Z pierwszym brzaskiem siodłali konie,
szykując się do nużącej podróży. Perspektywa niespełna siedmiodnia jazdy nie zrobiła
na Colonellu ani Aarimie najmniejszego wrażenia, za to Leos i Estalavanes żywili
poważne wątpliwości co do swojej żyłki podróżniczej. Szczególnie czarodziejka,
która niemal całe życie spędziła w miejscach oddalonych od siebie co najwyżej o
dzień drogi, nie licząc przyjazdu z Zielonych Bram do Adeili. Lecz tamta podróż
komfortowym zabudowanym pojazdem chroniącym przed wścibskimi spojrzeniami oraz kapryśną
aurą była tak odległa i nierzeczywista, jak gdyby tylko je wyśniła.
Była
wówczas zupełnie inną osobą: dziewczynką złamaną żałobą po matce, biernie ulegająca
naciskom bezdusznego ojca, półsierotą niemającą nikogo, do kogo mogłaby się
zwrócić. Niestety jedyny żyjący rodzic zmusił ją do życia pod fałszywym
imieniem w cieniu Kompanii Najemnej Niedźwiedzi. Tyrd Niedźwiedziogrzywy nie
przewidział jednak, iż pozostawiona sama sobie dziewczyna bardzo szybko nauczy
się dbać o własne interesy i potrzeby. Zbuntowana na tyle, by uciec, i
zdeterminowana do tego stopnia, by zamieszkać jako pustelniczka, doskonale
odgrywała rolę wiejskiej zielarki, rozwijając się pod opieką miejscowej znachorki.
I tak upływały spokojne lata, a wyrodny Tyrd nawet nie zauważył jej zniknięcia.
Długo cieszyła się upragnioną wolnością, aż pewnego dnia zjawili się oni: jej
niedoszły morderca w towarzystwie dziwacznego elfa. Razem. Dosłownie razem.
Z
ciężkim od nieodwzajemnionego uczucia sercem Leos popatrzyła ukradkiem na Esta.
Jego zręczne, nienaturalnie białe palce zaciągały ostatnie paski juków i upewniały
się, że tuleja pospolitego bojowego kostura jest należycie umocowana. Czarne
jak noc krótkie włosy przesłaniały duże kocie oczy oraz długie uszy i raz po
raz elf musiał odgarniać niesforne pasemka wierzchem skórzanej rękawiczki,
bezwiednie marszcząc przy tym brwi. W końcu uśmiechnął się pod nosem zadowolony
z efektów swojej pracy i poklepał wyszczotkowany bok karego ogiera.
Przyciągnięty
wzrokiem dziewczyny Est obrócił się w jej stronę i radośnie odsłonił kły, a ona
niczym wiejska panna spłoniła się, odwracając gwałtownie plecami. Powracały do
niej mgliste wspomnienia tego, co zdarzyło się w tych zimnych murach garnizonu.
Do niczego co prawda nie doszło, ale mogłaby przysiąc, że igiełka lodu na
wskroś przebiła jej serce. Zapragnęła raz jeszcze na niego spojrzeć, poczuć
łaskoczące motyle skrzydełka w brzuchu, ujrzeć jego piękną twarz, uszy, jakich
nigdy dotąd nie widziała, biegnące poziomo wzdłuż boków głowy i zwężające się
jak połówki migdałów. Zawsze zabawnie drżały, kiedy docierały do nich
najcichsze dźwięki, jak u spłoszonego królika.
Bez
udziału woli odszukała go wzrokiem, lecz pojawienie się Cola skutecznie ją
otrzeźwiło. Oto powód, dla którego ich wspólna przyszłość pozostawała
niespełnioną romantyczną fantazją. To nie tak, że życzyła temu człowiekowi
śmierci, ale gdyby go nie było, to może…
-
Leos? - Łagodny głos Aarima wyratował ją z okrutnych i przykrych rozważań.
Obejrzała się na mężczyznę zmierzającego ku niej z lśniącym bielą olbrzymem u
boku. - Wyglądasz na zmartwioną. Czy coś się wydarzyło?
-
Nie, Aarimie, dziękuję za troskę.
Nie
chciała, by dojrzał na jej twarzy coś, co mogłoby budzić jego podejrzenia, więc
wróciła do bezsensownego przeglądania toreb, które sprawdziła jakieś piętnaście
razy, byle zająć czymś ręce. Przywołała na usta delikatny uśmiech, co nie było
łatwe zważywszy na bliską obecność Esta oraz jej chwilowy spadek nastroju.
Aarim
nie dał się zwieść.
-
Jesteśmy drużyną, Leos. Nasze życia, podobnie jak powodzenie misji, zależą od
naszych wzajemnych relacji. Dlatego proszę, byś nie wahała się powiedzieć,
gdyby coś cię dręczyło.
Książę
podszedł bliżej, jednakże tym razem czarodziejka nie wyczuła jego prezencji w
swoim umyśle. Coś się zmieniło. I dostrzegła to natychmiast, kiedy mu się przyjrzała.
Sir
Aarim Asmodeusz, królewski spadkobierca oraz rycerz-dowódca garnizonu w Adeili
przewyższał urodą wielu znanych Leos mężczyzn. Chłopięcego Esta również, jako
że blizny po oparzeniach na policzku i brwi tylko przydawały dojrzałości
młodzieńczym, arystokratycznym rysom. Spoglądała prosto w oczy o złotych
tęczówkach, które bez oporów śledziły zmiany w jej mimice. Dobrze wiedziała, że
był równie bezwzględny, co niebezpieczny, a zarazem szlachetny i mądry, ale
mimo to zaufała mu, wypierając ze świadomości fakt, iż omal nie zabił chłopaka,
którego kochała.
Leos
patrzyła, jak jasne brwi unoszą się pytająco. Zawstydzona uciekła spojrzeniem, koncentrując
się na pasach siodła srokatego ogiera.
-
Dz-dziękuję - zająknęła się, zbyt mocno zaciskając popręg, aż koń parsknął w
proteście. Znów wyszła przy nim na głupiutką trzpiotkę. Nawet nie musiał używać
mocy, by wprawić ją w zakłopotanie. – Przepraszam…
-
Pozwól, pomogę. - Aarim puścił wodze Sena i stanął przy dziewczynie, która bez
słowa ustąpiła mu miejsca. - Zapewne nie czujesz się swobodnie w towarzystwie
trójki mężczyzn. Nie wątpię, iż odnalezienie się w naszym tempie oraz sposobie
życia stanowi dla ciebie wyzwanie. - Jego wzrok ledwie zauważalnie prześlizgnął
się na wytatuowanego zwiadowcę.
-
Nie, to nie tak - zaprzeczyła skwapliwie, odruchowo podążając za jego
spojrzeniem. Colonell żywo gestykulował i rozbrajająco szczerzył zęby
opowiadając coś przyjacielowi, na którego białym obliczu gasł właśnie uśmiech,
powoli zastępowany pogłębiającym się niedowierzaniem. - Po prostu… Tak, muszę
się w tym wszystkim odnaleźć, Aarimie. Na razie czuję się jak jakiś rzep. Każdy
ma wyjątkowy talent, a ja…
Zamilkła,
ciemnoniebieskie oczy spuszczając na swoje splecione palce. Żal ucisnął jej
dziewczęcą pierś, a głos uwiązł w gardle, kiedy uwalniając dłonie kolejno
przyciskała płytki paznokci do opuszki kciuka. Dlaczego zwierzała się komuś, kogo
jeszcze niedawno uważała za chłodnego i zdystansowanego człowieka? Nawet nie
człowieka. Zerknęła spod brwi na niebianina i zbladła. Zdawał się uśmiechać. A
był to bardzo smutny uśmiech.
-
Leos, talenty mają niewielkie znaczenie. To doświadczenie zadecyduje o tym, czy
przetrwamy nadchodzący koszmar. Doświadczenie oraz wola współdziałania.
Młody
paladyn zwrócił pozbawioną wyrazu twarz ku dwójce najemników, jakby zastanawiał
się, na ile samowoli powinien im pozwolić. Podjąwszy właściwą decyzję, ponownie
skupił się na Leos. Złociste rzęsy opadły, gdy jego dłoń pokrzepiająco uścisnęła
drobny bark czarodziejki.
Niespodziewany
gest ze strony mężczyzny, który dotąd trzymał wszystkich na dystans, kompletnie
ją zaskoczył. Zamarła bez ruchu w obawie, że trzepoczące niby ptak serce wyfrunie
z jej piersi. Ręka Aarima była przyjemnie ciepła i lekka, zupełnie niepasująca
do jej wyobrażeń, do zimnej stali, w jaką zwykł ją oblekać. Czując jak
upstrzone piegami policzki płoną szkarłatem, przełknęła ślinę i popatrzyła na ramię
spowite błękitnym atłasem, po czym przesunęła wzrok wyżej. Dopiero teraz spostrzegła,
że Aarim nie założył pełnej zbroi płytowej. Za to ozdobił swój dzienny strój
wysokimi skórzanymi butami obitymi białą stalą oraz pasującymi do nich
rękawicami połączonymi z karwaszami sięgającymi łokcia. I tylko ta jedna dłoń była
nieosłonięta, jakby celowo nie zdążył jej...
-
Leos. - Czarodziejka wzdrygnęła się na dźwięk niskiego, beznamiętnego tonu. Znowu
dała się porwać bzdurnym marzeniom. - Wierzę w ciebie, tak jak wierzę w osąd
Estalavanesa dotyczący twojej osoby. Zatem ty także uwierz w siebie.
Gwarantuję, iż podczas wyprawy do stolicy doświadczysz więcej, niż
przypuszczasz. Niż chciałabyś. Niż ktokolwiek z nas by chciał - zakończył o
wiele za cicho, by dosłyszała jego ponuro brzmiącą przepowiednię.
Chwila
trwała, a dłoń ani drgnęła. Dziewczyna, wpatrzona w cudnej barwy oczy, nie
wyczuwała aury Aarima, esencja nie płynęła też z jego ręki. Był to zwyczajny gest
mający dodać jej otuchy. Gest istoty wyzbytej uczuć i emocji, nienawykłej do
okazywania troski w tak bezpośredni sposób, a jednak wbrew sobie wyginającej
kąciki warg w smutnym uśmiechu. Dlaczego znów smutnym?
Już
otwierała usta, by zadać to nurtujące ją pytanie, kiedy gromki śmiech przerwał ich
nieoczekiwany moment bliskości. Książę cofnął się. Kontakt został boleśnie
zerwany, pozostawiając zanikające wrażenie jak z sennego widzenia.
-
Jak rany, Col, ty naprawdę masz coś z głową! - Est w czarny skórzanym pancerzu
prowadził konia w kierunku czarodziejki i paladyna. Otarł zbłąkaną łezkę z
policzka i nie przestając chichotać, nieudolnie starał się utrzymać wzrok na idącym
obok przodowniku. - W Pozaświecie powinni przygotować dla ciebie specjalne
miejsce!
-
Zawczasu je przygotowali, ale boją się mnie tam sadzać! – zripostował Col. - Przynajmniej
dobrze zacząłeś dzień, Esti. I nie musisz się już martwić o zszarganą jak
poduszka reputację!
Jowialny
uśmiech nie schodził z jego brodatej twarzy, gdy wraz z końmi zatrzymali się
przy pozostałej dwójce. Nawet pociemniały wzrok Aarima nie był w stanie zepsuć zwiadowcy
humoru. Patrząc na przybitą siostrę musiał wytężyć siły, by pohamować kolejny wybuch
wesołości.
-
Ruszamy? – spytał. - Słońce przebija chmury na wschodzie, a droga już wzywa.
-
Konie zatęskniły za odrobiną ruchu, a on to już na pewno. - Est kciukiem
wskazał podrzucającego grzywą ogiera. Wyczesane czarne fale rozsypały się po
zgrabnym pysku, przysparzając zwierzęciu kłopotu.
Leos
ostatni raz zajrzała w rozświetlone szczęściem oczy Esta i odwróciła wzrok.
Musi być silna, z czasem jednostronne uczucie wygaśnie. Tymczasem powinna zadbać
o siebie, by nie stać się balastem i problemem dla reszty, szczególnie że Aarim
pokładał w niej wiarę. Ostatecznie sama chciała z nimi jechać, toteż nie ma
prawa narzekać. I jak do tej pory była silna, tak teraz musi być jeszcze
silniejsza. Zresztą, nie na darmo zyskała przydomek Małej Niedźwiedzicy!
Umocniona
w swoim postanowieniu piromantka wspięła się na siodło i usiadła jak najwygodniej
na niezbyt miękkim siedzisku. Zmierzyła z góry trójkę mężczyzn i z dumnym
grymasem rzuciła lekko, przypieczętowując złożoną samej sobie obietnicę:
-
To na co czekamy? Czas ucieka, droga szeroka, a gospoda sama do nas na nocleg
nie przyjdzie.
-
Podoba mi się jej postawa - skomentował głośno Colonell, szturchając Esta pod
żebra. – Dzień dopiero się zaczął, a ona już o spaniu.
Gniada
klacz obróciła łeb, by spojrzeć na sadowiącego się w siodle człowieka. Karego
ogiera wręcz rozpierała energia, przestępował z jednej kudłatej nogi na drugą, ani
myśląc słuchać półsmoka. I tylko biały rumak stał niby wykuty w
najprzedniejszym marmurze, gdy dodatkowy ciężar spoczął na jego szerokim
grzbiecie.
Est
już od wczoraj baczniej przyglądał się zachowaniom Leos i Aarima. Niebianin przypatrywał
się dziewczynie z nieodgadnionym wyrazem, najwyraźniej potraktował jego radę
poważnie, nikogo bowiem nie poddał działaniu sondy emocjonalnej.
Mieszkając
i pracując w noclegowni biały elf nabył kilka przydatnych umiejętności, a jedną
z nich była zdolność niezauważalnego obserwowania otoczenia. W ramach rozrywki
oraz dla własnego bezpieczeństwa podglądał poniektórych gości przybytku; nic
się przed nim nie ukryło, kiedy bystro wypatrywał wszystkiego, czego ludzie nie
chcieli ujawniać. Obserwowani nawet nie poczuli jego wzroku, ale Est musiał być
niezwykle ostrożny. Było to męczące, niemniej dawało satysfakcjonujące rezultaty.
Dzięki
temu nie umykało mu żadne ukradkowe spojrzenie, jakie na każdym kroku posyłała
mu Leos, lecz bardziej intrygowała go zmiana w podejściu Aarima do czarodziejki.
W końcu używał słów zamiast tej nieszczęsnej niebiańskiej magii. Stawał się
bliższy ludziom i na dłuższą metę nie wiadomo czy było to dobre posunięcie, czy
też nie. Nie jemu sądzić nieludzkie istoty w ich staraniach odnalezienia w
sobie człowieczeństwa. Sam pragnął przypominać człowieka, więc nie mógł za to krytykować
innych.
Jak
na ironię, gdy wreszcie chłopak przestał się zadręczać, wici aury Aarima wniknęły
do jego umysłu. Est potarł twarz dłonią w rękawiczce i warknął z rezygnacją,
próbując odzyskać kontrolę nad emocjami. Sonda mentalna była mu solą w oku i
musiał mieć się na baczności, by nie przyzwyczaić się zanadto do niechcianej
obecności - trzeciej, jak by nie liczyć - co mogło okazać się zgubne. Był
najsłabszym ogniwem, jednostką wyjątkowo podatną na atak i choć Col uważał
inaczej, będzie zmuszony poprosić niebianina o kontynuację treningu mentalnej
odporności. W tej chwili ich wspólne przetrwanie było ważniejsze od zdania
partnera. Przetrwanie oraz dotrwanie do końca dnia w pozycji siedzącej i nie danie
po sobie poznać, jak wiele go to kosztowało. Regeneracja jest nieocenionym darem,
ale nie znaczyło to, że przywykł do bolączek, których fizyczna odnowa nie
dotyczyła…
Wierzchowce
same ruszyły za majestatycznym Senem i Est nie musiał dzielić uwagi między
opanowaniem wyrywającego do przodu karego a poszukiwaniem wolnej przestrzeni na
coraz tłoczniejszej ulicy przed nimi. Kusiło go, by zerknąć do tyłu na ogromne
mury garnizonu ze strzelistymi wieżami Katedry Tarthosa, lecz bał się, że
będzie to ostatni raz, kiedy je widzi. Wolał odłożyć to na później, gdy wrócą
cali i zdrowi. Bo wrócą. A przynajmniej gorąco w to wierzył.
-
Źle się czułem oglądając te mury od wewnątrz.
Est
odwrócił się, słysząc dobiegający z prawej baryton partnera. Col wydawał się
zasępiony. Jego wzrok przygasł pod zmarszczonymi brwiami, gdy zajrzał w
jasnozielone oczy półsmoka. Nie spojrzy w tył. Niedźwiedzie nie oglądają się za
siebie.
-
Za dzieciaka widywałem je z zewnątrz i żałuję, że tak nie zostało. Gdybym miał
wybór, nigdy bym tu nie wrócił.
To ja nie dałem ci wyboru, Col. - Uszy Esta opadły smętnie. Pociągnął lekko za jeden z białych
płatków garbiąc się przy tym w siodle. Całe
życie odmawiano mi prawa wyboru i teraz ja sam odbieram tę możliwość
najbliższym. Mistrzu, czy na tym polega odpowiedzialność? Na decydowaniu w
imieniu reszty? Skoro tak, to nie nadaję się do tego…
***
Bez wątpienia Est był najsłabszym
ogniwem, zwłaszcza jeśli chodzi o wytrzymałość w siodle i chociaż usiłował utrzymać
pozory dziarskiego oraz zrelaksowanego jeźdźca, to w rzeczywistości marnie mu
to wychodziło. Dla oderwania myśli od bolących partii ciała postanowił
przywołać rozkoszne wydarzenia minionej nocy. Jak na złość, jako pierwsze nasunęły
się akurat te, których sobie nie życzył...
Nie
mógł przeciwdziałać przemianom następującym w nim pod wpływem trudnych emocji. Wkrótce
druga tożsamość zacznie przejawiać się z większą częstotliwością, lecz chciałby
zyskać pewność, że zdoła nad nią zapanować w krytycznych sytuacjach. Nazywał to
drugą tożsamością, choć nie wyczuwał już drugiego “ja” - jakby stali się jednym
i tym samym, a on, chcąc nadać temu sens, rozgraniczył swą jaźń na tę dobrą
oraz złą. Jeżeli jego rozumowanie było poprawne, skrajne uczucia wyciągały na
światło dzienne groteskową, potworną naturę, coś na podobieństwo
skomplikowanego systemu obronnego. Na szczęście wsparcie Cola oraz jego niezachwiana
miłość łagodziły najgorsze skutki, jakie niósł ze sobą ów wewnętrzny konflikt.
Rzecz
jasna Est mógł się mylić, co było całkiem prawdopodobne, aczkolwiek będzie opierał
się na tej teorii do momentu potwierdzenia jej w kolejnych przypadkach,
ewentualnie do następnego razu, który przybliży go do odpowiedzi. Tak jak mawiał
mistrz: nie pozna prawdy, jeśli nie będzie jej dociekał.
Myśl
o Magu, w pamięci Esta nigdy nie będącym Artemonem, wyrwała go z odrętwienia. Miał
przy sobie jego dziennik, wystarczyło po niego sięgnąć, by zgłębić najskrytsze
myśli człowieka, który w przeciągu roku urósł w jego sercu do rangi przybranego
ojca... Wzbraniał się przed tym. Nie miał odwagi dotknąć książki choćby palcem z
obawy, że odeśle starca do przeszłości, w Pozaświat. Pragnął wierzyć, że w ten
sposób uchroni mentora przed śmiercią i że kiedyś się zobaczą, gdyż nie
pozostało mu nic poza wspomnieniami, do których mógł wracać podczas medytacji.
Est
miał już dosyć przytłaczających rozmyślań, a jego nastrój stale pogarszały
obolałe mięśnie zesztywniałe od podrygiwania na twardym końskim grzbiecie. Z
zazdrością patrzył na Colonella, który po paru godzinach jazdy trzymał się w
siodle równie prosto jak na samym początku. Aarim w niczym mu nie ustępował; obaj
wysforowali się na sam przód, zachowując od siebie niezmienną odległość całej
szerokości drogi. Nie był to wynik przezorności. Leos i Est mogli wjechać
między nich i jeszcze zostałoby miejsce dla nieznajomego nadciągającego z
naprzeciwka - gdyby ktoś taki się pojawił. Lecz, co dziwne, trakt był opustoszały,
nie licząc ich czwórki. A może to normalne w tych stronach? Nadejście wieczoru
nie sprzyja urządzaniu wędrówek i przejażdżek z przystankiem w lesie.
Jak
dotąd minęli trzech mieszczan załatwiających swe sprawy w pobliskich wsiach
oraz jeden powóz na resorach należący do słusznego wiekiem szlachcica. Żaden z
podróżników nie zagadywał ich, ograniczając się do zdawkowych uprzejmości.
Chłopak pomyślał wtedy o komfortowej podróży jaką odbył niemal identycznym
pojazdem z lordem Henendrikiem II z rodu Halavar i żałował, że nie mogą dostać
się do stolicy w większej wygodzie niż podskakując w siodłach, wystawieni na
niepogodę oraz ciekawskie spojrzenia.
To
nie tak, że Est wysoko cenił luksus. Zwyczajnie nie nawykł do długiego
przebywania w jednej pozycji na wciąż poruszającym się zwierzęciu, podrzucany i
wstrząsany jak skrzynia na pace furmanki. Uwielbiał ruch i nawet medytacje
negatywnie odbijały się na jego samopoczuciu, choć nie tak bardzo jak jazda
konna. Kochał konie, ale naiwnie zakładał, że będzie to doznanie mniej więcej
takie samo jak one, czyli wspaniałe.
Biorąc
się w garść, zaczesał włosy i zganił się za marudzenie. Nawet przyjaciółka
jadąca tuż przed nim lepiej to znosiła. Albo umiejętnie się kamuflowała. Nie
mógł zaprzeczyć, że cokolwiek by nie robiła, wychodziło jej to bez zarzutu i
wypadał na jej tle nader kiepsko, jak jakiś rozpieszczony paniczyk.
Bezczynność
także odegrała rolę w bezgłośnych utyskiwaniach półsmoka. Mimo uroku i piękna
wonnych łąk skąpanych w promieniach zachodzącego słońca, znudzony przetarł ciężkie
powieki i ziewnął przeciągle. Był bardziej wyczerpany niż jego koń, lecz nie na
tyle, by nie dostrzec jak Col podjeżdża do księcia i nieznacznym skinieniem ręki
w strzeleckiej rękawicy przykuwa jego uwagę. W tej chwili wszystko było
ciekawsze od wydeptanej drogi i wysokiej trawy, toteż Est bez namysłu popędził
karego nie chcąc uronić ani słowa z ich rozmowy. Odnosił wrażenie, że źle się
to dla nich obu skończy.
Colonell
z wyćwiczoną obojętnością zwrócił się do zleceniodawcy, nie przestając
lustrować ciemniejącej gęstwiny pochłaniającej drogę.
-
Jazda przez las o tak późnej porze to proszenie się o nieszczęście, paladynie.
-
Wieczór nie ma się ku końcowi, przodowniku. - Aarim pozostawał równie oschły, a
w przekonaniu podążającego za nimi półsmoka niebianin doprowadził tę cechę do
perfekcji. I zaprezentował ją w pełnej krasie wraz z lekceważącym spojrzeniem
wbitym w drogę. – Dotrzemy do gospody przed zmrokiem.
-
Od wielu godzin nie widzieliśmy na trakcie żywej duszy - zaznaczył z naciskiem
Col, rozglądając się po drzewach występujących w coraz większych skupiskach.
Niebawem wjadą do lasu, a baldachim liści zasłoni niebo, kryjąc ich w kompletnych
ciemnościach. - Możemy wpaść w zasadzkę.
Aarim
był jednak nieugięty.
-
To zrozumiałe, Colonellu, w porze wieczornej mało kto zapuszcza się w las. Dla
uspokojenia dodam, że leśny trakt jest prosty, zatem jeśli zajdzie konieczność
ucieczki, to konie z łatwością przebędą szlak cwałem bez ryzyka okulawienia.
Zaręczam, iż tylko obłąkany człowiek porwie się na czterech uzbrojonych jeźdźców,
z których jeden przynależy do bractwa zakonnego.
Przyczernione
oczy zwiadowcy zwęziły się z irytacją, w skupieniu przeczesując teren przed i
wokół. Col wprawnym ruchem rozpiął broszę cętkowanej peleryny, w razie nagłej
potrzeby zapewniając sobie dostęp do bandoliera z nożami oraz sztyletów u pasa.
Łuk wisiał przy siodle, nie mniej śmiercionośny niż zimna stal na piersi i
biodrach.
-
Widać nie orientujesz się w zasadzkach urządzanych na przejezdnych – wytknął mu
z uporem Col. - Rozbójnicy wykazują się nie lada kreatywnością, zwłaszcza wobec
niczego niepodejrzewających ofiar. Nie wspominając o grasantach.
-
Wiem dość, by twierdzić, że nie ma tu rozbójników, przodowniku. - Aarim obrzucił
Colonella niechętnym spojrzeniem. Od lat czuwał nad tymi ziemiami, a wszelkie
akty anarchii oraz agresji skierowanej przeciwko ludności cywilnej czy zakonowi
bezzwłocznie tłumił, dlatego nadmierna ostrożność kompana była dlań niepojęta.
- Ponadto nie stało w raportach, by w okolicy dostrzeżono grasantów. To
bezpieczna trasa.
-
Zapewne w tych samych raportach nie stało także o dezerterach w kanałach Adeili.
- Najemnik podniósł głowę i wzrokiem spiorunował niewzruszonego rozmówcę. Już
dawno miał ochotę zacząć ten temat, lecz aż do teraz nie było ku temu
sposobności. - Tam też nie ma rozbójników, jest za to siatka rajfurów, rekieterów,
złodziei i morderców za nic mających zakutych w stal tępaków na górze.
Niebianin
nie dał się sprowokować. Niemniej wytykanie słabości przez człowieka wciąż
popełniającego ten sam błąd nie mogło pozostać bez odpowiedzi.
-
Spieszę zauważyć, iż sam się do nich zaliczałeś, Colonellu. I byłbyś przypłacił
to życiem, gdyby nie interwencja Kompanii Najemnej Niedźwiedzi.
-
Było, minęło, bardziej interesuje mnie twoje przymknięte oko na morderstwa i
rozpustę. Nie poradziłeś sobie z własnym miastem, a zamierzasz podważać moje
kompetencje?
-
Zatem to jest twoją bolączką, przodowniku. W mojej ocenie tym, kto podważa twe
kompetencje, jesteś ty sam.
Złote
oczy błysnęły gniewnie, kiedy Aarim z rosnącym napięciem wpatrzył się w
wytatuowane śniade oblicze, próbując wyczytać z niego więcej za pomocą
nieustępliwej aury. Jednakże jedyne, co odnajdywał we wnętrzu człowieka, to
skumulowane złość oraz bezsilność, w zbyt dużej dawce przechodzące na niego
samego. Jeżeli nie chciał się zapędzić, powinien tymczasowo zaprzestać
sondowania awanturnika. A także ukrócić jego buntowniczą manierę oraz przypomnieć
mu, iż dowództwo nie podlega dyskusji.
Gniada
potrząsnęła łbem podzielając zdenerwowanie jeźdźca, mimo to stąpała lekko po
ubitej ziemi tuż obok białego ogiera. Colonell przechylił się w siodle,
zniżając głos do groźnego półszeptu.
-
Nie podważam moich kompetencji, Wasza Książęca Mość, ani niczyich innych.
Jednak kiedy słyszę, że droga przez las jest prosta i można przewalić na
przełaj w razie zagrożenia, to krew się we mnie gotuje. W najlepszym wypadku
pozbędziemy się koni. W najgorszym ktoś straci życie.
Est
siedział im prawie na ogonach. Z niepokojem wsłuchiwał się w ostrą wymianę zdań,
wodząc wzrokiem od jednego do drugiego. Niepewność wyparła zmęczenie, a serce zabiło
mocniej na brzmienie głosu partnera. Wiedział, o co mu chodziło i rozumiał,
dlaczego ten temat wypłynął właśnie teraz. Dziwić mogła kwestia dlaczego dopiero teraz. Tożsamość ofiary z Adeili
nie była chłopakowi znana, za to dla Colonella musiała być kimś wyjątkowym i
bardziej wartościowym, niż mężczyzna skłonny był przyznać. Aczkolwiek Est nie
mógł kategoryzować jej w ten sposób, z pewnością w Adeili dochodzi do wielu
przestępstw i morderstw, więc każda ofiara miała prawo oczekiwać
sprawiedliwości Zakonu Paladynów, nie tylko ta jedna. Lecz nie potępiał
przyjaciela. Gdyby to jemu zamordowano kogoś bliskiego, osobiście szukałby
zemsty. A Col nie mógł tego zrobić, ponieważ jego życie nie należało już
wyłącznie do niego.
Z
ukłuciem wstydu Est odkrył, że lojalność kochanka bardzo mu schlebia, stawia go
bowiem wyżej nad osobą, po śmierci której mężczyzna oszalał z żalu i
potęgującej agresję toksyny. Doprawdy powód do dumy: być kimś ważniejszym niż
zmarła kobieta. Jak rany...
-
Powtarzam po raz ostatni, Colonellu: jedynym uzbrojonym człowiekiem, na jakiego
możesz się tu natknąć, będzie myśliwy z okolicznej osady kontrolujący populację
drapieżników...
Tętent
wymijającego ich galopem łaciatego ogiera zagłuszył dalszą wypowiedź Aarima. Zatrzymując
wierzchowca w poprzek drogi czarodziejka częściowo zatarasowała przejazd,
mierząc obu mężczyzn wściekłym spojrzeniem burzowych oczu. Z rozwianymi na
wieczornym wietrze miodowymi włosami i zaciętym wyrazem twarzy, odziana w
czerwone szaty piromantki była boginią ognia mająca zaraz uciszyć
przekrzykujących się heretyków.
-
Zamknijcie się obaj, natychmiast! - huknęła tonem, o jaki nikt nie posądzałby
tak drobnej osóbki. - Jeżeli ktoś faktycznie czeka w tym lesie, to wasze
kogucie pianie już nas zdradziło! – Jej granatowe od ledwo powstrzymywanej
furii wejrzenie wypalało w zwiadowcy dziurę na wylot, a kiedy utkwiło w
paladynie, nie zostawiła na nim suchej nitki. - Colonell słusznie mówi, lepiej
zachować ostrożność niż potem salwować się ucieczką, ryzykując końmi i życiem.
Co w ciebie wstąpiło żeby postępować tak lekkomyślnie?! Pojęcia nie mamy co
przyjdzie nam tam spotkać!
Konie
przystanęły, strzygąc uszami. Obsztorcowani mężczyźni spoglądali na dziewczynę
z mieszaniną oszołomienia i nieśmiałego podziwu. Colonell wiedział, czego się
po niej spodziewać, natomiast Aarim pierwszy raz miał okazję widzieć ją rozjuszoną.
I kłamstwem byłoby powiedzenie, że ten przejaw stanowczości nie wzbudził w nim
mimowolnego uznania. Młodziutka Leos Niedźwiedziogrzywa odznaczyła się siłą
charakteru niezbędną do przetrwania kolejnych dni albo miesięcy, w zależności
od rozwoju wydarzeń. Zdobyła się na odwagę, by wkroczyć między nich i uciąć bezcelową
kłótnię, jednocześnie poskramiając ich męską hardość.
Est,
postronny obserwator całego zajścia, nadal trzymał się trochę z tyłu. Leos
ubiegła go, udzielając sekutnikom srogiej reprymendy, był jednak z tego
zadowolony, gdyż nieświadomie wywołała efekt, jakiego on sam by nie osiągnął. I
równocześnie udowodniła, że nie jest delikatnym, posłusznym mężczyznom dziewczątkiem.
Książę ma niemały orzech do zgryzienia, bo wreszcie przekonał się, że ta niepozorna
dziewczyna potrafi wysunąć ostre pazurki.
Nieco
im współczuł słuchając tyrady, a gdy Col i Aarim wymienili niepewne spojrzenia,
jego uśmiech jeszcze się poszerzył. Przeczuwał, że docieranie się tych dwóch
władczych charakterów będzie długie i żmudne, o ile w ogóle dojdzie do skutku.
Obaj chcieli dowodzić i żaden nie podda się bez walki, a wkrótce ich awantury przybiorą
agresywny wymiar. Co prawda Aarima niełatwo było wyprowadzić z równowagi, lecz
Colonell umiał przywalić z całą mocą argumentu w najmniej dogodnym momencie…
-
A teraz ostrożnie wjedziemy do tego przeklętego lasu, gotowi na wszystko: od
ciemnej nocy po rozbójników - ciągnęła Leos nie tracąc nic ze swojej
apodyktyczności. - Jeśli droga będzie bezpieczna, przyspieszymy za radą Aarima,
jeśli nie, to chyba wiemy co robić. - Rozdała ostatnie karcące spojrzenia i
zawróciła konia, podstawiając go tuż obok winszującego jej białego elfa.
Przodownik
i paladyn nie obejrzeli się za siebie. Słowem się nie odezwali, tylko ponaglili
wierzchowce do żwawego kłusu i rozjechali na boki, byle dalej od siebie.
Est,
wciąż głupkowato wyszczerzony, odczekał kilka oddechów i uciskiem kolan zachęcił
karego rumaka do zwiększenia tempa. Obrócił się do Leos, mrugając
porozumiewawczo.
-
Nieźle ich ustawiłaś, aż obu mowę odjęło! – zachichotał. Odetchnął wieczornym
powietrzem, wyciszając napływające emocje i dając towarzyszce czas na uspokojenie
nerwów. - Mnie nie wzięliby na poważnie. Bo przecież nie wyglądam poważnie.
-
Est, proszę cię, nie jestem w nastroju na żarty. Poza tym zrobiłbyś to samo na
moim miejscu.
-
Zgadza się, chciałem, ale mnie uprzedziłaś. Nie uzyskałbym jednak tak
spektakularnego efektu. W moim przypadku przez związek z jedną stroną konfliktu
wydałoby się to nieszczere.
Niepewność
odpuściła, na chwilę pozwalając półsmokowi przejąć władzę nad przytępionymi
zmysłami. Musiał być czujny, ponieważ nocny las, nawet tak niewielki jak ten,
to nie tylko drapieżne zwierzęta. To również bestie skryte pod ludzkimi
powłokami. I te dawno już nieżyjące, kroczące w ślad za nimi.
-
Wydaje mi się – dodał ciszej – że są już zmęczeni tą ciągłą jazdą i wszystko
zaczyna ich denerwować. Cola rzadko ponosi, niestety Aarim to dla niego
prowokacja sama w sobie.
-
Boję się myśleć co się wydarzy, kiedy… - Leos przerwała, zapatrzona w gąszcz.
Jadący przed nimi Col i Aarim znikali już w zagajniku niczym w paszczy
olbrzymiego potwora, aż przebiegł ją dreszcz na to porównanie. - Kiedy dojdzie
do najgorszego - dokończyła drżącym szeptem.
-
Wiesz, Leos? Też się boję. Ale nie o to, że się pozabijają. Jestem przekonany,
że Col oddałby życie za Aarima, ale za nic tego nie powie.
Est
przechylił lekko głowę, koncentrując się na majaczącej w ciemności zszarzałej
sylwetce ukochanego. Naszła go chęć rozmasowania jego napiętych barków, szepnięcia
czegoś miłego do ucha, dotknięcia zarośniętego policzka...
I
nim się zorientował, wiatr uczynił to za niego.
Colonell
spiął się nagle w poszukiwaniu niewidzialnego napastnika. Nie dostrzegłszy
nikogo, przetarł policzek i obejrzał palce, niczego jednak nie znajdując.
Niespokojnie rozejrzał się na boki i w górę, natychmiast alarmując rycerza.
Przydymione
szmaragdy napotkały książęce złoto. Obaj popatrzyli na siebie, nasłuchując
pośród stukotu kopyt, lecz nic nie wskazywało na obecność ukrytych w mroku bandytów.
Sowy pohukiwały pośród szumu liści, ptaki krzyczały w koronach drzew nawołując
się nawzajem, a świerszcze koncertowały popisowo.
Est
zasłonił oczy dłonią i z trudem powstrzymał śmiech, gdy Col odwrócił się do
niego. Człowiek w lot wszystko pojął. Lekkie skrzywienie jego ust mówiło językiem
duszy. Nie gniewał się, pokręcił tylko głową dalej jadąc przed siebie.
Niewątpliwie poprawił mu się humor po tym małym przedstawieniu.
Colonell
wreszcie się odprężył i spojrzał przepraszająco na Aarima. Ten prychnął, co w
jego wykonaniu uchodzić mogło za namiastkę wesołości. Dźwięk tak niespotykany,
że trudny do pomylenia z jakimkolwiek innym odgłosem.
-
Co się tam właściwie stało? - zmieszana Leos nie wiedziała na kogo patrzeć.
-
Pajęczynka. - Est parsknął na tyle głośno, że słychać go było na samym przodzie.
Jego skaleonie ślepia iskrzyły ledwie tłumionym rozbawieniem. - Colonell
wjechał w pajęczynkę.
Odkrył
sposób na pocieszenie partnera. Wydawało mu się to na tyle urocze, że
postanowił korzystać z tej umiejętności przy każdej nadarzającej się okazji,
pomijając oczywiście te, które wymagały od Cola absolutnej uwagi. I nie za
często, co by im prędko nie spowszedniało, ale na tyle, by pozostało ich małym
rytuałem. Zupełnie jak piórko Colonella.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz