niedziela, 31 maja 2026

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 44

 

Palące pragnienie ujrzenia Colonella męczyło Estalavanesa przez całą drogę powrotną do Dzielnicy Katedralnej. Drogę nieznośnie rozwleczoną w czasie, biorąc pod uwagę ciasnotę na mokrych, zatłoczonych ulicach oraz niespieszny krok wierzchowców lawirujących pośród mieszczan i przyjezdnych. Mimo zagłuszającego myśli rejwachu, zabłoconym jeźdźcom znów towarzyszyło obopólne milczenie, niemal niezręczna cisza, gdyż zgodnie podjęli decyzję o zachowaniu w tajemnicy ponurego zdarzenia sprzed południa. Poza tym wszystko zostało już powiedziane, a Est wolał przełknąć tematy, które w tej chwili zdawały mu się szczególnie ryzykowne.

Czy Aarim rzeczywiście wiedział czym jest bransoleta, czy tylko umiejętnie blefował? Był świadom mocy zaklętej w artefakcie? Jeśli tak, to dlaczego milczał? Dla czyjego dobra? O ile w ogóle dla czyjegokolwiek dobra. W końcu był sukcesorem Estariońskiego tronu, niekwestionowanym następcą dowódcy niezwyciężonej organizacji mogącej zagrozić krainom ościennym. Ponoć nawet zmilitaryzowana na ogromną skalę Ramneia wstrzymywała swe agresywne zapędy w obawie, iż nie podoła nieustraszonym obrońcom Estarionu. To oczywiste, że dla pozycji księcia każdy jest potencjalnym rywalem, a już na pewno Śniący. Nie powinna więc dziwić jego powściągliwość granicząca z dyplomatyczną ostrożnością. Est to rozumiał, a przynajmniej przekonywał o tym samego siebie. Nie ufał mu, a zarazem pokładał w nim nadzieję na swoje ocalenie. Na ocalenie Estarionu.

Jak rany! - jęknął w duchu, przyciskając dłoń do czoła. I jak ja mam rozumieć tak skrajne uczucia? Nie potrafię go rozgryźć! Postępuje, jakby naprawdę nie miał uczuć, choć to, co w nim wyczuwam, zupełnie temu przeczy. W jego sercu tli się strzęp stłamszonych emocji utrzymywanych w ryzach przez lodowate opanowanie. Niewiarygodne, ale jego potrzeba kontrolowania wszystkich i wszystkiego – nawet siebie - jest tak silna, że zakrawa o obsesję!

Est westchnął przeciągle, łypiąc wrogo na szerokie plecy Aarima. Zdenerwowany rozluźnił barki, aż zaschnięty brud odpadł płatkami z bezrękawnika, łaskocząc gładką skórę ramion. Dotarli wreszcie pod mury garnizonu, gdzie tłum wyraźnie się przerzedził, ułatwiając dalszą przeprawę. Jednakże dla wycieńczonego półsmoka nadal pozostawała ona trwającą wieczność mordęgą. Dopiero kiedy zsiedli z koni, chłopak poczuł nową energię przepływającą przez ciało, czysto fizyczny impuls napędzający spięte mięśnie.

Szybkim krokiem przebyli labirynt korytarzy, kilka razy wymijając i bezsłownie pozdrawiając paladynów stacjonujących w garnizonie. Nie zdoławszy pohamować ciekawości Est zapytał, dlaczego dotąd nie spotkał paladynów pojedynczo, zawsze parami. Nie spodziewał się tak gorzkiego humoru ze strony nieczułego przewodnika, który zauważył, jakoby zaklinacz miał już okazję przekonać się, z jakiegoż to powodu minimum dwóch rycerzy było koniecznością. Est przypuszczał, że dzień szalonej ucieczki z Adeili oraz bezzasadne morderstwo jednego z braci zakonnych będzie się za nim wlec niby odór spalenizny z pola bitwy. Aż do śmierci. A może i długo po niej.

Smagnięty poczuciem winy chłopak więcej się nie odezwał zdążając ku celom gościnnym, gdy w jednym z okienek kątem oka dostrzegł postać, na widok której przystanął raptownie. Cofnął się, by spojrzeć jeszcze raz. Wszędzie rozpoznałby tę jasnobrązową skórę opinającą kształtne mięśnie ramion. A już na pewno bliski sercu czarny tatuaż znikający pod krótkim zarostem.

Gorączkowo obejrzał się wzdłuż korytarza w poszukiwaniu wyjścia na podwórzec treningowy, ignorując przyglądającego mu się gospodarza. Wreszcie popatrzył na niego, lecz tylko dlatego, że ten uczynnie wskazywał właściwe drzwi. Zawstydzony Est ze zwieszonymi ramionami przeszedł parę metrów dzielących go od Aarima. Unikając chłodnego wejrzenia złotych tęczówek oparł dłoń na drzwiach i pchnął je, wpuszczając do zatęchłego korytarza podmuch pachnącego wilgotnymi liśćmi powietrza. I koszmarny jazgot, jaki może czynić kilkanaście mieczy ćwiczebnych uderzających o siebie bez ustanku. Nieprzerwane zgrzyty i trzaski raz po raz przenikały szorstkie komendy wykrzykiwane przez wymagającego instruktora, który z godnym pochwały zaangażowaniem dyscyplinował rekrutów.

Walcząc z ostrym bólem przeszywającym wrażliwe uszy, oszołomiony Est przekroczył próg i stając w cieniu krużganka rozglądał się wokół, poruszony niespodziewaną scenerią. Wyobrażał sobie, że dziedziniec treningowy będzie niewielkim, konstrukcyjnie surowym obszarem wyłożonym białym kamieniem, tymczasem wirydarz otulała zaskakująco bujna zieleń. Posadzone przy wysokim murku dęby w upalne dni dawały przyjemną osłonę przed płomienną kulą słońca, a samotna, skryta pomiędzy ich najniższymi konarami fontanna sprawiała wrażenie zaprojektowanej z myślą o gaszeniu pragnienia po wyczerpujących seriach ćwiczeń. Część, z której dochodził drażniący szczęk ścierającej się stali, faktycznie była brukowana, zaś drugą połowę podwórca porastała wydeptana trawa. I właśnie ten kawałek zainteresował Esta, bo zebrała się tam grupa lżej opancerzonych rekrutów wyposażonych w długie łuki oraz kołczany przewieszone przez plecy. A wśród nich stał on, o centymetry przewyższający najwyższego z młodzieńców, bez charakterystycznej ciemnozielonej bluzy, ze lśniącą od potu skórą i srogim grymasem na pociągłej, zwykle wesołej twarzy.

Porwany milczącą obserwacją ukochanego Est kompletnie zapomniał, gdzie się znajduje. I w czyim towarzystwie.

- Wydajesz się zaskoczony, Estalavanesie. - Est drgnął, zwracając spojrzenie na stojącego tuż obok niebianina. Aarim wodził dookoła wzrokiem, oceniając postępy swoich ludzi. - W istocie, preferujemy skromne, ascetyczne wnętrza, lecz nie znaczy to, iż dziedzińce oraz wirydarze garnizonów również takie są – ciągnął rycerz-dowódca, spoglądając na rozmówcę. - Niewiele czasu spędzamy w celach. Bez względu na pogodę czy też porę roku ćwiczymy na zewnątrz, w warunkach zbliżonych do pól bitewnych.

- Co to za pole bitwy, skoro można napić się wody i odpocząć w cieniu? - wytknął Est, dłonią w rękawiczce wskazując pluszczącą fontannę. – Sądziłem, że paladyni są wytrwali i nieugięci.

- Zapewniam cię, Zaklinaczu Żywiołów, iż opacznie zrozumiałeś ideę fontanny.

Est odniósł wrażenie, że Aarim uśmiecha się pobłażliwie, zupełnie jak Mag... Nic bardziej mylnego. Niezwykłe oczy niebianina były zimne niczym złote korony w królewskim skarbcu.

- Przezwyciężanie słabości jest wyjątkowo trudną sztuką, zmusza bowiem do nagięcia woli, przeciwstawienia się podstawowym potrzebom oraz instynktom gwarantującym przetrwanie. Poziom trudności wzrasta, gdy środek ku spełnieniu jest zaledwie na wyciągnięcie ręki, nieprawdaż? Zastanów się zatem, jak sromotną porażką dla dumnego rycerza Zakonu Paladynów byłoby skorzystanie z tak kuszącej sposobności podczas forsownego treningu.

Zdumiony Est nie wygłosił opinii, jakoby paladyni byli szurnięci. Już nawet nie bezlitośni czy fanatyczni w stosunku do swej misji, ale najzwyczajniej w świecie pomyleni, by poddawać się tak wymyślnym torturom.

I czyni ich to skrajnie niebezpiecznym orężem w rękach wybitnych strategów, jakimi są niebianie. - Wzdrygnął się słysząc własny, a jednocześnie wciąż obcy głos. - Nieliczni, acz nie mniej przez to groźni synowie rodu Asmodeuszy władają niepozorną mocą, której nie należy bagatelizować.

Chłopaka zmroziło. Skąd… skąd on to wiedział? I czemu dzielił się z nim skrawkami informacji w losowych sytuacjach? Kiedy to się zaczęło? W dniu, w którym bransoleta się przebudziła? Gdy po raz pierwszy zajrzał w głąb siebie?

I akurat teraz, kiedy Est rozpaczliwie domagał się wyjaśnień, Głos postanowił złośliwie ucichnąć.

- Estalavanesie, dlaczego ciągniesz się za uszy?

- E? - Wyrwany z otchłani beznadziei półsmok mało inteligentnie spojrzał na rycerza-dowódcę. Wkrótce połapał się o czym tamten mówi i natychmiast puścił piekące płatki uszu. - Wybacz, taki odruch na tle nerwowym. Mistrz twierdził, że ma to związek z moim dzieciństwem.

- Rozumiem - mruknął Aarim, przenosząc zobojętniały wzrok w stronę napinającego cięciwę półnagiego Niskowyżanina. - Zechciej, proszę, ukrócić samowolę przodownika Colonella. Niebawem podadzą popołudniowy posiłek, a nie chciałbym odraczać narady z przyczyn… - Zamilkł, jak gdyby nie potrafił dobrać właściwych słów. Est przyjrzał mu się spod uniesionych w oczekiwaniu brwi. - Nie chciałbym odraczać narady.

Rozczarowany tak banalną odpowiedzią Est wzruszył z rezygnacją ramionami i przespacerował się krużgankiem do miejsca, w którym odbywał się trening łucznictwa. Zafascynowany zatrzymał się przy jednej z kolumn podtrzymujących galerię. Z zapartym tchem przypatrywał się najemnemu zwiadowcy objaśniającemu jednemu z przyszłych rycerzy, jak prawidłowo trzymać łuk, a potem wycelować. Est nigdy przedtem nie widział na jego wymalowanym obliczu tak poważnego, skoncentrowanego i pełnego pasji wyrazu. Chciał zapamiętać tę chwilę, wyprzeć najgorsze wizje i momenty ze wspomnień, by zastąpić je dokładnie takimi jak ta.

- …pamiętaj, że chwyt na majdanie ma być pewny, ale luźny, o tak - tłumacząc, Colonell ustawił się bokiem do drewnianej tarczy zawieszonej na ściance oddzielającej podwórka treningowe. Lewą ręką ujął środkową część łuku i zademonstrował jak broń swobodnie spoczywa w jego uchwycie. - Posługujesz się długim łukiem, więc drugą dłonią zawsze trzymaj cięciwę, nie strzałę. - Dwoma palcami prawej dłoni złapał wbitą w ziemię strzałę i osadził ją na cięciwie w taki sposób, by promieniem dotykała prawej strony łęczyska. - Kiedy naciągasz, skup się na barku, nie ramieniu. To bark odpowiada za naciąg cięciwy. - Zatoczył obszerny perfekcyjny łuk, aż mięśnie ramion i pleców zatańczyły pod skórą, naprężając się do granic możliwości. - Maksymalnie naciągnięta cięciwa powinna delikatnie dotykać końcówki twojego nosa i podbródka. Wtedy celujesz... – Lekko przechylił górne ramię łuku w lewo i wyprostowany jak struna, niewidocznym dla oka ruchem wypuścił pocisk. Grot ze świstem przeciął powietrze, trafiając w sam środek czarnego okręgu. - Zwalniasz strzałę nieznacznym odgięciem palców, samymi opuszkami. Strzelasz. Powtarzasz. - Zakończył z pełnym samozadowolenia skrzywieniem ust, którym oczarowywał widownię, nieważne czy były to urzeczone popisami kobiety, czy pełni podziwu dla jego umiejętności mężczyźni.

Szmer uznania przebiegł przez audytorium. Rekruci wymieniali między sobą uwagi oraz spostrzeżenia dotyczące techniki stosowanej przez człowieka Niedźwiedzi nie mając pojęcia, że z tego konkretnego łuku zginął jeden z zakonnych braci. Morderca bynajmniej nie zamierzał ich uświadamiać, chcąc pozostać ich nieskromnym autorytetem. Colonell, jak każdy człowiek, chętnie karmił swą próżność, równocześnie czerpiąc niemałą satysfakcję z przekazywania wiedzy początkującym strzelcom, choćby należeli oni do znienawidzonego Zakonu.

Wolną ręką Col otarł pot z czoła, zaczesał opadające włosy na tył głowy i zerknął mimochodem na wejście do gmachu. Zaniepokoił go widok paladyńca stojącego w półmroku krużganka. Wykute w alabastrze arystokratyczne rysy nie zdradzały niczego, lecz skrzyżowane na muskularnym torsie ramiona mówiły, że coś jest na rzeczy. Nie przyszedłby tu na darmo. I gdzie jest Esti? Przecież obaj wybrali się poza mury rozstrzygnąć dręczącą chłopaka kwestię tajemniczego prześladowcy. Czyżby coś się stało?

Już miał podejść do niebianina, kiedy młodzieńcy rozstąpili się, a on sam zarobił mocne uderzenie w klatkę piersiową, które nieomal zwaliło go z nóg. Upuścił łuk, gdy szczupłe ręce owinęły się wokół jego szyi, a smukła sylwetka przywarła do niego z siłą, jaką niosła ze sobą niewysłowiona tęsknota. Dając się porwać romantycznemu uniesieniu, Colonell objął chłopaka w talii, pochylił się ku białym wargom i… w porę się opamiętał, zauważając wpatrzone w nich kilkanaście par oczu.

Paru zażenowanych młodych ludzi odwróciło głowy, niemniej znakomita większość stała rażona gromem przestępstwa, jakim była niepojęta bliskość dwóch mężczyzn. I tylko jeden rekrut miał w sobie na tyle odwagi, by gapić się na białego elfa wypatrując w nim cech przedstawicielek płci przeciwnej. Jednakże dopasowany czarny bezrękawnik oraz spodnie o wąskich nogawkach wpuszczonych w cholewy wysokich wojskowych butów nie pozostawiały złudzeń. Zaklinacz Żywiołów, tak jak przodownik Niedźwiedzi, niezaprzeczalnie był mężczyzną.

- Nie róbcie zbiegowiska, nie jesteście naganiaczami na targu - donośny głos rycerza-dowódcy przywołał ludzi do porządku.

Jak na komendę zgrzytający niepełnymi pancerzami rekruci zwrócili się frontalnie do zmierzającego ku nim dostojnego młodzieńca w błękitnym stroju. Wszyscy poza jednym, którego najbliższy kompan boleśnie upomniał, gdyż nie odrywał on wzroku od niecodziennej sceny z najemnikami w rolach głównych.

- Wracajcie do zajęć. A jeśli macie wolnego czasu w nadmiarze, zgłoście się do swoich przełożonych, niezwłocznie przydzielą wam nowe obowiązki. – Sir Aarim wkroczył między podzieloną grupkę, zatrzymując się na wprost zastygłych w uścisku prowodyrów zamieszania. – Odnosi się to i do was. Siejecie zgorszenie wśród młodych ludzi o czystych, nieskalanych sercach.

- Podejrzewam, że niejeden z nich ma już skalane serce - burknął Colonell, popatrując na czerwieniących się rekrutów. - Gdyby tylko serce - dodał z cynicznym uśmieszkiem, którego nie ukryła przystrzyżona broda.

Aarim zlekceważył jego zaczepkę. Przeciągając potępiające spojrzenie zawrócił bez słowa.

Skołowani chłopcy nie wiedzieli co ze sobą począć. Prędko znalazł się jeden rezolutny, który zarządził koniec ćwiczeń i jako pierwszy zebrał się do opuszczenia podwórza. Reszta, nie mając lepszego planu, poszła w jego ślady, zaciskając dłonie na treningowych łukach.

Colonell bez oporów ucałował czubek głowy chłopaka i zmierzwił czarną grzywę, po czym odsunął go od siebie na długość ramion.

- Też się cieszę, że cię widzę, Esti! – Złośliwy grymas złagodniał, kiedy rozgrzewające serce ciepło rozjaśniło oczy mężczyzny. - Czym sobie zasłużyłem na takie powitanie? I to na oczach tylu świętoszków. Chyba mi tu nie zemdlejesz, co?

- Cieszę się że żyjesz, Col – wymruczał Est. Ulga i radość, jakich doznał na dźwięk barytonu ukochanego, wymazały z jego pamięci ostatnie makabryczne obrazy. Nie chciał psuć momentu przytaczaniem tego, przez co przeszedł. Chciał tylko na niego patrzeć i zapamiętać go takim, jakim jest. - Po prostu żal mi czasu marnowanego na przejmowanie się zdaniem innych.

Col był cokolwiek zmieszany deklaracją kochanka, zupełnie nie pasującą do jego wycofanej, płochliwej osoby. Drapiąc się po nagim karku próbował ogarnąć rozumem tę drastyczną zmianę. Nie zdołał.

- Albo się wreszcie obudziłeś, dzieciaku, albo jest coś, o czym nie powinienem… - Dojrzał zaschnięte płaty błota na czarnym ubraniu i zmarszczył brwi, gubiąc się w myślach. - Zaraz, tarzałeś się w błocie? - Popatrzył za oddalającym się paladynem, a raczej za jego ubłoconymi spodniami. - Obaj się tarzaliście. A mnie tam nie było.

Uszy speszonego Esta opadły, gdy pojął aluzję.

- Jak rany, Col, to nie tak jak ci się wydaje! – zawołał, widząc śniade palce rozcierające warstewkę suchego błota. - Ja leżałem, a on siedział! Ech, to chyba nie brzmiało zbyt dobrze…

- Wyjątkowo niefortunny dobór słów, Esti. - Przodownik roześmiał się, pieszczotliwie ciągnąc za długie ucho, ubiegając tym gestem nieszczęśliwego chłopaka. - Ufam ci, dzieciaku, co nie znaczy, że nie będę ci tego wypominał.

- Idź wyłysiej - fuknął Est, przed sekundą zawstydzony, teraz urażony niestosownym humorem partnera. Odtrącił jego dłoń i rzucił nieprzychylnym okiem na nagi tors porośnięty ciemnymi kędziorkami. Zrobiło mu się nieobyczajnie gorąco. - I ubierz się z łaski swojej. Gorszysz chłopaków.

- Ciebie już nic nie gorszy, więc padło na nich.

Mrugnąwszy porozumiewawczo, Col potulnie wykonał rozkaz. Wymijając Estiego podszedł do przewieszonej przez balustradę krużganka bluzy i przeciągnął się ostentacyjnie, prezentując w pełnej krasie wynik systematycznych treningów łuczniczych. Est udawał, że nie interesuje go ta prymitywna demonstracja męskości, lecz nie potrafił zapanować nad krwią buzującą w żyłach.

Dopiero chrząknięcie rycerza-dowódcy ostudziło ich ciągoty. Niezrażony naganą chłopak obejrzał się na Aarima tylko po to, by wrócić do przekomarzanki z partnerem.

- Lubisz gorszyć młodych chłopców, prawda?

- Powiedział ten, co to rzucił mi się na szyję jak stęskniona panienka.

- Czy możecie darować sobie tę nic nie wnoszącą konwersację? - Czekający przy drzwiach Aarim wyglądał na zniecierpliwionego. – Naglą mnie powinności, których zmuszony jestem dopilnować osobiście, a nie popełnię błędu, posyłając z wami któregokolwiek z moich podkomendnych.

- Nie wiem o kogo bardziej się boi, o nas czy o nich - warknął półgębkiem Colonell, z trudem wciągając na spocone ramiona bluzę. Poprawił wywinięty kaptur i podniósł z trawy ulubiony sfatygowany łuk, dołączając do Esta. Razem podążyli w kierunku rozdrażnionego paladyna zostawiającego ich w tyle.

Colonell Niedźwiedziogrzywy wbrew swym uprzedzeniom przyznał, że zaczynało mu się podobać życie nie tyle w samym garnizonie, co w miejscu, do którego nie sięgały pokrętne machinacje jego bezwzględnego, chorobliwie ambitnego ojca. Z dala od narzucanych mu obowiązków, odpowiedzialności za podwładnych i duszących czarnych murów Twierdzy. Nareszcie był panem swojego losu. Księciunio mógł wykładać monety w zamian za usługi, ale nie kupował tym jego posłuszeństwa wobec własnych kaprysów.

A jednak wolność wciąż pozostawała wyłącznie złudzeniem, w jakie usilnie wierzył. Jest najemnikiem, w jego fachu śmierć to brutalny i jakże trafny jej synonim. Tylko ona uwolni go od kontraktów i zleceń. Nie zależało mu na niczym, ani na nikim. Nie szanował nikogo, nie szanował niczego, nie szanował swojego, ani tym bardziej cudzego życia. Kiedyś, w szczenięcych latach bójek i pojedynków, kusił los łapiąc śmierć za bary, zaglądając jej w oczy i śmiejąc się w twarz. Była to forma rozrywki, równie dobra co picie i swawolenie z sobie podobnymi. Aż poznał chłopaka, który diametralnie odmienił jego spojrzenie na przyszłość. Odmienił spojrzenie na siebie samego i to, co robi ze swoim życiem.

Colonell Niedźwiedziogrzywy nie chciał umierać. Już nie. W tym zepsutym, zimnym świecie żył dzieciak będący dla niego wszystkim: najczystszym przejawem wolności, któremu gotów był zawierzyć, nadzieją, jaką pragnął żywić oraz miłością, której dotychczas nie dostrzegał.

Przodownik odetchnął cicho, ukradkiem zerkając na idącego obok kochanka. Zaklinacza Żywiołów. Pół krwi smoka. I cholera jedna wie, co tam jeszcze z niego wyjdzie...

***

Niewielka, skromnie urządzona sala sąsiadująca z celami gościnnymi po raz trzeci służyła im za jadalnię, ale nie było to jej jedyne zastosowanie. Kiedy oddelegowani do tego zadania rekruci uprzątnęli zastawę i przetarli blat, Aarim rozwinął na nim ogromną mapę przedstawiającą Estarion w całej okazałości, od wiecznych lodowców i Srebrzystych Szczytów północy, po wysunięty w głąb oceanu Popielny Hak skwarnego południa. Na zachodzie niemalże pionowa linia znaczyła rubieże Ramneii, natomiast na wschodzie – granicę z Ziemią Niczyją zwaną w języku imperialnych elfów Atur Oyal. Docisnął brzegi wyprawionej skóry prostokątnymi żelaznymi ciężarkami i ze splecionymi ramionami obejrzał krytycznie swoje dzieło.

Wtem u jego boku zmaterializowała się Leos. Jej granatowe oczy błyszczały w gorączce, pochłaniając kartograficzne arcydzieło.

- Jest piękna - wyszeptała z zachwytem, siłą woli powstrzymując się przed dotknięciem powierzchni mapy. - Spójrzcie tylko na detale! Góry, rzeki, jeziora i lasy wyglądają jak prawdziwe… I te żywe barwy… A ile odcieni! Czyje to dzieło? - Roziskrzony wzrok przeniosła na niebianina, który zdawał się lekko zakłopotany jej entuzjazmem. - Ile razy była już odnawiana? Och, uwielbiam mapy. Dzięki nim możemy zobaczyć Estarion w całości! Moja matka opracowała ich całkiem sporo. Była nadworną czarodziejką, a zarazem kartografem w Zielonych Bramach.

Est parsknął mimowolnie, dojrzawszy jak skonsternowany Aarim umyka spojrzeniem. Dopiero obserwując tę dwójkę zauważył, że podejście paladyna do piromantki było inne, niż gdy rozmawiał z zaklinaczem lub przodownikiem. Czy to dlatego, że Leos była nader żywiołową i prostolinijną dziewczyną? Będzie musiał zwrócić na nich większą uwagę, bo może wyniknąć z tego intrygujący eksperyment potwierdzający czy niebianin naprawdę jest tak oziębłą, niezdolną do współodczuwania kreaturą, jak twierdzi.

I tak się złożyło, że teraz była po temu idealna okazja, jako że książę zmierzył wyczekującą dziewczynę spojrzeniem pozbawionym zwykłej mu obojętności.

- To owoc mojej wieloletniej wędrówki – oświadczył. Oparłszy dłonie o blat, skoncentrował się na szczegółowej topografii. Nie potrafił przyjąć zwyczajowego chłodnego tonu kiedy była tak blisko. Zaprzestał także sondowania jej uczuć pojmując, iż w ten sposób pogwałca prywatność młodej kobiety. Bynajmniej nie chodziło o skomplikowaną sentymentalność oraz czułostki wiodące prym w jej niewinnym sercu. Wcale nie deprymowały go wkradające się poprzez aurę emocje czarodziejki. Uznał swe działania za niewłaściwe i postanowił przychylić się do prośby Estalavanesa, zacząć rozmawiać, przynajmniej na początek. Z nim. I z nią. To nie może być nic trudnego. Pogawędka z ludzką kobietą nie może być trudniejsza od bezpośredniej konfrontacji ze Śniącymi.

- Aarimie, przecież to arcydzieło! - Zaaferowana Mała Niedźwiedzica nie przestawała przyglądać się drobiazgowym kształtom wymalowanym na cienkiej skórze. Wypieki na upstrzonych piegami policzkach zaróżowiły nosek i czubki zaokrąglonych uszu. - Tu mieszkałam z matką! - Wskazała palcem gęsto zadrzewiony obszar leżący mniej więcej w połowie drogi między Adeilą, a umiejscowionym w zakolu jeziora Świetlistej Otchłani Aneil’Aranth. – Przez okrągły rok jest tam cudownie zielono pośród olbrzymich, rozłożystych sekanów. Kochałam pałacowe ogrody, bo rosło tam tyle pięknych kwiatów i ziół, że nigdy się nie nudziłam. A mama… Mama często mi o nich opowiadała.

Colonell obszedł stół i zajrzał przez ramię dziewczyny, pocieszająco kładąc dłoń na jej drobnym, okrytym czerwoną tuniką barku. Ciekaw był gdzie urodziła się i żyła jego siostra zanim osiadła w domku pustelnika. Oraz jak wiele kilometrów dzieliło ich miejsca narodzin. Nie musiał nawet liczyć, na pierwszy rzut oka widać było że zbyt wiele, by kiedykolwiek przypadkiem spotkać się poza Twierdzą. Puszcze Niskowyżu rozpościerały się na południowym zachodzie, nieopodal pogranicza Ramneii, podczas gdy Zielone Bramy były, całkiem rozsądnie, określane mianem Serca Estarionu. Znajdowały się bowiem w centrum ludzkiej krainy, tuż przy brzegu majestatycznej Żywej Rzeki.

W trakcie swojej chłopięcej tułaczki w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia dla Kirii i dziecka rosnącego w jej łonie, Col umyślnie omijał największe ludzkie siedziby z obawy, że przyciągnie zbędne zainteresowanie. Lecz im dalej brnął na północ, tym szanse na rozpoznanie go malały. Dla mieszkańców Adeili był tylko dziwnym małolatem o jeszcze dziwniejszym kolorze skóry oraz najdziwniejszym malunku na połowie twarzy. I kiedy już się tam zadomowił, nikt nie wpadł na pomysł, by wypytywać go o pochodzenie. Był jednym z nich. Jednym z licznie napływających zewsząd szczurów zakładających gniazda w kanałach głęboko pod ulicami miasta i próbujących szczęścia w śmiercionośnych rozgrywkach o władzę oraz wpływy. Za sprawą złośliwego zrządzenia losu znów utknął w Adeili - tym razem wewnątrz przeklętych murów paladyńskiego garnizonu. I to z czyjej winy? Zagubionego jak on sam stworzenia.

Wiedziony ciekawością Est przeoczył zamglony wzrok Colonella wlepiony w mapę, wciskając się pomiędzy księcia i dziewczynę. Ku swojemu rozczarowaniu, jako jedyny nic nie rozumiał z rysunków, które w rzeczy samej były dziełem sztuki. W sam raz do oprawienia i powieszenia na ścianie, ponieważ tym właśnie dla półsmoka były wszelkiego rodzaju mapy: niespotykanie starannymi obrazkami. Mistrz co prawda usiłował wdrożyć ucznia w arkana interpretowania skalowanej mapy krainy, lecz Est nie wykazywał talentu - ani chęci - by skutecznie przyswoić sobie tę lekcję. Uważał, że do niczego mu się ona nie przyda. Był w błędzie. Precyzyjnie odwzorowana rzeźba Estarionu była teraz dla niego niczym innym, jak konturami cieszącymi oko, a przez to odciągającym uwagę od najistotniejszych elementów.

Wstydząc się głośno przyznać do swoich braków, chyłkiem się wycofał, pozwalając paladynowi przejąć inicjatywę.

- Naszym celem jest Aneil’Aranth, stolica Estarionu. - Książę stuknął paznokciem półkoliste jezioro srebrzące się w dolnej części impregnowanej skóry. - Jeżeli wyjedziemy z Adeili z nastaniem jutrzejszego świtu, nie zmęczymy zwierząt nadmiernym wysiłkiem i będziemy zatrzymywać się wyłącznie na nocny spoczynek, podróż zajmie nam nie dłużej niż tydzień. - Przesunął opuszkiem od miasta garnizonowego po stolicę, kreśląc niewidzialne zawijasy ich z góry zaplanowanej trasy. - Mamy do przebycia Żywą Rzekę. Za Zielonymi Bramami rozciąga się solidny most. Tam też przenocujemy w garnizonie. To będzie jedyne warowne miasto na naszym szlaku. Kolejne noce spędzimy w przydrożnych gospodach lub w leśnych ostępach i zagajnikach, w zależności od pogody. Wolałbym jednak nie przeciążać naszych sił koniecznością trzymania warty, ponieważ gdy zbliżymy się do południowych granic, znajdziemy się w strefie ciągłego zagrożenia.

- To dlaczego jedziemy tylko we czwórkę? - Colonell wrócił na poprzednie stanowisko, naprzeciwko Aarima. - Nie lepiej byłoby zabrać eskortę? Młokosom przydałyby się manewry w terenie.

Rycerz-dowódca odrzucił jego koncept stanowczym ruchem głowy.

- Wykluczone. Paladyni, nawet młodzi i niedoświadczeni rekruci, potrzebni są tutaj. Zabranie choćby jednego z nich stwarza realne niebezpieczeństwo dla północnego wschodu. - Pochylony nad mapą niebianin przyjrzał się najemnikowi. - Rozumiem twój tok myślenia, Colonellu, aczkolwiek jest to niemożliwe. Nasza czwórka musi sobie poradzić. I chociaż mamy zaprawdę wiele garnizonów rozrzuconych w Śródlądzie oraz na Południu, to w obliczu tego, co nadchodzi, jest ich tragicznie mało.

- Paru Śniących stanowi aż taki problem dla zjednoczonej armii Zakonu Paladynów? Przecież wasza ciężka kawaleria nie ma sobie równych na całym Khaldunie.

- Colonellu, Śniący mogą w zatrważająco krótkim czasie uformować armię z opętanych lub zindoktrynowanych ludzi. Wiedzcie, iż rycerze Zakonu są jedynymi wolnymi od ich niszczycielskiego wpływu wojownikami. Mistrzowie w posługiwaniu się magią tworzenia potrafią zakłócić zarówno proces zawładnięcia umysłem, jak i zapobiec jego finalnemu efektowi. Nie możemy więc ryzykować, jako że każdy z nich jest w tej chwili na wagę złota. - Przymknąwszy oczy, książę ucisnął nasadę nosa kciukiem i palcem wskazującym, jakby obecna sytuacja rzeczywiście była tak beznadziejna, jak ją przedstawiał. - Wielu z nich ma rodziny w podległych swoim rejonom miastach, wsiach i osadach. Nie mógłbym ich oddzielić od bliskich żądając, by walczyli na obcych ziemiach. Niemniej nie ulega wątpliwości, iż arcypaladyn wkrótce zmobilizuje ludność oraz skomasuje wojska w punkcie zapalnym. Kwestią sporną pozostaje region, w którym objawi się najpotężniejszy Śniący. Może to być południe, gdzie zbuntowana arystokracja odchodzi od zmysłów popadając w krwawe szaleństwo. O ile nie jest to fortel mający na celu odwrócenie naszej uwagi od prawdziwego miejsca pobytu Śniącego.

- Czyli i tak wyślesz ich na front. - Colonell nie dawał za wygraną. Logika niebianina była zbyt zagmatwana jak na jego najemne standardy. - Co to za różnica: teraz czy zaraz?

- Zasadnicza, Colonellu. Rozpoczną walkę w obronie rodziców, żon oraz dzieci. Wówczas spostrzegą, iż dysponują umiejętnościami zdolnymi odeprzeć wrogą nawałę. Ostatecznie skończą na froncie, w pełni przekonani o słuszności wojny, jaką stoczą za Estarion. - W głosie Aarima dźwięczało echo inspiracji, bojowego ducha zagrzewającego do walki. - Czy wiesz jaką motywację i determinację odnajdują w sobie ludzie, kiedy widmo zagłady pada na ich domy oraz potomstwo? Gdy śmiertelne zagrożenie zawiśnie nad wszystkim co kochają i co tworzyli przez lata? Czy wróciłbyś teraz do Kompanii Najemnej Niedźwiedzi wiedząc, iż są na krawędzi upadku? Porzuciłbyś Estalavanesa?

- Już zrozumiałem, nie musisz być taki dosłowny.

Skarcony najemnik spuścił wzrok na mapę i skrzyżował ręce na piersi, sygnalizując koniec dyskusji.

Estowi, który w napięciu śledził przebieg narady, zrobiło się cieplej na sercu słysząc wypowiedź Aarima. Oraz wychwytując reakcję człowieka, którego darzył najgwałtowniejszym z uczuć. Chłopak rozumiał przesłanie rycerza-dowódcy. Do identycznych konkluzji dochodził z mistrzem w rozprawach o wartości życia oraz sile płynącej z pragnienia chronienia tego, co tworzy się i buduje z mozołem. Owszem, można zbudować wszystko od nowa, lecz straconego czasu nic już nie przywróci. Ani utraconych bliskich. Są na świecie wartości, których należy bronić za wszelką cenę, gdyż wraz z nimi traci się część siebie samego.

Leos z zapałem analizowała każdy punkt nakreślonej trasy zastanawiając się, czy wystarczy tydzień w siodle, by dotrzeć do stolicy. W tej skali dystans do pokonania zdawał się przytłaczający, ale nie raz już się przekonała na własnym doświadczeniu, że odległość na mapie mogła zmylić niewprawne oko.

- Kim właściwie są Śniący i Przebudzeni? To nie to samo? - Gładko zmieniła temat, rozpraszając ponure nastroje panujące w sali. – Wydawało mi się, że Przebudzeni to, hmmm, obudzeni Śniący.

- Przebudzeni powstają ze szczątków niegdyś żywych istot, to animowane truchła kierowane mocą Śniących - wyjaśnił Aarim, przybierając maskę niewzruszonego paladyna. - Kolokwialnie Przebudzonych nazywa się “żywymi trupami”. Podczas Wojny Bogów nie była to nagminna praktyka, dlatego podejrzewamy, iż wiąże się ona ze zbyt dużym obciążeniem energetycznym. Prawdopodobnie wymaga także absolutnego skupienia Śniących, na co w chaosie otwartej bitwy nie mogą sobie zanadto pozwolić. Skutkiem dopuszczanej się przez nich profanacji zwłok, stulecia po wojnie nadal palono zmarłych. Obrządek ten stosunkowo niedawno zastąpiono ceremonią grzebania w ziemi, gdyż palenie ciał okrzyknięto barbarzyństwem dalekim poszanowaniu cielesnych powłok zmarłych. - Książę z niesmakiem skrzywił usta. - Zakon Paladynów do tej pory nie uznaje innego sposobu żegnania swych braci niż całopalenie.

- Podobnie rzecz ma się u Niedźwiedzi - wtrącił Col.

- I za to należy się wam szacunek. - Ton niebianina nie brzmiał już tak oschle jak przed momentem. - Nie musicie się zatem obawiać, iż zmarli bracia powstaną przeciwko wam.

- Kim są Śniący, że potrafią wskrzeszać umarłych? - Czarodziejka spoglądała na paladyna spod czupryny niesfornych miodowych loków. Zachwyt ustąpił niepewności przeradzającej się w lęk przed nieznanym.

- Nie potrafią wskrzeszać zmarłych, lecz tymczasowo sprawować kontrolę nad zwłokami - sprostował książę. Odepchnąwszy się od blatu ruszył w stronę wysokiego okna, z którego roztaczał się widok na opustoszały dziedziniec. Zatrzymał się, dłonie łącząc za plecami. Nabrzmiałe deszczem chmury kłębiły się na nieboskłonie, podkreślając posępne rozważania rycerza-dowódcy. - Ciężko rzec, kim są Śniący. Przed Wojną Bogów dali się poznać jako byty podporządkowujące sobie gatunek ludzki. Z zimną krwią mordowali wszystkich stawiających opór, hojnie obdarzając swymi względami bezwarunkowo im posłusznych, nadgorliwych fanatyków. Mawiano, iż byli bogami, uśpionymi pierworodnymi Wszechmocnych budzącymi się po to, by odzyskać świat stworzony specjalnie dla nich. Wciąż jest to jedynie przesłanka na miarę wierzeń, iż ludzkość służyć im ma jako niewolnicza rasa spełniająca ich wszelkie zachcianki.

Est zadrżał niezauważalnie. Obecność w jego głowie skurczyła się i wzmogła czujność, nasłuchując co też niebianin ma do powiedzenia. Zrobiło mu się zimno, choć płomień ekscytacji podsycał mocny rytm pulsu. Nie rozpoznawał stanu w jakim się pogrążał, ale przypominał on chorobliwą gorączkę. Trząsł się, aż pełen żołądek podszedł mu do gardła.

Czuowiecy, niewolnicza rasa - podchwycił bezgłośnie. Bydło hodowane na sakralny ubój. Krótkowieczne, chaotycznie inteligentne istoty stworzone ku wygodzie znacznie potężniejszych, przewyższających ich bytów. Dopuść ich do władzy, a doprowadzą Estarion do ruiny. Spalą go w ogniu wojen i pogrzebią w prochach przerostu ambicji. Wyrżną w pień pozostałe rasy i zagarną ich ziemie. Ludzka hegemonia jest zarzewiem zagłady. Znane. Tak bardzo znane...

Jęknął, w ostatniej chwili zasłaniając sobie usta urękawicznioną dłonią. Była ciepła. Jego dłonie nigdy nie były ciepłe. Przerażały go własne niekontrolowane odruchy.

Aarim zerknął ku niemu znad ramienia, ale to Col był tym, który stanął tuż obok i objął go troskliwie. Wytatuowana twarz bezsłownie pytała czy wszystko w porządku. Est potaknął, lecz nieposłuszne ciało dreszczem zadało kłam jego zapewnieniom.

Stroszący brwi przodownik zamierzał się odezwać, lecz Leos ubiegła go, kontynuując nurtujący ją wątek Śniących i przekierowując uwagę pozostałych na siebie.

- Wychodzi na to, że niewiele wiadomo o Śniących. A jeśli przesłanki mówią prawdę, to mamy walczyć z… - urwała, uzmysławiając sobie naturę wroga. - Jeżeli to są bogowie, to jak mamy z nimi walczyć? Jesteśmy zwykłymi ludźmi...

- Leos, udało się to naszym przodkom, uda się i nam.

- Ale wtedy żyli bogowie – upierał się Col. Pokrzepiająco uścisnął partnera i zajrzał w złote, lekko przysłonięte powiekami tęczówki stojącego przy oknie niebianina. - A przynajmniej do momentu wybuchu wojny. Nie widziano ich od dwóch tysiącleci, więc albo się pozabijali, albo… - Zrozumienie rozszerzyło ciemnozielone oczy.

- Albo doskonale się ukrywają, tak jak czynią to smoki - dokończył za niego Aarim. - Tego nie wiemy. Najlepsi spośród ludzi królewskiego szpiegmistrza aktualnie zajmują się poszukiwaniami bogów.

- A ty i twój ojciec nie możecie ich wyczuć? - pytał zwiadowca nie kryjąc podejrzliwości. - Wyczuwasz Śniących, którzy rzekomo są jednymi z nich. Jak to się stało, że nie wybito ich do nogi?

- Colonellu, “wyczuwaniem” bym tej zdolności nie nazwał, bowiem jest ona jak podświadomość sygnalizująca uaktywnienie się dominującej prezencji na skraju mojego pola energetycznego. - Książę znów wyjrzał przez okno, za którym siąpił deszcz, zmieniając świat w poszarzały, malowany wodą pejzaż. - Teoria głosi, że nie wszyscy Śniący budzą się w jednakowym czasie. Nawet jeśli urządzono im czystkę, to jeszcze setki mogą spać kilometry pod ziemią.

Intuicja podpowiadała Estowi, że Aarim po raz kolejny poskąpił im prawdy. W innych okolicznościach zapewne zabrałby głos, mając kilka wątpliwości odnośnie ich punktu destynacji czy przeciwników, lecz teraz zabrakło mu sił, by aktywnie uczestniczyć w naradzie. Wprawdzie ujarzmił rozchwiane emocje, ale kosztowało go to mnóstwo nerwów i energii, a w połączeniu z ciepłym posiłkiem zalegającym w ściśniętym żołądku ogarnęło go znużenie. Potarł piekące powieki i odsuwając opiekuńcze ramię przodownika usiadł na jednym z krzeseł, tłumiąc ziewnięcie. Chyba opadł z niego stres związany z makabrycznymi wizjami.

Stojący tyłem paladyn oraz zwrócona do okna czarodziejka nie mogli tego zobaczyć, za to Col miał na niego baczenie i mimo że chłopak pokręcił głową na jego pytająco wygięte brwi, to mężczyzna nie odpuszczał.

- Powinieneś się położyć. - Tymi słowy zaalarmował Leos i Aarima, skłaniając Esta do konkretnej reakcji. - Wyglądasz jakbyś jedną nogą był w Pozaświecie.

- Zawsze tak wyglądam! – wybuchnął Est poniewczasie orientując się, jak buntowniczo zabrzmiała jego odpowiedź. Naprawdę był zmęczony, energia fizyczna wyciekała z niego niby woda z dziurawego wiadra, przez co zrobił się opryskliwy. - To tylko zmęczenie, nic wielkiego. Pewnie przez tę pogodę. Zaraz mi przejdzie.

Aarim zbliżył się do stołu i ostrożnie zbadał wzrokiem zaklinacza, szukając późnych symptomów obcowania z upiorem.

- Colonell ma słuszność, Estalavanesie. Dowiedzieliście się dość, by do kolacji sporządzić pytania, jakie nie nasunęły się wam do tej pory. Tymczasem przerwa może okazać się zbawienna dla wyciszenia niepożądanych emocji.

- Zaprowadzę cię do celi, Esti, a potem skorzystam z łaźni - zaproponował Colonell stając tuż za oparciem krzesła chłopaka. – Przyda mi się kąpiel. I lepiej żebyś się nie sprzeciwiał, bo inaczej cię tam zaniosę.

- Jak rany, dobrze, pójdę się położyć.

Est wstał i przeczesując palcami niesfornie opadające na czoło włosy, starał się stwarzać pozory opanowanego oraz pełnego werwy. Skończyło się na tym, że rąbnął wzmocnionym metalem noskiem buta o nogę stołu i ledwie utrzymując równowagę, wyszedł z sali odprowadzany sceptycznymi spojrzeniami.

- Sprawdzę co mu dolega.

Col podążył za nim, nie siląc się na grzeczności.

Leos popatrzyła z niepokojem na Aarima, ten jednak wpatrywał się w uchylone drzwi, za którymi zniknął Zaklinacz Żywiołów. Zamyślony nie dosłyszał słów czarodziejki i zmuszona była powtórzyć je głośniej.

- Czy zechciałbyś udać się ze mną do biblioteki? O ile w adeilskim garnizonie gościom wolno do niej wstąpić... - Uśmiechnęła się skromnie, odrobinę niepewnie. Towarzystwo księcia wzbudzało w niej pewnego rodzaju dziewczęcą nieśmiałość, o jaką siebie nie posądzała. Nawet wobec Esta nie odczuwała niczego podobnego, a przecież znała uczucia, jakie żywi do białego elfa.

- Jeżeli takie jest twoje życzenie, Leos. Zapraszam.

Aarim wskazał na korytarz i przepuścił Małą Niedźwiedzicę przodem, byle nie patrzeć jej w oczy. Wizyta w bibliotece nie była złym pomysłem, zważywszy iż jego zastępca, sir Cyryl, wiedział jakie należy poczynić przygotowania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz