niedziela, 18 stycznia 2026

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 36

 

Zdruzgotany Estalavanes zaszył się w swojej komnacie. Zaraz po tym, jak jego przyjaciel w gniewie opuścił sypialnię, chłopak zatrzasnął okna, zaciągnął zasłony, zdjął buty i gasząc płomienie lampek skrył się w zimnej pościeli. Z nieprzejednanym poczuciem kompletnej porażki pragnął uciec w senne fantazje, lecz czaszka pękała mu od nadmiaru emocji, a wstyd wypalał go do cna. I chociaż bardzo chciał, upragniony sen nie nadchodził.

Ostatni raz tak się czuł, gdy przyspieszył awans Velrena, swojego niedoszłego mordercy. Znalazł się wówczas w naprawdę kiepskim stanie - załamał się nie tylko na płaszczyźnie emocjonalnej, ale i fizycznej. Lecz tamtego dnia u jego boku był Colonell. Teraz zabijała go samotność na równi z niepewnością dotyczącą relacji z przodownikiem. Est wiedział, że Col nie jest zdolny do porzucenia go w tak krytycznym momencie. Nie miał pojęcia ile czasu minęło od ich rozstania, ale ten wciąż się nie pojawił. Zresztą nie mógł winić partnera, skoro na własne życzenie zniszczył to, o co zabiegał, tracąc zaufanie ukochanej osoby. Musiał przecierpieć ten czas pozostały do przybycia sir Aarima, a potem… Potem jakoś się ułoży.

Jak rany, nie tak wyobrażał sobie ostatni dzień spędzony w Twierdzy Niedźwiedzi, ostatnie chwile w przytulnej sypialni! Wszystko działo się zupełnie nie tak, jak powinno! Jego życie było pasmem niefortunnych zdarzeń, daremnych zabaw złośliwego losu, który jedną ręką niewiele dawał, a drugą więcej zabierał.

Zawinięty w kołdrę półsmok trząsł się z głodu, lecz nie chciał jeść. Pragnienie suszyło go niemiłosiernie, ale nie chciał pić. Organizm domagał się odpoczynku, a nie potrafił zasnąć, bo myśli pędziły w głowie i rozbijały się boleśnie w ociężałym z wycieńczenia umyśle. Zwariował. Oszalał. Zdziczał. Odbiło mu. Nie radził sobie. Nie umiał sobie poradzić z głupimi emocjami, nad którymi tyle pracował. Na marne! Mógłby teraz umrzeć i niczego by to nie zmieniło! Miał ochotę coś ze sobą zrobić, lecz nie chciało mu się choćby ruszyć palcem. Zaczynał żałować, że podczas pojedynku z rycerzem-dowódcą Col zdążył z odsieczą. Nie byłoby teraz tego wszystkiego. Niczego by nie było.

I kogo on znów okłamywał? Sam jest winien tego, co go spotkało. Dyscyplina? Samokontrola? Dobre sobie! To tylko słowa, nazwy na dłuższą metę nie mające znaczenia, bo i tak niczego nie wnoszą. Jest, był i będzie tchórzem uciekającym przed odpowiedzialnością, przed samym sobą! Szczeniakiem szukającym winy w wymyślonym alter ego, byle wybielić się w oczach innych. Sam siebie uczynił potworem i z chęcią zasłaniał się jego maską, byleby nie ponosić konsekwencji własnej niedojrzałości. Mistrz miał rację. Colonell miał rację. A on i tak nadal upierał się, że słuszność leży po jego stronie. Szedł w zaparte z samym sobą, tkwiąc przez to w miejscu. Bał się postąpić krok naprzód, by nie uwolnić bestii drzemiącej w jego wnętrzu, a przecież on i bestia to jedno i to samo nieposkromione stworzenie! Po prostu nazwał tak wszystko czego nie rozumie oraz czego się obawia. Wydaje się to banalne. Wszystko wydaje się banalne, kiedy obserwuje się ludzi, ich naturalny sposób bycia, swobodę i łatwość, z jaką wszystko im przychodzi. Są prozaiczni i nieskomplikowani, z przejrzystymi zasadami oraz wyraźnymi celami. To on sam wszystko niepotrzebnie komplikuje...

I Est dalej pogrążałby się w odmętach beznadziejności, gdyby nie nagłe pukanie do drzwi sypialni, stanowcze i śmiałe. Wyrwany z letargu, w pierwszym naiwnym odruchu ucieszył się że to Colonell, lecz przypomniawszy sobie ich - jego! - wczorajsze zachowanie, szybko stracił nadzieję. Szybko też przekonał się, kto postanowił złożyć mu niecodzienną wizytę. Bo przecież Col nigdy nie pukał.

Nie przejąwszy się brakiem pozwolenia, gość bezceremonialnie otworzył na oścież drzwi komnaty Zaklinacza Żywiołów i niczym cień skąpany w magicznym świetle sfer stanął u progu, wołając na cały korytarz obcym, zaskakująco donośnym głosem:

- Mości zaklinaczu, twa obecność wymagana jest w gabinecie Złowieszczego Niedźwiedzia. Mam zaszczyt osobiście i bezzwłocznie cię tam zaprowadzić, w tejże chwili.

Ukrytego w głębi legowiska Esta zmierziła ta chłodna maniera. Z irytacją zgrzytnął zębami, mężczyzna bowiem nie zamierzał ani wejść, ani wyjść, ani tym bardziej zamknąć drzwi. Niby zły szeląg sterczał na granicy jego terytorium i - jak chłopak trafnie ocenił - nawet smok by go stamtąd nie ruszył.

Nie ma rady na tak zły omen. Z ociąganiem wygramolił się z pościelowego kokonu i z wściekłym grymasem zmierzył intruza od stóp po głowę. Tyczkowaty człowiek w liberii ani drgnął, nieporuszony widokiem kłów czy ostentacyjną nieprzystępnością Zaklinacza Żywiołów. Patrzył tylko w półmrok przed sobą z umiarkowanym znudzeniem na twarzy i czekał, aż ten raczy się przygotować.

Est nie miał sił na wymianę uprzejmości z człowiekiem i dobrze się składało, że ten nie próbował go zagadywać. Zsunął się z łóżka, zmrużonych oczu nie spuszczając z mężczyzny częściowo podświetlonego magią sfer.

- Złowieszczy Niedźwiedź wyczekuje cię, mości zaklinaczu - ponaglił go szambelan bez pretensji. - Oraz jego szlachetny gość, książę Aarim Asmodeusz. Wraz z doradcą oczekują cię w tejże chwili.

I pomyśleć że Est uważał Maga za oazę spokoju. Cóż, dotąd nie poznał większości ludzi należących do świty Tyrda. I bynajmniej nie chciał ich poznawać. Musieli mieć coś nie tak z rozumem, by służyć temu zdziczałemu barbarzyńcy. Albo nie mieć go wcale, co było równie prawdopodobne.

Więc Aarim występował jako książę, a nie rycerz-dowódca, wykonawca woli zwierzchnika paladynów? Przebiegle. Takim oto sposobem odbierze Niedźwiedziowi szansę na znieważenie Zakonu oraz osoby arcypaladyna, nikt bowiem nie był na tyle bezmyślny, by poniżać następcę tronu. A przynajmniej nie twarzą w twarz. Co spowodowało, że paladyn zjawił się tak wcześnie? Nie podejrzewałby go o brak cierpliwości. Ale może to i lepiej? Im prędzej dojdą z Tyrdem do porozumienia, tym sprawniej wyniesie się z czarnej warowni. Z Colonellem czy bez, sprawa była już przesądzona i stanowiła wyłącznie formalność, teatrzyk do odegrania przed nieprzewidującym oszustwa przywódcą najemników.

Podszedłszy do okna balkonowego, Est szarpnięciem rozsunął szkarłatne kotary, szykując się na bolesne uderzenie ostrego światła poranka. Zdziwił się, dostrzegając ostatnie promienie słońca znikające za niebosiężnymi murami. Zmierzchało. Przeleżał całą noc oraz kolejny dzień. I nikt go nie szukał. Absolutnie nikt.

Naglące chrząknięcie oderwało go od zdumiewającego widoku oraz porażających wniosków. Chłopak rzucił krótkie spojrzenie ku sterczącemu jak kołek posłańcowi i wypuszczając gruby materiał zasłon ruszył do komody. Obecne ubrania pod żadnym względem nie nadawały się na wizytę towarzyską. Znad ramienia popatrzył na szambelana dając mu do zrozumienia, aby zrobił coś ze sobą, a najlepiej wyszedł. Ten jednak uparcie go ignorował.

- Czy zechciałbyś z łaski swojej zdecydować się wejść lub wyjść? – warknął Est. - Chciałbym się przebrać.

- Proszę na mnie nie zważać, mości zaklinaczu. Nie takie rzeczy widywałem i nie takie jeszcze ujrzę.

- Jak rany, za to ja nie lubię, jak się mnie w ogóle widuje!

Przez moment Est gapił się zjadliwie na człowieka, lecz wkrótce odpuścił. Podobne boje mógł toczyć ze skałą, a i ona byłaby bardziej domyślna niż ten osobnik rasy ludzkiej. Przebrał się więc bez pośpiechu i założył nową rękawiczkę. W spowitym cieniami pokoju poprawił troczki oraz wiązania, zamarudził przy sprzączkach ciężkich butów, by na koniec rozcapierzonymi palcami przeczesać włosy. Sterczały na boki. Ostatecznie mocniej je rozwichrzył, niech wyglądają adekwatnie do jego samopoczucia. Było mu już wszystko jedno.

Zbliżył się do człowieka o niezmąconym obliczu i zdawkowym gestem oznajmił gotowość do drogi. Nie spodziewał się jednak, że będzie musiał biec, aby dotrzymać mu kroku. Szczupły, wysoki jak tyka herold w czarno-czerwonym mundurze sadził tak wielkie susy, że długonogi półsmok miał kłopot by za nim nadążyć, a spiralne strome schody pokonywał z niezrównaną prędkością, której pozazdrościć mógł niejeden z adeptów sztuki czarodziejskiej. Zaskoczony narzuconym tempem Est uznał, że na dalekie delegatury nie potrzebował on konia - po prostu biegłby tak przed siebie nie zważając na przeszkody do sforsowania.

Stawiając obutą stopę na posadzce parteru, zmęczony dotychczasową bezwolnością chłopak zaprzestał dalszych wysiłków. Resztę trasy podjął swoim zwyczajnym, w miarę żwawym krokiem, czym zmuszał energicznego człowieka do przystawania z nieodłącznym wyrazem twarzy mówiącym: byle w tejże chwili. Est odnajdywał w tej małej złośliwości pewnego rodzaju przyjemność i zamiast zganić się za tak niecny postępek, korzystał z okazji do spowolnienia dwuosobowej procesji zmierzającej do Głównego Budynku. Niewzruszony szambelan w dalszym ciągu się tym nie przejmował, toteż Est zaniechał tego małego łajdactwa, nie widząc już w nim zabawy. Nie mógł też dokładniej się przyjrzeć szybkonogiemu osobnikowi, gdyż jedynym, co najczęściej oglądał, były wąskie plecy, które jego zdaniem miały bogatsze życie emocjonalne aniżeli pociągła, wyblakła facjata.

            Droga przez mękę zakończyła się, gdy przebyli okopcony pochodniami korytarz i szambelan zapukał do drzwi, by - jak w przypadku jego kwatery - wtargnąć bez uprzedniego zaproszenia. Natychmiast po przekroczeniu progu rozpoczął przedstawianie gościa, ale podążający za nim Est już go nie słuchał, skupiony na młodym mężczyźnie zasiadającym w ogromnym skórzanym fotelu naprzeciw wejścia.

Beznamiętne złote oczy z bliżej nieokreślonym magnetyzmem przyciągnęły jego spojrzenie. Oblicze ostrouchego niebianina było takie, jak zapamiętał Est: wyzbyte choćby śladu uczuć, wykute w czystym alabastrze na podobieństwo boga o szerokiej szczęce, pięknie wykrojonych ustach oraz prostym nosie rasowego arystokraty. Krótkie złote włosy, lekko uniesione i elegancko zaczesane na lewą stronę, odbijały refleksy gasnącego blasku dnia wpadającego strzelistymi oknami gabinetu przywódcy, jak gdyby samo słońce pieszczotliwie układało się na każdym pasemku.

Odziany w błękitną tunikę sięgającą połowy ud oraz ciemnoniebieskie spodnie do jazdy konnej z nogawkami wpuszczonymi w wysokie buty, znacząco odbiegał od portretu rycerza-dowódcy, z którym Est skonfrontował się w Adeili oraz na polu bitwy. A to dlatego, iż sir Aarim odgrywał rolę sukcesora estariońskiej Korony poszukującego osobistej ochrony pośród najwybitniejszych najemników tejże krainy.

Niebianin siedział z założonymi po męsku nogami i podparty ręką o podłokietnik, trzymał w niej białą skórzaną tubę owiązaną błękitno-złotą wstęgą, której końce łączyła okrągła, charakterystyczna monarsza pieczęć. Przepustka ku wolności. Odroczenie kary śmierci. Spisany dłonią króla łatwopalny świstek, od którego zależał jego los.

Kiedy Est znów podniósł wzrok na przystojną twarz, złote tęczówki nie przestawały przewiercać go na wylot. Zwrócił uwagę na długą poziomą bliznę po oparzeniu ciągnącą się wzdłuż lewego policzka. Kolejna przecinała prawą złocistą brew, nachodząc na gładkie czoło. Mając na skinienie potężną moc leczniczą, niebianin nie zdołał zaleczyć oparzeń… czy może nie chciał?

Sir Aarim, w odpowiedzi na badawcze spojrzenie Esta, zerknął na jego odsłoniętą szyję, na pamiątkę po czubku paladyńskiego miecza. Nawet teraz nie pozostawali sobie dłużni.

Wytrącony z równowagi półsmok nie wiedział, gdzie ma się podziać. Zupełnie nie dbając o prowadzoną rozmowę, wiedziony przyzwyczajeniem stanął za mistrzem zajmującym miejsce po prawicy potężnego Niedźwiedzia. I chociaż widział porośnięty gęstą brodą profil przywódcy, połowicznie rozświetlony płonącą nad drzwiami lampą, to nie miał odwagi przypatrzeć się mężczyźnie będącemu ojcem jego kochanka. Za to kątem oka dojrzał ruch w zacienionym rogu pomieszczenia, w dwumetrowym odstępie za plecami szlachetnego gościa.

Zrobiło mu się cieplej na sercu, lecz zaraz chłód owionął jego ciało na wspomnienie zeszłej nocy. Tylko jeden człowiek lubił opierać się plecami o ścianę z podciągniętą nogą i skrzyżowanymi na piersi ramionami. Colonell Niedźwiedziogrzywy. Oczywiście, pierworodny Tyrda także tu był - chroniący życie przywódcy przodownik obowiązkowo uczestniczył w najważniejszych wydarzeniach Twierdzy.

Est nie zdawał sobie sprawy jak długo wpatruje się w bliską mu sylwetkę. Dopiero upomnienie mistrza zmusiło go do przysłuchania się konwersacji.

- Jak już wspominałem na początku naszej rozmowy, mości Niedźwiedziu, nie występuję w imieniu żadnej ze stron mogących zagrozić tobie oraz twoim ludziom. - Książę posiadał silny, a zarazem dźwięcznie młodzieńczy głos perfekcyjnie uzupełniający świetlistą aparycję. Gdy przemawiał, zaglądał rozmówcy głęboko w oczy i tym razem Est nie wyczuwał tajemniczej aury ani subtelnych prób wpłynięcia na oponenta. Sir Aarim zamierzał wygrać to starcie bez użycia zapewniających mu przewagę sztuczek. Rzeczywiście, przybył jako niewyróżniający się spośród elit następca tronu, a nie roszczeniowy paladyn ściśle przestrzegający surowych reguł oraz sztywnych praw. - Nie reprezentuję Zakonu Paladynów, ani nie odnoszę się do bitwy z Unią Możnych. Przynoszę ze sobą pokój, poszukując najlepszych najemnych, by mieczem i magią chronili królewskiego dziedzica w czasach zamętu, jakie niefortunnie nastały. Jak zdążyłem się przekonać, członkowie Kompanii Najemnej Niedźwiedzi przewyższają zaciężnych poziomem umiejętności bojowych, zatem nie powinno dziwić, iż Jego Wysokość postanowił zwrócić się ze szczodrą propozycją właśnie do ciebie, mości przywódco. Zechciej docenić wspaniałomyślność króla i zdecyduj, czy złożona propozycja warta jest twego poświęcenia.

Pochyliwszy się, książę jednym ruchem odłożył cylinder na blat stołu, przy srebrnym kielichu, i pchnął w kierunku przywódcy najemników.

Olbrzymie łapsko smagłego mężczyzny zamknęło się na tulei z miękkiej skóry. Nie obdarzając przedmiotu spojrzeniem, Tyrd przekazał go zaufanemu doradcy, który skłonił bezwłosą głowę i przejmując pismo odpieczętował pokrywę. Przełamał pieczęć, rozsupłał jedwabną wstążkę, rozwinął zdobiony frotażem papier, po czym przebiegł bystrym wzrokiem po królewskiej kaligrafii.

Est szczęśliwie ustawił się w tak strategicznym punkcie, by mieć dobry widok na dokument, który Mag celowo podniósł na wysokość twarzy. Choć łudząco podobny, nie był to charakter pisma sir Aarima - pakt został spisany przez króla Estarionu i arcypaladyna we własnej osobie. Nie lada honor, jakiego nie powinien dostąpić grubianin pokroju Tyrda Niedźwiedziogrzywego.

Chłopak wiedział co zawiera spisany szczegółowo pakt, ale nie zmieniało to faktu, iż powodowany ciekawością dyskretnie czytał ponad ramieniem mentora. Usiłował zapomnieć o przysłoniętym ciemnością partnerze, lecz myśl, że znajdował się tak blisko i obserwował go, podgrzewała mu krew w żyłach. Natomiast obecność paladyna napawała niewytłumaczalnym lękiem.

Milczący książę przyglądał się przywódcy z nieprzeniknionym wyrazem goszczącym na gładkim obliczu. W opinii Esta był osobą o tyle przerażającą, o ile przerażająca może być wydrążona skorupa poruszająca się za sprawą cudzej woli. Niebianin nie przejawiał uczuć ani emocji, dzięki którym wrażliwy, empatyczny półsmok mógłby odnaleźć się w nowym, uwierającym go towarzystwie. Sir Aarim pozostawał obcą istotą, chłodną, nieodgadnioną osobowością o niejasnych intencjach, których jego przenikliwy intelekt nie potrafił rozszyfrować. Stwarzał zagrożenie o wiele większe niż to uosabiane przez Tyrda. Był znaczącą personą zarówno na dworze królewskim, jak i w hierarchii Zakonu Paladynów, aczkolwiek jego pewność siebie nie była efektem piastowanych stanowisk. Jako niezrównany dyplomata i strategiczny geniusz wykazywał się nieprzeciętną inteligencją oraz wyjątkowymi predyspozycjami bitewnymi.

Skończywszy czytać, leciwy doradca na powrót pozwolił papierowi zwinąć się w ciasny rulon. Wsunął pakt do bielonego pojemnika i wychylił się ku rozpartemu w fotelu przywódcy, by wyszeptać mu kilka zdań do ucha.

Est nie dostrzegał pełnej twarzy Tyrda, lecz nagła zmiana w nastawieniu impertynenckiego mężczyzny potwierdziła jego przypuszczenia. Potężny wojownik był zorientowany w polityce krainy i nie wymagał wsparcia starego Maga by zrozumieć, jak cenny jest Pakt o Nieagresji. Chodziły słuchy, iż ów historyczny dokument wydano tylko raz, tuż po zawiązaniu się Zakonu Paladynów przed dwoma tysiącleciami. Teraz miał miejsce precedens na miarę kart ludzkich kronik. I dotknął on Tyrda Niedźwiedziogrzywego, przywódcę znamienitej kompanii najemnej. Est wyobrażał sobie jak ciemnozielone, głęboko osadzone oczy człowieka zalśniły dzikim podnieceniem.

Wbrew rosnącej ekscytacji, Złowieszczy Niedźwiedź okazywał podejrzliwość i krótko trzymając swój wybuchowy temperament zachował pozory opanowania.

- Mówisz, książę, że nie reprezentujesz żadnej strony, a oferujesz w zamian za dwójkę moich najbardziej uzdolnionych najemników Pakt o Nieagresji spisany przez koronowaną głowę Zakonu Paladynów? – wymruczał ze złośliwym uśmieszkiem. Sięgając po kielich z winem nachylił się nad blatem okrągłego stołu, aż futrzana peleryna zsunęła się na jego szeroki kark. - Jeszcze niedawno wspieraliście tych atłasowych prostaków w kampanii przeciwko moim ludziom.

- Moim obowiązkiem, jako rycerza-dowódcy stacjonującego w mieście garnizonowym, było przychylić się prośbie zagrożonego lennika - wyjaśnił młodzieniec bez cienia wstydu czy pokory. - Powinność została spełniona, natomiast Unia Możnych zwyciężona. W uczciwej bitwie.

- Ziemie Westerminów, Halavarów i Lyfisów nie podlegają jurysdykcji Adeili – wytknął mu Tyrd i wyszczerzył się drapieżnie, z zadowoleniem rozpierając się na obszernym siedzisku. Popatrzył znad brzegu kielicha ku niewzruszonemu przyganą rozmówcy przeczuwając, że ten gołowąs nie da się łatwo sprowokować.

Tak też się stało, jako że sir Aarim z godną dyplomaty powagą potwierdził obciążające go słowa.

- Zaiste, rody wchodzące w skład Unii Możnych z racji położenia geograficznego oraz administracyjnego podlegają pod ochronę miasta garnizonowego Asvill. Lecz, jak stanowi prawo Estarionu, w obliczu realnego niebezpieczeństwa lennik ma możliwość powołania się na zwierzchnictwo wyższego szczebla. Będąc zastępcą Jego Ekscelencji Arcypaladyna przyjąłem na siebie brzemię sprawowanej funkcji. Gwoli ścisłości, w przypadku incydentu szlachciców z zachodu nie uczyniono nic, co w rażący sposób naruszyłoby odwieczne prawo rządzące Estarionem - zakończył z niezmiennym spokojem, by po chwili dodać: - Miej to, mości Niedźwiedziu, na uwadze. Zakon Paladynów nie pochwala twoich agresywnych działań, dlatego też skłonni byliśmy wesprzeć podlegających naszej pieczy wasali.

Złowieszczy Niedźwiedź prychnął z irytacją. Szczyl miał gadane nie gorsze niż Zrzęda w najlepszym okresie swego życia.

- Wtedy byliście skłonni, a teraz oferujecie Pakt o Nieagresji? Wobec tego mogę hulać na waszych ziemiach i w niczym mi nie przeszkodzicie?

Tyrd trafił sedno.

Est musiał ściągnąć wodze emocji, z którymi nie chciał zdradzać się przed niewielką, raptem pięcioosobową publicznością. Ucho swędziało niemiłosiernie, a palce same ciągnęły ku płatkom gdy zaczynał pojmować, iż w negocjacjach z aroganckim człowiekiem sir Aarim nie potrzebował posiłkować się mocą. Oferta była nie do odrzucenia - oszałamiała unikatowością oraz wachlarzem możliwości rozpościerających się przed gruboskórnym barbarzyńcą. I zdawała się po wielokroć przekraczać cenę dwójki najemników, nieważne jak niezastąpionych.

W rzeczy samej, jeśli Zakon Paladynów ustosunkuje się do paktu, a z całą pewnością surowo przestrzegać będzie rozkazu arcypaladyna, to niedźwiedź w ludzkiej skórze w błyskawicznym tempie podporządkuje sobie północne oraz zachodnie ziemie. Pozbawiona czynnej ochrony arystokracja zostanie bez szans i odwróci się od obecnej władzy spostrzegając, jak tanio ich sprzedano. Pod groźbą zrównania z ziemią lub przejęcia majątków ulegną samozwańczemu lordowi-najemnikowi. Przecież to jasne, że zaślepiony żądzą władzy Tyrd pójdzie na tak intratny układ, lekceważąc widmo krwawego konfliktu sięgające niemalże Śródlądu.

Zdezorientowany półsmok zachodził w głowę, o co tak naprawdę toczyła się gra. Nie może być, aby król polubownie oddał… Ach, wiadomo że nie. Aktualny monarcha co prawda zalicza się do osób nadzwyczajnie ustępliwych, ale na pewno nie do głupców. Oddać lenno za dwie osoby wątpliwego pochodzenia? Gdzie indziej leży pies pogrzebany. Dlaczego więc porzucają szlachtę na północy? Czy ma to związek z buntem możnych na południu? Czyżby książę Aarim, rycerz-dowódca, oraz król Aaron, arcypaladyn, postawili krzyżyk na północy Estarionu? W tym wypadku Pakt o Nieagresji nie miał najmniejszej wartości, był pustą walutą przeznaczoną do opłacenia pustych ambicji równie pustego człowieczka. Wojenna pożoga spali na popiół wszystko na swej drodze, nie szczędząc nikogo ani niczego, toteż osoby decyzyjne nie muszą dłużej przejmować się pojedynczą organizacją pod przywództwem degenerata.

Zrozumienie obuchem uderzyło w Esta, który zasłonił sobie usta dłonią w rękawiczce jakby w obawie, że jęk przerażenia przyciągnie niechciane zainteresowanie. Mistrz chciał, by uczeń jak najszybciej opuścił Twierdzę. Sir Aarim dołożył wszelkich starań, by przyspieszyć ten proces. I nie czynił tego, by zagwarantować białemu elfowi bezpieczeństwo. Chciał go wykorzystać: broń zahartowaną przez starego mnicha z Północy, Zaklinacza Żywiołów obdarzonego mocą kontrolowania pierwotnych elementów tworzących ten świat. Miał być jego środkiem do celu, ostrzem skierowanym przeciwko wrogom. Tarczą, na którą spadną pierwsze, najcięższe uderzenia.

Znaj swą pozycję w świecie - rozległo się niespodzianie, aż mimowolnie zajrzał w złote oczy. Patrzyły na niego. Czy do niebianina należał ów głos? Nie. To wychodziło z niego, z jego wnętrza. – Został ci on powierzony i nikt nigdy nie powinien ci go odebrać.

Estem wstrząsnęło. Na szczęście nikt nie zauważył jego dziwacznego zachowania. Poza zagadkowym, bezwzględnym paladynem.

- Wierzę, iż zachowasz umiar, mości Niedźwiedziu. - Znieruchomiałe spojrzenie księcia spoczęło na chciwie zmrużonych oczach przywódcy. - I oszczędzisz swych ludzi na walkę ze śmiercionośną falą, która niebawem zaleje północ, wnikając w głąb kontynentu - ostrzegł enigmatycznie, po czym, w geście szacunku dla gospodarza, sięgnął po kielich. Poruszając nadgarstkiem zamieszał zawartością na tyle, by uwolnić słodki aromat. - Najęcie dwóch najznakomitszych ludzi krytycznie osłabi siły twej kompanii, skutkiem tego wystosowałem do mego ojca prośbę o dokument mający zrekompensować straty powstałe w wyniku tak śmiałego przedsięwzięcia. Naturalnie zapłacę także złotymi koronami za sumienne wypełnienie zlecenia oraz pokryję koszty utrzymania strażników. Zgodnie z ustaleniami połowę uiszczę z góry, natomiast resztę po powrocie twoich ludzi.

Nie będzie żadnego powrotu - przemknęło Estowi przez myśl, aczkolwiek nie znalazł w sobie wystarczającej odwagi, by wypowiedzieć swoje przypuszczenia na głos. Przeklęty, wiesz o wiele więcej niż mówisz!

- Bardzo sprytnie to obmyśliłeś, książę - mruknął Tyrd bez przekonania. - Ja tracę dwójkę zacnych najemników, a w zamian zyskuję papier poświadczający waszą bierność w stosunku do moich działań oraz górę złota. I przestrogę. Jakże lukratywna propozycja! - Raczący się winem przywódca pozostawał nieufny, choć wizja przyszłości związanej z paktem przemawiała przezeń zadowoleniem. Mimo to, dla zasady, starał się udawać niepocieszonego. - Gdzie w takim razie szukać mam haczyka? Chyba mi nie powiesz, że twa oferta czysta jest jak sławetny honor paladynów?

- Rzeczony honor bezdyskusyjnie podlega Regule Zakonu Paladynów, więc, będąc rozsądnym, nie mieszałbym go do… naszej transakcji. - Młodzieniec nie dał się zbić z pantałyku. Odstawił kielich z ledwie napoczętym trunkiem i układając przedramiona na poręczach fotela popatrzył wymownie na Esta. – Podstęp nie leży w mej naturze, jednakże istnieje nieuniknione ryzyko, jakoby twoi podkomendni mieli już nie wrócić żywi w mury Twierdzy Niedźwiedzi. Będąc sukcesorem korony, rycerzem-dowódcą oraz generałem mianowanym z woli arcypaladyna, przyjdzie mi stanąć w pierwszym szeregu żołnierzy chroniących krainę przed agresją najeźdźcy. Bądź świadom, mości Niedźwiedziu, czego podejmują się twoi ludzie. Wszak jesteś wojownikiem z krwi i kości.

- Żołnierze chroniący krainę, powiadasz… Cóż za wyróżnienie! - skwitował Złowieszczy Niedźwiedź z cynizmem.

Tyrd Niedźwiedziogrzywy z namysłem zapatrzył się w ciemną dal za oknem. Już kreślił w myślach kolejne posunięcia w drodze do podbicia i zagarnięcia okolicznych ziem, co dysponowanie paktem dalece mu ułatwi. Straci tę dwójkę, w tym prawowitego potomka, ale za to bez rozlewu krwi oraz dalszych strat w ludziach pozbędzie się potężnego nieprzyjaciela mogącego bezsprzecznie mu zaszkodzić. Czy zbuntowany, zepsuty do szpiku kości pierworodny był aż tak kluczowy, by troskać się jego losem? Tyrd sam mógł pojąć za żonę jakąkolwiek młodą szlachciankę i spłodzić z nią dziedzica, był w końcu mężczyzną w kwiecie wieku, jurnym i zdrowym. Wtedy nikt nie podważyłby jego roszczeń do tytułu oraz honorów z niego wynikających. A cholernego białego szczura już dawno chciał odprawić! Teraz miał ku temu idealną sposobność. I jeszcze się na tym wzbogaci!

- Dobrze więc, niech się stanie! - Olbrzymi mężczyzna uderzył opróżnionym kielichem o blat stołu i uśmiechnął się dziko. - Nie zamierzam ubierać swego wyboru w piękne słówka, tak jak nie będę kłamać, iż robię to dla wyższego dobra. Przyjmuję warunki, Wasza Książęca Mość, gdyż wielce mi one odpowiadają.

- Nic nie uradowałoby mnie bardziej, Tyrdzie Niedźwiedziogrzywy - wymawiając pełne imię przywódcy niebianin zniżył głos, a upiorny uśmiech odkształcający urodziwe rysy zmroził krew w żyłach bacznie go obserwującego Esta.

W trakcie pertraktacji twarz, ton głosu oraz postawa sir Aarima Asmodeusza nie zmieniły się ani odrobinę. Aż do momentu osiągnięcia dalekosiężnego zamierzenia. Na czas trwania rozmów nie dawał po sobie znać panujących w jego wnętrzu uczuć, jednakowo niewyczuwalna była zwykle towarzysząca mu osobliwa aura. Opanowany do granic pojmowania mógł iść w konkury z Magiem, mnichem z Północy. I bezapelacyjnie wygrać.

Przywódca najemników nakazał szambelanowi dostarczenie przyborów koniecznych do spisania kontraktu. Nie bawiąc się w zbędne kurtuazje wyrzucił z gabinetu przodownika oraz Zaklinacza Żywiołów, nakazując im oczekiwać na dalsze rozkazy - tym razem od ich nowego zleceniodawcy.

Skryty w półcieniu Colonell bezsłownie przyjął polecenie i odepchnąwszy się od ściany, rozmyślnie powolnym krokiem wyminął fotel księcia. Przechodząc obok Esta nawet nie zaszczycił go spojrzeniem. Opuścił gabinet, zostawiając za sobą otwarte na oścież drzwi.

Zawiedzionemu chłopakowi nie pozostało nic innego, jak podążyć za nim. Odwrócił się i... delikatna nić esencji niespodziewanie dotknęła jego napiętych barków. W pierwszym instynktownym odruchu Est chciał się obrócić, lecz stchórzył i czmychnął z gabinetu, nieco zbyt głośno zatrzaskując za sobą drzwi. Rozstrojony przeszedł kilka chwiejnych kroków wzdłuż rozjaśnionego pochodniami korytarza, aż zatrzymał się i oparł rozgorączkowane czoło o chłodny kamień ściany. Musiał odetchnąć, ochłonąć. Robiło mu się niedobrze od wirujących w ciele emocji, a pewnie i z niedożywienia. Suszyło go jak po wypiciu kubka aldaszyrskiego, podobnie też kręciło mu się w wycieńczonej wydarzeniami głowie.

Dokonało się. Nie było już odwrotu. Cokolwiek miał w zamyśle złotooki młodzieniec, nie należało to już do jego zmartwień. Dostosuje się. Zawsze dostosowywał się do silniejszych.

Podparłszy się ramieniem, ucisnął palcami szczypiące powieki. Opadał z sił. Musiał czym prędzej zjeść kolację, nie wiedział tylko czy razem z mistrzem, czy w zaciszu własnej komnaty. Druga opcja była najodpowiedniejsza. Chciał być sam. Poukładać sobie wszystko w głowie, a rzeczy w torbach. Z dniem jutrzejszym pożegna się z przyjaciółmi i mistrzem. A potem odjedzie. Odjedzie tak daleko, jak nakaże mu “zleceniodawca”.

Pocierając twarz odepchnął się od podpory i poczłapał w stronę wyjścia z budynku. Przymknął oczy tłumiąc szerokie ziewnięcie, kiedy nagle wszechświat wierzgnął, posyłając go prosto na zimną ścianę. Oszołomiony mrugnął i zamarł pod intensywnością spojrzenia przydymionych szmaragdów. Gorąca skóra otarła się o jego chłodne czoło. Usta pocałunkiem rozchyliły białe wargi, gdy szorstkie dłonie pieszczotliwie objęły gładkie policzki.

Colonell przeciągnął pieszczotę, rozkoszując się bliskością oblubieńca. Lekki uśmiech zadrżał na wargach okolonych ciemnym zarostem, które ani na sekundę nie przerywały kontaktu z miękkimi ustami Esta.

Subtelne muśnięcia przeistoczyły się w prawdziwy żywioł namiętności, gdy stęskniony Est rozpaczliwie przywarł do niego całym sobą. Pod palcami czuł krótkie włosy człowieka; wplótł je w dłuższe pasma, bez opamiętania pieścił obnażony kark i gładził ramiona, wślizgując się pod materiał bluzy. Drżał spotęgowanym przez żal pożądaniem, podczas gdy jego język dał się porwać do szalonego tańca głębokiego pocałunku.

Wciąż objęci odsunęli się od siebie tylko po to, by uspokoić i wyrównać oddech. Col głaskał białe policzki i przesuwał opuszkami po delikatnej brodzie ukochanego, nie odrywając pałającego wzroku od roziskrzonych skaleonich ślepi. Uśmiech ulubionego człowieka był dla Esta balsamem na wszelkie zło. Uniesiony kącik ust zniekształcający zawijasy niedokończonego tatuażu pomagał zapomnieć o troskach i problemach.

Byli wystawieni na widok publiczny, ale w porze posiłku niewielkie groziło im ryzyko nakrycia, szczególnie w Głównym Budynku. Poza tym nie mieli już nic do stracenia, od jutra bowiem rozpoczną nowe życie, więc nie musieli przejmować się przypadkowym spotkaniem z mieszkańcami Twierdzy. Mieli siebie nawzajem i było to wszystko, czego potrzebowali.

- Najpierw obijanie mordy, a potem łóżko? – Nieposiadający się ze szczęścia Est zaśmiał się w usta Cola. Naraz przeminęły zmęczenie, głód i pragnienie. Przed oczami widział twarz mężczyzny będącego ambrozją dla jego ciała i duszy.

- Najpierw to ty dorośnij do obijania mordy, dzieciaku.

- Czyli łóżko. - Śmiech nie zdążył wybrzmieć, zduszony zachłannością rozpalonego człowieka. - Col, jesteśmy… Nie tutaj…

- Istotnie, nienajlepsze to miejsce do wzajemnego okazywania uczuć w sposób bezpośredni i nieprzyzwoity. - Chłodny, rzeczowy głos zadziałał na kochanków niczym kubeł lodowatej wody. Przywróceni do rzeczywistości raptownie odsunęli się od siebie na podyktowaną konwenansami odległość, spojrzenie wbijając w postać nadchodzącą od strony gabinetów. - Upraszam o przebaczenie, nie było moim zamiarem przeszkodzenie wam, lecz…

- Mogłeś przejść bez słowa, wtedy byśmy sobie nie przeszkadzali – przerwał mu łapiący dech Colonell. Wychodząc nieco przed Esta, przeszył wrogim wejrzeniem irytująco znudzonego księcia. Z satysfakcją spostrzegł, że przerasta rycerza o połowę głowy. Za to tamten był szerszy w barach i krzepki, jak przystało na mężczyznę zwykłego nosić płytową zbroję.

Sir Aarim z rozmysłem obszedł ich niespiesznie, całkowicie koncentrując się na przodowniku, który zrewanżował mu się tym samym.

- Niewątpliwie mógłby tędy przedefilować oddział pancernej konnicy, a wy pozostalibyście błogo nieświadomi – stwierdził oschle książę. - Skłonny jestem przyznać, iż była to wyjątkowo intrygująca scena. Na próżno gdziekolwiek w Estarionie szukać tak wyrazistego przejawu namiętności. Oraz skandalicznego pogwałcenia prawa.

Col ze złośliwym uśmieszkiem wyprostował się i skrzyżował ramiona na szerokim torsie.

- Gdyby było to legalne, zapewne wolałbyś zająć moje miejsce – rzucił chytrze.

Est nie potrafił pozbyć się wrażenia, że patrzy właśnie na dwa napuszone koguty szykujące się do bójki. Jeżeli on i Colonell byli dla rycerza intrygującą sceną, to jak powinien skomentować tę słowną utarczkę?

- Wolałbym zająć miejsce przy kolacji w towarzystwie moich ochroniarzy, aczkolwiek dziękuję ci za tę niemoralną propozycję. Następnym razem ją rozważę. Pozytywnie. - Zimne jak lód złote tęczówki prześlizgnęły się po mijanym właśnie półsmoku. - Tymczasem proszę, byście zaprowadzili mnie na wieczorny posiłek, gdyż spisanie wiążącego kontraktu jest procesem długotrwałym i złożonym. A, kolokwialnie rzecz ujmując, negocjacje zaostrzyły mój apetyt do tego stopnia, iż postanowiłem nieco wcześniej skorzystać z gościnności Niedźwiedzi.

To powiedziawszy, sir Aarim odszedł w głąb korytarza, odprowadzany skrajnie odmiennymi spojrzeniami dwóch najemników.

- Dopiekł ci do żywego, Col - mruknął z podziwem Est.

- Nienawidzę skurwiela… - wycedził przodownik przez zaciśnięte zęby, a nienawiść w jego oczach silniejsza była niż przekaz werbalny. - Usiłuje cię kontrolować. Mógł tam siedzieć ze staruchami, a nie szlajać się po budynku.

- W tej kwestii jestem z tobą w zgodzie. Ale spójrz na to z innej perspektywy: przynajmniej wreszcie coś zjemy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz