piątek, 28 sierpnia 2026

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 49

 

Kolejny dzień w drodze nie zapowiadał żadnych rozrywek. Pękate chmury wisiały nisko nad ziemią, zwiastując gwałtowną ulewę, a kapryśny wiatr porywał słowa strudzonych podróżników, wymuszając na nich milczenie. Wyruszyli zaraz po śniadaniu, względnie wypoczęci i pełni optymizmu, niestety kilka godzin w siodle skutecznie podminowało nastroje, a zmienna aura nie pomogła w utrzymaniu dobrych relacji. Jechali dwójkami kamienistą ścieżką wiodącą przez rozległe łąki i nawet kwiaty zszarzały w oczach, kiedy z nieboskłonu spadły pierwsze krople.

Poirytowany Estalavanes łypnął ku pociemniałemu niebu i pojedynczą myślą nakłonił żywioły do pomocy niemal tak samo jak wtedy, gdy eskortowali Leos do Twierdzy. Wówczas nie zdawał sobie sprawy, że potrafi dokonać tak niezwykłej sztuki - to pierwotne elementy przejęły inicjatywę. Obecnie przyszło mu to z naturalną łatwością. Najwyraźniej wysiłek włożony w opanowanie ostatniego żywiołu zaowocował głęboką więzią z otaczającymi go siłami.

Wiatr trzymał deszcz z dala od nich, tworząc wokół czwórki konnych małe oko cyklonu przechwytującego coraz gęściej padające krople; wicher targał grzywami i ogonami wierzchowców oraz włosami i pelerynami jeźdźców. Gniada klacz wraz ze srokatym ogierem przyzwyczajone już były do nienaturalnych zjawisk i rżały cicho w reakcji na nagłą zmianę. Majestatyczny Sen stąpał niewzruszony, natomiast młody kary rumak Esta wierzgał i parskał nieustannie. Gryząc zajadle wędzidło, z trudem dawał się okiełznać.

- Twoje moce są niebywale przydatne, Esti! - zawołał Colonell, przekrzykując wichurę. Wyprostował się w siodle, z rozkoszą zaciągając wilgotnym powietrzem wolnym od deszczu. Po raz pierwszy od wielu godzin radość zagościła na jego wytatuowanej twarzy, gdy z ożywieniem oglądał taniec wiatru i wody. - Wspaniałe.

- Jak rany, powtarzasz to za każdym razem, kiedy posługuję się żywiołami, by ułatwić sobie życie... - Est wywrócił oczami, od niechcenia podążając za wzrokiem partnera. Płynny ruch na ustalonej wolą granicy ukoił i jego napięte nerwy. - Ale masz rację, jest w tym coś wspaniałego.

- Estalavanesie, czy nie powinieneś ograniczyć zużycia energii tajemnej? - Niczym nie zagłuszony głos Aarima dobiegł z przodu kolumny, rozwiewając magiczny nastrój panujący między dwójką najemników. - Myśl, iż podczas ewentualnej potyczki okażesz się kompletnie nieprzydatny, jest mi nie w smak. Przemoczone ubrania oraz wierzchowce są ceną, jaką jestem w stanie zapłacić za twoje wybitne zdolności bojowe.

Jak jeszcze przed momentem Est irytował się na nudną podróż, tak teraz Aarim dorzucił swoje trzy tarcze do ogółu jego frustracji. Już miał na koniuszku języka wyjątkowo złośliwą replikę, jednak pohamował się na tyle, by kąśliwy komentarz pozostał wyłącznie echem jego myśli. Mimo to zabarwione sarkazmem gładkie słówka popłynęły, z lekkością trafiając do zainteresowanych ich rozmową słuchaczy.

- Aarimie, aktualnie nie zużywam ani krztyny mocy, jako że nie-mogę-jej-zużywać - wycedził z goryczą. - To mnie odróżnia od użytkowników magii, że nie potrafię formować, inkantować ani manifestować zaklęć. Korzystam ze szczodrości żywiołów, lecz nie potrafię ich stworzyć z esencji, nurtu, czy czego tam jeszcze. I zawczasu odpowiadam na twoje następne pytanie: tak, próbowałem.

Est nie lubił być w centrum uwagi, szczególnie gdy dotyczyło to czegoś tak osobistego. Czuł się jak dzieciak pouczany przez nadopiekuńczego rodzica, a przynajmniej tak sobie to wyobrażał, bo w praktyce nigdy tego nie doświadczył. Rozdrażniony skubał wodze i spod zmarszczonych gniewnie brwi obserwował szerokie, okryte granatową peleryną przeciwdeszczową plecy paladyna.

Z ukosa spostrzegł Leos obracającą się w jego kierunku. Znajoma iskierka w ciemnoniebieskim oku wyrwała jęk z jego gardła, bo był już bardziej niż pewien, że to dopiero początek uwierających go pytań.

- Jak w takim razie pozbywasz się nadwyżki esencji? - Niewinne spojrzenie czarodziejki prześlizgnęło się na jadącego obok Esta przodownika, którego dwuznaczny uśmieszek błyskawicznie uciął temat. - Och, nieistotne. Przepraszam.

Tego już było za wiele. Niczym od ciosu w podbródek Est odchylił w tył głowę i zapatrzył się w czarne jak rozpacz niebo. Lecące zeń ciężkie krople rozbijały się o szczelną zasłonę wiatru, natychmiast porywane do przedziwnego tańca nurtem usłużnego powietrza. Chłopak starał się opanować, ale naprawdę brakowało mu na to sił. Aarim go zdenerwował. Leos również nie zostawiła na nim przysłowiowej suchej nitki. Nitki, którą Col z lubością oderwał od całości bezczelnym chichotem, odjeżdżając na bezpieczną odległość od wytrąconego z równowagi, osaczonego ze wszystkich stron półsmoka.

- I ty przeciwko mnie, Col?!

Zwiadowca mrugnął zadziornie do rozeźlonego chłopaka.

- Po prostu odpowiedz, gadzinko. Co w tym wstydliwego?

- Idź wyłysiej, durniu! Uwzięliście się na mnie! - warknął Est. Colonell mógłby przysiąc, że jednocześnie w oddali usłyszał huk gromu. - Proszę bardzo, chcecie, to macie! Nadwyżkę przekazuję Colonellowi! Fizycznie! W piernatach! Zadowoleni?!

Naburmuszony i zażenowany odwrócił się od dwóch sadystycznie przyglądających mu się par oczu. Zdruzgotany już więcej się nie odezwał. Wszyscy bez wyjątku sprawili, że czuł przemożną chęć wciśnięcia się w kąt i przeczekania najgorszego. Osaczony pragnął chwili samotności, a skazany był na nieprzerwane towarzystwo, które zaczynało odbijać sobie na nim zmęczenie. Był idealnym kozłem ofiarnym. Od dnia narodzin.

- Temat ten nie jest wystarczającym powodem do strojenia żartów z Estalavanesa. - Stający w obronie uciśnionego dzieciaka Aarim zerknął przez ramię na jadących z tyłu najemników. - Leos, ciebie również o to proszę - dodał, spoglądając z reprymendą na czarodziejkę.

- Kiedy ja byłam tylko ciekawa! - tłumaczyła się z urazą, niesłusznie oskarżona o podzielanie uszczypliwości przodownika. - To Col robi sobie z tego żarty.

- Zatem obydwoje przestańcie. Czy nie widzicie, iż jest to dla niego drażliwy temat? Zrozumcie jego stanowisko.

- Ale jak niemagiczny może wykorzystać otrzymaną esencję? - zastanawiała się Leos. Jej nadąsana piegowata twarzyczka ponownie przybrała ten charakterystyczny dla niej wyraz zaciekawienia. - Czarodzieje mówią o tym z odrazą, twierdząc, że magiczni pod żadnym pozorem nie powinni łączyć się z niemagicznymi.

- Wygląda na to, że może - wtrącił się Col, nie zmniejszając dystansu Gniadej od pozostałych koni. - Ja jeszcze żyję. I mam się całkiem nieźle. A czarodzieje niech pukną się w czoła z tą swoją obsesją na punkcie magii, bo na zdrowie im to nie wychodzi.

- Gwoli wyjaśnienia – odezwał się Aarim z zaciętą miną podobną zniechęceniu, jak gdyby dyskusja testowała i jego cierpliwość. - Energia zwana tajemną wiąże się z energią fizyczną organizmów niemagicznych. Owo połączenie powoduje całkowity rozpad obu energii w naturalny, poniekąd inwazyjny sposób, wywołując efekty uboczne w postaci wycieńczenia oraz oszołomienia. Przy nadmiernych ilościach energii dochodzi do wstrząsu metafizycznego: stanu zbliżonego do wstrząśnienia mózgu bądź szoku pourazowego. Nie odnotowano przypadków śmiertelnych, a przynajmniej ja o takowych nie słyszałem.

Kontynuując wywód, rycerz Zakonu Paladynów odciągnął uwagę od dręczonego Esta. Chętnie udzielał odpowiedzi na nurtujące Małą Niedźwiedzicę pytania, toteż bez wahania zadawała ona kolejne i kolejne, dzięki czemu lepiej znosiła niewygodną pozycję na grzbiecie łaciatego konia. Aarim dał się poznać jako zaskakująco miły towarzysz podróży i chociaż nie uzewnętrzniał emocji, piromantka w niewielkim stopniu potrafiła już odgadnąć jego nastroje, z czego była tycią odrobinkę dumna.

Za to Est, wściekły jak osa, groził pogryzieniem wyciągniętej na zgodę dłoni w rękawicy strzeleckiej. Col uwielbiał go zawstydzać i urządzać podśmiechujki, czym doprowadzał chłopaka na skraj wytrzymałości. Est miał ochotę nagadać mu do słuchu, wiedział jednak, że będzie to strzępienie języka na darmo. I mimo że gniew rozdzierał go od środka, to wolał zachować nieprzyjemne słowa dla siebie, aniżeli powiedzieć coś, czego mógłby potem długo żałować. Nie lubił się kłócić. Wszelkie awantury uznawał za bezsensowną stratę i tak krótkiego czasu, jaki im pozostał. Choć Col bywał nieznośny, to Est nie chciał, aby kiedykolwiek się zmieniał.

Est uspokoił się, gdy jego zdrowy rozsądek dotarł do pogrążonego w smutku serca, łagodząc zalegające we wnętrzu napięcie. Naprawdę nie było o co się złościć. Znów brał wszystko do siebie i niepotrzebnie się przejmował. Przecież ich relacja była paladynowi oraz czarodziejce znana. Oboje byli bystrzy i domyślni, więc czy powie to na głos, czy też nie, niczego nie zmieni ani nie wpłynie na to, jak go postrzegają. Skoro nie widzi nic złego w związku z Colem, dlaczego inni mieliby widzieć? Niestety, w niedalekiej przyszłości czeka ich powrót do życia w ukryciu, lecz było już za późno na cofnięcie raz podjętej decyzji o opuszczeniu bezpiecznej Twierdzy. Est nie zamierzał tego żałować. Nawet jeżeli otwierała się przed nimi przepaść, a jutro nie przyniesie nic dobrego, to wciąż mieli to, co najważniejsze: siebie nawzajem oraz nieprzemijalne uczucie, które jak ogień rozpraszało cienie lęków i obaw, napełniało krzepiącym ciepłem, a także dodawało sił, kiedy jeden z nich uginał się pod presją otoczenia lub wydarzeń.

Nie zaszczycając ukochanego spojrzeniem, Est uścisnął wyciągniętą na przeprosiny dłoń. Nadal udając obrażonego splótł białe palce z palcami o ciemnej skórze i trzymał mocno, poza zasięgiem wzroku jadących na przedzie przyjaciół. Chciał, żeby ta chwila trwała. Bał się, że gdy tylko go puści, to wszystko okaże się jedynie snem.

Nie on jeden się tego obawiał. Spokorniały Colonell również nie chciał wyplątywać się z uścisku jako pierwszy. Podjechał nieco bliżej, uniósł dłoń chłopaka do ust, lekko ją ucałował i dopiero wtedy puścił.

Intensywne spojrzenia, jakie wymienili, mówiły wszystko. Nie potrzebowali słów by wyrazić to, co chcieli sobie przekazać i uważali to za najpiękniejsze doświadczenie, jakie ze sobą dzielili. Cienka nić porozumienia pomiędzy nimi dwoma powiększała się z każdym dniem. Pajęcza nić przeistaczała się powoli w utkaną z hartowanej stali linę stabilnie łączącą dwa umysły oraz dwa serca, oplatała ich i tworzyła doskonałą jedność z dwóch zupełnie niezależnych osobowości. W takich sytuacjach Est wierzył, że śmierć partnera zakończyłaby i jego żywot. Miłość do człowieka była równie kreatywna, co destruktywna i tylko od niego samego zależało, jak pokieruje tym uczuciem.

***

Tym razem postanowili zrobić krótki postój wśród mokrego kwiecia bezkresnej łąki. Deszcz przestał padać godzinę temu, zamieniając powietrze w lepką mgłę wznoszącą się nad wysoką, przesyconą słodkim aromatem trawę. Rozmokła ziemia na wydeptanej dróżce stała się błotkiem cmokającym przy każdym kroku, jednak nikt nie uskarżał się na te niedogodności. Zeszli z siodeł i rozprostowali zesztywniałe mięśnie. Ostatecznie zdecydowali się przebyć kawałek trasy pieszo, prowadząc wierzchowce wąską ścieżką. Był to dobry pomysł, rzeczywiście odpoczęli pokonując w ten sposób parę kilometrów. Konie wydawały się nie mniej zadowolone, kiedy ich grzbiety wolne były od ciężaru, a pyski okazjonalnie chwytały kępy soczystej koniczyny, chrapami trącając opasłe trzmiele.

Lekko odziani podróżnicy byli w tym momencie w pełni odsłonięci, lecz zagrożenie byłoby tu równie widoczne. Dziko rosnąca trawa nie stanowiła kryjówki ani dla ludzi, ani dla zwierząt. A co innego mogłoby tu na nich czekać? Aarim niczego nie wykrywał, Colonell także nie dojrzał śladów świadczących o obecności drapieżników, toteż swobodnie brodzili w rozkołysanych, skrzących się rosą źdźbłach.

Humory polepszyły się wraz z poprawą pogody, jak gdyby promienie słońca wyzierające zza chmur miały zbawienny wpływ na jeźdźców. Popołudnie i wczesny wieczór mijały na pogawędkach konsekwentnie omijających temat Esta, zdominowanych przez zabawne historie, którymi Col sypał jak z rękawa. W przeciwieństwie do oblubieńca był duszą towarzystwa - doskonale radził sobie w blasku powszechnej uwagi i bez względu na okoliczności nie tracił rezonu, zachowując zimną krew i tnąc celnymi ripostami. Est na palcach jednej ręki mógł policzyć sytuacje, w których Col dał się publicznie ponieść emocjom.

Półsmok nie miał powodów do narzekań. Wolał przebywać w cieniu ekstrawertycznego przyjaciela i słuchać anegdot z życia mieszkańców Twierdzy, plotek zasłyszanych w gospodzie czy przekomarzań z buńczuczną czarodziejką. Teraz odciął się od toczonych wokół rozmów. Martwiło go, dokąd dotrą w swojej pielgrzymce, czego dokonają, zanim polegną na polu bitwy i gdzie rzuci ich los. Opuścili warownię Niedźwiedzi zaledwie pięciodzień temu a odnosił wrażenie, że od tamtej pory minął miesiąc. Myślał że będzie tęsknił, ale nie odczuwał niczego podobnego. Jedyne, co w sobie nosił, to dziwną pustkę. W końcu był wolny. Ale czy wolność nie powinna smakować inaczej? Lepiej? Czym właściwie jest wolność? I co najistotniejsze, czy umiał ją rozpoznać...? Ostatecznie skonstatował, że wolność to tylko utopijna mrzonka. Nikt nigdy nie będzie wolny, prawdopodobnie nawet po śmierci.

I kiedy wszyscy wesoło spędzali czas, Est zatonął w ponurych rozważaniach, a wątpliwości w jego sercu puszczały coraz więcej korzeni.

***

Następna noc w drodze ku Aneil’Aranth gwarantowała nocleg pod dachem, za zamkniętymi drzwiami i z żołądkami wypełnionymi ciepłym posiłkiem. Gospoda „Pod Siwym Dymem”, biorąca swoje miano od całorocznego szarego obłoku wydobywającego się z komina, była niewyszukaną budowlą. Kilkupiętrowa prostokątna konstrukcja zwieńczona spadzistym dachem wykończona była bez polotu, lecz prezentowała się lepiej niż poprzednia. I wnioskując po zajętych boksach w stajni, gościła więcej przyjezdnych, przez co najem pokoi wydawał się niemożliwy. Na szczęście dla czwórki podróżnych czarny scenariusz nie spełnił się, właściciele mieli do dyspozycji sporo wolnych łóżek, które Aarim najął bez zbędnych negocjacji. Nie był co prawda zadowolony z rozdzielenia drużyny, ale nie miał innego wyjścia, jak przekazać odliczoną kwotę w ręce ukontentowanego gospodarza.

Est przestał ukradkiem rozglądać się po gwarnej sali i nadstawił ucha. Wciąż był obiektem niechcianego zainteresowania, więc zrobiłby wszystko, by móc skupić się na czymś innym, choćby na samopoczuciu towarzyszy. Cień przemykający przez opanowane oblicze paladyna wzbudził jego czujność. Nawet nie próbował rozpoznać tego prawie niezauważalnego grymasu, niemniej skoncentrował się na jego osobie, by nie uronić ani jednego wypowiedzianego przezeń słowa. Aarim rzadko bywał dociekliwy, teraz jednak, przy okazji rozmowy o interesach, pociągnął karczmarza za język.

Siwiejący szczupły mężczyzna w schludnej koszuli zdawał się nie dostrzegać zbieżności pogłosek oraz sygnałów, które szlachetnego młodzieńca w barwach Zakonu Paladynów raziły niby ostrzegawczy pocisk rozświetlający noc. Jak wynikało z jego opowieści, znana w tych stronach grupa kupców morskich podążających z Ognistego Haka na północ, ku Srebrzystym Szczytom, nie pojawiła się o czasie. Regularnie wynajmowali oni kwatery „Pod Siwym Dymem”, gdzie mieli ulubione pokoje i chociaż wypatrywano ich na gościńcach od ponad dwóch dni, nic nie wskazywało na to, że się zjawią. Karczmarz słusznie założył, że tym bardziej nie przyjadą dzisiejszej nocy, ponieważ swoim zwyczajem nie wędrowali oni po zachodzie słońca, które już dawno zniknęło za horyzontem. Dość miał czekania, bo puste izby oznaczały wyłącznie straty, więc chętnie odstąpił cztery z nich bratu zakonnemu.

Spracowany człowiek o zmęczonych oczach i życzliwej twarzy nie zwrócił większej uwagi na wygląd gościa. Być może wtedy przejrzałby kryjącą się za symbolami Tarthosa tożsamość paladyna i w swoim nieskalanym podejrzliwością rozumie dodał dwa do dwóch z zasłyszanych wieści. Książę Aarim nie wyprowadzał jednak poddanego z błędu. Podziękował za pokoje oraz poświęcony na pogawędkę czas i utrzymując dalsze pozory, z roztargnieniem dopytał o koszt paszy dla koni, a gdy dowiedział się już wszystkiego i odebrał klucze wraz z dokładnym objaśnieniem, które pomieszczenia należą do nich i na którym piętrze ich szukać, razem z pozostałymi zaniósł torby na górę. Nie podejrzewał, że czujne oczy i uszy półsmoka śledziły przebieg rozmowy z ujęciem najdrobniejszych szczegółów, uwzględniając wszelkie subtelne zmiany w mimice oraz tonie zadziwiająco rozmownego rycerza.

Aarim perfekcyjnie ukrywał niepokój za fasadą chłodnej obojętności typowej znużonemu podróżnikowi, lecz Est bez trudu wyłapywał elementy układające się w spójną całość. Jeżeli istniała na tym świecie siła mogąca w tak zauważalny sposób rozstroić tego pozbawionego uczuć potwora, to chłopak wolał sobie nie wyobrażać, jaka jest jej prawdziwa natura. Niebianin nie sprawiał wrażenia przestraszonego, ale to, co półsmok poczuł w żołądku, nie mogło być niczym innym niż panicznym lękiem.

Pod pretekstem odetchnięcia nocnym powietrzem Est wymknął się z kwatery, w której zebrali się jego przyjaciele i skierował dwa piętra niżej, do wielkiej sali. Tam, odprowadzany krzywymi spojrzeniami i złowrogimi pomrukami, przemaszerował prosto do wyjścia z gospody. Musiał czym prędzej oddalić się od tego odstręczającego miejsca wywołującego przykre wspomnienia. Dusił się uwięziony między czterema ścianami przypominającej noclegownię oberży, męczyła go ciągła obecność tak towarzyszy, jak i zupełnie obcych ludzi. Natarczywe myśli napływały zewsząd niczym wygłodniałe rekiny lgnące do dryfującego rozbitka. Skubały go, nękały i skłaniały do reakcji, na jakie nie mógł sobie pozwolić, aż nogi poniosły go poza łunę bijącą z okien i latarni rozstawionych wokół budynku, między stare drzewa pobliskiego skweru posrebrzonego blaskiem księżyca oraz gwiazd osłabiającym nocne widzenie.

Est zatrzymał się nagle. Wiedziony niejasnym przeczuciem wzmógł czujność i ostrożnie obrócił się, wzrokiem przeczesując ciemności zalegające na obrzeżach pola widzenia. Gdzieś tu czaił się prześladowca Aarima, nocna zmora zrodzona z koszmaru. Tym razem Est go nie wyczuł, lecz był przekonany, że upiór znajduje się nieopodal oberży.

Dreszcz wstrząsnął chłopakiem, kiedy wyblakłe wizje starły się z jego trzeźwym umysłem. Wziął się wreszcie w garść, wychodząc na zieleniec otoczony szumiącymi z cicha drzewami. Zignorował koślawą ławkę skleconą z bejcowanych desek i oparł się plecami o szeroki pień najokazalszej z rosnących tu wierzb. Jej uginające się od listowia witki falowały w takt letniego powiewu wydając przejmujący, słodko zawodzący szmer. Est popatrzył w antracytowe sklepienie zasnute kilkoma obłokami i rojem śpiewających listków. Owady krążyły wśród nich z miękkim furkotem i głuchym brzęczeniem. Spokój powracał do niego wraz z rytmem harmonijnych odgłosów; cisza wybrzmiewała różnorodnością dźwięków, które tylko przyroda mogła z siebie wydać, działając jak balsam na jego zszargane nerwy.

Odkąd wyruszyli, nie miał ani chwili prywatności: Aarim stale miał na niego baczenie, absorbująca Leos była nieznośnie blisko, natomiast Colonella bezwarunkowo potrzebował. Sama podróż w siodle nie wyczerpywała go tak bardzo, jak bezustanne towarzystwo osób trzecich, od których nie mógł się uwolnić. Był na nich skazany, tak jak oni skazani byli na niego i jego gwałtowne odchylenia od utartej normy. Nigdy by nie przypuszczał, że stanie się to aż takim problemem, ale rzeczywistość po raz kolejny zweryfikowała jego naiwne wyobrażenia. Jedynym, czego pragnął, była samotność: możliwość medytacji oraz wykonania krótkiej serii ćwiczeń dla pobudzenia pamięci ciała. To wszystko musiało niestety poczekać na lepsze czasy. Pośpiech determinował ich czyny, a Est zobowiązany był słuchać poleceń zleceniodawcy i stosować się do nich kosztem własnych potrzeb. Od tego mogło zależeć jego życie. A od jego życia zależeć mogły pozostałe trzy.

Przymknął oczy i wystawił policzki na głaszczący skórę wiatr oraz zimne światło odległych ciał astralnych. Wciągnął w płuca rześkie powietrze niosące zapach zroszonej deszczem zieleni i z radością wsłuchał się we wszechobecne popisy świerszczy. Przytłaczające go wrażenia tłocznej gospody, bólu związanego z ćwiczeniami mentalnymi oraz troski o ich wspólne jutro zdawały się teraz minionym snem blednącym w obliczu mrugającego doń bezliku. I do szczęścia brakowało mu już tylko mężczyzny, którego ciche kroki wystukiwały urzekającą melodię na wilgotnym poszyciu.

Zawsze we właściwym miejscu. Zawsze na czas.

Est rozchylił powieki, kątem oka dostrzegając niespiesznie zbliżający się kształt, ledwo obrys pośród odcieni szarości. Z fascynacją obserwował swobodę, z jaką bezgłośnie poruszał się człowiek pośród naturalnych pułapek czekających na nierozważny ruch z jego strony. I chociaż usłyszał go na długo zanim go zauważył, to i tak było to ogromne osiągnięcie dla przedstawiciela tak energicznej i porywczej rasy.

Colonell stanął tuż przy nim i powędrował za jego wzrokiem, spoglądając na niewidzialny punkt pomiędzy koroną wierzby a roziskrzonymi gwiazdami. Ponownie skupił się na białej twarzy do połowy spowitej cieniem powiewających liści. Nie odrywał pełnego podziwu spojrzenia od miękkich rysów, zgrabnego nosa, delikatnych warg i lśniących zielenią ogromnych oczu, z których tak dużo mógł wyczytać bez wiedzy ich posiadacza.

Nie odzywali się; żaden z nich nie zamierzał rozpraszać tej wyjątkowej chwili zbędnymi słowami. Wiele ich cisnęło się człowiekowi na usta, lecz postanowił przekazać inicjatywę temu, który budził w nim tak jednoznaczne uczucia. Szorstkimi opuszkami musnął gładki policzek dla zaznaczenia swojej obecności i przeszedł parę metrów, by usiąść plecami do zapatrzonego w migoczący firmament chłopaka. Dla postronnego obserwatora taki widok mógł wydawać się dziwaczny, jednak dla Esta był oczywistym zaproszeniem do zwierzeń tak intymnych, że wymagały specjalnych warunków.

Jedno spojrzenie na przygarbionego zwiadowcę skubiącego palcami mokrą trawę wystarczyło, by ciepło opływające szczupłe ciało znalazło odbicie w lekkim uniesieniu kącików ust. Est odepchnął się od chropowatego pnia i czyniąc więcej hałasu niż się spodziewał, podszedł do przyjaciela, by ulokować się tuż za nim.

- To jeden z pomysłów, za który cię kocham - oświadczył, opierając się plecami o plecy Cola. Podciągnąwszy kolana pod brodę, objął je ramionami. Wpatrywał się w cudowny nieład panujący wysoko nad nimi, a nieśmiały uśmiech wyraźniej wygiął jego białe wargi. - Zawsze tak siadałeś, kiedy chciałeś, żebym się na ciebie otworzył. Dzięki temu nie musiałem patrzeć ci w oczy gdy opowiadałem o tym, co mnie akurat gnębiło. Mogłem być sobą. Poczuć jak to jest, kiedy bez skrępowania mówi się o wszystkim.

- A ja mogłem się w tobie podkochiwać bez ryzyka wykrycia. Chociaż nie dostrzegłbyś moich uczuć, nawet jakbym je sobie wyrył na czole! – zachichotał Col.

Chwycił nad ramieniem końcówkę szpiczastego ucha i leciutko pociągnął, zachęcając chłopaka do ułożenia głowy na jego barkach.

- W końcu jesteśmy sami - wyszeptał niczym podziękę za wysłuchaną modlitwę.

Teraz już Est uśmiechał się szeroko. Rozparty wygodnie na okrytych bluzą plecach ulubionego człowieka, będących dlań podporą dosłownie i w przenośni, przypomniał sobie wcale nie tak odległe czasy sięgające pomylonych początków ich burzliwej znajomości.

- Jak rany, czuję się jakby… jakby minęło ze sto lat odkąd ujrzeliśmy się po raz pierwszy.

- A tu nieco ponad rok.

- Ludzie naprawdę szybko żyją.

- Wydaje ci się, dzieciaku. Masz piętnaście lat…

- Szesnaście.

-  ...wyglądasz na dwadzieścia pięć i w ciągu roku przeżyłeś więcej niż przez doczesny żywot. Nie mów mi, że to ludzie szybko żyją.

Mimo usilnych starań Colonell nie zachował poważnego, pouczającego tonu. Kiedy wcielał się w rolę, doprowadzał ją do perfekcji, lecz przy Estim tego nie potrafił, jakby chciał być prawdziwym sobą wyłącznie dla niego. Jakby tylko on jeden wart był jego czułej i opiekuńczej strony.

- Gdyby nie ty – odparł Est - nie przeżyłbym tego wszystkiego. W ogóle bym nie żył, tylko egzystował bez celu. Dopiero ty nadałeś mojemu życiu sens. Bez ciebie moje życie... – jego głos załamał się przy ostatnim zdaniu. Ścisnęło go w gardle tak mocno, że musiał odchrząknąć. Szybkim mruganiem przepędził szczypiące łzy, ale stawał się bezradny wobec naporu nagromadzonych emocji i w ostateczności użył nadgarstka do otarcia powiek. - Col, dlaczego tak bardzo się boję? Co takiego świat w sobie ma, że tak mnie przeraża?

Nic nie mówiąc, zwiadowca odepchnął się od pleców zaklinacza i wstał, otrzepując skórzane spodnie, by przyklęknąć na wprost niego - drżącego, kurczowo obejmującego kolana. Przewidział taki obrót spraw, przecież jego długouchy partner nie był typem samotnika, choć za takiego się uważał. Colonell znał prawdę i wiedział, że przychodząc tutaj, dopełnia złożonej przysięgi. I będzie to robił, gdy tylko zajdzie taka konieczność. Był potrzebny i chciał być potrzebny. A nikomu nie był tak potrzebny, jak temu zbyt prędko rzuconemu na głęboką wodę dzieciakowi, który wciąż nie umiał odnaleźć się w zawiłościach emocjonalnej dojrzałości.

Pochylił się, kładąc dłoń na śliskim od łez policzku. Włożył w swój głos tyle opanowania oraz spokoju, że jego ciche słowa zabrzmiały ciepło i kojąco, jak rozgrzewające tchnienie w zimowy wieczór.

- Świat nie jest bezpiecznym miejscem, Esti. Nawet ja się go boję, choć tego nie okazuję. I w porównaniu z tobą miałem mnóstwo czasu, żeby poradzić sobie ze strachem.

Czułym gestem starł łzę z białego policzka.

Czy naprawdę byłem do niego podobny? - zastanawiał się. Czy naprawdę różni nas więcej niż tylko rasa?

Aby podtrzymać łagodzący niepokoje ton, Col musiał wyzbyć się wątpliwości. Smutny uśmiech zakwitł na jego ustach.

- Nauczyłem się obracać strach w gniew, a im bardziej się bałem, tym groźniejszy się stawałem, jak gdyby to brutalna siła mogła pokonać moje lęki i tych, których się bałem. A kiedy się o tym przekonałem, to przestałem się bać. I poczułem się, jakby ogromny ciężar spadł mi z barków. - Objął dłońmi twarz chłopaka i zajrzał w szkliste skaleonie ślepia. - A teraz znów się boję, Esti. I nie kogoś, lecz o kogoś. I wiem, że ten strach mogę przekuć w potężny oręż, który pomoże mi walczyć ze wszystkim, co ci zagrozi. I wtedy boję się trochę mniej.

Est przełknął łzy i zmrużył oczy. Colonell emanował tak ogromną pewnością siebie, że chłopak zaczynał współodczuwać to doznanie niczym własne. Nigdy nie będzie tak silny jak jego partner. Nigdy nie przeistoczy lęków w coś więcej niż puste obietnice, to było silniejsze niż wszyscy próbowali mu wmówić. Dławił go strach, a żołądek wywracał się na nice, ale mógł to być również efekt długiej głodówki. Musiał się wyciszyć i wsłuchać w potrzeby serca, nie rozumu. Zbyt wiele czasu poświęcał na rozwijanie sfery mentalnej, niejednokrotnie zapominając o tej materialnej powłoce, która domagała się jego uwagi.

- Jak rany, ciągle płaczę... – odezwał się, ocierając powieki wierzchem rękawiczki. - Żaden ze mnie bohater, skoro rozklejam się jak dzieciak…

Ciepło ludzkich rąk na chłodnych policzkach stopniowo przywracało go do normalności. Patrzył w ukochane szmaragdowe oczy, dostrzegał łagodny uśmiech pod krótkim zarostem, chłonął pokrzepiającą pewność płynącą z drugiego ciała. Widział miłość, akceptację oraz ogrom wsparcia, jakiego mógł potrzebować teraz i w przyszłości. Col wierzył w niego. Wierzył we wszystko, co półsmok robił i wierzył w każdą jego decyzję, bez względu na konsekwencje jakie ze sobą niosły. Zwłaszcza tę jedną, kiedy za szansę wyrwania się z Twierdzy nieumyślnie zapłacił najwyższą cenę.

Makabryczne wizje nakładały się na rzeczywisty obraz człowieka, lecz niestrudzony chłopak zwalczał je jak zawziętego szkodnika. Były tylko projekcją jego umysłu, chorą fantazją, brutalną i bezwzględną w swojej dosłowności, a tuż przed nim znajdowało się żywe zaprzeczenie tych scen. Dotykało go i oddawało mu swe ciepło. Czuł na twarzy jego pobliźnione dłonie, obok siebie jego namacalną obecność i zapragnął poczuć go sobą tak mocno, że aż zrobiło mu się słabo, jakby to pragnienie wyssało z niego całą energię. Serce obijające się o żebra bolało niemiłosiernie, wzburzając krew w żyłach i wywracając jego nie do końca poukładany świat. Nie pojmował dlaczego odczuwa tak karygodnie prymitywne żądze w tak niewłaściwych miejscach i sytuacjach, ale nagliły go do działania nie mniej niż niezaspokojone potrzeby.

Wpatrzony w przesłonięte półcieniem oblicze kochanka złapał jego rękę i niespodziewanie pociągnął, zupełnie nie przejmując się rozmiękłą glebą pod plecami oraz umięśnionym ciałem go przygniatającym. Tuż pod szemrzącą wierzbą, pośród piękna przyrody przyciągnął jego twarz do swojej i zaciskając piekące powieki pocałował go z desperacją bliską rozpaczy. Nie chciał nazywać uczucia wnikającego pod jego skórę w trakcie zbliżenia, ponieważ bał się, iż raz nazwany stan zniknie na zawsze, pozostawiając wewnętrzną pustkę jeszcze głębszą niż ją zastał. To słodko-gorzkie uniesienie sprawiało zarówno ból, jak i dawało niewysłowioną przyjemność. Obcowanie w smutku z mężczyzną, którego kocha, było szaleństwem, wariactwem na jakie zdobywał się z niezrozumiałych przyczyn. I było ono równie satysfakcjonujące, jak nadciągający moment spełnienia.

Colonell inaczej postrzegał desperację chłopaka. Z ociąganiem przerwał chwilę wzbierającej namiętności, uniósł się na łokciach i przysunął bliżej Estiego, którego policzki zdążyły na nowo pokryć się lśniącą w księżycowym świetle warstewką. Wplątał palce obu rąk w czarne włosy i muśnięciami warg osuszał kolejne zbierające się w kącikach kocich oczu łzy. Wyczuwając zniecierpliwione palce w okolicy pasa ze sztyletami, nie szczędząc mu czułości ujął jego nadgarstki i odsunął drżące dłonie, tym samym przykuwając jego błagalny wzrok. Dotychczas nie sądził, że zdoła mu odmówić, lecz warunki były co najmniej niepewne, a dobrze pamiętał doprawionych alkoholem bywalców, którzy mogliby ich tutaj nakryć wychodząc za potrzebą.

- Nie zamierzam ci odpuścić tylko dlatego, że wybrałeś sobie złe miejsce na udowadnianie pewnych rzeczy! - Cola zaskoczyło brzmienie własnego głosu, mrocznego i niskiego, drżącego od tłumionego pożądania. - Znajdziemy lepsze, chodź.

Podniósł się i ciągnąc kochanka ku sobie, chwycił go za kark, wpijając się w jego usta z mocą zwiastującą niezapomniane doznania. Niemal odklejał od siebie rozpalonego do białości chłopaka, gdy pędem ruszał tam, skąd obaj przyszli.

Estowi zakręciło się w głowie od mnogości bodźców. Ciężko oddychając popatrzył na śniadą dłoń zaciskającą się na jego przegubie, potem przed siebie, na majaczące coraz bliżej światła gospody, aż wreszcie na przystrzyżony kark partnera niezmordowanie prącego w jedynym możliwym kierunku. Zabłocone ubrania były niepodważalnym dowodem ich obłędu, samospalenia, którego nic nie ostudzi, ani chłód nocnego wiatru, ani mijający czas. W tym momencie nie liczyła się piękna rozłożysta wierzba ani upiór uczepiony Aarima, nieistotne było nieodwzajemnione zauroczenie Leos oraz opinie obcych ludzi zasiadających przy stołach. Dla chłopaka najważniejszy był Colonell i ugaszenie palącego pragnienia, jakim było doświadczenie prawdziwości istnienia tego wyjątkowego człowieka, bez którego świat utraciłby kolory, a księżyc przeobraził w martwą lodową kulę górującą na niebie.

Pierwotne żądze pożerały go od środka, przerabiały jego wnętrzności na galaretowatą papkę, która, dygocząc, rozprzestrzeniała płomień na wszystkie kończyny. Był jak utkany z waty, drżał cały niczym w gorączce i nie miało to nic wspólnego z chłodnym powiewem pieszczącym odsłoniętą skórę ramion. Wrażenie nieuniknionego wybuchu pulsowało w jego ciele, a umysł na przemian funkcjonował na najwyższych obrotach i przestawał, nie mogąc się zdecydować, która opcja będzie dla niego najbardziej optymalna. Za nic nie dopuszczał do siebie narastającego gwaru głównej sali, a dudniący, nierówny szum w uszach odwracał jego uwagę od bezbarwnego otoczenia. Wciąż słyszał wibrujący podnieceniem baryton Cola. Na wspomnienie jego słów dreszcz przemknął mu wzdłuż kręgosłupa. Ledwie zarejestrował przekroczenie progu oberży, zaś uzupełniająca się mieszanina ostrych zapachów oraz ogłuszającego hałasu nie wywołała w nim najmniejszej reakcji. Potknął się o pierwszy stopień schodów prowadzących na piętra mieszkalne, następne przebywając równomiernymi krokami, na wpół ciągnięty przez kochanka, którego powściągliwość ulatniała się z każdym uderzeniem serca. Siła jego uścisku trzymała go w pionie, narzucała tempo i sam już nie wiedział czy urywane oddechy wydobywające się z ich ust były skutkiem wspinaczki na sam szczyt, czy raczej zapowiedzią prostej drogi do ekstazy.

Zręczne dłonie Cola prędko uporały się z zamkiem w drzwiach, które - ledwo zatrzaśnięte od wewnątrz - stały się podporą dla kipiącego pożądania. Brzęknął rzucony na podłogę klucz. Colonell pchnął Esta na drzwi i nie mogąc już dłużej się powstrzymać, udowodnił mu, jak bardzo jest rzeczywisty i jak bardzo rzeczywista jest jego miłość. Złapał za kołnierz czarnego bezrękawnika tuż przy jego szyi i trzymał, jakby od tego zależało jego życie, nie odpuszczając białym wargom ani na moment. Zwierzęce kły drasnęły jego język, co bynajmniej mu nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, ich ostrość nadawała zbliżeniu drapieżny posmak ryzyka. Nigdy nie mógł być pewien, kiedy poleje się krew. I do kogo będzie należała.

Owładnięty żarem namiętności człowiek nawet nie poczuł, kiedy gibki partner wyswobodził się z górnej części odzienia, które niby wylinka zwisało z zaciśniętej smagłej pięści. Col odrzucił koszulkę i oburącz sięgnął za głowę, by jednym płynnym ruchem zedrzeć z siebie bluzę. Po nagim karku rozpłynęły się muśnięcia smukłych palców, falami rozlewając się na barki i ramiona. Między nogami udo drażniło newralgiczny punkt, skutecznie prowokując dalsze działania. Dyszące białe usta dopełniały rozkosznej całości, unikając odpowiedzi na ponętne zaczepki. Col nie mógł tego tak zostawić. Wodzenie na pokuszenie nie skończy się dobrze dla drugiej strony miłosnego konfliktu. A on zawsze był zdobywcą, zawsze był zwycięzcą. Świat, w którym Colonell Niedźwiedziogrzywy nie upolował swej ofiary, po prostu nie miał prawa istnieć.

Est chętnie ulegał przewadze umiejętnego kochanka. Odkąd poznał fizyczny smak miłości, nie potrafił obejść się bez ogromnej dozy pieszczot równie delikatnych, co wyszukanych, których nie skąpił mu doświadczony partner. Miłość mogła być dzika, mogła wyrwać się spod kontroli, mogła być bolesna i w dwójnasób przyjemna, ale nie mogło się obyć bez stałych elementów, jak czuły dotyk, namiętność oraz szczerość.

W chwili, gdy wylądował plecami na twardym łóżku, niczego mu nie brakowało. Może za wyjątkiem ciepłego ubrania, jako że noc była chłodna, lecz przezorny kochanek pomyślał i o tym, przykrywając go swoim rozgrzanym ciałem. Wszystkie złe myśli, każda pojedyncza wątpliwość, strach zgromadzony w sercu zniknęły jak rozproszone zaklęcie, zastąpione wypełniającym go poczuciem bezpieczeństwa, szczęścia i akceptacji. Autentycznego spełnienia. Jedyny człowiek, którego kocha, żył, żyje i będzie żył.

Z tą świadomością Est poddawał się pieszczotom, aż stracił kontakt z rzeczywistością...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz