Kompletnie nie umiem w small talk (ani w ogóle rozmowy) i ostatnio przyłapałam się na tym, że mimo szczerych chęci oraz wyczerpującego materiału, wciąż nie potrafię powiedzieć nic ponad standardowe "odczepne" formułki. Postanowiłam więc przyjrzeć się tej kwestii...
Ktoś mnie pyta:- Co słychać?
Co chciałabym w tym czasie powiedzieć?
- A wiesz, złapałam ostatnio takiego zajebistego pala, na krok się z nim nie rozstaję, idzie przez wrogów jak taran!
- Dobrze że pytasz! Bo widzisz, ostatnio w pracy mogłam się wykazać odwagą i...
- A dziękuję, właśnie przeczytałam interesujący reportaż na temat związków osób homoseksualnych w Polsce...
- Słychać jak ludzie wk*rwiają, miło że zapytałeś.
I wiele, wiele więcej.
A co mówię?
- A, dobrze.
- Po staremu.
- Nic nowego.
I jebs, rozmowa ucięta, poczucie zażenowania wzrasta z atmosferą skrępowania na wyścigi, przy czym wyprzedza je chęć palnięcia się w łeb i pospiesznej ucieczki. Dlaczego tak robię? Bo uważam, że moje zainteresowania i styl życia są, nie wiem... nudne? Kontrowersyjne? Że zostaną wyśmiane albo zbyte milczeniem? Spotkam się z potępieniem? Bo otaczają mnie ludzie, którzy zupełnie nie podzielają moich zainteresowań? Nie uważam ich za partnerów do udanej konwersacji?
Fakt, z rodziną nie rozmawiam na prawie żaden temat - ba!, na wszystkich świątecznych spotkaniach nudzę się jak mops, bo nie ma do kogo gęby otworzyć! Czasem nawet się wyłączam podczas rozmów, tak bywają jałowe i nic nie wnoszące. Zresztą, o czym można rozmawiać z ludźmi, którzy jedyne co czytają, to paski w telewizyjnych wiadomościach...?
A jak już mam ochotę się odezwać w interesującym mnie temacie, tooo...
Tak że ten. Wiem, że nadal nie wiem co jest tego powodem. Dużo ich dużo.
Bez odbioru.
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz