czwartek, 17 września 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 50 ~~

  Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




Zaniedbanie treningu obciąża sumienie Estalavanesa, a coraz większy niepokój Aarima tylko pogarsza jego nastrój. Niemniej kiedy docierają do Zielonych Bram, troski i obawy ustępują pod wpływem aury spowijającej druidzkie sanktuarium...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 17d'9m'26r2t]



    Zielone Bramy, jak ja kocham to miejsce! Zresztą, chyba każde miejsce na Khaldunie darzę podobnym sentymentem. Trudno się dziwić, skoro spędzam tam mnóstwo czasu. W każdym razie upojna noc nie skończyła się dobrze: Est dostał ochrzan od Aarima, Col stanął w jego obronie i znów walka kogutów rozgorzała na nowo. Napięcie wszystkim daje się we znaki. Dobrze, muszą być gotowi. Południe nie jest bezpiecznym miejscem, a tam właśnie zdążają. Sanktuarium jest ostatnią bezpieczną przystanią na trasie do Aneil'Aranth.
    Czy rzeczywiście jest to sanktuarium? Przekonajcie się sami 🤍

   
Kącik autorki.
    Nie umarnęłam, nie trafił mnie szlag, nie zostałam milionerką, ani nie porzuciłam pisania... (Ha! Na pohybel nienawistnikom!) A więc co tak długo? Ano, odkładałam ten rozdział i odkładałam, a tu nagle połowa miesiąca i nic! A wrzucony miał być tydzień temu bez mała. Ale co poradzić - co się lata temu "nakradłam" czasu, teraz muszę zwrócić i zaczyna mi go brakować. I dzielę niekoniecznie po równo między granie a redagowanie, bo czytam już tylko do poduszki i w weekendy (chyba że lektura ciekawa, to wtedy napotykam problem...). Smuteczek. Posty też miałam częściej pisać, a jak mi to wychodzi, doskonale widać. Nie ma ani jednego. Jak rany... Nawet już nie obiecuję poprawy, ażeby nie kompromitować się  bardziej ( ͡ಠ ʖ̯ ͡ಠ)

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 50

 

Pewne słowa muszą wybrzmieć, aby nabrać prawdziwego znaczenia. Dopiero wtedy zyskują moc pozwalającą kreować nowe światy, a także burzyć te już istniejące. Wszak są potężniejsze, niż sądzą ludzie: mogą być ulotne jak garść liści niesionych wiatrem, mogą stworzyć coś z niczego, mogą też ciąć głębiej niż stalowe ostrze. Wówczas zostawiają blizny, choć na próżno szukać ich na ciele. A serce i dusza goją się o wiele trudniej, zwłaszcza że pamięć przechowuje je przez całe życie.

Oczywiście racja leżała po stronie Aarima, nie było co do tego wątpliwości. Colonell też nie musiał reagować aż tak gwałtownie na reprymendę paladyna, aczkolwiek po części jego gniew był uzasadniony. Natomiast Estalavanes był rozdarty pomiędzy ich scysją a własnym poczuciem winy, które wbijało go w grzbiet konia i wraz ze zdrowym rozsądkiem skłaniało do trzymania się daleko za pozostałymi.

Wczorajsza noc byłaby jednym z najpiękniejszych wspomnień, gdyby nie poranny posiłek w towarzystwie, któremu nie spodobał się ich frywolny, nieodpowiedzialny postępek. I wcale nie chodziło o gości gospody, którzy nawet nie zwracali na nich większej uwagi, odchorowując na blatach całonocną pijatykę. Na myśli miał Aarima, moralizatorstwem władającego równie skutecznie, co półtoraręcznym mieczem przytroczonym do siodła.

Est nigdy dotąd nie widział tak zagniewanego księcia. Rozczarowanie oraz nagana dźwięczały w każdym wypowiedzianym słowie Aarima, który bynajmniej nie potrzebował pomocy niebiańskiej aury, aby chłopak odczuł dezaprobatę i wziął tę kompromitującą lekcję do siebie.

A to dlatego, że zawalił trening.

Owszem, nie byłoby w tym nic nieprzyzwoitego, gdyby potrafił bronić się przed Śniącymi. A on nie dość, że nie umiał poskromić swojej chuci, to jeszcze poddał się emocjom i lekkomyślnie pominął obowiązkowy wieczorny trening. Rozleniwiony monotonią podróży, pozbawiony codziennej rutyny oraz rzucony lękom na pożarcie popełniał podstawowe błędy w zatrważających ilościach, nie bacząc na następstwa swoich czynów. Przestał patrzeć na życie z szerszej perspektywy, nie mógł lub nie chciał przewidzieć konsekwencji pochopnie podjętych decyzji. Tak bardzo bał się o Cola, że zapominał się w kwestii bezpieczeństwa. Był najsłabszym ogniwem, a nie przykładał się do obowiązków. To nie wycieczka krajoznawcza, tylko samobójcza misja, długa i kręta droga prowadząca do zguby. Aarim miał słuszność: bagatelizował zagrożenie tłumacząc się irracjonalnymi lękami i obsesją na punkcie kochanka.

Biały elf siedział teraz ze zwieszoną żałośnie głową, spoglądając spod czarnej czupryny na jadących przodem mężczyzn. Ścieżka była wąska, więc zmuszeni do jazdy obok siebie rozmawiali przyciszonymi głosami. Była to raczej jednostronna wymiana zdań, ponieważ przodownik odpowiadał zdawkowo, zupełnie nieobecnym tonem. Esta intrygował przedmiot ich pogawędki, lecz wśród szumu wiatru i stukania podkutych kopyt o kamienistą dróżkę nawet jego czuły słuch niewiele wychwytywał. Poza tym wiatr wiał im w plecy i porywał ze sobą słowa, zabierając donikąd cały ich sens.

Wkrótce Est zaniechał podsłuchiwania i przyjrzał się temu, co miał przed sobą. A była to obserwacja cokolwiek ciekawa, gdyż dopiero teraz dostrzegł przepaść dzielącą paladyna i najemnika. Pominąwszy absolutną rozbieżność charakterów, byli całkowitymi przeciwieństwami także z wyglądu, jak dzień i noc. Nie, ściślej rzecz biorąc, jak poranek i wieczór. Aarim o złotych włosach i tęczówkach, którego szlachetne rysy mogłyby zdobić oblicze młodego boga rzeźbionego w alabastrze, zachowywał się powściągliwie bez względu na okoliczności, zawsze taktowny i nobliwy. A po przeciwnej stronie wytatuowany Colonell; dojrzały człowiek o śniadej skórze, z nieodzownym figlarnym błyskiem w ciemnozielonych oczach i krzywym uśmieszkiem skrytym pod schludnym zarostem. Impertynencja oraz humor nie opuszczały go nawet w trudnych warunkach. Niemniej w obu mężczyznach wyczuwało się tyle samo mroku nocy, co blasku dnia.

Półsmokowi nasunęła się niedorzeczna konkluzja, przez krótki moment nie docierająca do jego świadomości, odtrącona jako totalna abstrakcja. Tych dwóch nie różniło się aż tak bardzo, jak mogło się wydawać. Okazało się, że byli do siebie tak podobni, iż nie potrafili znaleźć wspólnego języka. Tolerowali się, być może Col czuł coś na kształt szacunku do księcia, ale wciąż uparcie uwydatniali różnice, zasłaniając się nimi i nie dopuszczając do siebie nikłej myśli o swoim podobieństwie.

Est popatrzył na jadących przed nim mężczyzn w nowym świetle. I spostrzegł coś ukrytego przed wzrokiem każdego nieuważnego obserwatora: prawdę mogącą być kluczem do ich przetrwania, o ile umiejętnie się nią posłuży i zbliży do siebie te dwa nieujarzmione charaktery. Nie muszą od razu stawać się najlepszymi przyjaciółmi. Wystarczy, że zaczną się wzajemnie respektować.

Kusiło go, by podprowadzić konia i posłuchać, za co Colonell znów dostawał burę, lecz bezpieczeństwo, jakie dawała stosowna odległość, było bliższe jego rozdartemu sercu. Ostatecznie zdecydował się na ten nierozważny ruch, kiedy dostrzegł ożywienie partnera, teraz w pełni skupionego na Aarimie. Nawet odpowiadał mniej lakonicznie niż uprzednio.

Leos podjechała do dwójki na przedzie, równocześnie wtrącając się do rozmowy.

Est nie czekał na zaproszenie, ale zrobiło mu się lżej na sercu, gdy złotowłosy młodzieniec obrócił się w siodle i przywołał go skinieniem urękawicznionej dłoni. Już nie musiał skradać się jak ostatni łajdak.

- Niebawem dotrzemy do Zielonych Bram - oznajmił donośnie Aarim - lecz zanim wkroczymy na terytorium sanktuarium, chciałbym zwrócić waszą uwagę na pewne szczegóły nie dające mi spokoju. - Maska opanowania, jaką zwykle przybierał książę, nosiła ślady pęknięć. Był to dla Esta widok nie tyle dziwny, co niepokojący. - Sytuacja na południu jest gorsza, niż podejrzewałem. Od opuszczenia Adeili nie otrzymałem żadnych wieści od arcypaladyna, co nie świadczy na naszą korzyść. Równie alarmujące są zasłyszane pogłoski. – Złociste spojrzenie utkwione było w szlaku przed nimi. Z twarzy księcia zniknęła absurdalna obojętność, ustępując wyraźnemu zatroskaniu. – Zaginiona karawana kupców morskich oraz brak podróżnych na głównych szlakach handlowych są jak cisza przed burzą. I wszystkie te doniesienia wiążą się z uczęszczanym traktem wiodącym z południa ku północy. Jak gdyby został odcięty.

Colonell zmierzył rozmówcę spod ściągniętych brwi.

- To może być przypadek – skwitował, wzruszając opancerzonymi ramionami. - Gdyby został odcięty, dotarłyby do nas jakieś sygnały o nadciągającej wrogiej armii czy niewyjaśnionych zjawiskach.

- Nie wierzę w przypadki, Colonellu. - Pałające wejrzenie przeszyło smagłego człowieka na wylot. - Brak wieści od mojego ojca jest znakiem, którego nie należy lekceważyć.

- Dobrze więc, to nie przypadek. Sądzę jednak, że arcypaladyn ma teraz ważniejsze sprawy na głowie niż... Zaraz. Jak właściwie utrzymujecie kontakt?

- Poprzez umysł. Wrodzone zdolności umożliwiają nam wymianę myśli niezależnie od dzielącej nas odległości. Dotychczas nic nie było w stanie zakłócić naszego połączenia.

- Dotychczas... – podchwycił człowiek, nagle przerywając. Sens słów rycerza uderzył go z opóźnieniem, wywołując grymas na jego brodatym obliczu. - Kurwa.

Colonell odwrócił się od złotych oczu. Odrzucał od siebie świadomość, że są coraz bliżej końca, którego nikt przewidzieć nie mógł. Zdążył polubić stabilizację i przywiązał się do długouchego dzieciaka - odnalazł przy nim swoje miejsce, dom, który z żalem opuszczał i do którego z radością powracał. Nie mniej przyjemna była myśl, że pewnego dnia znajdą skrawek świata tylko dla siebie i wypełnią go miłością oraz prostym codziennym życiem. Od tego cichego marzenia dzieliła ich tylko ewentualna wojna na skalę światową. I całkiem prawdopodobna śmierć, której niegdyś wyszedłby naprzeciw.

- Czego możemy się spodziewać po przybyciu do sanktuarium? - Leos rzeczowo podjęła temat, ucinając wszelkie rozważania pędzące w ponurym kierunku. – W pałacu rezyduje kilku przyjaciół mojej matki, mogłabym wypytać ich o stolicę.

- To nie będzie konieczne, Leos. W Zielonych Bramach mieści się jeden z największych garnizonów Estarionu. Jeśli ktokolwiek dysponuje potrzebnymi informacjami, jest to z pewnością sir Robert Cortand. - Aarim puścił wodze Sena i przesunął stalowym wierzchem rękawicy po karwaszu. Metaliczny zgrzyt sprawił, że konie zastrzygły uszami. - Zatrzymamy się tam na spoczynek, toteż pozostanie nam dostatecznie dużo czasu, by rozeznać się w wydarzeniach. - Mimochodem zerknął na mętne smugi ledwie przebijające przez gęstniejące chmury. - Powinniśmy tam dotrzeć za dwie, niespełna trzy godziny, gdy słońce stanie w zenicie. Doskonale.

- Mam nadzieję, że tym razem nie będziemy zamknięci jak ptaki w klatkach - burknął z niezadowoleniem Col. W Adeili czuł się jak więzień, a nie gość. Ze szczególnym uwzględnieniem grubych murów oraz uzbrojonych, zakutych w zbroje rycerzy.

- Nie, Colonellu. Rycerz-dowódca z Zielonych Bram to człowiek niesłychanie gościnny oraz miłujący pokój. Tak jak mieszkańcy miasta z jednakową życzliwością wita przybywających, o czym sami się przekonacie.

Przyglądająca się Aarimowi czarodziejka obróciła się, by popatrzeć na Cola  i jadącego tuż za nim milczącego Esta.

- Sama nazwa jest myląca, bo w Zielonych Bramach nie zobaczycie żadnych bram. Przynajmniej nie zamkniętych. - Uśmiechnęła się szeroko do wciąż żywych scen ze szczęśliwego dzieciństwa. - To miasto bardziej pasowałoby do elfów niż ludzi. Najwyraźniej i my potrafimy stworzyć coś choć trochę przypominającego ich uroczyska.

Est z rezerwą przysłuchiwał się rozmowie. Nie chciał zabierać głosu, bo i tak nic by do niej nie wniósł, a wolał pozostać jak najmniej widoczny dla paladyna oraz łowcy. Już nie tak skulony jak jeszcze przed chwilą, prowadził wierzchowca tuż obok srokatego konia Małej Niedźwiedzicy i czujnie przypatrywał się każdemu z osobna.

Zaniepokojenie niebianina udzielało się reszcie; Colonell był spięty i zgryźliwy, Leos usiłowała ukryć strach pod woalką przesadnej radości, a on sam nie potrafił nazwać uczuć nim targających. Wbrew logice chciał czym prędzej znaleźć się w Aneil’Aranth, nawet jeśli oznaczałoby to przyspieszenie nieuniknionego. Pragnął już zejść z siodła i nie oglądać go przez najbliższe stulecie, rozruszać mięśnie, wycisnąć z ciała ostatnie siły, a potem zaszyć się w jakimś kącie i spokojnie przemyśleć swoje położenie. Tęsknił okropnie za kwaterą w Twierdzy, do której mógł wrócić, kiedy tylko tego potrzebował; za pościelą, pod którą się zakopywał, kryjąc się przed zmartwieniami, za księgami, do których uciekał w chwili zwątpienia oraz za pracownią alchemiczną na parterze wieży, gdzie w towarzystwie genialnego Travisa zapominał o całym świecie. Tęsknił za codziennością, rutyną i przewidywalnością. Tęsknił za mistrzem będącym mu ojcem. Tęsknił za normalnością.

Zgnębiony chłopak naprawdę źle znosił zmiany, a obecna była podwójnie przykra, ponieważ wymuszała na nim życie w ciągłym ruchu i niepewności, z dala od wszystkiego, co znał. Na domiar złego pokazywała mu, jak wielu rzeczy nie wie, jak bardzo ograniczony był do tej pory. Świat był olbrzymi, a on nie czuł się gotowy na poznanie go w całym bezmiarze doświadczeń i wrażeń.

Nawet nie zauważył kiedy czarodziejka wyprzedziła przodownika i zrównała się z księciem, zajmując pogawędką o niesamowitym mieście, do którego nieuchronnie zmierzali, a które dla niej było po prostu domem. Albo to Colonell celowo pozwolił się wyprzedzić? Jakkolwiek było, człowiek z malunkiem na lewej połowie twarzy jechał teraz u jego boku, obserwując go z mieszaniną żalu i troski.

Zwiadowca znał aż za dobrze ten zamyślony, melancholijny profil. Podprowadził jasnobrązową klacz i sięgnął do odsłoniętego karku przyjaciela. Kciukiem pogładził jego wystające kręgi.

- Esti, to nie twoja wina, rozumiesz? - zaczął stanowczo. - Nie obwiniaj się.

Est podniósł zmęczony wzrok na przyjaciela i westchnął, jak gdyby wraz z wypuszczonym głośno powietrzem mógł zrzucić z siebie ciężar rozterek. Jasne, mógł zwyczajnie oczyścić z nich umysł, lecz nie była to droga do celu, a przyzwolenie na nawarstwianie się problemów.

- Prawie skoczyliście sobie do gardeł! – jęknął. - Jak rany, co we mnie wstąpiło, żeby…

- Esti - powtórzył Col z naciskiem - tak czy inaczej kiedyś damy sobie po mordzie, bo słowa przestają wystarczać. I wierz mi, chciałbym przestać się denerwować, ale się, kurwa, nie da! Nie z takim sztywniakiem. On chyba kręgosłup też ma z tej pieprzonej stali - dodał ciszej, jakby do siebie.

- Col, czy to coś zmieni? Czy naprawdę jedynym rozwiązaniem jest przemoc? Aarim nie chce robić ci krzywdy, miał sporo racji w tym, co powiedział, zawaliłem! Skoro zawaliłem w czymś tak istotnym, to od razu możecie mnie rzucić na pastwę Śniących!

Col obejrzał się na rozgoryczonego chłopaka, którego wahania nastrojów przybrały ostatnio na sile. Nie wiedział czy to wina wycieńczenia, stresu, strachu, nienazwanych emocji czy wszystkiego naraz, ale zamierzał się tego wreszcie dowiedzieć.

- Mam ci przypomnieć, jak przed wyjazdem odciągałem cię od niego siłą? – warknął. – Zresztą nieważne. Jeżeli chcesz ode mnie odpocząć, możemy…

- Nie! – Żarliwość tego krótkiego zaprzeczenia przywołała ich obu do chłodnej rzeczywistości. - Nie chcę od ciebie odpoczywać, nie od ciebie, nie… - Est potarł policzki dłonią, zaczesał opadające na czoło oraz uszy włosy i zapatrzony w niebo uśmiechnął się bez krzty wesołości. - Nie radzę sobie, Col. Przepraszam, naprawdę sobie nie radzę. To mnie przerasta.

Mężczyzna złagodniał słysząc to szczere i przejmujące wyznanie, zwłaszcza że przeznaczone było wyłącznie dla niego, dla jedynej osoby, na którą wycofany chłopak otworzył się w sposób całkowicie bezbronny i ufny.

- Jestem tu dla ciebie, Esti. Pozwól mi sobie pomóc.

Smutny uśmiech poszerzył się, lecz nie dosięgnął jasnozielonych oczu. Chłopak nadal wpatrywał się w chmury, jakby spodziewał się otrzymać od nich wsparcie, jakiego nie mogła zapewnić mu śmiertelna istota.

- Po prostu bądź przy mnie, Col. Nie zostawiaj mnie samego. Z mojej głupoty się tu znalazłeś, w towarzystwie, które cię drażni, zmierzając ku końcowi, jakiego byś nie chciał.

- Już rozmawialiśmy o końcu, jaki bym chciał, dzieciaku. - Col przesunął rękę z karku chłopaka na tył jego głowy i żartobliwie pchnął w dół. Kiedy puszczał, powaga wygładziła tatuaż na śniadym obliczu. - Będę przy tobie, cokolwiek się zdarzy. Potrzebujemy siebie nawzajem, uzupełniamy się, jesteśmy jednością, Esti. Kiedy upadniesz, pomogę ci wstać. Kiedy stracę cel sprzed oczu, ty pomożesz mi go odnaleźć. – Zawahał się czując, że ostatnie zdanie nie przejdzie mu tak łatwo przez gardło. - Jeśli polegniesz, ja pójdę za tobą... A ostatnim razem było koszmarnie blisko.

Tęczówki Esta skurczyły się do cienkich obręczy opasających źrenice, gdy z bezgraniczną miłością spoglądał na partnera. To była przysięga. Colonell nie miał problemu z wyrażaniem myśli, formował je na podobieństwo strzał przeszywających serce i duszę, pozostawiających po sobie delikatne, efemeryczne mrowienie jak podczas przepływu esencji. Est nie kłamał mówiąc Aarimowi, że miłość boli. Bolała tak mocno, że każde, najdrobniejsze nawet czułości przeistaczała w potężne lawiny gorących, rozkosznych doznań.

Wewnętrzny Głos wziął głęboki wdech, chcąc się odezwać, lecz słowa nie przybrały zrozumiałej formy. Zamiast tego Est usłyszał trzask, który wstrząsnął fundamentami jego rozchwianej osobowości. A potem nieznany mu dotąd element wskoczył na swoje miejsce, szczęknął i przystąpił do odbudowy wszystkiego, co dotychczas trwało w ruinie. Lewa dłoń zaswędziała jak od ukłucia igły. Ciepły powiew magii przeniknął go na wskroś, owiewając skórę pod rękawiczką, jak gdyby dotknął siebie samego.

Bo tak też się stało.

Skonfundowany Est nie doświadczył cudownego odrodzenia, ale coś w nim samym zmieniło się gruntownie. Nie podejrzewał co to mogło być, jednakże odnosił nieodparte wrażenie, że wkrótce się tego dowie.

- Dziękuję że jesteś, Col – wyszeptał, a jego twarz wróciła do normalności. Źrenice na powrót stały się niewielkimi dyskami bezdennej czerni pośród soczystej zieleni, zaś śnieżnobiałe wargi przykryły nienaturalnie długie kły. Rezolutny zwiadowca wychwyciłby rozbłysk światła w oczach przyjaciela, gdyby trwał on dłużej niż ułamek sekundy. Tymczasem przeminął bezpowrotnie jak sam czas; niemożliwy do zatrzymania, niemożliwy do odzyskania.

Udobruchany Colonell wyprostował się i skupił na plecach jadącej hen na przodzie pary. Zastanawiał się o czym może rozmawiać jego siostra z typem tak drętwym jak Pasikonik. Cóż, tematów łączyło ich wiele - od aspektów magii poczynając, a na kartografii kończąc. Dodatkowo aura pewności siebie bijąca od niebianina w połączeniu z atrakcyjną fizjonomią była już wystarczającym powodem, by niejedna kobieta straciła dla niego głowę. A mimo to Leos stale wodziła tęsknym spojrzeniem za Estim przeświadczona, że nikt tego nie dostrzega. Prawdopodobnie przez myśl jej nie przeszło, by zainteresować się kimś tak wysoko urodzonym jak książę Estarionu, w czym on szczeniacko ją utwierdził kłótnią w garnizonie.

Przodownik Niedźwiedzi przeczesał włosy, zatrzymując dłoń w strzeleckiej rękawicy na ciepłym karku. Niechętnie przyznał, że nie miałby nic przeciwko, gdyby ta dwójka się zeszła. Z drugiej strony nie ufał paladyńcowi na tyle, by powierzyć mu siostrę, z którą nawiązał już nić porozumienia. Pod wieloma względami przypominała mu Kirię, skrzywdzoną dziewczynę, której jedyną winą było urodzić się w sąsiedztwie barbarzyńskiego Niskowyżu. I chociaż poświęcił swoją młodość chroniąc ją i zapewniając godną przyszłość jej synowi, to finalnie nie zdołał jej ocalić. Kiria nie żyła, a o nastoletnim Karminie słuch zaginął. Teraz jednak będzie inaczej. Nie powtórzy tego z Leos, dlatego miał oko na Pasikonika wytrwale udającego pozbawionego uczuć dziwaka. I chociaż grał nader przekonująco, to coś w jego postawie zaczęło zdradzać kryjącą się wewnątrz obłudę. Był cholernie niebezpieczny, na szczęście opowiadał się po ich stronie. Po stronie Zaklinacza Żywiołów.

Col warknął z głębi piersi uzmysławiając sobie, że sam wpędził się w posępny nastrój. Pytający wzrok Estiego dopełnił reszty, wymagając choć słowa wyjaśnienia.

- Przynajmniej już nie muszę być o ciebie zazdrosny, dzieciaku.

- Byłeś zazdrosny? – zdziwił się Est. - Ty?!

- Nie widzę w tym powodu do radości, Esti. Leos nie pogrywa tak ostro jak Pasikonik, ale wciąż do ciebie wzdycha.

- Kiedy Aarim nijak nie pogrywa. Co najwyżej próbuje ci dokuczyć.

- No to świetnie mu, kurwa, wychodzi - sarknął Col, mrużąc powieki. - Już ja mu dokuczę.

- Tylko bez rękoczynów! - rzucił ostrzegawczo półsmok i popędził konia, zauważając jak podmiot rozmowy macha do nich ponaglająco. - Chyba za bardzo się oddaliliśmy.

- Och, spokojnie Esti, obejdzie się bez użycia siły. Fizycznej. - Złośliwy grymas łowcy umknął uwadze kompana, który zdążył go już wyminąć. W głowie powoli kreował mu się plan tak perfidny, że nie miał prawa zawieść.

Esti dobrze mówił: dla kogoś takiego jak Col mają specjalne miejsce w Pozaświecie. I póki co boją się go na nim sadzać.

***

Leos wiele opowiadała o Zielonych Bramach, lecz nic nie mogło przygotować Esta na widok, jaki rozpostarł się przed nim w całej okazałości. Prastara puszcza, nieskalana ludzką ręką i majestatycznie piękna, której wyboistym traktem podążali już od godziny, przerzedzała się, stopniowo oddając pole wiekowym dębom i rozłożystym grabom wyznaczającym obrzeże rozległej polany.

Z początku Estowi wydawało się, że to bezlistne pnie grabów z rzadka porastają pustą połać. Wkrótce odkrył, że są to monolity wykute z białego kamienia, tonące w cieniu koron niebosiężnych sekanów. Z oddali wyglądały jak olbrzymie ościeżnice: wyrwane ze ścian, pozbawione drzwi i zachęcająco otwarte na czarodziejski świat, jaki skrywały za sobą. Przejeżdżając pod jednym z nich Est zadzierał brodę, by obejrzeć zawieszoną na wysokości dwunastu metrów kamienną poprzeczną belkę – popękaną, przewróconą w nieładzie pozostałość po znacznie wyższej konstrukcji. Gęsto opleciona bluszczem i podparta wyłaniającymi się z ziemi korzeniami rysowała się monumentalnie w smugach malachitowego światła, tajemnicza i zapomniana przez świat całe wieki temu.

Daleko przed nimi cztery ustawione w rzędzie kolumny zapisane nieczytelnymi inskrypcjami tworzyły podobny bramie triumfalnej przejazd, a wyłożona popielatym kamieniem szeroka ścieżka podchodząca pod niewielkim kątem w górę wzniesienia wiodła w głąb ku polanie rozmiarów tak gargantuicznych, że mogła pomieścić całe miasto. I mieściła, jak zafascynowany półsmok miał się niebawem przekonać.

Przejęty mistycyzmem niezwykłej krainy, przytłoczony jej nierealnym ogromem Est z trudem przełknął ślinę. Nie mógł pozbyć się poczucia, jakoby mniejsze wersje kamiennej bramy powitalnej, pozornie rozsypane na poboczach, śledziły bacznie każdy jego ruch niczym duchy opiekuńcze lasu, o których czytał w księgach dotyczących druidzkiej kultury i wierzeń. Prapuszcza żyła własnym, bujnym życiem. Nigdzie indziej nie wyczuwał tak wyraźnie ciepłego tchnienia wiatru na nagiej skórze ramion i policzkach, nie słyszał pulsujących pod ziemią żył krystalicznie czystej wody, a głębokie wibracje rezonujące w powietrzu nie przywodziły skojarzenia serca bijącego odwiecznym, nieprzerwanym rytmem, kojącym i uspokajającym nawet najbardziej udręczone istnienia. To doznanie wywołało w nim szaloną ekscytację, bezgłośną euforię bezpośredniego, intensywnego obcowania z żywiołami. One same garnęły się do niego, jak stęsknione potomstwo pragnące niepodzielnej atencji i prześcigające się w wymyślnych zabiegach o względy rodzica.

Płatki jego białego nosa drżały, gdy wciągał wilgotny zapach leśnego runa, lekko zgniły, słodkawy, szybko zapadający w pamięć i pozostający tam już na zawsze. Rozchylonymi podnieceniem ustami chwytał ulotny aromat wietrzyku przynoszący ze sobą posmak szmaragdowego słońca przebijającego przez szeleszczące liście. Chłód, jakim kładło się listowie na jego sylwetce, był rozkoszną pieszczotą wzbudzającą gęsią skórkę, porównywalną do najdelikatniejszych pocałunków czułego kochanka. Ale dopiero pieśń lasu spowodowała, że w duchowej ekstazie przymknął oczy i oddał się w całości działaniu otaczającej go natury. A kiedy dotarły do niego ptasie serenady z wtórującą im owadzią orkiestrą, kompletnie zapomniał, że znajduje się na grzbiecie konia, pośród przyjaciół zdążających do najwspanialszego z miast, jakie dane mu będzie zobaczyć. Zapomniał, że posiada fizyczną powłokę, brzydką i niezgrabną na tle niematerialnej, niemal baśniowej scenerii. Odpłynął niesiony duchowym nurtem pięknej, żywej krainy ukrytej przed wzrokiem niegodnych jej urody istot.

Nie widział, jak pozostali przyglądają mu się uważnie. Nie miał pojęcia, jak niecodziennym zjawiskiem był dla nich biały elf oczarowany magią tego miejsca, całkowicie owładnięty kontaktem z dzikimi żywiołami. Nie rozumieli jego stanu, lecz żadne z nich nie zakłóciło uniesienia subtelnie malującego się na twarzy Zaklinacza Żywiołów.

Jechali więc przed siebie ku łagodnemu pagórkowi, za którym czekało upragnione wytchnienie. Nie musieli rozmawiać - szept setek tysięcy liści, wirtuozerski świergot ptaków oraz melodyjne brzęczenie owadów w zupełności im wystarczały. Niepokój zniknął na dobre niby ciężka zasłona odgarnięta na bok, odsłaniająca promienie słońca zabarwione szmaragdem. Przebywanie w puszczy tchnęło w nich spokój. Wkraczali do prawdziwego sanktuarium, do którego gwałt, przemoc i strach nie miały wstępu.

Zatracony w błogim zachwycie Zaklinacz Żywiołów, czarnej krwi półsmok o skórze bielszej niż poranna mgła, otworzył rozjarzone jaskrawą zielenią oczy. Wspinali się na niewielką wyniosłość gdzieniegdzie wysypaną tłuczonym kamieniem i mijali właśnie jeden z filarów podtrzymujących kolejną kamienną bramę; porastające je pnącza i mech były na wyciągnięcie ręki, toteż bez namysłu sięgnął ku nim samymi opuszkami palców. Nie czuł się otumaniony przejściem z jednego świata do drugiego, wręcz przeciwnie, umysł miał czysty i wypoczęty jak po solidnej dawce snu. Wszelkie wątpliwości ustąpiły, a lęki i obawy odeszły w niepamięć. Nie mógł powiedzieć, że uwierzył w siebie i nabrał odwagi niezbędnej by sprostać nadchodzącym wydarzeniom, ale odnalazł spokój, którego potrzebował, aby jego ciało i dusza w pełni się zregenerowały.

- Odpłynąłeś, dzieciaku. - Colonell jechał tuż przy nim. Cień smutku pobrzmiewający w jego barytonie ujawniał uczucia, jakie maskowała obojętność. - Pilnowałem, żebyś przypadkiem nie spadł z konia.

Est zamrugał kilkakrotnie nie do końca pojmując, o czym mówi jego towarzysz. Rozświetlone tajemną energią skaleonie ślepia stały się na powrót oczami białego elfa. Raptem zorientował się, jak osobliwy widok musiał przedstawiać dla swoich przyjaciół i prawie się zarumienił. Prawie, jako że fizycznie nie mógł tego zrobić.

- Jak rany, to było silniejsze ode mnie...

- Ze mną nigdy nie miałeś tak błogiej miny - mruknął nadąsany Col. – Tylko czekałem, aż zaczniesz jęczeć.

- Col, na litość Wszechmocnych, o czym ty gadasz?! Jak rany, przecież ja nic… To nie było… Zaczekaj, jak to nie miałem?!

Puszczając wodze karego rumaka, zakłopotany oburącz szarpnął za końcówki uszu. Może i nie był świadom swojego wyrazu twarzy, lecz pamiętał każdy intymny moment wraz ze wszystkimi krępującymi detalami i… Stop! Jak do tego doszło, że plątał się i gubił we własnych myślach? Czy Col celowo usiłował wyprowadzić go z równowagi, czy też tylko komentował jego stan? A jeśli próbował wymanewrować go ku bardziej zdrożnym tematom? Tak, to było w jego stylu.

- Poczekaj, Col. Już chyba wiem, o co ci chodzi.

- Chyba jednak nie, dzieciaku.

I znów to spojrzenie z góry, jakby oceniał podlotka pragnącego mu się przypodobać. Skołowany Est nie potrafił odgadnąć, do czego zmierza przyjaciel. Coraz bardziej irytował go ten niereformowalny człowiek, który z wyjątkową łatwością mieszał mu w głowie.

Przodownik, dostrzegając zmarszczone czarne brwi i wykrzywione gniewnie usta, postanowił odpuścić oblubieńcowi dalszych uszczypliwości. Zachichotał pod nosem i jego starannie przybrana powaga prysła bez śladu, zastąpiona ledwo powstrzymywanym rozbawieniem.

- Droczę się z tobą, Esti. Co nie zmienia faktu, że poczułem się, jakby omijało mnie najlepsze, co życie ma do zaoferowania.

- A idź wyłysiej z tym swoim droczeniem się! - ofuknął go Est, z urazą odwracając twarz.

Jednak obraza nie trwała długo. Nieśmiało zajrzał łowcy w oczy i odpowiedział uśmiechem. Nie umiał się na niego złościć, szczególnie tu, pod wpływem aury wiekowego matecznika. Nie o to chodzi, by zamknąć się za drzwiami urazy i tracić czas na siedzenie w samotności, kiedy serce wyrywa do osoby, przy której czuje się kompletne...

- Nie ociągajcie się, jesteśmy niemal u celu.

Est z trudem oderwał wzrok od pociemniałych oczu partnera i popatrzył w kierunku, z którego dochodził głos Aarima. Znowu oddalili się na sporą odległość; poganiając konie stosunkowo szybko dołączyli do paladyna oraz czarodziejki czekających na następnym wzniesieniu. Doprawdy, tutejsze ukształtowanie terenu było niezwykłe pod każdym względem; strzeliste, niespotykane poza Zielonymi Bramami drzewa przesłaniały niebo, przesiewając cętki letniego słońca. Liczne wyżyny i niewysokie pagórki kryły w swym cieniu tajemnice czekające na żądnych przygód śmiałków, a wyłożone kruszonym kamieniem szerokie ścieżki przecinały poszycie szarymi, wijącymi się wstęgami.

Książę i Mała Niedźwiedzica wpatrywali się w zapierającą dech panoramę wyłaniającą się zza pochyłości wzgórza. W dole u ich stóp, na trawiastej płaszczyźnie porośniętej dębami o wybujałych koronach, rozciągało się bogactwo geometrycznych budowli o harmonijnych proporcjach. Ginące pod warstwą mchu i bluszczu, wyrastające jedna przy drugiej, wkomponowały się w krajobraz niczym naturalny twór, zachwycając prostotą i tętniąc życiem. Budulec miał kolor podobny do tego, z którego wzniesiono równie liczne bramy, nie pokrywały go jednak malowidła ani symbole nieznanego pochodzenia. Ich mury były nadkruszone, a drewniane odrzwia i okiennice w wielu miejscach rozszczepione, lecz mimo tych defektów zdawały się gładkie i lekkie. Uliczki wiły się, klucząc między domami, sklepami i pracowniami, a każda z nich wychodziła w gąszcz rosłych paproci przez jedną z tych ogromnych konstrukcji przypominających kamienne portale - wrota do świata ukrytego w sercu głuszy.

- Mówi się, że początki tego sanktuarium sięgają czasów sprzed Wojny Bogów, kiedy druidzi wszystkich ras dbali o równowagę cywilizacji z naturą - snuła Leos przyciszonym głosem, jak gdyby nie chciała mącić panującej tu nabożnej ciszy. - Podobno wśród nich kroczyły zielone smoki, ale to tylko legendy. Chociaż Zaklinacz Żywiołów też był tylko legendą.

- A jeśli druidzi wcale nie wyginęli? - odparł refleksyjnie Est, myślami błądząc wokół cudów starożytnego lasu. - Może tak jak smoki nie chcą się ujawniać z przyczyn, jakich jeszcze nie rozumiemy?

- Trafne spostrzeżenie, Estalavanesie, jako że Zielone Bramy z dużym prawdopodobieństwem są druidzkim sanktuarium – przyłączył się Aarim. – Esencja jest gęsta, wręcz namacalna. Strumienie nurtu oplatającego Estarion krzyżują się tu ze sobą, silnie oddziałując nie tylko na krajobraz, ale także na stworzenia zamieszkujące matecznik. Rad jestem, że dotarliśmy w porę. - Paladyn obejrzał się za siebie, ostrożnie przeczesując cienie wszechobecnej zieleni. Usatysfakcjonowany odwrócił wzrok i skierował rumaka bojowego wprost na łagodne zejście. – Nie zwlekajmy. Ścieżka jest szeroka, lecz w mieście będziemy zmuszeni prowadzić konie za sobą.

Rzędem przejechali pod masywnym portalem wyglądającym jakby od zawalenia dzieliła go zaledwie chwila. Nie obawiali się jednak, pnącza trzymały poprzeczną kolumnę mocniej, niż się wydawało. Poza tym instynkt podpowiadał Estowi, że nic nie mogło ich tutaj skrzywdzić. Aura puszczy chroniła każdego, kto w duszy niósł czysty zamiar, a którego serce niezbrukane było pragnieniem przemocy. Bramy nie były zamknięte, lecz nie należało sądzić, że wpuszczały kogo popadnie. A już na pewno nie upiornego szpiega Śniącego.

Będąc na obrzeżach miasta, ustanowionych przez pierwsze przysadziste budynki, zsiedli z koni i, jak nakazał Aarim, resztę drogi prowadzili je za wodze. Est z chłopięcym entuzjazmem kręcił głową na wszystkie strony, chcąc uchwycić i zapamiętać jak najwięcej szczegółów fantastycznego miasta. Mimo że skromne, wtulone w roślinność domostwa zdawały się identycznie, widać było między nimi cechy nadające im odmiennego charakteru, jak choćby kolor dachówek czy omszałych drzwi, w większości rozwartych na oścież lub zapraszająco uchylonych. Mieszkańcy rzeczywiście byli niewiarygodnie prostoduszni i uczciwi, lub też wyjątkowo nieświadomi, że ich własność może przejść w cudze ręce.

- Nie przypuszczałem, że elfowie byli budowniczymi - wymruczał, z zaciekawieniem popatrując na okrągłe witrażowe okienka lśniące zielenią promieni słonecznych. - Czego bym nie czytał, źródła jednomyślnie wskazywały, że tworzą oni domy i przedmioty codziennego użytku z żyjącego drewna.

Aarim zerknął z ukosa na białego elfa, po czym pospiesznie skoncentrował się na coraz tłoczniejszej ulicy przed sobą, pilnując trasy przemarszu. Zajęci swymi codziennymi obowiązkami mieszkańcy nieszczególnie interesowali się kilkorgiem podróżnych. Mężczyźni pozdrawiali przybyłych lekkim uchyleniem kapeluszy, kobiety pospiesznymi ukłonami, natomiast dzieci plątały się wszystkim pod nogami, pokrzykując wesoło na psy i nie bacząc na dorosłych. Sporadyczne posyłane przybyszom spojrzenia najczęściej jednak napotykały Esta i na nim też zatrzymywały się na dłużej. Ten jakby ich nie zauważał, zbyt rozkojarzony tym, co działo się dokoła. Obce zapachy, nasycone barwy krajobrazu oraz trudne do rozpoznania dźwięki bez ustanku przyciągały jego uwagę i poruszały długimi, wrażliwymi uszami. Wyczulony na magię oraz fizyczne bodźce półsmok doznawał przyjemnego pomieszania zmysłów, jakie niebianin wyczuwał w nim nawet bez wsparcia sondującej otoczenie aury.

Paladyn popatrzył na Leos i Colonella; dwoje ludzi w milczeniu podziwiało ciche, lecz pulsujące życiem miasto. W końcu zdecydował się odezwać, nawiązując do słów Esta.

- Utarło się, iż drewno należy do elfów, kamień do krasnoludów, a ziemia do ludzi, jednakże na przestrzeni wieków różnice te zatarły się na tyle, by nie miało już znaczenia kto specjalizuje się w jakich materiałach – uściślił. - Tutejsza architektura w istocie świadczy o tym, jakoby trzy wymienione rasy brały udział w powstaniu Zielonych Bram. Krasnoludowie, wbrew żywionej do magii niechęci, na swój sposób przysłużyli się druidom.

Na tę wzmiankę Leos nie pozostała głucha.

- Mieszkałam tu przez czternaście lat i nigdy nie spotkałam krasnoluda – zawołała, nie przerywając głaskania chrap srokatego ogiera stąpającego tuż przy niej. Ten bezwolny gest uspokajał ją, choć niewiele mógł wskórać wobec przepełniającej ją ekscytacji. - Za to widywałam imperialnych elfów. Bywali z poselstwem na dworze królewskim i bardzo się wyróżniali. Cerę mieli złocistą, jakby kąpali się w słonecznym blasku, a włosy płonęły im odcieniami jesiennych liści. Byli tacy piękni... – westchnęła, wspominając beztroskę królewskiego dworu.

- Owszem, Isetualetartczycy niepodobni są do ludzi i krasnoludów – zgodził się Aarim. Miękkie spojrzenie, jakim obdarzył rozmarzoną dziewczynę, było miłą odmianą od jego zwyczajowej beznamiętności. – Podejrzewam jednak, iż widywałaś krasnoludów częściej niż sądzisz. Bynajmniej nie są brodatymi karzełkami, jak przedstawiają ich bajki, które, prawdę powiedziawszy, sami rozpowiadają.

- Och – zdumiała się Leos. - W takim razie jak wyglądają krasnoludowie?

- Jeśli spotkamy przedstawiciela tej dumnej i równie honorowej co upartej rasy, niezwłocznie cię o tym powiadomię.

Idący u boku przyjaciółki Est prześlizgnął się wzrokiem z jej spąsowiałego lica na surowy profil paladyna i podczas kiedy ona wręcz kipiała emocjami, Aarim stanowił jej absolutne przeciwieństwo.

Chłopak wyszedł nieco przed szereg pilnując, by krótko trzymać swojego temperamentnego wierzchowca. Bolała go szyja od podziwiania zacienionej architektury i ukradkowego przyglądania się mieszkańcom. Liczył, że ujrzy przypominającego Velrena imperialnego elfa czy dwóch, ale teraz wypatrywał przede wszystkim przedstawicieli trzeciej inteligentnej rasy.

- Dlaczego krasnoludowie rozpowszechniają plotki na swój temat? – zapytał wreszcie.

- Tego nie wiem, Estalavanesie.

- Znałem jednego krasnoluda, na imię miał Goherel – odezwał się Colonell, który pomimo dostatecznej ilości miejsca pozostawał nieco z tyłu. – Zawsze powtarzał, że lepiej mu się żyje, gdy wszyscy traktują go jak człowieka. W Adeili bynajmniej mnie to nie dziwiło.

- A jak wyglądał? - Ciekawość młodziutkiej Leos nie gasła, zwłaszcza teraz, kiedy obracając się ku najemnikowi parę kroków szła tyłem, zaskakując tym swego konia. - Jak człowiek?

- Jak pospolity człowiek o mocnej budowie, tylko trochę niższy i krępy - odparł z namysłem Col, po czym parsknął śmiechem. - I o wiele bardziej zarośnięty!