- Pierdolę taką
robotę! Nic, tylko straszymy zwierzęta w lesie! Odpuściłby sobie Niedźwiedź te
dodatkowe nocne patrole. I tak nic tu nie ma!
-
Zawrzyj się wreszcie! Własnych myśli nie słyszę przez to twoje biadolenie.
-
Nie dziwota, że licho zniknęło. Was to się słuchać nie da.
-
Morda, psy! - Dopiero czwarty z najemników skutecznie uciszył zgraję,
przyciągając gniewne spojrzenia i nietęgie pomruki. - Nie słyszę sowy.
-
Na chuj ci teraz sowa? - burzył się pierwszy. - Może poluje. A może nas
obserwuje i ma wyjebane.
-
Obserwować nas może zupełnie co innego, a przez wasze bezsensowne pierdolenie
tracimy przewagę zaskoczenia. - Brodaty mężczyzna ukradkiem przyłożył dłoń do
głowicy miecza upewniając się, czy jest poluzowany. Nie podobała mu się ta
cisza. A jeszcze bardziej nie podobało mu się zachowanie jego ludzi. Byli
niczym gromada hałaśliwych szczyli na wiejskim festynie. - Słyszycie?
-
Co mamy słyszeć?
-
O tym mówię, nie słychać żadnych zwierząt - odwarknął. - Owady milczą. Ptaki
milczą. Nawet wilki jakby nieobecne. I przez was pojęcia nie mam czy to z
naszej winy, czy cholera raczy wiedzieć czego.
-
Hehe, Jody ma pietra.
-
A ja i tak liczę, że jaką rusałkę wypatrzymy - wymamrotał z nadzieją piąty,
dotychczas milczący i uważny. - Ponoć stają się widoczne nocą po deszczu, a tu
nieopodal jest stawik…
Tropiciel
imieniem Jody zatrzymał się. Usiłował opanować nerwy na tyle, by nie przywołać
do porządku jednego z drugim. Denerwował się, bo przydzielono mu wyjątkowo
nierozgarniętych ludzi przejawiających kompletny brak profesjonalizmu. W jego
osobistej reakcji nie było nic z lękliwości, znał ten las jak własną kieszeń,
tutaj ćwiczył i wielokrotnie nocował. Poza tym raporty wskazywały, że leśne
widmo zniknęło. Nie zmieniało to jednak ich kompetencji - wciąż powinni być
czujni i ostrożni. Zjawa już się nie pojawiała, nie mieli jednak pewności, czy
co innego nie zajęło jej miejsca, skutecznie przeganiając ją z posterunku.
Charakterystyczny
gwizd zmusił ociągającego się człowieka do podążenia za odgłosem. Sygnał
ostrzegawczy powtórzył się, toteż z bijącym mocno sercem Jody pomknął na
spotkanie z towarzyszami, którzy niewątpliwie znaleźli coś niepokojącego na
swojej drodze. W przejęciu nawet nie zwrócił uwagi kiedy ludzie umilkli a las
odżył, odzywając się kojącym nocnym głosem.
Jody
zrównał się ze stojącymi w półkolu mężczyznami i powiódł wzrokiem po ich
niewyraźnych twarzach. W ciemnościach dojrzał niewiele szczegółów, tyle co w
świetle gwiazd prześwitujących zza zasłony chmur i liści. Smugi brązowej farby
maskującej pokrywającej ściągnięte oblicza nie ułatwiały mu zrozumienia
sytuacji. Spojrzał przed siebie, dokładnie w punkt obrany przez pozostałych,
ale niczego nie zauważył.
-
O co chodzi? - szepnął w noc. Chłodny wiatr daleko poniósł jego słowa.
-
Coś dużego tu było, jeszcze przed chwilą - napięcie w głosie podkomendnego z
siłą sugestii oddziaływało na resztę. Już nie byli skorzy do marudzenia. -
Poruszyło się, tam!
Naturalnym
odruchem byłoby wyjęcie mieczy, jednak zwiadowcy Niedźwiedzi kierowali się
innymi zasadami. Nade wszystko liczyło się ich bezpieczeństwo. Rozpoznawszy
zagrożenie salwowali się ucieczką, by zająć stanowiska obronne i ostrzelać
wroga z dystansu. Obecnie zagrożenie nie było rozpoznane, trwali więc w
bezruchu i nasłuchiwali powtórki.
Aż
w końcu usłyszeli.
A
wtedy było już za późno na reakcję.
Ogromna
postać rozmiarami przerastająca Złowieszczego Niedźwiedzia wyłoniła się
dosłownie znikąd, materializując za plecami piątki mężczyzn zwabionych w starą
jak świat pułapkę. Długie, muskularne ramiona błyskawicznie wysunęły się z
rękawów obszernego płaszcza. Pazurzaste palce schwyciły skórzane rękojeści
mieczy najbliższych dwóch najemników, nagłe szarpnięcie wyrwało je z
bezpiecznych pochew przy szerokich pasach. Rozległ się zgrzyt. Zaalarmowani
zwiadowcy obrócili się, podczas gdy napastnik już działał z oszałamiającą
skutecznością.
Już
gdzieś widziałem podobne kły…, przemknęło przez głowę Jody’ego tuż przed
dekapitacją. Gorąca krew wytrysnęła z paskudnej rany zadanej jego własnym
mieczem, obryzgując czwórkę ludzi ze zgrozą śledzących płynne, gładkie cięcie
oddzielające brodaty czerep od karku.
Nim
bezgłowe ciało upadło na wilgotne poszycie, kolejny z mężczyzn zginął, gdy
ostrze jego broni aż po sam jelec weszło między rozszerzone przerażeniem oczy.
Humanoidalna bestia nie włożyła wiele wysiłku w brutalne pchnięcie, którym
przyszpiliła trupa do ziemi. Wypuściwszy utkwiony w czaszce ofiary oręż,
olbrzym wyprostował się na zatrważającą wysokość. Pozostała trójka już trzymała
w drżących rękach miecze i łuk, wycofując się na bezpieczną odległość.
Imt
Czarny zacisnął pazury na katowskim mieczu. Wyczuwał ludzki strach, skrajne
przerażenie płynące z przekonania, że niebawem podzielą los swoich kompanów.
Jakże cudownie rozruszać mięśnie po tak długim okresie trwania w stagnacji!
-
Co to, kurwa, jest?!
Zdenerwowany
okrzyk był raczej oznaką przedśmiertnej paniki, aniżeli ciekawości.
Szaleńczy
grymas przeciął surową, trupiobladą twarz Imta, prezentując szereg ostrych
zębów, z których cztery kły w charakterystyczny sposób wyrastały ponad resztę.
Jeden
z mężczyzn nie wytrzymał napięcia. Rzucił się na napastnika z desperackim
okrzykiem gniewu i rozpaczy, a za jego przykładem poszedł drugi - owładnięty
żądzą zemsty nie myślał, co robi. Podejdą go z dwóch stron, zaatakują
równocześnie i choćby zranią, dając trzeciemu sposobność do szycia z dystansu.
Imt
nie silił się na kontrolowanie ich ruchów. Zwinnie uchylił się przed cięciem
nadchodzącym z prawej, a drugie, biegnące płasko na wysokości lewego
przedramienia, odbił płazem zakrwawionego miecza. Iskry oświetliły olbrzymi
kształt, a szczęk obwieścił jego rychłe zwycięstwo. W wielkich łapskach ostrze
zdawało się zabawką, jaką posługiwać się mogło dziecko udające wojownika i
wyglądałoby to wręcz komicznie, gdyby nie tragizm całego zajścia.
Humanoid
kopnięciem w obojczyk odesłał nacierającego ponownie dwunoga, na oku mając tego
drugiego, z którym znów starł się mieczem. Odepchnął go, lecz człowiek z
podziwu godną zawziętością napierał na niego raz po raz, zmuszając do
przyspieszenia wymiany ciosów. Imt przyjął taktykę służącą nie tyle pozbyciu
się naprzykrzającego robactwa, co raczej dostarczeniu sobie brutalnej rozrywki.
Pierwszego rozwścieczy ciągłymi unikami, zaś drugiego zajmie na tyle, by trzeci
wreszcie naciągnął cięciwę. Poświęci się, by poczuć rozkosz, niemal ekstazę
płynącą z apogeum ich histerii. Niech ujrzą, że marna broń nie czyni mu
krzywdy. Niech złamią się pod naporem jego niezniszczalności. Niechaj
przytłoczy ich świadomość, że od samego początku byli bez szans.
Smok
wpadł w kontrolowany szał, kiedy strzała z impetem wbiła się w jego prawy bark,
nieznacznie wytrącając go z równowagi. Głośna radość najemników nie trwała
jednak długo, jako że ranna ręka z jeszcze większą mocą naparła na człowieka, z
trzaskiem odtrącając jego miecz i wystawiając obleczoną skórzanym kirysem
pierś. Imt zdrowym barkiem staranował go, zrywem krzepkiego cielska posyłając
na pień drzewa.
Pozbawiony
tchu mężczyzna stęknął, osuwając się na ziemię. Nadal jednak kurczowo ściskał
swój miecz.
Imt
do perfekcji opanował niewielkie pole bitwy, którego pilnował nie tylko
wzrokiem, ale każdym wrażliwym zmysłem.
Kolejny
pocisk śmignął przy ostro zwieńczonym uchu, gdy leśne widmo okręciło się wokół
własnej osi, tnąc ukośnie od dołu. Niespodziewający się takiego obrotu wydarzeń
nieszczęśnik nie zdążył uskoczyć. Czerwony wykwit śladem cięcia wyżłobił
skórzaną zbroję i mężczyzna zatoczył się jak pijany. Z okrzykiem zdumienia
popatrzył w dół, na krwawy wysięk. Smok stracił nim zainteresowanie w momencie,
gdy następna strzała dosięgnęła jego okrytej płaszczem piersi... i odbiła się z
przenikliwym skrzypnięciem.
Wystarczyła
sekunda, by ponad dwumetrowy cel zniknął z pola widzenia klęczącego strzelca,
pojawiając się tuż za nim niby cień śmierci. Podrzuciwszy broń, Imt zmienił
chwyt, sztych kierując prostopadle w dół, i pchnął ile sił w potężnym ramieniu.
Z lubością patrzył na stal z chrzęstem i mlaśnięciem przebijającą kość oraz
miękką tkankę, z wolna zagłębiającą się w czubku głowy. Zapach krwi oraz emocje
towarzyszące zabójstwu upajały go jak najprzedniejszy trunek. Nic nie smakowało
lepiej niż wendeta!
Smok
stracił drugi miecz, lecz wyeliminował trzech najemników. Musiał uważać, by nie
zostawić śladów pazurów lub ugryzień, inaczej jego misterny plan spełznie na
niczym.
Ciało,
z rękojeścią miecza wystającą z gęstwiny zlepionych krwią włosów, opadło powoli
na bok, odsłaniając zabezpieczoną w pochwie broń. Broń należącą już do
mistrzowsko odnajdującego się w boju smoka.
Układając
nowy miecz w dłoni, zlustrował otoczenie, poszukując dwóch rannych ludzi.
Pierwszy, ze zmiażdżoną klatką żebrową, dławił się i wymiotował krwią. Jego
pierś wraz z pancerzem była nienaturalnie wklęsła w punkcie spotkania z
masywnym napastnikiem. Drugi, sapiąc i ociekając posoką, chwiejnie oddalał się
z miejsca zbrodni. Imt nie mógł do tego dopuścić. Musieli być wszyscy w jednym
miejscu. Wszyscy. Co przyroda uczyni z ich gnijącymi truchłami później, było
wyłącznie jej sprawą.
Pora
dokończyć pierwszą połowę wielkiego dzieła.
Ludzka
dłoń w brudnej od krwi rękawicy zsunęła się z chropowatego pnia drzewa.
Błądząc, dotknęła śliskiego materiału zakurzonego płaszcza, którego jeszcze
przed chwilą tam nie było. Rozedrgany, mętniejący wzrok uniósł się wzdłuż
potężnej sylwetki, zatrzymując dopiero na obwiedzionych cieniem zielonożółtych
ślepiach. Obute stopy zwiadowcy utraciły oparcie, kiedy palce zwieńczone
pazurami zamknęły się na jego miękkiej szyi, wgniatając w nią skórzany kołnierz
pancerza. Krztusił się. Konwulsyjne drgawki wstrząsnęły zwisającym luźno
ciałem, z którego powoli skapywało życie. Czerwień obojętnie wsiąkała w runo,
gdy uniesiony nad ziemię człowiek wyrywał się słabo, bezskutecznie walcząc o
oddech. Aż w końcu rozległo się chrupnięcie miażdżonej krtani i pękającego karku,
znikające bez echa pośród szumiącego listowia osłaniającego miejsce jatki.
Wyraz
nadludzkiego cierpienia na brudnej twarzy człowieka poszerzył bestialski
uśmiech kata. Wybałuszone oczy zgubiły ostrość spojrzenia, a zachwycający
charkot oraz następująca po nim cisza potwierdziły zgon zwiadowcy. Tylko krew
kapała bez ustanku swoim powolnym rytmem.
Biorąc
zamach, smok cisnął cuchnącym fekaliami trupem na sam środek polany, gdzie
rozegrały się makabryczne sceny. Z odgłosem łamanych kości grzmotnęło tuż obok
rzygającego krwią człowieka, ostatniego z piątki. Jaka szkoda, że tak szybko
musiał popsuć swoje zabaweczki. Czuł jednak, że to dopiero początek zabawy.
Preludium głównej pieśni, jaką unisono wyśpiewywała krew wrząca w jego żyłach.
Niespiesznie
pokonywał dystans dzielący go od najemnika, którego niebieskie oczy były tak
puste, jak puste mogły być oczy człowieka skazanego na egzekucję. Drapieżca nie
przejmował się strzałą sterczącą mu z barku. Rozchełstany czarny płaszcz nosił
pamiątki stoczonej walki, jednak widoczne pod księżycowym niebem ciało nie
zdradzało znamion skaleczeń czy sińców. Było nienaruszone. Obrzydliwie blade i
gładkie jak wężowa skóra, niemal nagie, nie licząc połyskującej złotej płyty
obszernego pektorału osłaniającego pierś i czarno-białego szendytu na biodrach
przypominającego zmyślną spódniczkę uszytą z łączonych materiałów.
Rzężąc,
tropiciel czekał na swój koniec. Mocniej zacisnął drżące palce na skórzanej
rękojeści, zauważając siną stopę poprzecinaną grubymi rzemieniami.
Skąd
ten skurwiały sandalarz się tu wziął?!, pomyślał tracąc rozum. Zaraz też
postradał życie, kiedy solidna podeszwa pchnęła go w tył, a czubek miecza
bezceremonialnie rozpłatał mu gardło. Wspaniałe rubiny kładły się na
butwiejących liściach, gdy spoglądał w bezkres nieba, nie dostrzegając już diamentów
rozsypanych na atłasowym firmamencie.
Prajaszczur
przyjrzał się martwemu człowiekowi. Ten zwiadowca także nie miał tatuażu na
lewej połowie umorusanej farbą twarzy. Żadnego z piątki nie naznaczyła również sygnatura
poszukiwanego.
Niespełnione
pragnienie wykrzywiło wąskie wargi. Malowany Pies grał mu na nerwach, strzępiąc
je bezlitośnie. Podczas niebezpiecznych zabaw w kotka i myszkę jako jedyny
potrafił podejść najbliżej niego; w pełni wykorzystywał swe marne talenty, a krztyna
szczęścia wielokrotnie pomogła mu wywinąć się śmierci oraz niefortunnym
wypadkom, o jakie nietrudno w ciemnym, głębokim lesie. Imt liczył, że z
najwyższą rozkoszą zabije go po niezliczonych nocach, kiedy to nęcił go i
drażnił swym zapachem. Zapachem poszukiwanego. Aczkolwiek nie było mu to dane.
Nie dzisiejszej nocy.
Obowiązki
wzywały, a czas dobiegał końca. Drugi akt tragicznej sztuki zbliżał się
nieuchronnie, wymuszając na nim zdecydowane działanie. Musiał się spieszyć,
inaczej wzięty z zaskoczenia straci resztę przewagi.
Imt
Czarny sięgnął po broń, której człowiek nawet po śmierci nie chciał wypuścić ze
sztywnych palców. Przymknąwszy dwukolorowe oczy odchylił głowę i krzyżując na
piersi klingi, wziął uspokajający wdech. Powietrze opuściło jego usta niby
leśny wiatr targający liśćmi, a włosy ułożyły się miękko na wzór szerokiego grzebienia.
-
Wasze esencje odnajdą miejsce u boku Tego, Który Daje i Odbiera, którego w swej
ignorancji zwykliście przeklinać za występki niesłusznie mu przypisywane –
syczał w niezrozumiałym języku żarliwą modlitwę. - Darczyńco, panie we władaniu
posiadający wszystko co żywe, przyjmij tych, którzy zbłądzili na swej drodze,
gdyż nie są oni w mocy samodzielnie jej odnaleźć. Otocz ich opieką, jak i
następnych, którzy niebawem do nich dołączą. Usłysz prośby pokornego sługi
swego, czyniąc mu honor bycia Twoim Pierwszym.
I
Darczyńca odpowiedział.
Obcowanie
z pozazmysłową obecnością sprawiło Imtowi efemeryczną przyjemność z rodzaju
tych kojących i wyciszających. Ulotny dotyk Wszechmocnego utwierdził go w
przekonaniu, że postępuje w zgodzie z naturalnym, odwiecznym prawem. Jego
działania były słuszne i zostały docenione, a esencje zabitych poprowadzone ku
odrodzeniu. Ku Wszechrzeczy.
Czarny
smok o niezwykle jasnej skórze pławił się w spirytualnej aprobacie swego
jedynego oraz prawowitego pana. Piastując potężne stanowisko arcykapłana, Imt
zwany Czarnym był zwiastunem kataklizmów oraz roznosicielem plag. Związany
umową z „Panem” nie poczuwał się do obowiązku informowania go, kim jest w
istocie, wciąż bowiem był śmiertelny. A raz zabity arcykapłan nie
zmartwychwstanie, na przekór fałszywym legendom oraz zmyślonym przekazom.
Wypadki nie toczyły się w ten sposób.
Rozchylając
powieki, zaciągnął się zapachem magii niesionym przez wiatr. Grot utkwiony w
ciele tuż pod pektorałem wyśliznął się z zasklepiającej się rany, zahaczając o
podarty materiał płaszcza. Nienaruszona strzała z szelestem wpadła w gnijące
liście.
Nadchodzili.
Perfekcyjne,
acz nieprzypadkowe zgranie. Rycerze Zakonu odkryli jego prezencję w nurcie
leśnych ciemności. Z nimi nie pójdzie mu tak łatwo jak z najemnikami. Zakuci w
białą stal paladyni byli biegłymi wojownikami, a nie miękkimi zwiadowcami
odzianymi w wyprawione skóry. Od dziecka przechodzili szkolenia w ekstremalnych
warunkach, a broń, w której się specjalizowali, była przedłużeniem ich rąk -
równie niebezpieczna i śmiercionośna co ostre, przenikliwe umysły skryte pod
nieprzeniknionymi hełmami. W boju funkcjonowali zgodnie z nieludzkim
instynktem, nie tracili czasu na obmyślanie dalszych posunięć i strategii. Byli
zupełnie jak bezlitośni zabójcy, a nie świątobliwi mężowie, za których
uchodzili wśród prostego ludu. Zabijali wprawnie jak on sam. Nad czym się tu
rozwodzić, skoro Zakon Paladynów powstał z myślą o dniu dzisiejszym? O tym, co
miało nadejść, a czego oczekiwali przez mijające stulecia względnego pokoju. A
przecież licho nie śpi… Już nie śpi.
Imt
mógł ich nienawidzić i robił to z ochotą, wszak wiedli oni prym w trakcie
Zimnej Rzezi. Musiał ich jednak szanować, gdyż mogli realnie zagrozić jego
interesom. Interesom Pana.
Zapach
ludzi i stali stawał się natarczywie intensywny. Czarny smok rozłożył ramiona i
wypiął skrytą pod połami płaszcza pierś, opuszczając dwa splamione krwią miecze
ukośnie względem boków. Czekał, gromadząc w sobie moc konieczną do wygrania
nadciągającego starcia. Przebiegł palcami po lepkich od krwi rękojeściach,
jakby w wyrazie zniecierpliwienia, i kręcąc nimi młynki, rozgrzewał nadgarstki
przed finałem sztuki wojny. Potyczka z najemnikami była igraszką. Walka w
zwarciu wsparta magią i suprareniną będzie wyzwaniem.
Energia
buzowała, ostrzegając przed obcą emanacją. Było ich trzech, wypoczętych i
opanowanych. Wiedzieli, czego się spodziewać, jak i on wiedział, czego
oczekiwać. Przymrużył oczy, oddając się we władanie aury Wszechmocnego.
Wrażliwy
słuch wychwycił ciężki krok miażdżący gałązki i igliwie. W wyobraźni dojrzał
płonące w magicznym świetle zbroje płytowe, mimo najlepszej konserwacji
zgrzytające cicho przy każdym ruchu. Tarcze, ogromne pawęże niemal tak wielkie
jak oni sami, obijały się o ramiona, biodra i uda. Ów jazgot przepłoszył
zwierzęta w promieniu niespełna kilometra. Paladyni nigdy się nie skradali.
Byli wojownikami i żołnierzami, z dumą szli na front jako pierwsza linia, a ich
pancerna konnica siała postrach wśród wrogich frakcji krain ościennych.
Blask
magiczny ogrzał okryty czernią grzbiet Imta, rozświetlając scenę mordu. Cień
niewzruszonej góry przysłaniał ostatnią ofiarę, której zmiażdżył żebra i
przepołowił gardło, wieńcząc dzieła paskudnej rzezi. Smok mrugnął raz i drugi,
wracając do zimnego, pełnego przemocy świata. Z lekka obracając twarz, zerknął
ponad ramieniem na przystających u skraju polany rycerzy. Ich zaletą było to,
że naprawdę rzadko kłamali, a już wcale nie ukrywali się w nurcie. Byli jak
płomień świecy w ciemności.
-
W samą porę, święci mężowie - wysyczał kpiąco. - Spójrzcie tylko, co dla was
przygotowałem.
-
Na litość Tarthosa, toż to Awatar Przeklętego!
Wstrząśnięty
rycerz zacisnął opancerzoną pięść na imaczu pawęży. Drugi opuścił przyłbicę
skrzydlatego hełmu, szykując się na starcie z wrogiem. Trzeci, milczący i
nieporuszony, poluzował bastardowy miecz spoczywający w skromnej pochwie przy
lewym biodrze. Ciemnych, przenikających smoka na wskroś oczu nie odrywał od
jego profilu.
Instynkt
podpowiadał Imtowi, że z tym będzie tańczył do samego końca.
Odwracając
się, prajaszczur mimowolnie spowił ciało metamagiczną powłoką, w którą zaraz
uderzyły trzy wrogie aury gotowe poskromić złego ducha. Uśmiechnął się
szyderczo, demonstrując wyposażone w niedostrzegalne zadziory kły. Podobało mu
się, że jego ofiary były świadome jego tożsamości. Delektował się chwilą, w
której dwóch ludzkich mężczyzn poznało na własnej skórze słabość wynikającą ze
zwątpienia. I obrócił to na swoją korzyść, zatruwając ich serca niepewnością
oraz odbierając im wszelką wiarę w zwycięstwo.
-
Odegnaniem zła niczego nie wskóracie, ludzcy ignoranci - zaśmiewał się rycerzom
w twarz, syczącym tonem mieszając im w głowach nie gorzej niż przy użyciu uroku
bądź przekleństwa, które z łatwością by odparli. - Sami jesteście złem w
obliczu tego świata. Przejrzyjcie na oczy i pogódźcie się z tą prawdą, albowiem
nie jest ona żadnym objawieniem. A dzisiejsza noc będzie tego ostatecznym
dowodem.
Ciemnooki
rycerz hardo mu się przypatrywał. Z uwagą taksował rosłą sylwetkę otuloną
łopoczącym na chłodnym wietrze płaszczem, jak gdyby walające się dokoła trupy
nie zrobiły na nim wrażenia. Wręcz emanował brutalną bezwzględnością.
-
Zuchwałe słowa w ustach gada, który za sprawą rzeczonych ludzkich ignorantów
zmuszony został do ukrywania się w niezbadanych głębinach – zripostował wreszcie
paladyn, jednocześnie rzucając bestii wyzwanie. - Bądź łaskaw zdradzić powód,
który przywiódł cię na powierzchnię tej nieprzychylnej krainy i popchnął do
przyjęcia znienawidzonej postaci, Awatarze Przeklętego.
Wdając
się w polemikę, człowiek jawnie grał na zwłokę, próbując wytrącić oponenta z
równowagi, równocześnie przygotowując się do ataku. Podobnie jak jego milczący
towarzysze, raził smoka nie tyle magicznym światłem, co refleksami odbitymi od
wypolerowanych pancerzy. Okrywająca ich kupa żelastwa była ciężka i
nieporęczna, lecz nie należało lekceważyć umiejętności braci zakonnych. Tak jak
nie należało bagatelizować ich oręża oraz pawęży rozmiarem ledwie ustępujących
drzwiom w niejednej chacie.
W
naturalnej postaci czarnego smoka trzech rycerzy nie stwarzałoby dla niego
realnego zagrożenia, jednak to miękkie ciało pozostawiało wiele do życzenia.
Jeśli obrażenia przekroczą krytyczny próg regeneracji, znajdzie się w nie lada
opałach. Ponadto, jeżeli paladyni skupią się na blokowaniu jego mocy, magia nie
przyjdzie mu na ratunek w kluczowych momentach. Będzie zdany na marne,
humanoidalne mięśnie, ale także na umiejętności wnikliwej obserwacji oraz
przewidywania manewrów przeciwnej strony.
Imt
zakładał, że wrogowie zawczasu zaznajomili się z typowymi smoczymi
umiejętnościami, jak teleportacja, i przygotowali się na nie. A mimo to
rozpoczął potyczkę właśnie w ten sposób.
Ciemne,
prawie czarne w świetle magicznego ognia oczy paladyna mrugnęły, tracąc
uzbrojony cel. Sekundę później przeraźliwy łoskot rozległ się tuż za jego
plecami, nieomal go ogłuszając. Pomimo bolesnego dzwonienia w uszach, mężczyzna
skoczył do przodu i wyszarpnął półtoraręczny miecz, którym zamachnął się z
półobrotu. Ze świstem przeciął powietrze. Smoka już tam nie było. Była za to
wklęsła, niezdatna do użytku pawęż towarzysza.
Imt
zmaterializował się daleko poza zasięgiem poruszonych rycerzy. Od siły
uderzenia w metalową barierę bolały go knykcie i ręce, zaś przenikliwy dźwięk
wyginanej blachy odbijał się koszmarnym piskiem w uszach. Dyszał w przypływie
sporej dawki suprareniny, niemiłosiernie napinającej mięśnie.
Przeklęci
ludzie działali szybko i sprawnie, a co najgorsze, dbali o sobie nawzajem.
Zmuszony będzie dać odpór trzem na raz. Dwa długie ostrza najemnych przeciwko
bastardowemu mieczowi, dwóm jednoręcznym młotom oraz trzem pawężom, z których
jedna właśnie straciła na wartości bojowej. Wciąż jednak mogła służyć za broń
ogłuszająco-odstraszającą.
Paladyni
dopadli go, lokalizując przy wsparciu magii i zaklętego światła. Z fenomenalną
prędkością skracali dzielący ich dystans, jak gdyby warstwa lśniącej stali była
im drugą skórą. Byli jak humanoidalne pokraczne smoki chronione łuską, którą
można zedrzeć, aczkolwiek trzeba się przy tym nieźle napracować.
Tak,
to doskonała myśl! Wyskubać ludziom łuski.
Krzyżując
przed sobą miecze, Imt odparł bijak młota, którego siła drżeniem poniosła się
wzdłuż jego muskularnych ramion. Odepchnął niższego przeciwnika i postąpił krok
naprzód, markując oburęczne poziome cięcie, czym wymusił na nim postawienie
osłony z olbrzymiej tarczy. Tak jak podejrzewał, drugi z rycerzy odsłonił się
dostatecznie, by wypatrzył kolejne spoiny elementów pancerza. Nie miał jednak
wiele czasu. Młot świsnął mu niebezpiecznie blisko nosa, rozsiewając wokół
drażniącą woń zbyt pewnego siebie człowieka.
Trzeci
pancernik dołączył do zabawy, okrążając przeciwnika. Wykonawszy zwinny wypad
zakończony niepowodzeniem, człowiek o ciemnych oczach wycofał się za pawęż,
dopatrując luki w obronie smoka.
Imt
znów musiał się teleportować, uszczuplając w ten sposób ogromne, lecz
ograniczone zapasy energii magicznej. Musi przejść do ofensywy, inaczej zamęczą
go doprowadzając do stanu, w którym zacznie popełniać podstawowe błędy. Trzecia
teleportacja nie obyła się jednak bez komplikacji…
Sycząc
wściekle, wpadł na drzewo zaledwie parę metrów od przeciwników. Plecy tuż pod
nakarczkiem pektorału paliły ogniem.
Wyprostował
obolały kręgosłup, w zamroczeniu przypominając sobie ostatnie sekundy sprzed
nieudanej teleportacji. Ciemnooki rycerz widowiskowo trafił go tuż przed
przemieszczeniem, przelewając w ten sposób pierwszą krew. Co by było, gdyby
przeklęty paladyn dotknął go opancerzoną dłonią?
Zrozumienie
otrzeźwiło czarnego smoka. Zielone oczy z żółtą obwódką zwróciły się na
ostrożnie podchodzących przeciwników. To oczywiste, że nie zdoła powalić trzech
rycerzy na raz, ale zabierając ze sobą jednego, będzie mógł zająć się nim na
osobności. Nie mógł jednak zrezygnować z broni, by uwolnić rękę, a wątpliwym
było, aby któryś z rycerzyków raczył mocno się go chwycić…
Nie
namyślając się dłużej, zaszarżował. Miecze trzymał blisko siebie, by odeprzeć
ewentualny atak. O włos uniknął pchnięcia wielką tarczą, niemal nadziewając się
na sztych wyprowadzony prosto w jego brzuch. Ostrze przecięło materiał, raniąc
skórę na głębokość paznokcia. Gęsta, ciemna ciecz spłynęła wzdłuż rany, a
towarzyszący jej przeszywający ból wykrzywił twarz smoka, w promieniach
magicznej sfery czyniąc z niej upiorną maskę.
Imt
wytracił pęd i zataczając się, prawie wylądował na gładkiej pawęży
przygotowującego się do kontry rycerza. Zajrzał w niebieskie oczy człowieka
wyzierające z wizjera i całym ciężarem runął na niego, przewracając na ziemię.
Wyczuł nad sobą dwóch pozostałych, ale wystarczyło, że dociskał opancerzonego
wroga, by przenieść się wraz z nim w ustronne miejsce, gdzie nikt im nie
przeszkodzi. Nie przeszkodzi jemu, jako że los nieszczęsnego paladyna był już z
góry przesądzony.
Otumaniony
nieprzewidzianą teleportacją rycerz jęknął i pchnął tarczą górującego nad nim
smoka. Następujący po nim wymach młota ponaglił gada do ucieczki.
Prajaszczur
wykorzystał siłę pawęży, by odturlać się na bok. Z łopotem wystrzępionego
płaszcza natychmiast zerwał się z poszycia, zwinnie doskakując do podnoszącego
się przeciwnika. Dwie umazane krwią klingi zalśniły w blasku gwiazd, kiedy
jedna po drugiej cięły na wysokości barku i szyi, rozcinając zakamuflowane pasy
oraz skórę na łączeniach pancerza. Z radością przyjął okrzyk upadającego
mężczyzny, rozkoszne dźwięki zniekształcone przez hełm o stulonych skrzydłach.
Tak
jak się spodziewał, pod zbroją ludzie nosili zwyczajną odzież chroniącą przed
otarciami, obecnie w strzępach i rozkwitającą pachnącą oszałamiająco
czerwienią. Zakręciło mu się w głowie z podniecenia. Był na rauszu. Pochylił
się nad leżącym i zaraz wycofał, otrzymując cios młota w bok przeciwny do
krwawiącego.
Boki
oraz grzbiet pulsowały tępym bólem. Rany zagoiły się i wyłącznie schnące
karmazynowe zacieki wskazywały miejsce niegdysiejszego kontaktu z orężem
paladyna, który wraz z drugim zbliżał się niczym nieuniknione fatum.
Niewiele
myśląc, Imt naparł na rannego rycerza i począł okładać go naprzemiennie
mieczami, tnąc i siekąc z gwałtownością godną rozszalałego żywiołu, nie dając
mu szans na skuteczną obronę pawężą. Zajadłość poskutkowała poziomymi i
ukośnymi nacięciami na stalowym napierśniku, naramiennikach i karwaszach,
przekrzywieniem hełmu oraz licznymi ranami pod rozciętymi paskami mocującymi
elementy pancerza.
Ramię
unoszące młot osłabło. Pawęż spoczęła u stóp smoka, a sprowadzony do parteru
rycerz poddawał się pod naporem huraganu ciosów. Wąskie ostrze najemnego miecza
wraziło się w szczelinę przyłbicy przy wtórze rozdzierającego metalicznego
krzyku i zaklinowało między płytami. To było niezamierzone, acz
satysfakcjonujące zakończenie. Imt celował w punkt między kołnierzem a
uniesionym nieco hełmem, w odrażająco różową, nabiegłą krwią skórę szyi i byłby
podziwiał wypływające gałki oczne oraz pulsacyjnie wyciekającą krew, gdyby nie
męczący dwaj paladyni.
Szarpnięciem
spróbował wyciągnąć głownię z czaszki martwego rycerza, lecz zacięła się ona na
dobre. Nie spuszczając oka z nadbiegających przeciwników, Imt musiał dopomóc
sobie obutą w sandał stopą, by odzyskać broń. Walka młotem nie uśmiechała mu
się tak szeroko jak dwoma śmigłymi mieczami.
Wbił
wolny oręż w ziemię, chwytając oburącz za rękojeść wystającą z hełmu poległego.
W beznadziejnym odruchu uniósł ciężkie bezwładne ciało, czym prędzej przesunął
w stronę oskrzydlającej go dwójki i kopnął opancerzony, sfatygowany tors
ofiary. Grożąca pęknięciem klinga wyswobodziła się z uszkodzonego wizjera,
posyłając smoka kilka kroków w tył. Kopniak rzucił zwłokami w dzierżącego młot
rycerza, obalając go i tymczasowo unieruchamiając. Zadowolony z efektu Awatar
Przeklętego doskoczył do drugiej broni, na powrót owijając pazurzaste palce
wokół ciepłej jeszcze rękojeści.
Na
lekko rozstawionych nogach stał człowiek z półtorakiem łaknącym smoczej posoki.
Tego zachowa sobie na sam koniec. Pragnął jak najdłużej cieszyć się jego
agonią, rozkoszować bolesną śmiercią opancerzonego wojownika.
Szał
krwi rozpalił zmysły. Czerwona mgła napływała, biorąc w posiadanie potężne
ciało. Był przekonany, że wygra. Czuł to jako bolesne mrowienie tuż pod skórą,
pobudzające do niekontrolowanego, euforycznego dygotania. Sapiąc, czekał na
drugiego mężczyznę, który wygramolił się spod zwłok towarzysza i ułożył je z
należnym im szacunkiem.
Krew
wypływająca spod hełmu doprowadzała go do białej gorączki.
Magiczne
światło utraciło blask, zamigotało i zgasło. Dla prajaszczura był to sygnał, że
teleportacją nic więcej nie zdziała - ciemnooki dowódca blokował nurt w
promieniu dziesięciu metrów. Antymag. Imt musiał oszczędzać ją na wewnętrzny
użytek, szczególnie teraz, kiedy smak w ustach nabrał żelaznej słodyczy.
Stając
się wcieleniem furii, któremu nie sposób dotrzymać kroku na śliskim od krwi i
rosy polu bitwy, tańczył do rytmu zaklętej muzyki wybrzmiewającej ekstatycznymi
tonami zderzającego się ze sobą oręża. Iskry raz po raz rozpraszały mrok, gdy
miecze napotykały się na swej drodze, uderzały i parowały z trudną do
zaobserwowania szybkością. Kątem oka Imt pilnował drugiego rycerza, będącego
marnym pionkiem na rozpostartej przed nim planszy. Chciał tylko ciemnookiego.
Tylko on się liczył. On i jego bastardowy miecz, którym wywijał z finezją
wirtuoza wojny.
Poziome
cięcie gładko przeorało czarny rękaw, którego strzępy owinęły ramię smoka.
Puściwszy bijak młota wzdłuż lewego ostrza, Imt wycofał rękę, czując jak
rozdarty materiał krępuje jego ruchy. Wyskoczył w tył i lądując na ugiętych
kolanach, przeturlał się na znaczną odległość, kupując sobie czas. Podnosząc
się, wbił broń w ziemię i zsunął z siebie zawadzający przyodziewek.
Zielonożółte
oczy badały reakcje przeciwników. Byli zdumieni, lecz ciemnooki nie stracił
rezonu. Zatrzymali się jednak. Niezdecydowanie znalazło odzwierciedlenie w
postawie rycerza nerwowo ściskającego młot.
Imt
wyprężył się, z dumą eksponując rynsztunek, którego nikt nie nazwałby bojowym.
A mimo to rycerze nie atakowali. Zastygli w próbie zrozumienia gestu
przeciwnika.
Szeroka
na dwie dłonie płyta pektorału mieniła się złotem tuż pod szyją smoka. Ku
umięśnionemu blademu brzuchowi wysuwał się półkolisty szereg czerwonych i
czarnych kamieni szlifowanych na kształt spływających kropli. Fasetowany
szmaragd wielkości pięści pysznił się pośród klejnotów - wycyzelowane na samym
środku jaśniejące złowrogo ślepie. Obszerny pas złota podkreślał biodra, podtrzymując
biały materiał osłaniający lędźwie do połowy masywnych ud, zaś na środku biel
łączyła się z czarnym pionowym pasem, który długimi ogonami sięgał kolan,
skrząc się odbitym srebrem gwiazd. Sandały oplatały atletyczne łydki, wieńcząc
egzotyczny strój na myśl przywodzący wyspiarskie krainy opływające w złoto i
klejnoty.
Prócz
insygniów przynależnej mu funkcji, Imt zwany Czarnym był nagi jak w dniu
narodzin. A nawet bardziej, zważywszy że wykluł się z jaja jako obleczony
solidną skórą wylęg. Wydawał się słaby, co było spostrzeżeniem bezgranicznie
lekkomyślnym. Wbrew pozorom dopiero teraz stał się skrajnie niebezpieczny.
Ciemnooki
rycerz poprawił chwyt na mieczu i pawęży, obserwując z uwagą, jak przedramiona
smoka od nadgarstków po łokcie pokrywają się grubą czarną skórą. Identycznie
rzecz miała się z łydkami opasanymi rzemieniami. Karwasze oraz nagolenniki ze
smoczej skóry były wystarczającym zabezpieczeniem w bezpośrednim starciu. Cóż
więc z torsem podatnym na zranienie? I czy choć raz legendy odnosiły się do
rzeczywistości, traktując o miękkim, wrażliwym smoczym podbrzuszu?
Mijały
sekundy, podczas których smok napawał się widokiem popadających w zwątpienie
przeciwników. Jego smagane wiatrem włosy układały się w grzebień oraz kolce
okalające prawie ludzką głowę. Tworzyły także dwa dłuższe rogi wyciągnięte ku
policzkom. Paskudny uśmiech wykrzywiał pociemniałe wargi, które podobnie jak
podkrążone oczy wyróżniały się szarością na prawie białej twarzy.
Awatar
Przeklętego zaatakował.
Miecz
półtoraręczny uniósł się i rycerz w ostatniej chwili opuścił go, zasłaniając
się pawężą. Rozległ się oczekiwany szczęk stali ścierającej się ze stalą, ale prajaszczur
obrał za cel władającego młotem paladyna, a nie miecznika, na którego przecież
nacierał. Jak to się stało, że zmienił kąt uderzenia? Nie mógł się
teleportować, gdyż przepływ mocy został ograniczony. Czyżby przeklęty potwór
zaczął czerpać z potencjału własnego ciała? Najwyraźniej płaszcz zalegający w
butwiejących liściach utrudniał utrzymywanie tempa i koncentracji. A może
zwyczajnie pogrywał z nimi od samego początku?
Wysoki
Imt zanurkował pod opadającym młotem, z gracją wymykając się spod skierowanego
w jego biceps oręża. Skręcił ciało, obracając się gibko niczym kot i ciął
pozornie na oślep, wygryzając sztychem pasek mocujący naramiennik z
napierśnikiem. Skupiony, wężowym ślizgiem wywinął się spod młota, by ciąć
płytko pachę napastnika. Z precyzją bitewnego rzemieślnika rozbrajał oponenta
kawałek po kawałku, jakby obierał owoc ze skórki.
Esencja
szukająca ujścia odnajdywała je w sile mięśni i giętkości, wzmacniając
użytkownika na granicy stanu niemożliwego do osiągnięcia bez udziału magii.
Trzeźwiła umysł i wyostrzała zmysły, przekształcając Najwyższego Kapłana Urory
w niezwyciężonego awatara niosącego zagładę każdemu, kto sprzeciwi się woli
jego pana.
Kawał
zaokrąglonej pokiereszowanej blachy spadł na wydeptaną trawę, odkrywając prawy
staw barkowy człowieka. Czarny smok umknął przed wielkim mieczem. Ciemnooki paladyn
włączył się do walki, niestrudzenie podążając za przeciwnikiem i odciągając go
od wystawionego na atak brata zakonnego. Imt bawił się doskonale, czego nie
można było powiedzieć o dwójce ludzi, z których jeden mocował się z luźnymi
zapięciami kirysa, drugi zaś tracił przewagę płynącą z opanowania.
Dwa
rzędy ostrych zębów błysnęły w nocnej gęstwinie.
-
Jesteście bezradni! - Awatar Przeklętego drwił sobie z wroga, sycząc jadowicie
niby żmija schowana w ściółce. Zakleszczył płaz bastardowego miecza między
swoimi i schyliwszy się, zbliżył twarz do poobijanego hełmu, zaglądając
człowiekowi oczy. - Nie macie najmniejszych szans z tym, z czym przyszło się
wam zmierzyć. Jestem zwiastunem śmierci, heroldem Pana, którego imię objawi się
wam w najczarniejszej godzinie waszej marnej egzystencji. Jakież to przykre, że
nie będzie ci dane ujrzeć jego majestatu.
Uderzająca
magia była dla niego niemałym zaskoczeniem. Potraktowany falą czystej esencji
Imt rąbnął o ziemię i przeturlał się, niesiony siłą skumulowanej wiązki
energetycznej. Zdyscyplinowany nie wypuścił z rąk mieczy, niemniej oszołomiony
magiczną nawałą dochodził do siebie z lekkim opóźnieniem. Te kilka skaleczeń
nie czyniło mu krzywdy, jednak utrata dominacji zabolała.
Aura
paladyna przygasła, wytłumiona kontrolą przepływu.
Uniósłszy
głowę, Imt natychmiast zerwał się na równe nogi. Skoczył, warcząc jak
rozwścieczone zwierzę i zaatakował oburącz od góry, z rozkoszą wsłuchując się w
łoskot wydawany przez miażdżoną tarczę przeciwnika, w którą przywaliły nasycone
mocą głowice mieczy. Raptownie okręcił się w miejscu i wyminął ogłuszonego
przeciwnika. Z impetem runął na pozbawionego naramiennika paladyna, który na
swoje nieszczęście zjawił się tuż obok miecznika. Rozjuszony smok skutecznie
wdarł się za jego zasłonę. Wycelowany w pierś prajaszczura młot uderzył, lecz
pod złym kątem. Trafiając na zdobny naszyjnik, odbił się od niego jak od
najprzedniejszej stali, wprawiając młot w niekontrolowane dygotanie
przechodzące na ramię paladyna.
Rozbrojony
człowiek zdawał sobie sprawę, że spogląda w oblicze niechybnej śmierci, która
nie potrzebowała posiłkować się zaklęciami, by rozgromić trzyosobowy oddział
Zakonu. Pionowe cięcie poprowadzone od dołu zrzuciło hełm z głowy rycerza,
żłobiąc w brodatej twarzy piękną ranę po całej długości. Krew zbryzgała
wyciągniętą rękę płytko oddychającego smoka, odkładając się lepkimi kropelkami
na czarnej, poznaczonej skazami wieku skórze.
Drugi
cios uśmiercił bezbronnego wroga, gdy klinga gładko weszła w jego szyję niczym siekiera
drwala w pień młodego drzewka. Czerwień trysnęła z przeciętej aorty plamiąc
urękawicznione dłonie, gdy konający uniósł je do szyi. Zaraz opadły razem z
ciężarem płytowej zbroi.
Wielkim
ciałem targnęło wprzód, gdy półtoraręczny miecz wbił się tuż pod prawą łopatką,
czubkiem dźgając przednie żebra smoka. Biorący wdech Imt zacharczał. Jego płuco
przebito na wylot. Chciał się odwrócić, ale rycerz trzymał z całych sił, ani
myśląc o wyjęciu ostrza z pleców przeciwnika. Sapiąc przerywanie, obrócił głowę
i zerknął spod oka na człowieka oburącz dzierżącego bastardowy miecz.
Obleczone
stalą ramiona unosiły się spazmatycznie, zdradzając urywany oddech.
Przekrzywiony hełm odsłaniał część młodziutkiego, gładko ogolonego lica oraz
obłąkańczą determinację płonącą w oczach.
-
Choćby miały po nas zostać puste skorupy - wydyszał paladyn, wrażając miecz
głębiej w blade ciało i napierając nań - to zabiorę cię ze sobą do twego pana…
Zapoznasz nas ze sobą... osobiście!
Z
nieludzkim wrzaskiem rycerz pociągnął miecz w dół, rozdzierając skórę,
nadgryzając kręgosłup i ze zgrzytem ocierając się o złoty otok przepaski na
biodrach. Oswobodzony Imt nie wydał z siebie najmniejszego dźwięku, choć ból
był nie do zniesienia.
Zachwiał
się. Miecz uszkodził klatkę żebrową, wewnętrzne organy i rozerwał mięśnie,
które zmuszony był jak najszybciej zregenerować. Nie mógł jednak tego uczynić,
gdyż młody paladyn sięgał wewnątrz siebie po kolejne pokłady mocy. Z mieczem w
jednej ręce człowiek radził sobie wyśmienicie, jednakże dopiero robiąc nim
oburącz, okazywał prawdziwy potencjał.
Imt
wypuścił miecze, zaciskając i luzując palce dla odzyskania w nich czucia. Krew
wyciekała z niego strumieniem i jeśli nie zdoła zasklepić żył, niebawem straci
przytomność. A przeciwnik nie próżnował. Tnąc ukośnie od dołu, drasnął
zrywającego się w przód prajaszczura.
Żółte
oczy smoka gorzały nienawistnie, kiedy spojrzenia skrzyżowały się.
Antymag
Zakonu uniósł broń.
Krwioobieg
zamknął się, wstrzymując dalszy wypływ krwi. To jednak za mało, by smok w
ludzkiej formie odzyskał choć część początkowych zasobów. Nie będzie z nim
lepiej, wiedział o tym.
Ze
wzbudzającym trwogę rykiem, Awatar Przeklętego ponownie przyjął na siebie
ostrze miecza. Chwycił miękko wyściełany hełm człowieka i zdarł go z jego głowy
niemal ze skórą. Zdumiony, nieugięty w swym działaniu rycerz miał nie więcej
niż dwie dekady na karku, jednak krzepą dorównywał niejednemu staremu
krasnoludowi. Orzechowe oczy okolone bujną czupryną równie ciemnych, mokrych od
potu loków wbijał w ślepia smoka za nic mającego klingę wepchniętą w tors pod
pektorałem.
Impuls
energetyczny wyszedł z rąk paladyna, kierując niszczycielską siłę wzdłuż głowni
miecza, prosto w punkt tuż przy sercu prajaszczura…
I
powrócił do niego ze zdwojoną mocą odbitą przez skoncentrowanego arcykapłana.
Paladyn
krzyknął w udręce, jednak nie wypuścił broni z rąk, gotów do samego końca
uparcie zmagać się ze złowrogą, kumulującą się z każdą sekundą energią. Smok,
nawet osłabiony, przewyższał go mocą wielokrotnie, toteż nie miał najmniejszych
szans w ostatecznej potyczce. Mimo to nie odpuścił.
Odpychany
aurą paladyna Imt próbował dosięgnąć jego skroni. Wkładał w to resztkę sił
witalnych, aż w końcu je schwycił. Ostre pazury werżnęły się w skórę między
powiewającymi włosami, nacinając ją i przedostając się pod kolejne warstwy.
Esencje ścierały się ze sobą i odpychały jak przeciwne bieguny. Gęsta krew
wyciekała z rany na piersi, w której nadal tkwił miecz, lecz smok nie pozostawał
przeciwnikowi dłużny. Palce powoli wnikały w czaszkę, docierając do gąbczastej
tkanki.
Ucisk
łap powstrzymujących wypływ płynów ustrojowych narastał wraz z przenikliwym
odgłosem dobywającym się z gardła opancerzonego wojownika. Imt przekierował
esencję i niebywale długie pazury prawie spotkały się wewnątrz ludzkiej
czaszki, gdy rozerwała ją implozja mocy.
Zakuta
w stal dłoń zwiotczała. Wrażony w ciało smoka miecz szarpnął i wysunął się, gdy
własny ciężar pociągnął go na rozgrzebane leśne runo.
Prajaszczur
padł na kolana, ciągnąc za sobą truchło. Z nieprzyjemnym mlaśnięciem
wyswobodził dłonie i strzepnął z palców zlepki włosów posklejanych krwią oraz
szarą mazią wyciekającą z otworów popękanej głowy. Nie miał ochoty patrzeć na
zmasakrowaną twarz ofiary, nie dbał też o wybałuszone koszmarnie gałki oczne
czy krew sączącą się z uszu, nosa i ust.
Brudną
ręką dotknął rany na piersi. Krew pulsacyjnie wypływała z szerokiego
wgłębienia. Jednakowo było z plecami, a to, co działo się z obydwoma płucami,
mogło go zabić. Wykrwawiał się i dusił. Paniczna chęć ucieczki z miejsca
zbrodni wstrząsnęła nim, lecz bezsilnie zwalił się na bok i pozwolił, by
wycieńczony organizm walczył o przetrwanie bez udziału woli.
Powinien
zabrać stąd poszatkowany płaszcz, który Malowany Pies z pewnością rozpozna, i
zniknąć, zanim nastanie świt. Powinien… To bez znaczenia, co powinien. W duchu
liczył, że mieszkańcy lasu zajmą się zwłokami na tyle troskliwie, by nie było
widać śladów jego ingerencji. Już nie przeniesie ich na pozycje, choć wcale nie
musiał. Drapieżniki rozwleką je po okolicy. Natura zadba, by prawda nie wyszła
na jaw. On musiał odpocząć. Musiał zregenerować się i odzyskać władzę w
kończynach…
-
Przyzwalając ci na odrobinę frywolnej zabawy nie oczekiwałem, iż sprawisz mi
tym uciechę, mój Imcie.
Zwodniczo
łagodny młodzieńczy tembr wybrzmiał w leśnej ciszy. Radośnie podniecony,
przesadnie entuzjastyczny i absolutnie niepasujący do panującej atmosfery
krwawej łaźni oraz smrodu martwych ludzi.
Imt
dotknął obolałej głowy. Nie wyczuwał w niej mentalnej obecności szczebioczącego
radośnie Pana.
-
Spektakularny sabotaż! Wprost nie mogę się doczekać, kiedy jego rezultaty
wprowadzą machinę zdarzeń w ruch.
Szelest
tuż przy uchu. Szkarłatny rąbek jedwabnych szat z ledwością przenikających mrok
nocy. Głos dobiegający z konkretnego punktu, a nie zewsząd, jak podczas
mentalnego połączenia…
Zielone
oczy z żółtą otoczką otworzyły się, ale ciało było zbyt ociężałe, by stosownie
zareagować na przybycie Pana. O dziwo, on sam tego nie wymagał. Przyklęknął
przy wiernym słudze, pieszczotliwie kładąc smagłą, muśniętą czerwienią dłoń o
długich, delikatnych palcach na zimnym, sinym policzku. Imt oddychał jak
najciszej i popatrywał na swego zwierzchnika w oczekiwaniu na najgorsze.
-
Martwiłem się o ciebie, Imcie. Każda kolejna próba połączenia z twoim umysłem
kończyła się fiaskiem. - Troska wydawała się autentyczna i chociaż smok nie
mógł dojrzeć oblicza Pana, wyraźnie czuł, że zaniepokoił go ów brak odpowiedzi.
Nie wiedząc czemu, przeraziło go to. - Zmuszony byłem odnaleźć cię i sprawdzić
osobiście, któż zniewolił twój umysł. - Cichy szmer wstającego mężczyzny. Chłód
nastającego świtu na osamotnionym policzku. Cichnący, oddalający się szelest. -
Jestem urzeczony, mój miły. Piękny podarek dla przeklętego Zakonu! Jeśli w
istocie konspirowali z najemnymi, teraz bezsprzecznie wypowiedzą im wojnę.
Nosił cię ten zamysł od samego początku, czyż nie?
-
Owszem… mój Panie... - wychrypiał Imt. Zamknął powieki. Jego zmaltretowane
cielsko uspokoiło się pod wpływem ciepła napływającego z umęczonego serca. W
towarzystwie Pana nie czuł się bezpiecznie, ale w tej chwili było mu już
wszystko jedno. - Sabotaż to... wyjątkowo skuteczna droga... do osiągnięcia
niezgody… pomiędzy dwiema frakcjami. Skuteczna droga do… zwaśnienia stron.
-
A czy wiesz, że i ja nie próżnowałem? - W rzadkich momentach, jak ten, Pan
brzmiał niczym podekscytowane dziecko chwalące się nową zabawką. - Skupiłem się
na związanym wojną domową południu oraz objętej działaniami Zakonu północy.
Korzystając z niestabilnej sytuacji politycznej zjednałem sobie część zupełnie
nieświadomych domów szlacheckich, buntując kolejnych ludzi przeciwko dynastii
rządzącej. Nie będziemy się rozdrabniać, mój drogi Imcie. Zmusimy naszego
wroga, aby to on uszczuplał swe siły, dzieląc je na każdy pomniejszy kawałek
Estarionu. - Pan znów pojawił się na linii wzroku wycieńczonego smoka, który
tym razem już nie otworzył oczu, lecz wciąż uważnie słuchał. - Rycerz-dowódca z
Adeili okazuje się wyjątkowo znaczącą figurą w naszej małej rozgrywce, Imcie.
Figurą na miarę samego króla, arcypaladyna. I to on przyprowadzi do mnie
poszukiwanego. Razem, we dwóch, stawią się przed nami w godzinie największej
trwogi. Wówczas rozpoczniemy proces oczyszczania świata z największej plagi w
dziejach historii. Oooch, aż przejmują mnie dreszcze rozkoszy na samą myśl o
rozwinięciu tej pięknej krainy!
I
takim go właśnie pamiętał Imt Czarny. Bezlitosny, niepoczytalny, rozchwiany i
niepowstrzymany. Taki był prawdziwy Pan, a nie ta słodka, uległa deformacja, w
jaką zwykł stroić się przy pierwszym kontakcie. Lub gdy nosił się z zamiarem
wyrządzenia komuś śmiertelnej krzywdy.
Mieli
wspólny cel i tak naprawdę tylko to ich łączyło. Wykorzystywali się nawzajem
pod wieloma względami, ale Imt znał swoje miejsce i nie wychylał się przed
szereg, bacząc na konsekwencje nieposłuszeństwa. Pragnął odzyskać dom Czarnej
Barwy. Choć gdy patrzył na to z perspektywy wszczętego konfliktu, to w
regionie, w którym żyli aktualnie, wcale nie było im źle…
Znajome
zawroty głowy przełożyły się na całe ciało, gdy percepcja oszalała pod wpływem
oddziaływania mocy Pana. Teleportacja trwała mgnienie oka, a energia, jaką
dysponował, zostawiała na języku niezapomniany, trudny do opisania smak. Smak
smutku i tęsknoty za pierwotnym matecznikiem, prastarym źródłem stworzenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz