Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Regeneracyjny sen bez snów i - co
ważniejsze - bez koszmarów, był dokładnie tym, czego Estalavanes potrzebował. Teraz
łagodnie wybudzał się z odprężającej drzemki, z wolna wracając do posępnej
rzeczywistości, której adekwatnym odwzorowaniem były kamienne, surowe mury
garnizonu w Adeili.
Zwrócony
twarzą do ściany wsłuchiwał się w ledwie słyszalne dźwięki otoczenia: miarowe
stukanie mżawki o zewnętrzny parapet, suchy trzask ognia pochłaniającego
szczapy drewna, wizg wiatru przeciskającego się szczelinami ościeżnic... oraz
rytmiczne głuche stuknięcia, których nie potrafił zidentyfikować. Zaintrygowany
szerzej rozchylił powieki i zamrugał kilka razy, by odgonić resztki snu. Ze
skrzypieniem starego łóżka przekręcił się na prawy bok, a jego oczom ukazał się
iście niecodzienny widok.
Colonell
siedział na jedynym krześle w celi, tuż przy jedynym źródle światła w postaci dogasającego
kominka, i z przymkniętymi powiekami podrzucał nieduży nożyk. To głowica
wydawała ten dziwny stłumiony odgłos przy uderzeniu we wnętrze dłoni, która błyskawicznie
podbijała ją z powrotem w górę. Est z fascynacją obserwował jak błyszczące
ostrze obraca się w powietrzu i spada tępym końcem w dół, w pełni kontrolowane przez
wprawnego najemnika.
Niegdysiejszego złodzieja, poprawił się w myślach. Zupełnie
niepotrzebnie, jako że nie miało to już najmniejszego znaczenia.
Zahipnotyzowany,
wpatrzony w ten mały spektakl Est leżał bez ruchu, by nie dać po sobie poznać,
że się obudził. Nie chciał przypadkowo zakłócić niebezpiecznego tańca ostrego
noża i zręcznej ręki, choć zapewne trzeszczenie drewnianej ramy zdradziło
moment jego przebudzenia. Mimo to Col zdawał się pogrążony w przemyśleniach tak
głębokich, że na nic nie zwracał uwagi. Poprawka: ustawicznie czujny przodownik
zwracał uwagę na wszystko wokół, niemniej przy białym elfie czuł się na tyle
bezpiecznie, by nie reagować w sposób natychmiastowy.
Coraz
bardziej zaciekawiony chłopak zastanawiał się, o czym rozmyślał przyjaciel.
Chciałby go o to zapytać, ale nie mógł wydusić z siebie słowa, dlatego też
ograniczył się wyłącznie do obserwacji. Wtem lodowaty strach, pojawiwszy się
nie wiadomo skąd, przeszył jego duszę, wypierając zeń wszelkie pozytywne
emocje. Znów oglądał bestialską śmierć ukochanego człowieka, lecz najgorsza była
świadomość, że to on sam był oprawcą, katem i mordercą. Nawet jeśli wizje były mającą
go złamać fikcją, to boleśnie powoli uświadamiał sobie okrutną prawdę, o której
mówił niebianin: ich długowieczność to przekleństwo, zmora egzystencji. Jeżeli
cudem przetrwają to, co zgotuje im Śniący na południu, to i tak przeżyje
ludzkiego partnera o całe lata, albo i stulecia. Utraci go na zawsze. Będzie
patrzył jak marnieje i usycha, więdnie niczym najpiękniejszy kwiat, którego
czas rozkwitu minął bezpowrotnie. Dla niego będzie to przelotna chwila, mignięcie,
zaledwie skurcz serca. I zostanie sam z poczuciem nieodżałowanej straty, rozdzierającymi
wspomnieniami oraz pustą tęsknotą, której nic już nie wypełni...
Est
bezwiednie usiadł na szeleszczącym posłaniu i przecierając nadgarstkiem sklejone
rzęsy, odgonił napływające do oczu łzy. Nie odrywał spojrzenia od miłości
swojego życia, od spokojnego profilu pełnego niedoskonałości oraz skaz zamaskowanych
pod krótkim, gęstym zarostem i płowiejącym barwnikiem tatuażu. Naraz zapragnął
wtulić się w niego jak bezbronne dziecko poszukujące miłości, ciepła oraz
bezpieczeństwa. Bał się. Przerażały go myśli i emocje, z którymi sobie nie radził.
Był zagubiony, a sprzeczne uczucia targały nim niby chorągwią na wietrze. Sam
już nie wiedział gdzie leży prawda, a co jest wytworem jego chorej, wypaczonej
wyobraźni. I nie dowie się, jeżeli nie poczuje tej unikalnej więzi, która z
dwóch dusz uczyniła jedną.
Nic
nie było w stanie go powstrzymać, kiedy zsunął nogi na zimny kamień posadzki i
bezgłośnie jak podchodzący zwierzynę drapieżnik na palcach ruszył w kierunku
człowieka.
Zafrasowany
zwiadowca nie przewidział ataku półsmoka, który bezszelestnie wskoczył mu się
na kolana. Żeby uchronić dzieciaka przed przypadkowym skaleczeniem wyrzuconą w górę
bronią, Colonell złapał nóż na chybił trafił, najszybciej jak zdołał i ostrze
wgryzło się w zaciśniętą kurczowo dłoń. Z wulgarnym sykiem szarpnął ramieniem w
bok, a felerny pocisk z brzękiem odbił się od podłogi, klingą krzesząc iskry.
Oddech mężczyzny, przyspieszony zaskoczeniem oraz szczypiącym bólem, owionął upiornie
białą twarz chłopaka. Skaleonie oczy o rozszerzonych źrenicach wyglądały niesamowicie
w roztańczonej łunie ognia, gdy Col przyjrzał się mu, trzymając krwawiącą rękę
z dala od nich obu. Zerknął szybko na ranę i stwierdzając, że jest
powierzchowna, skupił się na dzieciaku.
Wyraźnie
było coś na rzeczy, o czym świadczyło jego skrajnie nieodpowiedzialne postępowanie
oraz żar bijący z wątłego ciała, grzejący mocniej niż płomienie w kominku. Postawa
kochanka, jego najlżejszy nawet gest wyrażały to, czego mężczyzna nie
spodziewał się usłyszeć z białych ust.
Musiał
przerwać tę ciszę, inaczej straci nad sobą panowanie.
-
Jesteś ty przytomny, dzieciaku? – warknął. - Prawie zrobiłem ci krzywdę tym
nożem! Branie zwiadowcy Niedźwiedzi znienacka to jedna z najszybszych metod wyprawiania
się w Pozaświat!
-
Przepraszam, Col – wyszeptał na wydechu Est. Jego jaskrawozielone tęczówki
stały się cienkimi krążkami opasającymi olbrzymie źrenice. - Sądziłem, że
ciebie nie da się zaskoczyć.
-
Zakradłeś się do mnie jak polujący kocur, cichszy niż szczur przemykający za
ścianą - wytknął mu najemnik, spoglądając na sączącą się spomiędzy palców krew.
Niespiesznie kapała na posadzkę, maleńkimi bryzgami barwiąc wytarty chodnik. -
Co się z tobą dzieje, Esti? Najpierw zmysłowo zmuszasz mnie do uległości, potem
rzucasz mi się przy wszystkich na szyję, a teraz wskakujesz mi na kolana jak
rozochocona kotka. Dotychczas byłeś bardzo zachowawczy.
Białe
dłonie o ciepłych palcach zamknęły się po obu stronach twarzy mężczyzny. Drżący
w gorączce wzrok muskał ciemnozielone oczy, nieśmiało zaczepiając okolone brodą
wargi.
-
Tak, zachowawczy, to… to trafne określenie – westchnął Est. - Ale teraz wiem,
że czas to nasz największy wróg. I nie chcę żałować ani sekundy. – Zagryzł
zęby, z lekka obnażając kły i wreszcie wykrztusił to, co boleśnie uciskało mu
krtań. - Boję się, Col. Nigdy dotąd tak się nie bałem. Życie pośród ludzi,
smok, ani twój ojciec nie wywołał we mnie tak dojmującego, pierwotnego strachu
jak… jak to.
-
Czy “to” ma związek z waszą dzisiejszą eskapadą? Paladyniec coś ci zrobił?
-
Nic mi nie zrobił. Pokazał tylko to, o czym rozmawialiśmy zeszłej nocy. Ujawnił
prześladowcę. To było koszmarne przeżycie, Col, groza w najczystszej postaci. –
Est puścił go. Skulił się, odruchowo wczepiając w bluzę i przykładając skroń do
bijącego kojąco serca. - Ujrzałem rzeczy, jakich nie chciałem zobaczyć. I nie
wymażę ich już z pamięci - kontynuował niskim, łamiącym się tonem.
Brzmienie
głosu Estiego wzbudziło w przodowniku niepokój i współczucie tak bezmierne, że
zrobiło mu się żal tego zagubionego dzieciaka. Wstrząsające zdarzenie
niewątpliwie złamało w nim wszystko to, co niestrudzenie pielęgnował przez
ostatni rok pod ojcowskimi skrzydłami Maga, pozostawiając go na pastwę
destrukcyjnych myśli.
Stary
Zrzęda znów miał rację. Szczęśliwie opuścili Twierdzę Niedźwiedzi, być może już
na zawsze, lecz była także druga, znacznie mroczniejsza strona monety rzuconej im
przez Handlarza Fortuny: mogli tej podróży nie przetrwać. Nie dotrą do
Aneil’Aranth, jeśli Estiego opuści wola walki, zwątpi we własne możliwości i
podda się w nieodpowiednim momencie. A rolą Cola, jako opiekuna, było
uchronienie tego rozstrojonego chłopca przed zupełnym rozbiciem na kawałki. Był
pewien że potrafi to zrobić i nie musiał się o tym przekonywać, gdyż jego
chłodny, logiczny umysł szedł w zgodzie z pałającym miłością sercem.
Nie
zważając na ranę czule objął dzieciaka.
-
Esti, jestem tu razem z tobą, to były omamy – szeptał uspokajająco. - Miały cię
rozstroić, osłabić, pogrążyć. Ale już jest dobrze. Jesteśmy razem i nic nas nie
rozłączy. Ciii, jest dobrze.
Przodownik
wsparł brodę na głowie chłopaka i pogładził jego ramię wierzchem skaleczonej
dłoni. Nie miał pojęcia co dzieciak zobaczył, prawdę mówiąc wcale nie chciał
tego wiedzieć. Ale żywił nadzieję, że to coś nie zesłało mu wiarygodnych przebłysków
przyszłości, tylko brutalnie i bezlitośnie bawiło się jego bujną fantazją.
-
Zabiłem cię, Col…
-
Nonsens, dzieciaku! Już prędzej zestarzeję się i wyłysieję.
Colonell
spróbował obrócić to w żart, lecz wyznanie Estiego tak go oszołomiło, że
zabrzmiał stanowczo zbyt fałszywie. Nie wierzył w to. Jak w mordę strzelił była
to bujda! Ale niepewność nadal wwiercała się w serce, zwłaszcza że od dnia
przebudzenia bransolety chłopak jakby nie był sobą.
-
Esti, posłuchaj mnie. Każdy kiedyś umrze, jasne? To tylko kwestia czasu,
ewentualnie niefortunny bieg wypadków. Teraz mamy siebie, żyjemy i nie ma sensu
dywagować nad tym, co przyjdzie. Tak? - Odsunął od siebie roztrzęsionego półsmoka
i zajrzał mu głęboko w oczy. Ten tylko pokiwał głową, nieufny wobec zapewnień
człowieka. - Tymczasem przespałeś kolację. Paladyniec kazał mi zabrać coś dla
ciebie, ale i bez jego cholernych poleceń bym to zrobił, więc śmiało, częstuj
się. Jest na stoliku. - Skinieniem zarośniętego podbródka wskazał na mały mebel
przy łóżku. - Gdyby było niesmaczne na zimno, możesz je przygrzać tym swoim
popisowym numerem. Szlag, jednak trochę cię okrwawiłem.
Nie
zdążył cofnąć ręki, kiedy Est chwycił go za przegub i przyciągnął ranną dłoń do
swojej twarzy. Z powagą obejrzał pionową linię o idealnie gładkich brzegach, z
której wyciekała jasnoczerwona ciecz. Bez namysłu przysunął ją sobie do ust i
ostentacyjnie zlizał żelaziście słodką krew. Chowając szkarłatny język,
koniuszkiem ubrudził jeden z długich kłów. Czynił tak z każdą kolejną kroplą,
aż w końcu krew przestała wypływać. Wówczas przeniósł spojrzenie na Cola,
którego tatuaż ledwo się wyróżniał na tle oblanego rumieńcem policzka.
-
Esti… Prowokujesz mnie, a jutro czeka cię cały dzień w siodle... – głos Cola
wibrował zmysłowo jak trącona struna. Oddychał płytko, co było pierwszą oznaką,
zaledwie kamykiem dającym początek potężnej emocjonalnej lawinie. - Nie
wysiedzisz.
-
Pozwól, że sam o tym zadecyduję.
Est
zmrużył powieki i przytulił jego dłoń do policzka. Opanował chęć łaszenia się do
niej z uwagi na niezagojone przecięcie - już sama bliskość sprawiała mu niemałą
przyjemność. Koiła ból, pomagała rozpoznać rzeczywistość i chociaż Col nie był jedynym
człowiekiem, którego dotyk zaakceptował, to i tak wciąż był tym wyjątkowym,
którego pożądał.
-
Proszę bardzo, dzieciaku, decyduj, ale to droga w jedną stronę. Nie ma odwrotu.
-
Nie zamierzam patrzeć w tył.
-
Jeszcze się okaże, ile razy spojrzysz dziś w tył…
Col
przygarnął go do siebie i nakłaniając, by usiadł na nim okrakiem, chwycił za
spód jego koszulki. Zadraśnięcie zapiekło, lecz wystarczył jeden płynny ruch,
by skąpana w miękkich refleksach skóra należała do niego. Nieświadomie marszcząc
brwi potarł dwie zszarzałe, podłużne wypukłości na lewym boku kochanka.
-
Moja skóra nie jest już tak nieskazitelna, prawda? – spytał Est, opacznie
rozumiejąc grymas Cola. - Nie podobam ci się taki?
Przygnębiony
odwrócił wzrok w kierunku ognia. Nagle skrępowany własną nagością zapragnął
założyć rzucony na podłogę bezrękawnik. Zupełnie jak dawniej. Jedno
nieprzemyślane słowo, niewłaściwy gest i gotów był wycofać się do azylu
zbudowanego wewnątrz siebie, by przeczekać najgorsze.
Col
ujął go pod brodę, zachęcając do spojrzenia w swoje szczere oczy.
-
Dla mnie jesteś cudowny, Esti. Ale ten skurwiel napiętnował cię na całe życie.
Doprowadza mnie to do szaleństwa, bo przypomina o mojej porażce. - Palcem szturchnął
zgrubienie w zagłębieniu szyi. - Szczególnie ta tutaj.
Est
złapał osłonięty rękawem bluzy nadgarstek i przytrzymał jego rękę.
-
Ta blizna jest świadectwem, że wyłącznie dzięki tobie jeszcze oddycham. Gdybyś
nie zjawił się na czas, Aarim dokończyłby dzieła. Jesteś moim obrońcą, Col.
Skoro żyję, znaczy to, że nie poniosłeś porażki.
-
Przysięgałem na swoje życie, że nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić! A tu trzy
rany w jeden dzień... - Smagły mężczyzna zdrową dłonią powiódł po wygiętych w
łuk plecach półsmoka, nierównościach mięśni, łopatek i żeber. Osobno gładził
każdy wyczuwalny kręg jakby sprawdzał, czy wszystkie są na swoim miejscu. - Dla
mnie była to całkowita porażka, Esti.
-
A dla mnie moment, w którym zrozumiałem, że to ty trzymasz mnie przy życiu. Jak
tej nocy, kiedy… kiedy przestałem być sobą.
-
Sam sobie generujesz problemy, Esti.
Col
musnął ustami policzek chłopaka. Poczuł jedwabistą gorącą skórę i woń żaru. Nie
miał pewności czy to z winy kominka, czy tłumionego podniecenia, ale wręcz
parzyła. Przytknął wargi do białego czoła. Było równie rozpalone.
-
Nie przeziębiłeś się przypadkiem podczas tarzaniny w błocie? – zaniepokoił się.
Spojrzenie,
jakie posłał mu Est, wbiło go w oparcie. Naiwnie sądził, że zna już każdy wyraz
tej pięknej twarzy, lecz partner nie przestawał go zadziwiać. Przełknął ślinę i
odetchnął ciężko. Chciałby zerwać kontakt, uniknąć go za wszelką cenę, ale nie umiał.
Chłopak nie gorączkował. To był jego wewnętrzny ogień - emanował z niego i unosząc
się dokoła z iskrzącym migotaniem, spowijał ciemną skórę nie czyniąc jej szkody.
A te oczy… Oczy Estiego miały identyczny kolor jak wtedy. Żywy pomarańcz ulatujący
niczym dym z oczodołów zastąpił soczystą zieleń tęczówek i nieprzeniknioną
czerń źrenic. Jak gdyby stał się manifestacją ognia równie niszczycielską i
niepowstrzymaną co sam żywioł.
-
Esti… wszystko dobrze?
Est
mrugnął leniwie, pozostawiając w kącikach oczu smugi blaknącego oranżu. Był
rześki i wypoczęty, dlaczego więc Col pytał go o tak oczywistą sprawę? Och,
przecież nie mógł dojrzeć rozgrzewającego Ornamentu Zaklinacza skrytego pod
wytartą rękawiczką. Ani wyczuć, jak jego umysł zespala się w jedno z
osobowością chcącą wieść prym w nadciągającej chwili uniesienia.
-
Czuję się wspaniale. - Est posłyszał echo własnych myśli, odległe i wprawiające
powietrze w drgania. Uśmiechnął się, odsłaniając cztery lśniące kły. - Lepiej
niż kiedykolwiek, Col.
Zsunął
się z kolan mężczyzny i oddalił w stronę splamionego krwią noża spoczywającego
na kamiennej posadzce. Podniósł go, obrócił w palcach oglądając uważnie i spojrzał
z ukosa na człowieka.
-
Esti? - Przodownik ostrożnie wstał z krzesła. Ostatnie jego spotkanie z… nie
wiedział właściwie z kim lub z czym, skończyło się tragicznie. Ale więcej się
nie powtórzy. - Jesteś tu?
-
Owszem – odparł chłopak zdawkowo.
Esti
nijak nie przypominał przerażonego dzieciaka sprzed chwili. Coraz bardziej
zmieszany Col dostrzegł nikły poblask wydostający się spod czarnej skórki
osłaniającej lewą dłoń. Artefakt pulsował. I dostrajał się do bursztynowego
blasku, jaki roztaczały gorejące ślepia.
-
Popatrz na siebie, dzieciaku. Wyglądasz jakbyś miał stanąć w płomieniach.
Iskrzysz... - Nadstawił ucha, lekko przechylając głowę. - A trzeszczenie nie dobiega
z paleniska. Co ci jest?
Strach
zaglądał w szeroko otwarte oczy mężczyzny, lecz mocne postanowienie i
determinacja zatrzymały go w miejscu, gdy nagi od pasa w górę półsmok podszedł
do niego niespiesznym krokiem. Nawet się nie spostrzegł, kiedy Est wcisnął mu w
rękę niewielką rękojeść noża i owinął jego palce wokół niej, nakrywając je
własnymi. Biała skóra była gorąca, a on był zbyt zamroczony, by zareagować.
Bezmyślnie gapił się na odbijające światło ostrze, nie chcąc patrzeć w
wykrzywione uśmieszkiem oblicze niepoczytalnego kochanka.
-
Nic mi nie jest, Col. Jestem sobą. Prawdziwym sobą. Nie muszę się ukrywać, ani
nikogo obawiać. Nic już nie muszę. Bo mam ciebie. - Est ostatni raz zacisnął
dłonie na chłodnych palcach człowieka i puścił, stawiając krok w tył. - Zostaw
mi zatem ślad po sobie. Na wieczność! - Rozłożył ramiona, wystawiając się na
cięcie. - Niech stal i ogień wytrawią na mej skórze niewolnicze piętno, tak jak
twoja miłość zahartowała w mym sercu wiekuiste okowy.
Mijały
sekundy i nic się nie działo. Est z fanatyczną intensywnością wpatrywał się w
ukochanego mężczyznę, jednakże ten uparcie wlepiał spojrzenie w ściskany nóż.
Niedowierzanie i osłupienie malowały się na wytatuowanej twarzy. Aż wreszcie Col
zebrał się na odwagę.
-
Do reszty cię popierdoliło?! - wrzasnął na zdurniałego szczeniaka.
Gwałtownie
zmienił chwyt na rękojeści noża i bez patrzenia cisnął nim w drzwi. Ostrze ze
świstem przecięło powietrze, z łupnięciem wbijając się w starą dębinę. Złocista
mgiełka wydobywała się z drżącego kawałka stali na podobieństwo wstęg tlącego
się kadzidła. Wściekły przodownik spiorunował wzrokiem znieruchomiałego Esta.
-
Miałbym cię skrzywdzić, żeby zostawić jakiś pierdolony ślad?! Wziąłeś to aż tak
dosłownie?! I żeby była jasność, nie jesteś niczyim niewolnikiem! Skąd ci się
to w ogóle wzięło?!
Rozjuszony
Niedźwiedziogrzywy prawie krzyczał. Nie orientował się co konkretnie zaszło,
ale odniósł wrażenie, jakby coś przymuszało go do spełnienia masochistycznego
życzenia Zaklinacza Żywiołów. W jednej chwili jego zmysły płonęły, w następnej
zimny gniew ostudził żądzę. Przed momentem tracił kontrolę nad sobą, w obecnym miał
się na baczności. Ta nagła niestabilność wyprowadziła go z równowagi!
Est
jakby go nie słuchał. Obejrzał się na nóż wbity w drzwi, po czym umyślnie
powolnym ruchem głowy przekierował na niego płonące wejrzenie. Tajemniczy
uśmiech nie schodził z jego ust, kiedy stanął naprzeciwko Cola. Był nieco
niższy od człowieka, choć otaczająca go aura mocy sprawiała, że zdawał się
wyższy.
Mężczyzna
bez cienia lęku odwzajemniał spojrzenie tak długo, jak było to konieczne. Nie
wzdrygnął się, gdy gorąca dłoń przesunęła się wzdłuż jego szczęki. Nie skrzywił
się, kiedy eteryczny płomień przemknął mu przed nosem. Przełknął ślinę, pomału tracąc
rezon. A oliwy do przysłowiowego ognia dolało niewinne pytanie
niezrównoważonego chłopaka.
-
Col, czy ty naprawdę mnie kochasz? Czy kochasz tylko tę jedną część mnie, tę
słabą, wiecznie zalęknioną i niepewną, tę, która wątpi we wszystko i
wszystkich? Kochasz mnie, czy też kochasz świadomość, iż masz kogo chronić,
ratować, bronić przed krzywdą? Zdradź mi, kogo Colonell Niedźwiedziogrzywy
kocha bardziej: mnie czy siebie?
Zdezorientowany
tak postawionym pytaniem człowiek otworzył usta, lecz żadne słowa nie opuściły
jego krtani. O co mu chodziło? Przecież to Estiego kocha najbardziej! Uroczego,
bezradnego, wycofanego dzieciaka, który świata poza nim nie widzi…
Zaraz.
-
Esti…
-
Ciii. – Biała opuszka zamknęła rozchylone śniade wargi. - Chcę usłyszeć
odpowiedź płynącą z twojego serca, nie rozumu. Niedawno pragnąłeś mnie całego,
a teraz obawiasz się mnie. A ja wciąż jestem tym, kogo rzekomo kochasz, kogo
kochałeś ostatniej nocy, kogo kochałeś wszystkie poprzednie razy. Tym, o kogo
dbasz i troszczysz się. Tym, który chce kochać ciebie tak, jak jeszcze nikogo
nie kochał.
Gorące
ramiona oplotły smagły kark, wywołując gęsią skórkę. Nieszkodliwe iskry gasły z
cichutkim syczeniem przy krótkich uszach, gdy usta tuż przy ustach zastygły wyczekująco.
Młody mężczyzna nigdy przedtem nie pogardził ani nie przepuścił nadarzającej
się szansy do folgowania zachciankom, lecz od spotkania Estiego wszystko się zmieniło.
Nie wiedział czy była to kwestia współczucia i zauroczenia tą poszkodowaną
istotką, czy może jednak instynktownie wyczuwał w nim siłę, za którą z własnej
woli podążał. Ten, który stał teraz przed nim, mógł być tą właściwą, dotąd utajoną
tożsamością chłopaka. A jeśli obaj są właściwymi? Spójną całością podzieloną z
niewiadomych przyczyn?
Kurwa,
o czym on w ogóle myśli?! Przecież to idiotyczne! Esti już dawno temu
wspominał, że coś się w nim obudziło pod nieobecność ulubionego człowieka, a on
głupi zbagatelizował to, nie dociekał, nie próbował zrozumieć. Zaniedbał to, co
było najistotniejsze. I być może właśnie płacił najwyższą cenę za swe
niedopatrzenie.
Bez
wahania objął chłopaka w pasie, lekceważąc zmiany w jego aparycji. To nadal był
ten sam dzieciak poznany rok temu. Ten sam, żaden inny.
-
Nie jesteś potworem, Estalavanesie – wyrzekł te słowa z przekonaniem, tak jak
prosił chłopak, nie tylko rozumu, ale i serca. - Kocham cię bez względu na to
czy wypłakujesz mi się w ramię, czy płoniesz gniewem. Bo jesteś sobą. Jednym z aspektów
siebie samego. Nowo odkrytą częścią siebie, z którą dopiero znajdujesz wspólny
język.
Czarne
brwi powędrowały w górę, a uśmiech poszerzył się, kiedy Zaklinacz Żywiołów otrzymał
satysfakcjonującą odpowiedź. Został zaakceptowany. Jego odmienność, druga
obecność, została przyjęta. I dołoży wszelkich starań, aby te przeklęte wizje
wypalające się w wyobraźni nigdy się nie ziściły. Znajdzie sposób na
przedłużenie żywota ukochanego. To było możliwe, wszak alchemia to jego domena.
I już nie będzie sam. Już nigdy nie będzie sam....
Widmo
płomieni otoczyło człowieka w chwili, gdy Est pociągnął go ku sobie. Parę
kroków w tył i obaj runęli na twardy materac, gdzie łowca musiał podeprzeć się
rękami, by nie spaść całym ciężarem na szczuplejszego chłopaka. Był wykończony
emocjonalnie, lecz to zmysłowe ciepło przenikające bluzę i łaskoczące skórę
dodawało mu nowej energii. Est wycofał się w głąb wąskiego łóżka, a Col
wykorzystał ten moment, by pozbyć się górnej partii odzienia i oddać pełni
działania przedziwnego czaru. Obawiał się tego co nastąpi, ale to był Esti,
jego ukochany Esti. W nieco zmienionej odsłonie, lecz wciąż on. Lubił jego
subtelne przejawy agresji, więc czemu odczuwał teraz onieśmielenie jego osobą?
Nieraz już go zaskoczył, więc kto wie czy te dwie osobowości nie przeplatały
się ze sobą częściej niż przypuszczał?
Zniecierpliwiony
Est przyciągnął go do siebie. Głodne opuszki muskały każdy dostępny kawałek
nagiej ciemnej skóry, płonące oczy śledziły zwinne palce uwieczniając żywą
scenę w pamięci, zacierając ostatnie wydarzenia i tworząc nowe wspomnienia. Jego
oddech był miarowy i spokojny, gdy podziwiał piękno męskiej sylwetki rysującej
się w poświecie wydzielanej porami jego własnej skóry; płomieni pożądania - cóż
za wyświechtana, jakże w ich przypadku słuszna metafora.
Przesycone
ogniem spojrzenie zwróciło się ku człowiekowi. Przydymiony szmaragd tęczówek,
czerń barwnika oraz jasny brąz cery poznaczonej cieniutkimi bliznami były tak
blisko, że czuł jego tchnienie na policzkach.
-
Nie będę patrzył w tył, Col – wyszeptał. Języczki ognia rozpierzchły się przed
jego oddechem. - A jeśli już, to tylko po to, by nie popełniać tych samych
błędów.
-
Nie byłbym tego taki pewien, Esti. I zaraz sam się o tym przekonasz...
Zwiadowca
podchwycił zadziorny komentarz i zripostował go odważnym pocałunkiem. Już się
nie bał. Związał się z żywiołem, więc teraz jedyną drogą, jaką mógł obrać, było
pójście na żywioł nie tylko w przenośni. Niech go spali, przynajmniej umrze spełniony.
Całym
sobą przycisnął chłopaka do rozkopanej pościeli i rękoma objął jego głowę, nie
pozwalając mu uciec. Długie nogi smukłego kochanka oplotły jego pośladki, dłonie
paznokciami zadrasnęły grubą skórę pleców. Duszący zapach żaru wnikał w
rozedrgane nozdrza, a na języku Estiego czuł charakterystyczny ostry smak. Zachwycające
ciepło rozluźniło napięte mięśnie, co było fantastycznym, niepowtarzalnym
doznaniem. Zjawiskowość ta czyniła z zaklinacza obiekt, na punkcie którego
oszalał bez reszty, zatracając się całkowicie. A gdy nieokiełznana namiętność
wybuchła, roztrzaskała się w obrazie tego, co opętało ich umysły i serca. I
Colonellowi wcale to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, nadawało ich
zbliżeniu pikanterii.
Zdławiony
jęk uleciał z gardła Esta, kiedy ludzkie wargi odnalazły wrażliwy płatek ucha, zaraz
kąsając szyję i liżąc czubkiem języka obojczyk. Chłopak doświadczał wszystkiego
dwukrotnie mocniej niż zazwyczaj, jako że rozdzielał się na wrażenia cielesne i
duchowe osobno. Każda pojedyncza pieszczota czy efemeryczne muśnięcie docierały
do niego w dwójnasób, skutkowały krańcowo różnymi, jednakowo upojnymi
doznaniami. Było ich dwóch, choć posiadali jedno ciało. Jeden był prastary i
światły, natomiast drugi młody i niemądry. I tylko ta jedna chwila łączyła ich w
kompletną całość, jak gdyby pierwszy był duszą, a drugi ciałem; obaj
doświadczali tego samego, lecz w zupełnie odmiennych, uzupełniających się wymiarach.
Est
drżał spazmatycznie pod mężczyzną, którego dotyk wydawał mu się rozpalającą do ekstatycznej
białości torturą. Niejednokrotnie ból towarzyszący ich miłości uzasadniał niemoralnością
sytuacji, karą za związek wbrew naturze, ale teraz zrozumiał, że nie było w tym
nic, za co natura czy cokolwiek innego miałoby go karać. Chodziło raczej o przyzwyczajenie
do fizycznej ingerencji. A blado-pomarańczowa mgiełka w dużej mierze mu to
ułatwiła.
Skoncentrowany
na zdwojonych wrażeniach zignorował bezczelność partnera, który niespodzianie
rozwiązał troki jego czarnych spodni i ciągnąc je w dół, zuchwale podrażnił
językiem najczulszą końcówkę uwolnionej, naprężonej męskości. Skala
przyjemności sparaliżowała Esta. Wkrótce jednak zażenowany zasłonił niedostrzegalnie
pociemniałą twarz ramieniem, dłonią w rękawiczce usiłując odwieść Cola od
czynności miażdżącej resztki jego pogwałcanej godności. Nie uzyskawszy upragnionego
rezultatu porzucił zamiar, ulegając nieobyczajności chutliwego łowcy. Wzbierająca
w lędźwiach rozkosz, wilgotny ruchliwy język oraz gorące usta otaczające pulsujący
członek zajmowały go całego, rozpraszając natrętny wstyd. Był odurzony i niewyobrażalnie
podniecony. Czuł, że wytryśnie - lada moment! Odchylił się, aż zgrzytnęły zaciśnięte
kły. Wyczekiwał tego z dziwną mieszaniną wściekłości i ekscytacji,
zniecierpliwienia oraz słodkiej frustracji...
Srogo
się przeliczył. Colonell uczynił coś niewybaczalnego, pozostawiając go niezaspokojonego
na granicy wytrzymałości!
Zadowolony
z siebie mężczyzna zajrzał w nadąsaną twarz kochanka i schylił się, lecz Est uciekł
przed próbą pocałunku tłumacząc się tym, co wargi mężczyzny wyprawiały z częścią
jego ciała, o której nawet nie chciał myśleć w tych kategoriach.
Col
uśmiechnął się rozbrojony. Z kłębowiska czarnych włosów spozierało ku niemu
lekko uchylone oko. Wyglądało tak zwyczajnie, jak zwyczajnie wyglądać może oko dzikiego
kota wpasowane w uroczo niewinne oblicze młodziutkiego białego elfa.
Jasnozielona tęczówka z kontrastująco czarną źrenicą wewnątrz z wyrazem
niewysłowionej urazy wpatrywała się w niego, jakby domagając się przeprosin.
Widmowe płomienie wraz z roziskrzonymi ognikami wygasły, znikając bez śladu.
-
Zrobimy to razem - szepnął przepraszająco Colonell. Ciemnozielone oczy
błyszczały figlarnie, kiedy wstał z łóżka i podszedł do jednej z toreb
upchniętych w kącie niewielkiej celi.
Wciąż
zagniewany Est przetoczył się na brzuch, czego zaraz pożałował, odczuwając drętwiejący
ból w kroczu. Pomimo tego szedł w zaparte, udając rozczarowanego. Popatrzył na ręce
Cola i domyślił się, czego ten szuka.
-
Już zawsze będziesz… będziemy potrzebowali “poślizgu”? – burknął. Puchowa
poduszka zniekształciła jego schrypnięty głos, gdy wbił w nią żałośnie
ekspresyjną twarz. - Jak rany…
-
Niekoniecznie, Esti - odpowiedział niefrasobliwie Col, wracając ze słoiczkiem w
śniadej dłoni. Odkładając pojemniczek z cenną zawartością na wymiętą kołdrę, poluzował
klamrę pasa ze sztyletami, zręcznie ją rozpiął i odłożył zabezpieczoną broń
poza ramy łóżka. Potem pozbawił spacyfikowanego chłopaka spodni i bielizny, nie
zapominając także o swoim przyodziewku. - Niebawem twoje ciało przywyknie i
zacznie reagować stosownie do okoliczności, musimy tylko poćwiczyć.
Zdenerwowany
Est wcisnął czoło w poduszkę w oczekiwaniu na zimny dotyk w miejscu najmniej
towarzyskim. Nie chciał ciągnąć tego tematu, ponieważ wszystko co mówił Col,
okropnie go krępowało. Ludzki zwiadowca był w tej dziedzinie doświadczony, ot,
zwykła czynność do jakiej nawykł w ciągu lat praktyki. Co miał powiedzieć chłopak,
dla którego wciąż było to wstydliwą nowością?
Mężczyzna
wspiął się na niskie łóżko, którego stare deski jęknęły ostrzegawczo. Było
wąskie i twarde, ale ostatniej nocy poradzili sobie mimo tej drobnej
niedogodności.
-
Zrelaksuj się, dzieciaku – polecił. -
Dziś będzie lepiej, zaufaj mi.
-
Wystawiasz moje zaufanie na ciężką próbę, staruszku. – Est, zgodnie z
zapowiedzią, nie obrócił głowy, tylko uniósł ją nieco, by zaczerpnąć tchu. -
Jak mam się zrelaksować, kiedy robisz mi… Jak rany, jesteś za-aaach - westchnął
przeciągle. Dłoń Cola pomału sunęła wzdłuż białego karku, dreszczem stawiając
krótkie czarne włoski na drodze rozkosznej pieszczoty.
Ten
jeden subtelny gest w ułamku sekundy przywrócił stan napięcia i podniecenia. A
po nim kolejny, równie niespodziewany. Est po raz pierwszy zaznał elektryzującego
dotyku ust i języka kochanka na karku tuż pod linią włosów, a było to uczucie
rozgrzewające szybciej niż aldaszyrskie wino! Zacisnął powieki, lecz świat i
tak zawirował mu pod czaszką, gdy miękkie wargi skubały delikatną skórę
naprzemiennie drapiąc ją przystrzyżonym zarostem i podszczypując zębami.
Równoczesny napór sztywnego penisa na pośladki odbierał mu dech. Półprzytomny ciaśniej
objął poduszkę i wetknął ją pod brodę, wtulając policzki między jej pękaty grzbiet
a prześcieradło. Odrobinę bał się bólu, który niechybnie nastąpi, choć większe
cierpienie sprawiało mu wyczekiwanie na to, co miało nadejść wraz z nim.
Col
zamierzał udowodnić Estiemu, że obejrzy się on za siebie. Jednak prędko stracił
zapał czując pod sobą to ufne, całkowicie uległe stworzonko. Nieznany
drapieżca, jedyna linia obrony chłopaka, z niewyjaśnionych przyczyn zniknął bez
śladu, rzucając go na pożarcie bezlitosnemu łowcy. Nie mógł mu tego zrobić, nie
teraz. Będzie delikatny. Najdelikatniejszy, jak to tylko możliwe.
Wziął
słoiczek, odkorkował go zębami i zwilżył palce, zanurzając je w chłodnej, gęstej
zawartości, po czym odstawił pojemnik na materac przy ścianie, minimalizując
ryzyko jego przewrócenia. Pochylając się nad białymi plecami, podparł się suchą
dłonią o prześcieradło. Pamiętał, że ostatnim razem płyn okazał się za zimny,
toteż najpierw rozprowadził mazidło na własnym członku. Dopiero tak
przygotowany mógł zająć się chłopakiem.
-
Esti, nie podoba ci się to, co robimy? Co ja robię tobie? - wymruczał wprost do
długiego ucha, które uciekło przed nim, zagrzebując się w pościeli. - Nie chcę
żebyś się zmuszał.
-
Col... skończ już gadać… - wydyszał Est. - I przestań robić to, co teraz
robisz. Mlaszczące dźwięki jakie wydaje twoja ręka, są… bardzo...
deprymujące...
-
Mam powiedzieć na głos, co u ciebie wydaje takie dźwięki?
-
Idź wyłysiej…
-
Nie będę mówił - oznajmił z podejrzaną beztroską Col. - Po prostu ci to
zaprezentuję.
Estowi
głos uwiązł w gardle, gdy frywolny człowiek bezzwłocznie wcielił słowa w czyn,
nie zaprzestając lizania, kąsania i całowania wrażliwych punktów na uszach,
karku i łopatkach. Ciepła dłoń rozsmarowująca oleistą ciecz ugniatała teraz
krągłości pośladków, nieubłaganie zbliżając się do punktu zapalnego. Kiedy
środkowy palec zaczepnie wślizgnął się pomiędzy nie i natychmiast wymknął, od
strony poduszki dało się słyszeć świst wciąganego gwałtownie powietrza.
Colonell
odepchnął się od materaca. Górując nad Estim na wyciągniętych ramionach, przez
chwilę przyglądał mu się z tej perspektywy, by zaraz nakłonić go do uniesienia
bioder.
Chłopak
walczył z przytłaczającym poczuciem upokorzenia, które lodowatym dreszczem nabiegło
mu do żołądka, momentalnie zastąpione ogniem żądzy trawiącym trzewia. Obnażył
kły kontrolując się, by nie zerknąć w tył, na przekór ciekawości zjadającej go
kawałek po kawałeczku. Pragnął ujrzeć Cola. Zajrzeć w ciemne szmaragdowe oczy.
Dojrzeć na wytatuowanej przystojnej twarzy ten ekstatyczny wyraz, na widok
którego niezmiennie stawał się bezwolny. Pragnął dotknąć długich pasemek, które
bez wątpienia opadły mu właśnie na czoło. Już wiedział, że ta pozycja nie
będzie zaliczała się do jego ulubionych. Cenił sobie bezpośrednią bliskość, nieprzerwany
kontakt wzrokowy. Teraz czuł się zdominowany i chociaż nie było to najgorsze,
to nie podobało mu się, że nie może zrobić nic poza gryzieniem poduszki.
Zesztywniał,
kiedy palec wsunął się między jego pośladki i masując drażliwe miejsce powoli wnikał
w głąb, centymetr po centymetrze. Jęknął, ale nie stawiał oporu, gdy dołączył
do niego drugi. Walczył z samym sobą; z uprzedzeniami, zatruwającymi rozum
myślami i bezpodstawnymi wymysłami. Było dobrze. Nie bolało. Próbował się
rozluźnić, czerpać satysfakcję z tego, co właśnie się działo.
Intruz
natrafił wreszcie na punkt równie czuły jak ten, który przedtem pieścił zwinny
język. Poduszka stłumiła przechodzący w westchnienie jęk wydobywający się z piersi
chłopaka w czasie, gdy ciało bez udziału woli odpowiedziało kołysaniem bioder na
intensywną penetrację. To nie było złe. To wcale nie było złe. A i tak wbrew
logice spiął mięśnie, zatapiając zęby w wypchanym pierzem materiale rozciąganym
w przeciwnych kierunkach przez dygoczące ręce. Jego szybki dech zwieńczony
odgłosami buzującego pożądania podniecał ludzkiego kochanka, zagrzewając go do
dalszego działania.
Colonell
wpasował się we właściwy moment i opierając się piersią o śliskie od potu plecy
Estiego, wtulił policzek w jego zgięty kark. Lepką dłoń zamknął na białym
penisie, z rozkoszą wsłuchując się w muzykę drżącego chłopaka. Drugą podtrzymał
poruszające się ochoczo biodra i nie ustając w pieszczotach otarł się członkiem
o lubieżnie wypięte pośladki.
Zabolało,
ale tylko na początku. Stęknięcie zduszone poduszką przeszło w pomruk i
warczenie, gdy chłopak starał się nie krzyknąć pod naciskiem rozrywającym go od
wewnątrz. Namiętne tchnienie tuż przy uchu przerwało tamę żądzy, zalewając go
całego ogniem ekstazy. Nie powstrzymywał już dźwięków zgodnych z ich rytmem, pozwalając
porwać się rwącemu nurtowi emocji, a słysząc głos ukochanego odczuwał taką
lekkość i błogość, jakby jego cielesna powłoka w ogóle nie istniała. Zapragnął
wzmocnić to wrażenie szczyptą magii. Resztką przytomności uformował maleńki
okruch i przekazał dalej, w brakującą połowę z nim połączoną…
Udało
się.
Col
opadł na jego plecy i z całych sił objął spocony tors, dociskając go do
materaca. Nie przerywając miłosnych zmagań przycisnął szorstką twarz do kołdry
nad ramieniem chłopaka i dyszał mu do ucha, podsycając napływające doń
euforyczne doznania.
Nie
było odwrotu. Przekroczywszy tę granicę musieli dojść tam, dokąd wiodło ich
pożądanie. Razem. Równocześnie. I jak zwykle podczas okraszonego mistyczną
esencją aktu, prędko dotarli aż na sam szczyt. Kilka skurczów rozszalałych
namiętnością serc, sekundy doszczętnego rozdarcia łączącego ich i kształtującego
na nowo, napinającego mięśnie. Kulminacyjne spełnienie, w trakcie którego
ludzkie zęby wgryzły się w biały bark, a zwierzęce kły rozszarpały tkaninę
poduszki przy akompaniamencie westchnień i pojękiwań bezgranicznej przyjemności
czerpanej z fizycznego obcowania.
Pozycja
nie była niewygodna, choć wypięty i obciążony wcale nie lekkim ciałem Est
zaczął odczuwać pierwsze skutki zmęczenia. W skroniach mu huczało, skóra
swędziała na całej długości pleców, zęby mrowiły, a usta wypełniał mu
pozlepiany śliną, łaskoczący podniebienie puch. Przeciążony opadł na mokrą
pościel. Błogo uśmiechnięty Col ocierał się drapiącą brodą o jego gładki
policzek i leżał na nim, dysząc jak po wycieńczającym sprincie. Umęczony Est
wypluł pierze na tyle, na ile mógł. Resztę wyjął trzęsącymi się palcami,
ponieważ niewielkie piórka zaklinowały się między kłami i dziąsłami. Skupiony
na daremnych próbach pozbycia się wszechobecnego puchu słyszał jakby z oddali
miłosne deklaracje tonącego w zachwytach mężczyzny. Nie odpowiedział na nie, bo
ohydne uczucie, jakie pozostawiło wypełnienie poduszki, niemiłosiernie go złościło.
-
Esti, zwracam ci honor, albowiem ani razu nie spojrzałeś w tył! - Przodownik
podniósł się i przysiadając na pośladkach nieszczęśliwego zaklinacza
przeciągnął się rozkosznie zaspokojony. - I, jak widzę, nasza jedyna poduszka
oddała życie, abyś mógł dotrzymać swojego postanowienia.
-
Wamknij fie! Iź wywyfiej - zirytowany półsmok usiłował wydłubać wnętrzności
poduszki, lecz przerośnięte kły utrudniały mu zadanie, nie pozwalając swobodnie
manewrować palcami w ustach.
Przeoczył
moment, w którym Colonell zszedł z niego i z łóżka. Oniemiały przyjął
odkorkowany bukłak z wodą oraz blaszany cebrzyk, które niby błogosławieństwo
wyrosły mu przed zwężonymi złością oczami.
Colonell
ze służalczym uśmieszkiem podsunął mu bukłak.
-
Może przepłucz i wypluj? Powinno pomóc. - Rozbawiony wyszczerzył równe zęby.
Est
zmierzył go morderczym wzrokiem, niemniej skorzystał z rady. Zadziałała
wystarczająco, by odzyskał nienaganną dykcję.
-
Mówisz jakbyś miał doświadczenie z poduszkami – prychnął.
-
Nie, Esti, z poduszką to mój pierwszy raz. - Zupełnie nagi i bezwstydny
człowiek zabrał miskę z jej nietypową zawartością, wodę w bukłaku kładąc w
zasięgu ręki przyjaciela. - Zaczekaj, zaraz się tobą zajmę.
-
Dziękuję - mruknął spokorniały Est, odpychając od siebie wybebeszoną poszewkę.
Rozgonił wirujące wokół piórka i splótł dłonie, kładąc na nich policzek. Spojrzenia
nie spuszczał ze zbliżającego się doń człowieka. - Zawsze się mną zajmujesz.
Dlaczego?
-
Z wielu powodów. Bo zostawiłem w tobie coś swojego. Bo cię kocham. Bo chcę się
o ciebie troszczyć. Bo chociaż tyle mogę - wymieniał kolejno, wzruszając przy
tym ramionami. Lśniły od potu w świetle ognia chyboczącego w czarnej od sadzy gardzieli
kominka. - Nie znam się na miłości, ale wydaje mi się, że właśnie tak zachowałby
się troskliwy partner.
-
Col, jak rany...
Wzruszenie
ścisnęło serce Esta i wprawiło je w niespokojne drżenie. Troska była czymś,
czego bardzo długo nie znał, podobnie jak opiekuńczość. I wszystko to z
nawiązką zapewniał mu ten niepozorny człowiek. Poruszony znów otarł powiekę, obarczając
winą fruwający wszędzie puch łaskoczący nos i oczy. Bez skargi poddał się
łagodnym zabiegom przyjaciela.
Siedzący
na brzegu łóżka Col milczał przez chwilę. Można było odnieść mylne wrażenie, że
w pełni koncentrował się na metodycznym wycieraniu chłopaka, lecz jego umysł
zaprzątały nietuzinkowe myśli, odrobinę złowieszcze, a zarazem zastanawiające.
Po
dzisiejszym wieczorze dochodził do wniosku, że w plotkach obiegających Twierdzę
było ziarnko prawdy: stary Zrzęda trzymał w ryzach bestię. Col obstawiał, że
ten stary kombinator doskonale zdawał sobie z tego sprawę i robił co w jego
mocy, by utemperować budzącego się drapieżnika, a mimo to nikomu nie pisnął choćby
słówka. Ciekawe czy to dlatego odesłał ucznia daleko poza warownię... Nie, Mag
by tego nie zrobił, leżało mu na sercu dobro chłopaka, potomka smoka czy nie. To
paladyniec miał tu decydujące znaczenie. Mógł go chronić lub mieć na oku, jedno
nie wyklucza drugiego. Czy w takim razie wizja Estiego ma szansę się
urzeczywistnić? Oczywiście że ma, przecież Col nie zna dnia ani godziny, kiedy…
Moment. On nie zna dnia ani godziny swojej śmierci, ale czy Esti ją zna?
-
Esti - zagadnął, chcąc odnieść się do minionych zdarzeń. Ten chłopak naprawdę
ma płynnie przenikające się rozdwojenie jaźni. I ta druga jaźń dała się poznać
jako tak zniewalająco władcza i dominująca, że niedorzecznie pragnął jej ulec. -
Byłeś dziś... nieswój. Nie wiem co spowodowało, że twoje oczy się rozjarzyły,
ale te duchowe płomienie były fenomenalne.
Est
schował twarz w splecionych na materacu ramionach, z dala od pozostałości po
nieszczęsnych gęsiach. Nie mieli okazji porozmawiać o tym, co zaszło wiele dni
temu. Nie byli na to gotowi. Aż do teraz.
-
Byłem… Col, ja wtedy nie chciałem cię zabić! – wyznał na wydechu. - Przeląkłem
się, bo ty także się przeląkłeś. Spanikowałem i straciłem kontrolę. Zerwałem
połączenie, rozerwałem siebie samego i… i chyba umarłem.
-
Nie zmuszaj się, dzieciaku. To trudny temat.
-
Trudny tylko dlatego, że go unikamy, a tamtej nocy… - Chłopak przerwał,
wyciągając przed siebie dłoń w rękawiczce. Skrzywił się czując ukłucie bólu na
podrażnionej szmatką skórze pomiędzy pośladkami. - Tamtej nocy coś się we mnie
przestawiło, albo raczej... ożyło. Coś, co reaguje na emocje, długotrwałe i
intensywne. Kiedy nie było cię obok mnie, straszliwie tęskniłem. I porwałem się
na wariacki pomysł ruszenia ziemi, w ten sposób uwalniając kawałek siebie.
Kawałek, który wcale nie był zamknięty. Tak jak powiedział mistrz, to od zawsze
było we mnie, tylko się tego wypierałem. Nie znałem siebie i podświadomie nie
dopuszczałem prawdy o tym, kim jestem.
-
Może gdybym wtedy nie wyjechał, wypadki potoczyłyby się inaczej?
-
Przypuszczam, że tak miało być. Nawet bez twojego wyjazdu znaleźlibyśmy się
tutaj. A właśnie, co robiłeś w posiadłości pod Asvill? - Est przypomniał sobie,
że był to kolejny temat, obok którego całkiem obojętnie przeszli do
codzienności. Było mu teraz wstyd, bo zachował się jak ostatni ignorant, nie
pytając o dosyć istotne wydarzenia z jego życia. - Nie żebym robił ci wymówki. Okazuję
zainteresowanie.
-
Wyobraź sobie, że mój ojciec wpadł na arcygenialny plan zaręczenia mnie ze szlachciurą
spośród zwyciężonych rodów Unii - rzucił z goryczą Col, przerywając pracę. - No
i padło na dziedziczkę Domu Westermin. Niebrzydka dziewczyna, nie powiem, lecz
nieco inaczej zapatruję się na przyszłość, a już na pewno nie zostanę ogierem
rozpłodowym dla kogoś, komu marzą się majątki ziemskie. W kluczowym momencie
odstawiłem pamiętne przedstawienie, pokłóciłem się z ojcem i omal się nie
pozabijaliśmy, po czym oświadczyłem że mam go już dość i zabrałem Jeroda w
długą podróż powrotną. To tak w dużym skrócie, bo nie ma sensu rozwodzić się
nad bzdurami - zakończył znudzonym tonem, mimochodem zerkając na leżące po
sąsiedzku krągłości. Wtem uśmiechnął się przewrotnie i klepnął biały pośladek,
aż echo plaśnięcia poniosło się po małym pomieszczeniu.
-
Ejże, to bolało! - wrzasnął Est podrywając głowę i patrząc z urazą na
człowieka. - Dlaczego to zrobiłeś?!
-
Sprawdzałem czy koń się znarowi.
-
Masz coś z głową, durniu…
-
A ty coraz lepiej radzisz sobie z regeneracją, gadzinko. - Col wrzucił szmatkę
do zmętniałego płynu zalegającego w metalowej misie i wstał z łóżka. -
Odpocznij trochę. Zaraz chciałbym przetrzeć pościel. I twój brzuch.
Est
tylko warknął. Był wyczerpany, zadowolony i ogarniało go błogie poczucie
bezpieczeństwa gdy tak spoglądał na ubierającego się Cola. Popatrzył w mrok
panujący za oknem i drgnął zauważalnie, jakby chłód deszczowej nocy przedostał
się przez szyby i grube mury.
-
Zimno ci, Esti? Dorzucę drewna do kominka, bo lada chwila wygaś… - Col nie
dokończył, ponieważ szeroki jęzor buchnął w górę, oblizując ciosane kamienie
gzymsu. - Nieważne, jesteś w formie.
-
Już mi cieplej. - Est ponownie wolał uciec w kłamstwo, tłumacząc je chęcią
oszczędzenia partnerowi ponurej prawdy. Kiedyś brzydził się choćby najmniejszym
oszustwem, ostatnio jednak przychodziły mu one łatwiej niż wyuczona przez
mistrza szczerość oraz prawdomówność, a był to wyraźny sygnał, że dzieje się
coś niepokojącego. - I przepraszam że nie widać tego, co robię z żywiołami.
Następnym razem cię ostrzegę.
-
Dopóki nie zrobisz mi krzywdy, dopóty nie będę się tym przejmował. - Zwiadowca
wciągnął nogawki spodni i obracając się frontalnie do płomieni zaczął wiązać
troki. - Jak się czujesz? Boli?
-
Trochę tak, choć tym razem było lepiej niż poprzednio. - To akurat była prawda.
- Zawsze było mi zimno, kiedy dostawałem tęgie lanie na sparingach z mistrzem. Twierdził,
że jest to naturalna reakcja na drastycznie spadający poziom adrenaliny,
ponieważ ból atakuje wtedy wszystkie nerwy.
-
Ale znalazłeś porównanie... Dlaczego w takim razie mi ulegasz? Nie wolałbyś
kobiety?
Przed
wyczulonym uchem białego elfa mało co mogło się ukryć, od razu wychwycił smętną
nutkę w pozornie obojętnym barytonie odwróconego plecami Cola.
-
Nie lubię kobiet – podłapał prędko Est. - Nie potrafiłbym się do żadnej
zbliżyć, a co dopiero… Nie, absolutnie nie. - Oburącz złapał za końcówki uszu i
szarpnął mocno, odganiając nasuwające się obrazy. - Nie mów takich rzeczy.
Jesteś wyjątkiem, nie chcę nikogo innego.
-
A Leos? – droczył się Col, zerkając ku niemu znad ramienia. W jego oku znów
lśniła łobuzerska iskierka, kiedy zgarnął ze stolika nocnego szmatkę i opłukał
ją pod wodą z bukłaka.
-
Leos to Leos, czasami jest gorsza od mężczyzn... - Est puścił uszy i lekko się
uśmiechnął na przyjemny dźwięk chichotu przyjaciela. - To trochę tak, jak
gdybyś miał młodszego, niesfornego brata aniżeli siostrę.
-
Ha, coś w tym jest, dzieciaku. Nie raz dała nam popalić. I zapewne nie ostatni.
Dowiedziała się o nas jako pierwsza, nie licząc Maga, ale też stała się
nieocenioną przyjaciółką. No i z czystym sumieniem mogę nazwać ją rodziną. - Materac
ugiął się pod ciężarem siadającego człowieka. - A teraz turlaj się na plecy,
powinienem cię oporządzić przed spaniem. Nie wiadomo, kiedy znów przyjdzie nam
żyć w takich “luksusach”.
-
Kiedy jej powiesz?
Łowca
westchnął teatralnie. Gdy tylko chłopak posłusznie wykonał polecenie, sprawnie zabrał
się za czyszczenie białej skóry i prześcieradła.
-
Wkrótce, Esti. Teraz ma za dużo na głowie, żeby zaskakiwać ją taką rewelacją.
-
Nie przeciągaj sprawy, bo może… - Est przerwał, zawieszając niedokończone
zdanie w dławiącej atmosferze. - Może lepiej już się połóżmy.
-
Mądry chłopiec. - Col zwinął szmatkę w ciasną kulkę i cisnął ją na posadzkę. -
A teraz przesuń się. I zleź z kołdry, bo nie zasnę, jeśli się nie przykryję.
-
Jak rany, co za człowiek...
Utyskując,
Est dźwignął się na tyle, by wyciągnąć spod siebie zmiętoszone piernaty.
Łaskawie zgodził się przytulić i odczuwając ulgę, stopniowo odpływał w błogą
nieświadomość na prowizorycznej poduszce zrobionej z łaskoczącego kędziorkami ramienia
Cola. Na pryczy było ciasno i niewygodnie, lecz istotniejszym problemem okazało
się nagłe pobudzenie, którego chłopak nie umiał przezwyciężyć. Postanowił więc
odprężyć się i przejść w stan medytacyjny, by z zachowaniem najdrobniejszych detali
odtworzyć przebieg dzisiejszego wieczoru od momentu wybudzenia się z drzemki...
Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW