Dopiero z końcem obiadu spożywanego
w cieniu jednego z wirydarzy wyszedł na jaw prawdziwy powód natarczywości sir
Roberta, który przez ostatnie dwie godziny – nie licząc paru chwil spędzonych
na zdejmowaniu rynsztunku w kwaterach gościnnych - nader często i zbyt długo
wpatrywał się w białego elfa. Zmieszany Estalavanes nawet nie musiał o to pytać;
siedząc naprzeciwko uważnie go obserwującego człowieka już samą miną zdradzał
więcej niż by chciał.
- Racz wybaczyć mi nieobyczajne
zachowanie, mości Estalavanesie - rzekł sir Robert głębokim głosem. Serwetą
otarł usta z tłuszczu. Mimo to kilka okruchów pieczywa zaplątało się w jego
gęstą, krótką brodę. - Takie traktowanie gości nie leży w mojej naturze.
Aczkolwiek niezwykła barwa twoich oczu oraz niespotykany wygląd przypomniały mi
o czymś, o czym wszyscy już dawno zapomnieli.
Est podniósł głowę i zamarł,
zerkając to na sympatycznego rycerza-dowódcę, to na zasiadającego po jego
prawicy posępnego Aarima Asmodeusza. Leos również przerwała posiłek. Tylko szturchający
go od czasu do czasu łokciem Colonell zdawał się skupiać wyłącznie na
zawartości swojego talerza, co było oczywiście wrażeniem dalece mylącym. Jeżeli
ktokolwiek z ich piątki był teraz szczególnie czujny, to właśnie wytatuowany
przodownik.
Zagadnięty przez gospodarza Est przeżuł
kęs mięsa i przełknął, po czym pochylił się nad talerzem po szklankę,
zastanawiając, co też nobliwy rycerz miał na myśli. Rozkoszując się letnim
zefirem przenikającym przez cienką tkaninę bezrękawnika, upił łyk wody i upewniwszy
się, że na kłach nie ostała się ani odrobina pożywienia, uniósł wzrok. Zaglądając
człowiekowi w oczy powiedział:
- Niepotrzebnie mnie przepraszasz,
sir Robercie. W twoim zachowaniu nie ma nic z nieobyczajności – zapewnił,
odkładając widelec najciszej, jak mógł. Co prawda nie skończył obiadu, ale
wyszedłby na prostaka, gdyby podczas rozmowy wymachiwał brudnymi sztućcami do
wtóru mimowolnych gestów. – Zaciekawiłeś mnie jednak.
Sir Robert obejrzał się po twarzach
obecnych, przyciągając ich uwagę. Kiedy przemówił, w jego ciemnobrązowych
oczach skrywała się powaga, natomiast mocny, niski głos nabrał chłodniejszego
tonu.
- Lokalna legenda głosi, iż jeszcze
przed wiekiem puszczy tej strzegli strażnicy władający niepodobną śmiertelnikom
mocą. To oni byli twórcami oraz opiekunami sekanów. Olbrzymie drzewa teraz
sieją się same, rosną i rozwijają, kontynuując dzieło stwórców, których nawet
za ich bytności rzadko widywano w tutejszych leśnych ostępach. Nikt nie widział
ich z bliska, lecz wszyscy zgodnie poświadczali, że istnieli naprawdę. - Mówca
znacząco popatrzył na półsmoka, którego podłużne płatki uszu opadły nieco. - Uważa
się, iż krasnoludzcy mistrzowie kamieniarstwa nie byliby w stanie wyrzeźbić tak
nieprawdopodobnie realistycznych sylwetek czworga strażników, wiernie oddając
ich rzeczywiste rozmiary oraz indywidualne cechy. Nie z białego kamienia nasyconego
esencją świata.
- Słyszałam te opowieści! - Leos skorzystała
z chwili, w której sir Robert umilkł, sięgając po szklaną karafkę napełnioną do
połowy wodą z plasterkami owoców. - Ale nie udało mi się odnaleźć żadnego z
posągów.
- Rozsądni magowie nie zapuszczają
się w tamte rejony. To zbyt niebezpieczne i grozi licznymi komplikacjami natury
magicznej - zauważył surowo rycerz-dowódca, lecz ostrość jego dojrzałych rysów
szybko ustąpiła miejsca łagodnemu, pełnemu zrozumienia uśmiechowi. - Pani Eileen
miała rozległą wiedzę w tej dziedzinie, dlatego nigdy cię tam nie zabrała,
panienko. Nie wiń swej matki, bowiem jej obowiązkiem było chronić własne dziecko.
Delikatnie skarcona czarodziejka
uciekła spojrzeniem i spąsowiała niczym kilkuletnia dziewczynka przyłapana na psoceniu.
- Tak, wiem – bąknęła wymijająco. – Co
poradzę, skoro zawsze chciałam zobaczyć zielone smoki? Nic nam po nich nie
zostało, tylko ukryte rzeźby i przekłamane malowidła.
- Smoki? - ożywił się Est. Spoglądał
na siedzącą obok Małą Niedźwiedzicę, co rusz wzrok przenosząc na sir Roberta,
który ze szklanką w potężnej dłoni rozparł się na prostym krześle. - Druidzi to
smoki?
Aarim odsunął od siebie opróżnione
naczynia i nie okazując zainteresowania tematem, odpowiedział bezbarwnym
głosem:
- Zielone smoki często przyjmowały ludzką
postać, by jako druidzi żyć wśród mieszkańców Zielonych Bram, jednakże wcale
nie czyniło to wszystkich druidów smokami. Najwybitniejsi członkowie
druidzkiego kręgu wywodzili się z krwi elfów, a zwłaszcza spośród equuivirów
oraz tauramosów. A także ludzi, choć w mniejszym stopniu, gdyż nie osiągnęli
oni tak głębokiego zjednoczenia z przyrodą, jak choćby rasy o zwierzęcym
rodowodzie.
- Smoki przebywały pod postaciami
humanoidów o jaskrawozielonych oczach oraz bladej, niemal białej skórze - uściślił
sir Robert i chociaż się starał, nie potrafił oderwać wzroku od tężejącej,
odpowiadającej wizerunkowi z legend twarzy białego elfa.
Est mrugnął i nerwowo pociągnął się
za ucho, wymieniając z Colem dyskretne spojrzenia. Zarówno najemnik, jak i
Aarim, doskonale wiedzieli, że w żyłach zielonookiego elfa płynie smocza krew.
A te powróciły na Khaldun, wypełzając ze swoich kryjówek jedne po drugich.
Zapewne i do Zielonych Bram dotarły wieści z odległego Faloboru, gdzie po raz
pierwszy od czasów Zimnej Rzezi widziano prajaszczury, na domiar złego
związanych walką przedstawicieli dwóch różnych barw. Nie dziwiło zatem, że
rycerz-dowódca usilnie wypatrywał w nim jednego ze strażników, który uchroniłby
prastarą puszczę przed nadciągającym złem.
Niestety Est nie był zielonym
smokiem, lecz czarnym. Gotów wyjawić prawdę i rozczarować obrastającego w
nadzieję człowieka, w porę przechwycił spojrzenie złotych oczu przewiercających
go na wskroś, nakazujące milczenie i wbijające w twarde siedzisko krzesła.
- Estalavanes nie jest smokiem – odpowiedział
za niego książę.
Choć zaprzeczenie Aarima nie było całkowitym
łgarstwem, Est i tak potraktował go ostrym wejrzeniem spod zmarszczonych brwi.
Kłamstwa przychodziły niebianinowi tak naturalnie, że coraz bardziej niepokoiły
stropionego chłopaka.
- Od ponad stu lat nie uświadczono
tu druidów ani zielonych smoków - ciągnął niewzruszenie niebianin - a
sanktuarium w Zielonych Bramach było ich domem. Nie bez żalu przyznaję, iż
Zakon Paladynów pospołu z wolnymi estariończykami zapoczątkował Zimną Rzeź,
przetrzebiając smoczy gatunek. Jednocześnie uważam, że uczyniono wszystko, by zapobiec
zagładzie ludzkości.
Est nie wiedział, jak interpretować jego
słowa. Z jednej strony Asmodeuszowi przykro było z powodu tego, czego dokonali jego
bracia, z drugiej zaś dostrzegał w tym zdarzeniu konieczność utrzymania
populacji jednej rasy kosztem innej. Cel uświęca środki. Czego właściwie spodziewał
się po makiaweliście? Może i książę wyglądał na boskie wcielenie cnót oraz
uosobienie prawości, lecz wewnątrz był pusty i martwy niby dół po
wykarczowanych sekanach. „Czynił swą powinność”, jak zwykł się usprawiedliwiać.
- Przepraszam, sir Robercie -
wtrącił się Est, byle tylko zagłuszyć poczucie winy. - Sir Aarim ma rację, nie
jestem smokiem, tylko białym elfem, Zaklinaczem Żywiołów. Przykro mi.
Starszy paladyn uniósł dłonie w pojednawczym
geście.
- Ależ, mości Estalavanesie,
przeprosiny są zbędne! Mylnie założyłem, że skoro pojawiły się w Estarionie
prajaszczury czerwonego i czarnego rodu, tak ty możesz być trzecim, zielonym.
Zważywszy, iż nosisz cechy im przypisywane, zobowiązany byłem się przekonać.
Est nie czuł się dobrze ze świadomością,
że znów brnął w kłamstwo, tym razem podsunięte przez Aarima. Cyniczny Głos milczał,
lecz półsmok miał nieodparte wrażenie, że przyczajony gdzieś w głębi złośliwie
szczerzy zębiska. W końcu należał do pradawnego rodu, i to czarnego. Chociaż
połowicznie, nadal był smokiem. I całkiem prawdopodobne, że to jego ojca
widziano w Faloborze. I że to jego ojciec pod postacią leśnego widma warował
pod Twierdzą Niedźwiedzi, zabijając pięciu zwiadowców oraz trzech paladynów.
Gdzie teraz był? Co robił? I co planował?
Pogrążony w ponurych domysłach
półsmok nie mógł dojrzeć zatroskanego spojrzenia, jakim omiótł go Colonell.
Młody mężczyzna słowem się nie odezwał podczas obiadu, bo i po co, skoro pozostali
wypełniali czas opowieściami? Miał za to baczenie na partnera oraz
zasiadającego na wprost niebianina będącego skrajnym przeciwieństwem białego
elfa. Słuchał, przyswajał, analizował i dochodził do wniosków, które zdawały mu
się ryzykowne, lecz wciąż miały szansę powodzenia.
Przodownik wsunął dłonie w kieszenie
bluzy, odchylił się na krześle i bujając na nim, zapatrzył się w nieokreślony
punkt przed zwężonymi w namyśle oczami. Cztery
posągi strażników, do których rozsądni magowie nie powinni się zbliżać -
powtórzył bezgłośnie. Jak by nie patrzeć, nie jest magiem, a rozsądku mu nie
brak. Esti niewątpliwie chciałby zobaczyć chociaż jeden z tych cudów na własne
oczy, zapewne już sam ich widok podniesie jego upadającego ducha i kto wie, co
z tego wyniknie, kiedy energia drzemiąca w jego ciele zetknie się z tą
emanującą z białych kamieni?
Colonell cechował się brawurą, ale
nie lekkomyślnością. To intuicja podpowiadała mu, że mała schadzka chłopaka ze
strażnikami wyjdzie im na dobre.
***
Po posiłku spożytym na świeżym
powietrzu rozeszli się każde w swoją stronę. Sir Robertowi Cortandowi nie przeszkadzało,
że czwórka przyjezdnych pałęta się po mieście. Wręcz przeciwnie, otwarcie
zachęcał ich do zwiedzania sanktuarium oraz wypoczynku w pięknych różanych
ogrodach, które założyła pani Eileen Mitrel.
Est nie wymagał od Cola ciągłego
towarzystwa, toteż postanowił wykorzystać jego nieobecność i zaszyć się gdzieś,
gdzie mógłby pobyć sam ze sobą. Ogrody z opowieści przyjaciółki wydawały mu się
najlepszym wyborem, ruszył więc na poszukiwania jednego z nich. Nie było to
trudne, gdyż znaczną ich część rozsiano po wewnętrznych dziedzińcach pałacu
oraz w okolicy sąsiadującego z nim garnizonu. I jak się właśnie przekonał, żarliwe
zapewnienia Leos nie oddawały ich urzekającego piękna.
Niespełna godzinę zajęło mu
znalezienie odpowiadającego jego potrzebom miejsca; mało uczęszczanego, gdzie
malachitowe światło rozproszy drżące cienie, a on sam odda się w medytacji oraz
idącym z nimi w parze przemyśleniom. Wspiął się po filigranowych schodkach
jednego z pałacowych krużganków i popatrzył z zacienionego piętra w dół, na
zielony skwer pełen ozdobnych krzewów oraz barwnych rabat. Estetycznie
wkomponowane rzeźbione ławki i ławeczki ze stolikami dopełniały miłej dla oka
całości, podczas gdy on sam pozostawał niewidoczny dla każdego, kto nie patrzył
w górę.
Tak, to było idealne miejsce na
złapanie oddechu, kontaktu z otaczającą go naturą. Nie zastanawiając się
dłużej, wdrapał się na szeroką, wygrzaną słońcem balustradę. Rozsiadłszy się na
niej, wsparł plecy o malowaną kolumnę i przewiesił lewą nogę przez krawędź,
dłonie splatając na brzuchu. Z łatwością utrzymując równowagę zamknął oczy, by
wreszcie odetchnąć z ulgą. Uśmiechnął się zadowolony, a nieznaczne wygięcie
białych warg przeszło w grymas odsłaniający kły, kiedy wyobraził sobie Cola. A
raczej to, jak mężczyzna skomentowałby rozciągniętego na barierce dzieciaka przywodzącego
na myśl wygrzewającego się w promieniach słońca kocura.
Ciepły, wilgotny powiew otulił go odurzającym
aromatem kwitnących róż. Est dawno już nie czuł się tak lekki, jak gdyby zmartwienia
i lęki życia codziennego nie istniały w sanktuarium, które czyniło go
nieśmiertelnym. Myśli unosiły się swobodnie na falach beztroski, kiedy
odprężony, z twarzą zwróconą ku koronom sekanów, stopniowo oddawał się medytacji.
Żywioły same ciągnęły ku niemu, a
jako że nie miał ochoty dopuszczać ich bliżej, pozwolił im figlować dokoła
niczym gromadce rozbrykanych dzieci. Jego skórę łaskotały opadłe liście i pomarszczone,
niesione wiatrem płatki. Drzewa i ptaki szeptały swą pieśń, a słodki, napływający
z ogrodu zapach kwiatów i żyznej gleby przyjemnie podrażnił jego nozdrza. Tak,
bardzo pragnął tu zostać. Aż do śmierci… A co mu tam, dla mieszkańców Zielonych
Bram mógłby nawet zostać smokiem strażniczym! Tymczasem…
Chyba zasnął, bo gdy rozchylił powieki,
ciążyły mu jeszcze snem. Do jego dryfującej na pograniczu jawy świadomości
docierały głosy, znajome, choć z początku nie umiał określić, do kogo należą. A
kiedy oprzytomniał na tyle, by uzmysłowić sobie beznadziejność swojego
położenia, było już za późno.
Leos i Aarim.
Zbliżająca się para rozmawiała cicho,
ledwie wybijając się ponad świergot ptaków, ale Est z poręczy galerii wychwytywał
każde ich słowo, jakby znajdował się tuż obok. Prewencyjnie podciągnął wiszącą
luźno nogę. Oparty o nagrzany filar znieruchomiał, bardziej czując niż widząc,
jak nieoczekiwane towarzystwo zatrzymuje się piętro niżej, przy jednej z ławek
skrytej w cieniu wysokiego krzewu. Nie chciał podsłuchiwać, lecz nie mógł już
odejść niezauważony, bo gdyby się zsunął, Aarim błyskawicznie odnotowałby jego
obecność.
Niedobrze.
Całkiem już rozbudzonego Esta dręczyła
myśl, że niechcący stanie się świadkiem prywatnej schadzki i nie mógł temu
zaradzić. Był bezsilny. Mógł tylko udawać że nie istnieje, jednak niczego to
nie zmieniało. Usłyszy wszystko, czego nie powinien.
Z sercem bijącym jak oszalałe
przymknął oczy, modląc się, by poszli dalej. Nieważne, do kogo by się modlił i tak
nie zostałby wysłuchany. Zupełnie jak teraz.
- Dla mojej mamy róże miały ogromne
znaczenie - mówiła Leos pełnym ciepła tonem. – Mogę powiedzieć, że „zaszczepiła”
we mnie zamiłowanie do zielarstwa i botaniki. Własnymi rękami zasadziła większą
część krzewów w ogrodach pałacu, przycinała je i pielęgnowała. Bardzo je
kochała, jak i one ją, odwzajemniając się pięknym rozkwitem przez okrągły rok.
Est nie znał Małej Niedźwiedzicy z tej
dziewczęcej strony. Na dźwięk jej aksamitnego głosu poczuł ukłucie zazdrości,
czym zaskoczył sam siebie. Przecież ten rozdział zamknął raz na zawsze, kiedy dowiedziała
się o jego potajemnym związku z ludzkim zwiadowcą. W każdym razie wtedy jeszcze
był potajemny... Poza tym powinien w końcu pojąć, że Leos, łącząc się z
kimkolwiek w parę, wciąż będzie jego przyjaciółką. Nie straci jej. O ile sam do
tego nie doprowadzi swoją małostkowością.
Leos potrafiła być przy Aarimie prawdziwą
sobą, co znaczyło, że ufała mu i nie bała się odsłonić wrażliwego wnętrza.
Wiedziała, że nie musi nikogo udawać, by zaskarbić sobie jego przyjaźń. I chociaż
z rozmarzeniem spoglądała na białego elfa, tak między nią a paladynem rodziła
się więź, z jakiej oboje najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy. A którą Est,
jako postronny obserwator, właśnie odkrywał.
- Zatem jestem jej po wielokroć
wdzięczny. - Aarim również nie brzmiał jak ktoś, kogo półsmok znał. To nie był
ten sam bezosobowy estarioński sukcesor, z którym podróżowali. Czy to spokój
tego miejsca, czy też ich własne uczucia budziły w nich coś, co ukrywali przed
samymi sobą? O ile pozorny paladyn rzeczywiście takowe posiadał…
Potrzeba spojrzenia na rozmawiających
była tak nieprzeparta, że Est przestał opierać się pokusie i ukradkiem zerknął
w dół. Miał szczęście, bo żeby go dostrzec, musieliby wysoko zadrzeć głowy, co
raczej nie sprzyja podziwianiu kwiatów. Ani rozmowie.
- Tak, miejsca takie jak to
zasługują na naszą wdzięczność. - Czarodziejka przykucnęła przy jednym z
krzewów i dotknęła miękkiego burgundowego kielicha, zsuwając palce niżej.
Uśmiechnęła się, gdy kolec napiął skórę na jej opuszce. - Te krzewy z pewnością
są z jej szczepu. Pachną intensywnie, jak jej ulubione perfumy...
- Leos.
Książę wypowiedział jej imię z mocą,
która natychmiast odwróciła uwagę dziewczyny od roślin. Podniosła się w chwili,
gdy podszedł do niej powolnym krokiem.
Est wstrzymał dech, nie chcąc na to
patrzeć. Domyślał się, do czego zaraz dojdzie w tej jakże romantycznej scenerii
i ogarnęło go tak dotkliwe zażenowanie, że ponownie rozważył pomysł ulotnienia
się stąd cichcem. Już bezszelestnie obracał się w kierunku posadzki krużganku i
byłoby mu się udało czmychnąć, gdyby nie mrożąca krew w żyłach obecność w jego umyśle
rozkazująca: zostań tam, gdzie jesteś. Zdruzgotany chłopak zasłonił dłonią
oczy, drugą szarpiąc za niewinne niczemu ucho. Na powrót przywarł do szorstkiej
kolumny, podglądając parę spomiędzy palców wystających z rękawiczki. Wykryty w
sposób, jakiego w całej swej ignorancji nie przewidział, zaklął bezgłośnie i
czekał na przykre konsekwencje własnej opieszałości.
Lecz nic się nie wydarzyło.
Skonsternowany wychylił się nieco i ujrzał,
jak książę obejmuje dłońmi drobne ramiona obleczone w piromancką czerwień. Leos
spoglądała w złote oczy bez cienia lęku czy zawstydzenia na uroczo piegowatej
twarzyczce, zupełnie do siebie niepodobna. Była zaskoczona, i owszem, ale
trwała w bezruchu, wyczekując tego, co nastąpi. Tylko wiatr bawił się jej
włosami, wysuwając z ciasno upiętego koka pukle mieniące się jak bursztyn.
- Leos - powtórzył Aarim, nie
odrywając wzroku od rumianego lica czarodziejki. - Życzę sobie, byś pozostała w
Zielonych Bramach do czasu rozwiązania niepokojącej sytuacji na południu. Pod
opieką sir Roberta byłabyś bezpieczna w mieście, które kochasz.
Mała Niedźwiedzica zamrugała. Spowijający
ją czar prysł niczym bańka mydlana i z żalem uświadomiła sobie, że pragnęła
usłyszeć zgoła co innego. Ukryty przed jej wzrokiem Est niemal spadł z
siedziska, wyczuwając bolesny zgrzyt między tą dwójką.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – Tłumiąc
ckliwe uczucia, Leos wyzywająco uniosła podbródek, dając Aarimowi szansę
naprawy poczynionego błędu. - Że będę plątać się wam pod nogami, tak? Będę
przeszkadzać, to miałeś na myśli?
- Nie, Leos. Nie chcę, by stała ci
się krzywda. Zielone Bramy są ostatnim strzeżonym punktem na trasie do stolicy.
Nie tłumaczył się, nie próbował
nawet wpływać na jej podświadomość zmyślną sondą emocjonalną. Rozmawiał. Est nie
wierzył własnym uszom: sir Aarim Asmodeusz naprawdę rozmawiał!
- Tutaj mogłabyś pielęgnować
spuściznę swojej matki lub objąć stanowisko, jakie i ona piastowała na dworze. Po
opuszczeniu sanktuarium, nie będzie już odwrotu. Nie będzie zieleni lasów,
tylko przelana w bitwie krew, zwęglone trupy i dymiące zgliszcza. Nie będzie
szumu liści, lecz szczęk oręża i krzyki konających. Nigdy więcej nie zaznasz
spokoju, Leos, albowiem twoje życie napiętnuje śmierć.
Paladyn odstąpił o krok,
wypuszczając z uścisku drżące ramiona czarodziejki. Teraz wszystko zależało
wyłącznie od niej, jej decyzji, hardości i uporu. Nie ma prawa zmuszać jej do
podjęcia podróży, nie może naginać jej woli. W innym wypadku jego zamiar nie dojdzie
do skutku.
Leos nie dawała po sobie poznać, jak
silnie podziałał na nią złowieszczy wydźwięk słów Aarima. I czy w ogóle one do
niej dotarły. Zdawało się, że nie, ponieważ zacisnęła szczęki, aż jej różowe
usta ściągnęły się w wąską kreskę. To była Mała Niedźwiedzica, jaką Est pamiętał
i podziwiał. I nie zazdrościł przyjacielowi nieuchronnej tyrady.
- Moja matka zakończyła swoje dzieło
lata temu – zaczęła niskim, groźnym tonem - a ja mam własne cele do
osiągnięcia. Nie po to ojciec zabrał mnie do zimnej, obcej Adeili, nie po to mu
uciekłam i nie po to poszłam z wami, żeby teraz tkwić tu jak jakaś księżniczka
i czekać, zalewając się łzami. Nie, Aarimie – wpadła mu w słowo i wyprostowała
palec, z wyrzutem wskazując jego okrytą błękitem pierś. Granatowe oczy wbite w
szczerozłote tęczówki zaszły chmurami, grożąc gwałtowną nawałnicą. - Brałam
udział w bitwie, w której wystąpiłeś przeciwko Estowi. Widziałam krew i
widziałam śmierć, ale widziałam ją też jako znachorka, kiedy pomagałam chłopom
i ich rodzinom. I wierz mi, odcięta mieczem kończyna wygląda mniej paskudnie niż
amputowana noga zmiażdżona kopytem konia roboczego. A chaos, jaki panuje w
panikującej, biadającej rodzinie bywa gorszy od tego, co dzieje się na polu
bitwy!
Hardo patrząc niebianinowi w oczy, ostentacyjnie
wygładziła rękawy wiązanej szkarłatnej tuniki w miejscach, których dotykał.
Dumnie uniosła głowę, potrząsając niesforną czupryną i minąwszy paladyna, wyłoniła
się spomiędzy wonnych rabat na osłonięty chodnik krużganku. Nie zaszczyciła go
pojedynczym spojrzeniem, kiedy na odchodne rzuciła przez ramię:
- I zapamiętaj, że jestem z wami do
samego końca. Jeszcze się przekonasz, jak świetnie radzę sobie w trudnych
warunkach. Nie gorzej niż mężczyzna!
- Nie mam co do tego najmniejszych
wątpliwości, Leos - mruknął Aarim, odprowadzając obrażoną dziewczynę wzrokiem i
krzyżując wolne od stalowych osłon ręce na szerokiej piersi. Gdy odeszła poza
zasięg głosu, odetchnął, jakby chcąc uporządkować myśli, a następnie zawołał: -
Słyszałeś wszystko aż nazbyt wyraźnie, nieprawdaż, Estalavanesie?
Est zwlekał z odpowiedzią, dopóki
Leos nie zniknęła z pola widzenia, po czym zsunął nogi z balustrady i zeskoczył
zwinnie, z gracją lądując na kamiennych płytach piętro niżej, tuż przy
niewzruszonym Aarimie. Otrzepał przybrudzone tynkiem i płatkami farby dłonie, wpatrując
się w uformowany z różanych krzewów korytarz, którym odeszła przyjaciółka.
- Na tyle wyraźnie, by nie nazwać
cię mistrzem uwodzenia... - Skwitowany prychnięciem Aarima, spoważniał. - Nie
tego oczekiwała. Całkowicie przekreśliłeś swoje szanse.
W oczach księcia błysnęło coś na
kształt iskierki rozbawienia.
- Nie zakładaj, iż zamierzałem
zabiegać o jej względy, Estalavanesie – odparł. - Wciąż zaafektowana jest
pewnym osobnikiem, który już u progu znajomości przekreślił jej szanse.
- Miej chociaż tyle pokory, by nie
odbijać strzały. - Est oparł dłoń o czoło, jakby rozbolała go głowa. - Nie
chciałem podsłuchiwać. Byłem tu pierwszy, a gdy się pojawiliście, głupio było
uciekać jak dzieciak przyłapany na podglądaniu. Prawdę przecież mówię! –
zaperzył się pod naporem powątpiewającego spojrzenia. Aarim był w podejrzanie
dobrym nastroju. - Z tym brakiem uczuć od samego początku nas zwodzisz, mam
rację?
Zamiast wyjaśnienia otrzymał grymas
tak enigmatyczny, że aż ciarki przebiegły mu po plecach.
- Znam wiele kobiet - paladyn
zmienił temat, jak gdyby pytanie Esta nie zostało zadane. - Lecz Leos jest
pierwszą, którą szanuję i cenię. Dlatego chciałbym, by była bezpieczna.
Jednakowoż jej determinacja oraz niezłomność sprawiają, że pragnę ujrzeć ją w
boju u swego boku.
- Czy ty właśnie powiedziałeś, że
Leos ci się podoba?
- Gdzie też podział się twój
partner? Sądziłem, iż jesteście nierozłączni.
Po raz kolejny zręcznie uchylając
się od odpowiedzi, książę wyszedł z ogrodu i zadaszonym chodnikiem przeszedł parę
kroków w kierunku, z którego niedawno przyszedł wraz z Leos. Przystanął tam,
czekając na marudzącego kompana. Est zreflektował się szybko i pomknął ku niemu,
bo i tak nie miał nic ciekawszego do roboty.
- Proszę bardzo, ignoruj mnie – zżymał
się Est, równając z barczystym młodzieńcem. - Col postanowił nieco się
rozejrzeć, a ja miałem ochotę… - pobyć z dala
od wszystkich, pomyślał z utęsknieniem. Na głos jednak powiedział: -
...odpocząć. I tak też zrobiłem.
- Wypoczywałeś - podchwycił Aarim,
jakby nie do końca wierzył rozmówcy - na pierwszym piętrze, na niewygodnej
barierce, gdy wokoło tyle zachęcających ławek i odświeżających fontann?
- Lubiłem tak przesiadywać na
balkonie w Twierdzy – obstawał przy swoim Est. Podrapał się po policzku, markując
zakłopotanie i starając się nie myśleć o tarmoszeniu ucha. - Dziwny ze mnie
typ. Lubię robić różne dziwne rzeczy i przebywać w równie dziwnych miejscach.
- Nie powiedziałbym, że jesteś
dziwny, Estalavanesie. Jesteś normalniejszy niż niejeden człowiek, którego
przyszło mi poznać. Twoja odmienność, podobnie jak moja, jest największym z
atutów.
- Ty przynajmniej wyglądasz jak
człowiek – zaprotestował półsmok, zwracając skaleonie ślepia na mijany ogród
obsypany herbacianymi różami.
- Czy naprawdę zależy ci na
upodobnieniu się do ludzi? Gotów jesteś utracić własną indywidualność na rzecz
tego, co pospolite i zwykłe?
- Ja…
To był dylemat, przed którym nigdy wcześniej
nie stanął. Est czuł się rozdarty; żałował, że nie urodził się jako człowiek,
ale równocześnie dumny był z tego, kim jest. I nie wiedział co jest silniejsze,
żal czy duma.
- To jakieś wariactwo, Aarimie -
poskarżył się, bezradnie rozkładając ręce. - Wychowałem się w ludzkiej rodzinie.
I czasem wydaje mi się, że ich nienawidzę. Nienawidzę tylko dlatego, że czuję
się od nich gorszy.
- Dopóki nie przekujesz tej
nienawiści w oręż wymierzony w ludzkość, Zaklinaczu Żywiołów, nasza przyjaźń
pozostanie trwała.
Ciężka, ciepła dłoń na ramieniu
dodała chłopakowi otuchy, przypominała mu bowiem inną, równie stanowczą dłoń
starego Maga. A przecież powinien kojarzyć dotyk Aarima z intensywnym bólem. Ta
sprzeczność zbijała go z tropu. Kiedy zdezorientowany obrócił się w stronę
niebianina, tajemnicze złote tęczówki błyszczały, bynajmniej nie odbitym
światłem.
- Estalavanesie, jesteś od nich
lepszy i silniejszy, ponadto władasz mocą, jakiej wielu nie potrafi sobie
wyobrazić. Niech świadomość własnej siły pobudza cię do działania.
Est z oporem przyswajał sens słów przyjaciela;
zawoalowane ostrzeżenie, próbę pokrzepienia go oraz niejednoznaczną odpowiedź
na przemilczane pytanie. Tak bardzo przypominał mu dobrotliwego, acz
wymagającego mistrza, że było to wręcz niewłaściwe, przez co zamęt w głowie
niebezpiecznie narastał. A mimo to łagodna aura oddziałującego nań sanktuarium
czyniła go znośniejszym. Ta krótka chwila, w której jedynym odgłosem były ich miarowe
kroki na bruku, natchnęła go do poruszenia kwestii nurtującej go od długiego
czasu.
Rozejrzał się pospiesznie i nie
dostrzegając nikogo, zapytał zdławionym głosem:
- Co robisz Colowi? Już kilka razy zauważyłem,
jak używasz tej dziwnej mocy. Jakbyś wysysał z niego emocje.
Książę znów przywdział maskę
bezmiernej obojętności.
- Staram się nieco utemperować
naszego przodownika, lecz, jak widać, bezskutecznie.
Est zagotował się od ognia, który nagle
zapłonął mu w piersi.
- Nie widzisz, że tym go denerwujesz?
Prowokujesz go!
- Owszem, aczkolwiek potrzeba czasu,
aby subtelność owej mocy zadziałała.
- Nie można zmuszać ludzi do zmiany
charakteru, nawet za pomocą magii! Wybacz Aarimie, ale dla mnie to już przesada.
- Nie mam wyboru, rozmowa z tym
człowiekiem zakrawa o niemożliwe. - Złoto książęcych oczu stało się ciężkie i
nieprzejednane, zwiastując rychły koniec dyskusji.
- Właśnie w ten sposób nadwyrężasz
waszą cienką nić porozumienia! Nie sięgaj więcej po sondę, Aarimie. To broń, a
nie argument!
Aarim zatrzymał się na środku
niewielkiego skweru z fontanną. Plac wciąż był pusty; w porze poobiedniej mało
kto wybierał się na przechadzkę do pałacowych ogrodów, preferując rozległe błonia
poza miastem lub przestronne dworskie salony.
- Estalavanesie, nie spodziewam się,
iż zrozumiesz moje postępowanie. Łączy was silna więź, a miłość do tego
człowieka zaślepia cię na jego czyny.
- O czym ty bredzisz? Jakie czyny?
Przecież nie robi nic, za co można by go potępiać! - Nie tak miała wyglądać ta
rozmowa, ale wymknęła mu się spod kontroli. A wraz z nią wypływał tłumiony gniew.
- A to, co do niego czuję, to moja prywatna sprawa, nie potrzebuję powierników
myśli! I przestań próbować ze mną tych swoich niebiańskich sztuczek! - Sfrustrowany,
doprowadzony na skraj cierpliwości nie spostrzegł, kiedy odepchnął od siebie
wici aury paladyna, w przypływie wściekłości wyrzucając je daleko poza
świadomość. - Och, jak rany...
- Gratuluję, Zaklinaczu Żywiołów. Zdołałeś
wyprzeć moją obecność bez skupiania się na niej. A to tylko potwierdza, że
twoje rozszalałe emocje nie wpływają negatywnie na nasze treningi. W trakcie
zaciekłego sporu odciąłeś się od źródła gładkim cięciem. Bez wspomagania się
stanem medytacyjnym. To było pouczające doświadczenie, dziękuję.
Est zmrużył podejrzliwie powieki.
- Nie wmówisz mi, że celowo
wyprowadzałeś mnie z równowagi - syknął - bo nie uwierzę. I wracając do tematu,
proszę, żebyś przestał robić to, co robisz. Przez wzgląd na naszą przyjaźń.
- Zawrzyjmy więc nowy układ,
Estalavanesie. Ty przyłożysz się do naszych lekcji, a ja postaram się nawiązać,
jak to określiłeś, nić porozumienia z przodownikiem Colonellem. Czy takie
warunki są dla ciebie akceptowalne?
- Przyjmuję.
Est wyciągnął rękę, którą książę bez
wahania zamknął w mocnym uścisku. Trzymając jego smukłą dłoń, Aarim palcami wolnej
dłoni niespodziewanie dotknął poprzecznej oparzeliny na lewym policzku, jakby tym
nieznacznym gestem przypominał, jak nazwał obie skazy na swojej przystojnej
twarzy: obietnica i przysięga.
Brzmiało upiornie. Sam fakt, że
nadał imiona bliznom był upiorny. Na tyle upiorny, że Esta zaswędział lewy bok
i zagłębienie szyi. Nie poddał się jednak tym dokuczliwym odczuciom. Zwalczył
przemożne pragnienie podrapania własnych blizn, wytrzymując przeszywające go wejrzenie.
Byli ze sobą związani już od pierwszego spotkania, ale czy kiedykolwiek dowie się,
co za tym stoi?