No dobra, przyznaję, jestem skonsternowana. Najwyraźniej Pan Erikson zawyżył poprzeczkę, bo ostatnio klasyczne fantasy rozrywkowe mnie nie cieszy. Nie spełnia moich - cokolwiek wygórowanych - oczekiwań. To chyba nie jest już mój ulubiony podgatunek: sztampowe fantasy, szybkie czytadło dla samej fabuły, historii przedstawionej. Jednak do poprawnego funkcjonowania potrzeba mi głębokich przemyśleń bohaterów oraz bogatych opisów świata, z zielskiem pod butami włącznie. Już dawno przestałam czytać książki dla samego czytania. Teraz poszukuję w nich paliwa dla własnej inwencji, która wyczerpała się po ostrym maratonie pisarskim. I nie mylcie tego ze zrzynaniem. Unikam tego jak ognia, choć pozostawanie oryginalnym w obecnych czasach zakrawa o niemożliwe.
Wróćmy jednak do tytułowej pozycji. Dla przykładu: w jednym momencie elfka siedzi na drzewie, a w następnym biegnie do obozu. Jedno, góra dwa zdania. I taki brak wypełnienia, pustka między zwyczajnym przemieszczeniem się z punktu A, do punktu B. A resztę niech czytelnik sobie dopowie/wymyśli. Kiedyś nie zwróciłabym na to uwagi, tylko cieszyła się szybką, niezobowiązującą lekturą z mojego ulubionego uniwersum, ale... E-e. Już nie. Jak rany, robię się roszczeniowa...
Richard A. Knaak jest jednym z autorów, nad twórczością których spędzałam młodość. Szczególnie ciepło wspominam jego "Legendę o Humie", pierwszą książkę ze świata Dragonlance, jaką wówczas przeczytałam. Teraz mam całą serię wydaną w Polsce i żałuję, że wydawnictwa zapomniały o tych autorach. Ale ja nie o tym. Niech więc rozpocznie się rzeź!
👇


