sobota, 28 marca 2026

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 40

 

Postój przegłosowano jednomyślnie na godzinę przed zmierzchem. Podróżnicy darowali sobie popołudniowy posiłek na rzecz szybszego dotarcia do miasta, a Estalavanes przy każdej nader troskliwej uwadze odnośnie jego stanu uprzejmie informował, że potrafi długo wytrzymać bez jedzenia. Szczególnie że nastrój, jaki go opanował, objął nie tylko ducha, ale i ciało. Ściśnięte gardło nie przyjęłoby żadnego pokarmu, żołądek zaś odgrażał się zwróceniem wszystkiego, co nierozważny półsmok wcisnąłby w siebie.

Tylko książę Aarim Asmodeusz pozostawał obojętny na to, co działo się z chłopakiem.

- Rozkulbaczcie konie - nakazał zsiadając z wysokiego grzbietu rumaka bojowego. - Nie musicie ich pętać, Sen nie pozwoli im uciec.

- Sen? - Leos niezgrabnie zsunęła się z siodła. Popatrując na majestatycznego białego ogiera zabrała się za odpinanie swoich pakunków. - Szkolicie konie, by pilnowały stada?

- Nie, Leos, to stado pilnuje się jego.

Niebianin wprawnymi ruchami rozsupłał troki sakwy i odłożył ją na ziemię, jednocześnie instruując podwładnych.

- Rozpalcie ogień na noc. Okoliczne drapieżniki bez wątpienia zainteresują się tak końmi, jak i nami.

Colonell rzucił plecak na środek prowizorycznego obozu. Rozejrzał się uważnie w coraz słabszym świetle wieczora, nadstawił ucha, lecz nie wykrył żadnego zagrożenia. Nie podobał mu się pomysł z rozpalaniem ognia na granicy z puszczą, będą wtedy widoczni dla każdego, kto podróżuje traktem lub ukrywa się w gąszczu.

- O tej porze roku – sprzeciwił się - drapieżniki mają dość pożywienia, by nie ryzykować konfrontacji z ludźmi. Nie są głupie, posmakowały już naszych stalowych kłów i pazurów.

-  Określenie “drapieżnik” jest pojęciem względnym, przodowniku.

- Więc czym są drapieżniki o których mówisz, paladynie?

Zimne złoto i przydymione szmaragdy spotkały się, a Est mógł przysiąc, że usłyszał trzask iskry zrodzonej z obopólnej nieustępliwości. Przez chwilę dwaj mężczyźni mierzyli się wrogimi spojrzeniami, by niemal równocześnie odpuścić i wrócić do swoich zajęć.

Atmosfera zgęstniała. Powietrze stało się ciężkie i duszące jak przed burzą.

- Rozpalcie więc ogień, aby przygrzać strawę - rzucił kategorycznie Aarim. - Przyjmuję pierwszą wartę. Bezdyskusyjnie.

Leos z niepokojem śledziła rozwój sytuacji, podczas gdy oparty o bok karosza Est starał się zrozumieć zjawisko, którego właśnie był świadkiem. Zarówno niebianin jak i człowiek nawykli do wydawania rozkazów, a nie słuchania ich. Obaj pełnili funkcje przywódcze, obaj byli synami wysoko postawionych osób i obaj mieli własne, jak na ironię, odmienne zdanie. Niemniej do Aarima, jako ich zleceniodawcy, należało ostatnie słowo. Ten stan rzeczy mogło zmienić wyłącznie rozwiązanie Kompanii Najemnej Niedźwiedzi. Albo jej rozgromienie...

Est wzdrygnął się; niejasna przestroga mistrza jeszcze długi czas będzie go prześladowała. Lepiej żeby ich tam nie było, kiedy nastąpi nieuniknione…

Pogrążony w zadumie mrugnął, kiedy okryte czerwoną tuniką plecy czarodziejki pojawiły się w jego polu widzenia.

- W takim razie biorę na siebie przygotowanie ogniska, dobrze? - spytała z wahaniem, wskazując na gęstwinę kilka metrów dalej. – Tylko znajdę trochę chrustu.

- Pomogę ci. - Est już zamierzał do niej dołączyć, gdy mrożące krew w żyłach spojrzenie płynnego złota uziemiło go na dobre. - Czyli że nie pomogę?

- Nie, Estalavanesie, zostaniesz tu ze mną. Musimy porozmawiać. Na osobności.

- Mam puścić dziewczynę samą do lasu?

- Pójdę z nią, Esti. - Col wyminął go, klepiąc na pocieszenie w opancerzone ramię. - Ufam ci.

- Cokolwiek to miało znaczyć, Col…

Marszczący brwi półsmok patrzył, jak nieznacznie poszarzałe w nocnym widzeniu sylwetki ludzi oddalają się poza zasięg słuchu, aż w końcu znikają za przerzedzonym szpalerem drzew. Wówczas skupił się na paladynie, który niczym prosty chłop zakasał rękawy błękitnej koszuli i usiadł na trawie, zabierając się za szczotkowanie wielkiego siodła. Była to poniekąd dziwna scena, zupełnie nie pasująca do jego wyobrażenia o dumnym sukcesorze estariońskiego tronu.

- Zostaliśmy na osobności - oznajmił wreszcie niebianinowi, który nawet nie uniósł wzroku znad wykonywanej czynności. - A więc?

- Pierwotny plan zakładał, iż wyruszymy we dwóch - głos księcia nie wyrażał żadnych emocji, podobnie jak przystojna, choć poznaczona oparzeniami twarz. Mimo to jaźń Esta alarmowała o ingerencji sił z zewnątrz. - Tymczasem jest nas czworo. W tym dwoje ludzi.

- Leos to moja uczennica, nie mogłem jej zostawić w Twierdzy. A z Colonella będzie większy pożytek niż ze mnie, gwarantuję. Jest trochę charakterny, ale…

- Ale to wciąż ludzie, Estalavanesie - wszedł mu w słowo nieprzejednany Aarim. Złote oczy przyglądały się teraz stojącemu naprzeciwko półsmokowi, który już miał absolutną pewność, że niebianin w zapadającym zmroku widział jak za dnia. Zdradziło go spojrzenie, ostre i świadome. - I nie daję wiary, by Leos Niedźwiedziogrzywa rzeczywiście była twoją uczennicą.

Przyłapany na pozornie nieszkodliwym kłamstewku Est poczuł się jak skarcony uczniak. Wiercąc się niespokojnie, zajął miejsce naprzeciwko szorującego skórzane siedzisko Aarima.

- I co z tego? – zaperzył się, maskując zakłopotanie. - Oni są ludźmi świadomymi swoich umiejętności, a ja cudacznym elfem ledwie panującym nad żywiołami. W tym zestawieniu wypadam najgorzej.

- W tym zestawieniu wypadasz najlepiej, nie umniejszaj sobie.

- Słucham?

Książę porzucił na moment pracę, by zmierzyć zaklinacza badawczym wzrokiem. Wpływ jego aury stał się wyraźniejszy; subtelnie wnikała w głąb umysłu i odsłaniała to, czego chłopak nie zdążył ukryć.

- Estalavanesie, obaj wiemy, iż nie jesteś zwykłym elfem. Zatajaniem prawdy nic nie zyskasz, zapewniam.

- To działa w obie strony, Aarimie! I czy naprawdę musisz to robić? Serdecznie nienawidzę tego uczucia. - Est z trudem przełknął ślinę. Pot wystąpił mu na skronie, naprzemiennie ogarniała go paranoiczna nerwowość i lęk. - Zresztą kto lubi, jak grzebie mu się w głowie?

- Żałuję, iż jest to dla ciebie przykre doznanie, aczkolwiek czynię to z obowiązku, a nie dla satysfakcji. - W tonie paladyna zadźwięczał autentyczny żal, który wyrażał się też w nieznacznym układzie brwi oraz oczu. - Uważam, by być delikatnym.

- Więc po co to robisz? Żywisz się emocjami, jakbyś nie posiadał własnych!

Est nie chciał definiować tego dojmującego wrażenia związanego z aurą paladyna. Nigdy go nie okradziono, więc nie wiedział jak to jest, lecz miał niejasne przeczucie, że byłoby to zbliżone doświadczenie. Jak gdyby coś zakradło się w jego psychikę i podkradało okruchy każdej pojedynczej emocji oraz uczucia przepełniających zdezorientowany rozum.

Głowa Aarima przechyliła się odrobinę, a aura sondująca wycofała, by podejść chłopaka z drugiej strony. Zirytowany Est zaczynał się denerwować. Najbardziej deprymujący był fakt, że nie wiedział, co go właściwie drażni: moc niebianina czy coś innego, nieznanego i niezrozumiałego, zagnieżdżonego w jego wnętrzu.

- Estalavanesie, Śniący, istota z którą przyjdzie nam walczyć, potrafi wpłynąć na środowisko oraz umysły ludzi. Zdobytymi w ten sposób jednostkami wysługuje się niby marionetkami bezwarunkowo posłusznymi jego woli. Pobudza najniższe instynkty, wyzwala najgorsze emocje, sugestią nakłania do wykonywania najpodlejszych rozkazów z przeświadczeniem, iż czynią to wszystko dla hedonistycznej przyjemności odmawianej im przez sztywne prawa oraz zasady społeczności. Mój dar jest odmienny, jednakże zbieżny w swej funkcji. Otrzymałem go przy narodzinach, jak na potomka niebiańskiej krwi przystało, lecz nie ma błogosławieństwa bez cienia klątwy. W związku z tym wyzbyłem się uczuć i nie przeżywam ich tak jak wy. Gniew, miłość, strach czy smutek są mi obce.

- Ale czasami twoja twarz… i ton głosu… - Wszystko, co mówił książę, było dla Esta irracjonalne, natomiast niemożność odczuwania uczuć zakrawała o totalną abstrakcję. - Nie przeżywasz tak jak my?

- Z biegiem lat nauczyłem się naśladować ludzką mimikę związaną z emocjami. Doprowadziłem tę zdolność do perfekcji, przy symultanicznym jej zastosowaniu adekwatnie do sytuacji. Tudzież, jak sam zauważyłeś, dyskretnie przejmuję je od badanej aurą persony. Czy rozumiesz, dlaczego postępuję tak karygodnie, sondując otoczenie? Powinieneś, jesteś bowiem najsłabszym ogniwem spośród naszej czwórki.

- Najsłabszym ogniwem! - żachnął się Est, prostując gwałtownie plecy. - Przed momentem mówiłeś, że mam przewagę nad ludźmi, a teraz zmieniasz zdanie?!

- Bynajmniej nie zmieniam zdania, Estalavanesie. Władasz pradawną mocą, lecz w najmniejszym stopniu nie panujesz nad emocjami. Pożerają cię od środka, a ty przytomnie poddajesz się ich szaleństwu. Jako użytkownik magii stanowisz doskonały cel dla Śniących, gdyż właśnie za ich sprawą twoja esencja świeci niczym latarnia na wyciszonym morzu. - Aarim odłożył siodło oraz szczotkę i podniósł się, nie odrywając świdrującego wzroku od intensywnie zielonych skaleonich oczu. - Kontakt z nimi skończy się dla nas tragicznie, jeżeli nie zaczniemy nad tym pracować. Jeśli ty nie zaczniesz nad tym pracować, od tej chwili.

- Stanowię cel dla Śniących? - Est poszedł w ślady niebianina, wstając i otrzepując się z trawy. Zamarł, gdy dotarło do niego, co Aarim powiedział. - Nie, czekaj… Ty widzisz moją esencję?

- Owszem, Estalavanesie, w nurcie jest dla mnie wyraźnie wyczuwalna. Rzekłbym, iż dostrzegalna.

Est spoglądał niepewnie na paladyna. Brzmiał przekonująco, o ile przekonujący może być osobnik wyzbyty uczuć, a także skrupułów. Ten element nie pasował do całości. Przecież Mag jasno zobrazował, że jest on praktycznie niedostrzegalny w otoce magicznej świata, w Macierzy Mocy. Cóż zatem się zmieniło? I, co najistotniejsze, kiedy do tego doszło? Czyżby mylili się zakładając, iż bransoleta chroniła go przed niepożądanym zainteresowaniem poszukiwaczy? Czy było to w nim samym, w energii tajemnej, jaką wytwarzał oraz gromadził organizm? A jeśli miało to związek z drugą tożsamością, z przemianami zachodzącymi w nim samym?

Póki co unikał tego tematu, wyczulając umysł na postrzeganie perspektywy niebianina. Bo skoro on, a także Przebudzeni mogą go dojrzeć, to sam Śniący miał Zaklinacza Żywiołów podanego na srebrnej tacy.

- A co z tobą i Leos? - podjął przerwany wątek nie chcąc, by rozmówca coś podejrzewał. - Reprezentujecie wysoki poziom, dlaczego więc tylko ja przykuwam ich uwagę?

- Leos jest człowiekiem i nie stanowi dla Śniącego wyzwania. Mnie otacza bariera niemożliwa do pokonania nawet przy jego wzmożonych wysiłkach. Wie, iż wszelkie próby przejęcia nade mną kontroli będą wyłącznie trwonieniem niewyobrażalnych ilości energii, dlatego ogranicza się do śledzenia moich poczynań. A co się tyczy ciebie…

- W porządku, rozumiem, nie mów tego - poprosił Est gwałtownie machając rękami, jakby odganiając od siebie niewesołe myśli. - I zostaw moje emocje w spokoju, bo tylko dzięki nim...

Zanim się zorientował, stali na tyle blisko, by patrzeć sobie prosto w oczy. Zaskakujące, ale byli równego wzrostu.

- Aarimie, obawiam się, że rok ćwiczeń z samokontroli to trochę za mało.

- W moim mniemaniu nie dysponujesz żadnymi zdolnościami samokontroli - stwierdził bez ogródek książę. - A oto dowód.

Bez uprzedzenia złapał skronie Esta i uderzył skumulowaną falą mocy. Ugodzony straszliwą siłą chłopak z krzykiem bólu i zaskoczenia runął na trawę, gdzie zwinięty w kłębek tarzał się z boku na bok, uciskając dłońmi głowę.

Paladyn pochylił się nad nim, badając jego reakcje.

Sapiący ciężko Est przestał się wreszcie miotać. Wznosząca się klatka piersiowa omal nie rozerwała płatów pancerza, gdy płuca pracowały z pełną mocą, a gwałtowne łomotanie serca z pewnością słychać było i w lesie. Teraz legł bez ruchu na plecach, dysząc i wpatrując się w ciemniejące bezchmurne niebo, na tle którego majaczyło oblicze o szerokiej szczęce.

- Co ty mi zrobiłeś?! - wysyczał między nierównymi oddechami.

W czaszce jeszcze mu huczało, rozgonione myśli wracały i znowu stawały się przejrzyste. Był zbyt wycieńczony by się podnieść, ponadto nie chciał ryzykować kolejnego niewidzialnego ciosu.

Złotooki młodzieniec przykucnął przy leżącym, poprzestając na beznamiętnym przyglądaniu się ofierze.

- Rozdarcie bariery. Skuteczna metoda, by zaznajomić cię z bólem ingerencji Śniącego. A także nauczyć przeciwstawiania jej. Będziemy powtarzać to ćwiczenie, aż zdołasz odeprzeć moje natarcie. Gdybyś posiadał choć szczątkową samokontrolę, nie dopuściłbyś mnie do siebie.

- Co to za przeklęty rodzaj magii?! Jak rany, łeb mi pęka… Mogłeś mnie uprzedzić!

- To siła mentalna przynależna każdemu niebianinowi od dnia narodzin, Estalavanesie, wspominałem o tym. Śniący nie będą cię pytali o pozwolenie na wejście w twoją jaźń. Po prostu wejdą. - Aarim wyciągnął ramię, pomagając mu wstać. – A wtedy nastąpi twój koniec. I nasz również. Spróbujmy jeszcze raz.

- Nie wiem, czy tego chcę... - Est zatoczył się i spojrzał na poszarzałą w nocnym widzeniu dłoń mężczyzny. Pospiesznie cofnął rękę, która natychmiast podążyła ku końcówce długiego ucha. - Nie wiem, czy to przeżyję.

- Mój dotyk jest dla ciebie nieprzyjemny? – Znów to przechylenie głowy, od którego lekko uniesione włosy niebianina przemknęły na drugą stronę niczym kartki otwartej księgi poruszane tchnieniem wiatru. To porównanie zdało się Estowi dziwne... i wyjątkowo trafne.

- Tak. Nie. To nie tak. Jak rany… - Nie wiedział gdzie ma patrzeć, ani co ze sobą zrobić. Przebywanie w pobliżu księcia krępowało go, nie mówiąc już o tym, że w okolicy był Colonell mogący to zobaczyć. I źle odebrać. – To nie tak, że jest nieprzyjemny. Nie lubię być dotykany. I tyle.

Kąciki idealnie wykrojonych ust księcia wygięły się nieznacznie.

- Rozumiem. Obawiam się jednak, iż będziesz zmuszony przywyknąć do mojego dotyku.

Est westchnął i potaknął ze znużeniem.

- Spróbujmy ponownie, Aarimie. I zaczekaj aż się przygotuję, proszę.

- Zaczekam, jeśli ma ci to ułatwić odnalezienie się w sobie - mówiąc to, książę wysunął dłonie o rozcapierzonych palcach w kierunku chłopaka.

Nieszczęśnik uskoczył odruchowo. Jego ciało pamiętało koszmarny ból sprzed chwili i bynajmniej nie chciało go powtarzać.

- Powiem ci, kiedy będę gotów! - Z nerwów język przysechł mu do podniebienia. – Moment!

- Dobrze, Estalavanesie. Czekam.

- Jeszcze nie! - Odepchnął od siebie ręce rycerza i stanął w niewielkim rozkroku. - Czekaj.

- Estalavanesie…

- Czekaj mówię! - Krok do tyłu, tylko jeden maleńki kroczek, a nogi same przesunęły się o kolejny i jeszcze jeden…

- Estalavanesie, nie uciekaj przed tym.

- Jak rany, nie jestem gotów! Jeszcze nie. Nie!

Tym razem dłonie paladyna trzymały jak imadło. Uderzenie nie było tak druzgocące jak poprzednie, lecz wciąż sprawiało nieznany dotąd palący ból o tyle straszliwy, że omijał on bariery wytrzymałości. Forsował osłabiony wątpliwościami umysł, podatny na wpływy oraz podszepty dobiegające tak od wewnątrz, jak i z zewnątrz. Est usilnie starał się bronić. Na darmo. Intensywny, bezustanny napływ cudzej esencji dotkliwie ranił wrażliwą psychikę, odpierał wątłe próby przeciwdziałania niechcianej obecności wywołującej uczucie rozdzierania i łamania. Kolana się pod nim uginały, ale zamknięty w uścisku nie mógł się uwolnić. Przegrywał, czując obcą moc napierającą na niego oraz to potworne, odbierające dech poczucie bezsilności. Krzyk zdarł mu krtań, gdy bez powodzenia usiłował się wyrwać.

Wybawiło go gwałtowne szarpnięcie zrywające kontakt fizyczny. Nieoczekiwana ulga spłynęła na sponiewierane mięśnie, mknąc w ślad za szybko wycofującą się energią. Est upadł, kiedy zabrakło mu oparcia. Dźwigając się na dygoczących ramionach zwymiotował żółcią. Chociaż ostatni atak był czysto metamagiczny, ciało odniosło złudne wrażenie potężnego ciosu w żołądek i skroń. Odkaszlnął. Kwaśny posmak wykrzywił mu wargi odsłaniając czubki ostrych kłów. Ostrożnie przysiadając na piętach, powoli odzyskiwał pełnię władz umysłowych, choć nadal kręciło mu się w głowie, a esencja wirowała pod powiekami feerią wściekle jaskrawych plam. Uniósł spojrzenie, a to, co ujrzał, wstrząsnęło nim jak torsje.

Colonell z pozornym spokojem przytrzymywał Aarima zdecydowanym chwytem, wolną ręką dociskając mu sztylet do gardła.

- Nigdy nie miałem dobrego mniemania o waszym pieprzonym zakonie - wycedził przodownik przez zaciśnięte zęby. - I wiesz co? Jesteście gorsi niż przypuszczałem. Ledwie się nas pozbyłeś i już kładziesz łapska na Wszechmocnym ducha winnym chłopaku! Czego od niego chcesz?!

Nieporuszony kawałkiem zimnej stali przytkniętym do pulsującej tętnicy paladyn milczał, wyprowadzając rozwścieczonego człowieka z równowagi.

Oszołomiony Est poczuł się zobowiązany przedstawić mu prawdziwą wersję wydarzeń. Wolał nie wiedzieć jak musiało to wyglądać z zewnątrz, skoro od razu sięgnął on po broń. Podniósł się wspierając na Leos, która przybiegła doń co tchu, gubiąc po drodze kilka uzbieranych gałązek. Przetarł karwaszem usta, podziękował jej słabym uśmiechem i na powrót skoncentrował się na dwójce mężczyzn.

 - Col, proszę… Proszę, uspokój się... – wychrypiał z trudem. - Col, jestem słabą, podatną na wpływy istotą, o czym tak naprawdę wiedziałem od samego początku… A przez to stwarzam jeszcze większe zagrożenie. Dlatego proszę cię, puść Aarima… Nic mi nie zrobił, zaręczam.

- Widziałem jak się wyrywasz, więc nie broń skurwiela!

Nieugięty zwiadowca zacisnął szczęki, lecz pod naporem udręczonego wejrzenia zrezygnował z dalszej walki. Opuszczając sztylet poluzował chwyt i nieco zbyt mocno pchnął estariońskiego sukcesora, byle dalej od siebie. Uważając na otrzepującego ramiona paladyna, kątem oka obserwował zbliżającego się chłopaka, wolnego i bezpiecznego.

- Esti, co tu się odpierdala?!

Zmaltretowany półsmok oparł się o szeroki, osłonięty pancerzem bark partnera, równocześnie szukając czegoś w jednej z sakiewek u pasa. Pospiesznie wsunął kilka suchych liści do ust i rozgryzł je z niesmakiem. Nie były smaczne, ale lepsze niż pozostałości po sokach trawiennych.

- Nie mam pojęcia co tu się właściwie wydarzyło – oświadczył, a był przy tym tak rozbrajająco szczery, że Col mimowolnie pogłaskał jego czarne pukle. - Aarim bardzo obrazowo dał mi do zrozumienia, że moje szkolenie u mistrza było tylko zabawą.

Zrozpaczony wtulił się w tropiciela i przymknął ciężkie powieki. Chwilę przeżuwał gorzkie ziele, które ostatecznie połknął. Roztarte na miazgę łagodziło też dolegliwości układu pokarmowego.

Drgawki ustały. Ciało wróciło do formy, przeciążony umysł wyciszał się i przywracał głębię ostrości, a zszargane nerwy regenerowały pod wpływem rytmu wybijanego przez serce ulubionego człowieka, którego ramiona owinęły się wokół niego w ten łagodny, opiekuńczy sposób mówiący, że Colonell nikomu nie pozwoli go skrzywdzić. Chłopaka ogarnęło tak przemożne poczucie miłości, że prawie się rozpłakał.

- Jak rany, mam spore zaległości do nadrobienia, Col. Mistrz miał rację. Potrzebuję kogoś, kto nauczy mnie przeciwdziałania magii. Teraz chyba jesteśmy kwita? – zażartował, zwracając się do Aarima. – Wywinąłeś mi żołądek na nice.

- Przyjmij moje najszczersze przeprosiny, Estalavanesie - wtrącił Aarim chłodnym, bezosobowym tonem bynajmniej nie wyrażającym żalu czy skruchy - lecz jeśli mamy przetrwać nadchodzącą nawałę, zmuszony będziesz w znacznym stopniu się poświęcić. - Przeciągnął spojrzenie z cierpiącego Esta na Colonella i Leos stojących tuż obok siebie. - Wy także macie prawo wiedzieć, na co się pisaliście. Gdy zasiądziemy przy ogniu, wszystko dokładnie wam wyjaśnię. Leos, czy zechciałabyś towarzyszyć mi podczas przyrządzania posiłku? - Czując na sobie lekkie złoto oczu księcia, dziewczyna pospiesznie przytaknęła, przyciskając chrust do piersi. - Natomiast wy dwaj... ochłońcie przed wieczerzą.

Śniady człowiek wilkiem patrzył za oddalającym się wraz z Leos rycerzem. Niski pomruk wydobył się z jego piersi, kiedy podtrzymując Estiego odszedł kilka kroków od umownego środka obozowiska. Nieco się odprężył, niemniej pozostał w stanie podwyższonej czujności. Nie ufał paladyńcowi, nieistotne czy był to książę, czy cholera wie co innego.

- Usiądź, dzieciaku, nie wyglądasz za dobrze.

- Bo nie czuję się dobrze. Sądziłem, że znam już każdy rodzaj bólu, ale znów nieprzyjemnie się zaskoczyłem. - Masując skronie, Est padł na chłodną trawę i podciągnął kolana pod brodę. - Jak rany, prawie mózg mi rozerwało... Dziękuję, że zjawiłeś się na czas.

Col dosiadł się do niego w taki sposób, by ich plecy opierały się o siebie. I chociaż nie potrzebowali półśrodków do prowadzenia swobodnych rozmów, wciąż sprawiało im to przyjemność. Oraz budziło sentymenty pospołu z miłymi wspomnieniami.

- Moim zdaniem to skurwiel, który nie przebiera w środkach dążąc do celu. Nie ufam mu i nie zaufałbym, nawet gdyby okazał się wcieleniem samego Tarthosa.

- Tarthosa?

- Wszechmocny, Patron Prawych i Sprawiedliwych, Piewca Pokoju, umiłowany opiekun Zakonu Paladynów - wymieniał Col, bez udziału woli przyglądając się odległym postaciom szykującym palenisko. - Zrzęda nie przybliżył ci teologii khalduńskiej?

- Nie - odparł chłopak z ociąganiem. - Znał mój stosunek do wiary i respektował go. Uszanował mój sceptycyzm.

Prychnięcie rozbawienia na moment załagodziło napięcie między dwójką najemników.

- Cały on – westchnął Col. - Pozwól więc, że nie będę cię uświadamiał. Starczy mi, że rozróżniam kto jest kim. Ta franca z kamiennym wyrazem mordy z miejsca mogłaby stanąć na cokole jako Tarthos. Doprawdy, nie odważyłbym się grać z nim w karty. Jest nieludzki.

Est zamruczał z przyjemnością, gdy szorstkie opuszki pieszczotliwie prześlizgnęły się po płatku jego ucha. Kiedy dotykał go Colonell, nieważne czy przypadkowo, czy intencjonalnie, reagował jednakowo wygłodniale. Musiał odpędzać od siebie niedorzeczne, powracające pragnienie wśliźnięcia mu się na kolana i domagania pieszczot, aż skóra zdarłaby mu się od tego bezmiaru. Nie byli jednak sami, toteż cieszył się tym, co miał.

- Aarim wszystko wam opowie – zapowiedział. - Już teraz mogę cię ostrzec, że lepiej nie mieć go za wroga. To, co nam zaprezentował na błoniach, jest tylko namiastką tego, co potrafi.

- Taki mocarz, a potrzebuje ochrony? - powątpiewanie słyszalne w barytonie Cola odmalowało się także na spozierającym znad ramienia wytatuowanym obliczu, odznaczającym się szarością skóry oraz głęboką czernią barwnika. - Esti, nie jestem głupi. To się logiki nie trzyma.

- Nie potrzebował ochrony, tylko mnie. A konkretnie: Zaklinacza Żywiołów. Postawiłem jasne ultimatum, że albo zabiera nas w komplecie, albo…

- Albo?

- Albo może uciąć smokowi łeb.

- Nie powiedziałeś tego - wytknął mu mężczyzna.

- Nie, nie powiedziałem - zaśmiał się cicho Est. - Ale bardzo chciałem.

Zaczął rozpinać sprzączki czarnego pancerza, kiedy ciepły rozbłysk pobudził do życia uśpione cienie i musnął miękkim pomarańczem wszystko na swej drodze. Wychylając się zza pleców Cola, zaciekawiony Est zerknął przelotnie na Leos i Aarima, by po krótkich zmaganiach z naramiennikami rzucić je niedbale na ziemię. Tuż przy nich spoczęły karwasze, szeroki pas z medykamentami, a także kirys. Chłopak wziął powolny wdech, rozkoszując się powiewem nocnego wiatru przenikającym materiał wilgotnego od potu bezrękawnika.

Colonell spoglądał nań znad ramienia, intensywnie nad czymś rozmyślając.

- Esti – odezwał się niemal szeptem, skupiając na siebie uwagę chłopaka. - Twierdzisz, że przy tobie nie będę miał życia na jakie zasługuję. To dobrze się składa, ponieważ mam takie, jakiego pragnę: obfitujące w niekontrolowane ryzyko. A ty mi je zapewniasz - przerwał, zbierając się w sobie przed wyrażeniem wyjątkowo uwierających uczuć. - I przepraszam za swoje zachowanie tamtego wieczora. Nie wiedziałem co zrobić i w ostateczności nie zrobiłem absolutnie nic. Postąpiłem podle zostawiając cię samego z problemami. Naprawdę chciałem wrócić i przyznać się do błędu, ale nie umiałem.

Wzruszony Est skulił się, oburącz tarmosząc płatki uszu.

- To ja powinienem przeprosić a nie ty, Col. Wiedziałem że będziesz wściekły i jak na złość przekornie zaogniłem twoje reakcje, wszczynając bezsensowną kłótnię. Obiecuję, że więcej się to nie powtórzy. Nie ucieknę w kłamstwo. W ogóle nie ucieknę.

- Nie zdajesz sobie sprawy, dzieciaku, jak podłą gadziną jesteś. Tak podłą, że nie sposób ci się oprzeć... - Zwinny obrót, nacisk opancerzonego ciała zwiadowcy na chłopaka i już ich wargi niemal się stykały. - Mam ochotę wyczyniać z tobą rzeczy, jakie nie śniły się najbardziej zdeprawowanym i wyuzdanym rozpustnikom, a jednak zaglądając w twoje niewinne oczy nie mogę wykonać najmniejszego ruchu w tym kierunku. Zwodzisz mnie na każdym kroku, prowokujesz jednoznaczne sytuacje, a ja nie potrafię tego wykorzystać. Co gorsza, wcale nie chcę tego wykorzystywać.

- Jeśli tą gadką chciałeś mnie zaciągnąć w kępę krzaków, to ci się nie udało. – Szeroki uśmiech uwydatnił długie, błyszczące w migotliwym świetle kły. - Za to prowokujesz mnie do ugryzienia.

- Tylko spróbuj, a nie ręczę za siebie. I nawet postronni obserwatorzy cię nie uratują…

W oczach ludzkiego kochanka czaiło się dzikie wyzwanie, lecz jego usta smakowały łagodną obietnicą. Swoiste wrażenie nieskrępowanej wolności uderzyło im do głów, wyzwalając narastające podniecenie. Wspólnie zwalczyli wstępującą w nich żądzę, bo chociaż Leos i Aarim zajęci byli przyrządzaniem posiłku, a konie pasły się nieopodal, to kochankowie nie byli w stanie skupić się na sobie w stopniu umożliwiającym doświadczanie pełnej satysfakcji ze zbliżenia. Skromne pieszczoty i pocałunki musiały im wystarczyć, przynajmniej na razie.

Est ujął w dłonie policzki człowieka i zsunął palce na szorstką brodę podkreślającą wargi, które jeszcze przed chwilą zapamiętale całował.

- Cokolwiek się zdarzy, zawsze będę u twego boku, Col. I wszystko, co robię, robię z myślą o naszej przyszłości.

- To nie znaczy, że masz się godzić na tak ekstremalne rozwiązania – obstawał przy swoim najemnik. - Dość już w życiu przeszedłeś, nie sądzisz?

- Nie ma znaczenia co sądzę. I właśnie po raz kolejny boleśnie się o tym przekonałem, zderzając z rzeczywistością. Nic nie wiem, nic nie umiem, a mimo to wciąż się opieram. Póki moja poczytalność się nie wyczerpie, póty będę walczył choćby z dymem na wietrze.

- Zatem jest nas dwóch - wyszeptał Col, z pasją odpowiadając na przysięgę. - Ty i ja przeciwko całemu światu.

Zamilkli, czerpiąc z wzajemnej bliskości siłę niezbędną do sprostania przeznaczeniu. Tak, to może się udać. Wszystko było możliwe, gdy patrzyło się przez pryzmat rozpalających serce oraz inspirujących ducha uczuć.

Dopiero będący niemałym zaskoczeniem ogłuszający ryk płomieni oderwał ich od siebie. Est zareagował instynktownie. Puszczając partnera zerwał się z miejsca i popędził w stronę strzelającego w niebo ognia. Żywioł wymknął się spod kontroli wystraszonej piromantki, wypełzając poza ciasny krąg kamieni. Zapach palonej trawy podrażnił nozdrza zaklinacza, który samą obecnością ukoił gniew elementarnego ducha, skracając jego zasięg do bielejących szczap ułożonych pośrodku ogniska.

Niezależnie od tego co zaszło, niebezpieczeństwo pożaru minęło.

Porażona własną niezdarnością Leos zasłaniała sobie usta dłońmi. Stojący metr dalej Aarim wypatrywał czegoś w gęstym mroku, co nie umknęło uwadze półsmoka. Jakie drapieżniki miał na myśli? Czy to, co w południe sam czuł na plecach, mogło stwarzać dla nich zagrożenie?

Ogień jest pierwotną siłą, potężną i nieprzewidywalną - pomyślał z niechętnym podziwem. Niegdyś czczony niczym bóstwo, w epoce Wszechmocnych ujarzmiony i zniewolony. Wszak zachował swą oczyszczającą funkcję chroniącą przed wszelkim złem, jako...

- Elementarny strażnik - dokończył Est, znów wpatrując się w sypiące iskrami rozchybotane płomienie. - Leos, nic ci nie jest?

Piegowata czarodziejka podeszła do niego. Zmieszana, wzrok wbijała w płonące równo ognisko.

- Przepraszam, ja… Nie wiem, co się stało. Nie podtrzymywałam czaru ani nie miałam przy sobie kostura, który spotęgowałby jego działanie!

- Wszystko w porządku, Leos, nikt nie ma ci tego za złe – nieporadnie dodawał jej otuchy Est. - W razie czego jestem tu, by gasić pożary.

Miało to zabrzmieć żartobliwie, lecz chłopak nie w porę spostrzegł, że jego słowa przybrały złośliwy wydźwięk. Nie miał jednak czasu do namysłu, ponieważ spojrzenie paladyna przyciągało równie mocno, co efemeryczny dotyk skierowanej ku niemu aury. Ogień migotał w złotych tęczówkach, nadając im pozorów buzujących w krzepkim ciele emocji.

- Leos jest jeszcze młoda, a już wykazuje ogromny potencjał magiczny. Nic więc dziwnego, iż przyjąłeś ją na nauki, mości zaklinaczu, choć twe umiejętności są w powijakach.

Est skrzywił się, nie do końca rozpoznając czy zleceniodawca go komplementuje, czy też natrząsa się z niego za brak kompetencji oraz drobne kłamstewko. W milczeniu znosił natarczywe wejrzenie, a po chwili tuż za nim stanął Col w zwyczajowej pozie - z ramionami splecionymi na osłoniętej bluzą piersi i grymasem twarzy mówiącym: nie wiem co tu robię, ale wiem, dla kogo tu jestem. Przodownik nie próżnował i tak jak Est zrzucił z siebie pancerz.

Zaczerwieniona ze wstydu czarodziejka popatrywała to na Aarima, to na Esta. Jej rozwiana burza loków lśniła niby niesforny żywioł.

- Ja... Do tej pory nie miałam problemu z kontrolowaniem płomieni, przysięgam!

- No proszę, Mała Niedźwiedzica nauczyła się pokory! - Colonell zmierzwił miodową grzywę i nonszalancko zarzucił jej rękę na szyję, odciągając ją tak od ogniska, jak i niekomfortowego tematu. - Jak stoimy z kolacją? Niedźwiedzie mają wilczy apetyt! I nie przejmuj się, na mój gust dzielnie znosisz towarzystwo trzech facetów…

Est chciał zaznaczyć, że dwóch z nich to napuszone koguty a nie faceci, ale przemilczał ten kąśliwy komentarz i miast uszczypliwości, lekkim uśmiechem wyraził uznanie dla partnera oraz jego sprytu.

- Czy ona wie? - Aarim bez zainteresowania lustrował oddalających się ludzi.

Zaklinacz nabrał czujności. Odnosił wrażenie, że niebianin każdą rozmowę prowadzi w taki sposób, by uzyskać jak najwięcej informacji przy minimalnym użyciu słów i zaangażowaniu.

- O czym ma wiedzieć? – syknął nieufnie.

- O twojej relacji z przodownikiem.

Est odetchnął w duchu. Bał się, że na dziewczynę w najmniej oczekiwanym momencie spadnie wieść o jej pokrewieństwie z Colem. O którym paladyn nie mógł mieć pojęcia.

- Oczywiście że wie, miała okazję… Nieważne. A czy dla ciebie to problem?

- Nie dbam o relacje międzyludzkie. Oraz międzyrasowe, gwoli ścisłości - uściślił Aarim, zaglądając Estowi głęboko w oczy. – Niemniej przyjęte w granicach Estarionu prawo pod karą śmierci nie zezwala na nawiązywanie intymnych kontaktów pomiędzy osobami tej samej płci, gdyż jest to przestępstwo: czyn przeciwny naturze, deprawujący oraz przynoszący szkodę Estarionowi.

- Dziękuję, coś już o tym wiem - skwitował Est z przekąsem. - I dołożę starań, by nasza relacja nie napytała ci kłopotów.

- To nie wasza relacja mnie frasuje, Estalavanesie. Leos darzy cię niespotykanym afektem.

- Tak, nie pozwala mi o tym zapomnieć... Zaraz. Czy ją też sprawdzasz?

- Nieustannie was sonduję. Wynika to z konieczności znajomości nastrojów panujących w grupie - wyjaśnił Aarim z pozazdroszczenia godnym spokojem, czym wprawił rozmówcę w osłupienie. - Od tego zależy powodzenie naszego przedsięwzięcia. I nie lękaj się, jest to nieinwazyjna, niewyczuwalna praktyka. Intrygujące, że ty potrafisz ją wychwycić.

- Czy nie możesz z nami porozmawiać jak normalny człowiek?!

- Nie jestem człowiekiem, Estalavanesie.

- Jak rany, wiesz o co mi chodzi! Zapytaj jak się czują, czy wszystko u nich w porządku, a nie… napastujesz aurą! To dlatego Leos nie umiała skoncentrować się na zaklęciu. Może w istocie wyczuwa wpływ twojej mocy?

- Bynajmniej nie była to wina mojej mocy, Estalavanesie, lecz domyślam się, co próbujesz mi przekazać. Ta metoda jest znacznie efektywniejsza, nie wymaga zbędnej interakcji, a otrzymane informacje zwrotne są dokładniejsze i bardziej zrozumiałe niż w przypadku tych werbalnych, o mętnej treści oraz niskiej wartości poznawczej.

Est znieruchomiał nagle, jakby dostał obuchem w skroń.

- Nie podejrzewałbym cię o chodzenie na skróty. Naprawdę z nikim nigdy nie rozmawiałeś?

- Jesteś pierwszą istotą z którą wymieniłem tak wiele zdań w tak niewielkim odstępie czasu. Dlaczego cię to dziwi?

- Dlaczego?! - zawołał zdębiały Est. - Bo to najnormalniejsza rzecz pod słońcem rozmawiać z ludźmi!

Dałby sobie lewą rękę uciąć, że pomimo bezbarwności wyrazu, paladyn taksuje go niedowierzającym spojrzeniem sugerującym niepoczytalność. Natychmiast zmienił taktykę.

- Umówmy się w ten sposób, Aarimie. Ty będziesz mnie szkolił z przeciwdziałania wpływom mentalnym, a ja zintegruję cię z naszą trójką, żeby ograniczyć aurę sondującą do minimum. Przyjmujesz taki układ?

- Dlaczego przykładasz do tego tak wielką wagę, Estalavanesie?

- Bo tylko tak możemy zrozumieć siebie nawzajem!

Sam nie pojmował o czym właściwie mówi. Do niedawna byłby przeszczęśliwy, gdyby ktoś zasugerował mu bezkontaktową znajomość, a teraz jak głupi garnął się, żeby wszystkich ze sobą zbratać. Wszystko przez Cola, który milczka przeobraził w pełnoprawnego członka ludzkiej społeczności.

- Wybacz, Aarimie, poniosło mnie. Nie powinienem cię do niczego przymuszać.

- Nie kłopocz się, Estalavanesie, twoja oferta brzmi uczciwie. Przyjmuję ją. - Książę przeniósł wzrok na czarodziejkę i przodownika. - Tymczasem proponuję wam odpoczynek. Wykorzystajcie noc na sen, albowiem licho nie śpi.

- A tuż przed świtem dzieją się najgorsze rzeczy – dodał niepotrzebnie Est.

Bezradny wobec ludzkich porzekadeł wywrócił oczami, przepuszczając paladyna przodem. Kiedy został sam, spuścił nieco z tonu i delikatnie pociągnął się za ucho. To dziwne, ale przy niebianinie zachowywał się zupełnie inaczej niż przy dwójce przyjaciół. Jakby nie musiał nic ukrywać, i tak bowiem wszystko wychodziło na jaw. Bo był sobą. Innym niż przy Colu, innym niż przy Leos. Jakby znał go nie od wczoraj, lecz przez połowę życia. A jeszcze gorsze było poczucie, że i on zna jego. Lepiej niż on sam.

Choć ciepła łuna rozświetlała białą skórę, Esta oblał zimny dreszcz. Zdecydował się pomóc przyjaciołom, byle nie zostawać samemu z własnymi myślami.

***

Poruszanie tematu czekającej ich przeprawy nie było dobrym pomysłem, szczególnie podczas kolacji, która ludziom zwyczajnie przestała smakować. Oszczędny w słowach Aarim opowiedział Leos, Colowi oraz Estowi o celu ich podróży: scalonej z dwóch miast stolicy Aneil’Aranth. Metropolia, będąca zarazem siedzibą króla oraz kolebką Zakonu Paladynów, była wysuniętym najdalej na południe Estarionu miastem garnizonowym, największym i najbardziej obwarowanym, a także najpiękniejszym pośród miast ludzkich na całym Khaldunie. Książę nakreślił zależności pomiędzy pragnącym jego zniszczenia Śniącym, symbolem odwiecznego zła, które rzekomo raz uśmiercone powróciło teraz w ludzkiej formie, a Przebudzonymi, tworami niebywałych zdolności magicznych, umarłymi niewolnikami jego parszywej woli.

Dwójka ludzi oraz półsmok nie odzywali się, słuchając i trawiąc informacje, które w przeciwieństwie do potrawki nader gładko przechodziły im przez gardła, zapychając skurczone strachem żołądki. Już sama myśl, że gdzieś niedaleko grasować mogą smoki, napawała ich lękiem, a co dopiero niemal wszechpotężna siła, którą to oni, jako jedni z wielu, mieli pogromić raz na zawsze. Nie, to nie będzie walka na jaką pisaliby się zdroworozsądkowi ludzie. To będzie walka straceńców z góry skazana na porażkę, co para ludzkich najemników właśnie sobie uzmysłowiła. Est wiedział o tym już wcześniej wyłącznie dlatego, że mistrz uznał za konieczne przestrzec ucznia i pozwolić mu zawczasu przygotować się na najgorsze. Egzekucja odroczona w czasie, jak to ujął wstrząśnięty rewelacją zaklinacz.

Aarim, oczywiście nie bez nacisku ze strony Esta, wyznał też prawdę o swoich mocach mentalnych, których podstawową umiejętnością była podtrzymywana aura sondująca obszar w promieniu niespełna kilometra. Słowem jednak nie wspomniał o fakcie, że oddziałuje nią także na członków drużyny. A stroszący z dezaprobatą brwi półsmok zignorował to celowe niedopatrzenie, nie chcąc pogarszać i tak cmentarnej atmosfery odbijającej się na obliczach przyjaciół drżącym poblaskiem ognia.

- Wystarczy na dziś - zakończył zleceniodawca tonem równie obojętnym co jego twarz. - Proszę was, byście nie oddalali się od światła obozowiska. Rozumiecie już, jakich drapieżników należy się wystrzegać i liczę, iż jesteście na tyle roztropni, by zastosować się do moich zaleceń. Przodowniku, z racji objęcia drugiej warty ciebie także dotyczy moja prośba.

Colonell zdawkowo kiwnął głową. Wyskrobując łyżką sos z drewnianej miski wyglądał na niewzruszonego, ale Est wiedział, że błyskotliwy umysł mężczyzny z pieczołowitością analizuje zasłyszane informacje i snuje plany działania na wypadek wystąpienia nieprzewidzianych okoliczności.

Mimo koncertujących w wysokiej trawie świerszczy oraz z rzadka parskających koni zaległa tak upiorna cisza, że nawet przyjemnie trzaskający ogień nie zdołał rozgrzać skutych lodem serc. W tym czasie Est zajął się mozolnym oczyszczaniem miski z resztek sosu przy użyciu kawałka nadgryzionego podpłomyka. Dobitnie odczuwał posępność nastroju, współdzielił go przeżywając znacznie głębiej niż pozostali. Po części wiedział, na co się porywa. Zrobił to, ponieważ wierzył, że on i Col zawojują świat. Jakże dziecinnie. Zwłaszcza że postanowił zabrać ze sobą Leos, wykazując się skrajną nieodpowiedzialnością.

Kończąc posiłek zerknął dyskretnie na Małą Niedźwiedzicę. Jej zasępiona, skąpana w blasku twarzyczka stężała niepokojąco. Zniekształcona roztańczonymi cieniami wydawała się o wiele bardziej pusta niż oblicze siedzącego obok niej niebianina. Chorobliwie blada, z wyraźnie zaznaczonymi piegami na nosie oraz policzkach gapiła się w przestrzeń nieobecna duchem, kompletnie oderwana od ponurych realiów. Jakby uszło z niej życie i dotychczasowa porywająca żywiołowość. Nagle zrobiło mu się jej żal. U progu dorosłości, ze złamanym sercem dzielnie łatanym naiwnością oraz nadzieją była niewinna jak rozkwitający pączek lilii. Z jego kaprysu szła na pewną śmierć, a przecież mogła zostać w murach Twierdzy, znaleźć tam kogoś odpowiedniego, wyszkolić się na sztukmistrzynię i żyć aż do późnej starości ciesząc się spokojem oraz szacunkiem, lecz… to był także wybór samej Leos. Nie zmuszał jej ani nie zachęcał, ba!, sam uległ jej namowom. W końcu oboje tego chcieli: ona chciała być przy nim, a on nie chciał się z nią rozstawać. Jak rzekł mistrz, przyjaciele sami za nim podążą. I tak w istocie było.

Cichy głos na dnie serca podpowiadał mu, że Leos Niedźwiedziogrzywa, córka przywódcy Kompanii Najemnej Niedźwiedzi, nie nadawała się do życia w zamknięciu, z dala od ekscytujących przygód oraz emocjonujących podróży. Była zbyt podobna do swego brata, by choć przez sekundę sądzić inaczej. Zanim spotkała Esta żyła we względnym spokoju jako pustelniczka i znachorka, natomiast ostatnie tygodnie spędzone w warowni wyostrzyły jej prawdziwy charakter, pokazując kim naprawdę jest to niepozorne dziewczę. Okazała się silna, silniejsza niż Est kiedykolwiek. Wiedziała czego chce i dążyła do tego płacąc najwyższą cenę, poświęcając się całkowicie. Miała niewyparzoną buzię, ale była szczera w postępowaniu i lojalna, a jej uczuć nie złamała nawet świadomość, że obiekt jej westchnień sypia z mężczyzną.

Chłopak nie miał pojęcia, że wpatruje się w Leos porwany ulotnymi myślami. Jej odwzajemnione, nieco skonsternowane spojrzenie przywołało go do rzeczywistości. Est zamarkował zadumę lekkim wygięciem ust i mrugnął wesoło znad pustej miski. Chciałby ją pocieszyć. Nowiny ją rozstroiły, lecz nie mógł nic na to poradzić. Brakowało mu obycia z kobietami i nie chciał dawać jej złudnej nadziei.

Ocalenie przyniósł mu Aarim przypominający, że pierwsza warta należy do niego. Colonell potwierdził że druga, trwająca do świtu, pozostaje w jego gestii, tym samym wieńcząc listę osób wymaganych do pilnowania nie tyle obozowiska, co bezpieczeństwa reszty.

Przodownik rozłożył wyjęty z juków koc, zebrał w jedno miejsce zdjęte elementy tłoczonego skórzanego pancerza i ułożył się na posłaniu nieopodal ognia. Zakładając dłonie pod głowę, zapatrzył się w upstrzone gwiazdami niebo, które zachwycałoby swoją wspaniałością, gdyby nie płomienie bijące pod firmament. Noc była ciepła i rześka. Wiatr pieszczący skórę niósł ze sobą zapach nadciągającego deszczu oraz płonącego drewna, a liście drzew szumiały subtelną kołysankę matki natury. Świerszcze, których cykanie tak uwielbiał Est, grały niezmordowanie w falujących leniwie źdźbłach i Col byłby rozkoszował się tym doznaniem, lecz uprzykrzała ją wizja przyszłości. Tym bardziej powinien docenić to, co ma, co go otacza i w czym uczestniczy. Bo jutro może go już nie być.

Leos wymościła sobie legowisko w sąsiedztwie zwiadowcy z uwzględnieniem stosownego dystansu nakazanego przez etykietę. Na nic nie narzekała. Nie przerażała jej perspektywa spania w pobliżu trójki mężczyzn, gdyż do Esta i Cola była przyzwyczajona. Ufała im, dzieliła już z nimi niewygody nocowania pod gołym niebem, poza tym nie byli nią zainteresowani w sposób, w jaki mężczyźni interesują się młodymi kobietami. Była ich przyjaciółką i towarzyszką, nic ponad to. Zaś w paladynie nie dostrzegała zagrożenia przez wzgląd na jego nieludzkie pochodzenie w połączeniu z pozbawioną emocji postawą. Zdawało się, że myśl o kobiecej cielesności ani na moment w głowie mu nie postała. Ponadto rycerze odznaczali się nieskazitelnym honorem, respektując cudzą wolę.

Dziewczyna obróciła się kilka razy, szeleszcząc czerwoną szatą piromantów. Starała się nie rozmyślać o tym, co czeka ich jutro i każdego kolejnego dnia, ponadto wyboiste podłoże skutecznie odwracało jej uwagę od złowieszczych fantazji kreowanych przez zmęczony, nękany lękami umysł. Wkrótce szelest ustał, zmieniając się w miarowy głęboki oddech.

Spośród najemnych tylko Est nie spał. Z brodą wspartą na kolanach obserwował otoczenie w obawie, że z nieprzeniknionych ciemności rzuci się na nich horda Przebudzonych czy innego tałatajstwa. Przyjemny ciężar wypełniał brzuch, a policzki ogrzewał figlarny ognik zaczepnie wychylający się z płomieni. Fizycznie czuł się dobrze, ale umysł pracował łącząc ponure wieści ze wszystkim, co chłopak poznał do tej pory. Czy w dzienniku mistrza znalazłby wzmianki na temat Śniących i Przebudzonych? Czy notatki starego wieszcza zawierały poszlaki mogące pomóc im zażegnać niebezpieczeństwo? Gdyby sięgnął po tomik, zajrzał do środka… Nie, to za wcześnie. Rany bolały i wciąż sączyła się z nich krew, by dodatkowo rozgrzebywać je ostrzem wspomnień. Powinien ochłonąć. Pozwoli sobie na lekturę, gdy jego rozum będzie trzeźwy i klarowny.

Odwrócił twarz, by popatrzeć na śpiącą dziewczynę. Przeskoczył wzrokiem na odpoczywającego partnera, sycąc się jego obrazem, choć płomienie nieco utrudniały mu skupienie się na oddalonym tropicielu. Miał ochotę podejść bliżej ukochanego, położyć się przy nim, wtulić w jego bok, wsłuchać w bijące mocno serce...

Obejrzał się przez ramię w mrok, dokładnie w punkt, w którym wyczuwał obecność paladyna. I chociaż nie odczuwał jego naprzykrzającej się aury, to był pewien, że niebianin skrywa się w ciemnościach, starannie przeczesując okolicę tak mocą mentalną, jak spojrzeniem nienaturalnie złotych oczu. To dziwne. Im przykazał pozostanie w zasięgu światła, a sam w bezruchu trwał spowity cieniem, czekając na kogoś konkretnego. Kogoś, kto nie może przedrzeć się przez łunę ognia stanowiącą nieprzekraczalną barierę ochronną.

Pomału się podnosząc, Est obrócił się, wzroku nie odrywając od ciemnografitowej barczystej sylwetki tkwiącej z dala od ogniska. Napięcie rosło, tak jak rosło przeczucie, że lada moment coś się wydarzy. Ostrożnie zwrócił się w prawo, jednak poza ledwie odróżnialnymi od ciemności drzewami niczego nie zauważył. W głuszy huczała sowa. Niestrudzone moskity bzyczały, świerszcze współgrały, a chrząszcze i żuki nocne brzęczały, akompaniując naturalnej ciszy oraz błogiemu spokojowi tego miejsca. I dopiero kiedy Est obrócił się w lewo, poczuł coś, od czego naraz zaschło mu w gardle, a mięśnie zesztywniały. Znał to niejasne wrażenie bycia obserwowanym, lecz nie orientował się, co też było jego źródłem. Nie wątpił, iż miało ono materialny wymiar, ale jak bardzo nie wytężałby zmysłów, wciąż tego nie dostrzegał. Wtem zadrżał i cofnął się o krok, czując jak włoski na karku stają mu dęba, a białą skórę pokrywają ciarki.

Było tam. I patrzyło. A książę patrzył wprost na to.

Cokolwiek to było, trzymało się na odległość wyznaczoną aurą niebianina. I już w tej jednej chwili Est zrozumiał, że warta Colonella była jedynie zgodą na fanaberię charakternego człowieka. Paladyn nie zamierzał spać. Dopilnuje, by to coś nie zbliżyło się zanadto do pozostałych.

Przerażony Est zawrócił do swoich rzeczy i zabierając ze sobą koc, niemal biegiem przeciął odcinek dzielący go od Cola. Niedbale rozłożył posłanie i padł na nie niczym nieżywy, desperacko wciskając się na koce mamroczącego pod nosem człowieka. Nawet leżąc w kojących objęciach nie tracił poczucia, że na obrzeżach obozu czai się coś, od czego ściskało go w dołku. I jego zaostrzonego lęku wcale nie łagodziła świadomość, że Leos i Col usnęli bez przeszkód.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz