Poranek, w
którym Colonell obudził się w sypialni Estalavanesa, był najgorszym koszmarem
przyprószonym niepowtarzalną słodyczą. Widok śpiącego, wyciągniętego na całą
długość elfa rozczulał do tego stopnia, że ostatnie minuty tuż przed świtem
młody człowiek spędził na wpatrywaniu się w niego z uwielbieniem. Bał się
westchnąć, by go przypadkiem nie zbudzić. Śpiący Esti wydawał się tak spokojny
i wyzbyty trosk, że przestał przypominać samego siebie.
Myślał, że serce zaprzestanie pracy, kiedy białe jak
śnieg powieki z trzepotem czarnych rzęs rozchyliły się ospale, a spojrzenie
zielonych kocich oczu spoczęło na jego twarzy. Wzrok chłopaka zdradzał więcej
zrozumienia niż mężczyzna oczekiwał. Najwyraźniej dobrze zapamiętał noc tuż
przed zaśnięciem. I, podobnie jak on sam, wyczekiwał z niecierpliwością momentu
przebudzenia.
Col wciąż przed oczami miał obraz Estiego obracającego
się na bok, leżącego z nim twarzą w twarz i uśmiechającego się nieśmiało. To
było najcudowniejsze „dzień dobry Col” w jego dwudziestopięcioletnim życiu, a
pierwsza myśl, jaka mu wtedy przyszła do głowy, to ta, że mógłby w tej chwili
umrzeć.
Nie wiedział jeszcze, jak bardzo życzenia lubią się
spełniać, gdy nikt się tego nie spodziewa. I wedle własnej pokrętnej logiki.
Było to tak wspaniałe i nierealne, że świat nie
potrafił już dłużej tego znieść. Gdy w drzwiach sypialni stanął Mag, romantyczny
nastrój pękł niczym uderzony rzeczywistością kryształ, a przejmujący odgłos
temu towarzyszący poniósł się wibracją w piersi rozbudzonego Cola. Nagłe
pojawienie się doradcy tuż przed świtem nie zwiastowało niczego dobrego. W jego
czarnych oczach dostrzegało się słabo skrywane zaskoczenie obecnością zwiadowcy
dowodzącego nocnym zwiadem.
Domykający za sobą drzwi Mag wyglądał w świetle lampek
na szczególnie poruszonego - i to bynajmniej nie widokiem dwóch młodzieńców w
jednym łóżku (w końcu utrzymywali oni między sobą stosowny dystans). Jego
przenikliwy umysł zatruwały myśli, których nie chciał wypowiadać na głos, a
które nie dawały mu wytchnienia. Zamknięte same ze sobą gryzły się i uwierały,
wymuszając na leciwym człowieku potrzebę działania, toteż nie przedłużając,
wyrzucił z siebie cztery bolesne słowa: nocny patrol nie wrócił.
Wydarzyło się to pięciodzień temu, a ciał nadal nie
odnaleziono, choć trzydziestu ludzi, zbrojnych oraz tropicieli, przy wsparciu
dziesięciu czarodziejów bez ustanku przeczesywało puszczę w poszukiwaniu
zaginionego nocnego patrolu. Jak gdyby cała piątka doświadczonych zwiadowców
zdezerterowała. Albo zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Gęsty las
łączący Adeilę, Asvill oraz Twierdzę był obszarem o ogromnej powierzchni, kto
wie, dokąd chłopaki wyrwali z nudów. Kto wie, dokąd leśne widmo ich zabrało.
Smok. Ale jaki miałby powód, by atakować dopiero teraz? A jeśli to wina tego,
co przyszło po nim? Co jest na tyle potężne, by przegonić prajaszczura z
posterunku? Czy w ogóle było coś takiego?
Pięć pełnych dni straconych na bezowocnych
poszukiwaniach i ani śladu jego ludzi. Tak jak nigdzie nie było choćby znaku
świadczącego o trójce wysłanników Zakonu Paladynów. Nawet jeśli zwierzęta i
owady dopełniły swojego obowiązku, to powinni natrafić na cokolwiek! Elementy
pancerza, broń, różnice w poszyciu wskazujące na stoczoną niedawno walkę,
rdzawe plamy krwi…
Nie znaleźli absolutnie nic.
Pozbawiony nadziei na odnalezienie swoich ludzi
Colonell odetchnął ze znużeniem, wspierając dłonie w rękawicach na brudnych
kolanach. Bolały go ramiona, o nogach nie wspominając, lecz w dalszym ciągu
liczył że znajdzie coś, co naprowadzi ich na właściwy trop. Głupia naiwność.
Klęcząc w leśnym runie, pełen wątpliwości w stosunku do swojej mozolnej pracy
zaczynał się zastanawiać, jaki jest sens szukania igły w stogu siana. Albo
pięciu igieł. A tej felernej nocy to on miał prowadzić ludzi w teren. Zginąłby
razem z nimi. To on miał być na miejscu Jodegarda, którego wraz z resztą
chłopaków posłał na śmierć, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Kto mógł
przewidzieć, że dojdzie do tragedii tam, gdzie od wielu lat nic się nie działo?
Nie znaleźli jednak nic, co potwierdzałoby niedawny pobyt zwiadowców w okolicy.
Może nie byli wystarczająco dokładni? A może chłopcy naprawdę postanowili się
zabawić i zapijaczyli w pobliskiej gospodzie?
Kogo on próbował oszukać? Przecież nie trwałoby to aż
pięć dni. I nie zabraliby ze sobą ascetycznych paladynów.
Pomarszczona mocna dłoń spadła całym
ciężarem na opancerzony bark Cola, uciskając skórę naramiennika w pełnym otuchy
geście. Młodzieniec uniósł naznaczoną zmęczeniem twarz na Maga. Nie doczekawszy
się żadnych wieści przymknął powieki i wystawił brudne policzki na ciepły
powiew wiatru.
Starzec patrzył przed siebie, w napięciu obserwując
pracę gromady ludzi przeczesujących teren centymetr po centymetrze. Pochylony
nad niegdysiejszym wychowankiem wreszcie przykucnął obok niego, badając
wydeptaną trawę oraz zbutwiałe liście. Kątem oka stale zerkał na wytatuowany
profil łowcy, jakby to jego w szczególności pilnował.
Pokryte wątrobowymi plamami palce ponownie ucisnęły
naramiennik.
- Nie obwiniaj się, młodzieńcze. Nikt nie mógł przewidzieć,
co się wydarzy, nawet ja. Lękałem się, że to ciebie będziemy poszukiwać. I nie
zamierzam ukrywać, iż byłem zaskoczony widząc cię w kwaterze Estalavanesa.
Col zachwiał się w przód. Wycieńczony, zmuszony
wesprzeć się ramieniem rozmówcy przetarł piekące powieki, zostawiając na nich
smugę błota. Dla odzyskania ostrości widzenia śledził wzrokiem ruch odległej
magicznej sfery drugiego zespołu poszukiwawczego. Nie spał od dwóch nocy i był
już na skraju wyczerpania, ale nie pozwolił sobie na odpoczynek. Musi ich znaleźć.
To jego ostatni obowiązek względem zaginionej piątki.
- Nie martw się o swojego ucznia, nie skrzywdzę go –
zapewnił osowiale. - Nie jest aż tak uległy, by wszystko przyjmować bez słowa
sprzeciwu.
- Zgadzam się z tobą, już nie jest. Aczkolwiek
przyjmuje na siebie więcej, niż powinien. Zupełnie jak i ty.
- Wkrótce zrozumie, że to nie jego wina.
W tej chwili pełna uwaga Maga skupiła się na
zrozpaczonym obliczu młodego kompana. Kilkudniowy zarost pokrywał jego szczękę,
przykrywając część zawiłego malunku.
- A ty to rozumiesz? – spytał wychowanka. - Czy możesz
to samo powiedzieć o sobie, Colonellu?
- Rozumiem, że to nie jest moja wina, bo nie posłałem
ich na śmierć z pełną świadomością swojego czynu, ale i tak…
- Nie o to pytałem, młodzieńcze - uciął kategorycznie
Mag. - Chcę wiedzieć czy rozumiesz, że to, co się wydarzyło, nie jest winą
Estalavanesa.
Col otworzył usta szykując odpowiedź, lecz jego
wahanie odbiło się milczeniem od gęstniejącej atmosfery. Moment niepewności
przedłużał się, toteż łowca zacisnął zęby i odwrócił wzrok. To nie tak, że
oskarżał Estiego o całe zło minionych dni. Po prostu szukał winnego, a nie
mogąc go znaleźć odczuwał tak głęboko palącą bezradność, że musiał ją na kimś
wyładować.
Przez kilka kolejnych uderzeń serca przyglądał się
znikającym za drzewami cieniom, zaraz pojawiającym się w prześwicie między
pniami odrobinę dalej i dalej. Tylko oni dwaj pozostawali w tyle.
- Tej nocy był ze mną - zaczął Col nieobecnym tonem. -
Mam czujny sen i słyszałem każdy jego ruch. To nie był on.
- Odpowiedź wymijająca nie jest żadną odpowiedzią,
Colonellu.
Mag po raz ostatni klepnął jego bark i gibko stanąwszy
na równych nogach rozejrzał się po okolicy. Nie wyglądał na zmęczonego. To
przygnębienie zgarbiło zwykle wyprostowaną sylwetkę doradcy.
- Przypuszczam, że jest to wynik przemęczenia, mój
młody przyjacielu – wymruczał. - Dajesz z siebie wszystko, a poczucie winy
wymusza na tobie zdwojenie wysiłków. Miło zamienić choćby słówko, jednakże
wracajmy już do pracy. Zbliża się południe.
Col podrapał szorstką brodę swędzącą od potu i brudu.
To nie była wymijająca odpowiedź, ale szczera prawda. I chociaż kwestia winnego
nadal pozostawała tajemnicą, tak z całą pewnością nie posądziłby przyjaciela o
to, że jego obecność przyczyniła się do tak niefortunnego biegu wypadków.
Zrozumiał pytanie Zrzędy. I najzwyczajniej nie miał ochoty na nie odpowiadać.
Fakt, w pierwszym desperackim odruchu pomyślał, że
nocna zjawa jest drugą naturą zagadkowego białego elfa. Była to jednak tak
absurdalna wizja, że swoją niedorzecznością powalała fantazje bardów. Esti nie
mógł być smokiem. A już na pewno nie uczyniłby nikomu krzywdy. To niemożliwe.
- Odbiję w lewo - mruknął Col podnosząc się i
otrzepując kolana. Kciukiem wskazał kierunek. - Jest tam spora polana, a za nią
skupisko białych głazów. Jeśli nic nie znajdę, pokieruję się z ludźmi na
Asvill.
Mag skinął głową, przyjmując do wiadomości jego wybór.
- Jak sobie życzysz. Przyślę do ciebie kilku
dodatkowych tropicieli, sztukmistrza magii użytkowej oraz kapłana. -
Zmarszczywszy krzaczaste brwi, obejrzał się za odchodzącym w las Colonellem. -
Nie rozdzielamy się. Pamiętaj o tym w chwilach rozpaczy.
- Wiem przecież.
Odczepna replika nie brzmiała przekonująco, lecz tego
młodego człowieka nie sposób przywołać do porządku. Był to dla niego bolesny
cios, który nadszedł znienacka. Tej rany prędko nie zaleczy, a blizny powstałe
na jego psychice zostaną z nim już na zawsze. Cenna lekcja pokory okupiona
krwią jego ludzi.
Mag przeczuwał, że niebawem ich zlokalizują. Na powrót
dołączając do pierwszej drużyny poszukiwawczej wybrał konkretne osoby i posłał
śladem Colonella, prosząc Elurielle, by miała na niego szczególne baczenie.
Młoda kobieta o łagodnym usposobieniu przyjaźniła się z młodszym
Niedźwiedziogrzywym, ale była też wyznawczynią Sarvatesa, doskonale obeznaną z
ludzką anatomią oraz uszkodzeniami ciała, podobnie jak Oswyn, jej przełożony i
wieloletni nauczyciel. Jeśli ktokolwiek mógł poznać pochodzenie urazów oraz
skaleczeń, to tylko ta dwójka.
- Mości Magu…!
Poruszenie w niewielkim tłumie skuteczniej niż wołanie
przykuło jego uwagę.
- Mości Magu, to chyba…! O Wszechmocni.
Kawałek zabrudzonego metalu połyskiwał słabo w
magicznym ogniu piromanty.
Opędzając się od moskitów, Mag szybkim krokiem
przeciął odległość dzielącą go od zbiegowiska. Łagodnym ruchem odsunął dwóch
najemników, kierując wzrok w miejsce, które z zapartym tchem obserwowali.
Oparty o pień drzewa adept głośno wymiotował, podczas
gdy drugi niemrawo klepał go po plecach, tępego spojrzenia nie odrywając od
ponurego widowiska. Kapłan Oswyn od Sarvatesa jako jedyny ze zgromadzonych był
w swoim żywiole. Już klęczał przy odkryciu, z entuzjazmem otrzepując je z
naniesionych wiatrem liści i patyków, gotów zbadać ciało - albo raczej jego
pozostałości - które ostało się w wilgotnym, ciepłym środowisku pełnym zwierząt
i robaków. Nie dokuczało mu nawet towarzystwo natrętnych, brzęczących wściekle
much obsiadających zarówno zwłoki, jak i jego białe szaty.
- Szukajcie dalej - rozkazał Mag zebranym najemnikom.
Zatrzymawszy się przy pracującym kapłanie, kazał
zostać jednemu z piromantów oraz starszemu tropicielowi wyglądającemu na
bardziej rozgarniętego niż reszta. Kiedy tłum rozszedł się, a młodziutki
czarodziej skończył zwracać treść żołądka, Mag zwrócił się do Oswyna.
- To jeden z wysłanników Zakonu Paladynów. Czy na
podstawie pobieżnych oględzin jesteś w stanie orzec, co spotkało tego
nieszczęśnika?
Kapłan zacisnął wargi w wąską kreskę, przez co jego
prostokątna szczęka nabrała iście geometrycznego kształtu mogącego posłużyć za
matematyczny wzór. Machnął szeroką dłonią, uderzając kilka owadów jednocześnie,
ale zupełnie nieprzejęte muchy znów siadały gdzie popadnie, przysłaniając
widok.
- Hmmm – chrząkał Oswyn, koncentrując się na denacie.
- Muszę zrozumieć, co spowodowało zgon tego człowieka. Jego głowa, a w
szczególności twarz, uległa zaawansowanemu rozkładowi.
Nie przestając obserwować pracy kapłana, Mag gestem
wezwał oczekującego rozkazów zwiadowcę.
- Znajdź ekwipunek rycerza – polecił mu. - Żadne
zwierzę nie zawlecze opancerzonych zwłok daleko od ich pierwotnego położenia.
Nawet niedźwiedź nie siliłby się na taki trud.
Zwiadowca natychmiast odmaszerował.
Drżący od wstrzymywanych torsji piromanta próbował
stać sztywno, lecz mimo jego usilnych starań płomień otaczający gnijącą,
zniekształconą głowę znalezionego wysłannika nie przestawał się chybotać. W
przeciwieństwie do niego kapłan Sarvatesa zupełnie nie przejmował się, że jego
dłonie pokrywa obrzydliwie mlaszcząca lepka maź bliżej nieokreślonego koloru.
- Zwierzęta zdążyły wyskubać
odsłonięte powierzchnie, a muchy urządziły sobie gniazdowisko w czaszce.
Szkoda, że nie trafiliśmy na niego wcześniej. Niemniej wciąż widomym jest, że
człowiek ten skonał od cięcia ostrym narzędziem. W szyję, o tutaj. - Wskazał
bok sinej szyi leżącego na plecach trupa. - Zapewne rozerwanie aorty wywołało
niepowstrzymany krwotok, choć cięcie mogło sięgnąć aż do kręgów szyjnych…
Kolejne obrzydliwe mlaśnięcia rozeszły się na wietrze,
kiedy twarde palce pracującego Oswyna rozchyliły zarobaczoną fioletowawą
tkankę, odsłaniając kręgosłup. Trzymający się hardo czarodziej zaczynał kolorem
upodabniać się do spoczywającego u jego stóp truchła.
- Kręgi nie są jednak naruszone… Bliżej światło,
proszę. Dziękuję. - Oswyn nachylił się nad cuchnącymi resztkami oblicza, które
poruszało się groteskowo, rozpychane przez posilające się czerwie. - Cięcie
szło też wzdłuż twarzy. Widać jaja much złożone w nazbyt gładkiej szczelinie
napoczętej przez robactwo. Ten święty mąż zginął od ciosów miecza. Topór
zostawiłby inną ranę, szerszą u wejścia, nieco postrzępioną na krańcach.
Sztylet nie wgryza się tak głęboko.
Mag milczał pocierając krótką, z każdym dniem coraz
jaśniejszą brodę. Analizował prawdopodobny przebieg wydarzeń, choć zbyt wiele
było możliwości, by tylko jedna pasowała do scen, jakie rozegrały się
pięciodzień temu.
Paladyni starli się z najemnikami? Nie, zwiadowcy
Niedźwiedzi nie mieliby szans z opancerzonymi, posiłkującymi się magią
rycerzami. Nawet jeśli łowcom przed śmiercią udałoby się zabić jednego z nich,
pozostali rycerze wróciliby złożyć raport w jednym z miast garnizonowych. A on
otrzymał wyraźną informację od rycerza-dowódcy, że nie powrócił ani jeden. Co
zatem miało miejsce kilka nocy temu? I jaki był tego cel?
Poirytowany wszędobylskimi owadami Mag rozejrzał się.
Znów otaksował leżące ciało, zwracając szczególną uwagę na pancerz. A raczej
jego braki. Brakowało prawego naramiennika, a tkanka pod brudnym, wystrzępionym
ubraniem została wyjedzone do kości. Gdyby mieli reminiscenta, sprawa byłaby
wyjaśniona w przeciągu kilku godzin. Jednak przejaw magii polegający na
odtwarzaniu zdarzeń na podstawie odcisku energetycznego należał do rzadkości.
Często dla własnego bezpieczeństwa magowie ci ukrywali niepospolite moce, usiłując
żyć normalnie, nie wyróżniając się niczym.
Będą musieli zebrać wszystko w jeden
punkt i przenieść do Twierdzy, co zajmie im ponad dzień pracy. Niewątpliwie
także i noc, co w dłuższej perspektywie nie było bezpieczne. Niedźwiedź zakazał
wypuszczania nocnych patroli, zmniejszając w ten sposób ryzyko poniesienia
kolejnych strat w ludziach. To była jego pierwsza mądra decyzja podjęta od
stanowczo zbyt długiego czasu.
- Magu, nie wiem czy to jego broń, ale… - powracający
zwiadowca urwał w pół zdania. - Tam jest tego więcej – wyszeptał.
Onyksowe przenikliwe oczy śledziły ruchy obciążonego
człowieka, który pomału odłożył na trawę powyginaną olbrzymią pawęż i młot
jednoręczny o pękniętym bijaku. Stan przedmiotów unaocznił stoczoną brutalną
walkę, natura także odcisnęła na nich swoje piętno. Własność paladyna, bez
dwóch zdań. Symbole tłoczone na obuchu były wyraźne.
- Więcej czego, przyjacielu? - Mag nie odrywał wzroku
od młota. Jaka siła była w stanie uszkodzić najprzedniejszą białą stal? Sprawa
zaczynała się mocno komplikować. - Przynieście wszystko, co znajdziecie, w
jedno miejsce. Tutaj.
Powinni znaleźć trzy sztuki broni, trzy pawęże oraz
trzy ciała. I jak się właśnie okazało, byli na dobrym tropie, gdyż rezolutny,
zupełnie obojętny na znaczenie odkrycia tropiciel przytaszczył jeszcze miecz
półtoraręczny oraz kolejną, niemal doszczętnie zmiażdżoną pawęż, której środek
wraz z imaczem wygiął się w przeciwnym do całości kierunku. Ludzie nie mają
takiej krzepy, by pojedynczym uderzeniem wyłamać solidny kawał metalu. A
bezsprzecznie było ono pojedyncze, ponieważ wgłębienie szło równo niczym lej.
Mag ujął ciężki miecz wyobrażając sobie, jak pasował
do chwytu stalowej rękawicy jednego z paladynów. Podziwiał tych ludzi za
niezrównaną siłę, nikt bowiem nie potrafiłby utrzymać tak znacznego ciężaru, a
co dopiero władać nim z wprawą. Odnotował w umyśle, aby czym prędzej zwerbować
reminiscenta na przyszłe potrzeby Twierdzy. Nie będzie to łatwe zadanie, lecz
nie niemożliwe.
Słysząc okrzyki i przekleństwa tak wyszukane, że
niejednego zgorszyłyby swoim brzmieniem, poderwał raptownie głowę. Wymienił z
Oswynem zaniepokojone spojrzenia. Obaj dźwignęli się niemal równocześnie,
obracając w kierunku zamieszania.
Mag zaprosił oświetlającego ich stanowisko,
wykończonego psychicznie czarodzieja oraz sługę Sarvatesa do pójścia przodem.
Niechętnie odłożył miecz na połamaną tarczę, która zgrzytnęła pod naporem
ciężkiego kawałka pierwszorzędnej stali. Niemożliwe, by najemnicy zwyciężyli
tak świetnie uzbrojonych ludzi.
Tropiciele Niedźwiedzi odnaleźli drugie zwłoki, tym
razem kompletnie opancerzone, nie licząc głowy, z której została wyłącznie
dolna połowa. Nie było twarzy, którą można by choć szczątkowo zidentyfikować,
tylko kości czaszki od oczodołów w dół. Równe zęby szczerzyły się paskudnie
wśród kawałków gnijącego mięsa, jakby ciesząc na myśl o tym, do czego dojdzie
pomiędzy Niedźwiedziami i Zakonem, jeśli Mag w logiczny sposób nie wyjaśni
zagadki rodem z najgorszego koszmaru.
Oswyn już z zapałem badał obrażenia, nie szczędząc
innym obrzydliwego widoku szperania w miękkiej, gąbczastej tkance będącej
niegdyś skórą i mięśniami żywego człowieka.
Znów ktoś wymiotował. Niedoświadczony piromanta padł
jak nieżywy, mając już serdecznie dość zmasakrowanych zwłok, a wraz z utratą
świadomości zgasł także magiczny ogień, który podtrzymywał przez cały ten czas.
Rezolutny tropiciel sprawdził, czy nic mu się nie stało. Próbował ocucić
młodzieńca, lecz ostatecznie odciągnął bezwładnego adepta od reszty. Kolejna
osoba klęła na muchy i diabli wiedzą kogo jeszcze. Ktoś pociągał nosem,
powstrzymując gorzkie łzy.
Tym razem Mag nie podszedł do kapłana. Obejrzał się za
ludźmi z pierwszej drużyny poszukiwawczej, którzy nie ustawali w wysiłkach
odnalezienia następnych ofiar rzezi. Trzecia musiała być niedaleko.
Opuścił wzrok na brudną stal napierśnika, kiedy
spokojny głos Oswyna wyrywał się z gęstwiny wymieszanego ze sobą brzęczenia i
marudzenia.
- Ten nie nosi śladów oręża. A przynajmniej ja takich
nie widzę, czego nie mogę powiedzieć o brakującej części głowy. - Delikatnie
ujął wygryzione kości czaszki, ściągając kasztanowe brwi. Ścięte krótko włosy
nie przeszkadzały mu w pracy, a i tak musiał pilnować się, by nie przesunąć po
nich brudnymi od śmierdzącej mazi opuszkami. - Ale tutaj są jakby… Nie wiem, co
o tym sądzić. Coś weszło w czaszkę denata tuż za uszami, czego dowodzą cztery
półkola po obu stronach. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Nie była to żadna
ze znanych mi broni. Jak gdyby coś go złapało, o tak… - Wpatrując się w szarą
masę pod sobą, ostrożnie przysunął dłonie do boków swojej głowy. Brudne palce
ułożył pionowo za płatkami uszu, uważając, by przypadkiem nie dotknąć skóry i
włosów. - Co było potem, nietrudno stwierdzić. Czaszka pękła, gdy energia
wdarła się do wewnątrz. Pod wpływem ciśnienia skalp odpadł razem z czaszą.
Zakładam, iż skończył w legowisku jakiegoś zwierzęcia.
- Mam rozumieć, Oswynie, że paladyni starli się z
istotą zdolną przebić palcami ludzką czaszkę? Nie zginęli od ostrzy
najemników?
- Ciężko rzec, Magu.
Kapłan Sarvatesa westchnął, prostując się nad
oglądanym ciałem. Jasne oczy bezustannie taksowały truchło, jakby mogły dociec
prawdy samym tylko patrzeniem. Otarł swędzący nos czystym nadgarstkiem,
wyganiając przy okazji zbłąkaną w rękawie szaty muchę.
- Tego z całą pewnością nie zabiła stal – dodał. - Poprzedniego
pozbawiono hełmu i celnie pokiereszowano mieczem, wykluczam topór czy sztylet,
a nawet włócznię czy halabardę. Nie ten kąt nachylenia. Przeciwnik musiał być
wysoki i silny, biorę poprawkę na stężenie pośmiertne, ale… Nie. To nie mogli
być zwiadowcy.
Stary mnich z namysłem podrapał swędzącą łysinę.
Napastnik był postawny, posługiwał się orężem ofiar oraz wykorzystywał
naturalne predyspozycje do zadawania śmierci...
- Mości Magu! – Doradca zaczynał przeklinać swoje
imię, słysząc je po raz kolejny wypowiadane rozgorączkowanym tonem. - To coś
leżało zagrzebane w liściach, o tam!
Człowiek w skórzanej zbroi wskazał wolną ręką
kierunek, w którym poszedł Colonell ze swoją drużyną, w drugiej natomiast
ściskał obszerną czarną płachtę, matową i poznaczoną nacięciami. Mag bez
pośpiechu przejął ciężki materiał i rozkładając go, z zainteresowaniem obejrzał
z każdej strony. Płaszcz był znoszony, pokryty kurzem i zaschniętym błotem
odpadającym płatami przy najlżejszym ruchu. Przysunął go pod nos. Pachniał
jedynie wilgocią lasu.
- Dobra robota, chłopcze. - Klepnął wojownika w ramię,
posyłając mu słaby uśmiech spod siwiejącej brody. - Poszukajcie trzeciego
rycerza i zanieście jego ciało tam, gdzie leży pierwszy. Z szacunkiem, proszę.
Rozglądajcie się też za orężem. Chcę mieć wszystko w jednym miejscu. I niech
ktoś ich pilnuje. - Już zamierzał odejść, gdy przypomniał sobie o czymś
istotnym. - Ach, dajcie także wodę kilku młodym piromantom. Dużo wody. Bardzo
jej teraz potrzebują.
Nagląco pchnął najemnika i ruszył na spotkanie z
Colonellem.
***
- Hej,
Arnelt! - zawołał Col w stronę sztukmistrza, którego dotychczas znał wyłącznie
z opowieści Estiego. - Więcej światła tutaj!
Przykucnąwszy przy wybrzuszonym poszyciu, zupełnie nie
zwracał uwagi na dręczące go emocje. Skupiony na pracy dusił w sobie uczucia i
myśli związane ze sztukmistrzem Travisem Arneltem. A przynajmniej starał się
dusić. Nie lubił tego typa, choć wcale go nie znał. Był uprzedzony i zazdrosny,
a przecież nie miało to teraz najmniejszego znaczenia. Teraz współpracowali, by
odkryć prawdę o losie najemnych braci.
- Dzięki - mruknął na wydechu, gdy oślepiający promyk
zawisł tuż nad nim, ze złośliwą szczegółowością rozświetlając każdy makabryczny
kawałek ciała. - Kurwa jego pierdolona mać…
Tyczkowaty mężczyzna pochylił się nad trupem, od
niechcenia odpędzając brzęczące owady.
- Kolejny? – zapytał retorycznie. - Szybko nam idzie.
Zostało dwóch, tak?
- Nie mów o nich, jak gdyby byli tylko kolejnymi
obiektami do zlokalizowania - warknął Col, patrząc wilkiem na czarodzieja. - To
byli ludzie. Moi ludzie. Kurwa, to wciąż są ludzie. Śmierć niczego nie
zmienia, nawet sposób, w jaki zginęli…
Przysiadł na piętach pozwalając, by cała złość
skierowana na Travisa Arnelta z niego uleciała. Co za potwór uśmiercił
człowieka wbijając mu miecz w czaszkę, ostrzem przeszywając od czubka głowy po
korpus? Najemny miecz, którego brakowało w pochwie, teraz pustej… To, co
wystawało, jak nic wchodziło w skład standardowego wyposażenia Niedźwiedzi.
Miecz na całej długości ostrza tkwiący w zimnym, nadgryzionym przez zwierzęta
truchle pełnym much i larw.
Frustracja narastała, zmieniając się w nieposkromiony
gniew. Col nie mógł oddać zwiadowcy należnych honorów. Z jego twarzy nie
zostało nic rozpoznawalnego, a nie sygnowali się w żaden dodatkowy sposób
umożliwiający identyfikację. Travis miał poniekąd rację, to kolejny bezimienny
trup. Kolejny, którym sam by się stał, gdyby nie nagła zmiana planów.
Horror i udręka zaczynały powoli mieszać mu w głowie,
doprowadzając go do ledwie wstrzymywanego szału.
- Pierdolona jego mać, co tu się działo?! - wrzasnął,
nie mogąc utrzymać nerwów na wodzy. Pięściami uderzył w uda, lecz i to nie
przyniosło mu ratunku od bólu uciskającego pierś. - Co za skurwysyństwo porwało
się na taką rzeź?!
- Rozumiem, musisz się wyładować, ale to nie jest
najlepszy pomysł, by wydzierać się nad szczątkami.
Travis był wkurwiająco opanowany. No przecież, najemni
nic a nic go nie obchodzili, był w końcu jebanym magicznym.
- Przywal w drzewo, albo co…
- Zaraz tobie przywalę, jak nie zamkniesz mordy! -
Colonell niby rozjuszony wilk zerwał się z klęczek i przypadł do maga,
chwytając go za kołnierz szarej koszuli. Rąbnął nim o pień drzewa, dociskając
go mocno. - Nie prosiłem o komentarze, więc daruj sobie głupie pierdolenie. Nie
wiesz, co we mnie teraz siedzi i zaraz się dowiesz, jeśli piśniesz choćby słowo
więcej!
- Col, przestań proszę! - Elurielle błyskawicznie pojawiła
się u jego boku, usiłując oderwać go od wstrząśniętego czarodzieja. - Opanuj
się, Colonell. To nie czas i miejsce na dawanie ujścia swojej rozpaczy.
Śniade palce poluzowały chwyt. Ciemnozielone oczy
zabijały chłodem spojrzenia, którego nie odrywał od poprawiającego koszulę
sztukmistrza. Młoda kapłanka objęła go pocieszająco, lecz on nic sobie z tego
nie robił. Opancerzone ciało nie czuło na sobie miękkiej, kojącej bliskości
drugiej osoby.
Col dyszał od tłumionego gniewu, a jego nozdrza
rozszerzały się spazmatycznie, gdy chwytał ciężki oddech. Nie powinien się tak
wściekać. Emocje znów opętały go do tego niebezpiecznego poziomu grożącego
postradaniem rozumu.
- Przepraszam - rzucił w przestrzeń. Odsunął kapłankę
i wyrwał przed siebie, więcej nie spoglądając na trzeciego zwiadowcę z
zaginionego patrolu.
Gorycz dławiła, żal ściskał gardło, a udręka
wynikająca z sytuacji, w jakiej się znalazł, wypalała mu dziurę w piersi. Nie
potrafił płakać, choć łzy cisnęły się pod powieki. Nie mógł krzyczeć, choć
udręczony duch wrzeszczał wniebogłosy. Nie wiedział, co ze sobą zrobić, więc
szedł dalej, tak jak pozostali z przydzielonej mu drużyny, wypatrując
brakujących dwóch ofiar nocnej rzezi.
Pierwszego najemnika z nocnego zespołu zwiadowczego
przyszpilono do ziemi mieczem wrażonym perfekcyjnie między oczy. Mieczem wyfasowanym
u kwatermistrza Niedźwiedzi, którego, jak sam sprawdził, nie miał u pasa.
Później zaniechał weryfikacji uzbrojenia poległych uzmysławiając sobie, że
każdy z nich zginął od własnego oręża. Drugi, zdekapitowany, leżał w odległości
paru kroków od niego. Teraz trzeci, z klingą w czubku głowy. Strach pomyśleć,
co przydarzyło się z pozostałej dwójce.
Praca Elurielle była uciążliwa, a on jej niczego nie
ułatwiał swoimi wybuchami niepohamowanej wściekłości. Jakby to nie wystarczyło,
by obciążyć sumienie, to wyładował się na człowieku, którego podświadomie
traktował jak rywala. Potrzebował z kimś porozmawiać, wyrzucić z siebie cały
zalegający w duszy ciężar, lecz z Estim nie widział się od momentu usłyszenia
paskudnych wieści. Cały pięciodzień. Zaczął go unikać. A może to elf sam
zdecydował się trzymać na dystans, dając mu czas na ochłonięcie? Poniekąd słusznie.
Col czuł się martwy. Zupełnie jak ludzie, których
szukał. Pusty, pozbawiony nadziei na odnalezienie choćby dwóch żywych. Rozdarty
jak ich ciała. Coś w nim umarło, gdy ujrzał kompana z mieczem między oczami, a
raczej ciemnymi, pełnymi larw oczodołami. Pierdolony koszmar dopadł jego ludzi.
Tego nie mogli uczynić podkomendni arcypaladyna, choć bardzo pragnął ich winić.
Nie byli przecież bestiami, mieli swój honor.
Podążył zamglonym wzrokiem za jednym z towarzyszy.
Spiął się cały, widząc jak pochyla się on w ten szczególny sposób i nerwowo
odgarnia liście. Pobiegł ku niemu co sił w zmęczonych nogach. Trawa tutaj była
wydeptana i w wielu miejscach straszyła czernią wilgotnej gleby – rezultat
walki o przetrwanie, jaką stoczyli jego ludzie z nieznanym przeciwnikiem.
Ślizgiem zatrzymał się przy pochylonej sylwetce i aż
usiadł z wrażenia, widząc przed sobą czwartego zwiadowcę. Nie musiał być
specjalistą na miarę czcicieli Sarvatesa by zrozumieć, że wgnieciony napierśnik
i zapadnięta pierś są efektem paskudnego zmiażdżenia klatki żebrowej. Nie
chciał widzieć nic więcej. Był pewien, że i tego zabito mieczem. Jego własnym.
- Elurieeeelle! - wrzasnął, płosząc ptaki i przeklęte
robactwo siadające na wszystkim wokół. Kaszlnął, kiedy nieprzyjemne drapanie w
gardle znów go przydusiło.
Siedzący po sąsiedzku najemnik podsunął mu pod nos
bukłak z wodą. Odmówił.
Nieszczęśliwa dziewczyna w przybrudzonych białych
szatach zjawiła się w polu widzenia wytatuowanego młodzieńca. Natychmiast
przystąpiła do pracy, lustrując gnijące zwłoki. Szybka diagnoza wykazała
zmiażdżenie klatki piersiowej, skutkujące przebiciem płuc złamanie każdej kości
żeber z pogruchotanym mostkiem włącznie oraz kończące życie poderżnięcie
gardła. Oczywiście sztychem miecza.
Zdruzgotany Col nie chciał szukać piątego straceńca.
Chciał stąd jak najszybciej odejść. Zniknąć, zaszyć się w gdzieś, gdzie nikt go
nie będzie niepokoił. Nie chciał myśleć. Nie chciał patrzeć. Nie chciał czuć.
Zazdrościł nieboszczykom ich ciszy i spokoju. Zazdrościł, że nie musieli
przechodzić przez to, przez co on sam w tej chwili przechodził. A przecież
jednym z nich mógł być on sam. Dlaczego? Co w niego wstąpiło, by akurat wtedy
posłać Jody’ego? Zachował się jak dzieciak w okresie buntu. Szczeniak, który z
wiekiem wcale nie wydoroślał. To była jego odpowiedzialność, niczyja inna! A on
miał w sobie na tyle zuchwałości, by po prostu jednym wybrykiem skreślić czyjeś
życie z listy.
- Nie czas młodzieńcze na rozpacz. - Starczy,
stanowczy głos docierał jakby z oddali, choć Mag stał tuż przy nim. Skąd on się
tu właściwie wziął? Przecież się rozdzielili. - Chłopcy odkryli coś, co powie
nam więcej o tożsamości mordercy.
Zadzierając głowę, Colonell uniósł oczy o
zaczerwienionych powiekach, starając się skupić na przedmiocie trzymanym w
suchych jak pergamin dłoniach. Przedmiocie zszarzałym od kurzu i brudu, całym w
strzępach, a i tak znajomym. Zamrugał, odganiając zmęczenie. Podczas jednej z
nocnych eskapad znalazł się na tyle blisko leśnego widma, by ujrzeć, iż
szczelnie zakrywa się ono matowym, skórzanym płaszczem. Zupełnie takim jak ten,
który rozpościerał przed nim Mag.
Był ogromny. Tak jak ogromna była humanoidalna
sylwetka smoka.
Wstał oniemiały. Siedzący obok mężczyzna upił łyk wody
z bukłaka, po czym wrócił do dalszych poszukiwań, taktownie zostawiając
dowódców samych.
Colonell gapił się na obszerną płachtę z szerokimi
rękawami i kilkoma zewnętrznymi kieszeniami nie umiejąc wydusić z siebie
potwierdzenia. Więc jednak stoczyli walkę ze smokiem. To smok użył ich oręża,
nie posiadał bowiem własnego. A może zrobił to dla samej satysfakcji płynącej
ze szlachtowania ludzi stworzoną przez nich bronią? Zmiażdżona klatka żebrowa…
- Po twojej minie wnioskuję, Colonellu, iż płaszcz ten
nie jest ci obcy. - Mag na powrót zwinął okrycie w ciasny tłumok, jednak nie
wypuścił go z rąk, trzymając niczym najcenniejszy skarb. - Być może dzięki
niemu oczyścimy się z zarzutów Zakonu Paladynów.
Pogrążony w żałobie Col otrząsnął się z grząskiego
marazmu.
- Jakich zarzutów? O czym ty mówisz?
- Odnaleźliśmy ciała rycerzy. Póki co dwóch. - Mag
jeszcze przez moment ugniatał w dłoniach płaszcz, popatrując na młodą kapłankę
pracującą nieopodal. - Tego, co im się przytrafiło, nie nazwałbym potyczką.
Sposoby, na jakie pozbawiono paladynów życia były… niekonwencjonalne.
- A my czterech naszych i wygląda na to, że każdego
uśmiercono mieczem. Dwa z nich są w ciałach, pozostałych trzech nie
zlokalizowaliśmy – zameldował Colonell. Skrzyżował ręce na piersi i odszedł w
głąb rozkopanej polany, wzrokiem nie przestając taksować leśnego podłoża. -
Dopiero czwarty odniósł dodatkowe obrażenia w formie zmiażdżonego torsu.
Pojęcia nie mam czy się udusił, czy smok łaskawie skrócił jego męczarnie
podrzynając mu gardło.
- Zmiażdżenie, powiadasz? - Mag dotrzymywał mu kroku,
konsekwentnie łącząc informacje w jedną całość. - Pawęże rycerzy są
pogniecione, jak gdyby wykonano je z cienkiej blachy, a nie hartowanej białej
stali. Jedna z nich została tak wgnieciona, że gdyby nie imacz, nie domyśliłbym
się z której strony jest jej front. - Posłał swemu towarzyszowi sugestywne
wejrzenie spod nasrożonych brwi. Onyksy lśniły niebezpiecznie, jakby starzec
szykował się do ataku, a nie sucho analizował kolejne wskazówki pojawiające się
na drodze śledztwa. - Ponadto bijak jednego młota pękł niemal na dwoje, a są
one w stanie rozłupać skałę. Jednak najbardziej niepojęte jest to, co stało się
z drugim ze świętych mężów. Ciśnienie wewnątrz czaszki eksplodowało, rozrywając
ją na dwoje. Ciśnienie wprowadzone tam za pomocą magii.
Colonell odetchnął, wciąż patrząc przed siebie. Mimo
ciepłego, parnego dnia, zrobiło mu się zimno, aż zadrżał pod przepoconym
skórzanym pancerzem. Po co smok to zrobił? Zaatakowany przez rycerzy wykończył
ich w pierwszej kolejności, a potem napotkał na swej drodze najemników? Czy
odwrotnie? Napuścił na siebie jednych i drugich, by dobić rannych atakiem z
zaskoczenia? Przypadek czy też nie, efekt uzyskał ten sam. Ośmiu położonych
trupem ludzi.
- Sądzę, młodzieńcze, że tego nigdy się już nie
dowiemy. - Mag uśmiechnął się smutno do zaskoczonego Colonella. - Nie, nie
patrz tak na mnie, to nie czytanie w myślach. Czasem ci się zdarzało głośno
wyrażać swe refleksje, dobrze pamiętam spędzony z tobą czas. Najwyraźniej w
chwilach największego zwątpienia lubisz słyszeć własny głos.
Col zignorował słowa dawnego nauczyciela. Przystając,
czubkiem buta rozgrzebał liście i igliwie. Zdawało mu się, że coś wśród nich
zalśniło, było to jednak przywidzenie spowodowane przenikającymi przez korony
drzew promieniami słońca. Albo też on sam zaczynał mieć halucynacje.
- Musi być powód, dla którego smok zaatakował tej
konkretnej nocy – upierał się, wzrok wbijając w ubłocone buty. - To nie
przypadek. W końcu był przebłysk. I koszmar Estiego. Śnił o smoku, prawda?
- Estalavanes nie śnił - sprostował Mag. - Jest
obiektem zainteresowania istot, które uznaliśmy za wymarłe. Siły, jakiej nie
zdołamy ogarnąć ograniczonym rozumem, ponieważ potrafi ona połączyć się z
Macierzą tego świata, wpłynąć na nią. Ten koszmar formujący się na podobieństwo
smoka mógł być komunikatem lub ostrzeżeniem. Tego nie wiemy.
Co nie zmienia faktu, że od pewnego czasu zwykle
opanowani ludzie zaczęli zachowywać się nader… emocjonalnie.
Tego jednak Mag
nie powiedział. Nie miał zamiaru dzielić się przemyśleniami, których sam
jeszcze nie rozpracował. To były przypuszczenia, niepoparte dowodami
podejrzenia, że tajemnicza aura o ogromnym zasięgu oddziaływała na ludzką
podświadomość, burząc ją i podsycając najlżejsze emocje.
- I jaki miałby być tego powód? - Ciemnozielone oczy
wyzierające spod smugi brudu zmierzyły rozmówcę z czujnością sokoła. Zmęczenie
odpuściło, lecz Col nie wątpił, że powróci ze zdwojoną mocą. - Nocna rzeź w
lesie. Po co, skoro mógłby napaść na Twierdzę i zabrać tego, którego
potrzebował? Smok byłby na tyle głupi, by zostawić po sobie wskazówkę w postaci
płaszcza i charakterystycznych obrażeń zadanych ofiarom?
- Zawsze jest powód, Colonellu, niestety zmarli nie
przemówią. Zwabiono ich w pułapkę, czy też to oni pułapkę zastawili, tego nie
wiemy. Spotkali rycerzy Zakonu, a może do samego końca nie wiedzieli o
wzajemnej obecności. To wszystko pozostaje tak samo nieodgadnione jak motyw leśnego widma. Smoka.
- Mag pokręcił głową, a niestosownie chytry uśmieszek wykwitł na jego spieczonych
ustach, gdy naszła go pewna myśl. - Wedle moich spostrzeżeń paladyni okazali
się dla niego wyzwaniem. Po naszych ludziach nie byłoby znać, że zabiła ich
bestia w skórze człowieka. Natomiast po rycerzach widać to jak na dłoni. Stali
się jego bolączką, zmusili do ujawnienia swojej tożsamości. Nocny obserwator
przeliczył się, a jego plan nie powiódł. Zaczynam wierzyć, iż pragnął, aby
Zakon i Niedźwiedzie skoczyli sobie do gardeł.
- Sabotaż? W wykonaniu smoka? To jakby pies próbował
wymanewrować gospodarza.
- Możesz nie dawać temu wiary, młodzieńcze, możesz być
prześmiewczy, ale nigdy nie bagatelizuj tego, co nieznane - skarcił zwiadowcę
Mag, posyłając mu spojrzenie z ukosa. - Szczególnie że „nieznane” położyło
trzech doskonale wyszkolonych i wyposażonych rycerzy, nie wykorzystując przy
tym pełnego potencjału. Smoki nie są głupimi zwierzętami, jak wmawiają nam
legendy i bajki. Na dodatek nie reprezentowały najmniejszych przedstawicieli
istot żywych zamieszkujących Khaldun. Swojego czasu tworzyły potężne społeczności.
W harmonii z naturą rozwijały i napędzały ten świat swoją esencją, podtrzymując
otaczającą go otokę energetyczną. To my, ludzie, wtargnęliśmy na ich terytoria.
My je przegnaliśmy wyłącznie dlatego, że powstały w obronie swoich legowisk i
potomstwa. A gdy zaczęły w odwecie zabijać ludzi, my zaczęliśmy tępić je jak
szkodniki.
Colonell spokorniał.
- Chcesz powiedzieć, że nocne widmo szuka zemsty?
Tylko dlatego wyrżnęło tych ludzi? Bo mu się napatoczyli?
- Nocne widmo jest naszym najmniejszym zmartwieniem,
młody przyjacielu. - Twarz doradcy złagodniała, lecz oczy nabrały tego
bolesnego, smutnego wyrazu, jaki rzadko można było ujrzeć na jego powściągliwym
obliczu. - Obawiam się, że cały ambaras w tym, komu służy smok.
- To chyba zbyt daleko idące wnioski…
Colonell masował pulsujące bólem skronie. Emocje
opadły, nerwy poluzowały trochę postronki, zaś zmęczone ciało poprzez zawroty
głowy zaczynało upominać się o zasłużony odpoczynek i pożywienie.
- A teraz wybacz, Magu, ale czy nie powinniśmy odesłać
kogoś do Twierdzy po wóz i kilku osiłków? Przydałoby się zabrać chłopców do
domu. Ten ostatni raz.
- Całkowicie się z tobą zgadzam. Pójdź, proszę,
przodem. Chciałem w ciszy zastanowić się nad tym, co tu zobaczyłem.
- Ach, jeszcze jedno. - Zatrzymując się w pół kroku,
Col obrócił zmarniałą, zarośniętą twarz w stronę wychowawcy. - Dziękuję.
Zapatrzony w dal mnich uśmiechnął się samymi kącikami
ust, odpowiadając na przejaw wdzięczności milczeniem. Tyrd mógł się zaperzać
niczym stary kogut, lecz Mag był przekonany, że wychował Colonella lepiej, niż
ktokolwiek oczekiwał. Młody awanturnik wyrósł na porządnego mężczyznę, choć
nadal trochę niepokornego i swawolnego. A mimo to sumiennego.
Wzrokiem wieszcza spojrzał na planszę do gry, która
wyryła mu się w pamięci jaskrawymi barwami niespodziewanej wizji. Znów widział
figury dwóch królów, czerwonego i czarnego, stojące naprzeciwko siebie. A
pomiędzy nimi dwa smoki grożące im zbiciem, każdy przodem do przeciwnej frakcji.
Podwójny szach mat.
Kim w istocie są królowie? Którym ze smoków jest leśne
widmo i co ma wspólnego z tą sceną Estalavanes? Jak duże jest
prawdopodobieństwo, by był on smokiem? I czy kiedykolwiek przybrał swoją
prawdziwą, naturalną postać? Sądząc po niecodziennym wyglądzie i zaklętej w
ciele mocy, ryzyko, iż młody elf okaże się potomkiem prajaszczurów, jest
wysokie. Co zatem robił w Cichobrzegu jako posługacz? Kto go tam ukrył i w
jakim celu? Jak gdyby ktoś przeszmuglował go zaraz po narodzinach niby
egzotyczne zwierzątko, urocze, aczkolwiek wyjątkowo niebezpieczne...
Wołanie dobiegające z oddali sygnalizowało, że
znaleziono ostatniego nieszczęśnika. Niosący się wśród liści pogłos przywołał
Maga do rzeczywistości, chłodnej i mniej realnej niż ta, w której dotychczas
przebywał. Jakby oderwano go właśnie od wyjątkowo dobrej lektury.
Przyrównanie życia do książki było niesłychanie
trafne, nawet jak na gust staruszka – oba zawsze kończyły się w najlepszym
momencie. Jednakże nie czas to na filozoficzne dywagacje, kiedy należało wrócić
do poszukiwaczy i wydać niezbędne dyspozycje przygotowujące do transportu
poległych. W gęstym borze wóz nie przejedzie, toteż zmuszeni będą przenosić
zwłoki z użyciem siły mięśni. Nie zaryzykuje skandalu wywołanego udziałem magii
sztukmistrza Travisa Arnelta.
Że też młody Colonell nie mógł wydać rozkazu
najemnikom… Prawdę powiedziawszy mógł z powodzeniem zastąpić doradcę, lecz w
terenie to Mag bezapelacyjnie przejmował dowództwo i wyłącznie jego polecenia
miały posłuch u ludzi Niedźwiedzia. Powinni jak najszybciej opuścić miejsce, w
którym żaden człowiek nie będzie już czuł się bezpiecznie.
To nie lęk o życie swoje lub pozostałych dyktował
pośpiech. Mag był pewien, że smok już tu nie wróci, ponieważ zostawił po sobie
nie tylko ostrzeżenie, ale i przedsmak tego, co przygotował śmiertelnemu
wrogowi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz