sobota, 8 sierpnia 2026

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 48

 

Jeszcze niedawno Estalavanes pomstował na żmudną, dłużącą się podróż, a teraz ofertę powrotu na siodło przyjąłby niemal jak zbawienie. Może i bezpiecznie dotarli do pierwszego punktu na rozległej trasie wiodącej ku stolicy, lecz dla stroniącego od ludzi białego elfa oznaczało to niebezpieczeństwo kontaktu z obcymi. Oraz widmo katorżniczego szkolenia pod nadzorem bezwzględnego paladyna, na co bynajmniej nie czekał z utęsknieniem.

Okazała oberża należąca do starszego małżeństwa oraz ich trzech synów nosiła przekorną nazwę “Papierowy Rycerz Herbu Pasikonik”. Na zmurszałym szyldzie świeżą farbą wymalowany był szary kanciasty żołnierzyk dosiadający nie mniej geometrycznego wierzchowca o zielonej skórze, długich czułkach i półprzezroczystych skrzydełkach. Niepokojąco wesolutki Colonell nie przypadkiem zapytał o ów cynizm Aarima, lecz ten uchylił się od odpowiedzi tłumacząc, iż mieszkańcy Krotowoli są specyficznymi ludźmi, którzy do otaczającego ich świata podchodzą z godnym podziwu dystansem, więc nikogo przy zdrowych zmysłach nie powinno dziwić tak niecodzienne nazewnictwo.

I tak oto dumny książę Estarionu, będący jednocześnie ucieleśnieniem paladyńskiej powagi, mianowany został... Pasikonikiem!

Z początku niebianin nie dociekał dlaczego akurat tym członem nieszczęsnego miana go ochrzczono. Później nie miał już ku temu okazji, ponieważ przodownik nie poświęcał mu więcej uwagi. Rzucając tobołki pod jedno ze sfatygowanych łóżek i zrzuciwszy skórzany pancerz, Colonell wyrwał do wspólnej sali pod pretekstem zebrania lokalnych plotek. W wyniku tego Est utknął z paladynem w trzyosobowej izbie, którą wbrew ich woli najął Aarim. Tymczasem Leos cieszyła się pełnym komfortem oraz względnym spokojem we własnym pokoju i chłopak bezwstydnie pragnął się z nią zamienić, wiedział jednak, że jest bez szans. Zważywszy na to, jak bardzo Col i Aarim za sobą nie przepadali, zwiększało się prawdopodobieństwo, iż któryś z nich spędzi noc pod zamkniętymi drzwiami sypialni. Ewentualnie na stole między gośćmi. Albo jeszcze gdzie indziej. Opcji było mnóstwo, wystarczyło wybrać.

Aczkolwiek on wyboru nie miał, wszak sam przez cały wieczór dopominał się treningu z samokontroli oraz przeciwdziałania opętaniu. Już bez lekkiego kirysa stał teraz naprzeciwko niebianina i, zaciskając pięści, wpatrywał się w swoje obute stopy, próbując wyglądać przy tym na mniej przerażonego, niż był w rzeczywistości. Bał się bólu i uważał strach za normalną reakcję, bo przecież tylko słabujący na umyśle mógł czerpać przyjemność z okaleczania swego ciała lub ducha. No dobrze, w pewnym sensie i on odnajdywał w tym przyjemność, ale to się nie liczyło w tej chwili. Nie z Aarimem. Z nikim innym, wyłącznie z Colem...

Jak rany, miałem się uspokoić, a zaczynam się zapędzać. I to zupełnie nie w tę stronę! - westchnął, smętnie zwieszając okryte czernią bezrękawnika barki.

- Estalavanesie, wyrównaj oddech – polecił Aarim. - Oczyść umysł i zamknij go przed światem. Przede mną.

Niebianin bez większego zaangażowania podwijał rękawy błękitnej koszuli. Bez charakterystycznych stalowych płyt osłaniających przedramiona i cholewy oraz podbicie wysokich butów przypominał młodzieńca ze szlacheckiego rodu tak obrzydliwie bogatego, że mógł szczycić się szczerozłotymi tęczówkami, którymi bezpretensjonalnie lustrował półsmoka.

- Staram się, Aarimie, robię co mogę! - Est podniósł wzrok i pociągnął się za lewe ucho czując jak napięcie wzrasta, z każdą mijająca sekundą odbijając się na zesztywniałych mięśniach jego szczęk. - Moje ciało twierdzi, że jak tylko mnie dotkniesz, sprawisz mi ból. I całkowicie się z nim zgadzam.

- Estalavanesie, nie widzę potrzeby powtórnego wyjaśniania, co mogą ci uczynić Śniący i Przebudzeni. Zwłaszcza z tobą, jako że będziesz pierwszym, który skupi na sobie ich uwagę. - Paladyn odetchnął głęboko, obojętnie rozglądając się po skromnym pomieszczeniu. Poruszył ramionami, jakby zdejmował ciężki plecak, i postąpił krok w przód. Est prawie się cofnął, chcąc zachować bezpieczną odległość. - Musimy to zrobić - dodał z naciskiem. - Zdajesz sobie z tego sprawę i sam na to przystałeś.

- Wiem, jak rany, ale… To nie jest łatwe.

- Nie spodziewałem się, iż usłyszę, aby twoje dotychczasowe życie było łatwe.

- Bo takie nie było.

- Więc już przywykłeś.

Est łypnął na niego podejrzliwie.

- Do czego zmierzasz?

- Do pierwszego kroku. - Z zadziwiającą delikatnością Aarim przytknął opuszki palców do skroni drętwiejącego chłopaka. – Dołożę wszelkich starań, by pomóc ci przejść trudny początek, zatem nie przedłużaj tego niepotrzebnie.

Ucisk nasilił się. Pozbawione wyrazu oczy Aarima hipnotyzowały Esta, wsparte sączącą się zeń nieustępliwą aurą.

- Przejdźmy przez to razem, Estalavanesie. Póki co nie zaatakuję, lecz nie znaczy to, iż nie powinieneś być czujny. Zapewne wyczuwasz już sondę w swym umyśle.

Est potaknął, głośno przełykając. Nie przerywając kontaktu wzrokowego wytarł spocone dłonie o wąskie nogawki spodni. Nie sądził, by właśnie tak przebiegało opętanie, nie kwestionował jednak słów niebianina. Mistrz opowiedział się za synem arcypaladyna, więc jako jego wychowanek powinien mu wierzyć. I wierzył. A mimo to nie potrafił pogodzić się ze środkami prowadzącymi do celu.

- Doskonale. Wobec tego wyrzuć mnie ze swojej świadomości. - Jasnowłosy młodzieniec stał bez ruchu, trzymając głowę półsmoka i rozprężając przepełniającą krzepkie ciało esencję, napływającą z wolna do silnych dłoni. - Pozbądź się trzeciego źródła.

- Jak? – zaskrzeczał spanikowany Est. Perspektywa nadchodzącego bólu, na który ciało reagowało już instynktowną obroną, była coraz bliższa. - Nigdy przedtem tego nie robiłem.

- W ten sam sposób, w jaki odrzucasz uporczywe myśli. Zakładałem, iż jest to dla ciebie oczywiste, Estalavanesie.

- Och... Ma to sens.

Że też sam na to nie wpadł! Nie pomyślałby, że coś tak banalnego jak wyrzucenie myśli podziała na niebiańską aurę!

Przymknął powieki i rozpoczął metodyczny proces usuwania zbędnych refleksji. Kiedy przedarł się do przyczajonej w ukryciu wrogiej obecności, po prostu złapał ją i pozbył się jak reszty. Prawie pozbył, jako że uczepiła się mackami jego umysłu, za nic mając ponawiane próby. Powracała niby natrętny komar brzęczący tuż koło ucha, nieosiągalny dla życzącej mu śmierci ręki, kłujący gdzie popadnie i zostawiający ślad w postaci irytująco swędzącej opuchlizny. Tyle że tym razem swędziała sama świadomość, doprowadzając go do szału, gdy kolejne podejścia spełzały na niczym.

- Dobrze ci idzie, Estalavanesie, niemniej nie zamierzam ci sprzyjać. - Pochwała, a zarazem ostrzeżenie paladyna ledwo do niego docierała. – Zacznij od wyzbycia się emocji biorących cię we władanie. To przez nie tracisz koncentrację. Rozpoznaję frustrację przeradzającą się w gniew, lęk przed porażką, strach przed bólem, zmęczenie, niepewność i… zdumienie, tak, wyczuwam to wszystko. Śniący może wykorzystać każdą z nich przeciwko tobie. Zacznijmy raz jeszcze. Zablokuj szczelnie swoje wnętrze.

- Każ rybie oddychać powietrzem! – żachnął się Est. - Nie jestem tobą, Aarimie, a emocje są nieodłączną częścią mojego życia!

- Toteż dostrzegaj je, lecz nie pozwalaj im się panoszyć.

Chłopak zaczerpnął tchu, wciąż czując na skroniach ciepłe palce paladyna. Nie otwierając oczu spróbował jeszcze raz. Sprawnie uporał się z nagromadzonymi troskami i ponownie zmierzył z nieproszoną obecnością wykradającą jego emocjonalne sekrety. Bez zastanowienia uchwycił ją mentalnymi rękami, odrywając niczym pasożytniczą narośl. Znowu. I znowu...

Powoli tracił cierpliwość. Poczucie bezradności zalewało go falą irytacji, ale przynajmniej zorientował się, w którym momencie uczucia zaczynały go pochłaniać. I gładkim ruchem uciął ich przepływ, tamując strumień negatywnych odczuć. Zamknął się na doznawanie, tak jak podczas medytacji, kiedy to nie chciał przerywać błogostanu dającego wrażenie swobodnego dryfowania. Przestał szarpać się z napastnikiem, a począł wypełniać się całym sobą, pęcznieć i rosnąć wewnątrz. Nie bagatelizował intruza. Nie lekceważył jego działań, lecz odciął go od cennego źródła, którym się karmił. Zagłodzony pasożyt wkrótce sam odpadnie.

I tak też się stało.

Est nie chełpił się tym małym zwycięstwem. Wręcz przeciwnie, wydawało mu się ono zbyt łatwe. Nie nawykł do tak szybkich postępów, dlatego oczekiwał kontrataku, trwając w odrętwieniu. Nie trzeba było długo czekać, by nadszedł pierwszy impuls mający zbadać skuteczność jego obrony. Niewątpliwie Aarim przeczuł stratę przydatnego narzędzia, jakim była dlań sonda, i z tego powodu postanowił pójść za ciosem. Zaatakował, choć obiecał uprzedzić chłopaka. Ale Est był na to przygotowany. A raczej tak mu się zdawało.

Kolejne pchnięcie umysłu było silniejsze niż poprzednie. Zachwiało wznoszoną stopniowo zaporą jaźni, grożąc jej rychłym zawaleniem. Względny spokój i samokontrola na niewiele się zdały kiedy nastąpiło trzecie, rozstrzygające uderzenie.

Est z głuchym łoskotem rąbnął o deski podłogi. Przygryzł sobie język, by nie wykrzyczeć rozsadzającego mu czaszkę cierpienia. Żelezisty smak krwi zastąpił kwaśną żółć treści żołądka. Czerwona strużka wypłynęła kącikiem skrzywionych warg, gdy skulony odtoczył się na bok, oburącz ściskając pulsujące skronie. Siłą woli odwracał uwagę od zbierającej się w ustach śliny będącej zwiastunem rychłych wymiotów. Łapał się kurczowo świadomości i zaciskał piekące od wilgoci powieki wiedząc, że światło lampy zniweczy jego desperackie wysiłki. Jednakże tym, co przeważyło szalę poczytalności, była falanga emocji i wrażeń, rwąca rzeka tak potężna, że porwała go ze sobą.

Byłeś mi przyjacielem, a przyjaciele nie krzywdzą się wzajemnie! Zdradziłeś mnie! - wrzeszczały jego obłąkane myśli. Sprawiasz mi ból, sprawiasz nam wszystkim ból, chociaż sobie nań nie zasłużyliśmy! Jesteś jak czuowiecy…

- … niczym się od nich nie różnisz! - ryknął Est w gniewie.

Stłumiony pomruk wydobył się z jego drżącego gardła, kiedy w końcu podniósł się do pozycji siedzącej i podparł dygoczącymi ramionami. Rubinowe krople pociekły po brodzie, kapiąc na deski.

Niebianin przykucnął na wprost półsmoka i przyglądał mu się z uniesioną prewencyjnie dłonią, gotów przesłać łagodzący impuls. Nie przewidział jednak, że wypadki potoczą się inaczej i to on będzie potrzebował pomocy.

Odchodzący od zmysłów Est zadziałał szybciej niż jego zepchnięta na bok świadomość. Szkolony do błyskawicznego obezwładniania, w ułamku sekundy od otwarcia rozjarzonych oczu odnalazł punkt krytyczny na szyi Aarima. Powodowany cierpieniem i rozpaczą runął na zaskoczonego paladyna. Powalił na ziemię dwukrotnie cięższego od siebie przeciwnika, aż jęknęła posadzka, i z niezrównaną mocą unieruchomił jego nadgarstki po bokach głowy. Siedząc okrakiem na szerokiej piersi zawisł tuż nad nim, szczerząc zakrwawione zębiska. Oblicze następcy tronu nie było już tak obojętne, jak zauważył z dzikim samozadowoleniem. Po raz pierwszy dojrzał w złotych oczach przejaw wewnętrznej walki między opanowaniem a niepożądanymi emocjami.

Nieodparta żądza skrzywdzenia dwulicowego sojusznika trawiła go ogniem niewyjaśnionej zaszłości. Chciał uwolnić się od tego przykrego doznania, zaznać zadośćuczynienia za okrutną zdradę i trwającą wieki udrękę. Musiał wzmocnić chwyt, bowiem wiarołomca omal mu się nie wymknął. Nieprzytomny przysunął się do niego, by spojrzeć nań z bliska. Śliskie oparzeliny na jego twarzy były czymś nowym, tak jak rozszerzone źrenice oraz złote obwódki formujące tęczówkę. W głębokiej czerni odbijała się rozpalona wściekłość Zaklinacza Żywiołów, który syknął niby rozjuszony kocur tuż przed atakiem.

I byłby wbił kły w nabrzmiałe miejsce na szyi oponenta, gdyby nie moment niezrozumiałego zwątpienia. Gorąca krew szemrząca w ciele pod nim nie wzywała go, gdyż ani kropla nie należała już do niego. Była... rozcieńczona. Nie słyszał pierwotnego zewu nakazującego mu przejść od pragnień do czynów. Podszepty ucichły, ponieważ to nie on był obiektem jego zemsty.

Rozdarty konfliktem z samym sobą chłopak zawahał się, bezwiednie poluźniając uścisk. Ustępując pola czyhającemu na podobną sposobność niebianinowi ani się spostrzegł, kiedy muskularne ramiona niedoszłej ofiary szarpnięciem wyswobodziły się z białych okowów, splotły i zgiętym łokciem niczym obuchem młota potraktowały jego skroń.

Spacyfikowany półsmok grzmotnął o deski i z rozpędu przeturlał się aż pod ramę łóżka. Oszołomiony bólem rozkwitającym tuż pod czaszką, wstrząśnięty gwałtownymi wydarzeniami nawet nie próbował wstawać. Leżał więc na boku z przymkniętymi oczami, koncentrując się na ośrodkach bólu, aby czym prędzej im ulżyć. Nie była to łatwa sztuka. Nie w stanie absolutnego rozchwiania psychicznego.

Pogrążony w beznadziei chłopak nie przełknął goryczy. Spluwając różowawą plwociną, przez chwilę tylko dyszał, nie mogąc wydusić z siebie choćby słowa. Paliły go płuca, jak po forsownym biegu. Gojący się język szczypał, a mięśnie napinały w spazmatycznych drgawkach.

Wedle jego rachuby minęły stulecia, nim zdecydował się odezwać.

- Aarimie - zaczął słabym, zachrypniętym głosem. - Wydaje mi się, słusznie zresztą, że to nie opętanie przez Śniącego jest moim największym zmartwieniem.

Odpowiedziało mu milczenie, podczas którego płytki oddech zdawał się ponadprzeciętnym hałasem. Poza tym najlżejszy szmer nie zmącił ciszy panującej w pomieszczeniu, za wyjątkiem donośnych okrzyków dobiegających zza drzwi. Uchylone okno nie wpuszczało dźwięków, jak gdyby wiatr nie zaglądał do skąpo oświetlonego wnętrza. Wiadomym było, że Aarim nie podejmie żadnego działania, dopóki nie ustali rzeczywistych pobudek niezrównoważonego Zaklinacza Żywiołów.

Est znów przekonał się, że skrajne uczucia wyrywały z uśpienia tę część jego istoty, której najbardziej się obawiał. Zbudziły siłę szkodzącą w równym stopniu jemu, jak i jego przyjaciołom. Podniósł rękę na jedynego, który mógł obronić Estarion - tym samym mógł się obrócić przeciwko całemu Khaldunowi, jeśli nie przyłoży się do szkolenia i ostatecznie ulegnie Śniącemu. Lub drugiej tożsamości.

Żałosny uśmiech przeciął białą twarz, odsłaniając długie, czerwone od posoki kły.

- Masz rację twierdząc, że emocje niosą ze sobą niszczycielską siłę - ciągnął, rzucając słowa w pustą przestrzeń. Oczy wciąż miał przymknięte, lecz kiedy się skupił, z udziałem percepcji namierzył intensywnie płonące ognisko mocy niebianina. - Ale te same emocje nie pozwalają mi się poddać. Jeśli nauczę się je kontrolować, nauczę się… Aarimie, czy ja czegokolwiek się nauczę?

Przetoczył się na plecy. Rozchylił powieki, nie mając ochoty dźwigać poturbowanego ciała z bezpiecznej przystani wysłużonych desek. Jak przez mgłę dostrzegał belki podtrzymujące strop i ogołocony ze świec żyrandol wirujący niby młyńskie koło. Wolał leżeć na podłodze, bo przynajmniej z niej nie spadnie. Mimo to falowała pod nim groźnie niczym żywe stworzenie usiłujące zrzucić niechcianego pasażera ze swojego grzbietu.

Zamrugał szybko i marszcząc czarne brwi otrząsał się z nieprzyjemnego zamroczenia. Uparcie wpatrywał się w wiszący w centrum żyrandol, który z każdym mrugnięciem zwalniał odrobinę, aż wreszcie całkowicie się zatrzymał. Posadzka pod łopatkami także znieruchomiała, jakby uznała, że ów nigdzie się nie wybiera.

Est pomału wracał do pełni sił. Czekał aż pisk w uszach ustąpi miejsca normalnym, nadal stłumionym odgłosom otoczenia, a wzrok wyostrzy się na tyle, by móc bez przeszkód rozróżniać kształty. Nie miał pojęcia co stało się z Aarimem; dekoncentrując się przestał go wyczuwać. Nie zdziwiłby się zbytnio, gdyby ten zechciał go zabić. Po czymś takim chłopak utracił resztkę zaufania do samego siebie.

Oddychał już miarowo, kiedy tuż obok, poza granicami pola widzenia, rozległ się bezosobowy, zimny jak paladyńska stal głos.

- Zanim mnie zaatakowałeś, powiedziałeś, że niczym się od nich nie różnię. Od kogo?

To nie było pytanie, lecz rozkaz, który Est bezzwłocznie wykonał.

- Od… od czuowieców. Mówiłem, że nie różnisz się od czuowieców, choć czuowiecem nie jesteś.

- Czuowiecem? - powtórzył Aarim. Niepewność zabarwiła jego ton przejmującą nutą, jaką wyczulony półsmok natychmiast rozpoznał. Nie był to brak zrozumienia, lecz wątpliwość z pogranicza znajomości. - Czuowiecy… Estalavanesie, skąd znasz to słowo?

- On określa tak gatunek ludzki - wyjaśnił chłopak. Gdy rozchylił szerzej oczy, ujrzał nad sobą szeroki cień niebianina. Nie obrócił się jednak, zwyczajnie nie mając odwagi spojrzeć mu w twarz. - Nie wyraża się o nim pochlebnie. Denerwuje go, że cenię ludzi, chociaż wiele przez nich wycierpiałem. Jest przekonany, że go zdradziłeś, był na ciebie wściekły. Przepraszam, Aarimie, że nie powstrzymałem go na czas. Opętały mnie jego uczucia. Przed tym właśnie chciałem cię ostrzec... Ale ty już wiedziałeś.

Est ociężale podniósł lewą dłoń i niezdarnie rozpiął sprzączkę czarnej rękawiczki, ujawniając złotą obręcz ściśle oplatającą nadgarstek. Bez pośpiechu zsunął wytartą skórkę ukazując filigranowy artefakt migoczący tuż pod cienką bladą powłoczką - źródło wszelkiego zła, jakie go spotkało.

- Nie prosiłem o to, Aarimie – wyznał. - Nie pragnąłem czegoś takiego, ale najwyraźniej tylko ja mogę to znieść. Bo jak wytłumaczyć, że to mnie przytrafiają się te wszystkie nieszczęścia?

Ornament Zaklinacza połyskiwał nienaturalnie w blasku lampy, posyłając złociste rozbłyski na ściany i podłogę. Był piękny. Urzekający. Skrywał też tajemnice, jakie nieszczęśliwy półsmok odkrywał zawsze, gdy najmniej był na to gotów. Ukrywał posiadacza w Macierzy Mocy, chronił przed magicznym wpływem z zewnątrz, obarczył go wspomnieniami, teraz wyblakłymi i odległymi, jakby naprawdę wydarzyły się szesnaście lat temu. Oraz rozszczepił jego osobowość, dzieląc ją na dwa niezależne charaktery, zupełnie odmienne, równie nieobliczalne.

Lecz coś się zmieniło. W odróżnieniu od czarodziejów z Twierdzy i Maga, Aarim wychwytywał jego esencję w nurcie. Był w stanie wniknąć mocą w jego umysł, wsparł go nawet leczniczą energią w dniu, gdy ten doświadczył potworności upiora na własnej skórze. Czy to możliwe, by ochrona zawiodła, czy też jest dokładnie tak, jak w przypadku regeneracji, kiedy to nacięcia po ostrzu paladyna nie zagoiły się samoczynnie? Moc Aarima przeniknęła barierę, kiedy inne były odtrącane. Dlaczego jedna działa, a pozostałe nie?

- Aarimie, dlaczego nie zaleczyłeś oparzeń? - Est usiadł, opierając się plecami o ramę łóżka. Zakręciło mu się w głowie, ale zawroty były już tylko echem ostatniego ciosu, nadal podzwaniającym mu w uszach. Złapał spód bezrękawnika i delikatnie otarł brodę oraz usta z obsychającej krwi. - Dysponując tak potężną magią tworzenia powinieneś to uczynić. A ja powinienem zagoić rany pozostawione przez twój miecz...

Na skraju postrzegania pojawił się ciemny zarys. Est poruszył się, nie zważając na ból karku i żeber po zderzeniu z solidnym meblem. Siadając, Aarim przyjął podobną mu pozycję. Jedną nogę podciągnął pod siebie i położył na jej kolanie łokieć, tył głowy kładąc na sienniku. Mrużąc złociste oczy odetchnął bezgłośnie. Jego tors uniósł się w górę i powoli opadł ze świstem wydychanego powietrza.

Młody niebianin zignorował pytanie półsmoka, tak jak ignorował jego natarczywe spojrzenie, lecz nie z czystej złośliwości bądź arogancji. Ważniejszym dlań było, kogo usłyszał Estalavanes. Póki utrzymywała się jego aura, Śniący nie miał prawa choćby tknąć chłopaka, lecz nieuchronnie zbliżał się dzień, w którym wróg przestanie troszczyć się o zużycie mocy i wtedy nawet aura samego arcypaladyna może okazać się niewystarczająca.

- Kim on jest, Estalavanesie? - odezwał się wreszcie. - Czyj głos słyszysz?

- Nie mam pojęcia - odparł zgodnie z prawdą Est. - Podejrzewam, że to… Drugi ja. Zdaje mi się, że uwolniłem go podczas pierwszej medytacji. Albo na krótko zanim trafiłem do Adeili, do… twojego… gabinetu - wymamrotał, ciągnąc za końcówkę ucha i odwracając się od surowej twarzy rozmówcy. - Wiedziałeś, że uciekłem z kompanii. A uciekłem, ponieważ coś mnie... dotknęło. I uczyniło mnie tym, kim jestem: niepoczytalną istotą skorą rzucić się na przyjaciela. Boję się, że w końcu zwariuję, jak przed momentem. Bezpowrotnie oszaleję.

Świetliste oczy mierzyły sposępniały profil białego elfa. Jasnym było, iż Zaklinacza Żywiołów naznaczono odpryskami Macierzy Mocy, to do niego bowiem skierowane były sygnały. Z niewiadomych przyczyn Śniący wytrwale go poszukiwał w splocie Wszechrzeczy. I dopiął swego. Miał na nich baczenie posiłkując się upiorami. Aarim mógłby obrócić w niwecz widmowego szpiega, lecz umyślnie prowadził grę ze Śniącym i pozwolił się obserwować, by dać przeciwnikowi złudne poczucie przewagi. Dość, że Zakon Paladynów przejął Zaklinacza Żywiołów, co było druzgocącym ciosem dla budzącego się zła.

Milczenie przeciągało się nieznośnie. Do wrażliwych elfich uszu docierały pijackie przyśpiewki i gromkie śmiechy z zapełniającej się sali na parterze. Est wcale nie chciał tam iść, ale z drugiej strony, pośród gości przebywał Col, jedyny człowiek, za którego towarzystwem tęsknił.

Chłopak podparł dłonią zimne czoło i przełknął ślinę niosącą ze sobą słodkawy posmak. Nienawidził smaku krwi, a jeszcze bardziej jej zapachu i w duchu cieszył się, że ta paskudna ciecz nie wydaje dźwięków, inaczej chyba by mu rozum odebrało. Podciągnąwszy kolana pod brodę otulił je ramionami i zamyślony wbił wzrok w okno na przeciwległej ścianie. Gwiazdy przesłonięte grubymi chmurami nie dawały żadnego znaku obecności, a latarnie wokół gospody bardziej ćmiły niż oświetlały drogę zbłąkanym podróżnym.

- Estalavanesie. - Długie uszy drgnęły. Spojrzenie skaleonich ślepii przemknęło przez twarz księcia, który zdawał się odpoczywać oparty o ramę łóżka. - Już podczas naszego pierwszego spotkania w Twierdzy Niedźwiedzi odniosłem wrażenie, że jest w tobie pewna wyjątkowość. I nie mam na myśli twej prezencji. Sądziłem, iż mój ojciec oddelegował mnie na północ w celu umocnienia defensywy w razie ataku, lecz teraz weryfikuję własne przypuszczenia i zaczynam rozumieć, iż prawdziwe intencje starannie ukrył pod woalką rozkazów. Artemon skwapliwie ze mną współpracował, toteż nie było mowy o przypadku, gdy stanąłeś na progu mojego garnizonu wraz z lordem Halavarem. Ten dzień żywo wyrył się w mej pamięci i wierzę, iż sam Tarthos uczestniczył w naszych nieplanowanych pertraktacjach.

Aarim przechylił głowę i spod zmarszczonych brwi przyjrzał się półsmokowi, który odwzajemnił jego zaciekawienie.

- Nie zamierzałem dopuścić do bitwy - kontynuował - lecz pragnienie sprawdzenia się w boju z samym Zaklinaczem Żywiołów okazało się silniejsze. Nie ukrywam, iż spodziewałem się po tobie czegoś więcej, Estalavanesie, aczkolwiek to brak doświadczenia, a nie umiejętności, postawił cię na z góry straconej pozycji. Ponadto, w wykalkulowanym przez los momencie, zjawił się twój partner gotów ocalić cię za cenę życia.

Est odnotował w myślach, że Aarim nie wtrącił swojej zwyczajowej pauzy i słowa „przyjaciel”. Chłopak uśmiechnął się pod nosem i ułożył podbródek na kolanach, wsłuchując w monotonny głos rycerza, do którego zdążył już przywyknąć.

- Wystarczyłaby jedna jego strzała, by się zemścić, lecz ty go powstrzymałeś. Utwierdziłem się wówczas w przekonaniu, iż nie jesteś naszym wrogiem, a przyjacielem. Byłoby przeto czynem niewybaczalnym lekceważyć tak potężnego sojusznika w wojnie o Estarion. Taki był mój obowiązek. Tak usprawiedliwiałem sobie desperackie dążenia do wcielenia cię w szeregi Zakonu Paladynów. Po raz drugi podjąłem się korespondencji z Artemonem, a on ze zrozumieniem scedował to zadanie na ciebie. Nasz plan się powiódł. Dokonaliśmy tego, co zdawało się przekraczać nasze możliwości. We dwóch dokonaliśmy niemożliwego.

To trochę tak, jak gdyby mistrz wypchnął mnie z gniazda - pożalił się w duchu Est. Ufał, że mimo niedojrzałości rozłożę skrzydła i polecę… Bo przecież tego mnie uczył. Tego spodziewał się po swoim pierwszym i jedynym uczniu.

Stęskniony chłopak odczekał parę oddechów i kiedy Aarim zamilkł na dobre, postanowił podtrzymać dogasający temat, byleby nie rozmyślać nadmiernie o ojcu. Jego wynurzone z odmętów świadomości pytania wciąż pozostawały bez odpowiedzi. A on pragnął je poznać.

- Aarimie, ostały się jeszcze kwestie, które chciałbym rozwikłać tu i teraz... – Uciskając płatek ucha, zwilżył usta językiem. Wciąż czuł na nim krew, choć rana już dawno się zasklepiła. – On, znaczy, ten drugi ja cię zna, zatem po części i ja cię znam. Nie mogliśmy zaleczyć wzajemnie zadanych ran. Poza tym oddziałujesz na mnie swoją mocą, a przedtem nikomu się to nie udało. Mówisz, że Śniący i Przebudzeni także są w stanie to uczynić. Jak mam to wszystko rozumieć?

- Ja również nic z tego nie rozumiem, Estalavanesie. I nie oczekuję, że mi zaufasz - dodał Aarim ostrożnie, dostrzegając powątpiewanie półsmoka. - Jesteś dla mnie zagadką, a każda kolejna spędzona razem chwila odsłania nowe aspekty twojej natury, których nie potrafię pojąć. Twoje słownictwo oraz zachowanie w dużym stopniu zdeterminowane są osobą, z którą obcujesz. Jak gdybyś dostosowywał się do wymagań rozmówcy, adaptował do jego maniery. Zachowujesz się inaczej w stosunku do Leos, inaczej w przypadku Colonella, inaczej wobec mnie. Intuicyjnie przyswajasz charakter konwersacji, dopasowując się do każdego z osobna.

- Mistrz wielokrotnie zwracał mi na to zjawisko uwagę – zgodził się Est, zaciskając umazane resztką krwi wargi w wąską kreskę. – Nie robię tego celowo. Od zawsze przyjmowałem postawę rozmówcy, choć moje zdolności adaptacyjne uznać można za szczątkowe. Ale odbiegasz od tematu! – Orientując się do czego dąży paladyn, spiorunował go wzrokiem, jednocześnie dając upust irytacji. – I skończ wreszcie z tajemnicami, w niczym ci one nie pomagają!

- Estalavanesie, nie jestem skarbnicą wszelkiej wiedzy za jaką mnie uważasz. Jest to dla mnie wyjątkowo enigmatyczny temat, natomiast obecną sytuację w pełni szczerości nazwać mogę trudną. Prosiłeś, bym z wami rozmawiał, toteż zastosowałem się do twojej rady i czynię to przez wgląd na wasze potrzeby, a nie własną satysfakcję. Czegóż więcej ode mnie oczekujesz?

Aarim znów upodobnił się do młodzieńca o szlachetnych, posągowych rysach, niespotykanym kolorze oczu oraz ostro zakończonych jak u elfa uszach. Wydawał się tak podobny, a zarazem tak inny od Esta, że chłopak przyłapał się na podświadomym doszukiwaniu pokrewieństwa. Coś ich łączyło, odstawali bowiem od reszty, chociaż niebianin nie różnił się od ludzi aż tak bardzo.

Est poczuł wstyd za kolejny niekontrolowany wybuch. Spokorniały odwrócił wzrok. Powstrzymując odruch tarmoszenia ucha, odgarnął z czoła włosy i zaczesał je na tył, przytrzymując dłoń na głowie.

- Leos już inaczej na ciebie patrzy - powiedział, chcąc uzmysłowić niebianinowi jego prędkie postępy. - Rozmawiając stajesz się bliższy ludziom, bliższy nam wszystkim. Nie stawiasz się ponad nami. Pokazujesz się od strony, z którą łatwiej jest sympatyzować. Jak rany, pouczam cię, kiedy ja sam nie jestem w tym najlepszy. - Mówiąc to, skrył twarz między kolanami, choć zażenowanie nie było widoczne na jego policzkach. – Niegdyś jak ognia unikałem kontaktu, a teraz prawię ci morały…

- Zmieniłeś swe nawyki i przyzwyczajenia. Dlaczego?

W pytaniu Aarima nie było nic z chłodnej kurtuazji. Est znad ramienia zerknął na paladyna.

- To raczej były… lęki, strach przed ludźmi aniżeli przyzwyczajenia. Nie wyzbyłem się ich całkowicie, to Col nauczył mnie z nimi żyć… Na tyle, by jakoś funkcjonować w świecie ludzi.

- Przodownik darzy cię głębokim afektem. Jak i ty jego. - Głos Aarima był zaledwie szeptem niknącym pośród nocnej ciszy spowijającej oberżę. - Pierwszy raz dane mi było zaznać tak… ogromnej dawki uczuć. Jesteście ze sobą nierozerwalnie związani.

- Więc powinieneś zrozumieć, dlaczego nie chcę wyrzec się emocji. Mistrz powtarzał, żebym nie zabijał ich w sobie, ponieważ są one moją prawdziwą siłą, napędzają moją moc. Dzięki nim trzymam się w ryzach. Żyję dzięki miłości do Cola, która jest trochę jak upadek z dużej wysokości. W końcu zrobię sobie krzywdę, o ile się nie zabiję.

- Cokolwiek ponure porównanie dla tak wzniosłego i promiennego uczucia, jakim jest miłość.

- Miłość boli, Aarimie. - Duże oczy półsmoka zmętniały, a soczysta zieleń na moment straciła swój żywy blask. Smutek malujący się na jego twarzy emanował na pozbawionego empatii niebianina, który nie musiał używać sondy, by go rozpoznać. - To, co wzniosłe, ostatecznie upadnie, a promienie wygasną. Gdy raz w niej zasmakujesz, nie pozbędziesz się cienia tęsknoty i żalu. Szczególnie mając świadomość, iż nastanie dzień, w którym z ukochanej osoby pozostanie wyłącznie popiół na wietrze. I wspomnienia. Wybacz, Aarimie, nie opuszczę jego boku nawet za cenę Estarionu i całego gatunku ludzkiego.

- Śmiała deklaracja wypowiedziana w obliczu Obrońcy Ludzkości, Zaklinaczu Żywiołów - oświadczył Aarim. Jego wykuta w alabastrze twarz stężała, a złoto tęczówek odbijało światło rozpraszającej mrok lampki, jakby nie posiadało własnego, wewnętrznego płomienia.

- Nie rzucam ci wyzwania, Aarimie, podkreślam jedynie fakt, że póki Colonell żyje, póty mam powód do walki. Col jest człowiekiem. I to wyjątkowym. Potraktuj go jako moją inspirację. Symbol ludzkości, któremu podporządkowałem swoje życie.

Zamilkli. Est popatrzył na okno, nie dbając o sondującego go paladyna. Domyślał się, że niebianin kłamie, lecz i tak powiedział co leżało mu na sercu, dzięki czemu zrobiło mu się lżej. W niepamięć poszło fizyczne starcie oraz psychiczne szkolenie z przeciwdziałania opętaniu i ogarnęła go melancholia tak dotkliwa, że zaprzestał już bezowocnych prób powściągnięcia jej.

- Aarimie - jęknął żałośnie - czy ty naprawdę nie odczuwasz emocji? Czy tylko chcesz, aby wszyscy wokół w to wierzyli, z tobą na czele?

Trafił w sedno. Twarz młodzieńca zastygła w nieodgadnionym grymasie, a idealne brwi zbiegły się tuż nad prostym nosem. Aarim długo się nie odzywał i Est stracił już nadzieję na szczerą odpowiedź, kiedy ten niespodziewanie mruknął:

- Z własnej woli utraciłem zdolność współodczuwania. Uczucia i emocje zastąpiłem obojętnością, albowiem tylko w ten sposób ocalę Estarion oraz wszelkie istnienie przed tym, co nadejdzie. – Jego niski ton był zimny i przeszywający jak mroźny wiatr, od którego chłopak dostał gęsiej skórki. - Jeżeli chcesz pokonać potwora, sam musisz stać się potworem, Estalavanesie. A potwory nie czują absolutnie niczego.

- Mylisz się, Aarimie. Również jestem potworem, a jednak czuję więcej niżbym chciał. - Est sięgnął po rękawiczkę, odepchnął się od posadzki i wstał chwiejnie, otrzepując spodnie z kurzu. - I wykorzystam to “więcej”, by ocalić Estarion. By ocalić mojego mistrza, Cola i Leos. By na coś się przydać i zgłębić istotę tego, co we mnie siedzi. - Ostentacyjnie obejrzał ozłocony grzbiet lewej dłoni, po czym stanowczym ruchem wysunął ją w kierunku paladyna. Obrócił wnętrzem ku górze, chcąc pomóc mu się podnieść. - Przysięgam, że póki oni żyją, możesz na mnie polegać.

Niebianin przyjrzał się nieskazitelnie białemu zagłębieniu szczupłej dłoni. Wyraźnie widząc wybrzuszające skórę grzbiety obrączki u nasady środkowego palca oraz obręczy opasającej przegub, bez wahania przypieczętował obietnicę mocnym chwytem.

- Estalavanesie, są to słowa wielkiej wagi, które przyjmuję i szanuję. - Książę skinął głową, puszczając chłodną dłoń półsmoka. Zgarniając krótkie złociste włosy w lewo przywiódł Estowi na myśl Cola, który podobnym, nieco gwałtowniejszym ruchem przerzucał ciemne pasma na stronę zawiłego tatuażu. - Tymczasem powinniśmy się posilić. Nasi towarzysze zapewne niecierpliwią się, a kolacja stygnie.

Nie przedłużając, Aarim przemierzył pokój i naglącym gestem otworzył drzwi. Est jeszcze chwilę mu się przyglądał, jakby zapamiętując każdy szczegół okrytej błękitem i złotem sylwetki. W końcu ruszył jego śladem i zakładając rękawiczkę wyminął niebianina, rozglądając się za schodami prowadzącymi do gwarnej, dusznej sali cuchnącej tłumem ludzi, alkoholem oraz smażeniną. Westchnął boleściwie i mając już serdecznie dosyć wszystkiego, błagalnie obejrzał się za towarzyszem obracającym klucz w zamku.

Aarima dręczyło niejasne poczucie, że nieoczekiwana rozmowa z Zaklinaczem Żywiołów odmieniła go zauważalnie. Estalavanes miał rację, dialog przynosił zdumiewające efekty, acz roztropny książę musiał ważyć słowa, by nie wypowiedzieć ich za wiele. Jego ród strzegł bowiem sekretów, jakich nie należało zdradzać nikomu. Wiedział, że czyni to z niego patologicznego kłamcę, lecz nic na to poradzić nie mógł. To brzemię zabierze ze sobą do grobu, jeśli nie przetrwa tego, co szykuje im los.

W pamięci znów rozbrzmiało mu pojedyncze, o niepokojąco obcym wydźwięku słowo: czuowiecy. Zrozumiałym dlań było, że jako potomek Saramarystyjskiej Obrończyni Estalavanes władał staromową. Wytłumaczalnym także byłby fakt, iż posługiwał się nią niczym pełnokrwisty smok, chociaż nie powinien, skoro był hybrydą. Skąd jednak znał dawne określenie rasy ludzkiej wyparte z użytku ponad trzynaście tysięcy lat temu? Czy ma to związek z tożsamością, o której wspominał, a której nie wykryła sonda mentalna? Umysł i esencja Estalavanesa były czyste, nieskalane wpływami z zewnątrz, natomiast artefakt nie wykazywał żadnej aktywności magicznej. Znaczyć to mogło, iż ten, którego nakazywał wystrzegać się Aanatur Założyciel, wciąż istnieje.

Istny fenomen na skalę Nowego Świata - skonstatował Aarim, udając się ku wyczekującemu nań chłopakowi. Na czyj żywot czyhasz, Zaklinaczu Żywiołów?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz