środa, 28 lutego 2024

Biały elf - rozdział 25

 

Gwiazdy były piękne tej nocy – odległe, zimne i połyskujące. Wraz z połowicznym księżycem wiodły prym na bezchmurnym niebie dając dostatecznie dużo światła, by nie trzeba wspomagać wzroku oliwnymi lampkami. A przynajmniej on ich nie potrzebował, by ze swojego stanowiska obserwacyjnego śledzić wydarzenia daleko w dole.

Pochodnie Twierdzy pogasły, topiąc głębokie wnętrze w cieniu niebosiężnych murów. Estalavanes pierwszy raz widział warownię spowitą całunem ciemności i zawiedziony stwierdził, że w nocnym widzeniu wygląda ona nie lepiej niż za dnia. Liczył na coś niezwykłego. Coś na miarę najdziwniejszych fantazji oraz wymysłów, choćby duchów wychodzących z ukrycia, demonów przeszłości czyniących to, do czego nawykły w minionym żywocie. Nic bardziej mylnego. Twierdza okazała się po prostu zwyczajna. Zupełnie jak ludzie gromadzący się w jedynym przybranym blaskiem latarni miejscu, jedynym świecącym jasno punkcie na świecie.

Est trwał niespokojnie na swej pozycji w prześwicie między merlonami. Z wieży rozciągał się doskonały widok na to, co działo się na dziedzińcu. Nie czuł potrzeby uczestniczenia w ceremonii, na którą i tak go nie zaproszono. A jeśli zaproszenie było zbędne, skoro należał do najemnej braci? W każdym razie on sam nie czuł się zobligowany więzami krwi do zejścia na dół i wyczekiwania jak reszta w nabożnym milczeniu. Oparty plecami o wysoki ząb krenelażu, z prawą nogą przewieszoną przez szeroki mur, przypatrywał się im z ostrością nocnego widzenia. Na licznych twarzach zaobserwował znajome cierpienie i rozpacz, a nawet gniew. Emocje dogasały, lecz Est podejrzewał, że gdy tylko zagrzmi ogień stosu, tak i płomień w sercach rozgoryczonych najemników wybuchnie na nowo.

Przeniósłszy spojrzenie z żywych na martwych, zaczął zastanawiać się nad nieuchronnością przyszłych wydarzeń. Ich śmierć była kopnięciem kamienia, który mknąc zboczem góry stworzy lawinę i pogrzebie pod kopcem skał wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Kolejne życia. Wsie i miasta. Estarion. Cały Khaldun…?

Cokolwiek się wydarzy, nie będzie to już jego problem.

Co też prajaszczur osiągnął mordując kilku ludzi? Powodowała nim żądza zemsty? Wykorzystał nadarzającą się okazję? A może go zmuszono? Est od razu zorientował się, że mistrz intencjonalnie przemilczał pewne fakty dotyczące wczorajszych znalezisk. Nie zamierzał okłamywać swojego ucznia - zwyczajnie nie chciał zaprzątać mu głowy niepotwierdzonymi teoriami i wysnutymi domysłami. A chłopak nie drążył tematu. Wystarczył rzut oka na nauczyciela, by skutecznie utrzymać język za zębami.

Wzdychając przeciągle, przymknął powieki i wystawił policzki na nocny wiatr, czując jak rozczarowanie własną osobą pomału wypiera gorycz zawodu. Brakowało mu już wytrwałości koniecznej do dalszego egzystowania. Cień z koszmaru zagnieździł się w jego sercu i miał tam całkiem dobre warunki do wzrastania. Karmiony lękami oraz wątpliwościami rósł w siłę, sącząc jad w żyły. Prawda koszmaru stawała się jego prawdą. Myśli koszmaru przedzierały się do podatnego umysłu wypaczając wzniosłe idee oraz refleksje. Od środka zabijał ciało, w którym uwięziono zagubioną duszę. Tylko energia się ostała. Gromadziła się, z wolna osiągając wyznaczoną przez skórę granicę.

Odetchnął. Ponownie wziął głębszy wdech starając się opanować na tyle, by powrócić do ponurej rzeczywistości. Podciągnąwszy kolana pod brodę, rozparł się na kamiennej ścianie i znów spoglądając w dół dostrzegł zbliżającą się ku zgromadzeniu trójkę mężczyzn.

Potężna sylwetka Złowieszczego Niedźwiedzia górowała nad nimi. Dzierżący straszliwy miecz dwuręczny, obleczony w napierśnik z ciemnej stali oraz niedźwiedzie skóry człowiek prezentował się tak dostojnie, jak mogło prezentować się rozwścieczone zwierzę o nastroszonym futrze. Est nie widział jego oblicza, ale domyślił się, że było ono surowe i ponure jak deszczowy poranek na cmentarzu. Olbrzym poprowadził przybocznych tuż pod stos, na którym ułożono zabitych w pełnym rynsztunku, niemal tak, jak ich znaleziono. Z tą różnicą, że zabrano miecze.

Zatrzymujący się po lewicy przywódcy Colonell również był w pełni uzbrojony. Jak na komendę uformował się za nim oddział złożony ze zwiadowców oraz tropicieli, zdyscyplinowany i karny, choć z ust smagłego młodzieńca nie padł żaden rozkaz. Est ubolewał, że ogląda wyłącznie jego wyprostowane szerokie plecy i tył głowy o przyciętych krótko włosach. Pragnął ujrzeć jego wytatuowaną twarz, dojrzeć pasemka opadające na ciemnozielone oczy, wiedzieć co czuł stojąc tak blisko ciał swoich kompanów. Przyjaciół. Braci. W końcu od wczoraj nie zamienili ani słowa. Ba!, nie widzieli się od momentu, w którym Est niemal wykrzyczał mu w twarz to, czego tak bardzo obawiał się powiedzieć na głos. Zryw odwagi nie przyniósł jednak pożądanych efektów. Colonell go zbył. Jak utrapienie. Jak uciążliwego dzieciaka. A odrzucenie bolało bardziej niż celnie wymierzona klinga.

Po prawej przystanął Mag, zaufany doradca potężnego przywódcy. Elegancki czarny strój miękko opinał szczupłą postać, marszcząc się nieco na pochylonych barkach, przyciąganych ku ziemi coraz większym ciężarem spoczywających na nim obowiązków. Jak w przypadku Colonella, za administratorem grupowały się szeregi wojowników. To było zaskakujące, zważywszy iż mentor odpowiadał za czarodziejów z Twierdzy, których poza dwoma starszymi magami w szkarłatnych tunikach nigdzie nie było. Ach tak, przecież magiczni i niemagiczni nie darzyli się sympatią. Nie dziwiło zatem, że nie interesuje ich ostatnie pożegnanie kilku zwykłych ludzi. Piromanci byli tu nie z sentymentu, lecz z powinności, choć oczywiście mógł się mylić. Wiele razy był świadkiem, jak młodzi z jednej i drugiej frakcji dogadywali się przy stole w jadalni, nierzadko przy kuflu czegoś mocniejszego przeszmuglowanego przez najemników.

Zapanował kontrolowany chaos, gdy ludzie ustawiali się na pozycjach. Jeden ze stojących na uboczu mężczyzn podszedł do Colonella z naręczem poplamionych mieczy, prawdopodobnie naznaczonych krwią. Est z łatwością poznał, że był to oręż poległych, było ich bowiem pięć i wyglądały na mocno sfatygowane. Wytatuowany zwiadowca obrócił się w stronę Niedźwiedzia. Przywódca kompanii jakby namyślał się chwilę, po czym, nie odwracając się od stosu, wykonał dwa kroki w tył, robiąc miejsce podkomendnemu.

Dwuręczny miecz zgrzytnął, kiedy imponujący wojownik zdjął go z przykrytego stalą ramienia i gwałtownym ruchem jednej ręki wymierzył sztychem w gwieździste niebo, podążając za nim wzrokiem. Wymawiane przez niego słowa grzmiały i odbijały się dudniącym echem od grubych ścian wygaszonej Twierdzy. Est nadstawił uszu, ale na darmo. Ginęły na wietrze, docierając doń jako niezrozumiałe strzępy. Mógł tylko zgadywać, co z pasją wykrzykiwał przywódca.

Złowieszczy Niedźwiedź zamilkł, ani na sekundę nie opuszczając wielkiego miecza wycelowanego w bezkres, honorując w ten sposób poległych.

Colonell wykorzystał ciszę i ujął rękojeść jednego z podsuniętych mu mieczy, naśladując gest przywódcy. Skrwawioną klingą gwałtownie dźgnął nocne powietrze, wykrzykując co tchu dwa wyrazy. Chór męskich głosów zawtórował mu żarliwie. Dobywane jak na rozkaz miecze zgrzytem rozdarły noc, metalicznym lamentem atakując wrażliwy słuch elfa. Ludzie salutowali bronią, żegnając w ten sposób braci.

Zawrzało jak w gnieździe os po wetknięciu patyka.

Gdy hałas umilkł, dowódca zwiadowców wbił ostrze w klepisko tuż przed sobą, zachowując odstęp od drewnianej konstrukcji. Przejął drugi miecz z rąk towarzysza, tym razem wykrzykując jeden wyraz. I znów podniosła się ogłuszająca wrzawa. Obyło się jednak bez wyciągania ostrzy, bowiem te, jak i potężna broń przywódcy, wciąż wskazywały gwiazdy. W rozszerzonych podnieceniem oczach Esta wskazywały one kierunek i niemal sam dopowiedział własną część, która ostatecznie nie wydobyła się z jego rozchylonych warg.

Do gwiazd, bracia! Stańcie się kolejnymi spośród nich i oświetlajcie nam drogę wśród mroków nocy!

Przy trzecim razie Est zyskał pewność, że jego przyjaciel wywołuje pełne lub pojedyncze imiona uśmierconych kompanów. Oddaje im honory na sposób Niedźwiedzi, pełen niespodziewanego ładunku emocjonalnego, wobec którego chłopak nie był obojętny. W trakcie upamiętniania zmarłych żołnierze wyrażali swój żal wykrzykując wszystko, czego proste słowa nie były w stanie oddać, a on bezwiednie ściągnął czarne brwi, przejęty sceną oraz uczuciami wręcz kipiącymi w gigantycznym kotle. Gęsia skórka przejmowała go na wskroś, jak przenikało go każde zniekształcone, przesycone emocjami zawołanie, równie mocne, jak ciosane antracytowe kamienie tworzące Twierdzę. Słowa wykrzykiwane znajomym barytonem, samym brzmieniem wywołującym niekontrolowane drżenie serca.

Czwarty miecz.

Colonell jest niesamowitym człowiekiem, zaskakującym i pełnym tajemnic. Est współczuł mu tej trudnej chwili, choć więcej w tym było zazdrości w stosunku do jego siły oraz niezłomności, aniżeli rzeczywistej empatii. Wstydził się własnych myśli, lecz musiał się z nimi pogodzić, ponieważ były nieodzowną częścią niego samego. Powinien posiąść pełną kontrolę nad nimi, bo tylko wtedy nie uczyni nikomu krzywdy. Ale było to nieosiągalne. Odkąd sięgał pamięcią, kierowały nim uczucia i emocje, choć dotychczas przez palce spoglądał na tę prawdę, nie dopuszczając jej do siebie.

Ostatnia, piąta już klinga wgryzła się w klepisko. Colonell, z całkowicie zdartym gardłem, wrócił na swoje stanowisko, ustępując miejsca przywódcy. Dwuręczny miecz opadł i z głuchym trzaskiem wbił się w ziemię tuż przed rzędem ostrzy. Mocno wepchnięty wszedł w nią aż do połowy szerokiej głowni. Kilka setek mieczy poszło jego śladem, niby żądła wcinając się w ubite podłoże pod nogami dzierżących je ludzi. Głowa Złowieszczego Niedźwiedzia opadła, a targane chłodnym podmuchem włosy przysłoniły srogie oblicze, gdy mężczyzna wypowiadał ostatnie zdanie wieńczące ceremonię.

Est drgnął, wyrwany z zamyślenia. Przywódca wyprostował się i gestem dał znak czarodziejom, by dopełnili ostatniej posługi.

Stojący przy obu krańcach drewnianej konstrukcji piromanci skinęli z szacunkiem głowami i zwracając się ku leżącym pokotem zwłokom, rozpoczęli mruczącą inkantację. Ich leniwie poruszające się palce tkały migoczące płomyki, które do wtóru śpiewnych, niskich tonów urastały do właściwych rozmiarów.

Ogień pulsował coraz mocniej z każdą następną sylabą zaśpiewu, ostatecznie przyjmując kształt nieregularnych kul. Czarodzieje nadali im prędkości pchając je w kierunku nasączonego oliwą drewna, gdzie płomienie rozbiły się niczym bańki cienkiego pomarańczowego szkła i z rykiem poczęły pochłaniać podatny materiał. Były zachłanne na miarę głodnego żywiołu. Jęzory namnażały się, wzmacniane energią tajemną obu magicznych. Strzelały wściekle w górę i na boki, liżąc drewniane kondygnacje oraz smakując zimnych ciał na sekundy przed ostatecznym posiłkiem.

Ostry swąd zmarszczył biały nos. Est zasłonił dolną część twarzy kołnierzem swetra, co niewiele zmieniło. Zapach spalenizny nie był mu obcy, lecz to, co trafiło do jego nozdrzy niesione nocnym wiatrem, omal nie zwaliło go z nóg. A galopująca wyobraźnia domalowała resztę odrażającego całokształtu - czerniejąca, pękająca ludzka skóra, skwierczące pod nią mięso i topiący się tłuszcz powodowały w nim trudne do powstrzymania torsje, zmuszając go do chwiejnego zsunięcia się na stabilną posadzkę wieży. Treść pustego żołądka podeszła mu do gardła. Biegiem przeciął szczyt i w ostatnim momencie niebezpiecznie wychylił się na zewnątrz, byle nie zapaskudzić terenu warowni.

Kolacja już dawno opuściła żołądek w dalszej drodze przyswajania składników odżywczych, więc to, co właśnie wykaszlał, było jedynie kwaśną żółcią, której smaku i tak łatwo się nie pozbędzie. Wstrząsany ostatnimi drgawkami gromadził ślinę i wypluwał wstrętny posmak pilnując się, by nie otrzeć ust rękawem powyciąganego czarnego swetra. Szkoda go ubrudzić. Innego nie miał.

Obrzydliwy smród dymu napastował go nieprzerwanie. Lepką mgiełką przylgnął do jego włosów, skóry oraz ubrań, katując go i rozrywając szarpane nudnościami trzewia. Bez wątpienia ci w dole nie czuli odoru tak bardzo jak on, nawet nie z racji ograniczonych receptorów węchu. Po prostu rozgrzane powietrze niosło się ku górze. Ulatywało, rozmywając się, prosto do gwiazd.

Czyszcząc wąskim językiem długie kły wrócił na poprzednie stanowisko, nie ryzykując ponownego wejścia na blanki. Zbyt mocno wirowało mu w głowie, by pozwalać sobie na taką nieostrożność.

Ryczący płomień pochłaniający ciała strzelał wysoko, tańcząc pod nieboskłonem i roznosząc tłuste popioły na cztery strony świata. Wiatr porywał je dalej i dalej. Nie przerywając ich wędrówki, rozdmuchiwał pozostałości po tym, co kiedyś było ludźmi. Rozchwiany pomarańcz rozświetlał stojących poniżej wojowników i zwiadowców, wprawiając ich cienie w szalony ruch. Dwóch czaromiotów kontrolowało coraz jaśniejszy żywioł, pilnując by nie rozbestwił się zanadto.

Najemnicy milczeli. Z powagą patrzyli przed siebie, opierając prawe dłonie na rękojeściach wbitych w ziemię mieczy, podobnie jak Złowieszczy Niedźwiedź, najroślejszy z nich wszystkich. Mag wyglądał przy nim na karła, zaś trzymający ręce na sztyletach Colonell, mimo słusznego wzrostu, wciąż był od niego niższy prawie o głowę.

Zmęczony spazmami Est położył splecione ręce na prześwicie muru i złożył na nich drżący podbródek. Że też los musiał pokarać go tak słabym żołądkiem… tudzież czułym węchem. Odrywając spojrzenie od ostrych barw stosu zerknął w lewo, w ciemności dające mu wytchnienie od gorzkiego całokształtu ceremonii pogrzebowej. Odrobinę szerzej uchylił powieki i unosząc głowę, skupił się na dwóch kobietach stojących w stosownej odległości od najemników. Jakby nie chciały zostać zauważone. Ich bure suknie prostego kroju wskazywały na status służących. Jedna z nich zanosiła się urywanym płaczem, a jej wstrząsane szlochem ramiona podtrzymywała druga, nieustająca w próbach uspokojenia zrozpaczonej towarzyszki.

Est nie pojmował, dlaczego widok załamanej kobiety wstrząsnął nim mocniej niż honorowa odprawa w wykonaniu kilku setek najemników. Było w tym coś prawdziwego, porażającego zwyczajnością oraz szczerością naturalnego przekazu. Tak wyglądał jeden z aspektów życia: ból nieodżałowanej straty. Ta kobieta straciła kogoś wyjątkowego i nie lękała się otwarcie tego wyrażać. Być może przed jej zapłakanymi oczami płonęło doczesne życie i nadzieje związane z tym szczególnym mężczyzną. Albo nowe życie rozwijało się w niej samej, toteż odreagowywała podwójną krzywdę. Płodzenie potomstwa ze służbą nie było wzbronione, o ile najemnicy brali za nie odpowiedzialność. Jeżeli tak jest w istocie, to zaprawdę ciężki los spadł na jej spracowane barki.

Jakże łatwo zburzyć świat zbudowany na fundamentach doświadczeń i wzajemnej zależności. Wystarczy, że zabraknie jednej osoby, że zgaśnie jedno życie, by sieć wzajemnych relacji łączących je z innymi naderwała się. Niesamowite. Wystarczy że pęknie jeden filar, a cała konstrukcja upadnie z ogłuszającym hukiem załamującego się stosu pogrzebowego. Nie ma nic łatwiejszego niż zniszczenie życia komuś, kto budował je z największym trudem.

Istoty żywe z założenia były słabe. A swoistą ich słabością był fakt, że żyły. I mogły to życie stracić.

Est pragnął umrzeć, lecz oto wątpliwość zajrzała mu w twarz. Ta kobieta cierpiała, jak gdyby to ona otrzymała śmiertelną ranę. Targana udręką upadła na kolana, nie odrywając załzawionych oczu od strzelającego w niebo ognia, podczas gdy on użalał się nad sobą, a przecież nie było nad czym.

Był wstrętnym egoistą.

Z odmętów świadomości wyłaniało się zrozumienie dla spostrzeżenia, jakiego do tej pory nie brał pod uwagę: jego śmierć nie przyniesie oczekiwanego rezultatu, nie będzie pożytkiem dla nikogo. Tego, co minęło, nie da się odwrócić. Ale można to naprawić, sprawić, by więcej się nie powtórzyło. Powinien spojrzeć na wydarzenia z odmiennej perspektywy, szczególnie że sam sobie ograniczał pole widzenia. Ograniczał samego siebie. Jeżeli na świecie istnieje choć jedna osoba, która rozpaczałaby po nim w ten sam sposób, to warta była jego życia.

A ktoś taki istniał naprawdę. Na wyciągnięcie ręki.

Śmierć nie jest rozwiązaniem, lecz Est miał już dość powracającego doń poczucia winy obciążającego naruszone sumienie. Miał serdecznie dość potwora drzemiącego w jego mrocznym sercu, który - pomimo uśpienia - samą obecnością nie pozwalał zapomnieć o tym, jak samotny i odsunięty znów się stawał. Za jakie przewiny to wszystko? Cóż takiego uczynił światu, że ten uparł się na niego w najgorszy możliwy sposób?

Ogień zajął całą drewnianą konstrukcję, zakrywając chwiejnymi jęzorami scenę ostatniego spoczynku. Niby zwiewną kurtyną odgrodził aktorów ułożonych na trzeszczących, pękających marach. Najemnicy czekali w cieniu swego przywódcy i jego przybocznych. Czarodzieje ucichli i chyląc czoła wycofali się w mrok. Kobieta łkała, skulona na wydeptanej ziemi. Nieobecni byli tylko kapłani, ale oni zrobili już co do nich należało, przygotowując poległych do obrządku.

Est nie miał ochoty schodzić na dół. Mieszkańcy Twierdzy wkrótce zaczną się rozchodzić, zapanuje chaos i tłok. Z drugiej strony przyglądanie się, jak wytypowani najemnicy porządkują resztki stosu pogrzebowego, wcale go nie ciekawiło. Zrezygnowany wrócił więc na środek wieży i usiadł ze skrzyżowanymi nogami, oddychając pełną piersią dla odzyskania spokoju. Popełnił błąd. Z pierwszym głębszym tchem nawdychał się ohydnego smrodu palonego mięsa, który jak przyklejony ani na moment go nie opuszczał. Rozkaszlał się na dobre. Zasłaniając usta naciągniętym na dłoń rękawem, zapatrzył się w niebo. Łzy spłynęły po policzkach i znów zbierało mu się na wymioty. Doprawdy, całopalenie to okropna metoda pozbywania się trupów.

Dopiero po chwili wyciszył się na tyle, by znów odetchnąć - płycej i przez osłonięte wargi. Przefiltrowany smak nie był aż tak paskudny jak fetor.

Przekonany, że tej nocy nie zaśnie, wolał wykorzystać dobrą pogodę i oddać się kontemplacji w miejscu, gdzie nikt nie będzie go szukał. Col miał swoje życie, swoje sprawy, którymi musiał się zająć. Mistrz również, choć zapewne przedkładając potrzeby ucznia nad własne, nie będzie się go spodziewał w swoim gabinecie o tak późnej porze. Natomiast ostatnia osoba, do której mógłby się zwrócić, Travis Arnelt, odsypiał czas spędzony w głębokim lesie. Koniec końców Est znów był sam ze sobą i nic nie wskazywało, by ten stan miał się zmienić w najbliższej przyszłości. Cóż innego mógł więc robić? Mógł dowiedzieć się o sobie czegoś nowego poprzez zgłębianie własnej psychiki. Mógł spróbować wyplenić z siebie najgorsze myśli.

Miniony okres wręcz obfitował w kontemplacje przerywane ćwiczeniami fizycznymi oraz treningami samoobrony. Nie powinien narzekać, nabrał bowiem wprawy i skrócił fazę transu, co zwiększało jego szanse na przetrwanie w terenie. Skuteczność wniknięcia w głąb własnego jestestwa również wzrosła, z czego należało być dumnym. Jednak nie potrafił cieszyć się z postępów, gdyż całą słodycz zwycięstwa przyćmiewały porażki medytacji. Jak chmury przesłaniające słońce odbierały mu wszelką radość z dobrze wykonanej pracy.

Bez trudu przywołał ostatnie wspomnienie. Dziwnym trafem dwa oblicza jednego mężczyzny nakładały się na siebie, przenikając wzajemnie jak cienki całun. Głęboką miłość poranka zastępowała gorycz odrętwienia zeszłej nocy i wracała tylko po to, by znów o sobie przypomnieć, po czym znikała przepędzona przez otępienie. Obrazy wirowały jak w kalejdoskopie przedstawiając dwa uczucia, których skrajność wyryła mu się w pamięci jaskrawym kontrastem. Nieprzypadkowo tak na niego działały, musiały mieć wspólny mianownik czekający na odkrycie. Musiał je zatrzymać i przyjrzeć im się z precyzją krasnoludzkiego jubilera. Wystarczył ułamek sekundy…

…by znów dotykał szorstkiej twarzy przyjaciela. Była przyjemnie ciepła, choć tego nie pamiętał. Krótki, ciemny zarost delikatnie drapał wnętrze obu jego dłoni, jak gdyby jednej z nich nie otulała skórzana rękawiczka. Pochłonięty wyzwalanymi emocjami zupełnie nie zdawał sobie sprawy, jak wiele szczegółów zapamiętało ciało za pomocą zmysłów, a jak wiele pominęła świadomość. Nie rozumiał zasady działania podświadomości, ale zaczynał pojmować, do czego była zdolna. Milczała, aczkolwiek dopuszczona do głosu potrafiła powiedzieć więcej niż jaźń. Skrywała się w ciemnościach, a jednocześnie lśniła najpiękniejszą formą wspomnień.

Zachwycony Est pragnął złapać uciekające spojrzenie szmaragdowych oczu, lecz nawet we własnym świecie tego nie potrafił. Okolone głębokimi cieniami nie chciały na niego patrzeć.

To do ciebie niepodobne, Col. Winisz mnie za to, co stało się z twoimi ludźmi? Dostrzegasz we mnie powód ich zguby czy też pretekst do pozbycia się wyrzutów sumienia? Kim więc dla ciebie jestem? Chciałbym przekonać się, że istnieje sens tam, gdzie nadzieja już dawno się poddała. Uzależniłeś mnie od swojej obecności a teraz urywasz kontakt, jakby każda spędzona razem chwila była tylko nagłym kaprysem. Nie chcesz na mnie spojrzeć, ty, który zawsze dążyłeś do kontaktu. Czyżbyś bał się dojrzeć potwierdzenie w moich oczach?

Przeszedł go elektryzujący dreszcz, jak od pobliskiego uderzenia pioruna. Jego zmysły scaliły się w jeden, toteż nie zdołał odgadnąć, który z bodźców wywołał to dotkliwe wrażenie. Zdumiony odsunął się od zanikającego wspomnienia. Wpatrzony w zacierającą się sylwetkę zdrętwiał, pojmując swój błąd. Colonell nie gardził nim. Nie odrzucił go, ani nawet nie posądzał o winę. Col bał się tego samego, przed czym i on uciekał.

Byli tacy sami.

Est ponownie wyciągnął rękę, ale przed nim była już tylko nicość. On był nicością.

Col, jak rany, ja nigdy… nigdy bym cię nie odtrącił! Nie odtrąciłem cię ani razu. Kiedy dotknąłeś mojego policzka. Kiedy ująłeś moją twarz w swoje dłonie, dotknąłeś uszu… Nienawidzę dotyku i nie mam pojęcia, do czego jeszcze jesteś zdolny. Boję się tej niepewności, a jednak wyczekuję każdego spotkania, pragnąc mieć cię całego dla siebie. Na wyłączność. Słyszeć twój głos. Czuć twoje ciepło na skórze. Poznawać twoje ciało. Wdychać kojący zapach. Nie znam twojego smaku… Czy będę mógł go poznać? Czy będzie mi dane zapamiętać go na zawsze, jak wszystkie te dni, w których odcisnąłeś się na mnie piętnem wspomnień?

Chłodny powiew pieszczotliwie potargał czarne włosy trwającego w bezruchu chłopaka, łaskocząc skronie i płatki podłużnych uszu. Fetor rozproszył się niemal całkowicie, utrwalając ślad w pamięci poznawczej Esta kojarzącej dźwięki obrazów, posmak emocji oraz zapachy wydarzeń. Tym sposobem wypalały się wspomnienia w umyśle elfa, który pomału otworzył sklejone jak po drzemce powieki. Ile czasu minęło odkąd wszedł w trans? I dlaczego bolał go krzyż? A zapach… Był znajomy. I ten miękki opór na grzbiecie…

Głośno wciągnął powietrze przypominając sobie, gdzie się znajduje. Obejrzał się przez ramię na szerokie plecy okryte grubą bluzą z kapturem. Nawet w monochromatycznej szarości rozpoznał ją bezbłędnie, kolorem podobną dębowym liściom. Tak jak rozpoznał jej posiadacza, przeciągającego się i ziewającego, przygniatającego go swoim nielichym ciężarem. Napotkał jego błyszczące oczy i oniemiały błyskawicznie odwrócił wzrok. Pod tym nieprzewidzianym uderzeniem bliskości kompletnie stracił opanowanie zyskane podczas kontemplacji. Co tu robił Colonell?! Na dodatek przebrany w codzienne ubrania.

- Długo potrafisz wysiedzieć w ten sposób - zaczął cicho zwiadowca. - Już myślałem, że zasnąłeś w tej dziwnej pozycji i sam postanowiłem wykorzystać okazję dla odnowienia energii. Przy tobie zawsze jakoś łatwiej mi to wychodzi.

Est milczał. Nie miał nic do powiedzenia, choć tak naprawdę usta by mu się nie zamykały od ilości słów, jakie pragnął z siebie wyrzucić. Ale nie umiał. Był odważny wewnątrz siebie, lecz na zewnątrz truchlał i wycofywał się, uparcie utrzymując dystans. A przecież wreszcie mogli porozmawiać. Gdyby tylko przestał zachowywać się jak obrażone dziecko, spuścił z tonu…

Młody mężczyzna zaparł się, przyciągając kolana do klatki piersiowej. Nie zamierzał naciskać, ale milczeniem wszystko zaprzepaści. Już wczoraj postąpił niewłaściwie. Dziś tego nie powtórzy.

- Rozumiem, że jesteś na mnie zły, Esti. Bez skargi przyjąłbym, gdybyś nagle wstał i odszedł. Dałem ciała, po całości. I wstyd mi za to jak cholera

Głos Cola drżał od wyrywających się na wolność uczuć. Chciał się wytłumaczyć, lecz nie mając nic na swoją obronę, mógł tylko mówić prawdę, nawet jeśli sam siebie w ten sposób pogrąży. Esti zasługiwał na szczerość.

- Dałem się ponieść emocjom, poddałem się rozpaczy, co nie jest do mnie podobne. To było raczej dziwne, tak przejmować się sytuacją, jakich mnóstwo w moim życiu. Nie powinienem był tak reagować, ale nic z tym już nie zrobię. Mogę jedynie przeprosić, że cię zaniedbałem. Przepraszam, Esti, że cię zaniedbałem. Masz dla mnie ogromną wartość, a mimo to unikałem cię, zrywając powstającą między nami więź z własnej głupoty, ze strachu, sam nie wiem przed czym. Naprawdę przepraszam.

Est zamknął oczy, otwierając się na współodczuwanie. Oparłszy się o szerokie barki przyjaciela, wsparł głowę na jego kapturze. Poczuł ulgę a zarazem przygnębienie tak dojmujące, że niemal miażdżyło mu pierś, przyduszając gardło. Konieczny był moment zwątpienia i odtrącenia, by uzmysłowił sobie, czego tak naprawdę mu brakowało.

To, za czym oglądał się na każdym kroku, miało twarz jego ulubionego człowieka.

Już nie był sam, miał kogoś u swego boku. I chociaż bardzo chciał, nie potrafił przyjąć przeprosin inaczej, niż na swój bezgłośny sposób. Niemniej poruszone melancholijnym nastrojem myśli układały się w wyznanie, które nigdy się nie urzeczywistni.

Bałeś się odtrącenia. Jak i ja. Obaj czujemy to samo, a wciąż mijamy się z prawdą. Pomimo bogatego zasobu słów nie potrafimy dokładnie określić siebie samych, naszych pragnień i oczekiwań. Nie rozumiemy się, ponieważ nie wiemy, jak do siebie podejść. A przecież znamy się nie od dziś. Znamy się od zawsze, prawda? Colonell, przecież ty panicznie boisz się życia w samotności. Zupełnie jak ja. A skoro tak, to jeszcze mocniej lękasz się utraty tego, na czym najbardziej ci zależy.

Łatwo było przemilczeć to, co niewygodne lub krępujące. Cisza nie wymagała wysiłku. Unosiła się pomiędzy dwojgiem młodych duchów i wiązała mocniej niż niejedno wypowiedziane w afekcie słowo, pozostawiając niestałym uczuciom zbyt wielkie pole do manewru. Zbyt wiele mogło wymsknąć się w chwili nieuwagi, by zepsuć atmosferę pozornego spokoju i zrozumienia.

Mistrz wspominał, że dobry uczeń wie, kiedy powinien zachować milczenie. A jeszcze lepszy dostrzega, kiedy odpowiedź jest wymagana.

Est dźwignął się na nogi gotów uczynić to, co roztrząsał przez ostatnie dni spędzone w samotności. Ze spuszczoną jak u skazańca głową, wolnym krokiem podszedł do wysokiego muru blanek i oparł dłoń w rękawiczce o gładkie kamienie, powoli dobierając słowa.

- Podziwiam cię, Col – oświadczył wreszcie. - Od początku podziwiałem twoją siłę i niezależność. Zuchwałość, z jaką stawiałeś czoła wszelkim przeciwnościom. To śmieszne, ale trochę zazdrościłem ci tych cech, tej swobody. Jesteś dla mnie autorytetem, wzorem do naśladowania, jak mistrz. Chcę stać się taki jak on. Taki jak ty.

Obracając się uniósł twarz na tyle, by zerknąć na słuchacza spomiędzy prostych kosmyków czarnej grzywy. Szeroko otwarte oczy zwiadowcy czujnie śledziły każdy jego ruch, przeczuwając, co się wydarzy. Est brzmiał podejrzanie. I był to celowy zabieg.

- Ale sam widzisz – wyrzucał z siebie dalej - ja nigdy nie będę wybitną jednostką. Nie będę taki jak wy.

Zwinnie wspiął się między merlony, wzbudzając tym strach u podnoszącego się mężczyzny. Napięcie rosło wyczuwalnie, wytrząsając z elfa resztki opamiętania, jakiego kurczowo się trzymał. Choć raz pragnął być silny i ostatecznie nie dał rady. Uczucia zalały go gwałtowną falą i porwały na samo dno, prosto w zębatą paszczę budzącego się potwora. Głos mu się załamał, gdy opętańcze myśli formowały kolejne zdania.

- Spójrz, mogę wejść na szczyt, na najwyższy punkt, a i tak niczego nie osiągnę. Wiesz czemu? Bo jestem najzwyklejszym tchórzem! Nawet teraz! Stoję tutaj, a przecież wiem, że nie skoczę. Bo się boję. Boję się żyć. Boję się umrzeć. Boję się jutra. Wszystkiego się boję!

- Esti, błagam cię, zejdź stamtąd. - Przerażony Colonell zamarł z obawy przed spłoszeniem chłopaka. Nie ryzykował zbliżaniem się do niego, lecz zachował ostrożność na granicy kontrolowanego obłędu. - To nie jest dobry pomysł żebyś tam stał. Porozmawiajmy. Tylko proszę cię, zejdź. Do mnie.

Est zignorował go. Siła emocji zaklętych w dygoczącym ciele była niewyobrażalna, a wynik dyskusji zdawał się z góry przesądzony, gdyż wszystko wskazywało na to, że nie posłucha on głosu rozsądku. Głosu przyjaciela, który nie wiedział, jak reagować.

- Jak rany, żaden z moich pomysłów nigdy nie był dobry, Col. A najgorszym z nich było przystanie na propozycję Maga! Odpowiedz choć na jedno moje pytanie: po co właściwie mam żyć? Żyję w ciągłym strachu, bezustannym napięciu, niechęci do siebie i otoczenia… Jestem tym zmęczony, Col. Wydawało mi się, że w końcu znalazłem swoje miejsce, ale nie, to nie to! Bo dla mnie nie ma miejsca w świecie ludzi.

Drobiny skruszonej zaprawy sypnęły się spod podeszwy jego buta. Lekceważąc zagrożenie, inaczej ustawił stopę.

- Nigdy nie poczuję stabilizacji, której tak bardzo mi brak! – żalił się. - Nigdy nie poczuję się potrzebny! Nigdy… ŁooooOOO!!!

Właśnie w tej chwili całkowicie utracił stabilizację. Nadwyrężony stuleciami deszczy i wiatrów kamień nie wytrzymał ruchliwego ciężaru i odpadł wraz z resztką zwietrzałej zaprawy. W ślad za nim poleciały większe odłamki, gdy wymachujący ramionami Est desperacko próbował utrzymać się w pionie.

Nie dał rady.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz