Gwiazdy były
piękne tej nocy – odległe, zimne i połyskujące. Wraz z połowicznym księżycem
wiodły prym na bezchmurnym niebie dając dostatecznie dużo światła, by nie
trzeba wspomagać wzroku oliwnymi lampkami. A przynajmniej on ich nie
potrzebował, by ze swojego stanowiska obserwacyjnego śledzić wydarzenia daleko
w dole.
Pochodnie Twierdzy pogasły, topiąc głębokie wnętrze w
cieniu niebosiężnych murów. Estalavanes pierwszy raz widział warownię spowitą
całunem ciemności i zawiedziony stwierdził, że w nocnym widzeniu wygląda ona
nie lepiej niż za dnia. Liczył na coś niezwykłego. Coś na miarę
najdziwniejszych fantazji oraz wymysłów, choćby duchów wychodzących z ukrycia,
demonów przeszłości czyniących to, do czego nawykły w minionym żywocie. Nic
bardziej mylnego. Twierdza okazała się po prostu zwyczajna. Zupełnie jak ludzie
gromadzący się w jedynym przybranym blaskiem latarni miejscu, jedynym świecącym
jasno punkcie na świecie.
Est trwał niespokojnie na swej pozycji w prześwicie
między merlonami. Z wieży rozciągał się doskonały widok na to, co działo się na
dziedzińcu. Nie czuł potrzeby uczestniczenia w ceremonii, na którą i tak go nie
zaproszono. A jeśli zaproszenie było zbędne, skoro należał do najemnej braci? W
każdym razie on sam nie czuł się zobligowany więzami krwi do zejścia na dół i
wyczekiwania jak reszta w nabożnym milczeniu. Oparty plecami o wysoki ząb
krenelażu, z prawą nogą przewieszoną przez szeroki mur, przypatrywał się im z
ostrością nocnego widzenia. Na licznych twarzach zaobserwował znajome
cierpienie i rozpacz, a nawet gniew. Emocje dogasały, lecz Est podejrzewał, że
gdy tylko zagrzmi ogień stosu, tak i płomień w sercach rozgoryczonych
najemników wybuchnie na nowo.
Przeniósłszy spojrzenie z żywych na martwych, zaczął
zastanawiać się nad nieuchronnością przyszłych wydarzeń. Ich śmierć była
kopnięciem kamienia, który mknąc zboczem góry stworzy lawinę i pogrzebie pod
kopcem skał wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Kolejne życia. Wsie i
miasta. Estarion. Cały Khaldun…?
Cokolwiek się wydarzy, nie będzie to już jego problem.
Co też prajaszczur osiągnął mordując kilku ludzi?
Powodowała nim żądza zemsty? Wykorzystał nadarzającą się okazję? A może go
zmuszono? Est od razu zorientował się, że mistrz intencjonalnie przemilczał
pewne fakty dotyczące wczorajszych znalezisk. Nie zamierzał okłamywać swojego
ucznia - zwyczajnie nie chciał zaprzątać mu głowy niepotwierdzonymi teoriami i
wysnutymi domysłami. A chłopak nie drążył tematu. Wystarczył rzut oka na
nauczyciela, by skutecznie utrzymać język za zębami.
Wzdychając przeciągle, przymknął powieki i wystawił
policzki na nocny wiatr, czując jak rozczarowanie własną osobą pomału wypiera
gorycz zawodu. Brakowało mu już wytrwałości koniecznej do dalszego
egzystowania. Cień z koszmaru zagnieździł się w jego sercu i miał tam całkiem
dobre warunki do wzrastania. Karmiony lękami oraz wątpliwościami rósł w siłę,
sącząc jad w żyły. Prawda koszmaru stawała się jego prawdą. Myśli koszmaru
przedzierały się do podatnego umysłu wypaczając wzniosłe idee oraz refleksje.
Od środka zabijał ciało, w którym uwięziono zagubioną duszę. Tylko energia się
ostała. Gromadziła się, z wolna osiągając wyznaczoną przez skórę granicę.
Odetchnął. Ponownie wziął głębszy wdech starając się
opanować na tyle, by powrócić do ponurej rzeczywistości. Podciągnąwszy kolana
pod brodę, rozparł się na kamiennej ścianie i znów spoglądając w dół dostrzegł
zbliżającą się ku zgromadzeniu trójkę mężczyzn.
Potężna sylwetka Złowieszczego Niedźwiedzia górowała
nad nimi. Dzierżący straszliwy miecz dwuręczny, obleczony w napierśnik z
ciemnej stali oraz niedźwiedzie skóry człowiek prezentował się tak dostojnie,
jak mogło prezentować się rozwścieczone zwierzę o nastroszonym futrze. Est nie
widział jego oblicza, ale domyślił się, że było ono surowe i ponure jak
deszczowy poranek na cmentarzu. Olbrzym poprowadził przybocznych tuż pod stos,
na którym ułożono zabitych w pełnym rynsztunku, niemal tak, jak ich znaleziono.
Z tą różnicą, że zabrano miecze.
Zatrzymujący się po lewicy przywódcy Colonell również był
w pełni uzbrojony. Jak na komendę uformował się za nim oddział złożony ze
zwiadowców oraz tropicieli, zdyscyplinowany i karny, choć z ust smagłego
młodzieńca nie padł żaden rozkaz. Est ubolewał, że ogląda wyłącznie jego
wyprostowane szerokie plecy i tył głowy o przyciętych krótko włosach. Pragnął
ujrzeć jego wytatuowaną twarz, dojrzeć pasemka opadające na ciemnozielone oczy,
wiedzieć co czuł stojąc tak blisko ciał swoich kompanów. Przyjaciół. Braci. W
końcu od wczoraj nie zamienili ani słowa. Ba!, nie widzieli się od momentu, w
którym Est niemal wykrzyczał mu w twarz to, czego tak bardzo obawiał się
powiedzieć na głos. Zryw odwagi nie przyniósł jednak pożądanych efektów.
Colonell go zbył. Jak utrapienie. Jak uciążliwego dzieciaka. A odrzucenie
bolało bardziej niż celnie wymierzona klinga.
Po prawej przystanął Mag, zaufany doradca potężnego
przywódcy. Elegancki czarny strój miękko opinał szczupłą postać, marszcząc się
nieco na pochylonych barkach, przyciąganych ku ziemi coraz większym ciężarem
spoczywających na nim obowiązków. Jak w przypadku Colonella, za administratorem
grupowały się szeregi wojowników. To było zaskakujące, zważywszy iż mentor
odpowiadał za czarodziejów z Twierdzy, których poza dwoma starszymi magami w
szkarłatnych tunikach nigdzie nie było. Ach tak, przecież magiczni i
niemagiczni nie darzyli się sympatią. Nie dziwiło zatem, że nie interesuje ich
ostatnie pożegnanie kilku zwykłych ludzi. Piromanci byli tu nie z sentymentu,
lecz z powinności, choć oczywiście mógł się mylić. Wiele razy był świadkiem,
jak młodzi z jednej i drugiej frakcji dogadywali się przy stole w jadalni,
nierzadko przy kuflu czegoś mocniejszego przeszmuglowanego przez najemników.
Zapanował kontrolowany chaos, gdy ludzie ustawiali się
na pozycjach. Jeden ze stojących na uboczu mężczyzn podszedł do Colonella z
naręczem poplamionych mieczy, prawdopodobnie naznaczonych krwią. Est z
łatwością poznał, że był to oręż poległych, było ich bowiem pięć i wyglądały na
mocno sfatygowane. Wytatuowany zwiadowca obrócił się w stronę Niedźwiedzia.
Przywódca kompanii jakby namyślał się chwilę, po czym, nie odwracając się od
stosu, wykonał dwa kroki w tył, robiąc miejsce podkomendnemu.
Dwuręczny miecz zgrzytnął, kiedy imponujący wojownik
zdjął go z przykrytego stalą ramienia i gwałtownym ruchem jednej ręki wymierzył
sztychem w gwieździste niebo, podążając za nim wzrokiem. Wymawiane przez niego
słowa grzmiały i odbijały się dudniącym echem od grubych ścian wygaszonej
Twierdzy. Est nadstawił uszu, ale na darmo. Ginęły na wietrze, docierając doń
jako niezrozumiałe strzępy. Mógł tylko zgadywać, co z pasją wykrzykiwał
przywódca.
Złowieszczy Niedźwiedź zamilkł, ani na sekundę nie
opuszczając wielkiego miecza wycelowanego w bezkres, honorując w ten sposób
poległych.
Colonell wykorzystał ciszę i ujął rękojeść jednego z
podsuniętych mu mieczy, naśladując gest przywódcy. Skrwawioną klingą gwałtownie
dźgnął nocne powietrze, wykrzykując co tchu dwa wyrazy. Chór męskich głosów
zawtórował mu żarliwie. Dobywane jak na rozkaz miecze zgrzytem rozdarły noc,
metalicznym lamentem atakując wrażliwy słuch elfa. Ludzie salutowali bronią,
żegnając w ten sposób braci.
Zawrzało jak w gnieździe os po wetknięciu patyka.
Gdy hałas umilkł, dowódca zwiadowców wbił ostrze w
klepisko tuż przed sobą, zachowując odstęp od drewnianej konstrukcji. Przejął
drugi miecz z rąk towarzysza, tym razem wykrzykując jeden wyraz. I znów
podniosła się ogłuszająca wrzawa. Obyło się jednak bez wyciągania ostrzy,
bowiem te, jak i potężna broń przywódcy, wciąż wskazywały gwiazdy. W
rozszerzonych podnieceniem oczach Esta wskazywały one kierunek i niemal sam
dopowiedział własną część, która ostatecznie nie wydobyła się z jego
rozchylonych warg.
Do gwiazd, bracia! Stańcie się kolejnymi spośród nich
i oświetlajcie nam drogę wśród mroków nocy!
Przy trzecim razie Est zyskał pewność, że jego
przyjaciel wywołuje pełne lub pojedyncze imiona uśmierconych kompanów. Oddaje
im honory na sposób Niedźwiedzi, pełen niespodziewanego ładunku emocjonalnego,
wobec którego chłopak nie był obojętny. W trakcie upamiętniania zmarłych
żołnierze wyrażali swój żal wykrzykując wszystko, czego proste słowa nie były w
stanie oddać, a on bezwiednie ściągnął czarne brwi, przejęty sceną oraz
uczuciami wręcz kipiącymi w gigantycznym kotle. Gęsia skórka przejmowała go na wskroś,
jak przenikało go każde zniekształcone, przesycone emocjami zawołanie, równie
mocne, jak ciosane antracytowe kamienie tworzące Twierdzę. Słowa wykrzykiwane
znajomym barytonem, samym brzmieniem wywołującym niekontrolowane drżenie serca.
Czwarty miecz.
Colonell jest niesamowitym człowiekiem, zaskakującym i
pełnym tajemnic. Est współczuł mu tej trudnej chwili, choć więcej w tym było
zazdrości w stosunku do jego siły oraz niezłomności, aniżeli rzeczywistej
empatii. Wstydził się własnych myśli, lecz musiał się z nimi pogodzić, ponieważ
były nieodzowną częścią niego samego. Powinien posiąść pełną kontrolę nad nimi,
bo tylko wtedy nie uczyni nikomu krzywdy. Ale było to nieosiągalne. Odkąd
sięgał pamięcią, kierowały nim uczucia i emocje, choć dotychczas przez palce
spoglądał na tę prawdę, nie dopuszczając jej do siebie.
Ostatnia, piąta już klinga wgryzła się w klepisko.
Colonell, z całkowicie zdartym gardłem, wrócił na swoje stanowisko, ustępując
miejsca przywódcy. Dwuręczny miecz opadł i z głuchym trzaskiem wbił się w
ziemię tuż przed rzędem ostrzy. Mocno wepchnięty wszedł w nią aż do połowy
szerokiej głowni. Kilka setek mieczy poszło jego śladem, niby żądła wcinając
się w ubite podłoże pod nogami dzierżących je ludzi. Głowa Złowieszczego
Niedźwiedzia opadła, a targane chłodnym podmuchem włosy przysłoniły srogie
oblicze, gdy mężczyzna wypowiadał ostatnie zdanie wieńczące ceremonię.
Est drgnął, wyrwany z zamyślenia. Przywódca
wyprostował się i gestem dał znak czarodziejom, by dopełnili ostatniej posługi.
Stojący przy obu krańcach drewnianej konstrukcji
piromanci skinęli z szacunkiem głowami i zwracając się ku leżącym pokotem
zwłokom, rozpoczęli mruczącą inkantację. Ich leniwie poruszające się palce
tkały migoczące płomyki, które do wtóru śpiewnych, niskich tonów urastały do
właściwych rozmiarów.
Ogień pulsował coraz mocniej z każdą następną sylabą
zaśpiewu, ostatecznie przyjmując kształt nieregularnych kul. Czarodzieje nadali
im prędkości pchając je w kierunku nasączonego oliwą drewna, gdzie płomienie
rozbiły się niczym bańki cienkiego pomarańczowego szkła i z rykiem poczęły
pochłaniać podatny materiał. Były zachłanne na miarę głodnego żywiołu. Jęzory
namnażały się, wzmacniane energią tajemną obu magicznych. Strzelały wściekle w
górę i na boki, liżąc drewniane kondygnacje oraz smakując zimnych ciał na
sekundy przed ostatecznym posiłkiem.
Ostry swąd zmarszczył biały nos. Est zasłonił dolną
część twarzy kołnierzem swetra, co niewiele zmieniło. Zapach spalenizny nie był
mu obcy, lecz to, co trafiło do jego nozdrzy niesione nocnym wiatrem, omal nie
zwaliło go z nóg. A galopująca wyobraźnia domalowała resztę odrażającego
całokształtu - czerniejąca, pękająca ludzka skóra, skwierczące pod nią mięso i
topiący się tłuszcz powodowały w nim trudne do powstrzymania torsje, zmuszając
go do chwiejnego zsunięcia się na stabilną posadzkę wieży. Treść pustego
żołądka podeszła mu do gardła. Biegiem przeciął szczyt i w ostatnim momencie
niebezpiecznie wychylił się na zewnątrz, byle nie zapaskudzić terenu warowni.
Kolacja już dawno opuściła żołądek w dalszej drodze
przyswajania składników odżywczych, więc to, co właśnie wykaszlał, było jedynie
kwaśną żółcią, której smaku i tak łatwo się nie pozbędzie. Wstrząsany ostatnimi
drgawkami gromadził ślinę i wypluwał wstrętny posmak pilnując się, by nie
otrzeć ust rękawem powyciąganego czarnego swetra. Szkoda go ubrudzić. Innego
nie miał.
Obrzydliwy smród dymu napastował go nieprzerwanie.
Lepką mgiełką przylgnął do jego włosów, skóry oraz ubrań, katując go i
rozrywając szarpane nudnościami trzewia. Bez wątpienia ci w dole nie czuli
odoru tak bardzo jak on, nawet nie z racji ograniczonych receptorów węchu. Po
prostu rozgrzane powietrze niosło się ku górze. Ulatywało, rozmywając się,
prosto do gwiazd.
Czyszcząc wąskim językiem długie kły wrócił na
poprzednie stanowisko, nie ryzykując ponownego wejścia na blanki. Zbyt mocno
wirowało mu w głowie, by pozwalać sobie na taką nieostrożność.
Ryczący płomień pochłaniający ciała strzelał wysoko,
tańcząc pod nieboskłonem i roznosząc tłuste popioły na cztery strony świata.
Wiatr porywał je dalej i dalej. Nie przerywając ich wędrówki, rozdmuchiwał
pozostałości po tym, co kiedyś było ludźmi. Rozchwiany pomarańcz rozświetlał
stojących poniżej wojowników i zwiadowców, wprawiając ich cienie w szalony
ruch. Dwóch czaromiotów kontrolowało coraz jaśniejszy żywioł, pilnując by nie
rozbestwił się zanadto.
Najemnicy milczeli. Z powagą patrzyli przed siebie,
opierając prawe dłonie na rękojeściach wbitych w ziemię mieczy, podobnie jak
Złowieszczy Niedźwiedź, najroślejszy z nich wszystkich. Mag wyglądał przy nim
na karła, zaś trzymający ręce na sztyletach Colonell, mimo słusznego wzrostu,
wciąż był od niego niższy prawie o głowę.
Zmęczony spazmami Est położył splecione ręce na
prześwicie muru i złożył na nich drżący podbródek. Że też los musiał pokarać go
tak słabym żołądkiem… tudzież czułym węchem. Odrywając spojrzenie od ostrych
barw stosu zerknął w lewo, w ciemności dające mu wytchnienie od gorzkiego
całokształtu ceremonii pogrzebowej. Odrobinę szerzej uchylił powieki i unosząc
głowę, skupił się na dwóch kobietach stojących w stosownej odległości od
najemników. Jakby nie chciały zostać zauważone. Ich bure suknie prostego kroju
wskazywały na status służących. Jedna z nich zanosiła się urywanym płaczem, a
jej wstrząsane szlochem ramiona podtrzymywała druga, nieustająca w próbach
uspokojenia zrozpaczonej towarzyszki.
Est nie pojmował, dlaczego widok załamanej kobiety
wstrząsnął nim mocniej niż honorowa odprawa w wykonaniu kilku setek najemników.
Było w tym coś prawdziwego, porażającego zwyczajnością oraz szczerością
naturalnego przekazu. Tak wyglądał jeden z aspektów życia: ból nieodżałowanej
straty. Ta kobieta straciła kogoś wyjątkowego i nie lękała się otwarcie tego
wyrażać. Być może przed jej zapłakanymi oczami płonęło doczesne życie i
nadzieje związane z tym szczególnym mężczyzną. Albo nowe życie rozwijało się w
niej samej, toteż odreagowywała podwójną krzywdę. Płodzenie potomstwa ze służbą
nie było wzbronione, o ile najemnicy brali za nie odpowiedzialność. Jeżeli tak
jest w istocie, to zaprawdę ciężki los spadł na jej spracowane barki.
Jakże łatwo zburzyć świat zbudowany na fundamentach
doświadczeń i wzajemnej zależności. Wystarczy, że zabraknie jednej osoby, że
zgaśnie jedno życie, by sieć wzajemnych relacji łączących je z innymi naderwała
się. Niesamowite. Wystarczy że pęknie jeden filar, a cała konstrukcja upadnie z
ogłuszającym hukiem załamującego się stosu pogrzebowego. Nie ma nic
łatwiejszego niż zniszczenie życia komuś, kto budował je z największym trudem.
Istoty żywe z założenia były słabe. A swoistą ich
słabością był fakt, że żyły. I mogły to życie stracić.
Est pragnął umrzeć, lecz oto wątpliwość zajrzała mu w
twarz. Ta kobieta cierpiała, jak gdyby to ona otrzymała śmiertelną ranę.
Targana udręką upadła na kolana, nie odrywając załzawionych oczu od
strzelającego w niebo ognia, podczas gdy on użalał się nad sobą, a przecież nie
było nad czym.
Był wstrętnym egoistą.
Z odmętów świadomości wyłaniało się zrozumienie dla
spostrzeżenia, jakiego do tej pory nie brał pod uwagę: jego śmierć nie
przyniesie oczekiwanego rezultatu, nie będzie pożytkiem dla nikogo. Tego, co
minęło, nie da się odwrócić. Ale można to naprawić, sprawić, by więcej się nie
powtórzyło. Powinien spojrzeć na wydarzenia z odmiennej perspektywy,
szczególnie że sam sobie ograniczał pole widzenia. Ograniczał samego siebie.
Jeżeli na świecie istnieje choć jedna osoba, która rozpaczałaby po nim w ten
sam sposób, to warta była jego życia.
A ktoś taki istniał naprawdę. Na wyciągnięcie ręki.
Śmierć nie jest rozwiązaniem, lecz Est miał już dość
powracającego doń poczucia winy obciążającego naruszone sumienie. Miał
serdecznie dość potwora drzemiącego w jego mrocznym sercu, który - pomimo
uśpienia - samą obecnością nie pozwalał zapomnieć o tym, jak samotny i
odsunięty znów się stawał. Za jakie przewiny to wszystko? Cóż takiego uczynił
światu, że ten uparł się na niego w najgorszy możliwy sposób?
Ogień zajął całą drewnianą konstrukcję, zakrywając
chwiejnymi jęzorami scenę ostatniego spoczynku. Niby zwiewną kurtyną odgrodził
aktorów ułożonych na trzeszczących, pękających marach. Najemnicy czekali w
cieniu swego przywódcy i jego przybocznych. Czarodzieje ucichli i chyląc czoła
wycofali się w mrok. Kobieta łkała, skulona na wydeptanej ziemi. Nieobecni byli
tylko kapłani, ale oni zrobili już co do nich należało, przygotowując poległych
do obrządku.
Est nie miał ochoty schodzić na dół. Mieszkańcy
Twierdzy wkrótce zaczną się rozchodzić, zapanuje chaos i tłok. Z drugiej strony
przyglądanie się, jak wytypowani najemnicy porządkują resztki stosu
pogrzebowego, wcale go nie ciekawiło. Zrezygnowany wrócił więc na środek wieży
i usiadł ze skrzyżowanymi nogami, oddychając pełną piersią dla odzyskania
spokoju. Popełnił błąd. Z pierwszym głębszym tchem nawdychał się ohydnego
smrodu palonego mięsa, który jak przyklejony ani na moment go nie opuszczał. Rozkaszlał
się na dobre. Zasłaniając usta naciągniętym na dłoń rękawem, zapatrzył się w
niebo. Łzy spłynęły po policzkach i znów zbierało mu się na wymioty. Doprawdy,
całopalenie to okropna metoda pozbywania się trupów.
Dopiero po chwili wyciszył się na tyle, by znów
odetchnąć - płycej i przez osłonięte wargi. Przefiltrowany smak nie był aż tak paskudny
jak fetor.
Przekonany, że tej nocy nie zaśnie, wolał wykorzystać
dobrą pogodę i oddać się kontemplacji w miejscu, gdzie nikt nie będzie go
szukał. Col miał swoje życie, swoje sprawy, którymi musiał się zająć. Mistrz
również, choć zapewne przedkładając potrzeby ucznia nad własne, nie będzie się
go spodziewał w swoim gabinecie o tak późnej porze. Natomiast ostatnia osoba,
do której mógłby się zwrócić, Travis Arnelt, odsypiał czas spędzony w głębokim
lesie. Koniec końców Est znów był sam ze sobą i nic nie wskazywało, by ten stan
miał się zmienić w najbliższej przyszłości. Cóż innego mógł więc robić? Mógł
dowiedzieć się o sobie czegoś nowego poprzez zgłębianie własnej psychiki. Mógł
spróbować wyplenić z siebie najgorsze myśli.
Miniony okres wręcz obfitował w kontemplacje
przerywane ćwiczeniami fizycznymi oraz treningami samoobrony. Nie powinien
narzekać, nabrał bowiem wprawy i skrócił fazę transu, co zwiększało jego szanse
na przetrwanie w terenie. Skuteczność wniknięcia w głąb własnego jestestwa
również wzrosła, z czego należało być dumnym. Jednak nie potrafił cieszyć się z
postępów, gdyż całą słodycz zwycięstwa przyćmiewały porażki medytacji. Jak
chmury przesłaniające słońce odbierały mu wszelką radość z dobrze wykonanej pracy.
Bez trudu przywołał ostatnie wspomnienie. Dziwnym
trafem dwa oblicza jednego mężczyzny nakładały się na siebie, przenikając
wzajemnie jak cienki całun. Głęboką miłość poranka zastępowała gorycz
odrętwienia zeszłej nocy i wracała tylko po to, by znów o sobie przypomnieć, po
czym znikała przepędzona przez otępienie. Obrazy wirowały jak w kalejdoskopie
przedstawiając dwa uczucia, których skrajność wyryła mu się w pamięci jaskrawym
kontrastem. Nieprzypadkowo tak na niego działały, musiały mieć wspólny
mianownik czekający na odkrycie. Musiał je zatrzymać i przyjrzeć im się z
precyzją krasnoludzkiego jubilera. Wystarczył ułamek sekundy…
…by znów dotykał szorstkiej twarzy przyjaciela. Była
przyjemnie ciepła, choć tego nie pamiętał. Krótki, ciemny zarost delikatnie
drapał wnętrze obu jego dłoni, jak gdyby jednej z nich nie otulała skórzana
rękawiczka. Pochłonięty wyzwalanymi emocjami zupełnie nie zdawał sobie sprawy,
jak wiele szczegółów zapamiętało ciało za pomocą zmysłów, a jak wiele pominęła
świadomość. Nie rozumiał zasady działania podświadomości, ale zaczynał
pojmować, do czego była zdolna. Milczała, aczkolwiek dopuszczona do głosu potrafiła
powiedzieć więcej niż jaźń. Skrywała się w ciemnościach, a jednocześnie lśniła
najpiękniejszą formą wspomnień.
Zachwycony Est pragnął złapać uciekające spojrzenie
szmaragdowych oczu, lecz nawet we własnym świecie tego nie potrafił. Okolone
głębokimi cieniami nie chciały na niego patrzeć.
To do ciebie niepodobne, Col. Winisz
mnie za to, co stało się z twoimi ludźmi? Dostrzegasz we mnie powód ich zguby
czy też pretekst do pozbycia się wyrzutów sumienia? Kim więc dla ciebie jestem?
Chciałbym przekonać się, że istnieje sens tam, gdzie nadzieja już dawno się
poddała. Uzależniłeś mnie od swojej obecności a teraz urywasz kontakt, jakby
każda spędzona razem chwila była tylko nagłym kaprysem. Nie chcesz na mnie
spojrzeć, ty, który zawsze dążyłeś do kontaktu. Czyżbyś bał się dojrzeć
potwierdzenie w moich oczach?
Przeszedł go elektryzujący dreszcz, jak od pobliskiego
uderzenia pioruna. Jego zmysły scaliły się w jeden, toteż nie zdołał odgadnąć,
który z bodźców wywołał to dotkliwe wrażenie. Zdumiony odsunął się od
zanikającego wspomnienia. Wpatrzony w zacierającą się sylwetkę zdrętwiał,
pojmując swój błąd. Colonell nie gardził nim. Nie odrzucił go, ani nawet nie
posądzał o winę. Col bał się tego samego, przed czym i on uciekał.
Byli tacy sami.
Est ponownie wyciągnął rękę, ale przed nim była już
tylko nicość. On był nicością.
Col, jak rany, ja nigdy… nigdy bym cię nie odtrącił!
Nie odtrąciłem cię ani razu. Kiedy dotknąłeś mojego policzka. Kiedy ująłeś moją
twarz w swoje dłonie, dotknąłeś uszu… Nienawidzę dotyku i nie mam pojęcia, do
czego jeszcze jesteś zdolny. Boję się tej niepewności, a jednak wyczekuję
każdego spotkania, pragnąc mieć cię całego dla siebie. Na wyłączność. Słyszeć
twój głos. Czuć twoje ciepło na skórze. Poznawać twoje ciało. Wdychać kojący
zapach. Nie znam twojego smaku… Czy będę mógł go poznać? Czy będzie mi dane
zapamiętać go na zawsze, jak wszystkie te dni, w których odcisnąłeś się na mnie
piętnem wspomnień?
Chłodny powiew pieszczotliwie potargał czarne włosy
trwającego w bezruchu chłopaka, łaskocząc skronie i płatki podłużnych uszu.
Fetor rozproszył się niemal całkowicie, utrwalając ślad w pamięci poznawczej
Esta kojarzącej dźwięki obrazów, posmak emocji oraz zapachy wydarzeń. Tym
sposobem wypalały się wspomnienia w umyśle elfa, który pomału otworzył sklejone
jak po drzemce powieki. Ile czasu minęło odkąd wszedł w trans? I dlaczego bolał
go krzyż? A zapach… Był znajomy. I ten miękki opór na grzbiecie…
Głośno wciągnął powietrze przypominając sobie, gdzie
się znajduje. Obejrzał się przez ramię na szerokie plecy okryte grubą bluzą z
kapturem. Nawet w monochromatycznej szarości rozpoznał ją bezbłędnie, kolorem
podobną dębowym liściom. Tak jak rozpoznał jej posiadacza, przeciągającego się
i ziewającego, przygniatającego go swoim nielichym ciężarem. Napotkał jego
błyszczące oczy i oniemiały błyskawicznie odwrócił wzrok. Pod tym
nieprzewidzianym uderzeniem bliskości kompletnie stracił opanowanie zyskane
podczas kontemplacji. Co tu robił Colonell?! Na dodatek przebrany w codzienne
ubrania.
- Długo potrafisz wysiedzieć w ten sposób - zaczął
cicho zwiadowca. - Już myślałem, że zasnąłeś w tej dziwnej pozycji i sam
postanowiłem wykorzystać okazję dla odnowienia energii. Przy tobie zawsze jakoś
łatwiej mi to wychodzi.
Est milczał. Nie miał nic do powiedzenia, choć tak
naprawdę usta by mu się nie zamykały od ilości słów, jakie pragnął z siebie
wyrzucić. Ale nie umiał. Był odważny wewnątrz siebie, lecz na zewnątrz truchlał
i wycofywał się, uparcie utrzymując dystans. A przecież wreszcie mogli
porozmawiać. Gdyby tylko przestał zachowywać się jak obrażone dziecko, spuścił
z tonu…
Młody mężczyzna zaparł się, przyciągając kolana do
klatki piersiowej. Nie zamierzał naciskać, ale milczeniem wszystko zaprzepaści.
Już wczoraj postąpił niewłaściwie. Dziś tego nie powtórzy.
- Rozumiem, że jesteś na mnie zły, Esti. Bez skargi
przyjąłbym, gdybyś nagle wstał i odszedł. Dałem ciała, po całości. I wstyd mi
za to jak cholera
Głos Cola drżał od wyrywających się na wolność uczuć.
Chciał się wytłumaczyć, lecz nie mając nic na swoją obronę, mógł tylko mówić
prawdę, nawet jeśli sam siebie w ten sposób pogrąży. Esti zasługiwał na
szczerość.
- Dałem się ponieść emocjom, poddałem się rozpaczy, co
nie jest do mnie podobne. To było raczej dziwne, tak przejmować się sytuacją,
jakich mnóstwo w moim życiu. Nie powinienem był tak reagować, ale nic z tym już
nie zrobię. Mogę jedynie przeprosić, że cię zaniedbałem. Przepraszam, Esti, że
cię zaniedbałem. Masz dla mnie ogromną wartość, a mimo to unikałem cię,
zrywając powstającą między nami więź z własnej głupoty, ze strachu, sam nie
wiem przed czym. Naprawdę przepraszam.
Est zamknął oczy, otwierając się na współodczuwanie.
Oparłszy się o szerokie barki przyjaciela, wsparł głowę na jego kapturze.
Poczuł ulgę a zarazem przygnębienie tak dojmujące, że niemal miażdżyło mu
pierś, przyduszając gardło. Konieczny był moment zwątpienia i odtrącenia, by
uzmysłowił sobie, czego tak naprawdę mu brakowało.
To, za czym oglądał się na każdym kroku, miało twarz
jego ulubionego człowieka.
Już nie był sam, miał kogoś u swego boku. I chociaż
bardzo chciał, nie potrafił przyjąć przeprosin inaczej, niż na swój bezgłośny
sposób. Niemniej poruszone melancholijnym nastrojem myśli układały się w
wyznanie, które nigdy się nie urzeczywistni.
Bałeś się odtrącenia. Jak i ja. Obaj czujemy to samo,
a wciąż mijamy się z prawdą. Pomimo bogatego zasobu słów nie potrafimy
dokładnie określić siebie samych, naszych pragnień i oczekiwań. Nie
rozumiemy się, ponieważ nie wiemy, jak do siebie podejść. A przecież
znamy się nie od dziś. Znamy się od zawsze, prawda? Colonell, przecież
ty panicznie boisz się życia w samotności. Zupełnie jak ja. A skoro tak, to
jeszcze mocniej lękasz się utraty tego, na czym najbardziej ci zależy.
Łatwo było przemilczeć to, co niewygodne lub
krępujące. Cisza nie wymagała wysiłku. Unosiła się pomiędzy dwojgiem młodych
duchów i wiązała mocniej niż niejedno wypowiedziane w afekcie słowo,
pozostawiając niestałym uczuciom zbyt wielkie pole do manewru. Zbyt wiele mogło
wymsknąć się w chwili nieuwagi, by zepsuć atmosferę pozornego spokoju i
zrozumienia.
Mistrz wspominał, że dobry uczeń wie, kiedy powinien
zachować milczenie. A jeszcze lepszy dostrzega, kiedy odpowiedź jest wymagana.
Est dźwignął się na nogi gotów uczynić to, co
roztrząsał przez ostatnie dni spędzone w samotności. Ze spuszczoną jak u
skazańca głową, wolnym krokiem podszedł do wysokiego muru blanek i oparł dłoń w
rękawiczce o gładkie kamienie, powoli dobierając słowa.
- Podziwiam cię, Col – oświadczył wreszcie. - Od
początku podziwiałem twoją siłę i niezależność. Zuchwałość, z jaką stawiałeś
czoła wszelkim przeciwnościom. To śmieszne, ale trochę zazdrościłem ci tych
cech, tej swobody. Jesteś dla mnie autorytetem, wzorem do naśladowania, jak
mistrz. Chcę stać się taki jak on. Taki jak ty.
Obracając się uniósł twarz na tyle, by zerknąć na
słuchacza spomiędzy prostych kosmyków czarnej grzywy. Szeroko otwarte oczy
zwiadowcy czujnie śledziły każdy jego ruch, przeczuwając, co się wydarzy. Est
brzmiał podejrzanie. I był to celowy zabieg.
- Ale sam widzisz – wyrzucał z siebie dalej - ja nigdy
nie będę wybitną jednostką. Nie będę taki jak wy.
Zwinnie wspiął się między merlony, wzbudzając tym
strach u podnoszącego się mężczyzny. Napięcie rosło wyczuwalnie, wytrząsając z
elfa resztki opamiętania, jakiego kurczowo się trzymał. Choć raz pragnął być
silny i ostatecznie nie dał rady. Uczucia zalały go gwałtowną falą i porwały na
samo dno, prosto w zębatą paszczę budzącego się potwora. Głos mu się załamał, gdy
opętańcze myśli formowały kolejne zdania.
- Spójrz, mogę wejść na szczyt, na najwyższy punkt, a
i tak niczego nie osiągnę. Wiesz czemu? Bo jestem najzwyklejszym tchórzem!
Nawet teraz! Stoję tutaj, a przecież wiem, że nie skoczę. Bo się boję. Boję się
żyć. Boję się umrzeć. Boję się jutra. Wszystkiego się boję!
- Esti, błagam cię, zejdź stamtąd. - Przerażony
Colonell zamarł z obawy przed spłoszeniem chłopaka. Nie ryzykował zbliżaniem
się do niego, lecz zachował ostrożność na granicy kontrolowanego obłędu. - To
nie jest dobry pomysł żebyś tam stał. Porozmawiajmy. Tylko proszę cię, zejdź.
Do mnie.
Est zignorował go. Siła emocji zaklętych w dygoczącym
ciele była niewyobrażalna, a wynik dyskusji zdawał się z góry przesądzony, gdyż
wszystko wskazywało na to, że nie posłucha on głosu rozsądku. Głosu
przyjaciela, który nie wiedział, jak reagować.
- Jak rany, żaden z moich pomysłów nigdy nie był
dobry, Col. A najgorszym z nich było przystanie na propozycję Maga! Odpowiedz
choć na jedno moje pytanie: po co właściwie mam żyć? Żyję w ciągłym strachu,
bezustannym napięciu, niechęci do siebie i otoczenia… Jestem tym zmęczony, Col.
Wydawało mi się, że w końcu znalazłem swoje miejsce, ale nie, to nie to! Bo dla
mnie nie ma miejsca w świecie ludzi.
Drobiny skruszonej zaprawy sypnęły się spod podeszwy
jego buta. Lekceważąc zagrożenie, inaczej ustawił stopę.
- Nigdy nie poczuję stabilizacji, której tak bardzo mi
brak! – żalił się. - Nigdy nie poczuję się potrzebny! Nigdy… ŁooooOOO!!!
Właśnie w tej chwili całkowicie utracił stabilizację.
Nadwyrężony stuleciami deszczy i wiatrów kamień nie wytrzymał ruchliwego
ciężaru i odpadł wraz z resztką zwietrzałej zaprawy. W ślad za nim poleciały
większe odłamki, gdy wymachujący ramionami Est desperacko próbował utrzymać się
w pionie.
Nie dał rady.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz