Oswyn od
Sarvatesa zniknął za drzwiami, zatrzaskując je za sobą. Po sali poniosły się
szmery i szeptanina, gdy skołowani najemni pilnujący porządku zaczęli wymieniać
się podejrzeniami.
Travis był na skraju załamania nerwowego i tylko
przejmujące poczucie ulgi utrzymywało go na nogach.
Oszołomiony Colonell wpatrywał się w Maga z myślą, że
utrata ucznia silnie odcisnęła się na jego zdrowiu psychicznym. Starzec od
momentu ich powrotu zachowywał się wyjątkowo dziwnie - nieobecny duchem
wyrzucił wówczas z siebie kilka bolesnych słów i zamilkł, zdawkowymi gestami ucinając
wszelkie pytania oraz błagania. „Estalavanes nie żyje”. A on, Colonell
Niedźwiedziogrzywy, ten, który obiecał, że zawsze będzie przy nim, przebywał
wtedy daleko poza Twierdzą.
Marszczący brwi Velren nie spuszczał wzroku z drzwi,
za którymi zniknął kapłan. Za sprawą enigmatycznego hasła doradcy utracił cały
rezon, jaki zdołał zyskać podczas procesu i choć z początku ciekaw był dalszego
biegu wypadków, tak teraz coraz bardziej nieufnie podchodził do pomysłów
chytrego lisa. Czy ci szaleńcy zamierzali wnieść tu ciało? Czy ten zasuszony
człowiek był aż tak zrozpaczony po stracie ucznia, że popadł w obłęd?
Elf z typową mu przenikliwością obserwował łysego
mnicha, który wolnym krokiem wymijał go w drodze do wyjścia z sali. Doradca nie
oglądał się na boki. Sprawiał wrażenie strapionego i nie krył się z tym
specjalnie, licząc, że nikt nie dojrzy emocji na jego pociętym wiekiem obliczu.
Mag przystanął wreszcie i obróciwszy się przodem do
milknącego zgromadzenia, zmierzył Velrena oraz Travisa od stóp po głowy. Obecny
proces był zaledwie preludium do sztuki mającej rozpocząć się lada chwila.
Niestety, zmuszony będzie zdradzić przed światem najbardziej niebywałą zdolność
Estalavanesa, lecz, jak sam uważał, każda cena była tego warta, gdy w grę
wchodziło ocalenie jak największej ilości żywotów.
Niech zatem zacznie się prawdziwe przedstawienie.
Zawiasy skrzypnęły, otwierając pojedyncze skrzydło na
pełną szerokość. Przygarbiony, zmęczony życiem Mag odstąpił w prawo,
odsłaniając niebywałą scenę, na widok której wszyscy wstrzymali oddechy: kapłan
w białych szatach prowadził elfa o nieskazitelnie białej skórze.
Cisza wywołana pojawieniem się Estalavanesa była wręcz
boleśnie ogłuszająca, aż górujący ponad wszystkimi Niedźwiedź skrzywił się
paskudnie, czując jak szumiąca w uszach krew odbija się migreną w pulsujących
skroniach. Nikt choćby szeptem się nie odezwał, gdy Mag, zachodzący ucznia z
lewej, niby strażnik przejął go od kapłana i powiódł na sam środek, stając wraz
z nim pomiędzy Velrenem, Travisem i Colonellem.
Z całej trójki tylko sztukmistrz nie wydawał się
wstrząśnięty widokiem powstałego z umarłych chłopaka. Na jego szczupłej twarzy
malowało się wręcz nieprzyzwoite odprężenie, gdy przymykał powieki i drżącymi
palcami odchylał kołnierz przepoconej koszuli.
Colonell osłupiał. Był pewien, że już nigdy nie
zobaczy go żywego, nie zajrzy w te piękne, niewinne oczy, teraz zwracające
ciepłą głębię ku jego własnym, wytrzeszczonym i zaczerwienionym. Nie wstydząc
się uczuć ani łez radości, bez ostrzeżenia zerwał się ku Estiemu, zamykając go
w niedźwiedzim uścisku. Łzy nieprzerwanie płynęły po śniadych policzkach, gdy
szeptem błagał ukochanego, by więcej mu tego nie robił. Zniesie dla niego
wszystko, nie straszna mu żadna tortura, ale tej gehenny nie chciał powtarzać.
Nigdy więcej nie chciał doświadczać tak przytłaczającej pustki i samotności.
Zmieszany wylewnym powitaniem Est musiał siłą
wyswobodzić się z objęć wzruszonego przyjaciela, którego dopiero odciągnął
jeden z najemników, omal przy tym nie obrywając. Wygładził materiał czarnego
bezrękawnika i posyłając Colowi przepraszające spojrzenie, skierował wzrok
wprost na wpatrzonego weń mordercę. Imperialny elf nie wyglądał na skruszonego
i gdyby Est miał nazwać emocję malującą się na jego twarzy, byłoby to skrajne
rozczarowanie. Oraz skrywany głęboko w pomarańczowych oczach lęk na myśl o nieuchronnej
przyszłości.
Velren oniemiał na widok ducha, jakim bez cienia
wątpliwości powinien być Est. Jak to możliwe, że stał tuż przed nim?! Przecież
jest martwy! Martwy! Nikt normalny nie przeżyłby ran, o jakich wspomniał sam
czciciel Sarvatesa! Były śmiertelne, zadbał o to!
Bezbrzeżne zdumienie imperialnego elfa przerodziło się
w jawne przerażenie, gdy zrozumiał, co znaczy obecność białego elfa w tym
miejscu. Ukartowali to wszystko. Cały ten proces jest skrzętnie przygotowanym
teatrzykiem mającym na celu udowodnienie jego winy, jego wszystkich przewin.
Przegrał. Jak do tego doszło? Nikt nie mógłby przeżyć wykrwawienia się na
śmierć! Tylko potwór… Potwór!
Doradca Złowieszczego Niedźwiedzia surowym spojrzeniem
powiódł po zgromadzonych w sali ludziach. Zaglądał im po kolei w oczy, na
dłużej zatrzymując się na stojącym przywódcy. Tyrd mocniej ścisnął owiniętą
skórą rękojeść miecza dwuręcznego i wykrzywił wargi w gniewnym wyrazie,
oczekując wyjaśnień podstępnego starca. Niewzruszony tym pokazem jawnej
wściekłości Mag zignorował także spiętego Velrena, cichym tonem odzywając się
do przywołanego z Pozaświata podopiecznego.
- Estalavanesie, czy będziesz tak dobry i przedstawisz
nam tożsamość sprawcy?
Est drgnął i potaknął, wzrok utkwiwszy w wyrażającym
ogrom przeróżnych uczuć obliczu oprawcy. Biorąc głęboki wdech, zebrał myśli,
które rozbiegły się w poszukiwaniu zaginionej odwagi.
- To był Velren - wyznał bez zająknięcia. -
Wykorzystał moment, w którym mój przyjaciel, Colonell, opuścił Twierdzę.
Zakradł się wtedy do pracowni i dopełnił ponurej obietnicy. Ogłuszył mnie i
pociął nadgarstki, twierdząc, że każdy uwierzy w moje samobójstwo.
Oskarżenie wybrzmiało echem pod drewnianymi dźwigarami
podtrzymującymi strop. Pośród gęstniejącej atmosfery dało się słyszeć szuranie,
zgrzyt ocierających o siebie płyt metalu i stłumione szepty. Velren stracił
całą przewagę płynącą z naprędce zaplanowanej intrygi, a sztukmistrz, na
którego tak uparcie starał się zrzucić winę, stał teraz na uboczu i trzymając
się za ocaloną głowę, w duchu dziękował Wszechmocnym, że to już koniec.
Colonell podpierał ścianę nie mniej rozbity niż Tyrd, którego całe zajście wytrąciło
z równowagi.
Przywódca ponownie opadł na wyściełane siedzisko i
próbując objąć rozumem tę ciągnącą się farsę, patrzył to na białego elfa, to na
rozglądającego się Maga, którego niski, chrapliwy głos znów poniósł się po
sali.
- Rozumiem, że sprawa jest przesądzona – rzekł doradca.
- Chciałbym jednak podkreślić, iż obecne wydarzenie nie jest sądem i nie może
nim być, jako że Prawo Niedźwiedzi stanowi jasno: „śmierć śmierci równa, gdy
przez brata bratu zadana”. Zatem, zgodnie z Doktryną Wetu, za swój czyn
morderca powinien odpowiedzieć swym życiem. Egzekucja winna odbyć się tu i
teraz, od miecza jedynego prawowitego zwierzchnika.
- Dlaczego więc nie powiesz na głos, jakim cudem ten
potwór przeżył? - niemal szept dobiegł od strony cynicznego Velrena. Skoro nic
już go nie uratuje, to mógł chociaż pogrążyć adwersarza, który ukartował
przeciwko niemu spisek. – Chronisz go tylko dlatego, że jest twoim uczniem?
Jesteś wybiórczy i stronniczy, w tym tkwi szkopuł, Magu. Z dziwadła usiłujesz
uczynić człowieka, stawiając go na równi z ludźmi i ucząc wszystkiego, co
potrzebne, by czuł się jednym z was!
Est zamarł. Złość rozpalająca mu trzewia sięgnęła
serca. Nie dość, że imperialny targnął się na jego życie, to jeszcze bezczelnie
uderzał poniżej pasa w jedynego człowieka, który na to nie zasłużył! Zacisnął
pięści, aż skrzypnęła czarna skórka rękawiczki. Już otwierał usta, odsłaniając
przerośnięte kły, kiedy nagle zapanował chaos. Najemnicy zaczęli wymieniać się
spostrzeżeniami, a jeden głos wybił się ponad resztę, zwierzęcy i groźny,
należący do wytatuowanego człowieka, który postąpił krok do przodu.
- Nie odwracaj kota ogonem, ty jebany…
Przeciągły zgrzyt zmusił zgromadzonych do zasłonięcia
uszu.
Potworny odgłos trwający nieskończenie długie sekundy wkrótce
umilkł i spojrzenia wszystkich zwróciły się na zasiadającego w fotelu przywódcę
mającego już dość gładkich oficjalnych słówek oraz matactw godnych dworów
szlacheckich. Tyrd Niedźwiedziogrzywy był człowiekiem czynu, a jego spragniony
krwi miecz domagał się ciszy, brutalnie rysując kamień posadzki.
- Magu, zechciej skomentować słowa oskarżonego -
zachęcił doradcę, uśmiechając się drapieżnie pod brunatną brodą. - Wyjątkowo
jestem ciekaw, co też masz do powiedzenia.
Mag lekko zmrużył powieki, wyczuwając w prowokującym
tonie przywódcy złośliwą uciechę. Niespiesznie obrócił się w stronę Velrena,
który wbijał w niego błyszczące pomarańczem ślepia, i zmniejszył dzielący ich
dystans, poszukując w umyśle słów, które najlepiej oddałyby istotę ucznia bez
konieczności odkrywania całej prawdy.
- Estalavanes przeżył twoją napaść dzięki wyjątkowym
zdolnościom regeneracyjnym, co nie jest tajemnicą, Velrenie. - Jeszcze przed
chwilą przepełniała go irytacja i odraza w stosunku do imperialnego elfa.
Teraz, patrząc w jego przepełnione desperacją oczy, odczuwał wyłącznie smutek.
Dojrzał bowiem potwora, o którym była mowa. I było mu go żal. - Natomiast cechą
wyjątkowo ograniczonego i słabego umysłu jest nazywanie nieznanego stworzenia
potworem. Potworem może stać się każdy z nas, o czym wcale nie świadczy
fizjonomia. Potworem można nazwać osobę czerpiącą satysfakcję z krzywdzenia
innych i obojętną na ich nieszczęście. A już z pewnością potworem można nazwać
osobę, która z czystej zazdrości i zawiści pozbawia życia tego, którego jedyną
przewiną jest fakt, że się urodził. Zatem bądź tak łaskaw i powściągnij swój
język przed wydawaniem dalszych osądów. - Mag przeciągnął potępiające
spojrzenie i obrócił się do podopiecznego. - Pomimo irracjonalności twych
zarzutów z jednym się zgodzę, Velrenie. Usiłuję z Estalavanesa uczynić
człowieka. A wszystko wyłącznie dlatego, że ma on w sobie więcej
człowieczeństwa niż większość ludzi zamieszkujących Estarion. Wszystko, co
robi, robi dla innych, nie potrafiąc być obojętnym na wyrządzaną krzywdę.
- Głupie gadanie zauroczonego starca zapatrzonego w
ucznia jak w posążek! - Velren szedł w zaparte, sycząc prosto w plecy doradcy.
- On wszystkich was zwodzi, a wy tańczycie, jak wam zagra!
- Zatem przekonajmy się, jak wspaniale potrafi nam
zagrać. Estalavanesie?
Wsłuchany w wymianę zdań Est wzdrygnął się, gdy do
jego uszu dotarł charakterystyczny ton, jakim mistrz zwykł wymawiać jego imię w
momencie, gdy powinien podjąć się dyskusji. Cała dotychczasowa wściekłość
wyparowała, ugaszona strumieniem zimnego strachu, jaki nieodzownie towarzyszył
publicznemu wystąpieniu. Zerknął na Cola wspierającego go swą obecnością,
dodającego otuchy oraz wiary we własne możliwości. Znowu byli razem. Zawsze
będą i Est z całego serca żałował, że jego przyjaciel musiał przełknąć gorycz
towarzyszącą wieści o jego śmierci. Lecz dzięki temu zyskał pewność, że gdyby
rzeczywiście stracił życie, byłby na tym świecie ktoś, kto szczerze by go
opłakiwał.
Est opanował się na tyle, by skierować wzrok ku
podwyższeniu. Ciemnozielone oczy łypiące spod nasrożonych brwi pałały
niewysłowioną nienawiścią i chłopak poczuł się tak, jak gdyby
człowiek-niedźwiedź miał zaraz wstać i odgryźć mu głowę jako sprawcy całego
zamieszania. Zrobiło mu się słabo ze strachu. Wyczekujące rozstrzygnięcia
twarze najemników zaczynały się rozmywać, cała sala wirowała i bał się, że
widowiskowo straci przytomność, gdy dotyk na łokciu nieco go otrzeźwił.
Mistrz mocno złapał go za ramię, utrzymując w pionie.
- Jako że obecna sytuacja nie nosi znamion precedensu
– przypomniał Mag - to wedle normy prawnej Twierdzy ostateczną decyzję odnośnie
losu oskarżonego podejmie poszkodowany. - Puścił łokieć ucznia i wyszedł na sam
środek pomieszczenia. Podniósł głos, grzmiąc pośród ścian sali i wymuszając
posłuch wśród ludzi oraz dwóch elfów. – Estalavanesie, wystarczy jedno twoje
słowo, by wycofać agenturę Velrena, skazać go na wygnanie w głąb Estarionu i
posłać za nim najlepszych łowczych spośród Niedźwiedzi. Być może skłonisz się
jednak ku przyspieszeniu awansu i odesłaniu pod odległe granice Sal Aldahadu,
gdzie jego wyjątkowe zdolności przysłużą się Niedźwiedziom, a przewiny odejdą w
niepamięć. Jakaż będzie decyzja niedoszłej ofiary morderstwa?
Wszyscy jak na komendę zwrócili się w stronę dwójki
elfów. Z gardła niezadowolonego przywódcy wyrwało się głuche warknięcie, gdy
rozparł się na masywnym fotelu. Opuszkami palców podpierał czoło, jakby długo
wypatrywana migrena zjawiła się prędzej, niż oczekiwał.
Est i Velren popatrzyli na siebie niemal równocześnie,
a w ich oczach malowało się kolejno zwątpienie i strach. Imperialny został
upokorzony ponad wszelką miarę, natomiast biały elf, zakłopotany pomysłem
mentora, prawie się zapowietrzył. Pragnął, aby to mistrz rozwiązał spór za
niego, wybrał najodpowiedniejszą karę, przejął choć część ciężaru wynikającego
ze stanowienia o życiu lub śmierci… Ale nie było tak łatwo.
Urękawiczniona dłoń skubała końcówkę ucha, które
opadło w poczuciu kompletnej beznadziei. Jaką decyzję należałoby podjąć z myślą
o osobie, która z zimną krwią rozcięła mu przeguby kawałkiem szkła? W obu
przypadkach pozbędzie się go z Twierdzy, a jego znękany duch zazna wreszcie
ukojenia. Zarazem w obu istniało także ryzyko ponownego spotkania.
Zaczepił mistrza wzrokiem, lecz ten w zamyśleniu
gładził schludną brodę mającą już więcej siwych pasm, niż tych smoliście
czarnych. Oczy miał przy tym przymknięte, jakby w przeświadczeniu, że rozdarty
odpowiedzialnością uczeń w dobrotliwym obliczu opiekuna szukał będzie wskazówek
dotyczących jedynej słusznej decyzji. Mag był mądrym człowiekiem,
najmądrzejszym, jakiego Est znał, więc skoro kazał mu wybierać, to znaczyło, iż
ufał jego osądowi. Nie ma dobrych i złych decyzji, wszystko zależy od punktu
widzenia. Każdy postrzega ten sam problem inaczej niż reszta. A wybór z pozoru
zdawał się prosty.
Velren zasługuje na banicję i powolną agonię. Colonell
z dziką przyjemnością wziąłby udział w polowaniu, zapewne wielotygodniowym,
toteż powinien wziąć pod uwagę, że w konsekwencji zostaną rozdzieleni. Ale czy
to jedyny powód, by darować Velrenowi życie? Było wiele powodów, dla których
nie przetnie linii jego życia, jak choćby wartości wpojone przez mistrza.
Mistrza niesprawiedliwie nazwanego nieobiektywnym. Pierwszego spośród ludzi,
który w potworze dojrzał osobę wartą troski oraz poświęcenia.
Zacisnąwszy pięści, Est wziął głęboki wdech,
odzyskując panowanie nad ciałem i głosem, którego zamierzał w końcu użyć.
Kiedyś nienawidził ludzi i wszystkiego co ludzkie, będące synonimem obojętności
na życie innych. A mimo to pomagał im, kiedy tylko pojawiała się taka sposobność,
uciszając w ten sposób sumienie zgorszone pożałowania godnymi animozjami.
Dopiero mistrz wyprowadził go z błędu, uświadamiając, że empatia i chęć
niesienia pomocy nie mają nic wspólnego z naruszonym przykrymi doświadczeniami
sumieniem. To jest w nim i zawsze w nim było. Uśpione, milczące, zepchnięte na
margines sztucznych, odbarwionych uczuć. Tak jak zauważył Colonell, Est nie
nienawidzi ludzi, tylko siebie samego. Nienawidzi siebie, ponieważ w sobie
dostrzega ich odbicie. Zrobili z niego potwora właśnie w ten sposób:
przeglądając się w jego oczach, zasnuwając cieniem serce i pętając wolnego
ducha.
Oczy barwy soczystej zieleni patrzyły prosto w
ogniście pomarańczowe oczy drugiego potwora, żądnego krwi, z życzeniem śmierci
zastygłym na ściągniętych rozgoryczeniem pięknych ustach. Velren oddawał
twardniejące spojrzenie sączące nienawiść i pogardę wszystkiemu, co stanęło
przeciw niemu. Nie był osobą, która na głos wyrazi swój żal i okaże skruchę.
Nie był typem, który otwarcie przeprosi i pokornie usunie się w kąt. Est bez
ogródek już teraz mógł stwierdzić, że ich kolejne spotkanie skończy się śmiercią
jednego z nich. I będzie na to gotów.
- Estalavanesie? - naglący głos mentora przyciągnął
uwagę ucznia. Nie na tyle jednak, by przestał on obserwować rudowłosego rywala.
- Czy poinformujesz nas, co postanowiłeś?
Est przełknął ślinę i końcówką języka zwilżył wargi.
Chciał szarpnąć za ucho, ale gest ten wydał mu się wyjątkowo niestosowny, wręcz
niepasujący do stanowczej postawy, jaką przyjął. Kiedy podchodził do Velrena,
za swoimi plecami usłyszał syk Cola. Zbagatelizował go. Kątem oka dojrzał, jak
mężczyzna stojący za imperialny elfem kładzie na jego szczupłym ramieniu dłoń w
uniwersalnym geście ostrzeżenia. Bark okryty wpadającym w złoto czerwonym aksamitem
wyglądał na drobny i kruchy pod ręką nawykłą do walki mieczem. Pozory. Wszystko
było grą pozorów, jak mistrz wielokrotnie wspominał.
Zatrzymał się naprzeciwko elfa o krótkich spiczastych
uszach, zupełnie innych od jego własnych.
- Podjąłem już decyzję - oznajmił, jakby oprócz
mordercy w sali nie było nikogo więcej. Nie obawiał się niczego, bo tak
naprawdę strach nie miał nad nim władzy. Nie uczyni niczego, czego mógłby potem
żałować lub czego konsekwencji mógłby się lękać.
Twarz przytrzymywanego przez strażnika elfa wykrzywiła
się groźnie, gdy cofał się, odstręczony samą obecnością białoskórego potwora.
- Więc wyduś ją z siebie wreszcie i miejmy to za sobą!
Głuchy jesteś? Mów!
- Wiedz, że nie jest niczym osobistym…
- Daruj sobie. Nie jesteś dla mnie godnym
przeciwnikiem, do pięt mi nie dorastasz!
Odetchnąwszy, Est obrócił się do cierpliwie czekającego
na werdykt mistrza. Pokryta wątrobowymi plamami bezwłosa głowa lśniła, gdy
leciwy mężczyzna wspierał zarośnięty podbródek na szczupłej piersi okrytej
luźną, wiązaną w pasie tuniką, jak gdyby się modlił. Ale mistrz nie wierzył we
Wszechmocnych. Ach, medytował, sięgając znacznie dalej, niż pozwalały na to
ograniczone zmysły!
Esta zmroziło, gdy w polu widzenia zamajaczył potężny
dwuręczny miecz przywódcy. I koncentrując się na nim, cofnął wszystko, co przed
chwilą sobie wmówił. Istnieje coś, czego obawiał się najbardziej na świecie, a
był to gniew Złowieszczego Niedźwiedzia.
- Velren… - zaczął z wahaniem, oczu nie odrywając od
szerokiej, ostrej jak brzytwa głowni. - Velren powinien zostać agentem w… w...
Jak rany… Powinien zostać agentem.
Zdeprymowany złapał za uszy, zaciskając powieki i
udając, że nie zrobił z siebie pośmiewiska. Chciał zapaść się pod ziemię, bo
cały jego skrzętnie utrzymywany spokój spłynął zeń jak woda uciekająca z
dziurawego wiadra. Wystarczyło mu zerknąć w stronę zwierza na tronie, by
stracił kontakt z rzeczywistością. A może to rzeczywistość przerwała z nim
kontakt, zbyt zajęta dostosowywaniem się do skrajnych emocji, by przejmować się
jednym głupim dzieciakiem.
Zdezorientowani najemnicy patrzyli na siebie, jakby
nie do końca ufali poczytalności białego elfa. Wciągnięci w bajzel ostrouchych
nie mieli pojęcia na czym lub na kim się teraz skupić. Aczkolwiek, jak za
bezgłośnym porozumieniem, wszyscy unikali spoglądania ku podwyższeniu.
Velren trwał w bezruchu, a grymas nienawiści wciąż
marszczył jego szlachetne rysy. W zimnym, ściśniętym urazą sercu poczuł nagle
pustkę, gdy dotarło do niego, że obiekt jego drwin oraz niewyszukanych żartów,
cel prześladowań i ofiara zaborczego charakteru, darował mu winę. Ha! Ten
białas jest skończonym idiotą, durniem i naiwniakiem! Lecz on sam wcale nie był
lepszy, bo knując intrygę, sam uwikłał się w drugą. A mimo to wyszedł z tego
obronną ręką. Ani chybi jutro opuści Twierdzę, sen o wolności wreszcie się
spełni. I to dzięki kretynowi, który mógł uczynić z niego zwierzynę łowną!
Nie, Estalavanes nie jest kretynem… Ten cudak zachował
się w sposób, jaki zobrazował Zrzęda. Dla niego liczyło się ocalone życie.
Nawet, gdy było to życie pragnące odebrać jego własne.
Nieproszona wdzięczność zakradała się do
zatwardziałego serca, choć rozum wciąż odrzucał to dziwne ciepło napływające
wraz z nią. Velren dopełnił przysięgi. W Twierdzy pozostanie jeden elf. I
będzie to bezapelacyjny zwycięzca.
Colonell gapił się na Esta z rozdziawionymi ustami,
nie mniej zaskoczony niż sam oskarżony i tylko Mag nie był zdziwiony wyborem
ucznia. W istocie, to była pierwsza próba, której poddał nieświadomego
podwójnego podstępu młodego ucznia. Zakończona satysfakcjonującym wynikiem,
gdyż spośród dwóch ścieżek Estalavanes zawsze obierze tę, która nie wymagała
ofiar. To nie był dobry moment, by podopieczny poszukiwał nowych rozwiązań i
nie uda mu się ta trudna sztuka do czasu, aż nie opanuje chaotycznych uczuć, uspokoił
jednak nauczyciela na tyle, by ten w końcu przestał zadręczać się wizjami
łączącymi konkretne figury na szachownicy. Zawsze znajdzie się jednostka, która
stanie w obronie słabszych, biorąc na siebie impet pierwszego uderzenia. I jego
– Maga - życiową misją było właśnie wykucie i zahartowania najlepszej tarczy,
jaką dzierżyć będzie Estarion. Z każdym dniem utwierdzał się w przekonaniu, że
tym jest jego uczeń. Nie kim, lecz czym.
- Potwierdź zatem, Estalavanesie, czy zgodne z twoją
wolą jest przyspieszenie agentury Velrena? - zwodniczo niedowierzająca nuta
zakradła się do głosu doradcy. - Takie jest życzenie ofiary? Akt łaski dla
oprawcy?
- To nie jest akt łaski – zaprzeczył Est. Przeskoczył
wzrokiem z Maga na Velrena, chcąc wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. - To
nie jest litość. To… Nie jestem taki jak on.
- On próbował cię zabić!
Est obejrzał się przez ramię na zbulwersowanego
zwiadowcę, którego sylwetka wprost emanowała protestem wobec tak bezmyślnej
decyzji. Col był wściekły i dwóch krzepkich najemników musiało go powstrzymać,
inaczej wtargnąłby na środek sali. Jego oczy zwęziły się groźnie,
zniekształcając zawiłe linie tatuażu na skroni i policzku.
- I będzie próbował do skutku - ciągnął Col,
niestrudzenie walcząc o uwolnienie choć jednej ręki. - Jeżeli chcesz go jeszcze
wynagrodzić za to, co ci zrobił, to jesteś skończonym idiotą!
Ostre słowa uderzyły siłą pretensji i otwartej
niechęci. Zbesztany Est odwrócił wzrok. Nie chcąc patrzeć na swojego oprawcę,
wpatrywał się w kamienną podłogę. Przeżył i zwyciężył, a jednak nie umiał sobie
poradzić z ogarniającym go mglistym poczuciem klęski. To bolało. Inwektywy
człowieka będącego dlań całym światem bolały bardziej niż podcięcie żył.
Trafiały prosto do serca, którego nierówne uderzenia pulsacyjnym rytmem mroziły
ducha. Colonell dobrze mówił. W końcu nadejdzie dzień, kiedy wąż ukąsi po raz kolejny
i tym razem zrobi to porządnie. Ale do tego czasu Est stanie się kimś zupełnie
innym.
- Jestem idiotą tylko dlatego, że szanuję każdy
przejaw życia? - zapytał wreszcie. - Czy też jestem idiotą, ponieważ nie
potraktowałem go tak, jak sam zostałem przez niego potraktowany? A może bycie
idiotą to całokształt tego, co sobą reprezentuję? - Obróciwszy się, obrzucił
Cola pełnym żalu spojrzeniem. - Jeśli tak, to zgadzam się z twoją opinią:
jestem idiotą. I bynajmniej nie obawiam się, że podczas następnego spotkania
Velren znów odważy się mnie zaatakować. Nie boję się, ponieważ następnym razem
będę lepiej przygotowany i zadbam o siebie jak należy.
Ukontentowany deklaracją starzec rozchylił powieki i
zajrzał w oczy ucznia, teraz w pełni skupionego na nim. Słaby duch wzmocnił
się. Ziarenko pękało i kiełkowało pod grubą warstwą lęków oraz uprzedzeń i
tylko czekać, co z niego wyrośnie. A było coraz lepiej. Chłopak z każdym dniem
wyraźniej dostrzegał przeznaczenie, ku któremu wiedzie go wyjątkowa ścieżka.
Prostujący plecy mnich uniósł głowę. Skinąwszy nią,
przyjął zapewnienia Esta jako przypieczętowanie dokonanego wyboru. W milczeniu
wycofał się z zajmowanej pozycji obok dwójki elfów i nie czyniąc najmniejszego
hałasu podszedł do podwyższenia.
Powiedzieć, że Tyrd był rozjuszony, to jakby nic nie
powiedzieć. Wyłącznie zarost pokrywający większą część szerokiej twarzy skrywał
prawdę o jego obecnym nastroju. A był on bliski furii tak ognistej, że tylko
cudem dwójka zwaśnionych elfów jeszcze nie spłonęła.
Mag, w duchu uszczęśliwiony, na zewnątrz okazywał
obojętność, jakby całe zajście było wyłącznie kolejną rutynową sprawą do
rozstrzygnięcia.
- Złowieszczy Niedźwiedziu - rozpoczął oficjalnie -
dzisiejszego wieczoru krew mordercy nie splami twego miecza. Apeluję o
uszanowanie decyzji ofiary, która tym samym ustanowiła nowy precedens godny
odnotowania w kronice na poczet przyszłych zdarzeń.
- I czego ode mnie oczekujesz, doradco? - wycedził w
odpowiedzi Tyrd, rozpierając się na oparciu i zamaszystym gestem obejmując
scenę pod stopami. - Że przychylnie spojrzę na tę dwójkę cherlaków? Twój uczeń
nie obronił się przed napaścią, czym potwierdził swoją słabość i
bezużyteczność! Co z tego, że cudownie wyleczył swoje rany? W moich oczach nie
jest mężczyzną, ucieka bowiem przed rozlewem krwi w miejscu, w którym tylko
takie rozwiązanie może mu zyskać przychylność bractwa! To on powinien dziś
pożegnać się z głową! Kompania Niedźwiedzi nie potrzebuje miękkich, słabych sierot,
które będą stawać w obronie naszych wrogów do czasu, aż same zginą od ich
mieczy. Będzie to pierwsza i ostatnia lekcja przetrwania, która bardzo szybko
wyeliminuje głupich idealistów z naszych szeregów!
Cierpliwość skończyła się wraz z nieprzychylnymi
słowami. Niedźwiedź zerwał się z fotela, prostując na całą imponującą wysokość.
Wspierając rękę na mieczu, zdawał się przygotowywać do wykonania
zapowiedzianego cięcia. Płonący wzrok przeniósł z Maga na jego bezwartościowego
ucznia. Ogromna dawka nienawiści przepłynęła między ludzkim przywódcą a białym
elfem, zmuszając tego drugiego do cofnięcia się.
Okute ciemną stalą buty wybijały na kamiennych
stopniach ponury takt, gdy przywódca kompanii opuszczał swoje stanowisko,
zmierzając prosto do drzwi. Nie wyrzekł nic więcej poza wymownym „czyń jak
uważasz” rzuconym pod adresem bezkarnego starca. Jego potężną sylwetkę
odprowadziło kilka ukradkowych zerknięć oraz honory oddawane przez wojowników,
pośród których cieszył się największą estymą.
Drzwi zatrzasnęły się, a cisza rozpanoszyła w
wieczornym mroku przestronnej sali rozświetlonej oszklonymi lampami.
- Zatem, zgodnie z wolą oskarżyciela, oskarżony w
trybie natychmiastowym zostanie oddelegowany do jednego z miast granicznych Sal
Aldahad jako agent w służbie Niedźwiedzi – obwieścił wyrok Mag. - W imieniu
Złowieszczego Niedźwiedzia uznaję rozprawę za zamkniętą. Velrenie, proszę abyś
niezwłocznie udał się do koszar i spakował niezbędne rzeczy, gotując się do
długiej podróży. Estalavanesie, z tobą rozmówię się po kolacji. Obaj macie
kategoryczny zakaz zbliżania się do siebie oraz przebywania w jednym
pomieszczeniu. Czy wyraziłem się jasno?
Velren tylko skinął głową, niezdolny wydusić choćby
słowa przeprosin czy podzięki. Co prawda poniósł porażkę, lecz teraz było to
bez znaczenia. W najbliższym czasie przyjdzie mu żyć i działać w krainie
sąsiadującej ze wspaniałym imperium Isetualetarthu. Z deszczu pod rynnę. Blisko
swoich, którzy postąpili z nim nie lepiej niż ludzie.
I podczas gdy Velren prezentował się jak zwycięzca,
tak Est wydawał się być tym pokonanym. Płatki jego długich uszu opadły, a
bezsilne ręce zawisły smętnie wzdłuż boków, gdy nieobecny duchem patrzył na
wydeptane do połysku kamienie posadzki. Nie interesowali go ludzie opuszczający
salę za niemym rozkazem Maga. Nie dbał o Velrena, który wyszedł wraz z nimi,
nad wyraz zadowolony. Przywódca wygarnął mu kolejną prawdę, z której przecież
zdawał sobie sprawę. Był bezużyteczny dla kompanii. Wszystko, co uważał za
siłę, okazywało się słabością. Jego wrodzone zdolności nie miały wartości dla
ogółu. Był nikim.
Mistrz położył mu dłoń na ramieniu. Est nawet nie
zaszczycił go spojrzeniem, pogrążony w grząskiej rozpaczy.
- Estalavanesie, jestem z ciebie dumny. To nie był łatwy
wybór, a mimo to postanowiłeś darować życie osobie, która bez skrupułów zadała
ci śmierć.
Wielkie smutne oczy uniosły się na tyle, by spośród
czarnej czupryny dojrzeć troskę mentora.
- I jakie to ma znaczenie, mistrzu? Jestem nikim. Nie
obroniłem się. Nie poderżnąłem Velrenowi gardła i jeszcze dałem mu nagrodę.
- To słowa człowieka, który wszelkie spory rozwiązuje
stalą i przemocą, chłopcze. Nie łudź się, że ktoś taki zaaprobuje akt łaski i
zrozumienia.
- A mimo to wszystko, co powiedział, jest prawdą.
- Zatem kłamałeś, mówiąc, że będziesz gotów stawić
czoła niebezpieczeństwom, jakie ześle ci los?
- Nie, ja… Nie kłamałem. Naprawdę zamierzam stać się
lepszy. Co nie znaczy, że chcę zabijać. Nigdy nie chciałem być najemnikiem, ale
moja przyszłość odnalazła mnie wraz z tobą, mistrzu. Chcąc tego czy nie, muszę
temu podołać.
Nauczyciel uśmiechnął się, ostatni raz klepiąc go w
bark. Est gotów był przyznać, że oddalający się staruszek był z niego dumny jak
jeszcze nigdy przedtem. I on również byłby szczęśliwy, gdyby nie został sam na
sam z goryczą i rozczarowaniem.
Nie, nie sam. W sali pozostali jeszcze dwaj mężczyźni,
o których kompletnie zapomniał.
Colonell wyminął go, by móc bez przeszkód zajrzeć w
jego smętne oczy.
- Esti, w takim razie pozwól, że zabijaniem zajmę się
ja – poprosił. - W końcu do tego szkolę się prawie całe życie i jestem w tym
świetny. Przepraszam za niewyparzony język, ale naprawdę mam cię za idiotę.
Staram się zrozumieć twoją decyzję, co nie jest łatwe, bo kiedy usłyszałem, co
się stało pod moją nieobecność…
Zamilkł, potrząsając głową i spoglądając od niechcenia
na wytarty arras wiszący na przeciwległej ścianie. Nie chciał do tego wracać.
Tak jak nie chciał już nigdzie wyjeżdżać, bo gdy tylko znikał na dłużej, ten
cholerny dzieciak ładował się w coraz to gorsze tarapaty. Doprawdy, wystarczyło
zniknąć za horyzontem, a wydarzenia toczyły się lawinowo.
Na powrót skupił się na zamkniętym w sobie elfie.
- Nie chcesz ze mną rozmawiać, rozumiem. Potrzebujesz
czasu? Bo ja chyba go potrzebuję.
- Nie, zaczekaj. - Est chwycił za okryty rękawicą
strzelecką nadgarstek, zatrzymując go raptownie. - Masz rację. Przywódca też ją
ma. Jestem słabym i bezużytecznym idiotą.
- Za to umiesz coś, czego ani on, ani ja nie
potrafimy. Potrafisz przebaczyć najcięższe przewiny.
- Wybaczyłem… Tak, chyba tak. - Est z rezygnacją
pokręcił głową. Wreszcie go puścił, wciąż czując na opuszkach miłą fakturę
tłoczonej skóry. - Ale nie zapomnę mu tego.
- Och, pamiętliwa z ciebie bestia, coś o tym wiem… -
Colonell uśmiechnął się krzywo i chociaż jego umysł stawiał czynny opór, ciało
rządziło się własnymi potrzebami. Upewniwszy się, że drzwi zatrzaśnięto na
głucho, ujął w palce delikatny biały podbródek i podniósł do góry, zmuszając
pięknie zielone oczy do spojrzenia w jego własne. - I strasznie lubisz użalać
się nad sobą, co jest na swój sposób urocze…
- Jak rany, Col, to nie jest dobry moment.
Est wyrwał mu się i przeszedł parę kroków, zalękniony
pragnieniami rozbudzonymi nieskromną pieszczotą. A już do reszty wstrząsnął nim
widok niemego świadka ich drobnej czułości.
- Travis?!
Zażenowany sztukmistrz wbijał wzrok w czubki swoich
butów.
- Nie miej mi za złe, jakoś nie mogłem wejść wam w
słowo… - nieporadnie tłumaczył swoją obecność. - Nie wiedziałem, że jesteście
tak bliskimi przyjaciółmi.
- Bo nie jesteśmy - odparował rozdrażniony Col. –
Sprawdzałem tylko, czy aby na pewno nic mu się nie stało.
Travis poderwał głowę i podszedł do nich, wpatrując
się w wytatuowaną twarz zwiadowcy. Cała ta gra zachwiała jego równowagą
psychiczną, którą z ledwością udało mu się odzyskać.
- Więc następnym razem postaraj się lepiej go chronić,
to nie będziesz musiał niczego sprawdzać - syknął oschle, po czym z uśmiechem
ulgi zwrócił się do Esta. – Bałem się, że już po mnie. Nie piszcie mnie więcej
do takich spektakli. Nie podołam nerwowo. Ta gadzina byłaby mnie wepchnęła
prosto pod samo ostrze! Ma gadane, bez dwóch zdań. Powinienem go zabrać na
sympozjum alchemiczne. Prawdopodobnie nie nauczy tych ciemniaków rozsądku, ale
przynajmniej wniesie powiew świeżości do tego zramolałego towarzystwa.
Est uśmiechnął się mimowolnie, słysząc tę
charakterystyczną, zadziorną nutę w głosie alchemika.
- Sądzę, że lepiej będzie zostawić Velrena tam, gdzie
jego miejsce – podsunął rozbawiony.
Sztukmistrz jeszcze przez chwilę przyglądał się
swojemu asystentowi jakby zastanawiając, na ile poufałości może sobie pozwolić
w towarzystwie smagłego mężczyzny. Ostatecznie wyminął go, szczerząc się
radośnie.
- Do zobaczenia w pracowni, Est - rzucił przez ramię.
- Jest tam teraz trochę pusto, ale czuj się mile widziany. Oczywiście, jak już
dojdziesz do siebie.
- Dziękuję, Travisie.
Colonell zbliżył się do Esta, zerkając na niego z
ukosa.
- Bliska przyjaźń, co? Niby z którym?
- Nie tak bliska - odparł Est prędko, równie szybko
zmieniając temat. - Jak się czujesz? W końcu przyjaźnisz się z Velrenem.
- Już nie. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi. A może tak mi
się wydawało. - Colonell zobojętniał, rozglądając się po opustoszałej sali. -
Teraz już mu nie ufam. Nie po tym, co ci zrobił.
- Przecież żyję.
- Cudem przeżyłeś, dzieciaku! - huknął na niego. - Nie
rozumiesz, że twoja śmierć będzie równoznaczna mojej?! Albo obaj, albo żaden!
Zaskoczony Est milczał, zawzięcie skubiąc końcówkę
ucha i próbując wykrzesać z siebie więcej śmiałości. Colonell zasługiwał na
więcej niż podkulenie ogona i ucieczkę.
- W wyjątkowo ekspresyjny sposób uzmysławiasz mi
mankamenty mojego charakteru - mruknął, zaczesując czarne jak noc włosy
opadające na oczy. - Twoje słowa mnie ranią, ale są to rany, które mogę
samodzielnie uleczyć. Dzięki temu lepiej je przyswajam i uczę się, jak być
lepszym dla innych. Dziękuję.
- Nie wiem co z tobą począć, kiedy mówisz tak jak
teraz, dzieciaku… Chcę cię zrozumieć, to wszystko. To, co robisz i jak się
zachowujesz, jest, nie wiem, co najmniej zdumiewające. A jeśli cię stracę…
- Sam mówiłeś, że ryzyko utraty życia wpisane jest w
naszą pracę.
- Nie celuj we mnie moimi własnymi strzałami, Esti.
- Przytaczam tylko jedną z udzielonych mi przez ciebie
lekcji – rzucił Est, wycofując się tyłem w stronę drzwi. - A teraz przepraszam.
- Uciekasz? W takim momencie?
- Nie, po prostu idę się przygotować - wyjaśnił Est z
niewinnie rozbrajającą szczerością. - Obiecałeś, że przytniesz mi włosy po
powrocie.
I wyszedł.
Col długo jeszcze patrzył przed siebie. Serce łomotało
mu w okrytej kirysem piersi, a nogi w wysokich butach miękły na wspomnienie
ciepłego, tęsknego głosu wypowiadającego najmilsze słowa, jakie usłyszał przez
ostatni czterodzień. Kiedy ten dzieciak nabrał tak szaleńczego tempa?! A jeśli
to on przestał ogarniać jego wahania nastrojów i teraz od nowa musiał wbić się
w ten niepowtarzalny, wspólny rytm?
Pocierając wymiętą nerwami twarz, młody
Niedźwiedziogrzywy jeszcze chwilę uspokajał oddech. Jeżeli miał pracować
sztyletem przy oczach Estiego, dłoń nie miała prawa mu się omsknąć.
***
Nocna
obecność sowiego posłańca nie była już niczym dziwnym, a w pomroce
niepokojących wydarzeń stawała się wręcz kojąco znajoma. Na czas trwania
rokowań kontakt z przedstawicielem arcypaladyna zerwał się, gdyż sir Aarim
zmuszony był zająć się swymi szacownymi gośćmi z należytą kurtuazją bez względu
na słowo, z jakim przyjechali. A słowo to było ciężkie jak ołów i ostre niby
stal. I nie zadowoliło ani rycerza-dowódcy, ani jego zwierzchnika, bezpowrotnie
przekreślając kruchą szansę na sojusz między dwiema potęgami militarnymi.
W sercu Maga po raz pierwszy od niepamiętnych czasów
gorzał gniew tak wielki, że wręcz wypalał dziurę w jego zwykle łagodnej duszy.
W pośpiechu sporządził elegancką odpowiedź, spakował ją w cylinder u nóżki
puchacza i nieco roztargnionym gestem na oścież otworzył wysokie okno,
posyłając raporty wraz z przyciskami do papieru prosto na podłogę. Sowa
pofrunęła, a jesienny wiatr rozwiał pozostałe dokumenty, furkocząc nimi w
powietrzu wypełnionym zapachem płonących drew.
Jego myśli szalały podobnie jak zniesione podmuchem
kartki, nieskładne i wymieszane, wzburzone. Wystarczyło bowiem jedno słowo
przywódcy kompanii najemnej, by całe długoplanowe działanie odeszło w nicość,
jedna delegacja, by uciąć spekulacje odnośnie przyszłości ludzkości. W jego umyśle
wciąż rozbrzmiewały pretensje człowieka owładniętego żądzą poszerzenia swych
terytoriów.
Tego wieczora Mag usłyszał zarzut, jakoby podkopywał
autorytet przywódcy na swój pokrętny sposób, wszak tylko oni dwaj wiedzieli, że
realną władzę w tym miejscu posiadał przewrotny intelekt człowieka, który
poświęcił swe życie na uformowanie jednej z najlepszych kompanii ludzkiego
świata. Drugi z nich był wyłącznie figurantem z lubością odnajdującym się w odgrywaniu
roli bezlitosnego, konsekwentnego przywódcy trzymającego żelazną dyscyplinę
pośród swoich.
Bo taki właśnie był Tyrd Niedźwiedziogrzywy: doskonały
materiał na przywódcę bandy najemnych mieczy. A Mag? Któż baczył na
„posuniętego w latach suchotnika”, niczym posłuszny rozkazom cień stojącego za
plecami potężnego wojownika? Rozłam ten nie był widoczny z zewnątrz, lecz gdy
tylko Mag i Tyrd zostawali sami, wszystko stawało się oczywiste. Do czasu, gdy Niedźwiedziogrzywy
zaczął decydować bez uprzedniego konsultowania się ze wspólnikiem i doradcą,
realnym przywódcą.
Niedźwiedź zmienił się na skutek oddziaływania
nieznanej mocy. Przyjął agresywną politykę względem arystokratycznych sąsiadów
i wykorzystując niepokoje wręcz zagroził ich majątkom, planując siłą odebrać
część przynależnych im ziem. I żaden argument „doradcy”, nie wpłynął na podjętą
decyzję. Tyrda nie obchodziło zdanie Zakonu Paladynów, ani tym bardziej
trzęsących się na jego widok szlachciców, a wyrażał się przy tym tak
kwieciście, że Mag uznał dyskusję za stratę cennego czasu. Złowieszczy
Niedźwiedź był nieprzejednany, opętany pragnieniem wywołania niewielkiego
konfliktu i zaznaczenia swej pozycji w Estarionie, który potrzebował teraz
zjednoczenia, a nie podziału. Kwestią czasu była petycja połączonych wspólnym
wrogiem możnych wystosowana do Zakonu. Także i to sir Aarim potwierdził w
dzisiejszych wieściach. Podobnie jak fakt, iż nie będzie dłużej tolerował
bezkarnych wybryków wolnej kompanii, której przywódca rozgniewał Zakon
Paladynów swoją zuchwałością oraz lekceważącym stosunkiem, bowiem „poczynał
sobie, jak gdyby przybył po swoje”.
Rozgoryczony Mag mógł tylko przymknąć powieki i
pozwolić papierom oraz myślom opaść na dno. Później je pozbiera, jedne i
drugie. Teraz miał ważniejsze rzeczy na głowie. Kilka raportów zmartwiło go nie
mniej niż list z ostrzeżeniem z Adeili. Colonell donosił, że Niedźwiedź celowo
wycofuje swoich ludzi z odległych krain i słowa jego właśnie stały się prawdą.
Meldunki z południa oraz jeden z zachodu mówiły, że próśb o przedłużenie
kontraktów nie rozpatrzono. Co ciekawe, Mag nie przypominał sobie, by w ogóle
je czytał. Gdzie zatem trafiały, skoro nie docierały do gabinetu
administratora? Czyżby Tyrd działał za plecami przyjaciela? Mag obarczał swe
sumienie zatajoną działalnością, jednakże nie spodziewał się tego samego po
wojowniczym człowieku słynącym z impulsywności. Cóż, powinien był przewidzieć,
że wkrótce ich skrajne stanowiska objawią się w pełni.
Mag obejrzał zastawiony szpargałami blat biurka.
Płomień świecy zakołysał się nerwowo, gdy pokryta bruzdami i bliznami dłoń
chwyciła dokument opatrzony błękitną pieczęcią Zakonu. Mag bez wahania
przeniósł list nad płomień buchający w kominku i poluzował chwyt, beznamiętnie
obserwując, jak głodny żywioł pochłania dowód konspiracji od samego początku
skazanej na porażkę.
Stary zramolały dziad. Tak o
rycerzu-dowódcy wyraził się Niedźwiedź, relacjonując tok rozmów. Zabawne.
Regularnie korespondujący z nim Mag odniósł zupełnie odmienne wrażenie. W
końcu, wierząc kronikom, byli rówieśnikami.
Sir Cyryl, siwiejący mąż o bystrym
spojrzeniu i niezachwianej postawie, inteligentny, lecz fanatyczny w swoich
zapatrywaniach. Opis młodego Niedźwiedziogrzywego bardziej do niego
przemawiał, niemniej wciąż dalece odbiegał od portretu, jaki powstał na
podstawie prowadzonych, nierzadko osobistych, konwersacji z księciem Estarionu.
Mag uśmiechnął się do płomieni hulających za
okratowaniem. Rycerz-dowódca z nieznanych mu przyczyn porwał się na fortel
mający zmylić nieprzyjaciela, zapewne podstawiając wspomnianego sir Cyryla i
wtenczas samemu wchodząc w rolę nic nie znaczącego adiutanta. W ten sposób
widział i słyszał więcej, mógł skoncentrować się na przeciwniku, podczas gdy
ten zajęty był grubą zwierzyną w postaci rzekomego zwierzchnika sił zbrojnych
stacjonujących w Adeili.
Sir Aarim okazał się osobą dalekowzroczną oraz
przezorną, nie mniej przez to pomysłową i przebiegłą. Niebezpieczną. Ludzie
uważali Zakon Paladynów za świętoszkowatych rycerzy i krzewicieli pokoju, w
jakimże mylnym przekonaniu tkwili! On sam musiał przyznać, że im bardziej
poznawał rycerza-dowódcę będącego zarazem synem arcypaladyna, tym większy
mętlik miał w głowie. Godna podziwu taktyka. Trudna do podtrzymania, aczkolwiek
wyjątkowo efektywna, wymagająca lotnego umysłu oraz wyśmienitej manipulacji.
Wyrachowania.
Uśmiech doradcy poszerzył się. Spotkanie z tak
niesamowitą osobistością będzie nie lada wyzwaniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz