapasów, lecz
niezwykły sen, jaki nawiedził go w trakcie regenerującego wypoczynku.
Obserwator nigdy nie śnił, więc to, co dokonało się w jego umyśle, było niczym
innym jak popisem umiejętności Pana intencjonalnie zaznaczającego swoją
obecność.
Pan był gotów. Obserwator również.
Szerokimi dłońmi o długich, połączonych błoną i
zakończonych pazurami palcach zaczął wygrzebywać się z kryjówki niby dwumetrowy
kret, a jego powolne, leniwe ruchy świadczyły o ciągłym wybudzaniu z fizycznego
zastoju. Ciało po drzemce było słabe. Nie reagowało na impulsy wysyłane przez
trzeźwiejący rozum i Obserwator byłby odczekał czas konieczny na pełne
odzyskanie sił, gdyby nie świadomość, iż wraz z rozgrzewającym się organizmem
zużywał coraz więcej zgromadzonych zasobów. Mógł się udusić. Byłaby to wyjątkowo
głupia śmierć, zważywszy że zwycięstwo oraz spełnienie marzeń były na
wyciągnięcie ręki. Pan dotrzyma swojej części umowy, musi. A raczej to on
musiał naiwnie w to wierzyć.
Dłoń przebiła się przez runo, zasypując umazane glebą
blade policzki suchymi igłami i gnijącym poszyciem. Przez poszerzony otwór
wpadła także odrobina rześkiego powietrza niosąca wilgotny zapach lasu.
Obserwator zaciągnął się nim z wyczekiwaną przyjemnością, z jaką ludzie mogli
wciągać dym palonego ziela. Zapadnięta pierś uniosła się, na ile pozwalał
ciasny korytarz. Nie czyniło mu to żadnej szkody, gdyż w tym momencie liczyła
się jedynie wymiana powietrza, gorącego i suchego, na chłodne i odżywcze.
Do pierwszej ręki dołączyła druga. Działając razem,
metodycznie powiększały wyjście i usypały całkiem pokaźny kopiec, który
niewątpliwie przyciągnie uwagę najemnych. W obecnym stanie Obserwator nie mógł
zatrzeć śladów, nie potrafił bowiem o własnych siłach wygramolić się z dziury w
ziemi, a co dopiero odeprzeć napastliwych tropicieli Niedźwiedzi. Teleportacja
była zbyt ryzykowna, jako że umysł i ciało jeszcze się nie zespoliły. Musiał
poszukać kryjówki, rozruszać układ oddechowy, rozgrzać krew płynącą w żyłach
oraz rozbudzić zastane mięśnie. Przede wszystkim potrzebował kilku godzin, by
przyzwyczaić humanoidalne ciało do wzmożonego wysiłku oraz nakłonić je do
szerszego funkcjonowania.
Ostatecznie, sapiąc i stękając, całkowicie wypełzł z
dziury służącej mu za legowisko. Niemal uśmiechnął się na wspomnienie sięgające
prawie pięciuset lat, gdy jako wylęg w podobny sposób opuszczał twardą skorupę
jaja. Stare czasy, w których wszystko było łatwiejsze, ponieważ trwało
niezmienione. Przysiadłszy na piętach pochylił głowę i przymknął oczy,
przecierając pokryte ziemią powieki. W chwilach takich jak ta brakowało mu
przezroczystej błonki osłaniającej gałki oczne przed wodą, brudem oraz uszkodzeniami.
Ciężkie ludzkie powieki pozbawiały wzroku, a samo mruganie w dłuższej
perspektywie bywało uciążliwe. Tak jak uciążliwe okazały się próby
zinterpretowania sennej wizji.
Wspomnienie śmiertelnej kruchości było barwne i
prawdziwe, a sam podmiot żył całkiem niedaleko, za niebosiężnymi murami
niezdobytej warowni. Biała skóra, długie uszy, wielkie niczym strach oczy.
Przypominał ją, lecz twarz miał swego dziadka. Natomiast kolor tęczówek,
nasycony jaskrawą zielenią, należał do niego. Tylko ten kształt był jakby inny…
Bestialski uśmiech uniósł kąciki wąskich, sinych warg.
Przyjemnie było dręczyć tak miłą ofiarę, gnębić pisklę w miejscu, z którego nie
mogło uciec, a które odsłoniło je na atak. Toż to wylęg zaledwie, a jednak był
wszystkim, czego pragnął Pan. Cóż za ironia losu. Król powinien był zezwolić
swojemu hetmanowi na zaatakowanie ludzkiej fortecy, przejęcie żywego celu i
dostarczenie w stanie nienaruszonym do rąk własnych. Jakież byłoby to łatwe!
Szybkie natarcie, czysta robota. Nie musieli mieszać w to Zakonu, wszak
paladyni nie wiedzieli, jak próżny był ich trud włożony w umacnianie północy.
Staną się wyłącznie legendami, a Pan dopilnuje, aby i o nich zapomniano.
To była piękna wizja przyszłości malowana coraz
żywszymi barwami, ale nie, Pan nie życzył sobie niespodzianek w postaci rannego
lub martwego celu, a ryzyko, co Obserwator sam przyznał, było całkiem spore.
Martwy na nic się nie zda, a nikt nie wiedział, gdzie przebywa jego matka.
Zabijając jej potomka, przerwaliby odwieczny krąg, zaprzepaszczając szansę na
absolutne zwycięstwo. Wolałby go zabić, aniżeli skazywać na los znacznie
gorszy, jednakże w pierwszej kolejności musiał dbać o swoich. A do tej kategorii
poszukiwanego nie zaliczał.
Wrażliwe, ostro zwieńczone uszy wyłapały przenikliwy
skowyt wilków obwieszczający nadejście intruzów. Suprarenina zaczęła sączyć się
do leniwych mięśni, ledwie umożliwiając podniesienie się dwumetrowej sylwetki
do pozycji wyprostowanej. Obserwator był ociężały. Walka była możliwa, lecz jej
powodzenie w dużej mierze zależało od ilości przeciwników - mrówki mogły
pokonać szerszenia, gdy było ich wiele. Byłaby to śmierć równie bezsensowna jak
uduszenie: dać się zaszlachtować niczym oszołomione bydło.
- Jesteś poszukiwany, Obserwatorze. – W jego
głowie rozległ się pełen satysfakcji pomruk, od którego zrobiło mu się
niedobrze. Wciąż pamiętał ten nierzeczywisty dotyk, aż ścierpła mu skóra na
ramionach. - Wysłannicy Zakonu są w pobliżu i szukają ciebie. Wszyscy
widzieli z kim mają do czynienia, a w szczególności arcypaladyn. I nasz cel.
Zapewne także pomniejsze pionki w rozgrywce, aczkolwiek one się nie liczą.
Pozbędę się ich, gdy stracą na wartości. Odpadów trzeba się pozbywać, aby nie
gniły tuż pod naszymi nosami, prawda?
Podniósłszy się, Obserwator ruszył przed siebie,
chwiejąc się i zataczając na pobliskie drzewa. Nie skupiał się na słowach Pana.
Bardziej martwił się swoim przetrwaniem aniżeli szczebiotem zwierzchnika, który
im weselszy był, tym szybciej należało szukać osłony przed nadciągającym
huraganem. Przystanął, nasłuchując. Do pierwszej wilczej pieśni dołączyła
druga, rozlegająca się nieco bliżej. Należała do członka licznej watahy, która
pod jego przewodnictwem urosła w siłę, wybijając się ponad resztę. Zwierzęta informowały,
że ludzkie stado jest liczne. To nie były dobre wieści, musiał więc się
spieszyć.
Czyżby Pan wiedział, jak sprawy się mają? Zdegradował
go do stopnia zwykłej bierki, którą usunie bez brudzenia sobie rąk? Nie, ręce
Pana zawsze były brudne. Brudne od gorącej posoki, niekończącego się cierpienia
oraz ekstatycznej rozkoszy.
- Dobrze mi służyłeś, mój miły Obserwatorze. Spotka
cię nagroda za twój wkład w mój triumf.
Nie brzmiało to dobrze. Zaniepokojony słodkimi słowami
Obserwator spodziewał się kroków za swoimi plecami, ludzkich podniesionych
głosów, otoki i nagonki, ale nic takiego nie nastąpiło. Zatrzymał się więc dla
złapania tchu, a po chwili, zerkając przez ramię, ruszył dalej. Tanio nie
sprzeda skóry. Nawet swemu panu.
- Znaj zatem mą łaskę, Obserwatorze - zmysłowy
ton rozchodzący się melodią wietrznych dzwonków stwardniał, przyjmując surowe,
dudniące brzmienie mosiężnego dzwonu. - Nakazuję ci wycofać się spod
Twierdzy Niedźwiedzi i powrócić do mego boku. Od teraz służyć będziesz jako mój
strażnik, szara eminencja działająca wszędzie tam, gdzie ja nie będę mógł
stawić się osobiście. Niech imię twe, Imt Czarny, rozejdzie się wzdłuż i
wszerz, niosąc ze sobą sztandar śmierci. To twoje prawdziwe imię. Zasłużyłeś na
to, by mówiąc do ciebie, zwracać się właśnie nim.
Imt zwany Czarnym oparł się o pień drzewa. Wyróżnienie
zadziałało na niego z mocą paladyńskiego obucha, ogłuszając i na moment
odbierając zdolność szerszego pojmowania. Pan nigdy, przenigdy nie używał imion
swych podwładnych, nieważne jak potężni by nie byli. A jego nazwał pełnym
imieniem wraz z przydomkiem oznaczającym pochodzenie, Barwę, dumę krwi. Wcale
nie planował się go pozbywać. Wręcz przeciwnie, uczynił z niego swoją siłę
wykonawczą, dzieląc się z nim władzą. Był to ledwo jej ułamek, niewiele znacząca
cząstka przekazana w ręce słabej istoty o określonej długości życia, lecz sama
świadomość podziału wydawała się nieprawdopodobna.
Mimo kiełkującej podejrzliwości, nie potrafił znaleźć
słów, które wyraziłyby ogrom doznawanej euforii. Wrażenia były tak nierealne,
że zdawało mu się, iż wciąż śni cudowny sen głęboko pod ziemią.
- Panie…
- Milcz teraz, Imcie. Na tę chwilę nie chcę słuchać
twych podziękowań, nie mają one dla mnie najmniejszego znaczenia. Wszyscy już
wiedzą, że jestem jedyną liczącą się potęgą. Mogę otwarcie rzucić wyzwanie
Zakonowi arcypaladyna. I wygrać. On także już o tym wie, podobnie jak wie o
twojej obecności w głuszy śródlądu oraz celu uwięzionym w Twierdzy. - Słyszany
w umyśle głos wzniósł się ekstatycznie, aż grzbiet Imta zaczął nieznośnie
mrowić w oczekiwaniu na dalsze słowa. Słowa będące zaklęciem zdejmującym
łańcuch do krwi ocierający jego szyję. - Daj zatem wysłannikom Jego
Ekscelencji to, czego sobie zażyczą. Uracz ich sobą z nawiązką za te wszystkie
dni, które zmuszony byłeś przeczekać w ukryciu, poniżony zamknięciem w ciele
waszych morderców. Masz wolną rękę, więc czyń swoją powinność. Zaspokój swe
pragnienia, a potem wróć do mnie. Zemsta będzie słodka, tak jak słodka jest
klęska tych, którzy się nam przeciwstawiają.
- A co z celem, mój panie? – syczące, brzmieniem
zbliżone rozgniewanej żmii tony poniosły się na wilgotnym wietrze. - Czy
wreszcie mogę odbić go z warowni?
Mentalne cmoknięcie rozczarowania było niczym fizyczny
prztyczek.
- Liczyłem na twój rozsądek… Niemniej wybaczam ci
nietakt z uwagi na emocje, jakie wywołała w tobie niespodziewana nobilitacja.
Schlebia mi to.
Imt nie potrafił wyczuć nastroju przełożonego. A może
to chimeryczność Pana wprowadzała niepotrzebny zamęt? W każdym razie czego by
nie powiedział, jego wypowiadane myśli nigdy do Pana nie trafiały.
- Atak na ludzkie gniazdo nie miałby najmniejszego
sensu. Oni już wiedzą, Imcie, jest wśród nich człowiek zawczasu dowiadujący się
o naszych dążeniach, lecz jego ograniczony umysł nie podołał ich
rozszyfrowaniu. A ja mam plan, który począłem wcielać w życie, dlatego nie
zwlekaj i wracaj na południe. Nikt nie każe mi na siebie czekać, więc i ty nie
nastawaj na mą cierpliwość. Zbyt wiele od ciebie zależy.
Gdy Pan przerwał kontakt, w głowie Imta rozwinął się
makabryczny, krwawy zamysł na miarę zbrodniarzy, którzy wyrżnęli jego gatunek
co do sztuki. A przynajmniej tak sądzili, ludzie bowiem nie odznaczali się
starannością i rzetelnością w swych działaniach. Wiele robili na słowo honoru,
którego nie mieli ani krztyny, a ewentualne braki wypływające na wierzch
zrzucali na swoich pobratymców lub okoliczności, które, w ich mniemaniu, nigdy
im nie sprzyjały. Innymi słowy, ludzie byli zarazą, pasożytami żerującymi na
płodnej ziemi, czyrakami wyrastającymi na jej tkance, mnożącymi się z
zastraszającą prędkością i pochłaniającymi jej siły witalne. Miejsca, które
porzucali, wymagały wieloletniej rewitalizacji, a stworzenia mogące tego
dokonać były na wymarciu. Niemal wszystkie wytępili. Nadeszła więc pora, aby
wytępiono ich. Jednego po drugim. A Imt swój zamiar zrealizuje już wkrótce.
Niech tylko odpocznie. Niech odzyska pełnię kontroli nad swoim ciałem i
esencją, a następny nocny patrol będzie pierwszym, który nie powróci.
Imt ruszył przed siebie, na powrót odzyskując
perfekcyjne wyczucie kierunku. Przyspieszając, przepatrywał ciemny gąszcz w
poszukiwaniu najlepszej kryjówki, która pozwoliłaby mu uniknąć spotkania z
natrętnymi zwiadowcami. Niebawem ją znajdzie, gdyż wiele ich było w sercu
puszczy, gdzie strzeliste białe skały skrywały sekrety, które on doskonale
pamiętał mimo upływu lat.
Biegł przed siebie, zwinnie odpychając się od
szerokich pni drzew, a wilczy śpiew był najwspanialszą muzyką napędzającą jego
mięśnie. Szeroki gadzi uśmiech odsłaniał liczne ostre zęby, gdy Imt Czarny
modlił się w duchu o konfrontację z Malowanym Psem. Zaiste, byłoby to znakomite
ukoronowanie pobytu w tym miejscu, nagroda na miarę jego nowego stanowiska.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz