Z krzykiem
runął w dół, ostatnim odruchem łapiąc się niepewnego muru. Uderzenie wyrwało
dech z jego piersi. Wcale nie chciał spaść, nie taki miał zamiar! Tak jak nie
chciał patrzeć pod nogi, lecz wola nie słuchała, zwracając szeroko otwarte oczy
w kierunku monochromatycznej otchłani. Sięgnął drugą ręką w poszukiwaniu
oparcia, ale kiedy zaczął się szamotać, kolejne kamienie luzowały się pod
palcami.
Był stracony.
Złamie kark, zmiażdży wnętrzności i pogruchocze kości.
W wyobraźni widział swoje zwłoki powyginane pod nienaturalnym kątem pośród
wysokich traw. Co z tego, że było miękko, skoro to grawitacja miała przewagę?
- Esti!
Colonell zerwał się niczym błyskawica. Odcinające się
na tle czarnego kamienia białe palce dawały nadzieję na ocalenie chłopaka.
Dopadłszy muru, chwycił oburącz odsłonięty nadgarstek elfa i zaparł stopę o
zimny kamień. Pociągnął, chcąc uratować wiszącego samobójcę, ale łatwo nie
będzie. Esti wbrew pozorom do najlżejszych się nie zaliczał, a spocone dłonie
traciły pewny chwyt, grożąc wyślizgnięciem gładkiej skóry.
Niedobrze. Coraz gorzej! Świat oszalał, żądając krwi
niewinnych ofiar!
Niedoczekanie, kurwa, jego! Tego jednego na pewno nie
dostanie! Nie na mojej warcie! Nigdy!
- Puść mnie, Col! Inaczej polecimy obaj!
Est wyglądał na pogodzonego z losem. Jego ogromne oczy
pozbawione były nadziei, a wyraz białej jak śnieg twarzy nie prosił o pomoc dla
siebie.
- Albo polecimy obaj… albo… żaden... – wystękał Col,
walcząc z własnymi słabościami. Da radę. Musiał w to wierzyć. Jeśli ktokolwiek
mógł ocalić tego idiotę, to nikt inny, tylko Colonell Niedźwiedziogrzywy. -
Wybieram... drugą... opcję!
Warcząc niby rozjuszony zwierz, zaparł się z całych
sił i napinając mięśnie ciągnął w górę, nie dając za wygraną. Mieli przed sobą
wspólną przyszłość. Mieli coś do zrobienia, nie było więc szans, by pierdolona
śmierć przyszła po nich tu i teraz. Muszą dać kilka miesięcy Zrzędzie. On coś
wymyśli. Dadzą radę. On da radę. Esti da radę. Muszą w to wierzyć. Muszą żyć.
Muszą…
Nagle wiatr zaświszczał mu w uszach i wszystko zrobiło
się dziwnie lekkie, gdy ogarnął go bezwład upadku. Uderzenie plecami o twardy
kamień wydusiło powietrze z jego płuc, lecz Col ani na sekundę nie poluzował
chwytu. Bał się, że wciąż nie byli na tyle bezpieczni, by pozwolić sobie na
oddech ulgi. Zamroczyło go. Wypadki toczyły się zbyt szybko i były zbyt
zagmatwane, by za nimi nadążyć.
Wtem firmament rozjarzył się miliardem gwiazd, gdy coś
ciężkiego zwaliło się na niego i poturlało dalej, wydając głuche stęknięcie.
Esti.
Śniade palce puściły wreszcie biały nadgarstek.
Nawykłe do warunków bojowych ciało zareagowało instynktownie, podrywając się z
miejsca i ruszając na spotkanie z osobnikiem, któremu należała się ostra
reprymenda, o ile nie zwyczajowy opierdol, jaki Colonell serwował wyjątkowo
niezdyscyplinowanym podwładnym.
Co ten świszczypała miał w tym tępym łbie, żeby
zachowywać się tak lekkomyślnie?! Doprawdy, wystarczy zostawić go samego na
pewien czas, a ten już zagrzebuje się w czarnych myślach, pakując w najgorsze
kłopoty! Rozwala bibliotekę. Daje się ponieść koniowi. Łapie depresję i szuka
śmierci. Samym swoim szczenięcym zachowaniem udowadnia wszem i wobec, że bez
nadzoru ani rusz! Za tarczę dojrzałości, a przy tym nieskończenie durny! A
jednak rozczulający do tego stopnia, że niemal każdy, kto miał z nim styczność,
puszczał jego przewiny w niepamięć… To było zgubne. Ale jak trafnie kiedyś
spostrzegł, obok białego elfa nikt nie potrafił przejść obojętnie. A już na
pewno nie on. On kochał go ponad życie i wierzył, że jego uczucie zostanie
odwzajemnione.
Młody zwiadowca przyklęknął przy leżącym na wznak
elfie. Targany niekontrolowanymi dreszczami dzieciak był na skraju histerii.
Bezdenne źrenice zasłaniały tęczówki pustych, odbijających iskrzące gwiazdy
oczu. To wstrząs pourazowy czy już stan przedagonalny związany z szokiem? Col
nie dbał o to, póki mógł działać.
Pochylił się nad dygoczącym chłopakiem i wsunąwszy pod
niego ręce, przyciągnął go do siebie, natychmiast zamykając w mocnym uścisku.
Przytulając jego głowę do zagłębienia w szyi zakleszczył sztywniejące pod białą
skórą mięśnie. Niewątpliwie tak bezpośredni, intymny kontakt fizyczny
sparaliżuje Estiego nie gorzej niż widmo śmierci. Znienawidzi go za to, ale to
bez znaczenia. Esti żył. Obaj żyli. Będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze.
Urywane tchnienie układające się wilgotnym ciepłem na
jego karku było najśmielszą pieszczotą, o jakiej Col mógł marzyć.
Znieruchomiały Est uspokajał się; jego oddech stawał się miarowy, a mięśnie
odprężyły pod wpływem delikatnych palców. Rozluźniający się wraz z nim
tropiciel przymknął oczy. Wsłuchany w przyspieszone bicie serca nie przerywał
kojącego głaskania rozczochranych włosów i okrytych swetrem szczupłych pleców.
Z zaskoczeniem przyjął zamykające się wokół jego talii ramiona. Est objął go z
siłą wynikającą z rozpaczliwej potrzeby czułości. Wtulając się w pierś
człowieka przywarł do niej z desperacją, jakby obawiał się, że gdy tylko puści,
to znów runie w dół, w głąb melancholii.
Col nie pojmował tej nagłej zmiany w zachowaniu
zdystansowanego chłopaka, niemniej fascynowała go intensywność uczuć, jakie
wkładał on we wszystko, co robił. Całym sobą wyrażał najgłębsze stany
emocjonalne. Całym sobą tworzył i rozwiązywał problemy. Całym sobą postrzegał
świat wokół. Nic więc dziwnego, że potrzebował wyrzucić z siebie zgromadzony
żal i gniew typowy dla rozczarowania wynikającego z braku widocznych
rezultatów. Nie musiał jednak robić tego w tak kretyński sposób, jak rzucanie
się z wieży ogniowej!
Czując jak topnieje mu serce, Col nabrał łagodności
nijak mającej się do jego doczesnego nastroju. W zapomnienie odeszła złość za
durny wyskok dzieciaka, a wrażenie chłodu na odsłoniętej szyi wstrząsnęło nim o
wiele bardziej niż widok Estiego wiszącego po przeciwnej stronie blanek. Znów
przygarnął go do siebie i położył brodę na czubku jego głowy, uszczelniając
objęcia. Tulił i głaskał to drobne stworzonko skrywające niespodziewane pokłady
siły, kołysząc się na boki niczym rodzic pocieszający przerażone dziecko.
W pewnym stopniu Esti nadal był dzieckiem wymagającym
opieki. Było między nimi dziesięć lat różnicy i chociaż na pierwszy rzut oka
przypominał dojrzałego mężczyznę, to przy lepszym poznaniu okazywało się, iż
jest to wyłącznie gra pozorów. Wystarczyło spojrzeć w kocie oczy, duże i
okrągłe jak u małego dziecka, niewinne, nieskażone chorobą tego świata. Naiwnie
poszukujące akceptacji i miłości. Pozostawiony sam sobie nie przetrwałby choćby
kilku dni.
Roztrzęsiony chłopak nie oponował, gdy ludzkie ręce
ponownie zamknęły się wokół niego. Z początku chciał się wyrwać i uciec jak
najdalej, ale przecież to był Colonell. Jego Col. Ulubiony człowiek. Jego
dłonie, jego ramiona, jego znajomy zapach i bliskie sercu ciepło otaczające
udręczone ciało, kojące do granic bólu i wytrzymałości. Chciał płakać, chciał
krzyczeć, chciał szeptać, chciał wybuchnąć śmiechem, ostatecznie milczał, bo
inaczej niechybnie by zwariował. I wtulił się w szeroki tors, przymykając mokre
od łez powieki przy gorącej szyi. Słyszał szum krwi pulsującej w żyłach Cola.
Donośne uderzenia serca odznaczające się wibracją w jego własnym, walącym niby
młot. Po raz pierwszy słyszał cudze serce tuż pod uchem, tuż pod skórą
oddzieloną od skóry Cola kilkoma warstwami materiału. W pełni niedorzeczności
pragnął poczuć to wyraźniej…
Bywał zachłanny. Gdy nie miał niczego, umiał się z tym
brakiem pogodzić, lecz kiedy otrzymywał coś od innych, chciał więcej. A kiedy
otrzymywał coś tak przyjemnego, wprost nie mógł się opamiętać. Dopiero będąc
wygłodniałym zdawał sobie sprawę ze swoich potrzeb. Dopiero gdy posmakował ich
namiastki, rozpoznał, że było to to, czego szukał. I co w końcu znalazł.
Est nie był świadom, jak cudowna może być bliskość
drugiej osoby, jak wspaniałe jest uczucie ciała przy ciele. Ale nie tyczyło się
to wszystkich. Colonell był jedynym człowiekiem, pominąwszy mistrza, którego
dotyk tolerował. Przełamywał jego opór z niezachwianą cierpliwością, wijąc
sobie gniazdko w jego introwertycznym świecie. A on mu na to przyzwalał i nie
wbrew sobie, jak z początku uważał. Tego właśnie chciał: jego troski, wsparcia
i siły, ciepła oraz zapachu przywołującego miłe skojarzenia beztroskich chwil,
bezustannego poczucia bezpieczeństwa.
Wtulony w bluzę wciągał zapach materiału oraz
rozgrzanej skóry. Pachniała emocjami i Est był tym faktem zauroczony. Był
zauroczony osobą wytatuowanego mężczyzny, każdą odkrywaną cechą charakteru,
każdą kolejną niedoskonałością na ciemnej skórze. Chciał pamiętać je wszystkie.
Każdą plamkę na smagłej twarzy. Każdą bliznę. Każdą zmarszczkę mimiczną
wychodzącą na jaw przy krzywym uśmiechu czy zadziornym mruganiu. Maniakalnie
pragnął odwzorować go w swojej doskonałej pamięci, uchwycić ideał pierwowzoru i
przełożyć go na sferę wrażeń oraz zmysłów. Zachować cichą przystań na
wzburzonym morzu. Na zawsze.
Naprzemiennie odczuwał ból i ulgę. Wnętrzności rwały
się na kawałki, a serce było lekkie jak nigdy przedtem. Spokojne. Czy to
szczęście? Czy ten słodko-gorzki posmak doprawiony słonymi łzami był przejawem
prawdziwego szczęścia? Chciał sądzić, że znalazł swoje miejsce, dom czy jak
jeszcze inaczej ludzie to nazywali. Co z tego, że obaj są mężczyznami. Co z
tego, że należą do dwóch różnych gatunków. Póki byli razem, nic im nie zagrozi.
Nikt nie wejdzie między nich. Teraz ani nigdy.
Lekko uchylił sklejone łzami rzęsy, czując jak oparcie
osuwa się pod nim. Mimowolnie za nim podążył, ale Col złapał go za barki i
przytrzymał. Uniósł wzrok, szukając szmaragdów okolonych ciemną obwódką, gdy
jego białe wargi trafiły na coś szorstkiego a zarazem jakby miękkiego,
przesyłającego ciepły podmuch.
Est nie znał tego elektryzującego uczucia. Zrobiło mu
się niewyobrażalnie gorąco, a oddech ugrzązł w wysuszonym do cna gardle.
Skołatane serce zaprzestało pracy na kilka bolesnych sekund. Nie potrafił robić
nic innego, jak tępo wpatrywać się w oczy mężczyzny, przymrużone i pałające
wewnętrznym ogniem, który podskórnym mrowieniem przechodził na sparaliżowane
ciało.
Intensywność wrażenia najbardziej odczuwalna była w
momencie jego przerwania. Sekundy trwające wieczność w niewiarygodny sposób
nabrały rozpędu. Chłód pozostawił wyłącznie mrożącą serce tęsknotę.
Czy to się naprawdę wydarzyło?
Rozchylone usta płonęły, wypierając skostnienie.
Chciał dotknąć ich opuszkami wrażliwych palców, utwierdzić się w przekonaniu o
rzeczywistości minionej chwili, lecz Colonell znów przycisnął go do siebie,
odbierając mu tę możliwość. Nie mógł nawet sięgnąć ucha wręcz dopraszającego
się o szarpnięcie.
Oszołomiony doznaniami nie protestował, nie do końca
ogarniając, co też zaszło między nimi. Jakby coś przeskoczyło - iskra, bądź
okruch energetyczny. Jak gdyby coś złączyło się, splotło w spójną całość i
powoli rozpływało we wnętrzu, docierając do każdego zdrętwiałego mięśnia. Jakby
uaktywniło energię magiczną, rozleniwioną przedłużającą się bezczynnością.
Pocałował go człowiek. Mężczyzna.
Rozstrojony poufałością swojego czynu Colonell
zaczerpnął tchu, starając się stłumić chaos zasnuwający umysł. To był impuls,
zupełnie nieplanowana akcja, na jaką porwał się w uniesieniu. Porwał się na
nieprzekraczalną granicę, za przejście której ryzykował utratą tego, o co
zabiegał przez długie miesiące. I chociaż był degeneratem, wyrzuty sumienia
stały się tak ogromne, że trudno mu było odetchnąć. Nie zamierzał robić nic
wbrew woli Estiego, ale za każdym razem coś pchało go ku rozwiązaniom
fizycznym. W każdym razie aktualnie nie było to pożądanie. To jakby rozum
przestał uczyć się na błędach. Jakby zaślepiała go obsesyjna miłość,
rozdzierające duszę pragnienie, by oblubieniec odwzajemnił jego beznadziejne,
pogrążające go w szaleństwie uczucie.
Wreszcie zebrał się na odwagę i odezwał, a jego
baryton zabrzmiał niezwykle głęboko.
- Powiedziałeś, że nie masz po co żyć… Więc żyj dla
mnie, Esti. Pozwól mi być twoim miejscem w świecie ludzi. Razem bądźmy dla
siebie bezpiecznym miejscem w świecie, który wcale nas nie potrzebuje. Bo jeśli
ciebie zabraknie, to będzie tak, jakby wszystkie kolory bezpowrotnie opuściły
moje życie. - Przełknął narastającą w gardle kulę ckliwości. - Bez ciebie nie
będzie miało ono sensu. Proszę cię, nie rób tego więcej, nie odbieraj mi
szczęścia. Proszę…
Est przyłapał się na łagodnym głaskaniu pleców
przyjaciela w rytm kojącego dotyku, jaki czuł na własnych. Nie wiedział kiedy
to nastąpiło, ale podświadomie zaczął zestrajać się z ciałem, które
nieprzerwanie wyczuwał przy swoim. Pocieszająco gładził materiał znoszonej
bluzy, wczuwał się w jej miękkość i zapach, jakim była spowita. Delikatnie
wsunął palce między ciemnobrązowe włosy i zsunął na krótko ścięte boki. Upajał
zmysły doznaniami, jakich dotychczas do siebie nie dopuszczał. Folgował
zachciankom, o dziwo nie zapędzając się jak oszalały z głodu potwór.
Potwór.
Ucisk w piersi nasilił się. Pod wpływem najgorszych
refleksji, jakie wróciły do niego z niszczycielską mocą, ścisnął w garści
ciemnozielony materiał. Wstrząsnęło nim łkanie. Chciał znaleźć w sobie siłę, by
samodzielnie stawić czoła demonom przeszłości. Chciał opanować drżenie,
zachować pozory spokoju, ale za nic nie umiał pozbierać odpadających kawałków
emocji odsłaniających podatne na atak wnętrze. Był tylko słabowitym dzieciakiem
nieznanego pochodzenia rzuconym w świat bezwzględnych ludzi, do których nie pasował.
Których rozumowania nie pojmował. Którym nie dorównywał.
To nie tak, że nie chciał się dostosować. Po prostu
adaptacja nie była jego mocną stroną. W ogóle nie miał żadnych mocnych stron. A
jeśli nie będzie szczery, bezpowrotnie utraci zaufanie i uczucia w nim
pokładane. Szczerość to początek. Jeden krok. Wystarczy jeden krok, jeden wyłom
w murze, by zburzyć go doszczętnie, by obrócić w perzynę budowany latami
bastion chroniący jego samego. To był ten najważniejszy moment: pójść za
ciosem. Wyrzucić z siebie każdą budzącą obawy myśl, pobierając energię z
bliskości przyjaciela. Jedno słowo, a reszta popłynie sama.
Słone łzy mknące wzdłuż białych policzków rozpływały
się goryczą na czerwonym języku, wywołując mdłości. Ciało musiało poczekać, aż
dusza skończy. Odetchnął, nabierając powietrza. I tak jak przewidział, kiedy
padły pierwsze słowa, a jego uszu dobiegł własny drżący głos, reszta popłynęła
z prądem wyznania.
- Przez cały czas bałem się... wszystkiego. Jak rany,
nie było rzeczy, której bym się nie bał. Teraz już wiem, że ten bliżej
nieokreślony strach był niczym w obliczu lęku przed istotą uczuć. Moje
pragnienia gasił lęk przed odrzuceniem, rozczarowaniem moją osobą. Nie
wiedziałem czego oczekiwać, czego się spodziewać. Nie byłem pewien czy mnie
zaakceptujesz takiego, jakim jestem. Czy będzie to krótkotrwałe, do czasu gdy
nie poznasz prawdziwego mnie. Aż sam nie nazwiesz mnie potworem…
- Ciiii, nie mów nic więcej - wszedł mu w słowo Col,
nie pozwalając na dalsze oczernianie chłopaka, którego kochał coraz mocniej.
Stało się najgorsze. Wpakował się w miłość. Uciekał przed nią całe życie i
właśnie przyjmował ją z otwartymi ramionami. - Nie jesteś potworem, Esti. Nigdy
cię tak nie nazwę.
- Nie wiesz, co we mnie siedzi, co ze mnie wyjdzie!
Nikt nie wie!
- I absolutnie mnie to nie obchodzi, dzieciaku. Nic
nie zmieni tego, co do ciebie czuję. Obiecałem ci, że będę u twojego boku już
zawsze, czy będziesz tego chciał, czy nie. Czy będziesz zabijał bez
opamiętania, czy ratował kogo popadnie. Nieważne czy będę się zgadzał z twoimi
metodami, czy będę je potępiał, bo za każdym razem będę próbował cię zrozumieć.
Od początku próbuję i widzę efekty.
- Nawet kiedy z mojej winy giną ludzie? Kiedy nękające
mnie fatum zbiera swoje żniwo w postaci nikomu nie zawadzających istnień?
- Esti, jeśli już ktoś ma ponieść winę z racji śmierci
chłopaków, to tylko i wyłącznie ja. To ja wydałem zmieniony rozkaz.
- I co byś zyskał? Zginąłbyś razem z nimi.
Colonell nie odpowiedział. Ułożył głowę na ramieniu
przyjaciela, poddając się łagodnej, miarowej pieszczocie smukłych palców. Est
wyciszał się razem z nim, współodczuwał emocje i dopasowywał się, chcąc
osiągnąć ten sam poziom wyrozumiałości.
- Nie zabiłeś ich, Col. Sam wielokrotnie mi
powtarzałeś, że życie najemnika to ciągłe ryzyko przedwczesnej śmierci. Oni o
tym wiedzieli. Byli bez szans. To, co na nich spadło… - Est zwiesił głos i
potrząsnął głową, pozbywając się natrętnego obrazu skrzydlatej śmierci. - Nawet
paladyni temu nie podołali.
- Esti, chyba przegapiłem moment, w którym
zamieniliśmy się rolami. – Col spojrzał na oblubieńca. W rozświetlonej
gwiazdami ciemności widział go zadziwiająco dokładnie. - To ja miałem pocieszać
ciebie, nie odwrotnie.
Zatroskane oblicze chłopaka stężało, a przymrużone
powieki rozchyliły się, zdradzając zażenowanie własną nietaktownością.
- Nie chciałem… cię… Jak rany, wybacz.
- Pocieszanie to nic złego. Dziękuję. – Col złapał go
za nadgarstek, gdy urękawiczniona dłoń była tuż-tuż długiego płatka. - I skończ
tarmosić te uszy, bo aż mnie świerzbi na sam widok.
Przez chwilę trwali w tej dziwnej konfiguracji,
zastygli w niepewności. Milczeli, mierząc się wzrokiem, przekazując między sobą
wszystko, czego słowa nie potrafiły wyrazić.
Est nie wyrwał ręki. Przesunął ją wyżej, zmieniając
kierunek i przykładając do ogolonego policzka, zaskakując tym gestem człowieka.
Kocie ślepia hipnotyzowały. Białe wargi zachęcały miękkością i słodyczą…
Col nie mógł tego wykorzystać, inaczej zakłóciłby
najcudowniejsze z zaklęć. Natomiast Est nie miał przed tym oporów. Z zachwytem
wpatrzony w przystojną twarz łowcy wyszeptał cichą inkantację, od której ciarki
przebiegły po ciemnej skórze pod bluzą. Col nie był do końca pewien czy to sens
wypowiedzi był tak przeraźliwy, czy też wina leżała po stronie pełnego pasji
tonu, jakim raczył go przyjaciel.
- Chciałbym zobaczyć jak płaczesz, Col. Czuję, że tego
chcesz i nie dziw się, że tak to widać. Bo nie widać. Ja to czuję -
zaznaczył Est z mocą, a jego niesamowite zielone oczy nie przerywały kontaktu,
jakby w istocie wnikały w obserwowanego mężczyznę. - Wyczuwam takie rzeczy,
kiedy mi na kimś zależy. - Ledwie zauważalna pod niesforną grzywką bruzda
pojawiła się między czarnymi brwiami. – W trakcie pogrzebu zastanawiałem się,
jaki wyraz ma twoja twarz. Jak wygląda, gdy wykrzykuje imiona poległych. Jak
wygląda, gdy wraża miecz w ziemię. Jak wygląda, gdy twoje usta pozostają
milczące. I mam pełnię świadomości, że każda z nich podobałaby mi się równie
mocno. Czy uśmiechasz się, czy płaczesz, zawsze będziesz sobą. Dlatego proszę,
nie ukrywaj przede mną prawdy o sobie. Nawet jeśli okażesz słabość, to będzie w
tym siła, z której mógłbym czerpać garściami.
Col długo przyglądał się nienaturalnie poważnemu
Estiemu. Przekonanie, żarliwość oraz energia zawarte w tych kilku zdaniach
przeniknęły go na wskroś lodowatym lękiem, który wypłynął na wierzch ledwie
skrywanym poruszeniem. Chłopak wyglądał zupełnie inaczej niż jeszcze przed
momentem, jak gdyby to determinacja drastycznie zmieniła jego oblicze. Zmieniła
go całego. W jednej chwili był roztrzęsiony, wręcz histeryzował, zaś w drugiej
wysławiał się ze względnym opanowaniem i szczegółowo opisał stan, w jakim się znajdował.
Jakby było ich wewnątrz dwóch, skrajnie różnych, nie posiadających wspólnego
języka i walczących o panowanie nad ciałem. Jakby prawdziwa natura przebijała
przez zasłonę społecznie wycofanego dzieciaka.
Intuicja podpowiadała mu więcej i Col byłby głośno
potwierdził swoje przypuszczenie, ale póki co nie zamierzał płoszyć tego, co
wychodziło na jaw w tych rzadkich przebłyskach wylewności. Rzeczywista
osobowość chłopaka bezskutecznie usiłowała wyprzeć tę stworzoną na potrzeby
życia wśród ludzi. Korzenie tego chwastu wiły się zbyt głęboko, by można je
było ot tak wyplewić. Esti był doskonałym drapieżnikiem ograniczonym
przestrzenią. Nie trzeba bystrzaka, by połączyć wszystkie cechy
charakterystyczne białego elfa w jedną oczywistą całość. I będąc tego świadomym
nigdy, przenigdy nie nazwie Estiego potworem. Nawet gdy niezwykły elf obdarzył
go tym głodnym, dominującym wejrzeniem, niepokojąco pobudzając zastygłą krew i
podniecając milczącym wyzwaniem.
Gdzieś już widział podobną ekspresję i nie było to
dawno… Tak, już pamiętał. Gdy Esti po raz pierwszy wspiął się na siodło i
wtulił w kark Olbrzyma. To sugestywne spojrzenie... Jakże mógłby je zapomnieć?
A wcześniej ten entuzjastyczny uśmiech zmiękczający zatwardziałe ludzkie serce.
Pierwszy, jaki dojrzał na jego powściągliwej twarzy. Żywił nadzieję, że ujrzy
go jeszcze nie raz. Że sam go wywoła.
- Nie ukrywam, że czasami mam ochotę płakać - zaczął
ostrożnie Col. - Ale nie mam wtedy ochoty, by ktokolwiek mnie widział. To
trochę jak twój problem z fizycznością. Są sytuacje, w których nie chciałbym
być sobą we własnej skórz… Przepraszam, Esti, to nie było celowe…
Chłopak zmarniał, a płatki jego uszu opadły, jak gdyby
maska sprzed chwili zsunęła się z białego oblicza, roztrzaskując na kawałeczki
przy kontakcie z rzeczywistością.
- W porządku, Col, strzelec doskonały zawsze trafia w
samo sedno. - Est spojrzał mu w oczy. Za wzrokiem podążył nieśmiało jeden z
kącików białych warg. - Jest mnóstwo sytuacji, w których nie chciałbym być sobą
we własnej skórze. To jest… Jak rany, chyba nie czuję się najlepiej na
wyjaśnienia.
Smagła dłoń opadła na szarpaną wiatrem czuprynę elfa,
mierzwiąc ją jeszcze bardziej.
- Esti, powinieneś odpocząć – zatroszczył się Col. -
Ostatnie dni były nieprzemijającym koszmarem i prawie skończyły się osobistą
tragedią, ale zanim pójdziesz, obiecaj mi, że nie będziesz próbował odebrać
sobie życia.
- Ja mam pójść?
- Obiecaj.
Est nie mógł się ruszyć. Nie chciał wyrywać się
dłoniom, które teraz troskliwie obejmowały jego twarz. Ciepłe, pokryte
odciskami, znajome aż do bólu. Czy powinien składać taką obietnicę? W końcu
będzie musiał jej dotrzymać. Żyć dla kogoś, nie dla samego faktu jałowego
egzystowania. Czy to nie była pewnego rodzaju ucieczka przed problemami…? Ach,
tylko on z prostej sprawy zdolny był stworzyć konflikt na miarę małej
wewnętrznej wojny! Sam sobie generował problemy! Przed tym nie ucieknie. A
skoro tak, musi nauczyć się szybciej biegać, wówczas może dogoni marzenia i
prześcignie kłopoty.
Tymczasem nie wypadało przeciągać deklaracji w
nieskończoność. Nie pod naciskiem czujnego spojrzenia oraz silnych palców.
- Obiecuję.
- Co obiecujesz? - Zwiadowca ucisnął białe policzki,
przysuwając je do swojej twarzy. Jego stanowczość była w tym momencie
przerażająca. - Powiedz to głośno.
- Jak rany, Col…
- Powiedz, co mi obiecujesz.
- Obiecuję, że nie będę próbował odebrać sobie życia!
Ręce Cola na powrót owinęły się wokół jego barków. To
było miłe. Przytulanie było tak miłe, że Estowi nie dokuczała własna powłoka
cielesna, której tak się wstydził. Za jej pomocą poznawał Cola na znacznie
szerszej płaszczyźnie niż tylko poprzez dłonie. I te ubrania… Zżerała go
ciekawość jak pełne mogło być doznanie, gdyby nie mieli ich na sobie…
- Dziękuję, Esti - usłyszał tuż przy wrażliwym uchu. -
Dziękuję za wszystko.
- To chyba ja powinienem podziękować, bo otworzyłeś mi
oczy na rzeczy, których nie dostrzegałem. Tak, pójdę się położyć… - Westchnął w
odpowiedzi na ciche mamrotanie. - Pod warunkiem, że będziesz przy mnie, gdy się
obudzę. Przeszłości nie zmienię, ale chciałbym rozpocząć wszystko od nowa, a z
twoją pomocą na pewno mi się uda.
Od nowa chciał stworzyć to najpiękniejsze wspomnienie,
lecz nie powiedział tego na głos z zamysłem zachowania dla siebie pewnych
istotnych detali. Est nie lubił dzielić się swoimi skarbami. Nawet z tymi,
których kochał.
***
Nie tylko
dwójka młodzieńców nie spała tej nocy. Pracujący w skupieniu Mag powoli
zapominał czym jest sen. Zajęty swoimi obowiązkami za jedyny wyznacznik
mijającego czasu miał nieodzowną świecę, z której został ledwie ogarek. Dwa
wieczory temu Syntia przyniosła nowe, ale i te zużyły się w zatrważającym
tempie. Nie, nie ulegnie podszeptom ludzi podążających za nowoczesnością.
Niewiele zostało mu życia, więc w ogólnym rozrachunku nie było sensu zmieniać
swoich przyzwyczajeń.
Uśmiechnął się do własnych myśli. Niechęć do nowinek
cechowała osoby w podeszłym wieku. Tylko czekać, aż przestanie wstawać z fotela
przy kominku i zacznie w porze śniadania wypytywać, dlaczego dostaje kolację. W
duchu liczył, że nie dożyje takich chwil. Dzień, w którym ostrze jego umysłu
stępi się, będzie ostatnim dniem jego życia. Teraz jednak czuł, że żyje w
konkretnym celu, choć było to życie daleko odbiegające od wyobrażeń z młodości.
Niemniej pozostawało satysfakcjonujące.
Sędziwy człowiek nie ustawał w wysiłkach by zrozumieć,
jaką rolę w przyszłości odegra jego uczeń. Ilekroć wydarzenia miały z nim
związek, docierające wizje doznawały pomieszania, wirując i zmieniając się
względem poprzednich w zastraszającym tempie. To już nie na jego nadwątlone
siły, aczkolwiek skoro to jemu przypadła w udziale tak ogromna
odpowiedzialność, pewnym było, że podoła. Podoła na drodze negocjacji z
rozjuszonym Zakonem Paladynów, który wystosował wobec Kompanii Najemnej
Niedźwiedzi nieliche roszczenia i podoła zadaniu wyszkolenia Estalavanesa.
Wsparł czoło na dłoni, wypuszczając z rąk list sygnowany
pieczęcią Zakonu. Kartka papieru mieniąca się elegancko skreślonymi literami
niosła ze sobą ponure przesłanie, zupełnie nie pasujące do użytego środka
przekazu. Oczyma wyobraźni Mag widział cierpliwą dłoń piszącą zgrabne wersy,
niepospolite oblicze rycerza-dowódcy z obojętnością wpatrujące się w powstające
dzieło, niespieszne ruchy pieczętujące korespondencję… Rezon znamionujący
zwycięzców.
Przymknął ciężkie powieki i potarł skronie opuszkami
suchych palców. Niekończące się próby nawiązania sojuszu z Zakonem Paladynów
utknęły w martwym punkcie i nic nie wskazywało na to, by kiedykolwiek doszło do
pertraktacji. Będąc uczciwym, bliżej im do konfliktu zbrojnego aniżeli owocnej
współpracy, a wszystko z winy niesprzyjających okoliczności. Tyrd uparcie
obstawał przy swoim straceńczym pomyśle zagrabienia sąsiednich ziem, jak gdyby
nie dość mu było, że otwarcie włączył się w wojnę domową na południu. Najemnicy
pod sztandarem ryczącego niedźwiedzia zasilali szeregi jednego z domów
walczących o wpływy, co było przykrą zadrą dla nieprzychylnego agresji
arcypaladyna.
Kolejnym ciosem byli trzej rycerze patrolujący
okolicę, znalezieni na terytorium Niedźwiedzi martwi, zmasakrowani i wystawieni
na żer dla dzikich zwierząt. Dopóki szczątki nie dotrą do Adeili oraz nie
zostaną przebadane przez kleryków, dopóty Mag będzie musiał znosić pełną
uprzejmej pretensji pocztę. Rycerz-dowódca był trudnym przeciwnikiem i
nadzwyczajnie rezolutnym człowiekiem; nieprzeciętny intelekt i chłodna logika
nie raz z niespotykaną efektywnością odsłaniały prawdziwe motywy korespondenta.
A przecież zdolność perswazji Maga i wysoko rozwinięta umiejętność ukrywania
intencji pod zasłoną gładkich słów nie miały sobie równych. Jakież zaskoczenie
u schyłku żywota.
Ostatnimi czasy wiekowy doradca natychmiast palił
wszelkie wieści przychodzące z miasta garnizonowego nie życząc sobie, by jego
tajna działalność wyszła na jaw w najgorszym momencie. Wiernie służył kompanii,
jednakże im mniej Złowieszczy Niedźwiedź wiedział o śmiałych poczynaniach
doradcy, tym lepiej dla zdrowia ich obu. Tej wiadomości nie potrafił jednak
spalić nad pojedynczym płomieniem, nie tyle z powodu sentymentu, co niejasności
treści. Niedźwiedzie posiadały to, czego Zakon Paladynów oraz smok pożądali.
Zakon wystosował nawet petycję, jak to rycerz-dowódca ujął, o wydanie
białego elfa w ręce przedstawicieli arcypaladyna. Z wyszczególnieniem warunku,
że konieczna jest dobrowolna decyzja samego zainteresowanego, w innym wypadku
będzie to działanie bezcelowe.
Jak właściwie rozumieć słowo pisane niemające krzty
logiki? Estalavanes nie opuści Twierdzy z nieprzymuszonej woli. Nie sam i nie w
obecnym stanie, gdy zadręcza się, że to z jego powodu zginęli ludzie. Byłoby to
jak zesłanie go na egzekucję za nieumyślne spowodowanie śmierci. Póki chłopak
się nie usamodzielni, przekazanie go Zakonowi groziło takim samym
niebezpieczeństwem, jak oddanie stronie przeciwnej. Mag przysięgał chronić go
za cenę życia, wytrenować oraz przekazać mu niezbędną do przetrwania wiedzę - a
nie byli choćby w połowie drogi do osiągnięcia celu - jak zatem miał
interpretować żądania arcypaladyna? Jak ubrać w słowa myśli, które nie chciały
opuszczać bezpiecznej głowy? Przede wszystkim, jak zrobić to na tyle
umiejętnie, by w ramach kurtuazji zawrzeć bezapelacyjną odmowę?
Mag rozprostował plecy i zajrzał do szuflady, z której
wyciągnął kilka czystych białych arkuszy. Ważne figury wymagały adekwatnego
traktowania, nietaktem więc byłoby przesyłanie odmowy na prostackim pergaminie.
Sprawdziwszy uprzednio ostrość dutki pióra, zanurzył ją w inkauście i
natchniony słusznością swojego stanowiska począł przelewać myśli na papier.
Nie odda Estalavanesa w najtrudniejszym dla niego
okresie dojrzewania i odkrywania samego siebie. Nie był egzotycznym
zwierzęciem, które można przerzucać między królestwami, jak żywnie podoba się
następnym właścicielom. Z takim podejściem nie uzyskają jego zaufania, o czym
nie zamierzał informować swojego oponenta. Rycerz-dowódca wykazał się
niezrównaną inteligencją, zatem i to niedopowiedzenie przyjmie bez dodatkowych
wyjaśnień.
Pomarszczone palce nie zadrżały ani razu, gdy śmigały
z lewa na prawo zapisując prawie całą stronę czytelną kaligrafią. Pióro ze
stukiem wróciło na swoje miejsce w kałamarzu, podczas gdy wiedziona odruchem
wolna dłoń sypnęła piaskiem na nowopowstały dokument. Spojrzenie czarnych jak
noc za oknem oczu było nieobecne, sięgało bowiem wnętrza człowieka czekającego
na wyschnięcie lśniącego w blasku świecy atramentu.
Mag rozmyślał. Do jego uszu docierały krzywdzące
plotki na temat podopiecznego. Podejrzewał kto jest ich siewcą, choć zatrzymał
te oskarżenia dla siebie. Wielokrotnie słyszał o „pupilku Zrzędy”, co nie
mijało się z prawdą. Mag nigdy dotąd nie przysposobił ucznia, choć w
przeszłości często mu to sugerowano. Nie odczuwał takiej potrzeby. Aż za sprawą
wizji spotkał Estalavanesa, którego energia magiczna okazała się potężniejsza
niż ta skumulowana po uderzeniu Gwiazdy Tarlatahru w Isetualetarth. Taka moc nie
była niczym nowym. Wędrując napotkał wiele jej objawień, ale to jedno niosło ze
sobą wrażenie pierwotnego ciepła oraz odwiecznej łagodności. Esencją
przypominało barierę okalającą Khaldun - zsyłającą nań przebłyski Macierz Mocy.
Była wyjątkowa pod każdym względem. I im mniej osób o tym wiedziało, tym lepiej
dla Estarionu.
Estalavanes musiał pozostać w ukryciu, toteż
najlepszym wyjściem było pozostawienie plotek w stanie nienaruszonym. Jako jego
opiekun nie będzie ich dementował, lecz nie pozwoli na eskalację. Będzie to
również dobra lekcja ignorowania zaczepek oraz obelg, którą uczeń powinien
opanować do perfekcji. Estarion nie jest przyjaznym miejscem, a w przeciągu
kilku miesięcy sytuacja ulegnie pogorszeniu, więc siłą rzeczy chłopak
obowiązkowo musi umieć radzić sobie z trudnościami, musi opracować własny,
skuteczny sposób postępowania.
Sowi posłaniec pochłonął soczystego szczura. Otrzepał
się, wyrywając doradcę z zamyślenia. Mag wziął pismo i strącając odbarwiony
piach do śmietniczki w szufladzie, przebiegł wzrokiem po tekście. Zadowolony
skinął głową i przybił pieczęć przedstawiającą widziany od frontu pysk
ryczącego niedźwiedzia. Zwijając list w elegancki rulon, przed oczami nadal
miał wieńczące go zdania: Czarny i Czerwony Król naprzeciw siebie. Czarny
i Czerwony Smok po ich stronach. Podwójny szach mat, szlachetny Aarimie z
dynastii Asmodeuszy.
Odsyłając sowę w podróż ku przeznaczeniu,
niecierpliwie oczekiwał błyskotliwej odpowiedzi. Bez dwóch zdań rzuci ona
światło na miejsca, w których mędrzec dostrzegał wyłącznie cień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz