Buczało jak
w gnieździe os. Estalavanes nigdy nie słyszał rozwścieczonego roju zamkniętego
w ciasnym gnieździe, lecz był przekonany, że byłby to właśnie ów dźwięk:
nieporównywalny do niczego hałas, jaki czynić mógł tysiąc rozjuszonych owadów.
Harmider wibrujący pod czaszką i rezonujący w ciele wprawiał je od wewnątrz w
jednostajne drgania. A może to nie brzęczenie tak na niego działało? Może to za
sprawą armii mrówek maszerującej płytko pod skórą wzdłuż ścieżek żył, tupiącej
i wybijającej pulsacyjny, miarowy rytm?
Co by to nie było, odnosił wrażenie, że coś w nim
żyje. Albo budzi się do życia po niewyobrażalnie długim śnie. Dlaczego więc
było tu tak zimno? Czy nikt nie rozpalił kominka tej nocy? I gdzie jest
Colonell? Nie wyczuwał jego obecności ani nie potrafił dosięgnąć go ręką…
Nie mógł się poruszyć. I wcale nie był w swojej
sypialni. Nie potrzebował potwierdzenia zmysłu wzroku, gdyż percepcja
funkcjonowała naprawdę dobrze. Musiała mu wystarczyć w zupełnych ciemnościach
zagłuszonych koszmarną kakofonią. Osy drążyły tunele jego żył, mrówki
oddzielały skórę od mięśni, lecz było coś jeszcze, coś niezidentyfikowanego i
ulotnego jak myśl, jednak bardziej klarownego i intensywnego, niczym wyostrzone
wspomnienie.
Hałaśliwa świadomość wróciła wcześniej, niż ciało
gotowe było ją przyjąć. To bolało. Bolały go życie i echo śmierci, które
napłynęły zewsząd jak padlinożercy gotowi rozerwać na strzępy resztki tego, co
mu pozostało, co pozostało z jego osoby, z jego tożsamości. Wraz ze
świadomością powróciła też pamięć. Nie mniej okrutna niż jej towarzyszka, nie
szczędziła drastycznych szczegółów opisujących jego agonię. Nie, przecież nie
umarł. Żył, czuł to. Był tylko nieprzytomny.
Oddychał głęboko, przetrzymując w ciasnych płucach
wielkie chrabąszcze. Ich pancerzyki trzeszczały przeszywająco. Kłucie w
pompującym krew sercu było sprawką wiecznie wściekłych os, a niestrudzone
mrówki nie pozwalały mu zapomnieć, gdzie znajdują się granice jego fizycznej
powłoki. Doznanie bycia po brzegi wypełnionym przez pełne dźwięków życie było
niesamowite i długo rozwodziłby się nad nim, gdyby nie głosy wypływające z
czeluści ogłuszającego oceanu. Jakby myśli dyskutowały ze sobą w języku, który
znał, a którego nie rozumiał. Nie, głosy różniły się od jego własnego. I były
znajome. A na pewno jeden z nich znał na tyle, by w lot go rozpoznać.
Mag. Doradca Złowieszczego Niedźwiedzia. Mistrz.
Wysilając naprędce połatany umysł, wyczulił swój słuch
i skoncentrował się na wychwytywaniu dźwięków przypominających mowę ludzką -
charakterystycznym języku estariońskim z dialektem śródlądu. Bolały go uszy.
Zmaltretowane ciągłym brzęczeniem z początku odmawiały posłuszeństwa, ale wnet
się poddały, dostrajając do świata zewnętrznego serią ostrych gwizdów.
- …nie koniec… - Pisk przenikający obcy głos był nie
do zniesienia, lecz Est zacisnął zęby, wytrzymując kolejną porcję bólu. -
...generacyjne, inaczej sk… słab…
Dopiero kiedy usłyszał swojego mentora, zapragnął jak
najszybciej wygrzebać się z letargu, świadomego snu, w którym dryfował pośród
cieni własnej jaźni. Nie było to jednak łatwe. Utknął w niedoskonałym świecie
równie niedoskonałego ciała.
***
- Oswynie,
czy właśnie próbujesz mi powiedzieć, że Estalavanes posiada zdolności
regeneracyjne rozwinięte w stopniu pozwalającym na zasklepianie śmiertelnych
ran?
W głosie Maga nie było znać niedowierzania, jedynie
konsternację i wątpliwość z rodzaju tych pojawiających się wraz z
niestworzonymi historiami, gdy nie do końca wiadomo gdzie kończy się prawda, a
zaczyna blaga. Stary człowiek wiele widział w swoim bogatym życiu, nie
przygotował się jednak na zagwozdki wręcz legendarnej natury.
- Mości Magu, to wyłącznie moje przypuszczenie oparte
na obserwacji. - Drapiący krótkie kasztanowe włosy kapłan mógł być roztrzęsiony
równie ze zdenerwowania, co ekscytacji, ciężko było orzec. - Magia twojego
ucznia odrzuca moją, toteż nie mogłem starannie go zbadać, ale wszystko
wskazuje na to, że nacięcia same się zrosły. Odwiedziłem miejsce, w którym go
znaleziono. Ilość krwi wyklucza drobne skaleczenia.
Mag skubał posiwiałą brodę, zerkając z ukosa na białe
oblicze. Uczeń spał spokojnie. Nic nie zagrażało jego życiu. A jednak zeszłej
nocy doszło do zdarzenia, które jako opiekun powinien był przewidzieć, a które
mogło odcisnąć się nieszczęściem na całym Estarionie. I tylko jedna osoba
nasuwała się na myśl starego mnicha, tylko jeden najemnik otwarcie odgrażał się
białemu elfowi. Nie należało jednak pochopnie ferować wyroków. Zarzut
usiłowania zabójstwa nie był lekkim oskarżeniem, wymagał zebrania świadczących
przeciwko oskarżonemu niepodważalnych dowodów.
- Zatem, gdy sztukmistrz Travis Arnelt przyniósł do
was bezwładne ciało, nadgarstki były już, jakby to rzeczowo ująć, zrośnięte?
- No nie do końca, mości Magu, nie do końca. - Kapłan
Sarvatesa podążył za spojrzeniem rozmówcy i skupił na młodzieńcu od brody w dół
przykrytym czystym płótnem. - Niewielkie ślady nacięć dowodziły, że miejsce
miało przerwanie tkanki, gładkie, spowodowane wyjątkowo ostrym narzędziem.
Sztukmistrz Arnelt wyszedł po ciebie, a ja niezwłocznie zabrałem się do
badania. Wówczas z płytkich draśnięć zostały jedynie blizny. Godzinę później
skóra była bez skazy. No i te ślady krwi zakrzepłej pod kątem sugerującym, że
ofiara leżała na boku…
- Ofiara? - Mag natychmiast podchwycił słowo od
pewnego czasu kołatające mu się w głowie.
- Hm, cóż, jeśli chcesz znać moje zdanie, to naprawdę
trzeba talentu, by podciąć sobie żyły obu rąk na głębokość sięgającą kości.
Gwoli ścisłości, przecięto nie tylko żyły, ale też ścięgna oraz nerwy. - Oswyn
wyciągnął rękę. Odsłaniając chudy nadgarstek, obrócił go wnętrzem ku górze i
przytknął do niego palec. - Jeśli przeciął jedną, to nie ma możliwości, by
utrzymał w niej ostry odłamek, a co dopiero wykonał pewne cięcie na drugiej.
- Upozorowanie samobójstwa?
- Tak sądzę - potaknął mężczyzna, pocierając kanciastą
twarz. - Nieprzemyślane, biorąc pod uwagę, że kapłani Sarvatesa znają tajniki
anatomii oraz zdolności ludzkiego organizmu. Potrafimy odróżnić morderstwo od
samobójstwa. - Marszcząc brwi, Oswyn wycofał rękę w głąb rękawa białej,
upstrzonej rdzawymi ciapkami szaty. - Ale ten młodzieniec nie jest człowiekiem,
na dodatek zupełnie niepodatnym na takie praktyki. Energia magiczna chroni go przed
mocą z zewnątrz, zaś zdolności ciała są w stanie zachować go przy życiu mimo
urazów i skaleczeń. Fenomen na miarę studium naukowego. Nigdy nie spotkałem się
z czymś podobnym.
I mam nadzieję, że się nie spotkasz, przyjacielu,
albowiem nie wróży to dla nas niczego dobrego, pomyślał Mag, biorąc wdech.
Sneser również nie mógł zbadać Estalavanesa,
określając jego moc jako bezużyteczną i całkowicie mylnie mianując go
kompletnym beztalenciem. Czy wobec tego energia tocząca elfa chroniła go przed
wpływami z zewnątrz? Czy objawiała się właśnie w ten milczący, opiekuńczy
sposób? Lecząc rany i dbając o niego subtelnie, jak gorliwy stróż lub kochająca
matka? Wiele dni minęło, od kiedy Mag ostatni raz pobierał nadmiar mocy
podopiecznego i za każdym razem smakowała ona tak samo, choć jej natężenie
zmieniało się ledwie wyczuwalnie. Jakby magia dojrzewała wraz z chłopcem,
wzmacniając potencjał rosnącego ciała oraz ducha poszerzającego perspektywę.
Idąc drogą dedukcji, jeśli Estalavanes otworzy swój umysł, być może otworzy
także swoje ciało na przepływ energetyczny…
- Vel… - charczenie dobiegające z lewej wyrwało
starego mnicha z namysłu. - Velren.
- Witaj wśród żywych, Estalavanesie.
Starzec zignorował imię niby klątwa nękające go od
chwili przybycia do świątyni. Uśmiechnął się dobrotliwie i podszedł do kozetki.
Kocie oczy mrużyły się, a źrenice tańczyły, łapiąc ostrość w słabo oświetlonej
alkowie szpitalnej. Spierzchnięte wargi znów się rozchyliły, lecz żaden dźwięk
nie przeniknął bariery długich kłów. Magowi zdawało się, że usta ucznia lekko
poszarzały, choć mogła to być zwodnicza gra cieni zalegających w komnacie.
- Straciłeś dużo krwi, mój chłopcze, nie próbuj
wstawać. Poleciłem cię opiece Oswyna od Sarvatesa, toteż jego zalecenia traktuj
jak moje własne.
- W istocie, mości Estalavanesie – poparł go kapłan. -
Zawroty głowy i nudności powinny być teraz największymi z twoich zmartwień.
Blady z niewyspania Oswyn popatrzył z góry na ucznia
Maga. Wyciągnął dłoń, chcąc chwycić górny kraniec prześcieradła, ale zawahał
się i pospiesznie wycofał rękę, zmieszany własną zuchwałością. Mag przykucnął
przy niskim łóżku, równając wzrok z osłabionym chłopakiem.
- Mniemam, iż wypowiedziane imię nie było jedynie
majakami odzyskującego przytomność umysłu? – spytał powoli mistrz. - Zapewne
nie ucieszy go wieść, iż ofiara przechytrzyła drapieżnika. A może raczej
powinienem rzec: drapieżnik trafił na coś znacznie bardziej niebezpiecznego.
- Ja… Nie, mistrzu… Obiecałem Colowi… że nigdy… nie
będę próbował… odebrać… sobie życia… - Mówienie sprawiało Estowi trudność. W
gardle miał trociny, zaś język zesztywniał i spuchł, wypełniając mu usta. - Jak
dobrze… że mi ufasz. Naprawdę… Co za szczęście.
- Nie mam podstaw, by ci nie ufać, chłopcze. - Starzec
brzmiał jak ojciec, który niemal z własnej winy stracił jedynego syna. Troska i
ulga przemawiały jego balsamicznym, lekko zachrypniętym głosem, kojąc duszę
sponiewieranego ucznia. – Zbyt kochasz życie, by je sobie odebrać.
- Nie chciałbym przerywać, mości Magu, lecz jest
jeszcze jedna kwestia - wtrącił cicho Oswyn, wreszcie unosząc rąbek
prześcieradła. Tkanina na tle białej skóry wydawała się pożółkła i brudna. -
To, co znajduje się na lewej dłoni twojego ucznia jest, jakby to ująć… Ten
tatuaż parzył, gdy brzegi ran wciąż były otwarte. Potem ostygł. Porównałem ją z
prawą dłonią, ale skóra nie zareagowała w ten sam sposób. Prawa od początku do
końca była zimna jak u nieboszczyka.
Prostujący plecy Mag podniósł się i skrzywił
mimowolnie na widok obnażonej bransolety. Musiał liczyć się z tym, że kapłani
zdejmą z walczącego o życie Estalavanesa wszelkie odzienie, włącznie z
rękawiczką skrywającą jego tajemnicę. Oswyn przyjął artefakt jako wymyślny
tatuaż, co nie było dziwne, zważywszy na ograniczoną ludzką wyobraźnię. Bo któż
przy zdrowych zmysłach wziąłby podskórną plątaninę złotych ogniw za artefakt o
nieznanej mocy?
- Malunek ma coś wspólnego z regeneracją? – udał
zaskoczenie odkrytą rewelacją. - Twoja energia niczego nie wykryła?
- Nie… - Zakłopotany Oswyn podrapał się po nosie,
spojrzeniem uciekając w stronę przyglądającego im się elfa. - To barwnik, który
uwydatnił skórę i lśni niczym prawdziwe złoto.
Mag zasępił się. To już druga osoba nie wyczuwająca
mocy artefaktu. Starcze onyksy na kilka uderzeń serca skrzyżowały się z
młodzieńczą zielenią.
- Czyżby przypadek? – zwrócił się do Oswyna.
- Nauka nie bazuje na przypadkach - zaprzeczył
wyznawca Sarvatesa. - Śmiem twierdzić, że to energia twojego ucznia reaguje na
ten barwnik. To tylko teoria - dodał szybko, przyłapując się na rozpowiadaniu
bzdur. - Estalavanes musiałby poddać się moim wnikliwym badaniom…
- Co nie będzie miało miejsca, prawda, chłopcze?
Est zamrugał, kiedy dwie pary oczu spoczęły na nim
wyczekująco. Niezdolny wydobyć z siebie głosu, przymknął powieki i odwrócił
głowę na znak protestu. Nie widział zawodu marszczącego twarz kapłana, ale
wcale o niego nie dbał. Choć jego spostrzeżenia dotyczące bransolety były
interesujące. I jakby bliskie prawdy.
Mag splótł ręce za plecami i popatrzył wymownie na
zachmurzonego mężczyznę.
- Oswynie, zostaw nas samych, proszę.
- Jak sobie życzysz, mości Magu.
Kapłan skłonił się z szelestem szat, a jego krótkie
kasztanowe włosy zafalowały, porwane gwałtownym ruchem, gdy opuszczał
pomieszczenie. Cicho zatrzaśnięte drzwi oznajmiły, że w szpitalnej alkowie
pozostał wyłącznie mistrz i jego niedysponowany uczeń.
Mag długo obserwował drzwi, za którymi zniknął Oswyn,
jak gdyby upewniał się, czy zostali sami, po czym przeniósł wzrok na elfa.
Czerń lśniła przenikliwie nad orlim nosem, bezwzględność intelektu wyzierała z
oblicza, upodabniając starca do bystrego ptaka łownego.
- Jak się czujesz, Estalavanesie?
Pytanie nie było przejawem kurtuazji. Stanowcze i
wyzute z niepotrzebnej łagodności zabrzmiało jak rozkaz.
- Zamroczony, mistrzu - westchnął Est i zakasłał, by
pozbyć się drapania w gardle. - Nie mam pojęcia, dlaczego mnie to wszystko
spotkało.
- Nudności? Zmęczenie?
- Nie. Znaczy, może zmęczenie, tak.
- Czy wiedziałeś, że twój organizm posiada tak wysoce
rozwiniętą zdolność regeneracji?
Est poczuł się nieswojo. Opiekun był wyraźnie
wzburzony, a pytania prowadziły prosto do konkretnego celu, którego on sam póki
co nie dostrzegał.
- Nie, mistrzu. Przepraszam.
- To nie ty powinieneś przepraszać, mój uczniu, lecz
osoba, która z premedytacją usiłowała pozbawić cię życia. Napijesz się wody?
Ta niewielka dygresja zupełnie zbiła go z tropu, jaki
udało mu się podłapać na ścieżce myślowej mistrza. Kiwnął jednak głową, bo
rzeczywiście gardło miał suche jak pieprz.
- Wspominałeś – mówił dalej Mag - że twoja skóra nie
utrzymuje śladów sińców ani skaleczeń. Nigdy bym jednak nie podejrzewał, że
potrafisz zamykać śmiertelne rany.
- Ja… Nie wiedziałem, mistrzu, przysięgam! – Est
obrócił się do Maga nalewającego wody do kubka. Strach zajrzał mu w oczy, gdy
sędziwy człowiek wrócił do niego z nietęgą miną. - Nigdy przedtem nie zraniłem
się na tyle mocno, by to sprawdzać!
- Estalavanesie, nie czyń sobie wyrzutów. Jesteś w
stanie samodzielnie wypić?
- Chyba tak… - Est pomału podniósł się na łokciach.
Prześcieradło zsunęło się gładko z jego nagiej piersi. - Jak rany, czy oni mnie
rozebrali?!
Mag zaczekał, aż uczeń nieco się opamięta.
- Chłopcze, to zwykła praktyka w tego typu
przybytkach. Jeśli to cię uspokoi, tutejsi mężczyźni i kobiety widzieli w swoim
życiu więcej niż twoją nagość.
Esta to nie uspokoiło.
- Jeśli miałbym ocenić twój stan na podstawie
zachowań, Estalavanesie, to nie powiedziałbym, że jeszcze parę godzin temu
wykrwawiałeś się na śmierć. – Mag dłonią trzymającą kubek wskazał na palce
tarmoszące końcówkę białego ucha. - Proszę, dasz radę sam zająć się sobą.
- Ech, dziękuję - wymamrotał Est i resztką sił
dźwignął się na tyle, by opaść plecami na poduszkę. Przyjął oferowany mu kubek
i z wolna sączył chłodny, rozkosznie słodki płyn. Ktoś osłodził wodę miodem.
I dopiero gdy wypił wszystko, Mag podjął urwany temat.
- Velren, pod nieobecność Colonella, wykonał kolejny
ruch. Wedle jego mniemania ostateczny. Jak do tego doszło?
Białe palce kurczowo zacisnęły się na osuszonym
naczyniu, jak gdyby Est walczył sam ze sobą, by wydobyć z pamięci najgorsze
wspomnienia.
- Byłem sam, zajęty pracą… - Nagle szkliste zielone
oczy wbił błagalnie w Maga. - Mistrzu, co z moim eksperymentem? Czy nic się z
nim nie stało?
- Przykro mi, chłopcze, nie potrafię odpowiedzieć na
twoje pytanie.
Zrozpaczony Est spuścił wzrok. Wiele wieczorów spędził
nad aparaturą, dostosowując ją do wymagających składników, pilnując
odpowiedniej temperatury, śledząc złożone procesy i wprowadzając poprawki do
receptury. Tyle składników na marne. Wszystko tylko dlatego, że Velren
postanowił go wykończyć.
- Kontynuuj, proszę.
- Velren przyszedł do pracowni, kiedy byłem sam…
Wygłosił całą listę moich „przewin” i przyznał się, że od samego początku
pragnął się mnie pozbyć. Potem się siłowaliśmy, a ja… ja nie chciałem go
skrzywdzić, mistrzu. Nie umiałem, choć mi zagroził. I ostatecznie wygrał. -
Grymas bólu zmiął białą, zmęczoną twarz. - Zniszczyliśmy tyle komponentów i
naczyń… Velren naciął moje ręce szkłem, twierdząc, że każdy uwierzy w moje
samobójstwo. A potem… potem było zimno i ciemno. I obudziłem się tutaj. Obudził
mnie twój głos.
Mag słuchał w skupieniu. Wpatrując się w przestrzeń
ponad kozetką, skubał krótką brodę do wtóru niewesołych myśli. Wina
imperialnego elfa była bezsprzeczna, co poświadczyć mógł choćby autorytet w
osobie Oswyna. Zapewne wizyta w pracowni naświetli sprawę, toteż będzie musiał
czym prędzej się tam udać. Najpierw jednak powinien się upewnić, czy niedoszły
morderca pod osłoną nocy nie wymknął się z Twierdzy. Jeśli tak, zmuszony będzie
w imieniu Tyrda ogłosić go dezerterem, co pokrzyżuje mu plany. Szczególnie, że
te w najlepsze kwitły w jego przewrotnym umyśle. Co wstąpiło w Velrena, że zachował
się w ten sposób? Czy to szaleństwo nieznanej mocy sięgnęło już śródlądu, czy
też samotna jednostka straciła poczytalność?
Spojrzenie nabrało ostrości, gdy padło na ucznia jakby
od niechcenia obracającego lewą dłonią. Złote ogniwa, mimo że tkwiły pod skórą,
posyłały na ściany refleksy magicznej sfery, lekko opromieniając alkowę.
Czując na sobie wzrok mistrza, Est opuścił rękę i
wcisnął ją pod prześcieradło.
- To było nie do uniknięcia, mistrzu - wymamrotał z
żalem. - Oni już wiedzą...
- Niczego nie wiedzą - uciął Mag. - Aczkolwiek bystry
Oswyn dostrzegł coś, co umknęło sztukmistrzowi Sneserowi, choć jest to raczej
efekt twojego rozwoju, aniżeli braku kompetencji jednego z naszych
czarodziejów. Teoria Oswyna zakładająca połączenie artefaktu z energią
przepływającą przez twoje ciało jest wyjątkowo trafna. Zapewne mają one ze sobą
więcej wspólnego niż wszyscy przypuszczamy. Twoja lewa dłoń w trakcie gojenia
ran była jedynym ciepłym punktem. Tatuaż był gorący.
- To nie jest… Och, „tatuaż”.
- Osobliwa cecha artefaktu. Zobaczymy, jak istotna i
prawdziwa.
- Mistrzu, znalazłem ją stosunkowo niedawno, więc
jeśli łączyłbym jej posiadanie z regeneracją, to wyciągałbym błędne wnioski. -
Est ożywił się, na powrót wyciągając dłoń i oglądając ją uważnie. - Odkąd
pamiętam, radzę sobie ze stłuczeniami i ranami lepiej niż ludzcy rówieśnicy.
- Cenna wskazówka, chłopcze - Mag potaknął,
rozciągając obolałe ramiona. - Tymczasem powinieneś odpoczywać. Zostaniesz
tutaj, na obserwacji. Chcę, abyś był w pełni zdrowia, by uczestniczyć w
rozprawie, która ani chybi odbędzie się zaraz po powrocie Złowieszczego
Niedźwiedzia. Będziesz miał mnóstwo czasu na kontemplację. Wykorzystaj go
dobrze, gdy zajęty będę swoimi sprawami. A dokładnie jedną sprawą wymagającą
mojego bezpośredniego zaangażowania.
- Mistrzu? Czy to znaczy, że nie wolno mi stąd
wychodzić?
- Dokładnie to oznacza - potwierdził Mag. - Rozumiem,
jaką dla ciebie wartość mają treningi oraz swoboda poruszania się po terenie
Twierdzy, lecz chciałbym wcielić w życie pewien zamysł, a w tym celu konieczne
jest, byś zniknął najemnikom z widoku...
***
- Pragnę
zauważyć, mości Niedźwiedziu, iż jesteśmy najemnikami, a nie gladiatorami
zabijającymi się nawzajem ku uciesze gawiedzi. - Mag bez trudu dotrzymywał
kroku wyższemu towarzyszowi. Z rękoma założonymi za plecami dreptał u jego boku
niczym nestor wpływowego rodu. Co rusz zerkał kątem oka na zarośnięte oblicze,
wciąż jednak dostrzegał w nim wyłącznie gniew. - Zatem roztrząsanie czy mój
uczeń powinien być gotów zabić w obronie własnej, czy nie, nie ma racji bytu.
- Zabij lub zgiń, dziadku, prosta zasada. A on zginął.
Rozsrożony Tyrd nawet nie zaszczycił rozmówcy
spojrzeniem. Zaczerwienionych ze zmęczenia oczu nie odrywał od ciągnącego się
przed nimi korytarza rozjaśnionego pochodniami. Ledwo wrócił z Adeili, a już od
progu siłą perswazji zaciągnięty został do sądzenia rzekomego zbrodniarza,
którego najzwyczajniej w świecie należało ściąć.
Doradca nie uległ jego złości i chociaż wypowiadał się
tonem swobodnie uprzejmym, tak lekko pochylona sylwetka zdradzała poirytowanie.
- Podobnie prosta, jak reguła Prawa Niedźwiedzi
mówiąca, iż porwanie się na życie brata lub siostry równoznaczne jest z
najsurowszym wymiarem kary bez względu na odniesiony skutek. W myśl
przytoczonej reguły proces jest zbędny, jednakowoż osobiście uważam, iż
warto poznać motywy sprawcy, bowiem dzięki temu będziemy mieć lepszy ogląd na
sytuację. Czy nie tak?
- Tylko ty mogłeś wymyślić taką bzdurę – prychnął
Tyrd.
- Tak się składa, Tyrdzie, iż był to twój pomysł -
wytknął mu Mag. - Chciałeś w ten sposób ograniczyć „incydentalne” zgony
w szeregach Niedźwiedzi. Ja od początku opiniowałem za kameralnym sądem w
każdym, nawet z pozoru błahym przypadku.
Niedźwiedź zaklął szpetnie i poprawił szerokie ostrze
spoczywające na masywnym, okrytym futrem ramieniu. Nagle droga do sali sądowej
zaczęła mu się niemiłosiernie dłużyć, bez wątpienia z powodu dokuczliwego
towarzystwa oraz braku chęci do rozmowy. Stary dziad od zawsze dążył do
kompromisów, więc proszę bardzo, niech ma jeden: kompromis w postaci
absolutnego ustępstwa!
- Z elfami zawsze są kłopoty, ale ty, Zrzędo,
przechodzisz ludzkie pojęcie.
- To dla mnie zaszczyt, Złowieszczy Niedźwiedziu.
Skłoniwszy się w podzięce za dobre słowo, Mag
zatrzymał się przy podwójnych drzwiach wiodących do jednej z sal na piętrze
Głównego Budynku. Dwaj wartownicy skinęli im z szacunkiem na powitanie i
równocześnie uchylili masywne drzwi, wpuszczając na ponury korytarz nieco
światła z wnętrza przestronnego pomieszczenia.
- Bądź przeklęty, starcze! Ty i twoje zaszczyty -
warknął Tyrd i sprężystym krokiem wszedł do środka, ignorując milknące
zgromadzenie.
Mag był tuż za nim, pilnując dyskretnie, by nikt im
teraz nie przeszkadzał.
Na widok swego przywódcy wojownicy stanęli na
baczność, a długie miecze uderzyły z cichym brzdękiem w opancerzone uda.
Sześciu najemnych wezwanych przez doradcę strzegło bezpieczeństwa
przebywających w sali osób, po jednym na każdego uczestnika. A przynajmniej
takie było założenie.
Mnich zmarszczył się groźnie, błyskawicznie
spostrzegając, że z góry określone proporcje zostały zaburzone. Na stojących
pod przeciwnymi ścianami Velrena i Travisa przypadało rzeczywiście po jednym
ochroniarzu, podczas gdy tkwiący przy drzwiach Oswyn od Sarvatesa był sam jak
palec. Za to czterech ludzi powstrzymywało doprowadzonego do pasji ciemnoskórego
zwiadowcę, który nie ustawał w wysiłkach wyrwania się swoim strażnikom.
Zupełnie to Maga nie zdziwiło. Znał przecie swojego wychowanka, którego
charakter w połączeniu z uczuciami żywionymi do młodego elfa wystarczył, by
mocno obił jednego z braci w bezowocnej próbie dostania się do Velrena. Musieli
go trzymać, żeby nie zrobił niczego nierozsądnego. Szczególnie, że sztylety u
jego pasa były odbezpieczone, gotowe pomścić przyjaciela. Doskonale. Ich mały
fortel staje się dzięki temu trudniejszy do przejrzenia.
Mag odchrząknął donośnie, zwracając uwagę
wytatuowanego młodzieńca na obecność przywódcy kompanii. Ciskające gromy
załzawione oczy przeszyły go na wylot. Przed momentem widział dokładnie taką
samą emocję goszczącą na twarzy Tyrda. Nieważne, jak bardzo pragnęli się od
siebie odciąć, krew w synu była równie burzliwa, jak w ojcu.
Przywódca przeszedł między ludźmi, nikogo nie
dostrzegając. Kierował się wprost do masywnego fotela na podwyższeniu, prostego
mebla mieszczącego jego pokaźne rozmiary. Majestatycznie niby zwierz, od
którego wziął swe miano, Złowieszczy Niedźwiedź wspiął się na stopnie i zawinął
futrzaną peleryną okręcając się na pięcie, by popatrzeć złowrogo na zebranych u
jego stóp awanturników. Zdjął potężny miecz z barków i podpierając go sztychem
o kamienny podest, opadł na siedzisko. Z ostentacyjnym znudzeniem podparł
pięścią skroń, by gestem ręki dzierżącej oręż nakazać rozpoczęcie farsy. Może i
nie było po nim znać trudów podróży, ale z chęcią przyjąłby odpoczynek w
zaciszu własnej komnaty. Od tego teatrzyku jak nic rozboli go czerep.
Mag w odpowiedzi skinął przywódcy. Jego zagadkowe
spojrzenie spoczęło na Velrenie.
Imperialny elf ani drgnął, zachowując impertynencką
postawę. Zadzierając brodę, z obojętnością łypał spod oka na rozsierdzonego,
zrozpaczonego Colonella, z rzadka prześlizgując się wzrokiem na zaniepokojonego
Travisa Arnelta. Okolone miedzianymi włosami oblicze o ostrych rysach nie
wyrażało absolutnie niczego, choć niewątpliwie Velren zachodził w głowę,
dlaczego wezwano akurat sztukmistrza magii użytkowej oraz kapłana ze świątyni.
Doradca przyglądał się złocistej twarzy podejrzanego.
Jak na człowieka podążającego ścieżką mnichów z północy przystało, Mag szanował
wszelkie żywe stworzenie. Nie uznawał kary śmierci jako rozwiązania problemu,
ponieważ każdy, niezależnie od motywu postępowania, powinien otrzymać drugą
szansę. Lecz w tym wypadku nie miał do czynienia z pojedynczym incydentem. Już
zbyt długo puszczał płazem wybryki zadufanego w sobie elfiego strzelca mogące
zaważyć na ich przyszłości. A Velren już raz został ostrzeżony. I ostrzeżenie
to świadomie zlekceważył.
Stanąwszy między Velrenem a Travisem, Mag z ukosa
patrzył to na jednego, to na drugiego, żadnego nie pomijając i tym samym
żadnego nie wyróżniając. Gdy jego głos przerwał niecierpliwą ciszę, był tak
cichy, jak tylko cichy może być głos starego, pogrążonego w smutku człowieka.
- Dwie noce temu w pracowni alchemicznej sztukmistrza
Travisa Arnelta znaleziono ciało mojego ucznia, a zarazem jednego z naszych
najemnych braci, Estalavanesa. - Mag zwiesił głos, powstrzymując falę
napływających doń emocji. Miał być bezstronnym prowadzącym, lecz gra na
uczuciach była obecnie wielce pożądana. Jego uszu dobiegły szepty wojowników
oraz gardłowy, stłumiony pomruk dawnego wychowanka. Zaczęło się. - Jego
przeguby zostały przecięte. Wyglądało na to, iż popełnił samobójstwo…
- Esti nigdy by tego nie zrobił! - desperacki krzyk
smagłego zwiadowcy uciął wypowiedź doradcy. - Nie on! Obiecał mi! Przecież
obiecał…
Oszalały z żalu młody człowiek przestał się szarpać i
przez chwilę kręcił głową, nie wierząc w to, co właśnie usłyszał. Zaraz jednak
uniósł twarz. Łzy spływały po jego policzkach, gdy oskarżycielskim spojrzeniem
obrzucił imperialnego elfa.
- To ty… ty występny skurwysynu! Od początku chciałeś
się go pozbyć z Twierdzy! Miałeś być jedynym elfem, to twoje słowa! Obyś sczezł
pod bramą Pozaświata!
Oskarżony o morderstwo Velren zupełnie nie przejął się
inwektywami dawnego przyjaciela. Spojrzał na Maga, ale nie wytrzymał wnikliwego
wejrzenia, które zdawało się zaglądać w głąb jego duszy w poszukiwaniu winy.
Velren odwrócił wzrok jakby w obawie, że człowiek w końcu ją znajdzie, jak i
dowody jednoznacznie obciążające jego sumienie.
Pomarszczone oblicze skierowało się w stronę
wytatuowanego człowieka.
- Owszem, zwiadowca Colonell poniekąd ma słuszność.
Również daleki jestem od twierdzenia, iż Estalavanes odebrał sobie życie,
bowiem diagnoza postawiona przez świątynię przeczy pierwszemu wrażeniu. – Porozumiewawcze
spojrzenie głęboko osadzonych oczu spoczęło na stojącym przy drzwiach kapłanie,
który skinął na znak, iż słucha uważnie. - Mości Oswynie od Sarvatesa, czy
zechciałbyś wyjawić, w jakim stanie był Estalavanes, gdy sztukmistrz Travis
przyniósł go do świątyni?
Mężczyzna w białych szatach raz jeszcze skłonił głowę,
a następnie odezwał się donośnym tembrem, czym zaskoczył nawet Złowieszczego
Niedźwiedzia moszczącego się w fotelu.
- Gdy tylko sztukmistrz Travis Arnelt sprowadził do
mnie ucznia Maga, natychmiast przystąpiłem do oględzin. Estalavanes już nie
żył. – Dramatyczna pauza ciszą odbiła się od uszu wsłuchanych osób. Oswyn był
profesjonalistą w każdym calu i jako przełożony sług Sarvatesa cieszył się
estymą pośród najemników, nawet jeśli ograniczała się ona do głosu autorytetu w
dziedzinie medycyny. - Badając denata stwierdziłem, iż przyczyną zgonu były
wykonane ostrym narzędziem poprzeczne nacięcia obu przegubów sięgające kości
promieniowej przedramienia. Przecięto skórę oraz żyły, a także ścięgna i nerwy.
Niemożliwym jest zatem, aby po otwarciu jednego przegubu, móc otworzyć również
drugi. Bezwładna dłoń nie podtrzyma narzędzia, ani tym bardziej nie poprowadzi
poprawnego cięcia.
- A czy możliwym jest, by samobójca z podciętymi
żyłami miotał się w agonii? – dociekał Mag.
- Nie, gdyż znaczna utrata krwi
prędko osłabia organizm oraz wywołuje omdlenie. Konający leżał na prawym boku,
o czym jawnie świadczyły ślady obeschniętej krwi na przedramionach.
- Czy w takim razie wykluczasz prawdopodobieństwo
popełnienia przez Estalavanesa samobójstwa?
- Będąc znawcą anatomii inspirowanym dziełem Sarvatesa,
wykluczam prawdopodobieństwo popełnienia samobójstwa - zaświadczył Oswyn,
ostatni raz się kłaniając.
Velren przypatrywał się służalczemu mężczyźnie w
kapłańskich szatach. Ten człowiek swoim gadaniem przekreślił właśnie jego
całkiem racjonalną szansę wymigania się od odpowiedzialności. Zaczynał
podejrzewać, że obecność osób trzecich w postaci kapłana oraz sztukmistrza była
celowym zabiegiem. Tylko czemu miałoby to służyć?
- Dziękuję, mości Oswynie, za wyczerpującą odpowiedź.
Od siebie pragnę dodać, iż obejrzałem miejsce zbrodni. W pracowni alchemicznej
doszło do rękoczynów, wskutek których Estalavanes postradał życie. Zniszczenia
są znaczne, podobnie jak straty w materiałach.
- Wiadomo już, że to zabójstwo! Po co więc ta cała
pierdolona szopka? - Colonell wyrwał opancerzone ramię z uścisku żołnierza,
którego poszczuł wściekłym spojrzeniem. Kiedy dość mu było zastraszania ludzi
wypełniających rozkazy, przeszedł kilka kroków w kierunku Travisa. Morderczego
wzroku nie spuszczał z imperialnego elfa. - Na tego zdradzieckiego skurwiela
starczy jedno cięcie miecza. Po co się rozdrabniać?!
- Colonellu, radzę ci zachować milczenie - w łagodnym
tonie Maga wybrzmiała utajona groźba. - W przeciwnym razie będziesz
uczestniczyć w rozprawie stojąc po drugiej stronie drzwi.
Wytatuowany zwiadowca odetchnął, zmełł w ustach
przekleństwo i skrzyżował ręce na opancerzonej piersi w geście sprzeciwu wobec
wszystkiego, co Zrzęda miał do powiedzenia. Było mu już wszystko jedno. Stracił
ukochanego i nie ręczył za siebie. Nie zamierzał także blokować odbezpieczonych
sztyletów – wystarczy jeden celny rzut, a po oczkach imperialnego jebańca
pozostanie wyłącznie bezkształtna masa. Czekał tylko na okazję, by przypadkowo
nie zranić wychowawcy. A potem niech się z nim dzieje, co chce. Życie bez
Estiego nie miało dlań żadnej wartości.
- Dziękuję, młodzieńcze, że poszedłeś po rozum do
głowy. - Mag kaszlnął w pięść i ponownie skupił się na Velrenie. - Upozorowanie
samobójstwa nie doszło do skutku. Morderca popełnił błąd, który…
- Powinien za to pójść pod miecz! - Col bynajmniej nie
zamierzał siedzieć cicho. - Ostrouch od samego początku zarzekał się, że
zostanie jedynym elfem w Twierdzy! Dokuczał Estiemu i nawet posunął się do
spłoszenia jego konia, gdy ten uczył się jeździć. Czy ty jesteś ślepy, Magu?!
Czy naprawdę tego nie dostrzegasz?!
Doradca już otwierał usta, by ponownie przywołać
najemnika do porządku, gdy oskarżony imperialny elf wyszedł na środek sali, a
tuż za nim podążył pilnujący go mężczyzna z dłonią na głowicy miecza.
- To prawda, Col – przyznał Velren bez cienia skruchy
- od początku nie lubiłem tego przybłędy i uprzykrzałem mu życie jak umiałem,
ale nawet ja nie posunąłbym się do zamordowania jednego z braci najemnych. Co
by mi to dało, skoro i tak mam wynieść się z Twierdzy? Co pobawiłem się jego
kosztem, to moje.
Robiło się interesująco, jak zauważył z dobrze
skrywaną satysfakcją Mag.
- Velrenie. - Obrócił się frontalnie do imperialnego
elfa stojącego teraz zaledwie na wyciągnięcie ręki. - Zarzut zwiadowcy
Colonella jest poważny. Gdzie przebywałeś w momencie, gdy dokonano zbrodni?
Imperialny elf parsknął pogardliwie. Pomarańczowe oczy
zwęziły się wyzywająco, gdy taksował brodatą twarz łysego człowieka.
- Nie pamiętam wszystkiego, co robię, z dokładnością
co do dnia - zaperzył się. - Tamtą noc kojarzę z racji twojej wizyty w
koszarach, Magu. Brałem kąpiel w łaźniach, a gdy wróciłem do wspólnej sypialni,
pojawiłeś się ty z wiadomością o morderstwie oraz zakazem opuszczania Twierdzy.
Nieszczególnie mnie to obeszło, ale posłuchałem rozkazu, tak jak reszta
najemników. Jestem niewinny, toteż spałem spokojnie.
- Czy jest ktoś, kto mógłby zaświadczyć o twojej
niewinności? - spytał Mag. - Ktoś, kto widział cię w łaźniach?
- A czy jest ktoś, kto mógłby zaświadczyć o mojej
winie? Otóż to - żachnął się Velren. Złośliwy uśmieszek podciągnął kąciki jego
ust. - Mówiłem już, moim celem było używanie sobie na tej białej pokrace. Nie
porwałbym się na zabójstwo. Wiem czym to grozi, a głupi nie jestem.
Pomruki rozlegające się pośród najemników przemawiały
na korzyść imperialnego elfa, który z naturalną lekkością uniósł podbródek i
triumfując, założył ręce na piersi osłoniętej czerwonym kaftanem. Col wysyczał
ku niemu groźbę, lecz Velren czuł się nad wyraz pewnie, nikt bowiem nie mógł mu
niczego udowodnić.
W myślach Mag pogratulował elfowi gry aktorskiej.
Byłby gotów mu uwierzyć, gdyby sam poszkodowany nie zrelacjonował biegu
wydarzeń tuż po wybudzeniu. Zwracając się do Złowieszczego Niedźwiedzia,
podsumował dotychczas zebrane informacje.
- Jako doradca Złowieszczego Niedźwiedzia, przywódcy
Kompanii Najemnej Niedźwiedzi, oraz nauczyciel i opiekun białego elfa
Estalavanesa, przyjąłem na siebie obowiązek rozwikłania tajemnicy śmierci
mojego podopiecznego. - Spojrzał na Tyrda, którego zupełnie nie obchodziło
świadectwo imperialnego elfa. Niedźwiedź liczył, że dzisiejszego dnia czyjaś
głowa potoczy się po zimnych kamieniach sali, barwiąc je szkarłatem. Starzec
snuł jednak inne plany, do których realizacji dążył. - Rozważałem samobójstwo,
jednakże Oswyn od Sarvatesa zanegował je. Zatem morderstwo. Lecz kto się go
dopuścił? Obciążony zarzutami Velren zaprzecza, jakoby skłonny był do
popełnienia tak potwornego czynu. Nic jednak nie świadczy o jego niewinności za
wyjątkiem jego własnych słów. Mamy więc sytuację patową, a rozjaśnić nam ją
może jedyny świadek przebywający pośród nas - mówiąc to, Mag wskazał za siebie,
dokładnie tam, gdzie stał Colonell oraz zapomniany przez wszystkich czarodziej.
- Sztukmistrz Travis Arnelt, znany na cały Estarion, szanowany i poważany
mistrz alchemii.
Skonsternowany sztukmistrz rozejrzał się z wahaniem.
Przyszedł czas i na jego rolę, co było nieodwołalne, zważywszy że przyjął ją z
własnej woli. Publiczne wystąpienia nie sprawiały mu trudności, ale obecna
sytuacja diametralnie różniła się od wykładów.
Zajrzał w oczy zwiadowcy, pełne bólu i udręki, tylko
czekające aż to wszystko się skończy, aż on skończy ze sobą. Travis wiedział,
jak silna przyjaźń łączy go z Estem i pragnąc ukoić jego cierpienie byłby
wygadał całą prawdę, gdyby nie świdrujące spojrzenie i idący z nim w parze
surowy głos Maga.
- Co powie świadek, który przyniósł ciało
Estalavanesa, swojego asystenta, w progi świątyni Sarvatesa?
Świadek odetchnął, rozpinając kołnierz szarej koszuli.
Zrobiło mu się gorąco, a wzrastającego napięcia nie łagodził fakt, że
przysłuchuje mu się Złowieszczy Niedźwiedź we własnej osobie, który nie od
parady zyskał swój przydomek. Zdenerwowany Travis poniewczasie zdał sobie
sprawę, jak wiele od niego zależy. Twardy wzrok pozornie obojętnego Maga
dobitnie mu o tym przypominał.
- Szacowny Niedźwiedziu, mości Magu - zaczął
uroczyście - potwierdzam słowa mojego zwierzchnika opisujące miejsce, w którym
znalazłem mojego asystenta. Przez dwa dni własnoręcznie sprzątałem pracownię,
bez użycia magii, gdyż choćby najlżejsze zaklęcie może nieść ze sobą
katastrofalne skutki. A plam po krwi na posadzce do tej pory nie potrafię
doczyścić. Dość jednak dygresji - zreflektował się szybko i ponownie wskoczył
na tor rozprawy, roztrzęsione palce ukrywając za plecami, by nikt nie dojrzał
jego podenerwowania. - Tej nieszczęśliwej nocy zastałem mojego asystenta
martwego, z pociętymi nadgarstkami. Bez zwłoki poniosłem go do świątyni z
nadzieją, że uczeni Sarvatesa ocalą go przed najgorszym. Spóźniłem się. -
Przełknął głośno. Tak mocno wczuł się w swoją rolę, że był niemal pewien, iż
nigdy więcej nie ujrzy urzekającej zieleni tęczówek młodego asystenta. Musiał
złapać oddech, by się nie zapędzić. - Gdybym tylko zjawił się wcześniej… Może
wtedy…
Drżący głos świadka urwał się. Poruszony Colonell
położył dłoń na jego wątłym barku, jednocząc się z nim w cierpieniu. Nie
przepadał za tym dziwacznym czaromiotem, ale jednej nocy obaj stracili
przyjaciela, a była to strata głęboka i niepowetowana.
Chwila upamiętniającego milczenia, którego żaden ze
zgromadzonych ludzi nie poważył się przerwać, zakłócona została przez jedynego
przebywającego w sali elfa. Jadowity ton Velrena zmącił ciszę, celnie trafiając
do poruszonych słuchaczy, zatruwając ich umysły nowymi wątpliwościami.
- Piękna, porywająca historia, sztukmistrzu, mnie
jednak nie przekonała. W środku nocy zszedłeś do pracowni? Po co? - Zmrużone
powieki elfa nagle rozchyliły się szeroko, gdy przebiegły pomysł zaświtał mu w
głowie. - A może to ty go zabiłeś, a bajeczka o heroicznym odnalezieniu ciała i
biegu w te pędy do świątyni ma odsunąć od twojej osoby ewentualne podejrzenia?
Zabawa w niewinnego świadka? Jakież to wygodne!
Ucisk na ramieniu Travisa zelżał, gdy nic nie
rozumiejący zwiadowca odsunął się od niego. Col patrzył to na opanowanego
Velrena, to na oszołomionego sztukmistrza, aż ostatecznie zawiesił mętny wzrok
na Magu, który w skupieniu śledził wymianę zdań między podejrzanym a świadkiem.
Przez myśl mu nie przeszło, że to alchemik, magiczny, mógł być
odpowiedzialny za śmierć Estiego. Rzeczywiście, Velren z natury był kłamliwym,
bezlitosnym skurwysynem, ale koniec końców był najemnikiem, członkiem wielkiej
braci. Niebawem stanie się pełnoprawnym agentem i nie zaprzepaściłby takiej
szansy. A Travis… Travis nie podobał mu się od samego początku z tą swoją zbyt
poufałą naturą.
Mag w lot przejrzał sprytne zagranie Velrena desperacko
poszukującego drogi ucieczki. Zachowując bezstronność, słowem się nie wtrącił,
co nie znaczyło, że utracił kontrolę nad przebiegiem scenariusza. Ukradkiem
zerknął na zaabsorbowanego przedstawieniem Tyrda wychylającego się ze swojego
fotela. Nieoczekiwany zwrot akcji zaciekawił go. Doskonale. Natomiast Velren
okazał się nie lada przeciwnikiem w starciu, które rozpoczął z pozycji jedynego
podejrzanego. Mag musiał wzmóc czujność i być gotowym do działania na najmniejszą
oznakę zagrożenia dla powodzenia ich planu. Nijak jednak nie mógł wesprzeć
Travisa, który, kompletnie zagubiony, powoli wypadał z roli.
- Zabawa w niewinnego świadka? - słyszalne w głosie
czarodzieja oburzenie podszyte było obawą. - Insynuujesz, że to ja go zabiłem?
Swojego asystenta i przyjaciela?
- Tym lepiej dla ciebie, prawda? - wysyczał elf z
okrutną przyjemnością. - Bo kto posądzałby przyjaciela o tak ohydne
przestępstwo?
- O czym ty mówisz? - Travis powiódł spojrzeniem po
otaczających go twarzach, powątpiewających, zdezorientowanych zupełnie jak on
sam. Znikąd pomocy, nawet od najemnika, z którym Est trzyma sztamę. - Zabić
własnego asystenta? Przecież to nie ma sensu!
Mag postanowił podjąć kroki mające utrzymać plan w
ryzach, a mógł tego dokonać tylko w jeden sposób: podejmując się gry Velrena. Wszedł
między strzelca i czaromiota, skutecznie ich rozdzielając.
- Sztukmistrzu Travisie Arnelcie, czy możesz nam
powiedzieć, czym zajmowałeś się w noc morderstwa?
Czarodziej błagalnie zwrócił się w stronę
zwierzchnika. Twarz Maga pozostawała jednak bez wyrazu, obojętna i beznamiętna
na tę nieoczekiwaną zamianę ról. Travis był zdany wyłącznie na siebie.
- Pisałem... Pisałem dzieło o przywrywczakach. Te
owady… A zresztą. - Potrząsnął głową, starając się zahamować napływ
niechcianych dygresji. - Byłem w swojej sypialni i pisałem nowe dzieło.
- Czy jest ktoś, kto zaświadczy twoim słowom?
- N-nie, mości Magu.
- Dlaczego zszedłeś do pracowni mieszczącej się na
parterze Wieży Czarodziejów?
Trzecie pytanie było mu gwoździem do trumny. Travis
zaczynał uzmysławiać sobie, że obciążające go oskarżenie elfa nie tyle
postępowało, co rozpędziło się szaleńczo. I było nie do powstrzymania. Gra
wymykała się spod kontroli i jeśli dalej tak pójdzie, to on postrada życie, a
nie rzeczywisty oprawca! Jak to się stało, że z niewinnego, pomocnego świadka
przeistoczył się nagle w głównego podejrzanego?! To jakiś absurd!
- Zszedłem… ponieważ chciałem wypytać asystenta o
przebieg eksperymentu - wychrypiał zbolały. – Tak było…
Velren niemal pękał z uciechy. Ten nierozgarnięty
człowiek właśnie wydał na siebie wyrok śmierci! Wielki sztukmistrz, a taki
głupi! Mocniej go przycisnąć i w pojęciu reszty stanie się zbrodniarzem.
- Travisie, toż to idealny moment, by pozbawić kogoś
życia! - zawołał elf, nie kryjąc zadowolenia z własnego bystrego spostrzeżenia.
- Ciemną nocą, w miejscu, do którego przychodziliście tylko wy dwaj.
- Słucham?! - zawołał zdruzgotany Travis. Pomówieniom
nie było końca, a on nawet nie wiedział, jak ma je odpierać. - Estalavanes je…
był moim asystentem i przyjacielem! Po co miałbym to robić?!
- Velrenie, czy to aby nie są zbyt daleko idące
przypuszczenia? - Mag nie tracił opanowania. - Travisie, zechciej…
- Poczekaj no, Magu - zagrzmiał przywódca z
podwyższenia. Wyprostowany pocierał gęstą brodę, a uśmiech przecinający szeroką
twarz nadawał mu wyglądu dzikiego zwierza łaknącego krwi. - Pozwól elfowi
mówić. Jego tok rozumowania zaiste jest intrygujący. I jakże trafny. Nasza
alchemiczna cicha woda aż brzegi rwie.
Travis był przekonany, że jego koniec jest bliski. A
miał jeszcze tyle pracy… Tak wiele dzieł nie zostanie ukończonych, jeśli ten
paskudny dwuręczak spełni swoją powinność.
Trwożliwie rozejrzał się po sali. Colonell patrzył na
niego wilkiem, przyjmując za prawdę wersję wydarzeń mordercy. Mag był
niewzruszony, choć bez wątpienia szukał wyjścia z krytycznej sytuacji. Velren
był z siebie obrzydliwie dumny, zaś krwiożerczy przywódca czekał na możliwość
wykonania egzekucji. Pozostali, znani mu jedynie z widzenia najemnicy, po
prostu byli ciekawi dalszego rozwoju wypadków.
Sztukmistrz magii użytkowej był sam i jedyne, co mógł
zrobić, to bezwolnie przysłuchiwać się, jak zachęcony aprobatą przywódcy Velren
ochoczo snuje swoją paskudną intrygę, przybierając przy tym pełną wyższości i
przeświadczenia o własnej słuszności pozę.
- Ilu z was zna tego czarodzieja na tyle, by cokolwiek
o nim powiedzieć? Stroni od ludzi, jest szalonym geniuszem i zachowuje się
dziwnie w kontaktach z innymi. Nikt nie wie, jakie eksperymenty przeprowadza w
zaciszu swojej pracowni. Może pokusił się na krew asystenta, równie dziwnego
jak on sam białego elfa? Nie wiadomo, jakie moce skrywa w sobie istota jego
pokroju. - Velren wzruszył ramionami, robiąc zakłopotaną minę. - Tchórzliwy,
niezdolny do poświęceń Estalavanes nie chciał na to przystać, więc sztukmistrz zdecydował
się przemocą zyskać nowy składnik. Wywiązała się szarpanina, alchemik upuścił
biedakowi krwi, a że przesadził i przeraził się następstwami swojego czynu,
pociął też drugą, porzucając go do wykrwawienia się. Uciekł z miejsca zbrodni i
wrócił dopiero, gdy ofiara była martwa. I wtedy rozpoczyna się bajeczka o
przyjacielu, który to zabiera go do świątyni.
- W-wymyśliłeś to wszystko! - krzyknął Travis. Velren
pogrążył go całkowicie, przedstawiając wyjątkowo realistyczny obraz zdarzeń,
jakie mogły rozegrać się w pracowni. Jego rola została właśnie podważona, a
nawet obalona. Panika zaglądała w jasne oczy czaromiota, a uchylone w
niedowierzaniu wargi drżały zauważalnie. - Przecież to w-wyssana z palca bajka
mająca na celu… mająca...
- Spójrzcie tylko na oskarżonego – wciął się elf. -
Jest zdenerwowany, jąka się i poci nie potrafiąc zebrać myśli. Jak morderca,
któremu właśnie udowodniono winę! Jest przerażony, bo wie, że nijak nie uniknie
konsekwencji własnych bestialskich czynów.
Drewniany fotel na podwyższeniu skrzypnął, gdy
Niedźwiedź dźwignął się, gotów dopełnić swego obowiązku. Jasnym dla niego było,
że to czarodziej jest sprawcą całego ambarasu.
- Magu, sprawa jest przesądzona – warknął, spoglądając
na wstrząśniętego sztukmistrza. Travis ujrzał w jego oczach wizję własnej
śmierci, paskudnej, aczkolwiek szybkiej. - Wydaj wyrok i miejmy to już za sobą.
Leciwy człowiek przymknął oczy i znad ramienia rzekł
do przywódcy:
- Wedle mojej opinii nie do końca jasnym jest, któż w
istocie stoi za śmiercią Estalavanesa. Czy winnym tego jest będący mu wrogiem
imperialny elf, czy też będący mu przyjacielem człowiek. Słowo stanowi przeciw
słowu, zatem nie ma rady, niech prawda sama zabierze głos w tym
bezprecedensowym wydarzeniu.
Zaaferowani tajemniczym wydźwiękiem jego słów ludzie
oraz elf zamarli w oczekiwaniu na wyjaśnienia.
- Co to ma znaczyć, starcze?! - ryknął Niedźwiedź. - W
co ty pogrywasz?!
Mag westchnął przeciągle i rozchylając ciężkie ze
zmęczenia powieki, zwrócił się bezpośrednio do kapłana.
- Oswynie, wprowadź, proszę, ofiarę morderstwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz