piątek, 21 marca 2025

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 18 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




Przekonany o swej rychłej egzekucji Estalavanes podejmuje się desperackich, z góry spisanych na porażkę negocjacji z rycerzem - dowódcą... I otrzymuje propozycję nie do odrzucenia.

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 21d'3m'25r2t]




    Myślę, że powyższy opis w zupełności oddaje treść rozdziału, wobec czego nie mam byt wiele do dodania ze swojej autorskiej strony. Może za wyjątkiem zamieszania, jakie wywoła książę Estarionu włączając się w sprawę Niedźwiedzi. Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego w obliczu eskalacji wojny domowej zamiast zyskać przychylność najlepszej organizacji najemnej sir Aarim usiłuje ją zniszczyć, osłabić. Odpowiedź przyszła do mnie sama wiele rozdziałów później, tym samym czyniąc go jednym z moich najulubieńszych bohaterów. Nigdy nie wiem do czego wykorzysta swój nieprzeciętny intelekt oraz talent strategiczny. Jak się wkrótce przekonacie, jest wyrachowany, pozbawiony skrupułów i niepowstrzymanie dąży do celu. Zupełne przeciwieństwo Esta? Niekoniecznie...

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 18

 

Beznamiętne złote oczy świdrujące Estalavanesa nie wyrażały absolutnie niczego. Przystojna szeroka twarz była równie obojętna co stal oblekająca rycerza-dowódcę, od którego bił chłód, jakby w środku od dawna był martwy. Pusta skorupa posłusznie wykonująca wolę arcypaladyna, sprawiająca wrażenie człowieka mogącego zabić samą siłą woli.

Paladyn emanował aurą, pod wpływem której oddychający płytko Est czuł się, jakby sprawdzał go on od wewnątrz, sondował umysł w poszukiwaniu najmniejszych oznak niegodziwości. Odepchnął od siebie tę myśl, ale niepokój pozostał. Zniknęły natomiast czerwie. Będąc na skraju obłędu nie wiedział czy to powód do radości, czy raczej paniki.

Niepomny dziwnego zachowania białego elfa, lord Henendrik II z rodu Halavar rozpoczął swój zawiły rytuał powitalny, lecz spojrzenie świętego męża wciąż utkwione było w Eście. Paladyn bez pośpiechu dopiął i docisnął ostatni zaczep karwasza mocowanego do zarękawia. Jak gdyby dopiero teraz zauważając arystokratę, sztywnym ruchem przyłożył prawą pięść do lśniącej stali na wysokości serca.

Pocący się pod ciężkim bogatym strojem lord postąpił krok do przodu, zerkając przelotnie na towarzysza podróży. Nie mógł wiedzieć, że rycerz-dowódca spotkał już “wędrownego czarodzieja” w nie mniej intrygujących okolicznościach.

- Wasza ekscelencjo, przedstawiam ci mego towarzysza, mości Esta. Jak i my, jest on zwolennikiem słusznej sprawy, którą to znów pozwoliłem sobie zająć twój cenny czas.

Est czekał na jakikolwiek gest ze strony złotookiego mężczyzny. Spodziewał się, że czuwający za drzwiami rycerze na jeden rozkaz wtargną do gabinetu i zacisną błyszczące rękawice na jego ramionach. Jeśli miał zostać ścięty… Nie, nic by im przecież nie zrobił. Może położyłby jednego kosturem, lecz oni przeważali go liczebnie.

Czas mijał. Nic się nie wydarzyło, a rycerz-dowódca nadal milczał. Przez krótką chwilę Est przypuszczał, że ma przed sobą niemowę, ale młodzieniec w stalowej zbroi w końcu się odezwał.

- Lordzie Henendriku Drugi, nie przypominam sobie, bym poczytywał tę sprawę za “naszą”. - Zimne wejrzenie padło na skulonego wielmożę. Głos paladyna był niższy niż Est sobie wyobrażał, wyzbyty młodzieńczej piskliwości, choć jeszcze nie należący do dojrzałego mężczyzny. Bardzo dźwięczny i szczery. A zarazem oschły i matowy. - Nawet mój zastępca, sir Cyryl, odprawiał każde poselstwo, nie przychylając się do ani jednej z waszych próśb.

- W istocie tak było, wasza ekscelencjo, lecz rody zmobilizowały armię gotową podbić barbarzyńską twierdzę – bronił się lord żarliwie, przecierając jedwabną chustką zaczerwienione, spocone skronie. - Brakuje nam tylko, hm, motywacji. Zapewnienia, że czynimy słusznie.

Rycerz-dowódca zastanawiał się nad słowami lorda, bacznie śledząc reakcje opartego o drzwi białego elfa. Wyłącznie on go interesował. Zdrajca Niedźwiedzi? Ich szpieg? Czy też bezmyślna chorągiewka porwana przez wiatr? Co myślał dowódca garnizonu w Adeili, osoba, której uszy wyglądały jak elfie, a oczy barwą i przenikliwością odstawały od ludzkich? Lord napomknął, że nie jest on człowiekiem, więc dlaczego w Twierdzy pojawił się jako pospolity brat zakonny? Już wtedy nie odrywał od niego wzroku. Jak trafnie Est się domyślał, coś musiało umknąć jego uwadze. Pominął kluczowy szczegół, bez którego zrozumienie obecnej sytuacji graniczyło z niemożliwym.

Jasne brwi uniosły się z lekka w górę, łagodnie marszcząc gładkie czoło rycerza i Est mógłby przysiąc, że nikły uśmieszek zagościł na jego pełnych wargach. Grobowy głos zmroził mu krew w żyłach.

- A czy nasz nowy sojusznik, zwolennik słusznej sprawy, zechciałby się wypowiedzieć? - Osobliwy paladyn przerażał absolutnym brakiem emocji. Est nie umiał się w nim połapać. Nie potrafił go zrozumieć, bo nie posiadał żadnego punktu odniesienia, jakby stojąca naprzeciw istota żyła i nie żyła równocześnie. I to trwożyło go najbardziej. - Powiedz, mości Eście, jakie jest twoje zdanie? Jaką odpowiedź powinienem wystosować do rodów?

To była perfekcyjnie zastawiona pułapka.

Est niespokojnie poruszył się przy drzwiach, chrobocząc kosturem o kamienną posadzkę. Błękitne oczy lorda i złote spojrzenie gospodarza spoczęły na nim, na zagubionym dzieciaku będącym na skraju paniki. Przymknął powieki, by nie widzieć wyczekiwania na zaczerwienionym licu rozentuzjazmowanego otyłego człowieczka. Był w kropce. Gdyby oznajmił, że nie chce wojny, paladyn od razu zakończyłby tę grę i kazał go stracić. Jeśli powie, że wojna to jedyne rozwiązanie, prawdopodobnie kontyngent rycerzy dołączy do i tak licznej armii szlachty…

Jak rany, dlaczego ostatnimi czasy każdy jego wybór oscylował pomiędzy dekapitacją a powieszeniem?!

Teraz to on zwlekał z odpowiedzią. Z całych sił starał się zebrać w sobie, spowolnić szaleńczy bieg myśli. Robactwo odeszło, ale na horyzoncie majaczyła hiperwentylacja. I to przedziwne poczucie, że wszystko jest jak należy, choć pozbawione najmniejszego sensu.

Przypadki nie istnieją. Jesteś tam, gdzie być powinieneś. Rób to, w czym jesteś najlepszy.

Białe powieki rozchyliły się, odsłaniając jaskrawą zieleń. Est na moment podniósł wzrok na nieprzejednane oblicze, by zaraz spuścić go w wyrazie autentycznej pokory.

- Wasza ekscelencjo, nie jestem nikim ważnym, aby to ode mnie zależały dalsze losy zwaśnionych stron. Jestem tylko wędrownym czarodziejem, nic we mnie wyjątkowego.

Lord z triumfującym uśmiechem zwrócił się ku unoszącemu gładki podbródek rycerzowi – dowódcy. Paladyn intensywnie mierzył elfa z góry, oceniając wymówkę i przenikając zasłonę fałszu. Nieokreślona moc musnęła jaźń Esta, zmuszając go do ukradkowego obejrzenia się na boki.

Rycerz - dowódca ze zgrzytem skrzyżował ręce na piersi.

- Lordzie Henendriku Drugi, zechciej wyjawić, gdzie napotkałeś tak niecodzienne towarzystwo? - Złoto odpuściło zieleni, skupiając się na podekscytowanym szlachcicu. - Pierwszy raz dane mi jest oglądać przedstawiciela tak zdumiewającej rasy.

W jego słowach Est dopatrzył się zawoalowanej sugestii. Był zdania, że Mag i sir Cyryl doskonale władają językiem na werbalnym polu bitwy, lecz jak się okazało, właśnie poznał mistrza rzemiosła. Prowadząc zwykłą konwersację, złotooki młodzieniec wyciągał z rozmówcy wszelkie istotne informacje mogące dać mu nad nim przewagę.

Nie zważając na intencje pytającego, arystokrata w dużym skrócie zrelacjonował ich spotkanie na trakcie, wspomniał o dyskusji dotyczącej lokalnej polityki oraz o tym, jak gorliwie wędrowny czarodziej wypowiadał się na temat im bliski, co akurat było wierutną bujdą, ale przemawiało na korzyść Esta. Kłamstwa przeciwko kłamstwom, podczas gdy biały elf znów znalazł się w centrum zainteresowania tajemniczego mężczyzny.

- W takim razie mości Est zdaje się być niewiarygodnie... skromną osobowością. - Czy ten cholerny rycerz bawił się jego kosztem? Dręczenie go sprawiało mu przyjemność? - Lordzie Henendriku Drugi, zostaw nas samych, proszę. Poinstruuję podkomendnych, by ugościli cię należycie, podczas gdy ja będę pertraktował z twym kompanem.

Est usunął się z drogi, widząc młodzieńca w płytowym pancerzu idącego wprost na niego, wybijającego obcasami jednostajny, marszowy rytm. Rycerz-dowódca otworzył drzwi i gestem poprosił szlachetnej krwi gościa o opuszczenie gabinetu. Wyszedł wraz z nim na korytarz, pozostawiając elfa samego w niemal pustym pomieszczeniu.

Teraz nastąpi właściwe starcie, o czym Est był przekonany. Paladyn pokaże swoją prawdziwą naturę, to, co skrywa za porcelanową maską bez wyrazu. Dopiero teraz będą negocjować. Bez świadków.

Tak wiele wątpliwości rodziło się w jego sercu, tak wiele myśli atakowało umysł, że sam już nie wiedział, po co tu przyszedł. Jeszcze przed chwilą miał plan, zaledwie przed momentem w głowie układał przebieg rozmowy, jaką poprowadzi z dowódcą garnizonu i wszystko to pękło pod jednym spojrzeniem przeklętych złotych oczu! Jakby paladyn już na samym początku go przejrzał, a jedynie z czystej kurtuazji podjął się tej obłudnej gry, chcąc pogrążyć go w matni własnych łgarstw. Nawet nie wiedział czy ten malutki lord faktycznie kupił jego naprędce wymyśloną historię, czy też zapędził do garnizonu jako podarunek dla sojusznika. Ale skąd by wiedział, że zna on Esta? Nie mógł wiedzieć. Wiedział tylko ten, który niespiesznie powrócił do gabinetu.

Rycerz-dowódca cicho zatrzasnął drzwi, przemierzył komnatę i przystanął pod strzelistym oknem, z którego rozciągał się widok na zielony plac katedralny. Splótł dłonie na plecach i stał tak, jakby zbierając myśli, zupełnie ignorując obecność najemnika.

Estowi wydawało się, że patrzy na o wiele młodszą postać Maga z Twierdzy; perfekcyjnie opanowanego, naturalnie powściągliwego oraz niebezpiecznie inteligentnego. Przebiegłego. Nieprzewidywalnego. W tej niedostrzegalnej sile było coś pięknego i niepokojącego. Coś, co przyciągało słabą wolę Esta, a jednocześnie odpychało go, parzyło i odstręczało. Mocniej zacisnął palce na ciepłym czarnym kosturze i czyniąc jak najmniej hałasu przeszedł wzdłuż nagiej kamiennej ściany, by zerknąć na profil milczącego osobnika. Z pleców nic nie wyczyta, więc może to surowe, niedostępne oblicze powie mu więcej.

Wpadające do środka promienie słońca rozświetlały złociste włosy zaczesane na lewą stronę. Były na tyle długie, by pojedyncze pasemka opadały na nietypowe ucho młodego mężczyzny: ludzkie, lecz ostro zwieńczone jak u elfa. Byłby go uznał półelfem, gdyby nie ludzka budowa ciała. Pomijał masywny pancerz potęgujący wrażenie postawności, widział go przecież w prostej białej tunice. Tak nie prezentują się potomkowie imperialnych elfów, tego był pewien. Kim w rzeczywistości jest ten młodzieniec? Emanował mocą, jakiej na próżno szukać u wszystkich sztukmistrzów razem wziętych!

- Nie lękasz się o swoje życie, mości Eście? - Est zamarł w pół ruchu, gdy rycerz-dowódca łypnął ku niemu kątem oka. - Przybywasz na egzekucję z własnej woli? Winszuję męstwa. Bądź ubolewam nad głupotą.

Obrócił się frontalnie do białego elfa i przeszedł parę kroków. Irytujące stukanie rozległo się pośród wygładzonych kamieni posadzki. Przedni pas błękitnego materiału owinął się wokół stalowego nagolennika, a bliźniaczy, nieco szerszy, kołysał się za nim niby opuszczony groźnie ogon. Paladyn zatrzymał się blisko przyciśniętego do ściany najemnika i chociaż wzrostu byli podobnego, zmierzył go spojrzeniem z góry.

Est przełknął ślinę, nie spuszczając czujnego oka z oponenta. Gdyby rycerz-dowódca chciał go zabić, nie rozmawiałby z nim. Co prawda nie miał miecza u boku, ale chłopak nie wątpił, iż trwający za drzwiami podkomendny użyczyłby mu własnego. Jednak wizja dekapitacji nie przejęła go tak, jak powinna. Zaczynało mu być wszystko jedno co z nim się stanie. Stracił na to wpływ w momencie, gdy zgodził się na podwózkę. Tęsknił za Colem, za mistrzem, za bezpiecznymi murami Twierdzy. Teraz oni wszyscy byli zagrożeni. I co miał zrobić, kiedy stali tak naprzeciw siebie jak równy z równym? Paladyn górował, kontrolując sytuację, a Est z racji targających nim uczuć tkwił na przegranej pozycji. Zawsze rozchodziło się o uczucia i emocje, w obliczu których stawał się bezsilny.

Alabastrowa maska stężała, gdy wzrok nieczłowieka natrafił na hebanowy kostur. Był tak obojętny, jak gdyby zauważył patyk leżący przy drodze. Nawet mistrz nie potrafił tak umiejętnie ukrywać emocji. W onyksach niezmiennie czaił się ognik, nieokiełznana iskierka, podczas gdy złoto rycerza było niczym polerowany metal: połyskiwało odbitym światłem, będąc jednocześnie zimnym i martwym.

- Zatem pertraktacje czas zacząć, mości Estalavanesie.

Estem wstrząsnęło, jakby to garnizon zadrżał w posadach. Rozchylił usta, niezdolny choćby wydukać pytania. Chłodne złoto błyskawicznie omiotło widoczne na tle krwiście czerwonego języka kły.

Skąd on zna moje imię?!

Zatrzaskując szczęki, z ledwością panował nad uginającymi się pod nim kolanami. Tracił grunt pod nogami. Na domiar złego rozszalałe myśli uciekły w popłochu, pozostawiając pustkę w miejscu, gdzie jeszcze sekundę temu szerzył się chaos. Zostawiły go samego na pastwę zadowolonego z efektu paladyna.

- Jesteś członkiem Kompanii Najemnej Niedźwiedzi, uczniem szacownego Maga, wyjątkową personą. Cóż sprowadza cię w moje progi?

Rycerz-dowódca zamilkł, a jego brew wygięła się nieznacznie. Zdawał się uśmiechać, ale to wyobraźnia płatała figle oszołomionemu elfowi. Est nagle zapragnął stąd uciec, lecz byłby to głupi, bezsensowny odruch, bo gdyby szczęśliwie umknął pogoni, to niechybnie zgubiłby się w labiryncie wąskich korytarzy. Co mu pozostało? Odnaleźć utracone myśli czy milczeć i czekać na dalsze słowa paladyna? Jak rany, przecież chciał odszukać złotookiego i z jego pomocą nakłonić rycerza-dowódcę do odmowy możnowładcom! I oto życzenie się spełniło, znalazł go. I równocześnie znalazł samego dowódcę. Przynajmniej zaoszczędził sobie czasu…

Est odetchnął dla odzyskania panowania nad sobą. Musiał to dobrze rozegrać. Nie mógł być tak nieczuły jak jego przeciwnik. Być może właśnie na tym polegała jego siła: na uczuciach nim kierujących. Zwrócił twarz do nasłonecznionego okna, unikając bezpośredniego kontaktu straszliwych lodowatych oczu.

- Wasza ekscelencjo, proszę… - Odchrząknął, inaczej jego zduszony emocjami głos załamałby się całkowicie. - Proszę, byś odmówił Unii Możnych wsparcia. A ja… To, co zdarzyło się na trakcie, to morderstwo… Jak rany, jestem tu. Z własnej woli.

Odpowiedziała mu cisza. A po nim zgrzyt metalu, gdy splecione na plecach ręce przeniosły się na pierś.

- Nie tytułuj mnie w ten sposób, mości Estalavanesie - pouczył go paladyn. - Moje imię brzmi Aarim. Sir Aarim z rodu Asmodeuszy.

Na dźwięk znajomo brzmiącego nazwiska Est gwałtownie obrócił głowę. Złote oczy znalazły się tak blisko, że dojrzał własne odbicie w czarnych, okrągłych źrenicach młodzieńca. Księcia, poprawił się szybko. Syn Aarona Asmodeusza - Jego Wysokości Króla Estarionu i zarazem arcypaladyna - przebywa w Adeili, podając się za rycerza Zakonu! Przyszło mu negocjować z pierworodnym monarchy władającego tą krainą! I wszystko stało się jasne. Majestat oraz dostojeństwo biły od niego podobnie jak esencja, która wciąż spowijała Esta, sięgając w głąb duszy.

Sir Aarim lekko przechylił głowę, mrużąc niezwykłe oczy.

- Masz wyjątkowo ekspresyjne oblicze, mości Estalavanesie. Znasz mnie, aczkolwiek do tej pory nie byłeś tego świadom. Wystarczyło, byś usłyszał kilka pozornie zwyczajnych słów i natychmiast utworzyłeś w swym umyśle obraz mojej osoby. - Ton księcia nabrał krztyny ciepła, jakiej zabrakło dla nieustająco obojętnego wejrzenia. – Wykazałeś się niebywałą śmiałością i poświęceniem, ale czy naprawdę uważasz, iż twoje życie znaczy więcej niż życie ludzi zamieszkujących Twierdzę? Otóż stawiasz jedno za cenę tysiąca. Zaprawdę tyleż jest ono warte? Czy też pragniesz zostać męczennikiem “jedynej słusznej sprawy”?

Est naprzemiennie zaciskał i luzował szczęki, aż rozbolały go od tego zęby. Nie mrugnął ani razu, wpatrując się w hipnotyzujące tęczówki młodego Asmodeusza. Coś brało go w posiadanie, wnikało w głąb, badając go od środka. Energia zaklęta pod białą skórą burzyła się i kotłowała, walcząc z wiciami nieznanej mocy. Odpychała ją, lecz ta stawiała opór. Skutecznie.

Gdyby kiedykolwiek miał opisać stan, w jakim znajdował się pod naciskiem tych niesamowitych oczu, nazwałby go zwątpieniem w otaczający go świat. Rzeczywistość w ułamku sekundy przestała istnieć. Nie istniała w tych pustych oczach istoty, która nigdy się nie uśmiechała. Nigdy nie okazywała gniewu. Est podejrzewał, że sir Aarim nie zapłakał nawet przy swoich narodzinach. Czym on jest?

- Kim… - zaczął niepewnie, szukając w sobie odwagi koniecznej do prowadzenia dalszych rozmów. - Kim jesteś?

Młody rycerz odwrócił się w stronę okna, jakby tam wypatrując odpowiedzi. Złote dyski zapłonęły w blasku słońca. Jaśniejsze włosy zsunęły się na szpiczaste ucho. Sir Aarim wyglądał jak posąg opływający w światło dnia, żywa rzeźba połyskująca białą stalą.

- Nie ma znaczenia kim jestem, znaczenie ma powinność, którą zobowiązałem się spełnić - odparł enigmatycznie. - W związku z tym nie przystanę na twoją prośbę, mości Estalavanesie. Nieważne jak szczera ona jest. - Nie obracając się, popatrzył z ukosa na białego elfa. Powiało chłodem, mimo że okna i drzwi były szczelnie zamknięte. - Nie mogę także pozwolić ci odejść, gdyż musisz ponieść konsekwencje czynów, jakich się dopuściłeś. Cóż za impas.

Est gotów był na najgorsze, ale nie zamierzał się poddawać. Nadal miał głowę na karku, a miecz nie wisiał nad nim, by opaść w dowolnym momencie.

- Jak już powiedziałem, jestem tu - przypomniał słabo - z własnej woli. Więc jeśli moja egzekucja cię usatysfakcjonuje... Wiem, co robicie z przestępcami i mordercami. Lepsze to niż stryczek.

Sir Aarim zapatrzył się na rozmówcę. Bezbarwną twarz nagle zasnuł cień, który bystry Est zidentyfikował jako odległe echo śmiechu zbłąkanego gdzieś wewnątrz stalowej zbroi. Został wyśmiany jak dziecko posługujące się wyrazami, których znaczenia nie rozumiało. Jak straceniec nie orientujący się we własnym beznadziejnym położeniu. Nie jemu decydować, choć właśnie miał się zdziwić.

- I cóż przyjdzie światu z twojej śmierci? Bynajmniej nie zmieni ona mego postanowienia, mości Estalavanesie. - Rycerz-dowódca wykonał krok w tył, zwracając pokonanemu elfowi trochę przestrzeni. Jego dłonie rozplotły się, a jedna z nich wskazała na drzwi. - Przekonajmy się, jakiż będzie twój wybór. Zawrócisz, by przestrzec swych braci, czy opowiesz się za roszczeniami Unii Możnych? - Asmodeusz odchylił się do tyłu, spoglądając na elfa spod wyzywająco przymrużonych powiek. Jego aura wypełniła całe pomieszczenie, nie pomijając nieszczęsnego chłopaka. - Nie, żadna z tych dwóch możliwości cię nie ukontentuje. Stając przede mną oczekujesz pokoju. Wiedz jednak, iż czas przeznaczony na polubowne rozstrzygnięcie tej kwestii minął. Przywódca najemników za nic brał ostrzeżenia Zakonu Paladynów, lecz twojego mógłby posłuchać.

- Mylisz się, sir Aarimie. Mnie tym bardziej nie posłucha…

- Zatem dokonasz żywota tu i teraz. - Głos rycerza stwardniał, gdy okręcił się na pięcie. Skierował swe kroki w stronę biurka ustawionego pod przeciwległą ścianą.

- Nie! - Zdesperowany Est postąpił za nim. Własna zuchwałość go poraziła, ale lęk o przyjaciół dodał mu animuszu. Nie chciał, by więcej ludzi oddało życie w wyniku jego głupoty. – Zawrócę! Jeżeli… Jeśli nie można inaczej, to chciałbym ich chociaż ostrzec.

Złote oko błysnęło znad srebrzystego naramiennika.

- Obwołają cię dezerterem.

- Hę? - Skołowany Est znieruchomiał, przypatrując się księciu. - Skąd wiesz, że uciekłem?

Cisza rozeszła się pomiędzy dwójką młodych mężczyzn. Sir Aarim podszedł do biurka, na którym poza stertą śnieżnobiałych kartek znajdował się jeszcze kałamarz oraz słoiczek czystego piasku. Odziane w skórę i stal palce zręcznie zamknęły się na delikatnym białym piórze.

- Twój umysł jest otwarty, mości Estalavanesie. - Chłopak prawie uwierzył, że w stwierdzeniu beznamiętnego paladyna pobrzmiewa żal. - Dostrzegasz każdy szczegół w swoim środowisku oraz szybko przyswajasz wiedzę, co niezaprzeczalnie jest znaczną zaletą. Jednakże jest to miecz obosieczny, albowiem obnażasz wnętrze przed tymi, którzy zdolni są czerpać z twoich zasobów. Bezwolnie ulegasz owym siłom. W twoim sercu zalągł się mrok, a twoje głębokie przeżycia karmią go, pomagając mu wzrastać.

- Wybacz, sir Aarimie, ale to… to nie odpowiedź na moje pytanie. Czyżbyś czytał mi w myślach?

- Bynajmniej. Twój umysł sam mi to powiedział.

Książę umilkł, kreśląc eleganckimi zawijasami ciąg zdań. Sięgnął po pieczęć leżącą na błękitnej od tuszu poduszeczce i przybił pod liniami tekstu, pozostawiając pismo do wyschnięcia. Akt oskarżenia? Nakaz ścięcia?

Złote oczy wpatrywały się w kartkę, a urękawicznione dłonie położone na blacie podpierały muskularny tors obciążony pierwszorzędną stalą. Nieczłowiek długo rozważał nurtujący go problem, całkiem zapominając o zastygłym nieopodal elfie, którego wyczulone strachem zmysły rejestrowały najdrobniejsze gesty pochylonego mężczyzny. Nawet jeśli sir Aarim czuł, że jest poddawany wnikliwej obserwacji, to nie dał tego po sobie poznać. Czekał cierpliwie, aż znaki pokrywające arkusz wyschną, po czym wziął go i do wtóru chrzęstu stali zwinął w ciasny rulon. Uniósł spojrzenie na struchlałego białego elfa.

- Przekaż to masztalerzowi garnizonu. Ten dokument zobowiązuje go do wydania ci wierzchowca. - Ręka trzymająca papier zawisła nad blatem, zachęcająco wyciągając się do Esta. Wzrok rycerza - dowódcy pociemniał groźnie, lecz był to wyłącznie efekt załamywanych przez szczebliny okna promieni. - Trzeciego dnia spotkamy się pod murami Twierdzy Niedźwiedzi, na polu bitwy, polu naszej chwały. Zmobilizuj ludzi. I udowodnij, że jesteś tym, za kogo cię biorą, Zaklinaczu Żywiołów.

Roztrzęsione białe palce wystające z czarnej rękawiczki zamknęły się na zwoju, dotykając nieprawdopodobnie ciepłego metalu. Szeroko otwarte kocie ślepia wlepione były w twarz księcia, a gorączkowo pracujący rozum podpowiadał, że nie wszystką wiedzę wyczytał z niego. Wśród Niedźwiedzi jest przynajmniej jeden szpieg.

- Dlaczego pozwalasz mi odejść? - zapytał podejrzliwie Est.

Nie ufał ani własnemu szczęściu, ani dobroci paladyna. Węszył spisek, skrzętnie zastawioną pułapkę, która zamknie się, gdy tylko przekroczy próg garnizonu. I jak mocno by się nie starał, nie był w stanie przejrzeć motywów przeciwnika. Choćby wczuwał się całym sobą, empatia i wrażliwość nie wykrywały niczego.

Sir Aarim Asmodeusz wyprostował się, znów splatając dłonie za plecami, jakby był to uniwersalny gest zamyślenia. Obszedł biurko i zatrzymał się przed elfem, słonecznie złotych oczu nie odrywając od wiosennej świeżej zieleni.

- Wychowałem się w poczuciu sprawiedliwości - rzekł powoli. - Nauczyłem się, iż brudna walka i polityczne manipulacje nie mają w sobie żadnej prawości. Wedle mojej opinii zabijanie wszeteczników oraz złodziei bez uprzedniego procesu jest przejawem bestialstwa i nie przystoi paladynom, piewcom pokoju. Jednakże nie nadano mi prawa, w imieniu którego mógłbym zmienić utrwalony przez wieki porządek rzeczy. Dlatego, mości Estalavanesie, nie muszę kierować się osobistymi pobudkami, by czynić jak należy.

Przeciągając spojrzenie wyminął Esta w drodze do wyjścia z gabinetu. Chłopak zadrżał, gdy nagle w komnacie zapanował dokuczliwy ziąb. Ciepłe świetliste smugi przedostające się przez grube szkło grzały jego okryte czarnym pancerzem ciało, lecz pod spodem było mu niewyobrażalnie zimno. Jak gdyby słońce odwróciło się do niego stalowymi plecami.

Złote słońce wypowiedziało wojnę białemu księżycowi. Aż zrobiło mu się niedobrze na to porównanie.

Właśnie zyskał kolejne trzy dni życia. Powinien się cieszyć, w końcu zaalarmuje Niedźwiedzie. O własnych siłach osiągnął zamierzony cel, a przynajmniej takie odnosił wrażenie. Poniekąd zwyciężył, gdyż kara śmierci została odroczona w czasie, jednak myśl o tym, z czym… z kim się zmierzy sprawiała, że znów był tym zwyciężonym. Jakby coś od samego początku nie było na swoim miejscu. Pojedynczy element, który zdawał się pasować do całości, a mimo to zgrzytał i trzeszczał grożąc pęknięciem, aż ostatecznie zniszczeniem machiny Wszechrzeczy.

Przynajmniej nie drażniła go już żadna obca energia. Żadna larwa nie wierciła mu się w trzewiach. Umysł miał czysty, a myśli spokojne. Jak straceniec pogodzony z losem. I podobnie jak ten straceniec wyszedł za swoim katem. Słońcem mogącym spalić ich wszystkich.

piątek, 7 marca 2025

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 17 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




Powrót do Adeili nie służy Estowi. Znalazłszy się w potrzasku murów miasta garnizonowego zmuszony jest walczyć nie tylko ze swymi lękami oraz powracającym dokuczliwym uczuciem w trzewiach, ale i Głosem skorym do wydawania nieprzychylnych wszystkiemu opinii.
    Wraz z lordem Henendrikiem II Halavarem udaje się na audiencję u rycerza-dowódcy, wierząc, iż zazna choć odrobiny spokoju. Nie ma pojęcia, jak przewrotny potrafi być los, z którym wciąż nie może się pogodzić...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 7d'3m'25r2t]







Motyw kształtowania charakteru bohatera od zawsze mi się podobał i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. Dlatego też lubię książki, w których wyraźnie widać płynnie zachodzące w postaciach zmiany i natychmiast wyłapuję najróżniejszego rodzaju niedociągnięcia czy idiotycznie niewytłumaczalne skoki nastrojów. Jest to jeden z powodów, dla których nie biorę się za young adult i temu podobne gatunki, gdzie bohaterowie często zachowują się irracjonalnie, a ich wahania i zmiany nie są niczym uzasadnione. 
  Staram się, by moi podopieczni wykazywali się realizmem, nie tracąc przy tym unikalnych cech charakteru. Est z sieroty, ofiary losu i kompletnego lebiody pomału staje się świadomym swych umiejętności i zdolności młodym mężczyzną, kształtowanym przez doświadczenia oraz wpływy osób mających dla niego znaczenie. Druga tożsamość również ma tu wiele do, hmmm, powiedzenia, rozdzierając go wątpliwościami. Czy oszaleje, kompletnie rozstrojony? A może dojdzie do porozumienia i z dwojga uczyni jedno? Przekonajcie się sami! 🤍

P.S. Jeżeli oczekujecie motywu hate-to-love ("od nienawiści do miłości" - dla niewtajemniczonych), to niestety trafiliście pod zły adres...

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 17

 

Zapadła noc, a karoca jechała dalej, zatrzymując się tylko raz dla ulżenia pęcherzowi właściciela. Stangret nie spał i zapewne lata doświadczenia utrzymywały go w pionie na wyściełanym koźle, za to lord Henendrik II z rodu Halavar pochrapywał cicho na rozkładanej jak leżanka ławce, w pełni ufając nietypowemu współpasażerowi.

Zdjąwszy wysokie buty, Estalavanes podciągnął kolana pod brodę i sadowiąc się przodem do okienka gorączkowo rozmyślał nad niedaleką przyszłością, układając kolejne plany, wybierając, wyrzucając oraz modyfikując pomysły. Żaden nie był dobry. Żaden na dłuższą metę nie sprawdzi się w praktyce. Czuł się jak zdrajca, ale czy dezercja nie czyniła z niego kogoś na wzór sprzeniewiercy? Dokuczliwe wyrzuty sumienia zagłuszała wyłącznie świadomość, że robi to dla większego dobra.

Czyjego dobra, do jasnej cholery...

Z samego rana dotrą pod bramy miasta, w którym czeka ich spotkanie z rycerzem-dowódcą, wysokim szarżą paladynem dowodzącym garnizonem w Adeili. Następnego dnia, po nocy spędzonej w wygodnych łóżkach, powrócą na włości Halavarów pod eskortą oddziału Synów Tarthosa. A przynajmniej tak sądził Dobrodziej.

Karoca kołysała się z prawa na lewo i wycieńczony intensywnym namysłem chłopak musiał przysnąć, gdyż zmierzch zadziwiająco szybko przeszedł w brzask. Poczuł i usłyszał jak ubita ziemia ustępuje ciosanej kamiennej kostce, na której obite metalem koła głośno turkotały. Jego czułych uszu dobiegł też oddalony gwar miasta budzącego się do życia. Napłynęły również zapachy - koni, bydła, psów i zbyt wielu ludzi na niewielkiej powierzchni. Z przyjemnością zauważył, że to dzięki resorom karoca była nadzwyczaj luksusowym środkiem transportu, nie odczuwał bowiem żadnych niedogodności związanych z długimi godzinami jazdy. No, może poza przespaniem kilku z nich w mało komfortowej pozycji. I coraz częstszymi skurczami żołądka.

Lord przebudził się paręnaście oddechów po nim i usiadł, spuszczając krótkie nogi w jedwabnych pantoflach na wielobarwne płytki posadzki. Ziewnął i przetarł powieki.

- Dobry dzień, mości Eście! - Uśmiechnął się do kompana, po omacku szukając bereciku. - Wierzę, iż solidnie wypocząłeś i oczyściłeś umysł? Rycerz-dowódca jest iście światłą osobą, negocjacje z jego udziałem wymagają niemałego zaangażowania rozumu.

Est przywitał się uprzejmie i potaknął z bladym uśmiechem. Doskonale pamiętał sir Cyryla, biegłego dyplomatę. Nie miał z nim najmniejszych szans, a i tak postanowił spróbować szczęścia, którego miał jeszcze mniej.

Jechali wyłożoną gładkim kamieniem ulicą, szeroką i tłoczną. Mieszczanie oraz prostaczkowie rozchodzili się na boki widząc kosztowny pojazd będący własnością jednego z możnowładców. Nie przeszkadzało im to jednak gapić się nań, aż ze stukotem kopyt i skrzypieniem kół nie zniknął wśród gęstej ciżby. Wówczas wracali do swoich obowiązków, momentalnie zapominając o przepychu, jaki mignął im przed oczami.

Est przesunął się na środek ławki, wciskając w miękkie obicie. Nie chciał, by go rozpoznano. Odnosił wrażenie, że pierwszy lepszy człowiek przebywający w Adeili od razu go przyuważy i wyda patrolowi. Wtedy jego szanse na ocalenie kogokolwiek drastycznie zmaleją, bo jaka była szansa, że w patrolu znajdzie się złotooki młodzian? No i oczywiście dezerterzy… Czy Viera i Brek wciąż tu byli? Czy może rycerze Zakonu już ich złapali? Nie, na pewno nie. Prędzej natknie się na młodego paladyna, aniżeli tamta dwójka da się ująć bractwu.

- Czy wszystko w porządku, mości czarodzieju? Chyba nie wycofałeś się z warunków naszej niepisanej umowy, hm?

Dopiero teraz Est spostrzegł, jak wnikliwie przygląda mu się szlachcic. Jasne niebieskie oczy były lekko przymrużone, a wyraz pulchnej twarzy skupiony, kiedy tak wpatrywał się w okryte cieniem białe oblicze.

Est umknął spojrzeniem w bok, jakby podziwiając widok za okienkiem. Ucisk w trzewiach stawał się przeraźliwie znajomy. Siłą woli powstrzymywał się przed uzewnętrznieniem rosnącego cierpienia.

- Tak, szlachetny panie, dziękuję – przytaknął, pospiesznie się tłumacząc. -  Myśl, że przyjdzie mi stanąć przed majestatem rycerza-dowódcy, nieco mnie deprymuje. Nie lękaj się jednak, wszystko zależy od jego decyzji.

Lord Henendrik II jeszcze przez chwilę spoglądał na Esta, po czym poprawił beret na czubku czupryny i przymknął z zadowoleniem oczy.

- Zaiste, jego ekscelencja to człowiek wyjątkowy pod każdym względem. - Uśmiech uniósł złocisty wąs aż pod perkaty nos. - Ludzie z Adeili mawiają, iż jest on estariońskim wcieleniem samego Tarthosa. Inni znów podejrzewają, jakoby był jego umiłowanym synem.

Zaintrygowany Est popatrzył na rozmówcę.

- A ty, panie? – zapytał. - Kim według ciebie jest rycerz-dowódca z Adeili?

- Mmm, cóż… - Lord wyglądał na zakłopotanego, co zaskoczyło Esta. Lecz jeszcze bardziej zastanowiły go dalsze słowa Dobrodzieja. - Według mnie, na pewno nie jest człowiekiem.

Wielkie kocie ślepia spoczęły na pyzatej twarzy korpulentnego człowieczka. Est byłby tak gapił się na niego z rozdziawionymi ustami, gdyby nie szarpnięcie w tył oznaczające zatrzymanie karocy. Chłopak już nic nie rozumiał. Sir Cyryl to człowiek! Już pytał, skąd to śmiałe stwierdzenie, kiedy mrowie ludzi wysypało się z sąsiedniego budynku wywołując kontrolowany chaos, w którym przyciszone głosy mieszały się z prychaniem zmęczonych koni uwalnianych z drewnianego dyszla. Lord już na niego nie patrzył. Zerkał przez okienko wypatrując służących mających się nim zająć.

Niespodziewanie Est poczuł do niego odrazę, niechęć tak gwałtowną, że gotów był wysiąść z powozu i zawrócić, zrywając wszelkie umowy. Chciał wrócić do Twierdzy, opowiedzieć się po właściwej stronie konfliktu i wesprzeć ją mocą Zaklinacza Żywiołów. To nieprzyjemne, intensywne uczucie spotęgowało dziwne wariacje w brzuchu, aż zrobiło mu się niedobrze. A gdy wreszcie rozpoznał to, co działo się wewnątrz niego, niemal jęknął zdjęty grozą.

Czerwie pożerały go od środka.

Drzwiczki uchyliły się bez ostrzeżenia. Zielony, haftowany złotą nicią dywan ciągnął się spod schodków karocy prosto za próg przysadzistego budynku pokrytego lśniącymi o poranku licówkami. Służący sprawnie zbierali bagaże i zanosili je dyskretnie ku bocznemu wejściu. Szpaler bijącej ukłony żeńskiej części służby powitał pana, gdy postawny stangret trzymał ozdobną złotą klameczkę w swoich wielkich dłoniach. To nie był zwyczajny woźnica. Spojrzenie, jakie rzucił białemu elfowi, oferowało co najmniej pięć sposobów na szybką śmierć.

Uderzony tą nadmierną wystawnością Est zacisnął szczęki. Oburącz przytrzymał się krzepiąco mrowiącego kostura, byle nie szarpać za ucho. Nie potrafił patrzeć na te sceny ze spokojem, gdyż denerwowały go bardziej niż niepożądana zawartość żołądka. Denerwowało go wszystko, co miało związek z tym przeklętym człowiekiem, obłudną istotą pławiącą się w uległości słabszych, uboższych przedstawicieli własnego gatunku.

Czuowiecy gorsi są od zwierząt. Nadużywają swych pozycji, tworząc sztuczne hierarchie nie mające nic wspólnego z autentyczną siłą. Czuowiecy są wynaturzeniem.

Wstrząsnął nim zimny dreszcz. Gęsia skórka kwitła, swędząc pod ubraniami i pancerzem. Przecież wcale tak nie myśli… Ludzie to istoty żywe. Przecież…

- Mości czarodzieju? - usłyszał głos lorda jakby z oddali. - Uczynisz mi ten zaszczyt towarzyszenia przy porannym posiłku?

Kłamstwo rodzi kłamstwo - mówił tymczasem drugi w jego wnętrzu. Raz dotknąwszy ciemności, sięgać będziesz ku niej częściej niż byś pragnął. Aż nie będziesz pragnął niczego innego. Staniesz się cieniem samego siebie.

Est zamknął oczy, głośno przełykając ślinę. Sam na to przystał. I choćby świat się walił, doprowadzi swoje dzieło do samego końca. Biorąc wdech, podniósł bagaże z kryształowej mozaiki i podpierając się na hebanowym kosturze wstał z siedziska. Wychynął na zewnątrz, mrużąc w słońcu powieki i posłał Henendrikowi II wymuszony uśmiech, dając się prowadzić w kierunku okazałego przybytku.

Wygłodniały Est nie odmówił poczęstunku nawet w obliczu koszmaru wijącego mu się w trzewiach. Zapach gorącego pieczywa spowijał nozdrza, mieszając się z aromatem smażeniny. Bogata woń przypraw i ziół nęciła wysublimowane gusta chłopaka, zaś panujący w tym miejscu półmrok stwarzał atmosferę sprzyjającą niespiesznemu posilaniu się i rozmowom. Wielka sala należącej do arystokraty gospody była pusta, gdyż cały budynek zamknięto na czas pobytu właściciela. Służące roiły się wokoło, przemykając niezauważenie. Nieprzyzwyczajony do takiego traktowania Est zwracał na nie szczególną uwagę. Nie czuł się z tym dobrze i starał się wszystko robić samemu, prosząc, by nie dotykano jego ekwipunku oraz jego samego pod groźbą uaktywnienia ochronnego zaklęcia. Był obserwowany. Czujny wzrok bez ustanku wodził za jego ruchami, a wiercenie w brzuchu naprzemienne nasilało się i malało, jakby zalewały go fale przypływu i odpływu. Nie zdradzał się jednak ze swoimi prawdziwymi zamiarami. Nie zmieni swojego losu, ale mógł zmienić los przyjaciół. Miał na niego wpływ. Robactwo czy nie, rycerz-dowódca czy inne licho, to teraz bez znaczenia. Wszedł w rolę wędrownego czarodzieja Esta i niech tak zostanie.

Dojadał właśnie porcję jajka w koszulce z koperkowym sosem, kiedy milczący gospodarz ujął złoty kielich w serdelkowate, upierścienione palce.

- Za powodzenie naszej misji, mości Eście! - zawołał donośnie, unosząc polerowane naczynie.

Est sięgnął po najbliżej stojący kryształ z bezbarwnym płynem i odruchowo powąchał jego zawartość. Usatysfakcjonowany wzniósł go w toaście.

- Za powodzenie misji, szlachetny panie - odparł z entuzjazmem, upijając łyk orzeźwiającej wody. Mojej misji, dodał bezgłośnie.

Po śniadaniu rozdzielili się, by dopełnić ostatnich przygotowań przed spotkaniem. Zniechęcony Est po raz wtóry odmówił służącym, które natarczywie upierały się, by zatroszczyć się o niego w balii wypełnionej parującą wodą i wonnościami. Taka ich praca, jednakże on nie akceptował towarzystwa podczas kąpieli. Za wyjątkiem Cola...

Dokończywszy kąpiel i cuchnąc jak wyperfumowana panienka na dworskim balu, Est zajął się czyszczeniem matowego kirysa. Otrzepując pelerynę z kurzu nadal marszczył nos, a podczas sprawdzania zawartości toreb oraz plecaka wciąż mdliło go od przesytu słodkich olejków. Odświeżony, schodząc w rynsztunku do głównej sali był prawie jak nowonarodzony, z tą różnicą, że zalatywało od niego nie zasypką dla niemowląt, a kwiatostanem królewskich ogrodów. Kręciło mu się w głowie od tych intensywnych zapachów. Jeśli lord próbował go oszołomić, to nie potrzebował wymyślnych alkoholi i trucizn. Wystarczyła kąpiel!

- A po cóż ci te pakunki, mości Eście? – zdumiał się wielmoża. - Idziemy złożyć wizytę jego ekscelencji.

Est obejrzał się na siebie. Rzeczywiście, wyglądał podejrzanie w wyszorowanym pancerzu i ze wszystkimi tobołami.

- Niestety, jako wędrowny czarodziej nie noszę ze sobą wytwornego odzienia – usprawiedliwiał się, kłamiąc gładko. - A skoro już tu jestem, chciałbym zaraz po audiencji dokonać koniecznych zakupów i sprzedać specyfiki, którymi dysponuję w nadmiarze.

Lord Henendrik II wygładził zieloną tunikę obszytą złotą nicią. Haftowana moneta połyskiwała na beczkowatej piersi w miejscu serca, otoczona sześcioma złotymi guzikami w kształcie koron. Złoto. Wszędzie to przeklęte złoto.

Czuowiecy są słabi. Ich majątki i wpływy są oznaką władzy. Oni sami nie posiadają nic.

- Alchemik z mości Esta? - zagadnął lord niby z ciekawości.

Chłopak drgnął. Zdawał sobie sprawę, że nie jest najlepszym kłamcą, lecz w tej sytuacji fortuna mu dopisywała. Uśmiechnął się nieśmiało i rozsznurował torbę. Grzebiąc pośród otulonych materiałem flakoników wyjął jeden z nich, oklejony koślawą etykietą. Podchodząc do szlachcica uśmiechnął się szerzej, odsłaniając cztery długie kły, i wyciągnął ku niemu podarek.

- Proszę, oto uśmierzacz mojej receptury – zaprezentował z rosnącą dumą. - Jest niezwykle wydajny. Kropla na migrenę. Dwie na złamanie. Trzy, by ukoić najsilniejszy ból. Zaledwie pięć, by złagodzić cierpienie po amputacji na połowę dnia. Nie przytępia zmysłów, nie powoduje zmęczenia.

Wąsaty mężczyzna obrócił buteleczkę w dłoni. Płyn przelał się ze ścianki na ściankę, klarowny, o lekko różowym zabarwieniu. Zerknął na elfa spod słomianej, pociągniętej wonną pomadą grzywki.

- Zaprawdę szczęśliwy to dzień, gdy cię spotkałem, mości czarodzieju - wymruczał z radością, skrywając cenny dar w wewnętrznej kieszeni atłasowego płaszczyka. – Pójdźmy więc! Zły to gość, który każe czekać gospodarzowi.

Jak powiedział, tak zrobił, dziarsko przebierając nogami i zostawiając w tyle elfa ogarniętego nienazwanym lękiem. Czy ten mały człowieczek przejrzał jego podstęp? Czy właśnie nadszedł moment, w którym wyda go rycerzom z garnizonu? Jeśli taka jest prawda, to kroczy prosto w objęcia śmierci.

Est pozwolił sobie na długi wdech. Przez cały ten czas balansował na krawędzi między rzeczywistością a światem równoległym - jeden zły krok i upadek w przepaść skończy się dla niego tragicznie. Wciąż słyszał obcy, a zarazem znajomy głos. Swój głos. Głos z mglistego wspomnienia. Czuł jakby nieznana siła torowała mu drogę w nieprzeniknionych ciemnościach, jednocześnie będąc jego percepcją szukającą punktów zaczepienia w świecie, w którym przyszło mu żyć. Rzeczywistość, w jakiej się znajdował, była mu wroga. Nie była jego. Cokolwiek wyzwoliło się kilka nocy temu, nie wróci już do uprzedniego stanu. On nie wróci. Stawał się niepoczytalny, pomału zatracając tożsamość.

Przełknął czerwie wpełzające mu do gardła i postąpił ku wyjściu z gospody na skwar letniego dnia. Zdziwiło go, iż wielmoża przemieszczał się na własnych krótkich, grubych nóżkach. Spodziewał się zmyślnego pojazdu na miarę pięknej karocy, tymczasem – zawiedziony - szybko go dogonił. Łypnął spod oka na korpulentnego, rozpromienionego lorda i rozejrzał się po zaludnionej ulicy. Nie byli sami. Osobista ochrona skutecznie wtapiała się w tłum, ale Est nie musiał ich widzieć, by czuć na karku grad spojrzeń. Żywił nadzieję, że w istocie byli to ludzie Henendrika II, a nie psy dezerterów. Biały elf w mieście ludzi wyróżniał się jak lis w kurniku. Na pewno ktoś go rozpoznał. I doniósł komu trzeba.

Wydawać się mogło, że podróż trwała godzinę, lecz nie minęło więcej niż kwadrans, gdy dotarli niemal do końca długiej alei. Wścibska gawiedź nie tłoczyła się tutaj tak gęsto, a dwupiętrowe kamienice porastające obie strony drogi przerzedzały się na granicy z olbrzymimi drzewami i bujnymi ogrodami. Długie uszy chłopaka drgnęły na słodki dźwięk plusku wody. Liście szeleściły w powiewach ciepłych prądów południowego wiatru, a cień roślinności kusił obietnicą ucieczki przed palącym słońcem. Urękawicznioną ręką chwycił jedną z białych końcówek uszu, ciągnąc za nią boleśnie. Uspokoił się wreszcie, czego nie można było rzec o niechcianej obecności w brzuchu. Paskudne pasożyty harcowały, jakby karmione jego opanowaniem.

Zbliżali się do górującego nad rynkiem i ogrodami gmachu, centralnego punktu Adeili. Poprzednim razem Est nie miał możliwości ujrzenia garnizonu, ponieważ przebywał w innej części miasta, teraz jednak niebosiężna świątynia przesłaniała mu widok, przyćmiewając majestatem zarówno niebo, jak i horyzont. Oprowadzający go arystokrata wyjaśnił, że patrzy na Katedrę Tarthosa, świętą budowlę będącą ośrodkiem kultu i garnizonem, siedzibą bractwa paladynów. Cały kompleks budynków mieszkalnych oraz użytkowych przypominał niewielką warownię z białego kamienia wyraźnie odcinającego się na tle burych, aczkolwiek schludnych zabudowań miasta. Otaczająca je zieleń skrywała tajemnice, jakich prości ludzie nie odważyli się zbadać, mimo to z chęcią korzystali z dobrodziejstwa cienia jaki dawały, przysiadając na marmurowych ławeczkach czy bezpośrednio na soczystej trawie pod pniami rozłożystych drzew.

Katedra była zapierającą dech konstrukcją. Cięte w białym kamieniu równe bloki strzelały w górę, przechodząc z gładkich ścian w okrągłe, rozszczepiające się iglice. Wąskie złoto-błękitne witraże wysokie na połowę ściany przedstawiały legendarnych rycerzy w pobożnych pozach. Szerokie u podstawy i zwężające się ku wejściu schody prowadziły do niskich, uchylonych drzwi, w których mogło się zmieścić najwyżej dwoje ludzi na raz. Zapewne miały jakiś cel strategiczny, ponieważ w znacznym stopniu ujmowały estetyce monumentalnej katedry.

Estowi było słabo, lecz uparcie parł naprzód oczarowany surowym pięknem budowli. Rześki zapach docierał do jego nozdrzy pieszcząc zmysły, a rozkoszny cień kładł się na czarnym pancerzu i pelerynie. Powinien podzielać spokój odpoczywających mieszczan, ale aura tego miejsca subtelnie go odpychała. Czuł wyłącznie niepokój.

Wdrapywali się na szczyt, a otyły szlachcic pocił się i sapał w szykownej tunice, atłasowym płaszczyku oraz wypastowanych skórzanych trzewikach. Obwieszony złotem i klejnotami zdawał się być jedynie prostym człowiekiem ubranym w barwny kostium nadwornego pajaca, któremu dla hecy rozkazano przebiec parę kilometrów. Kwaśna woń ludzkiego potu i perfum zmarszczyła biały nos.

Jako pierwszy przy drzwiach stanął Est i podpierając się okutym stalą kosturem czekał cierpliwie na słaniającego się, wyzutego z dostojeństwa kompana. Nie podał mu ręki, chociaż miał taki zamiar. Nie chciał, aby dotykała go osoba pokroju lorda. Tylko dwóch ludzi miało do tego prawo, a nosili oni w swych sercach więcej szlachetności niż stękający wielmoża miał koron w skarbcu. Znów czekał, aż jaśniepan otrze skronie z potu i schowa jedwabną chustkę z powrotem do kieszonki, z trudem łapiąc dech. Est cieszył się, że lada chwila będzie po wszystkim. Nie wiedzieć czemu, towarzystwo tej miękkiej istoty zaczynało go niepomiernie irytować.

Wkrótce udało im się przekroczyć próg wspaniałej katedry. Owionął ich chłód zacienionej, przytłaczająco przestronnej nawy wiodącej do podwyższenia. Pośrodku prezbiterium objętego otwartym obejściem ustawiony był gładki blok żyłkowanego marmuru. Dwóch rycerzy pochylało się nad nim, stojąc przodem do przybyszów.

Pot spływał po szyi człowieka, gdy idąc powoli środkiem nawy wskazywał na poszczególne elementy konstrukcyjne opisując ich funkcje i wymieniając nazwy będące dla Esta zupełną abstrakcją. W nawach bocznych oraz transepcie znajdowały się drewniane stalle kapłanów a także proste ławki pozajmowane przez kilkoro mieszkańców szukających ukojenia oraz ciszy. Wnętrze było surowe, wręcz ascetyczne. Est nie dojrzał żadnych figur ani obrazów, nie licząc witraży rzucających barwne refleksy na posadzkę oraz przypory. Jedynie pod rozetą, na przeciwległej do wejścia ścianie, zwisał sztandar w błękitnym kolorze, na którym pysznił się biały miecz złożony pionowo na tle białej prostokątnej pawęży. Est zadarł brodę, spoglądając w górę na zachwycające sklepienie utworzone z krzyżujących się ostrych łuków. Nadawały one wnętrzu pełnej wdzięku delikatności oraz elegancji. Wygaszone mosiężne żyrandole wisiały na ciężkich łańcuchach, ginąc pośród niebywałego piękna wysokiego stropu.

Odzyskawszy godność, lord Henendrik II przestał dyszeć i żwawiej ruszył środkiem nawy, wzdłuż wydeptanego błękitnego chodnika. Kierował się do paladynów stojących za ołtarzem. Est już z tej odległości przyglądał się ich zbrojom i dostrzegł, że wcale nie są aż tak pozbawione zdobień, jak z początku sądził. Delikatnie tłoczone wykończenia widoczne były dopiero pod odpowiednim kątem padania światła. Wbrew prostocie miały swój ukryty urok, choć dla niego wciąż pozostawały kawałem lśniącej bielą stali. Niechętnie podziwiał paladynów za ich dyscyplinę oraz poświęcenie, z jakim dźwigali coś tak ciężkiego i niewygodnego, nie wyglądając przy tym na umęczonych - ich gładko ogolone twarze wyrażały błogość uniesienia oraz zdradzały więź, jaką nawiązywali ze swym Wszechmocnym patronem.

Korpulentny arystokrata zatrzymał się przed stopniami prezbiterium. Milczał, czekając aż święci mężowie zakończą modły, i obserwował spod brwi elfa, który wzroku nie odrywał od niemłodych rycerzy. Bruzdy znaczyły ich oziębłe oblicza, a wśród ciemnych włosów pierwszego brata zakonnego widać już było pasma siwizny.

Dwie głowy jak na komendę uniosły się nieznacznie. Dwie pary oczu spoczęły na rumianym człowieku, by zaraz potem prześlizgnąć się płynnie na białego elfa. I na nim spoczęły na dłużej. Obyło się bez uśmiechów, wymiany powitań czy też zwyczajowych dla ludzi grzeczności. Paladyni byli surowi niczym kamień, z którego zbudowano katedrę. I równie rozmowni. Est stwierdził, że muszą być wyjątkowo smutnymi ludźmi, lecz nie powiedział tego na głos. Lord przedstawiał go właśnie jako sojusznika słusznej sprawy i uzdolnionego czarodzieja. On sam nie miał ochoty się odzywać, kiedy czerwie przerabiały jego wnętrzności na sito.

Mężczyźni potwierdzili, że rycerz-dowódca spodziewa się wysłannika Unii Możnych i poprowadzili swych gości do sprytnie ukrytych drzwi. Pociągnięciem białego sznura odsunęli jeden z mniejszych proporców wiszących na ścianie bocznej obejścia i podczas gdy jeden ze świętych mężów służył im za przewodnika, drugi zamknął pochód, zasłaniając wejście.

Korytarze oraz klatki schodowe cechował ten sam chłodny ascetyzm co wnętrze gmachu katedry. Małe okna z bezbarwnymi szybami wychodziły na dziedzińce, gdzie w pełnym uzbrojeniu ćwiczyli młodzi rekruci. Z głębi przejścia dochodziło stłumione rżenie koni. Pomimo wrażenia zamknięcia, miły przewiew niósł ze sobą rześkie powietrze.

Przewodnik oraz jego towarzysz oszczędnymi ruchami dłoni pozdrawiali mijanych zbrojnych i po długiej podróży - z dwoma postojami dla agonalnie zipiącego arystokraty - stanęli pod masywnymi drzwiami. Rozległo się głuche dudnienie, gdy zakuta w stal pięść uderzyła trzykrotnie w dębowe drewno i zostali wprowadzeni do niewielkiej komnaty służącej za gabinet. Eskortujący ich rycerze zostali za drzwiami.

Est rzucił okiem na skromny wystrój pomieszczenia, odwracając uwagę od skrętu kiszek grożącego niepowstrzymaną katastrofą, jak gdyby pożerające go robale zapragnęły wydostać się na wolność. Wszystkie na raz. Natychmiast.

Nerwy - powtarzał sobie. Jak rany, to z nerwów.

Pod olbrzymim oknem naprzeciwko tkwiła samotna postać o szerokich barkach odzianych w najprzedniejszą białą stal. Skąpany w oślepiającym blasku słońca pochylony rycerz-dowódca stał plecami do gości, mocując się z zapięciami zarękawia. Luźne pasy błękitnej szaty wystające spod kirysa falowały wokół kostek przy każdym jego ruchu. Wtem jeden krok w tył zachrzęścił płytami zbroi. Stalowe obcasy zastukały na gładkim kamieniu podłogi, gdy mężczyzna z gracją obrócił się na pięcie i podchodząc bliżej, popatrzył na suplikantów znad dopinanego karwasza. Prosto w wytrzeszczone niedowierzaniem zielone oczy.

Przerażony Est uderzył plecami w drzwi, obnażając kły. Z wykutej w marmurze młodzieńczej twarzy patrzyły na niego bezdenne źrenice okolone złotymi tęczówkami.

wtorek, 4 marca 2025

Sześć kolorów - praca zbiorowa

Na wstępie zaznaczam, że to mój błąd, iż wcześniej nie sprawdziłam redakcji i składu autorek (bo, zgodnie z zasadą równości, żadnych autorów płci męskiej oczywiście nie zaproszono do współpracy), toteż nie powinnam mieć pretensji do nikogo innego prócz siebie samej. No i mam, bo na tę szmirę zmarnowałam cały miesiąc. Ale do rzeczy.

Na zbiór składa się sześć opowiadań. Nie przepadam za tą formą literacką, chociaż w wykonaniu Neila Gaimana wypadła świetnie, więc czemu by nie dać szansy i tym? Przy pierwszej historii mój optymizm się skończył. Przy kolejnych było już tylko gorzej, pomijając obiecującą historię numer dwa, która ostatecznie też mnie rozczarowała. 

A dlaczego tak srogo? 

W dużej mierze wszystkie opowiadania sprowadzały się do tandetnej literatury z gatunku romansów mafijnych oraz kryminałów kobiecych (jeden był jakby fantasy, ale ubogi strasznie). Już to powinno mnie zaalarmować, ale jak zaznaczyłam wyżej, nie zainteresowałam się tym wcześniej. Jak łatwo się domyślić, omijam te "gatunki" szerokim łukiem. 

A oto dlaczego.

W ani jednym opowiadaniu nie poczułam chemii między bohaterami/bohaterkami. Historie przedstawione są płytkie i banalne, poruszane problemy przejaskrawione, a strony konfliktów do bólu skrajne. Wulgaryzmy występują w nadmiarze i nierzadko psują byle jak sklecony klimat, wprowadzone jakby z przymusu, by podkreślić "siłę" twardziela/twardzielki. Ale niewybredne słownictwo to nic w porównaniu ze scenami aktów cielesnych suchymi i opisowymi jak scenariusz niskobudżetowego porno, gdzie słowo "cipka" i "kutas" nie spotykają się z synonimami ani rozpalającymi wyobraźnię zmiękczeniami. Żeby było zabawniej, tytuł spod szyldu LGBTQ+, a osoby biseksualne przedstawiono jako zdradzieckie, rozpustne i lubieżne zagrożenie czyhające na niewinne lesbijki i gejów. No uśmiałam się. Jak gdyby statystyka zdrad zależała od orientacji a nie samego człowieka, ale co ja tam wiem (podejrzewam że więcej niż autorki, zakładając, że wszystkie są pure hetero).


Podsumowując, powyższa pozycja to zwyczajny chwyt na LGBTQ+. Niestety, ja dałam się schwytać, ale książka już dostała nakaz eksmisji z regału. Nie tego oczekiwałam - mój umysł wyjałowił się, poddawany regularnym odmóżdżającym torturom, które niemożebnie przeciągałam w czasie. Miesiąc. Cały styczeń. A w przeciągu 28 dni lutego przeczytałam trzy pozycje o wiele grubsze, ciekawsze i pełniejsze, bardziej sycące oraz wymagające zaangażowania. Nawet pisanie recenzji przeciągałam, taki to koszmar...



P.S. Nie mam nic do romansów i erotyków, ale takich z prawdziwego zdarzenia, soczystych, bujnych i ociekających emocjami. Uwielbiam kiedy atmosfera między bohaterami budowana jest stopniowo, a nastrój towarzyszący ich zbliżeniom tkany z pasją. Czuję wtedy przepływ emocji między uczestnikami sceny, pogłębianie ich relacji i zacieśnianie więzi 🤍