sobota, 4 lipca 2026

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 46

 

Przejście Estalavanesa w głąb podświadomości nałożyło się w czasie z odpoczynkiem czarnego smoka, który przysiadł na piętach i wyprostował grzbiet, przyjmując najwygodniejszą dlań pozycję.

Imt zmrużył zielone oczy, niemal natychmiast łącząc się w harmonicznym splocie z osnową otaczającej go przyrody. Ciemność miękkim pledem otuliła zwalistą, prawie nagą postać. Cisza przejęła go całego, rezonując w milczącym wnętrzu dostrojonego umysłu. Zapachy stały się subtelnymi aromatami życia ukojonego poczuciem bezpieczeństwa podczas nocnego wypoczynku. Chłodny wiatr pieścił odsłoniętą skórę i wprawiał krucze włosy w ruch, muskając blade skronie oraz policzki humanoida.

Przestał istnieć dla świata zewnętrznego, lecz nie znaczyło to, że świat zewnętrzny przestał istnieć dla niego. Nadal odbierał wszelkie docierające doń bodźce, przetwarzał je i rejestrował, informując czuwającą świadomość o zmianach następujących w sferze fizycznej.

Aczkolwiek jednej obecności w pobliżu nie był w stanie odnotować.

Spacerujący Lucius przebył wyłożoną kruszonym kwarcem ścieżkę i wkroczył na wygiętą wdzięcznym łukiem kładkę z wiśniowego drewna. Jego stopy w jedwabnych pantoflach nie czyniły najlżejszego szmeru, kiedy wspinał się na filigranową konstrukcję rozpiętą między przeciwległymi brzegami zadbanego stawu. Pojedyncza deska nie skrzypnęła gdy przystawał, by zapalić kolejne latarenki, aż wkrótce sześć pomarańczowych lampek umiejscowionych w równych odstępach opromieniało krystaliczny akwen tonący w zieleni zamkniętych nenufarów.

Młody mężczyzna o niezwykłym spojrzeniu schował pudełeczko siarkowych patyczków w kieszonce wewnątrz luźnego rękawa i z szelestem karmazynowego jedwabiu zawrócił na środek kładki. Wypatrzenie medytującego smoka nie zajęło mu wiele cennego czasu, toteż spędził jeszcze chwilę na obserwacji. Rzadko miewał sposobność ujrzenia prajaszczura w tak zrelaksowanej pozie. Intrygował go ten widok. Nie wiedział co mogło gnieździć się w umyśle istoty zmuszonej do egzystowania w ciele podobnym ludzkiemu. Co też zaprzątało Najwyższego Kapłana Urory kontemplującego w ogrodzie Śniącego? A jeśli nie myślał on o niczym, tylko wyciszał się przed wielkim wybuchem, utwierdzał w słuszności własnego celu i dalszych dążeń?

Dla Luciusa jasnym było, iż wydarzenia z ostatniego Smokosferium doprowadziły do przedawnienia ideałów oraz wartości czarnego smoka. Imt wywołał, intencjonalnie lub nie, krwawą rebelię, Konflikt Barw, który dopiero odciśnie piętno na istotach dotąd żyjących w nieświadomości. Poczynił nieodwracalne szkody grożące całkowitym wyginięciem smoczej rasy i zapewne doszedł już do konkluzji, w której to umowa zawarta z Panem utraciła moc obowiązywania. Cóż zatem trzymało prajaszczura u boku znienawidzonej istoty? Wierność? Przywiązanie? Strach przed wendetą nieokiełznanej potęgi?

Młodzieniec o zabarwionej czerwienią karnacji wysunął dłonie z obszernych rękawów i oparł je o lekką drewnianą barierkę. Intensywnie wpatrywał się w siedzącego smoka; czerń okalająca złote tęczówki kipiała jak otchłań Pozaświata szukająca drogi do krainy żywych. Lucius nie musiał używać słów, by przywołać do siebie wybrańca. Ich więź wykraczała poza ramy śmiertelności, dotykała bowiem samej Wszechrzeczy.

Imt zadrżał, czując pod skórą mrowiące wrażenie bycia obserwowanym. Wyszedł z transu i powoli obejrzał się w stronę, z której napływało dokuczliwe doznanie. Latarenki na moście rozpraszały mrok, rzucając pomarańczowe błyski. A w półcieniu pomiędzy dwiema z nich wyczekiwał go wysmukły niczym wiśnia młodzieniec. Smoka przeszył dreszcz, aż zacisnął szczęki.

Pan wzywał. A sługa słuchał.

Nie każąc na siebie czekać, smok podniósł się z klęczek i ruszył wzdłuż ścieżki. Krok miał sprężysty, był wypoczęty, jednakże lęk cichcem przemykał w jego duszy, usiłując dostać się do bijącego mocno serca. Wciąż czuł na sobie wzrok Pana i zaczynał zastanawiać się, jakież to ważne sprawy zmusiły Śniącego do opuszczenia leża. Nadzwyczajnym było, aby Lucius wychodził ze swych kwater nocą, kiedy to kumulował energię, odnawiał wici oplatające Estarion, obmyślał plany i strategie oraz śledził cele.

Powściągliwy uśmiech gościł na pięknej twarzy Śniącego. Smok skinął pokornie głową, unikając hipnotyzującego wejrzenia “sojusznika”. Mimo to kątem oka zauważył, jak delikatna ręka wskazuje na staw i podążając za nią popatrzył na zmarszczoną letnim zefirem taflę wody. Po chwili stał tak, jak jego nieludzki towarzysz: z olbrzymimi dłońmi na kruchej, rzeźbionej balustradzie.

Cień niechęci przeciął chorobliwie białe oblicze Imta. Pan mógł milczeć. Mógł się uśmiechać. Ale w każdym geście Pana kryło się przesłanie, zawoalowana podpowiedź. Tak jak miało to miejsce właśnie teraz.

Pazurzaste palce ścisnęły poręcz, gdy obrazy wymalowane na gładkiej powierzchni stawu nasunęły nieprzyjemne skojarzenia. Odbity pomarańcz latarni tańczył ze złotem pektorału jak płomienie pochłaniające skryte w ciemnościach kontury miast. Niemalże słyszał ich ryk: gniewny, żarłoczny krzyk żywiołu. Nienasycony, domagający się większej liczby ofiar. I chociaż panowała noc, królewskie karpie podpłynęły pod mostek zwabione obecnością karmiciela. Śliskie białe kształty kotłowały się pod ich stopami, nakrapiane czerwienią łuski połyskiwały w ciepłym blasku ognia. Okrwawione nagie trupy niedbale rzucone do wody. Na ich tle majaczyła sina, odpychająco zniekształcona falami postać oprawcy. Bestia. Rzeźnik. Smok. A przecież prawdziwy potwór był tuż obok: olśniewająco piękny, wyzbyty niedoskonałości, zwodniczo łagodny... Perfekcyjnie zamaskowane wcielenie zagłady.

Imt przymknął powieki, ale nieproszone wspomnienia wracały doń w każdym kolejnym przebłysku. Nie dbał o dwunogów. Pragnął ich śmierci. Pragnął odzyskać ziemie dla krewniaków... Lecz po co im ziemia, skoro zmuszeni zostali ukrywać się przed kuzynami? A przynajmniej do czasu, aż reszta nie wyrżnie się do sztuki. Wówczas zawalczą o swoje i wyjdą ze starć bez ofiar.

Smok westchnął. Muskularne, okryte pektorałem barki opadły nieznacznie, przyciągane ku ziemi ciężarem odpowiedzialności. Nie otrzymał żadnych wieści od Wel. Ostatnią, jaką jej przekazał, był nakaz schronienia się i przeczekania pierwszej fali Konfliktu Barw, jak okrzyknęły tę wojnę smoki. Kilka dni później uzyskał od niej współrzędne ich nowego lęgowiska oraz zapewnienie, że ani pisklętom, ani starszym osobnikom nie stała się krzywda. A on nie miał możliwości udania się tam, gdyż przezorny Pan nie spuszczał z niego oka.

Ale to było wiele dni temu. Wiele dni, tygodni bez wiadomości z jej strony. A i on nie mógł nawiązać kontaktu z nią. Pozostawało mu ufać, iż Czarna Barwa wystrzega się mentalnego połączenia w obawie przed wykryciem łuny niesionej nurtem mocy. Wel jest zapobiegawczą, rozgarniętą samicą. Poradzi sobie równie dobrze, jak gdyby to on przewodził rodzinie.

Dwaj mężczyźni trwali w milczeniu, pogrążeni w wizjach przyszłości malowanych kolorami natury. Ciepły oddech lata szemrał wśród drzew, nadając scenie surrealistycznego wydźwięku. Fałszywy spokój otaczał stojącą w płomieniach wodę pełną pozbawionych życia ciał. Trupów walczących o miejsce u stóp niewzruszonego Pana.

Ciche tchnienie, łatwe do pomylenia ze szmerem wiatru, dobiegło od strony wysokiego młodzieńca. Kiedy Imt zerknął ku niemu, stracił rezon. Lucius uśmiechał się szeroko, a szaleńczy grymas dzielił jego urodziwą twarz na dwoje, ukazując paskudne podwójne kły. A więc zaczęło się.

- Coraz częściej wyczuwam poszukiwanego, Imcie - oznajmił Śniący melodyjnym, euforycznym głosem. Złote dyski tęczówek żywcem pożerały spoglądającego nań smoka. - I to zawsze, gdy ścierają się dwie moce, jakby nie mógł dojść do porozumienia z samym sobą. Imcie, on nie przeczuwa jarzma pisanego mu przeznaczenia, nie zna swego pochodzenia! A ja nie pojmuję, co wywołuje w nim tak silne wzburzenie, by jego esencja gwałtownie wzrastała do poziomu przekraczającego wszelkie ograniczenia. Dotychczas skrzętnie wtapiał się w nurt, lecz teraz… incydentalnie sam się ujawnia. Nieświadomie. Rozkosznie nieświadomie.

Imt nie odpowiedział. Chłonął strzępy informacji jakimi raczył go Lucius, gotów uszczknąć z nich coś na własny użytek. Owszem, pisklę przełamało jedno z zaklęć Ornamentu Zaklinacza - jakim sposobem, tego smok nie wiedział. Był jednak na tyle rozeznany, by zakładać, iż poznało okruch prawdy o swej wybitnej proweniencji. A cóż z nią uczyni, to już inna kwestia. Awatar Przeklętego nie powinien troskać się o to, czy zostanie rozpoznany. To bez znaczenia. Tak jak znaczenia nie miał posiadacz artefaktu. Liczył się finalny efekt. Liczyło się zwycięstwo Pana. I jego własne.

Diaboliczny uśmiech złagodniał, na powrót upodabniając Luciusa do sentymentalnego arystokraty. Śniący podparł się łokciem o barierkę i ułożywszy podbródek na grzbietach zgiętych palców, zapatrzył się w odległą ciemność. Znakomity nastrój nie opuszczał go. Lejąca tkanina szkarłatnego rękawa zsunęła się w dół, eksponując niemal kobiecy nadgarstek.

- A to nie koniec pomyślnych wieści, mój miły - zaszczebiotał, z ukosa spozierając na strapionego prajaszczura. - Mam baczenie na syna naszego umiłowanego arcypaladyna. I to pod jego skrzydłami znajduje się poszukiwany. Wszystko układa się tak, jak sobie zamarzyłem. Moje sny się spełniają. W przeciągu kilku dni będę mieć ich obu w garści, albowiem sami do nas przybędą. Aż żal chwyta me serce na myśl, iż ostatni akt nadejdzie szybciej, niżbym chciał. Z przykrością przyjdzie mi dopełnić dzieła. Wręcz skłaniam się ku przedłużeniu tego przedstawienia, by z przyjemnością patrzeć, jak wiją się i duszą z bezsilności – rozmarzył się Pan. Jego głos z każdym słowem nabierał drapieżnej, przerażającej nuty dudniącej głucho pod czaszką Imta. Bezdenna czerń oczu wyzierała z martwego serca, szukając żywiciela dla rodzącego się koszmaru. - Pragnę napawać się ich udręką, karmić bólem i cierpieniem. Chcę sączyć ich krew, spijać ją z nich wraz z esencją życia. Cel jest bliski, tak bardzo bliski, że ekstaza rozrywa mą pierś pospołu z energią mej żądzy! Widzę ich oczami upiora, Imcie, lecz to mi nie wystarcza. Wyjdziemy im na spotkanie. Tak też zaplanowałem. A ty, mój miły, staniesz u mego boku. Czarny smok, szara eminencja, biały egzekutor. Jakże mi słodko…

Zimne kropelki potu pokryły skórę smoka, a włosy porastające głowę nastroszyły się. Imt nie rozumiał własnego ciała, które drżało z podniecenia, równocześnie ściskając wnętrzności skurczem panicznego lęku. Uzbrojone w pazury dłonie zaciskał tak spazmatycznie, że kunsztownie rzeźbione drewno niepokojąco zatrzeszczało. Puścił więc oparcie i nie mając co zrobić z rękami, splótł je tuż pod krawędzią wysadzanego szlachetnymi kamieniami pektorału. Nie znalazł w sobie odwagi, by spojrzeć w obłąkane oblicze Śniącego, tylko łypał ku niemu spod ściągniętych niepewnością brwi. I uzmysłowił sobie, dlaczego smoki wcześniej nie wystąpiły przeciwko ludzkości. Bogowie władali mocą, na jaką nawet czerwone prajaszczury musiały zważać.

Radosny Lucius z łopotem powłóczystej szaty zwrócił się w kierunku sposępniałego kompana i przechylając głowę, zajrzał w jego chmurną twarz. W tym momencie Śniący przypominał niesfornego chłopca szykującego wyjątkowo złośliwy żart. Żart mogący kosztować życie miliony istnień.

- Jesteś mi potrzebny, Imcie – szepnął, przydając głosowi zmysłowego brzmienia. - W moich prywatnych pokojach. Teraz.

Jak gdyby poza nami dwoma mieszkał tu ktokolwiek inny, byś potrzebował do tego prywatnych pokoi!

Smok syknął. Zemdliło go już na samą myśl co może się zdarzyć, ale kolejne słowa Pana zbiły go z tropu.

- Już czas, abym przejął przewodnictwo nad mymi wiernymi. Zgromadziłem dość energii, by objawić się im jako siła stwórcza, a nie wydumany bożek, do którego zanosili swe modły. - Rdzawa opuszka pieszczotliwie potarła czubek smoczego nosa. - Dostąp zaszczytu i pomóż mi przywdziać szaty godne boga, syna Tego, Który Daje i Odbiera.

Żółtozielone ślepia wytrzeszczyły się, choć odwracający się doń plecami Lucius nie mógł już tego dojrzeć. Imt przypuszczał że Pan, będąc bogiem, był synem jednego lub jednej z Wygnanych Wszechmocnych. Lecz nigdy by nie podejrzewał, iż zrodził się on z woli samego Darczyńcy!

To było jak siarczysty policzek dla najwyższego kapłana, brutalne przywołanie go do porządku. Sinobiała dłoń powędrowała do ust. Dwa rzędy ostrych zębów bezwiednie zatrzasnęły się na niej. Krew pociekła, brudząc tors powleczony złotem i klejnotami. Posoka spływała ciurkiem w dół przedramienia brukając drewno kładki, kiedy zdjęty grozą gad wpatrywał się w odchodzącego Pana. Jeżeli dotąd uważał, że sprawy się skomplikowały, tak teraz był przekonany, iż jego śmiałe przedsięwzięcie zginie zduszone w zarodku.          Opamiętał się jednak i strzepując przegryzioną rękę pośpieszył za Śniącym. Po ranie pozostały już tylko mokre, ciemnoczerwone smugi.

Dlaczego wcześniej się nie zorientował? Przecież to logicznie poprawny wniosek, że syn Jedynego zajdzie tak daleko w swoich zuchwałych knowaniach. Bogowie wyniszczyli się nawzajem a Wszechmocni zostali przepędzeni, nikt nie wiedział dokąd. Tylko jeden stwórca się ostał. I oni dwaj Jedynemu służyli. Syn i oddany sługa. Zatem jeśli pragnął porażki syna, to czy jednocześnie nie pragnął porażki samego Urory? Czy nie czyni to z niego przeniewiercy w oczach umiłowanego Wszechmocnego?

Imt kręcił głową, oszołomiony niespodziewaną wiadomością. To nie przypadek, iż arcykapłan i potomek współpracowali, instynktownie ustalając swoją pozycję w hierarchii. Sądził, że to on własnowolnie odnalazł Pana, a rzecz miała się zupełnie odwrotnie. Odnalazł go, gdyż tego właśnie życzyło sobie boskie dziecię. Ile zatem wiedział Lucius? O czym wiedział, a o czym wiedzieć nie powinien? Pogrywał z maluczkim smokiem czy też liczył się z nim, mając wobec niego dalsze plany?

Smok zwolnił widząc, iż jego zwierzchnik się zatrzymuje. Od tarasu dzieliło ich zaledwie kilka metrów. Smukła postać w połowicznych mrokach nocy sprawiała wrażenie zasmuconej, gdy wzrokiem ogarniała wypełniony światłem drewniany parterowy budynek o oknach i drzwiach wykonanych z woskowanego pergaminu. Czyżby zaczynał tęsknić za miejscem, w którym spędzał czas po przebudzeniu niczym skowronek w złotej klatce? Najwyraźniej bogowie nie różnili się tak bardzo od krótkowiecznych istnień. Jedyną przewagę dawało im pokrewieństwo z Wszechmocnymi; unikalna moc oraz długowieczność. Psychika, emocje i miękkie powłoki nadal mogły działać na ich niekorzyść, porwane przez namiętne serca i pokrętne umysły. Czy w takim razie syn Urory trzymał czarnego smoka niby ulubione zwierzątko? Zwierzątko chętne odgryźć komuś głowę lub zrównać z ziemią miasto…

- Panie? - zagaił Imt, zmniejszając dystans. Wciąż się bał, ale w melancholijnym nastroju Luciusa upatrzył okazję, by dowiedzieć się czegoś na jego temat. - Czego ode mnie oczekujesz?

- Prosiłem, byś zaniechał tej tytulatury, Imcie. - Idealne cienkie brwi zbiegły się nad prostym nosem, lecz poza tym Lucius nie wyglądał na rozzłoszczonego. - Nie jesteś służącym. Jesteś moim osobistym przybocznym.

Niewielka to różnica, skwitował cierpko smok. Zamiast tego powiedział:

- Wybacz, Luciusie. Nie przywykłem, by traktować cię w ten sposób.

Śniący obdarzył go smutnym uśmiechem. W istocie był to młodzieniec, któremu przyszło pożegnać się ze szczęśliwym dzieciństwem.

- A powinieneś. Oczekuję także, byś przed moimi ludźmi zachowywał się z manierą godną zaufanego doradcy. Niech wiedzą, iż twoje słowo jest powtórzeniem moich rozkaz... Oooch... - Lucius jęknął z udawanym zawodem. Wzrok boga zmętniał, niemniej mrok spowijający cudowne złoto nie przestawał opętańczo wirować. - Arcypaladyn zniszczył upiora. Wielka szkoda. Nic to, powołam do istnienia kolejnego.

Upiór. Imt syknął z nieskrywaną pogardą. Czy to naprawdę konieczne, by posuwać się do plugawienia esencji zmarłych? Zbyt jednak cenił rzadkie chwile spokoju, by mącić je nieprzemyślanymi spostrzeżeniami.

- Ruszajmy już, muszę się przygotować - upomniał go Lucius, stawiając niespieszne kroki w stronę tarasu.

Imt bez wysiłku zrównał się z nim.

- Rozumiem iż wybrałeś mnie, bym go wytropił – rzekł cicho. - Dlaczego jednak nakazałeś mi mieć go na oku, skoro mogłeś posłużyć się upiorem?

Wymowne spojrzenie przerażających oczu przeciągnęło się, a uśmieszek znikł z rdzawobrązowych ust, gdy Śniący dostrzegł krzepnące ciemne plamy szpecące półnagi tors smoka. I strużkę przecinającą umięśnioną rękę.

- Tylko ja mam prawo czynić ci krzywdę i dawać satysfakcję - wyszeptał tak cicho, że gdyby nie umiejętność czytania z ruchu warg, Imt nie poznałby jego przedziwnych myśli. Ciemnoskóra dłoń powstrzymała się przed dotknięciem splamionego krwią szmaragdu pektorału. Oczy o uwodzicielskich rzęsach zmrużyły się groźnie, krzyżując z dwukolorowymi tęczówkami smoka. - Upiór to bezwolna marionetka. Potrzebuję istoty inteligentnej, obserwatora, który dostosuje się do zmiennych warunków, podejmie błyskawiczne decyzje i wyjdzie z inicjatywą. A któż lepiej by się nadawał jeśli nie ten, który go wyśledził? Upiór wyśmienicie sprawdza się w roli szpiega. Zniszczony, zastępowany jest nowym. Ciebie nie będzie łatwo zastąpić, Imcie. I już raz omal cię straciłem. Doceń mą troskę i nie wystawiaj jej na kolejną próbę.

- Doceniam. - Strofowany humanoid przepuścił młodzieńca przodem. Młodzieńca mającego więcej niż dwa tysiące lat. - Jednakże proszę o przychylność, jako że moja ciekawość sięga wielu aspektów twojej osoby, Luciusie.

- Pochlebca, który niepotrzebnie uderza w oficjalny ton. Cóż cię nurtuje, mój miły?

- Twoje prawdziwe motywy - wypalił smok bez ogródek.

Spojrzenia dwójki mężczyzn znów się spotkały. Wypowiedź Imta zaintrygowała Śniącego.

- Moje prawdziwe motywy? - powtórzył niewinnie Lucius.

- Owszem. Z początku zakładałem, iż dążysz do przejęcia władzy. I od początku było to założenie błędne, jest to prozaiczna pobudka. Z całym szacunkiem, Luciusie, nie jesteś osobą pragnącą rządzić. Masz cel. Konkretny. Niestrudzenie zmierzasz ku jego realizacji, choć w rzeczywistości nie jest on tym, za co można go wziąć.

- Nie przestajesz mnie zaskakiwać, “Obserwatorze”. Nieprzeciętna inteligencja oraz błyskotliwość podniecają mnie o wiele bardziej niż piękno i żadnej z tych trzech cech nie mogę ci odmówić, Imcie. Jakie jeszcze talenty ukrywasz pod tą surową aparycją, hm? I po czym wnosisz, iż mój zamysł nie ogranicza się do przewrotu oraz siłowego przejęcia władzy w Estarionie?

- W innym wypadku zabiłbyś poszukiwanego. Te podchody nie są wyłącznie grą mającą zaspokoić twe perwersje. - Imt wkraczał na grząski grunt, lecz kto, jak nie czarny smok, czuł się w tym środowisku najlepiej? - To wykalkulowane działania. Gdyby chodziło o władzę, już dawno pozbawiłbyś życia arcypaladyna i obrócił w ruinę Aneil’Aranth, największy symbol ludzkiej potęgi w Estarionie, jeśli nie na Khaldunie. Istniałeś w tym świecie przez ostatnie dwadzieścia lat, a oni przeoczyli moment twojego przebudzenia. Mogłeś to wykorzystać. Mogłeś uderzyć z cienia powstałego w blasku obecnego monarchy. A mimo to podchodzisz do uczciwego starcia.

Lucius wszedł do niskiego pomieszczenia rozświetlonego setkami maleńkich jak świetliki lampionów. Cienie jego sylwetki zadrgały na malowanych tuszem ścianach z grubego pergaminu, gdy w skupieniu ważył odpowiedź. Imt zaimponował mu swą przenikliwością.

Przekroczywszy próg przedsionka, Imt nie ponaglił rozmówcy, ani nie zasunął pokreślonego szkicem panelu pełniącego funkcję drzwi wyjściowych. Nigdy zresztą tego nie robił, pozwalając naturze zaglądać do wnętrza budynku o każdej porze dnia i nocy. Rzucił za to okiem na niski kwadratowy stolik z lakierowanego drewna, przy którym Pan zwykł pijać herbatę i pracować. Połyskujący czystością blat był pusty. Podobnie szafki, na których dotychczas piętrzyły się rozłożone zwoje pergaminu i arkusze papieru oraz porcelanowe czajniczki i czarki. Nigdzie nie widział przyborów do pisania ani pędzli do malowania tuszem. W przedsionku panował nienaganny porządek i zaniepokojony smok odwrócił się, by dostrzec, że przynajmniej zakończony dwiema klingami oręż Pana spoczywał na zwyczajowym miejscu: drewnianej listwie nadproża, tuż nad wejściem do przestronnego domostwa.

Wypielęgnowana dłoń Luciusa wsparła się na przeciwległej do wejścia ścianie, która okazała się starannie zakamuflowanym przejściem. Panel zaszurał przesuwając się w bok i odsłaniając równie skromny co poprzedni pokoik. Rozejrzał się, postanawiając wreszcie udzielić odpowiedzi na pytanie podejrzanie wylewnego podwładnego.

- Imcie, zwycięstwo jest słodsze, gdy osiągnięte zostaje właśnie w uczciwej walce - zauważył, przechodząc do kolejnego pomieszczenia. Podszedł do jednej ze ścian, na której widniał niedokończony malunek węża oplatającego żądlącego go skorpiona. Rozsunął ją na oścież i omiótł wzrokiem jej zawartość. - Problemem jest, iż moja moc, poparta doświadczeniem, daje mi ogromną przewagę nad przeciwnikiem. W związku z tym potyczka nie będzie uczciwa, ponieważ z góry wiadomo, kto ją wygra. Co nie zmienia faktu, że krzyżowanie szyków oraz komplikowanie życia moim adwersarzom sprawia mi niemałą uciechę.

- Więc jednak władza? - Imt niechętnie wszedł pokoju garderobianego, w którym przebywał Śniący. Nie zamierzał zbliżać się do niego bez wyraźnego polecenia. – Daruj mi bezczelność, ale nie wierzę w to.

- Nie, Imcie, to nie władza. Władza jest zaledwie środkiem do celu. Zdobywając ją, pchnę ten świat do przodu, rozpędzę i uczynię równym temu, z którego pochodzę. - Lucius uśmiechnął się tajemniczo do własnych myśli. Pogładził atramentowy jedwab złożony na półce, zsunął palce niżej, na chłodny czarny metal. - Minęły dwa tysiąclecia, a ludzie wciąż są prymitywnymi bytami z początków mojej pamięci. Nie zmienili się ani odrobinę...

Zasmucony młodzieniec popatrzył na kompana.

- Ten świat zasługuje na więcej, Imcie. Ludzie zasługują na więcej niż błoto i kamienie. Wy zasługujecie na więcej niż życie w ukryciu. A niebianie pozbawiają was wszystkich możliwość rozwoju, zasłaniając się dobrem ogółu. Brednie, które należy ukrócić!

Rozsierdzony Śniący warknął, łapiąc za szeroką wstęgę jedwabiu opasającą jego wąską talię i szarpnął gniewnie, uwalniając poły szkarłatu. Pasmo czerni z szelestem spłynęło na drewnianą posadzkę, dając przybocznemu sygnał do działania.

Imt zdusił jęk i zmusił się, by podejść do Śniącego. Złoto zerkało ku niemu znad szczupłego, częściowo odkrytego ramienia. Narastająca złość emanowała z ciała okrytego kosztowną szatą, silnie oddziałując na niespokojnego smoka.

Lucius rozłożył ręce, umożliwiając słudze zdjęcie lekkiego odzienia. Włosy połaskotały skórę jego pleców, układając się na nich płynnym jedwabiem. Wychwycił moment wahania smoka, lecz zdążył już przyzwyczaić się do tego niestosownego zachowania, wszak mankamenty – lub też „cechy szczególne jego boskiego majestatu” - wywołałyby trwogę nawet pośród najpotężniejszych stworzeń zamieszkujących Khaldun. Schlebiało mu to, gdyż tym samym wzbudzał w ich sercach nienawiść. Ta świadomość tylko podsycała jego niespełnione żądze.

- Czemuż nie możesz być mój, Imcie? – poskarżył się. Jego wibrujący, dwuznaczny tembr wniknął głęboko w duszę smoka. - Dlaczegóż jesteś tak niedostępny?

Porażony jego słowami smok cofnął się i ściskając jeszcze ciepłą tkaninę starał się patrzeć wszędzie, byle nie na plecy Śniącego. Nie chciał ich oglądać. Ani tego, co wyzierało spomiędzy zasłony lśniących włosów boga. Imt skrupulatnie poskładał szkarłatną szatę i wyminął młodzieńca, chcąc odłożyć odzienie na półkę. Zamknął oczy, wyczuwając za sobą bliskość niechcianej prezencji.

- Jesteś moją własnością, choć nie z własnej woli - ciągnął obsesyjnie Lucius. Dotknął nagich pleców smoka i powiódł palcem w dół kręgosłupa, z zadowoleniem dostrzegając przeszywający go spazm. - Przymuszasz się do wszystkiego. A ja, uciekający się do najpodlejszych sztuczek, niczego nie potrafię wskórać.

- Pa… Luciusie, jestem pełnej krwi smokiem - wyjaśnił cierpliwie Imt, jak wiele razy przedtem. Nie otwierając oczu chwycił przyodziewek złożony na półce i w bezruchu czekał, aż Pan się odsunie, by móc bez przeszkód go odziać. - Nie stworzono nas do namiętności cechujących miękkoskórych dwunogów. Miłość jest dla mnie abstrakcją, podobnie odczuwanie przyjemności z kontaktu fizycznego.

Wzdrygnął się, kiedy ciepła pierś oparła się o jego chłodne plecy. Rozległ się obrzydliwy klekot, na dźwięk którego powieki Imta rozchyliły się szerzej. Coś zimnego wśliznęło się pod szendyt i otarło o jego udo. Oplatając je pełzło w górę niby odrażający, zbudowany z segmentów wąż.

- Dlatego szukam pociechy w domenie snów - rzucił z urazą Śniący i odsunął się, a ostra igła do krwi nakłuła bladość tuż pod krańcem przepaski. - Czyń swą powinność, Imcie. Jeszcze tej nocy pragnę spotkać się z lojalnym narzędziem mej woli.

- Wybacz że nie spełniam twych wyuzdanych oczekiwań, Luciusie.

Ze szczerą skruchą smok przystąpił do odziewania pana, dokładając wszelkich starań, by nie patrzeć na młodego boga. Przystroił jego piękną sylwetkę czarną jedwabną tuniką bez rękawów, przylegającą jak druga skóra. Wyhaftowany srebrną nicią skorpion pysznił się na całej długości lewego boku, żądłem sięgając zwisającej do kolan poły. Imt czerwienią przepasał wąską talię tuniki na wysokości stanu sznurowanych spodni o bufiastych, zwężających się u kostek nogawkach. Srebrna brosza przedstawiająca zwiniętego pajęczaka szczypcami podtrzymującego rubin zebrała karmazynowy materiał u lewego biodra. Drugi, bliźniaczy ornament spiął niską stójkę kilka centymetrów pod szyją.

Imt pracował w milczeniu pomny zagniewanych, rozczarowanych odmową oczu bacznie śledzących jego poczynania. Nie przejmował się tym dopóty, dopóki nie musiał w nie zaglądać. Zawrócił do szafy i wyciągnął z niej zwój antracytowej tkaniny. Był to cienki półprzezroczysty szyfon, który zarzucił na ramiona boga. Nacięte od nadgarstków po barki rękawy podkreślały skórę koloru rdzawego brązu, natomiast zasłonę skrojono w taki sposób, by wąskie przednie poły powiewały poniżej bioder, trenem sunąc po podłodze. Srebrne wykończenia będące jedynymi ozdobami przypominającego mgiełkę materiału splatały się w misterny deseń.

Pozostały już tylko elementy tytanitowego pancerza, na który składały się rękawice, naramienniki oraz buty za kolana. Smok nie miał trudności z ubieraniem swego pana. Nie zliczy ile razy już to praktykowali, a jego wielkie dłonie za każdym razem wykazywały się dostateczną zręcznością, by ostrymi pazurami nie uszkodzić zwiewnych tkanin.

Czarne tytanitowe rękawice bez palców pasowały na szczupłe ręce, opinając obwinięte mankietami szyfonu nadgarstki. Srebrzyste chmury kłębiły się na ich grzbietach, gromadząc na przedramionach i rozciągając aż do łokci. Współgrające akcentami naramienniki były bardziej dekoracją, aniżeli realną ochroną. Dyskretne paski biegnące pod pachami zapewniały komfort, a płyty giętego metalu obejmowały barki, nie pozwalając pelerynie opaść na ramiona.

Imt odgarnął gęste włosy zwierzchnika, by dostać się do sprzączek. Usilnie starał się nie zerkać w dół, choć ospały ruch pod prześwitującym szyfonem próbował przykuć jego uwagę. Ongiś smok zastanawiał się, dlaczego spodnie Luciusa wycięte są mniej więcej na linii kości ogonowej, lecz nie poważył się na tak drobiazgowe pytania. A kiedy nastąpił dzień, w którym przekonał się o przyczynie tejże fanaberii, doznał wstrząsu. Refleksja, chociaż nie proszona, nadeszła sama. Widok tej potworności zapadł mu traumą w pamięci i jak wówczas, tak i teraz nie umiał otrząsnąć się z koszmaru, który śnił na jawie.

Smok drgnął, nie mogąc dłużej znieść wężowego ruchu odkształcającego czarną mgiełkę. Buty - pomyślał, rozpaczliwie pragnąc wrócić do przerwanej czynności.

Lucius utkwił w nim wzrok, napawając się jego lękiem i wstrętem, lecz prędko się znudził i opadł na niską leżankę ustawioną pod przeciwną pergaminową ścianą. Kopnięciami zrzucił ze stóp jedwabne pantofle cierpliwie czekając, aż Imt dokończy go przyodziewać. Mógł sam założyć pancerz, niemniej większą radość sprawiało mu wysługiwanie się smokiem, patrzenie jak korzy się przed nim i wykonuje obowiązki z należnym oddaniem. Dysponując jednym z najpotężniejszych prajaszczurów Khaldunu czuł, że może zdobyć wszystko, czego zapragnie. I jego również zdobędzie.

Smok z niezmiennie posępnym wyrazem twarzy podszedł do mężczyzny i przyklęknął, trudząc się z dopasowaniem tytanitowych butów o zadartych noskach. Nogawki luźnych spodni wetknął w cholewy, dociągnął paski i zapiął sprzączki, po czym docisnął srebrne zdobienia do ogólnie panującej czerni, skrzętnie maskujące zapięcia. Odetchnął, gdyż jego katorga dobiegła wreszcie końca. Chciał wstać, lecz dłoń w rękawicy powstrzymała go, opadając na ozłocony bark. W porównaniu z krzepkim, humanoidalnym smokiem wydawała się filigranowa jak u dziewczęcia.

- Jesteś niezrównanym opiekunem, Imcie - pochwalił go Lucius wstający z niskiego siedziska. Strój, który ostatni raz miał na sobie podczas Wojny Bogów, przydawał mu boskiego splendoru, toteż nie szczędził swej wspaniałomyślności, ochoczo częstując nią towarzyszące mu stworzenie. - Najwyższa pora udać się na południe Estarionu. Obudzić ludzkość z letargu. Dać im powód do życia. I walki.

Ominąwszy klęczącego, Śniący zawrócił do przedsionka, skąd zabrał umocowane na stelażu glewia tradycyjnie strzegące wejścia do domostwa. Bliźniacze tytanitowe ostrza zamigotały słabo, kiedy właściciel ujął drzewce i lekkim szarpnięciem wyjął z obejm. Można je było wziąć za miecze o krótkich jelcach inkrustowanych rubinami. Ich drzewce owinięto skórą ułatwiającą chwyt i zapobiegającą ślizganiu się broni.

Śniący nie poświęcił broni najmniejszej uwagi. Oburącz uniósł oręż nad głowę, wyrównał do pionu i pochylił kark, na wyczucie celując w kręgosłup. Nim przyglądający mu się z daleka Imt zdążył zareagować, z mocą pchnął w dół, zagłębiając sztych pierwszego ostrza w karku. Ani kropla krwi nie wytrysnęła, gdy niespełna dwumetrowe glewia prowadzone stanowczą ręką wsunęły się gładko jak w pokrowiec i skryły we wnętrzu boga, nijak nie zdradzając swojej potwornej kryjówki.

Stojący w drzwiach smok ze zgrozą przypatrywał się monstrum, które wyprężyło się jak po wzmacniającej drzemce. Broń boga zniknęła, tak jak zniknęły odróżniające go od ludzi cechy odstręczającego ciała. W tej chwili obracał się ku niemu mężczyzna, którego nietuzinkowa uroda rzucała na kolana, a rozczulający uśmiech topił serca, wzbudzając w istotach żywych pragnienie śmierci. W czarnym stroju, którego nie można było nazwać pancerzem, Lucius prezentował się zachwycająco, wręcz dostojnie. Ale te oczy… To spojrzenie… Tego nie zdołał ukryć przed światem śmiertelnych. I wcale nie musiał.

- Czy jesteś gotów do drogi, mój mały Imcie? - Dłoń Śniącego wysunęła się ku podenerwowanemu makabrycznym widowiskiem smokowi. - Już czas.

Imt nie zamierzał się sprzeciwiać. Nie jemu. Nie bogu wyczyniającym niestworzone rzeczy z własnym ciałem. A także cudzymi. Z oporem poczłapał w kierunku Śniącego i niemrawo uniósł palce, muskając nimi urękawicznioną dłoń. Ciemność zamknęła się na jego grubym nadgarstku, przyciągając bliżej. Przestrzeń zakotłowała się wokół niego i zacisnął powieki, a gdy je otworzył, powitała go czerń bezgwiezdnej nocy.

Percepcja smoka natychmiast połączyła się z nurtem energetycznym obrazując otoczenie, w którym się znalazł. Miał zawroty głowy, a w ustach czuł smak goryczy, tęsknoty za pierwotną mocą utraconą bezpowrotnie. Teleportując się samodzielnie, przygotowany był na to, co się z nim stanie. Kiedy to Pan teleportował ich obu, smok odczuwał skutki uboczne ogromu energii wplecionej w osnowę.

Ucisk na przegubie zelżał. Świadomość boskiej obecności straciła na intensywności, by po jednym uderzeniu serca rozbłysnąć niczym najjaśniejsza z gwiazd, boleśnie oślepiając Imta. Nurt wybuchł ogłuszająco. Rozszczepione esencje pomknęły we wszystkie strony, barwiąc pochmurne niebo i kamienistą ziemię szkarłatem oraz bielą, aż prajaszczur musiał osłonić oczy ramieniem z obawy, iż postrada wzrok na zawsze.

Odgłos wietrznych dzwonków niósł się we wszechogarniającej ciszy, jaka nastała po osobliwej eksplozji skumulowanej mocy. Pan śmiał się w głos, a jego histeryczny śmiech zmroził gada, który absolutnie nie rozumiał powodu, z jakiego radował się jego kompan.

Imt opuścił rękę, przyzwyczajając zmysły do rzeczywistości. Resztki wyładowań energetycznych przemykały w górę pni drzew, wzdłuż źdźbeł trawy, a także po wystających gdzieniegdzie głazach trzeszcząc i skrząc cichutko. Nurt wygładził się. Esencja znów popłynęła leniwie, zgodnie z odwiecznym rytmem Wszechrzeczy. Spektakularne zjawisko, jakiego doświadczył smok, dostrzegalne było wyłącznie dla istot parających się magią. Zwykli śmiertelnicy nie mogli tego poczuć inaczej niż jako odległy błysk i huraganowy podmuch temu towarzyszący. Echo nadciągającej burzy.

- Czy słyszysz głos wojny?! - zawołał Lucius pełnym fanatycznego uniesienia tonem, jakby chcąc przekrzyczeć ryk wichury. - Czy słyszysz jej czystą pieśń rozbrzmiewającą coraz bliżej?! W naszym udziale przypada zaszczyt przyniesienia jej tym ziemiom! Niech Kolebka Życia, przez ludzi zwana Estarionem, uformuje się na nowo w niemożliwej do ugaszenia pożodze bitew oraz bezkresnym morzu krwi!

Otumaniony Imt oddychał płytko. Zdawało mu się, że przemawiający z emfazą bóg kieruje słowa do niego, lecz spostrzegł się, iż nie są w tym nieokreślonym miejscu sami. Skulony pod nogami Pana kształt zadrżał, czerń jaśniejsza od mroków nocy. Smok pociągnął nosem. Skrzywił się wyczuwając wyzbytego magii, pospolitego człowieka.

Prajaszczur zwrócił się ku euforycznie uśmiechniętemu młodzieńcowi. Sam zaczynał przeżywać emocje poprzedzające bitewny zew. Pragnął wyruszyć na polowanie i tak, jak wołał jego pan, przynieść wojnę spodziewającym się jej wrogom. Krew przepływająca w żyłach wzburzyła się, a esencja kipiała, gdy zwinął pięści. Sfrustrowany zawarczał przeciągle, czując wibracje w piersi. Gotów był rozszarpać klęczącego człowieka i gdyby nie opiekuńczo wyciągnięte ramię Luciusa, prawdopodobnie rzuciłby się na niego bez dalszej zwłoki.

- Imcie – skarcił go Śniący, przybierając ton szlachetnego łaskawcy, przesycony sugestywną mocą i nasilającym się obłędem. – Wiele temu człowiekowi zawdzięczam, racz więc darować mu ten popis bezmyślnej odwagi. Jako jeden z nielicznych ma bowiem prawo uczestniczyć w momentach mojego triumfu. Powstań z kolan, Breku z Niedźwiedzi - odezwał się do zakapturzonego człowieka. - Uważam cię za pierwszego spośród śmiertelnych godnego spojrzenia w oblicze swego boga.

Mężczyzna zachwiał się ledwie zauważalnie, na co Imt zareagował instynktownie. Osłonił masywnym ciałem Śniącego stając między nim, a dźwigającym się człowiekiem. Był on rosły jak na przedstawiciela tej krótkowiecznej rasy, aczkolwiek i tak nie mógł się z nim mierzyć. Był również barczysty, choć to akurat mogła być zasługa schowanego pod peleryną pancerza. Za to godnym uznania był dwuręczny miecz zabezpieczony na dumnie wyprostowanych plecach.

Jasne oko łypnęło na smoka spod naciągniętego na twarz kaptura. Szybkie spojrzenie oszacowało ponad dwumetrową postać, na dłużej koncentrując się na zakrwawionej ręce oraz zbryzganym szkarłatem pektorale – ciężkiej biżuterii egzotycznego pochodzenia, nieznanej w Estarionie. Nawet jeżeli człowiek odczuwał strach, nie zdradził się z nim. Powolnym skinieniem głowy wyraził swój respekt, jednocześnie dając do zrozumienia, iż nie zawahałby się wystąpić przeciw niemu. Kimkolwiek Brek był, darzył swego pana bezgranicznym zaufaniem, w przeciwnym razie postąpiłby krok w tył, byle dalej od aury zagrożenia bijącej od rozjuszonego jego impertynencją smoka.

- Luciusie! Pozwalasz człowiekowi spoufalać się z tobą? - zagrzmiał Awatar Przeklętego. Okolone głębokimi cieniami żółte oczy zwęziły się w szparki, taksując poznaczoną bliznami szeroką twarz wojownika. Nagłe niezadowolenie bliskie zazdrości pojawiło się znikąd. Do tej pory tylko jemu, Najwyższemu Kapłanowi Urory przysługiwał przywilej obcowania z bogiem i bynajmniej nie zamierzał odstępować go byle komu. - To się nie godzi, mój panie - wycedził obnażając ostre zębiska zdolne jednym kłapnięciem przełamać ramię mężczyzny na dwoje.

Ciepła dłoń ujęła kojąco przedramię smoka. Śniący obszedł swego obrońcę i posyłając mu pobłażliwy uśmiech skierował zniewalający wzrok na wciąż milczącego człowieka. Napięta żuchwa i poruszająca się grdyka były jedynym, po czym wywnioskować można lęk śmiałka, do którego zbliżył się Pan. I jak smoka prowokował, tak pod wpływem złotych dysków niemal padł do boskich stóp.

- Ponieś ze sobą rozkaz natychmiastowego wymarszu na Aneil’Aranth - nakazał Lucius, nachylając się ku stężałemu obliczu ludzkiego sługi. - Obwieść wszem i wobec, iż z nadejściem świtu obejmę przywództwo, by poprowadzić ludzkość ku złotej erze.

Brek postawił krok w tył i uderzając pięścią w napierśnik, pokłonił się nisko. Z błogosławieństwem boga odmaszerował, o włos wymijając wściekle wyszczerzonego smoka.

Przenikający ciemności Imt odprowadzał irytującego osobnika spojrzeniem, aż ten nie rozpłynął się w nocnej leśnej gęstwinie. Zaraz po tym dwukolorowe oczy przeniósł na usatysfakcjonowanego posłuszeństwem Śniącego.

- Dla ciebie, mój Imcie, mam zadanie, którego nie powierzę słabym, podatnym na manipulacje ludziom - przymilał się Lucius, rozmyślnie powoli skracając dystans. - Szukaj dla mnie naznaczonych Macierzą osób w miejscowościach na trasie przemarszu ku stolicy. Przede wszystkim skupiaj się na tych, którzy reprezentują sobą potencjał energetyczny, ponieważ to na energii, a nie jej sile, najbardziej mi zależy. Tylko ich zlokalizuj. I zapamiętaj, gdzie przebywają.

Imt kłapnął szczęką. Wielkie ciało rozpierały dreszcze ekscytacji i stygnącej furii. Zdumiewające, że w ogrodach Pana nie czuł tak przykrych doznań. Odnajdywał tam spokój, którego tutaj mu brakowało. A już szczególnie drażniła go myśl o utracie względów syna Darczyńcy.

- Co rozkażesz, Luciusie - warknął. - Wyruszam.

- Wolnego, Imcie, zamierzasz tak odejść? - Śniący położył rękę na łopatce smoka i lekko pchnął, nakazując mu zwrócić się w kierunku, w którym podążył Brek. Palce ześlizgnęły się z sinej skóry, kiedy bóg wyprzedził sługę. - Twe oczy nie ujrzały jeszcze najważniejszego… - mamrotał gorączkowo.

Rzeczywiście, Imt nie ujrzał jeszcze najważniejszego. Lecz gdzie mogły ukrywać się nieprzebrane armie przebudzonego boga, skoro jak okiem sięgnąć widoczne były jedynie drzewa, skały oraz zasnuty brzuchatymi chmurami widnokrąg?

Chłodny, pachnący żywicą wiatr owiewał plecy idących, niosąc ze sobą szum liści oraz cienie umykających w poszycie nocnych drapieżników. Gałązki zagrzebane pod ściółką trzaskały i szeleściły na każdym kroku, ale wędrowcom to nie dokuczało. Nie skradali się. Byli u siebie. Ze swobodą gospodarzy zwiedzali swe włości.

Popadający w wątpliwości smok rozglądał się na boki i już gotów był się odezwać na temat rzekomych wojsk, kiedy dotarli na skraj wzniesienia. Wówczas jego oczom ukazała się oszałamiająca panorama, aż rozchylił usta, ze świstem wciągając potężny haust powietrza. A mimo to nachodziła go niedorzeczna obawa, że udusi się z wrażenia.

Poniżej, na równinie daleko w dole, rozpościerało się mrowisko utworzone przez dwunogie istoty. Liczone w tysiącach ogniska paliły się wśród morza namiotów, a wysokie słupy szarego dymu ociężale wyciągały się ku niebu, pochylone, rozmywane porywami wiatru. Niczym w korycie rzeki ludzie krzątali się na prowizorycznych uliczkach obozowiska. Zajęci obowiązkami nie zdawali sobie sprawy, iż ich życie doglądane jest przez Śniącego i jego smoka.

- Patrzysz na około trzydzieści tysięcy zbrojnych, mężczyzn i kobiety, młodych i dorosłych, wyszkolonych żołnierzy oraz rekrutów: kowali, piekarzy, kapłanów, akuszerki, murarzy, rolników... - wymieniał pobudzony widokiem swych wojsk Lucius. Migoczące drobiny odbijały się w błyszczącym ekstatycznie złocie szeroko rozwartych oczu. Podwójne kły błyskały groźnie, gdy idealne wargi poruszały się w takt słów będących z wolna tkanym urokiem. - Armia mogąca wznieść metropolię. I utrzymać ją. To zaledwie połowa tego, w posiadaniu czego mam przyjemność się znajdować. Viera zasili nas podobną ilością. Do następnej pełni księżyca liczba moich fanatycznych wyznawców przekroczy sto tysięcy. A ci nieustannie przybywają z całego Estarionu skuszeni obietnicą lepszego jutra, możliwością ulżenia sobie w cierpieniu. Imcie, czy kiedykolwiek przyszło ci na myśl, jak bardzo ciemiężeni przez siebie samych są ludzie, by zawistnie życzyć śmierci własnemu gatunkowi? Jak bardzo nienawidzą innych, a zarazem samych siebie... - Obłąkane spojrzenie spoczęło na profilu zauroczonego obozowym miasteczkiem smoka. - Nie musiałem wykorzystywać ułamka potencjału, by przylecieli do mnie niby ćmy spragnione ciepłego światła miłości pośród zimna egzystencjalnej ciemności.

- Zwycięstwo jest bezapelacyjnie w twoich rękach, panie - wychrypiał osłupiały Imt, ślepii nie odrywając od żywego organizmu armii, pulsującego w dole poblaskiem ognisk.

Był poruszony. Zachwycony. Wszystko o czym mówił Śniący, stało się prawdą. Zakon Paladynów nie ma szans z siłami, jakie zgromadzi za ich plecami przebiegły bóg.

Arcypaladyn powinien nakazać rozpoczęcie budowy własnego grobowca, choć pewnie nie dożyłby jego ukończenia - skonstatował z ironią smok. Drwiący uśmieszek zniekształcił jego rysy. Sto tysięcy przed upływem miesiąca… I liczba ta wciąż będzie rosła!

- Imcie, jeśli czegoś pragnę, prawem tego świata jest, abym to otrzymał - wymruczał Lucius. - A teraz ruszaj. Rozłóż swe wspaniałe skrzydła i niech noc niesie cię z dala od spojrzeń twych barwnych krewniaków.

Imt zrozumiał przekaz i z ochotą wypełnił polecenie. Potężny humanoid zgarbił się, a esencja wokół niego zawrzała dziko, absorbowana przez jego moc. Obserwujący metamorfozę smoka Śniący wycofał się, podczas gdy umięśnione ciało stworzone na podobieństwo ludzkiego przekształcało się, deformowało i rozrastało. Ogromne błoniaste skrzydła wystrzeliły z obciągniętych matową czernią łopatek, rozdzielone kościanym grzebieniem wyrastającym z podstawy czaszki, a niknącym u nasady ogona.  Nogi i ręce wykrzywiały się z chrzęstem i wyginały w stawach. Pazury darły ziemię niczym monstrualny pług. Kilka pechowych drzew złamało się pod naporem olbrzymiego, kilkunastometrowego cielska chronionego niebywale grubą skórą. Ogon smagnął powietrze, a końcówka zwieńczona do złudzenia przypominającym grot włóczni żądłem świsnęła złowrogo, zawijając się ku górze. Płaski klinowaty łeb z wywiniętymi wzdłuż pyska rogami opadł, by żółtozielone ślepia znalazły się na jednej linii ze wzrokiem Pana. Paszcza rozwarła się. Odchylone na zewnątrz ukośne kły odsłoniły wąski, czerwony jak krew język smakujący nurt.

Dłoń w tytanitowej rękawiczce dotknęła nozdrzy będących zagłębieniem w ogryzionej z mięsa smoczej czaszce. Oczodoły zgasły, gdy prajaszczur na moment przymknął powieki.

- Odszukaj ich, Imcie - powtórzył Lucius i oddalił się, albowiem łeb smoka śmierci poderwał się raptownie, a skrzydła osiągnęły całkowitą rozpiętość, przysłaniając jaśniejący na wschodzie horyzont. - Odszukaj ich dla mnie.

Czarna bestia przysiadła na zadzie i unosząc przednie łapy zgięła smukłą szyję. Rześkie powietrze wydęło pierś koloru butwiejących liści, a po chwili grzmiący ryk poniósł się w promieniu wielu kilometrów, siejąc niepokój w sercu każdego, kto dosłyszał ów przerażający okrzyk rozpoczynającego łowy smoka. Imt ledwo zamknął paszczę i już jego potężne tylne nogi odepchnęły się od miękkiego podłoża, wyrywając grudy darni. Skrzydła uderzyły raz i drugi, wyrzucając w powietrze połamane gałęzie oraz kępy ściółki, a ich donośnemu łopotowi akompaniował kolejny ścinający krew w żyłach wrzask. Smok z zadziwiającą dla jego rozmiarów gracją wzbił się w przestworza i pracując miarowo skrzydłami zatoczył trzy kręgi nad zagajnikiem oraz obozowiskiem, zwracając się na południe, ku estariońskiej stolicy. Niesiony ciepłymi prądami wznosił się coraz wyżej, aż pochłonęło go kłębowisko ołowianych chmur.

Imt zwany Czarnym powrócił do prawdziwej postaci i czerpał z tego rozkosz, jakiej nie dałyby mu najwymyślniejsze pieszczoty Pana. Za nic miał wypatrujące go trwożnie wojska w dole. Niewyraźny zarys ludzkiego mężczyzny żwawo schodzącego ze stromego pagórka także był dlań bez znaczenia. Wreszcie był wolny. I na nowo uwierzył w spełnienie marzeń o domu dla Czarnej Barwy. Lucius zwycięży. I dotrzyma obietnicy względem smoka, co nie ulegało wątpliwości. A do tego czasu Imt uczyni wszystko, by przysłużyć się jego sprawie.

Pan długo wpatrywał się w punkt na nieboskłonie, gdzie zniknął smok. Chytry uśmieszek wygiął ciemne usta. W jego niezwykłych oczach zagościł chłód, jakiego nie powstydziłyby się oblodzone wierzchołki Srebrzystych Szczytów. Imt odnajdzie magów. Brek przekaże wieści. Viera dołączy do oblężenia Aneil’Aranth. A on, ich objawiony bóg, będzie miał sporo czasu, by uprzykrzyć życie dwóm młodzieńcom, których z lubością podglądał dniem i nocą. Nie ułatwi im przeprawy. Niczego im nie ułatwi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz