Estalavanes
opuścił ciepłą pracownię alchemiczną Travisa, obwąchując rękawy czarnego
swetra. Skrzywił się paskudnie. Ostry, intensywny aromat komponentu
wzmacniającego działanie uśmierzacza był dla jego zmysłu powonienia nie do
zniesienia. Przywierając do odzieży potęgował wrażenie, jakby to on sam był
źródłem osobliwego, męczącego odoru. Zastanawiał się, czy nie pójść na górę i
przebrać się przed rychłym spotkaniem, ale może wystarczy odczekać swoje na
mroźnym wietrze, który z gwizdem i świstem przeciskał się przez szczeliny w
okiennicach? Nie, zaryzykuje i tak jak stał pójdzie tam, gdzie powinien, czyli…
Gdzie właściwie?
W co on się znowu wpakował… Wcale nie chciał spotykać
się z ludźmi ani towarzyszyć im w zmyślnym wydarzeniu nazywanym męską popijawą,
ale teraz było już za późno, by wyrzucać sobie ustępstwa względem przyjaciela.
To prawda, że chciał spędzać z Colem każdą wolną chwilę. Naturalnie, że ciekaw
był jowialnego Lydriana, którego zapamiętał jako przygłupiego wojownika o
uśmiechu równie szerokim co jego barki. Jak się okazało, związanego z uroczą
Elurielle, kapłanką Sarvatesa. Frapujące, co też osoba jej pokroju, łagodna i
dobroduszna, dojrzała w awanturniku przelewającym krew na południu? Co zbliżyło
ją do jednego z ludzi odpowiedzialnych za odeskortowanie białego elfa do
Twierdzy Niedźwiedzi?
Z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia Est przystanął na
szczycie niskich schodów prowadzących z wieży ku dziedzińcowi. Nogi same go
poniosły. Zamyślony nie zdawał sobie sprawy, że podświadomie obrał trasę
prowadzącą do punktu umówionego spotkania.
Eskorta.
Nierzadko wracał myślami do wściekłości wykrzywiającej
oblicze Złowieszczego Niedźwiedzia, gdy ten dowiedział się, w co doradca
zaangażował najlepszych spośród najemników. W odnalezienie i dostarczenie do
Twierdzy wyliniałego szczura, którego z łatwością mógł samodzielnie przemycić w
kieszeni. Na bezwartościowego ostroucha. Wyruszył na poszukiwania legendarnego
artefaktu, by po niespełna dwóch tygodniach jak zarazę przywlec ze sobą elfią
sierotę. Rozumiał go. Każdy by się wściekł, a już na pewno człowiek, który nie
tego oczekiwał wykładając środki na pełną ekspedycję.
Gdy Est, zupełnie jak teraz, zaczynał wątpić w siebie,
rozpamiętując pełne agresji i nienawiści inwektywy Złowieszczego Niedźwiedzia,
tak Col zawsze łagodził ostry wydźwięk jego słów twierdzeniem, że niepodobna,
by Zrzęda kiedykolwiek się pomylił w interpretacji swojej wizji. Chłopak
pragnął w to wierzyć, lecz szyderczy głosik na dnie jego serca powtarzał, że
nawet największy mędrzec miewa momenty słabości. Tak jak wciąż kołatała mu się
w głowie myśl, że Col i Niedźwiedź posiadali co najmniej jedną wyraźną wspólną
cechę, coś w oczach, charakterystyczny błysk pogłębiający ich barwę. Est nie
wiedział czy przydymiona zieleń jest częstym kolorem ludzkich tęczówek, ale
gdyby tylko mógł bliżej i bez strachu przyjrzeć się przywódcy…
- Znalazła się nasza zguba, panowie. Hej, Esti, żaden
jeszcze nie pił, a wszyscy mamy czerwone nosy. No dalej, chodź już do nas!
Est zamrugał gwałtownie, brutalnie wyrwany ze świata
własnych refleksji. Szybko przemierzając stopnie, w kilku susach dotarł do
oczekujących go ludzi, obrzucając ich płochliwym spojrzeniem. Wreszcie skupił
wzrok na błyszczących wesoło oczach Colonella. Rozchylił usta, by przeprosić za
opieszałość, lecz jedynym, co się z nich wydobyło, była ciepła mgiełka porwana
przez lodowaty podmuch.
Siedmiu mężczyzn wpatrywało się w niego z nieskrywanym
zaciekawieniem, jakby był egzotycznym okazem, a nie jednym z nich, jednym z
wielu najemników zamieszkujących Twierdzę. No tak, ta jedna rzecz nigdy się nie
zmieni. Zawsze będzie odmieńcem wyróżniającym się na nudnie ludzkim tle. Swoją
osobą będzie wzbudzał niezdrowe zainteresowanie, cudaczną fizjonomią prowokował
nieprzyjemne sytuacje. Będzie atrakcją, gdziekolwiek się pojawi. Powinien się
do tego przyzwyczaić. Ale nie potrafił.
- Czy to ten chłopaczek z noclegowni na zadupiu? -
zagrzmiał najwyższy z mężczyzn. Jego skrytą pod grubym kapturem twarz przeciął
znajomy serdeczny uśmiech. - Co ty mówisz, Col! Jak w parę miesięcy zrobiliście
z niego taki kawał chłopa?
Wywołany z imienia zwiadowca wzruszył ramionami.
- Zrzędy pytaj, ja tylko patrzyłem – powiedział. -
Esti bez chwili wytchnienia poddaje się morderczemu wyciskowi staruszka, a sam
wiesz, jak karmi kuchnia. Prosty przepis na podtuczenie i wyrzeźbienie.
- Weźcie skończcie, bo mi dupsko odmarznie - syknął
jeden z ludzi. Kilku najemników obróciło się ku niemu, zgodnie pochrząkując. -
W środku pogadamy, pusto jest.
- Ano, Jerod ma rację, pizga złem na podwórzu -
stwierdził drugi.
- Ta, słusznie - przytaknął Lydrian, oddalając się w
stronę otwartych na oścież drzwi jadalni. - Esti, niech no ci się przyjrzę w
świetle, a nie na dziko w mroku nocy.
- Jeszcze raz nazwij go „Esti”, a twoja połowica nawet
przy świecy nie znajdzie twojego miecza w łożu. - Colonell uśmiechał się
przyjaźnie, ale jego oczy były lodowate niczym nocny zryw wiatru. - Nie żeby
teraz nie miała z tym problemów.
- Weź spierdalaj. - Lydrian był w zbyt dobrym humorze,
by dać się podpuścić. Zrozumiał jednak aluzję. - Martw się lepiej o swój
sztylet.
- Sztylety noszę przy biodrach, na widoku - odparował
Col z nutą sarkazmu. - Za to gdzie indziej ukrywam nie lada miecz bastardowy.
- Ta, policz ilu bastardów już nim narobiłeś,
wyskrobku.
- A w tym aspekcie naszego pięknego życia, mój drogi,
na pewno mniej niż ty. Ponoć małe miecze robią szybciej.
- Jeden do zera dla Cola! - zawołał mijający zwiadowcę
kompan, uderzając go pięścią w bark. - Lydek, chyba zapomniałeś, że z tą francą
nie ma gadki.
- Żebym nie powiedział na głos, kto ostatnio przyniósł
francę do koszar, Hoggar! - zawołał za nim będący w swoim żywiole Colonell.
Obrócił się do białego elfa szczerząc radośnie. Kłębiaste mgiełki miarowo
opuszczały jego śniade wargi, gdy z zagadkowym wyrazem spoglądał na przyjaciela
z głębi narzuconego na oczy materiału.
Est z lekkim zdenerwowaniem i szczyptą nieśmiałego
rozbawienia obserwował ludzi, niezdolny wypowiedzieć choćby słowa podczas
energicznej wymiany zdań. Przynajmniej już się nie martwił, że nie sprosta ich
oczekiwaniom, ponieważ zbyt zajęci sobą nawzajem przestali go dostrzegać.
Pierwsze wrażenie minęło i wesoła gromadka przeszła nad nowym towarzyszem do
porządku dziennego, licząc na rozrywkę przy kubku czegoś mocniejszego.
Czarna skórka rękawiczki nagle zrobiła się ciepła.
Zaniepokojony Est pociągnął dziwnie ciężką dłoń ku górze, napotykając opór. To
Colonell trzymał ją, uciskając delikatnie dla dodania mu otuchy. Podniósł wzrok
na twarz pełną tajemniczych emocji, których wciąż nie rozgryzł i których nadal
nie umiał nazwać. Aczkolwiek współodczuwał to samo, aż bolało go w piersi. I
winę za to zrzucił na stres związany z przebywaniem wśród ludzi.
- Będzie dobrze, zaufaj mi - szepnął Col, ostatni raz ściskając
jego dłoń. - Nic ci nie grozi.
- Jak rany, mówisz jakbym szedł na pole bitwy, a nie…
Palec człowieka spoczął na jego poruszających się
ustach, zamykając je skutecznie.
- Pierwszy raz zabawisz w tak licznym gronie, to
naturalne, że się denerwujesz. Będę miał cię na oku. I nie przejmuj się ich
poczuciem humoru, nie są złośliwi.
- Czy ty aby nie przesadzasz? - żachnął się Est,
odsuwając twarz od opuszka drażniącego jego długie kły. - Wytrzymuję z twoim
poczuciem humoru praktycznie na co dzień, a ty ostrzegasz mnie przed innymi?
Wolne żarty.
- W porządku. Tylko nie wygarnij mi potem, że cię nie
uprzedzałem. Wchodzimy? - Z powagą skinął głową w stronę wejścia do stołówki,
gdzie zniknęło sześciu ludzi. - I zacznij nosić czapkę, nadciągają mrozy.
- Idź wyłysiej z tym swoim matkowaniem!
Colonell obrócił się na pięcie i puszczając
przyjaciela przodem, uszczypnął końcówkę jego podłużnego ucha. Natychmiast
został zgromiony wściekłym spojrzeniem, na które tylko uniósł ręce, zgrywając
niewiniątko. I chociaż nigdy tego nie robił, to zaczepkę tę skojarzył z
karczemnym podszczypywaniem kobiecych pośladków. Ledwie stłumił śmiech,
zamykając za sobą drzwi. Reakcja Estiego była identyczna jak wielu zgorszonych
panien. Może powinien był celować niżej…?
Mimo przestronności pomieszczenia oraz skromności
umeblowania, w sali jadalnej było ciepło i przytulnie. Na dwóch z czterech
żelaznych żyrandoli paliły się świece, rzucając miękki blask na ludzi
zajmujących jeden ze stołów bliżej kuchni. Nawet późną porą zza uchylonych
drzwi buchało gorąco rozpalonego pieca.
Est dyskretnie rozejrzał się po sali. Oprócz
uczestników spotkania nie było tu nikogo, zupełnie jakby jadalnię zawczasu
zarezerwowano. A może było już tak późno, że nikt przy zdrowych zmysłach nie
przyszedłby tu w tę zimną, późnojesienną noc. Est nigdy nie był w olbrzymich
koszarach, mógł tylko przypuszczać, że ich mieszkańcy zdecydowanie preferowali
swoje ciepłe kwatery, nieważne czy mieszkali sami, czy dzielili je z innymi.
Sam zatęsknił za ciepłem kominka oraz wygodnym fotelem, samotnością w bezpiecznych
czterech ścianach.
Jego uwagę zwróciło ponaglające chrząknięcie od strony
zajętego stołu. Przez ramię obejrzał się na stojącego za nim Cola i ruszył w
kierunku ludzi, a nogi miał przy tym jak z waty. Wydawało się to proste:
podejść i usiąść, naturalnie i swobodnie. A czuł się, jakby dopiero co nauczył
się chodzić. I wszyscy gapili się na niego. Przynajmniej tak to wyglądało,
kiedy ściągali kurtki, kaptury i wełniane czapy, wbijając wyczekujący wzrok w
dwójkę ociągających się maruderów.
Colonell podparł się dłońmi o blat długiego stołu,
zerkając na uchylone drzwi kuchni.
- Jerod poszedł? Świetnie, jest w komitywie z
dziewczynami, nikt się nie przyczepi.
Odepchnąwszy się, sięgnął pod ciemnozieloną bluzę i
ostrożnie wyjął zakorkowaną butelkę z bezbarwnego szkła. Wirowała w niej złocista,
klarowna ciecz. Postawił ją na stole, z szurnięciem przesuwając w kierunku
Estiego i miejsca obok niego, którego pilnował kątem oka niby najcenniejszego
skarbu.
- Co to? - zaciekawił się wstający z krzesła Lydrian.
- Aldaszyrskie! - Zadowolony z siebie Col przechylił
głowę, przyglądając się zawartości butelki. - Płynne złoto z winnic
imperialnych elfów.
Est osłupiał. Wino aldaszyrskie zamówił Velren w cichobrzeskiej
noclegowni, o czym Col nie miał pojęcia. Można rzec, że właśnie od tego
zamówienia wszystko się zaczęło…
Aldaszyrskie złociste było napojem nieprzeciętnym.
Zasłynęło wśród wysublimowanych gustów arystokracji Estarionu delikatną
słodyczą bursztynowych gron oraz subtelną barwą przebijającą ich ulubione
luksusowe alkohole. Elfie wino powstające w winnicach odległego Aldaszyru miało
łagodny owocowo-kwiatowy bukiet, toteż nie wymagało rozcieńczania wodą. Idealne
na początki romansowania z trunkami.
Col dbał o niego z niepospolitą starannością. Sposób,
w jaki to czynił, był zawstydzający, lecz także urzekający. Przyjemnie
rozgrzewał od środka. Jak najlepsze wino.
- Nie pierdol - jęknął Lydrian. - Przyszliśmy się
nawalić jak drwale na porębie, a nie żeby podyskutować o sztuce i balach w
pałacu!
Grubymi palcami przeczesał krótkie jasne włosy i
sięgnął za pazuchę czarnej kurtki. To, co wyjął, wywołało szmer ekscytacji.
Drapieżny uśmiech wygiął pobliźnione wargi mężczyzny, gdy stawiał pękatą
butelkę na blacie koło aldaszyrskiego.
- Nie chrzczona, czyściutka, żadna tam karbidówka -
zarzekał się, nerwowo spoglądając w stronę kuchni. - Ten twój koleś nie poszedł
się tam chyba zabawiać, co?
- Jerod nie odpuści picia, nie po tym, co ostatnio mu
zaserwowałem na treningu. - Col opadł na ławkę między Estim a jednym z
tropicieli, Pesterem. - Wal śmiało, Lydek, jakie jest wyzwanie?
Zwiadowcy i towarzyszący Lydrianowi wojownik, Kordel,
zatarli ręce z szelmowskimi uśmieszkami. Skoro była wódka, to było i wyzwanie
stawiającego. Est nie znał ludzkich obyczajów, więc w milczeniu śledził
poczynania reszty.
- Bez popitki - zaczął powoli Lydrian - na ostro, z
zakąskami. Orzeszki palkowe.
- Kurwa - niemal łysy Hoggar brzmiał, jakby zamierzał
się wyłamać - mamy ziać ogniem czy co?
- Masz palkowe? - zaintrygowany Colonell oparł się
łokciami o poplamione drewno i pochylił w kierunku Lydriana, a oczy mu przy tym
lśniły jak w gorączce. - Podejmuję. Do ostatniego.
Zjawił się wreszcie Jerod z tacą zastawioną kubkami i
dwiema miseczkami pełnymi czegoś bliżej nieokreślonego. Zapytany odparł, że to
prezent od kuchareczek na zachętę i mrugnął porozumiewawczo, czym wzbudził
pełne zrozumienia rubaszne śmiechy.
Est nigdy nie spotkał Jeroda, ale bazując na barwnych
historyjkach Cola łatwo było powiązać go ze szczegółowo nakreślonym rysopisem.
Czarnowłosy Jerod był prawą ręką smagłego zwiadowcy, jego niepisanym zastępcą,
bystrym i pojętnym, a na dodatek całkiem niebrzydkim oraz cieszącym się
powodzeniem u służących. Kilkudniowy zarost dodawał mu lat, natomiast
niebieskie tęczówki iskrzyły chłopięcą przekorą, zadając kłam przyzwoitemu
całokształtowi. Innymi słowy Jerod był klasycznym typem uwodzicielskiego zawadiaki.
- No, chłopcy, czas na zabawę!
Lydrian czynił honory, jako że to on był gospodarzem
dzisiejszego spotkania. Zgarnął kubki z tacy i poustawiał je przy butelkach, po
czym wprawnym ruchem odkorkował flaszkę z przezroczystym jak woda płynem.
Zaczął rozlewać.
Col wziął jedno z glinianych naczyń i postawił je tuż
przed popatrującym niepewnie elfem, któremu zaproponował wino.
- E, a może Est napije się czystej? - Łobuzersko
uśmiechnięty wojownik polewał ognistą do kubków, kolejno przesuwając je po
blacie w stronę rozentuzjazmowanych ludzi. - Prawdziwy męski napitek.
Tropiciel zaprzeczył zdawkowym ruchem dłoni, której
palce zaraz zamknęły się wokół butelki ze złocistym winem.
- Esti jest wystarczająco męski i bez tego. Poza tym
nie potrzebujemy zezgonowanego elfa.
Podmiot subtelnych żartów w milczeniu wbijał wzrok w
niefrasobliwego przyjaciela. Pozbawiony malunku przystojny profil zdawał mu się
teraz dziwnie młody. Est sam już nie wiedział, czy na przekór niemu przystać na
samobójczy poczęstunek, czy też raczej być mu wdzięcznym za wyratowanie z
patowej sytuacji. Było nie było, musiał się odezwać, aby nie wyjść na mruka.
- Dziękuję, z chęcią napiję się aldaszyrskiego. - Nie
zabrzmiał przekonująco, choć starał się zachować pogodny ton. Ten „męski
napitek” miał wyjątkowo… agresywny zapach. - Przed świtem muszę stawić się na
trening, zatem niewiele mam czasu aby dorównać wam biegłością, zarówno w boju,
jak i piciu - zakończył dyplomatycznie, słuchając pomruków zadowolenia.
Doprawdy, wystarczyło połechtać słabo skrywaną próżność ludzi, aby zaskarbić
sobie ich sympatię?
Kubek do połowy wypełniony winem zatrzymał się tuż
przed jego wrażliwym nosem. Natychmiast zwęszył kuszący, słodki aromat i już
był pewien, że smak musi mieć równie zniewalający. I tak też było w istocie, o
czym przekonał się, gdy pociągnął drobny łyczek wieńczący toast wzniesiony
głębokim chórem męskich głosów. Jego pierwszy w życiu alkohol był lekką
ambrozją, którą sączyć mógł bez końca. Aczkolwiek wciąż daleko mu było do
rozkoszy podniebienia miodowych ciasteczek okraszonych przyjemnymi
skojarzeniami.
Zajęty własnym kubkiem Est nie uczestniczył aktywnie w
rozmowie ludzi, którzy mieli tak wiele do przegadania, że gęby im się nie
zamykały. Milczeli tylko wtedy, gdy jak na komendę pociągali solidny łyk
wykrzywiającej twarze wódki, z rozpaczą zagryzając ją ostrymi orzechami. Z
wyjątkiem Cola, który wręcz się w nich rozsmakował. Palkowe kształtem i
rozmiarem na myśl przywodziły nakrapiane jaja zwadników leśnych.
Trunek przyjemnie szczypał w język. Zasłuchany Est
przez chwilę rozwodził się nad nowym doznaniem, ale jego względny spokój nie
trwał długo. Padło na niego kilka połyskujących od ilości spożytego alkoholu
spojrzeń, a wraz z nimi przyszły pytania, na które odpowiadał ze zwyczajową
powściągliwością. Nie, nie wie skąd pochodzi, od niemowlęctwa dorastał jako
sierota w noclegowni Cichobrzegu. Nie, nie ma określonych preferencji, nie
pociągają go ani kobiety, ani mężczyźni, ani, jak rany, zwierzęta! A szkolenie
u Maga to zbyt skomplikowana sprawa, by zanudzać tak wesołe towarzystwo.
W eleganckim stylu udało mu się skutecznie zniechęcić
rozmówców, aż dali za wygraną, poniekąd o nim zapominając. Było mu to na rękę
stać się niewidocznym, obserwować i uczyć się ludzkiego behawioru. W noclegowni
miał aż nadto różnorodnych przykładów, jak gorzała wypita w nadmiernych
ilościach wpływa na naturę ludzką. I w związku z tym niepokój żarzący się w
jego sercu rozpalał się z każdym zaobserwowanym pociągnięciem z kubka. Oglądał
się wówczas na Cola, podejrzanie milczącego i nieznacznie uśmiechniętego.
Obserwowany mężczyzna nie pozostawał mu dłużny, od czasu do czasu posyłając
najlepszy ze swoich uśmiechów.
Czy była to wina buzującego w żołądku wina, które
lekkim oparem osiadało w umyśle Esta, przykrywając mgłą wzrok i wzbudzając
błogie dreszcze? Czy ten jeden uśmiech posiadał tak potężną moc sprawczą, by
burzyć jego wewnętrzny spokój, nadszarpnięty obecnością zbyt wielu
nieprzewidywalnych ludzi? Dlaczego nie doświadczał tego samego patrząc na
Jeroda albo Lydriana? Dlaczego nie czuł tego, gdy inni na niego patrzyli? Nie
rozumiał. Wino również nie pomogło mu zrozumieć. Ale pomogło zapomnieć o tym,
czego pojąć nie potrafił.
Znów zwilżył usta wybornym napojem, a długie uszy
drgnęły na interesującą wzmiankę, która jego podekscytowała, reszcie nieco
przygaszając humory.
Ośmielony alkoholem Lydrian chciał usłyszeć o napaści
smoka, lecz nie było wielu chętnych do snucia opowieści. Smętne spojrzenia
rozbiegły się we wszelkich możliwych kierunkach i tylko Colonell wraz z
Kordelem podjęli się bolesnego dla reszty tematu. Smok zaatakował
niespodziewanie. Zabił ich braci oraz przypadkowy patrol rycerzy, po czym
rozpłynął się w powietrzu. Trzeba było pogodzić się ze stratą przyjaciół,
którym gorzki żal nie przywróci już życia. Stulecie temu ludzie ginęli,
próbując wytępić te olbrzymie szkodniki. Przodkowie wielu z nich polegli w obronie
swych ziem i wspominano ich imiona jak bohaterów, którzy poświęcili się dla
przyszłych pokoleń. A rozgoryczeni najemnicy wciąż żyli nadzieją, że kiedyś
odnajdą osobnika winnego ich rozpaczy i poślą go w ślad za jemu podobnymi.
Wojownik uwielbiający wszelkie legendy traktujące o
magii rozparł się na ledwo podtrzymującym jego masywną posturę krześle. W
odpowiedzi uraczył słuchaczy historią o czerwonym smoku w ludzkiej postaci,
jakiego na swych usługach ma król Estarionu. Wprawdzie nie ujrzał gada na
własne oczy, ale inni tak, przy nielicznych okazjach, kiedy to Jego Wysokość
Król Aaron Asmodeusz zjawiał się na polach bitew, by z bezpiecznej odległości
popatrzeć na szaleństwo ogarniające jego umiłowany lud. Mówiono, że u jego boku
stał wtedy olbrzymi mężczyzna w dziwnym stroju i z jeszcze dziwniejszą fryzurą.
Ponoć skórę miał niby kość, a wysoki był jak największe paladyńskie rumaki i
sprawiał wrażenie śmiertelnie niebezpiecznego. Pojawiał się znikąd i tak samo
znikał, wspaniała magia!
Albo sztuczka, jak zasugerował jeden z podpitych
tropicieli.
Wybuchy śmiechu mieszały się z naprędce
przekrzykiwanymi komentarzami, jakoby wojak w swej łaskawości potraktował ich
wyśmienitą bajką do kielicha. Nie, króla to Lydrian rzecz jasna widział,
dostojnego oraz władczego o wiele bardziej niż ich dziki Niedźwiedź. Przy czym,
wypowiadając te słowa, ostrożnie obejrzał się na szczelnie zamknięte drzwi
wychodzące na podwórze. Szastanie imieniem wodza nie było czynem rozważnym i
nawet pod wpływem ognistej wody najemnicy byli tego świadomi.
- Na południu to grubo się dzieje – podsumował,
unosząc kubek w kolejnym toaście ochoczo powtórzonym przez najemników. –
Niebawem tam wrócę!
Mijały godziny i rozmowy zeszły na przyjemniejsze
tematy. Wsłuchany w nierówne, bełkotliwe głosy Est sączył trunek nieco zbyt
szybko, postępujący błogostan przyjmując z nietypowym dla siebie
samozadowoleniem. Nigdy dotąd nie był tak lekki i niefrasobliwy. Jak gdyby
wszelkie potrzeby oraz troski były wyłącznie łańcuchem życia trzymającym go na
uwięzi. Łańcuchem, którego ogniwa pękły, uwalniając go od brzemienia bezustannie
noszonego na szczupłych barkach.
Obracał szorstki kubek w palcach, starając się trzymać
głowę w pionie. Wpatrzony w pęknięcia na zgięciach rękawiczki mimowolnie
wprowadzał się w stan upojenia. Zahipnotyzowany rozmazującym się światem
zewnętrznym zamykał się w sobie, jednym uchem słuchając, a drugim wypuszczając
wszystko, co do niego docierało. Zażarte dyskusje i dywagacje o kobietach oraz
seksie zeszły na dalszy plan. Rozochocona wyobraźnia nasuwała mu sceny, w
których ani on, ani Colonell nie mieli na sobie stosownej ilości ubrań, natomiast
to, co robili sobie nawzajem, było mniej przyzwoite niż sytuacje, w jakich się
znajdowali. Resztką trzeźwości uznawał to za niedorzeczne, lecz bawiła go
świadomość, że w ten nieobyczajny sposób skutecznie ucieka przed wirującą
rzeczywistością. Urokliwie głupie doznanie, nie ma co.
Colonell dwoma palcami chwycił przekrzywiony kubek z
winem, ratując zawartość przed rozlaniem na blat i dłonie nieobecnego duchem
chłopaka. Chichoczący dzieciak pokładał się ociężale na gładkim drewnie,
ramionami osłaniając oczy przed słabym światłem padającym z żyrandola.
Est odczuwał senne mrowienie, jakby łaskoczące go od
środka wibracje esencji, która wzburzyła się i szalała szukając ujścia z
kipiącego naczynia. Było mu tak ciepło, że gotów był odpłynąć w sen, a kojący
ton głosu przyjaciela przyspieszał nieunikniony proces tak zwanego
„zezgonowania”. Szczęśliwie żaden z pijących na umór towarzyszy nie dostrzegł
jego spektakularnego spłynięcia z ławy prosto pod blat stołu. Żaden, poza
wiecznie czujnym Colonellem.
Młody mężczyzna nie krył doprawionego gorzałką
rozbawienia. Ukradkiem obserwował wyczyny niedoświadczonego oblubieńca i pozwolił
mu zsunąć się pod stół, marszcząc brew na głuche łupnięcie. Przymglonym
spojrzeniem powiódł po kompanach, sprawdzając kto jeszcze podziwiał ten mały
widowiskowy zgon zaliczony po ćwiartce kubka.
Zwiadowcy i jeden z wojaków byli już tak spici, że z
trudem utrzymywali kontakt z otoczeniem, toteż jedynym świadkiem był Lydrian,
weteran zaprawiony zarówno w bojach, jak i ciężkich libacjach.
Wojownik chwiejnym palcem wskazał na stół, odzywając
się bełkotliwie:
- Pomós si go wyś… wysiągnąś?
Col powoli pokręcił głową, uważając, by nie zamykać
oczu. Byłoby to idiotyczne zwieńczenie ostrej zabawy. Dosłownie ostrej,
zważywszy na ilość orzeszków, które zjadł. A zjadłby więcej, gdyby jakieś się
ostały… Jutro będzie martwił się o skutki uboczne.
Może i nie był moczymordą jak pozostały wśród żywych
jasnowłosy ochroniarz, ale znosił popijawy nie gorzej niż krasnoludowie. I jako
człowiek wychodził z nich w miarę obronną ręką. Albo nogą. W każdym razie o
własnych siłach wracał na swoją pryczę i następnego dnia wszystko pamiętał.
Nigdy nie zdarzyło mu się schlać do nieprzytomności. A nawet jeśli, to już zapomniał.
- E, damade… dam... radę - wydukał z irytacją. Odsunął
od siebie prawie opróżniony kubek i potarł nadgarstkiem opadające powieki.
Musiała być już późna noc. - Musz… kuwa, nie umiem… no nie umiem się wysowiś.
Roześmiał się. Znów potrząsnął czupryną, chcąc pozbyć
się otumanienia. Musiał wyjąć elfa spod stołu. Pomoc Lydriana była zbędna, Esti
nienawidzi dotyku i akceptował tylko jego. A on nie zamierzał zmieniać tego
stanu rzeczy, choćby dzieciak nie odczuł różnicy.
- Lydek, zajmij… weś obuź reszte - usilnie starał się
brzmieć na mniej pijanego niż był. Jasna cholera, to trudniejsze niż wstawanie
z ławy! Wódka wchodziła ciężko i równie ciężko rozkładała się w głowie. - Ja
go… zabiorę.
Musiał się nagimnastykować, by wytargać śpiącego
Estiego spod stołu przy jednoczesnym powstrzymywaniu się przed dołączeniem do
niego. Nie obyło się bez odsunięcia ławki skutkującego bolesnym upadkiem
jednego z najemników, któremu blat odjechał spod wiotkich ramion. Alferd
warknął i wygodniej ułożył się na zimnej kamiennej posadzce, wywołując donośny
rechot Lydriana. Mocny dźwięk echem odbijał się wśród pustych ścian
poprzecinanych wąskimi oknami, ale mało który zareagował na niego inaczej niż
stęknięciem. Woda ognista zwyciężyła w pięciu przypadkach na siedem. Pozostałe
dwa z ledwością utrzymywały pion, co było już tylko kwestią czasu.
Colonell siedział na zimnej podłodze z głową Estiego
spoczywającą na jego skrzyżowanych nogach. Spoglądając na spokojną białą twarz
zastanawiał się, jak zabrać tego nieboraka do sypialni na, kurwa, czwartym
piętrze. Prawdopodobieństwo że polecą w dół wąską i stromą klatką schodową było
duże, a przecież nie mógł go zabrać do wspólnej sypialni w koszarach. Nie byłoby
to dziwne, gdyby przenocował z nim na jednej pryczy, bo chłopaki wiele razy tak
robili, gdy nie byli w stanie dotrzeć na swoje piętra. Nie było w tym nic
zdrożnego, ale… Tej nocy chciał go mieć na wyłączność.
Odrzucając ponowną ofertę pomocy, Col wziął się w
garść. Dźwignął się chwiejnie i łapiąc Estiego w pasie, przerzucił go sobie
przez ramię. Chłopak okazał się cięższy niż wyglądał z tą swoją umięśnioną
wysmukłością i dzielnego zwiadowcę na moment zamroczyło. Gdyby nie podpora w
postaci masywnego wojownika, chyba by poległ. Z wdzięcznością spojrzał w
niebieskie oczy przyjaciela i ruszył ku drzwiom oraz upragnionemu świeżemu
powietrzu. Nieważne jak lodowate było, ważne że nieco go otrzeźwi.
Z radością przyjął zimny powiew szczypiący rozpalone
policzki. Stał tak chwilę wsparty o kamienną ościeżnicę, podtrzymując elfa i
wciągając głęboko w płuca rześkie powietrze. Odżywcze dreszcze przeszyły jego
spoconą skórę, pobudzając rozleniwione obecnością alkoholu kończyny do
działania. Zaraz zyskał odrobinę sił, dzięki którym jakoś zataszczy
pomrukującego Estiego do sypialni. Żywił nadzieję, że dochodzący do siebie
dzieciak nie zarzyga mu pleców.
Zatrzasnął drzwi stołówki i z zachowaniem szczególnej
ostrożności zszedł ze stopni. W miarę prosto przebył odległość dzielącą go od
Wieży Czarodziejów oraz przeklętej przeszkody w postaci schodów, którą stworzyć
musiała osoba życząca magom jak najgorzej. A już na pewno złamania nogi. Lub
karku.
Pokonał kolejne niskie schody, łokciem nacisnął klamkę
i wolnym barkiem pchnął ciężkie drzwi. Wtoczył się do przedsionka, po czym
kopnięciem zamknął je za sobą, częściowo tracąc równowagę. Na szczęście szybko
udało mu się ją odzyskać. Gniewnym pomrukiem wyzwał na pojedynek spiralne
stopnie, śliskie i szczególnie zdradliwe w słabym świetle pochodni wpadającym
przez okna. Poprawił bezwładne ciało, do którego ciężaru zdążył już przywyknąć
i wspiął się wzdłuż półkolistej ściany. Pomału. Krok za krokiem. Co rusz
poprawiał zwisającego Estiego, którego znów omijała najlepsza zabawa. Może to i
lepiej dla nich obu, niż gdyby miał obudzić się głową w dół w połowicznych
ciemnościach, z łupiącym bólem pod czaszką i mdłościami?
Będąc w połowie drogi, padający z nóg Colonell poczuł
coś na plecach; delikatne łaskotanie, jak żółć z nagła napływająca mu do
gardła. Jednak niczego nie usłyszał, żadnego krztuszenia się czy charczenia.
Esti nie dawał oznak życia. Coś jednak było na jego plecach. Pod kapturem.
Zatrzymując się, zaryzykował zerknięciem w tył. Z
początku niczego nie dostrzegł, niemniej zaczynał pojmować, co właściwie
zaszło.
Est westchnął przeciągle, a jego palce bez udziału
woli zacisnęły się na grubym, chłodnym materiale, podczas gdy twarz wtulił w
kaptur.
- Ulubiony… - wymruczał na granicy słyszalności.
- Nie ułatwiasz mi niczego, dzieciaku...
Col momentalnie stracił chęci do wdrapywania się po
schodach. Śpiący przyjaciel nieco go rozczulił, wzbudzając mieszane uczucia
pożądania oraz niemal rodzicielskiej troski. Chciał odpocząć, bo ciężkie
powieki opadały niemal samoczynnie. Nie, wcale nie chciał odpoczywać! Chciał
czegoś więcej... Lecz to, czego pragnął, wciąż było poza jego zasięgiem.
Dość fantazjowania. Musi go zataszczyć do pokoju, w
innym wypadku naprawdę runą w dół i roztrzaskają się wraz ze światem, jaki z
mozołem budowali przez ostatnie miesiące. Udało mu się podjąć dalszej wędrówki,
ale nie opuszczało go przeczucie, że będzie to długa noc, której zakończenia
przewidzieć nie potrafił.
Wkrótce dotarli na czwartą kondygnację. Col mógłby
przysiąc, że droga zajęła mu cały czas wszechświata i nawet wieczność nie
oddawała tego co czuł, gdy jedną ręką przytrzymywał chłopaka, a drugą po ciemku
obmacywał ścianę, szukając drzwi do jego kwatery. I nareszcie znajdując.
Ogień w kominku tlił się niemrawo, a lekki chłód
panujący w pomieszczeniu działał na jego korzyść, odganiając senność i efekty
upojenia wódką. Pośród gwiżdżącej wiatrem nocy rozjaśnionej dwiema lampkami
płonącymi przy drzwiach zaniósł Estiego do łóżka. Ostrożnie położył go na samym
środku posłania w obawie, że w pijackim śnie obróci się on o jeden raz za dużo
i wyrżnie w futra wyłożone na podłodze. Przy jego pokracznym szczęściu spadnie
na twardą posadzkę, tuż obok amortyzujących upadek miękkich skór.
Lżejszy o kilkadziesiąt kilogramów zwiadowca zawrócił
do okratowania kominka. Pogrzebaczem na nowo rozniecił ogień, dorzucając parę
znalezionych w wiklinowym koszu bierwion. Oparty ramieniem o ciepły gzyms
przytknął do komina skroń, dziobiąc i dłubiąc we wzrastających płomieniach, aż
rozgorzały na dobre, dając wiele światła i jeszcze więcej ciepła.
W kącie dojrzał toaletkę i bez namysłu podszedł do
niej, by opłukać twarz. Było mu to potrzebne, o czym przekonał się, gdy chłodna
woda dotknęła rozgrzanej śniadej skóry. Wytarł się ręcznikiem i wreszcie
zbliżył do łóżka, nie odrywając spojrzenia od leżącego na nim dzieciaka.
Śpiący błogim snem Esti wyglądał niewinnie. Przekręcił
się na bok i zwinął w kłębek, a było to dla niego tak typowe, że przysiadający
na skraju łóżka Col uśmiechnął się pod nosem. Nie mogąc się powstrzymać,
pogładził zmierzwione czarne włosy, odgarnął miękkie pasma z czoła i zostawił
na nim dłoń upewniając się, czy aby chłopak nie dostał gorączki. Reakcje
elfiego organizmu bywały zadziwiające i opiekun z przypadku wcale by się nie
zdziwił, gdyby na obecność alkoholu odpowiedział gwałtowną chorobą. Powinien
czuwać przy nim do rana i obserwować, czy nic mu nie dolega. W końcu sam
doprowadził biedaka do tego stanu.
Zdjąwszy buty odstawił je przy łóżku. Naszła go
szalona ochota, by rozsznurować i rozpiąć wysokie buty Estiego, nieco go
odciążyć. I to był błąd, bo gdy obrócił się na siedzisku, by zerknąć na
pogrążonego w nieświadomości elfa, poczuł pragnienie tak silne, że wodospad
lodowatej wody by go nie ugasił.
Biała skóra na policzkach wydawała się drżeć od
migoczącego ognia. Ciepła poświata pełzała po złudnie filigranowej sylwetce,
teraz wiercącej się jak w żywym śnie. Est obrócił się na plecy i z pomrukiem
ukontentowania wyciągnął na długość łóżka. Ziewnął szeroko, odsłaniając kły i
czerwony niby krew język, a dłoń w rękawiczce przyłożył grzbietem do ust, gdzie
już została po ich zamknięciu. Był tak różny od wszystkiego, co młody człowiek
znał w swoim ponurym, wypaczonym życiu…
Zjawiskowy to mało powiedziane. Słowo „piękny” również
nie oddawało jego urody w tej jednej, konkretnej chwili i nie była to wina
pijackiej chuci. Estalavanes, uczeń Maga, emanował tak nieodpartym urokiem, że
raz pochwycony jego mocą Colonell nie zdołał się opamiętać. Oparłszy się na
łokciu, zajrzał w łagodną twarz ukochanego. Po raz pierwszy łączyła go tak
mocna więź z drugą osobą. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek odnajdzie swoją
drugą połowę i może właśnie dlatego odczuwał tak głęboką miłość. Esti był
pierwszym mężczyzną, którego pokochał całym sercem. W poprzednich zakochiwał
się, ponieważ byli atrakcyjni i zapewniali mu dochód, spełnienie oraz rozrywkę.
Ostatecznie nie miał oporów by rozstawać się z nimi i trwać w dalszych
przyjacielskich stosunkach. Ludzie przychodzili i odchodzili. Nie angażował się
w znajomości, co było także wynikiem jego buntowniczego stylu życia sprzed pojawienia
się w Twierdzy. Czarna przeszłość, która powinna pozostać tam, gdzie była.
Należało skoncentrować się na niedalekiej przyszłości mieniącej się odcieniami
pięknej bieli chłonącej refleksy płomieni.
Zgiętym palcem musnął lekko rozchylone wargi, które na
podobieństwo mimozy zamknęły się prawie natychmiast. Ostry kieł przygryzł
swędzące miejsce. Pomruk dobiegł z miarowo wznoszącej się piersi śpiącego,
poszerzając uśmiech zachwyconego oprawcy. Oparłszy brodę na wyciągniętej ręce,
Col swawolił dalej, wodząc palcami po idealnej kości policzkowej i omijając
wrażliwe okolice. Skóra pod opuszkami była wspaniale gładka i niespotykanie
śliska, lecz nie mniej przez to zmysłowa. Zsunął dłoń na jedno z długich uszu.
Przeciągnął palcami wzdłuż płatka aż po sam koniuszek, czym wywołał ciche
westchnienie, od którego krew zawrzała mu w żyłach. Tracił kontrolę nad
oddechem. Krążący w żyłach alkohol potęgował rozpalone pożądanie. Bynajmniej
nie czuł się winnym wykorzystując niemoc przyjaciela. Nie chciał uczynić mu
krzywdy, wolał, by jego kochanek był w pełni świadomym tego, co się z nim
dzieje, ale teraz… Teraz odważył się na nieco więcej niż zwykle.
Pochylił się nad chłopakiem, którego dech stał się
płytszy. Kolejne ciepłe westchnienie spłynęło z ust pachnących słodyczą wina. O
tak, jego uszy, jego wspaniałe, bajeczne uszy były najbardziej wrażliwym
punktem, jaki dotychczas odkrył. Wystarczyło dotknąć ich pieszczotliwie, by
wzbudzić drżenie bezwolnych mięśni. A gdy raz ich dotknął, nie mógł przestać
ich pieścić.
Przysunął nos do odsłoniętej szyi, aż kaptur zsunął mu
się na tył głowy. Nie wyczuł absolutnie niczego. Ludzka skóra posiadała swój
specyficzny zapach, natomiast skóra białego elfa nie posiadała żadnego. Jakby
Esti był najdoskonalszym drapieżnikiem, którego potencjalne ofiary nie mogły
zawczasu zwietrzyć i zidentyfikować. Takie igranie z niebezpieczeństwem było do
szaleństwa podniecające. Szczególnie że to niebezpieczeństwo leżało teraz przy
nim bezbronne. Dalekie od plugastwa. Po prostu piękne.
Nie zapanował nad chęcią skubnięcia jego szyi. Rozległ
się cichy jęk, gdy gibkie ciało spróbowało zwinąć się w bezpieczną kulkę. Col
musiał podeprzeć się na rozkopanej pościeli, żeby nie wylądować na wiercącym
się śpiącym królewiczu. Ani się obejrzał, a był już praktycznie nad nim. Nie
przerywając gładzenia jego ucha, skroni i karku napawał się upajającym
doznaniem, do którego było mu tęskno. Pożądanie bólem rozrywało mu pierś.
Pragnienie spełnienia odezwało się w jego lędźwiach, gdy ocierał się o twardniejącą
męskość chłopaka. Wzajemne starcie woli, świadomej i tej nieświadomej,
zakrawało o obłęd.
Chciał więcej. W tym jednym momencie życzył sobie, by
Esti się obudził i wszystko zrozumiał. By poddał się w tej bezsensownej walce.
Z każdym muśnięciem, skubnięciem i liźnięciem żądał więcej i więcej. Nie było
mu dość uzależniającego smaku oraz dotyku. Pragnął go posiąść. Na własność.
Ciemna na tle białej skóry dłoń zeszła niżej, wsuwając
się pod sweter i koszulkę. Spoczęła na płaskim brzuchu którego mięśnie spięły
się nagle, wyczuwając intruza. Wtulając twarz w białą szyję znów otarł się o
śpiącego kochanka i… tym razem nie była to jednostronna czułość.
Szmaragdowe oczy otworzyły się szeroko, gdy serce w
piersi zamarło. Wąskie biodra nieśmiało poruszyły się pod nim, jakby
dopraszając się prowokującej przyjemności. Zaskoczony mężczyzna spojrzał w
uroczo niespokojną twarz nieprzytomnego partnera. Czy on naprawdę spał snem
pijanego?
Smagła dłoń ześlizgnęła się z białego brzucha,
zawadziła o rzemienie u pasa i pogładziła materiał czarnych spodni. Zręczne
palce ucisnęły udo niebezpiecznie blisko pachwiny. Esti był szczupły, ale
muskuły miał twarde i dobrze rozwinięte, podobnie jak...
Nie! Stop! Wystarczy!
Colonell zerwał się z chętnego chłopaka i przeturlał,
lądując plecami na skraju łóżka. Zastygł w bezruchu. Nie mógł złapać tchu, gdy
osłaniając oczy przedramieniem walczył o władzę nad nieposłusznym ciałem.
Chciał kontynuować, doprowadzić do słodkiego spełnienia, w innym wypadku
grożącego gorzkim cierpieniem. Nie zrobi mu tego. Nie może z egoistycznych
pobudek zniszczyć kruchego zaufania, jakim darzył go aspołeczny dzieciak. Jeśli
teraz posiądzie kompletnie odurzonego partnera, to jakie będą jego pierwsze
myśli, gdy odzyska przytomność w trakcie? Że został wykorzystany. Wykorzystany
w najgorszy możliwy sposób przez przedstawiciela rasy ludzkiej, któremu
bezgranicznie ufał! Skrzywi go, zniszczy i zniechęci. Lecz będzie to niczym w
porównaniu ze stratą, jaką poniesie zuchwały dureń. I wszystko to dla jednej
chwili zapomnienia?!
Musi odejść na jakiś czas i zdusić tę przeklętą żądzę.
Kurwa, byłby to gwałt na nieletnim! Wystarczył moment, a naruszyłby
nieprzekraczalną granicę! Co się z nim dzieje, do cholery?! Przecież są metody
rozładowania napięcia seksualnego bez udziału drugiej osoby!
Sfrustrowany Colonell postanowił podnieść się z łóżka,
gdy coś ciężkiego zablokowało mu nogi i wślizgnęło się na tors przykryty bluzą.
Niepewnie odsunął ramię i zerknął w dół. Zaklął, dostrzegając czarny rękaw
swetra opasający jego pierś. Noga Estiego oplotła jego własne na wysokości
kolan, skutecznie uniemożliwiając mu ucieczkę. Na domiar złego czoło
przyciśnięte do jego boku dopełniło poczucia udręki i rozpaczy niezaspokojonej
męskości.
Śpiący chłopak wtulił się w przyjaciela, ukrywając
twarz przed jego zmęczonym wzrokiem. Oddychał miarowo i głęboko, pogrążony we
śnie.
- I chuj, teraz to już pozamiatane - zrezygnowany
Colonell potarł palcami szczypiące powieki i ucisnął nasadę nosa, czując jak
pożądanie płonące w kroczu zaczyna boleć niemiłosiernie. - Esti, gdybyś tylko
wiedział, jak na mnie działasz…
Est wiedział o tym doskonale i z niegodziwą
zachłannością upajał się tym faktem. Ze swojej pozycji Col nie mógł dostrzec
jego nienaturalnie jaskrawiących się tęczówek. Chłopak zupełnie wytrzeźwiał,
gdy tylko poczuł pod sobą miękkość łóżka i przez cały ten czas był świadom
wszystkiego, co działo się wokół, aczkolwiek przerażony skłonnościami własnego
ciała milczał w oczekiwaniu na finał, który nie nadszedł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz