sobota, 11 kwietnia 2026

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 41

 

Wieczorny deszcz rozpadał się w momencie, gdy przekraczali północną bramę Adeili. Estalavanes po cichu liczył na dotarcie do garnizonu względnie suchą stopą i mógłby trochę dopomóc szczęściu swoimi zdolnościami, gdyby nie przemożna chęć ukrycia ich przed całym światem.

Wyczuwał nastroje kompanów schowanych pod ociekającymi wodą kapturami i nie były one optymistyczne. Szczególnie Colonell wykazywał coraz większą niechęć do wszystkiego wokół. Opryskliwy nawet w stosunku do partnera, nie miał ochoty na rozmowy z kimkolwiek, a jego spojrzenie ciskało gromy w stopniu dorównującym gwałtowności zacinającej ulewy. Est pamiętał ich pierwszy wspólny przyjazd do tego miasta i niewiele się on różnił od obecnego. Wiedział, że spędzona tu niewesoła młodość sięgały wrażliwych sfer, o jakich człowiek wolałby zapomnieć.

Zatroskany chłopak naciągnął niedopasowany kaptur głębiej na oczy. Poprawił się w siodle i wpatrując w owinięte cętkowaną peleryną plecy partnera, prowadził konia prosto za przemoczoną do cna gniadą klaczą, zamykając czteroosobową kolumnę. Jego własne doświadczenia płynące z pobytu w mieście garnizonowym również nie były dobre. Podczas ostatniego odwiedził Dzielnicę Katedralną w asyście jowialnego szlachcica, Lorda Henendrika II z rodu Halavar, jak się okazało zażartego wroga Niedźwiedzi oraz jednego ze spiskowców Unii Możnych, sprzysiężenia dążącego do obalenia zagrażających ich ziemiom najemników.

Bieżąca wizyta była jego trzecią w tej metropolii i zarazem drugą dającą okazję do podziwiania cudów estariońskiej architektury, a zwłaszcza olbrzymiej budowli, od której dzielnica wzięła swoją nazwę. Biała, okolona bujnymi ogrodami Katedra Tarthosa nawet w szarych strugach deszczu prezentowała się imponująco, samymi strzelistymi wieżami wzbudzając w podróżnych fascynującą mieszaninę nabożnego lęku oraz niezmiernego zachwytu. Posuwali się ku niej z męczącą prędkością, ponieważ mimo niepogody szeroka, obsadzona szpalerem wysokich budynków aleja oraz wieńczący ją okrągły plac z fontanną tętniły życiem. A jakby to nie było wystarczającym kłopotem, wielu mieszkańców przystawało, by pogapić się na królewskiego syna jadącego na czele niewielkiej kawalkady.

Niewzruszona postawa sir Aarima Asmodeusza oraz pozbawiona wyrazu twarz absolutnie nie zdradzały panujących w jego wnętrzu emocji. Dla półsmoka wciąż było to rzeczą wręcz abstrakcyjną, by żywa istota nie potrafiła ich przeżywać, lecz na jego oczach niejednokrotnie niemożliwe stawało się możliwe. Niebianie rządzili się swoimi prawami.

Est cieszył się, że nie musi z nikim rozmawiać. Natrętne wspomnienia atakowały go z każdej strony, rekonstruując najbardziej dramatyczne sceny: Colonell ze złodziejskimi narzędziami w rękach siedzący przy łóżku w pokoju tawerny, krwawa przesyłka, szalona ucieczka zatłoczonymi ulicami i strzała tkwiąca w szczelinie hełmu paladyna. Na domiar złego, przed oczami stanął mu obraz Aarima dopinającego karwasz w dniu, w którym chłopak przybył w towarzystwie korpulentnego lorda - niebianin nie sprawiał wrażenia poruszonego widokiem białego elfa, jak gdyby spodziewał się nieproszonego gościa.

Gościa, który znów tu był, machinalnie wręczył wodze zmokłego karego rumaka w ręce rekruta i nie zaprotestował, kiedy nakazano mu oddać broń. W odróżnieniu od Colonella, który niemal wszczął bójkę uparcie obstając przy zatrzymaniu sztyletów. Ostatecznie rycerz-dowódca zmuszony był przyzwolić na odstępstwo od reguły, biorąc na siebie odpowiedzialność za najętych strażników.

Est posłusznie podążył za resztą do bocznego wejścia garnizonu. Żal mu było omijać piękne zieleńce oraz ascetyczne wnętrze katedry, ale nie zamierzał udawać, że ciepła kolacja i sucha sypialnia nie są dla niego równie atrakcyjne co surowy majestat budowli. Echo kroków rozbrzmiewało w uszach, gdy szli za Aarimem labiryntem długich i wąskich korytarzy poprzetykanych drzwiami oraz okienkami o małych zachlapanych szybkach wychodzącymi na zacieniony wewnętrzny dziedziniec. Est już raz gościł w garnizonie. Nie był jednak pewien, czy to ten sam korytarz co poprzednio, wszystkie bowiem wydawały się identyczne.

Mijani na skrzyżowaniach mężczyźni zakuci w ciężkie, błyskające w świetle kinkietów zbroje, z hełmami pod pachami i mieczami przy biodrach, pozdrawiali dowódcę z należnym mu szacunkiem. Est widział wyłącznie plecy i kark Aarima, niemniej po reakcjach rycerzy domyślił się, że odpowiada im on zgodnie ze zwyczajem. Na przybyszów nie zwracano większej uwagi, jakby obecność ludzkiej pary oraz nietypowego elfa była tu codziennością.

Za to półsmok czuł się tak bardzo nie na miejscu, jak nigdy przedtem. Przypatrywał się z wymuszonym zaciekawieniem nie tyle monotonnym murom i schodom rozwidnionym lampami, co przechodzącym obok rycerzom Zakonu. Ludziom. Oczywiście że ludziom, byli w końcu w Estarionie. Dociekliwego chłopaka zastanawiało, dlaczego noszą te uciążliwe płyty stali wewnątrz budynku. Czy oni kiedykolwiek odpoczywali? Czy właśnie szli wykonywać swe obowiązki? Sir Aarim, kurtuazyjnie dźwigający bagaże czarodziejki, w wilgotnej pelerynie, koszuli i spodniach o eleganckim fasonie wyglądał na tle paladynów jak królewski potomek powracający z konnej przejażdżki przerwanej niepogodą. Radosnej, gdyby nie prawda wykuta w urodziwej marmurowej masce.

Po niekończącym się spacerze, obładowani tobołami i pozostawiający za sobą błotniste kałuże podróżni dobrnęli do kolejnych, zwyczajnych jak reszta drzwi. Est zachodził w głowę, jak mieszkańcy odnajdują się w tym kamiennym mrowisku, w którym wszystko wyglądało jednakowo. Cóż, mrówki też bezbłędnie odnajdywały się w swojej domenie, więc może i tutaj funkcjonuje ten sam system?

Aarim bez zapowiedzi wtargnął do środka i rozejrzał się po opustoszałym, rozjaśnionym kinkietami pomieszczeniu, którego centralny punkt stanowił podłużny stół, aktualnie pusty, a także pół tuzina ustawionych pod przeciwległą ścianą krzeseł. Pozostali, kierowani zasadami etykiety, zaczekali przed wejściem na zaproszenie gospodarza. W rzeczywistości nikt nie odważył się wkroczyć do sali bez kategorycznego nakazu; dojmujący ascetyzm oraz nienaturalna cisza wypełniające to miejsce działały na nich niby srogie wejrzenie groźnego belfra, którego nierozsądnie jest prowokować.

Niebianin opuścił pomieszczenie i zaczepił napotkanego podkomendnego wydając szereg cichych, krótkich poleceń. Struchlały młody rekrut kilka razy przepraszająco skinął głową i szybkim krokiem wrócił tam, skąd przyszedł. Est nie mógł wyjść z podziwu dla tych ludzi, wszak umieli tak swobodnie poruszać się w ciężkim i niewygodnym pancerzu!

Czyżby Wszechmocni nie odeszli, a sam Tarthos użyczał im swej nadludzkiej siły? - przemknęło mu przez myśl. Z nagła przecięła ją inna, mniej niewinna: Nie, potęga Jedynego przewyższa wszystko. Siła śmiertelnych jest zaledwie siłą ich pragnień oraz dążących do ich spełnienia starań.

Opancerzonymi ramionami wstrząsnął dreszcz, aż Est musiał poprawić pasy plecaka zsuwające się z barków. Rzucił okiem na rycerza-dowódcę, ale ten zdawał się nie interesować jego poczynaniami, podobnie jak  Leos i Col. Coraz bardziej zasępiony westchnął cicho. Obłęd postępował. A on pojęcia nie miał, jak sobie z tym radzić.

Aarim spojrzał wreszcie na troje najemników. Z jego posągowego oblicza trudno było cokolwiek wyczytać.

- Wybaczcie problemy organizacyjne, proszę – odezwał się. - Moi ludzie otrzymali ścisłe rozkazy, wśród których, niestety, zabrakło wzmianki o nakryciu do kolacji. Pozwólcie zatem, że zaprowadzę was do waszych komnat, gdzie… Ach. – Najwyraźniej książę przypomniał sobie o czymś, co w jego mniemaniu było naprawdę dużym problemem organizacyjnym, skoro przytknął palec wskazujący do nasady prostego nosa, przymykając przy tym oczy. – Przygotowano dwie cele gościnne, gdyż nie spodziewałem się dodatkowej osoby. - Jego wzrok spoczął na Leos, by zaraz potem prześlizgnąć się na stojących obok siebie mężczyzn. - Obawiam się, iż przez najbliższe dwie noce niemożliwe będzie udostępnienie trzeciej celi.

Col prychnął ironicznie.

- Nie ma sprawy, przecież nie chcemy żeby „dodatkowa osoba” spała w jednym pokoju z którymkolwiek z nas.

Jadowita złośliwość w jego barytonie była dla Esta zupełną nowością. Chłopak z ledwością powstrzymał się przed upomnieniem przyjaciela. I tak słowami nic by nie wskórał. Ta dwójka musiała się dopasować, przywyknąć do wzajemnego towarzystwa. A jemu pozostało już tylko obserwować i interweniować, kiedy konflikt zacznie przybierać agresywną formę.

Powieki Aarima pomału opadły, perfekcyjnie odzwierciedlając moment odzyskiwania nadwyrężonej cierpliwości.

- Prawdę powiedziawszy, Colonellu, wolałbym nie lokować was dwóch w jednej celi. Przypuszczam jednak, iż jest to nie do uniknięcia. Tędy, proszę. Cele znajdują się na końcu tego korytarza. - Oszczędnie skinął dłonią, ruszając we wskazywanym kierunku. - Będziecie mogli zażyć odpoczynku przed kolacją. W kominkach powinien płonąć ogień, w innym wypadku ufam, iż poradzicie sobie z tą niedogodnością.

- Nie macie tutaj służby? – zapytała dreptająca za rycerzem-dowódcą Leos, ledwie sięgając mu do ramienia. Nie przeszkadzała jej myśl, że sama musi zadbać o swoje potrzeby i wygodę, ale brak służących w tak olbrzymim gmachu był dla niej nie do pomyślenia. - To kto zajmuje się garnizonem?

- Paladyni są sobie służbą - odparł Aarim zwalniając, by dziewczyna zrównała z nim krok. Est poczuł się dziwnie widząc ich idących obok siebie. Natychmiast zrzucił to na karb koszmarnej aury młodzieńca nie dopuszczając do siebie świadomości, że może to być spowodowane czymś sączącym się z duszy lub serca. - I ubiegając twoje następne pytanie, również i ja, królewski potomek, służę na każdy możliwy sposób.

- Niebywałe! - zawołała Leos i naraz zatkała sobie usta, słysząc jak echo niesie jej głos wzdłuż wąskiego korytarza. - Niektórzy mężczyźni nie zawiążą spodni bez pomocy służby, a szlachetni rycerze Zakonu samodzielnie wykonują wszystkie, choćby najmniej godne prace? – zachwycała się cichszym tonem.

Colonell nie mógł zostawić tematu bez komentarza, a jego pozornie dobry humor tylko wzmógł czujność półsmoka wietrzącego niecny postępek.

- Ja bym się raczej zastanowił dlaczego mężczyźni nie zawiążą spodni bez pomocy służby. Jeśli ktoś je rozwiązał, to powinien je później zawiązać.

- Col! - syknęła zgorszona.

- Co? Mam ci przypomnieć kto rozpowiadał, że sypia z Estim?

- Jak rany, dość już tego! - Doprowadzony do granic zażenowania Est wszedł między parę przyjaciół. Korciło go, by szarpać końcówki uszu, lecz zamiast tego rozłożył ręce, rozdzielając mierzących się gniewnymi spojrzeniami ludzi. Rodzeństwo. - Jesteśmy głodni, przemoczeni i zmęczeni po podróży, to zrozumiałe że się denerwujemy. Zjedzmy coś i wyśpijmy się, dobrze? Później będziemy rozmawiać.

Trzymający się na uboczu książę spoglądał na sprzeczających się najemników. Częściej jednak uważnych złotych oczu nie spuszczał ze zmieszanego Esta, który, gdyby tylko mógł, wpełzłby w jakąkolwiek dziurę i przesiedział w niej do czasu, aż dadzą mu spokój.

Niebianin wprawdzie nie odczuwał emocji, ale doskonale się w nich orientował. Szczególnie że zaklinacz cały nimi emanował.

- Czy wasza dyskusja może poczekać? – poprosił, wspierając chłopaka. - Jesteśmy na miejscu. Jak mogliście zauważyć, do sali wiedzie prosta droga, toteż spotkajmy się tam, gdy ochłoniecie.

Aarim odstawił na przykrytą chodnikiem posadzkę tobołki czarodziejki, które w swej uprzejmości niósł przez całą drogę, po czym odwrócił się sztywno i przeszedł tę samą trasę którą przyszli, pozostawiając przyjaciół samych sobie. Kiedy zniknął za zakrętem, Leos spiorunowała przodownika wzrokiem.

- Czy musisz być aż tak nieokrzesany? Podejmuje nas jak gości, a ty zachowujesz się jak jakiś prostak! Ogarnij się! - Wzięła się pod boki, rozchlapując deszczówkę spływającą z zagłębień peleryny.

Wycofujący się Est przeczuwał, co zaraz nastąpi. Nie wtrącał się więcej, wolał przyglądać się wydarzeniom. Póki sami go w to nie wmieszają, a było to bardziej niż prawdopodobne.

- Chyba mamy to we krwi, panienko – wytknął jej enigmatycznie Col. - Możemy wreszcie rzucić te torby i wskoczyć w coś suchego?

- Zazdrosny dzieciak!

- Nie jestem zazdrosny, nie mam ku temu powodów. Poza tym widzę, jak się do niego wdzięczysz. Przykro mi, bo wygląda na to, że nie masz szczęścia do mężczyzn - zripostował Colonell i wyminął rozgoryczoną dziewczynę. Otworzył pierwsze drzwi po lewej. - Jeśli to nie kłopot, bierzemy ten pokój.

Est spostrzegł, jak przyjaciółka w geście bezradności zaciska pięści i z dławiącą furią patrzy za wchodzącym do celi mężczyzną. Łzy lśniły w jej niebieskich oczach, jednak Leos była na tyle silna, by nie pozwolić im płynąć. Est współczuł jej, lecz równocześnie czuł dumę z jej samokontroli. Col uderzył poniżej pasa i zrobił to z premedytacją, nic nie usprawiedliwiało jego bezczelności.

- Mogę ci jakoś pomóc? – zaoferował się, kładąc urękawicznioną dłoń na ramieniu Leos. Piromantka uspokoiła się pod spojrzeniem skaleonich ślepi, ale drżącego gniewu nie potrafiła opanować. - Przepraszam za niego, czasami zachowuje się jak skończony dureń. Nie bez przyczyny nienawidzi tego miasta, co nie oznacza, że może bezkarnie wyżywać się na was.

Czarodziejka pociągnęła nosem i pospiesznie otarła nadgarstkiem policzek.

- Wiem – westchnęła. - Nie znam go tak dobrze jak ty, ale zdążyłam się do niego przyzwyczaić. Tak przynajmniej sądziłam...

- Już dobrze, Leos, wszyscy jesteśmy zdenerwowani. - Est sięgnął po sakwy i delikatnie odsunął jej rękę, dając do zrozumienia, że sam się nimi zajmie. – Przegadam mu do rozumu.

Przeniósł rzeczy Leos do skromnej celi będącej teraz jej sypialnią i odłożył we wskazanym miejscu przy łóżku. Wyprostował się, otrzepał dłonie i popatrzył w opuchnięte od powstrzymywanych łez ciemnoniebieskie oczy. Bez namysłu przytulił ją do osłoniętej kirysem piersi. Pogłaskał miodowe rozczochrane włosy.

- Wspaniale sobie radzisz, Leos - wyszeptał. - Jestem z ciebie dumny.

Odsunął spąsowiałą Małą Niedźwiedzicę na odległość wyciągniętych ramion, przesunął kciukiem po jej drżącym podbródku i uśmiechnął się lekko. Szkliste spojrzenie dziewczyny momentalnie go otrzeźwiło. Gwałtownie wycofał się pod drzwi, uderzając o nie plecakiem. Napływający wstyd i niechęć do samego siebie zamaskował słabym, przepraszającym grymasem. Obrócił się na pięcie i w milczeniu opuścił celę, bo nie był w stanie wydobyć słowa ze ściśniętego gardła. Wziął parę głębszych oddechów i nie wiedząc co ze sobą począć, oparł się czołem o zimną ścianę korytarza. Z ukosa zerknął na niewielkie okienko upstrzone kroplami deszczu.

Co go, do cholery, napadło?!

Wściekły zwyzywał się od najgorszych. Miał niepowtarzalną szansę skierować uwagę beznadziejnie zakochanej dziewczyny w inną stronę, a co z tym robił? I to w tak trudnej dla nich sytuacji! Trudnej szczególnie dla niej! Poza nim nie ma nikogo, na kim mogłaby polegać, komu mogłaby w pełni zaufać. Miał być jej opiekunem, a nie…

Odetchnąwszy dla wyciszenia rozszalałych myśli, Est odepchnął się od ściany i obładowany własnymi bagażami, przemoknięty oraz skrajnie nieszczęśliwy poszedł do celi, którą dzielić miał z Colem. Otwierając, niekontrolowanie uderzył drewnianymi drzwiami o ich ramę, aż nienawykła do takiego traktowania ościeżnica chrząknęła pękającym drewnem. Ledwie żarzące się w kominku bierwiona buchnęły płomieniem. Rzucił rzeczy na stertę utworzoną przez zwiadowcę i nie patrząc na partnera usiadł na brzegu pryczy, chowając twarz w dłoniach. Miał być biernym świadkiem, a urządzał sceny nie gorsze niż Col.

- Esti, przepraszam. Poniosło mnie. - Colonell wstał z jedynego w pomieszczeniu krzesła. Nie wiedział co zdarzyło się w celi obok, a stan ducha półsmoka mylnie tłumaczył własnym bezmyślnym wyskokiem. - Leos też przeproszę, przy kolacji. Idiota ze mnie.

Twardy materac ugiął się pod ciężarem rosłego człowieka. Est poczuł na udzie ciepłą rękę. Nawet przez grubą skórę ochraniacza dotyk partnera wzbudzał w nim niepohamowane dreszcze. Jak ma powiedzieć ukochanemu, co dzieje się w jego sercu, skoro on sam tego nie rozumiał?

Chłopak wciąż nie odpowiadał, więc Col naparł na niego barkiem, zachęcając do przeprosinowej przepychanki. Przekonany, że to z jego winy Esti wpadł w tak ponury nastrój, próbował poprawić mu humor zapewniając, że naprawi swój błąd. Objął ramieniem niewzruszonego dzieciaka i oparł brodę o czubek jego głowy. Spodziewał się, że ten wkrótce zareaguje…

Ale nie z taką dzikością!

Osłupiały Colonell wylądował plecami na wykrochmalonej pościeli, do której Est docisnął jego nadgarstki. Wielkie tęczówki chłopaka lśniły intensywnym, jaskrawozielonym blaskiem i nie było to odbite światło ognia. Półsmok z wahaniem przygryzał dolną wargę i niespiesznym spojrzeniem przemykał po każdym detalu oblicza unieruchomionego mężczyzny. Wyglądał, jakby myślami przebywał zupełnie gdzie indziej, jednocześnie zapamiętując rysy łowcy i tworzące skomplikowany wzór linie płowiejącego barwnika. Col bał się poruszyć, by nie przepłoszyć tak podniecająco nieobliczalnej istoty.

Czuowieców należy sobie podporządkować – pomyślał półprzytomny chłopak. Wówczas będą posłuszni...

- Nie... - mamrotał, wzroku nie odrywając od ukochanego człowieka. - Nie pragnę posłuszeństwa.

- Esti? O co…

Col nie dokończył, ponieważ pierś obleczona w czarny pancerz przylgnęła do jego miękkiej bluzy, wypierając powietrze z płuc. Est sugestywnie otarł się o niego lędźwiami, przesuwając nieco do przodu i w górę. Zastygł z ustami przy jego ustach, wpatrzony w lekko rozchylone oczekiwaniem ciemne wargi - jakby nagle zapomniał, co chciał zrobić. Colonell obserwował go z rosnącym pożądaniem. Zachwycony tym rzadkim widokiem nie ingerował, czekał z cierpliwością topniejącą w żarze ich wspólnego ognia. Uścisk na lewym nadgarstku zelżał. Długie palce gładziły teraz zawijasy tatuażu, opuszki sunęły po przystrzyżonym zaroście. Wyswobodzoną rękę przodownik położył na białym policzku niezdecydowanego kochanka, który po raz kolejny zaskoczył go do granic cielesnej wytrzymałości.

Est wyprężył grzbiet, siadając okrakiem na oszołomionym mężczyźnie. Czerwony, gorący i zadziwiająco wąski język wysunął się spomiędzy ostrych kłów, gdy przysunął szorstką dłoń człowieka do swoich ust. Nie odwracając hipnotyzującego, nieprzeniknionego spojrzenia od spacyfikowanego kochanka, chciwie chłonął pełną gamę uczuć przebiegających przez smagłą twarz, kiedy po kolei rozsuwał językiem jego palce i liżąc, smakował całą ich długość. Klatka piersiowa pod nim unosiła się coraz szybciej; oddech człowieka stał się płytki i urywany. Cichy jęk wydobył się z zachrypniętego gardła w chwili, w której chłopak wsunął sobie jego palce do ust i zaczął kąsać je z agresywnie zachłannym, wręcz dominującym wzrokiem.

Skupiony na zwiadowcy czuł błądzącą pod koszulką dłoń nie mogąca zagrzać miejsca na jedynych dostępnych przestrzeniach pobliźnionej skóry. Ludzki mężczyzna musiał przeżywać prawdziwie rozkoszne katusze, jako że opasający biodra pas z medykamentami wiernie strzegł tego, co pozostawało niewidoczne dla postronnych. Z okrutną radością czerpał satysfakcję z bezsilności partnera w starciu ze skórzaną zbroją szczelnie okrywającą szczupłą, zgrabnie umięśnioną sylwetkę.

Łaskawie pochylił się, niby przypadkiem ocierając o pulsującego w spodniach członka. Podrażnił ustami wargi partnera, nie pozwalając mu na posmakowanie pieszczoty. Colonell spróbował dźwignąć się na łokciach, lecz Est pchnął go na posłanie i droczył się z nim, by na koniec wpić się w chętne usta z mocą nie tylko fizyczną.

Dominacja...

...Przejęcie...

...Kontrola!

Niespodziewane uderzenie przyjemności zamroczyło człowieka, który wyłącznie dzięki sile woli nie utracił panowania nad rozpalonym ciałem. Mogło się wydawać, iż zmysłowy pocałunek był jedną z wielu dotąd wymienianych pieszczot, ale ten był zgoła inny. Oprócz śliny i emocji przekazał namacalną energię, jakiej Col nie znał i nie umiał określić. Językiem dotykał śliskich i niebezpiecznych kłów drapieżnego kochanka, dryfując ekstatycznie między umiarkowanym upojeniem alkoholowym a kompletnym odurzeniem. Ten przyjemny i trudny do uchwycenia moment zaspokojenia opłynął jego ciało, hucząc w czaszce odbierał zdolność jasnego rozumowania.

Colonell przycisnął do siebie namiętnego partnera, ignorując wrzynające się w brzuch metalowe wzmocnienia i klamry czarnej skórzanej zbroi oraz flaszeczki z miksturami. Ich usta nie odrywały się od siebie ani na sekundę, nie wadziły im nawet rozmiary jednoosobowego łóżka. W tej chwili byli jednością, pomimo warstw odzieży i pancerza bezwzględnie oddzielających ich od siebie.

Mężczyzna zachłysnął się, raptownie wracając do rzeczywistości. Odnosił wrażenie, jakby dopiero wypłynął na powierzchnię po bardzo długim przebywaniu pod taflą gotującej się wody. Nie potrafił złapać tchu, płonął od wewnątrz! W przeciwieństwie do chłopaka, który, leżąc na nim, podpierał się na łokciach i bawił brązowymi włosami, przypatrując się jego bezowocnym wysiłkom z nieznacznie uniesionymi kącikami białych warg.

- Co to… Haaa... Co ty… Esti, co to było? – wydyszał Col marząc o łyku wody, która przyniosłaby ulgę jego przesuszonemu gardłu. - Wszechmocni… Hah, myślałem że dojdę i odejdę równocześnie! - Błogi uśmiech rozpromienił jego zaczerwienioną twarz. - Jesteś niesamowity. Prawie mnie zabiłeś!

Est nie przestawał bawić się jego włosami. Tajemniczy uśmiech wciąż błąkał się na jego ustach.

- Chciałem sprawdzić, czy w ten sposób mogę przesłać ci choć cząstkę mojej mocy. I skłonny jestem przyznać, że ten mały eksperyment przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Byłeś mój, w pełni zdany na moją łaskę i niełaskę - wymruczał Est tak niskim i drapieżnym tonem, że pobudzony Col zapragnął powtórzyć to fantastyczne doznanie choćby za cenę własnego życia. - Cieszę się, że nie uczyniłem ci krzywdy.

Zsunął się z łapiącego dech zwiadowcy i wychodząc na środek celi, na wyczucie rozpinał sprzączki skórzanego pancerza. Zdjęte elementy tradycyjnie lądowały na podłodze tworząc niezgrabną kupkę matowych skór oraz czarnych klamerek - tylko cenny pas obdarzył szczególną troską. Est majstrował zawzięcie przy sprzączce kirysa, a ogień w kominku zapłonął jaśniej, jak gdyby chcąc ułatwić mu wykonanie tej żmudnej czynności.

Col ostrożnie podniósł się z pryczy, siadając na jej brzeżku. Komnata gwałtownie zawirowała mu przed oczami i opierając łokcie o kolana dochodził do siebie, wbijając spojrzenie w jedyny stabilny element otoczenia jakim była kamienna posadzka wyłożona niebieskim dywanem o krótkim włosiu. W tym czasie Est bezskutecznie wygładzał pomiętą czarną koszulkę bez rękawów. Zaprzestał jednak, dostrzegając, że nie ma to najmniejszego sensu.

Rzeczywiście, Est czuł się lepiej niż jeszcze przed chwilą. Jakby wraz z odrobiną esencji pozbył się również wątpliwości wynikających z niezrozumienia własnych uczuć. Mistrz pobierał od niego nadwyżkę mocy samym uściśnięciem dłoni, jako poszukiwacz magii mógł tego dokonać na przekór mechanizmom obronnym ucznia. Trafnie odgadywał dyskomfort podopiecznego związany z nagromadzoną energią i subtelnie pomagał mu uwolnić ją z organizmu. Dlatego też Est pod wpływem impulsu, zbiegłej myśli, postanowił oddać część mocy niemagicznemu kochankowi w nieco odmienny niż dotychczasowy seksualny sposób. I był bardziej niż zadowolony z uzyskanego efektu. Musiał tylko czujnie obserwować, czy Colowi nic nie będzie dolegało z racji energii tajemnej wymagającej zneutralizowania. To nie ich pierwszy raz, lecz na pewno pierwszy, gdy on sam poczuł się inaczej w trakcie przesyłania mocy. Nie miał jednak pewności, jak ludzkie ciało ją zniesie. Czuł się podle myśląc o kochanku jak o obiekcie doświadczalnym, aczkolwiek nie mógł zaprzeczyć, że końcowy rezultat będzie pouczający.

- Dobrze się czujesz? - Skruszony wrócił do siedzącego na skraju łóżka partnera i przykucnął naprzeciwko. Zajrzał mu w oczy szukając... sam dokładnie nie wiedział czego. Nic nie wskazywało na to, by ten wiecznie wesoły typ cierpiał od magicznej choroby. - Przepraszam, Col. Oddaję ci swoją esencję, a nawet nie wiem, jak na ciebie wpływa.

- Esti, jeżeli miałoby mnie to zabić, to będzie to cudowna śmierć - wychrypiał człowiek głosem ociekającym szczęściem. Ciepłe palce zaplątały się w czarne włosy Esta, kiedy Col przyciągnął go do siebie i pocałował czule.

- A idź wyłysiej! - wzburzony chłopak wyrwał się z łagodnych objęć. Podszedł do drzwi i z ręką na klamce oraz uroczo nadąsaną miną zmierzył wytatuowanego mężczyznę groźnym wzrokiem. - Powinniśmy udać się na kolację, nim zaczną sobie wyobrażać zbyt wiele.

Colonell odetchnął głęboko i podciągnął rękawy bluzy pod same łokcie. Za oknem szalała ulewa, odległe mruczenie zwiastowało nadejście burzy, a w sypialni było wyjątkowo przytulnie mimo surowego wystroju oraz ledwie tlącego się ognia w kominku. Nie miało sensu przebieranie się na kolację, więc pomału wstał z posłania i niedbale otrzepał ubranie.

- Nie żartuję, Esti – ciągnął, dołączając do niego. – Poświęciłbym dla ciebie życie, gdyby zaszła taka konieczność.

Est otwartą dłonią zamknął mu usta i odepchnął go od siebie z irytacją. Śmierć nie wpisywała się w jego poczucie humoru.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz