Przejście Estalavanesa w głąb
podświadomości nałożyło się w czasie z odpoczynkiem czarnego smoka, który
przysiadł na piętach i wyprostował grzbiet, przyjmując najwygodniejszą dlań
pozycję.
Imt
zmrużył zielone oczy, niemal natychmiast łącząc się w harmonicznym splocie z
osnową otaczającej go przyrody. Ciemność miękkim pledem otuliła zwalistą, prawie
nagą postać. Cisza przejęła go całego, rezonując w milczącym wnętrzu
dostrojonego umysłu. Zapachy stały się subtelnymi aromatami życia ukojonego
poczuciem bezpieczeństwa podczas nocnego wypoczynku. Chłodny wiatr pieścił
odsłoniętą skórę i wprawiał krucze włosy w ruch, muskając blade skronie oraz
policzki humanoida.
Przestał
istnieć dla świata zewnętrznego, lecz nie znaczyło to, że świat zewnętrzny
przestał istnieć dla niego. Nadal odbierał wszelkie docierające doń bodźce,
przetwarzał je i rejestrował, informując czuwającą świadomość o zmianach następujących
w sferze fizycznej.
Aczkolwiek
jednej obecności w pobliżu nie był w stanie odnotować.
Spacerujący
Lucius przebył wyłożoną kruszonym kwarcem ścieżkę i wkroczył na wygiętą
wdzięcznym łukiem kładkę z wiśniowego drewna. Jego stopy w jedwabnych
pantoflach nie czyniły najlżejszego szmeru, kiedy wspinał się na filigranową
konstrukcję rozpiętą między przeciwległymi brzegami zadbanego stawu. Pojedyncza
deska nie skrzypnęła gdy przystawał, by zapalić kolejne latarenki, aż wkrótce sześć
pomarańczowych lampek umiejscowionych w równych odstępach opromieniało
krystaliczny akwen tonący w zieleni zamkniętych nenufarów.
Młody
mężczyzna o niezwykłym spojrzeniu schował pudełeczko siarkowych patyczków w
kieszonce wewnątrz luźnego rękawa i z szelestem karmazynowego jedwabiu zawrócił
na środek kładki. Wypatrzenie medytującego smoka nie zajęło mu wiele cennego
czasu, toteż spędził jeszcze chwilę na obserwacji. Rzadko miewał sposobność
ujrzenia prajaszczura w tak zrelaksowanej pozie. Intrygował go ten widok. Nie
wiedział co mogło gnieździć się w umyśle istoty zmuszonej do egzystowania w
ciele podobnym ludzkiemu. Co też zaprzątało Najwyższego Kapłana Urory kontemplującego
w ogrodzie Śniącego? A jeśli nie myślał on o niczym, tylko wyciszał się przed
wielkim wybuchem, utwierdzał w słuszności własnego celu i dalszych dążeń?
Dla
Luciusa jasnym było, iż wydarzenia z ostatniego Smokosferium doprowadziły do
przedawnienia ideałów oraz wartości czarnego smoka. Imt wywołał, intencjonalnie
lub nie, krwawą rebelię, Konflikt Barw, który dopiero odciśnie piętno na istotach
dotąd żyjących w nieświadomości. Poczynił nieodwracalne szkody grożące całkowitym
wyginięciem smoczej rasy i zapewne doszedł już do konkluzji, w której to umowa
zawarta z Panem utraciła moc obowiązywania. Cóż zatem trzymało prajaszczura u
boku znienawidzonej istoty? Wierność? Przywiązanie? Strach przed wendetą nieokiełznanej
potęgi?
Młodzieniec o zabarwionej czerwienią karnacji wysunął dłonie
z obszernych rękawów i oparł je o lekką drewnianą barierkę. Intensywnie
wpatrywał się w siedzącego smoka; czerń okalająca złote tęczówki kipiała jak
otchłań Pozaświata szukająca drogi do krainy żywych. Lucius nie musiał używać
słów, by przywołać do siebie wybrańca. Ich więź wykraczała poza ramy
śmiertelności, dotykała bowiem samej Wszechrzeczy.
Imt
zadrżał, czując pod skórą mrowiące wrażenie bycia obserwowanym. Wyszedł z
transu i powoli obejrzał się w stronę, z której napływało dokuczliwe doznanie.
Latarenki na moście rozpraszały mrok, rzucając pomarańczowe błyski. A w półcieniu
pomiędzy dwiema z nich wyczekiwał go wysmukły niczym wiśnia młodzieniec. Smoka przeszył
dreszcz, aż zacisnął szczęki.
Pan
wzywał. A sługa słuchał.
Nie
każąc na siebie czekać, smok podniósł się z klęczek i ruszył wzdłuż ścieżki.
Krok miał sprężysty, był wypoczęty, jednakże lęk cichcem przemykał w jego duszy,
usiłując dostać się do bijącego mocno serca. Wciąż czuł na sobie wzrok Pana i
zaczynał zastanawiać się, jakież to ważne sprawy zmusiły Śniącego do
opuszczenia leża. Nadzwyczajnym było, aby Lucius wychodził ze swych kwater
nocą, kiedy to kumulował energię, odnawiał wici oplatające Estarion, obmyślał
plany i strategie oraz śledził cele.
Powściągliwy
uśmiech gościł na pięknej twarzy Śniącego. Smok skinął pokornie głową, unikając
hipnotyzującego wejrzenia “sojusznika”. Mimo to kątem oka zauważył, jak
delikatna ręka wskazuje na staw i podążając za nią popatrzył na zmarszczoną letnim
zefirem taflę wody. Po chwili stał tak, jak jego nieludzki towarzysz: z
olbrzymimi dłońmi na kruchej, rzeźbionej balustradzie.
Cień
niechęci przeciął chorobliwie białe oblicze Imta. Pan mógł milczeć. Mógł się
uśmiechać. Ale w każdym geście Pana kryło się przesłanie, zawoalowana
podpowiedź. Tak jak miało to miejsce właśnie teraz.
Pazurzaste
palce ścisnęły poręcz, gdy obrazy wymalowane na gładkiej powierzchni stawu nasunęły
nieprzyjemne skojarzenia. Odbity pomarańcz latarni tańczył ze złotem pektorału jak
płomienie pochłaniające skryte w ciemnościach kontury miast. Niemalże słyszał
ich ryk: gniewny, żarłoczny krzyk żywiołu. Nienasycony, domagający się większej
liczby ofiar. I chociaż panowała noc, królewskie karpie podpłynęły pod mostek
zwabione obecnością karmiciela. Śliskie białe kształty kotłowały się pod ich
stopami, nakrapiane czerwienią łuski połyskiwały w ciepłym blasku ognia.
Okrwawione nagie trupy niedbale rzucone do wody. Na ich tle majaczyła sina, odpychająco
zniekształcona falami postać oprawcy. Bestia. Rzeźnik. Smok. A przecież
prawdziwy potwór był tuż obok: olśniewająco piękny, wyzbyty niedoskonałości,
zwodniczo łagodny... Perfekcyjnie zamaskowane wcielenie zagłady.
Imt
przymknął powieki, ale nieproszone wspomnienia wracały doń w każdym kolejnym
przebłysku. Nie dbał o dwunogów. Pragnął ich śmierci. Pragnął odzyskać ziemie
dla krewniaków... Lecz po co im ziemia, skoro zmuszeni zostali ukrywać się
przed kuzynami? A przynajmniej do czasu, aż reszta nie wyrżnie się do sztuki. Wówczas
zawalczą o swoje i wyjdą ze starć bez ofiar.
Smok
westchnął. Muskularne, okryte pektorałem barki opadły nieznacznie, przyciągane
ku ziemi ciężarem odpowiedzialności. Nie otrzymał żadnych wieści od Wel.
Ostatnią, jaką jej przekazał, był nakaz schronienia się i przeczekania
pierwszej fali Konfliktu Barw, jak okrzyknęły tę wojnę smoki. Kilka dni później
uzyskał od niej współrzędne ich nowego lęgowiska oraz zapewnienie, że ani
pisklętom, ani starszym osobnikom nie stała się krzywda. A on nie miał możliwości
udania się tam, gdyż przezorny Pan nie spuszczał z niego oka.
Ale
to było wiele dni temu. Wiele dni, tygodni bez wiadomości z jej strony. A i on
nie mógł nawiązać kontaktu z nią. Pozostawało mu ufać, iż Czarna Barwa wystrzega
się mentalnego połączenia w obawie przed wykryciem łuny niesionej nurtem mocy.
Wel jest zapobiegawczą, rozgarniętą samicą. Poradzi sobie równie dobrze, jak
gdyby to on przewodził rodzinie.
Dwaj
mężczyźni trwali w milczeniu, pogrążeni w wizjach przyszłości malowanych
kolorami natury. Ciepły oddech lata szemrał wśród drzew, nadając scenie
surrealistycznego wydźwięku. Fałszywy spokój otaczał stojącą w płomieniach wodę
pełną pozbawionych życia ciał. Trupów walczących o miejsce u stóp
niewzruszonego Pana.
Ciche
tchnienie, łatwe do pomylenia ze szmerem wiatru, dobiegło od strony wysokiego
młodzieńca. Kiedy Imt zerknął ku niemu, stracił rezon. Lucius uśmiechał się
szeroko, a szaleńczy grymas dzielił jego urodziwą twarz na dwoje, ukazując
paskudne podwójne kły. A więc zaczęło się.
-
Coraz częściej wyczuwam poszukiwanego, Imcie - oznajmił Śniący melodyjnym, euforycznym
głosem. Złote dyski tęczówek żywcem pożerały spoglądającego nań smoka. - I to
zawsze, gdy ścierają się dwie moce, jakby nie mógł dojść do porozumienia z
samym sobą. Imcie, on nie przeczuwa jarzma pisanego mu przeznaczenia, nie zna
swego pochodzenia! A ja nie pojmuję, co wywołuje w nim tak silne wzburzenie, by
jego esencja gwałtownie wzrastała do poziomu przekraczającego wszelkie
ograniczenia. Dotychczas skrzętnie wtapiał się w nurt, lecz teraz… incydentalnie
sam się ujawnia. Nieświadomie. Rozkosznie nieświadomie.
Imt
nie odpowiedział. Chłonął strzępy informacji jakimi raczył go Lucius, gotów
uszczknąć z nich coś na własny użytek. Owszem, pisklę przełamało jedno z zaklęć
Ornamentu Zaklinacza - jakim sposobem, tego smok nie wiedział. Był jednak na
tyle rozeznany, by zakładać, iż poznało okruch prawdy o swej wybitnej proweniencji.
A cóż z nią uczyni, to już inna kwestia. Awatar Przeklętego nie powinien troskać
się o to, czy zostanie rozpoznany. To bez znaczenia. Tak jak znaczenia nie miał
posiadacz artefaktu. Liczył się finalny efekt. Liczyło się zwycięstwo Pana. I jego
własne.
Diaboliczny
uśmiech złagodniał, na powrót upodabniając Luciusa do sentymentalnego arystokraty.
Śniący podparł się łokciem o barierkę i ułożywszy podbródek na grzbietach
zgiętych palców, zapatrzył się w odległą ciemność. Znakomity nastrój nie
opuszczał go. Lejąca tkanina szkarłatnego rękawa zsunęła się w dół, eksponując
niemal kobiecy nadgarstek.
-
A to nie koniec pomyślnych wieści, mój miły - zaszczebiotał, z ukosa
spozierając na strapionego prajaszczura. - Mam baczenie na syna naszego umiłowanego
arcypaladyna. I to pod jego skrzydłami znajduje się poszukiwany. Wszystko
układa się tak, jak sobie zamarzyłem. Moje sny się spełniają. W przeciągu kilku
dni będę mieć ich obu w garści, albowiem sami do nas przybędą. Aż żal chwyta me
serce na myśl, iż ostatni akt nadejdzie szybciej, niżbym chciał. Z przykrością
przyjdzie mi dopełnić dzieła. Wręcz skłaniam się ku przedłużeniu tego
przedstawienia, by z przyjemnością patrzeć, jak wiją się i duszą z bezsilności –
rozmarzył się Pan. Jego głos z każdym słowem nabierał drapieżnej, przerażającej
nuty dudniącej głucho pod czaszką Imta. Bezdenna czerń oczu wyzierała z
martwego serca, szukając żywiciela dla rodzącego się koszmaru. - Pragnę napawać
się ich udręką, karmić bólem i cierpieniem. Chcę sączyć ich krew, spijać ją z
nich wraz z esencją życia. Cel jest bliski, tak bardzo bliski, że ekstaza
rozrywa mą pierś pospołu z energią mej żądzy! Widzę ich oczami upiora, Imcie,
lecz to mi nie wystarcza. Wyjdziemy im na spotkanie. Tak też zaplanowałem. A
ty, mój miły, staniesz u mego boku. Czarny smok, szara eminencja, biały
egzekutor. Jakże mi słodko…
Zimne
kropelki potu pokryły skórę smoka, a włosy porastające głowę nastroszyły się.
Imt nie rozumiał własnego ciała, które drżało z podniecenia, równocześnie
ściskając wnętrzności skurczem panicznego lęku. Uzbrojone w pazury dłonie
zaciskał tak spazmatycznie, że kunsztownie rzeźbione drewno niepokojąco zatrzeszczało.
Puścił więc oparcie i nie mając co zrobić z rękami, splótł je tuż pod krawędzią
wysadzanego szlachetnymi kamieniami pektorału. Nie znalazł w sobie odwagi, by
spojrzeć w obłąkane oblicze Śniącego, tylko łypał ku niemu spod ściągniętych
niepewnością brwi. I uzmysłowił sobie, dlaczego smoki wcześniej nie wystąpiły
przeciwko ludzkości. Bogowie władali mocą, na jaką nawet czerwone prajaszczury
musiały zważać.
Radosny
Lucius z łopotem powłóczystej szaty zwrócił się w kierunku sposępniałego kompana
i przechylając głowę, zajrzał w jego chmurną twarz. W tym momencie Śniący przypominał
niesfornego chłopca szykującego wyjątkowo złośliwy żart. Żart mogący kosztować
życie miliony istnień.
-
Jesteś mi potrzebny, Imcie – szepnął, przydając głosowi zmysłowego brzmienia. -
W moich prywatnych pokojach. Teraz.
Jak gdyby poza nami dwoma mieszkał
tu ktokolwiek inny,
byś potrzebował do tego prywatnych pokoi!
Smok
syknął. Zemdliło go już na samą myśl co może się zdarzyć, ale kolejne słowa
Pana zbiły go z tropu.
-
Już czas, abym przejął przewodnictwo nad mymi wiernymi. Zgromadziłem dość
energii, by objawić się im jako siła stwórcza, a nie wydumany bożek, do którego
zanosili swe modły. - Rdzawa opuszka pieszczotliwie potarła czubek smoczego
nosa. - Dostąp zaszczytu i pomóż mi przywdziać szaty godne boga, syna Tego,
Który Daje i Odbiera.
Żółtozielone
ślepia wytrzeszczyły się, choć odwracający się doń plecami Lucius nie mógł już
tego dojrzeć. Imt przypuszczał że Pan, będąc bogiem, był synem jednego lub
jednej z Wygnanych Wszechmocnych. Lecz nigdy by nie podejrzewał, iż zrodził się
on z woli samego Darczyńcy!
To
było jak siarczysty policzek dla najwyższego kapłana, brutalne przywołanie go
do porządku. Sinobiała dłoń powędrowała do ust. Dwa rzędy ostrych zębów
bezwiednie zatrzasnęły się na niej. Krew pociekła, brudząc tors powleczony złotem
i klejnotami. Posoka spływała ciurkiem w dół przedramienia brukając drewno
kładki, kiedy zdjęty grozą gad wpatrywał się w odchodzącego Pana. Jeżeli dotąd
uważał, że sprawy się skomplikowały, tak teraz był przekonany, iż jego śmiałe
przedsięwzięcie zginie zduszone w zarodku. Opamiętał
się jednak i strzepując przegryzioną rękę pośpieszył za Śniącym. Po ranie
pozostały już tylko mokre, ciemnoczerwone smugi.
Dlaczego
wcześniej się nie zorientował? Przecież to logicznie poprawny wniosek, że syn
Jedynego zajdzie tak daleko w swoich zuchwałych knowaniach. Bogowie wyniszczyli
się nawzajem a Wszechmocni zostali przepędzeni, nikt nie wiedział dokąd. Tylko
jeden stwórca się ostał. I oni dwaj Jedynemu służyli. Syn i oddany sługa. Zatem
jeśli pragnął porażki syna, to czy jednocześnie nie pragnął porażki samego
Urory? Czy nie czyni to z niego przeniewiercy w oczach umiłowanego
Wszechmocnego?
Imt
kręcił głową, oszołomiony niespodziewaną wiadomością. To nie przypadek, iż
arcykapłan i potomek współpracowali, instynktownie ustalając swoją pozycję w
hierarchii. Sądził, że to on własnowolnie odnalazł Pana, a rzecz miała się
zupełnie odwrotnie. Odnalazł go, gdyż tego właśnie życzyło sobie boskie dziecię.
Ile zatem wiedział Lucius? O czym wiedział, a o czym wiedzieć nie powinien?
Pogrywał z maluczkim smokiem czy też liczył się z nim, mając wobec niego dalsze
plany?
Smok
zwolnił widząc, iż jego zwierzchnik się zatrzymuje. Od tarasu dzieliło ich
zaledwie kilka metrów. Smukła postać w połowicznych mrokach nocy sprawiała
wrażenie zasmuconej, gdy wzrokiem ogarniała wypełniony światłem drewniany parterowy
budynek o oknach i drzwiach wykonanych z woskowanego pergaminu. Czyżby zaczynał
tęsknić za miejscem, w którym spędzał czas po przebudzeniu niczym skowronek w
złotej klatce? Najwyraźniej bogowie nie różnili się tak bardzo od
krótkowiecznych istnień. Jedyną przewagę dawało im pokrewieństwo z
Wszechmocnymi; unikalna moc oraz długowieczność. Psychika, emocje i miękkie powłoki
nadal mogły działać na ich niekorzyść, porwane przez namiętne serca i pokrętne
umysły. Czy w takim razie syn Urory trzymał czarnego smoka niby ulubione
zwierzątko? Zwierzątko chętne odgryźć komuś głowę lub zrównać z ziemią miasto…
-
Panie? - zagaił Imt, zmniejszając dystans. Wciąż się bał, ale w melancholijnym
nastroju Luciusa upatrzył okazję, by dowiedzieć się czegoś na jego temat. -
Czego ode mnie oczekujesz?
-
Prosiłem, byś zaniechał tej tytulatury, Imcie. - Idealne cienkie brwi zbiegły
się nad prostym nosem, lecz poza tym Lucius nie wyglądał na rozzłoszczonego. -
Nie jesteś służącym. Jesteś moim osobistym przybocznym.
Niewielka to różnica, skwitował cierpko smok. Zamiast
tego powiedział:
-
Wybacz, Luciusie. Nie przywykłem, by traktować cię w ten sposób.
Śniący
obdarzył go smutnym uśmiechem. W istocie był to młodzieniec, któremu przyszło
pożegnać się ze szczęśliwym dzieciństwem.
-
A powinieneś. Oczekuję także, byś przed moimi ludźmi zachowywał się z manierą
godną zaufanego doradcy. Niech wiedzą, iż twoje słowo jest powtórzeniem moich
rozkaz... Oooch... - Lucius jęknął z udawanym zawodem. Wzrok boga zmętniał, niemniej
mrok spowijający cudowne złoto nie przestawał opętańczo wirować. - Arcypaladyn
zniszczył upiora. Wielka szkoda. Nic to, powołam do istnienia kolejnego.
Upiór.
Imt syknął z nieskrywaną pogardą. Czy to naprawdę konieczne, by posuwać się do plugawienia
esencji zmarłych? Zbyt jednak cenił rzadkie chwile spokoju, by mącić je
nieprzemyślanymi spostrzeżeniami.
-
Ruszajmy już, muszę się przygotować - upomniał go Lucius, stawiając niespieszne
kroki w stronę tarasu.
Imt
bez wysiłku zrównał się z nim.
-
Rozumiem iż wybrałeś mnie, bym go wytropił – rzekł cicho. - Dlaczego jednak
nakazałeś mi mieć go na oku, skoro mogłeś posłużyć się upiorem?
Wymowne
spojrzenie przerażających oczu przeciągnęło się, a uśmieszek znikł z
rdzawobrązowych ust, gdy Śniący dostrzegł krzepnące ciemne plamy szpecące
półnagi tors smoka. I strużkę przecinającą umięśnioną rękę.
-
Tylko ja mam prawo czynić ci krzywdę i dawać satysfakcję - wyszeptał tak cicho,
że gdyby nie umiejętność czytania z ruchu warg, Imt nie poznałby jego przedziwnych
myśli. Ciemnoskóra dłoń powstrzymała się przed dotknięciem splamionego krwią
szmaragdu pektorału. Oczy o uwodzicielskich rzęsach zmrużyły się groźnie, krzyżując
z dwukolorowymi tęczówkami smoka. - Upiór to bezwolna marionetka. Potrzebuję
istoty inteligentnej, obserwatora, który dostosuje się do zmiennych warunków,
podejmie błyskawiczne decyzje i wyjdzie z inicjatywą. A któż lepiej by się
nadawał jeśli nie ten, który go wyśledził? Upiór wyśmienicie sprawdza się w
roli szpiega. Zniszczony, zastępowany jest nowym. Ciebie nie będzie łatwo
zastąpić, Imcie. I już raz omal cię straciłem. Doceń mą troskę i nie wystawiaj
jej na kolejną próbę.
-
Doceniam. - Strofowany humanoid przepuścił młodzieńca przodem. Młodzieńca
mającego więcej niż dwa tysiące lat. - Jednakże proszę o przychylność, jako że
moja ciekawość sięga wielu aspektów twojej osoby, Luciusie.
-
Pochlebca, który niepotrzebnie uderza w oficjalny ton. Cóż cię nurtuje, mój
miły?
-
Twoje prawdziwe motywy - wypalił smok bez ogródek.
Spojrzenia
dwójki mężczyzn znów się spotkały. Wypowiedź Imta zaintrygowała Śniącego.
-
Moje prawdziwe motywy? - powtórzył niewinnie Lucius.
-
Owszem. Z początku zakładałem, iż dążysz do przejęcia władzy. I od początku
było to założenie błędne, jest to prozaiczna pobudka. Z całym szacunkiem, Luciusie,
nie jesteś osobą pragnącą rządzić. Masz cel. Konkretny. Niestrudzenie zmierzasz
ku jego realizacji, choć w rzeczywistości nie jest on tym, za co można go
wziąć.
-
Nie przestajesz mnie zaskakiwać, “Obserwatorze”. Nieprzeciętna inteligencja
oraz błyskotliwość podniecają mnie o wiele bardziej niż piękno i żadnej z tych trzech
cech nie mogę ci odmówić, Imcie. Jakie jeszcze talenty ukrywasz pod tą surową
aparycją, hm? I po czym wnosisz, iż mój zamysł nie ogranicza się do przewrotu oraz
siłowego przejęcia władzy w Estarionie?
-
W innym wypadku zabiłbyś poszukiwanego. Te podchody nie są wyłącznie grą mającą
zaspokoić twe perwersje. - Imt wkraczał na grząski grunt, lecz kto, jak nie
czarny smok, czuł się w tym środowisku najlepiej? - To wykalkulowane działania.
Gdyby chodziło o władzę, już dawno pozbawiłbyś życia arcypaladyna i obrócił w
ruinę Aneil’Aranth, największy symbol ludzkiej potęgi w Estarionie, jeśli nie
na Khaldunie. Istniałeś w tym świecie przez ostatnie dwadzieścia lat, a oni przeoczyli
moment twojego przebudzenia. Mogłeś to wykorzystać. Mogłeś uderzyć z cienia powstałego
w blasku obecnego monarchy. A mimo to podchodzisz do uczciwego starcia.
Lucius
wszedł do niskiego pomieszczenia rozświetlonego setkami maleńkich jak świetliki
lampionów. Cienie jego sylwetki zadrgały na malowanych tuszem ścianach z
grubego pergaminu, gdy w skupieniu ważył odpowiedź. Imt zaimponował mu swą
przenikliwością.
Przekroczywszy
próg przedsionka, Imt nie ponaglił rozmówcy, ani nie zasunął pokreślonego
szkicem panelu pełniącego funkcję drzwi wyjściowych. Nigdy zresztą tego nie
robił, pozwalając naturze zaglądać do wnętrza budynku o każdej porze dnia i
nocy. Rzucił za to okiem na niski kwadratowy stolik z lakierowanego drewna,
przy którym Pan zwykł pijać herbatę i pracować. Połyskujący czystością blat był
pusty. Podobnie szafki, na których dotychczas piętrzyły się rozłożone zwoje pergaminu
i arkusze papieru oraz porcelanowe czajniczki i czarki. Nigdzie nie widział
przyborów do pisania ani pędzli do malowania tuszem. W przedsionku panował
nienaganny porządek i zaniepokojony smok odwrócił się, by dostrzec, że
przynajmniej zakończony dwiema klingami oręż Pana spoczywał na zwyczajowym
miejscu: drewnianej listwie nadproża, tuż nad wejściem do przestronnego
domostwa.
Wypielęgnowana
dłoń Luciusa wsparła się na przeciwległej do wejścia ścianie, która okazała się
starannie zakamuflowanym przejściem. Panel zaszurał przesuwając się w bok i
odsłaniając równie skromny co poprzedni pokoik. Rozejrzał się, postanawiając wreszcie
udzielić odpowiedzi na pytanie podejrzanie wylewnego podwładnego.
-
Imcie, zwycięstwo jest słodsze, gdy osiągnięte zostaje właśnie w uczciwej walce
- zauważył, przechodząc do kolejnego pomieszczenia. Podszedł do jednej ze
ścian, na której widniał niedokończony malunek węża oplatającego żądlącego go
skorpiona. Rozsunął ją na oścież i omiótł wzrokiem jej zawartość. - Problemem
jest, iż moja moc, poparta doświadczeniem, daje mi ogromną przewagę nad
przeciwnikiem. W związku z tym potyczka nie będzie uczciwa, ponieważ z góry wiadomo,
kto ją wygra. Co nie zmienia faktu, że krzyżowanie szyków oraz komplikowanie
życia moim adwersarzom sprawia mi niemałą uciechę.
-
Więc jednak władza? - Imt niechętnie wszedł pokoju garderobianego, w którym przebywał
Śniący. Nie zamierzał zbliżać się do niego bez wyraźnego polecenia. – Daruj mi
bezczelność, ale nie wierzę w to.
-
Nie, Imcie, to nie władza. Władza jest zaledwie środkiem do celu. Zdobywając
ją, pchnę ten świat do przodu, rozpędzę i uczynię równym temu, z którego
pochodzę. - Lucius uśmiechnął się tajemniczo do własnych myśli. Pogładził atramentowy
jedwab złożony na półce, zsunął palce niżej, na chłodny czarny metal. - Minęły
dwa tysiąclecia, a ludzie wciąż są prymitywnymi bytami z początków mojej
pamięci. Nie zmienili się ani odrobinę...
Zasmucony
młodzieniec popatrzył na kompana.
-
Ten świat zasługuje na więcej, Imcie. Ludzie zasługują na więcej niż błoto i
kamienie. Wy zasługujecie na więcej niż życie w ukryciu. A niebianie pozbawiają
was wszystkich możliwość rozwoju, zasłaniając się dobrem ogółu. Brednie, które
należy ukrócić!
Rozsierdzony
Śniący warknął, łapiąc za szeroką wstęgę jedwabiu opasającą jego wąską talię i
szarpnął gniewnie, uwalniając poły szkarłatu. Pasmo czerni z szelestem spłynęło
na drewnianą posadzkę, dając przybocznemu sygnał do działania.
Imt
zdusił jęk i zmusił się, by podejść do Śniącego. Złoto zerkało ku niemu znad
szczupłego, częściowo odkrytego ramienia. Narastająca złość emanowała z ciała
okrytego kosztowną szatą, silnie oddziałując na niespokojnego smoka.
Lucius
rozłożył ręce, umożliwiając słudze zdjęcie lekkiego odzienia. Włosy połaskotały
skórę jego pleców, układając się na nich płynnym jedwabiem. Wychwycił moment
wahania smoka, lecz zdążył już przyzwyczaić się do tego niestosownego
zachowania, wszak mankamenty – lub też „cechy szczególne jego boskiego majestatu”
- wywołałyby trwogę nawet pośród najpotężniejszych stworzeń zamieszkujących Khaldun.
Schlebiało mu to, gdyż tym samym wzbudzał w ich sercach nienawiść. Ta
świadomość tylko podsycała jego niespełnione żądze.
-
Czemuż nie możesz być mój, Imcie? – poskarżył się. Jego wibrujący, dwuznaczny tembr
wniknął głęboko w duszę smoka. - Dlaczegóż jesteś tak niedostępny?
Porażony
jego słowami smok cofnął się i ściskając jeszcze ciepłą tkaninę starał się
patrzeć wszędzie, byle nie na plecy Śniącego. Nie chciał ich oglądać. Ani tego,
co wyzierało spomiędzy zasłony lśniących włosów boga. Imt skrupulatnie
poskładał szkarłatną szatę i wyminął młodzieńca, chcąc odłożyć odzienie na
półkę. Zamknął oczy, wyczuwając za sobą bliskość niechcianej prezencji.
-
Jesteś moją własnością, choć nie z własnej woli - ciągnął obsesyjnie Lucius.
Dotknął nagich pleców smoka i powiódł palcem w dół kręgosłupa, z zadowoleniem
dostrzegając przeszywający go spazm. - Przymuszasz się do wszystkiego. A ja,
uciekający się do najpodlejszych sztuczek, niczego nie potrafię wskórać.
-
Pa… Luciusie, jestem pełnej krwi smokiem - wyjaśnił cierpliwie Imt, jak wiele
razy przedtem. Nie otwierając oczu chwycił przyodziewek złożony na półce i w
bezruchu czekał, aż Pan się odsunie, by móc bez przeszkód go odziać. - Nie
stworzono nas do namiętności cechujących miękkoskórych dwunogów. Miłość jest
dla mnie abstrakcją, podobnie odczuwanie przyjemności z kontaktu fizycznego.
Wzdrygnął
się, kiedy ciepła pierś oparła się o jego chłodne plecy. Rozległ się obrzydliwy
klekot, na dźwięk którego powieki Imta rozchyliły się szerzej. Coś zimnego
wśliznęło się pod szendyt i otarło o jego udo. Oplatając je pełzło w górę niby
odrażający, zbudowany z segmentów wąż.
-
Dlatego szukam pociechy w domenie snów - rzucił z urazą Śniący i odsunął się, a
ostra igła do krwi nakłuła bladość tuż pod krańcem przepaski. - Czyń swą
powinność, Imcie. Jeszcze tej nocy pragnę spotkać się z lojalnym narzędziem mej
woli.
-
Wybacz że nie spełniam twych wyuzdanych oczekiwań, Luciusie.
Ze
szczerą skruchą smok przystąpił do odziewania pana, dokładając wszelkich
starań, by nie patrzeć na młodego boga. Przystroił jego piękną sylwetkę czarną
jedwabną tuniką bez rękawów, przylegającą jak druga skóra. Wyhaftowany srebrną
nicią skorpion pysznił się na całej długości lewego boku, żądłem sięgając
zwisającej do kolan poły. Imt czerwienią przepasał wąską talię tuniki na
wysokości stanu sznurowanych spodni o bufiastych, zwężających się u kostek
nogawkach. Srebrna brosza przedstawiająca zwiniętego pajęczaka szczypcami
podtrzymującego rubin zebrała karmazynowy materiał u lewego biodra. Drugi,
bliźniaczy ornament spiął niską stójkę kilka centymetrów pod szyją.
Imt
pracował w milczeniu pomny zagniewanych, rozczarowanych odmową oczu bacznie
śledzących jego poczynania. Nie przejmował się tym dopóty, dopóki nie musiał w
nie zaglądać. Zawrócił do szafy i wyciągnął z niej zwój antracytowej tkaniny. Był
to cienki półprzezroczysty szyfon, który zarzucił na ramiona boga. Nacięte od
nadgarstków po barki rękawy podkreślały skórę koloru rdzawego brązu, natomiast
zasłonę skrojono w taki sposób, by wąskie przednie poły powiewały poniżej bioder,
trenem sunąc po podłodze. Srebrne wykończenia będące jedynymi ozdobami przypominającego
mgiełkę materiału splatały się w misterny deseń.
Pozostały
już tylko elementy tytanitowego pancerza, na który składały się rękawice,
naramienniki oraz buty za kolana. Smok nie miał trudności z ubieraniem swego
pana. Nie zliczy ile razy już to praktykowali, a jego wielkie dłonie za każdym
razem wykazywały się dostateczną zręcznością, by ostrymi pazurami nie uszkodzić
zwiewnych tkanin.
Czarne
tytanitowe rękawice bez palców pasowały na szczupłe ręce, opinając obwinięte
mankietami szyfonu nadgarstki. Srebrzyste chmury kłębiły się na ich grzbietach,
gromadząc na przedramionach i rozciągając aż do łokci. Współgrające akcentami
naramienniki były bardziej dekoracją, aniżeli realną ochroną. Dyskretne paski biegnące
pod pachami zapewniały komfort, a płyty giętego metalu obejmowały barki, nie
pozwalając pelerynie opaść na ramiona.
Imt
odgarnął gęste włosy zwierzchnika, by dostać się do sprzączek. Usilnie starał
się nie zerkać w dół, choć ospały ruch pod prześwitującym szyfonem próbował przykuć
jego uwagę. Ongiś smok zastanawiał się, dlaczego spodnie Luciusa wycięte są
mniej więcej na linii kości ogonowej, lecz nie poważył się na tak drobiazgowe
pytania. A kiedy nastąpił dzień, w którym przekonał się o przyczynie tejże
fanaberii, doznał wstrząsu. Refleksja, chociaż nie proszona, nadeszła sama.
Widok tej potworności zapadł mu traumą w pamięci i jak wówczas, tak i teraz nie
umiał otrząsnąć się z koszmaru, który śnił na jawie.
Smok
drgnął, nie mogąc dłużej znieść wężowego ruchu odkształcającego czarną mgiełkę.
Buty - pomyślał, rozpaczliwie pragnąc
wrócić do przerwanej czynności.
Lucius
utkwił w nim wzrok, napawając się jego lękiem i wstrętem, lecz prędko się znudził
i opadł na niską leżankę ustawioną pod przeciwną pergaminową ścianą.
Kopnięciami zrzucił ze stóp jedwabne pantofle cierpliwie czekając, aż Imt
dokończy go przyodziewać. Mógł sam założyć pancerz, niemniej większą radość
sprawiało mu wysługiwanie się smokiem, patrzenie jak korzy się przed nim i wykonuje
obowiązki z należnym oddaniem. Dysponując jednym z najpotężniejszych
prajaszczurów Khaldunu czuł, że może zdobyć wszystko, czego zapragnie. I jego
również zdobędzie.
Smok
z niezmiennie posępnym wyrazem twarzy podszedł do mężczyzny i przyklęknął,
trudząc się z dopasowaniem tytanitowych butów o zadartych noskach. Nogawki luźnych
spodni wetknął w cholewy, dociągnął paski i zapiął sprzączki, po czym docisnął
srebrne zdobienia do ogólnie panującej czerni, skrzętnie maskujące zapięcia.
Odetchnął, gdyż jego katorga dobiegła wreszcie końca. Chciał wstać, lecz dłoń w
rękawicy powstrzymała go, opadając na ozłocony bark. W porównaniu z krzepkim,
humanoidalnym smokiem wydawała się filigranowa jak u dziewczęcia.
-
Jesteś niezrównanym opiekunem, Imcie - pochwalił go Lucius wstający z niskiego
siedziska. Strój, który ostatni raz miał na sobie podczas Wojny Bogów,
przydawał mu boskiego splendoru, toteż nie szczędził swej wspaniałomyślności,
ochoczo częstując nią towarzyszące mu stworzenie. - Najwyższa pora udać się na
południe Estarionu. Obudzić ludzkość z letargu. Dać im powód do życia. I walki.
Ominąwszy
klęczącego, Śniący zawrócił do przedsionka, skąd zabrał umocowane na stelażu
glewia tradycyjnie strzegące wejścia do domostwa. Bliźniacze tytanitowe ostrza zamigotały
słabo, kiedy właściciel ujął drzewce i lekkim szarpnięciem wyjął z obejm. Można
je było wziąć za miecze o krótkich jelcach inkrustowanych rubinami. Ich drzewce
owinięto skórą ułatwiającą chwyt i zapobiegającą ślizganiu się broni.
Śniący
nie poświęcił broni najmniejszej uwagi. Oburącz uniósł oręż nad głowę, wyrównał
do pionu i pochylił kark, na wyczucie celując w kręgosłup. Nim przyglądający mu
się z daleka Imt zdążył zareagować, z mocą pchnął w dół, zagłębiając sztych
pierwszego ostrza w karku. Ani kropla krwi nie wytrysnęła, gdy niespełna
dwumetrowe glewia prowadzone stanowczą ręką wsunęły się gładko jak w pokrowiec
i skryły we wnętrzu boga, nijak nie zdradzając swojej potwornej kryjówki.
Stojący
w drzwiach smok ze zgrozą przypatrywał się monstrum, które wyprężyło się jak po
wzmacniającej drzemce. Broń boga zniknęła, tak jak zniknęły odróżniające go od
ludzi cechy odstręczającego ciała. W tej chwili obracał się ku niemu mężczyzna,
którego nietuzinkowa uroda rzucała na kolana, a rozczulający uśmiech topił
serca, wzbudzając w istotach żywych pragnienie śmierci. W czarnym stroju,
którego nie można było nazwać pancerzem, Lucius prezentował się zachwycająco,
wręcz dostojnie. Ale te oczy… To spojrzenie… Tego nie zdołał ukryć przed
światem śmiertelnych. I wcale nie musiał.
-
Czy jesteś gotów do drogi, mój mały Imcie? - Dłoń Śniącego wysunęła się ku podenerwowanemu
makabrycznym widowiskiem smokowi. - Już czas.
Imt
nie zamierzał się sprzeciwiać. Nie jemu. Nie bogu wyczyniającym niestworzone
rzeczy z własnym ciałem. A także cudzymi. Z oporem poczłapał w kierunku Śniącego
i niemrawo uniósł palce, muskając nimi urękawicznioną dłoń. Ciemność zamknęła
się na jego grubym nadgarstku, przyciągając bliżej. Przestrzeń zakotłowała się
wokół niego i zacisnął powieki, a gdy je otworzył, powitała go czerń
bezgwiezdnej nocy.
Percepcja
smoka natychmiast połączyła się z nurtem energetycznym obrazując otoczenie, w
którym się znalazł. Miał zawroty głowy, a w ustach czuł smak goryczy, tęsknoty
za pierwotną mocą utraconą bezpowrotnie. Teleportując się samodzielnie,
przygotowany był na to, co się z nim stanie. Kiedy to Pan teleportował ich obu,
smok odczuwał skutki uboczne ogromu energii wplecionej w osnowę.
Ucisk
na przegubie zelżał. Świadomość boskiej obecności straciła na intensywności, by
po jednym uderzeniu serca rozbłysnąć niczym najjaśniejsza z gwiazd, boleśnie
oślepiając Imta. Nurt wybuchł ogłuszająco. Rozszczepione esencje pomknęły we
wszystkie strony, barwiąc pochmurne niebo i kamienistą ziemię szkarłatem oraz bielą,
aż prajaszczur musiał osłonić oczy ramieniem z obawy, iż postrada wzrok na
zawsze.
Odgłos
wietrznych dzwonków niósł się we wszechogarniającej ciszy, jaka nastała po
osobliwej eksplozji skumulowanej mocy. Pan śmiał się w głos, a jego histeryczny
śmiech zmroził gada, który absolutnie nie rozumiał powodu, z jakiego radował
się jego kompan.
Imt
opuścił rękę, przyzwyczajając zmysły do rzeczywistości. Resztki wyładowań
energetycznych przemykały w górę pni drzew, wzdłuż źdźbeł trawy, a także po
wystających gdzieniegdzie głazach trzeszcząc i skrząc cichutko. Nurt wygładził
się. Esencja znów popłynęła leniwie, zgodnie z odwiecznym rytmem Wszechrzeczy.
Spektakularne zjawisko, jakiego doświadczył smok, dostrzegalne było wyłącznie
dla istot parających się magią. Zwykli śmiertelnicy nie mogli tego poczuć inaczej
niż jako odległy błysk i huraganowy podmuch temu towarzyszący. Echo nadciągającej
burzy.
-
Czy słyszysz głos wojny?! - zawołał Lucius pełnym fanatycznego uniesienia
tonem, jakby chcąc przekrzyczeć ryk wichury. - Czy słyszysz jej czystą pieśń
rozbrzmiewającą coraz bliżej?! W naszym udziale przypada zaszczyt przyniesienia
jej tym ziemiom! Niech Kolebka Życia, przez ludzi zwana Estarionem, uformuje
się na nowo w niemożliwej do ugaszenia pożodze bitew oraz bezkresnym morzu
krwi!
Otumaniony
Imt oddychał płytko. Zdawało mu się, że przemawiający z emfazą bóg kieruje
słowa do niego, lecz spostrzegł się, iż nie są w tym nieokreślonym miejscu
sami. Skulony pod nogami Pana kształt zadrżał, czerń jaśniejsza od mroków nocy.
Smok pociągnął nosem. Skrzywił się wyczuwając wyzbytego magii, pospolitego człowieka.
Prajaszczur
zwrócił się ku euforycznie uśmiechniętemu młodzieńcowi. Sam zaczynał przeżywać
emocje poprzedzające bitewny zew. Pragnął wyruszyć na polowanie i tak, jak
wołał jego pan, przynieść wojnę spodziewającym się jej wrogom. Krew
przepływająca w żyłach wzburzyła się, a esencja kipiała, gdy zwinął pięści.
Sfrustrowany zawarczał przeciągle, czując wibracje w piersi. Gotów był
rozszarpać klęczącego człowieka i gdyby nie opiekuńczo wyciągnięte ramię
Luciusa, prawdopodobnie rzuciłby się na niego bez dalszej zwłoki.
-
Imcie – skarcił go Śniący, przybierając ton szlachetnego łaskawcy, przesycony
sugestywną mocą i nasilającym się obłędem. – Wiele temu człowiekowi zawdzięczam,
racz więc darować mu ten popis bezmyślnej odwagi. Jako jeden z nielicznych ma
bowiem prawo uczestniczyć w momentach mojego triumfu. Powstań z kolan, Breku z
Niedźwiedzi - odezwał się do zakapturzonego człowieka. - Uważam cię za
pierwszego spośród śmiertelnych godnego spojrzenia w oblicze swego boga.
Mężczyzna
zachwiał się ledwie zauważalnie, na co Imt zareagował instynktownie. Osłonił
masywnym ciałem Śniącego stając między nim, a dźwigającym się człowiekiem. Był
on rosły jak na przedstawiciela tej krótkowiecznej rasy, aczkolwiek i tak nie
mógł się z nim mierzyć. Był również barczysty, choć to akurat mogła być zasługa
schowanego pod peleryną pancerza. Za to godnym uznania był dwuręczny miecz zabezpieczony
na dumnie wyprostowanych plecach.
Jasne
oko łypnęło na smoka spod naciągniętego na twarz kaptura. Szybkie spojrzenie oszacowało
ponad dwumetrową postać, na dłużej koncentrując się na zakrwawionej ręce oraz
zbryzganym szkarłatem pektorale – ciężkiej biżuterii egzotycznego pochodzenia,
nieznanej w Estarionie. Nawet jeżeli człowiek odczuwał strach, nie zdradził się
z nim. Powolnym skinieniem głowy wyraził swój respekt, jednocześnie dając do
zrozumienia, iż nie zawahałby się wystąpić przeciw niemu. Kimkolwiek Brek był,
darzył swego pana bezgranicznym zaufaniem, w przeciwnym razie postąpiłby krok w
tył, byle dalej od aury zagrożenia bijącej od rozjuszonego jego impertynencją
smoka.
-
Luciusie! Pozwalasz człowiekowi spoufalać się z tobą? - zagrzmiał Awatar
Przeklętego. Okolone głębokimi cieniami żółte oczy zwęziły się w szparki, taksując
poznaczoną bliznami szeroką twarz wojownika. Nagłe niezadowolenie bliskie
zazdrości pojawiło się znikąd. Do tej pory tylko jemu, Najwyższemu Kapłanowi
Urory przysługiwał przywilej obcowania z bogiem i bynajmniej nie zamierzał odstępować
go byle komu. - To się nie godzi, mój panie - wycedził obnażając ostre zębiska
zdolne jednym kłapnięciem przełamać ramię mężczyzny na dwoje.
Ciepła
dłoń ujęła kojąco przedramię smoka. Śniący obszedł swego obrońcę i posyłając mu
pobłażliwy uśmiech skierował zniewalający wzrok na wciąż milczącego człowieka. Napięta
żuchwa i poruszająca się grdyka były jedynym, po czym wywnioskować można lęk
śmiałka, do którego zbliżył się Pan. I jak smoka prowokował, tak pod wpływem złotych
dysków niemal padł do boskich stóp.
-
Ponieś ze sobą rozkaz natychmiastowego wymarszu na Aneil’Aranth - nakazał
Lucius, nachylając się ku stężałemu obliczu ludzkiego sługi. - Obwieść wszem i
wobec, iż z nadejściem świtu obejmę przywództwo, by poprowadzić ludzkość ku złotej
erze.
Brek
postawił krok w tył i uderzając pięścią w napierśnik, pokłonił się nisko. Z
błogosławieństwem boga odmaszerował, o włos wymijając wściekle wyszczerzonego smoka.
Przenikający
ciemności Imt odprowadzał irytującego osobnika spojrzeniem, aż ten nie rozpłynął
się w nocnej leśnej gęstwinie. Zaraz po tym dwukolorowe oczy przeniósł na
usatysfakcjonowanego posłuszeństwem Śniącego.
-
Dla ciebie, mój Imcie, mam zadanie, którego nie powierzę słabym, podatnym na
manipulacje ludziom - przymilał się Lucius, rozmyślnie powoli skracając
dystans. - Szukaj dla mnie naznaczonych Macierzą osób w miejscowościach na
trasie przemarszu ku stolicy. Przede wszystkim skupiaj się na tych, którzy
reprezentują sobą potencjał energetyczny, ponieważ to na energii, a nie jej sile,
najbardziej mi zależy. Tylko ich zlokalizuj. I zapamiętaj, gdzie przebywają.
Imt
kłapnął szczęką. Wielkie ciało rozpierały dreszcze ekscytacji i stygnącej furii.
Zdumiewające, że w ogrodach Pana nie czuł tak przykrych doznań. Odnajdywał tam
spokój, którego tutaj mu brakowało. A już szczególnie drażniła go myśl o
utracie względów syna Darczyńcy.
-
Co rozkażesz, Luciusie - warknął. - Wyruszam.
-
Wolnego, Imcie, zamierzasz tak odejść? - Śniący położył rękę na łopatce smoka i
lekko pchnął, nakazując mu zwrócić się w kierunku, w którym podążył Brek. Palce
ześlizgnęły się z sinej skóry, kiedy bóg wyprzedził sługę. - Twe oczy nie
ujrzały jeszcze najważniejszego… - mamrotał gorączkowo.
Rzeczywiście,
Imt nie ujrzał jeszcze najważniejszego. Lecz gdzie mogły ukrywać się
nieprzebrane armie przebudzonego boga, skoro jak okiem sięgnąć widoczne były jedynie
drzewa, skały oraz zasnuty brzuchatymi chmurami widnokrąg?
Chłodny,
pachnący żywicą wiatr owiewał plecy idących, niosąc ze sobą szum liści oraz cienie
umykających w poszycie nocnych drapieżników. Gałązki zagrzebane pod ściółką
trzaskały i szeleściły na każdym kroku, ale wędrowcom to nie dokuczało. Nie
skradali się. Byli u siebie. Ze swobodą gospodarzy zwiedzali swe włości.
Popadający
w wątpliwości smok rozglądał się na boki i już gotów był się odezwać na temat
rzekomych wojsk, kiedy dotarli na skraj wzniesienia. Wówczas jego oczom ukazała
się oszałamiająca panorama, aż rozchylił usta, ze świstem wciągając potężny
haust powietrza. A mimo to nachodziła go niedorzeczna obawa, że udusi się z
wrażenia.
Poniżej,
na równinie daleko w dole, rozpościerało się mrowisko utworzone przez dwunogie
istoty. Liczone w tysiącach ogniska paliły się wśród morza namiotów, a wysokie
słupy szarego dymu ociężale wyciągały się ku niebu, pochylone, rozmywane porywami
wiatru. Niczym w korycie rzeki ludzie krzątali się na prowizorycznych uliczkach
obozowiska. Zajęci obowiązkami nie zdawali sobie sprawy, iż ich życie doglądane
jest przez Śniącego i jego smoka.
-
Patrzysz na około trzydzieści tysięcy zbrojnych, mężczyzn i kobiety, młodych i
dorosłych, wyszkolonych żołnierzy oraz rekrutów: kowali, piekarzy, kapłanów,
akuszerki, murarzy, rolników... - wymieniał pobudzony widokiem swych wojsk
Lucius. Migoczące drobiny odbijały się w błyszczącym ekstatycznie złocie
szeroko rozwartych oczu. Podwójne kły błyskały groźnie, gdy idealne wargi
poruszały się w takt słów będących z wolna tkanym urokiem. - Armia mogąca wznieść
metropolię. I utrzymać ją. To zaledwie połowa tego, w posiadaniu czego mam
przyjemność się znajdować. Viera zasili nas podobną ilością. Do następnej pełni
księżyca liczba moich fanatycznych wyznawców przekroczy sto tysięcy. A ci nieustannie
przybywają z całego Estarionu skuszeni obietnicą lepszego jutra, możliwością
ulżenia sobie w cierpieniu. Imcie, czy kiedykolwiek przyszło ci na myśl, jak
bardzo ciemiężeni przez siebie samych są ludzie, by zawistnie życzyć śmierci
własnemu gatunkowi? Jak bardzo nienawidzą innych, a zarazem samych siebie... - Obłąkane
spojrzenie spoczęło na profilu zauroczonego obozowym miasteczkiem smoka. - Nie
musiałem wykorzystywać ułamka potencjału, by przylecieli do mnie niby ćmy spragnione
ciepłego światła miłości pośród zimna egzystencjalnej ciemności.
-
Zwycięstwo jest bezapelacyjnie w twoich rękach, panie - wychrypiał osłupiały
Imt, ślepii nie odrywając od żywego organizmu armii, pulsującego w dole poblaskiem
ognisk.
Był
poruszony. Zachwycony. Wszystko o czym mówił Śniący, stało się prawdą. Zakon
Paladynów nie ma szans z siłami, jakie zgromadzi za ich plecami przebiegły bóg.
Arcypaladyn powinien nakazać
rozpoczęcie budowy własnego grobowca, choć pewnie nie dożyłby jego ukończenia - skonstatował z ironią smok.
Drwiący uśmieszek zniekształcił jego rysy. Sto tysięcy przed upływem miesiąca… I
liczba ta wciąż będzie rosła!
-
Imcie, jeśli czegoś pragnę, prawem tego świata jest, abym to otrzymał - wymruczał
Lucius. - A teraz ruszaj. Rozłóż swe wspaniałe skrzydła i niech noc niesie cię
z dala od spojrzeń twych barwnych krewniaków.
Imt
zrozumiał przekaz i z ochotą wypełnił polecenie. Potężny humanoid zgarbił się,
a esencja wokół niego zawrzała dziko, absorbowana przez jego moc. Obserwujący
metamorfozę smoka Śniący wycofał się, podczas gdy umięśnione ciało stworzone na
podobieństwo ludzkiego przekształcało się, deformowało i rozrastało. Ogromne
błoniaste skrzydła wystrzeliły z obciągniętych matową czernią łopatek,
rozdzielone kościanym grzebieniem wyrastającym z podstawy czaszki, a niknącym u
nasady ogona. Nogi i ręce wykrzywiały
się z chrzęstem i wyginały w stawach. Pazury darły ziemię niczym monstrualny
pług. Kilka pechowych drzew złamało się pod naporem olbrzymiego,
kilkunastometrowego cielska chronionego niebywale grubą skórą. Ogon smagnął
powietrze, a końcówka zwieńczona do złudzenia przypominającym grot włóczni
żądłem świsnęła złowrogo, zawijając się ku górze. Płaski klinowaty łeb z
wywiniętymi wzdłuż pyska rogami opadł, by żółtozielone ślepia znalazły się na
jednej linii ze wzrokiem Pana. Paszcza rozwarła się. Odchylone na zewnątrz
ukośne kły odsłoniły wąski, czerwony jak krew język smakujący nurt.
Dłoń
w tytanitowej rękawiczce dotknęła nozdrzy będących zagłębieniem w ogryzionej z
mięsa smoczej czaszce. Oczodoły zgasły, gdy prajaszczur na moment przymknął powieki.
-
Odszukaj ich, Imcie - powtórzył Lucius i oddalił się, albowiem łeb smoka
śmierci poderwał się raptownie, a skrzydła osiągnęły całkowitą rozpiętość,
przysłaniając jaśniejący na wschodzie horyzont. - Odszukaj ich dla mnie.
Czarna
bestia przysiadła na zadzie i unosząc przednie łapy zgięła smukłą szyję.
Rześkie powietrze wydęło pierś koloru butwiejących liści, a po chwili grzmiący
ryk poniósł się w promieniu wielu kilometrów, siejąc niepokój w sercu każdego,
kto dosłyszał ów przerażający okrzyk rozpoczynającego łowy smoka. Imt ledwo
zamknął paszczę i już jego potężne tylne nogi odepchnęły się od miękkiego
podłoża, wyrywając grudy darni. Skrzydła uderzyły raz i drugi, wyrzucając w
powietrze połamane gałęzie oraz kępy ściółki, a ich donośnemu łopotowi akompaniował
kolejny ścinający krew w żyłach wrzask. Smok z zadziwiającą dla jego rozmiarów
gracją wzbił się w przestworza i pracując miarowo skrzydłami zatoczył trzy
kręgi nad zagajnikiem oraz obozowiskiem, zwracając się na południe, ku estariońskiej
stolicy. Niesiony ciepłymi prądami wznosił się coraz wyżej, aż pochłonęło go
kłębowisko ołowianych chmur.
Imt
zwany Czarnym powrócił do prawdziwej postaci i czerpał z tego rozkosz, jakiej
nie dałyby mu najwymyślniejsze pieszczoty Pana. Za nic miał wypatrujące go trwożnie
wojska w dole. Niewyraźny zarys ludzkiego mężczyzny żwawo schodzącego ze
stromego pagórka także był dlań bez znaczenia. Wreszcie był wolny. I na nowo
uwierzył w spełnienie marzeń o domu dla Czarnej Barwy. Lucius zwycięży. I
dotrzyma obietnicy względem smoka, co nie ulegało wątpliwości. A do tego czasu
Imt uczyni wszystko, by przysłużyć się jego sprawie.
Pan
długo wpatrywał się w punkt na nieboskłonie, gdzie zniknął smok. Chytry
uśmieszek wygiął ciemne usta. W jego niezwykłych oczach zagościł chłód, jakiego
nie powstydziłyby się oblodzone wierzchołki Srebrzystych Szczytów. Imt
odnajdzie magów. Brek przekaże wieści. Viera dołączy do oblężenia Aneil’Aranth.
A on, ich objawiony bóg, będzie miał sporo czasu, by uprzykrzyć życie dwóm
młodzieńcom, których z lubością podglądał dniem i nocą. Nie ułatwi im
przeprawy. Niczego im nie ułatwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz