piątek, 30 października 2026

Ale jestem zła!

Normalnie tak się na siebie zezłościłam, jak dawno się nie złościłam. A to dlatego, że mam totalny bajzel na blogu! Tu i ówdzie plączą mi się linki do Wattpada, tam i siam brakuje rozdziałów "Białego elfa", a oprawa graficzna i widżety są tak porozrzucane, że logika i sens darłyby sobie włosy z głowy, gdyby je miały! Jak rany...

    Ale już jest ciut lepiej, trochę ogarnęłam bałagan i... Nie wiem, co dalej. W planach mam przygotowanie spisu treści dla "Zaklinacza Żywiołów", wrzucenie linków do playlist odpowiadających wydarzeniom/lokacjom/stanom emocjonalnym, poszperanie w postach roboczych. Z pewnością więcej by się znalazło do zrobienia, ale na ten moment nic nie przychodzi mi do głowy. W sumie ostatnio jakoś tak w niej mam pusto, szybko ulegam rozkojarzeniu, odpływam myślami od wykonywanych czynności i łapię się na bujaniu w obłokach jakieś sto metrów od rzeczy ważnych i ważniejszych...

    Weno, czy wciąż gdzieś tu jesteś...?



🎵 Light - Fabian Wiestner 🎶

Elegia o Nieśmiertelnym. Księga Pierwsza: Biały elf

Tom I: Biały elf

Spis treści:

Rozdział 1 - link [komentarz - link]


sobota, 24 października 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 52 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




Gdy Est dowiaduje się, kim byli legendarni strażnicy Zielonych Bram, czuje jednocześnie ekscytację i lęk. Rozdarty między ludzkim wychowaniem a odmiennością, zawiera z księciem Estarionu nowy układ...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 24d'10m'26r2t]



    Ostatnie dwa tygodnie nie należą do moich najlepszych, toteż przepraszam, jeśli dzisiejszy post zabrzmi cokolwiek sucho, pusto, bylejako, ewentualnie słabo. Najchętniej bym sobie go darowała, ale z szacunku do Czytelników i samej siebie tak tego nie zostawię.
    Wreszcie mamy okazję poznać legendę o strażnikach - i założycielach - Zielonych Bram! Zafascynowany historią Est traci czujność i daje się zaskoczyć bezpośredniemu pytaniu sir Roberta Cortanda...
    ...a gdy wydaje mu się, że nic gorszego tego dnia nie może go spotkać, przypadkowo staje się świadkiem rozmowy Leos i Aarima...
    ...który z kolei ma swoje ambicje i plany na niedaleką przyszłość.
    Zaraz... A gdzie podział się Col? Ha!, ten huncwot to dopiero narozrabia...

   
Kącik autorki.
    Kiedy cieszę się na myśl, że uda mi się opublikować rozdział w terminie, nadciąga jakiś nieprzewidziany zwrot wydarzeń i wywołuje perturbacje, od których mnie krew zalewa. Ja wiem, że nie ustalałam oficjalnych sztywnych dat publikowania, ale sama sobie narzuciłam pewne widełki, w których powinnam się mieścić. No i się nie mieszczę. Bynajmniej mnie to nie dziwi. A co by się stało, gdybym sobie te widełki odpuściła? Ano nie wiem. Choć się domyślam...
    Tymczasem do końca drugiego tomu Elegii o Nieśmiertelnym pozostało już tylko dziesięć rozdziałów. A im bliżej Aneil'Aranth, tym gorzej...

(W ramach przeprosin zapraszam do posłuchania utworu, który męczyłam przez większą część rozdziału.)

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 52

 

Dopiero z końcem obiadu spożywanego w cieniu jednego z wirydarzy wyszedł na jaw prawdziwy powód natarczywości sir Roberta, który przez ostatnie dwie godziny – nie licząc paru chwil spędzonych na zdejmowaniu rynsztunku w kwaterach gościnnych - nader często i zbyt długo wpatrywał się w białego elfa. Zmieszany Estalavanes nawet nie musiał o to pytać; siedząc naprzeciwko uważnie go obserwującego człowieka już samą miną zdradzał więcej niż by chciał.

- Racz wybaczyć mi nieobyczajne zachowanie, mości Estalavanesie - rzekł sir Robert głębokim głosem. Serwetą otarł usta z tłuszczu. Mimo to kilka okruchów pieczywa zaplątało się w jego gęstą, krótką brodę. - Takie traktowanie gości nie leży w mojej naturze. Aczkolwiek niezwykła barwa twoich oczu oraz niespotykany wygląd przypomniały mi o czymś, o czym wszyscy już dawno zapomnieli.

Est podniósł głowę i zamarł, zerkając to na sympatycznego rycerza-dowódcę, to na zasiadającego po jego prawicy posępnego Aarima Asmodeusza. Leos również przerwała posiłek. Tylko szturchający go od czasu do czasu łokciem Colonell zdawał się skupiać wyłącznie na zawartości swojego talerza, co było oczywiście wrażeniem dalece mylącym. Jeżeli ktokolwiek z ich piątki był teraz szczególnie czujny, to właśnie wytatuowany przodownik.

Zagadnięty przez gospodarza Est przeżuł kęs mięsa i przełknął, po czym pochylił się nad talerzem po szklankę, zastanawiając, co też nobliwy rycerz miał na myśli. Rozkoszując się letnim zefirem przenikającym przez cienką tkaninę bezrękawnika, upił łyk wody i upewniwszy się, że na kłach nie ostała się ani odrobina pożywienia, uniósł wzrok. Zaglądając człowiekowi w oczy powiedział:

- Niepotrzebnie mnie przepraszasz, sir Robercie. W twoim zachowaniu nie ma nic z nieobyczajności – zapewnił, odkładając widelec najciszej, jak mógł. Co prawda nie skończył obiadu, ale wyszedłby na prostaka, gdyby podczas rozmowy wymachiwał brudnymi sztućcami do wtóru mimowolnych gestów. – Zaciekawiłeś mnie jednak.

Sir Robert obejrzał się po twarzach obecnych, przyciągając ich uwagę. Kiedy przemówił, w jego ciemnobrązowych oczach skrywała się powaga, natomiast mocny, niski głos nabrał chłodniejszego tonu.

- Lokalna legenda głosi, iż jeszcze przed wiekiem puszczy tej strzegli strażnicy władający niepodobną śmiertelnikom mocą. To oni byli twórcami oraz opiekunami sekanów. Olbrzymie drzewa teraz sieją się same, rosną i rozwijają, kontynuując dzieło stwórców, których nawet za ich bytności rzadko widywano w tutejszych leśnych ostępach. Nikt nie widział ich z bliska, lecz wszyscy zgodnie poświadczali, że istnieli naprawdę. - Mówca znacząco popatrzył na półsmoka, którego podłużne płatki uszu opadły nieco. - Uważa się, iż krasnoludzcy mistrzowie kamieniarstwa nie byliby w stanie wyrzeźbić tak nieprawdopodobnie realistycznych sylwetek czworga strażników, wiernie oddając ich rzeczywiste rozmiary oraz indywidualne cechy. Nie z białego kamienia nasyconego esencją świata.

- Słyszałam te opowieści! - Leos skorzystała z chwili, w której sir Robert umilkł, sięgając po szklaną karafkę napełnioną do połowy wodą z plasterkami owoców. - Ale nie udało mi się odnaleźć żadnego z posągów.

- Rozsądni magowie nie zapuszczają się w tamte rejony. To zbyt niebezpieczne i grozi licznymi komplikacjami natury magicznej - zauważył surowo rycerz-dowódca, lecz ostrość jego dojrzałych rysów szybko ustąpiła miejsca łagodnemu, pełnemu zrozumienia uśmiechowi. - Pani Eileen miała rozległą wiedzę w tej dziedzinie, dlatego nigdy cię tam nie zabrała, panienko. Nie wiń swej matki, bowiem jej obowiązkiem było chronić własne dziecko.

Delikatnie skarcona czarodziejka uciekła spojrzeniem i spąsowiała niczym kilkuletnia dziewczynka przyłapana na psoceniu.

- Tak, wiem – bąknęła wymijająco. – Co poradzę, skoro zawsze chciałam zobaczyć zielone smoki? Nic nam po nich nie zostało, tylko ukryte rzeźby i przekłamane malowidła.

- Smoki? - ożywił się Est. Spoglądał na siedzącą obok Małą Niedźwiedzicę, co rusz wzrok przenosząc na sir Roberta, który ze szklanką w potężnej dłoni rozparł się na prostym krześle. - Druidzi to smoki?

Aarim odsunął od siebie opróżnione naczynia i nie okazując zainteresowania tematem, odpowiedział bezbarwnym głosem:

- Zielone smoki często przyjmowały ludzką postać, by jako druidzi żyć wśród mieszkańców Zielonych Bram, jednakże wcale nie czyniło to wszystkich druidów smokami. Najwybitniejsi członkowie druidzkiego kręgu wywodzili się z krwi elfów, a zwłaszcza spośród equuivirów oraz tauramosów. A także ludzi, choć w mniejszym stopniu, gdyż nie osiągnęli oni tak głębokiego zjednoczenia z przyrodą, jak choćby rasy o zwierzęcym rodowodzie.

- Smoki przebywały pod postaciami humanoidów o jaskrawozielonych oczach oraz bladej, niemal białej skórze - uściślił sir Robert i chociaż się starał, nie potrafił oderwać wzroku od tężejącej, odpowiadającej wizerunkowi z legend twarzy białego elfa.

Est mrugnął i nerwowo pociągnął się za ucho, wymieniając z Colem dyskretne spojrzenia. Zarówno najemnik, jak i Aarim, doskonale wiedzieli, że w żyłach zielonookiego elfa płynie smocza krew. A te powróciły na Khaldun, wypełzając ze swoich kryjówek jedne po drugich. Zapewne i do Zielonych Bram dotarły wieści z odległego Faloboru, gdzie po raz pierwszy od czasów Zimnej Rzezi widziano prajaszczury, na domiar złego związanych walką przedstawicieli dwóch różnych barw. Nie dziwiło zatem, że rycerz-dowódca usilnie wypatrywał w nim jednego ze strażników, który uchroniłby prastarą puszczę przed nadciągającym złem.

Niestety Est nie był zielonym smokiem, lecz czarnym. Gotów wyjawić prawdę i rozczarować obrastającego w nadzieję człowieka, w porę przechwycił spojrzenie złotych oczu przewiercających go na wskroś, nakazujące milczenie i wbijające w twarde siedzisko krzesła.

- Estalavanes nie jest smokiem – odpowiedział za niego książę.

Choć zaprzeczenie Aarima nie było całkowitym łgarstwem, Est i tak potraktował go ostrym wejrzeniem spod zmarszczonych brwi. Kłamstwa przychodziły niebianinowi tak naturalnie, że coraz bardziej niepokoiły stropionego chłopaka.

- Od ponad stu lat nie uświadczono tu druidów ani zielonych smoków - ciągnął niewzruszenie niebianin - a sanktuarium w Zielonych Bramach było ich domem. Nie bez żalu przyznaję, iż Zakon Paladynów pospołu z wolnymi estariończykami zapoczątkował Zimną Rzeź, przetrzebiając smoczy gatunek. Jednocześnie uważam, że uczyniono wszystko, by zapobiec zagładzie ludzkości.

Est nie wiedział, jak interpretować jego słowa. Z jednej strony Asmodeuszowi przykro było z powodu tego, czego dokonali jego bracia, z drugiej zaś dostrzegał w tym zdarzeniu konieczność utrzymania populacji jednej rasy kosztem innej. Cel uświęca środki. Czego właściwie spodziewał się po makiaweliście? Może i książę wyglądał na boskie wcielenie cnót oraz uosobienie prawości, lecz wewnątrz był pusty i martwy niby dół po wykarczowanych sekanach. „Czynił swą powinność”, jak zwykł się usprawiedliwiać.

- Przepraszam, sir Robercie - wtrącił się Est, byle tylko zagłuszyć poczucie winy. - Sir Aarim ma rację, nie jestem smokiem, tylko białym elfem, Zaklinaczem Żywiołów. Przykro mi.

Starszy paladyn uniósł dłonie w pojednawczym geście.

- Ależ, mości Estalavanesie, przeprosiny są zbędne! Mylnie założyłem, że skoro pojawiły się w Estarionie prajaszczury czerwonego i czarnego rodu, tak ty możesz być trzecim, zielonym. Zważywszy, iż nosisz cechy im przypisywane, zobowiązany byłem się przekonać.

Est nie czuł się dobrze ze świadomością, że znów brnął w kłamstwo, tym razem podsunięte przez Aarima. Cyniczny Głos milczał, lecz półsmok miał nieodparte wrażenie, że przyczajony gdzieś w głębi złośliwie szczerzy zębiska. W końcu należał do pradawnego rodu, i to czarnego. Chociaż połowicznie, nadal był smokiem. I całkiem prawdopodobne, że to jego ojca widziano w Faloborze. I że to jego ojciec pod postacią leśnego widma warował pod Twierdzą Niedźwiedzi, zabijając pięciu zwiadowców oraz trzech paladynów. Gdzie teraz był? Co robił? I co planował?

Pogrążony w ponurych domysłach półsmok nie mógł dojrzeć zatroskanego spojrzenia, jakim omiótł go Colonell. Młody mężczyzna słowem się nie odezwał podczas obiadu, bo i po co, skoro pozostali wypełniali czas opowieściami? Miał za to baczenie na partnera oraz zasiadającego na wprost niebianina będącego skrajnym przeciwieństwem białego elfa. Słuchał, przyswajał, analizował i dochodził do wniosków, które zdawały mu się ryzykowne, lecz wciąż miały szansę powodzenia.

Przodownik wsunął dłonie w kieszenie bluzy, odchylił się na krześle i bujając na nim, zapatrzył się w nieokreślony punkt przed zwężonymi w namyśle oczami. Cztery posągi strażników, do których rozsądni magowie nie powinni się zbliżać - powtórzył bezgłośnie. Jak by nie patrzeć, nie jest magiem, a rozsądku mu nie brak. Esti niewątpliwie chciałby zobaczyć chociaż jeden z tych cudów na własne oczy, zapewne już sam ich widok podniesie jego upadającego ducha i kto wie, co z tego wyniknie, kiedy energia drzemiąca w jego ciele zetknie się z tą emanującą z białych kamieni?

Colonell cechował się brawurą, ale nie lekkomyślnością. To intuicja podpowiadała mu, że mała schadzka chłopaka ze strażnikami wyjdzie im na dobre.

***

Po posiłku spożytym na świeżym powietrzu rozeszli się każde w swoją stronę. Sir Robertowi Cortandowi nie przeszkadzało, że czwórka przyjezdnych pałęta się po mieście. Wręcz przeciwnie, otwarcie zachęcał ich do zwiedzania sanktuarium oraz wypoczynku w pięknych różanych ogrodach, które założyła pani Eileen Mitrel.

Est nie wymagał od Cola ciągłego towarzystwa, toteż postanowił wykorzystać jego nieobecność i zaszyć się gdzieś, gdzie mógłby pobyć sam ze sobą. Ogrody z opowieści przyjaciółki wydawały mu się najlepszym wyborem, ruszył więc na poszukiwania jednego z nich. Nie było to trudne, gdyż znaczną ich część rozsiano po wewnętrznych dziedzińcach pałacu oraz w okolicy sąsiadującego z nim garnizonu. I jak się właśnie przekonał, żarliwe zapewnienia Leos nie oddawały ich urzekającego piękna.

Niespełna godzinę zajęło mu znalezienie odpowiadającego jego potrzebom miejsca; mało uczęszczanego, gdzie malachitowe światło rozproszy drżące cienie, a on sam odda się w medytacji oraz idącym z nimi w parze przemyśleniom. Wspiął się po filigranowych schodkach jednego z pałacowych krużganków i popatrzył z zacienionego piętra w dół, na zielony skwer pełen ozdobnych krzewów oraz barwnych rabat. Estetycznie wkomponowane rzeźbione ławki i ławeczki ze stolikami dopełniały miłej dla oka całości, podczas gdy on sam pozostawał niewidoczny dla każdego, kto nie patrzył w górę.

Tak, to było idealne miejsce na złapanie oddechu, kontaktu z otaczającą go naturą. Nie zastanawiając się dłużej, wdrapał się na szeroką, wygrzaną słońcem balustradę. Rozsiadłszy się na niej, wsparł plecy o malowaną kolumnę i przewiesił lewą nogę przez krawędź, dłonie splatając na brzuchu. Z łatwością utrzymując równowagę zamknął oczy, by wreszcie odetchnąć z ulgą. Uśmiechnął się zadowolony, a nieznaczne wygięcie białych warg przeszło w grymas odsłaniający kły, kiedy wyobraził sobie Cola. A raczej to, jak mężczyzna skomentowałby rozciągniętego na barierce dzieciaka przywodzącego na myśl wygrzewającego się w promieniach słońca kocura.

Ciepły, wilgotny powiew otulił go odurzającym aromatem kwitnących róż. Est dawno już nie czuł się tak lekki, jak gdyby zmartwienia i lęki życia codziennego nie istniały w sanktuarium, które czyniło go nieśmiertelnym. Myśli unosiły się swobodnie na falach beztroski, kiedy odprężony, z twarzą zwróconą ku koronom sekanów, stopniowo oddawał się medytacji.

Żywioły same ciągnęły ku niemu, a jako że nie miał ochoty dopuszczać ich bliżej, pozwolił im figlować dokoła niczym gromadce rozbrykanych dzieci. Jego skórę łaskotały opadłe liście i pomarszczone, niesione wiatrem płatki. Drzewa i ptaki szeptały swą pieśń, a słodki, napływający z ogrodu zapach kwiatów i żyznej gleby przyjemnie podrażnił jego nozdrza. Tak, bardzo pragnął tu zostać. Aż do śmierci… A co mu tam, dla mieszkańców Zielonych Bram mógłby nawet zostać smokiem strażniczym! Tymczasem…

Chyba zasnął, bo gdy rozchylił powieki, ciążyły mu jeszcze snem. Do jego dryfującej na pograniczu jawy świadomości docierały głosy, znajome, choć z początku nie umiał określić, do kogo należą. A kiedy oprzytomniał na tyle, by uzmysłowić sobie beznadziejność swojego położenia, było już za późno.

Leos i Aarim.

Zbliżająca się para rozmawiała cicho, ledwie wybijając się ponad świergot ptaków, ale Est z poręczy galerii wychwytywał każde ich słowo, jakby znajdował się tuż obok. Prewencyjnie podciągnął wiszącą luźno nogę. Oparty o nagrzany filar znieruchomiał, bardziej czując niż widząc, jak nieoczekiwane towarzystwo zatrzymuje się piętro niżej, przy jednej z ławek skrytej w cieniu wysokiego krzewu. Nie chciał podsłuchiwać, lecz nie mógł już odejść niezauważony, bo gdyby się zsunął, Aarim błyskawicznie odnotowałby jego obecność.

Niedobrze.

Całkiem już rozbudzonego Esta dręczyła myśl, że niechcący stanie się świadkiem prywatnej schadzki i nie mógł temu zaradzić. Był bezsilny. Mógł tylko udawać że nie istnieje, jednak niczego to nie zmieniało. Usłyszy wszystko, czego nie powinien.

Z sercem bijącym jak oszalałe przymknął oczy, modląc się, by poszli dalej. Nieważne, do kogo by się modlił i tak nie zostałby wysłuchany. Zupełnie jak teraz.

- Dla mojej mamy róże miały ogromne znaczenie - mówiła Leos pełnym ciepła tonem. – Mogę powiedzieć, że „zaszczepiła” we mnie zamiłowanie do zielarstwa i botaniki. Własnymi rękami zasadziła większą część krzewów w ogrodach pałacu, przycinała je i pielęgnowała. Bardzo je kochała, jak i one ją, odwzajemniając się pięknym rozkwitem przez okrągły rok.

Est nie znał Małej Niedźwiedzicy z tej dziewczęcej strony. Na dźwięk jej aksamitnego głosu poczuł ukłucie zazdrości, czym zaskoczył sam siebie. Przecież ten rozdział zamknął raz na zawsze, kiedy dowiedziała się o jego potajemnym związku z ludzkim zwiadowcą. W każdym razie wtedy jeszcze był potajemny... Poza tym powinien w końcu pojąć, że Leos, łącząc się z kimkolwiek w parę, wciąż będzie jego przyjaciółką. Nie straci jej. O ile sam do tego nie doprowadzi swoją małostkowością.

Leos potrafiła być przy Aarimie prawdziwą sobą, co znaczyło, że ufała mu i nie bała się odsłonić wrażliwego wnętrza. Wiedziała, że nie musi nikogo udawać, by zaskarbić sobie jego przyjaźń. I chociaż z rozmarzeniem spoglądała na białego elfa, tak między nią a paladynem rodziła się więź, z jakiej oboje najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy. A którą Est, jako postronny obserwator, właśnie odkrywał.

- Zatem jestem jej po wielokroć wdzięczny. - Aarim również nie brzmiał jak ktoś, kogo półsmok znał. To nie był ten sam bezosobowy estarioński sukcesor, z którym podróżowali. Czy to spokój tego miejsca, czy też ich własne uczucia budziły w nich coś, co ukrywali przed samymi sobą? O ile pozorny paladyn rzeczywiście takowe posiadał…

Potrzeba spojrzenia na rozmawiających była tak nieprzeparta, że Est przestał opierać się pokusie i ukradkiem zerknął w dół. Miał szczęście, bo żeby go dostrzec, musieliby wysoko zadrzeć głowy, co raczej nie sprzyja podziwianiu kwiatów. Ani rozmowie.

- Tak, miejsca takie jak to zasługują na naszą wdzięczność. - Czarodziejka przykucnęła przy jednym z krzewów i dotknęła miękkiego burgundowego kielicha, zsuwając palce niżej. Uśmiechnęła się, gdy kolec napiął skórę na jej opuszce. - Te krzewy z pewnością są z jej szczepu. Pachną intensywnie, jak jej ulubione perfumy...

- Leos.

Książę wypowiedział jej imię z mocą, która natychmiast odwróciła uwagę dziewczyny od roślin. Podniosła się w chwili, gdy podszedł do niej powolnym krokiem.

Est wstrzymał dech, nie chcąc na to patrzeć. Domyślał się, do czego zaraz dojdzie w tej jakże romantycznej scenerii i ogarnęło go tak dotkliwe zażenowanie, że ponownie rozważył pomysł ulotnienia się stąd cichcem. Już bezszelestnie obracał się w kierunku posadzki krużganku i byłoby mu się udało czmychnąć, gdyby nie mrożąca krew w żyłach obecność w jego umyśle rozkazująca: zostań tam, gdzie jesteś. Zdruzgotany chłopak zasłonił dłonią oczy, drugą szarpiąc za niewinne niczemu ucho. Na powrót przywarł do szorstkiej kolumny, podglądając parę spomiędzy palców wystających z rękawiczki. Wykryty w sposób, jakiego w całej swej ignorancji nie przewidział, zaklął bezgłośnie i czekał na przykre konsekwencje własnej opieszałości.

Lecz nic się nie wydarzyło.

Skonsternowany wychylił się nieco i ujrzał, jak książę obejmuje dłońmi drobne ramiona obleczone w piromancką czerwień. Leos spoglądała w złote oczy bez cienia lęku czy zawstydzenia na uroczo piegowatej twarzyczce, zupełnie do siebie niepodobna. Była zaskoczona, i owszem, ale trwała w bezruchu, wyczekując tego, co nastąpi. Tylko wiatr bawił się jej włosami, wysuwając z ciasno upiętego koka pukle mieniące się jak bursztyn.

- Leos - powtórzył Aarim, nie odrywając wzroku od rumianego lica czarodziejki. - Życzę sobie, byś pozostała w Zielonych Bramach do czasu rozwiązania niepokojącej sytuacji na południu. Pod opieką sir Roberta byłabyś bezpieczna w mieście, które kochasz.

Mała Niedźwiedzica zamrugała. Spowijający ją czar prysł niczym bańka mydlana i z żalem uświadomiła sobie, że pragnęła usłyszeć zgoła co innego. Ukryty przed jej wzrokiem Est niemal spadł z siedziska, wyczuwając bolesny zgrzyt między tą dwójką.

- Co chcesz przez to powiedzieć? – Tłumiąc ckliwe uczucia, Leos wyzywająco uniosła podbródek, dając Aarimowi szansę naprawy poczynionego błędu. - Że będę plątać się wam pod nogami, tak? Będę przeszkadzać, to miałeś na myśli?

- Nie, Leos. Nie chcę, by stała ci się krzywda. Zielone Bramy są ostatnim strzeżonym punktem na trasie do stolicy.

Nie tłumaczył się, nie próbował nawet wpływać na jej podświadomość zmyślną sondą emocjonalną. Rozmawiał. Est nie wierzył własnym uszom: sir Aarim Asmodeusz naprawdę rozmawiał!

- Tutaj mogłabyś pielęgnować spuściznę swojej matki lub objąć stanowisko, jakie i ona piastowała na dworze. Po opuszczeniu sanktuarium, nie będzie już odwrotu. Nie będzie zieleni lasów, tylko przelana w bitwie krew, zwęglone trupy i dymiące zgliszcza. Nie będzie szumu liści, lecz szczęk oręża i krzyki konających. Nigdy więcej nie zaznasz spokoju, Leos, albowiem twoje życie napiętnuje śmierć.

Paladyn odstąpił o krok, wypuszczając z uścisku drżące ramiona czarodziejki. Teraz wszystko zależało wyłącznie od niej, jej decyzji, hardości i uporu. Nie ma prawa zmuszać jej do podjęcia podróży, nie może naginać jej woli. W innym wypadku jego zamiar nie dojdzie do skutku.

Leos nie dawała po sobie poznać, jak silnie podziałał na nią złowieszczy wydźwięk słów Aarima. I czy w ogóle one do niej dotarły. Zdawało się, że nie, ponieważ zacisnęła szczęki, aż jej różowe usta ściągnęły się w wąską kreskę. To była Mała Niedźwiedzica, jaką Est pamiętał i podziwiał. I nie zazdrościł przyjacielowi nieuchronnej tyrady.

- Moja matka zakończyła swoje dzieło lata temu – zaczęła niskim, groźnym tonem - a ja mam własne cele do osiągnięcia. Nie po to ojciec zabrał mnie do zimnej, obcej Adeili, nie po to mu uciekłam i nie po to poszłam z wami, żeby teraz tkwić tu jak jakaś księżniczka i czekać, zalewając się łzami. Nie, Aarimie – wpadła mu w słowo i wyprostowała palec, z wyrzutem wskazując jego okrytą błękitem pierś. Granatowe oczy wbite w szczerozłote tęczówki zaszły chmurami, grożąc gwałtowną nawałnicą. - Brałam udział w bitwie, w której wystąpiłeś przeciwko Estowi. Widziałam krew i widziałam śmierć, ale widziałam ją też jako znachorka, kiedy pomagałam chłopom i ich rodzinom. I wierz mi, odcięta mieczem kończyna wygląda mniej paskudnie niż amputowana noga zmiażdżona kopytem konia roboczego. A chaos, jaki panuje w panikującej, biadającej rodzinie bywa gorszy od tego, co dzieje się na polu bitwy!

Hardo patrząc niebianinowi w oczy, ostentacyjnie wygładziła rękawy wiązanej szkarłatnej tuniki w miejscach, których dotykał. Dumnie uniosła głowę, potrząsając niesforną czupryną i minąwszy paladyna, wyłoniła się spomiędzy wonnych rabat na osłonięty chodnik krużganku. Nie zaszczyciła go pojedynczym spojrzeniem, kiedy na odchodne rzuciła przez ramię:

- I zapamiętaj, że jestem z wami do samego końca. Jeszcze się przekonasz, jak świetnie radzę sobie w trudnych warunkach. Nie gorzej niż mężczyzna!

- Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, Leos - mruknął Aarim, odprowadzając obrażoną dziewczynę wzrokiem i krzyżując wolne od stalowych osłon ręce na szerokiej piersi. Gdy odeszła poza zasięg głosu, odetchnął, jakby chcąc uporządkować myśli, a następnie zawołał: - Słyszałeś wszystko aż nazbyt wyraźnie, nieprawdaż, Estalavanesie?

Est zwlekał z odpowiedzią, dopóki Leos nie zniknęła z pola widzenia, po czym zsunął nogi z balustrady i zeskoczył zwinnie, z gracją lądując na kamiennych płytach piętro niżej, tuż przy niewzruszonym Aarimie. Otrzepał przybrudzone tynkiem i płatkami farby dłonie, wpatrując się w uformowany z różanych krzewów korytarz, którym odeszła przyjaciółka.

- Na tyle wyraźnie, by nie nazwać cię mistrzem uwodzenia... - Skwitowany prychnięciem Aarima, spoważniał. - Nie tego oczekiwała. Całkowicie przekreśliłeś swoje szanse.

W oczach księcia błysnęło coś na kształt iskierki rozbawienia.

- Nie zakładaj, iż zamierzałem zabiegać o jej względy, Estalavanesie – odparł. - Wciąż zaafektowana jest pewnym osobnikiem, który już u progu znajomości przekreślił jej szanse.

- Miej chociaż tyle pokory, by nie odbijać strzały. - Est oparł dłoń o czoło, jakby rozbolała go głowa. - Nie chciałem podsłuchiwać. Byłem tu pierwszy, a gdy się pojawiliście, głupio było uciekać jak dzieciak przyłapany na podglądaniu. Prawdę przecież mówię! – zaperzył się pod naporem powątpiewającego spojrzenia. Aarim był w podejrzanie dobrym nastroju. - Z tym brakiem uczuć od samego początku nas zwodzisz, mam rację?

Zamiast wyjaśnienia otrzymał grymas tak enigmatyczny, że aż ciarki przebiegły mu po plecach.

- Znam wiele kobiet - paladyn zmienił temat, jak gdyby pytanie Esta nie zostało zadane. - Lecz Leos jest pierwszą, którą szanuję i cenię. Dlatego chciałbym, by była bezpieczna. Jednakowoż jej determinacja oraz niezłomność sprawiają, że pragnę ujrzeć ją w boju u swego boku.

- Czy ty właśnie powiedziałeś, że Leos ci się podoba?

- Gdzie też podział się twój partner? Sądziłem, iż jesteście nierozłączni.

Po raz kolejny zręcznie uchylając się od odpowiedzi, książę wyszedł z ogrodu i zadaszonym chodnikiem przeszedł parę kroków w kierunku, z którego niedawno przyszedł wraz z Leos. Przystanął tam, czekając na marudzącego kompana. Est zreflektował się szybko i pomknął ku niemu, bo i tak nie miał nic ciekawszego do roboty.

- Proszę bardzo, ignoruj mnie – zżymał się Est, równając z barczystym młodzieńcem. - Col postanowił nieco się rozejrzeć, a ja miałem ochotę… - pobyć z dala od wszystkich, pomyślał z utęsknieniem. Na głos jednak powiedział: - ...odpocząć. I tak też zrobiłem.

- Wypoczywałeś - podchwycił Aarim, jakby nie do końca wierzył rozmówcy - na pierwszym piętrze, na niewygodnej barierce, gdy wokoło tyle zachęcających ławek i odświeżających fontann?

- Lubiłem tak przesiadywać na balkonie w Twierdzy – obstawał przy swoim Est. Podrapał się po policzku, markując zakłopotanie i starając się nie myśleć o tarmoszeniu ucha. - Dziwny ze mnie typ. Lubię robić różne dziwne rzeczy i przebywać w równie dziwnych miejscach.

- Nie powiedziałbym, że jesteś dziwny, Estalavanesie. Jesteś normalniejszy niż niejeden człowiek, którego przyszło mi poznać. Twoja odmienność, podobnie jak moja, jest największym z atutów.

- Ty przynajmniej wyglądasz jak człowiek – zaprotestował półsmok, zwracając skaleonie ślepia na mijany ogród obsypany herbacianymi różami.

- Czy naprawdę zależy ci na upodobnieniu się do ludzi? Gotów jesteś utracić własną indywidualność na rzecz tego, co pospolite i zwykłe?

- Ja…

To był dylemat, przed którym nigdy wcześniej nie stanął. Est czuł się rozdarty; żałował, że nie urodził się jako człowiek, ale równocześnie dumny był z tego, kim jest. I nie wiedział co jest silniejsze, żal czy duma.

- To jakieś wariactwo, Aarimie - poskarżył się, bezradnie rozkładając ręce. - Wychowałem się w ludzkiej rodzinie. I czasem wydaje mi się, że ich nienawidzę. Nienawidzę tylko dlatego, że czuję się od nich gorszy.

- Dopóki nie przekujesz tej nienawiści w oręż wymierzony w ludzkość, Zaklinaczu Żywiołów, nasza przyjaźń pozostanie trwała.

Ciężka, ciepła dłoń na ramieniu dodała chłopakowi otuchy, przypominała mu bowiem inną, równie stanowczą dłoń starego Maga. A przecież powinien kojarzyć dotyk Aarima z intensywnym bólem. Ta sprzeczność zbijała go z tropu. Kiedy zdezorientowany obrócił się w stronę niebianina, tajemnicze złote tęczówki błyszczały, bynajmniej nie odbitym światłem.

- Estalavanesie, jesteś od nich lepszy i silniejszy, ponadto władasz mocą, jakiej wielu nie potrafi sobie wyobrazić. Niech świadomość własnej siły pobudza cię do działania.

Est z oporem przyswajał sens słów przyjaciela; zawoalowane ostrzeżenie, próbę pokrzepienia go oraz niejednoznaczną odpowiedź na przemilczane pytanie. Tak bardzo przypominał mu dobrotliwego, acz wymagającego mistrza, że było to wręcz niewłaściwe, przez co zamęt w głowie niebezpiecznie narastał. A mimo to łagodna aura oddziałującego nań sanktuarium czyniła go znośniejszym. Ta krótka chwila, w której jedynym odgłosem były ich miarowe kroki na bruku, natchnęła go do poruszenia kwestii nurtującej go od długiego czasu.

Rozejrzał się pospiesznie i nie dostrzegając nikogo, zapytał zdławionym głosem:

- Co robisz Colowi? Już kilka razy zauważyłem, jak używasz tej dziwnej mocy. Jakbyś wysysał z niego emocje.

Książę znów przywdział maskę bezmiernej obojętności.

- Staram się nieco utemperować naszego przodownika, lecz, jak widać, bezskutecznie.

Est zagotował się od ognia, który nagle zapłonął mu w piersi.

- Nie widzisz, że tym go denerwujesz? Prowokujesz go!

- Owszem, aczkolwiek potrzeba czasu, aby subtelność owej mocy zadziałała.

- Nie można zmuszać ludzi do zmiany charakteru, nawet za pomocą magii! Wybacz Aarimie, ale dla mnie to już przesada.

- Nie mam wyboru, rozmowa z tym człowiekiem zakrawa o niemożliwe. - Złoto książęcych oczu stało się ciężkie i nieprzejednane, zwiastując rychły koniec dyskusji.

- Właśnie w ten sposób nadwyrężasz waszą cienką nić porozumienia! Nie sięgaj więcej po sondę, Aarimie. To broń, a nie argument!

Aarim zatrzymał się na środku niewielkiego skweru z fontanną. Plac wciąż był pusty; w porze poobiedniej mało kto wybierał się na przechadzkę do pałacowych ogrodów, preferując rozległe błonia poza miastem lub przestronne dworskie salony.

- Estalavanesie, nie spodziewam się, iż zrozumiesz moje postępowanie. Łączy was silna więź, a miłość do tego człowieka zaślepia cię na jego czyny.

- O czym ty bredzisz? Jakie czyny? Przecież nie robi nic, za co można by go potępiać! - Nie tak miała wyglądać ta rozmowa, ale wymknęła mu się spod kontroli. A wraz z nią wypływał tłumiony gniew. - A to, co do niego czuję, to moja prywatna sprawa, nie potrzebuję powierników myśli! I przestań próbować ze mną tych swoich niebiańskich sztuczek! - Sfrustrowany, doprowadzony na skraj cierpliwości nie spostrzegł, kiedy odepchnął od siebie wici aury paladyna, w przypływie wściekłości wyrzucając je daleko poza świadomość. - Och, jak rany...

- Gratuluję, Zaklinaczu Żywiołów. Zdołałeś wyprzeć moją obecność bez skupiania się na niej. A to tylko potwierdza, że twoje rozszalałe emocje nie wpływają negatywnie na nasze treningi. W trakcie zaciekłego sporu odciąłeś się od źródła gładkim cięciem. Bez wspomagania się stanem medytacyjnym. To było pouczające doświadczenie, dziękuję.

Est zmrużył podejrzliwie powieki.

- Nie wmówisz mi, że celowo wyprowadzałeś mnie z równowagi - syknął - bo nie uwierzę. I wracając do tematu, proszę, żebyś przestał robić to, co robisz. Przez wzgląd na naszą przyjaźń.

- Zawrzyjmy więc nowy układ, Estalavanesie. Ty przyłożysz się do naszych lekcji, a ja postaram się nawiązać, jak to określiłeś, nić porozumienia z przodownikiem Colonellem. Czy takie warunki są dla ciebie akceptowalne?

- Przyjmuję.

Est wyciągnął rękę, którą książę bez wahania zamknął w mocnym uścisku. Trzymając jego smukłą dłoń, Aarim palcami wolnej dłoni niespodziewanie dotknął poprzecznej oparzeliny na lewym policzku, jakby tym nieznacznym gestem przypominał, jak nazwał obie skazy na swojej przystojnej twarzy: obietnica i przysięga.

Brzmiało upiornie. Sam fakt, że nadał imiona bliznom był upiorny. Na tyle upiorny, że Esta zaswędział lewy bok i zagłębienie szyi. Nie poddał się jednak tym dokuczliwym odczuciom. Zwalczył przemożne pragnienie podrapania własnych blizn, wytrzymując przeszywające go wejrzenie. Byli ze sobą związani już od pierwszego spotkania, ale czy kiedykolwiek dowie się, co za tym stoi?

środa, 21 października 2026

Zagadka! #1

Zgadnijcie, co teraz czytam!

(Czytam i płaczę... A mema zrobiłam w Imgflipie)


🎵Winterflame - Pauli Hausmann🎶

poniedziałek, 5 października 2026

Napisałam post o tym, że nie piszę postów! ˗ˋˏ ♡ ˎˊ˗

A żeby było zabawniej, nie powinnam w nim napisać kompletnie nic. No ale że zabawnie nie jest, bo już coś napisałam, to wypadałoby chociaż wyjaśnić DLACZEGO nie piszę ostatnio postów. 

    Sprawa wygląda całkiem prosto. Od dwóch lat prowadzę papierowe dzienniki, w których notuję większość ważnych informacji, zwłaszcza te, którymi niespecjalnie mam ochotę dzielić się z innymi. Zaczęło się niewinnie, od prezentu urodzinowego otrzymanego od Yagódek. Kompletnie nie wiedziałam na co przeznaczyć tak piękny notatnik. To było jak objawienie: po paru miesiącach zaadaptowałam go jako Dziennik Kreatywności, gdzie każdego dnia zapisuję pomysły, skróty z dnia (o ile wydarzy się coś istotnego), śledzę zmiany samopoczucia i twórczości, a wszystko to okraszając naklejkami (mam jobla na ich punkcie!), kolorowym atramentem z mieniącą się miką i innymi bzdetołami, które się tam zmieszczą.

No i jest jeszcze jeden powód, dla którego owe dzienniki powstają... 🤫

🎵 Winter Rose - Phil Rey 🎶

sobota, 3 października 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 51 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW




Gdy na południu narasta zagrożenie, zachwycony harmonią Zielonych Bram Estalavanes zaczyna marzyć o pozostaniu w sanktuarium na stałe...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 3d'10m'26r2t]



    Choć Est ma ograniczone pojęcie o świecie, będące w większości teorią wyczytaną z ksiąg i wysłuchaną z opowieści, niewiele rzeczy naprawdę go zachwyca. Ale Zielone Bramy dosłownie go opętały. Z jakiego powodu tak silnie na niego wpływają? Tego akurat dowiecie się w kolejnym i jeszcze następnym rozdziale. Pierwotnie wizyta z sanktuarium składała się z dwóch długaśnych rozdziałów, które na blogu koszmarnie ciężko by się czytało. Stąd też podział. Mam nadzieję, że rozsądny.
      Nie tylko Est odgrywa tutaj istotną rolę, macie okazję dowiedzieć się czegoś więcej o Leos, której niezamierzenie udaje się zrobić wrażenie na Aarimie i rycerzu-dowódcy Zielonych Bram, czym chyba przypieczętowała swój los. A nie maluje się on kolorowo, kiedy na południu formują się niezidentyfikowane oddziały, giną cywile, a nieznana siła niszczy sekany chroniące sanktuarium.
      Wojna nie jest już tylko odległym ostrzeżeniem. Stała się realnym zagrożeniem, w którym każdy z bohaterów będzie miał swój udział.

   
Kącik autorki.
    Redagowanie tego rozdziału było... nieoczekiwaną przyjemnością! A to dlatego, że przeszedł gruntowną przemianę, praktycznie całą pierwszą stronę napisałam na nowo, bo pierwotna była tak uboga, sucha i bez polotu, że aż błagała o poprawkę. No i jak mogłabym coś takiego zrobić Zielonym Bramom? No jak?! Poza tym miałam cudny flow i musiałam go wykorzystać! Ach, jaką rozkoszą było pisanie, a nie samo redagowanie!
    Naprawdę się cieszę, że po tylu latach od napisania "Zaklinacza Żywiołów" przysiadłam do redagowania. Przez ten czas nabrałam niezbędnego doświadczenia, podszlifowałam umiejętności i wyrobiłam własny styl, który z pewnością będzie dalej ewoluował. No nie mogę się doczekać kolejnego tomu, czyli BJK. A co dopiero WSB! Tam będzie się działo... 💀☠️💀

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 51

 

Maszerowali przeszło godzinę, milcząc i prowadząc znużone wierzchowce. Dla odmiany Estalavanes wykorzystał ten czas nie na obserwację środowiska i architektury, lecz ludzi od pokoleń zamieszkujących sanktuarium.

Ich stroje niczym nie wyróżniały się na tle panującej w Estarionie mody; były schludne, czyste, o niewyszukanym kroju i w większości z samodziału. Kobiece suknie skromnie zasłaniały nogi i dekolty, męskie kaftany oraz spodnie z obszytymi jelenią skórą nogawkami wpuszczonymi w buty nadawały się do brodzenia w bujnym poszyciu wilgotnego lasu, natomiast dzieci w swoich pstrokatych, uszytych z różnorakich łatek kubraczkach i krótkich portkach dowodziły, że w Zielonych Bramach nie marnowano niczego. Wszyscy bez wyjątku nosili wysokie do połowy łydki buty, a na głowach czepce, kapelusze lub zsunięte na czoła berety.

Est przyglądał się ich twarzom, przeciętnym, a jednocześnie niebrzydkim, o gładkich rumianych licach i ogolonych policzkach, na których próżno było szukać grymasów lub zmarszczek zdradzających skłonność do gniewu. Niespiesznie przemieszczający się mieszkańcy emanowali niezmąconym spokojem. Rozmawiając nie podnosili głosu; nawet targując się na rozstawionych tu i ówdzie prowizorycznych kramach czynili to z godnością i zaskakującym opanowaniem, choć niezgorszym skutkiem. Mimo tłoku na ulicach nikt nikogo nie potrącał, odnoszono się z wzajemną życzliwością, a sąsiedzka pomoc była na porządku dziennym. Zupełnie jakby nie zdawali sobie sprawy z wojny czyhającej u progu ich ostoi.

W Zielonych Bramach wszystko zdawało się przeczyć wizerunkowi Estarionu, jaki półsmok zdążył sobie wyrobić. Tu wszystko wydawało się inne, stateczne i łagodne, a efekt ten potęgowała świadomość, że jego wygląd nie wywoływał takiego poruszenia, jak w północnej części krainy. Owszem, trudno nie zauważyć spojrzeń, jakimi obrzucali go przechodnie, szczególnie ci najmłodsi, lecz nie były one oznaką bezpodstawnej niechęci, tylko szczerego zaciekawienia.

Cóż, jakby nie patrzeć było to zaledwie drugie duże miasto, które odwiedził, a zapewne też nie ostatnie. I podczas gdy Adeila rzeczywiście przedstawiała typowo ludzkie siedlisko zamknięte w sztywnych regulacjach Zakonu Paladynów, tak Zielone Bramy sprawiały wrażenie miejsca powszechnie dostępnego, przyjaznego i pokojowo nastawionego wobec reszty świata, jaka by ona nie była. Zaraz, przecież tutaj także mieści się garnizon. Zatem gdzie podziali się paladyni?

- Aarimie, nigdzie nie widzę patroli - zauważył, zwracając się do księcia. - W Adeili nie można było zrobić kroku, aby na jakiś nie wpaść. Czy tu naprawdę jest tak bezpiecznie?

- Nie ma też straży miejskiej ani obywatelskiej – uzupełnił Colonell, nie tracąc czujności. – Wyłącznie cywile.

Aarim tylko popatrzył na nich spod opadających powiek, jakby oczekując, że sami dojdą do właściwych wniosków.

- Wydaje się to dziwne, prawda? - wtrąciła się wesoło Leos, z ochotą wchodząc w rolę przewodniczki. Szła obok Esta, oczu nie odrywając od wyrastającego na horyzoncie kompleksu budynków, którego kopuła z zielonego szkła znikała wśród koron olbrzymich jak wieże strażnicze drzew. - Obecność ducha puszczy bardzo łagodzi ludzkie obyczaje. W Zielonych Bramach nikt nie wszczyna awantur, spory rozwiązywane są w sądach, a kradzieże oraz burdy praktycznie się nie zdarzają... Nawet mój ojciec był tu innym człowiekiem – dodała cichutko, prawie niesłyszalnie.

Dosłyszawszy to, Est zerknął na nią kątem oka. Furiat pokroju Złowieszczego Niedźwiedzia kompletnie nie pasował do jej opisu, ale autentyczny żal pobrzmiewający w głosie Małej Niedźwiedzicy skłonił go do taktownego milczenia.

Dziewczyna prędko wzięła się w garść i odwracając twarz, kolejno wskazywała najciekawsze zakątki miasta.

- Tam na przykład znajduje się okręg elit, widzisz? Te kilkupiętrowe domy, wyglądające jakby ktoś poustawiał je jeden na drugim, od największego do najmniejszego. - Ściskając cugle srokatego ogiera wykonała gest niczym dziecko układające wieżę z klocków. - Ich tarasowe dachy pokrywają barwione szkiełka. Wyglądają cudnie w pełnym słońcu, a co dopiero gdy ogląda się je w przestronnym wnętrzu! - Nie przedłużając, skinęła podbródkiem w prawo. - Jak spojrzysz w przeciwnym kierunku, zobaczysz farmy, na których nie ma aż tylu drzew i dociera więcej słońca. Mieszkają tam hodowcy zwierząt i ogrodnicy, a tamtejsze studnie głębinowe umożliwiają wykarmienie i napojenie wystarczającej liczby zwierząt oraz nawadnianie grządek i sadów, aby niczego nie zabrakło licznej społeczności.

- Pomysłowo, zważywszy na ogromne drzewa i ich rozległe korzenie! – pochwalił Est.

Zaimponował mu sposób, w jaki ludzie poradzili sobie z otaczającą ich przyrodą bez wyrządzania jej krzywdy i przekształcania. Z chęcią by tu zamieszkał. Choć było tłoczno oraz cokolwiek głośno, to niespecjalnie przeszkadzały mu te charakterystyczne przejawy ludzkiej obecności. Będzie musiał porozmawiać o tym z Colem. Kiedy ich zadanie dobiegnie końca, może wrócą tu i osiądą na stałe? Było tu tak rześko i cicho w przeciwieństwie do gwarnej, spalonej słońcem Adeili...

- Poczekaj aż zobaczysz pałac królewski! - Podniecenie dosłownie roznosiło Małą Niedźwiedzicę od środka. - Nie mogę się doczekać, by znów zobaczyć balkony, tarasy, krużganki i wykusze wychodzące na różane ogrody! Ciekawe czy zmienili aranżację moich pokoi... - zastanawiała się na głos. - Teraz pudrowe róże i mdłe błękity do mnie nie pasują, ale pluszowe szezlongi mogliby zostawić.

- Leos, naprawdę chciałbym zrozumieć, co właśnie do mnie powiedziałaś...

Est przypatrywał się dziewczynie z wyrazem rozbawionego zrezygnowania. Nie mógł - i nie chciał! - winić przyjaciółki za wybuch entuzjazmu, szczególnie że w tym momencie promieniała jaśniej niż słońce nad baldachimem liści. Już samo patrzenie na nią groziło oślepieniem, lecz chłopak cieszył się jej szczęściem jak własnym, czując zagubiony promyczek ogrzewający serce. Może lepiej by było, gdyby oddał ją pod opiekę braci zakonnych? Względnie bezpieczna przeczekałaby najgorsze.

– Czy w pałacu królewskim nie powinien mieszkać król? – spytał po chwili. – I co z Zakonem Paladynów? Wydaje się tutaj niepotrzebny.

- Sprawa jest mniej skomplikowana niż mogłoby się zdawać, Estalavanesie. - Idący nieco z tyłu Aarim w porównaniu z młodą czarodziejką brzmiał wręcz posępnie. Sanktuarium nie zachwycało go, ponieważ jako królewski potomek z pewnością znał je w każdym szczególe. Trzymając za wodze równie obojętnego bojowego rumaka popatrywał to na zaróżowioną emocjami dziewczynę, to na wsłuchanego w jego słowa półsmoka. - Zielone Bramy były ongiś tak zwanym miastem-państwem i posiadały suwerennego monarchę oraz podlegający mu dwór ministrów. Ów podział polityczny Estarionu zniesiono, władzę ujednolicono, a po dawnym ustroju ostały się gmach pałacu oraz nienaruszony dwór, który tworzą: hrabia piastujący urząd kasztelana oraz arystokraci spowinowaceni z niegdysiejszymi ministrami. Jego Wysokość rezyduje w pałacu wyłącznie wówczas, gdy wezwany obowiązkiem podróżuje po krainie. Natomiast tutejszy rycerz-dowódca sprawuje pełną władzę w kwestiach wojskowych i strategicznych, pozostaje niepodległy opiniom i regulacjom prawnym dworu oraz podejmuje działania, które w mniemaniu jego oraz arcypaladyna są niezbędne w dążeniu do utrzymania najwyższego poziomu bezpieczeństwa.

Przysłuchujący im się Colonell spojrzał wilkiem na Aarima.

- Innymi słowy, odebraliście mieszkańcom możliwość decydowania za siebie.

- Mylisz się, Colonellu. Jako Synowie Tarthosa jesteśmy jedynymi, na których pradawna magia tego miejsca nie wywiera wpływu. - Niebianin obejrzał się na smagłego człowieka zamykającego pochód, zapuszczając delikatną sondę na skraj jego jaźni. - Mieszkańcy Zielonych Bram są narodem pacyfistycznym, by nie rzec: uległym. Nie dysponują regularną armią, gdyż nie toczą wojen. Nie produkują oręża, nie lubują się bowiem walce. Ktokolwiek z zewnątrz zapragnąłby zagarnąć ich ziemię, miałby ku temu otwartą drogę, o ile nie odpędziłaby go aura sanktuarium. Metaforycznie rzecz ujmując, przyjęliby go z otwartymi ramionami. Nie możemy na to pozwolić. Tak jak nie możemy pozwolić na wycinanie sekanów strzegących Zielonych Bram - podkreślił, kiedy sprzeczne emocje łowcy napłynęły do niego nieprzerwanym strumieniem.

Równocześnie z wyjaśnieniami Aarima Est odczuł gwałtowne rozprężenie energii. Zerknął ku Leos, ale czarodziejka w żaden sposób nie zareagowała na postępek paladyna uciekającego się do użycia mocy. Naszła go nieprzeparta chęć, by mało delikatnie uprzytomnić mu, jak bardzo jest to niewłaściwe, gdy nagle kontakt urwał się u samego źródła. Chłopaka zdjęła groza na myśl, że niebianin karmi się uczuciami ludzi. Koniec końców jego aura podsycała emocje, potrafiła je także łagodzić, lecz czy sam użytkownik czerpał z tego korzyści? Nie sądził, by zapytany wprost odpowiedział, niemniej postanowił spróbować przy nadarzającej się okazji, gdy zostaną sami. Ostatnio książę odsłonił się przed nim, więc i tym razem Est postara się zaskarbić sobie jego zaufanie.

- Kto wycina sekany?! - Odziana w piromancką czerwień Leos już się nie uśmiechała. Łaciaty koń podrzucił łbem i zarżał, wtórując zbulwersowanej młodej kobiecie. – Przecież to niemożliwe!

- Zanim nasi ludzie dotarli na miejsce, po trzech młodych sekanach pozostały tylko otwory w ziemi. Jak gdyby zostały pochłonięte.

- To świętokradztwo! - zawołała wzburzona. - Kiedy do tego doszło?

- Przed dwoma tygodniami arcypaladyn otrzymał pierwszy niepokojący raport spisany ręką rycerza-dowódcy z Zielonych Bram, sir Roberta Cortanda.

Wtem Aarim obrócił się w stronę Esta, spoglądając na coś nad jego ramieniem. Przecięta blizną złocista brew uniosła się, a w oku błysnęło rozpoznanie.

- Żywię pewne przypuszczenia co do sprawców tego czynu – dodał ostrożnie - które chciałbym przedyskutować z rycerzem wysokiej szarży zmierzającym ku nam.

Pozostała trójka jak na rozkaz powędrowała wzrokiem ku wylotowi szerokiej promenady, dostrzegając zbliżających się równym krokiem rycerzy zakonnych. Nim się spostrzegli, zajęci rozmową podróżnicy znaleźli się tuż pod garnizonem sąsiadującym z otoczonym bajecznymi ogrodami pałacem królewskim. Cienie i słoneczne smugi migoczące wśród drzew oraz krzewów skutecznie zwodziły nawet najbystrzejszych obserwatorów.

Z czteroosobową delegacją spotkali się w połowie drogi do wysokiego, skromnego gmachu. Est wszędzie rozpoznałby białe, z lekka zabarwione jadeitowo stroje emisariuszy Zakonu Paladynów wykończone subtelnymi złotymi haftami. A już na pewno jego uwadze nie umknęło zadziwiające połączenie miękkiego materiału okrywającego barczyste sylwetki oraz polerowanej stali oblekającej przedramiona i golenie. Aarim przez całą podróż do Zielonych Bram nosił się podobnie z tą różnicą, że zamiast białej tuniki z wyszytym na piersi mieczem Zakonu preferował błękitną koszulę bez ozdób i granatowe skórzane spodnie. Zaklinacz domyślał się, że jest to mniej oficjalny, codzienny strój członka tego znamienitego bractwa.

Idący trzy kroki za dowódcą rycerze mieli przypasane do boków miecze, oczywiście w geście bardziej symbolicznym aniżeli z konieczności, podczas gdy spieszący na przedzie szpakowaty mężczyzna w luźną pętlę przy pasie zatknął jednoręczny młot o srebrzystej, lśniącej malachitowo głowicy. Do uśmiechającego się szeroko człowieka o przystrzyżonej czarnej brodzie Est natychmiast zapałał niewytłumaczalną sympatią.

Nie wypuszczając wodzy Sena z dłoni, Aarim wyszedł im naprzeciw. Trzej młodzi mężczyźni ze stukiem stalowych obcasów stanęli w lekkim rozkroku na brukowanej alei; przykładając pięść do piersi na wysokości serca, opuścili nisko głowy. Podekscytowany Est pamiętał identyczną scenę z Twierdzy Niedźwiedzi. Wtedy też po raz pierwszy spotkał Aarima, uznając go mylnie za jednego ze zwykłych rycerzy zakonnych. Teraz odnosił złudne wrażenie, jakoby od wspomnianego dnia upłynęło parę lat, a nie tygodni.

- Sir Aarimie Asmodeuszu, jakże jestem szczęśliwy widząc cię w dobrym zdrowiu! – pozdrowił go rycerz-dowódca głębokim basem, po ojcowsku rozkładając ramiona. Chwycił młodego niebianina powyżej łokci i ścisnął w męskiej formie powitania. - Wyczekiwaliśmy twego przybycia od wielu dni. Powiedz, czy droga minęła wam bez większych komplikacji?

Uśmiech brodatego rycerza poszerzył się, kiedy Aarim odwzajemnił uścisk, zatrzymując dłonie na bicepsach osłoniętych nieskazitelną bielą szat rycerza-dowódcy.

- I ja rad jestem, mogąc wymienić z tobą pozdrowienia, sir Robercie. - Książę wygiął wargi w namiastce uśmiechu. - Chciałbym przywieźć ze sobą wieści, które pokrzepiłyby wasze serca, jednakże prawda ma się zupełnie nie po drodze z moimi życzeniami.

- Ja również obawiam się, sir Aarimie, iż nie będę miał dla ciebie dobrych wiadomości. Zechciej jednak rzec, kim są twoi towarzysze? - Ciemne, okolone siateczką zmarszczek oczy spoczęły na stojącej nieopodal trójce najemników. Sir Robert zaraz odwrócił się do jednego z przybocznych i mocnym, lecz życzliwym głosem wydał kilka komend. - Deranie, przejmij proszę konie od naszych gości i zadbaj, aby dostały komfortowe boksy, pożywną paszę oraz kryniczną wodę. Niech chłopcy pełniący służbę w stajniach zdejmą z nich te ciężary. Nie lękajcie się, przyjaciele - zwrócił się do towarzyszy księcia - wasze bagaże niezwłocznie trafią do kwater gościnnych.

Est nie lękał się o swój skromny dobytek. Jowialny sir Robert wzbudzał w nim wręcz dziecięcą ufność, mimo że wzrok starszego jegomościa zbyt długo skupiał się na jego osobie, często wracając ku zielonym kocim oczom. Być może była to tylko jego wyobraźnia, a może przyczyną był jego niezwykły wygląd; rozkojarzony chłopak nie rozmyślał o tym więcej, koncentrując się na pilnowaniu Cola i jego niewyparzonej w stosunku do paladynów gęby.

- Wybacz mój brak manier, sir Robercie. - Aarim przekazał wodze swojego wierzchowca Deranowi i stanąwszy bokiem, wskazał swych kompanów, którzy bez oporu oddawali konie młodemu rekrutowi. - Przedstawiam wam czarodziejkę Leos Niedźwiedziogrzywą, przodownika Colonella z Kompanii Najemnej Niedźwiedzi oraz Zaklinacza Żywiołów Estalavanesa.

- Niebywałe towarzystwo! Aczkolwiek... nadobną panienkę chyba miałem okazję ujrzeć choć raz.

Leos uśmiechnęła się nieśmiało.

- Czy nazwisko Mitrel coś ci podpowiada, szlachetny panie? - zasugerowała cicho. - Eileen Mitrel?

- Pani Eileen... Ależ oczywiście! - Sir Robert przyjrzał się piegowatej dziewczynie. – Róża Zielonych Bram, jak ją tytułowaliśmy. Była nadworną czarodziejką oraz utalentowaną artystką. Pamiętam ją z czasów, gdy jeszcze nie piastowałem zaszczytnego stanowiska rycerza-dowódcy. Aaach, jesteś zatem jej córką, maleńką Lilią? Przyjmij, uniżenie proszę, moje wyrazy współczucia, panienko. I daruj nierozgarnięcie, albowiem zmyliło mnie nazwisko. Po sławetnym ojcu, jak mniemam?

Jak jeszcze przed chwilą Leos zawstydzona była własną śmiałością, tak teraz zapłonęła ognistym szkarłatem aż po cebulki miodowych loków.

- T-tak, sir Robercie – wybąkała, pragnąc zmienić temat rozmowy. - Dokładnie po tym ojcu.

Est współczuł przyjaciółce, lecz nie potrafił powstrzymać ironicznego skrzywienia ust. Wiedział jakie to uczucie bezmyślnie ściągnąć na siebie uwagę ludzi, kiedy najbardziej chciało się być samemu. I podbudowało go, że nie tylko on wyczynia takie głupoty. Gdy przeniósł spojrzenie na rycerza-dowódcę, przekonał się, że sir Robert z Zielonych Bram przygląda mu się znacznie dłużej i intensywniej, niż pozwalała na to etykieta. To dziwne, ale Est wcale nie czuł się speszony ani skrępowany tym wyróżnieniem, w końcu większość ludzi wytykała go palcami i częstowała zmyślnymi epitetami. Czym więc, w obliczu niemiłej przeszłości, było to uprzejme zainteresowanie sympatycznego osobnika?

Śmiało zajrzał w ciemnobrązowe oczy siwiejącego paladyna. Nie spodziewał się tego, lecz bezapelacyjnie zwyciężył w tym krótkim pojedynku woli. I podczas gdy on był zdumiony swym powodzeniem, nie tracący pogody ducha sir Robert odwrócił od niego wzrok i popatrzył na każdego z osobna, mówiąc:

- Pozwólcie ze mną. Do popołudniowego posiłku pozostało trochę czasu, toteż będę zobowiązany, jeśli poświęcimy go na omówienie niecierpiących zwłoki spraw.

Sir Robert Cortand wykonał zamaszysty gest dłonią i zawrócił ku murom skrzącego się w wąskich snopach słońca garnizonu. Dwuosobowa asysta podążyła za nim, utrzymując stały dystans.

Aarim zrównał krok z dowódcą rycerzy.

- Sir Robercie - odezwał się, posyłając półsmokowi wymowne spojrzenie spod przymrużonych powiek. - Wolałbym, aby w dyskusji uczestniczył wyłącznie Zaklinacz Żywiołów.

- A ja wolałbym, abyśmy wszyscy w niej uczestniczyli, sir Aarimie – odciął się Colonell, przykuwając uwagę dwójki zgorszonych jego impertynencją rekrutów.

Est podejrzewał, że była to celowa złośliwość ze strony przodownika i mocnym szturchnięciem w opancerzony bok przywołał go do porządku. Natomiast Aarim spiorunował wyszczekanego najemnika wściekłym wejrzeniem, od którego chłopakowi aż ścierpła skóra. Na ten moment pobyt w Zielonych Bramach zapowiadał się wprost wspaniale. Tych dwóch należało trzymać w osobnych klatkach, najlepiej na odległych krańcach Estarionu.

Niezrażony arogancją przodownika sir Robert obdarzył najemników przyjaznym uśmiechem.

- Nie widzę przeciwwskazań, sir Aarimie – rzekł, jakby spięcie sprzed chwili nie miało miejsca. W istocie okazał się człowiekiem łagodnym i otwartym na ludzi, absolutnie bezkonfliktowym, tak jak zapowiadał niebianin, teraz pocierający twarz z rezygnacją. Na swoje szczęście Aarim pozostawał nieświadomy triumfującego, wulgarnie gestykulującego za jego plecami oponenta. - Twoi przyjaciele są także naszymi przyjaciółmi. Kairanie, raport proszę.

Na wyciągniętej szerokiej dłoni spoczął obwiązany sznurkiem rulon, który sir Robert oszczędnym ruchem rozwinął i podał Aarimowi. Książę przyjął dokument; jego stalowe karwasze zalśniły szmaragdowym światłem, kiedy rycerze oraz najemnicy przechodzili zabudowanym pomostem wiodącym do okrągłego, położonego nieco na uboczu budynku zwieńczonego szklaną kopułą. Błotniste koryto pod ich stopami tworzyło naturalną fosę, jedną z wielu opasających pałac i garnizon.

Złotowłosy młodzieniec nieznacznie uniósł głowę, dając sir Robertowi znak, iż skończył czytać. Rycerz-dowódca z Zielonych Bram przeszedł do sedna.

- W piśmie jasno stoi, że na południu sytuacja nie przedstawia się dobrze. Zaobserwowano nieliczne, dopiero formujące się zbrojne oddziały. Bez sztandarów, zatem nie związane z magnaterią Merona Derada. Poczęła także ginąć ludność cywilna z okolicznych osad i miast, głównie mężczyźni w sile wieku. Nie są to jednak masowe zaginięcia, ale incydenty. Nie mamy niestety pewności, czy wszyscy zniknęli z tego samego powodu. Pogłoski nie pozostawiają wątpliwości, rozpoczęła się wojna na wyniszczenie, której żaden z nas nie wyczekiwał.

Aarim ponownie przebiegł wzrokiem po drobnym piśmie jednego ze zwiadowców. Z każdym przeczytanym zdaniem coraz mocniej marszczył jasne brwi, aż pojawiła się między nimi głęboka bruzda. Zacisnął palce na pergaminie i zwinął go, bez patrzenia oddając podchodzącemu pospiesznie rudowłosemu Kairanowi. Nie przewidział takiego obrotu spraw. Wierzył, że południe utrzyma się do czasu ich przybycia, gdyż jego ojciec panował nad rewoltą. Pomyłka nie wchodziła w rachubę. Nie dopuszczał do siebie takiej możliwości. Niemniej brak wieści od arcypaladyna tylko pogarszał jego aktualny ogląd sytuacji.

Młody rekrut wyprzedził dowódcę i otworzył na oścież murszejące drzwi, wzniecając tumany kurzu zalegające wewnątrz niewielkiej rotundy. Bezgłośny taniec pyłu odznaczał się wyraźnie w jasnych pasmach szmaragdowego słońca wpadającego przez kopułę i być może w innych okolicznościach wzbudziłby czyjś krótkotrwały zachwyt, lecz nie teraz. Promienie padały na ustawiony pośrodku masywny kamienny stół, na którym rozłożone były mapy równie zakurzone, co podłoga.

- Wybaczcie ten nieład, od miesięcy nikt tu nie zaglądał. - Sir Robert podszedł do jedynego mebla w pomieszczeniu i strzepnął kurz z rozpostartych na blacie pergaminów. Odchylając się w tył zdołał uniknąć kłębów szarego pyłu, ale nie zdołał stłumić gwałtownego kichnięcia. – Wybaczcie. Ostatni raz korzystano z tych map lata temu. I jeśli mnie pamięć nie zawodzi, sir Aarimie, to ty ich używałeś.

Serdeczność tego człowieka była niesamowita. Błyskawicznie udzielała się wszystkim wokół, czyniąc serca lżejszymi, a ciała mniej zmęczonymi. Esta nurtowało czy jest to jakaś paladyńska sztuczka, czy po prostu tak oddziaływał na otoczenie. Zupełne przeciwieństwo równego mu szarżą młodzieńca, po którym nie było znać ani drzemiących w nim uczuć, ani myśli zaprzątających jego umysł.

Gdy wzniecona silną dłonią kurzawa opadła, książę stanął przy stole i pochylił się nad rozrzuconymi planami. Przeglądając je pobieżnie i odkładając z powrotem, szukał czegoś konkretnego, samemu nie wiedząc czego. Jak gdyby chciał zająć czymś ręce, kiedy jego myśli pędziły z zawrotną prędkością.

- Zaiste, starcza demencja jeszcze nie sięga po ciebie swymi zimnymi palcami, sir Robercie – zapewnił go Aarim. - Aczkolwiek wtedy nie było powodu do pośpiechu, a czasu miałem aż nadto, by zapoznać się z północą Estarionu.

- Ach, widzę więc, że arcypaladyn słusznie postąpił oddelegowując cię do Adeili, sir Aarimie. - Wesołe iskierki lśniły w oczach rycerza, gdy ze szczególną uwagą przyglądał się bliznom na oświetlonym słońcem obliczu niebianina. - Doświadczenie masz wyrysowane na twarzy.

- Nazywam je obietnicą i przysięgą. - Książę uśmiechnął się lodowato, nie spuszczając wzroku ze starych, wciąż aktualnych map. - Są pamiątką po niezwykle wymagającym przeciwniku, który ostatecznie stał się moim przyjacielem.

Z tymi słowami przeszył stojącego naprzeciwko półsmoka ostrym niby miecz spojrzeniem.

Zmieszany Est spoglądał to na niebianina, to na bacznie śledzącego go gospodarza, bezwiednie tarmosząc podłużny płatek ucha. Najchętniej wpełzłby w najciemniejszy kąt, nie wychodząc stamtąd aż do obiadu. Nie mogąc jednak tego zrobić w okrągłym, pozbawionym kątów pomieszczeniu, niezdarnie wzruszył ramionami z przepraszającym grymasem przyklejonym do białej twarzy. Nie zaryzykował obrócenia się ku sapiącemu z irytacji partnerowi.

- Ha! No proszę, trafił swój na swego! - parsknął gromko sir Robert. - Ale wystarczy tego dobrego, będzie jeszcze czas na przyjemne wspominki.

Aarim bynajmniej nie zamierzał przeciągać oficjalnego spotkania, w trakcie którego wraz z rycerzem-dowódcą z Zielonych Bram wymienili się spostrzeżeniami dotyczącymi narastającego kryzysu. Coraz więcej elementów łączyło się w spójną całość tak dalece zniechęcającą, że Est musiał uciec w głąb siebie, by jakoś przetrwać do końca narady. Rozejrzał się więc po pustym wnętrzu.

Grubo ciosane mury rotundy miały zaledwie pół tuzina małych oszklonych okienek, przez które nie wpadało nic oprócz skąpych ilości dziennego światła. Kopuła również wydawała się solidna, choć zrobiono ją z jednolitej tafli zielonego szkła nieustannie drapanego konarami dębów. Przez myśl chłopakowi przeszło, że gdyby nagle zabrali mapy i wyszli, to wnętrze obiektu byłoby jak w dniu jego powstania. No, może za wyjątkiem dywanu utkanego z warstwy kurzu - teraz wirującego i osiadającego gdzie bądź.

Spojrzał na dwóch rekrutów trzymających wartę przy drzwiach, zwartych i gotowych bezsprzecznie wypełniać rozkazy dowódcy. Trudno było doszukiwać się oznak wyjątkowości w ich młodych, ogolonych twarzach. Całkowicie obojętni na osobliwą gromadkę patrzyli prosto przed siebie; Esta aż skręcało z ciekawości czy to żelazna dyscyplina trzymała ich w ryzach, czy też nie byli zainteresowani młodą dziewczyną, wytatuowanym najemnikiem, ani cudacznym przedstawicielem elfiej krwi.

Znów rzucił okiem na dowódców, ale sens ich słów do niego nie docierał. Myślami był już na zewnątrz i oddawał się zwiedzaniu mistycznego sanktuarium. Zerknął w bok na Colonella. Znudzony mężczyzna odwzajemnił spojrzenie i z rękami splecionymi na opancerzonej piersi wykonał gest, który jednoznacznie kojarzył się z gadającą dłonią.

- Nasze podejrzenia się potwierdziły, sir Aarimie - z powagą kontynuował rycerz-dowódca z Zielonych Bram. - Sekany wycięto od zewnątrz, lecz każdy w innym rejonie. Jakby ktoś wyznaczał punkty przebicia. - Wskazał grubym palcem kilka krzyżyków naniesionych na staranny plan obrzeży prapuszczy. - Nie znaleźliśmy nigdzie karczy, a nawet śladu po nich. Nie wiemy do czego potrzebne jest ich drewno, ale obawiam się, że bardziej niż na surowcu zależy im na utorowaniu sobie drogi do miasta. W tych trzech przyczółkach stacjonują oddziały regularnie przesyłające meldunki, lecz… Puszcza jest tak wielka, iż lękam się, że nie starczy nam ludzi do obstawienia wszystkich punktów zapalnych.

Analizujący topografię Aarim w zamyśleniu pocierał grzbiet nosa.

- Potrafią zneutralizować defensywną moc sekanów – mruczał do siebie. - A zarazem nie mogą przedostać się przez stróżujące bramy… Intrygujące.

Est nie pojmował, co może być intrygującego w próbie ataku na tę oazę spokoju, lecz tym razem uważnie przysłuchiwał się rozmowie. Colonell także zdawał się bardziej zainteresowany niż przed chwilą, zwłaszcza że Leos pewnym krokiem podeszła do stołu, czym zaskoczyła zebranych. Opierając się o zakurzony blat, zawisła nad mapami i przysuwając dwie z nich ku sobie, studiowała je przez parę uderzeń serca.

Dowódcy nie protestowali wobec jej nieumyślnej bezczelności. Wręcz przeciwnie, przyglądali jej się z milczącym przyzwoleniem, zastanawiając, co też córka nadwornej czarodziejki dostrzeże w liniach nakreślonych czarnym tuszem na zwojach pożółkłego pergaminu.

Brwi Małej Niedźwiedzicy ściągnęły się, a szczęki zacisnęły, gdy zawzięcie poszukiwała właściwych miejsc na mapie. Odezwała się cicho, choć można było odnieść wrażenie, że myśli na głos.

- Pospolici przedstawiciele ras zamieszkujących Khaldun, magiczni czy nie, bez problemu mogą przekroczyć bramy, o ile ich intencje są czyste. Ponadto sekany mają zasadniczy wpływ na przybyszów, ponieważ wyciszają nawet najbardziej nienawistne emocje. Bramy i sekany uzupełniają się, lecz tylko od wewnątrz puszczy. Ale to jeszcze nie znaczy, że sekany są tak bezbronne, by można je było wycinać jak zwykłe drzewa. Magowie wyczuwają ich potęgę i będąc przy zdrowych zmysłach nie podjęliby się ryzyka, jakie niesie ze sobą sprzężenie zwrotne. Czyli dokonać tego musiała przeogromna siła fizyczna odporna na magię. - Leos podniosła pociemniałe z gniewu spojrzenie na obserwującego ją niebianina. To nie na niego była wściekła, tylko na potwory, które dopuściły się tak bestialskiego czynu. – Od wyjazdu z Twierdzy czułam czyjąś odległą obecność. Teraz zniknęła. Nie przeszła przez bramę. Aż się boję, jakie moce przetaczają się właśnie przez Estarion.

Aarim przymknął oczy, z ukontentowaniem przyjmując trafność spostrzeżeń niepozornej ludzkiej czarodziejki. Leos wiedziała o upiorze od samego początku, podobnie jak Estalavanes, lecz nie dała tego po sobie poznać. Co więcej, dzielnie znosiła trudy podróży mimo śledzącej ich posępnej istoty pogłębiającej ogólne poczucie beznadziei i rozpaczy. Tak, nawet w Kartynidzie nie znalazłby lepszej kandydatki na to stanowisko.

Powieki młodzieńca rozchyliły się niczym po leniwym mrugnięciu. Złote tęczówki rozbłysły aprobatą, kiedy napotkały zdeterminowane spojrzenie burzowych chmur. Leos struchlała i odwróciła twarz, nie chcąc, by dojrzał onieśmielenie malujące jej upstrzone piegami policzki.

Tymczasem Sir Robert z namysłem drapał brodę gęsto porastającą jego pocięte płytkimi zmarszczkami oblicze.

- Masz rację, panienko. To jeden z powodów, dla którego Zielone Bramy nigdy przedtem nie musiały się bronić. Nic nie było w stanie im zagrozić, tak silnie są chronione przez samą naturę, która nie przepuści pierwszych lepszych wichrzycieli czy agresorów. - Paladyn wyprostował się i oparł lewą dłoń na obuchu młota, przypatrując się czarodziejce. - Ale teraz sprawy wyglądają zupełnie inaczej. Ktoś nie potrafi przekroczyć bram, lecz potrafi skrzywdzić obrońców.

- Ta obecność nie ma prawa istnienia w sanktuarium, tak jak wszystkie jej podobne. - Aarim odepchnął się od stołu i powiódł wzrokiem po zgromadzonych, jakby sprawdzał, czy są świadomi zagrożenia ciążącego nad ich ziemiami. - Jednakowoż okazuje się, iż wróg dysponuje mocą pozwalająca na unicestwienie prastarych obrońców. Uważam, iż dalsze uszczuplanie defensywy miasta nie ma sensu. Nie znamy intencji nieprzyjaciela, który równie dobrze może z nami pogrywać, starając się odwieść naszą uwagę od prawdziwego celu. - Oczy niebianina skupiły się na zatroskanym gospodarzu. - Mądrze wykorzystaj ludzi odesłanych poza miasto, sir Robercie. I jak dotychczas, nie szczędź informacji arcypaladynowi. Z całego serca pragnę wam pomóc, niestety obowiązek wzywa mnie do Aneil’Aranth, całkowicie bowiem utraciłem kontakt ze zwierzchnictwem i nie mogę go ponownie nawiązać.

- Zły to znak, sir Aarimie - potaknął najstarszy z mężczyzn. - Wiedz, iż nie żywię urazy, wszak Zakonowi Paladynów przyświeca misja obrony ludzkości przed złem przenikającym do tego świata.

- Pomimo tego założyciel zakonu nie przewidział, iż Synom Tarthosa przyjdzie bronić ludzi przed nimi samymi - skwitował ponuro książę. - Uznaję zatem, iż w tych murach powiedziane zostało już wszystko, co konieczne. Zgodzisz się ze mną, sir Robercie?

- Ach, w pełni się z tobą zgadzam – poparł go rycerz, przywołując na twarz budzący zaufanie, krzepiący uśmiech. – Pozwólcie za mną. Kwatery gościnne mieszczą się w odrębnym budynku, aczkolwiek wciąż na terenie garnizonu.

Postawny rycerz okrążył kamienny stół i ruszył do drzwi, które rezolutny Kairan zawczasu otworzył.

Świeże powietrze było niewypowiedzianą rozkoszą po męczącym zaduchu szczelnie zamkniętej rotundy, toteż Est nie skąpił sobie głębokich, upajających wdechów. Podobało mu się tutaj i to nie tylko ze względu na atmosferę oraz esencję Zielonych Bram. Nie czuł się tu wyobcowany. Wszelki hałas typowy dla wielkich miast tłumiła wszędobylska zieleń, a przykry zapach wielu ludzkich ciał zgromadzonych w jednym miejscu zastępowały rześkie podmuchy wiatru. Prosta, pozbawiona efektownych detali architektura w naturalnym stopniu łączyła się z krajobrazem, co dla chłopaka przyzwyczajonego do ostrych, nie zawsze współgrających ze sobą barw i kształtów było sennym marzeniem. To była harmonia, o której opowiadał jego mistrz. W tym mieście odczuwało się ją na każdym kroku.

Tak, chciałby tu zostać już na zawsze.