Kolejny dzień w drodze nie
zapowiadał żadnych rozrywek. Pękate chmury wisiały nisko nad ziemią, zwiastując
gwałtowną ulewę, a kapryśny wiatr porywał słowa strudzonych podróżników,
wymuszając na nich milczenie. Wyruszyli zaraz po śniadaniu, względnie wypoczęci
i pełni optymizmu, niestety kilka godzin w siodle skutecznie podminowało
nastroje, a zmienna aura nie pomogła w utrzymaniu dobrych relacji. Jechali
dwójkami kamienistą ścieżką wiodącą przez rozległe łąki i nawet kwiaty zszarzały
w oczach, kiedy z nieboskłonu spadły pierwsze krople.
Poirytowany Estalavanes łypnął ku pociemniałemu
niebu i pojedynczą myślą nakłonił żywioły do pomocy niemal tak samo jak wtedy, gdy
eskortowali Leos do Twierdzy. Wówczas nie zdawał sobie sprawy, że potrafi
dokonać tak niezwykłej sztuki - to pierwotne elementy przejęły inicjatywę.
Obecnie przyszło mu to z naturalną łatwością. Najwyraźniej wysiłek włożony w
opanowanie ostatniego żywiołu zaowocował głęboką więzią z otaczającymi go
siłami.
Wiatr trzymał deszcz z dala od nich,
tworząc wokół czwórki konnych małe oko cyklonu przechwytującego coraz gęściej padające
krople; wicher targał grzywami i ogonami wierzchowców oraz włosami i pelerynami
jeźdźców. Gniada klacz wraz ze srokatym ogierem przyzwyczajone już były do
nienaturalnych zjawisk i rżały cicho w reakcji na nagłą zmianę. Majestatyczny
Sen stąpał niewzruszony, natomiast młody kary rumak Esta wierzgał i parskał
nieustannie. Gryząc zajadle wędzidło, z trudem dawał się okiełznać.
- Twoje moce są niebywale przydatne,
Esti! - zawołał Colonell, przekrzykując wichurę. Wyprostował się w siodle, z
rozkoszą zaciągając wilgotnym powietrzem wolnym od deszczu. Po raz pierwszy od
wielu godzin radość zagościła na jego wytatuowanej twarzy, gdy z ożywieniem oglądał
taniec wiatru i wody. - Wspaniałe.
- Jak rany, powtarzasz to za każdym
razem, kiedy posługuję się żywiołami, by ułatwić sobie życie... - Est wywrócił
oczami, od niechcenia podążając za wzrokiem partnera. Płynny ruch na ustalonej wolą
granicy ukoił i jego napięte nerwy. - Ale masz rację, jest w tym coś wspaniałego.
- Estalavanesie, czy nie powinieneś
ograniczyć zużycia energii tajemnej? - Niczym nie zagłuszony głos Aarima
dobiegł z przodu kolumny, rozwiewając magiczny nastrój panujący między dwójką
najemników. - Myśl, iż podczas ewentualnej potyczki okażesz się kompletnie
nieprzydatny, jest mi nie w smak. Przemoczone ubrania oraz wierzchowce są ceną,
jaką jestem w stanie zapłacić za twoje wybitne zdolności bojowe.
Jak jeszcze przed momentem Est
irytował się na nudną podróż, tak teraz Aarim dorzucił swoje trzy tarcze do
ogółu jego frustracji. Już miał na koniuszku języka wyjątkowo złośliwą replikę,
jednak pohamował się na tyle, by kąśliwy komentarz pozostał wyłącznie echem
jego myśli. Mimo to zabarwione sarkazmem gładkie słówka popłynęły, z lekkością
trafiając do zainteresowanych ich rozmową słuchaczy.
- Aarimie, aktualnie nie zużywam ani
krztyny mocy, jako że nie-mogę-jej-zużywać - wycedził z goryczą. - To mnie
odróżnia od użytkowników magii, że nie potrafię formować, inkantować ani
manifestować zaklęć. Korzystam ze szczodrości żywiołów, lecz nie potrafię ich
stworzyć z esencji, nurtu, czy czego tam jeszcze. I zawczasu odpowiadam na
twoje następne pytanie: tak, próbowałem.
Est nie lubił być w centrum uwagi,
szczególnie gdy dotyczyło to czegoś tak osobistego. Czuł się jak dzieciak
pouczany przez nadopiekuńczego rodzica, a przynajmniej tak sobie to wyobrażał,
bo w praktyce nigdy tego nie doświadczył. Rozdrażniony skubał wodze i spod
zmarszczonych gniewnie brwi obserwował szerokie, okryte granatową peleryną
przeciwdeszczową plecy paladyna.
Z ukosa spostrzegł Leos obracającą
się w jego kierunku. Znajoma iskierka w ciemnoniebieskim oku wyrwała jęk z jego
gardła, bo był już bardziej niż pewien, że to dopiero początek uwierających go
pytań.
- Jak w takim razie pozbywasz się nadwyżki
esencji? - Niewinne spojrzenie czarodziejki prześlizgnęło się na jadącego obok Esta
przodownika, którego dwuznaczny uśmieszek błyskawicznie uciął temat. - Och,
nieistotne. Przepraszam.
Tego już było za wiele. Niczym od
ciosu w podbródek Est odchylił w tył głowę i zapatrzył się w czarne jak rozpacz
niebo. Lecące zeń ciężkie krople rozbijały się o szczelną zasłonę wiatru,
natychmiast porywane do przedziwnego tańca nurtem usłużnego powietrza. Chłopak
starał się opanować, ale naprawdę brakowało mu na to sił. Aarim go zdenerwował.
Leos również nie zostawiła na nim przysłowiowej suchej nitki. Nitki, którą Col
z lubością oderwał od całości bezczelnym chichotem, odjeżdżając na bezpieczną
odległość od wytrąconego z równowagi, osaczonego ze wszystkich stron półsmoka.
- I ty przeciwko mnie, Col?!
Zwiadowca mrugnął zadziornie do rozeźlonego
chłopaka.
- Po prostu odpowiedz, gadzinko. Co
w tym wstydliwego?
- Idź wyłysiej, durniu! Uwzięliście
się na mnie! - warknął Est. Colonell mógłby przysiąc, że jednocześnie w oddali usłyszał
huk gromu. - Proszę bardzo, chcecie, to macie! Nadwyżkę przekazuję Colonellowi!
Fizycznie! W piernatach! Zadowoleni?!
Naburmuszony i zażenowany odwrócił się
od dwóch sadystycznie przyglądających mu się par oczu. Zdruzgotany już więcej
się nie odezwał. Wszyscy bez wyjątku sprawili, że czuł przemożną chęć wciśnięcia
się w kąt i przeczekania najgorszego. Osaczony pragnął chwili samotności, a
skazany był na nieprzerwane towarzystwo, które zaczynało odbijać sobie na nim zmęczenie.
Był idealnym kozłem ofiarnym. Od dnia narodzin.
- Temat ten nie jest wystarczającym
powodem do strojenia żartów z Estalavanesa. - Stający w obronie uciśnionego
dzieciaka Aarim zerknął przez ramię na jadących z tyłu najemników. - Leos,
ciebie również o to proszę - dodał, spoglądając z reprymendą na czarodziejkę.
- Kiedy ja byłam tylko ciekawa! - tłumaczyła
się z urazą, niesłusznie oskarżona o podzielanie uszczypliwości przodownika. -
To Col robi sobie z tego żarty.
- Zatem obydwoje przestańcie. Czy
nie widzicie, iż jest to dla niego drażliwy temat? Zrozumcie jego stanowisko.
- Ale jak niemagiczny może
wykorzystać otrzymaną esencję? - zastanawiała się Leos. Jej nadąsana piegowata
twarzyczka ponownie przybrała ten charakterystyczny dla niej wyraz
zaciekawienia. - Czarodzieje mówią o tym z odrazą, twierdząc, że magiczni pod
żadnym pozorem nie powinni łączyć się z niemagicznymi.
- Wygląda na to, że może - wtrącił
się Col, nie zmniejszając dystansu Gniadej od pozostałych koni. - Ja jeszcze
żyję. I mam się całkiem nieźle. A czarodzieje niech pukną się w czoła z tą
swoją obsesją na punkcie magii, bo na zdrowie im to nie wychodzi.
- Gwoli wyjaśnienia – odezwał się Aarim
z zaciętą miną podobną zniechęceniu, jak gdyby dyskusja testowała i jego
cierpliwość. - Energia zwana tajemną wiąże się z energią fizyczną organizmów
niemagicznych. Owo połączenie powoduje całkowity rozpad obu energii w
naturalny, poniekąd inwazyjny sposób, wywołując efekty uboczne w postaci wycieńczenia
oraz oszołomienia. Przy nadmiernych ilościach energii dochodzi do wstrząsu
metafizycznego: stanu zbliżonego do wstrząśnienia mózgu bądź szoku pourazowego.
Nie odnotowano przypadków śmiertelnych, a przynajmniej ja o takowych nie
słyszałem.
Kontynuując wywód, rycerz Zakonu
Paladynów odciągnął uwagę od dręczonego Esta. Chętnie udzielał odpowiedzi na
nurtujące Małą Niedźwiedzicę pytania, toteż bez wahania zadawała ona kolejne i
kolejne, dzięki czemu lepiej znosiła niewygodną pozycję na grzbiecie łaciatego
konia. Aarim dał się poznać jako zaskakująco miły towarzysz podróży i chociaż
nie uzewnętrzniał emocji, piromantka w niewielkim stopniu potrafiła już
odgadnąć jego nastroje, z czego była tycią odrobinkę dumna.
Za to Est, wściekły jak osa, groził
pogryzieniem wyciągniętej na zgodę dłoni w rękawicy strzeleckiej. Col uwielbiał
go zawstydzać i urządzać podśmiechujki, czym doprowadzał chłopaka na skraj
wytrzymałości. Est miał ochotę nagadać mu do słuchu, wiedział jednak, że będzie
to strzępienie języka na darmo. I mimo że gniew rozdzierał go od środka, to
wolał zachować nieprzyjemne słowa dla siebie, aniżeli powiedzieć coś, czego
mógłby potem długo żałować. Nie lubił się kłócić. Wszelkie awantury uznawał za
bezsensowną stratę i tak krótkiego czasu, jaki im pozostał. Choć Col bywał
nieznośny, to Est nie chciał, aby kiedykolwiek się zmieniał.
Est uspokoił się, gdy jego zdrowy
rozsądek dotarł do pogrążonego w smutku serca, łagodząc zalegające we wnętrzu
napięcie. Naprawdę nie było o co się złościć. Znów brał wszystko do siebie i niepotrzebnie
się przejmował. Przecież ich relacja była paladynowi oraz czarodziejce znana.
Oboje byli bystrzy i domyślni, więc czy powie to na głos, czy też nie, niczego
nie zmieni ani nie wpłynie na to, jak go postrzegają. Skoro nie widzi nic złego
w związku z Colem, dlaczego inni mieliby widzieć? Niestety, w niedalekiej przyszłości
czeka ich powrót do życia w ukryciu, lecz było już za późno na cofnięcie raz
podjętej decyzji o opuszczeniu bezpiecznej Twierdzy. Est nie zamierzał tego żałować.
Nawet jeżeli otwierała się przed nimi przepaść, a jutro nie przyniesie nic dobrego,
to wciąż mieli to, co najważniejsze: siebie nawzajem oraz nieprzemijalne
uczucie, które jak ogień rozpraszało cienie lęków i obaw, napełniało krzepiącym
ciepłem, a także dodawało sił, kiedy jeden z nich uginał się pod presją
otoczenia lub wydarzeń.
Nie zaszczycając ukochanego
spojrzeniem, Est uścisnął wyciągniętą na przeprosiny dłoń. Nadal udając
obrażonego splótł białe palce z palcami o ciemnej skórze i trzymał mocno, poza
zasięgiem wzroku jadących na przedzie przyjaciół. Chciał, żeby ta chwila
trwała. Bał się, że gdy tylko go puści, to wszystko okaże się jedynie snem.
Nie on jeden się tego obawiał.
Spokorniały Colonell również nie chciał wyplątywać się z uścisku jako pierwszy.
Podjechał nieco bliżej, uniósł dłoń chłopaka do ust, lekko ją ucałował i
dopiero wtedy puścił.
Intensywne spojrzenia, jakie
wymienili, mówiły wszystko. Nie potrzebowali słów by wyrazić to, co chcieli sobie
przekazać i uważali to za najpiękniejsze doświadczenie, jakie ze sobą dzielili.
Cienka nić porozumienia pomiędzy nimi dwoma powiększała się z każdym dniem.
Pajęcza nić przeistaczała się powoli w utkaną z hartowanej stali linę stabilnie
łączącą dwa umysły oraz dwa serca, oplatała ich i tworzyła doskonałą jedność z
dwóch zupełnie niezależnych osobowości. W takich sytuacjach Est wierzył, że śmierć
partnera zakończyłaby i jego żywot. Miłość do człowieka była równie kreatywna,
co destruktywna i tylko od niego samego zależało, jak pokieruje tym uczuciem.
***
Tym razem postanowili zrobić krótki
postój wśród mokrego kwiecia bezkresnej łąki. Deszcz przestał padać godzinę
temu, zamieniając powietrze w lepką mgłę wznoszącą się nad wysoką, przesyconą
słodkim aromatem trawę. Rozmokła ziemia na wydeptanej dróżce stała się błotkiem
cmokającym przy każdym kroku, jednak nikt nie uskarżał się na te niedogodności.
Zeszli z siodeł i rozprostowali zesztywniałe mięśnie. Ostatecznie zdecydowali się
przebyć kawałek trasy pieszo, prowadząc wierzchowce wąską ścieżką. Był to dobry
pomysł, rzeczywiście odpoczęli pokonując w ten sposób parę kilometrów. Konie
wydawały się nie mniej zadowolone, kiedy ich grzbiety wolne były od ciężaru, a
pyski okazjonalnie chwytały kępy soczystej koniczyny, chrapami trącając opasłe
trzmiele.
Lekko odziani podróżnicy byli w tym
momencie w pełni odsłonięci, lecz zagrożenie byłoby tu równie widoczne. Dziko
rosnąca trawa nie stanowiła kryjówki ani dla ludzi, ani dla zwierząt. A co
innego mogłoby tu na nich czekać? Aarim niczego nie wykrywał, Colonell także nie
dojrzał śladów świadczących o obecności drapieżników, toteż swobodnie brodzili
w rozkołysanych, skrzących się rosą źdźbłach.
Humory polepszyły się wraz z poprawą
pogody, jak gdyby promienie słońca wyzierające zza chmur miały zbawienny wpływ
na jeźdźców. Popołudnie i wczesny wieczór mijały na pogawędkach konsekwentnie
omijających temat Esta, zdominowanych przez zabawne historie, którymi Col sypał
jak z rękawa. W przeciwieństwie do oblubieńca był duszą towarzystwa - doskonale
radził sobie w blasku powszechnej uwagi i bez względu na okoliczności nie tracił
rezonu, zachowując zimną krew i tnąc celnymi ripostami. Est na palcach jednej
ręki mógł policzyć sytuacje, w których Col dał się publicznie ponieść emocjom.
Półsmok nie miał powodów do narzekań.
Wolał przebywać w cieniu ekstrawertycznego przyjaciela i słuchać anegdot z
życia mieszkańców Twierdzy, plotek zasłyszanych w gospodzie czy przekomarzań z
buńczuczną czarodziejką. Teraz odciął się od toczonych wokół rozmów. Martwiło
go, dokąd dotrą w swojej pielgrzymce, czego dokonają, zanim polegną na polu
bitwy i gdzie rzuci ich los. Opuścili warownię Niedźwiedzi zaledwie pięciodzień
temu a odnosił wrażenie, że od tamtej pory minął miesiąc. Myślał że będzie
tęsknił, ale nie odczuwał niczego podobnego. Jedyne, co w sobie nosił, to
dziwną pustkę. W końcu był wolny. Ale czy wolność nie powinna smakować inaczej?
Lepiej? Czym właściwie jest wolność? I co najistotniejsze, czy umiał ją
rozpoznać...? Ostatecznie skonstatował, że wolność to tylko utopijna mrzonka.
Nikt nigdy nie będzie wolny, prawdopodobnie nawet po śmierci.
I kiedy wszyscy wesoło spędzali
czas, Est zatonął w ponurych rozważaniach, a wątpliwości w jego sercu puszczały
coraz więcej korzeni.
***
Następna noc w drodze ku
Aneil’Aranth gwarantowała nocleg pod dachem, za zamkniętymi drzwiami i z
żołądkami wypełnionymi ciepłym posiłkiem. Gospoda „Pod Siwym Dymem”, biorąca swoje miano od całorocznego szarego
obłoku wydobywającego się z komina, była niewyszukaną budowlą. Kilkupiętrowa prostokątna
konstrukcja zwieńczona spadzistym dachem wykończona była bez polotu, lecz prezentowała
się lepiej niż poprzednia. I wnioskując po zajętych boksach w stajni, gościła
więcej przyjezdnych, przez co najem pokoi wydawał się niemożliwy. Na szczęście
dla czwórki podróżnych czarny scenariusz nie spełnił się, właściciele mieli do
dyspozycji sporo wolnych łóżek, które Aarim najął bez zbędnych negocjacji. Nie
był co prawda zadowolony z rozdzielenia drużyny, ale nie miał innego wyjścia,
jak przekazać odliczoną kwotę w ręce ukontentowanego gospodarza.
Est przestał ukradkiem rozglądać się
po gwarnej sali i nadstawił ucha. Wciąż był obiektem niechcianego
zainteresowania, więc zrobiłby wszystko, by móc skupić się na czymś innym,
choćby na samopoczuciu towarzyszy. Cień przemykający przez opanowane oblicze
paladyna wzbudził jego czujność. Nawet nie próbował rozpoznać tego prawie
niezauważalnego grymasu, niemniej skoncentrował się na jego osobie, by nie
uronić ani jednego wypowiedzianego przezeń słowa. Aarim rzadko bywał
dociekliwy, teraz jednak, przy okazji rozmowy o interesach, pociągnął karczmarza
za język.
Siwiejący szczupły mężczyzna w
schludnej koszuli zdawał się nie dostrzegać zbieżności pogłosek oraz sygnałów,
które szlachetnego młodzieńca w barwach Zakonu Paladynów raziły niby
ostrzegawczy pocisk rozświetlający noc. Jak wynikało z jego opowieści, znana w
tych stronach grupa kupców morskich podążających z Ognistego Haka na północ, ku
Srebrzystym Szczytom, nie pojawiła się o czasie. Regularnie wynajmowali oni kwatery
„Pod Siwym Dymem”, gdzie mieli ulubione pokoje i chociaż wypatrywano ich na
gościńcach od ponad dwóch dni, nic nie wskazywało na to, że się zjawią.
Karczmarz słusznie założył, że tym bardziej nie przyjadą dzisiejszej nocy,
ponieważ swoim zwyczajem nie wędrowali oni po zachodzie słońca, które już dawno
zniknęło za horyzontem. Dość miał czekania, bo puste izby oznaczały wyłącznie
straty, więc chętnie odstąpił cztery z nich bratu zakonnemu.
Spracowany człowiek o zmęczonych
oczach i życzliwej twarzy nie zwrócił większej uwagi na wygląd gościa. Być może
wtedy przejrzałby kryjącą się za symbolami Tarthosa tożsamość paladyna i w swoim
nieskalanym podejrzliwością rozumie dodał dwa do dwóch z zasłyszanych wieści. Książę
Aarim nie wyprowadzał jednak poddanego z błędu. Podziękował za pokoje oraz
poświęcony na pogawędkę czas i utrzymując dalsze pozory, z roztargnieniem
dopytał o koszt paszy dla koni, a gdy dowiedział się już wszystkiego i odebrał
klucze wraz z dokładnym objaśnieniem, które pomieszczenia należą do nich i na
którym piętrze ich szukać, razem z pozostałymi zaniósł torby na górę. Nie
podejrzewał, że czujne oczy i uszy półsmoka śledziły przebieg rozmowy z ujęciem
najdrobniejszych szczegółów, uwzględniając wszelkie subtelne zmiany w mimice
oraz tonie zadziwiająco rozmownego rycerza.
Aarim perfekcyjnie ukrywał niepokój
za fasadą chłodnej obojętności typowej znużonemu podróżnikowi, lecz Est bez
trudu wyłapywał elementy układające się w spójną całość. Jeżeli istniała na tym
świecie siła mogąca w tak zauważalny sposób rozstroić tego pozbawionego uczuć
potwora, to chłopak wolał sobie nie wyobrażać, jaka jest jej prawdziwa natura.
Niebianin nie sprawiał wrażenia przestraszonego, ale to, co półsmok poczuł w
żołądku, nie mogło być niczym innym niż panicznym lękiem.
Pod pretekstem odetchnięcia nocnym
powietrzem Est wymknął się z kwatery, w której zebrali się jego przyjaciele i
skierował dwa piętra niżej, do wielkiej sali. Tam, odprowadzany krzywymi
spojrzeniami i złowrogimi pomrukami, przemaszerował prosto do wyjścia z
gospody. Musiał czym prędzej oddalić się od tego odstręczającego miejsca wywołującego
przykre wspomnienia. Dusił się uwięziony między czterema ścianami
przypominającej noclegownię oberży, męczyła go ciągła obecność tak towarzyszy,
jak i zupełnie obcych ludzi. Natarczywe myśli napływały zewsząd niczym
wygłodniałe rekiny lgnące do dryfującego rozbitka. Skubały go, nękały i skłaniały
do reakcji, na jakie nie mógł sobie pozwolić, aż nogi poniosły go poza łunę
bijącą z okien i latarni rozstawionych wokół budynku, między stare drzewa
pobliskiego skweru posrebrzonego blaskiem księżyca oraz gwiazd osłabiającym nocne
widzenie.
Est zatrzymał się nagle. Wiedziony niejasnym
przeczuciem wzmógł czujność i ostrożnie obrócił się, wzrokiem przeczesując
ciemności zalegające na obrzeżach pola widzenia. Gdzieś tu czaił się
prześladowca Aarima, nocna zmora zrodzona z koszmaru. Tym razem Est go nie
wyczuł, lecz był przekonany, że upiór znajduje się nieopodal oberży.
Dreszcz wstrząsnął chłopakiem, kiedy
wyblakłe wizje starły się z jego trzeźwym umysłem. Wziął się wreszcie w garść, wychodząc
na zieleniec otoczony szumiącymi z cicha drzewami. Zignorował koślawą ławkę
skleconą z bejcowanych desek i oparł się plecami o szeroki pień najokazalszej z
rosnących tu wierzb. Jej uginające się od listowia witki falowały w takt letniego
powiewu wydając przejmujący, słodko zawodzący szmer. Est popatrzył w antracytowe
sklepienie zasnute kilkoma obłokami i rojem śpiewających listków. Owady krążyły
wśród nich z miękkim furkotem i głuchym brzęczeniem. Spokój powracał do niego wraz
z rytmem harmonijnych odgłosów; cisza wybrzmiewała różnorodnością dźwięków, które
tylko przyroda mogła z siebie wydać, działając jak balsam na jego zszargane
nerwy.
Odkąd wyruszyli, nie miał ani chwili
prywatności: Aarim stale miał na niego baczenie, absorbująca Leos była
nieznośnie blisko, natomiast Colonella bezwarunkowo potrzebował. Sama podróż w
siodle nie wyczerpywała go tak bardzo, jak bezustanne towarzystwo osób
trzecich, od których nie mógł się uwolnić. Był na nich skazany, tak jak oni
skazani byli na niego i jego gwałtowne odchylenia od utartej normy. Nigdy by
nie przypuszczał, że stanie się to aż takim problemem, ale rzeczywistość po raz
kolejny zweryfikowała jego naiwne wyobrażenia. Jedynym, czego pragnął, była samotność:
możliwość medytacji oraz wykonania krótkiej serii ćwiczeń dla pobudzenia
pamięci ciała. To wszystko musiało niestety poczekać na lepsze czasy. Pośpiech
determinował ich czyny, a Est zobowiązany był słuchać poleceń zleceniodawcy i
stosować się do nich kosztem własnych potrzeb. Od tego mogło zależeć jego
życie. A od jego życia zależeć mogły pozostałe trzy.
Przymknął oczy i wystawił policzki
na głaszczący skórę wiatr oraz zimne światło odległych ciał astralnych. Wciągnął
w płuca rześkie powietrze niosące zapach zroszonej deszczem zieleni i z
radością wsłuchał się we wszechobecne popisy świerszczy. Przytłaczające go
wrażenia tłocznej gospody, bólu związanego z ćwiczeniami mentalnymi oraz troski
o ich wspólne jutro zdawały się teraz minionym snem blednącym w obliczu
mrugającego doń bezliku. I do szczęścia brakowało mu już tylko mężczyzny,
którego ciche kroki wystukiwały urzekającą melodię na wilgotnym poszyciu.
Zawsze we właściwym miejscu. Zawsze
na czas.
Est rozchylił powieki, kątem oka
dostrzegając niespiesznie zbliżający się kształt, ledwo obrys pośród odcieni
szarości. Z fascynacją obserwował swobodę, z jaką bezgłośnie poruszał się
człowiek pośród naturalnych pułapek czekających na nierozważny ruch z jego
strony. I chociaż usłyszał go na długo zanim go zauważył, to i tak było to
ogromne osiągnięcie dla przedstawiciela tak energicznej i porywczej rasy.
Colonell stanął tuż przy nim i
powędrował za jego wzrokiem, spoglądając na niewidzialny punkt pomiędzy koroną
wierzby a roziskrzonymi gwiazdami. Ponownie skupił się na białej twarzy do
połowy spowitej cieniem powiewających liści. Nie odrywał pełnego podziwu
spojrzenia od miękkich rysów, zgrabnego nosa, delikatnych warg i lśniących
zielenią ogromnych oczu, z których tak dużo mógł wyczytać bez wiedzy ich
posiadacza.
Nie odzywali się; żaden z nich nie zamierzał
rozpraszać tej wyjątkowej chwili zbędnymi słowami. Wiele ich cisnęło się
człowiekowi na usta, lecz postanowił przekazać inicjatywę temu, który budził w
nim tak jednoznaczne uczucia. Szorstkimi opuszkami musnął gładki policzek dla
zaznaczenia swojej obecności i przeszedł parę metrów, by usiąść plecami do
zapatrzonego w migoczący firmament chłopaka. Dla postronnego obserwatora taki widok
mógł wydawać się dziwaczny, jednak dla Esta był oczywistym zaproszeniem do zwierzeń
tak intymnych, że wymagały specjalnych warunków.
Jedno spojrzenie na przygarbionego
zwiadowcę skubiącego palcami mokrą trawę wystarczyło, by ciepło opływające szczupłe
ciało znalazło odbicie w lekkim uniesieniu kącików ust. Est odepchnął się od
chropowatego pnia i czyniąc więcej hałasu niż się spodziewał, podszedł do
przyjaciela, by ulokować się tuż za nim.
- To jeden z pomysłów, za który cię kocham
- oświadczył, opierając się plecami o plecy Cola. Podciągnąwszy kolana pod
brodę, objął je ramionami. Wpatrywał się w cudowny nieład panujący wysoko nad nimi,
a nieśmiały uśmiech wyraźniej wygiął jego białe wargi. - Zawsze tak siadałeś,
kiedy chciałeś, żebym się na ciebie otworzył. Dzięki temu nie musiałem patrzeć
ci w oczy gdy opowiadałem o tym, co mnie akurat gnębiło. Mogłem być sobą.
Poczuć jak to jest, kiedy bez skrępowania mówi się o wszystkim.
- A ja mogłem się w tobie
podkochiwać bez ryzyka wykrycia. Chociaż nie dostrzegłbyś moich uczuć, nawet
jakbym je sobie wyrył na czole! – zachichotał Col.
Chwycił nad ramieniem końcówkę szpiczastego
ucha i leciutko pociągnął, zachęcając chłopaka do ułożenia głowy na jego
barkach.
- W końcu jesteśmy sami - wyszeptał
niczym podziękę za wysłuchaną modlitwę.
Teraz już Est uśmiechał się szeroko.
Rozparty wygodnie na okrytych bluzą plecach ulubionego człowieka, będących dlań
podporą dosłownie i w przenośni, przypomniał sobie wcale nie tak odległe czasy
sięgające pomylonych początków ich burzliwej znajomości.
- Jak rany, czuję się jakby… jakby
minęło ze sto lat odkąd ujrzeliśmy się po raz pierwszy.
- A tu nieco ponad rok.
- Ludzie naprawdę szybko żyją.
- Wydaje ci się, dzieciaku. Masz
piętnaście lat…
- Szesnaście.
-
...wyglądasz na dwadzieścia pięć i w ciągu roku przeżyłeś więcej niż
przez doczesny żywot. Nie mów mi, że to ludzie szybko żyją.
Mimo usilnych starań Colonell nie
zachował poważnego, pouczającego tonu. Kiedy wcielał się w rolę, doprowadzał ją
do perfekcji, lecz przy Estim tego nie potrafił, jakby chciał być prawdziwym
sobą wyłącznie dla niego. Jakby tylko on jeden wart był jego czułej i opiekuńczej
strony.
- Gdyby nie ty – odparł Est - nie
przeżyłbym tego wszystkiego. W ogóle bym nie żył, tylko egzystował bez celu.
Dopiero ty nadałeś mojemu życiu sens. Bez ciebie moje życie... – jego głos
załamał się przy ostatnim zdaniu. Ścisnęło go w gardle tak mocno, że musiał odchrząknąć.
Szybkim mruganiem przepędził szczypiące łzy, ale stawał się bezradny wobec naporu
nagromadzonych emocji i w ostateczności użył nadgarstka do otarcia powiek. -
Col, dlaczego tak bardzo się boję? Co takiego świat w sobie ma, że tak mnie przeraża?
Nic nie mówiąc, zwiadowca odepchnął
się od pleców zaklinacza i wstał, otrzepując skórzane spodnie, by przyklęknąć na
wprost niego - drżącego, kurczowo obejmującego kolana. Przewidział taki obrót
spraw, przecież jego długouchy partner nie był typem samotnika, choć za takiego
się uważał. Colonell znał prawdę i wiedział, że przychodząc tutaj, dopełnia złożonej
przysięgi. I będzie to robił, gdy tylko zajdzie taka konieczność. Był potrzebny
i chciał być potrzebny. A nikomu nie był tak potrzebny, jak temu zbyt prędko
rzuconemu na głęboką wodę dzieciakowi, który wciąż nie umiał odnaleźć się w zawiłościach
emocjonalnej dojrzałości.
Pochylił się, kładąc dłoń na śliskim
od łez policzku. Włożył w swój głos tyle opanowania oraz spokoju, że jego ciche
słowa zabrzmiały ciepło i kojąco, jak rozgrzewające tchnienie w zimowy wieczór.
- Świat nie jest bezpiecznym
miejscem, Esti. Nawet ja się go boję, choć tego nie okazuję. I w porównaniu z
tobą miałem mnóstwo czasu, żeby poradzić sobie ze strachem.
Czułym gestem starł łzę z białego
policzka.
Czy naprawdę byłem do niego podobny? - zastanawiał się. Czy naprawdę różni nas więcej niż tylko
rasa?
Aby podtrzymać łagodzący niepokoje
ton, Col musiał wyzbyć się wątpliwości. Smutny uśmiech zakwitł na jego ustach.
- Nauczyłem się obracać strach w
gniew, a im bardziej się bałem, tym groźniejszy się stawałem, jak gdyby to
brutalna siła mogła pokonać moje lęki i tych, których się bałem. A kiedy się o
tym przekonałem, to przestałem się bać. I poczułem się, jakby ogromny ciężar
spadł mi z barków. - Objął dłońmi twarz chłopaka i zajrzał w szkliste skaleonie
ślepia. - A teraz znów się boję, Esti. I nie kogoś, lecz o kogoś. I wiem, że
ten strach mogę przekuć w potężny oręż, który pomoże mi walczyć ze wszystkim,
co ci zagrozi. I wtedy boję się trochę mniej.
Est przełknął łzy i zmrużył oczy.
Colonell emanował tak ogromną pewnością siebie, że chłopak zaczynał
współodczuwać to doznanie niczym własne. Nigdy nie będzie tak silny jak jego
partner. Nigdy nie przeistoczy lęków w coś więcej niż puste obietnice, to było
silniejsze niż wszyscy próbowali mu wmówić. Dławił go strach, a żołądek
wywracał się na nice, ale mógł to być również efekt długiej głodówki. Musiał
się wyciszyć i wsłuchać w potrzeby serca, nie rozumu. Zbyt wiele czasu
poświęcał na rozwijanie sfery mentalnej, niejednokrotnie zapominając o tej materialnej
powłoce, która domagała się jego uwagi.
- Jak rany, ciągle płaczę... – odezwał
się, ocierając powieki wierzchem rękawiczki. - Żaden ze mnie bohater, skoro
rozklejam się jak dzieciak…
Ciepło ludzkich rąk na chłodnych
policzkach stopniowo przywracało go do normalności. Patrzył w ukochane szmaragdowe
oczy, dostrzegał łagodny uśmiech pod krótkim zarostem, chłonął pokrzepiającą pewność
płynącą z drugiego ciała. Widział miłość, akceptację oraz ogrom wsparcia,
jakiego mógł potrzebować teraz i w przyszłości. Col wierzył w niego. Wierzył we
wszystko, co półsmok robił i wierzył w każdą jego decyzję, bez względu na
konsekwencje jakie ze sobą niosły. Zwłaszcza tę jedną, kiedy za szansę wyrwania
się z Twierdzy nieumyślnie zapłacił najwyższą cenę.
Makabryczne wizje nakładały się na
rzeczywisty obraz człowieka, lecz niestrudzony chłopak zwalczał je jak
zawziętego szkodnika. Były tylko projekcją jego umysłu, chorą fantazją,
brutalną i bezwzględną w swojej dosłowności, a tuż przed nim znajdowało się
żywe zaprzeczenie tych scen. Dotykało go i oddawało mu swe ciepło. Czuł na
twarzy jego pobliźnione dłonie, obok siebie jego namacalną obecność i zapragnął
poczuć go sobą tak mocno, że aż zrobiło mu się słabo, jakby to pragnienie
wyssało z niego całą energię. Serce obijające się o żebra bolało niemiłosiernie,
wzburzając krew w żyłach i wywracając jego nie do końca poukładany świat. Nie
pojmował dlaczego odczuwa tak karygodnie prymitywne żądze w tak niewłaściwych
miejscach i sytuacjach, ale nagliły go do działania nie mniej niż niezaspokojone
potrzeby.
Wpatrzony w przesłonięte półcieniem oblicze
kochanka złapał jego rękę i niespodziewanie pociągnął, zupełnie nie przejmując
się rozmiękłą glebą pod plecami oraz umięśnionym ciałem go przygniatającym. Tuż
pod szemrzącą wierzbą, pośród piękna przyrody przyciągnął jego twarz do swojej
i zaciskając piekące powieki pocałował go z desperacją bliską rozpaczy. Nie
chciał nazywać uczucia wnikającego pod jego skórę w trakcie zbliżenia, ponieważ
bał się, iż raz nazwany stan zniknie na zawsze, pozostawiając wewnętrzną pustkę
jeszcze głębszą niż ją zastał. To słodko-gorzkie uniesienie sprawiało zarówno
ból, jak i dawało niewysłowioną przyjemność. Obcowanie w smutku z mężczyzną,
którego kocha, było szaleństwem, wariactwem na jakie zdobywał się z
niezrozumiałych przyczyn. I było ono równie satysfakcjonujące, jak nadciągający
moment spełnienia.
Colonell inaczej postrzegał desperację
chłopaka. Z ociąganiem przerwał chwilę wzbierającej namiętności, uniósł się na
łokciach i przysunął bliżej Estiego, którego policzki zdążyły na nowo pokryć
się lśniącą w księżycowym świetle warstewką. Wplątał palce obu rąk w czarne
włosy i muśnięciami warg osuszał kolejne zbierające się w kącikach kocich oczu
łzy. Wyczuwając zniecierpliwione palce w okolicy pasa ze sztyletami, nie
szczędząc mu czułości ujął jego nadgarstki i odsunął drżące dłonie, tym samym przykuwając
jego błagalny wzrok. Dotychczas nie sądził, że zdoła mu odmówić, lecz warunki
były co najmniej niepewne, a dobrze pamiętał doprawionych alkoholem bywalców,
którzy mogliby ich tutaj nakryć wychodząc za potrzebą.
- Nie zamierzam ci odpuścić tylko
dlatego, że wybrałeś sobie złe miejsce na udowadnianie pewnych rzeczy! - Cola
zaskoczyło brzmienie własnego głosu, mrocznego i niskiego, drżącego od
tłumionego pożądania. - Znajdziemy lepsze, chodź.
Podniósł się i ciągnąc kochanka ku
sobie, chwycił go za kark, wpijając się w jego usta z mocą zwiastującą
niezapomniane doznania. Niemal odklejał od siebie rozpalonego do białości
chłopaka, gdy pędem ruszał tam, skąd obaj przyszli.
Estowi zakręciło się w głowie od mnogości
bodźców. Ciężko oddychając popatrzył na śniadą dłoń zaciskającą się na jego
przegubie, potem przed siebie, na majaczące coraz bliżej światła gospody, aż wreszcie
na przystrzyżony kark partnera niezmordowanie prącego w jedynym możliwym
kierunku. Zabłocone ubrania były niepodważalnym dowodem ich obłędu,
samospalenia, którego nic nie ostudzi, ani chłód nocnego wiatru, ani mijający
czas. W tym momencie nie liczyła się piękna rozłożysta wierzba ani upiór uczepiony
Aarima, nieistotne było nieodwzajemnione zauroczenie Leos oraz opinie obcych
ludzi zasiadających przy stołach. Dla chłopaka najważniejszy był Colonell i
ugaszenie palącego pragnienia, jakim było doświadczenie prawdziwości istnienia
tego wyjątkowego człowieka, bez którego świat utraciłby kolory, a księżyc przeobraził
w martwą lodową kulę górującą na niebie.
Pierwotne żądze pożerały go od
środka, przerabiały jego wnętrzności na galaretowatą papkę, która, dygocząc, rozprzestrzeniała
płomień na wszystkie kończyny. Był jak utkany z waty, drżał cały niczym w
gorączce i nie miało to nic wspólnego z chłodnym powiewem pieszczącym
odsłoniętą skórę ramion. Wrażenie nieuniknionego wybuchu pulsowało w jego
ciele, a umysł na przemian funkcjonował na najwyższych obrotach i przestawał, nie
mogąc się zdecydować, która opcja będzie dla niego najbardziej optymalna. Za
nic nie dopuszczał do siebie narastającego gwaru głównej sali, a dudniący,
nierówny szum w uszach odwracał jego uwagę od bezbarwnego otoczenia. Wciąż
słyszał wibrujący podnieceniem baryton Cola. Na wspomnienie jego słów dreszcz przemknął
mu wzdłuż kręgosłupa. Ledwie zarejestrował przekroczenie progu oberży, zaś
uzupełniająca się mieszanina ostrych zapachów oraz ogłuszającego hałasu nie
wywołała w nim najmniejszej reakcji. Potknął się o pierwszy stopień schodów
prowadzących na piętra mieszkalne, następne przebywając równomiernymi krokami, na
wpół ciągnięty przez kochanka, którego powściągliwość ulatniała się z każdym uderzeniem
serca. Siła jego uścisku trzymała go w pionie, narzucała tempo i sam już nie
wiedział czy urywane oddechy wydobywające się z ich ust były skutkiem wspinaczki
na sam szczyt, czy raczej zapowiedzią prostej drogi do ekstazy.
Zręczne dłonie Cola prędko uporały
się z zamkiem w drzwiach, które - ledwo zatrzaśnięte od wewnątrz - stały się
podporą dla kipiącego pożądania. Brzęknął rzucony na podłogę klucz. Colonell pchnął
Esta na drzwi i nie mogąc już dłużej się powstrzymać, udowodnił mu, jak bardzo
jest rzeczywisty i jak bardzo rzeczywista jest jego miłość. Złapał za kołnierz
czarnego bezrękawnika tuż przy jego szyi i trzymał, jakby od tego zależało jego
życie, nie odpuszczając białym wargom ani na moment. Zwierzęce kły drasnęły
jego język, co bynajmniej mu nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, ich ostrość
nadawała zbliżeniu drapieżny posmak ryzyka. Nigdy nie mógł być pewien, kiedy
poleje się krew. I do kogo będzie należała.
Owładnięty żarem namiętności
człowiek nawet nie poczuł, kiedy gibki partner wyswobodził się z górnej części
odzienia, które niby wylinka zwisało z zaciśniętej smagłej pięści. Col odrzucił
koszulkę i oburącz sięgnął za głowę, by jednym płynnym ruchem zedrzeć z siebie
bluzę. Po nagim karku rozpłynęły się muśnięcia smukłych palców, falami rozlewając
się na barki i ramiona. Między nogami udo drażniło newralgiczny punkt,
skutecznie prowokując dalsze działania. Dyszące białe usta dopełniały
rozkosznej całości, unikając odpowiedzi na ponętne zaczepki. Col nie mógł tego
tak zostawić. Wodzenie na pokuszenie nie skończy się dobrze dla drugiej strony
miłosnego konfliktu. A on zawsze był zdobywcą, zawsze był zwycięzcą. Świat, w
którym Colonell Niedźwiedziogrzywy nie upolował swej ofiary, po prostu nie miał
prawa istnieć.
Est chętnie ulegał przewadze umiejętnego
kochanka. Odkąd poznał fizyczny smak miłości, nie potrafił obejść się bez
ogromnej dozy pieszczot równie delikatnych, co wyszukanych, których nie skąpił
mu doświadczony partner. Miłość mogła być dzika, mogła wyrwać się spod
kontroli, mogła być bolesna i w dwójnasób przyjemna, ale nie mogło się obyć bez
stałych elementów, jak czuły dotyk, namiętność oraz szczerość.
W chwili, gdy wylądował plecami na
twardym łóżku, niczego mu nie brakowało. Może za wyjątkiem ciepłego ubrania,
jako że noc była chłodna, lecz przezorny kochanek pomyślał i o tym, przykrywając
go swoim rozgrzanym ciałem. Wszystkie złe myśli, każda pojedyncza wątpliwość,
strach zgromadzony w sercu zniknęły jak rozproszone zaklęcie, zastąpione
wypełniającym go poczuciem bezpieczeństwa, szczęścia i akceptacji.
Autentycznego spełnienia. Jedyny człowiek, którego kocha, żył, żyje i będzie
żył.
Z tą świadomością Est poddawał się
pieszczotom, aż stracił kontakt z rzeczywistością...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz