Jesień w
Estarionie rozbestwiła się na dobre. Jej mroźne tchnienie ogołociło drzewa z
resztek liści, które zaścielając wolną przestrzeń między budynkami brązowiały
teraz i gniły pośród bezustannej szarugi. Tak oto Estalavanes niemal z dnia na
dzień stracił swoją ulubioną kryjówkę przy studni, przytulną i przywołującą
wiele miłych wspomnień. Podobnie rzecz miała się z wieżą ogniową, smaganą
lodowatym wiatrem i wystawioną na kąsający mróz. Na samą myśl o niej cierpła mu
skóra pod powyciąganym swetrem.
Nie mógł jednak narzekać na aurę deszczowej i zimnej
pory, bo rozkosznie ciepłe miejsce przy kominku z nawiązką rekompensowało nagłe
zakończenie lata. Prywatna kwatera, wygodny fotel, wciągająca lektura oraz
buzujący za okratowaniem ogień były tym, czego potrzebował. Ach, i jeszcze
kubek świeżego naparu z mięty! Nie tęskno mu do upałów wspominanych teraz jako
nieznośne i męczące. Było mu dobrze, naprawdę. Mógł pełną piersią odetchnąć i
wreszcie uśmiechnąć się do swojego odbicia w zwierciadle.
A mimo to wciąż chodził spięty.
Velren opuścił Twierdzę prawie dwa miesiące temu,
dokładnie w dniu następującym po procesie, który to biały elf rzekomo wygrał.
Aczkolwiek Est wciąż nie pozbył się wrażenia, że to on był tym pokonanym. W
duchu liczył, że nie będzie im dane spotkać się ponownie w tych niespokojnych
jak on sam czasach. Niespokojnych, gdyż lęk tkwiący głęboko w jego wnętrzu nie
ustępował ani na chwilę. Był niczym deszcz siąpiący z nieba lub wiatr
porywający proporce wywieszone na murach. Est winą za swój stan obarczał
jesienną chandrę, ale czuł, że jest w tym coś jeszcze. Coś nieuchwytnego i
ukrytego przed jego oczami, nawet wewnętrznymi, jakby całe ciało w napięciu
oczekiwało na nieznane. Nieodgadniony zew słyszany każdej nocy wprawiał go w
niekontrolowane drżenie, aż zaczął podejrzewać, że ma to związek z mocą zaklętą
w bransolecie. Lub jego własną, podniesioną do niebezpiecznego poziomu.
Pobór nadmiaru energii magicznej niczego nie zmienił,
zmuszając coraz bardziej rozstrojonego elfa do wznowienia poszukiwań przyczyny
swoich lęków i obaw. Nie mogła to być przedzimowa zapaść ducha. Owszem, dni
były krótkie i dżdżyste, natomiast noce długie i nieprzeniknione, ale to nie
dlatego Est z narastającą paranoją nieufnie spoglądał na tańczące cienie,
dopatrując się czyhających tam niebezpieczeństw. Jakby podświadomie oczekiwał,
że wyłoni się z nich smok w ludzkiej postaci bądź inne dziwo, o którym zdarzało
mu się śnić, a o którym nie powiedział nikomu. I nie było mu z tym milczeniem
dobrze. Czy gdyby wyrzucił z siebie ten zbędny balast, zaznałby spokoju?
Ale nie dziś. Dziś Mag miał wiele rzeczy do zrobienia
i chociaż świt przychodził teraz późno, to Est wraz ze swoim nauczycielem
wstawał kilka godzin przed jutrzenką i rozpoczynał dzień w kompletnych
ciemnościach. Zupełnie tak, jak kończył.
Dzień czy noc, co za różnica - pomyślał
pocierając powieki - skoro i tak każdy kolejny nie różni się od poprzedniego.
Z zamiarem napicia się orzeźwiająco zimnej wody
postanowił przemknąć za Głównym Budynkiem do oszronionej studni. Zgrzyt blachy
uderzającej o kamień niósł się daleko, lecz nawykły do odgłosów Twierdzy Est
nie zwrócił nań uwagi, zatopiony w odmętach nawracającej przeszłości. Ledwo
wyszedł za róg gmachu, kiedy w pełni funkcjonujący instynkt paranoika ostrzegł
go przez nieznaną obecnością. A to ci niespodzianka. Dotychczas poza Colonellem
nikogo tu nie spotkał, a przecież bywał tu niemal codziennie i o różnych
porach. Nie powinien się jednak dziwić. Do tego źródła wody dostęp miał każdy,
a wielokrotnie poprzestawiane kubły oraz baniaki wyraźnie wskazywały, że ktoś
jeszcze tu bywał.
Przy wyszczerbionej cembrowinie, w połowicznych
ciemnościach, drobna postać zmagała się z wiadrem. Blacha z brzękiem obijała
się o nierówne ściany. Korba w dłoniach dziewczyny skrzypiała przeraźliwie i
obserwujący ją z bezpiecznej odległości Est zastanawiał się, jakim cudem śpiąca
połowa warowni nie obudziła się od tych hałasów. Zaraz zreflektował się, że to
jego uszy wyłapują ostre dźwięki z intensywnością, od której opadły w dół.
Służąca zablokowała korbę i nachylając się, oburącz
chwyciła pałąk wiadra, z którego chlupocząca zawartość rozlewała się na
wszystkie strony. Est bez namysłu zaszedł dziewczynę od tyłu i wyciągnąwszy się
nad jej ramieniem złapał za pałąk, drugą ręką podtrzymując bok żelaznego kubła.
