Zdruzgotany Estalavanes zaszył się w
swojej komnacie. Zaraz po tym, jak jego przyjaciel w gniewie opuścił sypialnię,
chłopak zatrzasnął okna, zaciągnął zasłony, zdjął buty i gasząc płomienie
lampek skrył się w zimnej pościeli. Z nieprzejednanym poczuciem kompletnej
porażki pragnął uciec w senne fantazje, lecz czaszka pękała mu od nadmiaru
emocji, a wstyd wypalał go do cna. I chociaż bardzo chciał, upragniony sen nie
nadchodził.
Ostatni
raz tak się czuł, gdy przyspieszył awans Velrena, swojego niedoszłego mordercy.
Znalazł się wówczas w naprawdę kiepskim stanie - załamał się nie tylko na
płaszczyźnie emocjonalnej, ale i fizycznej. Lecz tamtego dnia u jego boku był
Colonell. Teraz zabijała go samotność na równi z niepewnością dotyczącą relacji
z przodownikiem. Est wiedział, że Col nie jest zdolny do porzucenia go w tak
krytycznym momencie. Nie miał pojęcia ile czasu minęło od ich rozstania, ale
ten wciąż się nie pojawił. Zresztą nie mógł winić partnera, skoro na własne
życzenie zniszczył to, o co zabiegał, tracąc zaufanie ukochanej osoby. Musiał
przecierpieć ten czas pozostały do przybycia sir Aarima, a potem… Potem jakoś
się ułoży.
Jak
rany, nie tak wyobrażał sobie ostatni dzień spędzony w Twierdzy Niedźwiedzi, ostatnie
chwile w przytulnej sypialni! Wszystko działo się zupełnie nie tak, jak powinno!
Jego życie było pasmem niefortunnych zdarzeń, daremnych zabaw złośliwego losu,
który jedną ręką niewiele dawał, a drugą więcej zabierał.
Zawinięty
w kołdrę półsmok trząsł się z głodu, lecz nie chciał jeść. Pragnienie suszyło
go niemiłosiernie, ale nie chciał pić. Organizm domagał się odpoczynku, a nie potrafił
zasnąć, bo myśli pędziły w głowie i rozbijały się boleśnie w ociężałym z
wycieńczenia umyśle. Zwariował. Oszalał. Zdziczał. Odbiło mu. Nie radził sobie.
Nie umiał sobie poradzić z głupimi emocjami, nad którymi tyle pracował. Na
marne! Mógłby teraz umrzeć i niczego by to nie zmieniło! Miał ochotę coś ze
sobą zrobić, lecz nie chciało mu się choćby ruszyć palcem. Zaczynał żałować, że
podczas pojedynku z rycerzem-dowódcą Col zdążył z odsieczą. Nie byłoby teraz
tego wszystkiego. Niczego by nie było.
I
kogo on znów okłamywał? Sam jest winien tego, co go spotkało. Dyscyplina?
Samokontrola? Dobre sobie! To tylko słowa, nazwy na dłuższą metę nie mające znaczenia,
bo i tak niczego nie wnoszą. Jest, był i będzie tchórzem uciekającym przed
odpowiedzialnością, przed samym sobą! Szczeniakiem szukającym winy w wymyślonym
alter ego, byle wybielić się w oczach innych. Sam siebie uczynił potworem i z
chęcią zasłaniał się jego maską, byleby nie ponosić konsekwencji własnej
niedojrzałości. Mistrz miał rację. Colonell miał rację. A on i tak nadal upierał
się, że słuszność leży po jego stronie. Szedł w zaparte z samym sobą, tkwiąc przez
to w miejscu. Bał się postąpić krok naprzód, by nie uwolnić bestii drzemiącej w
jego wnętrzu, a przecież on i bestia to jedno i to samo nieposkromione
stworzenie! Po prostu nazwał tak wszystko czego nie rozumie oraz czego się
obawia. Wydaje się to banalne. Wszystko wydaje się banalne, kiedy obserwuje się
ludzi, ich naturalny sposób bycia, swobodę i łatwość, z jaką wszystko im
przychodzi. Są prozaiczni i nieskomplikowani, z przejrzystymi zasadami oraz
wyraźnymi celami. To on sam wszystko niepotrzebnie komplikuje...
I
Est dalej pogrążałby się w odmętach beznadziejności, gdyby nie nagłe pukanie do
drzwi sypialni, stanowcze i śmiałe. Wyrwany z letargu, w pierwszym naiwnym
odruchu ucieszył się że to Colonell, lecz przypomniawszy sobie ich - jego! -
wczorajsze zachowanie, szybko stracił nadzieję. Szybko też przekonał się, kto postanowił
złożyć mu niecodzienną wizytę. Bo przecież Col nigdy nie pukał.
Nie
przejąwszy się brakiem pozwolenia, gość bezceremonialnie otworzył na oścież drzwi
komnaty Zaklinacza Żywiołów i niczym cień skąpany w magicznym świetle sfer stanął
u progu, wołając na cały korytarz obcym, zaskakująco donośnym głosem:
-
Mości zaklinaczu, twa obecność wymagana jest w gabinecie Złowieszczego
Niedźwiedzia. Mam zaszczyt osobiście i bezzwłocznie cię tam zaprowadzić, w
tejże chwili.
Ukrytego
w głębi legowiska Esta zmierziła ta chłodna maniera. Z irytacją zgrzytnął
zębami, mężczyzna bowiem nie zamierzał ani wejść, ani wyjść, ani tym bardziej
zamknąć drzwi. Niby zły szeląg sterczał na granicy jego terytorium i - jak
chłopak trafnie ocenił - nawet smok by go stamtąd nie ruszył.
Nie
ma rady na tak zły omen. Z ociąganiem wygramolił się z pościelowego kokonu i z
wściekłym grymasem zmierzył intruza od stóp po głowę. Tyczkowaty człowiek w
liberii ani drgnął, nieporuszony widokiem kłów czy ostentacyjną nieprzystępnością
Zaklinacza Żywiołów. Patrzył tylko w półmrok przed sobą z umiarkowanym znudzeniem
na twarzy i czekał, aż ten raczy się przygotować.
Est
nie miał sił na wymianę uprzejmości z człowiekiem i dobrze się składało, że ten
nie próbował go zagadywać. Zsunął się z łóżka, zmrużonych oczu nie spuszczając
z mężczyzny częściowo podświetlonego magią sfer.
-
Złowieszczy Niedźwiedź wyczekuje cię, mości zaklinaczu - ponaglił go szambelan bez
pretensji. - Oraz jego szlachetny gość, książę Aarim Asmodeusz. Wraz z doradcą
oczekują cię w tejże chwili.
I
pomyśleć że Est uważał Maga za oazę spokoju. Cóż, dotąd nie poznał większości
ludzi należących do świty Tyrda. I bynajmniej nie chciał ich poznawać. Musieli
mieć coś nie tak z rozumem, by służyć temu zdziczałemu barbarzyńcy. Albo nie
mieć go wcale, co było równie prawdopodobne.
Więc
Aarim występował jako książę, a nie rycerz-dowódca, wykonawca woli zwierzchnika
paladynów? Przebiegle. Takim oto sposobem odbierze Niedźwiedziowi szansę na
znieważenie Zakonu oraz osoby arcypaladyna, nikt bowiem nie był na tyle
bezmyślny, by poniżać następcę tronu. A przynajmniej nie twarzą w twarz. Co
spowodowało, że paladyn zjawił się tak wcześnie? Nie podejrzewałby go o brak
cierpliwości. Ale może to i lepiej? Im prędzej dojdą z Tyrdem do porozumienia,
tym sprawniej wyniesie się z czarnej warowni. Z Colonellem czy bez, sprawa była
już przesądzona i stanowiła wyłącznie formalność, teatrzyk do odegrania przed nieprzewidującym
oszustwa przywódcą najemników.
Podszedłszy
do okna balkonowego, Est szarpnięciem rozsunął szkarłatne kotary, szykując się
na bolesne uderzenie ostrego światła poranka. Zdziwił się, dostrzegając
ostatnie promienie słońca znikające za niebosiężnymi murami. Zmierzchało.
Przeleżał całą noc oraz kolejny dzień. I nikt go nie szukał. Absolutnie nikt.
Naglące
chrząknięcie oderwało go od zdumiewającego widoku oraz porażających wniosków.
Chłopak rzucił krótkie spojrzenie ku sterczącemu jak kołek posłańcowi i
wypuszczając gruby materiał zasłon ruszył do komody. Obecne ubrania pod żadnym
względem nie nadawały się na wizytę towarzyską. Znad ramienia popatrzył na szambelana
dając mu do zrozumienia, aby zrobił coś ze sobą, a najlepiej wyszedł. Ten
jednak uparcie go ignorował.
-
Czy zechciałbyś z łaski swojej zdecydować się wejść lub wyjść? – warknął Est. -
Chciałbym się przebrać.
-
Proszę na mnie nie zważać, mości zaklinaczu. Nie takie rzeczy widywałem i nie
takie jeszcze ujrzę.
-
Jak rany, za to ja nie lubię, jak się mnie w ogóle widuje!
Przez
moment Est gapił się zjadliwie na człowieka, lecz wkrótce odpuścił. Podobne
boje mógł toczyć ze skałą, a i ona byłaby bardziej domyślna niż ten osobnik
rasy ludzkiej. Przebrał się więc bez pośpiechu i założył nową rękawiczkę. W
spowitym cieniami pokoju poprawił troczki oraz wiązania, zamarudził przy sprzączkach
ciężkich butów, by na koniec rozcapierzonymi palcami przeczesać włosy. Sterczały
na boki. Ostatecznie mocniej je rozwichrzył, niech wyglądają adekwatnie do jego
samopoczucia. Było mu już wszystko jedno.
Zbliżył
się do człowieka o niezmąconym obliczu i zdawkowym gestem oznajmił gotowość do
drogi. Nie spodziewał się jednak, że będzie musiał biec, aby dotrzymać mu kroku.
Szczupły, wysoki jak tyka herold w czarno-czerwonym mundurze sadził tak wielkie
susy, że długonogi półsmok miał kłopot by za nim nadążyć, a spiralne strome
schody pokonywał z niezrównaną prędkością, której pozazdrościć mógł niejeden z
adeptów sztuki czarodziejskiej. Zaskoczony narzuconym tempem Est uznał, że na
dalekie delegatury nie potrzebował on konia - po prostu biegłby tak przed
siebie nie zważając na przeszkody do sforsowania.
Stawiając
obutą stopę na posadzce parteru, zmęczony dotychczasową bezwolnością chłopak
zaprzestał dalszych wysiłków. Resztę trasy podjął swoim zwyczajnym, w miarę żwawym
krokiem, czym zmuszał energicznego człowieka do przystawania z nieodłącznym
wyrazem twarzy mówiącym: byle w tejże chwili. Est odnajdywał w tej małej
złośliwości pewnego rodzaju przyjemność i zamiast zganić się za tak niecny
postępek, korzystał z okazji do spowolnienia dwuosobowej procesji zmierzającej
do Głównego Budynku. Niewzruszony szambelan w dalszym ciągu się tym nie
przejmował, toteż Est zaniechał tego małego łajdactwa, nie widząc już w nim
zabawy. Nie mógł też dokładniej się przyjrzeć szybkonogiemu osobnikowi, gdyż
jedynym, co najczęściej oglądał, były wąskie plecy, które jego zdaniem miały
bogatsze życie emocjonalne aniżeli pociągła, wyblakła facjata.
Droga
przez mękę zakończyła się, gdy przebyli okopcony pochodniami korytarz i szambelan
zapukał do drzwi, by - jak w przypadku jego kwatery - wtargnąć bez uprzedniego
zaproszenia. Natychmiast po przekroczeniu progu rozpoczął przedstawianie
gościa, ale podążający za nim Est już go nie słuchał, skupiony na młodym mężczyźnie
zasiadającym w ogromnym skórzanym fotelu naprzeciw wejścia.
Beznamiętne
złote oczy z bliżej nieokreślonym magnetyzmem przyciągnęły jego spojrzenie. Oblicze
ostrouchego niebianina było takie, jak zapamiętał Est: wyzbyte choćby śladu uczuć,
wykute w czystym alabastrze na podobieństwo boga o szerokiej szczęce, pięknie
wykrojonych ustach oraz prostym nosie rasowego arystokraty. Krótkie złote
włosy, lekko uniesione i elegancko zaczesane na lewą stronę, odbijały refleksy gasnącego
blasku dnia wpadającego strzelistymi oknami gabinetu przywódcy, jak gdyby samo
słońce pieszczotliwie układało się na każdym pasemku.
Odziany
w błękitną tunikę sięgającą połowy ud oraz ciemnoniebieskie spodnie do jazdy
konnej z nogawkami wpuszczonymi w wysokie buty, znacząco odbiegał od portretu
rycerza-dowódcy, z którym Est skonfrontował się w Adeili oraz na polu bitwy. A
to dlatego, iż sir Aarim odgrywał rolę sukcesora estariońskiej Korony poszukującego
osobistej ochrony pośród najwybitniejszych najemników tejże krainy.
Niebianin
siedział z założonymi po męsku nogami i podparty ręką o podłokietnik, trzymał w
niej białą skórzaną tubę owiązaną błękitno-złotą wstęgą, której końce łączyła
okrągła, charakterystyczna monarsza pieczęć. Przepustka ku wolności. Odroczenie
kary śmierci. Spisany dłonią króla łatwopalny świstek, od którego zależał jego
los.
Kiedy
Est znów podniósł wzrok na przystojną twarz, złote tęczówki nie przestawały
przewiercać go na wylot. Zwrócił uwagę na długą poziomą bliznę po oparzeniu
ciągnącą się wzdłuż lewego policzka. Kolejna przecinała prawą złocistą brew, nachodząc
na gładkie czoło. Mając na skinienie potężną moc leczniczą, niebianin nie
zdołał zaleczyć oparzeń… czy może nie chciał?
Sir
Aarim, w odpowiedzi na badawcze spojrzenie Esta, zerknął na jego odsłoniętą
szyję, na pamiątkę po czubku paladyńskiego miecza. Nawet teraz nie pozostawali
sobie dłużni.
Wytrącony
z równowagi półsmok nie wiedział, gdzie ma się podziać. Zupełnie nie dbając o
prowadzoną rozmowę, wiedziony przyzwyczajeniem stanął za mistrzem zajmującym
miejsce po prawicy potężnego Niedźwiedzia. I chociaż widział porośnięty gęstą
brodą profil przywódcy, połowicznie rozświetlony płonącą nad drzwiami lampą, to
nie miał odwagi przypatrzeć się mężczyźnie będącemu ojcem jego kochanka. Za to
kątem oka dojrzał ruch w zacienionym rogu pomieszczenia, w dwumetrowym odstępie
za plecami szlachetnego gościa.
Zrobiło
mu się cieplej na sercu, lecz zaraz chłód owionął jego ciało na wspomnienie
zeszłej nocy. Tylko jeden człowiek lubił opierać się plecami o ścianę z
podciągniętą nogą i skrzyżowanymi na piersi ramionami. Colonell
Niedźwiedziogrzywy. Oczywiście, pierworodny Tyrda także tu był - chroniący
życie przywódcy przodownik obowiązkowo uczestniczył w najważniejszych
wydarzeniach Twierdzy.
Est
nie zdawał sobie sprawy jak długo wpatruje się w bliską mu sylwetkę. Dopiero upomnienie
mistrza zmusiło go do przysłuchania się konwersacji.
-
Jak już wspominałem na początku naszej rozmowy, mości Niedźwiedziu, nie występuję
w imieniu żadnej ze stron mogących zagrozić tobie oraz twoim ludziom. - Książę
posiadał silny, a zarazem dźwięcznie młodzieńczy głos perfekcyjnie
uzupełniający świetlistą aparycję. Gdy przemawiał, zaglądał rozmówcy głęboko w
oczy i tym razem Est nie wyczuwał tajemniczej aury ani subtelnych prób
wpłynięcia na oponenta. Sir Aarim zamierzał wygrać to starcie bez użycia zapewniających
mu przewagę sztuczek. Rzeczywiście, przybył jako niewyróżniający się spośród
elit następca tronu, a nie roszczeniowy paladyn ściśle przestrzegający surowych
reguł oraz sztywnych praw. - Nie reprezentuję Zakonu Paladynów, ani nie odnoszę
się do bitwy z Unią Możnych. Przynoszę ze sobą pokój, poszukując najlepszych
najemnych, by mieczem i magią chronili królewskiego dziedzica w czasach zamętu,
jakie niefortunnie nastały. Jak zdążyłem się przekonać, członkowie Kompanii
Najemnej Niedźwiedzi przewyższają zaciężnych poziomem umiejętności bojowych,
zatem nie powinno dziwić, iż Jego Wysokość postanowił zwrócić się ze szczodrą propozycją
właśnie do ciebie, mości przywódco. Zechciej docenić wspaniałomyślność króla i
zdecyduj, czy złożona propozycja warta jest twego poświęcenia.
Pochyliwszy
się, książę jednym ruchem odłożył cylinder na blat stołu, przy srebrnym
kielichu, i pchnął w kierunku przywódcy najemników.
Olbrzymie
łapsko smagłego mężczyzny zamknęło się na tulei z miękkiej skóry. Nie obdarzając
przedmiotu spojrzeniem, Tyrd przekazał go zaufanemu doradcy, który skłonił
bezwłosą głowę i przejmując pismo odpieczętował pokrywę. Przełamał pieczęć,
rozsupłał jedwabną wstążkę, rozwinął zdobiony frotażem papier, po czym
przebiegł bystrym wzrokiem po królewskiej kaligrafii.
Est
szczęśliwie ustawił się w tak strategicznym punkcie, by mieć dobry widok na
dokument, który Mag celowo podniósł na wysokość twarzy. Choć łudząco podobny, nie
był to charakter pisma sir Aarima - pakt został spisany przez króla Estarionu i
arcypaladyna we własnej osobie. Nie lada honor, jakiego nie powinien dostąpić
grubianin pokroju Tyrda Niedźwiedziogrzywego.
Chłopak
wiedział co zawiera spisany szczegółowo pakt, ale nie zmieniało to faktu, iż powodowany
ciekawością dyskretnie czytał ponad ramieniem mentora. Usiłował zapomnieć o przysłoniętym
ciemnością partnerze, lecz myśl, że znajdował się tak blisko i obserwował go,
podgrzewała mu krew w żyłach. Natomiast obecność paladyna napawała
niewytłumaczalnym lękiem.
Milczący
książę przyglądał się przywódcy z nieprzeniknionym wyrazem goszczącym na gładkim
obliczu. W opinii Esta był osobą o tyle przerażającą, o ile przerażająca może
być wydrążona skorupa poruszająca się za sprawą cudzej woli. Niebianin nie
przejawiał uczuć ani emocji, dzięki którym wrażliwy, empatyczny półsmok mógłby
odnaleźć się w nowym, uwierającym go towarzystwie. Sir Aarim pozostawał obcą
istotą, chłodną, nieodgadnioną osobowością o niejasnych intencjach, których jego
przenikliwy intelekt nie potrafił rozszyfrować. Stwarzał zagrożenie o wiele
większe niż to uosabiane przez Tyrda. Był znaczącą personą zarówno na dworze
królewskim, jak i w hierarchii Zakonu Paladynów, aczkolwiek jego pewność siebie
nie była efektem piastowanych stanowisk. Jako niezrównany dyplomata i
strategiczny geniusz wykazywał się nieprzeciętną inteligencją oraz wyjątkowymi predyspozycjami
bitewnymi.
Skończywszy
czytać, leciwy doradca na powrót pozwolił papierowi zwinąć się w ciasny rulon.
Wsunął pakt do bielonego pojemnika i wychylił się ku rozpartemu w fotelu
przywódcy, by wyszeptać mu kilka zdań do ucha.
Est
nie dostrzegał pełnej twarzy Tyrda, lecz nagła zmiana w nastawieniu
impertynenckiego mężczyzny potwierdziła jego przypuszczenia. Potężny wojownik
był zorientowany w polityce krainy i nie wymagał wsparcia starego Maga by
zrozumieć, jak cenny jest Pakt o Nieagresji. Chodziły słuchy, iż ów historyczny
dokument wydano tylko raz, tuż po zawiązaniu się Zakonu Paladynów przed dwoma
tysiącleciami. Teraz miał miejsce precedens na miarę kart ludzkich kronik. I
dotknął on Tyrda Niedźwiedziogrzywego, przywódcę znamienitej kompanii najemnej.
Est wyobrażał sobie jak ciemnozielone, głęboko osadzone oczy człowieka zalśniły
dzikim podnieceniem.
Wbrew
rosnącej ekscytacji, Złowieszczy Niedźwiedź okazywał podejrzliwość i krótko
trzymając swój wybuchowy temperament zachował pozory opanowania.
-
Mówisz, książę, że nie reprezentujesz żadnej strony, a oferujesz w zamian za
dwójkę moich najbardziej uzdolnionych najemników Pakt o Nieagresji spisany
przez koronowaną głowę Zakonu Paladynów? – wymruczał ze złośliwym uśmieszkiem.
Sięgając po kielich z winem nachylił się nad blatem okrągłego stołu, aż futrzana
peleryna zsunęła się na jego szeroki kark. - Jeszcze niedawno wspieraliście
tych atłasowych prostaków w kampanii przeciwko moim ludziom.
-
Moim obowiązkiem, jako rycerza-dowódcy stacjonującego w mieście garnizonowym,
było przychylić się prośbie zagrożonego lennika - wyjaśnił młodzieniec bez
cienia wstydu czy pokory. - Powinność została spełniona, natomiast Unia Możnych
zwyciężona. W uczciwej bitwie.
-
Ziemie Westerminów, Halavarów i Lyfisów nie podlegają jurysdykcji Adeili – wytknął
mu Tyrd i wyszczerzył się drapieżnie, z zadowoleniem rozpierając się na
obszernym siedzisku. Popatrzył znad brzegu kielicha ku niewzruszonemu przyganą
rozmówcy przeczuwając, że ten gołowąs nie da się łatwo sprowokować.
Tak
też się stało, jako że sir Aarim z godną dyplomaty powagą potwierdził
obciążające go słowa.
-
Zaiste, rody wchodzące w skład Unii Możnych z racji położenia geograficznego
oraz administracyjnego podlegają pod ochronę miasta garnizonowego Asvill. Lecz,
jak stanowi prawo Estarionu, w obliczu realnego niebezpieczeństwa lennik ma
możliwość powołania się na zwierzchnictwo wyższego szczebla. Będąc zastępcą
Jego Ekscelencji Arcypaladyna przyjąłem na siebie brzemię sprawowanej funkcji. Gwoli
ścisłości, w przypadku incydentu szlachciców z zachodu nie uczyniono nic, co w
rażący sposób naruszyłoby odwieczne prawo rządzące Estarionem - zakończył z niezmiennym
spokojem, by po chwili dodać: - Miej to, mości Niedźwiedziu, na uwadze. Zakon
Paladynów nie pochwala twoich agresywnych działań, dlatego też skłonni byliśmy
wesprzeć podlegających naszej pieczy wasali.
Złowieszczy
Niedźwiedź prychnął z irytacją. Szczyl miał gadane nie gorsze niż Zrzęda w
najlepszym okresie swego życia.
-
Wtedy byliście skłonni, a teraz oferujecie Pakt o Nieagresji? Wobec tego mogę
hulać na waszych ziemiach i w niczym mi nie przeszkodzicie?
Tyrd
trafił sedno.
Est
musiał ściągnąć wodze emocji, z którymi nie chciał zdradzać się przed
niewielką, raptem pięcioosobową publicznością. Ucho swędziało niemiłosiernie, a
palce same ciągnęły ku płatkom gdy zaczynał pojmować, iż w negocjacjach z
aroganckim człowiekiem sir Aarim nie potrzebował posiłkować się mocą. Oferta
była nie do odrzucenia - oszałamiała unikatowością oraz wachlarzem możliwości rozpościerających
się przed gruboskórnym barbarzyńcą. I zdawała się po wielokroć przekraczać cenę
dwójki najemników, nieważne jak niezastąpionych.
W
rzeczy samej, jeśli Zakon Paladynów ustosunkuje się do paktu, a z całą
pewnością surowo przestrzegać będzie rozkazu arcypaladyna, to niedźwiedź w
ludzkiej skórze w błyskawicznym tempie podporządkuje sobie północne oraz
zachodnie ziemie. Pozbawiona czynnej ochrony arystokracja zostanie bez szans i
odwróci się od obecnej władzy spostrzegając, jak tanio ich sprzedano. Pod
groźbą zrównania z ziemią lub przejęcia majątków ulegną samozwańczemu lordowi-najemnikowi.
Przecież to jasne, że zaślepiony żądzą władzy Tyrd pójdzie na tak intratny
układ, lekceważąc widmo krwawego konfliktu sięgające niemalże Śródlądu.
Zdezorientowany
półsmok zachodził w głowę, o co tak naprawdę toczyła się gra. Nie może być, aby
król polubownie oddał… Ach, wiadomo że nie. Aktualny monarcha co prawda zalicza
się do osób nadzwyczajnie ustępliwych, ale na pewno nie do głupców. Oddać lenno
za dwie osoby wątpliwego pochodzenia? Gdzie indziej leży pies pogrzebany.
Dlaczego więc porzucają szlachtę na północy? Czy ma to związek z buntem możnych
na południu? Czyżby książę Aarim, rycerz-dowódca, oraz król Aaron, arcypaladyn,
postawili krzyżyk na północy Estarionu? W tym wypadku Pakt o Nieagresji nie
miał najmniejszej wartości, był pustą walutą przeznaczoną do opłacenia pustych
ambicji równie pustego człowieczka. Wojenna pożoga spali na popiół wszystko na
swej drodze, nie szczędząc nikogo ani niczego, toteż osoby decyzyjne nie muszą
dłużej przejmować się pojedynczą organizacją pod przywództwem degenerata.
Zrozumienie
obuchem uderzyło w Esta, który zasłonił sobie usta dłonią w rękawiczce jakby w
obawie, że jęk przerażenia przyciągnie niechciane zainteresowanie. Mistrz
chciał, by uczeń jak najszybciej opuścił Twierdzę. Sir Aarim dołożył wszelkich
starań, by przyspieszyć ten proces. I nie czynił tego, by zagwarantować białemu
elfowi bezpieczeństwo. Chciał go wykorzystać: broń zahartowaną przez starego
mnicha z Północy, Zaklinacza Żywiołów obdarzonego mocą kontrolowania
pierwotnych elementów tworzących ten świat. Miał być jego środkiem do celu, ostrzem
skierowanym przeciwko wrogom. Tarczą, na którą spadną pierwsze, najcięższe
uderzenia.
Znaj swą pozycję w świecie - rozległo się niespodzianie, aż mimowolnie
zajrzał w złote oczy. Patrzyły na niego. Czy do niebianina należał ów głos?
Nie. To wychodziło z niego, z jego wnętrza. – Został ci on powierzony i nikt nigdy nie powinien ci go odebrać.
Estem wstrząsnęło. Na szczęście nikt nie zauważył
jego dziwacznego zachowania. Poza zagadkowym, bezwzględnym paladynem.
-
Wierzę, iż zachowasz umiar, mości Niedźwiedziu. - Znieruchomiałe spojrzenie księcia
spoczęło na chciwie zmrużonych oczach przywódcy. - I oszczędzisz swych ludzi na
walkę ze śmiercionośną falą, która niebawem zaleje północ, wnikając w głąb
kontynentu - ostrzegł enigmatycznie, po czym, w geście szacunku dla gospodarza,
sięgnął po kielich. Poruszając nadgarstkiem zamieszał zawartością na tyle, by
uwolnić słodki aromat. - Najęcie dwóch najznakomitszych ludzi krytycznie osłabi
siły twej kompanii, skutkiem tego wystosowałem do mego ojca prośbę o dokument
mający zrekompensować straty powstałe w wyniku tak śmiałego przedsięwzięcia. Naturalnie
zapłacę także złotymi koronami za sumienne wypełnienie zlecenia oraz pokryję
koszty utrzymania strażników. Zgodnie z ustaleniami połowę uiszczę z góry,
natomiast resztę po powrocie twoich ludzi.
Nie będzie żadnego powrotu - przemknęło Estowi przez myśl,
aczkolwiek nie znalazł w sobie wystarczającej odwagi, by wypowiedzieć swoje
przypuszczenia na głos. Przeklęty, wiesz
o wiele więcej niż mówisz!
-
Bardzo sprytnie to obmyśliłeś, książę - mruknął Tyrd bez przekonania. - Ja
tracę dwójkę zacnych najemników, a w zamian zyskuję papier poświadczający waszą
bierność w stosunku do moich działań oraz górę złota. I przestrogę. Jakże
lukratywna propozycja! - Raczący się winem przywódca pozostawał nieufny, choć
wizja przyszłości związanej z paktem przemawiała przezeń zadowoleniem. Mimo to,
dla zasady, starał się udawać niepocieszonego. - Gdzie w takim razie szukać mam
haczyka? Chyba mi nie powiesz, że twa oferta czysta jest jak sławetny honor
paladynów?
-
Rzeczony honor bezdyskusyjnie podlega Regule Zakonu Paladynów, więc, będąc
rozsądnym, nie mieszałbym go do… naszej transakcji. - Młodzieniec nie dał się
zbić z pantałyku. Odstawił kielich z ledwie napoczętym trunkiem i układając przedramiona
na poręczach fotela popatrzył wymownie na Esta. – Podstęp nie leży w mej
naturze, jednakże istnieje nieuniknione ryzyko, jakoby twoi podkomendni mieli
już nie wrócić żywi w mury Twierdzy Niedźwiedzi. Będąc sukcesorem korony,
rycerzem-dowódcą oraz generałem mianowanym z woli arcypaladyna, przyjdzie mi
stanąć w pierwszym szeregu żołnierzy chroniących krainę przed agresją
najeźdźcy. Bądź świadom, mości Niedźwiedziu, czego podejmują się twoi ludzie.
Wszak jesteś wojownikiem z krwi i kości.
-
Żołnierze chroniący krainę, powiadasz… Cóż za wyróżnienie! - skwitował Złowieszczy
Niedźwiedź z cynizmem.
Tyrd
Niedźwiedziogrzywy z namysłem zapatrzył się w ciemną dal za oknem. Już kreślił
w myślach kolejne posunięcia w drodze do podbicia i zagarnięcia okolicznych
ziem, co dysponowanie paktem dalece mu ułatwi. Straci tę dwójkę, w tym
prawowitego potomka, ale za to bez rozlewu krwi oraz dalszych strat w ludziach
pozbędzie się potężnego nieprzyjaciela mogącego bezsprzecznie mu zaszkodzić.
Czy zbuntowany, zepsuty do szpiku kości pierworodny był aż tak kluczowy, by troskać
się jego losem? Tyrd sam mógł pojąć za żonę jakąkolwiek młodą szlachciankę i
spłodzić z nią dziedzica, był w końcu mężczyzną w kwiecie wieku, jurnym i
zdrowym. Wtedy nikt nie podważyłby jego roszczeń do tytułu oraz honorów z niego
wynikających. A cholernego białego szczura już dawno chciał odprawić! Teraz
miał ku temu idealną sposobność. I jeszcze się na tym wzbogaci!
-
Dobrze więc, niech się stanie! - Olbrzymi mężczyzna uderzył opróżnionym
kielichem o blat stołu i uśmiechnął się dziko. - Nie zamierzam ubierać swego
wyboru w piękne słówka, tak jak nie będę kłamać, iż robię to dla wyższego
dobra. Przyjmuję warunki, Wasza Książęca Mość, gdyż wielce mi one odpowiadają.
-
Nic nie uradowałoby mnie bardziej, Tyrdzie Niedźwiedziogrzywy - wymawiając
pełne imię przywódcy niebianin zniżył głos, a upiorny uśmiech odkształcający urodziwe
rysy zmroził krew w żyłach bacznie go obserwującego Esta.
W
trakcie pertraktacji twarz, ton głosu oraz postawa sir Aarima Asmodeusza nie
zmieniły się ani odrobinę. Aż do momentu osiągnięcia dalekosiężnego
zamierzenia. Na czas trwania rozmów nie dawał po sobie znać panujących w jego wnętrzu
uczuć, jednakowo niewyczuwalna była zwykle towarzysząca mu osobliwa aura. Opanowany
do granic pojmowania mógł iść w konkury z Magiem, mnichem z Północy. I
bezapelacyjnie wygrać.
Przywódca
najemników nakazał szambelanowi dostarczenie przyborów koniecznych do spisania kontraktu.
Nie bawiąc się w zbędne kurtuazje wyrzucił z gabinetu przodownika oraz Zaklinacza
Żywiołów, nakazując im oczekiwać na dalsze rozkazy - tym razem od ich nowego
zleceniodawcy.
Skryty
w półcieniu Colonell bezsłownie przyjął polecenie i odepchnąwszy się od ściany,
rozmyślnie powolnym krokiem wyminął fotel księcia. Przechodząc obok Esta nawet
nie zaszczycił go spojrzeniem. Opuścił gabinet, zostawiając za sobą otwarte na
oścież drzwi.
Zawiedzionemu
chłopakowi nie pozostało nic innego, jak podążyć za nim. Odwrócił się i... delikatna
nić esencji niespodziewanie dotknęła jego napiętych barków. W pierwszym
instynktownym odruchu Est chciał się obrócić, lecz stchórzył i czmychnął z gabinetu,
nieco zbyt głośno zatrzaskując za sobą drzwi. Rozstrojony przeszedł kilka
chwiejnych kroków wzdłuż rozjaśnionego pochodniami korytarza, aż zatrzymał się
i oparł rozgorączkowane czoło o chłodny kamień ściany. Musiał odetchnąć,
ochłonąć. Robiło mu się niedobrze od wirujących w ciele emocji, a pewnie i z niedożywienia.
Suszyło go jak po wypiciu kubka aldaszyrskiego, podobnie też kręciło mu się w
wycieńczonej wydarzeniami głowie.
Dokonało
się. Nie było już odwrotu. Cokolwiek miał w zamyśle złotooki młodzieniec, nie należało
to już do jego zmartwień. Dostosuje się. Zawsze dostosowywał się do
silniejszych.
Podparłszy
się ramieniem, ucisnął palcami szczypiące powieki. Opadał z sił. Musiał czym
prędzej zjeść kolację, nie wiedział tylko czy razem z mistrzem, czy w zaciszu
własnej komnaty. Druga opcja była najodpowiedniejsza. Chciał być sam. Poukładać
sobie wszystko w głowie, a rzeczy w torbach. Z dniem jutrzejszym pożegna się z
przyjaciółmi i mistrzem. A potem odjedzie. Odjedzie tak daleko, jak nakaże mu
“zleceniodawca”.
Pocierając
twarz odepchnął się od podpory i poczłapał w stronę wyjścia z budynku.
Przymknął oczy tłumiąc szerokie ziewnięcie, kiedy nagle wszechświat wierzgnął,
posyłając go prosto na zimną ścianę. Oszołomiony mrugnął i zamarł pod
intensywnością spojrzenia przydymionych szmaragdów. Gorąca skóra otarła się o
jego chłodne czoło. Usta pocałunkiem rozchyliły białe wargi, gdy szorstkie
dłonie pieszczotliwie objęły gładkie policzki.
Colonell
przeciągnął pieszczotę, rozkoszując się bliskością oblubieńca. Lekki uśmiech
zadrżał na wargach okolonych ciemnym zarostem, które ani na sekundę nie
przerywały kontaktu z miękkimi ustami Esta.
Subtelne
muśnięcia przeistoczyły się w prawdziwy żywioł namiętności, gdy stęskniony Est
rozpaczliwie przywarł do niego całym sobą. Pod palcami czuł krótkie włosy
człowieka; wplótł je w dłuższe pasma, bez opamiętania pieścił obnażony kark i
gładził ramiona, wślizgując się pod materiał bluzy. Drżał spotęgowanym przez żal
pożądaniem, podczas gdy jego język dał się porwać do szalonego tańca głębokiego
pocałunku.
Wciąż
objęci odsunęli się od siebie tylko po to, by uspokoić i wyrównać oddech. Col głaskał
białe policzki i przesuwał opuszkami po delikatnej brodzie ukochanego, nie
odrywając pałającego wzroku od roziskrzonych skaleonich ślepi. Uśmiech
ulubionego człowieka był dla Esta balsamem na wszelkie zło. Uniesiony kącik ust
zniekształcający zawijasy niedokończonego tatuażu pomagał zapomnieć o troskach
i problemach.
Byli
wystawieni na widok publiczny, ale w porze posiłku niewielkie groziło im ryzyko
nakrycia, szczególnie w Głównym Budynku. Poza tym nie mieli już nic do
stracenia, od jutra bowiem rozpoczną nowe życie, więc nie musieli przejmować
się przypadkowym spotkaniem z mieszkańcami Twierdzy. Mieli siebie nawzajem i
było to wszystko, czego potrzebowali.
-
Najpierw obijanie mordy, a potem łóżko? – Nieposiadający się ze szczęścia Est
zaśmiał się w usta Cola. Naraz przeminęły zmęczenie, głód i pragnienie. Przed
oczami widział twarz mężczyzny będącego ambrozją dla jego ciała i duszy.
-
Najpierw to ty dorośnij do obijania mordy, dzieciaku.
-
Czyli łóżko. - Śmiech nie zdążył wybrzmieć, zduszony zachłannością rozpalonego
człowieka. - Col, jesteśmy… Nie tutaj…
-
Istotnie, nienajlepsze to miejsce do wzajemnego okazywania uczuć w sposób
bezpośredni i nieprzyzwoity. - Chłodny, rzeczowy głos zadziałał na kochanków niczym
kubeł lodowatej wody. Przywróceni do rzeczywistości raptownie odsunęli się od
siebie na podyktowaną konwenansami odległość, spojrzenie wbijając w postać
nadchodzącą od strony gabinetów. - Upraszam o przebaczenie, nie było moim
zamiarem przeszkodzenie wam, lecz…
-
Mogłeś przejść bez słowa, wtedy byśmy sobie nie przeszkadzali – przerwał mu
łapiący dech Colonell. Wychodząc nieco przed Esta, przeszył wrogim wejrzeniem irytująco
znudzonego księcia. Z satysfakcją spostrzegł, że przerasta rycerza o połowę
głowy. Za to tamten był szerszy w barach i krzepki, jak przystało na mężczyznę
zwykłego nosić płytową zbroję.
Sir
Aarim z rozmysłem obszedł ich niespiesznie, całkowicie koncentrując się na
przodowniku, który zrewanżował mu się tym samym.
-
Niewątpliwie mógłby tędy przedefilować oddział pancernej konnicy, a wy
pozostalibyście błogo nieświadomi – stwierdził oschle książę. - Skłonny jestem
przyznać, iż była to wyjątkowo intrygująca scena. Na próżno gdziekolwiek w
Estarionie szukać tak wyrazistego przejawu namiętności. Oraz skandalicznego pogwałcenia
prawa.
Col
ze złośliwym uśmieszkiem wyprostował się i skrzyżował ramiona na szerokim
torsie.
-
Gdyby było to legalne, zapewne wolałbyś zająć moje miejsce – rzucił chytrze.
Est
nie potrafił pozbyć się wrażenia, że patrzy właśnie na dwa napuszone koguty
szykujące się do bójki. Jeżeli on i Colonell byli dla rycerza intrygującą sceną,
to jak powinien skomentować tę słowną utarczkę?
-
Wolałbym zająć miejsce przy kolacji w towarzystwie moich ochroniarzy,
aczkolwiek dziękuję ci za tę niemoralną propozycję. Następnym razem ją rozważę.
Pozytywnie. - Zimne jak lód złote tęczówki prześlizgnęły się po mijanym właśnie
półsmoku. - Tymczasem proszę, byście zaprowadzili mnie na wieczorny posiłek,
gdyż spisanie wiążącego kontraktu jest procesem długotrwałym i złożonym. A, kolokwialnie
rzecz ujmując, negocjacje zaostrzyły mój apetyt do tego stopnia, iż
postanowiłem nieco wcześniej skorzystać z gościnności Niedźwiedzi.
To
powiedziawszy, sir Aarim odszedł w głąb korytarza, odprowadzany skrajnie
odmiennymi spojrzeniami dwóch najemników.
-
Dopiekł ci do żywego, Col - mruknął z podziwem Est.
-
Nienawidzę skurwiela… - wycedził przodownik przez zaciśnięte zęby, a nienawiść
w jego oczach silniejsza była niż przekaz werbalny. - Usiłuje cię kontrolować.
Mógł tam siedzieć ze staruchami, a nie szlajać się po budynku.
-
W tej kwestii jestem z tobą w zgodzie. Ale spójrz na to z innej perspektywy: przynajmniej
wreszcie coś zjemy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz