Ciężkie
kroki dudniące na okrytych chodnikiem kamieniach zdradzały gniew, podobnie
dłonie gwałtownymi szarpnięciami rozpinające kolejne elementy brudnego
pancerza. Colonell miał już serdecznie dość tego miejsca i rządzącego nim
starego Niedźwiedzia. Planował uciec jak najdalej stąd i żyć tak, jak kiedyś -
wedle własnej woli, robiąc co chciał i z kim chciał.
Wierzchem rękawicy otarł nos. Płatki zasuszonej
brunatnej farby odpadły z jego rozpalonych policzków. Powinien ochłonąć. I
odpocząć. Udać się do koszar i wśród rozgadanej hałastry spróbować szczęścia z
drzemką. Tu przetrącić parę łbów dla zasady, tam odesłać kilku na trzydniową
przepustkę, byle stawili się na posterunkach w miarę zdolni do podjęcia
obowiązków. Za to go lubili. Bywał surowy i niewzruszony, gdy wymagała tego
sytuacja, niemniej posiadał także ludzką stronę, często okazywaną poprzez
wyrozumiałość oraz chęć współpracy. Nie wywyższał się, choć mógł. Nie wychodził
przed szereg i nie wtrącał się w nie swoje sprawy, a był przecież samcem alfa w
koszarach. Było mu wolno. Wszystko było mu wolno, miał pełną swobodę działania.
Posiadał przywileje. A jedyne, czego tak naprawdę pragnął, to nieosiągalnego -
wolności wyboru oraz możliwości odejścia z kompanii. Razem z Estim.
Colonell zatrzymał się tuż za progiem budynku.
Chłodny, przesycony wilgocią wiatr pierwszego brzasku ostudził nieco jego
wzburzenie, choć krew w żyłach nadal płonęła, a szyja wciąż czerwieniła się
tam, gdzie Tyrd zamknął swoje ogromne paluchy, niemal miażdżąc mu krtań. Ten
stary skurwysyn miał moc w grabach, nie ma co. Bez kija nie podchodź, jak
mówiono o najtrudniejszych przypadkach.
Rozjątrzony podjął decyzję. Tej nocy zrobi sobie
wychodne w ramach buntu. Wybierze w zastępstwie któregoś z chłopaków i całą
winę za wynikłe zamieszanie ostentacyjnie zwali na starego. Col należał do
ludzi sumiennych i obowiązkowych, powierzone mu zadania zawsze traktował
priorytetowo, ale ileż można? Wszelkie jego starania nigdy nie były
dostrzegane. Niedźwiedź wymagał więcej i więcej, a gdy już to więcej otrzymał,
i tak sapał z niezadowolenia. Nie miało to sensu. Chyba obaj musieli od siebie
odpocząć.
Jeżeli tak właśnie wygląda rodzina, to wcale nie
żałował, że nigdy nie założy własnej.
- Jeszcze nie śpisz? - pytanie Maga poniosło się echem
w głębi korytarza, a tuż po nim dłoń opadła na jego osłonięty naramiennikiem
bark. - Miałem wizję. Trzecią w przeciągu kilku godzin.
Młodego człowieka przeszły ciarki, gdy obracał twarz w
stronę wieszcza. Zrzęda wyglądał na osłabionego. Pobladł niezdrowo, a jego
bujna broda rozjaśniła się siwizną. Schudł. Żaden z tych symptomów nie wróżył
im dobrze.
- Co tym razem? – zaciekawił się Col. - Jak mniemam,
jeszcze gorsze wieści.
Znów spojrzał przed siebie i choć zdawało się, że
patrzy w punkt na horyzoncie, tak stary nauczyciel wiedział, że ze wzmożoną
czujnością obserwuje dziedziniec w poszukiwaniu niepowołanych uszu.
- Dla ludzkości fatalne - potwierdził Mag pozornie
beztroskim tonem. - Dla ciebie wyjątkowo pomyślne.
Col prychnął, zerkając z politowaniem na
niepoczytalnego doradcę.
- Jestem człowiekiem, staruszku. Jak mam to rozumieć?
- Daj mi pół roku, a wyślę was daleko poza Twierdzę.
Ciebie i Estalavanesa.
- To jest ta dobra wiadomość - skonstatował
młodzieniec. Wnętrzności ścisnęły mu się w bolesny supeł, gdy pomyślał o tej
gorszej. - Teraz zła.
- Ryzyko waszej śmierci w trakcie podróży jest
wysokie.
- Na jedno wychodzi. Zarówno w pierwszym, jak i drugim
wypadku opuścimy Twierdzę. - Colonell poklepał chłodną, pomarszczoną dłoń
dawnego wychowawcy i zajrzał w zatroskane oczy. Czułość wkradła się w jego
głos, gdy zsuwał z ramienia jego rękę. - Mnie to odpowiada, staruszku.
Tymczasem powinieneś odpocząć. Ja też idę.
I odszedł, prawie zeskakując z płaskich stopni
prowadzących na dziedziniec.
Stary doradca odprowadził go wzrokiem. Gdy zwiadowca zniknął
w ciemnym przedsionku ogromnych koszar, łysa głowa obróciła się w kierunku sali
ćwiczeń oraz oczekującego w niej ucznia.
Mag chciał być pewien swojej racji, urzeczywistnić
przeczucia, lecz wątpliwości zakradły się do serca, podle kryjąc w jego wnętrzu
i kładąc cieniem na wszystkim, co robił. Nadciągająca ciemność także sięgała
podatnych serc oraz umysłów ludzi, tak jak sięgnęła jądra tego świata. Koszmar
stawał się jawą, a jawa mieniła się koszmarem. W jaki sposób jeden zagubiony
chłopiec udźwignie taki ciężar odpowiedzialności, skoro nawet nie zna swojego
miejsca w świecie? Nieważne czym był, jasnym się stało, że reprezentował
odrębną frakcję w tym rozpoczętym na nowo konflikcie.
Smoki jedynie zwiastowały powrót bogów, istot o
realnej władzy działających z woli Wszechmocnych - dawców swej krwi.
Królowie bezsprzecznie byli bogami.
A Estalavanes zaszachował ich obu.
Kwestią czasu było, który z nich zorientuje się
pierwszy.
***
Na północy
jesień zawsze przychodziła wcześniej niż na południu, podczas gdy śródląd,
położony względnie pośrodku, cieszył się tak samo długim upalnym latem, co
śnieżną zimą. Dni z wolna stawały się krótsze, nadal jednak były ciepłe mimo
pory nieprzerwanych deszczy przemierzających kontynent z południa na północ.
W przerwie między mżawkami Colonell przemknął w cieniu
koszar, zbliżając się do Wieży Czarodziejów. Odprawił marudną, utyskującą na
patrol piątkę dając im dobrą radę, aby pilnowali tyłów. Przyjęli to oczywiście
jako złośliwy żart niepisanego dowódcy, toteż odwdzięczyli się kilkoma
kąśliwymi komentarzami, po czym wyszli na spotkanie niebezpiecznym liściom oraz
nie mniej groźnym ulewom i wichrom. Zapowiadało się na nudną noc, aż zatęsknili
za dreszczykiem emocji oraz atrakcjami, jakich zazdrościli braciom na przepustkach.
Col musiał im obiecać, że gdy tylko wrócą, przyjdzie ich kolej.
Młody mężczyzna zadarł mocno głowę, aż musiał
przytrzymać kaptur bluzy zsuwający mu się z włosów. O ile dobrze pamiętał, w
tym momencie Esti powinien znajdować się w pracowni alchemika na parterze. Z
drugiej strony dzieciak był tak zmordowany po nieprzespanej nocy i całym dniu
ćwiczeń, że mógł zrezygnować z dodatkowej pracy i pójść do łóżka tuż po
kolacji. Nie, Col domyślał się, że biedak nie zaśnie i prędzej straci
przytomność, niż świadomie podda się zmęczeniu. A on przyszedł tu, by mu pomóc.
Ułatwić pewne sprawy.
Wspinaczka na czwartą kondygnację, choćby o zmierzchu,
nie stanowiła dla niego wyzwania; mury były stare i pokruszone, gdzieniegdzie
brakowało kawałków ciosanego kamienia, a bluszcz porastający najbardziej
nasłonecznioną ścianę zdawał się gęsty i mocny. Mógłby oczywiście wejść
drzwiami frontowymi, lecz ryzykował wtedy nie tyle wykrycie w miejscu, do
którego nie miał wstępu, co jawne najście pod nieobecność lokatora. Tak czy
inaczej łamał prawo Twierdzy: jako niemagiczny nie mógł przebywać w wieży, a
już szczególnie w pustej sypialni magicznego, nawet jeśli był to niemagiczny
uczeń Maga. Prawo to prawo, a jemu często zdarzało się być z nim na bakier.
Dosadnie przedstawił staremu swoje stanowisko, wobec czego nagiął nieco zasady,
pozwalając sobie na więcej niż powinien.
Strząsnął kaptur i sięgnął do najwyższej luki w
kamieniach. Była śliska od deszczówki i lśniła odbitym światłem, ale nie z
takimi przeszkodami przychodziło mu się mierzyć. Uważnym okiem przeczesał
ścianę. Odnalazłszy dogodne punkty zaczepienia, odepchnął się od miękkiej ziemi
i ze zwinnością niskowyżańskiego gekona ostrożnie ruszył przed siebie, w
półmroku dopatrując się połyskujących wyrw i szczelin, które mógł wykorzystać.
Na próbę szarpnął za bluszcz. Utrzyma częściowy ciężar, w razie gdyby stracił oparcie.
Zadowolony z postępów mijał drugi balkon. Nie
uśmiechnął się, by nie zapeszyć szczęścia, które zwykł nazywać umiejętnościami.
Najmłodsze lata spędził na rozwijaniu talentów pozwalających mu przetrwać w
ekstremalnych sytuacjach, czymże więc była pionowa ściana ociekającej deszczem
wieży? Przeszkodą? Przeszkody są po to, by je pokonywać!
Jego oddech stał się ciężki i urywany, kiedy mijał
trzecie piętro. Dostrzegał już swój cel, okolony jaskrawymi wirującymi plamami.
Musiał opanować drgania palców coraz częściej ślizgających się na wygładzonych
szczelinach. Dwa razy omsknęła mu się stopa, toteż wspomógł się porastającymi
ścianę pnączami, którym i tak nie zawierzył na tyle, by oddać cały ciężar ciała
do podtrzymania. Przynajmniej ustabilizował swoją pozycję na pionowej trasie.
Jeszcze trochę…
Resztkę energii skupił w silnych mięśniach ramion, gdy
chwytał się krawędzi balkonu i podciągał na gładką, kamienną balustradę. Łapiąc
dech, przycupnął na mokrej poręczy niby katedralny maszkaron. Nagle zakręciło
mu się w głowie i jakby zwiotczał z wysiłku, więc pomału zsunął się na
posadzkę. Dawno już nie wspinał się tak wysoko i w tak niesprzyjających
warunkach, ale nabierze wprawy. Przynajmniej przekonał się, że da radę dotrzeć
tu na swój sposób, bez konieczności mieszania w to ewentualnych świadków. Wartownikami
na blankach nie musiał się przejmować, wzrok bowiem kierowali na zewnątrz.
Głęboko oddychając, bez pośpiechu otaksował balkon.
Szarówka utrudniała mu pracę, ale za szybami wysokich dwuskrzydłowych drzwi
świeciło się słabo; wąskie pasma przenikały pomiędzy zaciągniętymi zasłonami.
Tego się po wstydliwym przyjacielu spodziewał: grubych kotar. Aż dziw, że nie
kazał zabić okien deskami.
Podszedł do drzwi i przyłożył do nich ucho. Żaden
dźwięk nie dobiegał ze środka. Zdecydował się zapukać, ograniczając hałas do
trzech cichutkich uderzeń, które wrażliwy słuch Estiego w mig wychwyci.
Odpowiedziała cisza.
Ponowił sygnał, lecz uzyskawszy efekt jak poprzednio,
postanowił działać, zanim dopadnie go kolejna fala deszczu.
Przyklęknął i w ciemnościach młodej nocy odnalazł
zamek. Zbadał go na tyle, na ile pozwalały okoliczności i nie odrywając oczu od
żelaznego otworu, sięgnął do pochwy sztyletu przy prawym biodrze. Prosty
zamek, zakonserwowany, wystarczą dwa, przemknęło mu przez myśl. Paznokciem
podważył górną część jednego z podłużnych zdobień i z ukrytej kieszonki wysunął
dwa długie pręciki. Na wyczucie ocenił ich przydatność i zaczął wyginać grubszy
z nich, tak aby pasował do otworu.
Musi podważyć zapadkę... A teraz wygiąć nadgarstek
nieco w górę, by drugim wytrychem powoli przepchnąć mechanizm w środek drzwi,
żeby zamek zaskoczył… Właśnie tak. Doskonale!
Ciche szczęknięcie obwieściło sukces włamywacza.
Szeroki uśmiech przeciął wytatuowaną twarz, kiedy
nacisnął na klamkę i skrzydło uchyliło się zapraszająco. Zawiasy naoliwiono,
zatem Esti korzystał z tego wyjścia częściej, niż Col przypuszczał.
Nucąc pod nosem wkroczył do środka, zamknął za sobą
drzwi i obrócił pokrętło, blokując zamek na poprzedniej pozycji. Poprawił też
ciężkie kotary i rozprostowując pogięty wytrych, rozejrzał się po obszernym
pomieszczeniu. Nie ma co, splendor jak się patrzy, choć komnatami królewskimi
nazwać tego nie można. Wsunął użyteczne pręciki na swoje miejsce i wszedł w
głąb pokoju.
Panował tu nienaganny porządek, ale to akurat
przypisywał niedawnej wizycie służby. Szkiełka dwóch lamp oliwnych wiszących
przy drzwiach były czyste, czyli przed zapaleniem przetarto je szmatką. Pół
godziny temu, nie później. Nie zdążyły na nowo pokryć się tłustą sadzą.
Wygładzona pościel na dużym łóżku tylko czekała, aby
rozgrzebać ją ciepłem ciała. A najlepiej dwóch ciał. Musiał jednak powściągnąć
frywolną wyobraźnię, przecież nie przyszedł tu, by wystraszyć dzieciaka. Co nie
zmieniało faktu, że miło było pofantazjować o tym, co mogłoby się przydarzyć w
miejscu tak wyciszonym i odosobnionym jak sypialnia Estiego…
Stół oddzielał dwa fotele od okratowanego, wygaszonego
kominka. Poza tym standardowe umeblowanie: komoda i szafa umiejscowione w
przeciwległych rogach, w kącie toaletka z lustrem i misą, w następnym gablotka
z kilkoma buteleczkami, bynajmniej nie alkoholem, raczej miksturami.
Niewątpliwie wyrób własny. I biurko przy oknie. A na nim stos książek.
Zbliżył się do solidnego mebla noszącego ślady
częstego użytkowania i obejrzał pierwszy z góry, upstrzony zakładkami tom. No
jasne. Alchemia spisana ręką Travisa Arnelta.
Ten blondas był mu solą w oku. Póki co nie wykazywał
się jednoznacznym zainteresowaniem w stosunku do młodziutkiego asystenta, a ich
relacja była niezaprzeczalnie zawodowa, poniekąd przyjacielska, ale dla niego
Travis był zagrożeniem, konkurentem, choć nie zrobił na razie nic, by można go
o tym dobitnie poinformować.
Rozkoszny pomruk wydobył się z piersi najemnika, gdy
przeglądając kolejne księgi wyobraził sobie nieprzyzwoite metody odciągania
tego dzieciaka od lektury. Zapewne wiele z nich wypróbują w praktyce,
parokrotnie powtórzą, a może nawet wprowadzą do użytku codziennego. Esti bywał
podniecająco nieśmiały i powalająco nieporadny, co w połączeniu z wyglądem
rasowego drapieżnika mieszało zmysły do Cola tego stopnia, by nie mógł przestać
myśleć o nim w bezwstydnych kategoriach. Czy będzie uległy od początku do końca?
A może zawalczy o dominację? Będą zgodnymi kochankami czy rywalami w drodze do
spełnienia? Tak wiele niewiadomych, a…
Słysząc lekki zgrzyt opadającej klamki drzwi
wejściowych, Colonell odłożył książkę. Chciał przybrać czarującą pozę, powitać
chłopaka na jego włościach i zachwycać się jego zaskoczoną miną, ale porzucił
zamiar, stawiając na naturalność. Prędko przysiadł na blacie biurka i
podciągnął prawą nogę, opierając obutą stopę swobodnie na kolanie. No cóż,
potrzeba zaimponowania okazała się silniejsza niż rozsądek. Poza była
niewyszukana, aczkolwiek wyszła bardzo naturalnie.
- Witaj w domu, Esti. - Col uśmiechnął się krzywo na
widok chłopaka. Mina nagle mu zrzedła. - Esti?
Osłupiały elf sztywno wycofał się na korytarz i
zamykając za sobą drzwi, zostawił intruza samego ze sobą.
Zwiadowca zsunął się z prowizorycznego siedziska i
ostrożnym krokiem podszedł do drzwi, które znów się uchyliły. Zza powstałej
szczeliny wychynęła znajoma twarz o okrągłych ze zdziwienia kocich oczach. Col
zatrzymał się, by nie oberwać otwieranym skrzydłem.
Est wślizgnął się do środka, spojrzenia nie odrywając
od równie skonsternowanego człowieka.
- Jak rany, przepraszam – wyszeptał speszony. -
Pomyślałem, że pomyliłem pokój.
Col nie zdołał powstrzymać śmiechu.
- Esti, jak często ludzie witają cię w taki sposób?!
- Nigdy nie pomyliłem pokoju, ale... Sam rozumiesz. W
moim przypadku wszystko jest możliwe. - Chłopak niepewnie podszedł do łóżka,
jakby to on gościł u Cola, a nie odwrotnie. Niezmiennie ciągnął przy tym za
końcówkę ucha, przechylając lekko głowę. - Zapytałbym cię, jak się tu dostałeś,
ale znów tylko bym się wygłupił, skoro drzwi są otwarte.
- O dziwo byłoby to jedno z tych trafnych pytań,
dzieciaku, bo rzeczywiście wszedłem drzwiami, ale balkonowymi.
- Nie przypominam sobie, żebym zostawił otwarty
balkon… - wymamrotał Est, siadając u wezgłowia łóżka. Dłuższą chwilę
nieprzytomnie wpatrywał się w zasłony koloru wina, po czym przeniósł wzrok na
stojącego przy wejściu mężczyznę. - Więc co tu robisz? Na dodatek pod moją
nieobecność.
Wyczuwając nieufność elfa, Colonell spoważniał. Bez
pozwolenia usadowił się na materacu łóżka, lecz po przeciwnej do niego stronie.
- Mam pewną… prośbę – powiedział wreszcie. - Przenocuj
mnie. Tutaj nikt nie będzie mnie szukał.
Est wyprostował się jak uderzony deską w plecy. Już
widząc Colonella w swojej kwaterze poczuł się dziwnie - jakby nie istniało
miejsce, w którym byłby bezpieczny. Col był drugą osobą, drugim człowiekiem,
który odwiedził jego sypialnię i kiedy mistrzowi było to wręcz przykazane, tak
on nie miał żadnego prawa tu przychodzić. Nie uszanował jego prywatności,
wprowadzając niepotrzebny zamęt i wzmagając nieufność. Na domiar złego
wystosował jeszcze prośbę, na którą trudno było przystać. Co właściwie znaczyło
„przenocować”? I przed kim ukrywał się w Twierdzy będącej mu domem?
Czegoś chyba nie rozumiał. Czegoś bardzo istotnego,
przemilczanego. W tej mętnej, zdawkowej prośbie brakowało kluczowego składnika,
który wyjawiłby mu wszystko co konieczne do rozwikłania zagadki. Col nie był
głupcem, celowo omijał niewygodne szczegóły, by nie wmieszać chłopaka w swoje
problemy. Ale właśnie to zrobił. Chcąc tego czy nie, uczynił Esta współwinnym.
Jego niezapowiedziane pojawienie się tutaj do tego doprowadziło.
- Nie rozumiem, Col. Kto miałby cię szukać? – dziwił
się Est, podejrzliwie popatrując na zasłony. - I nie miałeś być dziś w terenie?
- Miałem, ale oddałem zmianę. Sam wiesz, że nie
dogaduję się z przywódcą i przyjmuję rozkazy wyłącznie od Maga, toteż… -
Colonell zawahał się rozpamiętując wydarzenia, które rozegrały się o świcie.
Przeczesał palcami ciemnobrązowe włosy. - Musiałem odreagować. Odetchnąć. I
chciałem być przy tobie, bo nad ranem wyglądałeś naprawdę strasznie, kiedy
przybiegłeś na złamanie karku tylko po to, by upewnić się, czy nic mi nie jest.
To było bardzo sugestywne zachowanie, Esti. - Wiercił się, starając przyciągnąć
jego uwagę. Udało mu się. Zachwycająca zieleń zerknęła nań z ukosa. – Zadowolę
się choćby fotelem. Nie zamierzam wykorzystywać sytuacji w żaden niegodny
sposób mogący nadwyrężyć twoje zaufanie.
Zakłopotany zwierzeniami człowieka Est niespiesznie
podniósł się z pościeli. Krzyżując ręce na piersi, zaczął przechadzać się w tę
i z powrotem, skubiąc długie ucho. Dopiero gdy stanął plecami do wyczekującego
Cola, pozwolił sobie przymknąć ciążące powieki. Natychmiast wymalował się pod
nimi portret z zawiłym tatuażem; udręczony, wyrażający bezsilność i skierowaną
do wewnątrz gorycz rozczarowania. Cokolwiek zaszło w przeciągu ostatnich
kilkunastu godzin, był tak zrozpaczony, by szukać pocieszenia u jedynego
przyjaciela w Twierdzy.
Colonell może i twardo stąpał po ziemi, sprawiając
pozory silnego, obojętnego i irytująco nonszalanckiego, lecz nikt nie miał
pojęcia, że tuż pod dumną, przystojną powierzchownością czai się spragniony
ciepła oraz troski chłopak, któremu wiecznie odmawiano prawa do elementarnych
uczuć. A Est posiadał przeklęty dar, dzięki któremu instynktownie go rozszyfrował.
Będąc wyjątkowo wrażliwym stworzeniem skoncentrowanym na otoczeniu czuł i
myślał emocjami. Widział je całkiem wyraźnie, podobnie jak uczucia, których nie
potrafił określić. Przypominały słowa, werbalnie formowane w pełne i sensowne
zdania, a niemożliwe do zapisania. Pierwszy raz zgodnie z prawdą przyznał, iż
rozumie siedzącego tuż za nim człowieka. I choć z wyglądu byli jak świt i
zmierzch, tak wewnątrz niczym się nie różnili. Obaj łączyli dzień z nocą.
Est nie chciał znać powodów, dla których Col pojawił
się w jego kwaterze. Sam odczuwał wszystko z siłą, jak gdyby to jego serce
rozdzierała nieznana, męcząca emocja. Jakby byli jednym, podzielonym na dwa
ciała jestestwem. Odnajdywali siłę w swoim towarzystwie, razem mogli więcej.
Może tak właśnie miało być? Może napotkał tę nadarzającą się raz na sto lat
możliwość obcowania z samym sobą, diametralnie różnym, a jednak niemal
identycznym? Że też uważniej nie słuchał Starego Przechrzty…
Dojmujące uczucie skrępowania wykrzywiło twarz Esta,
gdy obracał się w stronę Cola. Spróbował się do niego uśmiechnąć, pocieszyć,
lecz coś go powstrzymywało, jakaś nieuchwytna myśl, która niby brzęcząca mucha
irytowała swoją niedostrzegalną obecnością. Ostatecznie puścił bolące ucho i
zaczerpnął tchu, opuszczając ramiona w poczuciu beznadziei.
- Jak rany, Col, na łóżku jest wystarczająco dużo
miejsca dla nas dwóch - powiedział, zaciskając w pięść urękawicznioną
dłoń. - Nie ma potrzeby żebyś spał na fotelu. Albo, co gorsze, na podłodze.
Choć futra wydają się w porządku.
- Łóżko należy do ciebie, chyba nie powinienem…
- Ono nigdy nie należało do mnie. I nie będzie! -
ostry ton przeciął dzielący ich dystans niczym celnie rzucony nóż. Czy
zabrzmiał zbyt obcesowo? Nie chciał, aby Col zmienił o nim zdanie. Nie
przeżyłby tego. - Przepraszam, ja… Chyba jestem już na granicy… wyczerpania.
Tak. Jak rany, na pewno. Wybacz, przepraszam. Z natury nie jestem wybuchowy.
Nie panuję nad tym.
Colonell uniósł pojednawczo ręce, uśmiechając się
smutno.
- Nie przepraszaj, obaj jesteśmy wyczerpani
dzisiejszym dniem. I zeszłą nocą. Ale wiesz co? Przynajmniej teraz wiem, że
jestem w dobrym miejscu i o dobrym czasie. Zupełnie jak ty. Jakby wszystko na
tym świecie uparło się, by połączyć nasze ścieżki w poznaczoną przeszkodami
drogę. W pojedynkę może i nie przeżyjemy podróży... - przerwał, gdy nagłe wspomnienie
przestrogi Maga zrosiło jego skórę dreszczem. Strach przed nieznanym wgryzł się
pod ciemną skórę, a mimo to następne zdania Colonell wypowiadał z porywającą
mocą, czerpiąc ją z własnej słabości. - Esti, razem mamy szansę przetrwać to
wszystko. Na naszych warunkach. Decydując za siebie. Razem, choć niezależnie –
podkreślił.
Przydymione szmaragdy błyszczały w rozproszonym
świetle dwóch lamp wiszących na końcu pomieszczenia, lecz żywy blask pochodził
nie z ciepłego płomienia osłoniętego szarzejącymi szkiełkami, a z przekonania
zwiadowcy. Est stał jak zaklęty, skupiony na każdym słowie będącym odbiciem
jego pragnień. To brzmiało jak bajka, wydumane marzenie dzikiego zwierzęcia
przetrzymywanego w zamknięciu. Marzenie, które podzielał. Marzenie pojawiające
się w cichych, samotnie spędzanych godzinach. Bo gdy nie mógł zasnąć, śnił na
jawie, rozmyślając nad smakiem wolności.
Nagle poczuł się lżejszy.
I wtedy kamień depresji uwiązany u nogi znów szarpnął
w dół, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Wszystko to było piękne i wręcz
poetyckie, a przez to nieprawdopodobne jak złapanie mgły. Słowa przepływały
między palcami niby mleczne wstęgi, a gdy poluzowało się pięść, dłoń okazywała
się pusta. Rozczarowanie ogarniało serce, zwątpienie sączyło do umysłu, a
niechęć gasiła pragnienia. Jak i teraz, gdy zbyt mocno wychylony w kierunku
marzeń chłopak znów wycofał się w głąb pesymistycznego siebie.
Czy Colonell naprawdę nie zamierzał się angażować? Jak
zatem miał się odnieść do jego wizji wspólnej przyszłości? Nie powinien dotykać
tak drażliwego tematu. Byli przyjaciółmi. Nieważne, że żywili do siebie
silniejsze uczucia, kiedy sprawa postawiona była jasno. Bez zaangażowania.
- Możesz wziąć kołdrę – zwrócił się do gościa - ja
prześpię się pod kocem. Wystarczy mi. Nie używałem go z lenistwa, bo kołdra
zawsze była pod ręką, ale nie szkodzi, dobrze mi zrobi znalezienie koca.
Przygnębiony pochopnie wyciągniętymi wnioskami zmienił
temat, tak jak zmienił pozycję względem siedzącego człowieka. Musiał się
ruszyć, inaczej chyba z nerwów wrósłby w gładkie kamienie posadzki. Potrzebował
rozchodzić narastający w nim konflikt, oderwać od niego myśli, skoncentrować na
czym innym.
Colonell poczuł się niezręcznie, a dłoń na
ciemnoskórym karku była tego milczącym świadectwem. Nie chciał być dla
dzieciaka dodatkowym utrapieniem. Liczył, że wpłynie na samopoczucie elfa, lecz
nie przewidział, że może być gorzej. Esti to fatalista. Wciąż utwierdza się w
melancholijnym przekonaniu, że życie nie pisze dla niego nic dobrego, wskutek
czego nie dostrzega otaczającego go ciepła oraz piękna. Jakby był martwy za
życia. Sam kładł się do grobu i oczekiwał końca, kiedy przed nim jeszcze tyle
drogi do przebycia. Przed nimi, bo przecież im się uda, wierzył w to.
Westchnął ze znużeniem, nie spuszczając rozstrojonego
emocjonalnie dzieciaka z oka. Ufał, że jego cichy baryton przywoła go do
rozsądku.
- Połóż się już, dobrze, Esti? Będę spał na samym
skraju, tylko odpocznij wreszcie, bo znów się zapędzasz.
Klęczący przy komodzie Est zignorował jego prośby.
Wytargał koc z najniższej szuflady i wrócił do łóżka, bezceremonialnie rzucając
nań miękki pled. Zerknął przelotnie na człowieka, opadł powoli na materac i
odsunął od siebie chłodną kołdrę. Zajęty rozsznurowywaniem wysokich butów
roztrząsał bliskość smagłego człowieka. I to, co starało się przekazać zbyt
mocno uderzające serce.
Czy aby na pewno słusznie czynił, przystając na to?
Czy tak postępują przyjaciele? A może po udzieleniu ostrej nagany należało
odesłać go z przykazem, by wziął się w garść i stawił czoła swoim problemom?
Nie, Col nie uciekał przed problemami. Przyszedł tu po wsparcie i otuchę. W
rzeczywistości wykazał się ogromną siłą i odwagą, by obnażyć swoje słabości. I
jak tu odmówić? Col wyrażał na głos swoje potrzeby, nieważne jak niedorzeczne
czy trywialne by one nie były. Nie krył prawdy.
Wcale nie byli do siebie podobni. Byli jak dwa
przeciwne bieguny, wystarczyło na nich popatrzeć. I gdy człowiek był letnim
dniem, tak elf pozostawał zimową nocą. Nie mogli współistnieć równocześnie.
Wykluczali się. A mimo to nadal tu byli. Obaj. I to uczucie gorejące w
środku... Jakby ktoś zamknął w niespokojnym ciele zapaloną świecę, której
płomień pod wpływem podmuchów lodowatego wiatru chwiał się na wszystkie strony.
Płomień na tyle silny, by nie zgasnąć, a jeszcze wzrosnąć, podsycany
oddziałującą na niego mocą.
Aż syknął, uszczypnięty klamrą odstawianego buta. W
zamyśleniu obejrzał bolący palec, ale nie mógł się skupić. Ile czasu minęło?
Czy Colonell już śpi?
- Wszystko w porządku, Esti? - Col nie spał. Ani
drgnął, gdy Est upewniał się co do jego położenia. - Denerwujesz się?
Przepraszam, że przysparzam ci zmartwień.
Est odwrócił się tchórzliwie, byle nie patrzeć w te
ciemnozielone oczy, na widok których robiło mu się nienaturalnie gorąco.
- Jak rany, nie… - wybąkał. - Czym zresztą miałbym się
martwić? Obaj jesteśmy mężczyznami.
- Zgadzam się, obaj jesteśmy mężczyznami. - Szelest
poruszył uszami elfa, gdy najemnik poprawiał się w miejscu. – Więc dlaczego się
denerwujesz?
- Nie na co dzień miewam gości… - tłumaczył się Est. -
Jesteś pierwszą osobą poza mistrzem, która weszła do mojego pokoju. Wtargnąłeś
tu bez pozwolenia i poprosiłeś, bym cię przenocował. To… to za wiele jak dla
mnie. - Wypuścił powietrze z płuc, oburącz chwytając za płatki uszu. - Nie
wiem, jak się zachować. Co robić. To dla mnie nowa, trudna do kontrolowania
sytuacja. Gubię się, Col… Życiowe sytuacje, tak zwyczajne jak odwiedziny,
wprawiają mnie w zakłopotanie, bo nie znam reguł, wedle których powinienem postępować.
Col pokręcił głową.
- Esti… Nie zdajesz sobie sprawy jak słodki jesteś,
gdy w tak prosty sposób mówisz o wszystkim, co cię dręczy. Nie ucz się reguł,
twórz własne. Jesteś u siebie i na swoich zasadach, to goście mają dostosować
się do twoich praw, nie odwrotnie. Można być dobrym gospodarzem szanując siebie
samego, przy jednoczesnym dbaniu o komfort reszty. Widzisz? Czuję się u ciebie
świetnie. Mógłbym tu zamieszkać.
- Nie nazywaj mnie słodkim – obruszył się Est. - Tak
się nie mówi o mężczyznach, tylko... Czekaj, czekaj! – Obrócił się gwałtownie i
musiał podtrzymać rękami, by nie upaść na stertę rozkopanej pościeli. - Z tym
mieszkaniem żartowałeś, prawda?
Colonell roześmiał się.
- Ograniczę się do odwiedzin – zapewnił wesoło. – A
teraz gotów do spania? Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć.
- Idź wyłysiej z tym swoim poczuciem humoru! I wcale
tak nie wyglądam!
Zawstydzony Est przesunął kołdrę w stronę Cola,
traktując to jako idealną wymówkę do uniknięcia jego wzroku. Czuł go na sobie,
lecz usilnie starał się nie reagować. To będzie ciężka noc. Ale lepsze to, niż
ponowne spotkanie z cienistą zmorą. I przynajmniej był pewien, że Colowi nic tu
nie grozi.
- A teraz wybacz, Col, ale chciałbym się przebrać. Z
łaski swojej możesz, nie wiem, patrzeć gdzie indziej?
- A czym to się różni od łaźni? – droczył się
najemnik.
- Jak rany, co to za pytanie? Wszystkim się różni.
- Niczym się nie różni. Widziałem cię już wiele razy w
samym ręczniku i nie powiem, by było to wystarczająco wiele, aby mi się
znudziło. A jeśli dalej cię to krępuje, usłucham.
Wiele razy oglądał tę gładką skórę zmysłowo ociekającą
wodą. Wiele razy przyglądał się kropelkom sunącym prowokacyjnie w dół gibkiej
fizjonomii. Wiele razy zwracał uwagę na wzgórki i wgłębienia pracujących
bezustannie mięśni. Wiele razy obserwował różnorodne reakcje zrelaksowanego
młodego ciała. Zbyt wiele razy miał związane ręce…
- Dziękuję, to naprawdę wiele dla mnie znaczy –
wymamrotał Est.
Znów podszedł do komody, co rusz posyłając ukradkowe
spojrzenia ścigającemu buty człowiekowi. Wyglądało na to, że dotrzyma
obietnicy. Skoro tak, powinien czuć ulgę, dlaczego więc odczuwał niepokój? Czy
raczej… rozczarowanie. Przecież sam niejednokrotnie widział Cola w, jak to
ujął, samym ręczniku. Człowiek o tak pokazowej sylwetce, że… że wstyd mu było
za własną.
Starając się opanować niestosowne myśli, zrzucił z
siebie ubranie. Prędko wślizgnął się w luźne spodnie i naciągnął czystą
koszulkę z krótkim rękawem, siłując się przy wydostaniu podłużnych uszu przez
wąski otwór na głowę. Pojedynczym machnięciem zbył ofertę pomocy i nerwowo
wygładził czarny materiał. Przydługie włosy elektryzowały się, gdy palcami
wystającymi z rękawiczki zgarniał je z czoła, zaczesując na tył głowy. Krucze
pasemka wróciły, zasłaniając widok i łaskocząc uszy.
W świeżym odzieniu padł na swoją połowę łóżka, gotów
zakopać się pod dziwnie pachnącym kocem. Zreflektował się szybko, że to nie koc
pachniał dziwnie. Dziwnie pachniało powietrze, bo po raz pierwszy mieszał się z
nim nowy zapach. Zapach człowieka. Przyjemny, znajomy, przywołujący miłe
skojarzenia. Tak, to dobry zapach, nie przeszkadzał mu. Miła odmiana w zwykłej
codzienności.
- Nie gasisz światła? - Dźwięk na granicy szeptu
podrażnił jego słuch. - Śpisz przy zapalonych lampach?
- Hę? Ach, nie, dotychczas funkcjonowałem w
kompletnych ciemnościach. Gasiłem lampy zaraz po wejściu, ale… - Est naciągnął
koc na głowę, odsłaniając twarz. Zwinięty w ciasną kulkę uwielbiał opatulać się
cały, z nosem wystawionym na wierzch, inaczej budziło go wrażenie braku
powietrza. - Nocne widzenie ma swoje wady – przyznał z ociąganiem. - Czasem nie
wiem, gdzie jestem, a otoczenie wygląda przerażająco. To znaczy wiem, że jestem
w swojej sypialni, ale nie wiem, co to za świat. Wszystko jest wtedy monochromatyczne.
Jakby otaczająca mnie rzeczywistość była płaską, matową szarością o
niezliczonych odcieniach.
Colonell wyciągnął się wygodnie na miękkim posłaniu,
ręce zakładając pod głowę i zwracając się wprost do schowanego elfa.
- Niesamowite – wymruczał z
podziwem. - Nigdy sobie nie wyobrażałem jak to jest widzieć w ciemności. Tylko
co to znaczy „monochromatyczne”?
- Mistrz tak to nazwał. Jakbyś widział tylko jedną
barwę, dostrzegając wyraźne zarysy i kształty odznaczające się różnymi
odcieniami. Płaskorzeźba. Przepraszam, nie umiem tego lepiej wyjaśnić.
- Dobrze mi to zobrazowałeś. Widzenie w ciemnościach
jak za dnia? Rewelacja!
- Nie do końca. Światło dzienne potrafi zmęczyć wzrok,
tak samo nocne widzenie… - Est ziewnął szeroko, odsłaniając wszystkie cztery
kły lśniące na tle czerwonego podniebienia. - Przepraszam.
Ziewanie było zaraźliwe, lecz zafascynowany widokiem
Col zachował dyskrecję w swoich odruchach.
- Nie przepraszaj, jest już późno. Dobrej nocy, Esti.
I dziękuję za pomoc. Jesteś jedyną osobą, której mogę zaufać.
- Dobrej nocy… - powtórzył za nim
Est, czując jak słowa przechodzą przez niego miłą falą wzbudzającą dreszcze i
tęskne, niezrozumiałe pragnienie. Chciał mu podziękować, lecz chęci nie zdążyły
opuścić przestawiającej się na odpoczynek głowy.
Nie był sam. I po raz pierwszy nie był to mistrz, z
którym dzielił namiot przez dwie pierwsze noce znajomości. Nienawidził ludzi, a
mimo to jego towarzyszem był przedstawiciel tej właśnie rasy…
Est wątpił, czy w ogóle zaśnie w obecności
nieprzewidywalnego tropiciela i nawet się nie połapał, że odpływając w sen
myśli o tym, jak miękkie były uda Cola pod jego głową. I jak bardzo chciałby to
powtórzyć…
Kiedy oddech elfa nabrał miarowego rytmu, mężczyzna
odczekał chwilę, by upewnić się czy chłopak rzeczywiście zasnął. Obróciwszy się
na bok, z uwagą obejrzał urodziwą twarz o wielkich oczach przysłoniętych
bialutkimi powiekami. Poruszały się delikatnie, jak gdyby przyśniło mu się coś
niepokojącego, a czarne krótkie rzęsy trzepotały do wtóru wyciszających się
emocji. Kosmyki grzywki nachodziły na gładkie policzki, ukrywając je pod swym
niesfornym natłokiem. Wręcz prosiły się o zaczesanie ich na skroń.
Przysunął się do śpiącego i odliczał oddechy, po
których dzieciak powinien głęboko spać. Musiał wziąć pod uwagę, że czułe,
wciśnięte pod koc uszy zareagują na najlżejszy szelest pościeli. Nie chciał go
obudzić. Chciał tylko napatrzeć się, utrwalić sobie w pamięci obraz ukochanego
w momencie, gdy był on najbardziej bezbronny. Zapamiętać go właśnie takim,
jakim był naprawdę. Chciał być strażnikiem i obrońcą, przy którym chłopak
czułby się bezpiecznie. Sam fakt, że Esti usnął niemal natychmiast, świadczył o
tym, że udało mu się osiągnąć cel. Zdawało mu się to dziwne, że w chwilach jak
ta, narastające pożądanie wygasało, zastępowane troską oraz chęcią
zaopiekowania się nieborakiem.
Esti twierdził, że mężczyzna nie może być słodki albo
uroczy. Czemu nie? Bo rzekomy autorytet uznał, że mężczyzna ma być nieczułym
szorstkim samcem? Absurd, którego najlepszym przykładem był biały elf - mała
kolorowa żabka, jaką w dzieciństwie widywał w wilgotnych lasach Niskowyżu.
Śliczna, niepozorna i śmiertelnie jadowita.
Wyciągnięta śniada dłoń zawisła nad białym policzkiem.
Cień przykrył spokojny profil, by zaraz wycofać się i pozwolić jasności otoczyć
go swym ciepłym blaskiem. Jeśli teraz go dotknie, nie zdoła się opamiętać.
Byłaby to niepowetowana strata. Tymczasem on także powinien odpocząć. Na zapas
się nie wyśpi, ale i tak nie zostało mu nic innego.
Esti zwinął się w kłębek na brzegu łóżka.
Zastanawiające, czy to nieproszone towarzystwo tak na niego podziałało, czy też
tak miał w zwyczaju zasypiać? Zajmując niemałą pryczę w koszarach, Col budził
się najczęściej na brzuchu, ledwo mieszcząc w granicach zbitego z desek wyrka.
Co innego, gdy nie był sam. Wówczas bez udziału świadomości dostosowywał się do
partnera. Cóż, przekona się dopiero rano, w jakiej kombinacji przyjdzie im się
obudzić. I kto ujrzy to jako pierwszy.
Colonell obrócił się na plecy i przeciągając na iście
królewskim posłaniu, rozmyślał nad nocnym patrolem. Współczuł chłopakom
ciągnących się w nieskończoność godzin spędzonych w ciemnym, deszczowym lesie…
Wynagrodzi im to.
Z samego rana…
Gdy tylko… wrócą…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz