Postój przegłosowano jednomyślnie na
godzinę przed zmierzchem. Podróżnicy darowali sobie popołudniowy posiłek na
rzecz szybszego dotarcia do miasta, a Estalavanes przy każdej nader troskliwej
uwadze odnośnie jego stanu uprzejmie informował, że potrafi długo wytrzymać bez
jedzenia. Szczególnie że nastrój, jaki go opanował, objął nie tylko ducha, ale
i ciało. Ściśnięte gardło nie przyjęłoby żadnego pokarmu, żołądek zaś odgrażał
się zwróceniem wszystkiego, co nierozważny półsmok wcisnąłby w siebie.
Tylko
książę Aarim Asmodeusz pozostawał obojętny na to, co działo się z chłopakiem.
-
Rozkulbaczcie konie - nakazał zsiadając z wysokiego grzbietu rumaka bojowego. -
Nie musicie ich pętać, Sen nie pozwoli im uciec.
-
Sen? - Leos niezgrabnie zsunęła się z siodła. Popatrując na majestatycznego
białego ogiera zabrała się za odpinanie swoich pakunków. - Szkolicie konie, by
pilnowały stada?
-
Nie, Leos, to stado pilnuje się jego.
Niebianin
wprawnymi ruchami rozsupłał troki sakwy i odłożył ją na ziemię, jednocześnie
instruując podwładnych.
-
Rozpalcie ogień na noc. Okoliczne drapieżniki bez wątpienia zainteresują się
tak końmi, jak i nami.
Colonell
rzucił plecak na środek prowizorycznego obozu. Rozejrzał się uważnie w coraz
słabszym świetle wieczora, nadstawił ucha, lecz nie wykrył żadnego zagrożenia.
Nie podobał mu się pomysł z rozpalaniem ognia na granicy z puszczą, będą wtedy
widoczni dla każdego, kto podróżuje traktem lub ukrywa się w gąszczu.
-
O tej porze roku – sprzeciwił się - drapieżniki mają dość pożywienia, by nie
ryzykować konfrontacji z ludźmi. Nie są głupie, posmakowały już naszych stalowych
kłów i pazurów.
- Określenie “drapieżnik” jest pojęciem
względnym, przodowniku.
-
Więc czym są drapieżniki o których mówisz, paladynie?
Zimne
złoto i przydymione szmaragdy spotkały się, a Est mógł przysiąc, że usłyszał
trzask iskry zrodzonej z obopólnej nieustępliwości. Przez chwilę dwaj mężczyźni
mierzyli się wrogimi spojrzeniami, by niemal równocześnie odpuścić i wrócić do
swoich zajęć.
Atmosfera
zgęstniała. Powietrze stało się ciężkie i duszące jak przed burzą.
-
Rozpalcie więc ogień, aby przygrzać strawę - rzucił kategorycznie Aarim. -
Przyjmuję pierwszą wartę. Bezdyskusyjnie.
Leos
z niepokojem śledziła rozwój sytuacji, podczas gdy oparty o bok karosza Est starał
się zrozumieć zjawisko, którego właśnie był świadkiem. Zarówno niebianin jak i
człowiek nawykli do wydawania rozkazów, a nie słuchania ich. Obaj pełnili
funkcje przywódcze, obaj byli synami wysoko postawionych osób i obaj mieli własne,
jak na ironię, odmienne zdanie. Niemniej do Aarima, jako ich zleceniodawcy,
należało ostatnie słowo. Ten stan rzeczy mogło zmienić wyłącznie rozwiązanie
Kompanii Najemnej Niedźwiedzi. Albo jej rozgromienie...
Est
wzdrygnął się; niejasna przestroga mistrza jeszcze długi czas będzie go
prześladowała. Lepiej żeby ich tam nie było, kiedy nastąpi nieuniknione…
Pogrążony
w zadumie mrugnął, kiedy okryte czerwoną tuniką plecy czarodziejki pojawiły się
w jego polu widzenia.
-
W takim razie biorę na siebie przygotowanie ogniska, dobrze? - spytała z
wahaniem, wskazując na gęstwinę kilka metrów dalej. – Tylko znajdę trochę
chrustu.
-
Pomogę ci. - Est już zamierzał do niej dołączyć, gdy mrożące krew w żyłach
spojrzenie płynnego złota uziemiło go na dobre. - Czyli że nie pomogę?
-
Nie, Estalavanesie, zostaniesz tu ze mną. Musimy porozmawiać. Na osobności.
-
Mam puścić dziewczynę samą do lasu?
-
Pójdę z nią, Esti. - Col wyminął go, klepiąc na pocieszenie w opancerzone
ramię. - Ufam ci.
-
Cokolwiek to miało znaczyć, Col…
Marszczący
brwi półsmok patrzył, jak nieznacznie poszarzałe w nocnym widzeniu sylwetki
ludzi oddalają się poza zasięg słuchu, aż w końcu znikają za przerzedzonym
szpalerem drzew. Wówczas skupił się na paladynie, który niczym prosty chłop
zakasał rękawy błękitnej koszuli i usiadł na trawie, zabierając się za szczotkowanie
wielkiego siodła. Była to poniekąd dziwna scena, zupełnie nie pasująca do jego
wyobrażenia o dumnym sukcesorze estariońskiego tronu.
-
Zostaliśmy na osobności - oznajmił wreszcie niebianinowi, który nawet nie uniósł
wzroku znad wykonywanej czynności. - A więc?
-
Pierwotny plan zakładał, iż wyruszymy we dwóch - głos księcia nie wyrażał
żadnych emocji, podobnie jak przystojna, choć poznaczona oparzeniami twarz.
Mimo to jaźń Esta alarmowała o ingerencji sił z zewnątrz. - Tymczasem jest nas
czworo. W tym dwoje ludzi.
-
Leos to moja uczennica, nie mogłem jej zostawić w Twierdzy. A z Colonella
będzie większy pożytek niż ze mnie, gwarantuję. Jest trochę charakterny, ale…
-
Ale to wciąż ludzie, Estalavanesie - wszedł mu w słowo nieprzejednany Aarim.
Złote oczy przyglądały się teraz stojącemu naprzeciwko półsmokowi, który już
miał absolutną pewność, że niebianin w zapadającym zmroku widział jak za dnia.
Zdradziło go spojrzenie, ostre i świadome. - I nie daję wiary, by Leos
Niedźwiedziogrzywa rzeczywiście była twoją uczennicą.
Przyłapany
na pozornie nieszkodliwym kłamstewku Est poczuł się jak skarcony uczniak. Wiercąc
się niespokojnie, zajął miejsce naprzeciwko szorującego skórzane siedzisko
Aarima.
-
I co z tego? – zaperzył się, maskując zakłopotanie. - Oni są ludźmi świadomymi
swoich umiejętności, a ja cudacznym elfem ledwie panującym nad żywiołami. W tym
zestawieniu wypadam najgorzej.
-
W tym zestawieniu wypadasz najlepiej, nie umniejszaj sobie.
-
Słucham?
Książę
porzucił na moment pracę, by zmierzyć zaklinacza badawczym wzrokiem. Wpływ jego
aury stał się wyraźniejszy; subtelnie wnikała w głąb umysłu i odsłaniała to,
czego chłopak nie zdążył ukryć.
-
Estalavanesie, obaj wiemy, iż nie jesteś zwykłym elfem. Zatajaniem prawdy nic nie
zyskasz, zapewniam.
-
To działa w obie strony, Aarimie! I czy naprawdę musisz to robić? Serdecznie
nienawidzę tego uczucia. - Est z trudem przełknął ślinę. Pot wystąpił mu na
skronie, naprzemiennie ogarniała go paranoiczna nerwowość i lęk. - Zresztą kto
lubi, jak grzebie mu się w głowie?
-
Żałuję, iż jest to dla ciebie przykre doznanie, aczkolwiek czynię to z obowiązku,
a nie dla satysfakcji. - W tonie paladyna zadźwięczał autentyczny żal, który
wyrażał się też w nieznacznym układzie brwi oraz oczu. - Uważam, by być
delikatnym.
-
Więc po co to robisz? Żywisz się emocjami, jakbyś nie posiadał własnych!
Est
nie chciał definiować tego dojmującego wrażenia związanego z aurą paladyna.
Nigdy go nie okradziono, więc nie wiedział jak to jest, lecz miał niejasne
przeczucie, że byłoby to zbliżone doświadczenie. Jak gdyby coś zakradło się w
jego psychikę i podkradało okruchy każdej pojedynczej emocji oraz uczucia przepełniających
zdezorientowany rozum.
Głowa
Aarima przechyliła się odrobinę, a aura sondująca wycofała, by podejść chłopaka
z drugiej strony. Zirytowany Est zaczynał się denerwować. Najbardziej
deprymujący był fakt, że nie wiedział, co go właściwie drażni: moc niebianina
czy coś innego, nieznanego i niezrozumiałego, zagnieżdżonego w jego wnętrzu.
-
Estalavanesie, Śniący, istota z którą przyjdzie nam walczyć, potrafi wpłynąć na
środowisko oraz umysły ludzi. Zdobytymi w ten sposób jednostkami wysługuje się niby
marionetkami bezwarunkowo posłusznymi jego woli. Pobudza najniższe instynkty,
wyzwala najgorsze emocje, sugestią nakłania do wykonywania najpodlejszych rozkazów
z przeświadczeniem, iż czynią to wszystko dla hedonistycznej przyjemności
odmawianej im przez sztywne prawa oraz zasady społeczności. Mój dar jest odmienny,
jednakże zbieżny w swej funkcji. Otrzymałem go przy narodzinach, jak na potomka
niebiańskiej krwi przystało, lecz nie ma błogosławieństwa bez cienia klątwy. W
związku z tym wyzbyłem się uczuć i nie przeżywam ich tak jak wy. Gniew, miłość,
strach czy smutek są mi obce.
-
Ale czasami twoja twarz… i ton głosu… - Wszystko, co mówił książę, było dla Esta
irracjonalne, natomiast niemożność odczuwania uczuć zakrawała o totalną
abstrakcję. - Nie przeżywasz tak jak my?
-
Z biegiem lat nauczyłem się naśladować ludzką mimikę związaną z emocjami. Doprowadziłem
tę zdolność do perfekcji, przy symultanicznym jej zastosowaniu adekwatnie do
sytuacji. Tudzież, jak sam zauważyłeś, dyskretnie przejmuję je od badanej aurą persony.
Czy rozumiesz, dlaczego postępuję tak karygodnie, sondując otoczenie?
Powinieneś, jesteś bowiem najsłabszym ogniwem spośród naszej czwórki.
-
Najsłabszym ogniwem! - żachnął się Est, prostując gwałtownie plecy. - Przed momentem
mówiłeś, że mam przewagę nad ludźmi, a teraz zmieniasz zdanie?!
-
Bynajmniej nie zmieniam zdania, Estalavanesie. Władasz pradawną mocą, lecz w
najmniejszym stopniu nie panujesz nad emocjami. Pożerają cię od środka, a ty przytomnie
poddajesz się ich szaleństwu. Jako użytkownik magii stanowisz doskonały cel dla
Śniących, gdyż właśnie za ich sprawą twoja esencja świeci niczym latarnia na wyciszonym
morzu. - Aarim odłożył siodło oraz szczotkę i podniósł się, nie odrywając
świdrującego wzroku od intensywnie zielonych skaleonich oczu. - Kontakt z nimi
skończy się dla nas tragicznie, jeżeli nie zaczniemy nad tym pracować. Jeśli ty
nie zaczniesz nad tym pracować, od tej chwili.
-
Stanowię cel dla Śniących? - Est poszedł w ślady niebianina, wstając i
otrzepując się z trawy. Zamarł, gdy dotarło do niego, co Aarim powiedział. -
Nie, czekaj… Ty widzisz moją
esencję?
-
Owszem, Estalavanesie, w nurcie jest dla mnie wyraźnie wyczuwalna. Rzekłbym, iż
dostrzegalna.
Est
spoglądał niepewnie na paladyna. Brzmiał przekonująco, o ile przekonujący może
być osobnik wyzbyty uczuć, a także skrupułów. Ten element nie pasował do
całości. Przecież Mag jasno zobrazował, że jest on praktycznie niedostrzegalny
w otoce magicznej świata, w Macierzy Mocy. Cóż zatem się zmieniło? I, co
najistotniejsze, kiedy do tego doszło? Czyżby mylili się zakładając, iż
bransoleta chroniła go przed niepożądanym zainteresowaniem poszukiwaczy? Czy
było to w nim samym, w energii tajemnej, jaką wytwarzał oraz gromadził organizm?
A jeśli miało to związek z drugą tożsamością, z przemianami zachodzącymi w nim
samym?
Póki
co unikał tego tematu, wyczulając umysł na postrzeganie perspektywy niebianina.
Bo skoro on, a także Przebudzeni mogą go dojrzeć, to sam Śniący miał Zaklinacza
Żywiołów podanego na srebrnej tacy.
-
A co z tobą i Leos? - podjął przerwany wątek nie chcąc, by rozmówca coś
podejrzewał. - Reprezentujecie wysoki poziom, dlaczego więc tylko ja przykuwam
ich uwagę?
-
Leos jest człowiekiem i nie stanowi dla Śniącego wyzwania. Mnie otacza bariera
niemożliwa do pokonania nawet przy jego wzmożonych wysiłkach. Wie, iż wszelkie
próby przejęcia nade mną kontroli będą wyłącznie trwonieniem niewyobrażalnych
ilości energii, dlatego ogranicza się do śledzenia moich poczynań. A co się
tyczy ciebie…
-
W porządku, rozumiem, nie mów tego - poprosił Est gwałtownie machając rękami,
jakby odganiając od siebie niewesołe myśli. - I zostaw moje emocje w spokoju,
bo tylko dzięki nim...
Zanim
się zorientował, stali na tyle blisko, by patrzeć sobie prosto w oczy.
Zaskakujące, ale byli równego wzrostu.
-
Aarimie, obawiam się, że rok ćwiczeń z samokontroli to trochę za mało.
-
W moim mniemaniu nie dysponujesz żadnymi zdolnościami samokontroli - stwierdził
bez ogródek książę. - A oto dowód.
Bez
uprzedzenia złapał skronie Esta i uderzył skumulowaną falą mocy. Ugodzony straszliwą
siłą chłopak z krzykiem bólu i zaskoczenia runął na trawę, gdzie zwinięty w
kłębek tarzał się z boku na bok, uciskając dłońmi głowę.
Paladyn
pochylił się nad nim, badając jego reakcje.
Sapiący
ciężko Est przestał się wreszcie miotać. Wznosząca się klatka piersiowa omal
nie rozerwała płatów pancerza, gdy płuca pracowały z pełną mocą, a gwałtowne łomotanie
serca z pewnością słychać było i w lesie. Teraz legł bez ruchu na plecach, dysząc
i wpatrując się w ciemniejące bezchmurne niebo, na tle którego majaczyło oblicze
o szerokiej szczęce.
-
Co ty mi zrobiłeś?! - wysyczał między nierównymi oddechami.
W
czaszce jeszcze mu huczało, rozgonione myśli wracały i znowu stawały się
przejrzyste. Był zbyt wycieńczony by się podnieść, ponadto nie chciał ryzykować
kolejnego niewidzialnego ciosu.
Złotooki
młodzieniec przykucnął przy leżącym, poprzestając na beznamiętnym przyglądaniu
się ofierze.
-
Rozdarcie bariery. Skuteczna metoda, by zaznajomić cię z bólem ingerencji
Śniącego. A także nauczyć przeciwstawiania jej. Będziemy powtarzać to ćwiczenie,
aż zdołasz odeprzeć moje natarcie. Gdybyś posiadał choć szczątkową samokontrolę,
nie dopuściłbyś mnie do siebie.
-
Co to za przeklęty rodzaj magii?! Jak rany, łeb mi pęka… Mogłeś mnie uprzedzić!
-
To siła mentalna przynależna każdemu niebianinowi od dnia narodzin,
Estalavanesie, wspominałem o tym. Śniący nie będą cię pytali o pozwolenie na
wejście w twoją jaźń. Po prostu wejdą. - Aarim wyciągnął ramię, pomagając mu
wstać. – A wtedy nastąpi twój koniec. I nasz również. Spróbujmy jeszcze raz.
-
Nie wiem, czy tego chcę... - Est zatoczył się i spojrzał na poszarzałą w nocnym
widzeniu dłoń mężczyzny. Pospiesznie cofnął rękę, która natychmiast podążyła ku
końcówce długiego ucha. - Nie wiem, czy to przeżyję.
-
Mój dotyk jest dla ciebie nieprzyjemny? – Znów to przechylenie głowy, od
którego lekko uniesione włosy niebianina przemknęły na drugą stronę niczym
kartki otwartej księgi poruszane tchnieniem wiatru. To porównanie zdało się
Estowi dziwne... i wyjątkowo trafne.
-
Tak. Nie. To nie tak. Jak rany… - Nie wiedział gdzie ma patrzeć, ani co ze sobą
zrobić. Przebywanie w pobliżu księcia krępowało go, nie mówiąc już o tym, że w
okolicy był Colonell mogący to zobaczyć. I źle odebrać. – To nie tak, że jest
nieprzyjemny. Nie lubię być dotykany. I tyle.
Kąciki
idealnie wykrojonych ust księcia wygięły się nieznacznie.
-
Rozumiem. Obawiam się jednak, iż będziesz zmuszony przywyknąć do mojego dotyku.
Est
westchnął i potaknął ze znużeniem.
-
Spróbujmy ponownie, Aarimie. I zaczekaj aż się przygotuję, proszę.
-
Zaczekam, jeśli ma ci to ułatwić odnalezienie się w sobie - mówiąc to, książę wysunął
dłonie o rozcapierzonych palcach w kierunku chłopaka.
Nieszczęśnik
uskoczył odruchowo. Jego ciało pamiętało koszmarny ból sprzed chwili i
bynajmniej nie chciało go powtarzać.
-
Powiem ci, kiedy będę gotów! - Z nerwów język przysechł mu do podniebienia. – Moment!
-
Dobrze, Estalavanesie. Czekam.
-
Jeszcze nie! - Odepchnął od siebie ręce rycerza i stanął w niewielkim rozkroku.
- Czekaj.
-
Estalavanesie…
-
Czekaj mówię! - Krok do tyłu, tylko jeden maleńki kroczek, a nogi same
przesunęły się o kolejny i jeszcze jeden…
-
Estalavanesie, nie uciekaj przed tym.
-
Jak rany, nie jestem gotów! Jeszcze nie. Nie!
Tym
razem dłonie paladyna trzymały jak imadło. Uderzenie nie było tak druzgocące
jak poprzednie, lecz wciąż sprawiało nieznany dotąd palący ból o tyle straszliwy,
że omijał on bariery wytrzymałości. Forsował osłabiony wątpliwościami umysł,
podatny na wpływy oraz podszepty dobiegające tak od wewnątrz, jak i z zewnątrz.
Est usilnie starał się bronić. Na darmo. Intensywny, bezustanny napływ cudzej esencji
dotkliwie ranił wrażliwą psychikę, odpierał wątłe próby przeciwdziałania
niechcianej obecności wywołującej uczucie rozdzierania i łamania. Kolana się
pod nim uginały, ale zamknięty w uścisku nie mógł się uwolnić. Przegrywał,
czując obcą moc napierającą na niego oraz to potworne, odbierające dech
poczucie bezsilności. Krzyk zdarł mu krtań, gdy bez powodzenia usiłował się
wyrwać.
Wybawiło
go gwałtowne szarpnięcie zrywające kontakt fizyczny. Nieoczekiwana ulga spłynęła
na sponiewierane mięśnie, mknąc w ślad za szybko wycofującą się energią. Est
upadł, kiedy zabrakło mu oparcia. Dźwigając się na dygoczących ramionach
zwymiotował żółcią. Chociaż ostatni atak był czysto metamagiczny, ciało
odniosło złudne wrażenie potężnego ciosu w żołądek i skroń. Odkaszlnął. Kwaśny
posmak wykrzywił mu wargi odsłaniając czubki ostrych kłów. Ostrożnie
przysiadając na piętach, powoli odzyskiwał pełnię władz umysłowych, choć nadal
kręciło mu się w głowie, a esencja wirowała pod powiekami feerią wściekle
jaskrawych plam. Uniósł spojrzenie, a to, co ujrzał, wstrząsnęło nim jak torsje.
Colonell
z pozornym spokojem przytrzymywał Aarima zdecydowanym chwytem, wolną ręką dociskając
mu sztylet do gardła.
-
Nigdy nie miałem dobrego mniemania o waszym pieprzonym zakonie - wycedził
przodownik przez zaciśnięte zęby. - I wiesz co? Jesteście gorsi niż przypuszczałem.
Ledwie się nas pozbyłeś i już kładziesz łapska na Wszechmocnym ducha winnym chłopaku!
Czego od niego chcesz?!
Nieporuszony
kawałkiem zimnej stali przytkniętym do pulsującej tętnicy paladyn milczał, wyprowadzając
rozwścieczonego człowieka z równowagi.
Oszołomiony
Est poczuł się zobowiązany przedstawić mu prawdziwą wersję wydarzeń. Wolał nie
wiedzieć jak musiało to wyglądać z zewnątrz, skoro od razu sięgnął on po broń. Podniósł
się wspierając na Leos, która przybiegła doń co tchu, gubiąc po drodze kilka
uzbieranych gałązek. Przetarł karwaszem usta, podziękował jej słabym uśmiechem
i na powrót skoncentrował się na dwójce mężczyzn.
- Col, proszę… Proszę, uspokój się... – wychrypiał
z trudem. - Col, jestem słabą, podatną na wpływy istotą, o czym tak naprawdę
wiedziałem od samego początku… A przez to stwarzam jeszcze większe zagrożenie.
Dlatego proszę cię, puść Aarima… Nic mi nie zrobił, zaręczam.
-
Widziałem jak się wyrywasz, więc nie broń skurwiela!
Nieugięty
zwiadowca zacisnął szczęki, lecz pod naporem udręczonego wejrzenia zrezygnował
z dalszej walki. Opuszczając sztylet poluzował chwyt i nieco zbyt mocno pchnął
estariońskiego sukcesora, byle dalej od siebie. Uważając na otrzepującego
ramiona paladyna, kątem oka obserwował zbliżającego się chłopaka, wolnego i
bezpiecznego.
-
Esti, co tu się odpierdala?!
Zmaltretowany
półsmok oparł się o szeroki, osłonięty pancerzem bark partnera, równocześnie
szukając czegoś w jednej z sakiewek u pasa. Pospiesznie wsunął kilka suchych
liści do ust i rozgryzł je z niesmakiem. Nie były smaczne, ale lepsze niż
pozostałości po sokach trawiennych.
-
Nie mam pojęcia co tu się właściwie wydarzyło – oświadczył, a był przy tym tak
rozbrajająco szczery, że Col mimowolnie pogłaskał jego czarne pukle. - Aarim
bardzo obrazowo dał mi do zrozumienia, że moje szkolenie u mistrza było tylko
zabawą.
Zrozpaczony
wtulił się w tropiciela i przymknął ciężkie powieki. Chwilę przeżuwał gorzkie
ziele, które ostatecznie połknął. Roztarte na miazgę łagodziło też dolegliwości
układu pokarmowego.
Drgawki
ustały. Ciało wróciło do formy, przeciążony umysł wyciszał się i przywracał
głębię ostrości, a zszargane nerwy regenerowały pod wpływem rytmu wybijanego
przez serce ulubionego człowieka, którego ramiona owinęły się wokół niego w ten
łagodny, opiekuńczy sposób mówiący, że Colonell nikomu nie pozwoli go
skrzywdzić. Chłopaka ogarnęło tak przemożne poczucie miłości, że prawie się
rozpłakał.
-
Jak rany, mam spore zaległości do nadrobienia, Col. Mistrz miał rację.
Potrzebuję kogoś, kto nauczy mnie przeciwdziałania magii. Teraz chyba jesteśmy
kwita? – zażartował, zwracając się do Aarima. – Wywinąłeś mi żołądek na nice.
-
Przyjmij moje najszczersze przeprosiny, Estalavanesie - wtrącił Aarim chłodnym,
bezosobowym tonem bynajmniej nie wyrażającym żalu czy skruchy - lecz jeśli mamy
przetrwać nadchodzącą nawałę, zmuszony będziesz w znacznym stopniu się
poświęcić. - Przeciągnął spojrzenie z cierpiącego Esta na Colonella i Leos
stojących tuż obok siebie. - Wy także macie prawo wiedzieć, na co się
pisaliście. Gdy zasiądziemy przy ogniu, wszystko dokładnie wam wyjaśnię. Leos,
czy zechciałabyś towarzyszyć mi podczas przyrządzania posiłku? - Czując na
sobie lekkie złoto oczu księcia, dziewczyna pospiesznie przytaknęła,
przyciskając chrust do piersi. - Natomiast wy dwaj... ochłońcie przed
wieczerzą.
Śniady
człowiek wilkiem patrzył za oddalającym się wraz z Leos rycerzem. Niski pomruk
wydobył się z jego piersi, kiedy podtrzymując Estiego odszedł kilka kroków od umownego
środka obozowiska. Nieco się odprężył, niemniej pozostał w stanie podwyższonej
czujności. Nie ufał paladyńcowi, nieistotne czy był to książę, czy cholera wie
co innego.
-
Usiądź, dzieciaku, nie wyglądasz za dobrze.
-
Bo nie czuję się dobrze. Sądziłem, że znam już każdy rodzaj bólu, ale znów
nieprzyjemnie się zaskoczyłem. - Masując skronie, Est padł na chłodną trawę i
podciągnął kolana pod brodę. - Jak rany, prawie mózg mi rozerwało... Dziękuję,
że zjawiłeś się na czas.
Col
dosiadł się do niego w taki sposób, by ich plecy opierały się o siebie. I
chociaż nie potrzebowali półśrodków do prowadzenia swobodnych rozmów, wciąż sprawiało
im to przyjemność. Oraz budziło sentymenty pospołu z miłymi wspomnieniami.
-
Moim zdaniem to skurwiel, który nie przebiera w środkach dążąc do celu. Nie
ufam mu i nie zaufałbym, nawet gdyby okazał się wcieleniem samego Tarthosa.
-
Tarthosa?
-
Wszechmocny, Patron Prawych i Sprawiedliwych, Piewca Pokoju, umiłowany opiekun
Zakonu Paladynów - wymieniał Col, bez udziału woli przyglądając się odległym postaciom
szykującym palenisko. - Zrzęda nie przybliżył ci teologii khalduńskiej?
-
Nie - odparł chłopak z ociąganiem. - Znał mój stosunek do wiary i respektował
go. Uszanował mój sceptycyzm.
Prychnięcie
rozbawienia na moment załagodziło napięcie między dwójką najemników.
-
Cały on – westchnął Col. - Pozwól więc, że nie będę cię uświadamiał. Starczy
mi, że rozróżniam kto jest kim. Ta franca z kamiennym wyrazem mordy z miejsca
mogłaby stanąć na cokole jako Tarthos. Doprawdy, nie odważyłbym się grać z nim
w karty. Jest nieludzki.
Est
zamruczał z przyjemnością, gdy szorstkie opuszki pieszczotliwie prześlizgnęły
się po płatku jego ucha. Kiedy dotykał go Colonell, nieważne czy przypadkowo,
czy intencjonalnie, reagował jednakowo wygłodniale. Musiał odpędzać od siebie
niedorzeczne, powracające pragnienie wśliźnięcia mu się na kolana i domagania
pieszczot, aż skóra zdarłaby mu się od tego bezmiaru. Nie byli jednak sami,
toteż cieszył się tym, co miał.
-
Aarim wszystko wam opowie – zapowiedział. - Już teraz mogę cię ostrzec, że lepiej
nie mieć go za wroga. To, co nam zaprezentował na błoniach, jest tylko namiastką
tego, co potrafi.
-
Taki mocarz, a potrzebuje ochrony? - powątpiewanie słyszalne w barytonie Cola odmalowało
się także na spozierającym znad ramienia wytatuowanym obliczu, odznaczającym
się szarością skóry oraz głęboką czernią barwnika. - Esti, nie jestem głupi. To
się logiki nie trzyma.
-
Nie potrzebował ochrony, tylko mnie. A konkretnie: Zaklinacza Żywiołów. Postawiłem
jasne ultimatum, że albo zabiera nas w komplecie, albo…
-
Albo?
-
Albo może uciąć smokowi łeb.
-
Nie powiedziałeś tego - wytknął mu mężczyzna.
-
Nie, nie powiedziałem - zaśmiał się cicho Est. - Ale bardzo chciałem.
Zaczął
rozpinać sprzączki czarnego pancerza, kiedy ciepły rozbłysk pobudził do życia
uśpione cienie i musnął miękkim pomarańczem wszystko na swej drodze. Wychylając
się zza pleców Cola, zaciekawiony Est zerknął przelotnie na Leos i Aarima, by
po krótkich zmaganiach z naramiennikami rzucić je niedbale na ziemię. Tuż przy
nich spoczęły karwasze, szeroki pas z medykamentami, a także kirys. Chłopak wziął
powolny wdech, rozkoszując się powiewem nocnego wiatru przenikającym materiał
wilgotnego od potu bezrękawnika.
Colonell
spoglądał nań znad ramienia, intensywnie nad czymś rozmyślając.
-
Esti – odezwał się niemal szeptem, skupiając na siebie uwagę chłopaka. - Twierdzisz,
że przy tobie nie będę miał życia na jakie zasługuję. To dobrze się składa,
ponieważ mam takie, jakiego pragnę: obfitujące w niekontrolowane ryzyko. A ty
mi je zapewniasz - przerwał, zbierając się w sobie przed wyrażeniem wyjątkowo
uwierających uczuć. - I przepraszam za swoje zachowanie tamtego wieczora. Nie
wiedziałem co zrobić i w ostateczności nie zrobiłem absolutnie nic. Postąpiłem
podle zostawiając cię samego z problemami. Naprawdę chciałem wrócić i przyznać
się do błędu, ale nie umiałem.
Wzruszony
Est skulił się, oburącz tarmosząc płatki uszu.
-
To ja powinienem przeprosić a nie ty, Col. Wiedziałem że będziesz wściekły i
jak na złość przekornie zaogniłem twoje reakcje, wszczynając bezsensowną
kłótnię. Obiecuję, że więcej się to nie powtórzy. Nie ucieknę w kłamstwo. W
ogóle nie ucieknę.
-
Nie zdajesz sobie sprawy, dzieciaku, jak podłą gadziną jesteś. Tak podłą, że
nie sposób ci się oprzeć... - Zwinny obrót, nacisk opancerzonego ciała
zwiadowcy na chłopaka i już ich wargi niemal się stykały. - Mam ochotę wyczyniać
z tobą rzeczy, jakie nie śniły się najbardziej zdeprawowanym i wyuzdanym
rozpustnikom, a jednak zaglądając w twoje niewinne oczy nie mogę wykonać
najmniejszego ruchu w tym kierunku. Zwodzisz mnie na każdym kroku, prowokujesz
jednoznaczne sytuacje, a ja nie potrafię tego wykorzystać. Co gorsza, wcale nie
chcę tego wykorzystywać.
-
Jeśli tą gadką chciałeś mnie zaciągnąć w kępę krzaków, to ci się nie udało. – Szeroki
uśmiech uwydatnił długie, błyszczące w migotliwym świetle kły. - Za to
prowokujesz mnie do ugryzienia.
-
Tylko spróbuj, a nie ręczę za siebie. I nawet postronni obserwatorzy cię nie
uratują…
W
oczach ludzkiego kochanka czaiło się dzikie wyzwanie, lecz jego usta smakowały
łagodną obietnicą. Swoiste wrażenie nieskrępowanej wolności uderzyło im do
głów, wyzwalając narastające podniecenie. Wspólnie zwalczyli wstępującą w nich
żądzę, bo chociaż Leos i Aarim zajęci byli przyrządzaniem posiłku, a konie
pasły się nieopodal, to kochankowie nie byli w stanie skupić się na sobie w
stopniu umożliwiającym doświadczanie pełnej satysfakcji ze zbliżenia. Skromne
pieszczoty i pocałunki musiały im wystarczyć, przynajmniej na razie.
Est
ujął w dłonie policzki człowieka i zsunął palce na szorstką brodę podkreślającą
wargi, które jeszcze przed chwilą zapamiętale całował.
-
Cokolwiek się zdarzy, zawsze będę u twego boku, Col. I wszystko, co robię,
robię z myślą o naszej przyszłości.
-
To nie znaczy, że masz się godzić na tak ekstremalne rozwiązania – obstawał
przy swoim najemnik. - Dość już w życiu przeszedłeś, nie sądzisz?
-
Nie ma znaczenia co sądzę. I właśnie po raz kolejny boleśnie się o tym
przekonałem, zderzając z rzeczywistością. Nic nie wiem, nic nie umiem, a mimo
to wciąż się opieram. Póki moja poczytalność się nie wyczerpie, póty będę
walczył choćby z dymem na wietrze.
-
Zatem jest nas dwóch - wyszeptał Col, z pasją odpowiadając na przysięgę. - Ty i
ja przeciwko całemu światu.
Zamilkli,
czerpiąc z wzajemnej bliskości siłę niezbędną do sprostania przeznaczeniu. Tak,
to może się udać. Wszystko było możliwe, gdy patrzyło się przez pryzmat
rozpalających serce oraz inspirujących ducha uczuć.
Dopiero
będący niemałym zaskoczeniem ogłuszający ryk płomieni oderwał ich od siebie.
Est zareagował instynktownie. Puszczając partnera zerwał się z miejsca i popędził
w stronę strzelającego w niebo ognia. Żywioł wymknął się spod kontroli
wystraszonej piromantki, wypełzając poza ciasny krąg kamieni. Zapach palonej
trawy podrażnił nozdrza zaklinacza, który samą obecnością ukoił gniew
elementarnego ducha, skracając jego zasięg do bielejących szczap ułożonych
pośrodku ogniska.
Niezależnie
od tego co zaszło, niebezpieczeństwo pożaru minęło.
Porażona
własną niezdarnością Leos zasłaniała sobie usta dłońmi. Stojący metr dalej
Aarim wypatrywał czegoś w gęstym mroku, co nie umknęło uwadze półsmoka. Jakie
drapieżniki miał na myśli? Czy to, co w południe sam czuł na plecach, mogło
stwarzać dla nich zagrożenie?
Ogień jest pierwotną siłą, potężną i
nieprzewidywalną
- pomyślał z niechętnym podziwem. Niegdyś
czczony niczym bóstwo, w epoce Wszechmocnych ujarzmiony i zniewolony. Wszak
zachował swą oczyszczającą funkcję
chroniącą przed wszelkim złem, jako...
-
Elementarny strażnik - dokończył Est, znów wpatrując się w sypiące iskrami rozchybotane
płomienie. - Leos, nic ci nie jest?
Piegowata
czarodziejka podeszła do niego. Zmieszana, wzrok wbijała w płonące równo
ognisko.
-
Przepraszam, ja… Nie wiem, co się stało. Nie podtrzymywałam czaru ani nie
miałam przy sobie kostura, który spotęgowałby jego działanie!
-
Wszystko w porządku, Leos, nikt nie ma ci tego za złe – nieporadnie dodawał jej
otuchy Est. - W razie czego jestem tu, by gasić pożary.
Miało
to zabrzmieć żartobliwie, lecz chłopak nie w porę spostrzegł, że jego słowa przybrały
złośliwy wydźwięk. Nie miał jednak czasu do namysłu, ponieważ spojrzenie
paladyna przyciągało równie mocno, co efemeryczny dotyk skierowanej ku niemu
aury. Ogień migotał w złotych tęczówkach, nadając im pozorów buzujących w
krzepkim ciele emocji.
-
Leos jest jeszcze młoda, a już wykazuje ogromny potencjał magiczny. Nic więc
dziwnego, iż przyjąłeś ją na nauki, mości zaklinaczu, choć twe
umiejętności są w powijakach.
Est
skrzywił się, nie do końca rozpoznając czy zleceniodawca go komplementuje, czy
też natrząsa się z niego za brak kompetencji oraz drobne kłamstewko. W
milczeniu znosił natarczywe wejrzenie, a po chwili tuż za nim stanął Col w
zwyczajowej pozie - z ramionami splecionymi na osłoniętej bluzą piersi i grymasem
twarzy mówiącym: nie wiem co tu robię, ale wiem, dla kogo tu jestem. Przodownik
nie próżnował i tak jak Est zrzucił z siebie pancerz.
Zaczerwieniona
ze wstydu czarodziejka popatrywała to na Aarima, to na Esta. Jej rozwiana burza
loków lśniła niby niesforny żywioł.
-
Ja... Do tej pory nie miałam problemu z kontrolowaniem płomieni, przysięgam!
-
No proszę, Mała Niedźwiedzica nauczyła się pokory! - Colonell zmierzwił miodową
grzywę i nonszalancko zarzucił jej rękę na szyję, odciągając ją tak od ogniska,
jak i niekomfortowego tematu. - Jak stoimy z kolacją? Niedźwiedzie mają wilczy
apetyt! I nie przejmuj się, na mój gust dzielnie znosisz towarzystwo trzech
facetów…
Est
chciał zaznaczyć, że dwóch z nich to napuszone koguty a nie faceci, ale przemilczał
ten kąśliwy komentarz i miast uszczypliwości, lekkim uśmiechem wyraził uznanie
dla partnera oraz jego sprytu.
-
Czy ona wie? - Aarim bez zainteresowania lustrował oddalających się ludzi.
Zaklinacz
nabrał czujności. Odnosił wrażenie, że niebianin każdą rozmowę prowadzi w taki
sposób, by uzyskać jak najwięcej informacji przy minimalnym użyciu słów i
zaangażowaniu.
-
O czym ma wiedzieć? – syknął nieufnie.
-
O twojej relacji z przodownikiem.
Est
odetchnął w duchu. Bał się, że na dziewczynę w najmniej oczekiwanym momencie
spadnie wieść o jej pokrewieństwie z Colem. O którym paladyn nie mógł mieć
pojęcia.
-
Oczywiście że wie, miała okazję… Nieważne. A czy dla ciebie to problem?
-
Nie dbam o relacje międzyludzkie. Oraz międzyrasowe, gwoli ścisłości - uściślił
Aarim, zaglądając Estowi głęboko w oczy. – Niemniej przyjęte w granicach
Estarionu prawo pod karą śmierci nie zezwala na nawiązywanie intymnych
kontaktów pomiędzy osobami tej samej płci, gdyż jest to przestępstwo: czyn
przeciwny naturze, deprawujący oraz przynoszący szkodę Estarionowi.
-
Dziękuję, coś już o tym wiem - skwitował Est z przekąsem. - I dołożę starań, by
nasza relacja nie napytała ci kłopotów.
-
To nie wasza relacja mnie frasuje, Estalavanesie. Leos darzy cię niespotykanym
afektem.
-
Tak, nie pozwala mi o tym zapomnieć... Zaraz. Czy ją też sprawdzasz?
-
Nieustannie was sonduję. Wynika to z konieczności znajomości nastrojów
panujących w grupie - wyjaśnił Aarim z pozazdroszczenia godnym spokojem, czym wprawił
rozmówcę w osłupienie. - Od tego zależy powodzenie naszego przedsięwzięcia. I
nie lękaj się, jest to nieinwazyjna, niewyczuwalna praktyka. Intrygujące, że ty
potrafisz ją wychwycić.
-
Czy nie możesz z nami porozmawiać jak normalny człowiek?!
-
Nie jestem człowiekiem, Estalavanesie.
-
Jak rany, wiesz o co mi chodzi! Zapytaj jak się czują, czy wszystko u nich w
porządku, a nie… napastujesz aurą! To dlatego Leos nie umiała skoncentrować się
na zaklęciu. Może w istocie wyczuwa wpływ twojej mocy?
-
Bynajmniej nie była to wina mojej mocy, Estalavanesie, lecz domyślam się, co
próbujesz mi przekazać. Ta metoda jest znacznie efektywniejsza, nie wymaga
zbędnej interakcji, a otrzymane informacje zwrotne są dokładniejsze i bardziej zrozumiałe
niż w przypadku tych werbalnych, o mętnej treści oraz niskiej wartości
poznawczej.
Est
znieruchomiał nagle, jakby dostał obuchem w skroń.
-
Nie podejrzewałbym cię o chodzenie na skróty. Naprawdę z nikim nigdy nie
rozmawiałeś?
-
Jesteś pierwszą istotą z którą wymieniłem tak wiele zdań w tak niewielkim
odstępie czasu. Dlaczego cię to dziwi?
-
Dlaczego?! - zawołał zdębiały Est. - Bo to najnormalniejsza rzecz pod słońcem
rozmawiać z ludźmi!
Dałby
sobie lewą rękę uciąć, że pomimo bezbarwności wyrazu, paladyn taksuje go niedowierzającym
spojrzeniem sugerującym niepoczytalność. Natychmiast zmienił taktykę.
-
Umówmy się w ten sposób, Aarimie. Ty będziesz mnie szkolił z przeciwdziałania
wpływom mentalnym, a ja zintegruję cię z naszą trójką, żeby ograniczyć aurę
sondującą do minimum. Przyjmujesz taki układ?
-
Dlaczego przykładasz do tego tak wielką wagę, Estalavanesie?
-
Bo tylko tak możemy zrozumieć siebie nawzajem!
Sam
nie pojmował o czym właściwie mówi. Do niedawna byłby przeszczęśliwy, gdyby
ktoś zasugerował mu bezkontaktową znajomość, a teraz jak głupi garnął się, żeby
wszystkich ze sobą zbratać. Wszystko przez Cola, który milczka przeobraził w
pełnoprawnego członka ludzkiej społeczności.
-
Wybacz, Aarimie, poniosło mnie. Nie powinienem cię do niczego przymuszać.
-
Nie kłopocz się, Estalavanesie, twoja oferta brzmi uczciwie. Przyjmuję ją. - Książę
przeniósł wzrok na czarodziejkę i przodownika. - Tymczasem proponuję wam
odpoczynek. Wykorzystajcie noc na sen, albowiem licho nie śpi.
-
A tuż przed świtem dzieją się najgorsze rzeczy – dodał niepotrzebnie Est.
Bezradny
wobec ludzkich porzekadeł wywrócił oczami, przepuszczając paladyna przodem.
Kiedy został sam, spuścił nieco z tonu i delikatnie pociągnął się za ucho. To
dziwne, ale przy niebianinie zachowywał się zupełnie inaczej niż przy dwójce
przyjaciół. Jakby nie musiał nic ukrywać, i tak bowiem wszystko wychodziło na
jaw. Bo był sobą. Innym niż przy Colu, innym niż przy Leos. Jakby znał go nie
od wczoraj, lecz przez połowę życia. A jeszcze gorsze było poczucie, że i on
zna jego. Lepiej niż on sam.
Choć
ciepła łuna rozświetlała białą skórę, Esta oblał zimny dreszcz. Zdecydował się
pomóc przyjaciołom, byle nie zostawać samemu z własnymi myślami.
***
Poruszanie tematu czekającej ich
przeprawy nie było dobrym pomysłem, szczególnie podczas kolacji, która ludziom zwyczajnie
przestała smakować. Oszczędny w słowach Aarim opowiedział Leos, Colowi oraz
Estowi o celu ich podróży: scalonej z dwóch miast stolicy Aneil’Aranth.
Metropolia, będąca zarazem siedzibą króla oraz kolebką Zakonu Paladynów, była
wysuniętym najdalej na południe Estarionu miastem garnizonowym, największym i
najbardziej obwarowanym, a także najpiękniejszym pośród miast ludzkich na całym
Khaldunie. Książę nakreślił zależności pomiędzy pragnącym jego zniszczenia Śniącym,
symbolem odwiecznego zła, które rzekomo raz uśmiercone powróciło teraz w ludzkiej
formie, a Przebudzonymi, tworami niebywałych zdolności magicznych, umarłymi
niewolnikami jego parszywej woli.
Dwójka
ludzi oraz półsmok nie odzywali się, słuchając i trawiąc informacje, które w
przeciwieństwie do potrawki nader gładko przechodziły im przez gardła,
zapychając skurczone strachem żołądki. Już sama myśl, że gdzieś niedaleko grasować
mogą smoki, napawała ich lękiem, a co dopiero niemal wszechpotężna siła, którą
to oni, jako jedni z wielu, mieli pogromić raz na zawsze. Nie, to nie będzie
walka na jaką pisaliby się zdroworozsądkowi ludzie. To będzie walka straceńców
z góry skazana na porażkę, co para ludzkich najemników właśnie sobie
uzmysłowiła. Est wiedział o tym już wcześniej wyłącznie dlatego, że mistrz uznał
za konieczne przestrzec ucznia i pozwolić mu zawczasu przygotować się na
najgorsze. Egzekucja odroczona w czasie, jak to ujął wstrząśnięty rewelacją
zaklinacz.
Aarim,
oczywiście nie bez nacisku ze strony Esta, wyznał też prawdę o swoich mocach
mentalnych, których podstawową umiejętnością była podtrzymywana aura sondująca obszar
w promieniu niespełna kilometra. Słowem jednak nie wspomniał o fakcie, że
oddziałuje nią także na członków drużyny. A stroszący z dezaprobatą brwi
półsmok zignorował to celowe niedopatrzenie, nie chcąc pogarszać i tak
cmentarnej atmosfery odbijającej się na obliczach przyjaciół drżącym poblaskiem
ognia.
-
Wystarczy na dziś - zakończył zleceniodawca tonem równie obojętnym co jego
twarz. - Proszę was, byście nie oddalali się od światła obozowiska. Rozumiecie
już, jakich drapieżników należy się wystrzegać i liczę, iż jesteście na tyle
roztropni, by zastosować się do moich zaleceń. Przodowniku, z racji objęcia
drugiej warty ciebie także dotyczy moja prośba.
Colonell
zdawkowo kiwnął głową. Wyskrobując łyżką sos z drewnianej miski wyglądał na
niewzruszonego, ale Est wiedział, że błyskotliwy umysł mężczyzny z
pieczołowitością analizuje zasłyszane informacje i snuje plany działania na
wypadek wystąpienia nieprzewidzianych okoliczności.
Mimo
koncertujących w wysokiej trawie świerszczy oraz z rzadka parskających koni
zaległa tak upiorna cisza, że nawet przyjemnie trzaskający ogień nie zdołał
rozgrzać skutych lodem serc. W tym czasie Est zajął się mozolnym oczyszczaniem
miski z resztek sosu przy użyciu kawałka nadgryzionego podpłomyka. Dobitnie
odczuwał posępność nastroju, współdzielił go przeżywając znacznie głębiej niż
pozostali. Po części wiedział, na co się porywa. Zrobił to, ponieważ wierzył,
że on i Col zawojują świat. Jakże dziecinnie. Zwłaszcza że postanowił zabrać ze
sobą Leos, wykazując się skrajną nieodpowiedzialnością.
Kończąc
posiłek zerknął dyskretnie na Małą Niedźwiedzicę. Jej zasępiona, skąpana w
blasku twarzyczka stężała niepokojąco. Zniekształcona roztańczonymi cieniami wydawała
się o wiele bardziej pusta niż oblicze siedzącego obok niej niebianina.
Chorobliwie blada, z wyraźnie zaznaczonymi piegami na nosie oraz policzkach gapiła
się w przestrzeń nieobecna duchem, kompletnie oderwana od ponurych realiów.
Jakby uszło z niej życie i dotychczasowa porywająca żywiołowość. Nagle zrobiło
mu się jej żal. U progu dorosłości, ze złamanym sercem dzielnie łatanym
naiwnością oraz nadzieją była niewinna jak rozkwitający pączek lilii. Z jego kaprysu
szła na pewną śmierć, a przecież mogła zostać w murach Twierdzy, znaleźć tam
kogoś odpowiedniego, wyszkolić się na sztukmistrzynię i żyć aż do późnej
starości ciesząc się spokojem oraz szacunkiem, lecz… to był także wybór samej Leos.
Nie zmuszał jej ani nie zachęcał, ba!, sam uległ jej namowom. W końcu oboje
tego chcieli: ona chciała być przy nim, a on nie chciał się z nią rozstawać.
Jak rzekł mistrz, przyjaciele sami za nim podążą. I tak w istocie było.
Cichy
głos na dnie serca podpowiadał mu, że Leos Niedźwiedziogrzywa, córka przywódcy
Kompanii Najemnej Niedźwiedzi, nie nadawała się do życia w zamknięciu, z dala
od ekscytujących przygód oraz emocjonujących podróży. Była zbyt podobna do
swego brata, by choć przez sekundę sądzić inaczej. Zanim spotkała Esta żyła we
względnym spokoju jako pustelniczka i znachorka, natomiast ostatnie tygodnie
spędzone w warowni wyostrzyły jej prawdziwy charakter, pokazując kim naprawdę jest
to niepozorne dziewczę. Okazała się silna, silniejsza niż Est kiedykolwiek.
Wiedziała czego chce i dążyła do tego płacąc najwyższą cenę, poświęcając się
całkowicie. Miała niewyparzoną buzię, ale była szczera w postępowaniu i lojalna,
a jej uczuć nie złamała nawet świadomość, że obiekt jej westchnień sypia z
mężczyzną.
Chłopak
nie miał pojęcia, że wpatruje się w Leos porwany ulotnymi myślami. Jej
odwzajemnione, nieco skonsternowane spojrzenie przywołało go do rzeczywistości.
Est zamarkował zadumę lekkim wygięciem ust i mrugnął wesoło znad pustej miski.
Chciałby ją pocieszyć. Nowiny ją rozstroiły, lecz nie mógł nic na to poradzić. Brakowało
mu obycia z kobietami i nie chciał dawać jej złudnej nadziei.
Ocalenie
przyniósł mu Aarim przypominający, że pierwsza warta należy do niego. Colonell potwierdził
że druga, trwająca do świtu, pozostaje w jego gestii, tym samym wieńcząc listę
osób wymaganych do pilnowania nie tyle obozowiska, co bezpieczeństwa reszty.
Przodownik
rozłożył wyjęty z juków koc, zebrał w jedno miejsce zdjęte elementy tłoczonego skórzanego
pancerza i ułożył się na posłaniu nieopodal ognia. Zakładając dłonie pod głowę,
zapatrzył się w upstrzone gwiazdami niebo, które zachwycałoby swoją
wspaniałością, gdyby nie płomienie bijące pod firmament. Noc była ciepła i
rześka. Wiatr pieszczący skórę niósł ze sobą zapach nadciągającego deszczu oraz
płonącego drewna, a liście drzew szumiały subtelną kołysankę matki natury.
Świerszcze, których cykanie tak uwielbiał Est, grały niezmordowanie w falujących
leniwie źdźbłach i Col byłby rozkoszował się tym doznaniem, lecz uprzykrzała ją
wizja przyszłości. Tym bardziej powinien docenić to, co ma, co go otacza i w
czym uczestniczy. Bo jutro może go już nie być.
Leos
wymościła sobie legowisko w sąsiedztwie zwiadowcy z uwzględnieniem stosownego
dystansu nakazanego przez etykietę. Na nic nie narzekała. Nie przerażała jej
perspektywa spania w pobliżu trójki mężczyzn, gdyż do Esta i Cola była
przyzwyczajona. Ufała im, dzieliła już z nimi niewygody nocowania pod gołym
niebem, poza tym nie byli nią zainteresowani w sposób, w jaki mężczyźni
interesują się młodymi kobietami. Była ich przyjaciółką i towarzyszką, nic
ponad to. Zaś w paladynie nie dostrzegała zagrożenia przez wzgląd na jego
nieludzkie pochodzenie w połączeniu z pozbawioną emocji postawą. Zdawało się,
że myśl o kobiecej cielesności ani na moment w głowie mu nie postała. Ponadto rycerze
odznaczali się nieskazitelnym honorem, respektując cudzą wolę.
Dziewczyna
obróciła się kilka razy, szeleszcząc czerwoną szatą piromantów. Starała się nie
rozmyślać o tym, co czeka ich jutro i każdego kolejnego dnia, ponadto wyboiste
podłoże skutecznie odwracało jej uwagę od złowieszczych fantazji kreowanych
przez zmęczony, nękany lękami umysł. Wkrótce szelest ustał, zmieniając się w
miarowy głęboki oddech.
Spośród
najemnych tylko Est nie spał. Z brodą wspartą na kolanach obserwował otoczenie
w obawie, że z nieprzeniknionych ciemności rzuci się na nich horda
Przebudzonych czy innego tałatajstwa. Przyjemny ciężar wypełniał brzuch, a policzki
ogrzewał figlarny ognik zaczepnie wychylający się z płomieni. Fizycznie czuł
się dobrze, ale umysł pracował łącząc ponure wieści ze wszystkim, co chłopak
poznał do tej pory. Czy w dzienniku mistrza znalazłby wzmianki na temat
Śniących i Przebudzonych? Czy notatki starego wieszcza zawierały poszlaki
mogące pomóc im zażegnać niebezpieczeństwo? Gdyby sięgnął po tomik, zajrzał do
środka… Nie, to za wcześnie. Rany bolały i wciąż sączyła się z nich krew, by
dodatkowo rozgrzebywać je ostrzem wspomnień. Powinien ochłonąć. Pozwoli sobie
na lekturę, gdy jego rozum będzie trzeźwy i klarowny.
Odwrócił
twarz, by popatrzeć na śpiącą dziewczynę. Przeskoczył wzrokiem na
odpoczywającego partnera, sycąc się jego obrazem, choć płomienie nieco
utrudniały mu skupienie się na oddalonym tropicielu. Miał ochotę podejść bliżej
ukochanego, położyć się przy nim, wtulić w jego bok, wsłuchać w bijące mocno
serce...
Obejrzał
się przez ramię w mrok, dokładnie w punkt, w którym wyczuwał obecność paladyna.
I chociaż nie odczuwał jego naprzykrzającej się aury, to był pewien, że
niebianin skrywa się w ciemnościach, starannie przeczesując okolicę tak mocą
mentalną, jak spojrzeniem nienaturalnie złotych oczu. To dziwne. Im przykazał pozostanie
w zasięgu światła, a sam w bezruchu trwał spowity cieniem, czekając na kogoś
konkretnego. Kogoś, kto nie może przedrzeć się przez łunę ognia stanowiącą
nieprzekraczalną barierę ochronną.
Pomału
się podnosząc, Est obrócił się, wzroku nie odrywając od ciemnografitowej barczystej
sylwetki tkwiącej z dala od ogniska. Napięcie rosło, tak jak rosło przeczucie,
że lada moment coś się wydarzy. Ostrożnie zwrócił się w prawo, jednak poza ledwie
odróżnialnymi od ciemności drzewami niczego nie zauważył. W głuszy huczała
sowa. Niestrudzone moskity bzyczały, świerszcze współgrały, a chrząszcze i żuki
nocne brzęczały, akompaniując naturalnej ciszy oraz błogiemu spokojowi tego
miejsca. I dopiero kiedy Est obrócił się w lewo, poczuł coś, od czego naraz
zaschło mu w gardle, a mięśnie zesztywniały. Znał to niejasne wrażenie bycia
obserwowanym, lecz nie orientował się, co też było jego źródłem. Nie wątpił, iż
miało ono materialny wymiar, ale jak bardzo nie wytężałby zmysłów, wciąż tego
nie dostrzegał. Wtem zadrżał i cofnął się o krok, czując jak włoski na karku
stają mu dęba, a białą skórę pokrywają ciarki.
Było
tam. I patrzyło. A książę patrzył wprost na to.
Cokolwiek
to było, trzymało się na odległość wyznaczoną aurą niebianina. I już w tej
jednej chwili Est zrozumiał, że warta Colonella była jedynie zgodą na fanaberię
charakternego człowieka. Paladyn nie zamierzał spać. Dopilnuje, by to coś nie
zbliżyło się zanadto do pozostałych.
Przerażony
Est zawrócił do swoich rzeczy i zabierając ze sobą koc, niemal biegiem przeciął
odcinek dzielący go od Cola. Niedbale rozłożył posłanie i padł na nie niczym
nieżywy, desperacko wciskając się na koce mamroczącego pod nosem człowieka. Nawet
leżąc w kojących objęciach nie tracił poczucia, że na obrzeżach obozu czai się
coś, od czego ściskało go w dołku. I jego zaostrzonego lęku wcale nie łagodziła
świadomość, że Leos i Col usnęli bez przeszkód.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz