sobota, 24 października 2026

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 52

 

Dopiero z końcem obiadu spożywanego w cieniu jednego z wirydarzy wyszedł na jaw prawdziwy powód natarczywości sir Roberta, który przez ostatnie dwie godziny – nie licząc paru chwil spędzonych na zdejmowaniu rynsztunku w kwaterach gościnnych - nader często i zbyt długo wpatrywał się w białego elfa. Zmieszany Estalavanes nawet nie musiał o to pytać; siedząc naprzeciwko uważnie go obserwującego człowieka już samą miną zdradzał więcej niż by chciał.

- Racz wybaczyć mi nieobyczajne zachowanie, mości Estalavanesie - rzekł sir Robert głębokim głosem. Serwetą otarł usta z tłuszczu. Mimo to kilka okruchów pieczywa zaplątało się w jego gęstą, krótką brodę. - Takie traktowanie gości nie leży w mojej naturze. Aczkolwiek niezwykła barwa twoich oczu oraz niespotykany wygląd przypomniały mi o czymś, o czym wszyscy już dawno zapomnieli.

Est podniósł głowę i zamarł, zerkając to na sympatycznego rycerza-dowódcę, to na zasiadającego po jego prawicy posępnego Aarima Asmodeusza. Leos również przerwała posiłek. Tylko szturchający go od czasu do czasu łokciem Colonell zdawał się skupiać wyłącznie na zawartości swojego talerza, co było oczywiście wrażeniem dalece mylącym. Jeżeli ktokolwiek z ich piątki był teraz szczególnie czujny, to właśnie wytatuowany przodownik.

Zagadnięty przez gospodarza Est przeżuł kęs mięsa i przełknął, po czym pochylił się nad talerzem po szklankę, zastanawiając, co też nobliwy rycerz miał na myśli. Rozkoszując się letnim zefirem przenikającym przez cienką tkaninę bezrękawnika, upił łyk wody i upewniwszy się, że na kłach nie ostała się ani odrobina pożywienia, uniósł wzrok. Zaglądając człowiekowi w oczy powiedział:

- Niepotrzebnie mnie przepraszasz, sir Robercie. W twoim zachowaniu nie ma nic z nieobyczajności – zapewnił, odkładając widelec najciszej, jak mógł. Co prawda nie skończył obiadu, ale wyszedłby na prostaka, gdyby podczas rozmowy wymachiwał brudnymi sztućcami do wtóru mimowolnych gestów. – Zaciekawiłeś mnie jednak.

Sir Robert obejrzał się po twarzach obecnych, przyciągając ich uwagę. Kiedy przemówił, w jego ciemnobrązowych oczach skrywała się powaga, natomiast mocny, niski głos nabrał chłodniejszego tonu.

- Lokalna legenda głosi, iż jeszcze przed wiekiem puszczy tej strzegli strażnicy władający niepodobną śmiertelnikom mocą. To oni byli twórcami oraz opiekunami sekanów. Olbrzymie drzewa teraz sieją się same, rosną i rozwijają, kontynuując dzieło stwórców, których nawet za ich bytności rzadko widywano w tutejszych leśnych ostępach. Nikt nie widział ich z bliska, lecz wszyscy zgodnie poświadczali, że istnieli naprawdę. - Mówca znacząco popatrzył na półsmoka, którego podłużne płatki uszu opadły nieco. - Uważa się, iż krasnoludzcy mistrzowie kamieniarstwa nie byliby w stanie wyrzeźbić tak nieprawdopodobnie realistycznych sylwetek czworga strażników, wiernie oddając ich rzeczywiste rozmiary oraz indywidualne cechy. Nie z białego kamienia nasyconego esencją świata.

- Słyszałam te opowieści! - Leos skorzystała z chwili, w której sir Robert umilkł, sięgając po szklaną karafkę napełnioną do połowy wodą z plasterkami owoców. - Ale nie udało mi się odnaleźć żadnego z posągów.

- Rozsądni magowie nie zapuszczają się w tamte rejony. To zbyt niebezpieczne i grozi licznymi komplikacjami natury magicznej - zauważył surowo rycerz-dowódca, lecz ostrość jego dojrzałych rysów szybko ustąpiła miejsca łagodnemu, pełnemu zrozumienia uśmiechowi. - Pani Eileen miała rozległą wiedzę w tej dziedzinie, dlatego nigdy cię tam nie zabrała, panienko. Nie wiń swej matki, bowiem jej obowiązkiem było chronić własne dziecko.

Delikatnie skarcona czarodziejka uciekła spojrzeniem i spąsowiała niczym kilkuletnia dziewczynka przyłapana na psoceniu.

- Tak, wiem – bąknęła wymijająco. – Co poradzę, skoro zawsze chciałam zobaczyć zielone smoki? Nic nam po nich nie zostało, tylko ukryte rzeźby i przekłamane malowidła.

- Smoki? - ożywił się Est. Spoglądał na siedzącą obok Małą Niedźwiedzicę, co rusz wzrok przenosząc na sir Roberta, który ze szklanką w potężnej dłoni rozparł się na prostym krześle. - Druidzi to smoki?

Aarim odsunął od siebie opróżnione naczynia i nie okazując zainteresowania tematem, odpowiedział bezbarwnym głosem:

- Zielone smoki często przyjmowały ludzką postać, by jako druidzi żyć wśród mieszkańców Zielonych Bram, jednakże wcale nie czyniło to wszystkich druidów smokami. Najwybitniejsi członkowie druidzkiego kręgu wywodzili się z krwi elfów, a zwłaszcza spośród equuivirów oraz tauramosów. A także ludzi, choć w mniejszym stopniu, gdyż nie osiągnęli oni tak głębokiego zjednoczenia z przyrodą, jak choćby rasy o zwierzęcym rodowodzie.

- Smoki przebywały pod postaciami humanoidów o jaskrawozielonych oczach oraz bladej, niemal białej skórze - uściślił sir Robert i chociaż się starał, nie potrafił oderwać wzroku od tężejącej, odpowiadającej wizerunkowi z legend twarzy białego elfa.

Est mrugnął i nerwowo pociągnął się za ucho, wymieniając z Colem dyskretne spojrzenia. Zarówno najemnik, jak i Aarim, doskonale wiedzieli, że w żyłach zielonookiego elfa płynie smocza krew. A te powróciły na Khaldun, wypełzając ze swoich kryjówek jedne po drugich. Zapewne i do Zielonych Bram dotarły wieści z odległego Faloboru, gdzie po raz pierwszy od czasów Zimnej Rzezi widziano prajaszczury, na domiar złego związanych walką przedstawicieli dwóch różnych barw. Nie dziwiło zatem, że rycerz-dowódca usilnie wypatrywał w nim jednego ze strażników, który uchroniłby prastarą puszczę przed nadciągającym złem.

Niestety Est nie był zielonym smokiem, lecz czarnym. Gotów wyjawić prawdę i rozczarować obrastającego w nadzieję człowieka, w porę przechwycił spojrzenie złotych oczu przewiercających go na wskroś, nakazujące milczenie i wbijające w twarde siedzisko krzesła.

- Estalavanes nie jest smokiem – odpowiedział za niego książę.

Choć zaprzeczenie Aarima nie było całkowitym łgarstwem, Est i tak potraktował go ostrym wejrzeniem spod zmarszczonych brwi. Kłamstwa przychodziły niebianinowi tak naturalnie, że coraz bardziej niepokoiły stropionego chłopaka.

- Od ponad stu lat nie uświadczono tu druidów ani zielonych smoków - ciągnął niewzruszenie niebianin - a sanktuarium w Zielonych Bramach było ich domem. Nie bez żalu przyznaję, iż Zakon Paladynów pospołu z wolnymi estariończykami zapoczątkował Zimną Rzeź, przetrzebiając smoczy gatunek. Jednocześnie uważam, że uczyniono wszystko, by zapobiec zagładzie ludzkości.

Est nie wiedział, jak interpretować jego słowa. Z jednej strony Asmodeuszowi przykro było z powodu tego, czego dokonali jego bracia, z drugiej zaś dostrzegał w tym zdarzeniu konieczność utrzymania populacji jednej rasy kosztem innej. Cel uświęca środki. Czego właściwie spodziewał się po makiaweliście? Może i książę wyglądał na boskie wcielenie cnót oraz uosobienie prawości, lecz wewnątrz był pusty i martwy niby dół po wykarczowanych sekanach. „Czynił swą powinność”, jak zwykł się usprawiedliwiać.

- Przepraszam, sir Robercie - wtrącił się Est, byle tylko zagłuszyć poczucie winy. - Sir Aarim ma rację, nie jestem smokiem, tylko białym elfem, Zaklinaczem Żywiołów. Przykro mi.

Starszy paladyn uniósł dłonie w pojednawczym geście.

- Ależ, mości Estalavanesie, przeprosiny są zbędne! Mylnie założyłem, że skoro pojawiły się w Estarionie prajaszczury czerwonego i czarnego rodu, tak ty możesz być trzecim, zielonym. Zważywszy, iż nosisz cechy im przypisywane, zobowiązany byłem się przekonać.

Est nie czuł się dobrze ze świadomością, że znów brnął w kłamstwo, tym razem podsunięte przez Aarima. Cyniczny Głos milczał, lecz półsmok miał nieodparte wrażenie, że przyczajony gdzieś w głębi złośliwie szczerzy zębiska. W końcu należał do pradawnego rodu, i to czarnego. Chociaż połowicznie, nadal był smokiem. I całkiem prawdopodobne, że to jego ojca widziano w Faloborze. I że to jego ojciec pod postacią leśnego widma warował pod Twierdzą Niedźwiedzi, zabijając pięciu zwiadowców oraz trzech paladynów. Gdzie teraz był? Co robił? I co planował?

Pogrążony w ponurych domysłach półsmok nie mógł dojrzeć zatroskanego spojrzenia, jakim omiótł go Colonell. Młody mężczyzna słowem się nie odezwał podczas obiadu, bo i po co, skoro pozostali wypełniali czas opowieściami? Miał za to baczenie na partnera oraz zasiadającego na wprost niebianina będącego skrajnym przeciwieństwem białego elfa. Słuchał, przyswajał, analizował i dochodził do wniosków, które zdawały mu się ryzykowne, lecz wciąż miały szansę powodzenia.

Przodownik wsunął dłonie w kieszenie bluzy, odchylił się na krześle i bujając na nim, zapatrzył się w nieokreślony punkt przed zwężonymi w namyśle oczami. Cztery posągi strażników, do których rozsądni magowie nie powinni się zbliżać - powtórzył bezgłośnie. Jak by nie patrzeć, nie jest magiem, a rozsądku mu nie brak. Esti niewątpliwie chciałby zobaczyć chociaż jeden z tych cudów na własne oczy, zapewne już sam ich widok podniesie jego upadającego ducha i kto wie, co z tego wyniknie, kiedy energia drzemiąca w jego ciele zetknie się z tą emanującą z białych kamieni?

Colonell cechował się brawurą, ale nie lekkomyślnością. To intuicja podpowiadała mu, że mała schadzka chłopaka ze strażnikami wyjdzie im na dobre.

***

Po posiłku spożytym na świeżym powietrzu rozeszli się każde w swoją stronę. Sir Robertowi Cortandowi nie przeszkadzało, że czwórka przyjezdnych pałęta się po mieście. Wręcz przeciwnie, otwarcie zachęcał ich do zwiedzania sanktuarium oraz wypoczynku w pięknych różanych ogrodach, które założyła pani Eileen Mitrel.

Est nie wymagał od Cola ciągłego towarzystwa, toteż postanowił wykorzystać jego nieobecność i zaszyć się gdzieś, gdzie mógłby pobyć sam ze sobą. Ogrody z opowieści przyjaciółki wydawały mu się najlepszym wyborem, ruszył więc na poszukiwania jednego z nich. Nie było to trudne, gdyż znaczną ich część rozsiano po wewnętrznych dziedzińcach pałacu oraz w okolicy sąsiadującego z nim garnizonu. I jak się właśnie przekonał, żarliwe zapewnienia Leos nie oddawały ich urzekającego piękna.

Niespełna godzinę zajęło mu znalezienie odpowiadającego jego potrzebom miejsca; mało uczęszczanego, gdzie malachitowe światło rozproszy drżące cienie, a on sam odda się w medytacji oraz idącym z nimi w parze przemyśleniom. Wspiął się po filigranowych schodkach jednego z pałacowych krużganków i popatrzył z zacienionego piętra w dół, na zielony skwer pełen ozdobnych krzewów oraz barwnych rabat. Estetycznie wkomponowane rzeźbione ławki i ławeczki ze stolikami dopełniały miłej dla oka całości, podczas gdy on sam pozostawał niewidoczny dla każdego, kto nie patrzył w górę.

Tak, to było idealne miejsce na złapanie oddechu, kontaktu z otaczającą go naturą. Nie zastanawiając się dłużej, wdrapał się na szeroką, wygrzaną słońcem balustradę. Rozsiadłszy się na niej, wsparł plecy o malowaną kolumnę i przewiesił lewą nogę przez krawędź, dłonie splatając na brzuchu. Z łatwością utrzymując równowagę zamknął oczy, by wreszcie odetchnąć z ulgą. Uśmiechnął się zadowolony, a nieznaczne wygięcie białych warg przeszło w grymas odsłaniający kły, kiedy wyobraził sobie Cola. A raczej to, jak mężczyzna skomentowałby rozciągniętego na barierce dzieciaka przywodzącego na myśl wygrzewającego się w promieniach słońca kocura.

Ciepły, wilgotny powiew otulił go odurzającym aromatem kwitnących róż. Est dawno już nie czuł się tak lekki, jak gdyby zmartwienia i lęki życia codziennego nie istniały w sanktuarium, które czyniło go nieśmiertelnym. Myśli unosiły się swobodnie na falach beztroski, kiedy odprężony, z twarzą zwróconą ku koronom sekanów, stopniowo oddawał się medytacji.

Żywioły same ciągnęły ku niemu, a jako że nie miał ochoty dopuszczać ich bliżej, pozwolił im figlować dokoła niczym gromadce rozbrykanych dzieci. Jego skórę łaskotały opadłe liście i pomarszczone, niesione wiatrem płatki. Drzewa i ptaki szeptały swą pieśń, a słodki, napływający z ogrodu zapach kwiatów i żyznej gleby przyjemnie podrażnił jego nozdrza. Tak, bardzo pragnął tu zostać. Aż do śmierci… A co mu tam, dla mieszkańców Zielonych Bram mógłby nawet zostać smokiem strażniczym! Tymczasem…

Chyba zasnął, bo gdy rozchylił powieki, ciążyły mu jeszcze snem. Do jego dryfującej na pograniczu jawy świadomości docierały głosy, znajome, choć z początku nie umiał określić, do kogo należą. A kiedy oprzytomniał na tyle, by uzmysłowić sobie beznadziejność swojego położenia, było już za późno.

Leos i Aarim.

Zbliżająca się para rozmawiała cicho, ledwie wybijając się ponad świergot ptaków, ale Est z poręczy galerii wychwytywał każde ich słowo, jakby znajdował się tuż obok. Prewencyjnie podciągnął wiszącą luźno nogę. Oparty o nagrzany filar znieruchomiał, bardziej czując niż widząc, jak nieoczekiwane towarzystwo zatrzymuje się piętro niżej, przy jednej z ławek skrytej w cieniu wysokiego krzewu. Nie chciał podsłuchiwać, lecz nie mógł już odejść niezauważony, bo gdyby się zsunął, Aarim błyskawicznie odnotowałby jego obecność.

Niedobrze.

Całkiem już rozbudzonego Esta dręczyła myśl, że niechcący stanie się świadkiem prywatnej schadzki i nie mógł temu zaradzić. Był bezsilny. Mógł tylko udawać że nie istnieje, jednak niczego to nie zmieniało. Usłyszy wszystko, czego nie powinien.

Z sercem bijącym jak oszalałe przymknął oczy, modląc się, by poszli dalej. Nieważne, do kogo by się modlił i tak nie zostałby wysłuchany. Zupełnie jak teraz.

- Dla mojej mamy róże miały ogromne znaczenie - mówiła Leos pełnym ciepła tonem. – Mogę powiedzieć, że „zaszczepiła” we mnie zamiłowanie do zielarstwa i botaniki. Własnymi rękami zasadziła większą część krzewów w ogrodach pałacu, przycinała je i pielęgnowała. Bardzo je kochała, jak i one ją, odwzajemniając się pięknym rozkwitem przez okrągły rok.

Est nie znał Małej Niedźwiedzicy z tej dziewczęcej strony. Na dźwięk jej aksamitnego głosu poczuł ukłucie zazdrości, czym zaskoczył sam siebie. Przecież ten rozdział zamknął raz na zawsze, kiedy dowiedziała się o jego potajemnym związku z ludzkim zwiadowcą. W każdym razie wtedy jeszcze był potajemny... Poza tym powinien w końcu pojąć, że Leos, łącząc się z kimkolwiek w parę, wciąż będzie jego przyjaciółką. Nie straci jej. O ile sam do tego nie doprowadzi swoją małostkowością.

Leos potrafiła być przy Aarimie prawdziwą sobą, co znaczyło, że ufała mu i nie bała się odsłonić wrażliwego wnętrza. Wiedziała, że nie musi nikogo udawać, by zaskarbić sobie jego przyjaźń. I chociaż z rozmarzeniem spoglądała na białego elfa, tak między nią a paladynem rodziła się więź, z jakiej oboje najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy. A którą Est, jako postronny obserwator, właśnie odkrywał.

- Zatem jestem jej po wielokroć wdzięczny. - Aarim również nie brzmiał jak ktoś, kogo półsmok znał. To nie był ten sam bezosobowy estarioński sukcesor, z którym podróżowali. Czy to spokój tego miejsca, czy też ich własne uczucia budziły w nich coś, co ukrywali przed samymi sobą? O ile pozorny paladyn rzeczywiście takowe posiadał…

Potrzeba spojrzenia na rozmawiających była tak nieprzeparta, że Est przestał opierać się pokusie i ukradkiem zerknął w dół. Miał szczęście, bo żeby go dostrzec, musieliby wysoko zadrzeć głowy, co raczej nie sprzyja podziwianiu kwiatów. Ani rozmowie.

- Tak, miejsca takie jak to zasługują na naszą wdzięczność. - Czarodziejka przykucnęła przy jednym z krzewów i dotknęła miękkiego burgundowego kielicha, zsuwając palce niżej. Uśmiechnęła się, gdy kolec napiął skórę na jej opuszce. - Te krzewy z pewnością są z jej szczepu. Pachną intensywnie, jak jej ulubione perfumy...

- Leos.

Książę wypowiedział jej imię z mocą, która natychmiast odwróciła uwagę dziewczyny od roślin. Podniosła się w chwili, gdy podszedł do niej powolnym krokiem.

Est wstrzymał dech, nie chcąc na to patrzeć. Domyślał się, do czego zaraz dojdzie w tej jakże romantycznej scenerii i ogarnęło go tak dotkliwe zażenowanie, że ponownie rozważył pomysł ulotnienia się stąd cichcem. Już bezszelestnie obracał się w kierunku posadzki krużganku i byłoby mu się udało czmychnąć, gdyby nie mrożąca krew w żyłach obecność w jego umyśle rozkazująca: zostań tam, gdzie jesteś. Zdruzgotany chłopak zasłonił dłonią oczy, drugą szarpiąc za niewinne niczemu ucho. Na powrót przywarł do szorstkiej kolumny, podglądając parę spomiędzy palców wystających z rękawiczki. Wykryty w sposób, jakiego w całej swej ignorancji nie przewidział, zaklął bezgłośnie i czekał na przykre konsekwencje własnej opieszałości.

Lecz nic się nie wydarzyło.

Skonsternowany wychylił się nieco i ujrzał, jak książę obejmuje dłońmi drobne ramiona obleczone w piromancką czerwień. Leos spoglądała w złote oczy bez cienia lęku czy zawstydzenia na uroczo piegowatej twarzyczce, zupełnie do siebie niepodobna. Była zaskoczona, i owszem, ale trwała w bezruchu, wyczekując tego, co nastąpi. Tylko wiatr bawił się jej włosami, wysuwając z ciasno upiętego koka pukle mieniące się jak bursztyn.

- Leos - powtórzył Aarim, nie odrywając wzroku od rumianego lica czarodziejki. - Życzę sobie, byś pozostała w Zielonych Bramach do czasu rozwiązania niepokojącej sytuacji na południu. Pod opieką sir Roberta byłabyś bezpieczna w mieście, które kochasz.

Mała Niedźwiedzica zamrugała. Spowijający ją czar prysł niczym bańka mydlana i z żalem uświadomiła sobie, że pragnęła usłyszeć zgoła co innego. Ukryty przed jej wzrokiem Est niemal spadł z siedziska, wyczuwając bolesny zgrzyt między tą dwójką.

- Co chcesz przez to powiedzieć? – Tłumiąc ckliwe uczucia, Leos wyzywająco uniosła podbródek, dając Aarimowi szansę naprawy poczynionego błędu. - Że będę plątać się wam pod nogami, tak? Będę przeszkadzać, to miałeś na myśli?

- Nie, Leos. Nie chcę, by stała ci się krzywda. Zielone Bramy są ostatnim strzeżonym punktem na trasie do stolicy.

Nie tłumaczył się, nie próbował nawet wpływać na jej podświadomość zmyślną sondą emocjonalną. Rozmawiał. Est nie wierzył własnym uszom: sir Aarim Asmodeusz naprawdę rozmawiał!

- Tutaj mogłabyś pielęgnować spuściznę swojej matki lub objąć stanowisko, jakie i ona piastowała na dworze. Po opuszczeniu sanktuarium, nie będzie już odwrotu. Nie będzie zieleni lasów, tylko przelana w bitwie krew, zwęglone trupy i dymiące zgliszcza. Nie będzie szumu liści, lecz szczęk oręża i krzyki konających. Nigdy więcej nie zaznasz spokoju, Leos, albowiem twoje życie napiętnuje śmierć.

Paladyn odstąpił o krok, wypuszczając z uścisku drżące ramiona czarodziejki. Teraz wszystko zależało wyłącznie od niej, jej decyzji, hardości i uporu. Nie ma prawa zmuszać jej do podjęcia podróży, nie może naginać jej woli. W innym wypadku jego zamiar nie dojdzie do skutku.

Leos nie dawała po sobie poznać, jak silnie podziałał na nią złowieszczy wydźwięk słów Aarima. I czy w ogóle one do niej dotarły. Zdawało się, że nie, ponieważ zacisnęła szczęki, aż jej różowe usta ściągnęły się w wąską kreskę. To była Mała Niedźwiedzica, jaką Est pamiętał i podziwiał. I nie zazdrościł przyjacielowi nieuchronnej tyrady.

- Moja matka zakończyła swoje dzieło lata temu – zaczęła niskim, groźnym tonem - a ja mam własne cele do osiągnięcia. Nie po to ojciec zabrał mnie do zimnej, obcej Adeili, nie po to mu uciekłam i nie po to poszłam z wami, żeby teraz tkwić tu jak jakaś księżniczka i czekać, zalewając się łzami. Nie, Aarimie – wpadła mu w słowo i wyprostowała palec, z wyrzutem wskazując jego okrytą błękitem pierś. Granatowe oczy wbite w szczerozłote tęczówki zaszły chmurami, grożąc gwałtowną nawałnicą. - Brałam udział w bitwie, w której wystąpiłeś przeciwko Estowi. Widziałam krew i widziałam śmierć, ale widziałam ją też jako znachorka, kiedy pomagałam chłopom i ich rodzinom. I wierz mi, odcięta mieczem kończyna wygląda mniej paskudnie niż amputowana noga zmiażdżona kopytem konia roboczego. A chaos, jaki panuje w panikującej, biadającej rodzinie bywa gorszy od tego, co dzieje się na polu bitwy!

Hardo patrząc niebianinowi w oczy, ostentacyjnie wygładziła rękawy wiązanej szkarłatnej tuniki w miejscach, których dotykał. Dumnie uniosła głowę, potrząsając niesforną czupryną i minąwszy paladyna, wyłoniła się spomiędzy wonnych rabat na osłonięty chodnik krużganku. Nie zaszczyciła go pojedynczym spojrzeniem, kiedy na odchodne rzuciła przez ramię:

- I zapamiętaj, że jestem z wami do samego końca. Jeszcze się przekonasz, jak świetnie radzę sobie w trudnych warunkach. Nie gorzej niż mężczyzna!

- Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, Leos - mruknął Aarim, odprowadzając obrażoną dziewczynę wzrokiem i krzyżując wolne od stalowych osłon ręce na szerokiej piersi. Gdy odeszła poza zasięg głosu, odetchnął, jakby chcąc uporządkować myśli, a następnie zawołał: - Słyszałeś wszystko aż nazbyt wyraźnie, nieprawdaż, Estalavanesie?

Est zwlekał z odpowiedzią, dopóki Leos nie zniknęła z pola widzenia, po czym zsunął nogi z balustrady i zeskoczył zwinnie, z gracją lądując na kamiennych płytach piętro niżej, tuż przy niewzruszonym Aarimie. Otrzepał przybrudzone tynkiem i płatkami farby dłonie, wpatrując się w uformowany z różanych krzewów korytarz, którym odeszła przyjaciółka.

- Na tyle wyraźnie, by nie nazwać cię mistrzem uwodzenia... - Skwitowany prychnięciem Aarima, spoważniał. - Nie tego oczekiwała. Całkowicie przekreśliłeś swoje szanse.

W oczach księcia błysnęło coś na kształt iskierki rozbawienia.

- Nie zakładaj, iż zamierzałem zabiegać o jej względy, Estalavanesie – odparł. - Wciąż zaafektowana jest pewnym osobnikiem, który już u progu znajomości przekreślił jej szanse.

- Miej chociaż tyle pokory, by nie odbijać strzały. - Est oparł dłoń o czoło, jakby rozbolała go głowa. - Nie chciałem podsłuchiwać. Byłem tu pierwszy, a gdy się pojawiliście, głupio było uciekać jak dzieciak przyłapany na podglądaniu. Prawdę przecież mówię! – zaperzył się pod naporem powątpiewającego spojrzenia. Aarim był w podejrzanie dobrym nastroju. - Z tym brakiem uczuć od samego początku nas zwodzisz, mam rację?

Zamiast wyjaśnienia otrzymał grymas tak enigmatyczny, że aż ciarki przebiegły mu po plecach.

- Znam wiele kobiet - paladyn zmienił temat, jak gdyby pytanie Esta nie zostało zadane. - Lecz Leos jest pierwszą, którą szanuję i cenię. Dlatego chciałbym, by była bezpieczna. Jednakowoż jej determinacja oraz niezłomność sprawiają, że pragnę ujrzeć ją w boju u swego boku.

- Czy ty właśnie powiedziałeś, że Leos ci się podoba?

- Gdzie też podział się twój partner? Sądziłem, iż jesteście nierozłączni.

Po raz kolejny zręcznie uchylając się od odpowiedzi, książę wyszedł z ogrodu i zadaszonym chodnikiem przeszedł parę kroków w kierunku, z którego niedawno przyszedł wraz z Leos. Przystanął tam, czekając na marudzącego kompana. Est zreflektował się szybko i pomknął ku niemu, bo i tak nie miał nic ciekawszego do roboty.

- Proszę bardzo, ignoruj mnie – zżymał się Est, równając z barczystym młodzieńcem. - Col postanowił nieco się rozejrzeć, a ja miałem ochotę… - pobyć z dala od wszystkich, pomyślał z utęsknieniem. Na głos jednak powiedział: - ...odpocząć. I tak też zrobiłem.

- Wypoczywałeś - podchwycił Aarim, jakby nie do końca wierzył rozmówcy - na pierwszym piętrze, na niewygodnej barierce, gdy wokoło tyle zachęcających ławek i odświeżających fontann?

- Lubiłem tak przesiadywać na balkonie w Twierdzy – obstawał przy swoim Est. Podrapał się po policzku, markując zakłopotanie i starając się nie myśleć o tarmoszeniu ucha. - Dziwny ze mnie typ. Lubię robić różne dziwne rzeczy i przebywać w równie dziwnych miejscach.

- Nie powiedziałbym, że jesteś dziwny, Estalavanesie. Jesteś normalniejszy niż niejeden człowiek, którego przyszło mi poznać. Twoja odmienność, podobnie jak moja, jest największym z atutów.

- Ty przynajmniej wyglądasz jak człowiek – zaprotestował półsmok, zwracając skaleonie ślepia na mijany ogród obsypany herbacianymi różami.

- Czy naprawdę zależy ci na upodobnieniu się do ludzi? Gotów jesteś utracić własną indywidualność na rzecz tego, co pospolite i zwykłe?

- Ja…

To był dylemat, przed którym nigdy wcześniej nie stanął. Est czuł się rozdarty; żałował, że nie urodził się jako człowiek, ale równocześnie dumny był z tego, kim jest. I nie wiedział co jest silniejsze, żal czy duma.

- To jakieś wariactwo, Aarimie - poskarżył się, bezradnie rozkładając ręce. - Wychowałem się w ludzkiej rodzinie. I czasem wydaje mi się, że ich nienawidzę. Nienawidzę tylko dlatego, że czuję się od nich gorszy.

- Dopóki nie przekujesz tej nienawiści w oręż wymierzony w ludzkość, Zaklinaczu Żywiołów, nasza przyjaźń pozostanie trwała.

Ciężka, ciepła dłoń na ramieniu dodała chłopakowi otuchy, przypominała mu bowiem inną, równie stanowczą dłoń starego Maga. A przecież powinien kojarzyć dotyk Aarima z intensywnym bólem. Ta sprzeczność zbijała go z tropu. Kiedy zdezorientowany obrócił się w stronę niebianina, tajemnicze złote tęczówki błyszczały, bynajmniej nie odbitym światłem.

- Estalavanesie, jesteś od nich lepszy i silniejszy, ponadto władasz mocą, jakiej wielu nie potrafi sobie wyobrazić. Niech świadomość własnej siły pobudza cię do działania.

Est z oporem przyswajał sens słów przyjaciela; zawoalowane ostrzeżenie, próbę pokrzepienia go oraz niejednoznaczną odpowiedź na przemilczane pytanie. Tak bardzo przypominał mu dobrotliwego, acz wymagającego mistrza, że było to wręcz niewłaściwe, przez co zamęt w głowie niebezpiecznie narastał. A mimo to łagodna aura oddziałującego nań sanktuarium czyniła go znośniejszym. Ta krótka chwila, w której jedynym odgłosem były ich miarowe kroki na bruku, natchnęła go do poruszenia kwestii nurtującej go od długiego czasu.

Rozejrzał się pospiesznie i nie dostrzegając nikogo, zapytał zdławionym głosem:

- Co robisz Colowi? Już kilka razy zauważyłem, jak używasz tej dziwnej mocy. Jakbyś wysysał z niego emocje.

Książę znów przywdział maskę bezmiernej obojętności.

- Staram się nieco utemperować naszego przodownika, lecz, jak widać, bezskutecznie.

Est zagotował się od ognia, który nagle zapłonął mu w piersi.

- Nie widzisz, że tym go denerwujesz? Prowokujesz go!

- Owszem, aczkolwiek potrzeba czasu, aby subtelność owej mocy zadziałała.

- Nie można zmuszać ludzi do zmiany charakteru, nawet za pomocą magii! Wybacz Aarimie, ale dla mnie to już przesada.

- Nie mam wyboru, rozmowa z tym człowiekiem zakrawa o niemożliwe. - Złoto książęcych oczu stało się ciężkie i nieprzejednane, zwiastując rychły koniec dyskusji.

- Właśnie w ten sposób nadwyrężasz waszą cienką nić porozumienia! Nie sięgaj więcej po sondę, Aarimie. To broń, a nie argument!

Aarim zatrzymał się na środku niewielkiego skweru z fontanną. Plac wciąż był pusty; w porze poobiedniej mało kto wybierał się na przechadzkę do pałacowych ogrodów, preferując rozległe błonia poza miastem lub przestronne dworskie salony.

- Estalavanesie, nie spodziewam się, iż zrozumiesz moje postępowanie. Łączy was silna więź, a miłość do tego człowieka zaślepia cię na jego czyny.

- O czym ty bredzisz? Jakie czyny? Przecież nie robi nic, za co można by go potępiać! - Nie tak miała wyglądać ta rozmowa, ale wymknęła mu się spod kontroli. A wraz z nią wypływał tłumiony gniew. - A to, co do niego czuję, to moja prywatna sprawa, nie potrzebuję powierników myśli! I przestań próbować ze mną tych swoich niebiańskich sztuczek! - Sfrustrowany, doprowadzony na skraj cierpliwości nie spostrzegł, kiedy odepchnął od siebie wici aury paladyna, w przypływie wściekłości wyrzucając je daleko poza świadomość. - Och, jak rany...

- Gratuluję, Zaklinaczu Żywiołów. Zdołałeś wyprzeć moją obecność bez skupiania się na niej. A to tylko potwierdza, że twoje rozszalałe emocje nie wpływają negatywnie na nasze treningi. W trakcie zaciekłego sporu odciąłeś się od źródła gładkim cięciem. Bez wspomagania się stanem medytacyjnym. To było pouczające doświadczenie, dziękuję.

Est zmrużył podejrzliwie powieki.

- Nie wmówisz mi, że celowo wyprowadzałeś mnie z równowagi - syknął - bo nie uwierzę. I wracając do tematu, proszę, żebyś przestał robić to, co robisz. Przez wzgląd na naszą przyjaźń.

- Zawrzyjmy więc nowy układ, Estalavanesie. Ty przyłożysz się do naszych lekcji, a ja postaram się nawiązać, jak to określiłeś, nić porozumienia z przodownikiem Colonellem. Czy takie warunki są dla ciebie akceptowalne?

- Przyjmuję.

Est wyciągnął rękę, którą książę bez wahania zamknął w mocnym uścisku. Trzymając jego smukłą dłoń, Aarim palcami wolnej dłoni niespodziewanie dotknął poprzecznej oparzeliny na lewym policzku, jakby tym nieznacznym gestem przypominał, jak nazwał obie skazy na swojej przystojnej twarzy: obietnica i przysięga.

Brzmiało upiornie. Sam fakt, że nadał imiona bliznom był upiorny. Na tyle upiorny, że Esta zaswędział lewy bok i zagłębienie szyi. Nie poddał się jednak tym dokuczliwym odczuciom. Zwalczył przemożne pragnienie podrapania własnych blizn, wytrzymując przeszywające go wejrzenie. Byli ze sobą związani już od pierwszego spotkania, ale czy kiedykolwiek dowie się, co za tym stoi?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz