Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Beznamiętne złote oczy świdrujące
Estalavanesa nie wyrażały absolutnie niczego. Przystojna szeroka twarz była
równie obojętna co stal oblekająca rycerza-dowódcę, od którego bił chłód, jakby
w środku od dawna był martwy. Pusta skorupa posłusznie wykonująca wolę
arcypaladyna, sprawiająca wrażenie człowieka mogącego zabić samą siłą woli.
Paladyn
emanował aurą, pod wpływem której oddychający płytko Est czuł się, jakby
sprawdzał go on od wewnątrz, sondował umysł w poszukiwaniu najmniejszych oznak
niegodziwości. Odepchnął od siebie tę myśl, ale niepokój pozostał. Zniknęły
natomiast czerwie. Będąc na skraju obłędu nie wiedział czy to powód do radości,
czy raczej paniki.
Niepomny
dziwnego zachowania białego elfa, lord Henendrik II z rodu Halavar rozpoczął
swój zawiły rytuał powitalny, lecz spojrzenie świętego męża wciąż utkwione było
w Eście. Paladyn bez pośpiechu dopiął i docisnął ostatni zaczep karwasza
mocowanego do zarękawia. Jak gdyby dopiero teraz zauważając arystokratę,
sztywnym ruchem przyłożył prawą pięść do lśniącej stali na wysokości serca.
Pocący
się pod ciężkim bogatym strojem lord postąpił krok do przodu, zerkając
przelotnie na towarzysza podróży. Nie mógł wiedzieć, że rycerz-dowódca spotkał
już “wędrownego czarodzieja” w nie mniej intrygujących okolicznościach.
-
Wasza ekscelencjo, przedstawiam ci mego towarzysza, mości Esta. Jak i my, jest
on zwolennikiem słusznej sprawy, którą to znów pozwoliłem sobie zająć twój
cenny czas.
Est
czekał na jakikolwiek gest ze strony złotookiego mężczyzny. Spodziewał się, że
czuwający za drzwiami rycerze na jeden rozkaz wtargną do gabinetu i zacisną
błyszczące rękawice na jego ramionach. Jeśli miał zostać ścięty… Nie, nic by im
przecież nie zrobił. Może położyłby jednego kosturem, lecz oni przeważali go
liczebnie.
Czas
mijał. Nic się nie wydarzyło, a rycerz-dowódca nadal milczał. Przez krótką
chwilę Est przypuszczał, że ma przed sobą niemowę, ale młodzieniec w stalowej
zbroi w końcu się odezwał.
-
Lordzie Henendriku Drugi, nie przypominam sobie, bym poczytywał tę sprawę za
“naszą”. - Zimne wejrzenie padło na skulonego wielmożę. Głos paladyna był
niższy niż Est sobie wyobrażał, wyzbyty młodzieńczej piskliwości, choć jeszcze
nie należący do dojrzałego mężczyzny. Bardzo dźwięczny i szczery. A zarazem
oschły i matowy. - Nawet mój zastępca, sir Cyryl, odprawiał każde poselstwo,
nie przychylając się do ani jednej z waszych próśb.
-
W istocie tak było, wasza ekscelencjo, lecz rody zmobilizowały armię gotową
podbić barbarzyńską twierdzę – bronił się lord żarliwie, przecierając jedwabną
chustką zaczerwienione, spocone skronie. - Brakuje nam tylko, hm, motywacji.
Zapewnienia, że czynimy słusznie.
Rycerz-dowódca
zastanawiał się nad słowami lorda, bacznie śledząc reakcje opartego o drzwi
białego elfa. Wyłącznie on go interesował. Zdrajca Niedźwiedzi? Ich szpieg? Czy
też bezmyślna chorągiewka porwana przez wiatr? Co myślał dowódca garnizonu w
Adeili, osoba, której uszy wyglądały jak elfie, a oczy barwą i przenikliwością
odstawały od ludzkich? Lord napomknął, że nie jest on człowiekiem, więc
dlaczego w Twierdzy pojawił się jako pospolity brat zakonny? Już wtedy nie
odrywał od niego wzroku. Jak trafnie Est się domyślał, coś musiało umknąć jego
uwadze. Pominął kluczowy szczegół, bez którego zrozumienie obecnej sytuacji
graniczyło z niemożliwym.
Jasne
brwi uniosły się z lekka w górę, łagodnie marszcząc gładkie czoło rycerza i Est
mógłby przysiąc, że nikły uśmieszek zagościł na jego pełnych wargach. Grobowy
głos zmroził mu krew w żyłach.
-
A czy nasz nowy sojusznik, zwolennik słusznej sprawy, zechciałby się
wypowiedzieć? - Osobliwy paladyn przerażał absolutnym brakiem emocji. Est nie
umiał się w nim połapać. Nie potrafił go zrozumieć, bo nie posiadał żadnego
punktu odniesienia, jakby stojąca naprzeciw istota żyła i nie żyła
równocześnie. I to trwożyło go najbardziej. - Powiedz, mości Eście, jakie jest
twoje zdanie? Jaką odpowiedź powinienem wystosować do rodów?
To
była perfekcyjnie zastawiona pułapka.
Est
niespokojnie poruszył się przy drzwiach, chrobocząc kosturem o kamienną
posadzkę. Błękitne oczy lorda i złote spojrzenie gospodarza spoczęły na nim, na
zagubionym dzieciaku będącym na skraju paniki. Przymknął powieki, by nie
widzieć wyczekiwania na zaczerwienionym licu rozentuzjazmowanego otyłego
człowieczka. Był w kropce. Gdyby oznajmił, że nie chce wojny, paladyn od razu
zakończyłby tę grę i kazał go stracić. Jeśli powie, że wojna to jedyne
rozwiązanie, prawdopodobnie kontyngent rycerzy dołączy do i tak licznej armii
szlachty…
Jak
rany, dlaczego ostatnimi czasy każdy jego wybór oscylował pomiędzy dekapitacją
a powieszeniem?!
Teraz
to on zwlekał z odpowiedzią. Z całych sił starał się zebrać w sobie, spowolnić
szaleńczy bieg myśli. Robactwo odeszło, ale na horyzoncie majaczyła
hiperwentylacja. I to przedziwne poczucie, że wszystko jest jak należy, choć
pozbawione najmniejszego sensu.
Przypadki nie istnieją. Jesteś tam,
gdzie być powinieneś. Rób to, w czym jesteś najlepszy.
Białe
powieki rozchyliły się, odsłaniając jaskrawą zieleń. Est na moment podniósł
wzrok na nieprzejednane oblicze, by zaraz spuścić go w wyrazie autentycznej
pokory.
-
Wasza ekscelencjo, nie jestem nikim ważnym, aby to ode mnie zależały dalsze
losy zwaśnionych stron. Jestem tylko wędrownym czarodziejem, nic we mnie
wyjątkowego.
Lord
z triumfującym uśmiechem zwrócił się ku unoszącemu gładki podbródek rycerzowi –
dowódcy. Paladyn intensywnie mierzył elfa z góry, oceniając wymówkę i
przenikając zasłonę fałszu. Nieokreślona moc musnęła jaźń Esta, zmuszając go do
ukradkowego obejrzenia się na boki.
Rycerz
- dowódca ze zgrzytem skrzyżował ręce na piersi.
-
Lordzie Henendriku Drugi, zechciej wyjawić, gdzie napotkałeś tak niecodzienne
towarzystwo? - Złoto odpuściło zieleni, skupiając się na podekscytowanym
szlachcicu. - Pierwszy raz dane mi jest oglądać przedstawiciela tak
zdumiewającej rasy.
W
jego słowach Est dopatrzył się zawoalowanej sugestii. Był zdania, że Mag i sir
Cyryl doskonale władają językiem na werbalnym polu bitwy, lecz jak się okazało,
właśnie poznał mistrza rzemiosła. Prowadząc zwykłą konwersację, złotooki
młodzieniec wyciągał z rozmówcy wszelkie istotne informacje mogące dać mu nad
nim przewagę.
Nie
zważając na intencje pytającego, arystokrata w dużym skrócie zrelacjonował ich
spotkanie na trakcie, wspomniał o dyskusji dotyczącej lokalnej polityki oraz o
tym, jak gorliwie wędrowny czarodziej wypowiadał się na temat im bliski, co
akurat było wierutną bujdą, ale przemawiało na korzyść Esta. Kłamstwa przeciwko
kłamstwom, podczas gdy biały elf znów znalazł się w centrum zainteresowania
tajemniczego mężczyzny.
-
W takim razie mości Est zdaje się być niewiarygodnie... skromną osobowością. -
Czy ten cholerny rycerz bawił się jego kosztem? Dręczenie go sprawiało mu
przyjemność? - Lordzie Henendriku Drugi, zostaw nas samych, proszę. Poinstruuję
podkomendnych, by ugościli cię należycie, podczas gdy ja będę pertraktował z
twym kompanem.
Est
usunął się z drogi, widząc młodzieńca w płytowym pancerzu idącego wprost na
niego, wybijającego obcasami jednostajny, marszowy rytm. Rycerz-dowódca
otworzył drzwi i gestem poprosił szlachetnej krwi gościa o opuszczenie
gabinetu. Wyszedł wraz z nim na korytarz, pozostawiając elfa samego w niemal
pustym pomieszczeniu.
Teraz
nastąpi właściwe starcie, o czym Est był przekonany. Paladyn pokaże swoją
prawdziwą naturę, to, co skrywa za porcelanową maską bez wyrazu. Dopiero teraz
będą negocjować. Bez świadków.
Tak
wiele wątpliwości rodziło się w jego sercu, tak wiele myśli atakowało umysł, że
sam już nie wiedział, po co tu przyszedł. Jeszcze przed chwilą miał plan,
zaledwie przed momentem w głowie układał przebieg rozmowy, jaką poprowadzi z
dowódcą garnizonu i wszystko to pękło pod jednym spojrzeniem przeklętych
złotych oczu! Jakby paladyn już na samym początku go przejrzał, a jedynie z
czystej kurtuazji podjął się tej obłudnej gry, chcąc pogrążyć go w matni
własnych łgarstw. Nawet nie wiedział czy ten malutki lord faktycznie kupił jego
naprędce wymyśloną historię, czy też zapędził do garnizonu jako podarunek dla
sojusznika. Ale skąd by wiedział, że zna on Esta? Nie mógł wiedzieć. Wiedział
tylko ten, który niespiesznie powrócił do gabinetu.
Rycerz-dowódca
cicho zatrzasnął drzwi, przemierzył komnatę i przystanął pod strzelistym oknem,
z którego rozciągał się widok na zielony plac katedralny. Splótł dłonie na
plecach i stał tak, jakby zbierając myśli, zupełnie ignorując obecność
najemnika.
Estowi
wydawało się, że patrzy na o wiele młodszą postać Maga z Twierdzy; perfekcyjnie
opanowanego, naturalnie powściągliwego oraz niebezpiecznie inteligentnego.
Przebiegłego. Nieprzewidywalnego. W tej niedostrzegalnej sile było coś pięknego
i niepokojącego. Coś, co przyciągało słabą wolę Esta, a jednocześnie odpychało
go, parzyło i odstręczało. Mocniej zacisnął palce na ciepłym czarnym kosturze i
czyniąc jak najmniej hałasu przeszedł wzdłuż nagiej kamiennej ściany, by
zerknąć na profil milczącego osobnika. Z pleców nic nie wyczyta, więc może to
surowe, niedostępne oblicze powie mu więcej.
Wpadające
do środka promienie słońca rozświetlały złociste włosy zaczesane na lewą
stronę. Były na tyle długie, by pojedyncze pasemka opadały na nietypowe ucho
młodego mężczyzny: ludzkie, lecz ostro zwieńczone jak u elfa. Byłby go uznał
półelfem, gdyby nie ludzka budowa ciała. Pomijał masywny pancerz potęgujący
wrażenie postawności, widział go przecież w prostej białej tunice. Tak nie
prezentują się potomkowie imperialnych elfów, tego był pewien. Kim w
rzeczywistości jest ten młodzieniec? Emanował mocą, jakiej na próżno szukać u
wszystkich sztukmistrzów razem wziętych!
-
Nie lękasz się o swoje życie, mości Eście? - Est zamarł w pół ruchu, gdy
rycerz-dowódca łypnął ku niemu kątem oka. - Przybywasz na egzekucję z własnej
woli? Winszuję męstwa. Bądź ubolewam nad głupotą.
Obrócił
się frontalnie do białego elfa i przeszedł parę kroków. Irytujące stukanie
rozległo się pośród wygładzonych kamieni posadzki. Przedni pas błękitnego
materiału owinął się wokół stalowego nagolennika, a bliźniaczy, nieco szerszy,
kołysał się za nim niby opuszczony groźnie ogon. Paladyn zatrzymał się blisko
przyciśniętego do ściany najemnika i chociaż wzrostu byli podobnego, zmierzył
go spojrzeniem z góry.
Est
przełknął ślinę, nie spuszczając czujnego oka z oponenta. Gdyby rycerz-dowódca
chciał go zabić, nie rozmawiałby z nim. Co prawda nie miał miecza u boku, ale
chłopak nie wątpił, iż trwający za drzwiami podkomendny użyczyłby mu własnego.
Jednak wizja dekapitacji nie przejęła go tak, jak powinna. Zaczynało mu być
wszystko jedno co z nim się stanie. Stracił na to wpływ w momencie, gdy zgodził
się na podwózkę. Tęsknił za Colem, za mistrzem, za bezpiecznymi murami
Twierdzy. Teraz oni wszyscy byli zagrożeni. I co miał zrobić, kiedy stali tak
naprzeciw siebie jak równy z równym? Paladyn górował, kontrolując sytuację, a
Est z racji targających nim uczuć tkwił na przegranej pozycji. Zawsze
rozchodziło się o uczucia i emocje, w obliczu których stawał się bezsilny.
Alabastrowa
maska stężała, gdy wzrok nieczłowieka natrafił na hebanowy kostur. Był tak
obojętny, jak gdyby zauważył patyk leżący przy drodze. Nawet mistrz nie
potrafił tak umiejętnie ukrywać emocji. W onyksach niezmiennie czaił się ognik,
nieokiełznana iskierka, podczas gdy złoto rycerza było niczym polerowany metal:
połyskiwało odbitym światłem, będąc jednocześnie zimnym i martwym.
-
Zatem pertraktacje czas zacząć, mości Estalavanesie.
Estem
wstrząsnęło, jakby to garnizon zadrżał w posadach. Rozchylił usta, niezdolny
choćby wydukać pytania. Chłodne złoto błyskawicznie omiotło widoczne na tle
krwiście czerwonego języka kły.
Skąd on zna moje imię?!
Zatrzaskując
szczęki, z ledwością panował nad uginającymi się pod nim kolanami. Tracił grunt
pod nogami. Na domiar złego rozszalałe myśli uciekły w popłochu, pozostawiając
pustkę w miejscu, gdzie jeszcze sekundę temu szerzył się chaos. Zostawiły go
samego na pastwę zadowolonego z efektu paladyna.
-
Jesteś członkiem Kompanii Najemnej Niedźwiedzi, uczniem szacownego Maga,
wyjątkową personą. Cóż sprowadza cię w moje progi?
Rycerz-dowódca
zamilkł, a jego brew wygięła się nieznacznie. Zdawał się uśmiechać, ale to
wyobraźnia płatała figle oszołomionemu elfowi. Est nagle zapragnął stąd uciec,
lecz byłby to głupi, bezsensowny odruch, bo gdyby szczęśliwie umknął pogoni, to
niechybnie zgubiłby się w labiryncie wąskich korytarzy. Co mu pozostało?
Odnaleźć utracone myśli czy milczeć i czekać na dalsze słowa paladyna? Jak
rany, przecież chciał odszukać złotookiego i z jego pomocą nakłonić
rycerza-dowódcę do odmowy możnowładcom! I oto życzenie się spełniło, znalazł
go. I równocześnie znalazł samego dowódcę. Przynajmniej zaoszczędził sobie
czasu…
Est
odetchnął dla odzyskania panowania nad sobą. Musiał to dobrze rozegrać. Nie
mógł być tak nieczuły jak jego przeciwnik. Być może właśnie na tym polegała
jego siła: na uczuciach nim kierujących. Zwrócił twarz do nasłonecznionego
okna, unikając bezpośredniego kontaktu straszliwych lodowatych oczu.
-
Wasza ekscelencjo, proszę… - Odchrząknął, inaczej jego zduszony emocjami głos
załamałby się całkowicie. - Proszę, byś odmówił Unii Możnych wsparcia. A ja…
To, co zdarzyło się na trakcie, to morderstwo… Jak rany, jestem tu. Z własnej
woli.
Odpowiedziała
mu cisza. A po nim zgrzyt metalu, gdy splecione na plecach ręce przeniosły się
na pierś.
-
Nie tytułuj mnie w ten sposób, mości Estalavanesie - pouczył go paladyn. - Moje
imię brzmi Aarim. Sir Aarim z rodu Asmodeuszy.
Na
dźwięk znajomo brzmiącego nazwiska Est gwałtownie obrócił głowę. Złote oczy
znalazły się tak blisko, że dojrzał własne odbicie w czarnych, okrągłych
źrenicach młodzieńca. Księcia,
poprawił się szybko. Syn Aarona Asmodeusza - Jego Wysokości Króla Estarionu i
zarazem arcypaladyna - przebywa w Adeili, podając się za rycerza Zakonu!
Przyszło mu negocjować z pierworodnym monarchy władającego tą krainą! I
wszystko stało się jasne. Majestat oraz dostojeństwo biły od niego podobnie jak
esencja, która wciąż spowijała Esta, sięgając w głąb duszy.
Sir
Aarim lekko przechylił głowę, mrużąc niezwykłe oczy.
-
Masz wyjątkowo ekspresyjne oblicze, mości Estalavanesie. Znasz mnie, aczkolwiek
do tej pory nie byłeś tego świadom. Wystarczyło, byś usłyszał kilka pozornie
zwyczajnych słów i natychmiast utworzyłeś w swym umyśle obraz mojej osoby. -
Ton księcia nabrał krztyny ciepła, jakiej zabrakło dla nieustająco obojętnego
wejrzenia. – Wykazałeś się niebywałą śmiałością i poświęceniem, ale czy
naprawdę uważasz, iż twoje życie znaczy więcej niż życie ludzi zamieszkujących
Twierdzę? Otóż stawiasz jedno za cenę tysiąca. Zaprawdę tyleż jest ono warte?
Czy też pragniesz zostać męczennikiem “jedynej słusznej sprawy”?
Est
naprzemiennie zaciskał i luzował szczęki, aż rozbolały go od tego zęby. Nie
mrugnął ani razu, wpatrując się w hipnotyzujące tęczówki młodego Asmodeusza.
Coś brało go w posiadanie, wnikało w głąb, badając go od środka. Energia
zaklęta pod białą skórą burzyła się i kotłowała, walcząc z wiciami nieznanej
mocy. Odpychała ją, lecz ta stawiała opór. Skutecznie.
Gdyby
kiedykolwiek miał opisać stan, w jakim znajdował się pod naciskiem tych
niesamowitych oczu, nazwałby go zwątpieniem w otaczający go świat.
Rzeczywistość w ułamku sekundy przestała istnieć. Nie istniała w tych pustych
oczach istoty, która nigdy się nie uśmiechała. Nigdy nie okazywała gniewu. Est
podejrzewał, że sir Aarim nie zapłakał nawet przy swoich narodzinach. Czym on
jest?
-
Kim… - zaczął niepewnie, szukając w sobie odwagi koniecznej do prowadzenia
dalszych rozmów. - Kim jesteś?
Młody
rycerz odwrócił się w stronę okna, jakby tam wypatrując odpowiedzi. Złote dyski
zapłonęły w blasku słońca. Jaśniejsze włosy zsunęły się na szpiczaste ucho. Sir
Aarim wyglądał jak posąg opływający w światło dnia, żywa rzeźba połyskująca
białą stalą.
-
Nie ma znaczenia kim jestem, znaczenie ma powinność, którą zobowiązałem się
spełnić - odparł enigmatycznie. - W związku z tym nie przystanę na twoją
prośbę, mości Estalavanesie. Nieważne jak szczera ona jest. - Nie obracając
się, popatrzył z ukosa na białego elfa. Powiało chłodem, mimo że okna i drzwi
były szczelnie zamknięte. - Nie mogę także pozwolić ci odejść, gdyż musisz
ponieść konsekwencje czynów, jakich się dopuściłeś. Cóż za impas.
Est
gotów był na najgorsze, ale nie zamierzał się poddawać. Nadal miał głowę na
karku, a miecz nie wisiał nad nim, by opaść w dowolnym momencie.
-
Jak już powiedziałem, jestem tu - przypomniał słabo - z własnej woli. Więc
jeśli moja egzekucja cię usatysfakcjonuje... Wiem, co robicie z przestępcami i
mordercami. Lepsze to niż stryczek.
Sir
Aarim zapatrzył się na rozmówcę. Bezbarwną twarz nagle zasnuł cień, który
bystry Est zidentyfikował jako odległe echo śmiechu zbłąkanego gdzieś wewnątrz
stalowej zbroi. Został wyśmiany jak dziecko posługujące się wyrazami, których
znaczenia nie rozumiało. Jak straceniec nie orientujący się we własnym
beznadziejnym położeniu. Nie jemu decydować, choć właśnie miał się zdziwić.
-
I cóż przyjdzie światu z twojej śmierci? Bynajmniej nie zmieni ona mego
postanowienia, mości Estalavanesie. - Rycerz-dowódca wykonał krok w tył,
zwracając pokonanemu elfowi trochę przestrzeni. Jego dłonie rozplotły się, a
jedna z nich wskazała na drzwi. - Przekonajmy się, jakiż będzie twój wybór.
Zawrócisz, by przestrzec swych braci, czy opowiesz się za roszczeniami Unii
Możnych? - Asmodeusz odchylił się do tyłu, spoglądając na elfa spod wyzywająco
przymrużonych powiek. Jego aura wypełniła całe pomieszczenie, nie pomijając
nieszczęsnego chłopaka. - Nie, żadna z tych dwóch możliwości cię nie ukontentuje.
Stając przede mną oczekujesz pokoju. Wiedz jednak, iż czas przeznaczony na
polubowne rozstrzygnięcie tej kwestii minął. Przywódca najemników za nic brał
ostrzeżenia Zakonu Paladynów, lecz twojego mógłby posłuchać.
-
Mylisz się, sir Aarimie. Mnie tym bardziej nie posłucha…
-
Zatem dokonasz żywota tu i teraz. - Głos rycerza stwardniał, gdy okręcił się na
pięcie. Skierował swe kroki w stronę biurka ustawionego pod przeciwległą
ścianą.
-
Nie! - Zdesperowany Est postąpił za nim. Własna zuchwałość go poraziła, ale lęk
o przyjaciół dodał mu animuszu. Nie chciał, by więcej ludzi oddało życie w
wyniku jego głupoty. – Zawrócę! Jeżeli… Jeśli nie można inaczej, to chciałbym
ich chociaż ostrzec.
Złote
oko błysnęło znad srebrzystego naramiennika.
-
Obwołają cię dezerterem.
-
Hę? - Skołowany Est znieruchomiał, przypatrując się księciu. - Skąd wiesz, że
uciekłem?
Cisza
rozeszła się pomiędzy dwójką młodych mężczyzn. Sir Aarim podszedł do biurka, na
którym poza stertą śnieżnobiałych kartek znajdował się jeszcze kałamarz oraz
słoiczek czystego piasku. Odziane w skórę i stal palce zręcznie zamknęły się na
delikatnym białym piórze.
-
Twój umysł jest otwarty, mości Estalavanesie. - Chłopak prawie uwierzył, że w
stwierdzeniu beznamiętnego paladyna pobrzmiewa żal. - Dostrzegasz każdy
szczegół w swoim środowisku oraz szybko przyswajasz wiedzę, co niezaprzeczalnie
jest znaczną zaletą. Jednakże jest to miecz obosieczny, albowiem obnażasz
wnętrze przed tymi, którzy zdolni są czerpać z twoich zasobów. Bezwolnie
ulegasz owym siłom. W twoim sercu zalągł się mrok, a twoje głębokie przeżycia
karmią go, pomagając mu wzrastać.
-
Wybacz, sir Aarimie, ale to… to nie odpowiedź na moje pytanie. Czyżbyś czytał
mi w myślach?
-
Bynajmniej. Twój umysł sam mi to powiedział.
Książę
umilkł, kreśląc eleganckimi zawijasami ciąg zdań. Sięgnął po pieczęć leżącą na
błękitnej od tuszu poduszeczce i przybił pod liniami tekstu, pozostawiając
pismo do wyschnięcia. Akt oskarżenia? Nakaz ścięcia?
Złote
oczy wpatrywały się w kartkę, a urękawicznione dłonie położone na blacie
podpierały muskularny tors obciążony pierwszorzędną stalą. Nieczłowiek długo
rozważał nurtujący go problem, całkiem zapominając o zastygłym nieopodal elfie,
którego wyczulone strachem zmysły rejestrowały najdrobniejsze gesty pochylonego
mężczyzny. Nawet jeśli sir Aarim czuł, że jest poddawany wnikliwej obserwacji,
to nie dał tego po sobie poznać. Czekał cierpliwie, aż znaki pokrywające arkusz
wyschną, po czym wziął go i do wtóru chrzęstu stali zwinął w ciasny rulon.
Uniósł spojrzenie na struchlałego białego elfa.
-
Przekaż to masztalerzowi garnizonu. Ten dokument zobowiązuje go do wydania ci
wierzchowca. - Ręka trzymająca papier zawisła nad blatem, zachęcająco
wyciągając się do Esta. Wzrok rycerza - dowódcy pociemniał groźnie, lecz był to
wyłącznie efekt załamywanych przez szczebliny okna promieni. - Trzeciego dnia
spotkamy się pod murami Twierdzy Niedźwiedzi, na polu bitwy, polu naszej
chwały. Zmobilizuj ludzi. I udowodnij, że jesteś tym, za kogo cię biorą,
Zaklinaczu Żywiołów.
Roztrzęsione
białe palce wystające z czarnej rękawiczki zamknęły się na zwoju, dotykając
nieprawdopodobnie ciepłego metalu. Szeroko otwarte kocie ślepia wlepione były w
twarz księcia, a gorączkowo pracujący rozum podpowiadał, że nie wszystką wiedzę
wyczytał z niego. Wśród Niedźwiedzi jest przynajmniej jeden szpieg.
-
Dlaczego pozwalasz mi odejść? - zapytał podejrzliwie Est.
Nie
ufał ani własnemu szczęściu, ani dobroci paladyna. Węszył spisek, skrzętnie
zastawioną pułapkę, która zamknie się, gdy tylko przekroczy próg garnizonu. I
jak mocno by się nie starał, nie był w stanie przejrzeć motywów przeciwnika.
Choćby wczuwał się całym sobą, empatia i wrażliwość nie wykrywały niczego.
Sir
Aarim Asmodeusz wyprostował się, znów splatając dłonie za plecami, jakby był to
uniwersalny gest zamyślenia. Obszedł biurko i zatrzymał się przed elfem,
słonecznie złotych oczu nie odrywając od wiosennej świeżej zieleni.
-
Wychowałem się w poczuciu sprawiedliwości - rzekł powoli. - Nauczyłem się, iż
brudna walka i polityczne manipulacje nie mają w sobie żadnej prawości. Wedle
mojej opinii zabijanie wszeteczników oraz złodziei bez uprzedniego procesu jest
przejawem bestialstwa i nie przystoi paladynom, piewcom pokoju. Jednakże nie
nadano mi prawa, w imieniu którego mógłbym zmienić utrwalony przez wieki
porządek rzeczy. Dlatego, mości Estalavanesie, nie muszę kierować się
osobistymi pobudkami, by czynić jak należy.
Przeciągając
spojrzenie wyminął Esta w drodze do wyjścia z gabinetu. Chłopak zadrżał, gdy
nagle w komnacie zapanował dokuczliwy ziąb. Ciepłe świetliste smugi
przedostające się przez grube szkło grzały jego okryte czarnym pancerzem ciało,
lecz pod spodem było mu niewyobrażalnie zimno. Jak gdyby słońce odwróciło się
do niego stalowymi plecami.
Złote
słońce wypowiedziało wojnę białemu księżycowi. Aż zrobiło mu się niedobrze na
to porównanie.
Właśnie
zyskał kolejne trzy dni życia. Powinien się cieszyć, w końcu zaalarmuje
Niedźwiedzie. O własnych siłach osiągnął zamierzony cel, a przynajmniej takie
odnosił wrażenie. Poniekąd zwyciężył, gdyż kara śmierci została odroczona w
czasie, jednak myśl o tym, z czym… z kim się zmierzy sprawiała, że znów był tym
zwyciężonym. Jakby coś od samego początku nie było na swoim miejscu. Pojedynczy
element, który zdawał się pasować do całości, a mimo to zgrzytał i trzeszczał
grożąc pęknięciem, aż ostatecznie zniszczeniem machiny Wszechrzeczy.
Przynajmniej
nie drażniła go już żadna obca energia. Żadna larwa nie wierciła mu się w
trzewiach. Umysł miał czysty, a myśli spokojne. Jak straceniec pogodzony z
losem. I podobnie jak ten straceniec wyszedł za swoim katem. Słońcem mogącym
spalić ich wszystkich.
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Zapadła noc, a karoca jechała dalej,
zatrzymując się tylko raz dla ulżenia pęcherzowi właściciela. Stangret nie spał
i zapewne lata doświadczenia utrzymywały go w pionie na wyściełanym koźle, za
to lord Henendrik II z rodu Halavar pochrapywał cicho na rozkładanej jak
leżanka ławce, w pełni ufając nietypowemu współpasażerowi.
Zdjąwszy
wysokie buty, Estalavanes podciągnął kolana pod brodę i sadowiąc się przodem do
okienka gorączkowo rozmyślał nad niedaleką przyszłością, układając kolejne
plany, wybierając, wyrzucając oraz modyfikując pomysły. Żaden nie był dobry.
Żaden na dłuższą metę nie sprawdzi się w praktyce. Czuł się jak zdrajca, ale
czy dezercja nie czyniła z niego kogoś na wzór sprzeniewiercy? Dokuczliwe
wyrzuty sumienia zagłuszała wyłącznie świadomość, że robi to dla większego
dobra.
Czyjego dobra, do jasnej cholery...
Z
samego rana dotrą pod bramy miasta, w którym czeka ich spotkanie z
rycerzem-dowódcą, wysokim szarżą paladynem dowodzącym garnizonem w Adeili.
Następnego dnia, po nocy spędzonej w wygodnych łóżkach, powrócą na włości
Halavarów pod eskortą oddziału Synów Tarthosa. A przynajmniej tak sądził
Dobrodziej.
Karoca
kołysała się z prawa na lewo i wycieńczony intensywnym namysłem chłopak musiał
przysnąć, gdyż zmierzch zadziwiająco szybko przeszedł w brzask. Poczuł i
usłyszał jak ubita ziemia ustępuje ciosanej kamiennej kostce, na której obite
metalem koła głośno turkotały. Jego czułych uszu dobiegł też oddalony gwar
miasta budzącego się do życia. Napłynęły również zapachy - koni, bydła, psów i
zbyt wielu ludzi na niewielkiej powierzchni. Z przyjemnością zauważył, że to
dzięki resorom karoca była nadzwyczaj luksusowym środkiem transportu, nie
odczuwał bowiem żadnych niedogodności związanych z długimi godzinami jazdy. No,
może poza przespaniem kilku z nich w mało komfortowej pozycji. I coraz
częstszymi skurczami żołądka.
Lord
przebudził się paręnaście oddechów po nim i usiadł, spuszczając krótkie nogi w
jedwabnych pantoflach na wielobarwne płytki posadzki. Ziewnął i przetarł
powieki.
-
Dobry dzień, mości Eście! - Uśmiechnął się do kompana, po omacku szukając
bereciku. - Wierzę, iż solidnie wypocząłeś i oczyściłeś umysł? Rycerz-dowódca
jest iście światłą osobą, negocjacje z jego udziałem wymagają niemałego
zaangażowania rozumu.
Est
przywitał się uprzejmie i potaknął z bladym uśmiechem. Doskonale pamiętał sir
Cyryla, biegłego dyplomatę. Nie miał z nim najmniejszych szans, a i tak
postanowił spróbować szczęścia, którego miał jeszcze mniej.
Jechali
wyłożoną gładkim kamieniem ulicą, szeroką i tłoczną. Mieszczanie oraz
prostaczkowie rozchodzili się na boki widząc kosztowny pojazd będący własnością
jednego z możnowładców. Nie przeszkadzało im to jednak gapić się nań, aż ze
stukotem kopyt i skrzypieniem kół nie zniknął wśród gęstej ciżby. Wówczas
wracali do swoich obowiązków, momentalnie zapominając o przepychu, jaki mignął
im przed oczami.
Est
przesunął się na środek ławki, wciskając w miękkie obicie. Nie chciał, by go
rozpoznano. Odnosił wrażenie, że pierwszy lepszy człowiek przebywający w Adeili
od razu go przyuważy i wyda patrolowi. Wtedy jego szanse na ocalenie
kogokolwiek drastycznie zmaleją, bo jaka była szansa, że w patrolu znajdzie się
złotooki młodzian? No i oczywiście dezerterzy… Czy Viera i Brek wciąż tu byli?
Czy może rycerze Zakonu już ich złapali? Nie, na pewno nie. Prędzej natknie się
na młodego paladyna, aniżeli tamta dwójka da się ująć bractwu.
-
Czy wszystko w porządku, mości czarodzieju? Chyba nie wycofałeś się z warunków
naszej niepisanej umowy, hm?
Dopiero
teraz Est spostrzegł, jak wnikliwie przygląda mu się szlachcic. Jasne
niebieskie oczy były lekko przymrużone, a wyraz pulchnej twarzy skupiony, kiedy
tak wpatrywał się w okryte cieniem białe oblicze.
Est
umknął spojrzeniem w bok, jakby podziwiając widok za okienkiem. Ucisk w
trzewiach stawał się przeraźliwie znajomy. Siłą woli powstrzymywał się przed
uzewnętrznieniem rosnącego cierpienia.
-
Tak, szlachetny panie, dziękuję – przytaknął, pospiesznie się tłumacząc. - Myśl, że przyjdzie mi stanąć przed majestatem
rycerza-dowódcy, nieco mnie deprymuje. Nie lękaj się jednak, wszystko zależy od
jego decyzji.
Lord
Henendrik II jeszcze przez chwilę spoglądał na Esta, po czym poprawił beret na
czubku czupryny i przymknął z zadowoleniem oczy.
-
Zaiste, jego ekscelencja to człowiek wyjątkowy pod każdym względem. - Uśmiech
uniósł złocisty wąs aż pod perkaty nos. - Ludzie z Adeili mawiają, iż jest on
estariońskim wcieleniem samego Tarthosa. Inni znów podejrzewają, jakoby był
jego umiłowanym synem.
Zaintrygowany
Est popatrzył na rozmówcę.
-
A ty, panie? – zapytał. - Kim według ciebie jest rycerz-dowódca z Adeili?
-
Mmm, cóż… - Lord wyglądał na zakłopotanego, co zaskoczyło Esta. Lecz jeszcze
bardziej zastanowiły go dalsze słowa Dobrodzieja. - Według mnie, na pewno nie
jest człowiekiem.
Wielkie
kocie ślepia spoczęły na pyzatej twarzy korpulentnego człowieczka. Est byłby
tak gapił się na niego z rozdziawionymi ustami, gdyby nie szarpnięcie w tył
oznaczające zatrzymanie karocy. Chłopak już nic nie rozumiał. Sir Cyryl to
człowiek! Już pytał, skąd to śmiałe stwierdzenie, kiedy mrowie ludzi wysypało
się z sąsiedniego budynku wywołując kontrolowany chaos, w którym przyciszone
głosy mieszały się z prychaniem zmęczonych koni uwalnianych z drewnianego
dyszla. Lord już na niego nie patrzył. Zerkał przez okienko wypatrując
służących mających się nim zająć.
Niespodziewanie
Est poczuł do niego odrazę, niechęć tak gwałtowną, że gotów był wysiąść z
powozu i zawrócić, zrywając wszelkie umowy. Chciał wrócić do Twierdzy,
opowiedzieć się po właściwej stronie konfliktu i wesprzeć ją mocą Zaklinacza
Żywiołów. To nieprzyjemne, intensywne uczucie spotęgowało dziwne wariacje w
brzuchu, aż zrobiło mu się niedobrze. A gdy wreszcie rozpoznał to, co działo
się wewnątrz niego, niemal jęknął zdjęty grozą.
Czerwie
pożerały go od środka.
Drzwiczki
uchyliły się bez ostrzeżenia. Zielony, haftowany złotą nicią dywan ciągnął się
spod schodków karocy prosto za próg przysadzistego budynku pokrytego lśniącymi
o poranku licówkami. Służący sprawnie zbierali bagaże i zanosili je dyskretnie
ku bocznemu wejściu. Szpaler bijącej ukłony żeńskiej części służby powitał
pana, gdy postawny stangret trzymał ozdobną złotą klameczkę w swoich wielkich
dłoniach. To nie był zwyczajny woźnica. Spojrzenie, jakie rzucił białemu
elfowi, oferowało co najmniej pięć sposobów na szybką śmierć.
Uderzony
tą nadmierną wystawnością Est zacisnął szczęki. Oburącz przytrzymał się
krzepiąco mrowiącego kostura, byle nie szarpać za ucho. Nie potrafił patrzeć na
te sceny ze spokojem, gdyż denerwowały go bardziej niż niepożądana zawartość
żołądka. Denerwowało go wszystko, co miało związek z tym przeklętym
człowiekiem, obłudną istotą pławiącą się w uległości słabszych, uboższych
przedstawicieli własnego gatunku.
Czuowiecy gorsi są od zwierząt.
Nadużywają swych pozycji, tworząc sztuczne hierarchie nie mające nic wspólnego
z autentyczną siłą.
Czuowiecy są wynaturzeniem.
Wstrząsnął
nim zimny dreszcz. Gęsia skórka kwitła, swędząc pod ubraniami i pancerzem.
Przecież wcale tak nie myśli… Ludzie to istoty żywe. Przecież…
-
Mości czarodzieju? - usłyszał głos lorda jakby z oddali. - Uczynisz mi ten
zaszczyt towarzyszenia przy porannym posiłku?
Kłamstwo rodzi kłamstwo - mówił tymczasem drugi w jego
wnętrzu. Raz dotknąwszy ciemności, sięgać
będziesz ku niej częściej niż byś pragnął. Aż nie będziesz pragnął niczego
innego. Staniesz się cieniem samego
siebie.
Est
zamknął oczy, głośno przełykając ślinę. Sam na to przystał. I choćby świat się
walił, doprowadzi swoje dzieło do samego końca. Biorąc wdech, podniósł bagaże z
kryształowej mozaiki i podpierając się na hebanowym kosturze wstał z siedziska.
Wychynął na zewnątrz, mrużąc w słońcu powieki i posłał Henendrikowi II
wymuszony uśmiech, dając się prowadzić w kierunku okazałego przybytku.
Wygłodniały
Est nie odmówił poczęstunku nawet w obliczu koszmaru wijącego mu się w
trzewiach. Zapach gorącego pieczywa spowijał nozdrza, mieszając się z aromatem
smażeniny. Bogata woń przypraw i ziół nęciła wysublimowane gusta chłopaka, zaś
panujący w tym miejscu półmrok stwarzał atmosferę sprzyjającą niespiesznemu
posilaniu się i rozmowom. Wielka sala należącej do arystokraty gospody była
pusta, gdyż cały budynek zamknięto na czas pobytu właściciela. Służące roiły
się wokoło, przemykając niezauważenie. Nieprzyzwyczajony do takiego traktowania
Est zwracał na nie szczególną uwagę. Nie czuł się z tym dobrze i starał się
wszystko robić samemu, prosząc, by nie dotykano jego ekwipunku oraz jego samego
pod groźbą uaktywnienia ochronnego zaklęcia. Był obserwowany. Czujny wzrok bez
ustanku wodził za jego ruchami, a wiercenie w brzuchu naprzemienne nasilało się
i malało, jakby zalewały go fale przypływu i odpływu. Nie zdradzał się jednak
ze swoimi prawdziwymi zamiarami. Nie zmieni swojego losu, ale mógł zmienić los
przyjaciół. Miał na niego wpływ. Robactwo czy nie, rycerz-dowódca czy inne
licho, to teraz bez znaczenia. Wszedł w rolę wędrownego czarodzieja Esta i
niech tak zostanie.
Dojadał
właśnie porcję jajka w koszulce z koperkowym sosem, kiedy milczący gospodarz
ujął złoty kielich w serdelkowate, upierścienione palce.
-
Za powodzenie naszej misji, mości Eście! - zawołał donośnie, unosząc polerowane
naczynie.
Est
sięgnął po najbliżej stojący kryształ z bezbarwnym płynem i odruchowo powąchał
jego zawartość. Usatysfakcjonowany wzniósł go w toaście.
-
Za powodzenie misji, szlachetny panie - odparł z entuzjazmem, upijając łyk
orzeźwiającej wody. Mojej misji, dodał bezgłośnie.
Po
śniadaniu rozdzielili się, by dopełnić ostatnich przygotowań przed spotkaniem. Zniechęcony
Est po raz wtóry odmówił służącym, które natarczywie upierały się, by
zatroszczyć się o niego w balii wypełnionej parującą wodą i wonnościami. Taka
ich praca, jednakże on nie akceptował towarzystwa podczas kąpieli. Za wyjątkiem
Cola...
Dokończywszy
kąpiel i cuchnąc jak wyperfumowana panienka na dworskim balu, Est zajął się
czyszczeniem matowego kirysa. Otrzepując pelerynę z kurzu nadal marszczył nos,
a podczas sprawdzania zawartości toreb oraz plecaka wciąż mdliło go od przesytu
słodkich olejków. Odświeżony, schodząc w rynsztunku do głównej sali był prawie
jak nowonarodzony, z tą różnicą, że zalatywało od niego nie zasypką dla
niemowląt, a kwiatostanem królewskich ogrodów. Kręciło mu się w głowie od tych
intensywnych zapachów. Jeśli lord próbował go oszołomić, to nie potrzebował
wymyślnych alkoholi i trucizn. Wystarczyła kąpiel!
-
A po cóż ci te pakunki, mości Eście? – zdumiał się wielmoża. - Idziemy złożyć
wizytę jego ekscelencji.
Est
obejrzał się na siebie. Rzeczywiście, wyglądał podejrzanie w wyszorowanym
pancerzu i ze wszystkimi tobołami.
-
Niestety, jako wędrowny czarodziej nie noszę ze sobą wytwornego odzienia –
usprawiedliwiał się, kłamiąc gładko. - A skoro już tu jestem, chciałbym zaraz
po audiencji dokonać koniecznych zakupów i sprzedać specyfiki, którymi
dysponuję w nadmiarze.
Lord
Henendrik II wygładził zieloną tunikę obszytą złotą nicią. Haftowana moneta
połyskiwała na beczkowatej piersi w miejscu serca, otoczona sześcioma złotymi
guzikami w kształcie koron. Złoto. Wszędzie to przeklęte złoto.
Czuowiecy są słabi. Ich majątki i
wpływy są oznaką władzy. Oni sami nie posiadają nic.
-
Alchemik z mości Esta? - zagadnął lord niby z ciekawości.
Chłopak
drgnął. Zdawał sobie sprawę, że nie jest najlepszym kłamcą, lecz w tej sytuacji
fortuna mu dopisywała. Uśmiechnął się nieśmiało i rozsznurował torbę. Grzebiąc
pośród otulonych materiałem flakoników wyjął jeden z nich, oklejony koślawą
etykietą. Podchodząc do szlachcica uśmiechnął się szerzej, odsłaniając cztery
długie kły, i wyciągnął ku niemu podarek.
-
Proszę, oto uśmierzacz mojej receptury – zaprezentował z rosnącą dumą. - Jest
niezwykle wydajny. Kropla na migrenę. Dwie na złamanie. Trzy, by ukoić
najsilniejszy ból. Zaledwie pięć, by złagodzić cierpienie po amputacji na
połowę dnia. Nie przytępia zmysłów, nie powoduje zmęczenia.
Wąsaty
mężczyzna obrócił buteleczkę w dłoni. Płyn przelał się ze ścianki na ściankę,
klarowny, o lekko różowym zabarwieniu. Zerknął na elfa spod słomianej,
pociągniętej wonną pomadą grzywki.
-
Zaprawdę szczęśliwy to dzień, gdy cię spotkałem, mości czarodzieju - wymruczał
z radością, skrywając cenny dar w wewnętrznej kieszeni atłasowego płaszczyka. –
Pójdźmy więc! Zły to gość, który każe czekać gospodarzowi.
Jak
powiedział, tak zrobił, dziarsko przebierając nogami i zostawiając w tyle elfa
ogarniętego nienazwanym lękiem. Czy ten mały człowieczek przejrzał jego
podstęp? Czy właśnie nadszedł moment, w którym wyda go rycerzom z garnizonu?
Jeśli taka jest prawda, to kroczy prosto w objęcia śmierci.
Est
pozwolił sobie na długi wdech. Przez cały ten czas balansował na krawędzi
między rzeczywistością a światem równoległym - jeden zły krok i upadek w
przepaść skończy się dla niego tragicznie. Wciąż słyszał obcy, a zarazem
znajomy głos. Swój głos. Głos z mglistego wspomnienia. Czuł jakby nieznana siła
torowała mu drogę w nieprzeniknionych ciemnościach, jednocześnie będąc jego
percepcją szukającą punktów zaczepienia w świecie, w którym przyszło mu żyć.
Rzeczywistość, w jakiej się znajdował, była mu wroga. Nie była jego. Cokolwiek
wyzwoliło się kilka nocy temu, nie wróci już do uprzedniego stanu. On nie
wróci. Stawał się niepoczytalny, pomału zatracając tożsamość.
Przełknął
czerwie wpełzające mu do gardła i postąpił ku wyjściu z gospody na skwar
letniego dnia. Zdziwiło go, iż wielmoża przemieszczał się na własnych krótkich,
grubych nóżkach. Spodziewał się zmyślnego pojazdu na miarę pięknej karocy,
tymczasem – zawiedziony - szybko go dogonił. Łypnął spod oka na korpulentnego,
rozpromienionego lorda i rozejrzał się po zaludnionej ulicy. Nie byli sami.
Osobista ochrona skutecznie wtapiała się w tłum, ale Est nie musiał ich
widzieć, by czuć na karku grad spojrzeń. Żywił nadzieję, że w istocie byli to
ludzie Henendrika II, a nie psy dezerterów. Biały elf w mieście ludzi wyróżniał
się jak lis w kurniku. Na pewno ktoś go rozpoznał. I doniósł komu trzeba.
Wydawać
się mogło, że podróż trwała godzinę, lecz nie minęło więcej niż kwadrans, gdy
dotarli niemal do końca długiej alei. Wścibska gawiedź nie tłoczyła się tutaj
tak gęsto, a dwupiętrowe kamienice porastające obie strony drogi przerzedzały
się na granicy z olbrzymimi drzewami i bujnymi ogrodami. Długie uszy chłopaka
drgnęły na słodki dźwięk plusku wody. Liście szeleściły w powiewach ciepłych
prądów południowego wiatru, a cień roślinności kusił obietnicą ucieczki przed
palącym słońcem. Urękawicznioną ręką chwycił jedną z białych końcówek uszu,
ciągnąc za nią boleśnie. Uspokoił się wreszcie, czego nie można było rzec o
niechcianej obecności w brzuchu. Paskudne pasożyty harcowały, jakby karmione
jego opanowaniem.
Zbliżali
się do górującego nad rynkiem i ogrodami gmachu, centralnego punktu Adeili.
Poprzednim razem Est nie miał możliwości ujrzenia garnizonu, ponieważ przebywał
w innej części miasta, teraz jednak niebosiężna świątynia przesłaniała mu
widok, przyćmiewając majestatem zarówno niebo, jak i horyzont. Oprowadzający go
arystokrata wyjaśnił, że patrzy na Katedrę Tarthosa, świętą budowlę będącą
ośrodkiem kultu i garnizonem, siedzibą bractwa paladynów. Cały kompleks
budynków mieszkalnych oraz użytkowych przypominał niewielką warownię z białego
kamienia wyraźnie odcinającego się na tle burych, aczkolwiek schludnych
zabudowań miasta. Otaczająca je zieleń skrywała tajemnice, jakich prości ludzie
nie odważyli się zbadać, mimo to z chęcią korzystali z dobrodziejstwa cienia
jaki dawały, przysiadając na marmurowych ławeczkach czy bezpośrednio na
soczystej trawie pod pniami rozłożystych drzew.
Katedra
była zapierającą dech konstrukcją. Cięte w białym kamieniu równe bloki
strzelały w górę, przechodząc z gładkich ścian w okrągłe, rozszczepiające się
iglice. Wąskie złoto-błękitne witraże wysokie na połowę ściany przedstawiały
legendarnych rycerzy w pobożnych pozach. Szerokie u podstawy i zwężające się ku
wejściu schody prowadziły do niskich, uchylonych drzwi, w których mogło się
zmieścić najwyżej dwoje ludzi na raz. Zapewne miały jakiś cel strategiczny,
ponieważ w znacznym stopniu ujmowały estetyce monumentalnej katedry.
Estowi
było słabo, lecz uparcie parł naprzód oczarowany surowym pięknem budowli.
Rześki zapach docierał do jego nozdrzy pieszcząc zmysły, a rozkoszny cień kładł
się na czarnym pancerzu i pelerynie. Powinien podzielać spokój odpoczywających
mieszczan, ale aura tego miejsca subtelnie go odpychała. Czuł wyłącznie
niepokój.
Wdrapywali
się na szczyt, a otyły szlachcic pocił się i sapał w szykownej tunice,
atłasowym płaszczyku oraz wypastowanych skórzanych trzewikach. Obwieszony
złotem i klejnotami zdawał się być jedynie prostym człowiekiem ubranym w barwny
kostium nadwornego pajaca, któremu dla hecy rozkazano przebiec parę kilometrów.
Kwaśna woń ludzkiego potu i perfum zmarszczyła biały nos.
Jako
pierwszy przy drzwiach stanął Est i podpierając się okutym stalą kosturem
czekał cierpliwie na słaniającego się, wyzutego z dostojeństwa kompana. Nie
podał mu ręki, chociaż miał taki zamiar. Nie chciał, aby dotykała go osoba
pokroju lorda. Tylko dwóch ludzi miało do tego prawo, a nosili oni w swych
sercach więcej szlachetności niż stękający wielmoża miał koron w skarbcu. Znów
czekał, aż jaśniepan otrze skronie z potu i schowa jedwabną chustkę z powrotem
do kieszonki, z trudem łapiąc dech. Est cieszył się, że lada chwila będzie po
wszystkim. Nie wiedzieć czemu, towarzystwo tej miękkiej istoty zaczynało go
niepomiernie irytować.
Wkrótce
udało im się przekroczyć próg wspaniałej katedry. Owionął ich chłód
zacienionej, przytłaczająco przestronnej nawy wiodącej do podwyższenia.
Pośrodku prezbiterium objętego otwartym obejściem ustawiony był gładki blok
żyłkowanego marmuru. Dwóch rycerzy pochylało się nad nim, stojąc przodem do
przybyszów.
Pot
spływał po szyi człowieka, gdy idąc powoli środkiem nawy wskazywał na
poszczególne elementy konstrukcyjne opisując ich funkcje i wymieniając nazwy
będące dla Esta zupełną abstrakcją. W nawach bocznych oraz transepcie
znajdowały się drewniane stalle kapłanów a także proste ławki pozajmowane przez
kilkoro mieszkańców szukających ukojenia oraz ciszy. Wnętrze było surowe, wręcz
ascetyczne. Est nie dojrzał żadnych figur ani obrazów, nie licząc witraży
rzucających barwne refleksy na posadzkę oraz przypory. Jedynie pod rozetą, na
przeciwległej do wejścia ścianie, zwisał sztandar w błękitnym kolorze, na
którym pysznił się biały miecz złożony pionowo na tle białej prostokątnej
pawęży. Est zadarł brodę, spoglądając w górę na zachwycające sklepienie
utworzone z krzyżujących się ostrych łuków. Nadawały one wnętrzu pełnej wdzięku
delikatności oraz elegancji. Wygaszone mosiężne żyrandole wisiały na ciężkich
łańcuchach, ginąc pośród niebywałego piękna wysokiego stropu.
Odzyskawszy
godność, lord Henendrik II przestał dyszeć i żwawiej ruszył środkiem nawy,
wzdłuż wydeptanego błękitnego chodnika. Kierował się do paladynów stojących za
ołtarzem. Est już z tej odległości przyglądał się ich zbrojom i dostrzegł, że
wcale nie są aż tak pozbawione zdobień, jak z początku sądził. Delikatnie
tłoczone wykończenia widoczne były dopiero pod odpowiednim kątem padania
światła. Wbrew prostocie miały swój ukryty urok, choć dla niego wciąż
pozostawały kawałem lśniącej bielą stali. Niechętnie podziwiał paladynów za ich
dyscyplinę oraz poświęcenie, z jakim dźwigali coś tak ciężkiego i niewygodnego,
nie wyglądając przy tym na umęczonych - ich gładko ogolone twarze wyrażały
błogość uniesienia oraz zdradzały więź, jaką nawiązywali ze swym Wszechmocnym
patronem.
Korpulentny
arystokrata zatrzymał się przed stopniami prezbiterium. Milczał, czekając aż
święci mężowie zakończą modły, i obserwował spod brwi elfa, który wzroku nie
odrywał od niemłodych rycerzy. Bruzdy znaczyły ich oziębłe oblicza, a wśród
ciemnych włosów pierwszego brata zakonnego widać już było pasma siwizny.
Dwie
głowy jak na komendę uniosły się nieznacznie. Dwie pary oczu spoczęły na
rumianym człowieku, by zaraz potem prześlizgnąć się płynnie na białego elfa. I
na nim spoczęły na dłużej. Obyło się bez uśmiechów, wymiany powitań czy też
zwyczajowych dla ludzi grzeczności. Paladyni byli surowi niczym kamień, z
którego zbudowano katedrę. I równie rozmowni. Est stwierdził, że muszą być
wyjątkowo smutnymi ludźmi, lecz nie powiedział tego na głos. Lord przedstawiał
go właśnie jako sojusznika słusznej sprawy i uzdolnionego czarodzieja. On sam
nie miał ochoty się odzywać, kiedy czerwie przerabiały jego wnętrzności na
sito.
Mężczyźni
potwierdzili, że rycerz-dowódca spodziewa się wysłannika Unii Możnych i
poprowadzili swych gości do sprytnie ukrytych drzwi. Pociągnięciem białego
sznura odsunęli jeden z mniejszych proporców wiszących na ścianie bocznej
obejścia i podczas gdy jeden ze świętych mężów służył im za przewodnika, drugi
zamknął pochód, zasłaniając wejście.
Korytarze
oraz klatki schodowe cechował ten sam chłodny ascetyzm co wnętrze gmachu
katedry. Małe okna z bezbarwnymi szybami wychodziły na dziedzińce, gdzie w
pełnym uzbrojeniu ćwiczyli młodzi rekruci. Z głębi przejścia dochodziło
stłumione rżenie koni. Pomimo wrażenia zamknięcia, miły przewiew niósł ze sobą
rześkie powietrze.
Przewodnik
oraz jego towarzysz oszczędnymi ruchami dłoni pozdrawiali mijanych zbrojnych i
po długiej podróży - z dwoma postojami dla agonalnie zipiącego arystokraty -
stanęli pod masywnymi drzwiami. Rozległo się głuche dudnienie, gdy zakuta w
stal pięść uderzyła trzykrotnie w dębowe drewno i zostali wprowadzeni do
niewielkiej komnaty służącej za gabinet. Eskortujący ich rycerze zostali za
drzwiami.
Est
rzucił okiem na skromny wystrój pomieszczenia, odwracając uwagę od skrętu
kiszek grożącego niepowstrzymaną katastrofą, jak gdyby pożerające go robale
zapragnęły wydostać się na wolność. Wszystkie na raz. Natychmiast.
Nerwy - powtarzał sobie. Jak rany, to z nerwów.
Pod
olbrzymim oknem naprzeciwko tkwiła samotna postać o szerokich barkach odzianych
w najprzedniejszą białą stal. Skąpany w oślepiającym blasku słońca pochylony
rycerz-dowódca stał plecami do gości, mocując się z zapięciami zarękawia. Luźne
pasy błękitnej szaty wystające spod kirysa falowały wokół kostek przy każdym
jego ruchu. Wtem jeden krok w tył zachrzęścił płytami zbroi. Stalowe obcasy
zastukały na gładkim kamieniu podłogi, gdy mężczyzna z gracją obrócił się na
pięcie i podchodząc bliżej, popatrzył na suplikantów znad dopinanego karwasza.
Prosto w wytrzeszczone niedowierzaniem zielone oczy.
Przerażony
Est uderzył plecami w drzwi, obnażając kły. Z wykutej w marmurze młodzieńczej
twarzy patrzyły na niego bezdenne źrenice okolone złotymi tęczówkami.
Na wstępie zaznaczam, że to mój błąd, iż wcześniej nie sprawdziłam redakcji i składu autorek (bo, zgodnie z zasadą równości, żadnych autorów płci męskiej oczywiście nie zaproszono do współpracy), toteż nie powinnam mieć pretensji do nikogo innego prócz siebie samej. No i mam, bo na tę szmirę zmarnowałam cały miesiąc. Ale do rzeczy.
Na zbiór składa się sześć opowiadań. Nie przepadam za tą formą literacką, chociaż w wykonaniu Neila Gaimana wypadła świetnie, więc czemu by nie dać szansy i tym? Przy pierwszej historii mój optymizm się skończył. Przy kolejnych było już tylko gorzej, pomijając obiecującą historię numer dwa, która ostatecznie też mnie rozczarowała.
A dlaczego tak srogo?
W dużej mierze wszystkie opowiadania sprowadzały się do tandetnej literatury z gatunku romansów mafijnych oraz kryminałów kobiecych (jeden był jakby fantasy, ale ubogi strasznie). Już to powinno mnie zaalarmować, ale jak zaznaczyłam wyżej, nie zainteresowałam się tym wcześniej. Jak łatwo się domyślić, omijam te "gatunki" szerokim łukiem.
A oto dlaczego.
W ani jednym opowiadaniu nie poczułam chemii między bohaterami/bohaterkami. Historie przedstawione są płytkie i banalne, poruszane problemy przejaskrawione, a strony konfliktów do bólu skrajne. Wulgaryzmy występują w nadmiarze i nierzadko psują byle jak sklecony klimat, wprowadzone jakby z przymusu, by podkreślić "siłę" twardziela/twardzielki. Ale niewybredne słownictwo to nic w porównaniu ze scenami aktów cielesnych suchymi i opisowymi jak scenariusz niskobudżetowego porno, gdzie słowo "cipka" i "kutas" nie spotykają się z synonimami ani rozpalającymi wyobraźnię zmiękczeniami. Żeby było zabawniej, tytuł spod szyldu LGBTQ+, a osoby biseksualne przedstawiono jako zdradzieckie, rozpustne i lubieżne zagrożenie czyhające na niewinne lesbijki i gejów. No uśmiałam się. Jak gdyby statystyka zdrad zależała od orientacji a nie samego człowieka, ale co ja tam wiem (podejrzewam że więcej niż autorki, zakładając, że wszystkie są pure hetero).
Podsumowując, powyższa pozycja to zwyczajny chwyt na LGBTQ+. Niestety, ja dałam się schwytać, ale książka już dostała nakaz eksmisji z regału. Nie tego oczekiwałam - mój umysł wyjałowił się, poddawany regularnym odmóżdżającym torturom, które niemożebnie przeciągałam w czasie. Miesiąc. Cały styczeń. A w przeciągu 28 dni lutego przeczytałam trzy pozycje o wiele grubsze, ciekawsze i pełniejsze, bardziej sycące oraz wymagające zaangażowania. Nawet pisanie recenzji przeciągałam, taki to koszmar...
P.S. Nie mam nic do romansów i erotyków, ale takich z prawdziwego zdarzenia, soczystych, bujnych i ociekających emocjami. Uwielbiam kiedy atmosfera między bohaterami budowana jest stopniowo, a nastrój towarzyszący ich zbliżeniom tkany z pasją. Czuję wtedy przepływ emocji między uczestnikami sceny, pogłębianie ich relacji i zacieśnianie więzi 🤍