wtorek, 7 grudnia 2021

Jadąc na front...

     Ale pięknie wkomponował mi się utwór w sytuację ze Świata Wymyślonego. Nie będę opowiadała. Sami posłuchajcie.

    Oczywiście Marcus Warner💖


 

poniedziałek, 6 grudnia 2021

Urlop

     Pierwszy wolny dzień prawie za mną (tak, wiem, nie ma jeszcze dwunastej, ale otóż to, zaraz będzie). Praktycznie do tej pory niemal w całości spędzony na pisaniu, od godziny siódmej rano do jedenastej, w efekcie czego podczas czterech godzin napisałam czternaście stron szóstego rozdziału. I pisałabym dalej, gdyby nie obowiązki, zakupy, fryzjer etc. Tak, mając trzylatkę specjalnie biorę wolne, by wybrać się do fryzjera. To tak pół żartem, pół serio, uśmiechając się przez łzy.

    To się nazywa relaks. Słuchawki na uszach, znajome cztery ściany, świat wymyślony i przygody, jakich nie uraczę w ponurej rzeczywistości. Odpoczywam. Dokładnie w ten sposób się odstresowuję, relaksuję, wyciszam. Bardzo tego potrzebowałam po ostatnim tygodniu. Humor mi wraca. Podobnie entuzjazm. Naczytałam się mang i jeszcze kilka zalega na biurku w oczekiwaniu, w tym 32 tom Berserka. Mieszkając z rodzicami non stop słyszałam gadkę w stylu: wywal te głupie komiksy, dzieckiem nie jesteś. Albo: skończ grać w te durne gry, mądrzejsza od nich nie będziesz. Nauką lepiej się zajmij. I wiecie co? Durne gry nauczyły mnie spostrzegawczości, przyspieszyły moje reakcje i poprawiły koncentrację. Rozpaliły moją wyobraźnię i stały się inspiracją, podobnie jak głupie komiksy. Zero agresji. Agresja przychodziła w momencie, gdy zmuszona byłam wyjść do ludzi.

    Tępota, bezmyślność, egotyzm - tak opiszę swoje ostatnie obserwacje z przeludnionego marketu. Już po dziesięciu minutach spędzonych na przestawianiu cudzych wózków tarasujących przejazd oraz koszyków zostawionych między zatłoczonymi regałami i przepraszaniu ludzi godzinami kontemplujących prawdopodobną zawartość glutenu w bezglutenowym pieczywie doprowadzało mnie do szału. Fobia społeczna strzeliła w górę, uderzając pułapu początkowego stadium mizantropii. Tak, to była straszliwa sobota. Nie chcę tego powtarzać.

    Ale dziś jest poniedziałek. Wolny poniedziałek. Odpoczęłam od ludzi (do których znów muszę wyjść). Otworzyłam umysł i popłynęłam z weną. Nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć. Co lubić, a czego nie. Kogo kochać, a kogo nie. Z kim być, a z kim nie.

    Doprawdy, wkurwiają mnie płytkie osobowości, płaskie i odbarwione jak stare plamy zaschnięte na kanwie społeczności. Segregują ludzi dyktując swoje prawilności, a nawet dobrze śmieci posegregować nie potrafią. Autorytarne autorytety...

    Tak, kolejne spotkanie rodzinne za mną. Jak widać.

    A teraz z serii mojego samopoczucia:

    Bardzo dawno nie miałam kaca książkowego. Ale w sobotę ogarnęłam całą serię Nasze marzenie o zmierzchu i na koniec prawie się popłakałam. Jak rany... naprawdę zrobiło mi się przykro. A do tego po dziś dzień mam kaca książkowego i nie potrafię ruszyć Berserka...

🎵Game of Power - Iliya Zaki, Epic Score🎶

piątek, 3 grudnia 2021

Nowa odmiana

    Kwarantanna Paladynki trwała dziesięć dni. Wszyscy zdrowi. Nikt nawet nie smarknął (serio, nawet katar z jakim pachruść nie rozstawała się od września minął jak ręką odjął!). W praktyce dni siedem, nim przedszkole ogarnęło się w temacie i nas poinformowało o kontakcie z pozytywem. Dla mnie to i lepiej. I przyznam, że ten tydzień w znacznym stopniu odbił się na mojej psychice. Nie, nie miałam wolnego na dziecko. Nie, nie miałam nikogo do pomocy/opieki. Tak, praktycznie od rana do późnego wieczoru siedziałam z nią sama. Z nadaktywną trzylatką, wyjątkowo angażującą, absurdalną płaksą i wyjcem. Nie owijam w bawełnę, piszę jak jest. Nie będę rozwodziła się nad tym, jaki to mój bombelek słodki i cudowny, kiedy w ułamku sekundy potrafi przeistoczyć się w bestię z piekła rodem, przed którym nawet pies się chowa.

    Ale ja nie o tym.

    Zauważyłam, że znacząco wzrosła moja awersja do ludzi. Przez te siedem dni w zamknięciu, olbrzymim stresie oraz kompletnym braku rozrywki/relaksu/odpoczynku pogłębiła mi się fobia społeczna. Nie mam absolutnie żadnej ochoty rozmawiać z ludźmi. Unikam ich jak mogę, nie licząc interakcji społecznych wymaganych przy zakupach bądź w pracy. Jak tak myślę, to najwięksi psychopaci powierzchownie przecież byli miłymi, uśmiechniętymi ludźmi, na co dzień uprzejmymi i nie rzucającymi się w oczy. Cóż, chyba zaczynam ich rozumieć. Ich megawkurw sięgnął granicy. Zatem aby tego uniknąć, muszę wejść w tryb tumiwisizmu.

    Jakby tego było mało, w pracy zaczął się najbardziej hardkorowy okres, który pociągniemy tak do połowy stycznia. Nie należę do grona pracoholików, ale specyfika mojego stanowiska wywiera na mnie pewnego rodzaju presję, szczególnie że jestem odpowiedzialna za naprawdę wiele tematów jakimi zajmuję się w pojedynkę. Owszem, po części sama jestem sobie winna, mogłam wziąć opiekę, ale wystarczy, że nie ma mnie dwa dni, a moja skrzynka mailowa pęka w szwach. Niedawno świętowałam konkretny awans. A poza tym mam tak wspaniałą przełożoną, że resztka sumienia chyba by mi nie darowała. Więc skoro i tak pracuję zdalnie, a wyrozumiałe szefostwo wiedziało w jakiej jestem sytuacji, to... zagryzłam zęby i dawaj, przeżyję. Ale chyba się przeliczyłam. No i mam, co chciałam.

    Na dodatek znikąd pomocy. Teściów i rodziców nie prosiłam o pomoc co by ewentualnie nie pozarażać, szczególnie że mojego ojca w zeszłym roku ledwie wyratowali. A Neth... cóż, on wybywał do pracy już po siódmej (kiedy Paladynka wstawała), choć miał na dziewiątą i wracał przed osiemnastą (zanim położyła się spać). Zajebiście. Taki to pożyje. Jest świadom, jak bardzo mi tym dołożył.

     Tak więc jeśli czujecie się olani/odrzuceni/odepchnięci czy zapomniani - przepraszam, ale nie zachowuję się tak dlatego, że was nie lubię. Robię to po to, żeby poskromić negatywne uczucia jakie się we mnie gotują. I staram się jak mogę odzyskać entuzjazm oraz pozytywne nastawienie do życia. A na horyzoncie spotkania w gronie rodzinnym... i, o zgrozo, święta Bożonarodzeniowe.

    P.S. Jeszcze raz usłyszę, że "Dzieciątko komuś coś przyniesie", to naprawdę zrobię komuś krzywdę... albo bardzo głośno i wymownie westchnę, tak żeby słyszeli wszyscy przy stole.

  

🎵Colliding Worlds - Mark Petrie🎶