Jeszcze niedawno Estalavanes pomstował
na żmudną, dłużącą się podróż, a teraz ofertę powrotu na siodło przyjąłby
niemal jak zbawienie. Może i bezpiecznie dotarli do pierwszego punktu na
rozległej trasie wiodącej ku stolicy, lecz dla stroniącego od ludzi białego
elfa oznaczało to niebezpieczeństwo kontaktu z obcymi. Oraz widmo katorżniczego
szkolenia pod nadzorem bezwzględnego paladyna, na co bynajmniej nie czekał z
utęsknieniem.
Okazała
oberża należąca do starszego małżeństwa oraz ich trzech synów nosiła przekorną
nazwę “Papierowy Rycerz Herbu Pasikonik”. Na zmurszałym szyldzie świeżą farbą
wymalowany był szary kanciasty żołnierzyk dosiadający nie mniej geometrycznego
wierzchowca o zielonej skórze, długich czułkach i półprzezroczystych
skrzydełkach. Niepokojąco wesolutki Colonell nie przypadkiem zapytał o ów
cynizm Aarima, lecz ten uchylił się od odpowiedzi tłumacząc, iż mieszkańcy
Krotowoli są specyficznymi ludźmi, którzy do otaczającego ich świata podchodzą
z godnym podziwu dystansem, więc nikogo przy zdrowych zmysłach nie powinno
dziwić tak niecodzienne nazewnictwo.
I
tak oto dumny książę Estarionu, będący jednocześnie ucieleśnieniem paladyńskiej
powagi, mianowany został... Pasikonikiem!
Z
początku niebianin nie dociekał dlaczego akurat tym członem nieszczęsnego miana
go ochrzczono. Później nie miał już ku temu okazji, ponieważ przodownik nie
poświęcał mu więcej uwagi. Rzucając tobołki pod jedno ze sfatygowanych łóżek i
zrzuciwszy skórzany pancerz, Colonell wyrwał do wspólnej sali pod pretekstem
zebrania lokalnych plotek. W wyniku tego Est utknął z paladynem w trzyosobowej izbie,
którą wbrew ich woli najął Aarim. Tymczasem Leos cieszyła się pełnym komfortem oraz
względnym spokojem we własnym pokoju i chłopak bezwstydnie pragnął się z nią
zamienić, wiedział jednak, że jest bez szans. Zważywszy na to, jak bardzo Col i
Aarim za sobą nie przepadali, zwiększało się prawdopodobieństwo, iż któryś z
nich spędzi noc pod zamkniętymi drzwiami sypialni. Ewentualnie na stole między
gośćmi. Albo jeszcze gdzie indziej. Opcji było mnóstwo, wystarczyło wybrać.
Aczkolwiek
on wyboru nie miał, wszak sam przez cały wieczór dopominał się treningu z
samokontroli oraz przeciwdziałania opętaniu. Już bez lekkiego kirysa stał teraz
naprzeciwko niebianina i, zaciskając pięści, wpatrywał się w swoje obute stopy,
próbując wyglądać przy tym na mniej przerażonego, niż był w rzeczywistości. Bał
się bólu i uważał strach za normalną reakcję, bo przecież tylko słabujący na
umyśle mógł czerpać przyjemność z okaleczania swego ciała lub ducha. No dobrze,
w pewnym sensie i on odnajdywał w tym przyjemność, ale to się nie liczyło w tej
chwili. Nie z Aarimem. Z nikim innym, wyłącznie z Colem...
Jak rany, miałem się uspokoić, a
zaczynam się zapędzać. I to zupełnie nie w tę stronę! - westchnął, smętnie zwieszając okryte
czernią bezrękawnika barki.
-
Estalavanesie, wyrównaj oddech – polecił Aarim. - Oczyść umysł i zamknij go
przed światem. Przede mną.
Niebianin
bez większego zaangażowania podwijał rękawy błękitnej koszuli. Bez
charakterystycznych stalowych płyt osłaniających przedramiona i cholewy oraz
podbicie wysokich butów przypominał młodzieńca ze szlacheckiego rodu tak
obrzydliwie bogatego, że mógł szczycić się szczerozłotymi tęczówkami, którymi
bezpretensjonalnie lustrował półsmoka.
-
Staram się, Aarimie, robię co mogę! - Est podniósł wzrok i pociągnął się za
lewe ucho czując jak napięcie wzrasta, z każdą mijająca sekundą odbijając się
na zesztywniałych mięśniach jego szczęk. - Moje ciało twierdzi, że jak tylko
mnie dotkniesz, sprawisz mi ból. I całkowicie się z nim zgadzam.
-
Estalavanesie, nie widzę potrzeby powtórnego wyjaśniania, co mogą ci uczynić Śniący
i Przebudzeni. Zwłaszcza z tobą, jako że będziesz pierwszym, który skupi na
sobie ich uwagę. - Paladyn odetchnął głęboko, obojętnie rozglądając się po
skromnym pomieszczeniu. Poruszył ramionami, jakby zdejmował ciężki plecak, i postąpił
krok w przód. Est prawie się cofnął, chcąc zachować bezpieczną odległość. -
Musimy to zrobić - dodał z naciskiem. - Zdajesz sobie z tego sprawę i sam na to
przystałeś.
-
Wiem, jak rany, ale… To nie jest łatwe.
-
Nie spodziewałem się, iż usłyszę, aby twoje dotychczasowe życie było łatwe.
-
Bo takie nie było.
-
Więc już przywykłeś.
Est
łypnął na niego podejrzliwie.
-
Do czego zmierzasz?
-
Do pierwszego kroku. - Z zadziwiającą delikatnością Aarim przytknął opuszki
palców do skroni drętwiejącego chłopaka. – Dołożę wszelkich starań, by pomóc ci
przejść trudny początek, zatem nie przedłużaj tego niepotrzebnie.
Ucisk
nasilił się. Pozbawione wyrazu oczy Aarima hipnotyzowały Esta, wsparte sączącą
się zeń nieustępliwą aurą.
-
Przejdźmy przez to razem, Estalavanesie. Póki co nie zaatakuję, lecz nie znaczy
to, iż nie powinieneś być czujny. Zapewne wyczuwasz już sondę w swym umyśle.
Est
potaknął, głośno przełykając. Nie przerywając kontaktu wzrokowego wytarł
spocone dłonie o wąskie nogawki spodni. Nie sądził, by właśnie tak przebiegało
opętanie, nie kwestionował jednak słów niebianina. Mistrz opowiedział się za
synem arcypaladyna, więc jako jego wychowanek powinien mu wierzyć. I wierzył. A
mimo to nie potrafił pogodzić się ze środkami prowadzącymi do celu.
-
Doskonale. Wobec tego wyrzuć mnie ze swojej świadomości. - Jasnowłosy
młodzieniec stał bez ruchu, trzymając głowę półsmoka i rozprężając przepełniającą
krzepkie ciało esencję, napływającą z wolna do silnych dłoni. - Pozbądź się
trzeciego źródła.
-
Jak? – zaskrzeczał spanikowany Est. Perspektywa nadchodzącego bólu, na który
ciało reagowało już instynktowną obroną, była coraz bliższa. - Nigdy przedtem
tego nie robiłem.
-
W ten sam sposób, w jaki odrzucasz uporczywe myśli. Zakładałem, iż jest to dla
ciebie oczywiste, Estalavanesie.
-
Och... Ma to sens.
Że
też sam na to nie wpadł! Nie pomyślałby, że coś tak banalnego jak wyrzucenie
myśli podziała na niebiańską aurę!
Przymknął
powieki i rozpoczął metodyczny proces usuwania zbędnych refleksji. Kiedy przedarł
się do przyczajonej w ukryciu wrogiej obecności, po prostu złapał ją i pozbył
się jak reszty. Prawie pozbył, jako że uczepiła się mackami jego umysłu, za nic
mając ponawiane próby. Powracała niby natrętny komar brzęczący tuż koło ucha,
nieosiągalny dla życzącej mu śmierci ręki, kłujący gdzie popadnie i
zostawiający ślad w postaci irytująco swędzącej opuchlizny. Tyle że tym razem swędziała
sama świadomość, doprowadzając go do szału, gdy kolejne podejścia spełzały na
niczym.
-
Dobrze ci idzie, Estalavanesie, niemniej nie zamierzam ci sprzyjać. - Pochwała,
a zarazem ostrzeżenie paladyna ledwo do niego docierała. – Zacznij od wyzbycia
się emocji biorących cię we władanie. To przez nie tracisz koncentrację. Rozpoznaję
frustrację przeradzającą się w gniew, lęk przed porażką, strach przed bólem,
zmęczenie, niepewność i… zdumienie, tak, wyczuwam to wszystko. Śniący może
wykorzystać każdą z nich przeciwko tobie. Zacznijmy raz jeszcze. Zablokuj
szczelnie swoje wnętrze.
-
Każ rybie oddychać powietrzem! – żachnął się Est. - Nie jestem tobą, Aarimie, a
emocje są nieodłączną częścią mojego życia!
-
Toteż dostrzegaj je, lecz nie pozwalaj im się panoszyć.
Chłopak
zaczerpnął tchu, wciąż czując na skroniach ciepłe palce paladyna. Nie
otwierając oczu spróbował jeszcze raz. Sprawnie uporał się z nagromadzonymi
troskami i ponownie zmierzył z nieproszoną obecnością wykradającą jego
emocjonalne sekrety. Bez zastanowienia uchwycił ją mentalnymi rękami, odrywając
niczym pasożytniczą narośl. Znowu. I znowu...
Powoli
tracił cierpliwość. Poczucie bezradności zalewało go falą irytacji, ale
przynajmniej zorientował się, w którym momencie uczucia zaczynały go pochłaniać.
I gładkim ruchem uciął ich przepływ, tamując strumień negatywnych odczuć.
Zamknął się na doznawanie, tak jak podczas medytacji, kiedy to nie chciał
przerywać błogostanu dającego wrażenie swobodnego dryfowania. Przestał szarpać
się z napastnikiem, a począł wypełniać się całym sobą, pęcznieć i rosnąć
wewnątrz. Nie bagatelizował intruza. Nie lekceważył jego działań, lecz odciął
go od cennego źródła, którym się karmił. Zagłodzony pasożyt wkrótce sam
odpadnie.
I
tak też się stało.
Est
nie chełpił się tym małym zwycięstwem. Wręcz przeciwnie, wydawało mu się ono
zbyt łatwe. Nie nawykł do tak szybkich postępów, dlatego oczekiwał kontrataku,
trwając w odrętwieniu. Nie trzeba było długo czekać, by nadszedł pierwszy
impuls mający zbadać skuteczność jego obrony. Niewątpliwie Aarim przeczuł
stratę przydatnego narzędzia, jakim była dlań sonda, i z tego powodu postanowił
pójść za ciosem. Zaatakował, choć obiecał uprzedzić chłopaka. Ale Est był na to
przygotowany. A raczej tak mu się zdawało.
Kolejne
pchnięcie umysłu było silniejsze niż poprzednie. Zachwiało wznoszoną stopniowo
zaporą jaźni, grożąc jej rychłym zawaleniem. Względny spokój i samokontrola na niewiele
się zdały kiedy nastąpiło trzecie, rozstrzygające uderzenie.
Est
z głuchym łoskotem rąbnął o deski podłogi. Przygryzł sobie język, by nie
wykrzyczeć rozsadzającego mu czaszkę cierpienia. Żelezisty smak krwi zastąpił
kwaśną żółć treści żołądka. Czerwona strużka wypłynęła kącikiem skrzywionych warg,
gdy skulony odtoczył się na bok, oburącz ściskając pulsujące skronie. Siłą woli
odwracał uwagę od zbierającej się w ustach śliny będącej zwiastunem rychłych
wymiotów. Łapał się kurczowo świadomości i zaciskał piekące od wilgoci powieki
wiedząc, że światło lampy zniweczy jego desperackie wysiłki. Jednakże tym, co przeważyło
szalę poczytalności, była falanga emocji i wrażeń, rwąca rzeka tak potężna, że
porwała go ze sobą.
Byłeś mi przyjacielem, a przyjaciele
nie krzywdzą się wzajemnie!
Zdradziłeś mnie! - wrzeszczały jego obłąkane myśli. Sprawiasz mi ból, sprawiasz nam wszystkim ból, chociaż sobie nań nie zasłużyliśmy!
Jesteś jak czuowiecy…
-
… niczym się od nich nie różnisz! - ryknął Est w gniewie.
Stłumiony
pomruk wydobył się z jego drżącego gardła, kiedy w końcu podniósł się do
pozycji siedzącej i podparł dygoczącymi ramionami. Rubinowe krople pociekły po brodzie,
kapiąc na deski.
Niebianin
przykucnął na wprost półsmoka i przyglądał mu się z uniesioną prewencyjnie
dłonią, gotów przesłać łagodzący impuls. Nie przewidział jednak, że wypadki
potoczą się inaczej i to on będzie potrzebował pomocy.
Odchodzący
od zmysłów Est zadziałał szybciej niż jego zepchnięta na bok świadomość.
Szkolony do błyskawicznego obezwładniania, w ułamku sekundy od otwarcia rozjarzonych
oczu odnalazł punkt krytyczny na szyi Aarima. Powodowany cierpieniem i rozpaczą
runął na zaskoczonego paladyna. Powalił na ziemię dwukrotnie cięższego od
siebie przeciwnika, aż jęknęła posadzka, i z niezrównaną mocą unieruchomił jego
nadgarstki po bokach głowy. Siedząc okrakiem na szerokiej piersi zawisł tuż nad
nim, szczerząc zakrwawione zębiska. Oblicze następcy tronu nie było już tak
obojętne, jak zauważył z dzikim samozadowoleniem. Po raz pierwszy dojrzał w
złotych oczach przejaw wewnętrznej walki między opanowaniem a niepożądanymi
emocjami.
Nieodparta
żądza skrzywdzenia dwulicowego sojusznika trawiła go ogniem niewyjaśnionej
zaszłości. Chciał uwolnić się od tego przykrego doznania, zaznać zadośćuczynienia
za okrutną zdradę i trwającą wieki udrękę. Musiał wzmocnić chwyt, bowiem wiarołomca
omal mu się nie wymknął. Nieprzytomny przysunął się do niego, by spojrzeć nań z
bliska. Śliskie oparzeliny na jego twarzy były czymś nowym, tak jak rozszerzone
źrenice oraz złote obwódki formujące tęczówkę. W głębokiej czerni odbijała się rozpalona
wściekłość Zaklinacza Żywiołów, który syknął niby rozjuszony kocur tuż przed
atakiem.
I
byłby wbił kły w nabrzmiałe miejsce na szyi oponenta, gdyby nie moment niezrozumiałego
zwątpienia. Gorąca krew szemrząca w ciele pod nim nie wzywała go, gdyż ani
kropla nie należała już do niego. Była... rozcieńczona. Nie słyszał pierwotnego
zewu nakazującego mu przejść od pragnień do czynów. Podszepty ucichły, ponieważ
to nie on był obiektem jego zemsty.
Rozdarty
konfliktem z samym sobą chłopak zawahał się, bezwiednie poluźniając uścisk. Ustępując
pola czyhającemu na podobną sposobność niebianinowi ani się spostrzegł, kiedy muskularne
ramiona niedoszłej ofiary szarpnięciem wyswobodziły się z białych okowów,
splotły i zgiętym łokciem niczym obuchem młota potraktowały jego skroń.
Spacyfikowany
półsmok grzmotnął o deski i z rozpędu przeturlał się aż pod ramę łóżka. Oszołomiony
bólem rozkwitającym tuż pod czaszką, wstrząśnięty gwałtownymi wydarzeniami nawet
nie próbował wstawać. Leżał więc na boku z przymkniętymi oczami, koncentrując
się na ośrodkach bólu, aby czym prędzej im ulżyć. Nie była to łatwa sztuka. Nie
w stanie absolutnego rozchwiania psychicznego.
Pogrążony
w beznadziei chłopak nie przełknął goryczy. Spluwając różowawą plwociną, przez
chwilę tylko dyszał, nie mogąc wydusić z siebie choćby słowa. Paliły go płuca,
jak po forsownym biegu. Gojący się język szczypał, a mięśnie napinały w
spazmatycznych drgawkach.
Wedle
jego rachuby minęły stulecia, nim zdecydował się odezwać.
-
Aarimie - zaczął słabym, zachrypniętym głosem. - Wydaje mi się, słusznie
zresztą, że to nie opętanie przez Śniącego jest moim największym zmartwieniem.
Odpowiedziało
mu milczenie, podczas którego płytki oddech zdawał się ponadprzeciętnym
hałasem. Poza tym najlżejszy szmer nie zmącił ciszy panującej w pomieszczeniu,
za wyjątkiem donośnych okrzyków dobiegających zza drzwi. Uchylone okno nie
wpuszczało dźwięków, jak gdyby wiatr nie zaglądał do skąpo oświetlonego
wnętrza. Wiadomym było, że Aarim nie podejmie żadnego działania, dopóki nie ustali
rzeczywistych pobudek niezrównoważonego Zaklinacza Żywiołów.
Est
znów przekonał się, że skrajne uczucia wyrywały z uśpienia tę część jego
istoty, której najbardziej się obawiał. Zbudziły siłę szkodzącą w równym
stopniu jemu, jak i jego przyjaciołom. Podniósł rękę na jedynego, który mógł obronić
Estarion - tym samym mógł się obrócić przeciwko całemu Khaldunowi, jeśli nie
przyłoży się do szkolenia i ostatecznie ulegnie Śniącemu. Lub drugiej tożsamości.
Żałosny
uśmiech przeciął białą twarz, odsłaniając długie, czerwone od posoki kły.
-
Masz rację twierdząc, że emocje niosą ze sobą niszczycielską siłę - ciągnął,
rzucając słowa w pustą przestrzeń. Oczy wciąż miał przymknięte, lecz kiedy się
skupił, z udziałem percepcji namierzył intensywnie płonące ognisko mocy
niebianina. - Ale te same emocje nie pozwalają mi się poddać. Jeśli nauczę się
je kontrolować, nauczę się… Aarimie, czy ja czegokolwiek się nauczę?
Przetoczył
się na plecy. Rozchylił powieki, nie mając ochoty dźwigać poturbowanego ciała z
bezpiecznej przystani wysłużonych desek. Jak przez mgłę dostrzegał belki
podtrzymujące strop i ogołocony ze świec żyrandol wirujący niby młyńskie koło.
Wolał leżeć na podłodze, bo przynajmniej z niej nie spadnie. Mimo to falowała
pod nim groźnie niczym żywe stworzenie usiłujące zrzucić niechcianego pasażera
ze swojego grzbietu.
Zamrugał
szybko i marszcząc czarne brwi otrząsał się z nieprzyjemnego zamroczenia. Uparcie
wpatrywał się w wiszący w centrum żyrandol, który z każdym mrugnięciem zwalniał
odrobinę, aż wreszcie całkowicie się zatrzymał. Posadzka pod łopatkami także znieruchomiała,
jakby uznała, że ów nigdzie się nie wybiera.
Est
pomału wracał do pełni sił. Czekał aż pisk w uszach ustąpi miejsca normalnym,
nadal stłumionym odgłosom otoczenia, a wzrok wyostrzy się na tyle, by móc bez
przeszkód rozróżniać kształty. Nie miał pojęcia co stało się z Aarimem;
dekoncentrując się przestał go wyczuwać. Nie zdziwiłby się zbytnio, gdyby ten
zechciał go zabić. Po czymś takim chłopak utracił resztkę zaufania do samego siebie.
Oddychał
już miarowo, kiedy tuż obok, poza granicami pola widzenia, rozległ się
bezosobowy, zimny jak paladyńska stal głos.
-
Zanim mnie zaatakowałeś, powiedziałeś, że niczym się od nich nie różnię. Od
kogo?
To
nie było pytanie, lecz rozkaz, który Est bezzwłocznie wykonał.
-
Od… od czuowieców. Mówiłem, że
nie różnisz się od czuowieców, choć czuowiecem nie jesteś.
-
Czuowiecem? - powtórzył Aarim. Niepewność zabarwiła jego ton przejmującą nutą,
jaką wyczulony półsmok natychmiast rozpoznał. Nie był to brak zrozumienia, lecz
wątpliwość z pogranicza znajomości. - Czuowiecy… Estalavanesie, skąd znasz to
słowo?
-
On określa tak gatunek ludzki - wyjaśnił chłopak. Gdy rozchylił szerzej oczy, ujrzał
nad sobą szeroki cień niebianina. Nie obrócił się jednak, zwyczajnie nie mając
odwagi spojrzeć mu w twarz. - Nie wyraża się o nim pochlebnie. Denerwuje go, że
cenię ludzi, chociaż wiele przez nich wycierpiałem. Jest przekonany, że go
zdradziłeś, był na ciebie wściekły. Przepraszam, Aarimie, że nie powstrzymałem
go na czas. Opętały mnie jego uczucia. Przed tym właśnie chciałem cię ostrzec...
Ale ty już wiedziałeś.
Est
ociężale podniósł lewą dłoń i niezdarnie rozpiął sprzączkę czarnej rękawiczki, ujawniając
złotą obręcz ściśle oplatającą nadgarstek. Bez pośpiechu zsunął wytartą skórkę ukazując
filigranowy artefakt migoczący tuż pod cienką bladą powłoczką - źródło
wszelkiego zła, jakie go spotkało.
-
Nie prosiłem o to, Aarimie – wyznał. - Nie pragnąłem czegoś takiego, ale
najwyraźniej tylko ja mogę to znieść. Bo jak wytłumaczyć, że to mnie przytrafiają
się te wszystkie nieszczęścia?
Ornament
Zaklinacza połyskiwał nienaturalnie w blasku lampy, posyłając złociste
rozbłyski na ściany i podłogę. Był piękny. Urzekający. Skrywał też tajemnice,
jakie nieszczęśliwy półsmok odkrywał zawsze, gdy najmniej był na to gotów.
Ukrywał posiadacza w Macierzy Mocy, chronił przed magicznym wpływem z zewnątrz,
obarczył go wspomnieniami, teraz wyblakłymi i odległymi, jakby naprawdę wydarzyły
się szesnaście lat temu. Oraz rozszczepił jego osobowość, dzieląc ją na dwa
niezależne charaktery, zupełnie odmienne, równie nieobliczalne.
Lecz
coś się zmieniło. W odróżnieniu od czarodziejów z Twierdzy i Maga, Aarim
wychwytywał jego esencję w nurcie. Był w stanie wniknąć mocą w jego umysł, wsparł
go nawet leczniczą energią w dniu, gdy ten doświadczył potworności upiora na
własnej skórze. Czy to możliwe, by ochrona zawiodła, czy też jest dokładnie
tak, jak w przypadku regeneracji, kiedy to nacięcia po ostrzu paladyna nie
zagoiły się samoczynnie? Moc Aarima przeniknęła barierę, kiedy inne były
odtrącane. Dlaczego jedna działa, a pozostałe nie?
-
Aarimie, dlaczego nie zaleczyłeś oparzeń? - Est usiadł, opierając się plecami o
ramę łóżka. Zakręciło mu się w głowie, ale zawroty były już tylko echem
ostatniego ciosu, nadal podzwaniającym mu w uszach. Złapał spód bezrękawnika i
delikatnie otarł brodę oraz usta z obsychającej krwi. - Dysponując tak potężną
magią tworzenia powinieneś to uczynić. A ja powinienem zagoić rany pozostawione
przez twój miecz...
Na
skraju postrzegania pojawił się ciemny zarys. Est poruszył się, nie zważając na
ból karku i żeber po zderzeniu z solidnym meblem. Siadając, Aarim przyjął
podobną mu pozycję. Jedną nogę podciągnął pod siebie i położył na jej kolanie
łokieć, tył głowy kładąc na sienniku. Mrużąc złociste oczy odetchnął bezgłośnie.
Jego tors uniósł się w górę i powoli opadł ze świstem wydychanego powietrza.
Młody
niebianin zignorował pytanie półsmoka, tak jak ignorował jego natarczywe
spojrzenie, lecz nie z czystej złośliwości bądź arogancji. Ważniejszym dlań
było, kogo usłyszał Estalavanes. Póki
utrzymywała się jego aura, Śniący nie miał prawa choćby tknąć chłopaka, lecz nieuchronnie
zbliżał się dzień, w którym wróg przestanie troszczyć się o zużycie mocy i
wtedy nawet aura samego arcypaladyna może okazać się niewystarczająca.
-
Kim on jest, Estalavanesie? - odezwał się wreszcie. - Czyj głos słyszysz?
-
Nie mam pojęcia - odparł zgodnie z prawdą Est. - Podejrzewam, że to… Drugi ja. Zdaje mi się, że uwolniłem go
podczas pierwszej medytacji. Albo na krótko zanim trafiłem do Adeili, do…
twojego… gabinetu - wymamrotał, ciągnąc za końcówkę ucha i odwracając się od surowej
twarzy rozmówcy. - Wiedziałeś, że uciekłem z kompanii. A uciekłem, ponieważ coś
mnie... dotknęło. I uczyniło mnie tym, kim jestem: niepoczytalną istotą skorą
rzucić się na przyjaciela. Boję się, że w końcu zwariuję, jak przed momentem. Bezpowrotnie
oszaleję.
Świetliste
oczy mierzyły sposępniały profil białego elfa. Jasnym było, iż Zaklinacza
Żywiołów naznaczono odpryskami Macierzy Mocy, to do niego bowiem skierowane
były sygnały. Z niewiadomych przyczyn Śniący wytrwale go poszukiwał w splocie
Wszechrzeczy. I dopiął swego. Miał na nich baczenie posiłkując się upiorami.
Aarim mógłby obrócić w niwecz widmowego szpiega, lecz umyślnie prowadził grę ze
Śniącym i pozwolił się obserwować, by dać przeciwnikowi złudne poczucie
przewagi. Dość, że Zakon Paladynów przejął Zaklinacza Żywiołów, co było druzgocącym
ciosem dla budzącego się zła.
Milczenie
przeciągało się nieznośnie. Do wrażliwych elfich uszu docierały pijackie
przyśpiewki i gromkie śmiechy z zapełniającej się sali na parterze. Est wcale
nie chciał tam iść, ale z drugiej strony, pośród gości przebywał Col, jedyny
człowiek, za którego towarzystwem tęsknił.
Chłopak
podparł dłonią zimne czoło i przełknął ślinę niosącą ze sobą słodkawy posmak.
Nienawidził smaku krwi, a jeszcze bardziej jej zapachu i w duchu cieszył się,
że ta paskudna ciecz nie wydaje dźwięków, inaczej chyba by mu rozum odebrało.
Podciągnąwszy kolana pod brodę otulił je ramionami i zamyślony wbił wzrok w
okno na przeciwległej ścianie. Gwiazdy przesłonięte grubymi chmurami nie dawały
żadnego znaku obecności, a latarnie wokół gospody bardziej ćmiły niż oświetlały
drogę zbłąkanym podróżnym.
-
Estalavanesie. - Długie uszy drgnęły. Spojrzenie skaleonich ślepii przemknęło przez
twarz księcia, który zdawał się odpoczywać oparty o ramę łóżka. - Już podczas
naszego pierwszego spotkania w Twierdzy Niedźwiedzi odniosłem wrażenie, że jest
w tobie pewna wyjątkowość. I nie mam na myśli twej prezencji. Sądziłem, iż mój
ojciec oddelegował mnie na północ w celu umocnienia defensywy w razie ataku,
lecz teraz weryfikuję własne przypuszczenia i zaczynam rozumieć, iż prawdziwe
intencje starannie ukrył pod woalką rozkazów. Artemon skwapliwie ze mną
współpracował, toteż nie było mowy o przypadku, gdy stanąłeś na progu mojego
garnizonu wraz z lordem Halavarem. Ten dzień żywo wyrył się w mej pamięci i wierzę,
iż sam Tarthos uczestniczył w naszych nieplanowanych pertraktacjach.
Aarim
przechylił głowę i spod zmarszczonych brwi przyjrzał się półsmokowi, który odwzajemnił
jego zaciekawienie.
-
Nie zamierzałem dopuścić do bitwy - kontynuował - lecz pragnienie sprawdzenia się
w boju z samym Zaklinaczem Żywiołów okazało się silniejsze. Nie ukrywam, iż spodziewałem
się po tobie czegoś więcej, Estalavanesie, aczkolwiek to brak doświadczenia, a
nie umiejętności, postawił cię na z góry straconej pozycji. Ponadto, w
wykalkulowanym przez los momencie, zjawił się twój partner gotów ocalić cię za
cenę życia.
Est
odnotował w myślach, że Aarim nie wtrącił swojej zwyczajowej pauzy i słowa „przyjaciel”. Chłopak uśmiechnął się pod
nosem i ułożył podbródek na kolanach, wsłuchując w monotonny głos rycerza, do
którego zdążył już przywyknąć.
-
Wystarczyłaby jedna jego strzała, by się zemścić, lecz ty go powstrzymałeś. Utwierdziłem
się wówczas w przekonaniu, iż nie jesteś naszym wrogiem, a przyjacielem. Byłoby
przeto czynem niewybaczalnym lekceważyć tak potężnego sojusznika w wojnie o Estarion.
Taki był mój obowiązek. Tak usprawiedliwiałem sobie desperackie dążenia do
wcielenia cię w szeregi Zakonu Paladynów. Po raz drugi podjąłem się
korespondencji z Artemonem, a on ze zrozumieniem scedował to zadanie na ciebie.
Nasz plan się powiódł. Dokonaliśmy tego, co zdawało się przekraczać nasze
możliwości. We dwóch dokonaliśmy niemożliwego.
To trochę tak, jak gdyby mistrz
wypchnął mnie z gniazda
- pożalił się w duchu Est. Ufał, że mimo
niedojrzałości rozłożę skrzydła i polecę… Bo przecież tego mnie uczył. Tego
spodziewał się po swoim pierwszym i jedynym uczniu.
Stęskniony
chłopak odczekał parę oddechów i kiedy Aarim zamilkł na dobre, postanowił
podtrzymać dogasający temat, byleby nie rozmyślać nadmiernie o ojcu. Jego
wynurzone z odmętów świadomości pytania wciąż pozostawały bez odpowiedzi. A on
pragnął je poznać.
-
Aarimie, ostały się jeszcze kwestie, które chciałbym rozwikłać tu i teraz... – Uciskając
płatek ucha, zwilżył usta językiem. Wciąż czuł na nim krew, choć rana już dawno
się zasklepiła. – On, znaczy, ten drugi ja cię zna, zatem po części i ja
cię znam. Nie mogliśmy zaleczyć wzajemnie zadanych ran. Poza tym oddziałujesz
na mnie swoją mocą, a przedtem nikomu się to nie udało. Mówisz, że Śniący i
Przebudzeni także są w stanie to uczynić. Jak mam to wszystko rozumieć?
-
Ja również nic z tego nie rozumiem, Estalavanesie. I nie oczekuję, że mi zaufasz
- dodał Aarim ostrożnie, dostrzegając powątpiewanie półsmoka. - Jesteś dla mnie
zagadką, a każda kolejna spędzona razem chwila odsłania nowe aspekty twojej natury,
których nie potrafię pojąć. Twoje słownictwo oraz zachowanie w dużym stopniu
zdeterminowane są osobą, z którą obcujesz. Jak gdybyś dostosowywał się do
wymagań rozmówcy, adaptował do jego maniery. Zachowujesz się inaczej w stosunku
do Leos, inaczej w przypadku Colonella, inaczej wobec mnie. Intuicyjnie
przyswajasz charakter konwersacji, dopasowując się do każdego z osobna.
-
Mistrz wielokrotnie zwracał mi na to zjawisko uwagę – zgodził się Est,
zaciskając umazane resztką krwi wargi w wąską kreskę. – Nie robię tego celowo. Od
zawsze przyjmowałem postawę rozmówcy, choć moje zdolności adaptacyjne uznać
można za szczątkowe. Ale odbiegasz od tematu! – Orientując się do czego dąży
paladyn, spiorunował go wzrokiem, jednocześnie dając upust irytacji. – I skończ
wreszcie z tajemnicami, w niczym ci one nie pomagają!
-
Estalavanesie, nie jestem skarbnicą wszelkiej wiedzy za jaką mnie uważasz. Jest
to dla mnie wyjątkowo enigmatyczny temat, natomiast obecną sytuację w pełni
szczerości nazwać mogę trudną. Prosiłeś, bym z wami rozmawiał, toteż
zastosowałem się do twojej rady i czynię to przez wgląd na wasze potrzeby, a
nie własną satysfakcję. Czegóż więcej ode mnie oczekujesz?
Aarim
znów upodobnił się do młodzieńca o szlachetnych, posągowych rysach,
niespotykanym kolorze oczu oraz ostro zakończonych jak u elfa uszach. Wydawał
się tak podobny, a zarazem tak inny od Esta, że chłopak przyłapał się na podświadomym
doszukiwaniu pokrewieństwa. Coś ich łączyło, odstawali bowiem od reszty, chociaż
niebianin nie różnił się od ludzi aż tak bardzo.
Est
poczuł wstyd za kolejny niekontrolowany wybuch. Spokorniały odwrócił wzrok. Powstrzymując
odruch tarmoszenia ucha, odgarnął z czoła włosy i zaczesał je na tył, przytrzymując
dłoń na głowie.
-
Leos już inaczej na ciebie patrzy - powiedział, chcąc uzmysłowić niebianinowi
jego prędkie postępy. - Rozmawiając stajesz się bliższy ludziom, bliższy nam
wszystkim. Nie stawiasz się ponad nami. Pokazujesz się od strony, z którą
łatwiej jest sympatyzować. Jak rany, pouczam cię, kiedy ja sam nie jestem w tym
najlepszy. - Mówiąc to, skrył twarz między kolanami, choć zażenowanie nie było
widoczne na jego policzkach. – Niegdyś jak ognia unikałem kontaktu, a teraz
prawię ci morały…
-
Zmieniłeś swe nawyki i przyzwyczajenia. Dlaczego?
W
pytaniu Aarima nie było nic z chłodnej kurtuazji. Est znad ramienia zerknął na
paladyna.
-
To raczej były… lęki, strach przed ludźmi aniżeli przyzwyczajenia. Nie wyzbyłem
się ich całkowicie, to Col nauczył mnie z nimi żyć… Na tyle, by jakoś
funkcjonować w świecie ludzi.
-
Przodownik darzy cię głębokim afektem. Jak i ty jego. - Głos Aarima był
zaledwie szeptem niknącym pośród nocnej ciszy spowijającej oberżę. - Pierwszy
raz dane mi było zaznać tak… ogromnej dawki uczuć. Jesteście ze sobą
nierozerwalnie związani.
-
Więc powinieneś zrozumieć, dlaczego nie chcę wyrzec się emocji. Mistrz
powtarzał, żebym nie zabijał ich w sobie, ponieważ są one moją prawdziwą siłą,
napędzają moją moc. Dzięki nim trzymam się w ryzach. Żyję dzięki miłości do
Cola, która jest trochę jak upadek z dużej wysokości. W końcu zrobię sobie
krzywdę, o ile się nie zabiję.
-
Cokolwiek ponure porównanie dla tak wzniosłego i promiennego uczucia, jakim
jest miłość.
-
Miłość boli, Aarimie. - Duże oczy półsmoka zmętniały, a soczysta zieleń na
moment straciła swój żywy blask. Smutek malujący się na jego twarzy emanował na
pozbawionego empatii niebianina, który nie musiał używać sondy, by go
rozpoznać. - To, co wzniosłe, ostatecznie upadnie, a promienie wygasną. Gdy raz
w niej zasmakujesz, nie pozbędziesz się cienia tęsknoty i żalu. Szczególnie
mając świadomość, iż nastanie dzień, w którym z ukochanej osoby pozostanie
wyłącznie popiół na wietrze. I wspomnienia. Wybacz, Aarimie, nie opuszczę jego
boku nawet za cenę Estarionu i całego gatunku ludzkiego.
-
Śmiała deklaracja wypowiedziana w obliczu Obrońcy Ludzkości, Zaklinaczu
Żywiołów - oświadczył Aarim. Jego wykuta w alabastrze twarz stężała, a złoto
tęczówek odbijało światło rozpraszającej mrok lampki, jakby nie posiadało
własnego, wewnętrznego płomienia.
-
Nie rzucam ci wyzwania, Aarimie, podkreślam jedynie fakt, że póki Colonell
żyje, póty mam powód do walki. Col jest człowiekiem. I to wyjątkowym. Potraktuj
go jako moją inspirację. Symbol ludzkości, któremu podporządkowałem swoje
życie.
Zamilkli.
Est popatrzył na okno, nie dbając o sondującego go paladyna. Domyślał się, że
niebianin kłamie, lecz i tak powiedział co leżało mu na sercu, dzięki czemu zrobiło
mu się lżej. W niepamięć poszło fizyczne starcie oraz psychiczne szkolenie z
przeciwdziałania opętaniu i ogarnęła go melancholia tak dotkliwa, że zaprzestał
już bezowocnych prób powściągnięcia jej.
-
Aarimie - jęknął żałośnie - czy ty naprawdę nie odczuwasz emocji? Czy tylko
chcesz, aby wszyscy wokół w to wierzyli, z tobą na czele?
Trafił
w sedno. Twarz młodzieńca zastygła w nieodgadnionym grymasie, a idealne brwi
zbiegły się tuż nad prostym nosem. Aarim długo się nie odzywał i Est stracił już
nadzieję na szczerą odpowiedź, kiedy ten niespodziewanie mruknął:
-
Z własnej woli utraciłem zdolność współodczuwania. Uczucia i emocje zastąpiłem
obojętnością, albowiem tylko w ten sposób ocalę Estarion oraz wszelkie
istnienie przed tym, co nadejdzie. – Jego niski ton był zimny i przeszywający
jak mroźny wiatr, od którego chłopak dostał gęsiej skórki. - Jeżeli chcesz
pokonać potwora, sam musisz stać się potworem, Estalavanesie. A potwory nie
czują absolutnie niczego.
-
Mylisz się, Aarimie. Również jestem potworem, a jednak czuję więcej niżbym
chciał. - Est sięgnął po rękawiczkę, odepchnął się od posadzki i wstał
chwiejnie, otrzepując spodnie z kurzu. - I wykorzystam to “więcej”, by ocalić
Estarion. By ocalić mojego mistrza, Cola i Leos. By na coś się przydać i
zgłębić istotę tego, co we mnie siedzi. - Ostentacyjnie obejrzał ozłocony
grzbiet lewej dłoni, po czym stanowczym ruchem wysunął ją w kierunku paladyna.
Obrócił wnętrzem ku górze, chcąc pomóc mu się podnieść. - Przysięgam, że póki
oni żyją, możesz na mnie polegać.
Niebianin
przyjrzał się nieskazitelnie białemu zagłębieniu szczupłej dłoni. Wyraźnie widząc
wybrzuszające skórę grzbiety obrączki u nasady środkowego palca oraz obręczy opasającej
przegub, bez wahania przypieczętował obietnicę mocnym chwytem.
-
Estalavanesie, są to słowa wielkiej wagi, które przyjmuję i szanuję. - Książę
skinął głową, puszczając chłodną dłoń półsmoka. Zgarniając krótkie złociste
włosy w lewo przywiódł Estowi na myśl Cola, który podobnym, nieco
gwałtowniejszym ruchem przerzucał ciemne pasma na stronę zawiłego tatuażu. -
Tymczasem powinniśmy się posilić. Nasi towarzysze zapewne niecierpliwią się, a
kolacja stygnie.
Nie
przedłużając, Aarim przemierzył pokój i naglącym gestem otworzył drzwi. Est
jeszcze chwilę mu się przyglądał, jakby zapamiętując każdy szczegół okrytej
błękitem i złotem sylwetki. W końcu ruszył jego śladem i zakładając rękawiczkę
wyminął niebianina, rozglądając się za schodami prowadzącymi do gwarnej,
dusznej sali cuchnącej tłumem ludzi, alkoholem oraz smażeniną. Westchnął
boleściwie i mając już serdecznie dosyć wszystkiego, błagalnie obejrzał się za
towarzyszem obracającym klucz w zamku.
Aarima
dręczyło niejasne poczucie, że nieoczekiwana rozmowa z Zaklinaczem Żywiołów
odmieniła go zauważalnie. Estalavanes miał rację, dialog przynosił zdumiewające
efekty, acz roztropny książę musiał ważyć słowa, by nie wypowiedzieć ich za
wiele. Jego ród strzegł bowiem sekretów, jakich nie należało zdradzać nikomu. Wiedział,
że czyni to z niego patologicznego kłamcę, lecz nic na to poradzić nie mógł. To
brzemię zabierze ze sobą do grobu, jeśli nie przetrwa tego, co szykuje im los.
W
pamięci znów rozbrzmiało mu pojedyncze, o niepokojąco obcym wydźwięku słowo: czuowiecy.
Zrozumiałym dlań było, że jako potomek Saramarystyjskiej Obrończyni Estalavanes
władał staromową. Wytłumaczalnym także byłby fakt, iż posługiwał się nią niczym
pełnokrwisty smok, chociaż nie powinien, skoro był hybrydą. Skąd jednak znał dawne
określenie rasy ludzkiej wyparte z użytku ponad trzynaście tysięcy lat temu? Czy
ma to związek z tożsamością, o której wspominał, a której nie wykryła sonda mentalna?
Umysł i esencja Estalavanesa były czyste, nieskalane wpływami z zewnątrz,
natomiast artefakt nie wykazywał żadnej aktywności magicznej. Znaczyć to mogło,
iż ten, którego nakazywał wystrzegać się Aanatur Założyciel, wciąż istnieje.
Istny fenomen na skalę Nowego Świata - skonstatował Aarim, udając się ku
wyczekującemu nań chłopakowi. Na czyj
żywot czyhasz, Zaklinaczu Żywiołów?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz