środa, 8 maja 2024

Biały elf - rozdział 29

 

Oswyn od Sarvatesa zniknął za drzwiami, zatrzaskując je za sobą. Po sali poniosły się szmery i szeptanina, gdy skołowani najemni pilnujący porządku zaczęli wymieniać się podejrzeniami.

Travis był na skraju załamania nerwowego i tylko przejmujące poczucie ulgi utrzymywało go na nogach.

Oszołomiony Colonell wpatrywał się w Maga z myślą, że utrata ucznia silnie odcisnęła się na jego zdrowiu psychicznym. Starzec od momentu ich powrotu zachowywał się wyjątkowo dziwnie - nieobecny duchem wyrzucił wówczas z siebie kilka bolesnych słów i zamilkł, zdawkowymi gestami ucinając wszelkie pytania oraz błagania. „Estalavanes nie żyje”. A on, Colonell Niedźwiedziogrzywy, ten, który obiecał, że zawsze będzie przy nim, przebywał wtedy daleko poza Twierdzą.

Marszczący brwi Velren nie spuszczał wzroku z drzwi, za którymi zniknął kapłan. Za sprawą enigmatycznego hasła doradcy utracił cały rezon, jaki zdołał zyskać podczas procesu i choć z początku ciekaw był dalszego biegu wypadków, tak teraz coraz bardziej nieufnie podchodził do pomysłów chytrego lisa. Czy ci szaleńcy zamierzali wnieść tu ciało? Czy ten zasuszony człowiek był aż tak zrozpaczony po stracie ucznia, że popadł w obłęd?

Elf z typową mu przenikliwością obserwował łysego mnicha, który wolnym krokiem wymijał go w drodze do wyjścia z sali. Doradca nie oglądał się na boki. Sprawiał wrażenie strapionego i nie krył się z tym specjalnie, licząc, że nikt nie dojrzy emocji na jego pociętym wiekiem obliczu.

Mag przystanął wreszcie i obróciwszy się przodem do milknącego zgromadzenia, zmierzył Velrena oraz Travisa od stóp po głowy. Obecny proces był zaledwie preludium do sztuki mającej rozpocząć się lada chwila. Niestety, zmuszony będzie zdradzić przed światem najbardziej niebywałą zdolność Estalavanesa, lecz, jak sam uważał, każda cena była tego warta, gdy w grę wchodziło ocalenie jak największej ilości żywotów.

Niech zatem zacznie się prawdziwe przedstawienie.

Zawiasy skrzypnęły, otwierając pojedyncze skrzydło na pełną szerokość. Przygarbiony, zmęczony życiem Mag odstąpił w prawo, odsłaniając niebywałą scenę, na widok której wszyscy wstrzymali oddechy: kapłan w białych szatach prowadził elfa o nieskazitelnie białej skórze.

Cisza wywołana pojawieniem się Estalavanesa była wręcz boleśnie ogłuszająca, aż górujący ponad wszystkimi Niedźwiedź skrzywił się paskudnie, czując jak szumiąca w uszach krew odbija się migreną w pulsujących skroniach. Nikt choćby szeptem się nie odezwał, gdy Mag, zachodzący ucznia z lewej, niby strażnik przejął go od kapłana i powiódł na sam środek, stając wraz z nim pomiędzy Velrenem, Travisem i Colonellem.

Z całej trójki tylko sztukmistrz nie wydawał się wstrząśnięty widokiem powstałego z umarłych chłopaka. Na jego szczupłej twarzy malowało się wręcz nieprzyzwoite odprężenie, gdy przymykał powieki i drżącymi palcami odchylał kołnierz przepoconej koszuli.

Colonell osłupiał. Był pewien, że już nigdy nie zobaczy go żywego, nie zajrzy w te piękne, niewinne oczy, teraz zwracające ciepłą głębię ku jego własnym, wytrzeszczonym i zaczerwienionym. Nie wstydząc się uczuć ani łez radości, bez ostrzeżenia zerwał się ku Estiemu, zamykając go w niedźwiedzim uścisku. Łzy nieprzerwanie płynęły po śniadych policzkach, gdy szeptem błagał ukochanego, by więcej mu tego nie robił. Zniesie dla niego wszystko, nie straszna mu żadna tortura, ale tej gehenny nie chciał powtarzać. Nigdy więcej nie chciał doświadczać tak przytłaczającej pustki i samotności.

Zmieszany wylewnym powitaniem Est musiał siłą wyswobodzić się z objęć wzruszonego przyjaciela, którego dopiero odciągnął jeden z najemników, omal przy tym nie obrywając. Wygładził materiał czarnego bezrękawnika i posyłając Colowi przepraszające spojrzenie, skierował wzrok wprost na wpatrzonego weń mordercę. Imperialny elf nie wyglądał na skruszonego i gdyby Est miał nazwać emocję malującą się na jego twarzy, byłoby to skrajne rozczarowanie. Oraz skrywany głęboko w pomarańczowych oczach lęk na myśl o nieuchronnej przyszłości.

Velren oniemiał na widok ducha, jakim bez cienia wątpliwości powinien być Est. Jak to możliwe, że stał tuż przed nim?! Przecież jest martwy! Martwy! Nikt normalny nie przeżyłby ran, o jakich wspomniał sam czciciel Sarvatesa! Były śmiertelne, zadbał o to!

Bezbrzeżne zdumienie imperialnego elfa przerodziło się w jawne przerażenie, gdy zrozumiał, co znaczy obecność białego elfa w tym miejscu. Ukartowali to wszystko. Cały ten proces jest skrzętnie przygotowanym teatrzykiem mającym na celu udowodnienie jego winy, jego wszystkich przewin. Przegrał. Jak do tego doszło? Nikt nie mógłby przeżyć wykrwawienia się na śmierć! Tylko potwór… Potwór!

Doradca Złowieszczego Niedźwiedzia surowym spojrzeniem powiódł po zgromadzonych w sali ludziach. Zaglądał im po kolei w oczy, na dłużej zatrzymując się na stojącym przywódcy. Tyrd mocniej ścisnął owiniętą skórą rękojeść miecza dwuręcznego i wykrzywił wargi w gniewnym wyrazie, oczekując wyjaśnień podstępnego starca. Niewzruszony tym pokazem jawnej wściekłości Mag zignorował także spiętego Velrena, cichym tonem odzywając się do przywołanego z Pozaświata podopiecznego.

- Estalavanesie, czy będziesz tak dobry i przedstawisz nam tożsamość sprawcy?

Est drgnął i potaknął, wzrok utkwiwszy w wyrażającym ogrom przeróżnych uczuć obliczu oprawcy. Biorąc głęboki wdech, zebrał myśli, które rozbiegły się w poszukiwaniu zaginionej odwagi.

- To był Velren - wyznał bez zająknięcia. - Wykorzystał moment, w którym mój przyjaciel, Colonell, opuścił Twierdzę. Zakradł się wtedy do pracowni i dopełnił ponurej obietnicy. Ogłuszył mnie i pociął nadgarstki, twierdząc, że każdy uwierzy w moje samobójstwo.

Oskarżenie wybrzmiało echem pod drewnianymi dźwigarami podtrzymującymi strop. Pośród gęstniejącej atmosfery dało się słyszeć szuranie, zgrzyt ocierających o siebie płyt metalu i stłumione szepty. Velren stracił całą przewagę płynącą z naprędce zaplanowanej intrygi, a sztukmistrz, na którego tak uparcie starał się zrzucić winę, stał teraz na uboczu i trzymając się za ocaloną głowę, w duchu dziękował Wszechmocnym, że to już koniec. Colonell podpierał ścianę nie mniej rozbity niż Tyrd, którego całe zajście wytrąciło z równowagi.

Przywódca ponownie opadł na wyściełane siedzisko i próbując objąć rozumem tę ciągnącą się farsę, patrzył to na białego elfa, to na rozglądającego się Maga, którego niski, chrapliwy głos znów poniósł się po sali.

- Rozumiem, że sprawa jest przesądzona – rzekł doradca. - Chciałbym jednak podkreślić, iż obecne wydarzenie nie jest sądem i nie może nim być, jako że Prawo Niedźwiedzi stanowi jasno: „śmierć śmierci równa, gdy przez brata bratu zadana”. Zatem, zgodnie z Doktryną Wetu, za swój czyn morderca powinien odpowiedzieć swym życiem. Egzekucja winna odbyć się tu i teraz, od miecza jedynego prawowitego zwierzchnika.

- Dlaczego więc nie powiesz na głos, jakim cudem ten potwór przeżył? - niemal szept dobiegł od strony cynicznego Velrena. Skoro nic już go nie uratuje, to mógł chociaż pogrążyć adwersarza, który ukartował przeciwko niemu spisek. – Chronisz go tylko dlatego, że jest twoim uczniem? Jesteś wybiórczy i stronniczy, w tym tkwi szkopuł, Magu. Z dziwadła usiłujesz uczynić człowieka, stawiając go na równi z ludźmi i ucząc wszystkiego, co potrzebne, by czuł się jednym z was!

Est zamarł. Złość rozpalająca mu trzewia sięgnęła serca. Nie dość, że imperialny targnął się na jego życie, to jeszcze bezczelnie uderzał poniżej pasa w jedynego człowieka, który na to nie zasłużył! Zacisnął pięści, aż skrzypnęła czarna skórka rękawiczki. Już otwierał usta, odsłaniając przerośnięte kły, kiedy nagle zapanował chaos. Najemnicy zaczęli wymieniać się spostrzeżeniami, a jeden głos wybił się ponad resztę, zwierzęcy i groźny, należący do wytatuowanego człowieka, który postąpił krok do przodu.

- Nie odwracaj kota ogonem, ty jebany…

Przeciągły zgrzyt zmusił zgromadzonych do zasłonięcia uszu.

Potworny odgłos trwający nieskończenie długie sekundy wkrótce umilkł i spojrzenia wszystkich zwróciły się na zasiadającego w fotelu przywódcę mającego już dość gładkich oficjalnych słówek oraz matactw godnych dworów szlacheckich. Tyrd Niedźwiedziogrzywy był człowiekiem czynu, a jego spragniony krwi miecz domagał się ciszy, brutalnie rysując kamień posadzki.

- Magu, zechciej skomentować słowa oskarżonego - zachęcił doradcę, uśmiechając się drapieżnie pod brunatną brodą. - Wyjątkowo jestem ciekaw, co też masz do powiedzenia.

Mag lekko zmrużył powieki, wyczuwając w prowokującym tonie przywódcy złośliwą uciechę. Niespiesznie obrócił się w stronę Velrena, który wbijał w niego błyszczące pomarańczem ślepia, i zmniejszył dzielący ich dystans, poszukując w umyśle słów, które najlepiej oddałyby istotę ucznia bez konieczności odkrywania całej prawdy.

- Estalavanes przeżył twoją napaść dzięki wyjątkowym zdolnościom regeneracyjnym, co nie jest tajemnicą, Velrenie. - Jeszcze przed chwilą przepełniała go irytacja i odraza w stosunku do imperialnego elfa. Teraz, patrząc w jego przepełnione desperacją oczy, odczuwał wyłącznie smutek. Dojrzał bowiem potwora, o którym była mowa. I było mu go żal. - Natomiast cechą wyjątkowo ograniczonego i słabego umysłu jest nazywanie nieznanego stworzenia potworem. Potworem może stać się każdy z nas, o czym wcale nie świadczy fizjonomia. Potworem można nazwać osobę czerpiącą satysfakcję z krzywdzenia innych i obojętną na ich nieszczęście. A już z pewnością potworem można nazwać osobę, która z czystej zazdrości i zawiści pozbawia życia tego, którego jedyną przewiną jest fakt, że się urodził. Zatem bądź tak łaskaw i powściągnij swój język przed wydawaniem dalszych osądów. - Mag przeciągnął potępiające spojrzenie i obrócił się do podopiecznego. - Pomimo irracjonalności twych zarzutów z jednym się zgodzę, Velrenie. Usiłuję z Estalavanesa uczynić człowieka. A wszystko wyłącznie dlatego, że ma on w sobie więcej człowieczeństwa niż większość ludzi zamieszkujących Estarion. Wszystko, co robi, robi dla innych, nie potrafiąc być obojętnym na wyrządzaną krzywdę.

- Głupie gadanie zauroczonego starca zapatrzonego w ucznia jak w posążek! - Velren szedł w zaparte, sycząc prosto w plecy doradcy. - On wszystkich was zwodzi, a wy tańczycie, jak wam zagra!

- Zatem przekonajmy się, jak wspaniale potrafi nam zagrać. Estalavanesie?

Wsłuchany w wymianę zdań Est wzdrygnął się, gdy do jego uszu dotarł charakterystyczny ton, jakim mistrz zwykł wymawiać jego imię w momencie, gdy powinien podjąć się dyskusji. Cała dotychczasowa wściekłość wyparowała, ugaszona strumieniem zimnego strachu, jaki nieodzownie towarzyszył publicznemu wystąpieniu. Zerknął na Cola wspierającego go swą obecnością, dodającego otuchy oraz wiary we własne możliwości. Znowu byli razem. Zawsze będą i Est z całego serca żałował, że jego przyjaciel musiał przełknąć gorycz towarzyszącą wieści o jego śmierci. Lecz dzięki temu zyskał pewność, że gdyby rzeczywiście stracił życie, byłby na tym świecie ktoś, kto szczerze by go opłakiwał.

Est opanował się na tyle, by skierować wzrok ku podwyższeniu. Ciemnozielone oczy łypiące spod nasrożonych brwi pałały niewysłowioną nienawiścią i chłopak poczuł się tak, jak gdyby człowiek-niedźwiedź miał zaraz wstać i odgryźć mu głowę jako sprawcy całego zamieszania. Zrobiło mu się słabo ze strachu. Wyczekujące rozstrzygnięcia twarze najemników zaczynały się rozmywać, cała sala wirowała i bał się, że widowiskowo straci przytomność, gdy dotyk na łokciu nieco go otrzeźwił.

Mistrz mocno złapał go za ramię, utrzymując w pionie.

- Jako że obecna sytuacja nie nosi znamion precedensu – przypomniał Mag - to wedle normy prawnej Twierdzy ostateczną decyzję odnośnie losu oskarżonego podejmie poszkodowany. - Puścił łokieć ucznia i wyszedł na sam środek pomieszczenia. Podniósł głos, grzmiąc pośród ścian sali i wymuszając posłuch wśród ludzi oraz dwóch elfów. – Estalavanesie, wystarczy jedno twoje słowo, by wycofać agenturę Velrena, skazać go na wygnanie w głąb Estarionu i posłać za nim najlepszych łowczych spośród Niedźwiedzi. Być może skłonisz się jednak ku przyspieszeniu awansu i odesłaniu pod odległe granice Sal Aldahadu, gdzie jego wyjątkowe zdolności przysłużą się Niedźwiedziom, a przewiny odejdą w niepamięć. Jakaż będzie decyzja niedoszłej ofiary morderstwa?

Wszyscy jak na komendę zwrócili się w stronę dwójki elfów. Z gardła niezadowolonego przywódcy wyrwało się głuche warknięcie, gdy rozparł się na masywnym fotelu. Opuszkami palców podpierał czoło, jakby długo wypatrywana migrena zjawiła się prędzej, niż oczekiwał.

Est i Velren popatrzyli na siebie niemal równocześnie, a w ich oczach malowało się kolejno zwątpienie i strach. Imperialny został upokorzony ponad wszelką miarę, natomiast biały elf, zakłopotany pomysłem mentora, prawie się zapowietrzył. Pragnął, aby to mistrz rozwiązał spór za niego, wybrał najodpowiedniejszą karę, przejął choć część ciężaru wynikającego ze stanowienia o życiu lub śmierci… Ale nie było tak łatwo.

Urękawiczniona dłoń skubała końcówkę ucha, które opadło w poczuciu kompletnej beznadziei. Jaką decyzję należałoby podjąć z myślą o osobie, która z zimną krwią rozcięła mu przeguby kawałkiem szkła? W obu przypadkach pozbędzie się go z Twierdzy, a jego znękany duch zazna wreszcie ukojenia. Zarazem w obu istniało także ryzyko ponownego spotkania.

Zaczepił mistrza wzrokiem, lecz ten w zamyśleniu gładził schludną brodę mającą już więcej siwych pasm, niż tych smoliście czarnych. Oczy miał przy tym przymknięte, jakby w przeświadczeniu, że rozdarty odpowiedzialnością uczeń w dobrotliwym obliczu opiekuna szukał będzie wskazówek dotyczących jedynej słusznej decyzji. Mag był mądrym człowiekiem, najmądrzejszym, jakiego Est znał, więc skoro kazał mu wybierać, to znaczyło, iż ufał jego osądowi. Nie ma dobrych i złych decyzji, wszystko zależy od punktu widzenia. Każdy postrzega ten sam problem inaczej niż reszta. A wybór z pozoru zdawał się prosty.

Velren zasługuje na banicję i powolną agonię. Colonell z dziką przyjemnością wziąłby udział w polowaniu, zapewne wielotygodniowym, toteż powinien wziąć pod uwagę, że w konsekwencji zostaną rozdzieleni. Ale czy to jedyny powód, by darować Velrenowi życie? Było wiele powodów, dla których nie przetnie linii jego życia, jak choćby wartości wpojone przez mistrza. Mistrza niesprawiedliwie nazwanego nieobiektywnym. Pierwszego spośród ludzi, który w potworze dojrzał osobę wartą troski oraz poświęcenia.

Zacisnąwszy pięści, Est wziął głęboki wdech, odzyskując panowanie nad ciałem i głosem, którego zamierzał w końcu użyć. Kiedyś nienawidził ludzi i wszystkiego co ludzkie, będące synonimem obojętności na życie innych. A mimo to pomagał im, kiedy tylko pojawiała się taka sposobność, uciszając w ten sposób sumienie zgorszone pożałowania godnymi animozjami. Dopiero mistrz wyprowadził go z błędu, uświadamiając, że empatia i chęć niesienia pomocy nie mają nic wspólnego z naruszonym przykrymi doświadczeniami sumieniem. To jest w nim i zawsze w nim było. Uśpione, milczące, zepchnięte na margines sztucznych, odbarwionych uczuć. Tak jak zauważył Colonell, Est nie nienawidzi ludzi, tylko siebie samego. Nienawidzi siebie, ponieważ w sobie dostrzega ich odbicie. Zrobili z niego potwora właśnie w ten sposób: przeglądając się w jego oczach, zasnuwając cieniem serce i pętając wolnego ducha.

Oczy barwy soczystej zieleni patrzyły prosto w ogniście pomarańczowe oczy drugiego potwora, żądnego krwi, z życzeniem śmierci zastygłym na ściągniętych rozgoryczeniem pięknych ustach. Velren oddawał twardniejące spojrzenie sączące nienawiść i pogardę wszystkiemu, co stanęło przeciw niemu. Nie był osobą, która na głos wyrazi swój żal i okaże skruchę. Nie był typem, który otwarcie przeprosi i pokornie usunie się w kąt. Est bez ogródek już teraz mógł stwierdzić, że ich kolejne spotkanie skończy się śmiercią jednego z nich. I będzie na to gotów.

- Estalavanesie? - naglący głos mentora przyciągnął uwagę ucznia. Nie na tyle jednak, by przestał on obserwować rudowłosego rywala. - Czy poinformujesz nas, co postanowiłeś?

Est przełknął ślinę i końcówką języka zwilżył wargi. Chciał szarpnąć za ucho, ale gest ten wydał mu się wyjątkowo niestosowny, wręcz niepasujący do stanowczej postawy, jaką przyjął. Kiedy podchodził do Velrena, za swoimi plecami usłyszał syk Cola. Zbagatelizował go. Kątem oka dojrzał, jak mężczyzna stojący za imperialny elfem kładzie na jego szczupłym ramieniu dłoń w uniwersalnym geście ostrzeżenia. Bark okryty wpadającym w złoto czerwonym aksamitem wyglądał na drobny i kruchy pod ręką nawykłą do walki mieczem. Pozory. Wszystko było grą pozorów, jak mistrz wielokrotnie wspominał.

Zatrzymał się naprzeciwko elfa o krótkich spiczastych uszach, zupełnie innych od jego własnych.

- Podjąłem już decyzję - oznajmił, jakby oprócz mordercy w sali nie było nikogo więcej. Nie obawiał się niczego, bo tak naprawdę strach nie miał nad nim władzy. Nie uczyni niczego, czego mógłby potem żałować lub czego konsekwencji mógłby się lękać.

Twarz przytrzymywanego przez strażnika elfa wykrzywiła się groźnie, gdy cofał się, odstręczony samą obecnością białoskórego potwora.

- Więc wyduś ją z siebie wreszcie i miejmy to za sobą! Głuchy jesteś? Mów!

- Wiedz, że nie jest niczym osobistym…

- Daruj sobie. Nie jesteś dla mnie godnym przeciwnikiem, do pięt mi nie dorastasz!

Odetchnąwszy, Est obrócił się do cierpliwie czekającego na werdykt mistrza. Pokryta wątrobowymi plamami bezwłosa głowa lśniła, gdy leciwy mężczyzna wspierał zarośnięty podbródek na szczupłej piersi okrytej luźną, wiązaną w pasie tuniką, jak gdyby się modlił. Ale mistrz nie wierzył we Wszechmocnych. Ach, medytował, sięgając znacznie dalej, niż pozwalały na to ograniczone zmysły!

Esta zmroziło, gdy w polu widzenia zamajaczył potężny dwuręczny miecz przywódcy. I koncentrując się na nim, cofnął wszystko, co przed chwilą sobie wmówił. Istnieje coś, czego obawiał się najbardziej na świecie, a był to gniew Złowieszczego Niedźwiedzia.

- Velren… - zaczął z wahaniem, oczu nie odrywając od szerokiej, ostrej jak brzytwa głowni. - Velren powinien zostać agentem w… w... Jak rany… Powinien zostać agentem.

Zdeprymowany złapał za uszy, zaciskając powieki i udając, że nie zrobił z siebie pośmiewiska. Chciał zapaść się pod ziemię, bo cały jego skrzętnie utrzymywany spokój spłynął zeń jak woda uciekająca z dziurawego wiadra. Wystarczyło mu zerknąć w stronę zwierza na tronie, by stracił kontakt z rzeczywistością. A może to rzeczywistość przerwała z nim kontakt, zbyt zajęta dostosowywaniem się do skrajnych emocji, by przejmować się jednym głupim dzieciakiem.

Zdezorientowani najemnicy patrzyli na siebie, jakby nie do końca ufali poczytalności białego elfa. Wciągnięci w bajzel ostrouchych nie mieli pojęcia na czym lub na kim się teraz skupić. Aczkolwiek, jak za bezgłośnym porozumieniem, wszyscy unikali spoglądania ku podwyższeniu.

Velren trwał w bezruchu, a grymas nienawiści wciąż marszczył jego szlachetne rysy. W zimnym, ściśniętym urazą sercu poczuł nagle pustkę, gdy dotarło do niego, że obiekt jego drwin oraz niewyszukanych żartów, cel prześladowań i ofiara zaborczego charakteru, darował mu winę. Ha! Ten białas jest skończonym idiotą, durniem i naiwniakiem! Lecz on sam wcale nie był lepszy, bo knując intrygę, sam uwikłał się w drugą. A mimo to wyszedł z tego obronną ręką. Ani chybi jutro opuści Twierdzę, sen o wolności wreszcie się spełni. I to dzięki kretynowi, który mógł uczynić z niego zwierzynę łowną!

Nie, Estalavanes nie jest kretynem… Ten cudak zachował się w sposób, jaki zobrazował Zrzęda. Dla niego liczyło się ocalone życie. Nawet, gdy było to życie pragnące odebrać jego własne.

Nieproszona wdzięczność zakradała się do zatwardziałego serca, choć rozum wciąż odrzucał to dziwne ciepło napływające wraz z nią. Velren dopełnił przysięgi. W Twierdzy pozostanie jeden elf. I będzie to bezapelacyjny zwycięzca.

Colonell gapił się na Esta z rozdziawionymi ustami, nie mniej zaskoczony niż sam oskarżony i tylko Mag nie był zdziwiony wyborem ucznia. W istocie, to była pierwsza próba, której poddał nieświadomego podwójnego podstępu młodego ucznia. Zakończona satysfakcjonującym wynikiem, gdyż spośród dwóch ścieżek Estalavanes zawsze obierze tę, która nie wymagała ofiar. To nie był dobry moment, by podopieczny poszukiwał nowych rozwiązań i nie uda mu się ta trudna sztuka do czasu, aż nie opanuje chaotycznych uczuć, uspokoił jednak nauczyciela na tyle, by ten w końcu przestał zadręczać się wizjami łączącymi konkretne figury na szachownicy. Zawsze znajdzie się jednostka, która stanie w obronie słabszych, biorąc na siebie impet pierwszego uderzenia. I jego – Maga - życiową misją było właśnie wykucie i zahartowania najlepszej tarczy, jaką dzierżyć będzie Estarion. Z każdym dniem utwierdzał się w przekonaniu, że tym jest jego uczeń. Nie kim, lecz czym.

- Potwierdź zatem, Estalavanesie, czy zgodne z twoją wolą jest przyspieszenie agentury Velrena? - zwodniczo niedowierzająca nuta zakradła się do głosu doradcy. - Takie jest życzenie ofiary? Akt łaski dla oprawcy?

- To nie jest akt łaski – zaprzeczył Est. Przeskoczył wzrokiem z Maga na Velrena, chcąc wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. -  To nie jest litość. To… Nie jestem taki jak on.

- On próbował cię zabić!

Est obejrzał się przez ramię na zbulwersowanego zwiadowcę, którego sylwetka wprost emanowała protestem wobec tak bezmyślnej decyzji. Col był wściekły i dwóch krzepkich najemników musiało go powstrzymać, inaczej wtargnąłby na środek sali. Jego oczy zwęziły się groźnie, zniekształcając zawiłe linie tatuażu na skroni i policzku.

- I będzie próbował do skutku - ciągnął Col, niestrudzenie walcząc o uwolnienie choć jednej ręki. - Jeżeli chcesz go jeszcze wynagrodzić za to, co ci zrobił, to jesteś skończonym idiotą!

Ostre słowa uderzyły siłą pretensji i otwartej niechęci. Zbesztany Est odwrócił wzrok. Nie chcąc patrzeć na swojego oprawcę, wpatrywał się w kamienną podłogę. Przeżył i zwyciężył, a jednak nie umiał sobie poradzić z ogarniającym go mglistym poczuciem klęski. To bolało. Inwektywy człowieka będącego dlań całym światem bolały bardziej niż podcięcie żył. Trafiały prosto do serca, którego nierówne uderzenia pulsacyjnym rytmem mroziły ducha. Colonell dobrze mówił. W końcu nadejdzie dzień, kiedy wąż ukąsi po raz kolejny i tym razem zrobi to porządnie. Ale do tego czasu Est stanie się kimś zupełnie innym.

- Jestem idiotą tylko dlatego, że szanuję każdy przejaw życia? - zapytał wreszcie. - Czy też jestem idiotą, ponieważ nie potraktowałem go tak, jak sam zostałem przez niego potraktowany? A może bycie idiotą to całokształt tego, co sobą reprezentuję? - Obróciwszy się, obrzucił Cola pełnym żalu spojrzeniem. - Jeśli tak, to zgadzam się z twoją opinią: jestem idiotą. I bynajmniej nie obawiam się, że podczas następnego spotkania Velren znów odważy się mnie zaatakować. Nie boję się, ponieważ następnym razem będę lepiej przygotowany i zadbam o siebie jak należy.

Ukontentowany deklaracją starzec rozchylił powieki i zajrzał w oczy ucznia, teraz w pełni skupionego na nim. Słaby duch wzmocnił się. Ziarenko pękało i kiełkowało pod grubą warstwą lęków oraz uprzedzeń i tylko czekać, co z niego wyrośnie. A było coraz lepiej. Chłopak z każdym dniem wyraźniej dostrzegał przeznaczenie, ku któremu wiedzie go wyjątkowa ścieżka.

Prostujący plecy mnich uniósł głowę. Skinąwszy nią, przyjął zapewnienia Esta jako przypieczętowanie dokonanego wyboru. W milczeniu wycofał się z zajmowanej pozycji obok dwójki elfów i nie czyniąc najmniejszego hałasu podszedł do podwyższenia.

Powiedzieć, że Tyrd był rozjuszony, to jakby nic nie powiedzieć. Wyłącznie zarost pokrywający większą część szerokiej twarzy skrywał prawdę o jego obecnym nastroju. A był on bliski furii tak ognistej, że tylko cudem dwójka zwaśnionych elfów jeszcze nie spłonęła.

Mag, w duchu uszczęśliwiony, na zewnątrz okazywał obojętność, jakby całe zajście było wyłącznie kolejną rutynową sprawą do rozstrzygnięcia.

- Złowieszczy Niedźwiedziu - rozpoczął oficjalnie - dzisiejszego wieczoru krew mordercy nie splami twego miecza. Apeluję o uszanowanie decyzji ofiary, która tym samym ustanowiła nowy precedens godny odnotowania w kronice na poczet przyszłych zdarzeń.

- I czego ode mnie oczekujesz, doradco? - wycedził w odpowiedzi Tyrd, rozpierając się na oparciu i zamaszystym gestem obejmując scenę pod stopami. - Że przychylnie spojrzę na tę dwójkę cherlaków? Twój uczeń nie obronił się przed napaścią, czym potwierdził swoją słabość i bezużyteczność! Co z tego, że cudownie wyleczył swoje rany? W moich oczach nie jest mężczyzną, ucieka bowiem przed rozlewem krwi w miejscu, w którym tylko takie rozwiązanie może mu zyskać przychylność bractwa! To on powinien dziś pożegnać się z głową! Kompania Niedźwiedzi nie potrzebuje miękkich, słabych sierot, które będą stawać w obronie naszych wrogów do czasu, aż same zginą od ich mieczy. Będzie to pierwsza i ostatnia lekcja przetrwania, która bardzo szybko wyeliminuje głupich idealistów z naszych szeregów!

Cierpliwość skończyła się wraz z nieprzychylnymi słowami. Niedźwiedź zerwał się z fotela, prostując na całą imponującą wysokość. Wspierając rękę na mieczu, zdawał się przygotowywać do wykonania zapowiedzianego cięcia. Płonący wzrok przeniósł z Maga na jego bezwartościowego ucznia. Ogromna dawka nienawiści przepłynęła między ludzkim przywódcą a białym elfem, zmuszając tego drugiego do cofnięcia się.

Okute ciemną stalą buty wybijały na kamiennych stopniach ponury takt, gdy przywódca kompanii opuszczał swoje stanowisko, zmierzając prosto do drzwi. Nie wyrzekł nic więcej poza wymownym „czyń jak uważasz” rzuconym pod adresem bezkarnego starca. Jego potężną sylwetkę odprowadziło kilka ukradkowych zerknięć oraz honory oddawane przez wojowników, pośród których cieszył się największą estymą.

Drzwi zatrzasnęły się, a cisza rozpanoszyła w wieczornym mroku przestronnej sali rozświetlonej oszklonymi lampami.

- Zatem, zgodnie z wolą oskarżyciela, oskarżony w trybie natychmiastowym zostanie oddelegowany do jednego z miast granicznych Sal Aldahad jako agent w służbie Niedźwiedzi – obwieścił wyrok Mag. - W imieniu Złowieszczego Niedźwiedzia uznaję rozprawę za zamkniętą. Velrenie, proszę abyś niezwłocznie udał się do koszar i spakował niezbędne rzeczy, gotując się do długiej podróży. Estalavanesie, z tobą rozmówię się po kolacji. Obaj macie kategoryczny zakaz zbliżania się do siebie oraz przebywania w jednym pomieszczeniu. Czy wyraziłem się jasno?

Velren tylko skinął głową, niezdolny wydusić choćby słowa przeprosin czy podzięki. Co prawda poniósł porażkę, lecz teraz było to bez znaczenia. W najbliższym czasie przyjdzie mu żyć i działać w krainie sąsiadującej ze wspaniałym imperium Isetualetarthu. Z deszczu pod rynnę. Blisko swoich, którzy postąpili z nim nie lepiej niż ludzie.

I podczas gdy Velren prezentował się jak zwycięzca, tak Est wydawał się być tym pokonanym. Płatki jego długich uszu opadły, a bezsilne ręce zawisły smętnie wzdłuż boków, gdy nieobecny duchem patrzył na wydeptane do połysku kamienie posadzki. Nie interesowali go ludzie opuszczający salę za niemym rozkazem Maga. Nie dbał o Velrena, który wyszedł wraz z nimi, nad wyraz zadowolony. Przywódca wygarnął mu kolejną prawdę, z której przecież zdawał sobie sprawę. Był bezużyteczny dla kompanii. Wszystko, co uważał za siłę, okazywało się słabością. Jego wrodzone zdolności nie miały wartości dla ogółu. Był nikim.

Mistrz położył mu dłoń na ramieniu. Est nawet nie zaszczycił go spojrzeniem, pogrążony w grząskiej rozpaczy.

- Estalavanesie, jestem z ciebie dumny. To nie był łatwy wybór, a mimo to postanowiłeś darować życie osobie, która bez skrupułów zadała ci śmierć.

Wielkie smutne oczy uniosły się na tyle, by spośród czarnej czupryny dojrzeć troskę mentora.

- I jakie to ma znaczenie, mistrzu? Jestem nikim. Nie obroniłem się. Nie poderżnąłem Velrenowi gardła i jeszcze dałem mu nagrodę.

- To słowa człowieka, który wszelkie spory rozwiązuje stalą i przemocą, chłopcze. Nie łudź się, że ktoś taki zaaprobuje akt łaski i zrozumienia.

- A mimo to wszystko, co powiedział, jest prawdą.

- Zatem kłamałeś, mówiąc, że będziesz gotów stawić czoła niebezpieczeństwom, jakie ześle ci los?

- Nie, ja… Nie kłamałem. Naprawdę zamierzam stać się lepszy. Co nie znaczy, że chcę zabijać. Nigdy nie chciałem być najemnikiem, ale moja przyszłość odnalazła mnie wraz z tobą, mistrzu. Chcąc tego czy nie, muszę temu podołać.

Nauczyciel uśmiechnął się, ostatni raz klepiąc go w bark. Est gotów był przyznać, że oddalający się staruszek był z niego dumny jak jeszcze nigdy przedtem. I on również byłby szczęśliwy, gdyby nie został sam na sam z goryczą i rozczarowaniem.

Nie, nie sam. W sali pozostali jeszcze dwaj mężczyźni, o których kompletnie zapomniał.

Colonell wyminął go, by móc bez przeszkód zajrzeć w jego smętne oczy.

- Esti, w takim razie pozwól, że zabijaniem zajmę się ja – poprosił. - W końcu do tego szkolę się prawie całe życie i jestem w tym świetny. Przepraszam za niewyparzony język, ale naprawdę mam cię za idiotę. Staram się zrozumieć twoją decyzję, co nie jest łatwe, bo kiedy usłyszałem, co się stało pod moją nieobecność…

Zamilkł, potrząsając głową i spoglądając od niechcenia na wytarty arras wiszący na przeciwległej ścianie. Nie chciał do tego wracać. Tak jak nie chciał już nigdzie wyjeżdżać, bo gdy tylko znikał na dłużej, ten cholerny dzieciak ładował się w coraz to gorsze tarapaty. Doprawdy, wystarczyło zniknąć za horyzontem, a wydarzenia toczyły się lawinowo.

Na powrót skupił się na zamkniętym w sobie elfie.

- Nie chcesz ze mną rozmawiać, rozumiem. Potrzebujesz czasu? Bo ja chyba go potrzebuję.

- Nie, zaczekaj. - Est chwycił za okryty rękawicą strzelecką nadgarstek, zatrzymując go raptownie. - Masz rację. Przywódca też ją ma. Jestem słabym i bezużytecznym idiotą.

- Za to umiesz coś, czego ani on, ani ja nie potrafimy. Potrafisz przebaczyć najcięższe przewiny.

- Wybaczyłem… Tak, chyba tak. - Est z rezygnacją pokręcił głową. Wreszcie go puścił, wciąż czując na opuszkach miłą fakturę tłoczonej skóry. - Ale nie zapomnę mu tego.

- Och, pamiętliwa z ciebie bestia, coś o tym wiem… - Colonell uśmiechnął się krzywo i chociaż jego umysł stawiał czynny opór, ciało rządziło się własnymi potrzebami. Upewniwszy się, że drzwi zatrzaśnięto na głucho, ujął w palce delikatny biały podbródek i podniósł do góry, zmuszając pięknie zielone oczy do spojrzenia w jego własne. - I strasznie lubisz użalać się nad sobą, co jest na swój sposób urocze…

- Jak rany, Col, to nie jest dobry moment.

Est wyrwał mu się i przeszedł parę kroków, zalękniony pragnieniami rozbudzonymi nieskromną pieszczotą. A już do reszty wstrząsnął nim widok niemego świadka ich drobnej czułości.

- Travis?!

Zażenowany sztukmistrz wbijał wzrok w czubki swoich butów.

- Nie miej mi za złe, jakoś nie mogłem wejść wam w słowo… - nieporadnie tłumaczył swoją obecność. - Nie wiedziałem, że jesteście tak bliskimi przyjaciółmi.

- Bo nie jesteśmy - odparował rozdrażniony Col. – Sprawdzałem tylko, czy aby na pewno nic mu się nie stało.

Travis poderwał głowę i podszedł do nich, wpatrując się w wytatuowaną twarz zwiadowcy. Cała ta gra zachwiała jego równowagą psychiczną, którą z ledwością udało mu się odzyskać.

- Więc następnym razem postaraj się lepiej go chronić, to nie będziesz musiał niczego sprawdzać - syknął oschle, po czym z uśmiechem ulgi zwrócił się do Esta. – Bałem się, że już po mnie. Nie piszcie mnie więcej do takich spektakli. Nie podołam nerwowo. Ta gadzina byłaby mnie wepchnęła prosto pod samo ostrze! Ma gadane, bez dwóch zdań. Powinienem go zabrać na sympozjum alchemiczne. Prawdopodobnie nie nauczy tych ciemniaków rozsądku, ale przynajmniej wniesie powiew świeżości do tego zramolałego towarzystwa.

Est uśmiechnął się mimowolnie, słysząc tę charakterystyczną, zadziorną nutę w głosie alchemika.

- Sądzę, że lepiej będzie zostawić Velrena tam, gdzie jego miejsce – podsunął rozbawiony.

Sztukmistrz jeszcze przez chwilę przyglądał się swojemu asystentowi jakby zastanawiając, na ile poufałości może sobie pozwolić w towarzystwie smagłego mężczyzny. Ostatecznie wyminął go, szczerząc się radośnie.

- Do zobaczenia w pracowni, Est - rzucił przez ramię. - Jest tam teraz trochę pusto, ale czuj się mile widziany. Oczywiście, jak już dojdziesz do siebie.

- Dziękuję, Travisie.

Colonell zbliżył się do Esta, zerkając na niego z ukosa.

- Bliska przyjaźń, co? Niby z którym?

- Nie tak bliska - odparł Est prędko, równie szybko zmieniając temat. - Jak się czujesz? W końcu przyjaźnisz się z Velrenem.

- Już nie. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi. A może tak mi się wydawało. - Colonell zobojętniał, rozglądając się po opustoszałej sali. - Teraz już mu nie ufam. Nie po tym, co ci zrobił.

- Przecież żyję.

- Cudem przeżyłeś, dzieciaku! - huknął na niego. - Nie rozumiesz, że twoja śmierć będzie równoznaczna mojej?! Albo obaj, albo żaden!

Zaskoczony Est milczał, zawzięcie skubiąc końcówkę ucha i próbując wykrzesać z siebie więcej śmiałości. Colonell zasługiwał na więcej niż podkulenie ogona i ucieczkę.

- W wyjątkowo ekspresyjny sposób uzmysławiasz mi mankamenty mojego charakteru - mruknął, zaczesując czarne jak noc włosy opadające na oczy. - Twoje słowa mnie ranią, ale są to rany, które mogę samodzielnie uleczyć. Dzięki temu lepiej je przyswajam i uczę się, jak być lepszym dla innych. Dziękuję.

- Nie wiem co z tobą począć, kiedy mówisz tak jak teraz, dzieciaku… Chcę cię zrozumieć, to wszystko. To, co robisz i jak się zachowujesz, jest, nie wiem, co najmniej zdumiewające. A jeśli cię stracę…

- Sam mówiłeś, że ryzyko utraty życia wpisane jest w naszą pracę.

- Nie celuj we mnie moimi własnymi strzałami, Esti.

- Przytaczam tylko jedną z udzielonych mi przez ciebie lekcji – rzucił Est, wycofując się tyłem w stronę drzwi. - A teraz przepraszam.

- Uciekasz? W takim momencie?

- Nie, po prostu idę się przygotować - wyjaśnił Est z niewinnie rozbrajającą szczerością. - Obiecałeś, że przytniesz mi włosy po powrocie.

I wyszedł.

Col długo jeszcze patrzył przed siebie. Serce łomotało mu w okrytej kirysem piersi, a nogi w wysokich butach miękły na wspomnienie ciepłego, tęsknego głosu wypowiadającego najmilsze słowa, jakie usłyszał przez ostatni czterodzień. Kiedy ten dzieciak nabrał tak szaleńczego tempa?! A jeśli to on przestał ogarniać jego wahania nastrojów i teraz od nowa musiał wbić się w ten niepowtarzalny, wspólny rytm?

Pocierając wymiętą nerwami twarz, młody Niedźwiedziogrzywy jeszcze chwilę uspokajał oddech. Jeżeli miał pracować sztyletem przy oczach Estiego, dłoń nie miała prawa mu się omsknąć.

***

Nocna obecność sowiego posłańca nie była już niczym dziwnym, a w pomroce niepokojących wydarzeń stawała się wręcz kojąco znajoma. Na czas trwania rokowań kontakt z przedstawicielem arcypaladyna zerwał się, gdyż sir Aarim zmuszony był zająć się swymi szacownymi gośćmi z należytą kurtuazją bez względu na słowo, z jakim przyjechali. A słowo to było ciężkie jak ołów i ostre niby stal. I nie zadowoliło ani rycerza-dowódcy, ani jego zwierzchnika, bezpowrotnie przekreślając kruchą szansę na sojusz między dwiema potęgami militarnymi.

W sercu Maga po raz pierwszy od niepamiętnych czasów gorzał gniew tak wielki, że wręcz wypalał dziurę w jego zwykle łagodnej duszy. W pośpiechu sporządził elegancką odpowiedź, spakował ją w cylinder u nóżki puchacza i nieco roztargnionym gestem na oścież otworzył wysokie okno, posyłając raporty wraz z przyciskami do papieru prosto na podłogę. Sowa pofrunęła, a jesienny wiatr rozwiał pozostałe dokumenty, furkocząc nimi w powietrzu wypełnionym zapachem płonących drew.

Jego myśli szalały podobnie jak zniesione podmuchem kartki, nieskładne i wymieszane, wzburzone. Wystarczyło bowiem jedno słowo przywódcy kompanii najemnej, by całe długoplanowe działanie odeszło w nicość, jedna delegacja, by uciąć spekulacje odnośnie przyszłości ludzkości. W jego umyśle wciąż rozbrzmiewały pretensje człowieka owładniętego żądzą poszerzenia swych terytoriów.

Tego wieczora Mag usłyszał zarzut, jakoby podkopywał autorytet przywódcy na swój pokrętny sposób, wszak tylko oni dwaj wiedzieli, że realną władzę w tym miejscu posiadał przewrotny intelekt człowieka, który poświęcił swe życie na uformowanie jednej z najlepszych kompanii ludzkiego świata. Drugi z nich był wyłącznie figurantem z lubością odnajdującym się w odgrywaniu roli bezlitosnego, konsekwentnego przywódcy trzymającego żelazną dyscyplinę pośród swoich.

Bo taki właśnie był Tyrd Niedźwiedziogrzywy: doskonały materiał na przywódcę bandy najemnych mieczy. A Mag? Któż baczył na „posuniętego w latach suchotnika”, niczym posłuszny rozkazom cień stojącego za plecami potężnego wojownika? Rozłam ten nie był widoczny z zewnątrz, lecz gdy tylko Mag i Tyrd zostawali sami, wszystko stawało się oczywiste. Do czasu, gdy Niedźwiedziogrzywy zaczął decydować bez uprzedniego konsultowania się ze wspólnikiem i doradcą, realnym przywódcą.

Niedźwiedź zmienił się na skutek oddziaływania nieznanej mocy. Przyjął agresywną politykę względem arystokratycznych sąsiadów i wykorzystując niepokoje wręcz zagroził ich majątkom, planując siłą odebrać część przynależnych im ziem. I żaden argument „doradcy”, nie wpłynął na podjętą decyzję. Tyrda nie obchodziło zdanie Zakonu Paladynów, ani tym bardziej trzęsących się na jego widok szlachciców, a wyrażał się przy tym tak kwieciście, że Mag uznał dyskusję za stratę cennego czasu. Złowieszczy Niedźwiedź był nieprzejednany, opętany pragnieniem wywołania niewielkiego konfliktu i zaznaczenia swej pozycji w Estarionie, który potrzebował teraz zjednoczenia, a nie podziału. Kwestią czasu była petycja połączonych wspólnym wrogiem możnych wystosowana do Zakonu. Także i to sir Aarim potwierdził w dzisiejszych wieściach. Podobnie jak fakt, iż nie będzie dłużej tolerował bezkarnych wybryków wolnej kompanii, której przywódca rozgniewał Zakon Paladynów swoją zuchwałością oraz lekceważącym stosunkiem, bowiem „poczynał sobie, jak gdyby przybył po swoje”.

Rozgoryczony Mag mógł tylko przymknąć powieki i pozwolić papierom oraz myślom opaść na dno. Później je pozbiera, jedne i drugie. Teraz miał ważniejsze rzeczy na głowie. Kilka raportów zmartwiło go nie mniej niż list z ostrzeżeniem z Adeili. Colonell donosił, że Niedźwiedź celowo wycofuje swoich ludzi z odległych krain i słowa jego właśnie stały się prawdą. Meldunki z południa oraz jeden z zachodu mówiły, że próśb o przedłużenie kontraktów nie rozpatrzono. Co ciekawe, Mag nie przypominał sobie, by w ogóle je czytał. Gdzie zatem trafiały, skoro nie docierały do gabinetu administratora? Czyżby Tyrd działał za plecami przyjaciela? Mag obarczał swe sumienie zatajoną działalnością, jednakże nie spodziewał się tego samego po wojowniczym człowieku słynącym z impulsywności. Cóż, powinien był przewidzieć, że wkrótce ich skrajne stanowiska objawią się w pełni.

Mag obejrzał zastawiony szpargałami blat biurka. Płomień świecy zakołysał się nerwowo, gdy pokryta bruzdami i bliznami dłoń chwyciła dokument opatrzony błękitną pieczęcią Zakonu. Mag bez wahania przeniósł list nad płomień buchający w kominku i poluzował chwyt, beznamiętnie obserwując, jak głodny żywioł pochłania dowód konspiracji od samego początku skazanej na porażkę.

Stary zramolały dziad. Tak o rycerzu-dowódcy wyraził się Niedźwiedź, relacjonując tok rozmów. Zabawne. Regularnie korespondujący z nim Mag odniósł zupełnie odmienne wrażenie. W końcu, wierząc kronikom, byli rówieśnikami.

Sir Cyryl, siwiejący mąż o bystrym spojrzeniu i niezachwianej postawie, inteligentny, lecz fanatyczny w swoich zapatrywaniach. Opis młodego Niedźwiedziogrzywego bardziej do niego przemawiał, niemniej wciąż dalece odbiegał od portretu, jaki powstał na podstawie prowadzonych, nierzadko osobistych, konwersacji z księciem Estarionu.

Mag uśmiechnął się do płomieni hulających za okratowaniem. Rycerz-dowódca z nieznanych mu przyczyn porwał się na fortel mający zmylić nieprzyjaciela, zapewne podstawiając wspomnianego sir Cyryla i wtenczas samemu wchodząc w rolę nic nie znaczącego adiutanta. W ten sposób widział i słyszał więcej, mógł skoncentrować się na przeciwniku, podczas gdy ten zajęty był grubą zwierzyną w postaci rzekomego zwierzchnika sił zbrojnych stacjonujących w Adeili.

Sir Aarim okazał się osobą dalekowzroczną oraz przezorną, nie mniej przez to pomysłową i przebiegłą. Niebezpieczną. Ludzie uważali Zakon Paladynów za świętoszkowatych rycerzy i krzewicieli pokoju, w jakimże mylnym przekonaniu tkwili! On sam musiał przyznać, że im bardziej poznawał rycerza-dowódcę będącego zarazem synem arcypaladyna, tym większy mętlik miał w głowie. Godna podziwu taktyka. Trudna do podtrzymania, aczkolwiek wyjątkowo efektywna, wymagająca lotnego umysłu oraz wyśmienitej manipulacji. Wyrachowania.

Uśmiech doradcy poszerzył się. Spotkanie z tak niesamowitą osobistością będzie nie lada wyzwaniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz