piątek, 19 czerwca 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 45 ~~ 🔞

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW


🔞


Estalavanes jeszcze nigdy nie był tak daleki swojej tożsamości, jak nocą po ujawnieniu upiornego prześladowcy. Dręczony lękiem przed utratą partnera szuka u niego bliskości, lecz jego druga, żywiołowa natura postanawia zakwestionować uczucia mężczyzny...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 19d'6m'26r2t]




    Est nie ma lekko w życiu. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że najgorsze wciąż przed nim, a wszystko rozbija się o... emocje. Ach, reagent emocjonalny i magiczna inteligencja, szlag niech trafi Sava! Kim jest druga osobowość, która prowokuje Cola do konfrontacji z pytaniem, czy kocha naprawdę całego Esta, a nie tylko jego słabszą i potrzebującą opieki część? I jaka będzie odpowiedź najemnika?


Kącik autorki.
    Jestem oczarowana tym, jak Est wytrwale uczy się swojej seksualności, stopniowo poznając swoje ciało na podstawie jego reakcji oraz powoli odnajdując się w bezmiarze doznań i wrażeń temu towarzyszących. A przede wszystkim budująca jest jego determinacja w walce z uprzedzeniami i wstydem, najsilniejszymi blokadami niegdyś wpajanymi nam od dziecka!
    Obecne pokolenia nie wiedzą jakim koszmarem było komunistyczne i postkomunistyczne wychowanie, w którym wstyd, strach, pokora i opinia innych górowały nad drastycznie karanym rozsądkiem, autonomią oraz swobodą. Jako jedna z przedstawicielek pokolenia transformacji ustrojowej przeszłam przez to piekiełko i poniekąd rozumiem, co czuje Est. Wówczas homoseksualność - uważana za chorobę - była piętnowana i surowo karana. Przykre jest to, że obecnie wcale nie jest lepiej...
    Ale wciąż mam nadzieję, że Estowi uda się to zmienić chociaż w Estarionie, gdzie za "czyny przeciwne naturze" grozi dekapitacja. Nie chcę wybiegać w przyszłość, ale nawet komuś o jego pozycji może się to nie udać...

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 45 🔞

 

Regeneracyjny sen bez snów i - co ważniejsze - bez koszmarów, był dokładnie tym, czego Estalavanes potrzebował. Teraz łagodnie wybudzał się z odprężającej drzemki, z wolna wracając do posępnej rzeczywistości, której adekwatnym odwzorowaniem były kamienne, surowe mury garnizonu w Adeili.

Zwrócony twarzą do ściany wsłuchiwał się w ledwie słyszalne dźwięki otoczenia: miarowe stukanie mżawki o zewnętrzny parapet, suchy trzask ognia pochłaniającego szczapy drewna, wizg wiatru przeciskającego się szczelinami ościeżnic... oraz rytmiczne głuche stuknięcia, których nie potrafił zidentyfikować. Zaintrygowany szerzej rozchylił powieki i zamrugał kilka razy, by odgonić resztki snu. Ze skrzypieniem starego łóżka przekręcił się na prawy bok, a jego oczom ukazał się iście niecodzienny widok.

Colonell siedział na jedynym krześle w celi, tuż przy jedynym źródle światła w postaci dogasającego kominka, i z przymkniętymi powiekami podrzucał nieduży nożyk. To głowica wydawała ten dziwny stłumiony odgłos przy uderzeniu we wnętrze dłoni, która błyskawicznie podbijała ją z powrotem w górę. Est z fascynacją obserwował jak błyszczące ostrze obraca się w powietrzu i spada tępym końcem w dół, w pełni kontrolowane przez wprawnego najemnika.

Niegdysiejszego złodzieja, poprawił się w myślach. Zupełnie niepotrzebnie, jako że nie miało to już najmniejszego znaczenia.

Zahipnotyzowany, wpatrzony w ten mały spektakl Est leżał bez ruchu, by nie dać po sobie poznać, że się obudził. Nie chciał przypadkowo zakłócić niebezpiecznego tańca ostrego noża i zręcznej ręki, choć zapewne trzeszczenie drewnianej ramy zdradziło moment jego przebudzenia. Mimo to Col zdawał się pogrążony w przemyśleniach tak głębokich, że na nic nie zwracał uwagi. Poprawka: ustawicznie czujny przodownik zwracał uwagę na wszystko wokół, niemniej przy białym elfie czuł się na tyle bezpiecznie, by nie reagować w sposób natychmiastowy.

Coraz bardziej zaciekawiony chłopak zastanawiał się, o czym rozmyślał przyjaciel. Chciałby go o to zapytać, ale nie mógł wydusić z siebie słowa, dlatego też ograniczył się wyłącznie do obserwacji. Wtem lodowaty strach, pojawiwszy się nie wiadomo skąd, przeszył jego duszę, wypierając zeń wszelkie pozytywne emocje. Znów oglądał bestialską śmierć ukochanego człowieka, lecz najgorsza była świadomość, że to on sam był oprawcą, katem i mordercą. Nawet jeśli wizje były mającą go złamać fikcją, to boleśnie powoli uświadamiał sobie okrutną prawdę, o której mówił niebianin: ich długowieczność to przekleństwo, zmora egzystencji. Jeżeli cudem przetrwają to, co zgotuje im Śniący na południu, to i tak przeżyje ludzkiego partnera o całe lata, albo i stulecia. Utraci go na zawsze. Będzie patrzył jak marnieje i usycha, więdnie niczym najpiękniejszy kwiat, którego czas rozkwitu minął bezpowrotnie. Dla niego będzie to przelotna chwila, mignięcie, zaledwie skurcz serca. I zostanie sam z poczuciem nieodżałowanej straty, rozdzierającymi wspomnieniami oraz pustą tęsknotą, której nic już nie wypełni...

Est bezwiednie usiadł na szeleszczącym posłaniu i przecierając nadgarstkiem sklejone rzęsy, odgonił napływające do oczu łzy. Nie odrywał spojrzenia od miłości swojego życia, od spokojnego profilu pełnego niedoskonałości oraz skaz zamaskowanych pod krótkim, gęstym zarostem i płowiejącym barwnikiem tatuażu. Naraz zapragnął wtulić się w niego jak bezbronne dziecko poszukujące miłości, ciepła oraz bezpieczeństwa. Bał się. Przerażały go myśli i emocje, z którymi sobie nie radził. Był zagubiony, a sprzeczne uczucia targały nim niby chorągwią na wietrze. Sam już nie wiedział gdzie leży prawda, a co jest wytworem jego chorej, wypaczonej wyobraźni. I nie dowie się, jeżeli nie poczuje tej unikalnej więzi, która z dwóch dusz uczyniła jedną.

Nic nie było w stanie go powstrzymać, kiedy zsunął nogi na zimny kamień posadzki i bezgłośnie jak podchodzący zwierzynę drapieżnik na palcach ruszył w kierunku człowieka.

Zafrasowany zwiadowca nie przewidział ataku półsmoka, który bezszelestnie wskoczył mu się na kolana. Żeby uchronić dzieciaka przed przypadkowym skaleczeniem wyrzuconą w górę bronią, Colonell złapał nóż na chybił trafił, najszybciej jak zdołał i ostrze wgryzło się w zaciśniętą kurczowo dłoń. Z wulgarnym sykiem szarpnął ramieniem w bok, a felerny pocisk z brzękiem odbił się od podłogi, klingą krzesząc iskry. Oddech mężczyzny, przyspieszony zaskoczeniem oraz szczypiącym bólem, owionął upiornie białą twarz chłopaka. Skaleonie oczy o rozszerzonych źrenicach wyglądały niesamowicie w roztańczonej łunie ognia, gdy Col przyjrzał się mu, trzymając krwawiącą rękę z dala od nich obu. Zerknął szybko na ranę i stwierdzając, że jest powierzchowna, skupił się na dzieciaku.

Wyraźnie było coś na rzeczy, o czym świadczyło jego skrajnie nieodpowiedzialne postępowanie oraz żar bijący z wątłego ciała, grzejący mocniej niż płomienie w kominku. Postawa kochanka, jego najlżejszy nawet gest wyrażały to, czego mężczyzna nie spodziewał się usłyszeć z białych ust.

Musiał przerwać tę ciszę, inaczej straci nad sobą panowanie.

- Jesteś ty przytomny, dzieciaku? – warknął. - Prawie zrobiłem ci krzywdę tym nożem! Branie zwiadowcy Niedźwiedzi znienacka to jedna z najszybszych metod wyprawiania się w Pozaświat!

- Przepraszam, Col – wyszeptał na wydechu Est. Jego jaskrawozielone tęczówki stały się cienkimi krążkami opasającymi olbrzymie źrenice. - Sądziłem, że ciebie nie da się zaskoczyć.

- Zakradłeś się do mnie jak polujący kocur, cichszy niż szczur przemykający za ścianą - wytknął mu najemnik, spoglądając na sączącą się spomiędzy palców krew. Niespiesznie kapała na posadzkę, maleńkimi bryzgami barwiąc wytarty chodnik. - Co się z tobą dzieje, Esti? Najpierw zmysłowo zmuszasz mnie do uległości, potem rzucasz mi się przy wszystkich na szyję, a teraz wskakujesz mi na kolana jak rozochocona kotka. Dotychczas byłeś bardzo zachowawczy.

Białe dłonie o ciepłych palcach zamknęły się po obu stronach twarzy mężczyzny. Drżący w gorączce wzrok muskał ciemnozielone oczy, nieśmiało zaczepiając okolone brodą wargi.

- Tak, zachowawczy, to… to trafne określenie – westchnął Est. - Ale teraz wiem, że czas to nasz największy wróg. I nie chcę żałować ani sekundy. – Zagryzł zęby, z lekka obnażając kły i wreszcie wykrztusił to, co boleśnie uciskało mu krtań. - Boję się, Col. Nigdy dotąd tak się nie bałem. Życie pośród ludzi, smok, ani twój ojciec nie wywołał we mnie tak dojmującego, pierwotnego strachu jak… jak to.

- Czy “to” ma związek z waszą dzisiejszą eskapadą? Paladyniec coś ci zrobił?

- Nic mi nie zrobił. Pokazał tylko to, o czym rozmawialiśmy zeszłej nocy. Ujawnił prześladowcę. To było koszmarne przeżycie, Col, groza w najczystszej postaci. – Est puścił go. Skulił się, odruchowo wczepiając w bluzę i przykładając skroń do bijącego kojąco serca. - Ujrzałem rzeczy, jakich nie chciałem zobaczyć. I nie wymażę ich już z pamięci - kontynuował niskim, łamiącym się tonem.

Brzmienie głosu Estiego wzbudziło w przodowniku niepokój i współczucie tak bezmierne, że zrobiło mu się żal tego zagubionego dzieciaka. Wstrząsające zdarzenie niewątpliwie złamało w nim wszystko to, co niestrudzenie pielęgnował przez ostatni rok pod ojcowskimi skrzydłami Maga, pozostawiając go na pastwę destrukcyjnych myśli.

Stary Zrzęda znów miał rację. Szczęśliwie opuścili Twierdzę Niedźwiedzi, być może już na zawsze, lecz była także druga, znacznie mroczniejsza strona monety rzuconej im przez Handlarza Fortuny: mogli tej podróży nie przetrwać. Nie dotrą do Aneil’Aranth, jeśli Estiego opuści wola walki, zwątpi we własne możliwości i podda się w nieodpowiednim momencie. A rolą Cola, jako opiekuna, było uchronienie tego rozstrojonego chłopca przed zupełnym rozbiciem na kawałki. Był pewien że potrafi to zrobić i nie musiał się o tym przekonywać, gdyż jego chłodny, logiczny umysł szedł w zgodzie z pałającym miłością sercem.

Nie zważając na ranę czule objął dzieciaka.

- Esti, jestem tu razem z tobą, to były omamy – szeptał uspokajająco. - Miały cię rozstroić, osłabić, pogrążyć. Ale już jest dobrze. Jesteśmy razem i nic nas nie rozłączy. Ciii, jest dobrze.

Przodownik wsparł brodę na głowie chłopaka i pogładził jego ramię wierzchem skaleczonej dłoni. Nie miał pojęcia co dzieciak zobaczył, prawdę mówiąc wcale nie chciał tego wiedzieć. Ale żywił nadzieję, że to coś nie zesłało mu wiarygodnych przebłysków przyszłości, tylko brutalnie i bezlitośnie bawiło się jego bujną fantazją.

- Zabiłem cię, Col…

- Nonsens, dzieciaku! Już prędzej zestarzeję się i wyłysieję.

Colonell spróbował obrócić to w żart, lecz wyznanie Estiego tak go oszołomiło, że zabrzmiał stanowczo zbyt fałszywie. Nie wierzył w to. Jak w mordę strzelił była to bujda! Ale niepewność nadal wwiercała się w serce, zwłaszcza że od dnia przebudzenia bransolety chłopak jakby nie był sobą.

- Esti, posłuchaj mnie. Każdy kiedyś umrze, jasne? To tylko kwestia czasu, ewentualnie niefortunny bieg wypadków. Teraz mamy siebie, żyjemy i nie ma sensu dywagować nad tym, co przyjdzie. Tak? - Odsunął od siebie roztrzęsionego półsmoka i zajrzał mu głęboko w oczy. Ten tylko pokiwał głową, nieufny wobec zapewnień człowieka. - Tymczasem przespałeś kolację. Paladyniec kazał mi zabrać coś dla ciebie, ale i bez jego cholernych poleceń bym to zrobił, więc śmiało, częstuj się. Jest na stoliku. - Skinieniem zarośniętego podbródka wskazał na mały mebel przy łóżku. - Gdyby było niesmaczne na zimno, możesz je przygrzać tym swoim popisowym numerem. Szlag, jednak trochę cię okrwawiłem.

Nie zdążył cofnąć ręki, kiedy Est chwycił go za przegub i przyciągnął ranną dłoń do swojej twarzy. Z powagą obejrzał pionową linię o idealnie gładkich brzegach, z której wyciekała jasnoczerwona ciecz. Bez namysłu przysunął ją sobie do ust i ostentacyjnie zlizał żelaziście słodką krew. Chowając szkarłatny język, koniuszkiem ubrudził jeden z długich kłów. Czynił tak z każdą kolejną kroplą, aż w końcu krew przestała wypływać. Wówczas przeniósł spojrzenie na Cola, którego tatuaż ledwo się wyróżniał na tle oblanego rumieńcem policzka.

- Esti… Prowokujesz mnie, a jutro czeka cię cały dzień w siodle... – głos Cola wibrował zmysłowo jak trącona struna. Oddychał płytko, co było pierwszą oznaką, zaledwie kamykiem dającym początek potężnej emocjonalnej lawinie. - Nie wysiedzisz.

- Pozwól, że sam o tym zadecyduję.

Est zmrużył powieki i przytulił jego dłoń do policzka. Opanował chęć łaszenia się do niej z uwagi na niezagojone przecięcie - już sama bliskość sprawiała mu niemałą przyjemność. Koiła ból, pomagała rozpoznać rzeczywistość i chociaż Col nie był jedynym człowiekiem, którego dotyk zaakceptował, to i tak wciąż był tym wyjątkowym, którego pożądał.

- Proszę bardzo, dzieciaku, decyduj, ale to droga w jedną stronę. Nie ma odwrotu.

- Nie zamierzam patrzeć w tył.

- Jeszcze się okaże, ile razy spojrzysz dziś w tył…

Col przygarnął go do siebie i nakłaniając, by usiadł na nim okrakiem, chwycił za spód jego koszulki. Zadraśnięcie zapiekło, lecz wystarczył jeden płynny ruch, by skąpana w miękkich refleksach skóra należała do niego. Nieświadomie marszcząc brwi potarł dwie zszarzałe, podłużne wypukłości na lewym boku kochanka.

- Moja skóra nie jest już tak nieskazitelna, prawda? – spytał Est, opacznie rozumiejąc grymas Cola. - Nie podobam ci się taki?

Przygnębiony odwrócił wzrok w kierunku ognia. Nagle skrępowany własną nagością zapragnął założyć rzucony na podłogę bezrękawnik. Zupełnie jak dawniej. Jedno nieprzemyślane słowo, niewłaściwy gest i gotów był wycofać się do azylu zbudowanego wewnątrz siebie, by przeczekać najgorsze.

Col ujął go pod brodę, zachęcając do spojrzenia w swoje szczere oczy.

- Dla mnie jesteś cudowny, Esti. Ale ten skurwiel napiętnował cię na całe życie. Doprowadza mnie to do szaleństwa, bo przypomina o mojej porażce. - Palcem szturchnął zgrubienie w zagłębieniu szyi. - Szczególnie ta tutaj.

Est złapał osłonięty rękawem bluzy nadgarstek i przytrzymał jego rękę.

- Ta blizna jest świadectwem, że wyłącznie dzięki tobie jeszcze oddycham. Gdybyś nie zjawił się na czas, Aarim dokończyłby dzieła. Jesteś moim obrońcą, Col. Skoro żyję, znaczy to, że nie poniosłeś porażki.

- Przysięgałem na swoje życie, że nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić! A tu trzy rany w jeden dzień... - Smagły mężczyzna zdrową dłonią powiódł po wygiętych w łuk plecach półsmoka, nierównościach mięśni, łopatek i żeber. Osobno gładził każdy wyczuwalny kręg jakby sprawdzał, czy wszystkie są na swoim miejscu. - Dla mnie była to całkowita porażka, Esti.

- A dla mnie moment, w którym zrozumiałem, że to ty trzymasz mnie przy życiu. Jak tej nocy, kiedy… kiedy przestałem być sobą.

- Sam sobie generujesz problemy, Esti.

Col musnął ustami policzek chłopaka. Poczuł jedwabistą gorącą skórę i woń żaru. Nie miał pewności czy to z winy kominka, czy tłumionego podniecenia, ale wręcz parzyła. Przytknął wargi do białego czoła. Było równie rozpalone.

- Nie przeziębiłeś się przypadkiem podczas tarzaniny w błocie? – zaniepokoił się.

Spojrzenie, jakie posłał mu Est, wbiło go w oparcie. Naiwnie sądził, że zna już każdy wyraz tej pięknej twarzy, lecz partner nie przestawał go zadziwiać. Przełknął ślinę i odetchnął ciężko. Chciałby zerwać kontakt, uniknąć go za wszelką cenę, ale nie umiał. Chłopak nie gorączkował. To był jego wewnętrzny ogień - emanował z niego i unosząc się dokoła z iskrzącym migotaniem, spowijał ciemną skórę nie czyniąc jej szkody. A te oczy… Oczy Estiego miały identyczny kolor jak wtedy. Żywy pomarańcz ulatujący niczym dym z oczodołów zastąpił soczystą zieleń tęczówek i nieprzeniknioną czerń źrenic. Jak gdyby stał się manifestacją ognia równie niszczycielską i niepowstrzymaną co sam żywioł.

- Esti… wszystko dobrze?

Est mrugnął leniwie, pozostawiając w kącikach oczu smugi blaknącego oranżu. Był rześki i wypoczęty, dlaczego więc Col pytał go o tak oczywistą sprawę? Och, przecież nie mógł dojrzeć rozgrzewającego Ornamentu Zaklinacza skrytego pod wytartą rękawiczką. Ani wyczuć, jak jego umysł zespala się w jedno z osobowością chcącą wieść prym w nadciągającej chwili uniesienia.

- Czuję się wspaniale. - Est posłyszał echo własnych myśli, odległe i wprawiające powietrze w drgania. Uśmiechnął się, odsłaniając cztery lśniące kły. - Lepiej niż kiedykolwiek, Col.

Zsunął się z kolan mężczyzny i oddalił w stronę splamionego krwią noża spoczywającego na kamiennej posadzce. Podniósł go, obrócił w palcach oglądając uważnie i spojrzał z ukosa na człowieka.

- Esti? - Przodownik ostrożnie wstał z krzesła. Ostatnie jego spotkanie z… nie wiedział właściwie z kim lub z czym, skończyło się tragicznie. Ale więcej się nie powtórzy. - Jesteś tu?

- Owszem – odparł chłopak zdawkowo.

Esti nijak nie przypominał przerażonego dzieciaka sprzed chwili. Coraz bardziej zmieszany Col dostrzegł nikły poblask wydostający się spod czarnej skórki osłaniającej lewą dłoń. Artefakt pulsował. I dostrajał się do bursztynowego blasku, jaki roztaczały gorejące ślepia.

- Popatrz na siebie, dzieciaku. Wyglądasz jakbyś miał stanąć w płomieniach. Iskrzysz... - Nadstawił ucha, lekko przechylając głowę. - A trzeszczenie nie dobiega z paleniska. Co ci jest?

Strach zaglądał w szeroko otwarte oczy mężczyzny, lecz mocne postanowienie i determinacja zatrzymały go w miejscu, gdy nagi od pasa w górę półsmok podszedł do niego niespiesznym krokiem. Nawet się nie spostrzegł, kiedy Est wcisnął mu w rękę niewielką rękojeść noża i owinął jego palce wokół niej, nakrywając je własnymi. Biała skóra była gorąca, a on był zbyt zamroczony, by zareagować. Bezmyślnie gapił się na odbijające światło ostrze, nie chcąc patrzeć w wykrzywione uśmieszkiem oblicze niepoczytalnego kochanka.

- Nic mi nie jest, Col. Jestem sobą. Prawdziwym sobą. Nie muszę się ukrywać, ani nikogo obawiać. Nic już nie muszę. Bo mam ciebie. - Est ostatni raz zacisnął dłonie na chłodnych palcach człowieka i puścił, stawiając krok w tył. - Zostaw mi zatem ślad po sobie. Na wieczność! - Rozłożył ramiona, wystawiając się na cięcie. - Niech stal i ogień wytrawią na mej skórze niewolnicze piętno, tak jak twoja miłość zahartowała w mym sercu wiekuiste okowy.

Mijały sekundy i nic się nie działo. Est z fanatyczną intensywnością wpatrywał się w ukochanego mężczyznę, jednakże ten uparcie wlepiał spojrzenie w ściskany nóż. Niedowierzanie i osłupienie malowały się na wytatuowanej twarzy. Aż wreszcie Col zebrał się na odwagę.

- Do reszty cię popierdoliło?! - wrzasnął na zdurniałego szczeniaka.

Gwałtownie zmienił chwyt na rękojeści noża i bez patrzenia cisnął nim w drzwi. Ostrze ze świstem przecięło powietrze, z łupnięciem wbijając się w starą dębinę. Złocista mgiełka wydobywała się z drżącego kawałka stali na podobieństwo wstęg tlącego się kadzidła. Wściekły przodownik spiorunował wzrokiem znieruchomiałego Esta.

- Miałbym cię skrzywdzić, żeby zostawić jakiś pierdolony ślad?! Wziąłeś to aż tak dosłownie?! I żeby była jasność, nie jesteś niczyim niewolnikiem! Skąd ci się to w ogóle wzięło?!

            Rozjuszony Niedźwiedziogrzywy prawie krzyczał. Nie orientował się co konkretnie zaszło, ale odniósł wrażenie, jakby coś przymuszało go do spełnienia masochistycznego życzenia Zaklinacza Żywiołów. W jednej chwili jego zmysły płonęły, w następnej zimny gniew ostudził żądzę. Przed momentem tracił kontrolę nad sobą, w obecnym miał się na baczności. Ta nagła niestabilność wyprowadziła go z równowagi!

Est jakby go nie słuchał. Obejrzał się na nóż wbity w drzwi, po czym umyślnie powolnym ruchem głowy przekierował na niego płonące wejrzenie. Tajemniczy uśmiech nie schodził z jego ust, kiedy stanął naprzeciwko Cola. Był nieco niższy od człowieka, choć otaczająca go aura mocy sprawiała, że zdawał się wyższy.

Mężczyzna bez cienia lęku odwzajemniał spojrzenie tak długo, jak było to konieczne. Nie wzdrygnął się, gdy gorąca dłoń przesunęła się wzdłuż jego szczęki. Nie skrzywił się, kiedy eteryczny płomień przemknął mu przed nosem. Przełknął ślinę, pomału tracąc rezon. A oliwy do przysłowiowego ognia dolało niewinne pytanie niezrównoważonego chłopaka.

- Col, czy ty naprawdę mnie kochasz? Czy kochasz tylko tę jedną część mnie, tę słabą, wiecznie zalęknioną i niepewną, tę, która wątpi we wszystko i wszystkich? Kochasz mnie, czy też kochasz świadomość, iż masz kogo chronić, ratować, bronić przed krzywdą? Zdradź mi, kogo Colonell Niedźwiedziogrzywy kocha bardziej: mnie czy siebie?

Zdezorientowany tak postawionym pytaniem człowiek otworzył usta, lecz żadne słowa nie opuściły jego krtani. O co mu chodziło? Przecież to Estiego kocha najbardziej! Uroczego, bezradnego, wycofanego dzieciaka, który świata poza nim nie widzi…

Zaraz.

- Esti…

- Ciii. – Biała opuszka zamknęła rozchylone śniade wargi. - Chcę usłyszeć odpowiedź płynącą z twojego serca, nie rozumu. Niedawno pragnąłeś mnie całego, a teraz obawiasz się mnie. A ja wciąż jestem tym, kogo rzekomo kochasz, kogo kochałeś ostatniej nocy, kogo kochałeś wszystkie poprzednie razy. Tym, o kogo dbasz i troszczysz się. Tym, który chce kochać ciebie tak, jak jeszcze nikogo nie kochał.

Gorące ramiona oplotły smagły kark, wywołując gęsią skórkę. Nieszkodliwe iskry gasły z cichutkim syczeniem przy krótkich uszach, gdy usta tuż przy ustach zastygły wyczekująco. Młody mężczyzna nigdy przedtem nie pogardził ani nie przepuścił nadarzającej się szansy do folgowania zachciankom, lecz od spotkania Estiego wszystko się zmieniło. Nie wiedział czy była to kwestia współczucia i zauroczenia tą poszkodowaną istotką, czy może jednak instynktownie wyczuwał w nim siłę, za którą z własnej woli podążał. Ten, który stał teraz przed nim, mógł być tą właściwą, dotąd utajoną tożsamością chłopaka. A jeśli obaj są właściwymi? Spójną całością podzieloną z niewiadomych przyczyn?

Kurwa, o czym on w ogóle myśli?! Przecież to idiotyczne! Esti już dawno temu wspominał, że coś się w nim obudziło pod nieobecność ulubionego człowieka, a on głupi zbagatelizował to, nie dociekał, nie próbował zrozumieć. Zaniedbał to, co było najistotniejsze. I być może właśnie płacił najwyższą cenę za swe niedopatrzenie.

Bez wahania objął chłopaka w pasie, lekceważąc zmiany w jego aparycji. To nadal był ten sam dzieciak poznany rok temu. Ten sam, żaden inny.

- Nie jesteś potworem, Estalavanesie – wyrzekł te słowa z przekonaniem, tak jak prosił chłopak, nie tylko rozumu, ale i serca. - Kocham cię bez względu na to czy wypłakujesz mi się w ramię, czy płoniesz gniewem. Bo jesteś sobą. Jednym z aspektów siebie samego. Nowo odkrytą częścią siebie, z którą dopiero znajdujesz wspólny język.

Czarne brwi powędrowały w górę, a uśmiech poszerzył się, kiedy Zaklinacz Żywiołów otrzymał satysfakcjonującą odpowiedź. Został zaakceptowany. Jego odmienność, druga obecność, została przyjęta. I dołoży wszelkich starań, aby te przeklęte wizje wypalające się w wyobraźni nigdy się nie ziściły. Znajdzie sposób na przedłużenie żywota ukochanego. To było możliwe, wszak alchemia to jego domena. I już nie będzie sam. Już nigdy nie będzie sam....

Widmo płomieni otoczyło człowieka w chwili, gdy Est pociągnął go ku sobie. Parę kroków w tył i obaj runęli na twardy materac, gdzie łowca musiał podeprzeć się rękami, by nie spaść całym ciężarem na szczuplejszego chłopaka. Był wykończony emocjonalnie, lecz to zmysłowe ciepło przenikające bluzę i łaskoczące skórę dodawało mu nowej energii. Est wycofał się w głąb wąskiego łóżka, a Col wykorzystał ten moment, by pozbyć się górnej partii odzienia i oddać pełni działania przedziwnego czaru. Obawiał się tego co nastąpi, ale to był Esti, jego ukochany Esti. W nieco zmienionej odsłonie, lecz wciąż on. Lubił jego subtelne przejawy agresji, więc czemu odczuwał teraz onieśmielenie jego osobą? Nieraz już go zaskoczył, więc kto wie czy te dwie osobowości nie przeplatały się ze sobą częściej niż przypuszczał?

Zniecierpliwiony Est przyciągnął go do siebie. Głodne opuszki muskały każdy dostępny kawałek nagiej ciemnej skóry, płonące oczy śledziły zwinne palce uwieczniając żywą scenę w pamięci, zacierając ostatnie wydarzenia i tworząc nowe wspomnienia. Jego oddech był miarowy i spokojny, gdy podziwiał piękno męskiej sylwetki rysującej się w poświecie wydzielanej porami jego własnej skóry; płomieni pożądania - cóż za wyświechtana, jakże w ich przypadku słuszna metafora.

Przesycone ogniem spojrzenie zwróciło się ku człowiekowi. Przydymiony szmaragd tęczówek, czerń barwnika oraz jasny brąz cery poznaczonej cieniutkimi bliznami były tak blisko, że czuł jego tchnienie na policzkach.

- Nie będę patrzył w tył, Col – wyszeptał. Języczki ognia rozpierzchły się przed jego oddechem. - A jeśli już, to tylko po to, by nie popełniać tych samych błędów.

- Nie byłbym tego taki pewien, Esti. I zaraz sam się o tym przekonasz...

Zwiadowca podchwycił zadziorny komentarz i zripostował go odważnym pocałunkiem. Już się nie bał. Związał się z żywiołem, więc teraz jedyną drogą, jaką mógł obrać, było pójście na żywioł nie tylko w przenośni. Niech go spali, przynajmniej umrze spełniony.

Całym sobą przycisnął chłopaka do rozkopanej pościeli i rękoma objął jego głowę, nie pozwalając mu uciec. Długie nogi smukłego kochanka oplotły jego pośladki, dłonie paznokciami zadrasnęły grubą skórę pleców. Duszący zapach żaru wnikał w rozedrgane nozdrza, a na języku Estiego czuł charakterystyczny ostry smak. Zachwycające ciepło rozluźniło napięte mięśnie, co było fantastycznym, niepowtarzalnym doznaniem. Zjawiskowość ta czyniła z zaklinacza obiekt, na punkcie którego oszalał bez reszty, zatracając się całkowicie. A gdy nieokiełznana namiętność wybuchła, roztrzaskała się w obrazie tego, co opętało ich umysły i serca. I Colonellowi wcale to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, nadawało ich zbliżeniu pikanterii.

Zdławiony jęk uleciał z gardła Esta, kiedy ludzkie wargi odnalazły wrażliwy płatek ucha, zaraz kąsając szyję i liżąc czubkiem języka obojczyk. Chłopak doświadczał wszystkiego dwukrotnie mocniej niż zazwyczaj, jako że rozdzielał się na wrażenia cielesne i duchowe osobno. Każda pojedyncza pieszczota czy efemeryczne muśnięcie docierały do niego w dwójnasób, skutkowały krańcowo różnymi, jednakowo upojnymi doznaniami. Było ich dwóch, choć posiadali jedno ciało. Jeden był prastary i światły, natomiast drugi młody i niemądry. I tylko ta jedna chwila łączyła ich w kompletną całość, jak gdyby pierwszy był duszą, a drugi ciałem; obaj doświadczali tego samego, lecz w zupełnie odmiennych, uzupełniających się wymiarach.

Est drżał spazmatycznie pod mężczyzną, którego dotyk wydawał mu się rozpalającą do ekstatycznej białości torturą. Niejednokrotnie ból towarzyszący ich miłości uzasadniał niemoralnością sytuacji, karą za związek wbrew naturze, ale teraz zrozumiał, że nie było w tym nic, za co natura czy cokolwiek innego miałoby go karać. Chodziło raczej o przyzwyczajenie do fizycznej ingerencji. A blado-pomarańczowa mgiełka w dużej mierze mu to ułatwiła.

Skoncentrowany na zdwojonych wrażeniach zignorował bezczelność partnera, który niespodzianie rozwiązał troki jego czarnych spodni i ciągnąc je w dół, zuchwale podrażnił językiem najczulszą końcówkę uwolnionej, naprężonej męskości. Skala przyjemności sparaliżowała Esta. Wkrótce jednak zażenowany zasłonił niedostrzegalnie pociemniałą twarz ramieniem, dłonią w rękawiczce usiłując odwieść Cola od czynności miażdżącej resztki jego pogwałcanej godności. Nie uzyskawszy upragnionego rezultatu porzucił zamiar, ulegając nieobyczajności chutliwego łowcy. Wzbierająca w lędźwiach rozkosz, wilgotny ruchliwy język oraz gorące usta otaczające pulsujący członek zajmowały go całego, rozpraszając natrętny wstyd. Był odurzony i niewyobrażalnie podniecony. Czuł, że wytryśnie - lada moment! Odchylił się, aż zgrzytnęły zaciśnięte kły. Wyczekiwał tego z dziwną mieszaniną wściekłości i ekscytacji, zniecierpliwienia oraz słodkiej frustracji...

Srogo się przeliczył. Colonell uczynił coś niewybaczalnego, pozostawiając go niezaspokojonego na granicy wytrzymałości!

Zadowolony z siebie mężczyzna zajrzał w nadąsaną twarz kochanka i schylił się, lecz Est uciekł przed próbą pocałunku tłumacząc się tym, co wargi mężczyzny wyprawiały z częścią jego ciała, o której nawet nie chciał myśleć w tych kategoriach.

Col uśmiechnął się rozbrojony. Z kłębowiska czarnych włosów spozierało ku niemu lekko uchylone oko. Wyglądało tak zwyczajnie, jak zwyczajnie wyglądać może oko dzikiego kota wpasowane w uroczo niewinne oblicze młodziutkiego białego elfa. Jasnozielona tęczówka z kontrastująco czarną źrenicą wewnątrz z wyrazem niewysłowionej urazy wpatrywała się w niego, jakby domagając się przeprosin. Widmowe płomienie wraz z roziskrzonymi ognikami wygasły, znikając bez śladu.

- Zrobimy to razem - szepnął przepraszająco Colonell. Ciemnozielone oczy błyszczały figlarnie, kiedy wstał z łóżka i podszedł do jednej z toreb upchniętych w kącie niewielkiej celi.

Wciąż zagniewany Est przetoczył się na brzuch, czego zaraz pożałował, odczuwając drętwiejący ból w kroczu. Pomimo tego szedł w zaparte, udając rozczarowanego. Popatrzył na ręce Cola i domyślił się, czego ten szuka.

- Już zawsze będziesz… będziemy potrzebowali “poślizgu”? – burknął. Puchowa poduszka zniekształciła jego schrypnięty głos, gdy wbił w nią żałośnie ekspresyjną twarz. - Jak rany…

- Niekoniecznie, Esti - odpowiedział niefrasobliwie Col, wracając ze słoiczkiem w śniadej dłoni. Odkładając pojemniczek z cenną zawartością na wymiętą kołdrę, poluzował klamrę pasa ze sztyletami, zręcznie ją rozpiął i odłożył zabezpieczoną broń poza ramy łóżka. Potem pozbawił spacyfikowanego chłopaka spodni i bielizny, nie zapominając także o swoim przyodziewku. - Niebawem twoje ciało przywyknie i zacznie reagować stosownie do okoliczności, musimy tylko poćwiczyć.

Zdenerwowany Est wcisnął czoło w poduszkę w oczekiwaniu na zimny dotyk w miejscu najmniej towarzyskim. Nie chciał ciągnąć tego tematu, ponieważ wszystko co mówił Col, okropnie go krępowało. Ludzki zwiadowca był w tej dziedzinie doświadczony, ot, zwykła czynność do jakiej nawykł w ciągu lat praktyki. Co miał powiedzieć chłopak, dla którego wciąż było to wstydliwą nowością?

Mężczyzna wspiął się na niskie łóżko, którego stare deski jęknęły ostrzegawczo. Było wąskie i twarde, ale ostatniej nocy poradzili sobie mimo tej drobnej niedogodności.

- Zrelaksuj się, dzieciaku – polecił.  - Dziś będzie lepiej, zaufaj mi.

- Wystawiasz moje zaufanie na ciężką próbę, staruszku. – Est, zgodnie z zapowiedzią, nie obrócił głowy, tylko uniósł ją nieco, by zaczerpnąć tchu. - Jak mam się zrelaksować, kiedy robisz mi… Jak rany, jesteś za-aaach - westchnął przeciągle. Dłoń Cola pomału sunęła wzdłuż białego karku, dreszczem stawiając krótkie czarne włoski na drodze rozkosznej pieszczoty.

Ten jeden subtelny gest w ułamku sekundy przywrócił stan napięcia i podniecenia. A po nim kolejny, równie niespodziewany. Est po raz pierwszy zaznał elektryzującego dotyku ust i języka kochanka na karku tuż pod linią włosów, a było to uczucie rozgrzewające szybciej niż aldaszyrskie wino! Zacisnął powieki, lecz świat i tak zawirował mu pod czaszką, gdy miękkie wargi skubały delikatną skórę naprzemiennie drapiąc ją przystrzyżonym zarostem i podszczypując zębami. Równoczesny napór sztywnego penisa na pośladki odbierał mu dech. Półprzytomny ciaśniej objął poduszkę i wetknął ją pod brodę, wtulając policzki między jej pękaty grzbiet a prześcieradło. Odrobinę bał się bólu, który niechybnie nastąpi, choć większe cierpienie sprawiało mu wyczekiwanie na to, co miało nadejść wraz z nim.

Col zamierzał udowodnić Estiemu, że obejrzy się on za siebie. Jednak prędko stracił zapał czując pod sobą to ufne, całkowicie uległe stworzonko. Nieznany drapieżca, jedyna linia obrony chłopaka, z niewyjaśnionych przyczyn zniknął bez śladu, rzucając go na pożarcie bezlitosnemu łowcy. Nie mógł mu tego zrobić, nie teraz. Będzie delikatny. Najdelikatniejszy, jak to tylko możliwe.

Wziął słoiczek, odkorkował go zębami i zwilżył palce, zanurzając je w chłodnej, gęstej zawartości, po czym odstawił pojemnik na materac przy ścianie, minimalizując ryzyko jego przewrócenia. Pochylając się nad białymi plecami, podparł się suchą dłonią o prześcieradło. Pamiętał, że ostatnim razem płyn okazał się za zimny, toteż najpierw rozprowadził mazidło na własnym członku. Dopiero tak przygotowany mógł zająć się chłopakiem.

- Esti, nie podoba ci się to, co robimy? Co ja robię tobie? - wymruczał wprost do długiego ucha, które uciekło przed nim, zagrzebując się w pościeli. - Nie chcę żebyś się zmuszał.

- Col... skończ już gadać… - wydyszał Est. - I przestań robić to, co teraz robisz. Mlaszczące dźwięki jakie wydaje twoja ręka, są… bardzo... deprymujące...

- Mam powiedzieć na głos, co u ciebie wydaje takie dźwięki?

- Idź wyłysiej…

- Nie będę mówił - oznajmił z podejrzaną beztroską Col. - Po prostu ci to zaprezentuję.

Estowi głos uwiązł w gardle, gdy frywolny człowiek bezzwłocznie wcielił słowa w czyn, nie zaprzestając lizania, kąsania i całowania wrażliwych punktów na uszach, karku i łopatkach. Ciepła dłoń rozsmarowująca oleistą ciecz ugniatała teraz krągłości pośladków, nieubłaganie zbliżając się do punktu zapalnego. Kiedy środkowy palec zaczepnie wślizgnął się pomiędzy nie i natychmiast wymknął, od strony poduszki dało się słyszeć świst wciąganego gwałtownie powietrza.

Colonell odepchnął się od materaca. Górując nad Estim na wyciągniętych ramionach, przez chwilę przyglądał mu się z tej perspektywy, by zaraz nakłonić go do uniesienia bioder.

Chłopak walczył z przytłaczającym poczuciem upokorzenia, które lodowatym dreszczem nabiegło mu do żołądka, momentalnie zastąpione ogniem żądzy trawiącym trzewia. Obnażył kły kontrolując się, by nie zerknąć w tył, na przekór ciekawości zjadającej go kawałek po kawałeczku. Pragnął ujrzeć Cola. Zajrzeć w ciemne szmaragdowe oczy. Dojrzeć na wytatuowanej przystojnej twarzy ten ekstatyczny wyraz, na widok którego niezmiennie stawał się bezwolny. Pragnął dotknąć długich pasemek, które bez wątpienia opadły mu właśnie na czoło. Już wiedział, że ta pozycja nie będzie zaliczała się do jego ulubionych. Cenił sobie bezpośrednią bliskość, nieprzerwany kontakt wzrokowy. Teraz czuł się zdominowany i chociaż nie było to najgorsze, to nie podobało mu się, że nie może zrobić nic poza gryzieniem poduszki.

Zesztywniał, kiedy palec wsunął się między jego pośladki i masując drażliwe miejsce powoli wnikał w głąb, centymetr po centymetrze. Jęknął, ale nie stawiał oporu, gdy dołączył do niego drugi. Walczył z samym sobą; z uprzedzeniami, zatruwającymi rozum myślami i bezpodstawnymi wymysłami. Było dobrze. Nie bolało. Próbował się rozluźnić, czerpać satysfakcję z tego, co właśnie się działo.

Intruz natrafił wreszcie na punkt równie czuły jak ten, który przedtem pieścił zwinny język. Poduszka stłumiła przechodzący w westchnienie jęk wydobywający się z piersi chłopaka w czasie, gdy ciało bez udziału woli odpowiedziało kołysaniem bioder na intensywną penetrację. To nie było złe. To wcale nie było złe. A i tak wbrew logice spiął mięśnie, zatapiając zęby w wypchanym pierzem materiale rozciąganym w przeciwnych kierunkach przez dygoczące ręce. Jego szybki dech zwieńczony odgłosami buzującego pożądania podniecał ludzkiego kochanka, zagrzewając go do dalszego działania.

Colonell wpasował się we właściwy moment i opierając się piersią o śliskie od potu plecy Estiego, wtulił policzek w jego zgięty kark. Lepką dłoń zamknął na białym penisie, z rozkoszą wsłuchując się w muzykę drżącego chłopaka. Drugą podtrzymał poruszające się ochoczo biodra i nie ustając w pieszczotach otarł się członkiem o lubieżnie wypięte pośladki.

Zabolało, ale tylko na początku. Stęknięcie zduszone poduszką przeszło w pomruk i warczenie, gdy chłopak starał się nie krzyknąć pod naciskiem rozrywającym go od wewnątrz. Namiętne tchnienie tuż przy uchu przerwało tamę żądzy, zalewając go całego ogniem ekstazy. Nie powstrzymywał już dźwięków zgodnych z ich rytmem, pozwalając porwać się rwącemu nurtowi emocji, a słysząc głos ukochanego odczuwał taką lekkość i błogość, jakby jego cielesna powłoka w ogóle nie istniała. Zapragnął wzmocnić to wrażenie szczyptą magii. Resztką przytomności uformował maleńki okruch i przekazał dalej, w brakującą połowę z nim połączoną…

Udało się.

Col opadł na jego plecy i z całych sił objął spocony tors, dociskając go do materaca. Nie przerywając miłosnych zmagań przycisnął szorstką twarz do kołdry nad ramieniem chłopaka i dyszał mu do ucha, podsycając napływające doń euforyczne doznania.

Nie było odwrotu. Przekroczywszy tę granicę musieli dojść tam, dokąd wiodło ich pożądanie. Razem. Równocześnie. I jak zwykle podczas okraszonego mistyczną esencją aktu, prędko dotarli aż na sam szczyt. Kilka skurczów rozszalałych namiętnością serc, sekundy doszczętnego rozdarcia łączącego ich i kształtującego na nowo, napinającego mięśnie. Kulminacyjne spełnienie, w trakcie którego ludzkie zęby wgryzły się w biały bark, a zwierzęce kły rozszarpały tkaninę poduszki przy akompaniamencie westchnień i pojękiwań bezgranicznej przyjemności czerpanej z fizycznego obcowania.

Pozycja nie była niewygodna, choć wypięty i obciążony wcale nie lekkim ciałem Est zaczął odczuwać pierwsze skutki zmęczenia. W skroniach mu huczało, skóra swędziała na całej długości pleców, zęby mrowiły, a usta wypełniał mu pozlepiany śliną, łaskoczący podniebienie puch. Przeciążony opadł na mokrą pościel. Błogo uśmiechnięty Col ocierał się drapiącą brodą o jego gładki policzek i leżał na nim, dysząc jak po wycieńczającym sprincie. Umęczony Est wypluł pierze na tyle, na ile mógł. Resztę wyjął trzęsącymi się palcami, ponieważ niewielkie piórka zaklinowały się między kłami i dziąsłami. Skupiony na daremnych próbach pozbycia się wszechobecnego puchu słyszał jakby z oddali miłosne deklaracje tonącego w zachwytach mężczyzny. Nie odpowiedział na nie, bo ohydne uczucie, jakie pozostawiło wypełnienie poduszki, niemiłosiernie go złościło.

- Esti, zwracam ci honor, albowiem ani razu nie spojrzałeś w tył! - Przodownik podniósł się i przysiadając na pośladkach nieszczęśliwego zaklinacza przeciągnął się rozkosznie zaspokojony. - I, jak widzę, nasza jedyna poduszka oddała życie, abyś mógł dotrzymać swojego postanowienia.

- Wamknij fie! Iź wywyfiej - zirytowany półsmok usiłował wydłubać wnętrzności poduszki, lecz przerośnięte kły utrudniały mu zadanie, nie pozwalając swobodnie manewrować palcami w ustach.

Przeoczył moment, w którym Colonell zszedł z niego i z łóżka. Oniemiały przyjął odkorkowany bukłak z wodą oraz blaszany cebrzyk, które niby błogosławieństwo wyrosły mu przed zwężonymi złością oczami.

Colonell ze służalczym uśmieszkiem podsunął mu bukłak.

- Może przepłucz i wypluj? Powinno pomóc. - Rozbawiony wyszczerzył równe zęby.

Est zmierzył go morderczym wzrokiem, niemniej skorzystał z rady. Zadziałała wystarczająco, by odzyskał nienaganną dykcję.

- Mówisz jakbyś miał doświadczenie z poduszkami – prychnął.

- Nie, Esti, z poduszką to mój pierwszy raz. - Zupełnie nagi i bezwstydny człowiek zabrał miskę z jej nietypową zawartością, wodę w bukłaku kładąc w zasięgu ręki przyjaciela. - Zaczekaj, zaraz się tobą zajmę.

- Dziękuję - mruknął spokorniały Est, odpychając od siebie wybebeszoną poszewkę. Rozgonił wirujące wokół piórka i splótł dłonie, kładąc na nich policzek. Spojrzenia nie spuszczał ze zbliżającego się doń człowieka. - Zawsze się mną zajmujesz. Dlaczego?

- Z wielu powodów. Bo zostawiłem w tobie coś swojego. Bo cię kocham. Bo chcę się o ciebie troszczyć. Bo chociaż tyle mogę - wymieniał kolejno, wzruszając przy tym ramionami. Lśniły od potu w świetle ognia chyboczącego w czarnej od sadzy gardzieli kominka. - Nie znam się na miłości, ale wydaje mi się, że właśnie tak zachowałby się troskliwy partner.

- Col, jak rany...

Wzruszenie ścisnęło serce Esta i wprawiło je w niespokojne drżenie. Troska była czymś, czego bardzo długo nie znał, podobnie jak opiekuńczość. I wszystko to z nawiązką zapewniał mu ten niepozorny człowiek. Poruszony znów otarł powiekę, obarczając winą fruwający wszędzie puch łaskoczący nos i oczy. Bez skargi poddał się łagodnym zabiegom przyjaciela.

Siedzący na brzegu łóżka Col milczał przez chwilę. Można było odnieść mylne wrażenie, że w pełni koncentrował się na metodycznym wycieraniu chłopaka, lecz jego umysł zaprzątały nietuzinkowe myśli, odrobinę złowieszcze, a zarazem zastanawiające.

Po dzisiejszym wieczorze dochodził do wniosku, że w plotkach obiegających Twierdzę było ziarnko prawdy: stary Zrzęda trzymał w ryzach bestię. Col obstawiał, że ten stary kombinator doskonale zdawał sobie z tego sprawę i robił co w jego mocy, by utemperować budzącego się drapieżnika, a mimo to nikomu nie pisnął choćby słówka. Ciekawe czy to dlatego odesłał ucznia daleko poza warownię... Nie, Mag by tego nie zrobił, leżało mu na sercu dobro chłopaka, potomka smoka czy nie. To paladyniec miał tu decydujące znaczenie. Mógł go chronić lub mieć na oku, jedno nie wyklucza drugiego. Czy w takim razie wizja Estiego ma szansę się urzeczywistnić? Oczywiście że ma, przecież Col nie zna dnia ani godziny, kiedy… Moment. On nie zna dnia ani godziny swojej śmierci, ale czy Esti ją zna?

- Esti - zagadnął, chcąc odnieść się do minionych zdarzeń. Ten chłopak naprawdę ma płynnie przenikające się rozdwojenie jaźni. I ta druga jaźń dała się poznać jako tak zniewalająco władcza i dominująca, że niedorzecznie pragnął jej ulec. - Byłeś dziś... nieswój. Nie wiem co spowodowało, że twoje oczy się rozjarzyły, ale te duchowe płomienie były fenomenalne.

Est schował twarz w splecionych na materacu ramionach, z dala od pozostałości po nieszczęsnych gęsiach. Nie mieli okazji porozmawiać o tym, co zaszło wiele dni temu. Nie byli na to gotowi. Aż do teraz.

- Byłem… Col, ja wtedy nie chciałem cię zabić! – wyznał na wydechu. - Przeląkłem się, bo ty także się przeląkłeś. Spanikowałem i straciłem kontrolę. Zerwałem połączenie, rozerwałem siebie samego i… i chyba umarłem.

- Nie zmuszaj się, dzieciaku. To trudny temat.

- Trudny tylko dlatego, że go unikamy, a tamtej nocy… - Chłopak przerwał, wyciągając przed siebie dłoń w rękawiczce. Skrzywił się czując ukłucie bólu na podrażnionej szmatką skórze pomiędzy pośladkami. - Tamtej nocy coś się we mnie przestawiło, albo raczej... ożyło. Coś, co reaguje na emocje, długotrwałe i intensywne. Kiedy nie było cię obok mnie, straszliwie tęskniłem. I porwałem się na wariacki pomysł ruszenia ziemi, w ten sposób uwalniając kawałek siebie. Kawałek, który wcale nie był zamknięty. Tak jak powiedział mistrz, to od zawsze było we mnie, tylko się tego wypierałem. Nie znałem siebie i podświadomie nie dopuszczałem prawdy o tym, kim jestem.

- Może gdybym wtedy nie wyjechał, wypadki potoczyłyby się inaczej?

- Przypuszczam, że tak miało być. Nawet bez twojego wyjazdu znaleźlibyśmy się tutaj. A właśnie, co robiłeś w posiadłości pod Asvill? - Est przypomniał sobie, że był to kolejny temat, obok którego całkiem obojętnie przeszli do codzienności. Było mu teraz wstyd, bo zachował się jak ostatni ignorant, nie pytając o dosyć istotne wydarzenia z jego życia. - Nie żebym robił ci wymówki. Okazuję zainteresowanie.

- Wyobraź sobie, że mój ojciec wpadł na arcygenialny plan zaręczenia mnie ze szlachciurą spośród zwyciężonych rodów Unii - rzucił z goryczą Col, przerywając pracę. - No i padło na dziedziczkę Domu Westermin. Niebrzydka dziewczyna, nie powiem, lecz nieco inaczej zapatruję się na przyszłość, a już na pewno nie zostanę ogierem rozpłodowym dla kogoś, komu marzą się majątki ziemskie. W kluczowym momencie odstawiłem pamiętne przedstawienie, pokłóciłem się z ojcem i omal się nie pozabijaliśmy, po czym oświadczyłem że mam go już dość i zabrałem Jeroda w długą podróż powrotną. To tak w dużym skrócie, bo nie ma sensu rozwodzić się nad bzdurami - zakończył znudzonym tonem, mimochodem zerkając na leżące po sąsiedzku krągłości. Wtem uśmiechnął się przewrotnie i klepnął biały pośladek, aż echo plaśnięcia poniosło się po małym pomieszczeniu.

- Ejże, to bolało! - wrzasnął Est podrywając głowę i patrząc z urazą na człowieka. - Dlaczego to zrobiłeś?!

- Sprawdzałem czy koń się znarowi.

- Masz coś z głową, durniu…

- A ty coraz lepiej radzisz sobie z regeneracją, gadzinko. - Col wrzucił szmatkę do zmętniałego płynu zalegającego w metalowej misie i wstał z łóżka. - Odpocznij trochę. Zaraz chciałbym przetrzeć pościel. I twój brzuch.

Est tylko warknął. Był wyczerpany, zadowolony i ogarniało go błogie poczucie bezpieczeństwa gdy tak spoglądał na ubierającego się Cola. Popatrzył w mrok panujący za oknem i drgnął zauważalnie, jakby chłód deszczowej nocy przedostał się przez szyby i grube mury.

- Zimno ci, Esti? Dorzucę drewna do kominka, bo lada chwila wygaś… - Col nie dokończył, ponieważ szeroki jęzor buchnął w górę, oblizując ciosane kamienie gzymsu. - Nieważne, jesteś w formie.

- Już mi cieplej. - Est ponownie wolał uciec w kłamstwo, tłumacząc je chęcią oszczędzenia partnerowi ponurej prawdy. Kiedyś brzydził się choćby najmniejszym oszustwem, ostatnio jednak przychodziły mu one łatwiej niż wyuczona przez mistrza szczerość oraz prawdomówność, a był to wyraźny sygnał, że dzieje się coś niepokojącego. - I przepraszam że nie widać tego, co robię z żywiołami. Następnym razem cię ostrzegę.

- Dopóki nie zrobisz mi krzywdy, dopóty nie będę się tym przejmował. - Zwiadowca wciągnął nogawki spodni i obracając się frontalnie do płomieni zaczął wiązać troki. - Jak się czujesz? Boli?

- Trochę tak, choć tym razem było lepiej niż poprzednio. - To akurat była prawda. - Zawsze było mi zimno, kiedy dostawałem tęgie lanie na sparingach z mistrzem. Twierdził, że jest to naturalna reakcja na drastycznie spadający poziom adrenaliny, ponieważ ból atakuje wtedy wszystkie nerwy.

- Ale znalazłeś porównanie... Dlaczego w takim razie mi ulegasz? Nie wolałbyś kobiety?

Przed wyczulonym uchem białego elfa mało co mogło się ukryć, od razu wychwycił smętną nutkę w pozornie obojętnym barytonie odwróconego plecami Cola.

- Nie lubię kobiet – podłapał prędko Est. - Nie potrafiłbym się do żadnej zbliżyć, a co dopiero… Nie, absolutnie nie. - Oburącz złapał za końcówki uszu i szarpnął mocno, odganiając nasuwające się obrazy. - Nie mów takich rzeczy. Jesteś wyjątkiem, nie chcę nikogo innego.

- A Leos? – droczył się Col, zerkając ku niemu znad ramienia. W jego oku znów lśniła łobuzerska iskierka, kiedy zgarnął ze stolika nocnego szmatkę i opłukał ją pod wodą z bukłaka.

- Leos to Leos, czasami jest gorsza od mężczyzn... - Est puścił uszy i lekko się uśmiechnął na przyjemny dźwięk chichotu przyjaciela. - To trochę tak, jak gdybyś miał młodszego, niesfornego brata aniżeli siostrę.

- Ha, coś w tym jest, dzieciaku. Nie raz dała nam popalić. I zapewne nie ostatni. Dowiedziała się o nas jako pierwsza, nie licząc Maga, ale też stała się nieocenioną przyjaciółką. No i z czystym sumieniem mogę nazwać ją rodziną. - Materac ugiął się pod ciężarem siadającego człowieka. - A teraz turlaj się na plecy, powinienem cię oporządzić przed spaniem. Nie wiadomo, kiedy znów przyjdzie nam żyć w takich “luksusach”.

- Kiedy jej powiesz?

Łowca westchnął teatralnie. Gdy tylko chłopak posłusznie wykonał polecenie, sprawnie zabrał się za czyszczenie białej skóry i prześcieradła.

- Wkrótce, Esti. Teraz ma za dużo na głowie, żeby zaskakiwać ją taką rewelacją.

- Nie przeciągaj sprawy, bo może… - Est przerwał, zawieszając niedokończone zdanie w dławiącej atmosferze. - Może lepiej już się połóżmy.

- Mądry chłopiec. - Col zwinął szmatkę w ciasną kulkę i cisnął ją na posadzkę. - A teraz przesuń się. I zleź z kołdry, bo nie zasnę, jeśli się nie przykryję.

- Jak rany, co za człowiek...

Utyskując, Est dźwignął się na tyle, by wyciągnąć spod siebie zmiętoszone piernaty. Łaskawie zgodził się przytulić i odczuwając ulgę, stopniowo odpływał w błogą nieświadomość na prowizorycznej poduszce zrobionej z łaskoczącego kędziorkami ramienia Cola. Na pryczy było ciasno i niewygodnie, lecz istotniejszym problemem okazało się nagłe pobudzenie, którego chłopak nie umiał przezwyciężyć. Postanowił więc odprężyć się i przejść w stan medytacyjny, by z zachowaniem najdrobniejszych detali odtworzyć przebieg dzisiejszego wieczoru od momentu wybudzenia się z drzemki...

niedziela, 31 maja 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 44 ~~

 Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




Targany jeszcze większą liczbą wątpliwości w stosunku do siebie i księcia Estalavanes wraca wreszcie do garnizonu. Niestety, nie oznacza to końca jego piętrzących się kłopotów, które wraz z troskami osiągają punkt kulminacyjny w trakcie narady...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 31d'5m'26r2t]




    Jak można mieć baczenie na zagrożenia z zewnątrz, kiedy największe z nich znajduje się... wewnątrz? Upiór bezustannie za nimi podążający, Śniący i ich Przebudzeni, zindoktrynowana szlachta południa, niebianie oraz Glos mający zaprawdę wiele do powiedzenia, niekoniecznie dla Esta zrozumiałego lub pomyślnego. Chłopak coraz częściej gubi się we własnych myślach, zaciera się jego poczucie wartości, a jaźń z trudem wytrzymuje napór drugiej tożsamości, co doskonale widać w trakcie narady wzbudzającej w nim silne emocje.



Kącik autorki.
    Zdechła. 
  Przez szalenie krótką chwilę fantazjowałam, czy by nie zostawić wyłącznie powyższego słowa, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że taką wariatkę trudno zrozumieć - i dopisuję wyjaśnienie. Jestem zdechnięta. W tygodniu praca wyciska ze mnie siódme poty, bo spadło mi na głowę mnóstwo trudnych tematów do ogarnięcia (a ja oczywiście desperacko staram się utrzymać poziom cudotwóczyni), popołudniami załatwiam sprawy prywatne, ponadto to już drugi weekend wypchany po brzegi spotkaniami towarzyskimi, wyjazdami i chu* wie czym tam jeszcze wymagającym nadludzkiego wysiłku, albowiem wszystko to wiąże się z ciągłym przebywaniem w towarzystwie ludzi liczonych w dziesiątkach i setkach. Oraz rodziny. A ta potrafi wyczerpać do cna!

P.S. "Ja leżałem, a on siedział" przytrafiło mi się lata temu. Postanowiłam dodać to jako smaczek, wpasowało się idealnie!