Ostatnie czego chciał, to żeby biedne dziewczę zmokło i rozchorowało się przy
takiej pogodzie.
Wystraszona służąca wypuściła wiadro z rąk i
natychmiast cofnęła się, niezdarnie zawadzając zgarbionymi plecami o tors
stojącego za nią elfa. Jej oczy zrobiły się ogromne, gdy patrząc w górę
napotkała kocie spojrzenie. Zawstydzona jak niebożę umknęła zwinnie spod
dobroczyńcy i zatrzymawszy się kilka kroków dalej zgięła wpół, miętosząc rąbek
zapaski osłaniającej popielatą suknię. Słowem się nie odezwała, co dla Esta nie
było niczym dziwnym zważywszy na jej funkcję pełnioną w siedzibie najemników.
Wciąż pamiętał swoją młodość sięgającą wczesnego
dzieciństwa i prawdopodobnie nigdy już nie zapomni Cichobrzegu, w którym jedno
traumatyczne przeżycie ścigało drugie. Był służącym, podobnie jak ona. Z tą
różnicą, że ona za swoją pracę otrzymywała wynagrodzenie, sycące posiłki oraz
dach nad głową. Jego traktowano jak przedmiot. Wcale nie miał jej tego za złe.
Wręcz przeciwnie. Uśmiechnął się, bo los młodej dziewczyny był łaskawszy niż
jego własny.
Z cichym stuknięciem odstawił pełne wiadro na
oblodzone kamienie, jakimi wyłożona była ścieżka do studni, po czym chwycił
luźny haczyk i zaczepił na nim następne, wieszając je tuż pod spadzistym
daszkiem. Kubeł po brzegi wypełniony lodowatą wodą nie był dla niego ciężki,
ale nie mógł tego samego powiedzieć o służącej, znacznie od niego niższej. Jej
grube ubrania nie były w stanie zamaskować kościstej sylwetki.
- Wybacz, że się wtrącam – przeprosił Est, ciągnąc
lekko za końcówkę długiego ucha. Gdy mówił, niewielkie obłoczki ciepłego
powietrza dobywały się z jego ust. - Nie potrafiłem przejść obok, widząc jak
siłujesz się z tym ciężarem. No i chciałem się napić, więc, cóż, tak jest
szybciej.
Dziewczyna jeszcze mocniej się pochyliła, aż wełniany
szal zsunął się na jej upięte w kok włosy.
- Dziękuję, panie. To niepotrzebne, panie.
Est skrzywił się, słysząc służalczość w jej głosie
- Jak rany, nie nazywaj mnie tak – poprosił. - Nie
jestem niczyim panem. Jeszcze niedawno robiłem to samo co ty.
Przyjrzała mu się z powątpiewaniem i zaraz znów
umknęła wzrokiem. Spoglądała jednak na niego wystarczająco długo, by ten
dojrzał w jej twarzy coś więcej niż wdzięczność i szacunek. Wyglądała zupełnie
jak stadnie prześladujące go adeptki - była onieśmielona, o czym świadczyło
zaczerwienienie nosa i policzków mające niewiele wspólnego z zimnem. Ot, typowy
dla ludzkich kobiet przejaw zauroczenia. Czasami także i dla mężczyzn, lecz oni
bywali bardziej powściągliwi w okazywaniu tego, co działo się wewnątrz nich. A
przynajmniej tak się wydawało. Zdarzało się, że Col czerwienił się po koniuszki
zaokrąglonych uszu, ale były to wyjątkowo rzadkie sytuacje. I bardzo cenne.
- Wiadro jest ciężkie - zaczął powoli Est, ostrożnie
dobierając słowa. Wywołany z pamięci wizerunek irytującego zwiadowcy nieco
wyprowadziło go z równowagi. - Jeśli sobie życzysz, mogę je dla ciebie zanieść.
Powiedz tylko, gdzie je odstawić.
Dziewczyna zareagowała żywo, prostując się i
wymachując przed sobą rękami.
- Och nie, nie, proszę, nie kłopocz się, panie!
Guzdrałam się! To moja wina że zaspałam i dlatego ja sama muszę przynieść wodę.
Est uniósł brwi, dłużej nie przeszkadzając dziewczynie
w pracy. Służka podeszła do niego pospiesznie i oburącz złapała za kabłąk.
Chciał jej podpowiedzieć, że lepiej dla jej pleców byłoby przykucnąć i podnieść
ciężar z bezpiecznej pozycji, ale w momencie, gdy otworzył usta, ostry zapach
wypełnił mu nozdrza, nasuwając konkretne skojarzenie. Już wcześniej go poczuł,
charakterystycznie metaliczny, lecz zignorował, sądząc, że wystawione na ciągłe
działanie powietrza i wilgoci żelazo pokryło się rdzą. Tak pachniała krew.
Służąca była ranna? Ktoś ją skrzywdził? Mistrz pilnował, aby kobietom w
Twierdzy nie stała się krzywda, ale może dziewczyna poważnie się skaleczyła i
nie przyznała w obawie przed naganą?
- Przepraszam, czy wszystko w porządku? - zapytał z
troską. - Nie jesteś ranna? Czuję krew...
Uniesione wiadro grzmotnęło dnem o śliskie kamienie,
gdy dziewczyna zasłoniła sobie usta dłońmi. Jej ciemne oczy były wielkie jak
wypełniający ją wstyd. Est mógł tylko przyglądać się zdumiony jej nerwowym
ruchom, rad, że jego grube buty łatwo nie przemakały. Pod podeszwami zebrała
się już niezła kałuża i jeśli tak dalej pójdzie, młoda służąca wróci z pustym
kubłem oraz przemoczoną odzieżą, za co niewątpliwie dostanie po głowie od
przełożonych.
- Nie powinnaś udać się… do… kapłanów…?
Zanim się zorientował, purpurowa na twarzy dziewczyna
zawinęła się wokół rozchybotanego wiadra i czmychnęła jak niepyszna, rozlewając
po drodze wodę i zostawiając za sobą niewielkie kałuże lśniące w ogniu
zatkniętych na murach pochodni. Niechybnie rozłoży ją choroba, bo cała dolna
część jej sukni pociemniała od wilgoci, gdy czym prędzej umykała z dala od
dziwnego elfa.
Est patrzył za nią zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego
jego troska spotkała się z tak gwałtowną reakcją. Nawet nie zdążył jej spytać o
imię. Podrapał się po głowie, a niespokojne palce zsunęły się na białe ucho,
ciągnąc za nie mimo woli. No cóż, wciąż nie potrafił zrozumieć ludzi, niemniej
ich kobiety zakrawały o niemożliwe, gdy chodziło o logikę zachowań.
Wkrótce dziewczyna zniknęła z widoku, a on przypomniał
sobie, po co właściwie tu przyszedł. Chciał się napić, obudzić zaspane ciało
porcją zimnego płynu i rozpocząć dzień od kontemplacji, z której pomału
zaczynał przechodzić w medytację. Co prawda w sali treningowej nikt na niego
nie czekał, ale nie znaczyło to jeszcze, że mógł zaniedbywać swoje obowiązki. A
do przemyślenia i rozpracowania miał wiele tematów.
Od wyjazdu Velrena minęło już kilka tygodni, podczas
których zarówno Col, jak i on, mieli ręce pełne roboty. Widywali się niemal
codziennie, lecz były to spotkania raczej krótkotrwałe, nierzadko późnymi
wieczorami, kiedy to Est wracał do swojej sypialni po wyczerpującym dniu i
padał na łóżko w pełnym rynsztunku, wliczając w to wysokie po kolana buty. A
gdy wstawał przed świtem, nic nie świadczyło o nocnej obecności przyjaciela.
Kiedy właściwie ostatni raz rozmawiali w zaciszu
czterech ścian, z dala od najemnej braci? Nie pamiętał. Jeszcze bardziej dobiło
go, że nie pamiętał, jak ciepła i miła potrafi być bliskość smagłego zwiadowcy.
Czasem pojedyncza pieszczota wyrywała się ludzkiemu mężczyźnie i… tyle. To nie
tak, że Est chciał czegoś więcej, bo i co miałoby to być? Nie był człowiekiem,
a co ważniejsze, nie wiedział czego oczekiwać. Byli przyjaciółmi. Wyjątkowo
bliskimi, lecz wciąż tylko przyjaciółmi, a ten jeden raz na wieży...
Wiedziony odruchem przytknął chłodne opuszki do
miękkich warg, a te rozchyliły się na osobliwe wspomnienie pocałunku, ciepłym
tchnieniem wypuszczając wstęgi pary. Wciąż nie rozumiał co miał on oznaczać,
był to bowiem pierwszy i jedyny raz, gdy Col potraktował go w ten sposób.
Potrząsnął głową. Odblokował korbę i z koszmarnym
zgrzytem rozrywającym uszy zaczął zanurzać kubeł w głębinie studni. Po chwili
mozolnej pracy wziął oblodzony czerpak i zanurzył go w wodzie. Wreszcie mógł
się napić i aż rozbolał go żołądek od orzeźwiającej cieczy spływającej po
gardle. Nie było to zachwycające doznanie, ale spełniło swą funkcję.
Pogrążony w myślach odszedł w kierunku świątynnych
ogrodów, które zwykle mijał w drodze do sali treningowej. Lubił je. Były
spokojne i ciche, nie licząc ptaków wypełniających powietrze radosnymi trelami.
Teraz opustoszały i były martwe jak porastające je łyse drzewa oraz krzewy,
pozbawione letniego czaru i poniekąd melancholijne. Nocne widzenie sięgało
dalej niż łuna pochodni, dzięki czemu cienie nie przerażały go tak bardzo jak w
innych, połowicznie oświetlonych miejscach zimnej warowni. W powietrzu czuło się
nadchodzące śniegi, toteż na dniach powinien do Twierdzy wrócić kontyngent z
południa z Lydrianem na czele. Miło będzie zobaczyć tego jowialnego osiłka po
ponad połowie roku.
Ledwie dostrzegalny ruch przykuł uwagę Esta, który
zatrzymał się w półkroku i nadstawiając uszu obserwował otoczenie. Dzisiejszy
dzień zaczął się dziwnie, dlatego nie był zaskoczony, kiedy pośród szarości
ogrodów mignęła biała zjawa. Skupiwszy się na przywidzeniu, rozpoznał w nim
kobiecą sylwetkę w kapłańskiej szacie. Odetchnął, karcąc się za wypatrywanie
dziwów pośród ludzkiej normalności. Przecież to świątynne ogrody, naturalnie,
że przebywają tu kapłani. Ale zaraz, nie tylko kapłanka tu była…
Est w porę skoczył w mrok przedsionka łaźni, plecami
przywierając do zimnej ściany wewnątrz budynku. Donośne, ciężkie kroki stawały
się coraz głośniejsze. Obszerny cień zakrył wejście, by zaraz przy
akompaniamencie coraz cichszych odgłosów odejść w głąb warowni. Est wychylił
się i obejrzał za człowiekiem. Mężczyzna. Rosły i barczysty. Krótkie jasne
włosy targane wiatrem błyszczały w rozproszonym odległością blasku pochodni.
Niejasne przeczucie, że kapłanką była Elurielle,
przemknęło mu przez myśl, gdy wychodził z ukrycia. Nie widział jej wyraźnie,
lecz coś mu mówiło, że się nie myli. Kim był jej partner? A właściwie to co w
niego wstąpiło, by interesować się takimi banałami jak plotki? To nie jego
sprawa. Miał swoje życie i nie potrzebował cudzego do szczęścia. No, może z
jednym wyjątkiem…
Przygryzając wargę, sprintem pokonał krótki dystans
dzielący go od sali ćwiczeń. Niestety, tego jednego wyjątkowego życia
potrzebował bardziej niż własnego.
***
- Hej, Esti,
masz czas?
Est stanął w miejscu i obrócił się, tępo spoglądając w
ciemną twarz skrytą pod kapturem. Przez chwilę tylko mrugał, zdając się nie
poznawać wytatuowanego przyjaciela. Niewidzącym spojrzeniem omiótł Wieżę
Czarodziejów i kiedy znów na niego popatrzył, sprawiał wrażenie nieco przytomniejszego.
Bez użycia słów przekazał zwiadowcy własne myśli, po prostu ruszając w kierunku
wysokiego budynku.
Colonell nie czekał na dodatkowe zaproszenie.
Natychmiast dogonił długonogiego elfa, równając z nim krok.
- Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha - zażartował. -
Albo cały tuzin.
- Jak rany, jeśli jeszcze raz powiesz, że jestem
blady, to nie ręczę za siebie - fuknął Est. Pozostawił usta lekko rozchylone,
by wypuszczać z nich obłoczki kłębiastej pary. Uwielbiał to jesienno-zimowe
zjawisko.
- Zły dzień? – spytał zatroskany Col, pocierając
ramiona dla rozgrzania zmarzniętych mięśni. - Czy tęskno ci do wyjazdów poza
mury?
- Tęskno czy nie, zgadzam się z decyzją mistrza. Nie
powinienem opuszczać murów nawet za cenę głupich podtekstów i wyszukanych
plotek – Est mówił matowym, wyzbytym emocji głosem, lecz czujny słuchacz
natychmiast wykrył smutek przez niego przemawiający.
- Ale męczysz się, siedząc tu jak w klatce.
- Póki nie będę umiał o siebie zadbać, będę tu tak
siedział.
Est przymknął powieki, jakby nużył go obecny temat.
Wspiął się na kilka schodków prowadzących do wieży i zerknął na towarzysza,
który stał jedną stopą na pierwszym stopniu, wahając się przed kontynuowaniem.
- Nie idziesz?
- A mogę? - Przechyliwszy głowę, Col wpatrzył się w
niego z nadzieją. - Sam wiesz, nie jestem „magiczny”.
Est zwiesił ramiona, wywracając przy tym oczami.
- Jak rany, ale jesteś moim gościem, więc nie widzę
problemu.
- Nie wierzę, Esti, pierwszy raz nie widzisz w czymś
problemu! – Col szybko przebył dzielącą ich odległość biorąc po dwa schody na
raz, jakby w obawie, że ten się rozmyśli. Wszedł do przyciemnionej klatki
schodowej, pojedynczym ruchem ściągając z głowy kaptur. - Rzeczywiście nie
czujesz się dobrze.
- Idź wyłysiej z tymi swoimi diagnozami - warknął
zirytowany elf, wspinając się po spiralnych stromych stopniach. Ostatecznie
westchnął z rezygnacją, pokonany samą obecnością ulubionego człowieka. -
Przepraszam, Col, chyba masz rację. Nie czuję się najlepiej.
- Bo nie umiesz o siebie zadbać? W takim razie pozwól,
abym to ja o ciebie zadbał…
Najemnik ledwo wyhamował, gdy Est zatrzymał się bez
ostrzeżenia. Był to bardzo niebezpieczny manewr zważywszy na wysokość oraz
śliskość wydeptanych stopni. W wyobraźni widział konsternację malującą się na
uroczym obliczu i gotów był dotknąć białego karku tuż nad kołnierzem czarnego
swetra, lecz chłopak ponownie ruszył w drogę na piętro mieszkalne. Cholera
jasna, jak bardzo pragnął go teraz na swój sposób zapewnić o oddaniu i
lojalności! Zamiast tego poszedł jego śladem, tłumacząc się niepotrzebnie.
- Wybacz, Esti, to, co powiedziałem, było… bardzo
nieprzemyślane.
- Gdybym ci na to pozwolił, byłbyś kolejną osobą
obarczoną odpowiedzialnością za taką ofiarę losu jak ja.
Col zaryzykował, kładąc dłoń na okrytym ciepłą tkaniną
barku. Musiał się nieco przy tym wyciągnąć, ale warto było, bo chłopak na
moment przykrył jego dłoń własną, zimną jak pierwszy śnieg, by zaraz znów
oprzeć ją o chłodną ścianę.
- Trochę wiary w siebie, Esti. Nikt nie rodzi się
bohaterem. Ale każdy może nim zostać. O Wszechmocni, zdecydowanie wolę swoją
metodę dostawania się na czwarte piętro.
- A ty? - zapytał cicho Est.
- A ja co?
- Czy ty chcesz być bohaterem?
- A w życiu - zaperzył się Col, stając na najwyższym
kamiennym stopniu. - Ja chcę tylko zobaczyć jutrzejszy świt. I chcę, byś ty
także go ujrzał. Razem ze mną - dokończył równie cicho, patrząc w zielone oczy,
które tak bardzo kochał.
Est słuchał go z uwagą, a błysk czający się na dnie
zwierciadeł jego duszy powiedział więcej, niż białe usta kiedykolwiek. I nie
było to magiczne światło korytarzowych sfer odbijające się na ich powierzchni.
To był wewnętrzny ogień, który płonął jasno niczym młode życie wypełniające to
pociągające ciało, uczucia, jakimi fascynujący elf darzył zwyczajnego człowieka,
niewypowiedziane i przez to wyjątkowo potężne. Spętane czekały na uwolnienie, w
niewoli wzrastając do niebotycznych rozmiarów.
Skrępowany przedłużającym się milczeniem Est ruszył
wzdłuż korytarza.
- To naprawdę piękny cel – przyznał. - I nie wydaje
się trudny do osiągnięcia.
- Nie, jeśli zawsze będziemy razem.
Znów zamilkli, jak gdyby nie chcieli zakłócać
atmosfery panującej na wyludnionym korytarzu. W porze poobiedniej czarodzieje i
adepci spędzali czas albo w bibliotece, albo we wspólnych pokojach, toteż
ryzyko spotkania kogokolwiek na czwartej kondygnacji graniczyło z cudem.
Est dotarł pod ostatnie drzwi po lewej i bez ociągania
nacisnął klamkę, otwierając na oścież należący do niego pokój. Gestem zaprosił
Cola i wchodząc za nim, zatrzasnął je najdelikatniej jak potrafił, krzywiąc się
na skrzypienie zawiasów.
Col spojrzał przelotnie na rozpalony kominek i z
radością ściągnął z siebie zimną, wilgotną bluzę. Z przyzwyczajenia rozłożył ją
na oparciu fotela. Poprawił czarną koszulkę z krótkim rękawem i podchodząc do
okratowania rozciągnął się, przyjmując na siebie ciepłą łunę rozedrganych
płomieni.
Est przyglądał mu się ukradkiem. Widok człowieka
paradującego bez wierzchniego okrycia był nieobyczajnie zachęcający. Po raz
pierwszy od początku znajomości widział Cola w innych kolorach niż wszechobecna
zieleń czy brąz i był oczarowany. Czerń podkreślała ciemny kolor skóry
mężczyzny, a włoski gęsto porastające odkryte ramiona barwą niemal dorównywały
materiałowi. Przełknął ślinę, śledząc światło układające się na krzywiznach
atletycznego torsu podkreślonego dopasowaną koszulką…
Oszaleje, jeśli nie zajmie czymś myśli. I rąk. W
pierwszej kolejności powinien uspokoić rozbestwione serce, ale szybki oddech
drapiący w gardle także domagał się atencji. To nie było zdrowe, by tak
gwałtownie reagował na ciało drugiego mężczyzny. Niepokojąca była już sama
myśl, że podświadomie zaczął prowokować sytuacje, w których nie chciał się
znaleźć. Z łatwością mógł to stwierdzić patrząc na Cola, słysząc niską, mruczącą
zmianę w jego miękkim, wesołym barytonie. Wiele razy dosłownie wycofywał się na
bezpieczną pozycję, kiedy spojrzenia łączyły się niebezpiecznie, nosy prawie
stykały, a usta wychwytywały wzajemny oddech. Zawsze w takich chwilach
przypominał sobie o swoich potwornych kłach mogących zrobić mu krzywdę i czar
pryskał, w mało elegancki sposób ratując go z opresji. Przyjdzie jednak czas, w
którym nawet ta taktyka zawiedzie. Colonell straci cierpliwość i albo wykona
decydujący ruch, albo… Nie, Col nigdy go nie opuści. Obiecał. Obaj sobie to
obiecali.
Musi wziąć się w garść, ogarnąć na tyle, by odezwać
się w ciszy raniącej jego uszy nie gorzej, niż czyniły to nerwowe palce.
Opowiedział więc Colowi o przygodzie, jaka spotkała go przy studni. Kto jak
kto, lecz on powinien wiedzieć, co przytrafiło się młodej służącej, że
absolutnie zawstydzona w te pędy wróciła do swoich obowiązków. Streścił
przebieg wydarzeń nie szczędząc słuchaczowi szczegółów, a gdy skończył, z
niepewnym grymasem odwzorowującym jego twarz sprzed kilku godzin, Col gapił się
na niego z niedowierzaniem.
Colonell zaczerpnął tchu, by stłumić śmiech. Nie
wiedział od czego zacząć objaśnianie zawiłości ludzkiego - a zwłaszcza
kobiecego - ciała, wobec czego przeciągnął ciszę i szczerząc się szeroko,
podszedł do strapionego elfa. Zajrzał mu w oczy, nie kryjąc rozbawienia jego
urzekającą niewinnością czy też, zwał jak zwał, niewiedzą.
- Esti, to ty nie wiesz że kobiety raz w miesiącu
krwawią z dróg rodnych?
Słysząc to, Est głośno przełknął ślinę, a jego uszy
opadły nisko w wyrazie skrajnego osłupienia, przez co okrągłe oczy stały się
większe niż normalnie. Sprawiały niesamowite wrażenie, od którego urzeczony
człowiek nie potrafił oderwać wzroku.
- Że skąd krwawią?! Dlaczego?!
- Nie wiem dlaczego, ale przez siedmiodzień każdego
miesiąca krwawią, dostając niewyobrażalnego pierdolca. I wtedy lepiej się do
nich nie zbliżać - ostrzegł Col. - Dzięki temu mogą rodzić dzieci.
Est jakby pobladł, co nie umknęło bystremu
obserwatorowi zdolnemu rozpoznać wszystkie jego stany emocjonalne.
- Czyli ona… Jak rany, ona właśnie…
Col zaśmiał się głębokim, zaraźliwym śmiechem niby
echo rezonującym w piersi zrozpaczonego chłopaka.
- Ech, dzieciaku, z tym nosem to jeszcze niejedna
przygoda cię spotka! Naprawdę masz aż tak wrażliwy węch? Puść wreszcie te uszy.
- Czuję wiele zapachów, o jakich nie masz pojęcia -
burknął dobitnie Est, popatrując na Cola spod zmarszczonych urazą brwi.
- W porządku, lepiej dla mnie, by tak zostało. -
Mężczyzna przestał się uśmiechać, zauważając jego wahanie. Wahanie na granicy
prośby i obietnicy, aż ciarki przeszły mu po plecach. - Ciekawi mnie tylko, jak
bardzo wrażliwa jest reszta twoich zmysłów.
Poddając się hipnotyzującemu spojrzeniu, sięgnął do
boków elfa i złapał za skraj swetra. Nieznacznie uniósł materiał, a gdy
spostrzegł, że Esti nie oponuje, pociągnął, chcąc pozbyć się uciążliwego
odzienia. Zaciskając szczęki z fascynacją oglądał wyłaniającą się spod czerni
oszałamiającą biel gładkiej skóry, a serce prawie wyrwało mu z piersi,
poruszone magią sytuacji nie mniej niż inne części ciała. O Wszechmocni, to
jeden z tych snów… na jawie!
Sweter został mu w rękach i ostatkiem woli musiał się
powstrzymywać, by nie przysunąć go sobie pod nos. Nie pod tym sugestywnym
wejrzeniem zmysłowych oczu dzikich jak duch zamieszkujący to zachwycające
stworzenie.
Rzucając sweter na fotel za sobą, przysunął się do
poprawiającego bezrękawnik chłopaka, ale ten wymknął mu się zwinnie,
pozostawiając go z przejmującym poczuciem zawodu i zakłopotania. Col doskonale
znał ten wzrok. Esti nie po raz pierwszy wysyłał mu jednoznaczne sygnały i
jakby tego było mało, pozwolił zdjąć z siebie część ubrania. Dobrowolnie
odsłonił kawałek siebie… Powinien kontynuować? Dzieciak pragnął, by
doświadczony mężczyzna go zdobył i posiadł? Czy w ostatniej chwili zrezygnował,
wystraszony przytłaczającą siłą uczuć? Jak na złość, w przypadku niestabilnego
elfa obie te możliwości były prawdopodobne. I jak się nieszczęśliwie okazało,
bliższa prawdy była opcja numer dwa.
Est podszedł do biurka, poprawiając koszulkę przy
szyi. Col dojrzał w tym geście próbę uniknięcia tarmoszenia ucha.
- Jeśli chcesz wiedzieć – odezwał się Est - to
wszystkie zmysły mam jednakowo wrażliwe. Swoją drogą widziałem Elurielle w
ogrodach świątynnych, na długo przed nastaniem poranka. I nie była sama.
Wyglądali, jakby nie życzyli sobie innego towarzystwa poza wzajemnym.
Czując się wyjątkowo niezręcznie, wręcz głupio,
Colonell potarł kark tuż pod linią włosów. Znów wyobrażał sobie zbyt wiele i
znów przysięgał w duchu, że jego serce tego nie wytrzyma. I nie tylko serce.
Musiał być cierpliwy by wyczuć moment, który wykorzysta od początku do końca. I
nie będzie zmiłuj. Jeszcze trochę… Do cholery, to trochę ciągnie się już
kolejny miesiąc!
- Tak, w nocy przyjechał Lydrian wraz z ludźmi
zakontraktowanymi na południu - potwierdził Col, zawracając i rzucając się ciężarem
całego niezaspokojonego ciała na siedzisko fotela. – Zapewne chciał ujrzeć
swoją połowicę.
- Elurielle i Lydrian…? - Est przypomniał sobie
mężczyznę o szerokich barach i krótkich włosach. - Nigdy bym nie przypuszczał,
że oni… Czemu nie powiedziałeś mi tego wcześniej?
- A po co? Żebyś się zaczął interesować? - Col nie
krył rozdrażnienia, ale zaraz spuścił z tonu, spostrzegając własną hipokryzję.
Był zazdrosny. O kobiety. Głupiec. - Ich związek jest dość… burzliwy. Pamiętasz
jak mówiłem, że nie nadaję się do związku? Że ciągle w drodze z punktu do
punktu, że nie zrezygnuję z wojaczki i tak dalej?
- Tak, pamiętam - przytaknął Est siadając w wolnym
fotelu i moszcząc się w nim wygodnie. - Nie jesteś typem, który usiedzi w
miejscu dłużej niż to konieczne. Kiedyś zastanawiałem się czy śpiąc jesteś
równie niespokojny, lecz w tym przypadku pozostajesz rozczarowująco zwyczajny.
- Rozczarowująco, ech? Więc sam widzisz, oni właśnie
tak funkcjonują. Na odległość. Prawie zawsze w rozjazdach. Po co się wiązać w
takiej sytuacji?
- A mimo to są razem - stwierdził Est obracając się,
by spojrzeć w przyozdobioną zawijasami twarz. - Chyba im to nie przeszkadza.
- Jeśli nie przeszkadza jej, że Lydrian używa życia,
to tak. - Col wzruszył ramionami, a miękki refleks ognia zafalował na
krzywiznach jego mięśni. - A ty byś tak chciał?
- Jak rany, nie… - Speszony Est odwrócił się do
płomieni buchających zza krat. Nie potrafił odnaleźć się w sytuacjach, gdy Col
znikał na cały dzień, nie mówiąc już o czasie, kiedy mieliby się nie zobaczyć
przez długie miesiące. Zaraz, niby kiedy zaczął myśleć o tym frywolnym
człowieku w kategoriach partnera? - Ale to, czego ja chcę, nie musi iść w parze
z tym, czego chcą inni.
- I najczęściej niestety tak właśnie jest, Esti. Na
tym polega paradoks ludzkiego życia: gdybym chciał tak, jak chcą inni, inni
zaczęliby chcieć tak, jak ja chciałem do niedawna.
- A ja chciałbym zrozumieć to, co widzę, to, co mówią
i robią ludzie. - Est zamyślił się, wzroku nie odrywając od kominka. - Ale jak
tylko zamykam oczy, to niczego już nie dostrzegam.
- Wiesz, Esti – rzekł z nagłą powagą Col - ja też nic
nie widzę, kiedy mam zamknięte oczy.
- Jak rany, ty naprawdę masz coś nie tak z głową!
Lekkoduch roześmiał się w głos.
- Możesz mieć rację, dzieciaku! Jestem zakochanym
człowiekiem, a tacy nierzadko mają coś z głową, będąc z góry przegranymi. Bo
podobno właśnie ten, który zakochuje się jako pierwszy, przegrywa - wyjaśnił,
widząc jak uraza Estiego przeistacza się w zwątpienie co do jego poczytalności.
- Nie rozumiem. Co miałby przegrać? Czy to kolejne
bezsensowne ludzkie porzekadło?
- Twoja niechęć do wszystkiego, co ludzkie, staje się
zaraźliwa, Esti. - Col oparł głowę o przykryty bluzą zagłówek, zerkając na
chłopaka z ukosa. - Zaczynam sądzić, że mój gatunek wymyśla za dużo głupot,
zamiast zająć się poważnymi rzeczami.
- Ty jesteś bardzo ludzki, a mimo to cię… nie darzę
niechęcią. - Est w porę ugryzł się w język, tuszując swoje potknięcie dalszymi
słowami. - Wręcz zgadzam się z twoją opinią. Zbyt wiele głupot, zbyt mało
powagi.
- Chciałeś powiedzieć co innego.
- E-e.
- Kłamstwo masz wypisane na czole.
- I dlatego nie chciałem przycinać włosów!
Est podniósł się z fotela równocześnie z Colem, stając
oko w oko ze swoim nemezis, którego starał się za wszelką cenę uniknąć.
Wstrząsnęło nim, gdy ciepłe dłonie otuliły jego nagie ramiona.
- Jak rany, są za krótkie – mamrotał nieskładnie - sam
zobacz, ledwie sięgają brwi…
- Włosy nie zęby, odrosną.
Śniade dłonie przesunęły się, zadzierając obszycia
bezrękawnika. Gęsia skórka pokrywająca nieskazitelną biel była pieszczotą dla
zwinnych palców wprawnego łowcy.
- Poza tym wyglądasz przeuroczo z tą czarną grzywą
układającą się w ten potargany sposób.
- Col …
Est odchodził od zmysłów, pomału ulegając swoim
najgorszym, prymitywnym instynktom. Lecz jak stawiać czynny opór, kiedy dotyk
tego wyjątkowego człowieka jest tak przyjemny, tak rozkoszny, że chciał prosić
o więcej…
Zamknął oczy i poczuł na czole muśnięcie gorących
warg. I tyle. Colonell nic więcej nie uczynił, a on nie śmiał wykonać
najmniejszego ruchu w obawie, że wspólny magiczny moment pęknie niczym bańka,
pozostając wyłącznie mieniącym się w blasku ognia wspomnieniem. Im dłużej
uciekał, tym bardziej tęsknił. Im bardziej go od siebie odsuwał, tym mocniej go
pragnął!
Col oparł brodę o jego głowę i obejmując, przyciągnął do
siebie. Głaskał go, wplatając palce w smoliście czarne, miękkie pasemka, które
własnoręcznie przycinał.
- Jak wrażenia po wizycie Jana Kuśnierza? – zagaił
tonem pogawędki. - Miałem o to spytać ostatnim razem, ale jakoś brakło czasu.
- Teraz zdajesz się mieć go aż nazbyt wiele.
- Tak, mam dzień wolnego, bo ileż można pracować? –
Col również zmrużył powieki, napawając się bliskością oblubieńca. - Tobie też
by się to przydało. A więc? Jan Kuśnierz?
Uśmiechnął się pod nosem słysząc ostentacyjnie
głębokie westchnięcie zakończone zwierzęcym, gardłowym pomrukiem
niezadowolenia. To będzie kształcące. Mimo barwnej fantazji nie potrafił sobie
wyobrazić, jak ten wycofany dzieciak poddaje się przymiarce.
- To było najgorsze, co mnie w życiu spotkało -
poskarżył się Est. - Przymiarka to ogromny dyskomfort. Przez ponad dwie godziny
byłem bezosobowym manekinem niechętnie pozwalającym się obmacywać pod
pretekstem zdjęcia miary na potrzeby przygotowania indywidualnego projektu
pancerza. Gdyby nie obecność mistrza, chyba bym nie podołał!
- Teraz tak mówisz, ale jak ujrzysz jego dzieło, to
zmienisz zdanie. Warto się przemęczyć dla cudów, jakie przyjdzie ci nosić.
- Prawdę powiedziawszy, nie mam ochoty nic nosić…
- Tak, też bym wolał, żebyś nic nie nosił.
- Jak rany, czy ty wszystko musisz obracać w
dwuznaczny żart? - Oburzony nieprzyzwoitym zachowaniem przyjaciela Est bez
przekonania próbował wyswobodzić się z jego szczelnych objęć. - Mistrz.
Chodziło mi o mistrza, bo przecież on nie ma zbroi.
- Życie nie traktuje mnie poważnie, to i ja nie
traktuję poważnie życia - wyjaśnienie było proste i logiczne jak sam mężczyzna.
Colonell doprawdy był nieskomplikowany, a w oczach przestającego się szamotać Esta
właśnie ta cecha czyniła z niego najbardziej zagadkowe stworzenie na świecie. -
Zrzęda nie potrzebuje zbroi, bo nie jest aktywnym najemnikiem. Piastuje
stanowisko administracyjne, a Stary Niedźwiedź nie wysyła go na zlecenia.
- A widziałeś go kiedykolwiek w akcji? – Skaleonie
oczy rozbłysły nieskrywanym podnieceniem. - Widziałeś z jaką zwinnością i
gracją się porusza? Nie da się odeprzeć jego ataków, są szybkie jak wiatr! Jak
na człowieka u kresu życia radzi sobie wyśmienicie. Jakby miał połowę z tego,
na co wskazuje jego wygląd.
- Tak się składa, że dane mi było stoczyć kilka
potyczek u jego boku i włączał się do walki dopiero w ostateczności - potaknął
Col, czując ukłucie żalu w piersi. - A kiedy już to robił, to pozamiatane.
Niszczycielski huragan.
- Ile dałbym, aby posiadać choć część jego talentu…
- Prawdopodobnie przeżyjesz nas kilkakrotnie, więc
zapewniam cię, uczeń ma szansę przerosnąć mistrza. - Wypuścił wreszcie
chłopaka, mierzwiąc mu włosy. - Masz piętnaście lat, a dajesz z siebie więcej
niż niejeden rep. Podziwiam cię za to, Estalavanesie.
Słysząc pełne brzmienie własnego imienia Est uniósł
głowę, by zajrzeć w wytatuowaną twarz o nieokreślonym wyrazie, smutną i dumną
zarazem. Co miał zrobić? Czego oczekiwał od niego Colonell? Czego oczekiwał sam
od siebie, nierozgarniętego i otumanionego docierającymi zewsząd bodźcami?
Za oknami zalegały cienie i wyłącznym źródłem światła
oraz ciepła w pomieszczeniu był ogień pochłaniający drwa w szerokim kominku.
Oraz ludzkie ciało o intensywnym zapachu zmieniającym się w zależności od uczuć
mężczyzny. Głębia jego głosu poruszała czułe struny w duszy sentymentalnego
elfa, który doznawał, myślał i zapamiętywał wszystko, co związane było z
niesamowitym zwiadowcą.
- Nie mogę się doczekać, aż ujrzę cię w finalnym
efekcie rzemiosła Jana Kuśnierza – usłyszał szept tuż przy uchu. - Równie
bardzo interesuje mnie, czy będzie sygnowany emblematem Niedźwiedzi, czy
zostanie to potraktowane jako indywidualne zamówienie.
- A jakie ma to znaczenie?
- Ogromne! - Col nie powiedział nic więcej,
przerywając kontakt wzrokowy i wycofując się w stronę fotela, na którego
oparciu suszyła się bluza.
Est w lot pojął, że przyjaciel zamierza wyjść, dlatego
poprosił go, by dzisiejszej nocy, skoro oczywiście ma wolne, został z nim już
do rana. Ten tylko uśmiechnął się w odpowiedzi i przeciskając głowę przez otwór
w bluzie zamarł z kapturem na oczach, o czymś sobie przypominając.
- Dziś w nocy pijemy z Lydrianem i kilkoma chłopakami
z południa. - Z zadowoleniem wsunął ręce w suche i ciepłe rękawy. – Przyłącz
się, jeśli nie masz nic przeciwko.
- Ale ja… Nigdy nie piłem alkoholu. – Utartym
zwyczajem Est od razu szukał wymówki pozwalającej na pozostanie w sypialni. Tak
naprawdę pragnął towarzyszyć Colowi oraz zobaczyć, jak bardzo pobyt na południu
zmienił człowieka, o którym posiadał raczej mgliste wspomnienia z deszczowych
wiosennych dni. - Nie będę dobrym towarzystwem, przepraszam.
- Esti, dla mnie zawsze jesteś najlepszym
towarzystwem. Nie musisz chlać na umór, wystarczy że będziesz. A i Lydrian
pewnie zdziwi się widząc co wyrosło z tego chucherka, które eskortował do
Twierdzy.
Głos rozsądku Esta szeptał gdzieś z tyłu głowy, że
jeszcze będzie żałował swojej decyzji, lecz koniec końców przyjął zaproszenie,
uśmiechając się nieśmiało. To będzie coś nowego. Miła odskocznia od rutyny
powoli odbierającej mu chęci do pracy i życia. Bo co może się wydarzyć w
towarzystwie człowieka, któremu bezgranicznie ufał?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz