sobota, 8 sierpnia 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 48 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW

>> Rozdział 48 - Wattpad <<



Podczas treningu z ochrony umysłu przed opętaniem dochodzi do wybudzenia niebezpiecznej drugiej tożsamości, która ukierunkowaną nienawiścią i przemocą reaguje na obecność Aarima Asmodeusza. Gdy sytuacja zdaje się opanowana, obaj młodzieńcy odkrywają, że największym zagrożeniem dla Estarionu może być tajemnica ukryta w samym Estalavanesie...

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 8d'8m'26r2t]



    "Papierowy Rycerz Herbu Pasikonik", co ja miałam w głowie żeby wymyślić taką nazwę dla oberży? W każdym razie podoba mi się. Zupełnie jak Colowi, któremu złośliwość wyostrza się z każdym dniem coraz bardziej. I chociaż rozdział w całości poświęcony jest Estowi i Aarimowi, to nie brakuje "drugoplanowych" akcentów.

    Po raz kolejny trening z przeciwdziałania opętaniu kończy się sromotną porażką Esta, lecz tym razem wygląda ona nieco inaczej... Już pomijam, że to nie Col staje w obronie maltretowanego psychicznie chłopaka, a druga tożsamość, która w Aarimie rozpoznaje... zdrajcę? Wypadki toczą się szybko, lecz w porę Est przytomnieje, zaraz potem niemal tę przytomność znów tracąc. Swoją drogą, zastanawialiście się, po co paladyni "w cywilu" i podróży noszą stalowe karwasze oraz nagolenniki? Otóż w tym rozdziale pojawia się namiastka odpowiedzi, którą samodzielnie możecie wydedukować. Paladyni są "pacyfistami", a to znaczy, że uwielbiają "pacyfikować". Ha! 

  Ale wracając do wydarzeń, które w tym rozdziale solidnie wzbogacają fabułę... Tak oto Est uświadamia sobie, że jest na tym świecie coś gorszego od Śniącego i jego opętania, coś, co już istnieje w nim samym. Szczególnie, że wyszukane "słownictwo" Esta niepokoi słynącego z braku emocji księcia Estarionu. Pamiętacie rozdział kończący Białego elfa i deklarację Aarima, że albo Zaklinacz Żywiołów sprzymierzy się z nim, albo zostanie zgładzony? Temat wciąż aktualny.

  Niemniej to nie koniec rewelacji, bo oto nasz wycofany, zaszczuty i strachliwy główny bohater ewoluuje! Nieprzerwanie i z powodzeniem. Jego emocje nie są już wyłącznie słabością - są także jego siłą, zwłaszcza miłość do Colonella i więź z przyjaciółmi. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki to wyraża, determinacja, jakiej mu zazdroszczę. Liczę, że i Wy dostrzeżecie oraz docenicie zmiany w nim zachodzące, zarówno te dobre, jak i te mniej chwalebne.

    Przyjemnego czytania! 🤍💛


Kącik autorki.
        O bogowie... Stworzyłam nową (a może raczej "kolejną"?) playlistę, bo okazało się, że "polubionych utworów" nie można udostępniać... A że nie lubię sobie generować problemów, westchnęłam, wzruszyłam ramionami i powiedziałam: no trudno. I tak oto, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, przedstawiam Wam zbiór ponadczasowych utworów, które uważam za najwspanialsze, jakie kiedykolwiek powstały! (Byłoby ich więcej, gdyby nie dziwna polityka Spotify...)


Grafikę stworzyłam samodzielnie przy wsparciu Midjourney, utwory kolekcjonowałam (i nadal to robię) przez lata aktywnej twórczości i nieustannie do nich powracam, na bieżąco też aktualizuję, dlatego będzie ich przybywać ʘ‿ʘ

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 48

 

Jeszcze niedawno Estalavanes pomstował na żmudną, dłużącą się podróż, a teraz ofertę powrotu na siodło przyjąłby niemal jak zbawienie. Może i bezpiecznie dotarli do pierwszego punktu na rozległej trasie wiodącej ku stolicy, lecz dla stroniącego od ludzi białego elfa oznaczało to niebezpieczeństwo kontaktu z obcymi. Oraz widmo katorżniczego szkolenia pod nadzorem bezwzględnego paladyna, na co bynajmniej nie czekał z utęsknieniem.

Okazała oberża należąca do starszego małżeństwa oraz ich trzech synów nosiła przekorną nazwę “Papierowy Rycerz Herbu Pasikonik”. Na zmurszałym szyldzie świeżą farbą wymalowany był szary kanciasty żołnierzyk dosiadający nie mniej geometrycznego wierzchowca o zielonej skórze, długich czułkach i półprzezroczystych skrzydełkach. Niepokojąco wesolutki Colonell nie przypadkiem zapytał o ów cynizm Aarima, lecz ten uchylił się od odpowiedzi tłumacząc, iż mieszkańcy Krotowoli są specyficznymi ludźmi, którzy do otaczającego ich świata podchodzą z godnym podziwu dystansem, więc nikogo przy zdrowych zmysłach nie powinno dziwić tak niecodzienne nazewnictwo.

I tak oto dumny książę Estarionu, będący jednocześnie ucieleśnieniem paladyńskiej powagi, mianowany został... Pasikonikiem!

Z początku niebianin nie dociekał dlaczego akurat tym członem nieszczęsnego miana go ochrzczono. Później nie miał już ku temu okazji, ponieważ przodownik nie poświęcał mu więcej uwagi. Rzucając tobołki pod jedno ze sfatygowanych łóżek i zrzuciwszy skórzany pancerz, Colonell wyrwał do wspólnej sali pod pretekstem zebrania lokalnych plotek. W wyniku tego Est utknął z paladynem w trzyosobowej izbie, którą wbrew ich woli najął Aarim. Tymczasem Leos cieszyła się pełnym komfortem oraz względnym spokojem we własnym pokoju i chłopak bezwstydnie pragnął się z nią zamienić, wiedział jednak, że jest bez szans. Zważywszy na to, jak bardzo Col i Aarim za sobą nie przepadali, zwiększało się prawdopodobieństwo, iż któryś z nich spędzi noc pod zamkniętymi drzwiami sypialni. Ewentualnie na stole między gośćmi. Albo jeszcze gdzie indziej. Opcji było mnóstwo, wystarczyło wybrać.

Aczkolwiek on wyboru nie miał, wszak sam przez cały wieczór dopominał się treningu z samokontroli oraz przeciwdziałania opętaniu. Już bez lekkiego kirysa stał teraz naprzeciwko niebianina i, zaciskając pięści, wpatrywał się w swoje obute stopy, próbując wyglądać przy tym na mniej przerażonego, niż był w rzeczywistości. Bał się bólu i uważał strach za normalną reakcję, bo przecież tylko słabujący na umyśle mógł czerpać przyjemność z okaleczania swego ciała lub ducha. No dobrze, w pewnym sensie i on odnajdywał w tym przyjemność, ale to się nie liczyło w tej chwili. Nie z Aarimem. Z nikim innym, wyłącznie z Colem...

Jak rany, miałem się uspokoić, a zaczynam się zapędzać. I to zupełnie nie w tę stronę! - westchnął, smętnie zwieszając okryte czernią bezrękawnika barki.

- Estalavanesie, wyrównaj oddech – polecił Aarim. - Oczyść umysł i zamknij go przed światem. Przede mną.

Niebianin bez większego zaangażowania podwijał rękawy błękitnej koszuli. Bez charakterystycznych stalowych płyt osłaniających przedramiona i cholewy oraz podbicie wysokich butów przypominał młodzieńca ze szlacheckiego rodu tak obrzydliwie bogatego, że mógł szczycić się szczerozłotymi tęczówkami, którymi bezpretensjonalnie lustrował półsmoka.

- Staram się, Aarimie, robię co mogę! - Est podniósł wzrok i pociągnął się za lewe ucho czując jak napięcie wzrasta, z każdą mijająca sekundą odbijając się na zesztywniałych mięśniach jego szczęk. - Moje ciało twierdzi, że jak tylko mnie dotkniesz, sprawisz mi ból. I całkowicie się z nim zgadzam.

- Estalavanesie, nie widzę potrzeby powtórnego wyjaśniania, co mogą ci uczynić Śniący i Przebudzeni. Zwłaszcza z tobą, jako że będziesz pierwszym, który skupi na sobie ich uwagę. - Paladyn odetchnął głęboko, obojętnie rozglądając się po skromnym pomieszczeniu. Poruszył ramionami, jakby zdejmował ciężki plecak, i postąpił krok w przód. Est prawie się cofnął, chcąc zachować bezpieczną odległość. - Musimy to zrobić - dodał z naciskiem. - Zdajesz sobie z tego sprawę i sam na to przystałeś.

- Wiem, jak rany, ale… To nie jest łatwe.

- Nie spodziewałem się, iż usłyszę, aby twoje dotychczasowe życie było łatwe.

- Bo takie nie było.

- Więc już przywykłeś.

Est łypnął na niego podejrzliwie.

- Do czego zmierzasz?

- Do pierwszego kroku. - Z zadziwiającą delikatnością Aarim przytknął opuszki palców do skroni drętwiejącego chłopaka. – Dołożę wszelkich starań, by pomóc ci przejść trudny początek, zatem nie przedłużaj tego niepotrzebnie.

Ucisk nasilił się. Pozbawione wyrazu oczy Aarima hipnotyzowały Esta, wsparte sączącą się zeń nieustępliwą aurą.

- Przejdźmy przez to razem, Estalavanesie. Póki co nie zaatakuję, lecz nie znaczy to, iż nie powinieneś być czujny. Zapewne wyczuwasz już sondę w swym umyśle.

Est potaknął, głośno przełykając. Nie przerywając kontaktu wzrokowego wytarł spocone dłonie o wąskie nogawki spodni. Nie sądził, by właśnie tak przebiegało opętanie, nie kwestionował jednak słów niebianina. Mistrz opowiedział się za synem arcypaladyna, więc jako jego wychowanek powinien mu wierzyć. I wierzył. A mimo to nie potrafił pogodzić się ze środkami prowadzącymi do celu.

- Doskonale. Wobec tego wyrzuć mnie ze swojej świadomości. - Jasnowłosy młodzieniec stał bez ruchu, trzymając głowę półsmoka i rozprężając przepełniającą krzepkie ciało esencję, napływającą z wolna do silnych dłoni. - Pozbądź się trzeciego źródła.

- Jak? – zaskrzeczał spanikowany Est. Perspektywa nadchodzącego bólu, na który ciało reagowało już instynktowną obroną, była coraz bliższa. - Nigdy przedtem tego nie robiłem.

- W ten sam sposób, w jaki odrzucasz uporczywe myśli. Zakładałem, iż jest to dla ciebie oczywiste, Estalavanesie.

- Och... Ma to sens.

Że też sam na to nie wpadł! Nie pomyślałby, że coś tak banalnego jak wyrzucenie myśli podziała na niebiańską aurę!

Przymknął powieki i rozpoczął metodyczny proces usuwania zbędnych refleksji. Kiedy przedarł się do przyczajonej w ukryciu wrogiej obecności, po prostu złapał ją i pozbył się jak reszty. Prawie pozbył, jako że uczepiła się mackami jego umysłu, za nic mając ponawiane próby. Powracała niby natrętny komar brzęczący tuż koło ucha, nieosiągalny dla życzącej mu śmierci ręki, kłujący gdzie popadnie i zostawiający ślad w postaci irytująco swędzącej opuchlizny. Tyle że tym razem swędziała sama świadomość, doprowadzając go do szału, gdy kolejne podejścia spełzały na niczym.

- Dobrze ci idzie, Estalavanesie, niemniej nie zamierzam ci sprzyjać. - Pochwała, a zarazem ostrzeżenie paladyna ledwo do niego docierała. – Zacznij od wyzbycia się emocji biorących cię we władanie. To przez nie tracisz koncentrację. Rozpoznaję frustrację przeradzającą się w gniew, lęk przed porażką, strach przed bólem, zmęczenie, niepewność i… zdumienie, tak, wyczuwam to wszystko. Śniący może wykorzystać każdą z nich przeciwko tobie. Zacznijmy raz jeszcze. Zablokuj szczelnie swoje wnętrze.

- Każ rybie oddychać powietrzem! – żachnął się Est. - Nie jestem tobą, Aarimie, a emocje są nieodłączną częścią mojego życia!

- Toteż dostrzegaj je, lecz nie pozwalaj im się panoszyć.

Chłopak zaczerpnął tchu, wciąż czując na skroniach ciepłe palce paladyna. Nie otwierając oczu spróbował jeszcze raz. Sprawnie uporał się z nagromadzonymi troskami i ponownie zmierzył z nieproszoną obecnością wykradającą jego emocjonalne sekrety. Bez zastanowienia uchwycił ją mentalnymi rękami, odrywając niczym pasożytniczą narośl. Znowu. I znowu...

Powoli tracił cierpliwość. Poczucie bezradności zalewało go falą irytacji, ale przynajmniej zorientował się, w którym momencie uczucia zaczynały go pochłaniać. I gładkim ruchem uciął ich przepływ, tamując strumień negatywnych odczuć. Zamknął się na doznawanie, tak jak podczas medytacji, kiedy to nie chciał przerywać błogostanu dającego wrażenie swobodnego dryfowania. Przestał szarpać się z napastnikiem, a począł wypełniać się całym sobą, pęcznieć i rosnąć wewnątrz. Nie bagatelizował intruza. Nie lekceważył jego działań, lecz odciął go od cennego źródła, którym się karmił. Zagłodzony pasożyt wkrótce sam odpadnie.

I tak też się stało.

Est nie chełpił się tym małym zwycięstwem. Wręcz przeciwnie, wydawało mu się ono zbyt łatwe. Nie nawykł do tak szybkich postępów, dlatego oczekiwał kontrataku, trwając w odrętwieniu. Nie trzeba było długo czekać, by nadszedł pierwszy impuls mający zbadać skuteczność jego obrony. Niewątpliwie Aarim przeczuł stratę przydatnego narzędzia, jakim była dlań sonda, i z tego powodu postanowił pójść za ciosem. Zaatakował, choć obiecał uprzedzić chłopaka. Ale Est był na to przygotowany. A raczej tak mu się zdawało.

Kolejne pchnięcie umysłu było silniejsze niż poprzednie. Zachwiało wznoszoną stopniowo zaporą jaźni, grożąc jej rychłym zawaleniem. Względny spokój i samokontrola na niewiele się zdały kiedy nastąpiło trzecie, rozstrzygające uderzenie.

Est z głuchym łoskotem rąbnął o deski podłogi. Przygryzł sobie język, by nie wykrzyczeć rozsadzającego mu czaszkę cierpienia. Żelezisty smak krwi zastąpił kwaśną żółć treści żołądka. Czerwona strużka wypłynęła kącikiem skrzywionych warg, gdy skulony odtoczył się na bok, oburącz ściskając pulsujące skronie. Siłą woli odwracał uwagę od zbierającej się w ustach śliny będącej zwiastunem rychłych wymiotów. Łapał się kurczowo świadomości i zaciskał piekące od wilgoci powieki wiedząc, że światło lampy zniweczy jego desperackie wysiłki. Jednakże tym, co przeważyło szalę poczytalności, była falanga emocji i wrażeń, rwąca rzeka tak potężna, że porwała go ze sobą.

Byłeś mi przyjacielem, a przyjaciele nie krzywdzą się wzajemnie! Zdradziłeś mnie! - wrzeszczały jego obłąkane myśli. Sprawiasz mi ból, sprawiasz nam wszystkim ból, chociaż sobie nań nie zasłużyliśmy! Jesteś jak czuowiecy…

- … niczym się od nich nie różnisz! - ryknął Est w gniewie.

Stłumiony pomruk wydobył się z jego drżącego gardła, kiedy w końcu podniósł się do pozycji siedzącej i podparł dygoczącymi ramionami. Rubinowe krople pociekły po brodzie, kapiąc na deski.

Niebianin przykucnął na wprost półsmoka i przyglądał mu się z uniesioną prewencyjnie dłonią, gotów przesłać łagodzący impuls. Nie przewidział jednak, że wypadki potoczą się inaczej i to on będzie potrzebował pomocy.

Odchodzący od zmysłów Est zadziałał szybciej niż jego zepchnięta na bok świadomość. Szkolony do błyskawicznego obezwładniania, w ułamku sekundy od otwarcia rozjarzonych oczu odnalazł punkt krytyczny na szyi Aarima. Powodowany cierpieniem i rozpaczą runął na zaskoczonego paladyna. Powalił na ziemię dwukrotnie cięższego od siebie przeciwnika, aż jęknęła posadzka, i z niezrównaną mocą unieruchomił jego nadgarstki po bokach głowy. Siedząc okrakiem na szerokiej piersi zawisł tuż nad nim, szczerząc zakrwawione zębiska. Oblicze następcy tronu nie było już tak obojętne, jak zauważył z dzikim samozadowoleniem. Po raz pierwszy dojrzał w złotych oczach przejaw wewnętrznej walki między opanowaniem a niepożądanymi emocjami.

Nieodparta żądza skrzywdzenia dwulicowego sojusznika trawiła go ogniem niewyjaśnionej zaszłości. Chciał uwolnić się od tego przykrego doznania, zaznać zadośćuczynienia za okrutną zdradę i trwającą wieki udrękę. Musiał wzmocnić chwyt, bowiem wiarołomca omal mu się nie wymknął. Nieprzytomny przysunął się do niego, by spojrzeć nań z bliska. Śliskie oparzeliny na jego twarzy były czymś nowym, tak jak rozszerzone źrenice oraz złote obwódki formujące tęczówkę. W głębokiej czerni odbijała się rozpalona wściekłość Zaklinacza Żywiołów, który syknął niby rozjuszony kocur tuż przed atakiem.

I byłby wbił kły w nabrzmiałe miejsce na szyi oponenta, gdyby nie moment niezrozumiałego zwątpienia. Gorąca krew szemrząca w ciele pod nim nie wzywała go, gdyż ani kropla nie należała już do niego. Była... rozcieńczona. Nie słyszał pierwotnego zewu nakazującego mu przejść od pragnień do czynów. Podszepty ucichły, ponieważ to nie on był obiektem jego zemsty.

Rozdarty konfliktem z samym sobą chłopak zawahał się, bezwiednie poluźniając uścisk. Ustępując pola czyhającemu na podobną sposobność niebianinowi ani się spostrzegł, kiedy muskularne ramiona niedoszłej ofiary szarpnięciem wyswobodziły się z białych okowów, splotły i zgiętym łokciem niczym obuchem młota potraktowały jego skroń.

Spacyfikowany półsmok grzmotnął o deski i z rozpędu przeturlał się aż pod ramę łóżka. Oszołomiony bólem rozkwitającym tuż pod czaszką, wstrząśnięty gwałtownymi wydarzeniami nawet nie próbował wstawać. Leżał więc na boku z przymkniętymi oczami, koncentrując się na ośrodkach bólu, aby czym prędzej im ulżyć. Nie była to łatwa sztuka. Nie w stanie absolutnego rozchwiania psychicznego.

Pogrążony w beznadziei chłopak nie przełknął goryczy. Spluwając różowawą plwociną, przez chwilę tylko dyszał, nie mogąc wydusić z siebie choćby słowa. Paliły go płuca, jak po forsownym biegu. Gojący się język szczypał, a mięśnie napinały w spazmatycznych drgawkach.

Wedle jego rachuby minęły stulecia, nim zdecydował się odezwać.

- Aarimie - zaczął słabym, zachrypniętym głosem. - Wydaje mi się, słusznie zresztą, że to nie opętanie przez Śniącego jest moim największym zmartwieniem.

Odpowiedziało mu milczenie, podczas którego płytki oddech zdawał się ponadprzeciętnym hałasem. Poza tym najlżejszy szmer nie zmącił ciszy panującej w pomieszczeniu, za wyjątkiem donośnych okrzyków dobiegających zza drzwi. Uchylone okno nie wpuszczało dźwięków, jak gdyby wiatr nie zaglądał do skąpo oświetlonego wnętrza. Wiadomym było, że Aarim nie podejmie żadnego działania, dopóki nie ustali rzeczywistych pobudek niezrównoważonego Zaklinacza Żywiołów.

Est znów przekonał się, że skrajne uczucia wyrywały z uśpienia tę część jego istoty, której najbardziej się obawiał. Zbudziły siłę szkodzącą w równym stopniu jemu, jak i jego przyjaciołom. Podniósł rękę na jedynego, który mógł obronić Estarion - tym samym mógł się obrócić przeciwko całemu Khaldunowi, jeśli nie przyłoży się do szkolenia i ostatecznie ulegnie Śniącemu. Lub drugiej tożsamości.

Żałosny uśmiech przeciął białą twarz, odsłaniając długie, czerwone od posoki kły.

- Masz rację twierdząc, że emocje niosą ze sobą niszczycielską siłę - ciągnął, rzucając słowa w pustą przestrzeń. Oczy wciąż miał przymknięte, lecz kiedy się skupił, z udziałem percepcji namierzył intensywnie płonące ognisko mocy niebianina. - Ale te same emocje nie pozwalają mi się poddać. Jeśli nauczę się je kontrolować, nauczę się… Aarimie, czy ja czegokolwiek się nauczę?

Przetoczył się na plecy. Rozchylił powieki, nie mając ochoty dźwigać poturbowanego ciała z bezpiecznej przystani wysłużonych desek. Jak przez mgłę dostrzegał belki podtrzymujące strop i ogołocony ze świec żyrandol wirujący niby młyńskie koło. Wolał leżeć na podłodze, bo przynajmniej z niej nie spadnie. Mimo to falowała pod nim groźnie niczym żywe stworzenie usiłujące zrzucić niechcianego pasażera ze swojego grzbietu.

Zamrugał szybko i marszcząc czarne brwi otrząsał się z nieprzyjemnego zamroczenia. Uparcie wpatrywał się w wiszący w centrum żyrandol, który z każdym mrugnięciem zwalniał odrobinę, aż wreszcie całkowicie się zatrzymał. Posadzka pod łopatkami także znieruchomiała, jakby uznała, że ów nigdzie się nie wybiera.

Est pomału wracał do pełni sił. Czekał aż pisk w uszach ustąpi miejsca normalnym, nadal stłumionym odgłosom otoczenia, a wzrok wyostrzy się na tyle, by móc bez przeszkód rozróżniać kształty. Nie miał pojęcia co stało się z Aarimem; dekoncentrując się przestał go wyczuwać. Nie zdziwiłby się zbytnio, gdyby ten zechciał go zabić. Po czymś takim chłopak utracił resztkę zaufania do samego siebie.

Oddychał już miarowo, kiedy tuż obok, poza granicami pola widzenia, rozległ się bezosobowy, zimny jak paladyńska stal głos.

- Zanim mnie zaatakowałeś, powiedziałeś, że niczym się od nich nie różnię. Od kogo?

To nie było pytanie, lecz rozkaz, który Est bezzwłocznie wykonał.

- Od… od czuowieców. Mówiłem, że nie różnisz się od czuowieców, choć czuowiecem nie jesteś.

- Czuowiecem? - powtórzył Aarim. Niepewność zabarwiła jego ton przejmującą nutą, jaką wyczulony półsmok natychmiast rozpoznał. Nie był to brak zrozumienia, lecz wątpliwość z pogranicza znajomości. - Czuowiecy… Estalavanesie, skąd znasz to słowo?

- On określa tak gatunek ludzki - wyjaśnił chłopak. Gdy rozchylił szerzej oczy, ujrzał nad sobą szeroki cień niebianina. Nie obrócił się jednak, zwyczajnie nie mając odwagi spojrzeć mu w twarz. - Nie wyraża się o nim pochlebnie. Denerwuje go, że cenię ludzi, chociaż wiele przez nich wycierpiałem. Jest przekonany, że go zdradziłeś, był na ciebie wściekły. Przepraszam, Aarimie, że nie powstrzymałem go na czas. Opętały mnie jego uczucia. Przed tym właśnie chciałem cię ostrzec... Ale ty już wiedziałeś.

Est ociężale podniósł lewą dłoń i niezdarnie rozpiął sprzączkę czarnej rękawiczki, ujawniając złotą obręcz ściśle oplatającą nadgarstek. Bez pośpiechu zsunął wytartą skórkę ukazując filigranowy artefakt migoczący tuż pod cienką bladą powłoczką - źródło wszelkiego zła, jakie go spotkało.

- Nie prosiłem o to, Aarimie – wyznał. - Nie pragnąłem czegoś takiego, ale najwyraźniej tylko ja mogę to znieść. Bo jak wytłumaczyć, że to mnie przytrafiają się te wszystkie nieszczęścia?

Ornament Zaklinacza połyskiwał nienaturalnie w blasku lampy, posyłając złociste rozbłyski na ściany i podłogę. Był piękny. Urzekający. Skrywał też tajemnice, jakie nieszczęśliwy półsmok odkrywał zawsze, gdy najmniej był na to gotów. Ukrywał posiadacza w Macierzy Mocy, chronił przed magicznym wpływem z zewnątrz, obarczył go wspomnieniami, teraz wyblakłymi i odległymi, jakby naprawdę wydarzyły się szesnaście lat temu. Oraz rozszczepił jego osobowość, dzieląc ją na dwa niezależne charaktery, zupełnie odmienne, równie nieobliczalne.

Lecz coś się zmieniło. W odróżnieniu od czarodziejów z Twierdzy i Maga, Aarim wychwytywał jego esencję w nurcie. Był w stanie wniknąć mocą w jego umysł, wsparł go nawet leczniczą energią w dniu, gdy ten doświadczył potworności upiora na własnej skórze. Czy to możliwe, by ochrona zawiodła, czy też jest dokładnie tak, jak w przypadku regeneracji, kiedy to nacięcia po ostrzu paladyna nie zagoiły się samoczynnie? Moc Aarima przeniknęła barierę, kiedy inne były odtrącane. Dlaczego jedna działa, a pozostałe nie?

- Aarimie, dlaczego nie zaleczyłeś oparzeń? - Est usiadł, opierając się plecami o ramę łóżka. Zakręciło mu się w głowie, ale zawroty były już tylko echem ostatniego ciosu, nadal podzwaniającym mu w uszach. Złapał spód bezrękawnika i delikatnie otarł brodę oraz usta z obsychającej krwi. - Dysponując tak potężną magią tworzenia powinieneś to uczynić. A ja powinienem zagoić rany pozostawione przez twój miecz...

Na skraju postrzegania pojawił się ciemny zarys. Est poruszył się, nie zważając na ból karku i żeber po zderzeniu z solidnym meblem. Siadając, Aarim przyjął podobną mu pozycję. Jedną nogę podciągnął pod siebie i położył na jej kolanie łokieć, tył głowy kładąc na sienniku. Mrużąc złociste oczy odetchnął bezgłośnie. Jego tors uniósł się w górę i powoli opadł ze świstem wydychanego powietrza.

Młody niebianin zignorował pytanie półsmoka, tak jak ignorował jego natarczywe spojrzenie, lecz nie z czystej złośliwości bądź arogancji. Ważniejszym dlań było, kogo usłyszał Estalavanes. Póki utrzymywała się jego aura, Śniący nie miał prawa choćby tknąć chłopaka, lecz nieuchronnie zbliżał się dzień, w którym wróg przestanie troszczyć się o zużycie mocy i wtedy nawet aura samego arcypaladyna może okazać się niewystarczająca.

- Kim on jest, Estalavanesie? - odezwał się wreszcie. - Czyj głos słyszysz?

- Nie mam pojęcia - odparł zgodnie z prawdą Est. - Podejrzewam, że to… Drugi ja. Zdaje mi się, że uwolniłem go podczas pierwszej medytacji. Albo na krótko zanim trafiłem do Adeili, do… twojego… gabinetu - wymamrotał, ciągnąc za końcówkę ucha i odwracając się od surowej twarzy rozmówcy. - Wiedziałeś, że uciekłem z kompanii. A uciekłem, ponieważ coś mnie... dotknęło. I uczyniło mnie tym, kim jestem: niepoczytalną istotą skorą rzucić się na przyjaciela. Boję się, że w końcu zwariuję, jak przed momentem. Bezpowrotnie oszaleję.

Świetliste oczy mierzyły sposępniały profil białego elfa. Jasnym było, iż Zaklinacza Żywiołów naznaczono odpryskami Macierzy Mocy, to do niego bowiem skierowane były sygnały. Z niewiadomych przyczyn Śniący wytrwale go poszukiwał w splocie Wszechrzeczy. I dopiął swego. Miał na nich baczenie posiłkując się upiorami. Aarim mógłby obrócić w niwecz widmowego szpiega, lecz umyślnie prowadził grę ze Śniącym i pozwolił się obserwować, by dać przeciwnikowi złudne poczucie przewagi. Dość, że Zakon Paladynów przejął Zaklinacza Żywiołów, co było druzgocącym ciosem dla budzącego się zła.

Milczenie przeciągało się nieznośnie. Do wrażliwych elfich uszu docierały pijackie przyśpiewki i gromkie śmiechy z zapełniającej się sali na parterze. Est wcale nie chciał tam iść, ale z drugiej strony, pośród gości przebywał Col, jedyny człowiek, za którego towarzystwem tęsknił.

Chłopak podparł dłonią zimne czoło i przełknął ślinę niosącą ze sobą słodkawy posmak. Nienawidził smaku krwi, a jeszcze bardziej jej zapachu i w duchu cieszył się, że ta paskudna ciecz nie wydaje dźwięków, inaczej chyba by mu rozum odebrało. Podciągnąwszy kolana pod brodę otulił je ramionami i zamyślony wbił wzrok w okno na przeciwległej ścianie. Gwiazdy przesłonięte grubymi chmurami nie dawały żadnego znaku obecności, a latarnie wokół gospody bardziej ćmiły niż oświetlały drogę zbłąkanym podróżnym.

- Estalavanesie. - Długie uszy drgnęły. Spojrzenie skaleonich ślepii przemknęło przez twarz księcia, który zdawał się odpoczywać oparty o ramę łóżka. - Już podczas naszego pierwszego spotkania w Twierdzy Niedźwiedzi odniosłem wrażenie, że jest w tobie pewna wyjątkowość. I nie mam na myśli twej prezencji. Sądziłem, iż mój ojciec oddelegował mnie na północ w celu umocnienia defensywy w razie ataku, lecz teraz weryfikuję własne przypuszczenia i zaczynam rozumieć, iż prawdziwe intencje starannie ukrył pod woalką rozkazów. Artemon skwapliwie ze mną współpracował, toteż nie było mowy o przypadku, gdy stanąłeś na progu mojego garnizonu wraz z lordem Halavarem. Ten dzień żywo wyrył się w mej pamięci i wierzę, iż sam Tarthos uczestniczył w naszych nieplanowanych pertraktacjach.

Aarim przechylił głowę i spod zmarszczonych brwi przyjrzał się półsmokowi, który odwzajemnił jego zaciekawienie.

- Nie zamierzałem dopuścić do bitwy - kontynuował - lecz pragnienie sprawdzenia się w boju z samym Zaklinaczem Żywiołów okazało się silniejsze. Nie ukrywam, iż spodziewałem się po tobie czegoś więcej, Estalavanesie, aczkolwiek to brak doświadczenia, a nie umiejętności, postawił cię na z góry straconej pozycji. Ponadto, w wykalkulowanym przez los momencie, zjawił się twój partner gotów ocalić cię za cenę życia.

Est odnotował w myślach, że Aarim nie wtrącił swojej zwyczajowej pauzy i słowa „przyjaciel”. Chłopak uśmiechnął się pod nosem i ułożył podbródek na kolanach, wsłuchując w monotonny głos rycerza, do którego zdążył już przywyknąć.

- Wystarczyłaby jedna jego strzała, by się zemścić, lecz ty go powstrzymałeś. Utwierdziłem się wówczas w przekonaniu, iż nie jesteś naszym wrogiem, a przyjacielem. Byłoby przeto czynem niewybaczalnym lekceważyć tak potężnego sojusznika w wojnie o Estarion. Taki był mój obowiązek. Tak usprawiedliwiałem sobie desperackie dążenia do wcielenia cię w szeregi Zakonu Paladynów. Po raz drugi podjąłem się korespondencji z Artemonem, a on ze zrozumieniem scedował to zadanie na ciebie. Nasz plan się powiódł. Dokonaliśmy tego, co zdawało się przekraczać nasze możliwości. We dwóch dokonaliśmy niemożliwego.

To trochę tak, jak gdyby mistrz wypchnął mnie z gniazda - pożalił się w duchu Est. Ufał, że mimo niedojrzałości rozłożę skrzydła i polecę… Bo przecież tego mnie uczył. Tego spodziewał się po swoim pierwszym i jedynym uczniu.

Stęskniony chłopak odczekał parę oddechów i kiedy Aarim zamilkł na dobre, postanowił podtrzymać dogasający temat, byleby nie rozmyślać nadmiernie o ojcu. Jego wynurzone z odmętów świadomości pytania wciąż pozostawały bez odpowiedzi. A on pragnął je poznać.

- Aarimie, ostały się jeszcze kwestie, które chciałbym rozwikłać tu i teraz... – Uciskając płatek ucha, zwilżył usta językiem. Wciąż czuł na nim krew, choć rana już dawno się zasklepiła. – On, znaczy, ten drugi ja cię zna, zatem po części i ja cię znam. Nie mogliśmy zaleczyć wzajemnie zadanych ran. Poza tym oddziałujesz na mnie swoją mocą, a przedtem nikomu się to nie udało. Mówisz, że Śniący i Przebudzeni także są w stanie to uczynić. Jak mam to wszystko rozumieć?

- Ja również nic z tego nie rozumiem, Estalavanesie. I nie oczekuję, że mi zaufasz - dodał Aarim ostrożnie, dostrzegając powątpiewanie półsmoka. - Jesteś dla mnie zagadką, a każda kolejna spędzona razem chwila odsłania nowe aspekty twojej natury, których nie potrafię pojąć. Twoje słownictwo oraz zachowanie w dużym stopniu zdeterminowane są osobą, z którą obcujesz. Jak gdybyś dostosowywał się do wymagań rozmówcy, adaptował do jego maniery. Zachowujesz się inaczej w stosunku do Leos, inaczej w przypadku Colonella, inaczej wobec mnie. Intuicyjnie przyswajasz charakter konwersacji, dopasowując się do każdego z osobna.

- Mistrz wielokrotnie zwracał mi na to zjawisko uwagę – zgodził się Est, zaciskając umazane resztką krwi wargi w wąską kreskę. – Nie robię tego celowo. Od zawsze przyjmowałem postawę rozmówcy, choć moje zdolności adaptacyjne uznać można za szczątkowe. Ale odbiegasz od tematu! – Orientując się do czego dąży paladyn, spiorunował go wzrokiem, jednocześnie dając upust irytacji. – I skończ wreszcie z tajemnicami, w niczym ci one nie pomagają!

- Estalavanesie, nie jestem skarbnicą wszelkiej wiedzy za jaką mnie uważasz. Jest to dla mnie wyjątkowo enigmatyczny temat, natomiast obecną sytuację w pełni szczerości nazwać mogę trudną. Prosiłeś, bym z wami rozmawiał, toteż zastosowałem się do twojej rady i czynię to przez wgląd na wasze potrzeby, a nie własną satysfakcję. Czegóż więcej ode mnie oczekujesz?

Aarim znów upodobnił się do młodzieńca o szlachetnych, posągowych rysach, niespotykanym kolorze oczu oraz ostro zakończonych jak u elfa uszach. Wydawał się tak podobny, a zarazem tak inny od Esta, że chłopak przyłapał się na podświadomym doszukiwaniu pokrewieństwa. Coś ich łączyło, odstawali bowiem od reszty, chociaż niebianin nie różnił się od ludzi aż tak bardzo.

Est poczuł wstyd za kolejny niekontrolowany wybuch. Spokorniały odwrócił wzrok. Powstrzymując odruch tarmoszenia ucha, odgarnął z czoła włosy i zaczesał je na tył, przytrzymując dłoń na głowie.

- Leos już inaczej na ciebie patrzy - powiedział, chcąc uzmysłowić niebianinowi jego prędkie postępy. - Rozmawiając stajesz się bliższy ludziom, bliższy nam wszystkim. Nie stawiasz się ponad nami. Pokazujesz się od strony, z którą łatwiej jest sympatyzować. Jak rany, pouczam cię, kiedy ja sam nie jestem w tym najlepszy. - Mówiąc to, skrył twarz między kolanami, choć zażenowanie nie było widoczne na jego policzkach. – Niegdyś jak ognia unikałem kontaktu, a teraz prawię ci morały…

- Zmieniłeś swe nawyki i przyzwyczajenia. Dlaczego?

W pytaniu Aarima nie było nic z chłodnej kurtuazji. Est znad ramienia zerknął na paladyna.

- To raczej były… lęki, strach przed ludźmi aniżeli przyzwyczajenia. Nie wyzbyłem się ich całkowicie, to Col nauczył mnie z nimi żyć… Na tyle, by jakoś funkcjonować w świecie ludzi.

- Przodownik darzy cię głębokim afektem. Jak i ty jego. - Głos Aarima był zaledwie szeptem niknącym pośród nocnej ciszy spowijającej oberżę. - Pierwszy raz dane mi było zaznać tak… ogromnej dawki uczuć. Jesteście ze sobą nierozerwalnie związani.

- Więc powinieneś zrozumieć, dlaczego nie chcę wyrzec się emocji. Mistrz powtarzał, żebym nie zabijał ich w sobie, ponieważ są one moją prawdziwą siłą, napędzają moją moc. Dzięki nim trzymam się w ryzach. Żyję dzięki miłości do Cola, która jest trochę jak upadek z dużej wysokości. W końcu zrobię sobie krzywdę, o ile się nie zabiję.

- Cokolwiek ponure porównanie dla tak wzniosłego i promiennego uczucia, jakim jest miłość.

- Miłość boli, Aarimie. - Duże oczy półsmoka zmętniały, a soczysta zieleń na moment straciła swój żywy blask. Smutek malujący się na jego twarzy emanował na pozbawionego empatii niebianina, który nie musiał używać sondy, by go rozpoznać. - To, co wzniosłe, ostatecznie upadnie, a promienie wygasną. Gdy raz w niej zasmakujesz, nie pozbędziesz się cienia tęsknoty i żalu. Szczególnie mając świadomość, iż nastanie dzień, w którym z ukochanej osoby pozostanie wyłącznie popiół na wietrze. I wspomnienia. Wybacz, Aarimie, nie opuszczę jego boku nawet za cenę Estarionu i całego gatunku ludzkiego.

- Śmiała deklaracja wypowiedziana w obliczu Obrońcy Ludzkości, Zaklinaczu Żywiołów - oświadczył Aarim. Jego wykuta w alabastrze twarz stężała, a złoto tęczówek odbijało światło rozpraszającej mrok lampki, jakby nie posiadało własnego, wewnętrznego płomienia.

- Nie rzucam ci wyzwania, Aarimie, podkreślam jedynie fakt, że póki Colonell żyje, póty mam powód do walki. Col jest człowiekiem. I to wyjątkowym. Potraktuj go jako moją inspirację. Symbol ludzkości, któremu podporządkowałem swoje życie.

Zamilkli. Est popatrzył na okno, nie dbając o sondującego go paladyna. Domyślał się, że niebianin kłamie, lecz i tak powiedział co leżało mu na sercu, dzięki czemu zrobiło mu się lżej. W niepamięć poszło fizyczne starcie oraz psychiczne szkolenie z przeciwdziałania opętaniu i ogarnęła go melancholia tak dotkliwa, że zaprzestał już bezowocnych prób powściągnięcia jej.

- Aarimie - jęknął żałośnie - czy ty naprawdę nie odczuwasz emocji? Czy tylko chcesz, aby wszyscy wokół w to wierzyli, z tobą na czele?

Trafił w sedno. Twarz młodzieńca zastygła w nieodgadnionym grymasie, a idealne brwi zbiegły się tuż nad prostym nosem. Aarim długo się nie odzywał i Est stracił już nadzieję na szczerą odpowiedź, kiedy ten niespodziewanie mruknął:

- Z własnej woli utraciłem zdolność współodczuwania. Uczucia i emocje zastąpiłem obojętnością, albowiem tylko w ten sposób ocalę Estarion oraz wszelkie istnienie przed tym, co nadejdzie. – Jego niski ton był zimny i przeszywający jak mroźny wiatr, od którego chłopak dostał gęsiej skórki. - Jeżeli chcesz pokonać potwora, sam musisz stać się potworem, Estalavanesie. A potwory nie czują absolutnie niczego.

- Mylisz się, Aarimie. Również jestem potworem, a jednak czuję więcej niżbym chciał. - Est sięgnął po rękawiczkę, odepchnął się od posadzki i wstał chwiejnie, otrzepując spodnie z kurzu. - I wykorzystam to “więcej”, by ocalić Estarion. By ocalić mojego mistrza, Cola i Leos. By na coś się przydać i zgłębić istotę tego, co we mnie siedzi. - Ostentacyjnie obejrzał ozłocony grzbiet lewej dłoni, po czym stanowczym ruchem wysunął ją w kierunku paladyna. Obrócił wnętrzem ku górze, chcąc pomóc mu się podnieść. - Przysięgam, że póki oni żyją, możesz na mnie polegać.

Niebianin przyjrzał się nieskazitelnie białemu zagłębieniu szczupłej dłoni. Wyraźnie widząc wybrzuszające skórę grzbiety obrączki u nasady środkowego palca oraz obręczy opasającej przegub, bez wahania przypieczętował obietnicę mocnym chwytem.

- Estalavanesie, są to słowa wielkiej wagi, które przyjmuję i szanuję. - Książę skinął głową, puszczając chłodną dłoń półsmoka. Zgarniając krótkie złociste włosy w lewo przywiódł Estowi na myśl Cola, który podobnym, nieco gwałtowniejszym ruchem przerzucał ciemne pasma na stronę zawiłego tatuażu. - Tymczasem powinniśmy się posilić. Nasi towarzysze zapewne niecierpliwią się, a kolacja stygnie.

Nie przedłużając, Aarim przemierzył pokój i naglącym gestem otworzył drzwi. Est jeszcze chwilę mu się przyglądał, jakby zapamiętując każdy szczegół okrytej błękitem i złotem sylwetki. W końcu ruszył jego śladem i zakładając rękawiczkę wyminął niebianina, rozglądając się za schodami prowadzącymi do gwarnej, dusznej sali cuchnącej tłumem ludzi, alkoholem oraz smażeniną. Westchnął boleściwie i mając już serdecznie dosyć wszystkiego, błagalnie obejrzał się za towarzyszem obracającym klucz w zamku.

Aarima dręczyło niejasne poczucie, że nieoczekiwana rozmowa z Zaklinaczem Żywiołów odmieniła go zauważalnie. Estalavanes miał rację, dialog przynosił zdumiewające efekty, acz roztropny książę musiał ważyć słowa, by nie wypowiedzieć ich za wiele. Jego ród strzegł bowiem sekretów, jakich nie należało zdradzać nikomu. Wiedział, że czyni to z niego patologicznego kłamcę, lecz nic na to poradzić nie mógł. To brzemię zabierze ze sobą do grobu, jeśli nie przetrwa tego, co szykuje im los.

W pamięci znów rozbrzmiało mu pojedyncze, o niepokojąco obcym wydźwięku słowo: czuowiecy. Zrozumiałym dlań było, że jako potomek Saramarystyjskiej Obrończyni Estalavanes władał staromową. Wytłumaczalnym także byłby fakt, iż posługiwał się nią niczym pełnokrwisty smok, chociaż nie powinien, skoro był hybrydą. Skąd jednak znał dawne określenie rasy ludzkiej wyparte z użytku ponad trzynaście tysięcy lat temu? Czy ma to związek z tożsamością, o której wspominał, a której nie wykryła sonda mentalna? Umysł i esencja Estalavanesa były czyste, nieskalane wpływami z zewnątrz, natomiast artefakt nie wykazywał żadnej aktywności magicznej. Znaczyć to mogło, iż ten, którego nakazywał wystrzegać się Aanatur Założyciel, wciąż istnieje.

Istny fenomen na skalę Nowego Świata - skonstatował Aarim, udając się ku wyczekującemu nań chłopakowi. Na czyj żywot czyhasz, Zaklinaczu Żywiołów?

sobota, 1 sierpnia 2026

Sralerty RGB

Jestem jedną z niewielu osób, które w dniu wczorajszym (ani w ogóle) nie kliknęły w poradnik bezpieczeństwa otrzymany za pośrednictwem Alertu RCB. Wszystko dlatego, że nie klikam w linki od NIEZAUFANYCH NADAWCÓW 😎🤣


środa, 29 lipca 2026

Przypadki bywają zabawne...

 
    Tak sobie ostatnio przeglądałam kolejkę odkryć na Steamie i natrafiłam na prawdziwą perełkę: 


   Ha, poległam! ( ͡◉ ͜ʖ ͡◉) I mimo że jestem sentymentalnym stworzeniem, tak ten tytuł trafił niestety do zignorowanych (jak ~74k innych pozycji).
        
     Co do nazwy jednego ze światów mojego uniwersum, to powstała ona 22 lata temu, kiedy media społecznościowe nie były rozpowszechnione jak obecnie i ograniczały się raczej do prozaicznych polskich Fotek.pl czy innych Naszychklas. Nie było mowy o tak egzotycznych nazwiskach jak "Khaldun". Pojęcia nie mam skąd się w mojej nastoletniej głowie ta nazwa w ogóle wyroiła, ale roboczo została. Parę lat temu wyguglowałam ją i... zdziwiłam się, jak popularne jest to nazwisko na Wschodzie! ( ͡ᵔ ͜ʖ ͡ᵔ ) Zastanawiałam się nawet nad zmianą, ale tak mi już pasowała, że zwyczajnie ten zamysł porzuciłam. Khaldun to Khaldun. Piękna nazwa. Mają ludzie piękne nazwisko ( ͡ᵔ ͜ʖ ͡°).

🎵 In the Name of Queen - Demented Sound Mafia 🎶

niedziela, 19 lipca 2026

~~ Zaklinacz Żywiołów - Rozdział 47 ~~

Elegia o Nieśmiertelnym

Księga Druga

ZAKLINACZ ŻYWIOŁÓW

>> Rozdział 47 - Wattpad <<



Drużyna wyrusza z Adeili w kilkudniową podróż do stolicy. Gdy w grupie o zróżnicowanych charakterach pojawiają się pierwsze napięcia i starcia, podział ról nie wydaje się wcale tak oczywisty. Dopiero kiedy sprawy przybierają zły obrót, ujawniają się cechy niezbędne do ich wspólnego przetrwania. 

- Estariońska Kronikarka [kalendarium wskazuje 19d'7m'26r2t]



    W sumie wstęp zabrzmiał cokolwiek... dramatycznie? Nie chciałabym, aby Czytelnicy byli rozczarowani, ale jakoś tak mi to przypasowało. Może lubię dramatyzować, nie wiem. W każdym razie Leos zmaga się z niespełnionym uczuciem do Esta oraz poczuciem, że jest ciężarem dla grupy. Rozmowa z Aarimem dodaje jej otuchy i wzmacnia jej ciche postanowienie. Natomiast zmęczony podróżą, targany wewnętrznymi problemami Est obserwuje napięcia i roszady sympatii między towarzyszami. Na domiar złego dochodzi do ostrej sprzeczki między Colonellem a Aarimem, którą niespodziewanie ucina... Kto? Tego Wam nie wyjawię. Nie jestem ostatnio w nastroju na dzielenie się. Dowiecie się po przeczytaniu.


Kącik autorki.
        Ale mnie ostatnio wszystko wkurwia. Ten rozdział też omal nie wylądował w hasioku, wymłóciłam go ze wszystkich stron, a mimo to moje niezadowolenie sięgnęło zenitu. Nie uważam, że jest zły. Uważam, że nie jest dostatecznie dobry na moje standardy. A są one wygórowane. No trudno, taki mój obecny stan, a że nie wiem jak go rozładować, to wolę się nie rozpisywać, co by i Wam się nie dostało. Choć nie wiem za co.
        Wierzę, że spośród Was znajdzie się ktoś, komu się on spodoba 🤍

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 47

 

Z pierwszym brzaskiem siodłali konie, szykując się do nużącej podróży. Perspektywa niespełna siedmiodnia jazdy nie zrobiła na Colonellu ani Aarimie najmniejszego wrażenia, za to Leos i Estalavanes żywili poważne wątpliwości co do swojej żyłki podróżniczej. Szczególnie czarodziejka, która niemal całe życie spędziła w miejscach oddalonych od siebie co najwyżej o dzień drogi, nie licząc przyjazdu z Zielonych Bram do Adeili. Lecz tamta podróż komfortowym zabudowanym pojazdem chroniącym przed wścibskimi spojrzeniami oraz kapryśną aurą była tak odległa i nierzeczywista, jak gdyby tylko je wyśniła.

Była wówczas zupełnie inną osobą: dziewczynką złamaną żałobą po matce, biernie ulegająca naciskom bezdusznego ojca, półsierotą niemającą nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić. Niestety jedyny żyjący rodzic zmusił ją do życia pod fałszywym imieniem w cieniu Kompanii Najemnej Niedźwiedzi. Tyrd Niedźwiedziogrzywy nie przewidział jednak, iż pozostawiona sama sobie dziewczyna bardzo szybko nauczy się dbać o własne interesy i potrzeby. Zbuntowana na tyle, by uciec, i zdeterminowana do tego stopnia, by zamieszkać jako pustelniczka, doskonale odgrywała rolę wiejskiej zielarki, rozwijając się pod opieką miejscowej znachorki. I tak upływały spokojne lata, a wyrodny Tyrd nawet nie zauważył jej zniknięcia. Długo cieszyła się upragnioną wolnością, aż pewnego dnia zjawili się oni: jej niedoszły morderca w towarzystwie dziwacznego elfa. Razem. Dosłownie razem.

Z ciężkim od nieodwzajemnionego uczucia sercem Leos popatrzyła ukradkiem na Esta. Jego zręczne, nienaturalnie białe palce zaciągały ostatnie paski juków i upewniały się, że tuleja pospolitego bojowego kostura jest należycie umocowana. Czarne jak noc krótkie włosy przesłaniały duże kocie oczy oraz długie uszy i raz po raz elf musiał odgarniać niesforne pasemka wierzchem skórzanej rękawiczki, bezwiednie marszcząc przy tym brwi. W końcu uśmiechnął się pod nosem zadowolony z efektów swojej pracy i poklepał wyszczotkowany bok karego ogiera.

Przyciągnięty wzrokiem dziewczyny Est obrócił się w jej stronę i radośnie odsłonił kły, a ona niczym wiejska panna spłoniła się, odwracając gwałtownie plecami. Powracały do niej mgliste wspomnienia tego, co zdarzyło się w tych zimnych murach garnizonu. Do niczego co prawda nie doszło, ale mogłaby przysiąc, że igiełka lodu na wskroś przebiła jej serce. Zapragnęła raz jeszcze na niego spojrzeć, poczuć łaskoczące motyle skrzydełka w brzuchu, ujrzeć jego piękną twarz, uszy, jakich nigdy dotąd nie widziała, biegnące poziomo wzdłuż boków głowy i zwężające się jak połówki migdałów. Zawsze zabawnie drżały, kiedy docierały do nich najcichsze dźwięki, jak u spłoszonego królika.

Bez udziału woli odszukała go wzrokiem, lecz pojawienie się Cola skutecznie ją otrzeźwiło. Oto powód, dla którego ich wspólna przyszłość pozostawała niespełnioną romantyczną fantazją. To nie tak, że życzyła temu człowiekowi śmierci, ale gdyby go nie było, to może…

- Leos? - Łagodny głos Aarima wyratował ją z okrutnych i przykrych rozważań. Obejrzała się na mężczyznę zmierzającego ku niej z lśniącym bielą olbrzymem u boku. - Wyglądasz na zmartwioną. Czy coś się wydarzyło?

- Nie, Aarimie, dziękuję za troskę.

Nie chciała, by dojrzał na jej twarzy coś, co mogłoby budzić jego podejrzenia, więc wróciła do bezsensownego przeglądania toreb, które sprawdziła jakieś piętnaście razy, byle zająć czymś ręce. Przywołała na usta delikatny uśmiech, co nie było łatwe zważywszy na bliską obecność Esta oraz jej chwilowy spadek nastroju.

Aarim nie dał się zwieść.

- Jesteśmy drużyną, Leos. Nasze życia, podobnie jak powodzenie misji, zależą od naszych wzajemnych relacji. Dlatego proszę, byś nie wahała się powiedzieć, gdyby coś cię dręczyło.

Książę podszedł bliżej, jednakże tym razem czarodziejka nie wyczuła jego prezencji w swoim umyśle. Coś się zmieniło. I dostrzegła to natychmiast, kiedy mu się przyjrzała.

Sir Aarim Asmodeusz, królewski spadkobierca oraz rycerz-dowódca garnizonu w Adeili przewyższał urodą wielu znanych Leos mężczyzn. Chłopięcego Esta również, jako że blizny po oparzeniach na policzku i brwi tylko przydawały dojrzałości młodzieńczym, arystokratycznym rysom. Spoglądała prosto w oczy o złotych tęczówkach, które bez oporów śledziły zmiany w jej mimice. Dobrze wiedziała, że był równie bezwzględny, co niebezpieczny, a zarazem szlachetny i mądry, ale mimo to zaufała mu, wypierając ze świadomości fakt, iż omal nie zabił chłopaka, którego kochała.

Leos patrzyła, jak jasne brwi unoszą się pytająco. Zawstydzona uciekła spojrzeniem, koncentrując się na pasach siodła srokatego ogiera.

- Dz-dziękuję - zająknęła się, zbyt mocno zaciskając popręg, aż koń parsknął w proteście. Znów wyszła przy nim na głupiutką trzpiotkę. Nawet nie musiał używać mocy, by wprawić ją w zakłopotanie. – Przepraszam…

- Pozwól, pomogę. - Aarim puścił wodze Sena i stanął przy dziewczynie, która bez słowa ustąpiła mu miejsca. - Zapewne nie czujesz się swobodnie w towarzystwie trójki mężczyzn. Nie wątpię, iż odnalezienie się w naszym tempie oraz sposobie życia stanowi dla ciebie wyzwanie. - Jego wzrok ledwie zauważalnie prześlizgnął się na wytatuowanego zwiadowcę.

- Nie, to nie tak - zaprzeczyła skwapliwie, odruchowo podążając za jego spojrzeniem. Colonell żywo gestykulował i rozbrajająco szczerzył zęby opowiadając coś przyjacielowi, na którego białym obliczu gasł właśnie uśmiech, powoli zastępowany pogłębiającym się niedowierzaniem. - Po prostu… Tak, muszę się w tym wszystkim odnaleźć, Aarimie. Na razie czuję się jak jakiś rzep. Każdy ma wyjątkowy talent, a ja…

Zamilkła, ciemnoniebieskie oczy spuszczając na swoje splecione palce. Żal ucisnął jej dziewczęcą pierś, a głos uwiązł w gardle, kiedy uwalniając dłonie kolejno przyciskała płytki paznokci do opuszki kciuka. Dlaczego zwierzała się komuś, kogo jeszcze niedawno uważała za chłodnego i zdystansowanego człowieka? Nawet nie człowieka. Zerknęła spod brwi na niebianina i zbladła. Zdawał się uśmiechać. A był to bardzo smutny uśmiech.

- Leos, talenty mają niewielkie znaczenie. To doświadczenie zadecyduje o tym, czy przetrwamy nadchodzący koszmar. Doświadczenie oraz wola współdziałania.

Młody paladyn zwrócił pozbawioną wyrazu twarz ku dwójce najemników, jakby zastanawiał się, na ile samowoli powinien im pozwolić. Podjąwszy właściwą decyzję, ponownie skupił się na Leos. Złociste rzęsy opadły, gdy jego dłoń pokrzepiająco uścisnęła drobny bark czarodziejki.

Niespodziewany gest ze strony mężczyzny, który dotąd trzymał wszystkich na dystans, kompletnie ją zaskoczył. Zamarła bez ruchu w obawie, że trzepoczące niby ptak serce wyfrunie z jej piersi. Ręka Aarima była przyjemnie ciepła i lekka, zupełnie niepasująca do jej wyobrażeń, do zimnej stali, w jaką zwykł ją oblekać. Czując jak upstrzone piegami policzki płoną szkarłatem, przełknęła ślinę i popatrzyła na ramię spowite błękitnym atłasem, po czym przesunęła wzrok wyżej. Dopiero teraz spostrzegła, że Aarim nie założył pełnej zbroi płytowej. Za to ozdobił swój dzienny strój wysokimi skórzanymi butami obitymi białą stalą oraz pasującymi do nich rękawicami połączonymi z karwaszami sięgającymi łokcia. I tylko ta jedna dłoń była nieosłonięta, jakby celowo nie zdążył jej...

- Leos. - Czarodziejka wzdrygnęła się na dźwięk niskiego, beznamiętnego tonu. Znowu dała się porwać bzdurnym marzeniom. - Wierzę w ciebie, tak jak wierzę w osąd Estalavanesa dotyczący twojej osoby. Zatem ty także uwierz w siebie. Gwarantuję, iż podczas wyprawy do stolicy doświadczysz więcej, niż przypuszczasz. Niż chciałabyś. Niż ktokolwiek z nas by chciał - zakończył o wiele za cicho, by dosłyszała jego ponuro brzmiącą przepowiednię.

Chwila trwała, a dłoń ani drgnęła. Dziewczyna, wpatrzona w cudnej barwy oczy, nie wyczuwała aury Aarima, esencja nie płynęła też z jego ręki. Był to zwyczajny gest mający dodać jej otuchy. Gest istoty wyzbytej uczuć i emocji, nienawykłej do okazywania troski w tak bezpośredni sposób, a jednak wbrew sobie wyginającej kąciki warg w smutnym uśmiechu. Dlaczego znów smutnym?

Już otwierała usta, by zadać to nurtujące ją pytanie, kiedy gromki śmiech przerwał ich nieoczekiwany moment bliskości. Książę cofnął się. Kontakt został boleśnie zerwany, pozostawiając zanikające wrażenie jak z sennego widzenia.

- Jak rany, Col, ty naprawdę masz coś z głową! - Est w czarny skórzanym pancerzu prowadził konia w kierunku czarodziejki i paladyna. Otarł zbłąkaną łezkę z policzka i nie przestając chichotać, nieudolnie starał się utrzymać wzrok na idącym obok przodowniku. - W Pozaświecie powinni przygotować dla ciebie specjalne miejsce!

- Zawczasu je przygotowali, ale boją się mnie tam sadzać! – zripostował Col. - Przynajmniej dobrze zacząłeś dzień, Esti. I nie musisz się już martwić o zszarganą jak poduszka reputację!

Jowialny uśmiech nie schodził z jego brodatej twarzy, gdy wraz z końmi zatrzymali się przy pozostałej dwójce. Nawet pociemniały wzrok Aarima nie był w stanie zepsuć zwiadowcy humoru. Patrząc na przybitą siostrę musiał wytężyć siły, by pohamować kolejny wybuch wesołości.

- Ruszamy? – spytał. - Słońce przebija chmury na wschodzie, a droga już wzywa.

- Konie zatęskniły za odrobiną ruchu, a on to już na pewno. - Est kciukiem wskazał podrzucającego grzywą ogiera. Wyczesane czarne fale rozsypały się po zgrabnym pysku, przysparzając zwierzęciu kłopotu.

Leos ostatni raz zajrzała w rozświetlone szczęściem oczy Esta i odwróciła wzrok. Musi być silna, z czasem jednostronne uczucie wygaśnie. Tymczasem powinna zadbać o siebie, by nie stać się balastem i problemem dla reszty, szczególnie że Aarim pokładał w niej wiarę. Ostatecznie sama chciała z nimi jechać, toteż nie ma prawa narzekać. I jak do tej pory była silna, tak teraz musi być jeszcze silniejsza. Zresztą, nie na darmo zyskała przydomek Małej Niedźwiedzicy!

Umocniona w swoim postanowieniu piromantka wspięła się na siodło i usiadła jak najwygodniej na niezbyt miękkim siedzisku. Zmierzyła z góry trójkę mężczyzn i z dumnym grymasem rzuciła lekko, przypieczętowując złożoną samej sobie obietnicę:

- To na co czekamy? Czas ucieka, droga szeroka, a gospoda sama do nas na nocleg nie przyjdzie.

- Podoba mi się jej postawa - skomentował głośno Colonell, szturchając Esta pod żebra. – Dzień dopiero się zaczął, a ona już o spaniu.

Gniada klacz obróciła łeb, by spojrzeć na sadowiącego się w siodle człowieka. Karego ogiera wręcz rozpierała energia, przestępował z jednej kudłatej nogi na drugą, ani myśląc słuchać półsmoka. I tylko biały rumak stał niby wykuty w najprzedniejszym marmurze, gdy dodatkowy ciężar spoczął na jego szerokim grzbiecie.

Est już od wczoraj baczniej przyglądał się zachowaniom Leos i Aarima. Niebianin przypatrywał się dziewczynie z nieodgadnionym wyrazem, najwyraźniej potraktował jego radę poważnie, nikogo bowiem nie poddał działaniu sondy emocjonalnej.

Mieszkając i pracując w noclegowni biały elf nabył kilka przydatnych umiejętności, a jedną z nich była zdolność niezauważalnego obserwowania otoczenia. W ramach rozrywki oraz dla własnego bezpieczeństwa podglądał poniektórych gości przybytku; nic się przed nim nie ukryło, kiedy bystro wypatrywał wszystkiego, czego ludzie nie chcieli ujawniać. Obserwowani nawet nie poczuli jego wzroku, ale Est musiał być niezwykle ostrożny. Było to męczące, niemniej dawało satysfakcjonujące rezultaty.

Dzięki temu nie umykało mu żadne ukradkowe spojrzenie, jakie na każdym kroku posyłała mu Leos, lecz bardziej intrygowała go zmiana w podejściu Aarima do czarodziejki. W końcu używał słów zamiast tej nieszczęsnej niebiańskiej magii. Stawał się bliższy ludziom i na dłuższą metę nie wiadomo czy było to dobre posunięcie, czy też nie. Nie jemu sądzić nieludzkie istoty w ich staraniach odnalezienia w sobie człowieczeństwa. Sam pragnął przypominać człowieka, więc nie mógł za to krytykować innych.

Jak na ironię, gdy wreszcie chłopak przestał się zadręczać, wici aury Aarima wniknęły do jego umysłu. Est potarł twarz dłonią w rękawiczce i warknął z rezygnacją, próbując odzyskać kontrolę nad emocjami. Sonda mentalna była mu solą w oku i musiał mieć się na baczności, by nie przyzwyczaić się zanadto do niechcianej obecności - trzeciej, jak by nie liczyć - co mogło okazać się zgubne. Był najsłabszym ogniwem, jednostką wyjątkowo podatną na atak i choć Col uważał inaczej, będzie zmuszony poprosić niebianina o kontynuację treningu mentalnej odporności. W tej chwili ich wspólne przetrwanie było ważniejsze od zdania partnera. Przetrwanie oraz dotrwanie do końca dnia w pozycji siedzącej i nie danie po sobie poznać, jak wiele go to kosztowało. Regeneracja jest nieocenionym darem, ale nie znaczyło to, że przywykł do bolączek, których fizyczna odnowa nie dotyczyła…

Wierzchowce same ruszyły za majestatycznym Senem i Est nie musiał dzielić uwagi między opanowaniem wyrywającego do przodu karego a poszukiwaniem wolnej przestrzeni na coraz tłoczniejszej ulicy przed nimi. Kusiło go, by zerknąć do tyłu na ogromne mury garnizonu ze strzelistymi wieżami Katedry Tarthosa, lecz bał się, że będzie to ostatni raz, kiedy je widzi. Wolał odłożyć to na później, gdy wrócą cali i zdrowi. Bo wrócą. A przynajmniej gorąco w to wierzył.

- Źle się czułem oglądając te mury od wewnątrz.

Est odwrócił się, słysząc dobiegający z prawej baryton partnera. Col wydawał się zasępiony. Jego wzrok przygasł pod zmarszczonymi brwiami, gdy zajrzał w jasnozielone oczy półsmoka. Nie spojrzy w tył. Niedźwiedzie nie oglądają się za siebie.

- Za dzieciaka widywałem je z zewnątrz i żałuję, że tak nie zostało. Gdybym miał wybór, nigdy bym tu nie wrócił.

To ja nie dałem ci wyboru, Col. - Uszy Esta opadły smętnie. Pociągnął lekko za jeden z białych płatków garbiąc się przy tym w siodle. Całe życie odmawiano mi prawa wyboru i teraz ja sam odbieram tę możliwość najbliższym. Mistrzu, czy na tym polega odpowiedzialność? Na decydowaniu w imieniu reszty? Skoro tak, to nie nadaję się do tego…

***

Bez wątpienia Est był najsłabszym ogniwem, zwłaszcza jeśli chodzi o wytrzymałość w siodle i chociaż usiłował utrzymać pozory dziarskiego oraz zrelaksowanego jeźdźca, to w rzeczywistości marnie mu to wychodziło. Dla oderwania myśli od bolących partii ciała postanowił przywołać rozkoszne wydarzenia minionej nocy. Jak na złość, jako pierwsze nasunęły się akurat te, których sobie nie życzył...

Nie mógł przeciwdziałać przemianom następującym w nim pod wpływem trudnych emocji. Wkrótce druga tożsamość zacznie przejawiać się z większą częstotliwością, lecz chciałby zyskać pewność, że zdoła nad nią zapanować w krytycznych sytuacjach. Nazywał to drugą tożsamością, choć nie wyczuwał już drugiego “ja” - jakby stali się jednym i tym samym, a on, chcąc nadać temu sens, rozgraniczył swą jaźń na tę dobrą oraz złą. Jeżeli jego rozumowanie było poprawne, skrajne uczucia wyciągały na światło dzienne groteskową, potworną naturę, coś na podobieństwo skomplikowanego systemu obronnego. Na szczęście wsparcie Cola oraz jego niezachwiana miłość łagodziły najgorsze skutki, jakie niósł ze sobą ów wewnętrzny konflikt.

Rzecz jasna Est mógł się mylić, co było całkiem prawdopodobne, aczkolwiek będzie opierał się na tej teorii do momentu potwierdzenia jej w kolejnych przypadkach, ewentualnie do następnego razu, który przybliży go do odpowiedzi. Tak jak mawiał mistrz: nie pozna prawdy, jeśli nie będzie jej dociekał.

Myśl o Magu, w pamięci Esta nigdy nie będącym Artemonem, wyrwała go z odrętwienia. Miał przy sobie jego dziennik, wystarczyło po niego sięgnąć, by zgłębić najskrytsze myśli człowieka, który w przeciągu roku urósł w jego sercu do rangi przybranego ojca... Wzbraniał się przed tym. Nie miał odwagi dotknąć książki choćby palcem z obawy, że odeśle starca do przeszłości, w Pozaświat. Pragnął wierzyć, że w ten sposób uchroni mentora przed śmiercią i że kiedyś się zobaczą, gdyż nie pozostało mu nic poza wspomnieniami, do których mógł wracać podczas medytacji.

Est miał już dosyć przytłaczających rozmyślań, a jego nastrój stale pogarszały obolałe mięśnie zesztywniałe od podrygiwania na twardym końskim grzbiecie. Z zazdrością patrzył na Colonella, który po paru godzinach jazdy trzymał się w siodle równie prosto jak na samym początku. Aarim w niczym mu nie ustępował; obaj wysforowali się na sam przód, zachowując od siebie niezmienną odległość całej szerokości drogi. Nie był to wynik przezorności. Leos i Est mogli wjechać między nich i jeszcze zostałoby miejsce dla nieznajomego nadciągającego z naprzeciwka - gdyby ktoś taki się pojawił. Lecz, co dziwne, trakt był opustoszały, nie licząc ich czwórki. A może to normalne w tych stronach? Nadejście wieczoru nie sprzyja urządzaniu wędrówek i przejażdżek z przystankiem w lesie.

Jak dotąd minęli trzech mieszczan załatwiających swe sprawy w pobliskich wsiach oraz jeden powóz na resorach należący do słusznego wiekiem szlachcica. Żaden z podróżników nie zagadywał ich, ograniczając się do zdawkowych uprzejmości. Chłopak pomyślał wtedy o komfortowej podróży jaką odbył niemal identycznym pojazdem z lordem Henendrikiem II z rodu Halavar i żałował, że nie mogą dostać się do stolicy w większej wygodzie niż podskakując w siodłach, wystawieni na niepogodę oraz ciekawskie spojrzenia.

To nie tak, że Est wysoko cenił luksus. Zwyczajnie nie nawykł do długiego przebywania w jednej pozycji na wciąż poruszającym się zwierzęciu, podrzucany i wstrząsany jak skrzynia na pace furmanki. Uwielbiał ruch i nawet medytacje negatywnie odbijały się na jego samopoczuciu, choć nie tak bardzo jak jazda konna. Kochał konie, ale naiwnie zakładał, że będzie to doznanie mniej więcej takie samo jak one, czyli wspaniałe.

Biorąc się w garść, zaczesał włosy i zganił się za marudzenie. Nawet przyjaciółka jadąca tuż przed nim lepiej to znosiła. Albo umiejętnie się kamuflowała. Nie mógł zaprzeczyć, że cokolwiek by nie robiła, wychodziło jej to bez zarzutu i wypadał na jej tle nader kiepsko, jak jakiś rozpieszczony paniczyk.

Bezczynność także odegrała rolę w bezgłośnych utyskiwaniach półsmoka. Mimo uroku i piękna wonnych łąk skąpanych w promieniach zachodzącego słońca, znudzony przetarł ciężkie powieki i ziewnął przeciągle. Był bardziej wyczerpany niż jego koń, lecz nie na tyle, by nie dostrzec jak Col podjeżdża do księcia i nieznacznym skinieniem ręki w strzeleckiej rękawicy przykuwa jego uwagę. W tej chwili wszystko było ciekawsze od wydeptanej drogi i wysokiej trawy, toteż Est bez namysłu popędził karego nie chcąc uronić ani słowa z ich rozmowy. Odnosił wrażenie, że źle się to dla nich obu skończy.

Colonell z wyćwiczoną obojętnością zwrócił się do zleceniodawcy, nie przestając lustrować ciemniejącej gęstwiny pochłaniającej drogę.

- Jazda przez las o tak późnej porze to proszenie się o nieszczęście, paladynie.

- Wieczór nie ma się ku końcowi, przodowniku. - Aarim pozostawał równie oschły, a w przekonaniu podążającego za nimi półsmoka niebianin doprowadził tę cechę do perfekcji. I zaprezentował ją w pełnej krasie wraz z lekceważącym spojrzeniem wbitym w drogę. – Dotrzemy do gospody przed zmrokiem.

- Od wielu godzin nie widzieliśmy na trakcie żywej duszy - zaznaczył z naciskiem Col, rozglądając się po drzewach występujących w coraz większych skupiskach. Niebawem wjadą do lasu, a baldachim liści zasłoni niebo, kryjąc ich w kompletnych ciemnościach. - Możemy wpaść w zasadzkę.

Aarim był jednak nieugięty.

- To zrozumiałe, Colonellu, w porze wieczornej mało kto zapuszcza się w las. Dla uspokojenia dodam, że leśny trakt jest prosty, zatem jeśli zajdzie konieczność ucieczki, to konie z łatwością przebędą szlak cwałem bez ryzyka okulawienia. Zaręczam, iż tylko obłąkany człowiek porwie się na czterech uzbrojonych jeźdźców, z których jeden przynależy do bractwa zakonnego.

Przyczernione oczy zwiadowcy zwęziły się z irytacją, w skupieniu przeczesując teren przed i wokół. Col wprawnym ruchem rozpiął broszę cętkowanej peleryny, w razie nagłej potrzeby zapewniając sobie dostęp do bandoliera z nożami oraz sztyletów u pasa. Łuk wisiał przy siodle, nie mniej śmiercionośny niż zimna stal na piersi i biodrach.

- Widać nie orientujesz się w zasadzkach urządzanych na przejezdnych – wytknął mu z uporem Col. - Rozbójnicy wykazują się nie lada kreatywnością, zwłaszcza wobec niczego niepodejrzewających ofiar. Nie wspominając o grasantach.

- Wiem dość, by twierdzić, że nie ma tu rozbójników, przodowniku. - Aarim obrzucił Colonella niechętnym spojrzeniem. Od lat czuwał nad tymi ziemiami, a wszelkie akty anarchii oraz agresji skierowanej przeciwko ludności cywilnej czy zakonowi bezzwłocznie tłumił, dlatego nadmierna ostrożność kompana była dlań niepojęta. - Ponadto nie stało w raportach, by w okolicy dostrzeżono grasantów. To bezpieczna trasa.

- Zapewne w tych samych raportach nie stało także o dezerterach w kanałach Adeili. - Najemnik podniósł głowę i wzrokiem spiorunował niewzruszonego rozmówcę. Już dawno miał ochotę zacząć ten temat, lecz aż do teraz nie było ku temu sposobności. - Tam też nie ma rozbójników, jest za to siatka rajfurów, rekieterów, złodziei i morderców za nic mających zakutych w stal tępaków na górze.

Niebianin nie dał się sprowokować. Niemniej wytykanie słabości przez człowieka wciąż popełniającego ten sam błąd nie mogło pozostać bez odpowiedzi.

- Spieszę zauważyć, iż sam się do nich zaliczałeś, Colonellu. I byłbyś przypłacił to życiem, gdyby nie interwencja Kompanii Najemnej Niedźwiedzi.

- Było, minęło, bardziej interesuje mnie twoje przymknięte oko na morderstwa i rozpustę. Nie poradziłeś sobie z własnym miastem, a zamierzasz podważać moje kompetencje?

- Zatem to jest twoją bolączką, przodowniku. W mojej ocenie tym, kto podważa twe kompetencje, jesteś ty sam.

Złote oczy błysnęły gniewnie, kiedy Aarim z rosnącym napięciem wpatrzył się w wytatuowane śniade oblicze, próbując wyczytać z niego więcej za pomocą nieustępliwej aury. Jednakże jedyne, co odnajdywał we wnętrzu człowieka, to skumulowane złość oraz bezsilność, w zbyt dużej dawce przechodzące na niego samego. Jeżeli nie chciał się zapędzić, powinien tymczasowo zaprzestać sondowania awanturnika. A także ukrócić jego buntowniczą manierę oraz przypomnieć mu, iż dowództwo nie podlega dyskusji.

Gniada potrząsnęła łbem podzielając zdenerwowanie jeźdźca, mimo to stąpała lekko po ubitej ziemi tuż obok białego ogiera. Colonell przechylił się w siodle, zniżając głos do groźnego półszeptu.

- Nie podważam moich kompetencji, Wasza Książęca Mość, ani niczyich innych. Jednak kiedy słyszę, że droga przez las jest prosta i można przewalić na przełaj w razie zagrożenia, to krew się we mnie gotuje. W najlepszym wypadku pozbędziemy się koni. W najgorszym ktoś straci życie.

Est siedział im prawie na ogonach. Z niepokojem wsłuchiwał się w ostrą wymianę zdań, wodząc wzrokiem od jednego do drugiego. Niepewność wyparła zmęczenie, a serce zabiło mocniej na brzmienie głosu partnera. Wiedział, o co mu chodziło i rozumiał, dlaczego ten temat wypłynął właśnie teraz. Dziwić mogła kwestia dlaczego dopiero teraz. Tożsamość ofiary z Adeili nie była chłopakowi znana, za to dla Colonella musiała być kimś wyjątkowym i bardziej wartościowym, niż mężczyzna skłonny był przyznać. Aczkolwiek Est nie mógł kategoryzować jej w ten sposób, z pewnością w Adeili dochodzi do wielu przestępstw i morderstw, więc każda ofiara miała prawo oczekiwać sprawiedliwości Zakonu Paladynów, nie tylko ta jedna. Lecz nie potępiał przyjaciela. Gdyby to jemu zamordowano kogoś bliskiego, osobiście szukałby zemsty. A Col nie mógł tego zrobić, ponieważ jego życie nie należało już wyłącznie do niego.

Z ukłuciem wstydu Est odkrył, że lojalność kochanka bardzo mu schlebia, stawia go bowiem wyżej nad osobą, po śmierci której mężczyzna oszalał z żalu i potęgującej agresję toksyny. Doprawdy powód do dumy: być kimś ważniejszym niż zmarła kobieta. Jak rany...

- Powtarzam po raz ostatni, Colonellu: jedynym uzbrojonym człowiekiem, na jakiego możesz się tu natknąć, będzie myśliwy z okolicznej osady kontrolujący populację drapieżników...

Tętent wymijającego ich galopem łaciatego ogiera zagłuszył dalszą wypowiedź Aarima. Zatrzymując wierzchowca w poprzek drogi czarodziejka częściowo zatarasowała przejazd, mierząc obu mężczyzn wściekłym spojrzeniem burzowych oczu. Z rozwianymi na wieczornym wietrze miodowymi włosami i zaciętym wyrazem twarzy, odziana w czerwone szaty piromantki była boginią ognia mająca zaraz uciszyć przekrzykujących się heretyków.

- Zamknijcie się obaj, natychmiast! - huknęła tonem, o jaki nikt nie posądzałby tak drobnej osóbki. - Jeżeli ktoś faktycznie czeka w tym lesie, to wasze kogucie pianie już nas zdradziło! – Jej granatowe od ledwo powstrzymywanej furii wejrzenie wypalało w zwiadowcy dziurę na wylot, a kiedy utkwiło w paladynie, nie zostawiła na nim suchej nitki. - Colonell słusznie mówi, lepiej zachować ostrożność niż potem salwować się ucieczką, ryzykując końmi i życiem. Co w ciebie wstąpiło żeby postępować tak lekkomyślnie?! Pojęcia nie mamy co przyjdzie nam tam spotkać!

Konie przystanęły, strzygąc uszami. Obsztorcowani mężczyźni spoglądali na dziewczynę z mieszaniną oszołomienia i nieśmiałego podziwu. Colonell wiedział, czego się po niej spodziewać, natomiast Aarim pierwszy raz miał okazję widzieć ją rozjuszoną. I kłamstwem byłoby powiedzenie, że ten przejaw stanowczości nie wzbudził w nim mimowolnego uznania. Młodziutka Leos Niedźwiedziogrzywa odznaczyła się siłą charakteru niezbędną do przetrwania kolejnych dni albo miesięcy, w zależności od rozwoju wydarzeń. Zdobyła się na odwagę, by wkroczyć między nich i uciąć bezcelową kłótnię, jednocześnie poskramiając ich męską hardość.

Est, postronny obserwator całego zajścia, nadal trzymał się trochę z tyłu. Leos ubiegła go, udzielając sekutnikom srogiej reprymendy, był jednak z tego zadowolony, gdyż nieświadomie wywołała efekt, jakiego on sam by nie osiągnął. I równocześnie udowodniła, że nie jest delikatnym, posłusznym mężczyznom dziewczątkiem. Książę ma niemały orzech do zgryzienia, bo wreszcie przekonał się, że ta niepozorna dziewczyna potrafi wysunąć ostre pazurki.

Nieco im współczuł słuchając tyrady, a gdy Col i Aarim wymienili niepewne spojrzenia, jego uśmiech jeszcze się poszerzył. Przeczuwał, że docieranie się tych dwóch władczych charakterów będzie długie i żmudne, o ile w ogóle dojdzie do skutku. Obaj chcieli dowodzić i żaden nie podda się bez walki, a wkrótce ich awantury przybiorą agresywny wymiar. Co prawda Aarima niełatwo było wyprowadzić z równowagi, lecz Colonell umiał przywalić z całą mocą argumentu w najmniej dogodnym momencie…

- A teraz ostrożnie wjedziemy do tego przeklętego lasu, gotowi na wszystko: od ciemnej nocy po rozbójników - ciągnęła Leos nie tracąc nic ze swojej apodyktyczności. - Jeśli droga będzie bezpieczna, przyspieszymy za radą Aarima, jeśli nie, to chyba wiemy co robić. - Rozdała ostatnie karcące spojrzenia i zawróciła konia, podstawiając go tuż obok winszującego jej białego elfa.

Przodownik i paladyn nie obejrzeli się za siebie. Słowem się nie odezwali, tylko ponaglili wierzchowce do żwawego kłusu i rozjechali na boki, byle dalej od siebie.

Est, wciąż głupkowato wyszczerzony, odczekał kilka oddechów i uciskiem kolan zachęcił karego rumaka do zwiększenia tempa. Obrócił się do Leos, mrugając porozumiewawczo.

- Nieźle ich ustawiłaś, aż obu mowę odjęło! – zachichotał. Odetchnął wieczornym powietrzem, wyciszając napływające emocje i dając towarzyszce czas na uspokojenie nerwów. - Mnie nie wzięliby na poważnie. Bo przecież nie wyglądam poważnie.

- Est, proszę cię, nie jestem w nastroju na żarty. Poza tym zrobiłbyś to samo na moim miejscu.

- Zgadza się, chciałem, ale mnie uprzedziłaś. Nie uzyskałbym jednak tak spektakularnego efektu. W moim przypadku przez związek z jedną stroną konfliktu wydałoby się to nieszczere.

Niepewność odpuściła, na chwilę pozwalając półsmokowi przejąć władzę nad przytępionymi zmysłami. Musiał być czujny, ponieważ nocny las, nawet tak niewielki jak ten, to nie tylko drapieżne zwierzęta. To również bestie skryte pod ludzkimi powłokami. I te dawno już nieżyjące, kroczące w ślad za nimi.

- Wydaje mi się – dodał ciszej – że są już zmęczeni tą ciągłą jazdą i wszystko zaczyna ich denerwować. Cola rzadko ponosi, niestety Aarim to dla niego prowokacja sama w sobie.

- Boję się myśleć co się wydarzy, kiedy… - Leos przerwała, zapatrzona w gąszcz. Jadący przed nimi Col i Aarim znikali już w zagajniku niczym w paszczy olbrzymiego potwora, aż przebiegł ją dreszcz na to porównanie. - Kiedy dojdzie do najgorszego - dokończyła drżącym szeptem.

- Wiesz, Leos? Też się boję. Ale nie o to, że się pozabijają. Jestem przekonany, że Col oddałby życie za Aarima, ale za nic tego nie powie.

Est przechylił lekko głowę, koncentrując się na majaczącej w ciemności zszarzałej sylwetce ukochanego. Naszła go chęć rozmasowania jego napiętych barków, szepnięcia czegoś miłego do ucha, dotknięcia zarośniętego policzka...

I nim się zorientował, wiatr uczynił to za niego.

Colonell spiął się nagle w poszukiwaniu niewidzialnego napastnika. Nie dostrzegłszy nikogo, przetarł policzek i obejrzał palce, niczego jednak nie znajdując. Niespokojnie rozejrzał się na boki i w górę, natychmiast alarmując rycerza.

Przydymione szmaragdy napotkały książęce złoto. Obaj popatrzyli na siebie, nasłuchując pośród stukotu kopyt, lecz nic nie wskazywało na obecność ukrytych w mroku bandytów. Sowy pohukiwały pośród szumu liści, ptaki krzyczały w koronach drzew nawołując się nawzajem, a świerszcze koncertowały popisowo.

Est zasłonił oczy dłonią i z trudem powstrzymał śmiech, gdy Col odwrócił się do niego. Człowiek w lot wszystko pojął. Lekkie skrzywienie jego ust mówiło językiem duszy. Nie gniewał się, pokręcił tylko głową dalej jadąc przed siebie. Niewątpliwie poprawił mu się humor po tym małym przedstawieniu.

Colonell wreszcie się odprężył i spojrzał przepraszająco na Aarima. Ten prychnął, co w jego wykonaniu uchodzić mogło za namiastkę wesołości. Dźwięk tak niespotykany, że trudny do pomylenia z jakimkolwiek innym odgłosem.

- Co się tam właściwie stało? - zmieszana Leos nie wiedziała na kogo patrzeć.

- Pajęczynka. - Est parsknął na tyle głośno, że słychać go było na samym przodzie. Jego skaleonie ślepia iskrzyły ledwie tłumionym rozbawieniem. - Colonell wjechał w pajęczynkę.

Odkrył sposób na pocieszenie partnera. Wydawało mu się to na tyle urocze, że postanowił korzystać z tej umiejętności przy każdej nadarzającej się okazji, pomijając oczywiście te, które wymagały od Cola absolutnej uwagi. I nie za często, co by im prędko nie spowszedniało, ale na tyle, by pozostało ich małym rytuałem. Zupełnie jak piórko Colonella.