Palące pragnienie ujrzenia Colonella
męczyło Estalavanesa przez całą drogę powrotną do Dzielnicy Katedralnej. Drogę nieznośnie
rozwleczoną w czasie, biorąc pod uwagę ciasnotę na mokrych, zatłoczonych
ulicach oraz niespieszny krok wierzchowców lawirujących pośród mieszczan i
przyjezdnych. Mimo zagłuszającego myśli rejwachu, zabłoconym jeźdźcom znów
towarzyszyło obopólne milczenie, niemal niezręczna cisza, gdyż zgodnie podjęli
decyzję o zachowaniu w tajemnicy ponurego zdarzenia sprzed południa. Poza tym
wszystko zostało już powiedziane, a Est wolał przełknąć tematy, które w tej
chwili zdawały mu się szczególnie ryzykowne.
Czy
Aarim rzeczywiście wiedział czym jest bransoleta, czy tylko umiejętnie blefował?
Był świadom mocy zaklętej w artefakcie? Jeśli tak, to dlaczego milczał? Dla
czyjego dobra? O ile w ogóle dla czyjegokolwiek dobra. W końcu był sukcesorem
Estariońskiego tronu, niekwestionowanym następcą dowódcy niezwyciężonej
organizacji mogącej zagrozić krainom ościennym. Ponoć nawet zmilitaryzowana na
ogromną skalę Ramneia wstrzymywała swe agresywne zapędy w obawie, iż nie podoła
nieustraszonym obrońcom Estarionu. To oczywiste, że dla pozycji księcia każdy jest
potencjalnym rywalem, a już na pewno Śniący. Nie powinna więc dziwić jego
powściągliwość granicząca z dyplomatyczną ostrożnością. Est to rozumiał, a
przynajmniej przekonywał o tym samego siebie. Nie ufał mu, a zarazem pokładał w
nim nadzieję na swoje ocalenie. Na ocalenie Estarionu.
Jak rany! - jęknął w duchu, przyciskając dłoń do
czoła. I jak ja mam rozumieć tak skrajne
uczucia? Nie potrafię go rozgryźć! Postępuje, jakby naprawdę nie miał uczuć, choć
to, co w nim wyczuwam, zupełnie temu przeczy. W jego sercu tli się strzęp
stłamszonych emocji utrzymywanych w ryzach przez lodowate opanowanie.
Niewiarygodne, ale jego potrzeba kontrolowania wszystkich i wszystkiego – nawet
siebie - jest tak silna, że zakrawa o obsesję!
Est
westchnął przeciągle, łypiąc wrogo na szerokie plecy Aarima. Zdenerwowany
rozluźnił barki, aż zaschnięty brud odpadł płatkami z bezrękawnika, łaskocząc
gładką skórę ramion. Dotarli wreszcie pod mury garnizonu, gdzie tłum wyraźnie
się przerzedził, ułatwiając dalszą przeprawę. Jednakże dla wycieńczonego
półsmoka nadal pozostawała ona trwającą wieczność mordęgą. Dopiero kiedy
zsiedli z koni, chłopak poczuł nową energię przepływającą przez ciało, czysto
fizyczny impuls napędzający spięte mięśnie.
Szybkim
krokiem przebyli labirynt korytarzy, kilka razy wymijając i bezsłownie
pozdrawiając paladynów stacjonujących w garnizonie. Nie zdoławszy pohamować
ciekawości Est zapytał, dlaczego dotąd nie spotkał paladynów pojedynczo, zawsze
parami. Nie spodziewał się tak gorzkiego humoru ze strony nieczułego
przewodnika, który zauważył, jakoby zaklinacz miał już okazję przekonać się, z
jakiegoż to powodu minimum dwóch rycerzy było koniecznością. Est przypuszczał,
że dzień szalonej ucieczki z Adeili oraz bezzasadne morderstwo jednego z braci
zakonnych będzie się za nim wlec niby odór spalenizny z pola bitwy. Aż do
śmierci. A może i długo po niej.
Smagnięty
poczuciem winy chłopak więcej się nie odezwał zdążając ku celom gościnnym, gdy
w jednym z okienek kątem oka dostrzegł postać, na widok której przystanął raptownie.
Cofnął się, by spojrzeć jeszcze raz. Wszędzie rozpoznałby tę jasnobrązową skórę
opinającą kształtne mięśnie ramion. A już na pewno bliski sercu czarny tatuaż
znikający pod krótkim zarostem.
Gorączkowo
obejrzał się wzdłuż korytarza w poszukiwaniu wyjścia na podwórzec treningowy, ignorując
przyglądającego mu się gospodarza. Wreszcie popatrzył na niego, lecz tylko
dlatego, że ten uczynnie wskazywał właściwe drzwi. Zawstydzony Est ze
zwieszonymi ramionami przeszedł parę metrów dzielących go od Aarima. Unikając
chłodnego wejrzenia złotych tęczówek oparł dłoń na drzwiach i pchnął je,
wpuszczając do zatęchłego korytarza podmuch pachnącego wilgotnymi liśćmi powietrza.
I koszmarny jazgot, jaki może czynić kilkanaście mieczy ćwiczebnych
uderzających o siebie bez ustanku. Nieprzerwane zgrzyty i trzaski raz po raz przenikały
szorstkie komendy wykrzykiwane przez wymagającego instruktora, który z godnym
pochwały zaangażowaniem dyscyplinował rekrutów.
Walcząc
z ostrym bólem przeszywającym wrażliwe uszy, oszołomiony Est przekroczył próg i
stając w cieniu krużganka rozglądał się wokół, poruszony niespodziewaną
scenerią. Wyobrażał sobie, że dziedziniec treningowy będzie niewielkim,
konstrukcyjnie surowym obszarem wyłożonym białym kamieniem, tymczasem wirydarz otulała
zaskakująco bujna zieleń. Posadzone przy wysokim murku dęby w upalne dni dawały
przyjemną osłonę przed płomienną kulą słońca, a samotna, skryta pomiędzy ich
najniższymi konarami fontanna sprawiała wrażenie zaprojektowanej z myślą o
gaszeniu pragnienia po wyczerpujących seriach ćwiczeń. Część, z której
dochodził drażniący szczęk ścierającej się stali, faktycznie była brukowana, zaś
drugą połowę podwórca porastała wydeptana trawa. I właśnie ten kawałek
zainteresował Esta, bo zebrała się tam grupa lżej opancerzonych rekrutów
wyposażonych w długie łuki oraz kołczany przewieszone przez plecy. A wśród nich
stał on, o centymetry przewyższający najwyższego z młodzieńców, bez charakterystycznej
ciemnozielonej bluzy, ze lśniącą od potu skórą i srogim grymasem na pociągłej,
zwykle wesołej twarzy.
Porwany
milczącą obserwacją ukochanego Est kompletnie zapomniał, gdzie się znajduje. I
w czyim towarzystwie.
-
Wydajesz się zaskoczony, Estalavanesie. - Est drgnął, zwracając spojrzenie na
stojącego tuż obok niebianina. Aarim wodził dookoła wzrokiem, oceniając postępy
swoich ludzi. - W istocie, preferujemy skromne, ascetyczne wnętrza, lecz nie
znaczy to, iż dziedzińce oraz wirydarze garnizonów również takie są – ciągnął
rycerz-dowódca, spoglądając na rozmówcę. - Niewiele czasu spędzamy w celach.
Bez względu na pogodę czy też porę roku ćwiczymy na zewnątrz, w warunkach
zbliżonych do pól bitewnych.
-
Co to za pole bitwy, skoro można napić się wody i odpocząć w cieniu? - wytknął
Est, dłonią w rękawiczce wskazując pluszczącą fontannę. – Sądziłem, że paladyni
są wytrwali i nieugięci.
-
Zapewniam cię, Zaklinaczu Żywiołów, iż opacznie zrozumiałeś ideę fontanny.
Est
odniósł wrażenie, że Aarim uśmiecha się pobłażliwie, zupełnie jak Mag... Nic bardziej
mylnego. Niezwykłe oczy niebianina były zimne niczym złote korony w królewskim
skarbcu.
-
Przezwyciężanie słabości jest wyjątkowo trudną sztuką, zmusza bowiem do
nagięcia woli, przeciwstawienia się podstawowym potrzebom oraz instynktom gwarantującym
przetrwanie. Poziom trudności wzrasta, gdy środek ku spełnieniu jest zaledwie
na wyciągnięcie ręki, nieprawdaż? Zastanów się zatem, jak sromotną porażką dla
dumnego rycerza Zakonu Paladynów byłoby skorzystanie z tak kuszącej sposobności
podczas forsownego treningu.
Zdumiony
Est nie wygłosił opinii, jakoby paladyni byli szurnięci. Już nawet nie
bezlitośni czy fanatyczni w stosunku do swej misji, ale najzwyczajniej w
świecie pomyleni, by poddawać się tak wymyślnym torturom.
I czyni ich to skrajnie
niebezpiecznym orężem w rękach wybitnych strategów, jakimi są niebianie. - Wzdrygnął się słysząc własny, a
jednocześnie wciąż obcy głos. - Nieliczni,
acz nie mniej przez to groźni synowie rodu Asmodeuszy władają niepozorną mocą, której
nie należy bagatelizować.
Chłopaka
zmroziło. Skąd… skąd on to wiedział? I czemu dzielił się z nim skrawkami
informacji w losowych sytuacjach? Kiedy to się zaczęło? W dniu, w którym
bransoleta się przebudziła? Gdy po raz pierwszy zajrzał w głąb siebie?
I
akurat teraz, kiedy Est rozpaczliwie domagał się wyjaśnień, Głos postanowił
złośliwie ucichnąć.
-
Estalavanesie, dlaczego ciągniesz się za uszy?
-
E? - Wyrwany z otchłani beznadziei półsmok mało inteligentnie spojrzał na
rycerza-dowódcę. Wkrótce połapał się o czym tamten mówi i natychmiast puścił
piekące płatki uszu. - Wybacz, taki odruch na tle nerwowym. Mistrz twierdził,
że ma to związek z moim dzieciństwem.
-
Rozumiem - mruknął Aarim, przenosząc zobojętniały wzrok w stronę napinającego
cięciwę półnagiego Niskowyżanina. - Zechciej, proszę, ukrócić samowolę
przodownika Colonella. Niebawem podadzą popołudniowy posiłek, a nie chciałbym
odraczać narady z przyczyn… - Zamilkł, jak gdyby nie potrafił dobrać właściwych
słów. Est przyjrzał mu się spod uniesionych w oczekiwaniu brwi. - Nie chciałbym
odraczać narady.
Rozczarowany
tak banalną odpowiedzią Est wzruszył z rezygnacją ramionami i przespacerował
się krużgankiem do miejsca, w którym odbywał się trening łucznictwa.
Zafascynowany zatrzymał się przy jednej z kolumn podtrzymujących galerię. Z zapartym
tchem przypatrywał się najemnemu zwiadowcy objaśniającemu jednemu z przyszłych
rycerzy, jak prawidłowo trzymać łuk, a potem wycelować. Est nigdy przedtem nie
widział na jego wymalowanym obliczu tak poważnego, skoncentrowanego i pełnego
pasji wyrazu. Chciał zapamiętać tę chwilę, wyprzeć najgorsze wizje i momenty ze
wspomnień, by zastąpić je dokładnie takimi jak ta.
-
…pamiętaj, że chwyt na majdanie ma być pewny, ale luźny, o tak - tłumacząc,
Colonell ustawił się bokiem do drewnianej tarczy zawieszonej na ściance
oddzielającej podwórka treningowe. Lewą ręką ujął środkową część łuku i zademonstrował
jak broń swobodnie spoczywa w jego uchwycie. - Posługujesz się długim łukiem,
więc drugą dłonią zawsze trzymaj cięciwę, nie strzałę. - Dwoma palcami prawej
dłoni złapał wbitą w ziemię strzałę i osadził ją na cięciwie w taki sposób, by
promieniem dotykała prawej strony łęczyska. - Kiedy naciągasz, skup się na
barku, nie ramieniu. To bark odpowiada za naciąg cięciwy. - Zatoczył obszerny
perfekcyjny łuk, aż mięśnie ramion i pleców zatańczyły pod skórą, naprężając
się do granic możliwości. - Maksymalnie naciągnięta cięciwa powinna delikatnie
dotykać końcówki twojego nosa i podbródka. Wtedy celujesz... – Lekko przechylił
górne ramię łuku w lewo i wyprostowany jak struna, niewidocznym dla oka ruchem
wypuścił pocisk. Grot ze świstem przeciął powietrze, trafiając w sam środek
czarnego okręgu. - Zwalniasz strzałę nieznacznym odgięciem palców, samymi
opuszkami. Strzelasz. Powtarzasz. - Zakończył z pełnym samozadowolenia
skrzywieniem ust, którym oczarowywał widownię, nieważne czy były to urzeczone
popisami kobiety, czy pełni podziwu dla jego umiejętności mężczyźni.
Szmer
uznania przebiegł przez audytorium. Rekruci wymieniali między sobą uwagi oraz
spostrzeżenia dotyczące techniki stosowanej przez człowieka Niedźwiedzi nie mając
pojęcia, że z tego konkretnego łuku zginął jeden z zakonnych braci. Morderca
bynajmniej nie zamierzał ich uświadamiać, chcąc pozostać ich nieskromnym
autorytetem. Colonell, jak każdy człowiek, chętnie karmił swą próżność, równocześnie
czerpiąc niemałą satysfakcję z przekazywania wiedzy początkującym strzelcom, choćby
należeli oni do znienawidzonego Zakonu.
Wolną
ręką Col otarł pot z czoła, zaczesał opadające włosy na tył głowy i zerknął
mimochodem na wejście do gmachu. Zaniepokoił go widok paladyńca stojącego w półmroku
krużganka. Wykute w alabastrze arystokratyczne rysy nie zdradzały niczego, lecz
skrzyżowane na muskularnym torsie ramiona mówiły, że coś jest na rzeczy. Nie
przyszedłby tu na darmo. I gdzie jest Esti? Przecież obaj wybrali się poza mury
rozstrzygnąć dręczącą chłopaka kwestię tajemniczego prześladowcy. Czyżby coś
się stało?
Już
miał podejść do niebianina, kiedy młodzieńcy rozstąpili się, a on sam zarobił mocne
uderzenie w klatkę piersiową, które nieomal zwaliło go z nóg. Upuścił łuk, gdy
szczupłe ręce owinęły się wokół jego szyi, a smukła sylwetka przywarła do niego
z siłą, jaką niosła ze sobą niewysłowiona tęsknota. Dając się porwać romantycznemu
uniesieniu, Colonell objął chłopaka w talii, pochylił się ku białym wargom i… w
porę się opamiętał, zauważając wpatrzone w nich kilkanaście par oczu.
Paru
zażenowanych młodych ludzi odwróciło głowy, niemniej znakomita większość stała rażona
gromem przestępstwa, jakim była niepojęta bliskość dwóch mężczyzn. I tylko jeden
rekrut miał w sobie na tyle odwagi, by gapić się na białego elfa wypatrując w
nim cech przedstawicielek płci przeciwnej. Jednakże dopasowany czarny
bezrękawnik oraz spodnie o wąskich nogawkach wpuszczonych w cholewy wysokich wojskowych
butów nie pozostawiały złudzeń. Zaklinacz Żywiołów, tak jak przodownik
Niedźwiedzi, niezaprzeczalnie był mężczyzną.
-
Nie róbcie zbiegowiska, nie jesteście naganiaczami na targu - donośny głos
rycerza-dowódcy przywołał ludzi do porządku.
Jak
na komendę zgrzytający niepełnymi pancerzami rekruci zwrócili się frontalnie do
zmierzającego ku nim dostojnego młodzieńca w błękitnym stroju. Wszyscy poza
jednym, którego najbliższy kompan boleśnie upomniał, gdyż nie odrywał on wzroku
od niecodziennej sceny z najemnikami w rolach głównych.
-
Wracajcie do zajęć. A jeśli macie wolnego czasu w nadmiarze, zgłoście się do
swoich przełożonych, niezwłocznie przydzielą wam nowe obowiązki. – Sir Aarim wkroczył
między podzieloną grupkę, zatrzymując się na wprost zastygłych w uścisku
prowodyrów zamieszania. – Odnosi się to i do was. Siejecie zgorszenie wśród
młodych ludzi o czystych, nieskalanych sercach.
-
Podejrzewam, że niejeden z nich ma już skalane serce - burknął Colonell, popatrując
na czerwieniących się rekrutów. - Gdyby tylko serce - dodał z cynicznym
uśmieszkiem, którego nie ukryła przystrzyżona broda.
Aarim
zlekceważył jego zaczepkę. Przeciągając potępiające spojrzenie zawrócił bez
słowa.
Skołowani
chłopcy nie wiedzieli co ze sobą począć. Prędko znalazł się jeden rezolutny,
który zarządził koniec ćwiczeń i jako pierwszy zebrał się do opuszczenia
podwórza. Reszta, nie mając lepszego planu, poszła w jego ślady, zaciskając
dłonie na treningowych łukach.
Colonell
bez oporów ucałował czubek głowy chłopaka i zmierzwił czarną grzywę, po czym
odsunął go od siebie na długość ramion.
-
Też się cieszę, że cię widzę, Esti! – Złośliwy grymas złagodniał, kiedy rozgrzewające
serce ciepło rozjaśniło oczy mężczyzny. - Czym sobie zasłużyłem na takie
powitanie? I to na oczach tylu świętoszków. Chyba mi tu nie zemdlejesz, co?
-
Cieszę się że żyjesz, Col – wymruczał Est. Ulga i radość, jakich doznał na dźwięk
barytonu ukochanego, wymazały z jego pamięci ostatnie makabryczne obrazy. Nie
chciał psuć momentu przytaczaniem tego, przez co przeszedł. Chciał tylko na
niego patrzeć i zapamiętać go takim, jakim jest. - Po prostu żal mi czasu
marnowanego na przejmowanie się zdaniem innych.
Col
był cokolwiek zmieszany deklaracją kochanka, zupełnie nie pasującą do jego
wycofanej, płochliwej osoby. Drapiąc się po nagim karku próbował ogarnąć rozumem
tę drastyczną zmianę. Nie zdołał.
-
Albo się wreszcie obudziłeś, dzieciaku, albo jest coś, o czym nie powinienem… -
Dojrzał zaschnięte płaty błota na czarnym ubraniu i zmarszczył brwi, gubiąc się
w myślach. - Zaraz, tarzałeś się w błocie? - Popatrzył za oddalającym się
paladynem, a raczej za jego ubłoconymi spodniami. - Obaj się tarzaliście. A
mnie tam nie było.
Uszy
speszonego Esta opadły, gdy pojął aluzję.
-
Jak rany, Col, to nie tak jak ci się wydaje! – zawołał, widząc śniade palce rozcierające
warstewkę suchego błota. - Ja leżałem, a on siedział! Ech, to chyba nie
brzmiało zbyt dobrze…
-
Wyjątkowo niefortunny dobór słów, Esti. - Przodownik roześmiał się,
pieszczotliwie ciągnąc za długie ucho, ubiegając tym gestem nieszczęśliwego chłopaka.
- Ufam ci, dzieciaku, co nie znaczy, że nie będę ci tego wypominał.
-
Idź wyłysiej - fuknął Est, przed sekundą zawstydzony, teraz urażony
niestosownym humorem partnera. Odtrącił jego dłoń i rzucił nieprzychylnym okiem
na nagi tors porośnięty ciemnymi kędziorkami. Zrobiło mu się nieobyczajnie
gorąco. - I ubierz się z łaski swojej. Gorszysz chłopaków.
-
Ciebie już nic nie gorszy, więc padło na nich.
Mrugnąwszy
porozumiewawczo, Col potulnie wykonał rozkaz. Wymijając Estiego podszedł do
przewieszonej przez balustradę krużganka bluzy i przeciągnął się ostentacyjnie,
prezentując w pełnej krasie wynik systematycznych treningów łuczniczych. Est
udawał, że nie interesuje go ta prymitywna demonstracja męskości, lecz nie
potrafił zapanować nad krwią buzującą w żyłach.
Dopiero
chrząknięcie rycerza-dowódcy ostudziło ich ciągoty. Niezrażony naganą chłopak
obejrzał się na Aarima tylko po to, by wrócić do przekomarzanki z partnerem.
-
Lubisz gorszyć młodych chłopców, prawda?
-
Powiedział ten, co to rzucił mi się na szyję jak stęskniona panienka.
-
Czy możecie darować sobie tę nic nie wnoszącą konwersację? - Czekający przy
drzwiach Aarim wyglądał na zniecierpliwionego. – Naglą mnie powinności, których
zmuszony jestem dopilnować osobiście, a nie popełnię błędu, posyłając z wami któregokolwiek
z moich podkomendnych.
-
Nie wiem o kogo bardziej się boi, o nas czy o nich - warknął półgębkiem
Colonell, z trudem wciągając na spocone ramiona bluzę. Poprawił wywinięty
kaptur i podniósł z trawy ulubiony sfatygowany łuk, dołączając do Esta. Razem podążyli
w kierunku rozdrażnionego paladyna zostawiającego ich w tyle.
Colonell
Niedźwiedziogrzywy wbrew swym uprzedzeniom przyznał, że zaczynało mu się
podobać życie nie tyle w samym garnizonie, co w miejscu, do którego nie sięgały
pokrętne machinacje jego bezwzględnego, chorobliwie ambitnego ojca. Z dala od
narzucanych mu obowiązków, odpowiedzialności za podwładnych i duszących
czarnych murów Twierdzy. Nareszcie był panem swojego losu. Księciunio mógł
wykładać monety w zamian za usługi, ale nie kupował tym jego posłuszeństwa
wobec własnych kaprysów.
A
jednak wolność wciąż pozostawała wyłącznie złudzeniem, w jakie usilnie wierzył.
Jest najemnikiem, w jego fachu śmierć to brutalny i jakże trafny jej synonim.
Tylko ona uwolni go od kontraktów i zleceń. Nie zależało mu na niczym, ani na
nikim. Nie szanował nikogo, nie szanował niczego, nie szanował swojego, ani tym
bardziej cudzego życia. Kiedyś, w szczenięcych latach bójek i pojedynków, kusił
los łapiąc śmierć za bary, zaglądając jej w oczy i śmiejąc się w twarz. Była to
forma rozrywki, równie dobra co picie i swawolenie z sobie podobnymi. Aż poznał
chłopaka, który diametralnie odmienił jego spojrzenie na przyszłość. Odmienił
spojrzenie na siebie samego i to, co robi ze swoim życiem.
Colonell
Niedźwiedziogrzywy nie chciał umierać. Już nie. W tym zepsutym, zimnym świecie
żył dzieciak będący dla niego wszystkim: najczystszym przejawem wolności, któremu
gotów był zawierzyć, nadzieją, jaką pragnął żywić oraz miłością, której
dotychczas nie dostrzegał.
Przodownik
odetchnął cicho, ukradkiem zerkając na idącego obok kochanka. Zaklinacza
Żywiołów. Pół krwi smoka. I cholera jedna wie, co tam jeszcze z niego
wyjdzie...
***
Niewielka, skromnie urządzona sala
sąsiadująca z celami gościnnymi po raz trzeci służyła im za jadalnię, ale nie
było to jej jedyne zastosowanie. Kiedy oddelegowani do tego zadania rekruci
uprzątnęli zastawę i przetarli blat, Aarim rozwinął na nim ogromną mapę
przedstawiającą Estarion w całej okazałości, od wiecznych lodowców i
Srebrzystych Szczytów północy, po wysunięty w głąb oceanu Popielny Hak
skwarnego południa. Na zachodzie niemalże pionowa linia znaczyła rubieże Ramneii,
natomiast na wschodzie – granicę z Ziemią Niczyją zwaną w języku imperialnych
elfów Atur Oyal. Docisnął brzegi wyprawionej skóry prostokątnymi żelaznymi ciężarkami
i ze splecionymi ramionami obejrzał krytycznie swoje dzieło.
Wtem
u jego boku zmaterializowała się Leos. Jej granatowe oczy błyszczały w
gorączce, pochłaniając kartograficzne arcydzieło.
-
Jest piękna - wyszeptała z zachwytem, siłą woli powstrzymując się przed
dotknięciem powierzchni mapy. - Spójrzcie tylko na detale! Góry, rzeki, jeziora
i lasy wyglądają jak prawdziwe… I te żywe barwy… A ile odcieni! Czyje to
dzieło? - Roziskrzony wzrok przeniosła na niebianina, który zdawał się lekko zakłopotany
jej entuzjazmem. - Ile razy była już odnawiana? Och, uwielbiam mapy. Dzięki nim
możemy zobaczyć Estarion w całości! Moja matka opracowała ich całkiem sporo.
Była nadworną czarodziejką, a zarazem kartografem w Zielonych Bramach.
Est
parsknął mimowolnie, dojrzawszy jak skonsternowany Aarim umyka spojrzeniem.
Dopiero obserwując tę dwójkę zauważył, że podejście paladyna do piromantki było
inne, niż gdy rozmawiał z zaklinaczem lub przodownikiem. Czy to dlatego, że
Leos była nader żywiołową i prostolinijną dziewczyną? Będzie musiał zwrócić na
nich większą uwagę, bo może wyniknąć z tego intrygujący eksperyment
potwierdzający czy niebianin naprawdę jest tak oziębłą, niezdolną do
współodczuwania kreaturą, jak twierdzi.
I
tak się złożyło, że teraz była po temu idealna okazja, jako że książę zmierzył
wyczekującą dziewczynę spojrzeniem pozbawionym zwykłej mu obojętności.
-
To owoc mojej wieloletniej wędrówki – oświadczył. Oparłszy dłonie o blat, skoncentrował
się na szczegółowej topografii. Nie potrafił przyjąć zwyczajowego chłodnego
tonu kiedy była tak blisko. Zaprzestał także sondowania jej uczuć pojmując, iż
w ten sposób pogwałca prywatność młodej kobiety. Bynajmniej nie chodziło o
skomplikowaną sentymentalność oraz czułostki wiodące prym w jej niewinnym
sercu. Wcale nie deprymowały go wkradające się poprzez aurę emocje czarodziejki.
Uznał swe działania za niewłaściwe i postanowił przychylić się do prośby
Estalavanesa, zacząć rozmawiać, przynajmniej na początek. Z nim. I z nią. To
nie może być nic trudnego. Pogawędka z ludzką kobietą nie może być trudniejsza
od bezpośredniej konfrontacji ze Śniącymi.
-
Aarimie, przecież to arcydzieło! - Zaaferowana Mała Niedźwiedzica nie
przestawała przyglądać się drobiazgowym kształtom wymalowanym na cienkiej
skórze. Wypieki na upstrzonych piegami policzkach zaróżowiły nosek i czubki
zaokrąglonych uszu. - Tu mieszkałam z matką! - Wskazała palcem gęsto zadrzewiony
obszar leżący mniej więcej w połowie drogi między Adeilą, a umiejscowionym w zakolu
jeziora Świetlistej Otchłani Aneil’Aranth. – Przez okrągły rok jest tam
cudownie zielono pośród olbrzymich, rozłożystych sekanów. Kochałam pałacowe
ogrody, bo rosło tam tyle pięknych kwiatów i ziół, że nigdy się nie nudziłam. A
mama… Mama często mi o nich opowiadała.
Colonell
obszedł stół i zajrzał przez ramię dziewczyny, pocieszająco kładąc dłoń na jej drobnym,
okrytym czerwoną tuniką barku. Ciekaw był gdzie urodziła się i żyła jego
siostra zanim osiadła w domku pustelnika. Oraz jak wiele kilometrów dzieliło
ich miejsca narodzin. Nie musiał nawet liczyć, na pierwszy rzut oka widać było że
zbyt wiele, by kiedykolwiek przypadkiem spotkać się poza Twierdzą. Puszcze
Niskowyżu rozpościerały się na południowym zachodzie, nieopodal pogranicza Ramneii,
podczas gdy Zielone Bramy były, całkiem rozsądnie, określane mianem Serca
Estarionu. Znajdowały się bowiem w centrum ludzkiej krainy, tuż przy brzegu majestatycznej
Żywej Rzeki.
W
trakcie swojej chłopięcej tułaczki w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia dla
Kirii i dziecka rosnącego w jej łonie, Col umyślnie omijał największe ludzkie
siedziby z obawy, że przyciągnie zbędne zainteresowanie. Lecz im dalej brnął na
północ, tym szanse na rozpoznanie go malały. Dla mieszkańców Adeili był tylko dziwnym
małolatem o jeszcze dziwniejszym kolorze skóry oraz najdziwniejszym malunku na połowie
twarzy. I kiedy już się tam zadomowił, nikt nie wpadł na pomysł, by wypytywać
go o pochodzenie. Był jednym z nich. Jednym z licznie napływających zewsząd
szczurów zakładających gniazda w kanałach głęboko pod ulicami miasta i
próbujących szczęścia w śmiercionośnych rozgrywkach o władzę oraz wpływy. Za
sprawą złośliwego zrządzenia losu znów utknął w Adeili - tym razem wewnątrz
przeklętych murów paladyńskiego garnizonu. I to z czyjej winy? Zagubionego jak
on sam stworzenia.
Wiedziony
ciekawością Est przeoczył zamglony wzrok Colonella wlepiony w mapę, wciskając
się pomiędzy księcia i dziewczynę. Ku swojemu rozczarowaniu, jako jedyny nic
nie rozumiał z rysunków, które w rzeczy samej były dziełem sztuki. W sam raz do
oprawienia i powieszenia na ścianie, ponieważ tym właśnie dla półsmoka były
wszelkiego rodzaju mapy: niespotykanie starannymi obrazkami. Mistrz co prawda usiłował
wdrożyć ucznia w arkana interpretowania skalowanej mapy krainy, lecz Est nie
wykazywał talentu - ani chęci - by skutecznie przyswoić sobie tę lekcję.
Uważał, że do niczego mu się ona nie przyda. Był w błędzie. Precyzyjnie
odwzorowana rzeźba Estarionu była teraz dla niego niczym innym, jak konturami
cieszącymi oko, a przez to odciągającym uwagę od najistotniejszych elementów.
Wstydząc
się głośno przyznać do swoich braków, chyłkiem się wycofał, pozwalając
paladynowi przejąć inicjatywę.
-
Naszym celem jest Aneil’Aranth, stolica Estarionu. - Książę stuknął paznokciem
półkoliste jezioro srebrzące się w dolnej części impregnowanej skóry. - Jeżeli
wyjedziemy z Adeili z nastaniem jutrzejszego świtu, nie zmęczymy zwierząt
nadmiernym wysiłkiem i będziemy zatrzymywać się wyłącznie na nocny spoczynek,
podróż zajmie nam nie dłużej niż tydzień. - Przesunął opuszkiem od miasta
garnizonowego po stolicę, kreśląc niewidzialne zawijasy ich z góry zaplanowanej
trasy. - Mamy do przebycia Żywą Rzekę. Za Zielonymi Bramami rozciąga się
solidny most. Tam też przenocujemy w garnizonie. To będzie jedyne warowne
miasto na naszym szlaku. Kolejne noce spędzimy w przydrożnych gospodach lub w
leśnych ostępach i zagajnikach, w zależności od pogody. Wolałbym jednak nie
przeciążać naszych sił koniecznością trzymania warty, ponieważ gdy zbliżymy się
do południowych granic, znajdziemy się w strefie ciągłego zagrożenia.
-
To dlaczego jedziemy tylko we czwórkę? - Colonell wrócił na poprzednie stanowisko,
naprzeciwko Aarima. - Nie lepiej byłoby zabrać eskortę? Młokosom przydałyby się
manewry w terenie.
Rycerz-dowódca
odrzucił jego koncept stanowczym ruchem głowy.
-
Wykluczone. Paladyni, nawet młodzi i niedoświadczeni rekruci, potrzebni są
tutaj. Zabranie choćby jednego z nich stwarza realne niebezpieczeństwo dla północnego
wschodu. - Pochylony nad mapą niebianin przyjrzał się najemnikowi. - Rozumiem
twój tok myślenia, Colonellu, aczkolwiek jest to niemożliwe. Nasza czwórka musi
sobie poradzić. I chociaż mamy zaprawdę wiele garnizonów rozrzuconych w
Śródlądzie oraz na Południu, to w obliczu tego, co nadchodzi, jest ich tragicznie
mało.
-
Paru Śniących stanowi aż taki problem dla zjednoczonej armii Zakonu Paladynów?
Przecież wasza ciężka kawaleria nie ma sobie równych na całym Khaldunie.
-
Colonellu, Śniący mogą w zatrważająco krótkim czasie uformować armię z
opętanych lub zindoktrynowanych ludzi. Wiedzcie, iż rycerze Zakonu są jedynymi wolnymi
od ich niszczycielskiego wpływu wojownikami. Mistrzowie w posługiwaniu się magią
tworzenia potrafią zakłócić zarówno proces zawładnięcia umysłem, jak i zapobiec
jego finalnemu efektowi. Nie możemy więc ryzykować, jako że każdy z nich jest w
tej chwili na wagę złota. - Przymknąwszy oczy, książę ucisnął nasadę nosa
kciukiem i palcem wskazującym, jakby obecna sytuacja rzeczywiście była tak
beznadziejna, jak ją przedstawiał. - Wielu z nich ma rodziny w podległych swoim
rejonom miastach, wsiach i osadach. Nie mógłbym ich oddzielić od bliskich
żądając, by walczyli na obcych ziemiach. Niemniej nie ulega wątpliwości, iż
arcypaladyn wkrótce zmobilizuje ludność oraz skomasuje wojska w punkcie
zapalnym. Kwestią sporną pozostaje region, w którym objawi się najpotężniejszy
Śniący. Może to być południe, gdzie zbuntowana arystokracja odchodzi od zmysłów
popadając w krwawe szaleństwo. O ile nie jest to fortel mający na celu
odwrócenie naszej uwagi od prawdziwego miejsca pobytu Śniącego.
-
Czyli i tak wyślesz ich na front. - Colonell nie dawał za wygraną. Logika
niebianina była zbyt zagmatwana jak na jego najemne standardy. - Co to za
różnica: teraz czy zaraz?
-
Zasadnicza, Colonellu. Rozpoczną walkę w obronie rodziców, żon oraz dzieci. Wówczas
spostrzegą, iż dysponują umiejętnościami zdolnymi odeprzeć wrogą nawałę.
Ostatecznie skończą na froncie, w pełni przekonani o słuszności wojny, jaką
stoczą za Estarion. - W głosie Aarima dźwięczało echo inspiracji, bojowego
ducha zagrzewającego do walki. - Czy wiesz jaką motywację i determinację odnajdują
w sobie ludzie, kiedy widmo zagłady pada na ich domy oraz potomstwo? Gdy
śmiertelne zagrożenie zawiśnie nad wszystkim co kochają i co tworzyli przez
lata? Czy wróciłbyś teraz do Kompanii Najemnej Niedźwiedzi wiedząc, iż są na krawędzi
upadku? Porzuciłbyś Estalavanesa?
-
Już zrozumiałem, nie musisz być taki dosłowny.
Skarcony
najemnik spuścił wzrok na mapę i skrzyżował ręce na piersi, sygnalizując koniec
dyskusji.
Estowi,
który w napięciu śledził przebieg narady, zrobiło się cieplej na sercu słysząc
wypowiedź Aarima. Oraz wychwytując reakcję człowieka, którego darzył najgwałtowniejszym
z uczuć. Chłopak rozumiał przesłanie rycerza-dowódcy. Do identycznych konkluzji
dochodził z mistrzem w rozprawach o wartości życia oraz sile płynącej z
pragnienia chronienia tego, co tworzy się i buduje z mozołem. Owszem, można
zbudować wszystko od nowa, lecz straconego czasu nic już nie przywróci. Ani
utraconych bliskich. Są na świecie wartości, których należy bronić za wszelką
cenę, gdyż wraz z nimi traci się część siebie samego.
Leos
z zapałem analizowała każdy punkt nakreślonej trasy zastanawiając się, czy wystarczy
tydzień w siodle, by dotrzeć do stolicy. W tej skali dystans do pokonania zdawał
się przytłaczający, ale nie raz już się przekonała na własnym doświadczeniu, że
odległość na mapie mogła zmylić niewprawne oko.
-
Kim właściwie są Śniący i Przebudzeni? To nie to samo? - Gładko zmieniła temat,
rozpraszając ponure nastroje panujące w sali. – Wydawało mi się, że Przebudzeni
to, hmmm, obudzeni Śniący.
-
Przebudzeni powstają ze szczątków niegdyś żywych istot, to animowane truchła
kierowane mocą Śniących - wyjaśnił Aarim, przybierając maskę niewzruszonego paladyna.
- Kolokwialnie Przebudzonych nazywa się “żywymi trupami”. Podczas Wojny Bogów
nie była to nagminna praktyka, dlatego podejrzewamy, iż wiąże się ona ze zbyt
dużym obciążeniem energetycznym. Prawdopodobnie wymaga także absolutnego skupienia
Śniących, na co w chaosie otwartej bitwy nie mogą sobie zanadto pozwolić. Skutkiem
dopuszczanej się przez nich profanacji zwłok, stulecia po wojnie nadal palono
zmarłych. Obrządek ten stosunkowo niedawno zastąpiono ceremonią grzebania w
ziemi, gdyż palenie ciał okrzyknięto barbarzyństwem dalekim poszanowaniu cielesnych
powłok zmarłych. - Książę z niesmakiem skrzywił usta. - Zakon Paladynów do tej
pory nie uznaje innego sposobu żegnania swych braci niż całopalenie.
-
Podobnie rzecz ma się u Niedźwiedzi - wtrącił Col.
-
I za to należy się wam szacunek. - Ton niebianina nie brzmiał już tak oschle
jak przed momentem. - Nie musicie się zatem obawiać, iż zmarli bracia powstaną
przeciwko wam.
-
Kim są Śniący, że potrafią wskrzeszać umarłych? - Czarodziejka spoglądała na
paladyna spod czupryny niesfornych miodowych loków. Zachwyt ustąpił niepewności
przeradzającej się w lęk przed nieznanym.
-
Nie potrafią wskrzeszać zmarłych, lecz tymczasowo sprawować kontrolę nad
zwłokami - sprostował książę. Odepchnąwszy się od blatu ruszył w stronę
wysokiego okna, z którego roztaczał się widok na opustoszały dziedziniec.
Zatrzymał się, dłonie łącząc za plecami. Nabrzmiałe deszczem chmury kłębiły się
na nieboskłonie, podkreślając posępne rozważania rycerza-dowódcy. - Ciężko
rzec, kim są Śniący. Przed Wojną Bogów dali się poznać jako byty podporządkowujące
sobie gatunek ludzki. Z zimną krwią mordowali wszystkich stawiających opór,
hojnie obdarzając swymi względami bezwarunkowo im posłusznych, nadgorliwych
fanatyków. Mawiano, iż byli bogami, uśpionymi pierworodnymi Wszechmocnych budzącymi
się po to, by odzyskać świat stworzony specjalnie dla nich. Wciąż jest to
jedynie przesłanka na miarę wierzeń, iż ludzkość służyć im ma jako niewolnicza
rasa spełniająca ich wszelkie zachcianki.
Est
zadrżał niezauważalnie. Obecność w jego głowie skurczyła się i wzmogła czujność,
nasłuchując co też niebianin ma do powiedzenia. Zrobiło mu się zimno, choć
płomień ekscytacji podsycał mocny rytm pulsu. Nie rozpoznawał stanu w jakim się
pogrążał, ale przypominał on chorobliwą gorączkę. Trząsł się, aż pełen żołądek podszedł
mu do gardła.
Czuowiecy, niewolnicza rasa - podchwycił bezgłośnie. Bydło hodowane na sakralny ubój.
Krótkowieczne, chaotycznie inteligentne istoty stworzone ku wygodzie znacznie potężniejszych,
przewyższających ich bytów. Dopuść ich do władzy, a doprowadzą Estarion do
ruiny. Spalą go w ogniu wojen i pogrzebią w prochach przerostu ambicji. Wyrżną
w pień pozostałe rasy i zagarną ich ziemie. Ludzka hegemonia jest zarzewiem
zagłady. Znane. Tak bardzo znane...
Jęknął,
w ostatniej chwili zasłaniając sobie usta urękawicznioną dłonią. Była ciepła.
Jego dłonie nigdy nie były ciepłe. Przerażały go własne niekontrolowane odruchy.
Aarim
zerknął ku niemu znad ramienia, ale to Col był tym, który stanął tuż obok i objął
go troskliwie. Wytatuowana twarz bezsłownie pytała czy wszystko w porządku. Est
potaknął, lecz nieposłuszne ciało dreszczem zadało kłam jego zapewnieniom.
Stroszący
brwi przodownik zamierzał się odezwać, lecz Leos ubiegła go, kontynuując
nurtujący ją wątek Śniących i przekierowując uwagę pozostałych na siebie.
-
Wychodzi na to, że niewiele wiadomo o Śniących. A jeśli przesłanki mówią
prawdę, to mamy walczyć z… - urwała, uzmysławiając sobie naturę wroga. - Jeżeli
to są bogowie, to jak mamy z nimi walczyć? Jesteśmy zwykłymi ludźmi...
-
Leos, udało się to naszym przodkom, uda się i nam.
-
Ale wtedy żyli bogowie – upierał się Col. Pokrzepiająco uścisnął partnera i zajrzał
w złote, lekko przysłonięte powiekami tęczówki stojącego przy oknie niebianina.
- A przynajmniej do momentu wybuchu wojny. Nie widziano ich od dwóch tysiącleci,
więc albo się pozabijali, albo… - Zrozumienie rozszerzyło ciemnozielone oczy.
-
Albo doskonale się ukrywają, tak jak czynią to smoki - dokończył za niego
Aarim. - Tego nie wiemy. Najlepsi spośród ludzi królewskiego szpiegmistrza
aktualnie zajmują się poszukiwaniami bogów.
-
A ty i twój ojciec nie możecie ich wyczuć? - pytał zwiadowca nie kryjąc
podejrzliwości. - Wyczuwasz Śniących, którzy rzekomo są jednymi z nich. Jak to
się stało, że nie wybito ich do nogi?
-
Colonellu, “wyczuwaniem” bym tej zdolności nie nazwał, bowiem jest ona jak podświadomość
sygnalizująca uaktywnienie się dominującej prezencji na skraju mojego pola
energetycznego. - Książę znów wyjrzał przez okno, za którym siąpił deszcz,
zmieniając świat w poszarzały, malowany wodą pejzaż. - Teoria głosi, że nie
wszyscy Śniący budzą się w jednakowym czasie. Nawet jeśli urządzono im czystkę,
to jeszcze setki mogą spać kilometry pod ziemią.
Intuicja
podpowiadała Estowi, że Aarim po raz kolejny poskąpił im prawdy. W innych
okolicznościach zapewne zabrałby głos, mając kilka wątpliwości odnośnie ich
punktu destynacji czy przeciwników, lecz teraz zabrakło mu sił, by aktywnie
uczestniczyć w naradzie. Wprawdzie ujarzmił rozchwiane emocje, ale kosztowało
go to mnóstwo nerwów i energii, a w połączeniu z ciepłym posiłkiem zalegającym
w ściśniętym żołądku ogarnęło go znużenie. Potarł piekące powieki i odsuwając
opiekuńcze ramię przodownika usiadł na jednym z krzeseł, tłumiąc ziewnięcie.
Chyba opadł z niego stres związany z makabrycznymi wizjami.
Stojący
tyłem paladyn oraz zwrócona do okna czarodziejka nie mogli tego zobaczyć, za to
Col miał na niego baczenie i mimo że chłopak pokręcił głową na jego pytająco wygięte
brwi, to mężczyzna nie odpuszczał.
-
Powinieneś się położyć. - Tymi słowy zaalarmował Leos i Aarima, skłaniając Esta
do konkretnej reakcji. - Wyglądasz jakbyś jedną nogą był w Pozaświecie.
-
Zawsze tak wyglądam! – wybuchnął Est poniewczasie orientując się, jak
buntowniczo zabrzmiała jego odpowiedź. Naprawdę był zmęczony, energia fizyczna wyciekała
z niego niby woda z dziurawego wiadra, przez co zrobił się opryskliwy. - To
tylko zmęczenie, nic wielkiego. Pewnie przez tę pogodę. Zaraz mi przejdzie.
Aarim
zbliżył się do stołu i ostrożnie zbadał wzrokiem zaklinacza, szukając późnych
symptomów obcowania z upiorem.
-
Colonell ma słuszność, Estalavanesie. Dowiedzieliście się dość, by do kolacji sporządzić
pytania, jakie nie nasunęły się wam do tej pory. Tymczasem przerwa może okazać
się zbawienna dla wyciszenia niepożądanych emocji.
-
Zaprowadzę cię do celi, Esti, a potem skorzystam z łaźni - zaproponował
Colonell stając tuż za oparciem krzesła chłopaka. – Przyda mi się kąpiel. I
lepiej żebyś się nie sprzeciwiał, bo inaczej cię tam zaniosę.
-
Jak rany, dobrze, pójdę się położyć.
Est
wstał i przeczesując palcami niesfornie opadające na czoło włosy, starał się stwarzać
pozory opanowanego oraz pełnego werwy. Skończyło się na tym, że rąbnął
wzmocnionym metalem noskiem buta o nogę stołu i ledwie utrzymując równowagę,
wyszedł z sali odprowadzany sceptycznymi spojrzeniami.
-
Sprawdzę co mu dolega.
Col
podążył za nim, nie siląc się na grzeczności.
Leos
popatrzyła z niepokojem na Aarima, ten jednak wpatrywał się w uchylone drzwi, za
którymi zniknął Zaklinacz Żywiołów. Zamyślony nie dosłyszał słów czarodziejki i
zmuszona była powtórzyć je głośniej.
-
Czy zechciałbyś udać się ze mną do biblioteki? O ile w adeilskim garnizonie gościom
wolno do niej wstąpić... - Uśmiechnęła się skromnie, odrobinę niepewnie. Towarzystwo
księcia wzbudzało w niej pewnego rodzaju dziewczęcą nieśmiałość, o jaką siebie
nie posądzała. Nawet wobec Esta nie odczuwała niczego podobnego, a przecież
znała uczucia, jakie żywi do białego elfa.
-
Jeżeli takie jest twoje życzenie, Leos. Zapraszam.
Aarim
wskazał na korytarz i przepuścił Małą Niedźwiedzicę przodem, byle nie patrzeć jej
w oczy. Wizyta w bibliotece nie była złym pomysłem, zważywszy iż jego zastępca,
sir Cyryl, wiedział jakie należy poczynić przygotowania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz