Wieczorny deszcz rozpadał się w
momencie, gdy przekraczali północną bramę Adeili. Estalavanes po cichu liczył
na dotarcie do garnizonu względnie suchą stopą i mógłby trochę dopomóc szczęściu
swoimi zdolnościami, gdyby nie przemożna chęć ukrycia ich przed całym światem.
Wyczuwał
nastroje kompanów schowanych pod ociekającymi wodą kapturami i nie były one optymistyczne.
Szczególnie Colonell wykazywał coraz większą niechęć do wszystkiego wokół. Opryskliwy
nawet w stosunku do partnera, nie miał ochoty na rozmowy z kimkolwiek, a jego
spojrzenie ciskało gromy w stopniu dorównującym gwałtowności zacinającej ulewy.
Est pamiętał ich pierwszy wspólny przyjazd do tego miasta i niewiele się on
różnił od obecnego. Wiedział, że spędzona tu niewesoła młodość sięgały
wrażliwych sfer, o jakich człowiek wolałby zapomnieć.
Zatroskany
chłopak naciągnął niedopasowany kaptur głębiej na oczy. Poprawił się w siodle i
wpatrując w owinięte cętkowaną peleryną plecy partnera, prowadził konia prosto
za przemoczoną do cna gniadą klaczą, zamykając czteroosobową kolumnę. Jego
własne doświadczenia płynące z pobytu w mieście garnizonowym również nie były
dobre. Podczas ostatniego odwiedził Dzielnicę Katedralną w asyście jowialnego
szlachcica, Lorda Henendrika II z rodu Halavar, jak się okazało zażartego wroga
Niedźwiedzi oraz jednego ze spiskowców Unii Możnych, sprzysiężenia dążącego do
obalenia zagrażających ich ziemiom najemników.
Bieżąca
wizyta była jego trzecią w tej metropolii i zarazem drugą dającą okazję do
podziwiania cudów estariońskiej architektury, a zwłaszcza olbrzymiej budowli,
od której dzielnica wzięła swoją nazwę. Biała, okolona bujnymi ogrodami Katedra
Tarthosa nawet w szarych strugach deszczu prezentowała się imponująco, samymi
strzelistymi wieżami wzbudzając w podróżnych fascynującą mieszaninę nabożnego
lęku oraz niezmiernego zachwytu. Posuwali się ku niej z męczącą prędkością,
ponieważ mimo niepogody szeroka, obsadzona szpalerem wysokich budynków aleja
oraz wieńczący ją okrągły plac z fontanną tętniły życiem. A jakby to nie było
wystarczającym kłopotem, wielu mieszkańców przystawało, by pogapić się na
królewskiego syna jadącego na czele niewielkiej kawalkady.
Niewzruszona
postawa sir Aarima Asmodeusza oraz pozbawiona wyrazu twarz absolutnie nie
zdradzały panujących w jego wnętrzu emocji. Dla półsmoka wciąż było to rzeczą
wręcz abstrakcyjną, by żywa istota nie potrafiła ich przeżywać, lecz na jego
oczach niejednokrotnie niemożliwe stawało się możliwe. Niebianie rządzili się swoimi
prawami.
Est
cieszył się, że nie musi z nikim rozmawiać. Natrętne wspomnienia atakowały go z
każdej strony, rekonstruując najbardziej dramatyczne sceny: Colonell ze
złodziejskimi narzędziami w rękach siedzący przy łóżku w pokoju tawerny, krwawa
przesyłka, szalona ucieczka zatłoczonymi ulicami i strzała tkwiąca w szczelinie
hełmu paladyna. Na domiar złego, przed oczami stanął mu obraz Aarima
dopinającego karwasz w dniu, w którym chłopak przybył w towarzystwie
korpulentnego lorda - niebianin nie sprawiał wrażenia poruszonego widokiem
białego elfa, jak gdyby spodziewał się nieproszonego gościa.
Gościa,
który znów tu był, machinalnie wręczył wodze zmokłego karego rumaka w ręce
rekruta i nie zaprotestował, kiedy nakazano mu oddać broń. W odróżnieniu od
Colonella, który niemal wszczął bójkę uparcie obstając przy zatrzymaniu
sztyletów. Ostatecznie rycerz-dowódca zmuszony był przyzwolić na odstępstwo od
reguły, biorąc na siebie odpowiedzialność za najętych strażników.
Est
posłusznie podążył za resztą do bocznego wejścia garnizonu. Żal mu było omijać
piękne zieleńce oraz ascetyczne wnętrze katedry, ale nie zamierzał udawać, że
ciepła kolacja i sucha sypialnia nie są dla niego równie atrakcyjne co surowy
majestat budowli. Echo kroków rozbrzmiewało w uszach, gdy szli za Aarimem
labiryntem długich i wąskich korytarzy poprzetykanych drzwiami oraz okienkami o
małych zachlapanych szybkach wychodzącymi na zacieniony wewnętrzny dziedziniec.
Est już raz gościł w garnizonie. Nie był jednak pewien, czy to ten sam korytarz
co poprzednio, wszystkie bowiem wydawały się identyczne.
Mijani
na skrzyżowaniach mężczyźni zakuci w ciężkie, błyskające w świetle kinkietów zbroje,
z hełmami pod pachami i mieczami przy biodrach, pozdrawiali dowódcę z należnym
mu szacunkiem. Est widział wyłącznie plecy i kark Aarima, niemniej po reakcjach
rycerzy domyślił się, że odpowiada im on zgodnie ze zwyczajem. Na przybyszów
nie zwracano większej uwagi, jakby obecność ludzkiej pary oraz nietypowego elfa
była tu codziennością.
Za
to półsmok czuł się tak bardzo nie na miejscu, jak nigdy przedtem. Przypatrywał
się z wymuszonym zaciekawieniem nie tyle monotonnym murom i schodom rozwidnionym
lampami, co przechodzącym obok rycerzom Zakonu. Ludziom. Oczywiście że ludziom,
byli w końcu w Estarionie. Dociekliwego chłopaka zastanawiało, dlaczego noszą
te uciążliwe płyty stali wewnątrz budynku. Czy oni kiedykolwiek odpoczywali?
Czy właśnie szli wykonywać swe obowiązki? Sir Aarim, kurtuazyjnie dźwigający bagaże
czarodziejki, w wilgotnej pelerynie, koszuli i spodniach o eleganckim fasonie
wyglądał na tle paladynów jak królewski potomek powracający z konnej
przejażdżki przerwanej niepogodą. Radosnej, gdyby nie prawda wykuta w urodziwej
marmurowej masce.
Po
niekończącym się spacerze, obładowani tobołami i pozostawiający za sobą błotniste
kałuże podróżni dobrnęli do kolejnych, zwyczajnych jak reszta drzwi. Est zachodził
w głowę, jak mieszkańcy odnajdują się w tym kamiennym mrowisku, w którym
wszystko wyglądało jednakowo. Cóż, mrówki też bezbłędnie odnajdywały się w
swojej domenie, więc może i tutaj funkcjonuje ten sam system?
Aarim
bez zapowiedzi wtargnął do środka i rozejrzał się po opustoszałym, rozjaśnionym
kinkietami pomieszczeniu, którego centralny punkt stanowił podłużny stół, aktualnie
pusty, a także pół tuzina ustawionych pod przeciwległą ścianą krzeseł.
Pozostali, kierowani zasadami etykiety, zaczekali przed wejściem na zaproszenie
gospodarza. W rzeczywistości nikt nie odważył się wkroczyć do sali bez kategorycznego
nakazu; dojmujący ascetyzm oraz nienaturalna cisza wypełniające to miejsce
działały na nich niby srogie wejrzenie groźnego belfra, którego nierozsądnie
jest prowokować.
Niebianin
opuścił pomieszczenie i zaczepił napotkanego podkomendnego wydając szereg
cichych, krótkich poleceń. Struchlały młody rekrut kilka razy przepraszająco
skinął głową i szybkim krokiem wrócił tam, skąd przyszedł. Est nie mógł wyjść z
podziwu dla tych ludzi, wszak umieli tak swobodnie poruszać się w ciężkim i
niewygodnym pancerzu!
Czyżby Wszechmocni nie odeszli, a
sam Tarthos użyczał im swej nadludzkiej siły? - przemknęło mu przez myśl. Z nagła przecięła ją inna,
mniej niewinna: Nie, potęga Jedynego przewyższa
wszystko. Siła śmiertelnych jest zaledwie siłą ich pragnień oraz dążących do
ich spełnienia starań.
Opancerzonymi
ramionami wstrząsnął dreszcz, aż Est musiał poprawić pasy plecaka zsuwające się
z barków. Rzucił okiem na rycerza-dowódcę, ale ten zdawał się nie interesować
jego poczynaniami, podobnie jak Leos i
Col. Coraz bardziej zasępiony westchnął cicho. Obłęd postępował. A on pojęcia
nie miał, jak sobie z tym radzić.
Aarim
spojrzał wreszcie na troje najemników. Z jego posągowego oblicza trudno było
cokolwiek wyczytać.
-
Wybaczcie problemy organizacyjne, proszę – odezwał się. - Moi ludzie otrzymali ścisłe
rozkazy, wśród których, niestety, zabrakło wzmianki o nakryciu do kolacji.
Pozwólcie zatem, że zaprowadzę was do waszych komnat, gdzie… Ach. – Najwyraźniej
książę przypomniał sobie o czymś, co w jego mniemaniu było naprawdę dużym
problemem organizacyjnym, skoro przytknął palec wskazujący do nasady prostego
nosa, przymykając przy tym oczy. – Przygotowano dwie cele gościnne, gdyż nie
spodziewałem się dodatkowej osoby. - Jego wzrok spoczął na Leos, by zaraz potem
prześlizgnąć się na stojących obok siebie mężczyzn. - Obawiam się, iż przez
najbliższe dwie noce niemożliwe będzie udostępnienie trzeciej celi.
Col
prychnął ironicznie.
-
Nie ma sprawy, przecież nie chcemy żeby „dodatkowa osoba” spała w jednym pokoju
z którymkolwiek z nas.
Jadowita
złośliwość w jego barytonie była dla Esta zupełną nowością. Chłopak z ledwością
powstrzymał się przed upomnieniem przyjaciela. I tak słowami nic by nie
wskórał. Ta dwójka musiała się dopasować, przywyknąć do wzajemnego towarzystwa.
A jemu pozostało już tylko obserwować i interweniować, kiedy konflikt zacznie
przybierać agresywną formę.
Powieki
Aarima pomału opadły, perfekcyjnie odzwierciedlając moment odzyskiwania
nadwyrężonej cierpliwości.
-
Prawdę powiedziawszy, Colonellu, wolałbym nie lokować was dwóch w jednej celi. Przypuszczam
jednak, iż jest to nie do uniknięcia. Tędy, proszę. Cele znajdują się na końcu
tego korytarza. - Oszczędnie skinął dłonią, ruszając we wskazywanym kierunku. -
Będziecie mogli zażyć odpoczynku przed kolacją. W kominkach powinien płonąć
ogień, w innym wypadku ufam, iż poradzicie sobie z tą niedogodnością.
-
Nie macie tutaj służby? – zapytała dreptająca za rycerzem-dowódcą Leos, ledwie
sięgając mu do ramienia. Nie przeszkadzała jej myśl, że sama musi zadbać o swoje
potrzeby i wygodę, ale brak służących w tak olbrzymim gmachu był dla niej nie
do pomyślenia. - To kto zajmuje się garnizonem?
-
Paladyni są sobie służbą - odparł Aarim zwalniając, by dziewczyna zrównała z
nim krok. Est poczuł się dziwnie widząc ich idących obok siebie. Natychmiast zrzucił
to na karb koszmarnej aury młodzieńca nie dopuszczając do siebie świadomości,
że może to być spowodowane czymś sączącym się z duszy lub serca. - I ubiegając
twoje następne pytanie, również i ja, królewski potomek, służę na każdy możliwy
sposób.
-
Niebywałe! - zawołała Leos i naraz zatkała sobie usta, słysząc jak echo niesie
jej głos wzdłuż wąskiego korytarza. - Niektórzy mężczyźni nie zawiążą spodni
bez pomocy służby, a szlachetni rycerze Zakonu samodzielnie wykonują wszystkie,
choćby najmniej godne prace? – zachwycała się cichszym tonem.
Colonell
nie mógł zostawić tematu bez komentarza, a jego pozornie dobry humor tylko wzmógł
czujność półsmoka wietrzącego niecny postępek.
-
Ja bym się raczej zastanowił dlaczego mężczyźni
nie zawiążą spodni bez pomocy służby. Jeśli ktoś je rozwiązał, to powinien je
później zawiązać.
-
Col! - syknęła zgorszona.
-
Co? Mam ci przypomnieć kto rozpowiadał, że sypia z Estim?
-
Jak rany, dość już tego! - Doprowadzony do granic zażenowania Est wszedł między
parę przyjaciół. Korciło go, by szarpać końcówki uszu, lecz zamiast tego rozłożył
ręce, rozdzielając mierzących się gniewnymi spojrzeniami ludzi. Rodzeństwo. -
Jesteśmy głodni, przemoczeni i zmęczeni po podróży, to zrozumiałe że się
denerwujemy. Zjedzmy coś i wyśpijmy się, dobrze? Później będziemy rozmawiać.
Trzymający
się na uboczu książę spoglądał na sprzeczających się najemników. Częściej
jednak uważnych złotych oczu nie spuszczał ze zmieszanego Esta, który, gdyby
tylko mógł, wpełzłby w jakąkolwiek dziurę i przesiedział w niej do czasu, aż
dadzą mu spokój.
Niebianin
wprawdzie nie odczuwał emocji, ale doskonale się w nich orientował. Szczególnie
że zaklinacz cały nimi emanował.
-
Czy wasza dyskusja może poczekać? – poprosił, wspierając chłopaka. - Jesteśmy
na miejscu. Jak mogliście zauważyć, do sali wiedzie prosta droga, toteż spotkajmy
się tam, gdy ochłoniecie.
Aarim
odstawił na przykrytą chodnikiem posadzkę tobołki czarodziejki, które w swej
uprzejmości niósł przez całą drogę, po czym odwrócił się sztywno i przeszedł tę
samą trasę którą przyszli, pozostawiając przyjaciół samych sobie. Kiedy zniknął
za zakrętem, Leos spiorunowała przodownika wzrokiem.
-
Czy musisz być aż tak nieokrzesany? Podejmuje nas jak gości, a ty zachowujesz
się jak jakiś prostak! Ogarnij się! - Wzięła się pod boki, rozchlapując deszczówkę
spływającą z zagłębień peleryny.
Wycofujący
się Est przeczuwał, co zaraz nastąpi. Nie wtrącał się więcej, wolał przyglądać
się wydarzeniom. Póki sami go w to nie wmieszają, a było to bardziej niż prawdopodobne.
-
Chyba mamy to we krwi, panienko – wytknął jej enigmatycznie Col. - Możemy
wreszcie rzucić te torby i wskoczyć w coś suchego?
-
Zazdrosny dzieciak!
-
Nie jestem zazdrosny, nie mam ku temu powodów. Poza tym widzę, jak się do niego
wdzięczysz. Przykro mi, bo wygląda na to, że nie masz szczęścia do mężczyzn -
zripostował Colonell i wyminął rozgoryczoną dziewczynę. Otworzył pierwsze drzwi
po lewej. - Jeśli to nie kłopot, bierzemy ten pokój.
Est
spostrzegł, jak przyjaciółka w geście bezradności zaciska pięści i z dławiącą
furią patrzy za wchodzącym do celi mężczyzną. Łzy lśniły w jej niebieskich
oczach, jednak Leos była na tyle silna, by nie pozwolić im płynąć. Est
współczuł jej, lecz równocześnie czuł dumę z jej samokontroli. Col uderzył
poniżej pasa i zrobił to z premedytacją, nic nie usprawiedliwiało jego bezczelności.
-
Mogę ci jakoś pomóc? – zaoferował się, kładąc urękawicznioną dłoń na ramieniu
Leos. Piromantka uspokoiła się pod spojrzeniem skaleonich ślepi, ale drżącego
gniewu nie potrafiła opanować. - Przepraszam za niego, czasami zachowuje się
jak skończony dureń. Nie bez przyczyny nienawidzi tego miasta, co nie oznacza,
że może bezkarnie wyżywać się na was.
Czarodziejka
pociągnęła nosem i pospiesznie otarła nadgarstkiem policzek.
-
Wiem – westchnęła. - Nie znam go tak dobrze jak ty, ale zdążyłam się do niego
przyzwyczaić. Tak przynajmniej sądziłam...
-
Już dobrze, Leos, wszyscy jesteśmy zdenerwowani. - Est sięgnął po sakwy i delikatnie
odsunął jej rękę, dając do zrozumienia, że sam się nimi zajmie. – Przegadam mu
do rozumu.
Przeniósł
rzeczy Leos do skromnej celi będącej teraz jej sypialnią i odłożył we wskazanym
miejscu przy łóżku. Wyprostował się, otrzepał dłonie i popatrzył w opuchnięte
od powstrzymywanych łez ciemnoniebieskie oczy. Bez namysłu przytulił ją do osłoniętej
kirysem piersi. Pogłaskał miodowe rozczochrane włosy.
-
Wspaniale sobie radzisz, Leos - wyszeptał. - Jestem z ciebie dumny.
Odsunął
spąsowiałą Małą Niedźwiedzicę na odległość wyciągniętych ramion, przesunął
kciukiem po jej drżącym podbródku i uśmiechnął się lekko. Szkliste spojrzenie dziewczyny
momentalnie go otrzeźwiło. Gwałtownie wycofał się pod drzwi, uderzając o nie
plecakiem. Napływający wstyd i niechęć do samego siebie zamaskował słabym,
przepraszającym grymasem. Obrócił się na pięcie i w milczeniu opuścił celę, bo
nie był w stanie wydobyć słowa ze ściśniętego gardła. Wziął parę głębszych
oddechów i nie wiedząc co ze sobą począć, oparł się czołem o zimną ścianę
korytarza. Z ukosa zerknął na niewielkie okienko upstrzone kroplami deszczu.
Co
go, do cholery, napadło?!
Wściekły
zwyzywał się od najgorszych. Miał niepowtarzalną szansę skierować uwagę
beznadziejnie zakochanej dziewczyny w inną stronę, a co z tym robił? I to w tak
trudnej dla nich sytuacji! Trudnej szczególnie dla niej! Poza nim nie ma
nikogo, na kim mogłaby polegać, komu mogłaby w pełni zaufać. Miał być jej
opiekunem, a nie…
Odetchnąwszy
dla wyciszenia rozszalałych myśli, Est odepchnął się od ściany i obładowany własnymi
bagażami, przemoknięty oraz skrajnie nieszczęśliwy poszedł do celi, którą
dzielić miał z Colem. Otwierając, niekontrolowanie uderzył drewnianymi drzwiami
o ich ramę, aż nienawykła do takiego traktowania ościeżnica chrząknęła
pękającym drewnem. Ledwie żarzące się w kominku bierwiona buchnęły płomieniem. Rzucił
rzeczy na stertę utworzoną przez zwiadowcę i nie patrząc na partnera usiadł na brzegu
pryczy, chowając twarz w dłoniach. Miał być biernym świadkiem, a urządzał sceny
nie gorsze niż Col.
-
Esti, przepraszam. Poniosło mnie. - Colonell wstał z jedynego w pomieszczeniu
krzesła. Nie wiedział co zdarzyło się w celi obok, a stan ducha półsmoka mylnie
tłumaczył własnym bezmyślnym wyskokiem. - Leos też przeproszę, przy kolacji.
Idiota ze mnie.
Twardy
materac ugiął się pod ciężarem rosłego człowieka. Est poczuł na udzie ciepłą rękę.
Nawet przez grubą skórę ochraniacza dotyk partnera wzbudzał w nim niepohamowane
dreszcze. Jak ma powiedzieć ukochanemu, co dzieje się w jego sercu, skoro on
sam tego nie rozumiał?
Chłopak
wciąż nie odpowiadał, więc Col naparł na niego barkiem, zachęcając do
przeprosinowej przepychanki. Przekonany, że to z jego winy Esti wpadł w tak
ponury nastrój, próbował poprawić mu humor zapewniając, że naprawi swój błąd. Objął
ramieniem niewzruszonego dzieciaka i oparł brodę o czubek jego głowy. Spodziewał
się, że ten wkrótce zareaguje…
Ale
nie z taką dzikością!
Osłupiały
Colonell wylądował plecami na wykrochmalonej pościeli, do której Est docisnął
jego nadgarstki. Wielkie tęczówki chłopaka lśniły intensywnym, jaskrawozielonym
blaskiem i nie było to odbite światło ognia. Półsmok z wahaniem przygryzał
dolną wargę i niespiesznym spojrzeniem przemykał po każdym detalu oblicza unieruchomionego
mężczyzny. Wyglądał, jakby myślami przebywał zupełnie gdzie indziej,
jednocześnie zapamiętując rysy łowcy i tworzące skomplikowany wzór linie płowiejącego
barwnika. Col bał się poruszyć, by nie przepłoszyć tak podniecająco
nieobliczalnej istoty.
Czuowieców należy sobie
podporządkować
– pomyślał półprzytomny chłopak. Wówczas będą posłuszni...
-
Nie... - mamrotał, wzroku nie odrywając od ukochanego człowieka. - Nie pragnę
posłuszeństwa.
-
Esti? O co…
Col
nie dokończył, ponieważ pierś obleczona w czarny pancerz przylgnęła do jego
miękkiej bluzy, wypierając powietrze z płuc. Est sugestywnie otarł się o niego lędźwiami,
przesuwając nieco do przodu i w górę. Zastygł z ustami przy jego ustach,
wpatrzony w lekko rozchylone oczekiwaniem ciemne wargi - jakby nagle zapomniał,
co chciał zrobić. Colonell obserwował go z rosnącym pożądaniem. Zachwycony tym
rzadkim widokiem nie ingerował, czekał z cierpliwością topniejącą w żarze ich
wspólnego ognia. Uścisk na lewym nadgarstku zelżał. Długie palce gładziły teraz
zawijasy tatuażu, opuszki sunęły po przystrzyżonym zaroście. Wyswobodzoną rękę
przodownik położył na białym policzku niezdecydowanego kochanka, który po raz
kolejny zaskoczył go do granic cielesnej wytrzymałości.
Est
wyprężył grzbiet, siadając okrakiem na oszołomionym mężczyźnie. Czerwony, gorący
i zadziwiająco wąski język wysunął się spomiędzy ostrych kłów, gdy przysunął
szorstką dłoń człowieka do swoich ust. Nie odwracając hipnotyzującego, nieprzeniknionego
spojrzenia od spacyfikowanego kochanka, chciwie chłonął pełną gamę uczuć
przebiegających przez smagłą twarz, kiedy po kolei rozsuwał językiem jego palce
i liżąc, smakował całą ich długość. Klatka piersiowa pod nim unosiła się coraz
szybciej; oddech człowieka stał się płytki i urywany. Cichy jęk wydobył się z
zachrypniętego gardła w chwili, w której chłopak wsunął sobie jego palce do ust
i zaczął kąsać je z agresywnie zachłannym, wręcz dominującym wzrokiem.
Skupiony
na zwiadowcy czuł błądzącą pod koszulką dłoń nie mogąca zagrzać miejsca na
jedynych dostępnych przestrzeniach pobliźnionej skóry. Ludzki mężczyzna musiał
przeżywać prawdziwie rozkoszne katusze, jako że opasający biodra pas z
medykamentami wiernie strzegł tego, co pozostawało niewidoczne dla postronnych.
Z okrutną radością czerpał satysfakcję z bezsilności partnera w starciu ze
skórzaną zbroją szczelnie okrywającą szczupłą, zgrabnie umięśnioną sylwetkę.
Łaskawie
pochylił się, niby przypadkiem ocierając o pulsującego w spodniach członka.
Podrażnił ustami wargi partnera, nie pozwalając mu na posmakowanie pieszczoty.
Colonell spróbował dźwignąć się na łokciach, lecz Est pchnął go na posłanie i
droczył się z nim, by na koniec wpić się w chętne usta z mocą nie tylko
fizyczną.
Dominacja...
...Przejęcie...
...Kontrola!
Niespodziewane
uderzenie przyjemności zamroczyło człowieka, który wyłącznie dzięki sile woli
nie utracił panowania nad rozpalonym ciałem. Mogło się wydawać, iż zmysłowy pocałunek
był jedną z wielu dotąd wymienianych pieszczot, ale ten był zgoła inny. Oprócz
śliny i emocji przekazał namacalną energię, jakiej Col nie znał i nie umiał
określić. Językiem dotykał śliskich i niebezpiecznych kłów drapieżnego kochanka,
dryfując ekstatycznie między umiarkowanym upojeniem alkoholowym a kompletnym odurzeniem.
Ten przyjemny i trudny do uchwycenia moment zaspokojenia opłynął jego ciało,
hucząc w czaszce odbierał zdolność jasnego rozumowania.
Colonell
przycisnął do siebie namiętnego partnera, ignorując wrzynające się w brzuch
metalowe wzmocnienia i klamry czarnej skórzanej zbroi oraz flaszeczki z
miksturami. Ich usta nie odrywały się od siebie ani na sekundę, nie wadziły im
nawet rozmiary jednoosobowego łóżka. W tej chwili byli jednością, pomimo warstw
odzieży i pancerza bezwzględnie oddzielających ich od siebie.
Mężczyzna
zachłysnął się, raptownie wracając do rzeczywistości. Odnosił wrażenie, jakby
dopiero wypłynął na powierzchnię po bardzo długim przebywaniu pod taflą gotującej
się wody. Nie potrafił złapać tchu, płonął od wewnątrz! W przeciwieństwie do chłopaka,
który, leżąc na nim, podpierał się na łokciach i bawił brązowymi włosami, przypatrując
się jego bezowocnym wysiłkom z nieznacznie uniesionymi kącikami białych warg.
-
Co to… Haaa... Co ty… Esti, co to było? – wydyszał Col marząc o łyku wody,
która przyniosłaby ulgę jego przesuszonemu gardłu. - Wszechmocni… Hah, myślałem
że dojdę i odejdę równocześnie! - Błogi uśmiech rozpromienił jego
zaczerwienioną twarz. - Jesteś niesamowity. Prawie mnie zabiłeś!
Est
nie przestawał bawić się jego włosami. Tajemniczy uśmiech wciąż błąkał się na
jego ustach.
-
Chciałem sprawdzić, czy w ten sposób mogę przesłać ci choć cząstkę mojej mocy.
I skłonny jestem przyznać, że ten mały eksperyment przerósł moje najśmielsze
oczekiwania. Byłeś mój, w pełni zdany na moją łaskę i niełaskę - wymruczał Est tak
niskim i drapieżnym tonem, że pobudzony Col zapragnął powtórzyć to fantastyczne
doznanie choćby za cenę własnego życia. - Cieszę się, że nie uczyniłem ci
krzywdy.
Zsunął
się z łapiącego dech zwiadowcy i wychodząc na środek celi, na wyczucie rozpinał
sprzączki skórzanego pancerza. Zdjęte elementy tradycyjnie lądowały na podłodze
tworząc niezgrabną kupkę matowych skór oraz czarnych klamerek - tylko cenny pas
obdarzył szczególną troską. Est majstrował zawzięcie przy sprzączce kirysa, a ogień
w kominku zapłonął jaśniej, jak gdyby chcąc ułatwić mu wykonanie tej żmudnej
czynności.
Col
ostrożnie podniósł się z pryczy, siadając na jej brzeżku. Komnata gwałtownie
zawirowała mu przed oczami i opierając łokcie o kolana dochodził do siebie, wbijając
spojrzenie w jedyny stabilny element otoczenia jakim była kamienna posadzka
wyłożona niebieskim dywanem o krótkim włosiu. W tym czasie Est bezskutecznie wygładzał
pomiętą czarną koszulkę bez rękawów. Zaprzestał jednak, dostrzegając, że nie ma
to najmniejszego sensu.
Rzeczywiście,
Est czuł się lepiej niż jeszcze przed chwilą. Jakby wraz z odrobiną esencji pozbył
się również wątpliwości wynikających z niezrozumienia własnych uczuć. Mistrz
pobierał od niego nadwyżkę mocy samym uściśnięciem dłoni, jako poszukiwacz
magii mógł tego dokonać na przekór mechanizmom obronnym ucznia. Trafnie
odgadywał dyskomfort podopiecznego związany z nagromadzoną energią i subtelnie pomagał
mu uwolnić ją z organizmu. Dlatego też Est pod wpływem impulsu, zbiegłej myśli,
postanowił oddać część mocy niemagicznemu kochankowi w nieco odmienny niż
dotychczasowy seksualny sposób. I był bardziej niż zadowolony z uzyskanego
efektu. Musiał tylko czujnie obserwować, czy Colowi nic nie będzie dolegało z racji
energii tajemnej wymagającej zneutralizowania. To nie ich pierwszy raz, lecz na
pewno pierwszy, gdy on sam poczuł się inaczej w trakcie przesyłania mocy. Nie miał
jednak pewności, jak ludzkie ciało ją zniesie. Czuł się podle myśląc o kochanku
jak o obiekcie doświadczalnym, aczkolwiek nie mógł zaprzeczyć, że końcowy
rezultat będzie pouczający.
-
Dobrze się czujesz? - Skruszony wrócił do siedzącego na skraju łóżka partnera i
przykucnął naprzeciwko. Zajrzał mu w oczy szukając... sam dokładnie nie
wiedział czego. Nic nie wskazywało na to, by ten wiecznie wesoły typ cierpiał
od magicznej choroby. - Przepraszam, Col. Oddaję ci swoją esencję, a nawet nie
wiem, jak na ciebie wpływa.
-
Esti, jeżeli miałoby mnie to zabić, to będzie to cudowna śmierć - wychrypiał
człowiek głosem ociekającym szczęściem. Ciepłe palce zaplątały się w czarne
włosy Esta, kiedy Col przyciągnął go do siebie i pocałował czule.
-
A idź wyłysiej! - wzburzony chłopak wyrwał się z łagodnych objęć. Podszedł do
drzwi i z ręką na klamce oraz uroczo nadąsaną miną zmierzył wytatuowanego
mężczyznę groźnym wzrokiem. - Powinniśmy udać się na kolację, nim zaczną sobie
wyobrażać zbyt wiele.
Colonell
odetchnął głęboko i podciągnął rękawy bluzy pod same łokcie. Za oknem szalała
ulewa, odległe mruczenie zwiastowało nadejście burzy, a w sypialni było
wyjątkowo przytulnie mimo surowego wystroju oraz ledwie tlącego się ognia w
kominku. Nie miało sensu przebieranie się na kolację, więc pomału wstał z posłania
i niedbale otrzepał ubranie.
-
Nie żartuję, Esti – ciągnął, dołączając do niego. – Poświęciłbym dla ciebie
życie, gdyby zaszła taka konieczność.
Est
otwartą dłonią zamknął mu usta i odepchnął go od siebie z irytacją. Śmierć nie
wpisywała się w jego poczucie humoru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz