niedziela, 19 lipca 2026

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 47

 

Z pierwszym brzaskiem siodłali konie, szykując się do nużącej podróży. Perspektywa niespełna siedmiodnia jazdy nie zrobiła na Colonellu ani Aarimie najmniejszego wrażenia, za to Leos i Estalavanes żywili poważne wątpliwości co do swojej żyłki podróżniczej. Szczególnie czarodziejka, która niemal całe życie spędziła w miejscach oddalonych od siebie co najwyżej o dzień drogi, nie licząc przyjazdu z Zielonych Bram do Adeili. Lecz tamta podróż komfortowym zabudowanym pojazdem chroniącym przed wścibskimi spojrzeniami oraz kapryśną aurą była tak odległa i nierzeczywista, jak gdyby tylko je wyśniła.

Była wówczas zupełnie inną osobą: dziewczynką złamaną żałobą po matce, biernie ulegająca naciskom bezdusznego ojca, półsierotą niemającą nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić. Niestety jedyny żyjący rodzic zmusił ją do życia pod fałszywym imieniem w cieniu Kompanii Najemnej Niedźwiedzi. Tyrd Niedźwiedziogrzywy nie przewidział jednak, iż pozostawiona sama sobie dziewczyna bardzo szybko nauczy się dbać o własne interesy i potrzeby. Zbuntowana na tyle, by uciec, i zdeterminowana do tego stopnia, by zamieszkać jako pustelniczka, doskonale odgrywała rolę wiejskiej zielarki, rozwijając się pod opieką miejscowej znachorki. I tak upływały spokojne lata, a wyrodny Tyrd nawet nie zauważył jej zniknięcia. Długo cieszyła się upragnioną wolnością, aż pewnego dnia zjawili się oni: jej niedoszły morderca w towarzystwie dziwacznego elfa. Razem. Dosłownie razem.

Z ciężkim od nieodwzajemnionego uczucia sercem Leos popatrzyła ukradkiem na Esta. Jego zręczne, nienaturalnie białe palce zaciągały ostatnie paski juków i upewniały się, że tuleja pospolitego bojowego kostura jest należycie umocowana. Czarne jak noc krótkie włosy przesłaniały duże kocie oczy oraz długie uszy i raz po raz elf musiał odgarniać niesforne pasemka wierzchem skórzanej rękawiczki, bezwiednie marszcząc przy tym brwi. W końcu uśmiechnął się pod nosem zadowolony z efektów swojej pracy i poklepał wyszczotkowany bok karego ogiera.

Przyciągnięty wzrokiem dziewczyny Est obrócił się w jej stronę i radośnie odsłonił kły, a ona niczym wiejska panna spłoniła się, odwracając gwałtownie plecami. Powracały do niej mgliste wspomnienia tego, co zdarzyło się w tych zimnych murach garnizonu. Do niczego co prawda nie doszło, ale mogłaby przysiąc, że igiełka lodu na wskroś przebiła jej serce. Zapragnęła raz jeszcze na niego spojrzeć, poczuć łaskoczące motyle skrzydełka w brzuchu, ujrzeć jego piękną twarz, uszy, jakich nigdy dotąd nie widziała, biegnące poziomo wzdłuż boków głowy i zwężające się jak połówki migdałów. Zawsze zabawnie drżały, kiedy docierały do nich najcichsze dźwięki, jak u spłoszonego królika.

Bez udziału woli odszukała go wzrokiem, lecz pojawienie się Cola skutecznie ją otrzeźwiło. Oto powód, dla którego ich wspólna przyszłość pozostawała niespełnioną romantyczną fantazją. To nie tak, że życzyła temu człowiekowi śmierci, ale gdyby go nie było, to może…

- Leos? - Łagodny głos Aarima wyratował ją z okrutnych i przykrych rozważań. Obejrzała się na mężczyznę zmierzającego ku niej z lśniącym bielą olbrzymem u boku. - Wyglądasz na zmartwioną. Czy coś się wydarzyło?

- Nie, Aarimie, dziękuję za troskę.

Nie chciała, by dojrzał na jej twarzy coś, co mogłoby budzić jego podejrzenia, więc wróciła do bezsensownego przeglądania toreb, które sprawdziła jakieś piętnaście razy, byle zająć czymś ręce. Przywołała na usta delikatny uśmiech, co nie było łatwe zważywszy na bliską obecność Esta oraz jej chwilowy spadek nastroju.

Aarim nie dał się zwieść.

- Jesteśmy drużyną, Leos. Nasze życia, podobnie jak powodzenie misji, zależą od naszych wzajemnych relacji. Dlatego proszę, byś nie wahała się powiedzieć, gdyby coś cię dręczyło.

Książę podszedł bliżej, jednakże tym razem czarodziejka nie wyczuła jego prezencji w swoim umyśle. Coś się zmieniło. I dostrzegła to natychmiast, kiedy mu się przyjrzała.

Sir Aarim Asmodeusz, królewski spadkobierca oraz rycerz-dowódca garnizonu w Adeili przewyższał urodą wielu znanych Leos mężczyzn. Chłopięcego Esta również, jako że blizny po oparzeniach na policzku i brwi tylko przydawały dojrzałości młodzieńczym, arystokratycznym rysom. Spoglądała prosto w oczy o złotych tęczówkach, które bez oporów śledziły zmiany w jej mimice. Dobrze wiedziała, że był równie bezwzględny, co niebezpieczny, a zarazem szlachetny i mądry, ale mimo to zaufała mu, wypierając ze świadomości fakt, iż omal nie zabił chłopaka, którego kochała.

Leos patrzyła, jak jasne brwi unoszą się pytająco. Zawstydzona uciekła spojrzeniem, koncentrując się na pasach siodła srokatego ogiera.

- Dz-dziękuję - zająknęła się, zbyt mocno zaciskając popręg, aż koń parsknął w proteście. Znów wyszła przy nim na głupiutką trzpiotkę. Nawet nie musiał używać mocy, by wprawić ją w zakłopotanie. – Przepraszam…

- Pozwól, pomogę. - Aarim puścił wodze Sena i stanął przy dziewczynie, która bez słowa ustąpiła mu miejsca. - Zapewne nie czujesz się swobodnie w towarzystwie trójki mężczyzn. Nie wątpię, iż odnalezienie się w naszym tempie oraz sposobie życia stanowi dla ciebie wyzwanie. - Jego wzrok ledwie zauważalnie prześlizgnął się na wytatuowanego zwiadowcę.

- Nie, to nie tak - zaprzeczyła skwapliwie, odruchowo podążając za jego spojrzeniem. Colonell żywo gestykulował i rozbrajająco szczerzył zęby opowiadając coś przyjacielowi, na którego białym obliczu gasł właśnie uśmiech, powoli zastępowany pogłębiającym się niedowierzaniem. - Po prostu… Tak, muszę się w tym wszystkim odnaleźć, Aarimie. Na razie czuję się jak jakiś rzep. Każdy ma wyjątkowy talent, a ja…

Zamilkła, ciemnoniebieskie oczy spuszczając na swoje splecione palce. Żal ucisnął jej dziewczęcą pierś, a głos uwiązł w gardle, kiedy uwalniając dłonie kolejno przyciskała płytki paznokci do opuszki kciuka. Dlaczego zwierzała się komuś, kogo jeszcze niedawno uważała za chłodnego i zdystansowanego człowieka? Nawet nie człowieka. Zerknęła spod brwi na niebianina i zbladła. Zdawał się uśmiechać. A był to bardzo smutny uśmiech.

- Leos, talenty mają niewielkie znaczenie. To doświadczenie zadecyduje o tym, czy przetrwamy nadchodzący koszmar. Doświadczenie oraz wola współdziałania.

Młody paladyn zwrócił pozbawioną wyrazu twarz ku dwójce najemników, jakby zastanawiał się, na ile samowoli powinien im pozwolić. Podjąwszy właściwą decyzję, ponownie skupił się na Leos. Złociste rzęsy opadły, gdy jego dłoń pokrzepiająco uścisnęła drobny bark czarodziejki.

Niespodziewany gest ze strony mężczyzny, który dotąd trzymał wszystkich na dystans, kompletnie ją zaskoczył. Zamarła bez ruchu w obawie, że trzepoczące niby ptak serce wyfrunie z jej piersi. Ręka Aarima była przyjemnie ciepła i lekka, zupełnie niepasująca do jej wyobrażeń, do zimnej stali, w jaką zwykł ją oblekać. Czując jak upstrzone piegami policzki płoną szkarłatem, przełknęła ślinę i popatrzyła na ramię spowite błękitnym atłasem, po czym przesunęła wzrok wyżej. Dopiero teraz spostrzegła, że Aarim nie założył pełnej zbroi płytowej. Za to ozdobił swój dzienny strój wysokimi skórzanymi butami obitymi białą stalą oraz pasującymi do nich rękawicami połączonymi z karwaszami sięgającymi łokcia. I tylko ta jedna dłoń była nieosłonięta, jakby celowo nie zdążył jej...

- Leos. - Czarodziejka wzdrygnęła się na dźwięk niskiego, beznamiętnego tonu. Znowu dała się porwać bzdurnym marzeniom. - Wierzę w ciebie, tak jak wierzę w osąd Estalavanesa dotyczący twojej osoby. Zatem ty także uwierz w siebie. Gwarantuję, iż podczas wyprawy do stolicy doświadczysz więcej, niż przypuszczasz. Niż chciałabyś. Niż ktokolwiek z nas by chciał - zakończył o wiele za cicho, by dosłyszała jego ponuro brzmiącą przepowiednię.

Chwila trwała, a dłoń ani drgnęła. Dziewczyna, wpatrzona w cudnej barwy oczy, nie wyczuwała aury Aarima, esencja nie płynęła też z jego ręki. Był to zwyczajny gest mający dodać jej otuchy. Gest istoty wyzbytej uczuć i emocji, nienawykłej do okazywania troski w tak bezpośredni sposób, a jednak wbrew sobie wyginającej kąciki warg w smutnym uśmiechu. Dlaczego znów smutnym?

Już otwierała usta, by zadać to nurtujące ją pytanie, kiedy gromki śmiech przerwał ich nieoczekiwany moment bliskości. Książę cofnął się. Kontakt został boleśnie zerwany, pozostawiając zanikające wrażenie jak z sennego widzenia.

- Jak rany, Col, ty naprawdę masz coś z głową! - Est w czarny skórzanym pancerzu prowadził konia w kierunku czarodziejki i paladyna. Otarł zbłąkaną łezkę z policzka i nie przestając chichotać, nieudolnie starał się utrzymać wzrok na idącym obok przodowniku. - W Pozaświecie powinni przygotować dla ciebie specjalne miejsce!

- Zawczasu je przygotowali, ale boją się mnie tam sadzać! – zripostował Col. - Przynajmniej dobrze zacząłeś dzień, Esti. I nie musisz się już martwić o zszarganą jak poduszka reputację!

Jowialny uśmiech nie schodził z jego brodatej twarzy, gdy wraz z końmi zatrzymali się przy pozostałej dwójce. Nawet pociemniały wzrok Aarima nie był w stanie zepsuć zwiadowcy humoru. Patrząc na przybitą siostrę musiał wytężyć siły, by pohamować kolejny wybuch wesołości.

- Ruszamy? – spytał. - Słońce przebija chmury na wschodzie, a droga już wzywa.

- Konie zatęskniły za odrobiną ruchu, a on to już na pewno. - Est kciukiem wskazał podrzucającego grzywą ogiera. Wyczesane czarne fale rozsypały się po zgrabnym pysku, przysparzając zwierzęciu kłopotu.

Leos ostatni raz zajrzała w rozświetlone szczęściem oczy Esta i odwróciła wzrok. Musi być silna, z czasem jednostronne uczucie wygaśnie. Tymczasem powinna zadbać o siebie, by nie stać się balastem i problemem dla reszty, szczególnie że Aarim pokładał w niej wiarę. Ostatecznie sama chciała z nimi jechać, toteż nie ma prawa narzekać. I jak do tej pory była silna, tak teraz musi być jeszcze silniejsza. Zresztą, nie na darmo zyskała przydomek Małej Niedźwiedzicy!

Umocniona w swoim postanowieniu piromantka wspięła się na siodło i usiadła jak najwygodniej na niezbyt miękkim siedzisku. Zmierzyła z góry trójkę mężczyzn i z dumnym grymasem rzuciła lekko, przypieczętowując złożoną samej sobie obietnicę:

- To na co czekamy? Czas ucieka, droga szeroka, a gospoda sama do nas na nocleg nie przyjdzie.

- Podoba mi się jej postawa - skomentował głośno Colonell, szturchając Esta pod żebra. – Dzień dopiero się zaczął, a ona już o spaniu.

Gniada klacz obróciła łeb, by spojrzeć na sadowiącego się w siodle człowieka. Karego ogiera wręcz rozpierała energia, przestępował z jednej kudłatej nogi na drugą, ani myśląc słuchać półsmoka. I tylko biały rumak stał niby wykuty w najprzedniejszym marmurze, gdy dodatkowy ciężar spoczął na jego szerokim grzbiecie.

Est już od wczoraj baczniej przyglądał się zachowaniom Leos i Aarima. Niebianin przypatrywał się dziewczynie z nieodgadnionym wyrazem, najwyraźniej potraktował jego radę poważnie, nikogo bowiem nie poddał działaniu sondy emocjonalnej.

Mieszkając i pracując w noclegowni biały elf nabył kilka przydatnych umiejętności, a jedną z nich była zdolność niezauważalnego obserwowania otoczenia. W ramach rozrywki oraz dla własnego bezpieczeństwa podglądał poniektórych gości przybytku; nic się przed nim nie ukryło, kiedy bystro wypatrywał wszystkiego, czego ludzie nie chcieli ujawniać. Obserwowani nawet nie poczuli jego wzroku, ale Est musiał być niezwykle ostrożny. Było to męczące, niemniej dawało satysfakcjonujące rezultaty.

Dzięki temu nie umykało mu żadne ukradkowe spojrzenie, jakie na każdym kroku posyłała mu Leos, lecz bardziej intrygowała go zmiana w podejściu Aarima do czarodziejki. W końcu używał słów zamiast tej nieszczęsnej niebiańskiej magii. Stawał się bliższy ludziom i na dłuższą metę nie wiadomo czy było to dobre posunięcie, czy też nie. Nie jemu sądzić nieludzkie istoty w ich staraniach odnalezienia w sobie człowieczeństwa. Sam pragnął przypominać człowieka, więc nie mógł za to krytykować innych.

Jak na ironię, gdy wreszcie chłopak przestał się zadręczać, wici aury Aarima wniknęły do jego umysłu. Est potarł twarz dłonią w rękawiczce i warknął z rezygnacją, próbując odzyskać kontrolę nad emocjami. Sonda mentalna była mu solą w oku i musiał mieć się na baczności, by nie przyzwyczaić się zanadto do niechcianej obecności - trzeciej, jak by nie liczyć - co mogło okazać się zgubne. Był najsłabszym ogniwem, jednostką wyjątkowo podatną na atak i choć Col uważał inaczej, będzie zmuszony poprosić niebianina o kontynuację treningu mentalnej odporności. W tej chwili ich wspólne przetrwanie było ważniejsze od zdania partnera. Przetrwanie oraz dotrwanie do końca dnia w pozycji siedzącej i nie danie po sobie poznać, jak wiele go to kosztowało. Regeneracja jest nieocenionym darem, ale nie znaczyło to, że przywykł do bolączek, których fizyczna odnowa nie dotyczyła…

Wierzchowce same ruszyły za majestatycznym Senem i Est nie musiał dzielić uwagi między opanowaniem wyrywającego do przodu karego a poszukiwaniem wolnej przestrzeni na coraz tłoczniejszej ulicy przed nimi. Kusiło go, by zerknąć do tyłu na ogromne mury garnizonu ze strzelistymi wieżami Katedry Tarthosa, lecz bał się, że będzie to ostatni raz, kiedy je widzi. Wolał odłożyć to na później, gdy wrócą cali i zdrowi. Bo wrócą. A przynajmniej gorąco w to wierzył.

- Źle się czułem oglądając te mury od wewnątrz.

Est odwrócił się, słysząc dobiegający z prawej baryton partnera. Col wydawał się zasępiony. Jego wzrok przygasł pod zmarszczonymi brwiami, gdy zajrzał w jasnozielone oczy półsmoka. Nie spojrzy w tył. Niedźwiedzie nie oglądają się za siebie.

- Za dzieciaka widywałem je z zewnątrz i żałuję, że tak nie zostało. Gdybym miał wybór, nigdy bym tu nie wrócił.

To ja nie dałem ci wyboru, Col. - Uszy Esta opadły smętnie. Pociągnął lekko za jeden z białych płatków garbiąc się przy tym w siodle. Całe życie odmawiano mi prawa wyboru i teraz ja sam odbieram tę możliwość najbliższym. Mistrzu, czy na tym polega odpowiedzialność? Na decydowaniu w imieniu reszty? Skoro tak, to nie nadaję się do tego…

***

Bez wątpienia Est był najsłabszym ogniwem, zwłaszcza jeśli chodzi o wytrzymałość w siodle i chociaż usiłował utrzymać pozory dziarskiego oraz zrelaksowanego jeźdźca, to w rzeczywistości marnie mu to wychodziło. Dla oderwania myśli od bolących partii ciała postanowił przywołać rozkoszne wydarzenia minionej nocy. Jak na złość, jako pierwsze nasunęły się akurat te, których sobie nie życzył...

Nie mógł przeciwdziałać przemianom następującym w nim pod wpływem trudnych emocji. Wkrótce druga tożsamość zacznie przejawiać się z większą częstotliwością, lecz chciałby zyskać pewność, że zdoła nad nią zapanować w krytycznych sytuacjach. Nazywał to drugą tożsamością, choć nie wyczuwał już drugiego “ja” - jakby stali się jednym i tym samym, a on, chcąc nadać temu sens, rozgraniczył swą jaźń na tę dobrą oraz złą. Jeżeli jego rozumowanie było poprawne, skrajne uczucia wyciągały na światło dzienne groteskową, potworną naturę, coś na podobieństwo skomplikowanego systemu obronnego. Na szczęście wsparcie Cola oraz jego niezachwiana miłość łagodziły najgorsze skutki, jakie niósł ze sobą ów wewnętrzny konflikt.

Rzecz jasna Est mógł się mylić, co było całkiem prawdopodobne, aczkolwiek będzie opierał się na tej teorii do momentu potwierdzenia jej w kolejnych przypadkach, ewentualnie do następnego razu, który przybliży go do odpowiedzi. Tak jak mawiał mistrz: nie pozna prawdy, jeśli nie będzie jej dociekał.

Myśl o Magu, w pamięci Esta nigdy nie będącym Artemonem, wyrwała go z odrętwienia. Miał przy sobie jego dziennik, wystarczyło po niego sięgnąć, by zgłębić najskrytsze myśli człowieka, który w przeciągu roku urósł w jego sercu do rangi przybranego ojca... Wzbraniał się przed tym. Nie miał odwagi dotknąć książki choćby palcem z obawy, że odeśle starca do przeszłości, w Pozaświat. Pragnął wierzyć, że w ten sposób uchroni mentora przed śmiercią i że kiedyś się zobaczą, gdyż nie pozostało mu nic poza wspomnieniami, do których mógł wracać podczas medytacji.

Est miał już dosyć przytłaczających rozmyślań, a jego nastrój stale pogarszały obolałe mięśnie zesztywniałe od podrygiwania na twardym końskim grzbiecie. Z zazdrością patrzył na Colonella, który po paru godzinach jazdy trzymał się w siodle równie prosto jak na samym początku. Aarim w niczym mu nie ustępował; obaj wysforowali się na sam przód, zachowując od siebie niezmienną odległość całej szerokości drogi. Nie był to wynik przezorności. Leos i Est mogli wjechać między nich i jeszcze zostałoby miejsce dla nieznajomego nadciągającego z naprzeciwka - gdyby ktoś taki się pojawił. Lecz, co dziwne, trakt był opustoszały, nie licząc ich czwórki. A może to normalne w tych stronach? Nadejście wieczoru nie sprzyja urządzaniu wędrówek i przejażdżek z przystankiem w lesie.

Jak dotąd minęli trzech mieszczan załatwiających swe sprawy w pobliskich wsiach oraz jeden powóz na resorach należący do słusznego wiekiem szlachcica. Żaden z podróżników nie zagadywał ich, ograniczając się do zdawkowych uprzejmości. Chłopak pomyślał wtedy o komfortowej podróży jaką odbył niemal identycznym pojazdem z lordem Henendrikiem II z rodu Halavar i żałował, że nie mogą dostać się do stolicy w większej wygodzie niż podskakując w siodłach, wystawieni na niepogodę oraz ciekawskie spojrzenia.

To nie tak, że Est wysoko cenił luksus. Zwyczajnie nie nawykł do długiego przebywania w jednej pozycji na wciąż poruszającym się zwierzęciu, podrzucany i wstrząsany jak skrzynia na pace furmanki. Uwielbiał ruch i nawet medytacje negatywnie odbijały się na jego samopoczuciu, choć nie tak bardzo jak jazda konna. Kochał konie, ale naiwnie zakładał, że będzie to doznanie mniej więcej takie samo jak one, czyli wspaniałe.

Biorąc się w garść, zaczesał włosy i zganił się za marudzenie. Nawet przyjaciółka jadąca tuż przed nim lepiej to znosiła. Albo umiejętnie się kamuflowała. Nie mógł zaprzeczyć, że cokolwiek by nie robiła, wychodziło jej to bez zarzutu i wypadał na jej tle nader kiepsko, jak jakiś rozpieszczony paniczyk.

Bezczynność także odegrała rolę w bezgłośnych utyskiwaniach półsmoka. Mimo uroku i piękna wonnych łąk skąpanych w promieniach zachodzącego słońca, znudzony przetarł ciężkie powieki i ziewnął przeciągle. Był bardziej wyczerpany niż jego koń, lecz nie na tyle, by nie dostrzec jak Col podjeżdża do księcia i nieznacznym skinieniem ręki w strzeleckiej rękawicy przykuwa jego uwagę. W tej chwili wszystko było ciekawsze od wydeptanej drogi i wysokiej trawy, toteż Est bez namysłu popędził karego nie chcąc uronić ani słowa z ich rozmowy. Odnosił wrażenie, że źle się to dla nich obu skończy.

Colonell z wyćwiczoną obojętnością zwrócił się do zleceniodawcy, nie przestając lustrować ciemniejącej gęstwiny pochłaniającej drogę.

- Jazda przez las o tak późnej porze to proszenie się o nieszczęście, paladynie.

- Wieczór nie ma się ku końcowi, przodowniku. - Aarim pozostawał równie oschły, a w przekonaniu podążającego za nimi półsmoka niebianin doprowadził tę cechę do perfekcji. I zaprezentował ją w pełnej krasie wraz z lekceważącym spojrzeniem wbitym w drogę. – Dotrzemy do gospody przed zmrokiem.

- Od wielu godzin nie widzieliśmy na trakcie żywej duszy - zaznaczył z naciskiem Col, rozglądając się po drzewach występujących w coraz większych skupiskach. Niebawem wjadą do lasu, a baldachim liści zasłoni niebo, kryjąc ich w kompletnych ciemnościach. - Możemy wpaść w zasadzkę.

Aarim był jednak nieugięty.

- To zrozumiałe, Colonellu, w porze wieczornej mało kto zapuszcza się w las. Dla uspokojenia dodam, że leśny trakt jest prosty, zatem jeśli zajdzie konieczność ucieczki, to konie z łatwością przebędą szlak cwałem bez ryzyka okulawienia. Zaręczam, iż tylko obłąkany człowiek porwie się na czterech uzbrojonych jeźdźców, z których jeden przynależy do bractwa zakonnego.

Przyczernione oczy zwiadowcy zwęziły się z irytacją, w skupieniu przeczesując teren przed i wokół. Col wprawnym ruchem rozpiął broszę cętkowanej peleryny, w razie nagłej potrzeby zapewniając sobie dostęp do bandoliera z nożami oraz sztyletów u pasa. Łuk wisiał przy siodle, nie mniej śmiercionośny niż zimna stal na piersi i biodrach.

- Widać nie orientujesz się w zasadzkach urządzanych na przejezdnych – wytknął mu z uporem Col. - Rozbójnicy wykazują się nie lada kreatywnością, zwłaszcza wobec niczego niepodejrzewających ofiar. Nie wspominając o grasantach.

- Wiem dość, by twierdzić, że nie ma tu rozbójników, przodowniku. - Aarim obrzucił Colonella niechętnym spojrzeniem. Od lat czuwał nad tymi ziemiami, a wszelkie akty anarchii oraz agresji skierowanej przeciwko ludności cywilnej czy zakonowi bezzwłocznie tłumił, dlatego nadmierna ostrożność kompana była dlań niepojęta. - Ponadto nie stało w raportach, by w okolicy dostrzeżono grasantów. To bezpieczna trasa.

- Zapewne w tych samych raportach nie stało także o dezerterach w kanałach Adeili. - Najemnik podniósł głowę i wzrokiem spiorunował niewzruszonego rozmówcę. Już dawno miał ochotę zacząć ten temat, lecz aż do teraz nie było ku temu sposobności. - Tam też nie ma rozbójników, jest za to siatka rajfurów, rekieterów, złodziei i morderców za nic mających zakutych w stal tępaków na górze.

Niebianin nie dał się sprowokować. Niemniej wytykanie słabości przez człowieka wciąż popełniającego ten sam błąd nie mogło pozostać bez odpowiedzi.

- Spieszę zauważyć, iż sam się do nich zaliczałeś, Colonellu. I byłbyś przypłacił to życiem, gdyby nie interwencja Kompanii Najemnej Niedźwiedzi.

- Było, minęło, bardziej interesuje mnie twoje przymknięte oko na morderstwa i rozpustę. Nie poradziłeś sobie z własnym miastem, a zamierzasz podważać moje kompetencje?

- Zatem to jest twoją bolączką, przodowniku. W mojej ocenie tym, kto podważa twe kompetencje, jesteś ty sam.

Złote oczy błysnęły gniewnie, kiedy Aarim z rosnącym napięciem wpatrzył się w wytatuowane śniade oblicze, próbując wyczytać z niego więcej za pomocą nieustępliwej aury. Jednakże jedyne, co odnajdywał we wnętrzu człowieka, to skumulowane złość oraz bezsilność, w zbyt dużej dawce przechodzące na niego samego. Jeżeli nie chciał się zapędzić, powinien tymczasowo zaprzestać sondowania awanturnika. A także ukrócić jego buntowniczą manierę oraz przypomnieć mu, iż dowództwo nie podlega dyskusji.

Gniada potrząsnęła łbem podzielając zdenerwowanie jeźdźca, mimo to stąpała lekko po ubitej ziemi tuż obok białego ogiera. Colonell przechylił się w siodle, zniżając głos do groźnego półszeptu.

- Nie podważam moich kompetencji, Wasza Książęca Mość, ani niczyich innych. Jednak kiedy słyszę, że droga przez las jest prosta i można przewalić na przełaj w razie zagrożenia, to krew się we mnie gotuje. W najlepszym wypadku pozbędziemy się koni. W najgorszym ktoś straci życie.

Est siedział im prawie na ogonach. Z niepokojem wsłuchiwał się w ostrą wymianę zdań, wodząc wzrokiem od jednego do drugiego. Niepewność wyparła zmęczenie, a serce zabiło mocniej na brzmienie głosu partnera. Wiedział, o co mu chodziło i rozumiał, dlaczego ten temat wypłynął właśnie teraz. Dziwić mogła kwestia dlaczego dopiero teraz. Tożsamość ofiary z Adeili nie była chłopakowi znana, za to dla Colonella musiała być kimś wyjątkowym i bardziej wartościowym, niż mężczyzna skłonny był przyznać. Aczkolwiek Est nie mógł kategoryzować jej w ten sposób, z pewnością w Adeili dochodzi do wielu przestępstw i morderstw, więc każda ofiara miała prawo oczekiwać sprawiedliwości Zakonu Paladynów, nie tylko ta jedna. Lecz nie potępiał przyjaciela. Gdyby to jemu zamordowano kogoś bliskiego, osobiście szukałby zemsty. A Col nie mógł tego zrobić, ponieważ jego życie nie należało już wyłącznie do niego.

Z ukłuciem wstydu Est odkrył, że lojalność kochanka bardzo mu schlebia, stawia go bowiem wyżej nad osobą, po śmierci której mężczyzna oszalał z żalu i potęgującej agresję toksyny. Doprawdy powód do dumy: być kimś ważniejszym niż zmarła kobieta. Jak rany...

- Powtarzam po raz ostatni, Colonellu: jedynym uzbrojonym człowiekiem, na jakiego możesz się tu natknąć, będzie myśliwy z okolicznej osady kontrolujący populację drapieżników...

Tętent wymijającego ich galopem łaciatego ogiera zagłuszył dalszą wypowiedź Aarima. Zatrzymując wierzchowca w poprzek drogi czarodziejka częściowo zatarasowała przejazd, mierząc obu mężczyzn wściekłym spojrzeniem burzowych oczu. Z rozwianymi na wieczornym wietrze miodowymi włosami i zaciętym wyrazem twarzy, odziana w czerwone szaty piromantki była boginią ognia mająca zaraz uciszyć przekrzykujących się heretyków.

- Zamknijcie się obaj, natychmiast! - huknęła tonem, o jaki nikt nie posądzałby tak drobnej osóbki. - Jeżeli ktoś faktycznie czeka w tym lesie, to wasze kogucie pianie już nas zdradziło! – Jej granatowe od ledwo powstrzymywanej furii wejrzenie wypalało w zwiadowcy dziurę na wylot, a kiedy utkwiło w paladynie, nie zostawiła na nim suchej nitki. - Colonell słusznie mówi, lepiej zachować ostrożność niż potem salwować się ucieczką, ryzykując końmi i życiem. Co w ciebie wstąpiło żeby postępować tak lekkomyślnie?! Pojęcia nie mamy co przyjdzie nam tam spotkać!

Konie przystanęły, strzygąc uszami. Obsztorcowani mężczyźni spoglądali na dziewczynę z mieszaniną oszołomienia i nieśmiałego podziwu. Colonell wiedział, czego się po niej spodziewać, natomiast Aarim pierwszy raz miał okazję widzieć ją rozjuszoną. I kłamstwem byłoby powiedzenie, że ten przejaw stanowczości nie wzbudził w nim mimowolnego uznania. Młodziutka Leos Niedźwiedziogrzywa odznaczyła się siłą charakteru niezbędną do przetrwania kolejnych dni albo miesięcy, w zależności od rozwoju wydarzeń. Zdobyła się na odwagę, by wkroczyć między nich i uciąć bezcelową kłótnię, jednocześnie poskramiając ich męską hardość.

Est, postronny obserwator całego zajścia, nadal trzymał się trochę z tyłu. Leos ubiegła go, udzielając sekutnikom srogiej reprymendy, był jednak z tego zadowolony, gdyż nieświadomie wywołała efekt, jakiego on sam by nie osiągnął. I równocześnie udowodniła, że nie jest delikatnym, posłusznym mężczyznom dziewczątkiem. Książę ma niemały orzech do zgryzienia, bo wreszcie przekonał się, że ta niepozorna dziewczyna potrafi wysunąć ostre pazurki.

Nieco im współczuł słuchając tyrady, a gdy Col i Aarim wymienili niepewne spojrzenia, jego uśmiech jeszcze się poszerzył. Przeczuwał, że docieranie się tych dwóch władczych charakterów będzie długie i żmudne, o ile w ogóle dojdzie do skutku. Obaj chcieli dowodzić i żaden nie podda się bez walki, a wkrótce ich awantury przybiorą agresywny wymiar. Co prawda Aarima niełatwo było wyprowadzić z równowagi, lecz Colonell umiał przywalić z całą mocą argumentu w najmniej dogodnym momencie…

- A teraz ostrożnie wjedziemy do tego przeklętego lasu, gotowi na wszystko: od ciemnej nocy po rozbójników - ciągnęła Leos nie tracąc nic ze swojej apodyktyczności. - Jeśli droga będzie bezpieczna, przyspieszymy za radą Aarima, jeśli nie, to chyba wiemy co robić. - Rozdała ostatnie karcące spojrzenia i zawróciła konia, podstawiając go tuż obok winszującego jej białego elfa.

Przodownik i paladyn nie obejrzeli się za siebie. Słowem się nie odezwali, tylko ponaglili wierzchowce do żwawego kłusu i rozjechali na boki, byle dalej od siebie.

Est, wciąż głupkowato wyszczerzony, odczekał kilka oddechów i uciskiem kolan zachęcił karego rumaka do zwiększenia tempa. Obrócił się do Leos, mrugając porozumiewawczo.

- Nieźle ich ustawiłaś, aż obu mowę odjęło! – zachichotał. Odetchnął wieczornym powietrzem, wyciszając napływające emocje i dając towarzyszce czas na uspokojenie nerwów. - Mnie nie wzięliby na poważnie. Bo przecież nie wyglądam poważnie.

- Est, proszę cię, nie jestem w nastroju na żarty. Poza tym zrobiłbyś to samo na moim miejscu.

- Zgadza się, chciałem, ale mnie uprzedziłaś. Nie uzyskałbym jednak tak spektakularnego efektu. W moim przypadku przez związek z jedną stroną konfliktu wydałoby się to nieszczere.

Niepewność odpuściła, na chwilę pozwalając półsmokowi przejąć władzę nad przytępionymi zmysłami. Musiał być czujny, ponieważ nocny las, nawet tak niewielki jak ten, to nie tylko drapieżne zwierzęta. To również bestie skryte pod ludzkimi powłokami. I te dawno już nieżyjące, kroczące w ślad za nimi.

- Wydaje mi się – dodał ciszej – że są już zmęczeni tą ciągłą jazdą i wszystko zaczyna ich denerwować. Cola rzadko ponosi, niestety Aarim to dla niego prowokacja sama w sobie.

- Boję się myśleć co się wydarzy, kiedy… - Leos przerwała, zapatrzona w gąszcz. Jadący przed nimi Col i Aarim znikali już w zagajniku niczym w paszczy olbrzymiego potwora, aż przebiegł ją dreszcz na to porównanie. - Kiedy dojdzie do najgorszego - dokończyła drżącym szeptem.

- Wiesz, Leos? Też się boję. Ale nie o to, że się pozabijają. Jestem przekonany, że Col oddałby życie za Aarima, ale za nic tego nie powie.

Est przechylił lekko głowę, koncentrując się na majaczącej w ciemności zszarzałej sylwetce ukochanego. Naszła go chęć rozmasowania jego napiętych barków, szepnięcia czegoś miłego do ucha, dotknięcia zarośniętego policzka...

I nim się zorientował, wiatr uczynił to za niego.

Colonell spiął się nagle w poszukiwaniu niewidzialnego napastnika. Nie dostrzegłszy nikogo, przetarł policzek i obejrzał palce, niczego jednak nie znajdując. Niespokojnie rozejrzał się na boki i w górę, natychmiast alarmując rycerza.

Przydymione szmaragdy napotkały książęce złoto. Obaj popatrzyli na siebie, nasłuchując pośród stukotu kopyt, lecz nic nie wskazywało na obecność ukrytych w mroku bandytów. Sowy pohukiwały pośród szumu liści, ptaki krzyczały w koronach drzew nawołując się nawzajem, a świerszcze koncertowały popisowo.

Est zasłonił oczy dłonią i z trudem powstrzymał śmiech, gdy Col odwrócił się do niego. Człowiek w lot wszystko pojął. Lekkie skrzywienie jego ust mówiło językiem duszy. Nie gniewał się, pokręcił tylko głową dalej jadąc przed siebie. Niewątpliwie poprawił mu się humor po tym małym przedstawieniu.

Colonell wreszcie się odprężył i spojrzał przepraszająco na Aarima. Ten prychnął, co w jego wykonaniu uchodzić mogło za namiastkę wesołości. Dźwięk tak niespotykany, że trudny do pomylenia z jakimkolwiek innym odgłosem.

- Co się tam właściwie stało? - zmieszana Leos nie wiedziała na kogo patrzeć.

- Pajęczynka. - Est parsknął na tyle głośno, że słychać go było na samym przodzie. Jego skaleonie ślepia iskrzyły ledwie tłumionym rozbawieniem. - Colonell wjechał w pajęczynkę.

Odkrył sposób na pocieszenie partnera. Wydawało mu się to na tyle urocze, że postanowił korzystać z tej umiejętności przy każdej nadarzającej się okazji, pomijając oczywiście te, które wymagały od Cola absolutnej uwagi. I nie za często, co by im prędko nie spowszedniało, ale na tyle, by pozostało ich małym rytuałem. Zupełnie jak piórko Colonella.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz