sobota, 16 maja 2026

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 43

 

Zawierucha za oknem rozpętała się na dobre, kiedy dzika ulewa do wtóru potężnych grzmotów zdominowała noc. Burza nadeszła długo przed świtem i ostrymi włóczniami piorunów rozświetlała okolicę, na uderzenie serca podkreślając wnętrze maleńkiej celi upiornie bladą poświatą.

Estalavanes pomału uchylił powieki. Mrok zalegający w pomieszczeniu stał się półpłaską szarością, do której jego wzrok prędko się przyzwyczaił. Leżąc w całkowitym bezruchu wsłuchał się w bębnienie deszczu o szyby i rozejrzał ostrożnie z uczuciem zaspanego otumanienia spotęgowanego dziwnym, niezidentyfikowanym lękiem.

Kolejny błysk przeorał atramentową czerń nieba, aż mury garnizonu zawibrowały od huku kaleczącego wyczulone zmysły ledwie przebudzonego chłopaka. Colonell spał głęboko, a przynajmniej z pozoru tak to wyglądało. Zwiadowca miał czujny i lekki sen, o czym Est niejednokrotnie już się przekonał. Ale tak jak ze wszystkim, i od tego zdarzały się wyjątki.

Zaniepokojony półsmok zwinnie wyplątał się z objęć kochanka i usiadł na brzegu jednoosobowej pryczy. Obejrzał się na spokojną twarz człowieka, wczuwając w jego miarowy oddech oraz obserwując wznoszącą się łagodnie i opadającą klatkę piersiową porośniętą linią krótkich włosków. Spłynęło nań niewysłowione szczęście, aż z trudem powstrzymał się przed pocałowaniem kusząco rozchylonych warg. Nie chciał budzić partnera. Nie po dniu pełnym niechcianych atrakcji, ani tym bardziej po upojnie męczącej nocy spędzonej na wzajemnym zapewnianiu, dawaniu oraz otrzymywaniu.

Pioruny biły coraz częściej. Nawałnica przybrała na intensywności, dudniąc o parapety i obficie zraszając szyby wielkimi kroplami. Est wstał najdelikatniej jak potrafił, sięgnął po spodnie i wsunął je na nogi podchodząc do okna, przez które niewiele było widać. Zamknięte podwórko ogrodzone z czterech stron grubymi murami zalewały strugi wody i jedynie zmyślna żelazna kratka w ziemi odprowadzała nadmiar deszczówki do kanałów, chroniąc przed podtopieniem piwnice oraz korytarze garnizonu. Nie dostrzegał przez ścianę wody nic, co wzbudziłoby w nim popłoch. Cokolwiek było na zewnątrz w porze kolacji, w tej chwili znajdowało się już gdzie indziej. Czy to miejsce trzymało to coś na dystans? Czy też obecność tak wielu wojowników posługujących się uświęconą magią okazała się nieprzekraczalną barierą? I po co za nimi podążało?

Tyle pytań cisnęło mu się na myśl, lecz znikąd odpowiedzi. W wolnym od obowiązków czasie zagadnie o to Aarima. Ze skrajną świadomością śledzącego ich nieznanego koszmaru chłopak o rozchwianej, rozszczepionej osobowości raczej długo nie pociągnie.

W przerwie między ogłuszającymi hukami posłyszał podnoszącego się z posłania człowieka, postanowił więc udawać, że go nie zauważa, ale i tak jego uszy drżały, wyraźnie go zdradzając. W tym momencie ciemność nie była mu sprzymierzeńcem, bo na tle oślepiających rozbłysków widoczny był jak na dłoni.

- Nie możesz spać? – spytał zaspany mężczyzna. – Co ja gadam, na takim łóżku to i umarły by nie pospał.

- Jesteś tak duży i tak się wiercisz, że już dwa razy gramoliłem się na nie z podłogi – poskarżył się Est. Spojrzenia nie odrywał od podwórza i panoszącej się na nim wichury. Jaskrawe błyskawice raz po raz odbijały się na jego delikatnych rysach, tak jak bezlitosne gromy na długich płatkach uszu. – Żartuję, Col. Obudziłem się i chciałem trochę popatrzeć w noc. Istne oberwanie chmury. Jak rany, nie wyobrażam sobie jazdy na południe przy takiej pogodzie, a nie chciałbym afiszować się swoimi umiejętnościami.

- Jak dla mnie, to afiszuj się czym zechcesz i kiedy zechcesz, dzieciaku. - Col opadł na posłanie i jęknął, wsuwając ręce pod głowę. - Wszystko mnie boli. Ostatni raz śpimy we dwóch na tak wąskim wyrku.

- Zgoda. Ale wiesz, jak to się skończy: obaj przenocujemy na podłodze.

Est obrócił się, by spojrzeć na partnera. Był szczęśliwy widząc go w tak dobrym humorze pomimo nie najlepszego zwieńczenia dnia. Przejmujące uczucie, jakim pałał do niepokornego mężczyzny, trąciło w nim popioły nie do końca ugaszonych emocji.

- Esti, powiedz – odezwał się Col poważniejszym tonem - co cię tak wystraszyło na kolacji?

Chłopak momentalnie zmarkotniał.

- Ech, oczywiście że zauważyłeś – westchnął.

- Stwierdzenie, że byłeś blady jak ściana, byłoby dużym niedopowiedzeniem. Zbielałeś ze strachu.

- Jak rany, Col…

- Wybacz, to jest silniejsze ode mnie. Wyglądałeś co najmniej jakbyś ujrzał ducha w tych starych murach.

- Można tak rzec... - głos chłopaka przycichł, gdy skupił wzrok w punkcie na posadzce, wracając myślami do niezbadanych lęków. Nie chciał troskać Leos i Cola, a przecież i tak dowiedzieliby się o bezcielesnym ogonie kroczącym za nimi odkąd opuścili Twierdzę. Lepiej, żeby byli przygotowani na każdą ewentualność. - Wyczuwam dziwny, jakby widmowy byt podążający za nami od początku podróży...

Urwał w pół zdania. Właśnie się zorientował, dlaczego Aarim tak uparcie obstawał przy zapaleniu ogniska. Faktycznie chodziło o “drapieżnika”. Czy wyrywający się spod kontroli Leos ogień rzeczywiście był efektem jej rozkojarzenia, czy też Aarim niezauważalnie dopomógł dziewczynie? Chociaż teraz Est nie czuł obserwatora, to już sama wzmianka o nim powodowała ciarki na gładkiej skórze.

- I co w związku z tym? – zainteresował się Col. Odprężony, wyciągnięty na pryczy przypatrywał się chłopakowi z rosnącą ciekawością. - Jeśli sobie życzysz, wytropię go i dopadnę. Nie chwaląc się, to mój oddział zlikwidował grasantów.

Zwiadowca wygrzebał się z pościeli i prostując plecy, z leniwym pomrukiem przeciągnął nagie ramiona.

- Paladyniec wie? – dopytał.

Est powoli skinął głową, przenosząc niewidzące spojrzenie za okno.

- Jestem przekonany, że wie, ale chciałbym z nim o tym pomówić. To nie człowiek, żadna żywa istota – dodał złowieszczo. - Czuję to… “coś”, lecz nie umiem tego dojrzeć, jakby tam było i nie było równocześnie.

Colonell oparł łokcie o kolana i popatrzył na swoje splecione dłonie. Bezgranicznie wierzył dzieciakowi i jego nadnaturalnym zdolnościom, niemniej wizja szpiega niewiadomego pochodzenia nie chciała do niego dotrzeć. Nie mógł namierzyć czegoś, co prawdopodobnie nie istnieje w wymiarze fizycznym, a tym samym stawał się bezużyteczny dla drużyny.

- A teraz to czujesz? Jest w pobliżu?

- Nie. Ale było w obozie. I daleko za oknem jadalni. Zawsze w nocy.

I zawsze, kiedy Aarim był obok - wypomniały jego ponure myśli, lecz usta odmówiły przekazania tej wątpliwej konkluzji. Książę zdecydowanie nie mówił im całej prawdy.

- Ogień to odstrasza? To by tłumaczyło zbędne ognisko... Intrygujące, nie ma co.

- Tylko czego od nas chce? Na co czeka? - Est wpatrywał się w coraz gwałtowniejszą burzę, wciąż niczego nie dostrzegając. Cieszyło go, że tę noc spędzają pod dachem, gdyż nic nie wskazywało na to, by do rana miało się rozpogodzić. - To chyba nie jest smok spod Twierdzy. Rzeźnik z Głuszy.

- Też o tym pomyślałem, ale pytania i odpowiedzi lepiej zostawić paladyńcowi – skwitował Colonell. Przyglądał się przez chwilę ukrytej w mroku, zastygłej w niezdecydowaniu twarzy młodego przyjaciela, poruszającym się wargom odsłaniającym lśniące kły, dużym jasnozielonym oczom wpatrzonym w szaleństwa za szybą i uszom drgającym przy każdym głośniejszym grzmocie. Naga, biała jak śnieg skóra powlekająca zgrabne mięśnie torsu w zimnym świetle nabierała błękitnego, nierealnego odcienia upodabniając półsmoka do astralnych, baśniowych istot. - Nie ma sensu zadręczać się czymś, na co nie mamy wpływu. Chodź spać, dzieciaku. Możliwe że to nasza ostatnia szansa na spokojny sen.

Est zwiesił głowę rozważając słowa partnera. Racja, sam nic nie zrobi, nie miał nawet pewności czy to nie wybujała, paranoiczna fantazja płata mu tak bezlitosne figle.

W celi panował rozkoszny chłód, lecz zapraszająco rozłożone ramiona mężczyzny obiecywały znacznie więcej przyjemności. Kącik białych ust zadrżał delikatnie, kiedy zbliżył się do zwiadowcy i pozwolił objąć w pasie. Podziwiając z góry ukochanego całującego jego brzuch zapragnął przeczesać palcami pasemka ciemnobrązowych włosów, przesunąć je na krócej obcięte boki i poczuć jak łaskoczą wnętrze obu dłoni...

Wciągnął ze świstem powietrze, gdy czubek ciepłego języka pozostawił stygnący ślad wędrując od linii spodni ku pępkowi. Z niedowierzaniem zajrzał w rozpłomienione oczy Cola.

- Jeszcze ci mało?

- Ciebie nigdy dość, Esti - niski pomruk ostro zaprawiony pożądaniem zmieszał się z gromem zza okna. - W tym świetle wyglądasz jeszcze bardziej podniecająco niż w blasku gwiazd.

- Jak rany, Col, z jaką łatwością przychodzi ci prawienie tak zawstydzających komplementów! – Est ujął w dłonie szorstkie policzki, pogładził je kciukami i pochylił się ku śniadym, chętnym wargom.

- Za to ty z łatwością przechodzisz od słów do zawstydzających czynów, dzieciaku...

***

(10.07.2020)Ulewa wreszcie dała za wygraną, chociaż burzowe chmury nadal wisiały nad miastem grożąc falą zacinającego deszczu. Chłodne powietrze ciężkie było od wilgoci, tylko wiatr ucichł, gromadząc siły przed kolejnym natarciem na oddychającą napięciem Adeilę.

Siedzący na grzbiecie temperamentnego karego ogiera Est w zadumie zadzierał brodę spoglądając w niebo i zapominając, że towarzyszy rycerzowi-dowódcy w przejażdżce poza mury obronne. Skonsternował go widok tak wielu kobiet, mężczyzn oraz dzieci na upstrzonych kałużami brukowanych ulicach. Mimo rychłego załamania pogody ludzie biegali ze sprawunkami, pracowali, gapili się na przejezdnych lub spieszyli to tu, to tam, nie wiadomo za czym. Nie bez ulgi przyjął brak zainteresowania ze strony mieszkańców – bez względu na swoją niecodzienną aparycję krył się w cieniu sir Aarima, rycerza dumnie i obojętnie patrzącego wprost przed siebie znad karku muskularnego wierzchowca.

Est zerknął na poziomą oparzelinę na policzku paladyna i speszony powracającym wspomnieniem natychmiast wrócił do obserwowania nieboskłonu oraz drogi przed sobą. Zdusił przemożną chęć dotknięcia blizny w zagłębieniu szyi, uznając ten gest za wielce nietaktowny wobec jadącego w milczeniu kompana. Myślami wędrował wtedy do Cola, bo gdyby nie on, niebianin niechybnie wykonałby rozstrzygające pchnięcie. Byłaby to czwarta i prawdopodobnie definitywna śmierć białego elfa. Prawdopodobnie, ponieważ trzy poprzednie cudem przeżył.

Książę jakby przejrzał myśli półsmoka i zagłuszył je głosem ledwie przebijającym gwar tłocznej ulicy.

- Twój… przyjaciel wykazał się wyjątkowym zaufaniem puszczając cię samego z osobnikiem tak nieprzewidywalnym i bezwzględnym, jak dążący do twej zguby rycerz-dowódca. Niemal obyło się bez awantury. Winszuję ci daru przekonywania, Estalavanesie.

- Nazywaj naszą relację zgodnie z prawdą, Aarimie. W końcu nie jest dla ciebie tajemnicą, że jesteśmy kochankami. Celowo unikasz tego określenia. - Est starał się brzmieć równie oschle co niebianin, nie zdołał jednak zamaskować rozdrażnienia. Od pierwszego „treningu” przebywanie sam na sam z tym rycerzem rodziło w nim nieprzyjemną nerwowość. Nie potrafił się rozluźnić, a jakby tego było mało, stale sondująca go aura podminowała jego nastrój. - I nie wiem po co wtrącasz tę sugestywną pauzę.

Aarim nawet nie zaszczycił rozmówcy spojrzeniem.

- Słowo “przyjaciel” łatwiej mi wymówić. Być może dlatego, iż w moim przypadku częstotliwość jego stosowania przewyższa określenie “kochanek”.

Paladyn skierował olśniewająco białego konia ku bramie wyjazdowej na południu miasta. Karosz poszedł za nim bez konieczności sterowania jego krokiem. Kopyta ostatni raz zastukały na mokrym kamieniu głównej ulicy stającej się ubitym traktem, w całości przemienionym w błotnistą gruntową ścieżkę.

- Jak rany, skoro tak twierdzisz...

Est nie miał ochoty na podtrzymywanie jałowej dyskusji. W jego ocenie była bezcelowa, a jako wypełniacz nudy także się nie sprawdziła. Wolał już oddać się przemyśleniom, których od porannej pobudki zebrał niemało.

Tuż po prostym, energetycznym śniadaniu osobiście przedstawił Aarimowi swoje obawy dotyczące nocnego prześladowcy. Książę nie odpowiedział na postawione pytania i insynuacje, ba!, wydawał się wcale ich nie słyszeć. Wystosował tylko zaproszenie na przejażdżkę, wyłącznie we dwóch, do czego Colonell nieprzychylnie się odniósł. Przez nieprzychylność rozumiejąc otwartą wrogość i podejrzliwość. Oraz niewybredne słowa. Est po raz kolejny musiał uczestniczyć w starciu dwóch napuszonych indorów i ponownie nie wiedział, jak się zachować.

Nie miał pojęcia kiedy dokładnie rozpoczął mozolne nakłanianie przodownika do przystania na propozycję księcia, ale ostatecznie człowiek dał się udobruchać obietnicą zabicia czasu na ćwiczeniach z ludźmi Aarima. Oczywiście Col nie miał w planach walczyć z nimi na miecze, raczej skorzysta z okazji do odzyskania długiego łuku oraz swobody doskonalenia celności. Esta zdziwiło, jak niewiele potrzebował jego partner do szczęścia. A może była to dla niego alternatywa dla legalnego wyżycia się na znienawidzonych braciach zakonnych? Jeśli o Cola chodzi, to wszystko było możliwe i niczego nie można być pewnym.

- Tutaj się zatrzymamy – rozległo się donośne polecenie księcia. - Sądzę, że będzie to wystarczający dystans.

Aarim ściągnął wodze rumaka bojowego i z manierą wytrawnego jeźdźca zsunął się z siodła.

- Wypatrywanie go zza murów byłoby zbyt ryzykowne – wyjaśnił.

- Ryzykowne? - Est rozglądał się po okolicy, w szczególności koncentrując się na trakcie wchodzącym w gęsty las. Nie pojmował sensu zatrzymywania się tuż za granicami miasta. Prędzej spodziewał się tak zwanego treningu z samokontroli niż tego, co syn arcypaladyna zamierzał mu pokazać. - Może skrzywdzić mieszkańców?

- Nie, ale ty możesz.

Chłopak strzelił oczami w kierunku oszczędnego w słowach niebianina.

- Co przez to rozumiesz? - spytał lekko rozedrganym głosem, ześlizgując się z grzbietu karosza.

- Nie mogę oszacować twojej reakcji na niego, Estalavanesie. Zdumiewającym okazał się sam fakt, iż jesteś w stanie go wyczuć. - Złote tęczówki przewiercały zaklinacza spod półprzymkniętych powiek. - Sądziłem, że tylko ja to potrafię. Co najistotniejsze, nie chcę niepokoić naszych ludzkich towarzyszy. Nie wyczuwają go, toteż świadomość jego istnienia mogłaby negatywnie odbić się na ich psychice. Mogłaby ich osłabić, a jest to niepożądany efekt.

Do Esta wypowiedź paladyna dotarła dopiero po dłuższej chwili.

- Rozumiem... – wymamrotał. - Zdajesz sobie sprawę, że przed Colonellem nie mam sekretów?

- Owszem – potaknął niebianin, pusty wzrok zwracając ku gęstwinie ciemniejącej na horyzoncie. - Nie odwiodę cię od tej praktyki, wiedz jednak, iż jej nie pochwalam.

Półsmok zmarszczył brwi. Czego by nie powiedział przy tym wyzbytym ludzkich odruchów osobniku, zawsze kończyło się krytykującym komentarzem. A mimo to Est odczuwał w stosunku do niego pewnego rodzaju pokrewieństwo. Aarim miał swój punkt widzenia, dostrzegał problem z zupełnie odmiennej perspektywy niż on, co nie znaczyło, że na jego sercu nie leżało dobro osób, za które przejął odpowiedzialność.

Czy utrata człowieczeństwa to metoda księcia na udźwignięcie brzemienia, jakim niewątpliwie jest dbanie o poddanych? Aarim nie podjął wątku przy pozostałych, lecz nie znaczyło to jeszcze, że nie zamierzał przedyskutować go z nim na osobności. Leos i Colonella traktował jako dodatek do całości, jaką był Zaklinacz Żywiołów; Est był jedynym, którego postrzegał nie tyle za równego sobie, co podobnego, i wszelkie ważne kwestie najpierw omawiał właśnie z nim. Wspólnie decydowali, czy powiadomić resztę. Est nie czuł się z tym dobrze, ale podobało mu się to wyróżnienie. Karmiło jego próżność, którą niedawno odważył się nazwać, nadając jej kształt i przyznając przed samym sobą, że jego charakter składa się również z tych mniej szlachetnych przymiotów.

Zamyślony otrząsnął się słysząc niski, bezbarwny dźwięk dobiegający tuż z prawej.

- Jesteś gotów ujrzeć to, co czujesz, Estalavanesie? Ostrzegam, iż będzie to dla ciebie przeżycie nie tyle przerażające, co dogłębnie wstrząsające. Niewykluczone, że będziesz mieć trudności z dojściem do siebie oraz opanowaniem gwałtownych emocji. W skrajnym wypadku możesz postradać zmysły, dlatego proszę cię, byś rozważył swój następny krok. Oraz jego potencjalne konsekwencje.

Paladyn wpatrywał się w przestrzeń, jak gdyby zauważył coś lub kogoś niewidzialnego dla zwyczajnych śmiertelników. Est podążył za jego spojrzeniem, nikogo jednak nie dojrzał.

- Jak rany – sapnął, dygocąc od chłodnego powiewu lub ze zdenerwowania. - Chyba poróżniłem się z rozumem, skoro dobrowolnie pcham się w coś takiego. Jakie są szanse, że wyjdę z tego bez szwanku?

Wiedział, że Aarim nie próbuje go nastraszyć, chociaż jego ostrzeżenia były jednakowo szczere, co niepokojące. Jedyne co mógł zrobić, to poradzić się kogoś doświadczonego w tej sferze. Jakby w jego krótkim życiu nic się nie zmieniło, a miejsce mistrza zajął następca tronu o szorstkim obyciu. Czy Mag rzeczywiście to przewidział, czy jak zwykł wytykać Col, przewrotny staruszek sam to ukartował?

- Szanse są duże. - Taksujące wejrzenie posłane z ukosa prawie odwróciło uwagę Esta od aury drążącej mu dziurę we wnętrznościach. - Nie przeczę, iż możesz doznać szoku tak silnego, że nie odzyskasz poczytalności. Aczkolwiek mogę temu przeciwdziałać. Nie gwarantuję skuteczności, gdyż nigdy tego nie czyniłem, lecz jestem w pełni świadom swych zdolności leczniczych.

- Paladyni szkolą się w zakresie magii tworzenia, czy nie tak? - Est zaczynał się stresować, a w takich sytuacjach notorycznie odwlekał nieuniknione, ratując się jak największą ilością słów.

- Paladynom przychodzi ona z wrodzoną łatwością, Estalavanesie. Nie każdy może zostać rycerzem Zakonu.

Est kiwnięciem głowy przyjął tę informację do wiadomości. Przełknął ślinę, popatrując to na irytująco spokojnego księcia, to na skrawek lasu przed nimi.

- Jakim sposobem ty go widzisz, a inni nie? – zmienił nagle temat. - W tym momencie nawet go nie wyczuwam, a przez ostatnie dwie noce umierałem ze strachu.

- Ponieważ patrzy na mnie, a nie na ciebie, Estalavanesie. Nocą oddziaływanie jego prezencji jest zintensyfikowane, wówczas twoje zmysły się wyostrzają i wychwytują owe dyskretne zabiegi. - Aarim przerwał, zastanawiając się nad pewną możliwością. Wiedział kim jest „biały elf”, lecz postanowił utrzymywać go w nieświadomości. A przynajmniej do czasu, aż nabierze doń przekonania i pozna motywy, jakimi kieruje się ten nietypowy półsmok. – Skłaniam się ku wnioskowi, iż jesteśmy sobie podobni. O ironio, empatyczny biały elf oraz pozbawiony uczuć niebianin.

Słysząc to Est niemalże uwierzył, że Aarim uśmiechnął się sardonicznie. I miał rację - stojący nieruchomo młody rycerz uśmiechał się tym dziwnym grymasem ledwie przypominającym wygięcie kącików ust, ale jego oczy były zimne. Martwe. Aż przeszył go dreszcz.

- Tak Aarimie, dziwna byłaby z nas para... - rzucił bezmyślnie. Dopiero przedłużająca się cisza pchnęła go do refleksji. - Przepraszam, to bardzo niestosowny dobór słów. Powinienem lepiej wyrażać swoje myśli.

- Nie przepraszaj, masz słuszność. Mógłbym się wiele od ciebie nauczyć. Przez myśl mi przeszło, że… - Młodzieniec przekonująco udał chwilę wahania. Ze wzrokiem wbitym w murawę pod skórzanymi butami obrócił się przodem do półsmoka i począł zdejmować lewą rękawicę jeździecką. - Nie, to nieistotne o czym myślę, skupmy się na celu.

Est usiłował wyprzeć z siebie ulotne wrażenie, jakoby Aarim wcale nie pozorował tego, co zrobił, jak się zachował. Przez sekundę pomyślał, że niebianin odczuwa emocje, lecz na własny, indywidualny sposób. Może tak naprawdę nie było między nimi aż tak ogromnej przepaści, jak początkowo sądził? Odrzucił jednak tę ideę równie szybko, jak się pojawiła.

- Estalavanesie, przygotuj umysł, albowiem od tego, czego doświadczysz, nie będzie już odwrotu. To, co zobaczysz, wypali w nim trwały obraz. Będzie cię prześladować i nękać nawet jeśli nie zwraca się ku tobie - deklarował rycerz z bezkompromisową powagą, jakby wygłaszał ostatnie instrukcje tuż przed walną bitwą. Patrzył przy tym hardo w kocie ślepia truchlejącego chłopaka i wyciągnął ku niemu lewą dłoń wnętrzem do góry. - Możesz się jeszcze wycofać, jednakże nie otrzymasz odpowiedzi na swoje pytania.

- Jak rany, nie możesz mi po prostu na nie odpowiedzieć?

- Nie ma słów, które opisałyby tę grozę. Mowa nie jest w stanie zobrazować tego, czego zakosztujesz całym sobą. Dopiero kiedy poznasz prawdę, będę mógł wytłumaczyć resztę. Przepraszam.

Zapędzony w pułapkę ciekawości Est odetchnął przeciągle. Rozejrzał się bezradnie dookoła, a wzrastające w trzewiach napięcie nie dawało mu wytchnienia, uciskając płuca i spłycając oddech. Ponownie zerwał się wiatr szarpiący włosami i ubraniami. Wysoka trawa zafalowała, a odległy szum liści mroził krew w żyłach, śpiewał bowiem o sprawach, jakie trwały w niezmienionym porządku: o narodzinach i kroczącej za nimi śmierci, o lekkomyślnej odwadze oraz pierwotnej trwodze.

Est nie był odważny. Nie chciał zaglądać w wyczekujące złote oczy, ale jeśli teraz się rozmyśli, to równie dobrze może porzucić tę całą podróż na południe i poddać się z wolna pożerającemu go szaleństwu. A przecież mądry mistrz powtarzał, że uczeń powinien wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. A od siebie dorzucił, że należy kończyć to, co się zaczyna.

Zacisnął wargi w wąską kreskę, by ukryć ich drżenie. W jego szeroko rozwartych oczach nie było już lęku – tliła się w nich narastająca determinacja. Zbyt wiele razy uciekał przed wszystkim, co mogło go skrzywdzić. Wychowany wśród ludzi w atmosferze pogardy, szkolony pod opiekuńczymi skrzydłami mnicha z Północy nie dysponował dostatecznie rozwiniętym instynktem samozachowawczym, bo go nie potrzebował. Wszystko robił pod wpływem impulsu, nie tracąc czasu na zastanowienie. Tymczasem rzucony na głęboką wodę, niezależnie od wspierających go przyjaciół, musiał zadbać o siebie samego. Bo jeśli nie zadba o siebie, nie zadba też o nich.

- Co mam zrobić, Aarimie?

- Chwyć mnie za rękę i trzymaj. - Rycerz-dowódca nieco podniósł dłoń. - Nie wypuszczaj jej ani na moment. Nie bój się, iż uczynisz mi krzywdę. Ściśnij z całych sił i zaufaj mi. W miarę możliwości odpychaj od siebie negatywne bodźce. Moim zadaniem będzie strzec twego umysłu przed ingerencją wrogiej mocy.

Czy w spojrzeniu paladyna Est wyłapał starannie skrywaną obawę, czy też to jego własne lęki odbijały się w tym śmiałym, pewnym wyrazie? Nie wiedział. Tak jak nie wiedział, czego właściwie spodziewać się zarówno po niebianinie, jak i po tym, co niebianina śledziło.

- Jak rany, brzmi cholernie niebezpiecznie…

- Twojemu ciału nic nie grozi, lecz niezbędnym jest, abym powierzył ci część mej energii, stąd wymóg dotyku. W tych okolicznościach dłoń jest najodpowiedniejszą częścią ciała, gdyż palce mają solidny chwyt. Jeśli mnie puścisz, przytrzymam cię. – Zachęcająco poruszył palcami jakby dla potwierdzenia obietnicy. – Wiem, że potrafisz pobierać oraz przekazywać esencję, więc nie będę objaśniać tego nieskomplikowanego procesu. Przyjmij zatem to, co ci ofiaruję i postaraj się utrzymać na nogach. A gdy zajdzie konieczność, walcz.

Est nie wyprowadził kompana z błędu jakim było założenie, iż potrafi on pobierać moc od użytkowników magii. Nie umiał spożytkować własnej, toteż nie widział powodu, by czerpać dodatkowy ładunek z innych źródeł, tym samym nie miał sposobności zweryfikować, czy w ogóle jest do tego zdolny. Jak zaklęty gapił się na dłoń o jasnej skórze typowej dla ludzi Śródlądu, bezwiednie przełykając wzbierającą w gardle żółć. Panika wspinała mu się wzdłuż kręgosłupa i miał ochotę pleść co ślina na język przyniesie, ale świadomość, że tylko by wszystko niepotrzebnie utrudnił, zamknęła mu usta sprawniej niż hardy wzrok rycerza.

Kilka razy potrząsnął długouchą głową dla odpędzenia resztek wątpliwości, zwilżył wargi językiem i wyciągnął roztrzęsioną prawą rękę grzbietem ku górze, niechętnie przykładając ją do ciepłej dłoni Aarima. Paladyn, nie spuszczając czujnych oczu z białego elfa, uniósł ich połączone ręce na wysokość twarzy i splótł bielsze niż papier smukłe palce ze swoimi - twardymi i grubymi palcami wojownika nawykłego do dzierżenia ciężkiej broni. W normalnych warunkach Esta porwałaby fala wstydu i niczym płochliwa panienka wyrwałby rękę, lecz w tej sytuacji zaufał złotookiemu młodzieńcowi. Jasnym było, że to niezbędny środek zaradczy, bo skoro wspomniał, że mógłby stwarzać zagrożenie dla mieszkańców Adeili, to bliskie spotkanie z nienaturalnym szpiegiem zapowiadało się naprawdę niedobrze.

- Estalavanesie, spójrz w stronę, w którą i ja patrzę. Dostrzeż to, co dla mnie dostrzegalne i przyjmij takim, jakim jest... - Tembr niebianina był mocny i rozkazujący, jak gdyby jego posiadacz był jedynym prawowitym władcą Wszechrzeczy.

Aarim zacieśnił chwyt. Opuścił złączone dłonie i stanął na wprost lasu, przy rozlewającej się błotem ścieżce prowadzącej na południe, opustoszałej, nie licząc majaczącego w oddali chwiejnego, jakby rozmywanego podmuchami wiatru konturu.

Przez chwilę Est poił się esencją płynącą doń szerokim strumieniem. Jej nurt był tak żywy i energiczny, jak woda wartko płynąca w górach podczas wiosennych roztopów. Delektował się jej smakiem, odkrywał aromat, a pod przymkniętymi powiekami zachwycał pryzmatem rozszczepiającym barwy. Splótł palce mocniej, chłonąc czułym zmysłem fizyczną siłę ciepłej skóry. Było w tym coś intymnego - wymiana mocy tajemnej, przekazywanie wzajemnie po kawałeczku siebie. Est nie postrzegał tego w kategoriach perwersyjnej cielesności, nie wiązał z tym wrażeń, jakie dzielił w trakcie zbliżeń z Colonellem. To było zupełnie co innego i czerpałby z tego niemałą przyjemność...

Gdyby nie TO.

Stało tam. Z początku pomylił majaczącą na granicy widzenia postać z człowiekiem pieszo podróżującym gościńcem, jednak dość szybko skonstatował, że stoi on w miejscu, absolutnie statycznie, jak przedmiot martwy. Wydawał się zawieszonymi na skrzyżowanych kijach powiewającymi łachmanami... Nie, wiatr nie porywał obszarpanego materiału, lotnego żywiołu wcale tam nie było! To nie było nawet odzienie tylko naga, obrzydliwie poszarpana szara skóra opinająca wychudzoną sylwetkę, przeciwna wszelkim prawom Wszechrzeczy. Zniekształcała się i powracała do jednolitej formy tylko po to, by zwodzić i dręczyć umysł bezskutecznie starający się ogarnąć niebywałe zjawisko. Nieokreślonej natury maszkara znajdowała się naprzeciwko paladyna, daleko na obrzeżu lasu. Martwa. Bez ruchu. Jak słup wbity w ziemię. Zapomniana, niemniej wciąż pamiętająca słodycz życia.

Dreszcz wstrząsnął wychłodzonym ciałem, gdy Est przyjrzał się dokładniej. Skoncentrował się, wykorzystując napływającą poprzez dłoń esencję odsłaniającą przed nim straszliwą tajemnicę. Jego psychika oberwała potężną mocą, kiedy spojrzenie wytrzeszczonych skaleonich oczu spoczęło na niewielkiej łepetynce szkaradnej istoty. Strwożony cofnął się, lecz umysł z zatrważającą potulnością uległ koszmarowi na jawie.

Puste, bezdennie głębokie oczodoły zajmujące prawie całą wystrzępioną głowę skierowane były na niebianina, a to, co z nich wyzierało, wzbudziło w półsmoku strach tak druzgocący, że bezwiednie wykonał następny krok w tył. Stalowy uścisk zatrzymał go jednak w potrzasku. Panika nasilała się. Urywany dech przyspieszył niebezpiecznie, a serce tłukło o klatkę piersiową pragnąc się wyzwolić i umknąć przed pochłaniającą je istotą. Stwór zdawał się kąsać obserwowany obiekt, błagać, odgrażać, pożerać, pochłaniać, krzywdzić, a wszystko to na niesamowicie dużą odległość wzmagającą w chłopaku najniższe instynkty. Był przerażony jak nigdy przedtem! Kulił się, nie mogąc oderwać rozszerzonych źrenic od zdeformowanego, cherlawego kształtu uosabiającego każdą śmierć, tysiącletnie cierpienie ciemiężonych i niezliczone rany zadane niewinnym. Oraz niemoc w obliczu nieukojonej udręki całego świata, która pociągnęła go w dół, wessała do studni melancholii, niszczycielskiego połączenia strachu i wątpliwości...

…Chciał krzyczeć, lecz wysuszona krtań wydawała skrzypiące, ledwie słyszalne dźwięki. Musiał uciekać, ale nieznana siła trzymała go w miejscu, obdzierała ze skóry, wgryzała się w mięśnie, wypalała szpik z kości, byle dostać się do miękkiego, podatnego wnętrza osłaniającego słabującą duszę...

...i stał się katem w brutalnej kaźni Colonella dokonanej niewinnie białą dłonią ściskającą ząbkowany sztylet. Zaszlachtował ukochanego po raz pierwszy... po raz setny i po raz tysięczny, aż serce nie wytrzymało i pękło...

...czyniąc go świadkiem bestialskiego gwałtu na Leos, w którym odgrywał rolę oszalałego oprawcy wiedzionego prymitywnymi żądzami. Zmuszony do oglądania niegodziwości, której widok doszczętnie złamał jego wolę...

...zapatrzył się na eksterminację ludzkości, wszak to jego intencje oraz umyślne czyny do niej doprowadziły. A gorzka satysfakcja ogarnęła rozdartą na dwoje duszę, gdy własnymi rękoma uśmiercił starego człowieka będącego mu ojcem, przypieczętowując ostateczny upadek swojego człowieczeństwa...

Bezsilny przeciwko makabrycznym urojeniom pragnął wyłupić sobie oczy, byle tylko nie widzieć przemijających i nawracających urywków przyszłości. Zamknął w dłoniach twarz i z desperacką zajadłością drapał powieki, aż błonka pękła z obrzydliwym odgłosem i jej zawartość popłynęła gęsto wzdłuż policzków niby palące łzy żalu. Ciągle jednak doświadczał wizji nader wyraźnie. Mógł utracić wzrok, lecz koszmarne sceny płonęły wyryte w jego umyśle.

Złapał więc za skronie i uciskał je z mocą zrodzoną z czystej grozy. Siła w jego rękach wzmocniona przeżywanym terrorem wpijała się w mózg, spopielała i strzępiła nerwy w ciele. Niestabilna jaźń złamała się i upadając przewróciła filar poczytalności, roztrzaskując go na drobne kawałki, miażdżąc wolę życia i prowadząc go prosto ku nieuchronnemu samounicestwieniu.

Est znów pragnął umrzeć, zabić się, ażeby najpotworniejsze obrazy niszczonej woli nie weszły w życie, aby sam ich nie urzeczywistnił swymi działaniami. Naparł, aż czaszka pękła z ohydnym chrupnięciem. Rozerwany ciśnieniem mózg oraz odłamki kości ze wstrętnym plaskaniem pospadały w odrażającym deszczu krwi na czarną jak konająca dusza ziemię. Ale i to nie uwolniło go od niekończącej się tortury.

Sięgnął ku nagiej klatce piersiowej. Zakrwawione, usmarowane szarą mazią paznokcie zawzięcie orały białą powłokę, wyłamywały żebra i targały mięśnie oraz ścięgna, by dostać się do łomoczącego nieustępliwie serca, źródła wszelkiego bólu i cierpienia, którego zniszczenie przyniesie kres katuszom, ukoi, uleczy rany...

Lodowata, lepka od parującej krwi dłoń rozjarzyła się złotem i zacisnęła na ostatnim organie mającym nad nim władzę... Wtem czas zatrzymał się. Jednostajny rytm rozbrzmiewał wokoło. Spokojny, pogodzony z losem niezmienny rytm pompujący krew, płyn życia wyciekający pootwieranymi żyłami, plamiący więdnący, zdychający świat.

Śmierć.

Idealna droga ucieczki. Wierny przyjaciel i jedyna sprawiedliwość przybywająca do każdego, bez względu na rasę czy pozycję społeczną. Do kochającego i niekochanego. Do młodego i starego. Do bogatego i biednego. Do mistrza i ucznia. Do tych, którzy kochają żyć, jak i do tych z życzeniem śmierci. Do silnych i słabych. Śmierć jest nieunikniona, prędzej czy później go znajdzie. Prędzej. Czy później?

Prędzej…

…czy później?

Później, jako że śmierć nie ma do mnie przystępu. Odwieczne prawo natury wciąż pozostaje prawem, które można obejść, o ile osiągnie się najwyższe arkana znajomości Wszechrzeczy. Świat to wypadkowa przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości. Suma efemerycznych zdarzeń. Nakładające się warstwy. Przenikając je, zyskuje się panowanie nad aspektami determinującymi istnienie we Wszechrzeczy. Śmierć nadejdzie później, gdyż taka moja wola. Znacznie później...

Est wedle woli Głosu postanowił umrzeć później, by jeszcze raz poczuć bliskość ukochanego, objąć przyjaciółkę i zaznać piękna otaczającego go życia. Zapragnął ocalić ich wszystkich, choćby miał poświęcić siebie samego.

Podążając za echem bełkoczącej agonalnie świadomości budził się z pełnego okropieństw oraz tragedii stanu zbliżonego jawie. Zmysły powróciły, dojmująco zaznaczając swoją obecność. Chorował od ogromu informacji docierających do rozumu, oszałamiając go tuż u progu strzaskanej jaźni. Moc wracała do jego zmaltretowanego ciała, a skołatany umysł stopniowo odzyskiwał panowanie nad nim. Mocniej ścisnął śliską od potu rękę i kiedy otworzył oczy, ujrzał wydeptaną trawę pod ubłoconymi kolanami oraz czubki równie umazanych jeździeckich butów. Krztusił się i kaszlał niczym noworodek pierwszy raz zachłystujący się powietrzem pachnącym wilgocią i smakującym życiem. Kończyny zdrętwiały mu od nadludzkiego wysiłku, jaki wkładał w zachowanie równowagi. Atakujące zewsząd sygnały oszołomiły go nie gorzej niż powrót do rzeczywistości posępnego, pochmurnego przedpołudnia. Trząsł się jak osika i klęczał skulony, trzymany w ryzach wyłącznie z pomocą krzepkiego ramienia opanowanego niebianina. Esencja nie krążyła już między nimi. Dotyk stał się czysto fizyczny, jak i świat, w którym nieszczęśnik się znalazł.

Aarim ukucnął przy półsmoku. Bez zbędnych ceremonii pochwycił jego twarz w dłonie, zmuszając cierpiącego do zajrzenia w złote oczy. Uważnie badał nieregularnie rozszerzające się i zwężające źrenice okolone cienkimi jaskrawozielonymi tęczówkami. Szukał oznak obłędu, obrażeń wewnętrznych czy symptomów świadczących o okaleczeniu ducha. Ten jednak nie wykazywał zauważalnych skutków ubocznych kontaktu z upiorem oraz jego destruktywnymi wpływami.

- Estalavanesie, czy mnie słyszysz? - Palce niebianina przesunęły się ze szczęki Esta na zroszone potem, oblepione czarnymi włosami skronie. - Nie odpowiadaj, wystarczy skinienie głową.

Nie otrzymawszy żadnego znaku, paladyn przymknął powieki i w skupieniu przesłał łagodny, kojący impuls do dygoczącego ciała. Jego dłonie, zazwyczaj pewne i mocne, drżały ledwie wyczuwalnie w reakcji na sygnał przesączający się wraz ze zwróconą mu energią. Stan Estalavanesa nie był krytyczny, a przynajmniej na to wskazywała sonda wprowadzona do organizmu bezbronnego półsmoka. Mógł przestać się martwić, choć zmartwienie nie wpisywało się w jego charakter. Aczkolwiek musiał oddać Zaklinaczowi Żywiołów należny mu honor, podołał on bowiem wyjątkowo ciężkiemu wyzwaniu mogącemu spustoszyć najsilniejszą psychikę.

Nadzieja Estarionu okazała się kimś więcej niż zalęknionym, pełnym sprzeczności chłopcem wychowanym pośród uprzedzonego gminu. Artemon prawidłowo poprowadził i ukształtował młodego Pierworodnego, choć czas dedykowany jego szkoleniu to zaledwie ułamek tego, co czeka nieświadomego swej roli Saramarystyjczyka. Książę ufał, iż nie zostanie przymuszony do zabicia tak niespotykanego stworzenia, lecz nie mógł być pewien, jak potoczą się ich dalsze losy. Nadal będzie ze szczególnym baczeniem kontrolować białego elfa licząc się z tym, że i on poddawany będzie równie wnikliwej obserwacji.

Nagle Est poderwał głowę i olbrzymimi oczami popatrzył na niewzruszone oblicze paladyna. Nie zdając sobie sprawy z biegu nieprzyjaznych myśli kompana, rozchylił spierzchnięte usta i szepnął:

- Widziałem najgorsze, Aarimie…

Niebianin musiał pochylić się nad klęczącym, by cokolwiek usłyszeć pośród zawodzącego wichru. Nie odnotował momentu, w którym wiatr raptownie zmienił kierunek i nabrał agresywnej prędkości.

- Aarimie, widziałem jak oni umierają, wszyscy… Jak cierpią… Zabiłem ich! - Urękawiczniona dłoń schwyciła kołnierz błękitnej koszuli, kiedy chłopak zawył rozdzierająco. - Mordowałem ich... jedno po drugim! A potem zabiłem sam siebie…

- Estalavanesie, oto potęga Śniących: próbują przejąć nad tobą kontrolę, zwrócić cię przeciwko tobie. Im zacieklej stawiasz opór, tym większy ból sprawiają twej jaźni, przełamując ją i podporządkowując ich woli. Czynią to metodycznie i subtelnie, aż staniesz się ich niewolnikiem, marionetką na sznurkach mocy. Lub zginiesz, broniąc tożsamości. I wolności.

Żywioł przycichł. Książę podważył kurczowo zaciśnięte palce chłopaka i odsunął od siebie jego dłoń. Odrzucił pozę arystokratycznego młodzieńca i nie tracąc nic ze swej zwyczajowej bezosobowości usiadł obok niego na mokrej trawie, zupełnie nie przejmując się zabrudzeniem eleganckiego stroju jeździeckiego. Wyciągnął nogi przed siebie, rękawicę jeździecką położył na kolanie i podparłszy się rękami, wystawił policzki na rześki powiew, który pieszczotliwie potargał złociste włosy, muskając ostro zakończone uszy.

Niebawem się rozpada. Powinni wracać.

- Z tym nie da się walczyć - lamentował klęczący w błocie półsmok.

Kompletnie rozbity Est powoli kręcił głową, usiłując się uspokoić. Na darmo. Obraz konającego Cola nie opuszczał go, nieważne czy zaciskał powieki, czy wpatrywał się w ziemię. Zbierało mu się na wymioty, lecz ciało jakby rządziło się własnymi prawami, zbyt zmrożone drastycznymi wizjami, by reagować adekwatnie do sytuacji. Est wmawiał sobie, że były to chore projekcje, a nie objawienia mające się spełnić lada chwila. Niestety, wątpliwość zasiała nowe ziarno w jego sercu. To, co ujrzał, już na zawsze dołączy do wspomnień, które na ich tle wydawały się błahymi problemami wieku dziecięcego. Ziarno potrzebowało żyznego gruntu oraz pokarmu w formie lęku. I jak doskonale chłopak pamiętał, już jedno takie ziarno w nim wykiełkowało.

- To, co za mną podąża, to cień samych Śniących, istota ich metamagicznych machinacji - wyjawił Aarim nie patrząc na Esta kryjącego twarz między kolanami. Zaklinacz Żywiołów mentalnie był tak słaby i nieporadny, że wręcz godny politowania. Mimo to Śniący upatrzył go sobie. I uznał za godnego. - Niematerialny tropiciel rejestrujący każdy mój ruch. Za dnia unikający światła, przemykający w nurcie mocy. Nocą utrzymywany na pograniczu mojej aury. Nie sprawuje nade mną władzy, a ja sam przywykłem już do jego bezustannej, ponad rocznej asysty.

Est spuchniętymi od nieprzelanych łez oczami zerknął znad ramienia na oparzony profil niebianina. Poziomem opanowania dorównywał on staremu mistrzowi, lecz nie emanował tym kojącym spokojem odkładającym się na młodym, spragnionym bezpieczeństwa duchu. Coś w osobie królewskiego potomka nie pasowało do całej reszty, wrażenie, którego nie sposób opisać. Tajemnica tak głęboko skrywana, że wręcz uderzająca; podsycająca nieufność i rodząca frustrację. Jakim potworem trzeba być, by żyć spokojnie z tak okropnym piętnem…?

- Jak można żyć z takim cieniem? - wyjęczał Est bojąc się, iż niesforny język zdradzi go w rozgrywce, której spontanicznie podjął się z namiestnikiem Estarionu. – Odniosłem wrażenie, jakby pragnął cię dotknąć, a nie mógł… Współodczuwałem jego bezsilność, udrękę, rozpacz… Sam jego widok wywołał we mnie trwogę, jakiej nie potrafię wyrazić słowami. – Wzdrygnął się patrząc w punkt, gdzie do niedawna stał wygłodniały koszmar. Teraz rozciągał się tam wyłącznie prastary las. - Czy to w ogóle może cokolwiek czuć? Jeśli tak, to… to cierpiało. Bardziej niż ja.

Złote, zimne jak stal oczy lustrowały gnębionego współczuciem białego elfa. Bynajmniej nie był to okazowy przedstawiciel Saramarystyjskiej rasy; brak mu bojowego ducha, impulsywnej agresji, woli walki. Przekazywane z pokolenia na pokolenie historie opiewające Zaklinacza Żywiołów kreśliły portret całkowicie niepodobny do tego, którego miał u boku, struchlałego niczym zając w wysokiej trawie. Aarim nigdy by nie podejrzewał, że Pierworodny okaże się stworzeniem miłosierdzia wobec wrogów oraz istot Pozaświata. Jakże nie pasowało to do wizerunku kreowanego przez szlachetnych niebiańskich przodków.

Aarim przelotnie spojrzał na szczupłą białą dłoń obleczoną czarną rękawiczką bez palców, po czym uniósł wzrok, by zmierzyć odzyskującego jasność umysłu półsmoka.

- Estalavanesie, nie posiadam emocji i uczuć na jakich mógłby żerować upiór, toteż na mnie on nie oddziałuje - tłumaczył, a jego surowy głos zelżał odrobinę, gdy chłopak odwrócił mętniejące spojrzenie. - Zakon Paladynów jest dla Śniących jedynym śmiertelnym zagrożeniem, w związku z czym śledzą nas, albowiem nie mogą uczynić nic więcej, śniąc wiele kilometrów pod ziemią. Lecz wkrótce nastąpi moment przebudzenia i rozpocznie się apokalipsa. - Wpatrzony w kotłowaninę ołowianych chmur książę zadumał się nad czymś intensywnie. - Na nasze nieszczęście jest już za późno, by to powstrzymać. Jedyne co możemy zrobić to to, czego dokonali nasi ascendenci: znaleźć i zgładzić Śniących.

Est podniósł głowę, do tej pory opartą na podciągniętych pod brodę kolanach.

- Czy to w ogóle da się zniszczyć? - Rozłożył bezradnie ręce i padł łopatkami na grząską glebę, za nic mając wszechobecne błocko. Wydarzenia nabrały pędu i nie było na świecie siły mogącej im zapobiec. - Czy dwóch niebian wystarczy, by zwyciężyć w tym niewykonalnym przedsięwzięciu? Przecież… A co z konfliktem wyniszczającym południe? Co ze smokami? Co z… z Niedźwiedziami?

- Nasi przodkowie tego dokonali, Estalavanesie. Nie widzę więc przeszkód, których nie moglibyśmy usunąć. - Aarim palcem potarł bliznę przecinającą prawą brew, łypiąc spod oka na leżącego chłopaka. - Jeżeli płynie w tobie krew czarnego smoka, a pod samotną rękawiczką skrywasz Ornament Zaklinacza, to zdziałamy więcej, niż ze wsparciem oddziału niebian.

Est usiadł z gwałtownością huraganu i podeszwami butów rozgrzebując darń przypadł do Aarima. Nie dotknął go jednak, zastygając z twarzą na wysokości jego poważnego oblicza.

- Skąd o tym wiesz? - syknął wrogo, tracąc nad sobą kontrolę. Ledwie przed paroma minutami truchlał na myśl o Śniących, a teraz gniew kwasem palił mu trzewia, kiedy na jaw wyszły jego najpilniej strzeżone sekrety. - Skąd wiesz, że jestem półsmokiem? A przede wszystkim: co to za Ornament Zaklinacza, w którego posiadaniu rzekomo się znajduję?

Księcia nie wzruszyła ta agresywna postawa. Nawet się nie cofnął. Wskazał lewą dłoń elfa, spojrzenia nie spuszczając z lśniących gorączkowo zielonych tęczówek.

- Powściągnij swój gniew, Estalavanesie, i zachowaj go dla naszego adwersarza. Wiele z tych jakże cennych informacji dostarczył mi Artemon. To nie powód, by reagować tak emocjonalnie.

- Przyznaję, byłem zaskoczony że nie wypytujesz, ani nie zwracasz uwagi na to! - Nie wstając z ziemi, Est odsunął się i uniósł urękawicznioną dłoń. - Od początku zdawałeś się mnie znać. Już od chwili, gdy zobaczyłem cię w Twierdzy. Podszywałeś się wtedy pod jednego ze zwykłych braci i nie sprawiałeś wrażenia zaintrygowanego moją odmiennością. A przecież nie ma w Estarionie istoty, która nie roztrząsałaby mojego pochodzenia. Jak wiele wiesz, Aarimie? I jak wiele postanowiłeś zataić?

- Estalavanesie, wyjaśnijmy sobie tę kwestię. Nie dbam o wygląd istot zamieszkujących Khaldun, zważywszy, iż z pochodzeniem nikt nie…

- Daruj sobie te miałkie argumenty - wszedł mu w słowo rozsierdzony Est, groźnie błyskając kłami. - Nie jesteśmy głupcami. Nie pojmuję, dlaczego to robisz. Takim podejściem nie zyskasz ani lojalności, ani przychylności. Ukrywając prawdę, wzbudzasz tylko nieufność, moją i pozostałych.

Aarim zlekceważył jego ostry ton, choć Est dałby sobie rękę uciąć, iż dojrzał iskierkę gniewu w beznamiętnych złotych oczach.

- Wiem tyle, ile wiedział twój opiekun i nauczyciel – odparł sucho niebianin. - I racz zważać na emocje, zaklinaczu. Jesteś słabym ogniwem, a to dlatego, iż zbyt łatwo dajesz się im ponosić. Folgujesz uczuciom, które przesądzają o twoich czynach, co może okazać się zgubne dla nas wszystkich. Najlepiej dla całego Estarionu byłoby, gdybyś wyzbył się wszelkich słabości. - Aarim wstał i otrzepał spodnie z resztek błota oraz trawy. - Wówczas Śniący nie mieliby pożywki w postaci twych lęków oraz rozterek. Zapamiętaj, Estalavanesie, iż długowieczność jest największym przekleństwem, jakie podarowali nam Wszechmocni.

- Zaiste, sir Aarimie, doskonałe rozwiązanie! - Est poszedł za przykładem księcia i skoczył na równe nogi, nie zaprzestając cynicznego ostrzału mierzącego w szerokie plecy okryte błękitem. - Mam stać się bezosobowym bytem twojego pokroju, porzucić w cholerę tożsamość, którą z takim trudem wypracowałem i popełnić samobójstwo, rzucając się na szeregi tych popieprzonych horrorów! I w czym ta cała długowieczność mogłaby mi pomóc, skoro zginę tak samo, jak giną ludzie?! Błogosławieństwo czy przekleństwo, nieistotne skoro...

W porę pohamował emocje, które, zgodnie z opinią młodego rycerza, opętały go nie gorzej niż upiór. Co go napadło, by postępować w ten sposób? Nie powinien wyżywać się na kompanie, zwłaszcza że przyczyną jego rozgoryczenia była makabra utrwalona w wyobraźni.

- Przepraszam Aarimie, nie jestem sobą. To moja… - druga osobowość, chciał dodać, czym jedynie pogorszyłby swoją sytuację. Uchodził już za dość zwichrowanego, by wbijać jeszcze jeden gwóźdź do trumny ujawnieniem rozszczepienia jaźni. - Przecież nie muszę całkowicie się ich wyzbywać. Ty także się ich nie wyzbyłeś - zauważył znacznie ciszej, a usłużny wiatr porwał jego przypuszczenia daleko od uszu niebianina zmierzającego ku pasącym się nieopodal koniom.

- Pora wracać, Estalavanesie – polecił Aarim przez ramię, nie oglądając się na zażenowanego swym wybuchem chłopaka. - W drodze powrotnej zdecydujemy czy poinformować twych przyjaciół o tym co zaszło, o czyhającej w mroku obecności. Natomiast po obiedzie odbędziemy wspólnie naradę odnośnie dalszej trasy.

Est opieszale poczłapał za zleceniodawcą. Może i najgorsze minęło, pierwsze wrażenie wygasło niby żar z paleniska, ale podobnie jak ogień pozostawiło w duszy trwałe aż po kres życia piętno. Aarim miał rację, powinni jak najszybciej stąd odejść. Odjechać poza zasięg widma, które namieszało mu w głowie. Nieszczęsnego stworzenia, które otworzyło mu oczy na kolejną prawdę dotyczącą świata: nic nie jest tym, na co w wygląda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz