Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Elegia o Nieśmiertelnym
Księga Druga
ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW
Pewne słowa muszą wybrzmieć, aby nabrać
prawdziwego znaczenia. Dopiero wtedy zyskują moc pozwalającą kreować nowe
światy, a także burzyć te już istniejące. Wszak są potężniejsze, niż sądzą ludzie:
mogą być ulotne jak garść liści niesionych wiatrem, mogą stworzyć coś z
niczego, mogą też ciąć głębiej niż stalowe ostrze. Wówczas zostawiają blizny,
choć na próżno szukać ich na ciele. A serce i dusza goją się o wiele trudniej,
zwłaszcza że pamięć przechowuje je przez całe życie.
Oczywiście racja leżała po stronie
Aarima, nie było co do tego wątpliwości. Colonell też nie musiał reagować aż
tak gwałtownie na reprymendę paladyna, aczkolwiek po części jego gniew był uzasadniony.
Natomiast Estalavanes był rozdarty pomiędzy ich scysją a własnym poczuciem
winy, które wbijało go w grzbiet konia i wraz ze zdrowym rozsądkiem skłaniało
do trzymania się daleko za pozostałymi.
Wczorajsza noc byłaby jednym z
najpiękniejszych wspomnień, gdyby nie poranny posiłek w towarzystwie, któremu
nie spodobał się ich frywolny, nieodpowiedzialny postępek. I wcale nie chodziło
o gości gospody, którzy nawet nie zwracali na nich większej uwagi, odchorowując
na blatach całonocną pijatykę. Na myśli miał Aarima, moralizatorstwem władającego
równie skutecznie, co półtoraręcznym mieczem przytroczonym do siodła.
Est nigdy dotąd nie widział tak zagniewanego
księcia. Rozczarowanie oraz nagana dźwięczały w każdym wypowiedzianym słowie
Aarima, który bynajmniej nie potrzebował pomocy niebiańskiej aury, aby chłopak
odczuł dezaprobatę i wziął tę kompromitującą lekcję do siebie.
A to dlatego, że zawalił trening.
Owszem, nie byłoby w tym nic
nieprzyzwoitego, gdyby potrafił bronić się przed Śniącymi. A on nie dość, że
nie umiał poskromić swojej chuci, to jeszcze poddał się emocjom i lekkomyślnie
pominął obowiązkowy wieczorny trening. Rozleniwiony monotonią podróży,
pozbawiony codziennej rutyny oraz rzucony lękom na pożarcie popełniał
podstawowe błędy w zatrważających ilościach, nie bacząc na następstwa swoich
czynów. Przestał patrzeć na życie z szerszej perspektywy, nie mógł lub nie
chciał przewidzieć konsekwencji pochopnie podjętych decyzji. Tak bardzo bał się
o Cola, że zapominał się w kwestii bezpieczeństwa. Był najsłabszym ogniwem, a
nie przykładał się do obowiązków. To nie wycieczka krajoznawcza, tylko
samobójcza misja, długa i kręta droga prowadząca do zguby. Aarim miał słuszność:
bagatelizował zagrożenie tłumacząc się irracjonalnymi lękami i obsesją na
punkcie kochanka.
Biały elf siedział teraz ze zwieszoną
żałośnie głową, spoglądając spod czarnej czupryny na jadących przodem mężczyzn.
Ścieżka była wąska, więc zmuszeni do jazdy obok siebie rozmawiali przyciszonymi
głosami. Była to raczej jednostronna wymiana zdań, ponieważ przodownik
odpowiadał zdawkowo, zupełnie nieobecnym tonem. Esta intrygował przedmiot ich
pogawędki, lecz wśród szumu wiatru i stukania podkutych kopyt o kamienistą dróżkę
nawet jego czuły słuch niewiele wychwytywał. Poza tym wiatr wiał im w plecy i
porywał ze sobą słowa, zabierając donikąd cały ich sens.
Wkrótce Est zaniechał podsłuchiwania
i przyjrzał się temu, co miał przed sobą. A była to obserwacja cokolwiek
ciekawa, gdyż dopiero teraz dostrzegł przepaść dzielącą paladyna i najemnika. Pominąwszy
absolutną rozbieżność charakterów, byli całkowitymi przeciwieństwami także z
wyglądu, jak dzień i noc. Nie, ściślej rzecz biorąc, jak poranek i wieczór.
Aarim o złotych włosach i tęczówkach, którego szlachetne rysy mogłyby zdobić
oblicze młodego boga rzeźbionego w alabastrze, zachowywał się powściągliwie bez
względu na okoliczności, zawsze taktowny i nobliwy. A po przeciwnej stronie
wytatuowany Colonell; dojrzały człowiek o śniadej skórze, z nieodzownym
figlarnym błyskiem w ciemnozielonych oczach i krzywym uśmieszkiem skrytym pod
schludnym zarostem. Impertynencja oraz humor nie opuszczały go nawet w trudnych
warunkach. Niemniej w obu mężczyznach wyczuwało się tyle samo mroku nocy, co blasku
dnia.
Półsmokowi nasunęła się niedorzeczna
konkluzja, przez krótki moment nie docierająca do jego świadomości, odtrącona
jako totalna abstrakcja. Tych dwóch nie różniło się aż tak bardzo, jak mogło
się wydawać. Okazało się, że byli do siebie tak podobni, iż nie potrafili
znaleźć wspólnego języka. Tolerowali się, być może Col czuł coś na kształt
szacunku do księcia, ale wciąż uparcie uwydatniali różnice, zasłaniając się
nimi i nie dopuszczając do siebie nikłej myśli o swoim podobieństwie.
Est popatrzył na jadących przed nim mężczyzn
w nowym świetle. I spostrzegł coś ukrytego przed wzrokiem każdego nieuważnego
obserwatora: prawdę mogącą być kluczem do ich przetrwania, o ile umiejętnie się
nią posłuży i zbliży do siebie te dwa nieujarzmione charaktery. Nie muszą od
razu stawać się najlepszymi przyjaciółmi. Wystarczy, że zaczną się wzajemnie
respektować.
Kusiło go, by podprowadzić konia i posłuchać,
za co Colonell znów dostawał burę, lecz bezpieczeństwo, jakie dawała stosowna
odległość, było bliższe jego rozdartemu sercu. Ostatecznie zdecydował się na
ten nierozważny ruch, kiedy dostrzegł ożywienie partnera, teraz w pełni
skupionego na Aarimie. Nawet odpowiadał mniej lakonicznie niż uprzednio.
Leos podjechała do dwójki na
przedzie, równocześnie wtrącając się do rozmowy.
Est nie czekał na zaproszenie, ale
zrobiło mu się lżej na sercu, gdy złotowłosy młodzieniec obrócił się w siodle i
przywołał go skinieniem urękawicznionej dłoni. Już nie musiał skradać się jak
ostatni łajdak.
- Niebawem dotrzemy do Zielonych
Bram - oznajmił donośnie Aarim - lecz zanim wkroczymy na terytorium sanktuarium,
chciałbym zwrócić waszą uwagę na pewne szczegóły nie dające mi spokoju. - Maska
opanowania, jaką zwykle przybierał książę, nosiła ślady pęknięć. Był to dla
Esta widok nie tyle dziwny, co niepokojący. - Sytuacja na południu jest gorsza,
niż podejrzewałem. Od opuszczenia Adeili nie otrzymałem żadnych wieści od
arcypaladyna, co nie świadczy na naszą korzyść. Równie alarmujące są zasłyszane
pogłoski. – Złociste spojrzenie utkwione było w szlaku przed nimi. Z twarzy
księcia zniknęła absurdalna obojętność, ustępując wyraźnemu zatroskaniu. – Zaginiona
karawana kupców morskich oraz brak podróżnych na głównych szlakach handlowych są
jak cisza przed burzą. I wszystkie te doniesienia wiążą się z uczęszczanym traktem
wiodącym z południa ku północy. Jak gdyby został odcięty.
Colonell zmierzył rozmówcę spod
ściągniętych brwi.
- To może być przypadek – skwitował,
wzruszając opancerzonymi ramionami. - Gdyby został odcięty, dotarłyby do nas
jakieś sygnały o nadciągającej wrogiej armii czy niewyjaśnionych zjawiskach.
- Nie wierzę w przypadki, Colonellu.
- Pałające wejrzenie przeszyło smagłego człowieka na wylot. - Brak wieści od mojego
ojca jest znakiem, którego nie należy lekceważyć.
- Dobrze więc, to nie przypadek.
Sądzę jednak, że arcypaladyn ma teraz ważniejsze sprawy na głowie niż... Zaraz.
Jak właściwie utrzymujecie kontakt?
- Poprzez umysł. Wrodzone zdolności umożliwiają
nam wymianę myśli niezależnie od dzielącej nas odległości. Dotychczas nic nie
było w stanie zakłócić naszego połączenia.
- Dotychczas... – podchwycił
człowiek, nagle przerywając. Sens słów rycerza uderzył go z opóźnieniem,
wywołując grymas na jego brodatym obliczu. - Kurwa.
Colonell odwrócił się od złotych
oczu. Odrzucał od siebie świadomość, że są coraz bliżej końca, którego nikt
przewidzieć nie mógł. Zdążył polubić stabilizację i przywiązał się do długouchego
dzieciaka - odnalazł przy nim swoje miejsce, dom, który z żalem opuszczał i do
którego z radością powracał. Nie mniej przyjemna była myśl, że pewnego dnia
znajdą skrawek świata tylko dla siebie i wypełnią go miłością oraz prostym
codziennym życiem. Od tego cichego marzenia dzieliła ich tylko ewentualna wojna
na skalę światową. I całkiem prawdopodobna śmierć, której niegdyś wyszedłby
naprzeciw.
- Czego możemy się spodziewać po przybyciu
do sanktuarium? - Leos rzeczowo podjęła temat, ucinając wszelkie rozważania pędzące
w ponurym kierunku. – W pałacu rezyduje kilku przyjaciół mojej matki, mogłabym
wypytać ich o stolicę.
- To nie będzie konieczne, Leos. W
Zielonych Bramach mieści się jeden z największych garnizonów Estarionu. Jeśli
ktokolwiek dysponuje potrzebnymi informacjami, jest to z pewnością sir Robert
Cortand. - Aarim puścił wodze Sena i przesunął stalowym wierzchem rękawicy po
karwaszu. Metaliczny zgrzyt sprawił, że konie zastrzygły uszami. - Zatrzymamy
się tam na spoczynek, toteż pozostanie nam dostatecznie dużo czasu, by rozeznać
się w wydarzeniach. - Mimochodem zerknął na mętne smugi ledwie przebijające
przez gęstniejące chmury. - Powinniśmy tam dotrzeć za dwie, niespełna trzy
godziny, gdy słońce stanie w zenicie. Doskonale.
- Mam nadzieję, że tym razem nie
będziemy zamknięci jak ptaki w klatkach - burknął z niezadowoleniem Col. W
Adeili czuł się jak więzień, a nie gość. Ze szczególnym uwzględnieniem grubych
murów oraz uzbrojonych, zakutych w zbroje rycerzy.
- Nie, Colonellu. Rycerz-dowódca z
Zielonych Bram to człowiek niesłychanie gościnny oraz miłujący pokój. Tak jak
mieszkańcy miasta z jednakową życzliwością wita przybywających, o czym sami się
przekonacie.
Przyglądająca się Aarimowi
czarodziejka obróciła się, by popatrzeć na Cola
i jadącego tuż za nim milczącego Esta.
- Sama nazwa jest myląca, bo w
Zielonych Bramach nie zobaczycie żadnych bram. Przynajmniej nie zamkniętych. - Uśmiechnęła
się szeroko do wciąż żywych scen ze szczęśliwego dzieciństwa. - To miasto
bardziej pasowałoby do elfów niż ludzi. Najwyraźniej i my potrafimy stworzyć
coś choć trochę przypominającego ich uroczyska.
Est z rezerwą przysłuchiwał się
rozmowie. Nie chciał zabierać głosu, bo i tak nic by do niej nie wniósł, a
wolał pozostać jak najmniej widoczny dla paladyna oraz łowcy. Już nie tak
skulony jak jeszcze przed chwilą, prowadził wierzchowca tuż obok srokatego
konia Małej Niedźwiedzicy i czujnie przypatrywał się każdemu z osobna.
Zaniepokojenie niebianina udzielało
się reszcie; Colonell był spięty i zgryźliwy, Leos usiłowała ukryć strach pod woalką
przesadnej radości, a on sam nie potrafił nazwać uczuć nim targających. Wbrew
logice chciał czym prędzej znaleźć się w Aneil’Aranth, nawet jeśli oznaczałoby
to przyspieszenie nieuniknionego. Pragnął już zejść z siodła i nie oglądać go
przez najbliższe stulecie, rozruszać mięśnie, wycisnąć z ciała ostatnie siły, a
potem zaszyć się w jakimś kącie i spokojnie przemyśleć swoje położenie. Tęsknił
okropnie za kwaterą w Twierdzy, do której mógł wrócić, kiedy tylko tego
potrzebował; za pościelą, pod którą się zakopywał, kryjąc się przed zmartwieniami,
za księgami, do których uciekał w chwili zwątpienia oraz za pracownią
alchemiczną na parterze wieży, gdzie w towarzystwie genialnego Travisa
zapominał o całym świecie. Tęsknił za codziennością, rutyną i przewidywalnością.
Tęsknił za mistrzem będącym mu ojcem. Tęsknił za normalnością.
Zgnębiony chłopak naprawdę źle
znosił zmiany, a obecna była podwójnie przykra, ponieważ wymuszała na nim życie
w ciągłym ruchu i niepewności, z dala od wszystkiego, co znał. Na domiar złego
pokazywała mu, jak wielu rzeczy nie wie, jak bardzo ograniczony był do tej
pory. Świat był olbrzymi, a on nie czuł się gotowy na poznanie go w całym
bezmiarze doświadczeń i wrażeń.
Nawet nie zauważył kiedy
czarodziejka wyprzedziła przodownika i zrównała się z księciem, zajmując
pogawędką o niesamowitym mieście, do którego nieuchronnie zmierzali, a które
dla niej było po prostu domem. Albo to Colonell celowo pozwolił się wyprzedzić?
Jakkolwiek było, człowiek z malunkiem na lewej połowie twarzy jechał teraz u
jego boku, obserwując go z mieszaniną żalu i troski.
Zwiadowca znał aż za dobrze ten zamyślony,
melancholijny profil. Podprowadził jasnobrązową klacz i sięgnął do odsłoniętego
karku przyjaciela. Kciukiem pogładził jego wystające kręgi.
- Esti, to nie twoja wina,
rozumiesz? - zaczął stanowczo. - Nie obwiniaj się.
Est podniósł zmęczony wzrok na
przyjaciela i westchnął, jak gdyby wraz z wypuszczonym głośno powietrzem mógł zrzucić
z siebie ciężar rozterek. Jasne, mógł zwyczajnie oczyścić z nich umysł, lecz
nie była to droga do celu, a przyzwolenie na nawarstwianie się problemów.
- Prawie skoczyliście sobie do
gardeł! – jęknął. - Jak rany, co we mnie wstąpiło, żeby…
- Esti - powtórzył Col z naciskiem -
tak czy inaczej kiedyś damy sobie po mordzie, bo słowa przestają wystarczać. I
wierz mi, chciałbym przestać się denerwować, ale się, kurwa, nie da! Nie z takim
sztywniakiem. On chyba kręgosłup też ma z tej pieprzonej stali - dodał ciszej,
jakby do siebie.
- Col, czy to coś zmieni? Czy
naprawdę jedynym rozwiązaniem jest przemoc? Aarim nie chce robić ci krzywdy,
miał sporo racji w tym, co powiedział, zawaliłem! Skoro zawaliłem w czymś tak
istotnym, to od razu możecie mnie rzucić na pastwę Śniących!
Col obejrzał się na rozgoryczonego
chłopaka, którego wahania nastrojów przybrały ostatnio na sile. Nie wiedział
czy to wina wycieńczenia, stresu, strachu, nienazwanych emocji czy wszystkiego
naraz, ale zamierzał się tego wreszcie dowiedzieć.
- Mam ci przypomnieć, jak przed
wyjazdem odciągałem cię od niego siłą? – warknął. – Zresztą nieważne. Jeżeli chcesz
ode mnie odpocząć, możemy…
- Nie! – Żarliwość tego krótkiego
zaprzeczenia przywołała ich obu do chłodnej rzeczywistości. - Nie chcę od
ciebie odpoczywać, nie od ciebie, nie… - Est potarł policzki dłonią, zaczesał
opadające na czoło oraz uszy włosy i zapatrzony w niebo uśmiechnął się bez krzty
wesołości. - Nie radzę sobie, Col. Przepraszam, naprawdę sobie nie radzę. To
mnie przerasta.
Mężczyzna złagodniał słysząc to
szczere i przejmujące wyznanie, zwłaszcza że przeznaczone było wyłącznie dla
niego, dla jedynej osoby, na którą wycofany chłopak otworzył się w sposób
całkowicie bezbronny i ufny.
- Jestem tu dla ciebie, Esti. Pozwól
mi sobie pomóc.
Smutny uśmiech poszerzył się, lecz
nie dosięgnął jasnozielonych oczu. Chłopak nadal wpatrywał się w chmury, jakby
spodziewał się otrzymać od nich wsparcie, jakiego nie mogła zapewnić mu śmiertelna
istota.
- Po prostu bądź przy mnie, Col. Nie
zostawiaj mnie samego. Z mojej głupoty się tu znalazłeś, w towarzystwie, które
cię drażni, zmierzając ku końcowi, jakiego byś nie chciał.
- Już rozmawialiśmy o końcu, jaki
bym chciał, dzieciaku. - Col przesunął rękę z karku chłopaka na tył jego głowy
i żartobliwie pchnął w dół. Kiedy puszczał, powaga wygładziła tatuaż na śniadym
obliczu. - Będę przy tobie, cokolwiek się zdarzy. Potrzebujemy siebie nawzajem,
uzupełniamy się, jesteśmy jednością, Esti. Kiedy upadniesz, pomogę ci wstać.
Kiedy stracę cel sprzed oczu, ty pomożesz mi go odnaleźć. – Zawahał się czując,
że ostatnie zdanie nie przejdzie mu tak łatwo przez gardło. - Jeśli polegniesz,
ja pójdę za tobą... A ostatnim razem było koszmarnie blisko.
Tęczówki Esta skurczyły się do
cienkich obręczy opasających źrenice, gdy z bezgraniczną miłością spoglądał na partnera.
To była przysięga. Colonell nie miał problemu z wyrażaniem myśli, formował je
na podobieństwo strzał przeszywających serce i duszę, pozostawiających po sobie
delikatne, efemeryczne mrowienie jak podczas przepływu esencji. Est nie kłamał
mówiąc Aarimowi, że miłość boli. Bolała tak mocno, że każde, najdrobniejsze
nawet czułości przeistaczała w potężne lawiny gorących, rozkosznych doznań.
Wewnętrzny Głos wziął głęboki wdech,
chcąc się odezwać, lecz słowa nie przybrały zrozumiałej formy. Zamiast tego Est
usłyszał trzask, który wstrząsnął fundamentami jego rozchwianej osobowości. A
potem nieznany mu dotąd element wskoczył na swoje miejsce, szczęknął i przystąpił
do odbudowy wszystkiego, co dotychczas trwało w ruinie. Lewa dłoń zaswędziała
jak od ukłucia igły. Ciepły powiew magii przeniknął go na wskroś, owiewając skórę
pod rękawiczką, jak gdyby dotknął siebie samego.
Bo tak też się stało.
Skonfundowany Est nie doświadczył
cudownego odrodzenia, ale coś w nim samym zmieniło się gruntownie. Nie podejrzewał
co to mogło być, jednakże odnosił nieodparte wrażenie, że wkrótce się tego
dowie.
- Dziękuję że jesteś, Col – wyszeptał,
a jego twarz wróciła do normalności. Źrenice na powrót stały się niewielkimi
dyskami bezdennej czerni pośród soczystej zieleni, zaś śnieżnobiałe wargi
przykryły nienaturalnie długie kły. Rezolutny zwiadowca wychwyciłby rozbłysk
światła w oczach przyjaciela, gdyby trwał on dłużej niż ułamek sekundy.
Tymczasem przeminął bezpowrotnie jak sam czas; niemożliwy do zatrzymania,
niemożliwy do odzyskania.
Udobruchany Colonell wyprostował się
i skupił na plecach jadącej hen na przodzie pary. Zastanawiał się o czym może
rozmawiać jego siostra z typem tak drętwym jak Pasikonik. Cóż, tematów łączyło
ich wiele - od aspektów magii poczynając, a na kartografii kończąc. Dodatkowo
aura pewności siebie bijąca od niebianina w połączeniu z atrakcyjną fizjonomią
była już wystarczającym powodem, by niejedna kobieta straciła dla niego głowę.
A mimo to Leos stale wodziła tęsknym spojrzeniem za Estim przeświadczona, że
nikt tego nie dostrzega. Prawdopodobnie przez myśl jej nie przeszło, by
zainteresować się kimś tak wysoko urodzonym jak książę Estarionu, w czym on
szczeniacko ją utwierdził kłótnią w garnizonie.
Przodownik Niedźwiedzi przeczesał
włosy, zatrzymując dłoń w strzeleckiej rękawicy na ciepłym karku. Niechętnie
przyznał, że nie miałby nic przeciwko, gdyby ta dwójka się zeszła. Z drugiej
strony nie ufał paladyńcowi na tyle, by powierzyć mu siostrę, z którą nawiązał już
nić porozumienia. Pod wieloma względami przypominała mu Kirię, skrzywdzoną
dziewczynę, której jedyną winą było urodzić się w sąsiedztwie barbarzyńskiego Niskowyżu.
I chociaż poświęcił swoją młodość chroniąc ją i zapewniając godną przyszłość
jej synowi, to finalnie nie zdołał jej ocalić. Kiria nie żyła, a o nastoletnim
Karminie słuch zaginął. Teraz jednak będzie inaczej. Nie powtórzy tego z Leos,
dlatego miał oko na Pasikonika wytrwale udającego pozbawionego uczuć dziwaka. I
chociaż grał nader przekonująco, to coś w jego postawie zaczęło zdradzać
kryjącą się wewnątrz obłudę. Był cholernie niebezpieczny, na szczęście
opowiadał się po ich stronie. Po stronie Zaklinacza Żywiołów.
Col warknął z głębi piersi uzmysławiając
sobie, że sam wpędził się w posępny nastrój. Pytający wzrok Estiego dopełnił
reszty, wymagając choć słowa wyjaśnienia.
- Przynajmniej już nie muszę być o
ciebie zazdrosny, dzieciaku.
- Byłeś zazdrosny? – zdziwił się
Est. - Ty?!
- Nie widzę w tym powodu do radości,
Esti. Leos nie pogrywa tak ostro jak Pasikonik, ale wciąż do ciebie wzdycha.
- Kiedy Aarim nijak nie pogrywa. Co
najwyżej próbuje ci dokuczyć.
- No to świetnie mu, kurwa, wychodzi
- sarknął Col, mrużąc powieki. - Już ja mu dokuczę.
- Tylko bez rękoczynów! - rzucił
ostrzegawczo półsmok i popędził konia, zauważając jak podmiot rozmowy macha do
nich ponaglająco. - Chyba za bardzo się oddaliliśmy.
- Och, spokojnie Esti, obejdzie się
bez użycia siły. Fizycznej. - Złośliwy grymas łowcy umknął uwadze kompana,
który zdążył go już wyminąć. W głowie powoli kreował mu się plan tak perfidny,
że nie miał prawa zawieść.
Esti dobrze mówił: dla kogoś takiego
jak Col mają specjalne miejsce w Pozaświecie. I póki co boją się go na nim
sadzać.
***
Leos wiele opowiadała o Zielonych
Bramach, lecz nic nie mogło przygotować Esta na widok, jaki rozpostarł się
przed nim w całej okazałości. Prastara puszcza, nieskalana ludzką ręką i
majestatycznie piękna, której wyboistym traktem podążali już od godziny, przerzedzała
się, stopniowo oddając pole wiekowym dębom i rozłożystym grabom wyznaczającym
obrzeże rozległej polany.
Z początku Estowi wydawało się, że
to bezlistne pnie grabów z rzadka porastają pustą połać. Wkrótce odkrył, że są
to monolity wykute z białego kamienia, tonące w cieniu koron niebosiężnych
sekanów. Z oddali wyglądały jak olbrzymie ościeżnice: wyrwane ze ścian,
pozbawione drzwi i zachęcająco otwarte na czarodziejski świat, jaki skrywały za
sobą. Przejeżdżając pod jednym z nich Est zadzierał brodę, by obejrzeć
zawieszoną na wysokości dwunastu metrów kamienną poprzeczną belkę – popękaną, przewróconą
w nieładzie pozostałość po znacznie wyższej konstrukcji. Gęsto opleciona
bluszczem i podparta wyłaniającymi się z ziemi korzeniami rysowała się monumentalnie
w smugach malachitowego światła, tajemnicza i zapomniana przez świat całe wieki
temu.
Daleko przed nimi cztery ustawione w
rzędzie kolumny zapisane nieczytelnymi inskrypcjami tworzyły podobny bramie triumfalnej
przejazd, a wyłożona popielatym kamieniem szeroka ścieżka podchodząca pod
niewielkim kątem w górę wzniesienia wiodła w głąb ku polanie rozmiarów tak
gargantuicznych, że mogła pomieścić całe miasto. I mieściła, jak zafascynowany
półsmok miał się niebawem przekonać.
Przejęty mistycyzmem niezwykłej
krainy, przytłoczony jej nierealnym ogromem Est z trudem przełknął ślinę. Nie
mógł pozbyć się poczucia, jakoby mniejsze wersje kamiennej bramy powitalnej,
pozornie rozsypane na poboczach, śledziły bacznie każdy jego ruch niczym duchy
opiekuńcze lasu, o których czytał w księgach dotyczących druidzkiej kultury i
wierzeń. Prapuszcza żyła własnym, bujnym życiem. Nigdzie indziej nie wyczuwał
tak wyraźnie ciepłego tchnienia wiatru na nagiej skórze ramion i policzkach,
nie słyszał pulsujących pod ziemią żył krystalicznie czystej wody, a głębokie
wibracje rezonujące w powietrzu nie przywodziły skojarzenia serca bijącego
odwiecznym, nieprzerwanym rytmem, kojącym i uspokajającym nawet najbardziej
udręczone istnienia. To doznanie wywołało w nim szaloną ekscytację, bezgłośną
euforię bezpośredniego, intensywnego obcowania z żywiołami. One same garnęły
się do niego, jak stęsknione potomstwo pragnące niepodzielnej atencji i
prześcigające się w wymyślnych zabiegach o względy rodzica.
Płatki jego białego nosa drżały, gdy
wciągał wilgotny zapach leśnego runa, lekko zgniły, słodkawy, szybko zapadający
w pamięć i pozostający tam już na zawsze. Rozchylonymi podnieceniem ustami
chwytał ulotny aromat wietrzyku przynoszący ze sobą posmak szmaragdowego słońca
przebijającego przez szeleszczące liście. Chłód, jakim kładło się listowie na
jego sylwetce, był rozkoszną pieszczotą wzbudzającą gęsią skórkę, porównywalną
do najdelikatniejszych pocałunków czułego kochanka. Ale dopiero pieśń lasu
spowodowała, że w duchowej ekstazie przymknął oczy i oddał się w całości
działaniu otaczającej go natury. A kiedy dotarły do niego ptasie serenady z
wtórującą im owadzią orkiestrą, kompletnie zapomniał, że znajduje się na
grzbiecie konia, pośród przyjaciół zdążających do najwspanialszego z miast,
jakie dane mu będzie zobaczyć. Zapomniał, że posiada fizyczną powłokę, brzydką
i niezgrabną na tle niematerialnej, niemal baśniowej scenerii. Odpłynął
niesiony duchowym nurtem pięknej, żywej krainy ukrytej przed wzrokiem
niegodnych jej urody istot.
Nie widział, jak pozostali przyglądają
mu się uważnie. Nie miał pojęcia, jak niecodziennym zjawiskiem był dla nich
biały elf oczarowany magią tego miejsca, całkowicie owładnięty kontaktem z
dzikimi żywiołami. Nie rozumieli jego stanu, lecz żadne z nich nie zakłóciło uniesienia
subtelnie malującego się na twarzy Zaklinacza Żywiołów.
Jechali więc przed siebie ku
łagodnemu pagórkowi, za którym czekało upragnione wytchnienie. Nie musieli
rozmawiać - szept setek tysięcy liści, wirtuozerski świergot ptaków oraz melodyjne
brzęczenie owadów w zupełności im wystarczały. Niepokój zniknął na dobre niby
ciężka zasłona odgarnięta na bok, odsłaniająca promienie słońca zabarwione szmaragdem.
Przebywanie w puszczy tchnęło w nich spokój. Wkraczali do prawdziwego
sanktuarium, do którego gwałt, przemoc i strach nie miały wstępu.
Zatracony w błogim zachwycie
Zaklinacz Żywiołów, czarnej krwi półsmok o skórze bielszej niż poranna mgła, otworzył
rozjarzone jaskrawą zielenią oczy. Wspinali się na niewielką wyniosłość gdzieniegdzie
wysypaną tłuczonym kamieniem i mijali właśnie jeden z filarów podtrzymujących
kolejną kamienną bramę; porastające je pnącza i mech były na wyciągnięcie ręki,
toteż bez namysłu sięgnął ku nim samymi opuszkami palców. Nie czuł się
otumaniony przejściem z jednego świata do drugiego, wręcz przeciwnie, umysł miał
czysty i wypoczęty jak po solidnej dawce snu. Wszelkie wątpliwości ustąpiły, a
lęki i obawy odeszły w niepamięć. Nie mógł powiedzieć, że uwierzył w siebie i nabrał
odwagi niezbędnej by sprostać nadchodzącym wydarzeniom, ale odnalazł spokój,
którego potrzebował, aby jego ciało i dusza w pełni się zregenerowały.
- Odpłynąłeś, dzieciaku. - Colonell
jechał tuż przy nim. Cień smutku pobrzmiewający w jego barytonie ujawniał
uczucia, jakie maskowała obojętność. - Pilnowałem, żebyś przypadkiem nie spadł
z konia.
Est zamrugał kilkakrotnie nie do
końca pojmując, o czym mówi jego towarzysz. Rozświetlone tajemną energią
skaleonie ślepia stały się na powrót oczami białego elfa. Raptem zorientował
się, jak osobliwy widok musiał przedstawiać dla swoich przyjaciół i prawie się
zarumienił. Prawie, jako że fizycznie nie mógł tego zrobić.
- Jak rany, to było silniejsze ode
mnie...
- Ze mną nigdy nie miałeś tak błogiej
miny - mruknął nadąsany Col. – Tylko czekałem, aż zaczniesz jęczeć.
- Col, na litość Wszechmocnych, o
czym ty gadasz?! Jak rany, przecież ja nic… To nie było… Zaczekaj, jak to nie
miałem?!
Puszczając wodze karego rumaka, zakłopotany
oburącz szarpnął za końcówki uszu. Może i nie był świadom swojego wyrazu
twarzy, lecz pamiętał każdy intymny moment wraz ze wszystkimi krępującymi detalami
i… Stop! Jak do tego doszło, że plątał się i gubił we własnych myślach? Czy Col
celowo usiłował wyprowadzić go z równowagi, czy też tylko komentował jego stan?
A jeśli próbował wymanewrować go ku bardziej zdrożnym tematom? Tak, to było w
jego stylu.
- Poczekaj, Col. Już chyba wiem, o
co ci chodzi.
- Chyba jednak nie, dzieciaku.
I znów to spojrzenie z góry, jakby oceniał
podlotka pragnącego mu się przypodobać. Skołowany Est nie potrafił odgadnąć, do
czego zmierza przyjaciel. Coraz bardziej irytował go ten niereformowalny
człowiek, który z wyjątkową łatwością mieszał mu w głowie.
Przodownik, dostrzegając zmarszczone
czarne brwi i wykrzywione gniewnie usta, postanowił odpuścić oblubieńcowi
dalszych uszczypliwości. Zachichotał pod nosem i jego starannie przybrana
powaga prysła bez śladu, zastąpiona ledwo powstrzymywanym rozbawieniem.
- Droczę się z tobą, Esti. Co nie
zmienia faktu, że poczułem się, jakby omijało mnie najlepsze, co życie ma do
zaoferowania.
- A idź wyłysiej z tym swoim
droczeniem się! - ofuknął go Est, z urazą odwracając twarz.
Jednak obraza nie trwała długo. Nieśmiało
zajrzał łowcy w oczy i odpowiedział uśmiechem. Nie umiał się na niego złościć,
szczególnie tu, pod wpływem aury wiekowego matecznika. Nie o to chodzi, by
zamknąć się za drzwiami urazy i tracić czas na siedzenie w samotności, kiedy
serce wyrywa do osoby, przy której czuje się kompletne...
- Nie ociągajcie się, jesteśmy
niemal u celu.
Est z trudem oderwał wzrok od
pociemniałych oczu partnera i popatrzył w kierunku, z którego dochodził głos
Aarima. Znowu oddalili się na sporą odległość; poganiając konie stosunkowo
szybko dołączyli do paladyna oraz czarodziejki czekających na następnym
wzniesieniu. Doprawdy, tutejsze ukształtowanie terenu było niezwykłe pod każdym
względem; strzeliste, niespotykane poza Zielonymi Bramami drzewa przesłaniały
niebo, przesiewając cętki letniego słońca. Liczne wyżyny i niewysokie pagórki kryły
w swym cieniu tajemnice czekające na żądnych przygód śmiałków, a wyłożone
kruszonym kamieniem szerokie ścieżki przecinały poszycie szarymi, wijącymi się
wstęgami.
Książę i Mała Niedźwiedzica wpatrywali
się w zapierającą dech panoramę wyłaniającą się zza pochyłości wzgórza. W dole
u ich stóp, na trawiastej płaszczyźnie porośniętej dębami o wybujałych koronach,
rozciągało się bogactwo geometrycznych budowli o harmonijnych proporcjach. Ginące
pod warstwą mchu i bluszczu, wyrastające jedna przy drugiej, wkomponowały się w
krajobraz niczym naturalny twór, zachwycając prostotą i tętniąc życiem. Budulec
miał kolor podobny do tego, z którego wzniesiono równie liczne bramy, nie pokrywały
go jednak malowidła ani symbole nieznanego pochodzenia. Ich mury były
nadkruszone, a drewniane odrzwia i okiennice w wielu miejscach rozszczepione,
lecz mimo tych defektów zdawały się gładkie i lekkie. Uliczki wiły się, klucząc
między domami, sklepami i pracowniami, a każda z nich wychodziła w gąszcz rosłych
paproci przez jedną z tych ogromnych konstrukcji przypominających kamienne
portale - wrota do świata ukrytego w sercu głuszy.
- Mówi się, że początki tego
sanktuarium sięgają czasów sprzed Wojny Bogów, kiedy druidzi wszystkich ras dbali
o równowagę cywilizacji z naturą - snuła Leos przyciszonym głosem, jak gdyby
nie chciała mącić panującej tu nabożnej ciszy. - Podobno wśród nich kroczyły
zielone smoki, ale to tylko legendy. Chociaż Zaklinacz Żywiołów też był tylko
legendą.
- A jeśli druidzi wcale nie
wyginęli? - odparł refleksyjnie Est, myślami błądząc wokół cudów starożytnego
lasu. - Może tak jak smoki nie chcą się ujawniać z przyczyn, jakich jeszcze nie
rozumiemy?
- Trafne spostrzeżenie, Estalavanesie,
jako że Zielone Bramy z dużym prawdopodobieństwem są druidzkim sanktuarium – przyłączył
się Aarim. – Esencja jest gęsta, wręcz namacalna. Strumienie nurtu oplatającego
Estarion krzyżują się tu ze sobą, silnie oddziałując nie tylko na krajobraz,
ale także na stworzenia zamieszkujące matecznik. Rad jestem, że dotarliśmy w
porę. - Paladyn obejrzał się za siebie, ostrożnie przeczesując cienie wszechobecnej
zieleni. Usatysfakcjonowany odwrócił wzrok i skierował rumaka bojowego wprost
na łagodne zejście. – Nie zwlekajmy. Ścieżka jest szeroka, lecz w mieście
będziemy zmuszeni prowadzić konie za sobą.
Rzędem przejechali pod masywnym
portalem wyglądającym jakby od zawalenia dzieliła go zaledwie chwila. Nie obawiali
się jednak, pnącza trzymały poprzeczną kolumnę mocniej, niż się wydawało. Poza
tym instynkt podpowiadał Estowi, że nic nie mogło ich tutaj skrzywdzić. Aura puszczy
chroniła każdego, kto w duszy niósł czysty zamiar, a którego serce niezbrukane
było pragnieniem przemocy. Bramy nie były zamknięte, lecz nie należało sądzić,
że wpuszczały kogo popadnie. A już na pewno nie upiornego szpiega Śniącego.
Będąc na obrzeżach miasta,
ustanowionych przez pierwsze przysadziste budynki, zsiedli z koni i, jak
nakazał Aarim, resztę drogi prowadzili je za wodze. Est z chłopięcym
entuzjazmem kręcił głową na wszystkie strony, chcąc uchwycić i zapamiętać jak
najwięcej szczegółów fantastycznego miasta. Mimo że skromne, wtulone w roślinność
domostwa zdawały się identycznie, widać było między nimi cechy nadające im
odmiennego charakteru, jak choćby kolor dachówek czy omszałych drzwi, w
większości rozwartych na oścież lub zapraszająco uchylonych. Mieszkańcy
rzeczywiście byli niewiarygodnie prostoduszni i uczciwi, lub też wyjątkowo nieświadomi,
że ich własność może przejść w cudze ręce.
- Nie przypuszczałem, że elfowie
byli budowniczymi - wymruczał, z zaciekawieniem popatrując na okrągłe witrażowe
okienka lśniące zielenią promieni słonecznych. - Czego bym nie czytał, źródła
jednomyślnie wskazywały, że tworzą oni domy i przedmioty codziennego użytku z
żyjącego drewna.
Aarim zerknął z ukosa na białego
elfa, po czym pospiesznie skoncentrował się na coraz tłoczniejszej ulicy przed
sobą, pilnując trasy przemarszu. Zajęci swymi codziennymi obowiązkami
mieszkańcy nieszczególnie interesowali się kilkorgiem podróżnych. Mężczyźni pozdrawiali
przybyłych lekkim uchyleniem kapeluszy, kobiety pospiesznymi ukłonami, natomiast
dzieci plątały się wszystkim pod nogami, pokrzykując wesoło na psy i nie bacząc
na dorosłych. Sporadyczne posyłane przybyszom spojrzenia najczęściej jednak napotykały
Esta i na nim też zatrzymywały się na dłużej. Ten jakby ich nie zauważał, zbyt
rozkojarzony tym, co działo się dokoła. Obce zapachy, nasycone barwy krajobrazu
oraz trudne do rozpoznania dźwięki bez ustanku przyciągały jego uwagę i
poruszały długimi, wrażliwymi uszami. Wyczulony na magię oraz fizyczne bodźce
półsmok doznawał przyjemnego pomieszania zmysłów, jakie niebianin wyczuwał w
nim nawet bez wsparcia sondującej otoczenie aury.
Paladyn popatrzył na Leos i
Colonella; dwoje ludzi w milczeniu podziwiało ciche, lecz pulsujące życiem
miasto. W końcu zdecydował się odezwać, nawiązując do słów Esta.
- Utarło się, iż drewno należy do
elfów, kamień do krasnoludów, a ziemia do ludzi, jednakże na przestrzeni wieków
różnice te zatarły się na tyle, by nie miało już znaczenia kto specjalizuje się
w jakich materiałach – uściślił. - Tutejsza architektura w istocie świadczy o
tym, jakoby trzy wymienione rasy brały udział w powstaniu Zielonych Bram.
Krasnoludowie, wbrew żywionej do magii niechęci, na swój sposób przysłużyli się
druidom.
Na tę wzmiankę Leos nie pozostała
głucha.
- Mieszkałam tu przez czternaście
lat i nigdy nie spotkałam krasnoluda – zawołała, nie przerywając głaskania
chrap srokatego ogiera stąpającego tuż przy niej. Ten bezwolny gest uspokajał
ją, choć niewiele mógł wskórać wobec przepełniającej ją ekscytacji. - Za to
widywałam imperialnych elfów. Bywali z poselstwem na dworze królewskim i bardzo
się wyróżniali. Cerę mieli złocistą, jakby kąpali się w słonecznym blasku, a
włosy płonęły im odcieniami jesiennych liści. Byli tacy piękni... – westchnęła,
wspominając beztroskę królewskiego dworu.
- Owszem, Isetualetartczycy niepodobni
są do ludzi i krasnoludów – zgodził się Aarim. Miękkie spojrzenie, jakim
obdarzył rozmarzoną dziewczynę, było miłą odmianą od jego zwyczajowej
beznamiętności. – Podejrzewam jednak, iż widywałaś krasnoludów częściej niż sądzisz.
Bynajmniej nie są brodatymi karzełkami, jak przedstawiają ich bajki, które,
prawdę powiedziawszy, sami rozpowiadają.
- Och – zdumiała się Leos. - W takim
razie jak wyglądają krasnoludowie?
- Jeśli spotkamy przedstawiciela tej
dumnej i równie honorowej co upartej rasy, niezwłocznie cię o tym powiadomię.
Idący u boku przyjaciółki Est
prześlizgnął się wzrokiem z jej spąsowiałego lica na surowy profil paladyna i
podczas kiedy ona wręcz kipiała emocjami, Aarim stanowił jej absolutne
przeciwieństwo.
Chłopak wyszedł nieco przed szereg
pilnując, by krótko trzymać swojego temperamentnego wierzchowca. Bolała go
szyja od podziwiania zacienionej architektury i ukradkowego przyglądania się
mieszkańcom. Liczył, że ujrzy przypominającego Velrena imperialnego elfa czy
dwóch, ale teraz wypatrywał przede wszystkim przedstawicieli trzeciej
inteligentnej rasy.
- Dlaczego krasnoludowie
rozpowszechniają plotki na swój temat? – zapytał wreszcie.
- Tego nie wiem, Estalavanesie.
- Znałem jednego krasnoluda, na imię
miał Goherel – odezwał się Colonell, który pomimo dostatecznej ilości miejsca pozostawał
nieco z tyłu. – Zawsze powtarzał, że lepiej mu się żyje, gdy wszyscy traktują
go jak człowieka. W Adeili bynajmniej mnie to nie dziwiło.
- A jak wyglądał? - Ciekawość
młodziutkiej Leos nie gasła, zwłaszcza teraz, kiedy obracając się ku najemnikowi
parę kroków szła tyłem, zaskakując tym swego konia. - Jak człowiek?
- Jak pospolity człowiek o mocnej
budowie, tylko trochę niższy i krępy - odparł z namysłem Col, po czym parsknął
śmiechem. - I o wiele bardziej zarośnięty!