Czasami nie wiem co robię. Czasami działam impulsywnie. Czasami staję się zewnątrzsterowna. A czasami zwyczajnie ślinię się na hiper promocje książkowe, kupując opiewane "hity" i wychwalane pod niebiosa "bestsellery" zapominając, że niewiele mają one wspólnego z naprawdę dobrą literaturą.
Przysięgam, że nigdy więcej nie będę się naśmiewała z Malazańskiej Księgi Poległych i godnych Elizy Orzeszkowej opisów przyrody tam zawartych. Ba! Z utęsknieniem czekam, żeby wrócić do zapomnianego "Wichru śmierci"! A dlaczego akurat wrócić? Bo gdybym nie narzucała sobie z góry kolejności czytania książek z kupki wstydu, nigdy bym po pewne tytuły nie sięgnęła...
A już na pewno nie zajrzałabym do twórczości Christophera Paoliniego. Naprawdę. "Eragon" był dla mnie drogą przez mękę i odczułam ulgę, kiedy wreszcie skończyłam go czytać (mordował mnie ponad miesiąc). A teraz, po połowie roku od ukończenia pierwszego tomu, złapałam za drugi. A co mi tam, pomyślałam, dam mu szansę. W końcu cała seria w twardych okładkach kosztowała mnie zaledwie pięć dych. Tak nad nią czytelnicy wzdychają, że powinna być dobra.
Nope.
To niedobra jest.
Z każdym kolejnym rozdziałem wychodzi młody wiek autora, fabuła jest do szpiku kości sztampowa, miałka i przewidywalna nawet dla takiego ujemnego bystrzaka jak ja, bohaterowie nie mają w sobie nic ciekawego ani intrygującego, co by mnie przy nich trzymało, złodupiec to cień na horyzoncie, a jego podkomendni są jak NPC obdarzone inteligencją świni z Minecrafta. Peter V. Brett o wiele lepiej umie w fantasy dla dzieci i młodzieży (a C.S. Lewis to już w ogóle). Może to kwestia mojego wyrobienia w gatunku i rzecz gustu, a może faktycznie przerost fandomu nad treścią powieści (swoją drogą pierwotnie wydanej w wydawnictwie prowadzonym przez rodziców autora...).
W międzyczasie przeczytałam dwie inne książki i musiałam sama sobie dać szlaban na kolejne, inaczej "Najstarszego" chyba nigdy nie doczytam do końca... A następna jest "Noc smoka" spod pióra Richarda A. Knaaka 💗 I jak tu trzymać się postanowień...?
Ale! Są i plusy powyższej lektury: czytając ją przed snem, zasypiam momentalnie z chwilą przyłożenia głowy do poduszki. Nawet melatonina w połączeniu z naparem rumiankowym nie daje takiego efektu!
Taki post do ponarzekania. A piośniczka do śmiechnięcia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz